Wpisy z tagiem: kuba błaszczykowski

poniedziałek, 05 października 2015

A wraz z nim – najgroźniejsze skrzydło, jakim dysponowała w ostatnich latach reprezentacja Polski. Jej były kapitan znów regularnie gra, strzela, asystuje. Odżywa z każdym meczem Fiorentiny.

Zanim wylądował w stolicy Toskanii na wypożyczeniu z Borussii Dortmund, mieliśmy mnóstwo powodów do obaw. W grudniu przekroczy trzydziestkę, z powodu zerwania więzadeł i pomniejszych urazów zmarnował półtora sezonu, a ze skrzydłowymi czas obchodzi się wyjątkowo brutalnie – czasami mizernieją znienacka, niemal z dnia na dzień tracąc dynamikę i/lub przyspieszenie.

Włosi przyjmowali go jednak z fanfarami. Nie jak piłkarza u schyłku, lecz gwiazdę po przejściach, niedawnego finalistę Ligi Mistrzów oraz mistrza Bundesligi, który wciąż ma wiele do zaoferowania. Trener Paulo Sousa nie zwlekał, zaczął go wszczepiać do drużyny natychmiast. A Błaszczykowski rósł w oczach.

12 września: wtruchtał na ostatnie 10 minut meczu z Genoą, zdążył zasłużyć się tylko jednym udanym odbiorem piłki. 17 września: wytrzymał pełne 90 minut (z Basel w Lidze Europejskiej), co nie zdarzyło mu się wielu miesięcy. 23 września: znów cały mecz, strzelił Bolognie gola, został obwołany bohaterem wieczoru, gazety ogłosiły, że nikt we Florencji nie tęskni już za zwróconym lidze hiszpańskiej Joaquinem. 27 września: poprawny występ na mediolańskim San Siro, gdzie jego drużyna rozbiła Inter i wystrzeliła na pozycję lidera Serie A. 1 października: asysta w meczu LE z Belenenses.

Wreszcie miniona niedziela: zaraz na początku spotkania z Atalantą Błaszczykowski wbiega w pole karne, przyjmuje piłkę, naciera na bramkarza, zostaje powalony przez dwóch rywali. Rzut karny, czerwona kartka dla Gabriela Paletty, gospodarze obejmują prowadzenie i potem je jeszcze powiększają. 3:0.

Żeby było jasne: Polak nie rozbłysnął na gwiazdę ligi włoskiej, nie awansował na lidera drużyny. Ale błyskawicznie stał się istotnym członkiem podstawowego składu, na którego walory zwraca uwagę każdy, kto tłumaczy, dlaczego Fiorentina (ma ledwie siódmy budżet płacowy w Italii) wypiękniała na rewelację sezonu i pręży się na szczycie tabeli. Portugalski trener szczególnie ceni u niego taktyczną świadomość, opanowanie, dojrzałość, dyscyplinę. I elastyczność. Błaszczykowski niekiedy bowiem skupia się na ofensywie – gdy zajmuje prawą flankę pomocy w ustawieniu z czterema obrońcami, jak w meczu z Atalantą – a niekiedy pełni rolę cofniętego skrzydłowego w ustawieniu z trójką obrońców – wtedy widać, że skrupulatnie pilnuje pozycji i wstrzymuje się z atakami, jak we wspomnianym triumfie nad Interem Mediolan. Niektórzy nazywają go „taktycznym klejnotem” trenera Sousy, a inni porównują do ulubieńca florenckich kibiców sprzed lat, drobnego Angelo Di Livio, czyli „żołnierzyka” („soldatino”), który słynął z lojalności, uniwersalności, pracowitości i wytrwałego zasuwania po skrzydle od pola karnego do pola karnego (stąd przekręcanie nazwiska Polaka na „Soldatowski”).

Błaszczykowski też prędko zyskał sympatię trybun, gdy tuż po ogłoszeniu transferu wkleił na Facebooku zdjęcie swojej twarzy zalanej florenckim fioletem i generalnie zaczął manifestować ochotę, by silnie związać się z nowym klubem. Na razie realizuje plan w 100 procentach. Nie tylko wrócił do gry – wrócił do gry o najwyższe cele. I współtworzy drużynę rozentuzjazmowaną, której piłkarzy dziennikarze podpytują już, czy ci aby nie zamierzają powalczyć o mistrzostwo Włoch. Można zakładać, że Błaszczykowski został dla futbolu odzyskany.

