Wpisy z tagiem: Arsene Wenger

środa, 08 marca 2017

Arsenal, Arsene Wenger

„Nie bardzo się mam. Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał” – odparł Kłapouchy i pewnie nie przyszło mu do łebka, że długo po nim przyjdzie cały tłum Kłapouchych, że perfekcyjnie wyraził stan ducha fanów Arsenalu dręczonych przez Arsene’a Wengera w drugiej dekadzie XXI wieku.

Mówimy o fanach bez wątpienia nieszczęśliwych, ale nieprzesadnie, przecież nie spadła na nich żadna wielka tragedia. Nikt ich nie przypalał brakiem awansu do Ligi Mistrzów, nikt ich nie podtapiał klęską w fazie grupowej Ligi Mistrzów – co spotykało wszystkich innych okolicznych kibiców, nawet wspierających Manchester United czy Chelsea. Arsenal osiągał wyniki dotkliwie średnie, moment na pożegnanie się z rozgrywkami dobierając z morderczą konsekwencją:

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

Dramatu nie ma, w dodatku można częściowo usprawiedliwić Arsenal klasą przeciwników, londyńczycy wpadali bowiem zazwyczaj na wielką Barcelonę lub wielki Bayern. Cierpisz tu raczej z nudów. Dlatego zresztą rozrzuciłem te najnowsze siedem sezonów po siedmiu akapitach – żeby czytelników zamulić, żeby nawet vbezstronni wpadli w stupor i poczuli klimat.

Im bardziej zatem Puchatek zaglądał do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, tym bardziej Arsenalu tam nie było. Choć były w przywołanym okresie m.in. Wolfsburg, Benfica (dwukrotnie), Monaco, FC Porto, Borussia Dortmund, Galatasaray, Malaga, Olympique Marsylia, Schalke, Szachtar Donieck, Tottenham, a nawet – uwaga, uwaga, słychać werble i brykającego Tygryska – cypryjski APOEL.

Znaczy każdemu się czasem trafia. Każdemu, tylko nie Arsenalowi. Arsenalowi, który śni o potędze, którego nie usatysfakcjonowałby w pełni nawet ćwierćfinał, który co sezon wysłuchuje trenerskich obietnic, że powalczy także o mistrzostwo kraju.

W lidze angielskiej też wiedzie mu się jednak przeraźliwie średnio. Nigdy beznadziejnie, ale i nigdy porywająco. Choć między 2005 a 2014 rokiem londyńczycy przeżyli najdłuższy okres bez zdobycia żadnego trofeum od lat 60. ubiegłego stulecia, to w żadnym sezonie nie stoczyli się na dno lub w jego pobliże.

Wróćmy jeszcze raz do bieżącej dekady – w najmarniejszym statystycznie sezonie tego okresu zdobyli w lidze ledwie 11 punktów mniej niż w najlepszym. W Manchesterze United ta rozpiętość wynosi 25 pkt. W Manchesterze City – 23 pkt. W Chelsea – 32 pkt. W Leicester nie sposób jej obliczyć, ponieważ Leicester zaczynało dekadę w drugiej lidze.

Wszyscy wymienieni zdobywali jednak mistrzostwo kraju. Czasem upadali bardzo nisko, czasem wzlatywali bardzo wysoko. W Champions League to samo – piłkarze United i Chelsea obcałowywali trofeum, a piłkarze City dofruwali do półfinału, w którym ulegli minimalnie (0:1 w dwumeczu) Realowi Madryt, późniejszemu triumfatorowi. Losów debiutujących w elicie bohaterów Leicester jeszcze nie znamy – niewykluczone, że wkradną się do ćwierćfinału, w Sewilli ulegli ledwie 1:2 – ale nawet oni zdążyli już nie tyle „nie przynieść wstydu”, ile zapisać się w sensie historycznym. Nikt przed nimi nie zdołał zachować czystego konta w czterech inauguracyjnych meczach tych rozgrywek.

Wygląda to zatem trochę tak, że otaczają was piłkarze, którzy bywają natchnieni i bywają skrajnie zdołowani, a wy, Arsenal, spokojnie sobie dłubiecie, żeby jakoś to było. Nikt nikogo nie popędza, nikt nie wymaga Bóg wie czego. Wasza mała stabilizacja.

A przecież poprzedził ją niesamowity odlot. Trener Arséne Wenger podpisał swoim nazwiskiem angielskie arcydzieło wszech czasów – legendarną drużynę „Niezwyciężonych”, która mistrzowski sezon przetrwała bez żadnej porażki, oszałamiając stylem gry, by w następnym sezonie, już tylko wicemistrzowskim, oszałamiać bodaj jeszcze bardziej.

To była ostatnia wielka drużyna, jaką Francuz stworzył. Tak wielka, że musiała zostawić niezmywalne piętno na świadomości kibiców. „Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” – rzekł pewnego dnia Kubuś Puchatek, choć nie kibicował Arsenalowi.

Teoretycznie ta wielotomowa baśń – najpierw cudowna, potem posępna – opowiada o Trenerze O Bardzo Dużym Rozumku, który stał się Trenerem O Bardzo Małym Rozumku.

Podstawowe fakty znamy. Kiedy Wenger przylatywał do ligi angielskiej w 1996 roku, miał gigantyczną przewagę nad lokalną konkurencją. Wylądował w ciemnogrodzie, więc wystarczyło mu zamienić w diecie piłkarzy panierkę i browar na brokuły i wodę mineralną (upraszczam, wiem, przepraszam), by zostać rewolucjonistą. Ciemnogród był odizolowany od świata, więc nie miał pojęcia, w przeciwieństwie do Francuza, że z transferowego rynku można za bezcen wyławiać przyszłe gwiazdy formatu Thierry’ego Henry’ego. Wyspiarskie kluby zatrudniały wtedy ledwie kilku zagranicznych trenerów, a od tamtej pory proporcje się odwróciły – zatrudniają ledwie kilku rodzimych, i to wyłącznie w klubach z dołów tabeli.

Wenger za nimi nie nadążył. Jak głosi raczej zgodna opinia ekspertów, nie ewoluował i nie umiał zareagować na nowe okoliczności (utratę tamtych naturalnych przewag). Od siebie dodałbym, że stracił wiarę w potęgę treningu. Plótł jak ekonomista z wykształcenia (ma dyplom), zanudzając nas udowadnianiem, że rywale są bogatsi, zamiast skupić się na mozolnym wykuwaniu drużyny, która przynajmniej raz na jakiś czas odpali. Bez końca oglądaliśmy więc te same sceny, np. szokujące odrętwienie obrońców, którzy w meczach najważniejszych, z potentatami, zastygali w najgorszych momentach, biernie przyglądając się przeciwnikom rozrabiającym w arsenalskim polu karnym.

Ten obraz widać jednak tylko z perspektywy sportowej. Gdy zamienimy ją na biznesową, Wenger rośnie na Trenera O Największym Rozumku.

Sportowa stabilność londyńczyków czyniła ich sprawnie funkcjonującym przedsiębiorstwem. Jak wiadomo dzięki wielu analitykom zajmującym się i futbolem, i ekonomią, idealny klub dla właścicieli biznesmenów wygląda tak: wyśrubowane ceny biletów, wystrzeganie się fetyszyzowania trofeów i zarazem przesadnego przegrywania, rosnące notowania na giełdzie.

Wypisz wymaluj Arsenal. Wejściówki sprzedaje najdroższe na świecie, a przegrywa w gruncie rzeczy, z ekonomicznego punktu widzenia, tylko trochę. Od 1997 roku, czyli od 19 sezonów, bez przerwy uczestniczy w lukratywnej Lidze Mistrzów, ustępując pod tym względem tylko Realowi Madryt.

Rozumiecie, misie o maluteńkich rozumkach? To drugi najrówniejszy klub po Realu Madryt. I oczywiście nigdy nie odpada w fazie grupowej. Panom pilnującym, żeby kasa się zgadzała, cały czas dostarczana jest pełna beczka miodu, w ich brzuszkach nigdy nie burczy. Wenger, idealny trener klubowych akcjonariuszy. Bratnia dusza, zawsze zasługująca na wsparcie. Bo różnica między krajowym tytułem mistrzowskim a wicemistrzowskim jest stosunkowo niewielka, co najwyżej prestiżowa – najwięcej dzieli awans od braku awansu do LM, czyli w przypadku Anglii czwarte od piątego miejsca. Reszta ta drobne.