Kiedy były kapitan reprezentacji przyleciał na jej zgrupowanie na początku września – dosłownie godziny po podpisaniu umowy z Fiorentiną – nawet w meczu z Gibraltarem widzieliśmy w jego ruchach, że nowy trener Borussii nie wpuszczał go na boisko wcale. Od kolegów otrzymał jednak wówczas pełne wsparcie. Robert Lewandowski zrzekł się wykonywania rzutu karnego, a kiedy Błaszczykowski go wykorzystał, to bramkarz Łukasz Fabiański pognał sprintem przez całe boisko, by strzelcowi pogratulować.

Teraz skrzydłowy może się odwdzięczyć. Nawet jeśli nie będzie absolutnym liderem – jak przed laty, gdy uczestniczył w niemal każdej akcji ofensywnej, spod jego korków wysypywały się i gole, i asysty – to może być dodatkowym, znaczącym atutem drużyny. Także w defensywie. Kiedy Łukasza Piszczka musiał asekurować wyrzucony na prawe skrzydło, kompletnie zagubiony tam Arkadiusz Milik, to Niemcy zabawiali się wokół nich chcieli. Błaszczykowski patroluje swój rewir mądrzej. A przy okazji może na powrót złączyć – choćby incydentalnie, w pojedynczych momentach – rozerwany tercet dortmundzki, którego członkowie na pewno nie zapomnieli, jak ze sobą współpracować.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o byłym kapitanie reprezentacji – z użyciem kluczowych słów „Figo” i „Giggs” – przeczytacie tutaj.

A tutaj jest obszerny wywiad z selekcjonerem naszych siatkarzy Stephane’em Antigą, które przepytałem o Polskę, bycie trenerem i takie tam. Bez spraw bieżących.

PS Konkurs dotyczący Barcelony i Realu Madryt rozstrzygamy na forum właściwej notki, by tutaj nie robić zamieszania.

wtorek, 10 marca 2015

Trzeba selekcjonerowi reprezentacji oddać, że dał czadu. Owszem, każdy z jego ostatnich poprzedników – wyjąwszy Waldemara Fornalika, który tak się bał hałasu, że nigdy nie podnosił głosu – podejmował wzbudzające kontrowersje decyzje personalne. Franciszek Smuda wykopał krnąbrnych Boruca i Żewłakowa, Beenhakker ignorował bramkostrzelnego Wichniarka (choć w ataku miał posuchę), Paweł Janas opierał się urokowi snajpera Frankowskiego, Jerzy Engel nie zabrał na mundial Iwana, co ponoć wpędziło w depresję rozweseloną wcześniej szatnię. Nikt jednak nie wykonał ruchu tak radykalnego i brawurowego jak Nawałka.

W banialuki, że Kuba Błaszczykowski nie jest gotowy do gry po kontuzji, oczywiście nikt nie uwierzy. Pewnie – po kilkunastu miesiącach leczenia zerwanych więzadeł i wysiadywania fotela rezerwowego w Borussii Dortmund nie fruwa nad murawą, utracił reputację skrzydłowego pożądanego przez kluby formatu Manchesteru City, niekoniecznie napędzałby reprezentację w tempie, do jakiego nas przyzwyczaił. Ale też polski futbol wciąż nie dysponuje zasobami wystarczająco bogatymi, by rezygnować z choćby na wpół żywego piłkarza walczącego o ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Z wieloletniego kapitana kadry, mającego w dorobku 68 meczów dla kraju, jednego z nielicznych, którzy właściwie nigdy nie rozczarowywali (przynajmniej na boisku, poza nim bywało rozmaicie). Gdyby spoglądać wyłącznie na boisko, Błaszczykowski byłby w reprezentacji nietykalny. Latami oklaskiwaliśmy w nim jedynego naszego reprezentanta zdolnego do przedryblowania przeciwnika, który uczestniczył niemal w każdej akcji zwieńczonej golami strzelanymi w ważnych meczach. Czuł się kapitanem pełną gębą, brał na siebie odpowiedzialność, czasami wręcz się w entuzjazmie zatracał i trochę szkodził – porywał na solowe rajdy, za długo trzymał piłkę, usiłował zbyt wiele zdziałać samemu.