Od lat podejrzewam (pewnie nie tylko ja), że niezależnie od deklaracji w Arsenalu nie ma specjalnego parcia na poważniejsze wygrywanie. I na samej górze, i prawie na samej górze, i jeszcze niżej, spływa ten stoicki spokój na sam dół, aż po doskonale opłacanych graczy. We wtorek, po ostatnim gwizdku dwumeczu przegranego z Bayernem 2:10, histeryzują też głównie kibice, wpatrujący się w rubryki z nie najważniejszymi cyframi. Awans do LM był, przetrwanie jesieni też, więc klub, jak zresztą podkreślił Wenger, znajduje się w doskonałej kondycji.

Choć tym razem może się okazać, że londyńczycy jednak przeholowali, że o uratowanie wymarzonej czwartej pozycji może być tej pluszowej drużynie trudniej niż kiedykolwiek. I niewykluczone, że pożegnanie z najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach Arsenalu nastąpi jednak po porażce. Jedynej prawdziwej porażce w bieżącej dekadzie.

„– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?

– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

środa, 21 października 2015

Arsenal, Arsene Wenger, Liga Mistrzów, liga angielska

Przesadnej stałości poglądów nigdy nie uważałem za cnotę – u każdego, kto stale aktualizuje swoją wiedzę o świecie, muszą ewoluować – a u trenera piłkarskiego wydaje mi się już cechą wybitnie niebezpieczną. On powinien raczej pielęgnować w sobie zdolność do nieustającego kwestionowania wszystkiego, w co wierzy, modyfikowania preferowanego stylu, udoskonalania metod szkoleniowych, może wręcz zaprzeczania samemu sobie. I po to, by rywale go nie przejrzeli i nie nauczyli się przeciw niemu grać, i dlatego, że w futbolu często ten, kto porwie się na coś nowego, zyskuje przewagę tylko z tego powodu, że był pierwszy.

Arsene Wenger długimi latami ewoluować nie umiał lub nie chciał, wielokrotnie pomstowałem tu na jego ortodoksyjną wierność swemu przekonaniu, jak powinno się grać w piłkę, by zadowolić publikę. Inny długowieczny menedżer z ligi angielskiej, Alex Ferguson, notorycznie się przepoczwarzał, tymczasem francuski trener upierał się, że im bardziej rzeczywistość kompromituje jego pomysły, tym gorzej dla rzeczywistości. Zderzał się na przykład Arsenal z Bayernem, to szef wydawał rozkaz, by londyńczycy awanturowali się o dłuższe posiadania piłki z lepiej do tego przygotowanymi technicznie monachijczykami, zsyłając na nich pewną katastrofę. Albo przy każdej możliwej okazji dawał się wyrolować cynicznemu José Mourinho, podarowując jego podwładnym pełny komfort na boisku – nie potrzebowali podejmować żadnej inicjatywy, wystarczało im czekać, kiedy naiwny Arsenal pozwoli się skontratakować.

Być może był Wenger więźniem swego największego dokonania. Arcydzieła z sezonu 2003/04, nie poplamionego ani jedną porażką. Najbardziej porywającego stylu gry, jaki widziałem w lidze angielskiej. Stylu bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną. I kiedy tamta drużyna się rozpadła, pragnął stworzyć jej kopię.

Zrezygnował chyba w połowie ubiegłego sezonu. To wtedy zaczęliśmy gdzieniegdzie oglądać Arsenal przyczajony, cierpliwy, nawet zabijający grę. A kulminacja trendu nastąpiła we wtorek, gdy londyńczycy stanęli na swojej połowie i oddali piłkę Bayernu na 69 proc. czasu gry. Oni wciąż potrafią zachwycić wariacką wymianą podań w ofensywie – również dzięki zmianie polityki transferowej, brzydzący się kosztownymi transferami Wenger przestał fantazjować o jedenastce wychowanków, a zaczął płacić, przynajmniej niekiedy, po 50 czy 42 mln za wirtuozów z Realu Madryt czy Barcelony. Ale mają też alternatywę. Także „brzydką”, jak sposób przechytrzenia Bayernu, któremu pierwszego gola Olivier Giroud wepchnął ręką. Znów ujrzeliśmy klasyczny sposób na drużyny Pepa Guardioli, do których nie zniżają się trenerzy zbyt dumni, ewentualnie niewystarczająco pokorni, czyli skupienie się na kontrolowaniu przestrzeni. Tak z barcelończykami i monachijczykami wygrywały w Lidze Mistrzów Rubin Kazań, Chelsea czy nawet Real Madryt (w obu zwycięskich półfinałach półtora roku temu trzymał piłkę przez zaledwie 36 proc. czasu gry, a zwyciężył w dwumeczu 5:0).

Biorąc pod uwagę zwyczaje Wengera, w jego głowie odbyła się rewolucja. Trener o fanatycznej wręcz sztywności myślenia miesiącami się rozluźniał, aż stał się trenerem elastycznym. Wykonał umysłowy szpagat.

I zanim piłkarze Arsenalu pokonali Bayern – w chwili najwyższego napięcia, porażka praktycznie wyrzucałaby go z LM! – zaczęli być przeciwnikami bardzo przykrymi w odbiorze w hitach ligi angielskiej. Czyli tam, gdzie rozczarowywali zawsze, zyskując reputację mięczaków albo chłopców, w każdym razie atletów upośledzonych mentalnie.

Passy meczów bez zwycięstwa są stopniowo wypierane przez passy meczów bez porażki. Manchester United? Niedawne spektakularne 3:0 poprzedziły wyjazdowe 1:1 w maju oraz wyjazdowe 2:1 w marcu. Chelsea? Owszem, ostatnio Arsenal sąsiadom uległ, ale w sporej mierze przez błąd sędziego oszukanego przez Diego Costę, a w poprzednich tegorocznych meczach wygrywał 1:0 oraz remisował 0:0. Manchester City? W styczniu londyńczycy zwyciężyli na boisku rywala 2:0, w ubiegłym roku też dawali radę (2:2, 3:0, 1:1). Liverpool? 0:0 w sierpniu i 4:1 w kwietniu.

Wiele tych meczów to były nudy na pudy, ale kibice nie płaczą – Arsenal zawalił w bieżącym roku kalendarzowym ledwie jeden szlagier, lutowe derby z Tottenhamem. Wpadki miewa wyłącznie zaskakujące, z Olympiakosami czy Dinamami Zagrzeb (Wenger ewidentnie rywali zlekceważył), bo w ogóle przegrywa wyłącznie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy, zamiast jak dotychczas przegrywać zawsze, gdy się tego spodziewamy. Jest drużyną bardzo doświadczoną (najbliżej bramki stali we wtorek 33-letni Cech, 31-letni Mertesacker, 30-letni Koscielny), niemal zamkniętą na młodzież (kolejna wolta szkoleniowca!), najmocniejszą w Anglii w roku 2015, znów zdolną bić się o mistrzostwo kraju.

Pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu awans w hierarchii londyńczycy zawdzięczają ewolucji Wengera, a w jakim – zapaści czołowych angielskich klubów, wyglądających tym przeciętniej, im więcej wydają na transfery. Bo w czasie, gdy francuski trener, coraz częściej oskarżany o nieodwracalne stetryczenie, wyenergiczniał i wynalazł Arsenal na nowo, odrętwieli niektórzy jego główni konkurenci. Dzisiaj na pierwszego niereformowalnego, który stosuje wciąż te same chwyty – ostatnio pierwszy usłyszałem od kibica Chelsea, że „przynudza” – wygląda José Mourinho.

PS Przypominam, że trwa ósma edycja konkursu na Jasnowidz roku. Pytania są tutaj, odpowiadać można do godz. 23.59 w piątek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

czwartek, 15 stycznia 2015

Najazd polskich piłkarzy na najbardziej ekskluzywne rynki pracy nie tyle trwa, ile stale się nasila. Mamy już swoich ludzi w Bayernie, Borussii Dortmund, Arsenalu, Ajaxie Amsterdam, Sevilli, Deportivo La Coruna, Romie, Torino, Benfice, Dynamie Kijów etc – jeszcze się nie zdarzyło, by tylu naraz reprezentowało renomowane firmy i by zatrudniano ich jednoczeście we wszystkich pięciu czołowych rozgrywkach europejskich. W najwyższych ligach Hiszpanii, Niemczech, Anglii, Włoszech oraz Francji pracuje ich blisko trzydziestu i to pomijając juniorów, którzy dopiero się przyuczają na miejscu (Hubert Adamczyk w Chelsea) czy na wypożyczeniu (Igor Łasicki z Napoli). Z premedytacją używam tu czasownika „pracują”, bo są wśród nich tacy, którzy na boisko nie zaglądają lub niemal nie zaglądają, ewentualnie zostali relegowani do rezerw – jak Dominik Furman w Toulouse czy Paweł Wszołek w Sampdorii. Sportowo biedują, ale życiowo już niekoniecznie, wszyscy osiągnęli finansowy sukces i wśród polskich emigrantów należą do ekonomicznej elity.