Z prawdziwego lidera nie rezygnuje się z przyczyn czysto sportowych. Dortmundzki skrzydłowy bezcenny mógłby wszak okazać się choćby w ostatnim kwadransie meczu, wypuszczony z rezerwy, by raz czy dwa rozerwać obronę przeciwnika. Ba, zdarzają się postaci charyzmatyczne, inspirujące i poprawiające nastroje kolegów, które zbawiennie oddziaływują na szatnię samą swoją obecnością. I dla dobra grupy godzą się na rólkę teoretycznie drugorzędną.

Błaszczykowski albo pobytu w cieniu otwarcie nie akceptuje, albo trener uznał, że jego piłkarskie atuty nie zrównoważą ewentualnego negatywnego wpływu na atmosferę w szatni. Wpływu wywołanego będącą już publiczną tajemnicą niechęcią do Lewandowskiego (odwzajemnianą) i/lub niezgodą na degradację (utrata kapitańskiej opaski). Wiadomo, że w sporcie drużynowym nie wystarczy wyselekcjonować najlepszych graczy i czekać, aż ich umiejętności same się zsumują. Potrzeba jeszcze odpowiedniej chemii. A powrót skwaszonego Błaszczykowskiego musiałby – o czym obszernie pisałem już jesienią – spowodować jakieś drobne zawirowania powietrza. Mówimy tu o subtelnościach, imponderabiliach, nie zawsze wyrażalnych słowami, ale również o twardym konkrecie - klarowna hierarchia znów zniknie, zamiast kapitana pojedynczego reprezentację poprowadzi kapitanów dwóch.

Nawałka wykonuje ruch gwałtowny, jakiego współczesna reprezentacja Polski nie przeżyła. Trochę przypomina mi to decyzję argentyńskiego selekcjonera Alejandro Sabelli, który pozbył się wybitnego piłkarza Carlosa Teveza, by przyjemniej oddychało się jeszcze wybitniejszemu Leo Messiemu. I został wicemistrzem świata. Dotąd słyszeliśmy, że Nawałka zapędził współpracowników do harówki w rytmie 24/7, u poprzednich trenerów niespotykanej, teraz upewniliśmy, że buduje drużynę autorską, nie stosując metody najprostszej – biorę wszystkich najlepszych, to nikt się do mnie nie przyczepi. Na razie mu wychodzi. Przypomnijmy, że wszystkie ubiegłoroczne zwycięstwa Polacy odnieśli bez Błaszczykowskiego.

sobota, 15 września 2012

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Borussia coraz bardziej biało-czerwona. Mieliśmy powody zastanawiać się, czy trend się utrzyma, czy raczej się nie odwróci - my, mentalnie skażeni wiecznością podglądania naszych kopaczy na wygnaniu, którzy rozbłyskują na tydzień, miesiąc, w najlepszym razem sezon, by potem bezpowrotnie zgasnąć, bo albo postanowili w nagrodę za wysiłek zażyć trochę słodkiego życia, albo nie wytrwali fizycznie, albo padli pod wrednymi praktykami dyskryminacyjnymi, wszak zwłaszcza Niemcy antypolską działalność uprawiają wręcz odruchowo.

Nasi dortmundczycy nie tylko nie bledną, bije od nich coraz silniejszy blask. W bieżącym sezonie nie dołożyli nogi do ledwie jednego z 10 goli Borussii - wszystkie pozostałe sami strzelali (5), albo przy nich asystowali (6), albo wykuwali je wyłącznie polskimi kopnięciami. Jak dzisiaj, w akcji dającej prowadzenie 2:0 z Bayerem Leverkusen - na skrzydło przeniósł piłkę Robert Lewandowski, stamtąd dośrodkował ją sprinter Łukasz Piszczek, w polu karnym zwieńczył zabawę Kuba Błaszczykowski (choć wypada oddać Goetzemu, że też zasługi miał spore). W każdy weekend rozsławiają markę „polskiej” Borussii, bo odpowiadają za zadania najbardziej spektakularne - defensywną tarczę tworzu kwartet Hummels, Subotić, Kehl i Gundogan, ofensywę już niemal w całości zagarnia nasz tercet.