Właśnie dołączył do nich Krystian Bielik. 4 stycznia skończył 17 lat, młodość ma bajkową – poleci na renomowany futbolowy uniwersytet w Arsenalu, do najpopularniejszej ligi świata, na którą jego rówieśnicy patrzą jak na świat trochę nierzeczywisty – jeśli nie z pogranicza naładowanej efektami specjalnymi ekranizacji komiksu o superbohaterach, to na pewno niedostępny dla zwykłych śmiertelników. I jeszcze będą chłopakowi płacić za te przyjemności 2 tys. funtów tygodniowo, czyli przeszło 50 tys. zł miesięcznie. Fabryka marzeń.

Nie mam pojęcia, czy osiągnie również sukces sportowy. Nie sposób prorokować i dlatego, że z seniorami pokopał ledwie parę chwil, i dlatego, że wśród cudownych dzieci futbolu przeważają te, które wyrastają na przeciętniaków – szczególnie drastyczne przypadki to Freddy Adu czy Armand Ella Ken – i dlatego, że Bielik musi najpierw nie zwariować. Choć nie tylko prezes Bogusław Leśnodorski widzi w nim młodzieńca przytomnego, roztropnie planującego karierę, to o ludziach wiemy tyle, ile ich sprawdzono, a byłego legionisty nie sprawdzały jeszcze ani hipnotyzująca bezlikiem atrakcji metropolia o rozmiarach Londynu, ani samotne życie w obcej kulturze, ani gigantyczne dla nastolatka pieniądze. Można jedynie wierzyć, że w Arsenalu mu pomogą. Londyńczycy, którzy od lat werbują zdolnych chłopców ze wszystkich kontynentów, są znani z tego, że opiekują się także głowami piłkarzy – mentalni trenerzy w pewnym sensie uczą ich, jak żyć.

Wygrają tylko najbardziej pojętni. Arsenal długo budował reputację fantastycznego miejsca dla chłopców, który chcą prędko dojrzeć do futbolu dla dorosłych – i popierają to talentem, nabytym gdzie indziej wyszkoleniem etc – ale i tam przeważają ci, którym się nie udało. Wyjęty z Barcelony w wieku 17 lat Fran Merida skończy niebawem 25 i ponosi klęski wszędzie, gdzie próbuje (ostatnio w lidze brazylijskiej, teraz bezrobotny); 22-letni Ignasi Miquel nie gra w piłkę niemal wcale; 31-letni Jermaine Pennant (to ten, co kiedyś zapomniał, że ma Porsche) stoczył się do ligi indyjskiej – można wymieniać długo, także nazwiska, za które londyńczycy płacili kilkakrotnie więcej niż za Bielika. Dwa miliony euro, które wydali na Polaka, to dla nich prawie bilon. Nie ryzykują wcale.

Bielik pozna zarazem jednak trenera, który się nie zawaha, jeśli uzna, że młody rokuje. Jemu odwagi nie brakuje. Od defensywnych pomocników wymaga się zazwyczaj doświadczenia, więc na tej pozycji nieprzyzwoicie młodzi piłkarze grają rzadko, ale Wenger uczynił tu już spektakularny wyjątek. I to zakończony spektakularnym sukcesem – kiedy w 2004 roku kontuzje nękały dobiegających wówczas trzydziestki Patricka Vieirę i Gilberto Silvę, do środka pola posłał Cesca Fabregasa (piłkarza o innej charakterystyce niż Bielik, ale to tu drugorzędne), 17-letniego wówczas żółtodzioba bez ani jednego ligowego meczu w dorobku. Natychmiast wstawił Hiszpana do podstawowego składu, pozwolił mu w debiutanckim sezonie rozegrać – uwaga – 46 meczów.

Owszem, wychowanek katalońskiej La Masii przylatywał do Londynu z nieco lepszymi referencjami niż wychowanek Górnika Konin. Ale jego przypadek ilustruje mentalność Wengera, który jeśli patrzy w metrykę, to raczej po to, by wylansować młodego – i potrafi go lansować na dowolnej pozycji, niezależnie od zwyczajów innych trenerów. Odwrotnie niż np. José Mourinho – ten chce wyłącznie wytrenowanych, wielokrotnie sprawdzonych zawodowców, i nie będzie trzymał rezerwowego napastnika w osobie 20-letniego Romelu Lukaku, jeśli może ściągnąć 32-letniego Samuela Eto’o.

A należy jeszcze pamiętać, że Arsenal od wieczności cierpi na obezwładniającą słabość środka pomocy. Ostatnio zdarza się tam biegać Flaminiemu i Cocquelinowi – tak słabych duetów w tej newralgicznej strefie w czołowych klubach zwyczajnie się nie spotyka – lub przesuwanemu z obrony Chambersowi, zresztą ledwie 20-letniemu... Nie ma wątpliwości – jeśli Polak zrobi dobre wrażenie, dostanie szansę już jesienią, choć pewnie najpierw w Pucharze Ligi. I to szansę realną, a nie kilka kopnięć w doliczonym czasie gry.

sobota, 22 marca 2014

Arsene Wenger, Arsenal, Premier League

Zachowuje się ten Francuzik wyjątkowo bezczelnie, przylazł z jakiejś ligi japońskiej – niewłaściwe pochodzenie z pogardą podkreślał zwłaszcza Alex Ferguson – i ośmiela się nas pouczać, co pić, co jeść, jak trenować i jak grać. Ani frytek, ani browara, brokuły zamiast batoników, i jeszcze gimnastykować się każe o ósmej rano w dniu meczu, to przed śniadaniem, przecież nie będziemy mieli potem siły nogi podnieść na boisku. A wszystko pod hasłem modernizacji oraz odkryć naukowych, brakuje tylko, żeby tarczę Big Bena polecił zastąpić wyświetlaczem ciekłokrystalicznym.

Tak, wylądował w 1996 roku w Londynie Arsène Wenger w nastroju rewolucyjnym, choć zlatywał do twierdzy konserwatyzmu – wyspiarze jako wynalazcy futbolu z urzędu wiedzieli lepiej, o zmienianiu zwyczajów do dziś myślą ze wstrętem, wtedy nie wyobrażali sobie nawet podbijającego ich ligę przybysza z kontynentu. (Powspominałbym dłużej, gdyby obszernie nie zrobił tego tutaj Michał Okoński). I wystarczyło francuskiemu trenerowi parę chwil, żeby z chuderlawego, wysokiego okularnika urosnąć do powszechnie szanowanego pana profesora – w drugim sezonie wziął mistrzostwo i Puchar Anglii. A po następnym kilku chwilach – wybić się na twórcę arcydzieła, jakiego Premier League nie podziwiała od 115 lat, czyli sezonu (2003/04) nie poplamionego ani jedną porażką.

Jako entuzjasta futbolu będę mu dozgonnie wdzięczny za tamten czas nie tyle ze względu na ów rekord, ile ze względu na wzruszenia estetyczne. Odkąd śledzę angielskie rozgrywki, nikt nigdy nie podarował nam niczego równie porywającego. Stylu gry bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną.

Korzystał wtedy z efektu nowości. Bycia pierwszym. Przewagę zyskiwał zarówno dzięki innnowacyjnemu, wszechstronnemu przygotowywaniu drużyny, jak i szeroko zakrojonemu wydobywaniu złóż młodego talentu z muraw kontynentu. I naturalnej znajomości rynku francuskiego. To nie przypadek, że najlepsze interesy ubijał, gdy wyciągał z rezerw innych klubów młodych rodaków, w których możliwościach doskonale się orientował – czy to interesy sportowe (Thierry Henry, Patrick Vieira), czy finansowe (wziętego za 0,5 mln funtów Nicolasa Anelkę spieniężył za 22,3 mln). Z czasem na przemyślane poszukiwania skarbów wyruszyli rywale i Wenger utracił aurę maga, który przyszłe gwiazdy futbolu wyczarowuje. Stał się zwykłym uczestnikiem gry transferowej, regularnie popełniającym grube błędy. Wszyscy je popełniają i będą popełniali, dopóki piłkarzy nie zastąpią androidy, które będą działały jak telewizory – wszędzie i zawsze tak samo, gdzie i kiedy ich nie uruchomisz.

I coraz częściej Wenger przegrywał. Dziś, kiedy poprowadził Arsenal w meczu nr 1000, po portalach krążą tabele porównujące jego statystyki ze statystykami pierwszego tysiąca Alexa Fergusona – dorobek obu okazuje się podobny, niemal identyczny. Zestawianie obu znakomitych trenerów to naturalny odruch, tylko ich łączy wieczność w jednym klubie. Czy jednak te dane nie są jałowe, skoro nie ilustrują dynamiki wydarzeń? Oto Ferguson rozpędzał się powolutku, im jednak dłużej pracował, tym więcej wygrywał – najpotężniejszy był u schyłku kariery, pomimo konkurencji silniejszej niż kiedykolwiek. Rozwijał się. Wenger odwrotnie, ruszył w szaleńczym tempie, by stopniowo zwalniać. Jego monumentalny dorobek się przepoławia – pierwszą pięćsetkę znaczą trofea, drugą rozmieniał na nieustające odkładanie wygrywania na lepsze jutro. I torturowanie kibiców meczami jak dzisiejszy. Poddanymi, zanim na dobre się zaczęły. Ilustrującymi skutki fanatycznej niezgody na rozpoczynanie wielkich gier niżej ustawioną defensywą. Sugerującymi, że piłkarze wyszli z szatni kompletnie nieprzygotowani mentalnie na skalę wyzwania. W tym sezonie było i 3:6, i 1:5, i 0:6. Rywale odkrywali uroki wyników hokejowych.

Nie chcę dziś tłumaczyć, dlaczego usprawiedliwianie niepowodzeń realiami ekonomicznymi zdaje mi się absurdalne i wymagające bezceremonialnej manipulacji liczbami. Odświętność jubileuszu i tak zatruł Wengerowi oraz jego kibicom największy wróg – José Mourinho – z którego przylotem do Londynu zbiegł się początek wieloletniej posuchy w Arsenalu. A Francuz po wystawieniu „Niezwyciężonych”, czyli zjawiskowego przedstawienia z sezonu 2003/04, w pewnym sensie zyskał dla mnie rangę artysty, który spełnił się już arcydziełem skończonym, sprawiającym, że niczego więcej od niego nie wymagam. Owszem, zafascynowany śledzę jego ewolucję, ale ewentualne kolejne sukcesy wielkości mu tylko dodadzą, a ewentualne porażki już jej nie odbiorą. Anglicy powinni to czuć jeszcze intensywniej – on otwierał oczy na świat nie tyle Arsenalowi, ile całej ich futbolowej kulturze.

– Inspiruje mnie idea uczynienia piłkarzy perfekcyjnymi. Rozegrania perfekcyjnego meczu – te słowa przepytywanego z okazji jubileuszu Wengera uświadamiają, co być może najsilniej odróżnia go od innych wielkich trenerów. Otóż Ferguson, Mourinho czy Benitez, by pozostać przy nazwiskach najbardziej na Wyspach oczywistych, wpajają podwładnym umiejętność zwyciężania w najważniejszych starciach pomimo gry przeciętnej albo wręcz marnej. Arsenal zwycięża w najważniejszych starciach, jeśli dotknie perfekcji, swego maksimum. Jak w „Niezwyciężonych”, którzy z zasady nie zniżali się do mówienia prozą, snuli wyłącznie baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Wyróżnia Wengera również imponująca regularność. To jedyny trener świata, który przebywa w Lidze Mistrzów nieprzerwanie od 16 edycji. I jedyny trener świata, który od 14 edycji nie daje się wyprosić z czołowej „16” Ligi Mistrzów. I król krążenia wokół najniższego stopnia podium w lidze angielskiej – od 2006 roku przestępuje z trzeciego miejsca na czwarte, ze skłonnością do dłuższego zatrzymywania się na czwartym, teraz chyba znów tam przycupnie. Ba, on ogłosił, że czwarte miejsce należy traktować jak trofeum. A publiczność interpretację przyjęła, każdy skuteczny pościg za tym „trofeum” uznając za sukces.

Pytanie tylko, co wybraliby, gdyby mogli, fani. Ową małą stabilizację, równowagę (bezcenną w księgach, Wenger wie to doskonale jako ekonomista z wykształcenia), która daje bezpieczeństwo, ale pozbawia zarazem uniesień? Czy raczej przynależną światowi sportu karuzelę nastrojów, cudowne wzloty przeplatane bolesnymi upadkami, jakie przeżywają zwolennicy – by szukać na różnych poziomach – Liverpoolu lub Wigan, którzy raz się staczają, a raz wariują ze szczęścia po wzięciu pucharu?

czwartek, 16 sierpnia 2012

Arsenal

Czy futbolowego handlu żywym towarem również nie powinno się uprawiać humanitarnie? Czy nie zbliżamy się do momentu, w którym fanów Arsenalu specjalną ochroną powinny objąć organizacje broniące praw człowieka? Dlaczego krezusi znęcają się akurat nad londyńczykami? Ze skóry obdzierają ich każdego lata - a to skubną Henry’ego lub Cole’a, a to podbiorą Adebayora lub Vieirę, a to wydrapią Nasriego, Touré, Fàbregasa, van Persiego (ma zadebiutować w MU już w poniedziałek). Zaciągają do siebie gwiazdy w pełnym blasku, w kwiecie wieku, w szczycie przydatności dla drużyny. Często kapitanów.

Szatnie klubów mniej zamożnych wszędzie rozkupują kluby bardziej zamożne, a jednak odnosimy wrażenie, że wśród drużyn chcących wskoczyć na sam szczyt Arsenal jest wyjątkowo pokrzywdzony, że to Arsenal rywale demontują z bezlitosną regularnością i bezprzykładnym, odmierzanym sezon w sezon okrucieństwem.

Winny jest oczywiście trener. Ale nie tylko dlatego, że nie umie - o czym już wspominałem - przekonać piłkarzy, że pod jego przywództwem osiągną sukces. Przypisałbym mu jeszcze inne trzy grzechy główne, które świadczą zarazem o jego trenerskiej wielkości.

Po pierwsze, Arsène Wenger perfekcyjnie realizuje strategię masowego rekrutowania gwiazd jutra. Nie stać go na finansowe zapasy z Manchesterami, lecz ma wystarczająco ciężki budżet, by importować młodych nie tyle „obiecujących”, co niemal „gwarantujących”, że zostaną gwiazdami - w przyszłości skazanych na oferty największych firm. Znów - nie wielkich firm, ale największych. Jak Barcelona uchodzi za najwydajniejszą fabrykę talentów na miarę najpotężniejszych klubów, tak Arsenal stał się najwydajniejszym dystrybutorem talentów na miarę najpotężniejszych klubów.

Po drugie, Wenger z wyczuciem nie tylko wyławia, ale i fantastycznie edukuje. Znów - nie świetnie, lecz fantastycznie. Pod jego okiem rosną giganci najlepsi lub prawie najlepsi na swoich pozycjach na świecie, więc ciągną ich do siebie nie Liverpoole lub Tottenhamy, z którymi da się finansowo konkurować, lecz Barcelona, Chelsea, Manchester City, Manchester United. Trzy ostatnie firmy, tworzące finansową elitę Premier League, wyrwały w ostatnich latach z Arsenalu sześciu ludzi. Nie znajdziecie na świecie klubu, w którym zostawili więcej pieniędzy. Popatrzcie też, jak maniacko absolwentom uniwersytetu Wengera ufa korporacja katalońska - wzięła już Henry’ego, Hleba, Fàbregasa (jego odzyskała, ale chłop doroślał jednak w Londynie), zaraz weźmie jeszcze Songa. Muszę dać tę frazę jeszcze raz - nie znajdziecie niehiszpańskiego klubu, w którym Barcelona kupuje chętniej.

Po trzecie wreszcie, Arsenal wciąż stosunkowo często zwycięża. Rozbiórka trwa permanentnie, walą się fundamenty, Wenger po erze „Niezwyciężonych” już nigdy drużyny nie zbudował, ale prowizorka i ciągłe drżenie o jutro nie przeszkadza w utrzymywaniu się na pułapie Ligi Mistrzów. Albo wręcz na pułapie podium. Komentatorzy co sezon wieszczą londyńczykom zjazd w stany średnie, a ci ani myślą komentatorów słuchać. Słuchają profesora Wengera, wychowawcy piłkarskich wyczynowców genialnego.

niedziela, 11 grudnia 2011

Moneyball, Brad Pitt, sabermetria w Champions League. Fot. Sony Pictures

Wchodzący na nasze ekrany hollywoodzki przebój opowiada o micie wielbionego w Ameryce baseballu, który zainspirował rewolucję w całym sporcie - także piłce nożnej. Rewolucję wznieconą, gdy na boiska wtargnęła matematyka.