Lewandowski, zanim dziś wreszcie ożył snajpersko, znów powygrywał mnóstwo pojedynków powietrznych, dał w kość kryjącym go obrońcom, miał sporo przechwytów, już na początku znakomicie wyłożył piłkę Błaszczykowskiego, który spudłował, choć przed nim stał tylko bramkarz. Jak na napastnika w nieco słabszej formie, dokazuje nasz rodak niczego sobie.

Błaszczykowski przeobraził się w drapieżcę pola karnego, czającego się na nim zawsze, gdy na prawej flance zabawia Piszczek. Czyli notorycznie. W ostatnich siedmiu meczach Borussii o stawkę zebrał kapitan naszej reprezentacji 5 goli i 3 asysty. Jeszcze spektakularniej wygląda cały bieżący rok w kadrze oraz klubie - 32 mecze, 13 goli, 13 asyst, bezlik kluczowych podań.

Piszczek raz po raz najeżdżał dziś pole karne Leverkusen. Jurgen Klopp wspaniale wykorzystuje jego zalety i maskuje przywary, więc można go na dobrą sprawę traktować nade wszystko jako gracza atakującego. Cholernie niebezpiecznego atakującego.

Od całej reszty polskich piłkarzy dzieli bohaterów Bundesligi kilka pięter, gdyby ich znienacka wymazać z futbolowej mapy, nasz futbol, wyjąwszy oczywiście fenomen bramkarzy, właściwie by z niej zniknął. Gdybym miał dla nich znaleźć wspólny mianowanik, zwróciłbym uwagę na imponujące przygotowanie atletyczno-motoryczne. Wszyscy zasuwają jak opętani - bez wytchnienia, po ostatnie kopnięcie. Potężniejący Lewandowski rozdaje rywalom siniaki, Błaszczykowski przefruwa między nimi dzięki fantastycznemu startowi do piłki i przyspieszeniu, Piszczek też wpada w pole karne wyłącznie na najwyższym biegu. I o ile pierwszemu wolno wytknąć nieskuteczność, która wciąż dzieli go od czołowych snajperów w Europie, o tyle obaj pozostali mieszczą się, nie mam wątpliwości, w dziesiątce najlepszych graczy na swoich pozycjach na kontynencie. Przynajmniej w klasyfikacji za rok 2012.

Trójkąt dortmundzki straszy coraz ostrzejszymi wierzchołkami. I jeśli nie stępi ich onieśmielenie Ligą Mistrzów, a Wayne Rooney nie wyleczy się do październikowego tygodnia w eliminacjach mundialu, do meczu z Anglią przystąpimy w niezwykłych okolicznościach - to my, a nie generalnie bogatsi w potencjał rywale, wystawimy ofensywne gwiazdy jaśniejsze.

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

czwartek, 21 czerwca 2012

Euro 2012, Kuba Błaszczykowski, Grzegorz Lato

O tyradach Błaszczykowskiego i Laty, o aferze biletowej i szarpaninie o (drobne) pieniądze - felieton z dzisiejszej „Gazety” jest tutaj. A tutaj bawię się w zbieranie na jedną kupkę (prawie) wszystkich osobliwości fazy grupowej Euro 2012. Podpowiecie, jakie przeoczyłem?



sobota, 12 maja 2012

Robert Lewandowski, Borussia Dortmund

Odkąd Borussia przeobraziła się w Polonię, wygrała z Bayernem wszystkie cztery mecze w Bundeslidze (1:0, 2:0, 3:1, 1:0), by dziś rozszarpać monachijczyków na strzępy (5:2). Z doskonale nam już znanym stadkiem szczególnie bezwzględnych drapieżników w rolach głównych - najpierw były dwie asysty Błaszczykowskiego, potem dwa gole Lewandowskiego, wreszcie jego trzeci gol dzięki asyście Piszczka. Kolejna polska orgia, z każdym ich show przybywa powodów, by dortmundzkie żółto-czarne barwy złamać przynajmniej drobnym akcentem biało-czerwonym.

Jak zwykle możemy pożonglować oszałamiającymi statystykami i ulokować je na tle historii.