Yogi Berra - były baseballista i trener tak legendarny, że imię na jego cześć dostał miś z kreskówek wytwórni filmowej Hanna-Barbera - słynął z niezapomnianych bon motów. Na pytanie o tajemnicę sukcesu w jego dyscyplinie odpowiadał, że „w 90 proc. decydują o nim atuty mentalne, a w drugiej połowie atuty atletyczne”. Na pytanie, dlaczego przestał jadać w restauracji Ruggeri's w St. Louis: „Nikt już tam nie chodzi. Za duży tłok”. Przysięgał też, że „co najmniej połowa kłamstw, które o nim rozpowszechniają, to bzdury”.

Nie upychałbym w akapicie cytatów wyjętych z kompletnie odmiennych okoliczności, gdyby nie tchnęły logiką charakterystyczną dla stereotypowego trenera sprzed lat - nie baseballowego, lecz w dowolnym sporcie zespołowym. Drużynami tradycyjnie nie kierowali zimni racjonaliści o analitycznych umysłach, lecz szamani ufający własnemu doświadczeniu, intuicji czy wręcz nieokreślonemu instynktowi. Przetrwali zresztą do dziś. Selekcjoner naszej kadry futbolowej Franciszek Smuda chętnie przyznaje, że przed podjęciem decyzji taktycznej wsłuchuje się w głos z nieba, laptop służy mu za podstawkę pod herbatę, a klasowego gracza rozpoznaje po sposobie, w jakim stawia kroki na schodach. Ale najwybitniejsi piłkarscy fachowcy stawiają na metody naukowe, serio myślą o sformułowaniu ogólnej teorii wygrywania.

Dlatego proszą o pomoc głównego bohatera „Moneyball”.

Ten bohater to rebeliant, który odrzuca wszystkie święte zasady budowania drużyny udoskonalane przez przeszło sto lat istnienia baseballu. Postanowi je odrzucić, gdy jako generalny menedżer dysponujących wielokrotnie niższym od konkurentów budżetem Oakland Athletics zrozumie, że w mistrzostwach Ameryki jest skazany na klęskę. Jego gwiazdy uciekają do hojniejszych pracodawców, a na wartościowych następców go nie stać. Rywale szydzą, że jest dostarczycielem organów dla bogaczy.

Zdesperowany Billy Beane (postać autentyczna, w Oakland rządzi do dziś, w filmie gra go Brad Pitt) bierze na asystenta przypadkowo poznanego Petera Branda (postać fikcyjna, będący jej pierwowzorem Paul DePodesta nie zezwolił na użycie swojego nazwiska, w filmie - Jonah Hill), absolwenta ekonomii w Yale i matematycznego geniusza, który opracował niekonwencjonalną, radykalną koncepcję selekcjonowania zawodników.

Ten otyły, fajtłapowaty jajogłowy w okularach, sprawiający wrażenie niezdolnego do przetruchtania kilku metrów do autobusu, zderzy się z przywiązanymi do starych schematów trenerami i skautami, czyli fachowcami zajmującymi się oceną kompetencji graczy. Oni wiedzą, co czyni baseballistę znakomitym: dzięki dobrej koordynacji oko - ruch celnie piłkę rzuca lub odbija pałką; dzięki fizycznej sile mocno ją rzuci lub daleko wybije; dzięki talentowi sprinterskiemu będzie zdobywał tzw. bazy; dzięki specyficznej boiskowej inteligencji właściwie oceni zamiary przeciwnika i wybierze możliwie najkorzystniejszy sposób odbicia piłki; dzięki zdolności błyskawicznego podejmowania decyzji wybierze optymalne rozwiązanie taktyczne. Słowem, do sukcesu niezbędny jest cały szereg zalet atletycznych i mentalnych.

Fanatyk statystyk Peter Brand myśli inaczej. Rekomenduje zawodników z rzucającymi się w oczy wadami, przez konkurencję notorycznie odrzucanych, którzy jednak dysponują pojedynczą pożądaną u klasowego baseballisty cechą w stopniu wybitnym. A potem sportowców uznanych niekiedy wręcz za przypadki beznadziejne ustawia tak, by się wzajemnie uzupełniali. Strategię opiera na maskowaniu ich przywar i eksponowaniu zalet, planuje perfekcyjnie zsynchronizowaną współpracę grupy, chce wynieść grę na wyższy poziom zespołowości.

I prowokuje nieuchronny konflikt. Siwiejący klubowi skauci wściekają się, że wpycha im do szatni patałachów, a gołowąs odpowiada algorytmami, które mają rzekomo obiecywać zwycięstwa. Kompromis ani nawet dyskusja są niemożliwe, strony mówią innymi językami. W trakcie sezonu menedżer Billy Beane odsprzedaje konkurencji czołowego gracza Oakland, inaczej bowiem nie jest w stanie nakłonić trenera (Philip Seymour Hoffman), by ten składał drużynę w sposób zalecany przez Branda.

Riders zaczynają wygrywać. Seryjnie. Ustanawiają rekord wszech czasów, zwycięską passę rozciągając do 20 meczów. Mistrzostwa przy swoich ograniczeniach nie zdobywają, ale wyciskają maksimum z haniebnie skromnego budżetu. Kiedy ich metodę przejmują bogacze z Boston Red Sox, zdobywają tytuł, na który czekali 86 lat.

Każde drgnienie mięśnia

Fabuły Bennetta Millera nie wolno oglądać jak rzetelnej w szczegółach najnowszej historii baseballu, ale oddaje ona klimat wielkiego, niemal cywilizacyjnego przełomu w zawodowym sporcie, w którym epokę romantyczną, przepełnioną spontanicznością i naznaczoną przesądami, wyparła nowoczesność - wierząca w wysoką technologię, minimalizowanie kosztów i maksymalizowanie zysków, usiłująca zamienić gry zespołowe w naukę ścisłą.

Amerykanie od lat 90. rozwijają sabermetrię, wyrafinowaną analizę statystyczną dążącą do „znalezienia obiektywnej wiedzy o baseballu”, której nazwę wywiedli z akronimu SABR oznaczającego organizację Society for American Baseball Research zajmującą się popularyzacją dyscypliny. Propagowali ją i uprawiali ludzie spoza środowiska. Jak astronauta Eric Walker, poeta Carson Cistulli, ekonomista Bill James, biolog David Smith czy statystyk Nate Silver, który system do prognozowania przebiegu karier zawodników wykorzystywał z powodzeniem w polityce. W 2008 roku przewidział zwycięzców wyborów do Kolegium Elektorskiego w 49 z 50 stanów i wyniki rywalizacji o wszystkie 35 miejsc w Senacie.

Fascynaci baseballu byli pionierami w świecie gier drużynowych, ten sport bowiem wyklucza indywidualne akcje - w przeciwieństwie do płynnych piłki nożnej, koszykówki czy hokeja na lodzie. Futbolowy wirtuoz Diego Maradona, koszykarski Michael Jordan czy hokejowy Wayne Gretzky mogą przemierzyć całe boisko i przedryblować wszystkich przeciwników, w baseballu do triumfu prowadzi wyłącznie oparta na schemacie praca zbiorowa.

Ale nauka wdarła się wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie kluby sportowe rozrosły się w globalne korporacje obracające setkami milionów euro rocznie. Jeśli klasowy futbolista zarabia co najmniej 1-2 miliony za sezon, to warto wynająć tabun analityków, którzy zredukują ryzyko błędnego wyboru. I pozwolą objąć kontrolą każdą sekundę gry.

Dlatego kluby z czołowych lig starają się umieścić w bazie danych każde drgnienie każdego mięśnia piłkarza przebywającego na murawie. Wykorzystują technologię używaną w lotnictwie, by sprowadzić mecz do ciągu liczb i umożliwić trenerom rozszyfrowywanie go ze sprawnością Cyphera z „Matrixa”, który w pulsujących na monitorze sznurach cyfr „nie dostrzegał już kodu, lecz brunetki, blondynki i rudowłose”. Dzięki komputerowym programom, których jednorazowe użycie kosztuje kilkanaście tysięcy euro, trenerzy wiedzą, jaki dystans przebiegli przez 90 minut ich gracze, ile razy ruszyli pełnym sprintem, jak często truchtali, czy chętniej podają piłkę na prawe skrzydło, czy na lewe, czy podają ją celnie w 50 proc., czy wręcz w 80 proc. prób, czy swoją obecnością w składzie zwiększają - np. umiejętnym poruszaniem się - odsetek dokładnych podań całej drużyny.

Najcenniejsze jest to, czego ludzkie oko nie wychwyci. Jeden z trenerów orędowników naukowej rewolucji w piłce, zwany „Profesorem”, ekonomista z wykształcenia Arsene Wenger najchętniej zatrudnia futbolistów potrzebujących maksymalnie 3,2 sekundy na sekwencję: przyjęcie piłki - podjęcie decyzji - podanie. Kto reaguje choćby o 0,1 sekundy wolniej, musi zachwycać bajeczną techniką lub innym olśniewającym atutem, by wyszarpać kontrakt w londyńskim Arsenalu.

A ci, którzy już tam grają, poznają do bólu obiektywne przyczyny trenerskich decyzji. Gdy w 2002 roku znakomity, lecz starzejący się napastnik Dennis Bergkamp z pretensją w głosie zapytał, dlaczego zaczął być regularnie odwoływany z boiska w końcówkach meczów, zobaczył komputerowy wydruk i usłyszał: „Popatrz, po 70. minucie zaczynasz biegać znacznie mniej. Po co masz tracić siły, skoro maleje szansa, że strzelisz gola? Nie wolisz zaoszczędzić energię na następną kolejkę?”. Gdy w 2004 roku Wenger chciał pozyskać piłkarza środka pola o wytrzymałości maratończyka, odsiał wszystkich kandydatów przemierzających w trakcie gry mniej niż 14 km i zaproponował pracę niezbyt jeszcze znanemu, wyłowionemu z Olympique Marsylia nastolatkowi Matthieu Flaminiemu.

Wenger to nienasycony innowator, nad stworzeniem najdoskonalszego narzędzia do analizy meczu pracował z zaangażowaną w sport firmą paliwową, dzięki czemu powstał oceniający występ piłkarza Castrol Performance Index. Program dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna konstruująca akcję ofensywną strzeli gola, jeśli ma piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować. Wnioski zależą od inteligencji i kreatywności trenerów. Wenger po każdym meczu otrzymuje 60-stronicowy raport.

Uderzanie głową

Trenerzy często potrzebują wsparcia, zanim nauczą się wyciągać z danych właściwe wnioski. Autor znakomitych książek o futbolu Simon Kuper wytropił, dlaczego jeden z najwybitniejszych fachowców w historii, Alex Ferguson z Manchesteru United, podjął w 2001 roku sensacyjną decyzję o sprzedaniu do rzymskiego Lazio obrońcy Jaapa Stama. Prasa przypuszczała, że piłkarz rozjuszył szefa wydaniem autobiografii ujawniającej sekrety szatni, tymczasem studiujący statystyki trener zauważył, że Holender coraz rzadziej odbiera piłkę rywalowi. I uznał, że piłkarz, dobiegający wówczas trzydziestki, wszedł w smugę cienia.

Stam spędził jednak jeszcze kilka udanych sezonów w lidze włoskiej, bo Ferguson źle zinterpretował dane. Jego gracz nie wchodził w bezpośrednie starcia, bo nie musiał - nabrał doświadczenia, mądrzej się przemieszczał po murawie, lepiej przewidywał następstwo zdarzeń, więc dopadał piłki, zanim dotarła do przeciwnika.

Najbardziej spektakularny w nowożytnym futbolu błąd transferowy, którego istotę pojęliśmy m.in. dzięki wynalezieniu baseballowej sabermetrii, popełnił Real Madryt. W 2003 roku pragnący stworzyć drużynę wszech czasów prezes Florentino Perez pozbył się Claude'a Makelele. Ten specjalista od boiskowej czarnej roboty - jego zadanie polegało na neutralizowaniu ataków rywala - wolno biegał, miał marną technikę, nie umiał grać głową, kopał piłkę tylko na odległość kilku metrów, zazwyczaj wybierał zagrania bardzo bezpieczne - do tyłu i w bok. Co więcej, przekroczył trzydziestkę. Kompletnie nie pasował do kolekcjonowanych w Madrycie megagwiazd obwołanych nośnym marketingowo „Galacticos”.

Po transferze złożony z wirtuozów Real popadł jednak w kryzys, a nieefektowny Makelele przeżył pięć pięknych lat w londyńskiej Chelsea, która niebawem - po pół wieku - odzyskała mistrzostwo Anglii. Tłumaczy Mike Forde, opiekun liczącego 32 miliony danych zbioru analiz 13 tys. meczów, który latał na pielgrzymki do Oakland, by poznać metodologię sportretowanego w „Moneyball” Billy'ego Beane'a: „Oglądając mecz, nie dostrzeżesz Makelele. Oglądając dane, stwierdzisz, że wszędzie go pełno. Większość graczy pracuje najintensywniej, kiedy jest zwrócona twarzą do bramki przeciwnika, najchętniej w fazie ataku. Francuz aktywizuje się, kiedy piłkę ma przeciwnik. Wykonuje wtedy 84 proc. pracy na poziomie wysokiej intensywności, to dwukrotnie więcej niż partnerzy z drużyny”.

Wzgardzony w Madrycie piłkarz zyskał taką renomę, że dziś zleca się jego następcom, by odgrywali „rolę Makelele”. Ale niewyraźny był do bólu. Goli nie strzelał wcale, więc po dwóch sezonach podczas meczu kończącego mistrzowski sezon Chelsea koledzy zaciągnęli go do wykonywania rzutu karnego. Nawet wtedy, stojąc samotnie przed bramkarzem, nie trafił do bramki. Udało się dopiero po dobitce.

Wysłannicy klubów piłkarskich najpierw latali po naukę do baseballowych guru od analizy gry, a następnie podjęli współpracę z firmami Prozone, Amisco czy Opta, które proponują coraz bardziej zaawansowane obliczenia rozbijające mecz na 2500 tworzących go incydentów i 350 różnych zachowań piłkarzy. Najtrudniej było odmienić mentalność trenerów, naukowcy skarżyli się, że w wielu szatniach najmocniejszej na świecie ligi angielskiej panuje „antyintelektualna atmosfera” i głęboka nieufność wobec wszystkiego, co wyliczy program, jeśli nie widać tego okiem nieuzbrojonym. - Rozmowy z trenerami przypominają uderzanie głową w ceglany mur - mówił dr Bill Gerrard z uniwersytetu w Leeds. Ale w końcu mur runął, dziś wszyscy zatrudniają armie analityków i opieczętowują ich odkrycia klauzulą „ściśle tajne”.

Rewolucję przyspieszyły zacieśniające się biznesowe związki amerykańskiego i europejskiego sportu. Gdy zwycięzcę piłkarskiej Ligi Mistrzów Liverpool kupił właściciel wspominanego wyżej baseballowego Red Sox Boston (tego samego, który odzyskał wielkość dzięki sabermetrii), dyrektorem ds. strategii natychmiast mianował Damiena Comollego, bliskiego przyjaciela głównego bohatera „Moneyball”.

Matematyk gwiazdą sportu

Świat futbolu powoli przekonuje się, że intuicja to nie wszystko. Przed ćwierćfinałem mundialu w 2006 roku Argentyńczycy zadbali głównie o to, by na murawę wchodzić w „odpowiedniej” - wedle przesądu - kolejności. A Niemcy przygotowali się na wszystko. Przed rozstrzygającą serią rzutów karnych bramkarz Jens Lehmann dostał kartkę z dokładnymi instrukcjami, jak reagować. Wnikliwą analizę strzeleckich nawyków rywali umożliwiła gigantyczna baza danych trenerskiego maniaka statystyk Huuba Stevensa: „Julio Cruz - stój wyprostowany, ani drgnij, rzuć się w prawy róg”; „Hernan Crespo - długi rozbieg - prawy róg, krótki rozbieg - lewy” - tak został opisany każdy przeciwnik. Każdy trafnie, choć nie wszystkie strzały Lehmann zdołał obronić. Gdyby Maxi Rodriguez uderzył „z całej siły w prawy róg”, to bramkarz potrzebowałby jeszcze łutu szczęścia, bo czas reakcji człowieka jest ograniczony. Dwa strzały Niemiec jednak zatrzymał i wprowadził drużynę do półfinału mistrzostw świata. Argentyńczycy nie mieli pojęcia, że podbiegają do piłki obnażeni do rosołu.

Trzy lata później stojący między słupkami Manchesteru Unated Ben Foster został bohaterem finału Pucharu Ligi Angielskiej, bo po dogrywce, zanim stanął oko w oko z rywalami, wykonywane przez nich rzuty karne obejrzał na iPodzie.