Przypomnieć, że Bayern pięciu goli nie stracił od 2009 roku, w którym kanonadę na jego bramkę urządziła sobie Barcelona. Że Borussia do triumfu w Bundeslidze krajowego pucharu w tym samym sezonie nie dołożyła nigdy. Że gdyby nie Lewandowski, jesienią minęłoby dziesięć lat, odkąd poprzednio ktoś władował monachijczykom hat-tricka. Że w finale jakichkolwiek rozgrywek nie wbił im go dotąd nikt. Że finał DFB Pokal trzema bramkami zdołali dotąd ozdobić tylko dwaj ludzie - Uwe Seeler w 1963 roku i Wohlfahrt w 1986. Że 30 goli w sezonie Lewandowskiego to wyczyn wśród naszych graczy hałasujących na cudzych trawach absolutnie unikalny - głośniej bywało tylko o napastnikach strzelających w słabszych ligach, jak legenda Panathinaikosu Krzysztof Warzycha czy idol Cypryjczyków Łukasz Sosin. Że łączny dorobek naszego trio w bieżącym sezonie klubowym - 41 bramek i 34 asysty - to zjawisko z Archiwum X, które powinno sprowokować selekcjonera Smudę do zastanowienia się, czy ten fenomen nie jest aby cudem potężniejszego kalibru niż pamiętne trzy gole Widzewa na stadionie Legii, które dały mu sensacyjne mistrzostwo kraju .

No i można westchnąć, że cały wspomniany tercet w jedenastce gwiazd „Kickera” to również wyczyn bez precedensu, nakazujący już dziś obwołać Borussię 2011/2012 najbardziej polską zagraniczną drużyną w historii.

Ale przyjemniejsze od zachłystywania się cyferkami jest gapienie się na to, co wyprawia Lewandowski na boisku. Widzieliście frustrację na twarzy Badstubera, który po kolejnym fizycznym starciu z Polakiem napadł na niego werbalnie? Widzieliście wściekłość Schweinsteigera, który umiał, owszem, zabrać piłkę naszemu napastnikowi, ale tylko za cenę żółtej kartki? Podejrzewaliście momentami, że Lewandowskiemu osłaniającemu piłkę już niemal nie sposób jej wygarnąć bez popełnienia faulu?

To nie tyle napastnik - a jeszcze może poprawić skuteczność! nauczyć się strzelać karne! popróbować kopów z rzutów wolnych! - co wielofunkcyjna machina proponująca rywalom wyniszczającą walkę na technikę, mięśnie, odporność na ból. Monstrum.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Borussia Dortmund, stadion

Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie miało odegrać tak wielkich ról w zagranicznym spektaklu futbolowym tak prestiżowym, wywołującym tak wielkie zainteresowanie. 450 tys. fanów z Dortmundu chciało biletów na szlagierowy mecz z Bayernem Monachium.

Gospodarze bronią mistrzostwa Bundesligi, najdynamiczniej rozwijających się rozgrywek na kontynencie. Jeśli podołają, dokonają wyczynu niespotykanego od połowy lat 90. Nie dlatego, że wtedy utrzymali mistrzostwo po raz ostatni. Dlatego, że od tamtej pory ich środowi rywale nigdy nie musieli znieść dwóch kolejnych sezonów bez tytułu.

Rywale bezspornie należący dziś do elity elit. Przed chwilą dochrapali się finału Ligi Mistrzów, zaraz porwą się na półfinałowy dwumecz z Realem Madryt, zatrudniają tłumek medalistów ostatniego mundialu. Kto wie, czy Kuba Błaszczykowski, Robert Lewandowski i Łukasz Piszczek nie pobiegną w środę po najbardziej spektakularny - czytaj: najgromadniej międzynarodowo podziwiany - futbolowy sukces Polaków od niezapomnianych pląsów Jerzego Dudka przed podniesieniem Pucharu Europy w 2005 roku.

Istnieją potężne kluby, które stawiają - z konieczności lub wyboru - przede wszystkim na projekt i szukają lub wychowują odpowiednich dla niego piłkarzy. W Hiszpanii byłyby nimi Barcelona czy Athletic Bilbao, w Anglii Manchester United lub Arsenal. Istnieją też firmy, które przede wszystkim kolekcjonują najjaśniejsze gwiazdy, a notorycznie wymieniani trenerzy mają głowić się, jak złożyć je w sensowną całość. W Hiszpanii na import luksusowych zasobów ludzkich stawia Real Madryt, w Anglii parweniusze z Chelsea czy Manchesteru City.

Ten sam gatunek reprezentuje Bayern, ale w przeciwieństwie do wskazanych drużyn panuje w swoim kraju absolutnie. W innych czołowych ligach zaciekłą walkę toczy dwóch lub więcej gigantów, w Niemczech monachijczycy konkurencji praktycznie nie mają - zdobyli 22 tytuły mistrzowskie, przy zaledwie dziewięciu norymberskiego wicelidera klasyfikacji medalowej wszech czasów. Kogo chcą, tego biorą, z powodu miażdżącej przewagi finansowej wzbudzając powszechną zazdrość - jak, nie przymierzając, w czasach PRL-u warszawska Legia, która werbowała piłkarzy zobowiązanych do odbycia służby wojskowej. Kiedy Niemcy obwoływali bawarską supergrupę FC Hollywoodem, pili głównie do demoralizacji jej rozkapryszonych liderów, ale równie dobrze mogliby ją skojarzyć z superprodukcją pełną gwiazd tyleż arcyzdolnych, co po sułtańsku wynagradzanych i kosztownych.

To z nimi zmierzą się nasi ludzie.

Napalony ofensywnie prawy obrońca Piszczek porówna się z napalonym ofensywnie lewym/prawym obrońcą Philippem Lahmem (kapitanem i w klubie, i w niemieckiej kadrze), który jest najlepiej zarabiającym defensorem świata - jeśli zsumować jego pensję z kontraktami reklamowymi, to w 2012 roku przyjmie 14,3 mln euro. I od lat uchodzi za czołowego bocznego obrońcę świata.

Wibrujący prawoskrzydłowy  Błaszczykowski zderzy się z Arjenem Robbenem, czyli piłkarzem wichurą, w swojej specjalności również wirtuozem, oraz zaglądającym na tę flankę Franckiem Riberym - też graczem wyjątkowym, z samego szczytu, kupionym za rekordowe wówczas dla Bayernu 25 mln euro. W ogóle tamtymi okolicami, okupowanymi przez podanych pędziwiatrów, powinno potargać istne tornado.

Rekord Ribery’ego został unieważniony, kiedy Bayern wykładał ponad 30 mln za Marco Gomeza. To na tle tego zjawiskowego snajpera - w ostatnich 88 meczach Bayernu strzelił 78 goli, wydajniejszego nie było w Monachium od dekad - spróbuje błysnąć Lewandowski, błyskawicznie wyrastający na naszego najwybitniejszego napastnika po upadku komunizmu. Będzie usiłował pokonać Manuela Neuera, zrabowanego Schalke bramkarza pretendującego do numeru jeden nie tylko w Niemczech, ale i na świecie. Polski snajper Bayernu jeszcze golem nie skrzywdził, nawet asysty w meczach z nim nie miał.

Polacy przybyli do Borussii za grosze, to dzisiaj firma oszczędna - niegdyś było inaczej - i wierząca w ideę wcielaną w życie przez zatrudnianego od czterech lat Jurgena Kloppa. Jeśli znów zwyciężą, zapewne jeszcze bardziej zbliżą się do przyjemnego wyboru - pojechać do Hollywood, czyli jednej z firm importującej gwiazdy oraz wschodzące gwiazdy (będą oferty, a jakże, muszą być), czy zostać w Dortmundzie i budować tam Hollywood od podstaw, wraz z Kloppem? Fantastyczna alternatywa. A gdyby nasi rodacy mieli się z nią zmierzyć, to wcześniej dowiedzielibyśmy się, że na Euro 2012 nie staną oko w oko z niczym, z czym wcześniej się już nie zetknęli.

To będzie Mecz, już czuję na skórze. Jutro z okazji tego święta ogłoszę na blogu mały konkurs, którego zwycięzcom wyślę otrzymane od transmitującego hiciora Eurosportu 2 dwie małe nagrody. Oczywiście podpisane przez aktualne oraz - miejmy nadzieję - przyszłe megagwiazdy. Stay tuned.

Archiwum
Tagi