Niebawem stanie się to normą. Trenerzy siatkówki też coraz częściej stoją obok boiska ze słuchawkami na uszach, przez które otrzymują informacje od przyrośniętych do laptopów współpracowników analizujących grę w czasie rzeczywistym. Zawodnicy muszą pracować również głową, bo przed meczami dostają - podobnie jak piłkarze czołowych drużyn - obszerne dossier o przeciwnikach i taktyczne zalecenia do wykucia na blachę. W przyszłości będą monitorowani już w trakcie gry. Wystarczy okleić ich kilkoma mikroczipami, by trener znał ich aktualne tętno, dostrzegł, że zaczęli wolniej biegać. I podjął decyzję o usunięciu ich z boiska.

Technologia całkiem sportu nie zdehumanizuje, bo żaden procesor nie obliczy, kiedy gwiazdora zacznie zdradzać żona albo zdechnie mu ulubiona papuga, co wywoła u niego chandrę, a wraz z nią nieuchronny spadek formy. Ale pozyskiwanie graczy robiących dobre wrażenie na trenerze odchodzi do lamusa. Wszyscy wymienieni wyżej zatrudniani przez europejskie kluby spece od digitalizacji piłki nożnej to bliżsi bądź dalsi znajomi Beane'a, który na długo przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Moneyball” zyskał w USA status celebryty. Oni na razie są anonimowi, ale rośnie prawdopodobieństwo, że następną po trenerze José Mourinho niegrającą megagwiazdą futbolu zostanie matematyk.
wtorek, 01 listopada 2011

FIFA i „France Football”, które patronowały najważniejszym plebiscytom na najlepszych piłkarzy roku, połączyły je w jeden arcynajważniejszy superplebiscyt, ale ich nominacje nadal niekoniecznie odzwierciedlają to, co dzieje się na boiskach. Teraz znów, jak każdego innego roku, możemy stawiać rytualne retoryczne pytania, dlaczego nominujący aż tak błądzą. Dlaczego wyróżnili Diego Forlana, który po mundialu snajpersko zamilkł na wieki, a pominęli Radamela Falcao, który rozhałasował się w Lidze Europejskiej na miarę tytułu króla strzelców? Co im strzeliło do głowy, że wśród 23 nazwisk zmieścili nazwiska z pikującego na dno Interu, a nie zmieścili nikogo z odzyskującego panowanie w Italii Milanu? Skąd promowanie Karima Benzemy, skoro rozczarowywał na tyle, że w trzech najważniejszych El Clasico nie wstał z rezerwy, i nawet w napadzie własnego klubu ma konkurenta skuteczniejszego?

Horrendalnie wyglądają jednak przede wszystkim wybory związane z Arsenalem.

Chwalebną samoświadomością wykazał się Cesc Fabregas, który przyznał, że nie zasłużył na nominację do Złotej Piłki i nie rozumie, dlaczego ją otrzymał. On wiosną smutniał z całą londyńską drużyną, na finiszu stopniowo oddalającą się od szczytu tabeli ligi angielskiej i ostatecznie osiadłą na wybitnie niesatysfakcjonującym ją czwartym miejscu, a dla Barcelony dopiero może się znacząco zasłużyć. Poprzedni sezon był dlań najbardziej dołujący od lat.

Tym większym nieporozumieniem jest pominięcie Robina van Persiego, czyli jedynego piłkarza Arsenalu, który próbował wyciągnąć go z depresji. W tym roku kalendarzowym strzelił 28 goli w 27 kolejkach Premier League, co w rozgrywkach krajowych czyni go ciut mniej wydajnym od Cristiano Ronaldo (33 bramki, 28 meczów) i ciut bardziej (!) wydajnym od Leo Messiego (27 bramek, 29 meczów). W Lidze Mistrzów też pchał się na pierwszy plan, ważne ciosy zadawał Barcelonie, Udinese i Borussii Dortmund. On nie tylko zasłużył na wstępne wyróżnienie, on zasłużył na czołówkę plebiscytu.

A jeśli zignorowanie Holendra uznamy za grube nieporozumienie, to wepchnięcie trenera jego drużyny pomiędzy dziesięciu najlepszych fachowców roku musimy ogłosić grubym skandalem. Arsene Wenger wiosną patrzył, jak jego piłkarze spadają z podium ligi angielskiej i oddają Puchar Ligi drugoligowemu dziś Birmingham; latem zaspał na rynku transferowym, więc musiał ratować się hurtowymi zakupami last minute na godziny przed końcem okresu handlowego; jesienią oglądał Arsenal obijany przez Manchester Utd ośmioma golami i tracący szansę na mistrzostwo kraju, zanim wyścig o tytuł na dobre się rozpoczął. Tak beznadziejnego roku jeszcze w Londynie francuski trener nie przeżył.

Kiedy widzę wymienione nazwiska arsenalskie, tracę resztkę wątpliwości - jurorzy bezrefleksyjnie reagują na podawane w mediach najczęściej, najgrubszą czcionką, najchętniej we frazach tkanych po angielsku. Van Persie nie chciał na razie uciekać z Arsenalu, więc rozbłyskiwał na medialnych czołówkach rzadziej niż Fabregas, bohater transferowej opery mydlanej ciągnącej się od lat i emitowanej nawet podczas wakacji. O Wengerze też debatowano dniami i nocami, bo albo podpisywał klęski, albo komentatorzy błagali go o aktywność transferową, albo zadawano pytanie niegdyś tabu - czy faktycznie powinien być jako trener Arsenalu niezatapialny.

Słowem, nieważne, jak kopiesz albo kopaczy trenujesz, byle o tobie gadali. Na szczęście przyszły zwycięzca wygra czystym futbolem - choć małomówny i pozaboiskowo nudny do mdłości, uzyska zapewne jeszcze pokaźniejszą przewagę nad resztą niż w latach minionych i zostanie jedynym obok Platiniego futbolistą, który weźmie Złotą Piłkę trzy razy z rzędu.

sobota, 29 października 2011

Do publicystycznej paplaniny o nowym aspekcie komercjalizacji futbolu - jej wpływie na język prezesów i trenerów - skłoniła mnie reakcja szefa Borussii Dortmund na niepowodzenia w Lidze Mistrzów. I napisałem. Przeczytacie po kliknięciu tutaj.

Money, money, money

piątek, 02 września 2011

Uderzające, czyli wcale nie te, które doprowadzały kibiców do zawrotów głowy największym zaangażowanym w interes szmalem, lecz szczególnie symptomatyczne lub sensacyjne, ilustrujące szersze trendy lub problemy, a także sugerujące, jak może wyglądać przyszłość klubowej piłki nożnej. Przyszłość o zupełnie innej być może geografii.

5) Roberto z Benfiki Lizbona do Realu Saragossa. Portugalczycy wynegocjowali za swojego bramkarza 8,5 mln euro, choć hiszpański klub chybocze się na krawędzi bankructwa, przygnieciony 134 mln długu. Formalnie pieniądze - rekordowe w Primera Division, żaden piłkołap nie kosztował tam więcej - wyłożył fundusz inwestycyjny, który następnie wypożyczył gracza Realowi za drobne. Prezes z Saragossy pękał po sfinalizowaniu transakcji z dumy, co wiele mówi i o poszanowaniu przepisów FIFA („posiadać” piłkarzy wolno teoretycznie tylko klubom), i o mentalności całej, zadłużonej na 4 miliardy euro ligi hiszpańskiej - tamtejsi prezesi to nieodrodne dzieci współczesnego kapitalizmu, życia na kredyt nigdy się nie boją. Kiedy bańka pęknie?

4) Sergio Aguero z Atletico Madryt do Juventusu. Tak, to transfer, którego nie było. Ale miał być. Bardzo miał. Marzyli o niebieskich migdałach turyńczycy, marzyli wszyscy bezstronni fani Serie A, którzy pragną, by wybitni gracze nie tylko z niej uciekali. Niestety, tego lata uciekli Samuel Eto’o, Alexis Sanchez i Javier Pastore, a wspomniany Argentyńczyk stanowił jedyną szansę na przyciągnięcie kandydata na megagwiazdę w wieku nie schyłkowym, lecz obiecującym dalszy rozkwit. I megagwiazdę nie gdzie indziej odrzuconą (jak przed rokiem Zlatan Ibrahimović), lecz powszechnie pożądaną. Znów się nie udało. Sławnych nazwisk ubywa także dlatego, że włoscy prezesi w przeciwieństwie do hiszpańskich znają ostatnio umiar. Adriano Galliani z Milanu ogłosił już, że calcio z pięciogwiazdkowej restauracji zbiedniało do zwykłej pizzerii. I ani myśli pocieszać, że prędko zrobi się ekskluzywniej.

3) Neymar i Ganso z ligi brazylijskiej do Europy. Tych transferów też nie było. Nadal.  Wielkie firmy z naszego kontynentu ślinią się na widok obu dzieciaków z Santosu od co najmniej dwóch lat, ale wokół klubów gospodarzy następnych mistrzostw świata przybywa hojnych sponsorów, więc wiatry nad Atlantykiem zmieniły kierunek - przed chwilą do ojczyzny wrócili m.in. Denilson (z Arsenalu) i Jo (z Manchesteru City). Na razie nie wiemy tylko, czy trend odwróci się po szaleństwie mundialowym, czy rosnąca gospodarka spowoduje, że Brazylia będzie się drenażowi nóg opierać i europejska elita - Champions League plus kilka najbogatszych lig - przestanie mieć moc ekonomiczną nieskończoną, dzięki której na niewielkiej powierzchnii skupiała wszystkich najlepszych futbolistów na planecie.

2) Andre Santos, Per Mertesacker, Mikel Arteta i Yossi Benayoun do Arsenalu. Lista wstydu Arsene’a Wengera, tłumny dowód, że poniósł minionego lata menedżerską klęskę. Problemem jest tutaj i jakość, i ilość. Dlaczego jakość? Arteta, pomocnik jakich w Hiszpanii wielu, nie zastąpi utraconego Ceska Fabregasa, nawet w spływającej bajecznym talentem Hiszpanii uchodzącego za żywy klejnot. Schorowany ostatnio Benayoun też raczej nie wskoczy w buty utraconego Samira Nasriego, rozsadzającego linie obronne rywali jak żywy dynamit. Dlaczego ilość? Wenger ściągnął tę ciżbę naraz, jednego dnia - ostatniego w okresie transferowym. Musiał się spieszyć, brał niekoniecznie ludzi pierwszego wyboru, bo wcześniej zwlekał z decyzjami, łudząc się, że zatrzyma dotychczasowych liderów. Nie zatrzymał, bo stracili do szefa zaufanie. I choć dziś nie wiemy, ile Arsenal zdoła ugrać po transferach last minute, to wiemy, że opieszałością Wenger wpędził drużynę w chaos. Napad też wzmacniał rzutem na taśmę - Parka Chu-Younga wziął dzień wcześniej. Pamiętacie jakikolwiek wielki klub, który ratuje się taką lawiną transferów na godziny przed dedlajnem?

1) Samuel Eto’o z Interu Mediolan do Anży Machaczkała. To w ogóle przeprowadzka, która zaszokowała mnie bardziej niż jakakolwiek inna we współczesnym futbolu. Już się z traumy terapeutycznie zwierzałem (tutaj) - najgroźniejszy moim zdaniem klasyczny środkowy napastnik w kwiecie wieku udał się na dobrowolną banicję z Ligi Mistrzów, gdy dostał propozycję horrendalnej pensji, przewyższającej nawet pobory Messiego i Ronaldo. Niby Kameruńczyk wszystko już osiągnął (Puchar Europy zdobywał i z Barceloną, i z Interem, jako drugi w historii strzelał gole w dwóch finałach), niby o swoich ambicjach nam otwarcie opowiadał (sławne „haruję jak czarny, by żyć jak biały”), ale jakoś wciąż nie mogę się otrząsnąć. W każdym razie wylądował w dobrym towarzystwie. Kiedy właściciel klubu Sulejman Kerimow na 38. urodziny podarował Roberto Carlosowi lśniące Bugatti za ponad milion euro, piłkarz tylko wzruszył ramionami: „To właściwie to samo, co rower. Po prostu środek transportu”.

piątek, 08 lipca 2011

Cesc Fabregas ucieknie do większego klubu, a sam zmaleje. W Arsenalu był kapitanem i liderem, w Barcelonie zblednie do piłkarza drugiego planu, w prestiżowych meczach skazanego na rezerwę niemal zawsze, gdy nie pochorują się Xavi z Iniestą. Życia w ich cieniu zaznał w reprezentacji Hiszpanii, z którą dojeżdża do triumfów jako piąte koło u wozu - w rundach pucharowych ostatniego mundialu zajrzał na boisko tylko w ćwierćfinale (wszedł w 56. minucie) oraz finale (87. minucie, miał asystę), w eliminacjach Euro 2012 nie uczestniczy wcale (wyjąwszy 45 minut spaceru w Liechtensteinie). Wspaniały talent ginący w cieniu jeszcze zdolniejszych od niego.

W Arsenalu mógł rozkwitnąć na legendę. Z wyspiarskimi buldogami środka pola zaczął się gryźć jako niepełnoletnie szczenię i do dziś - przed chwilą obchodził 24. urodziny - uzbierał już w londyńskiej klubie trzy setki meczów, setkę asyst, pół setki goli. Jest jego wychowankiem nie tylko w sensie formalnym, wynikającym z definicji wprowadzonej przez UEFA, ale także jako wybitny uczeń słynnego wychowawcy młodzieży, profesora Arsene’a Wengera - pod jego okiem musiał dojrzeć, zanim wydoroślał. Gdyby ślubował Arsenalowi wierność po ostatnie dni kariery, miałby szansę zostać żywą ikoną klubu, a także ustanowić mnóstwo rekordów, być może nawet wykraczających poza boiska brytyjskie. Ofensywne statystyki ma fenomenalne, wśród rówieśników ustępuje jedynie Leo Messiemu, mającemu tę przewagę, że dokazuje na środku ataku.

Ale jego pomnik przed stadionem Emirates nie stanie. Fabregas uwalnia się od swojego mistrza, bo go przerósł. Mentalnie.

Wenger zawsze - także w czasach zapierających dech triumfów - uchodził za odmieńca, który poświęci wszystko, by realizować swoje fantazje. By drużynę bez ustanku odmładzać, porywać z porozrzucanych po wszystkich kontynentach klubów najzdolniejszych nastolatków, odmawiać inwestowania w luksusowe transfery i opłacania gwiazd luksusowymi pensjami, odsprzedawać z zyskiem ceniących się wysoko buntowników. I całą tą strategią usprawiedliwiać niepowodzenia - skoro szatnię obsadzam niedoświadczonymi chłopcami, to jutro, gdy staną się mężczyznami, niechybnie będzie lepiej. Zresztą nawet jeśli Manchester United z Chelsea wygrywają częściej, to moralna racja stoi po naszej stronie, bo wydajemy mniej.

W felietonie do „Gazety” obwołałem kiedyś francuskiego trenera wielkim eksperymentatorem, brawurowym parciem pod prąd wspaniale urozmaicającym współczesny futbol. Dziś coraz częściej przypomina on jednak zdziwaczałego uniwersyteckiego wykładowcę, który stracił kontakt z realnym światem i szarpie się już tylko z własnymi szajbami. Jego najlepsi absolwenci to pojęli. Wiedzą, że w Arsenalu znaleźli świetną szkołę, ale prawdziwej pracy - w sporcie polegającej na wygrywaniu - trzeba szukać gdzie indziej. Fabregas chce jej od dawna, Gael Clichy podjął ją przed chwilą, Samir Nasri podejmie za chwilę.

Dwaj pierwsi mieli w obecnej kadrze najdłuższy staż, grali w Londynie od 2003 roku. Fabregas mógł zostać tamtejszą wersją Javiera Zanettiego z Interu Mediolan - obcokrajowcem, który zdołał wrosnąć w lokalną tożsamość, zżyć się z nią, stać się wręcz jej symbolem. Gdy wyjedzie, fani z Emirates - wykosztowujący się na najdroższe piłkarskie bilety na świecie - nie zobaczą na murawie już nikogo, kto zasłużył, by się z nim mocno identyfikować. Traci twarz trener, traci twarze jego drużyna. Nawiasem mówiąc, dzięki wengerowej polityce oferowania trzydziestolatkom tylko jednosezonowych kontraktów wiemy, że w lojalności nie ceni on cnoty najwyższej.

Kibice wszystkich czołowych klubów w Europie oklaskują piłkarzy, którzy walczą dla nich od zawsze lub niemal od zawsze. W szkółce francuskiego trenera - moralisty z lubością odwołującego się do romantycznej idei samodzielnego wychowywania gwiazd - nie będzie ich wcale, bo w laboratorium nawiedzonego eksperymentatora nie czują się królami (futbolu), lecz co najwyżej królikami. Doświadczalnymi.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi