Wpisy z tagiem: szachy

piątek, 09 listopada 2018

Magnus Carlsen - Fabiano Caruana, Carlsen - Caruana, szachy

Magnus Carlsen zaczyna dzisiaj grać o szachowe mistrzostwo świata w meczu z Fabiano Caruaną. W moim prywatnym rankingu to największe sportowe wydarzenie jesieni.

Tytułu broni Norweg – po raz trzeci, przed dwoma laty pokonał próbującego go obalić Siergieja Karjakina, co relacjonowałem w gazetowym tekście „Koniec wojny umysłów”. O kolejnej burzy dwóch potężnych mózgów też napisałem dzisiaj spory kawałek (polecam fragment o przesuwaniu łóżka), usiłując uzmysłowić również tym czytelnikom, którzy mają skromne pojęcie o królewskiej grze, że to rywalizacja wbrew pozorom potwornie dynamiczna, szarpiąca za emocje, daleka od stereotypowych wyobrażeń o chuderlawych okularnikach, którzy leniwie przesuwają figurki po szachownicy i patrzą na skaczącego po niej konika składającego się z samego łba. W każdym razie ja się jaram jak cholera. No i zaobserwowałem pod notką o polskich prawie złotych szachistach, którzy próbowali niedawno sensacyjnie zatriumfować na olimpiadzie, że wśród stałych bywalców bloga tłoczno od wielbicieli 64 pól, a wywiad z naszym młodym arcymistrzem, Janem Krzysztofem Dudą, cieszył się sporym zainteresowaniem na portalu.

Faworytem meczu w Londynie jest Carlsen, ale on ostatnio nieco podupadł i przydarzają mu się grube pomyłki, oczywiście jak na jego standardy – starsza siostra Ellen zaszokowała środowisko wywiadem, w którym oświadczyła, że choć brat czuje się równie mocny jak przed pięcioma laty, to nie gra równie dobrze, zatracił flow, ta świadomość go wykańcza, ewentualna utrata tytułu mistrza świata grozi przynajmniej czasowym zawieszeniem kariery. Sam Magnus też zresztą ze zdumiewającą otwartością opowiadał, jak bardzo boi się porażki. Zdumiewającą i dlatego, że wybitni szachiści bywają raczej w swej pewności aroganccy, i dlatego, że się przed rywalem obnaża, może nawet daje mu psychologiczną przewagę.

Natomiast Caruana osiągnął życiową formę – i rankingu dzieli ich różnica minimalna.

Za to pod każdym innym względem dzieli ich otchłanna przepaść. Choć Norweg jest ledwie 20 miesięcy starszy, to wieczność temu zyskał globalną sławę, od zawsze był skazany na wszechsukces, „Cosmopolitan” umieszczał go nawet w rankingu najseksowniejszych ludzi na świecie, tymczasem rozpoznawalność Amerykanina nie sięga poza szachowy mikrokosmos. Kiedy mierzyli się przed dwoma miesiącami, Carlsen jak zwykle rozdawał autografy i musiał wymijać transfery, a Caruana opuszczał halę nieniepokojony.

Rywale za sobą nie przepadają. Wymieniają najkrótsze możliwe w uściski dłoni, na czwartkowej konferencji unikali kontaktu wzrokowego. Trochę bardziej kibicuję chyba temu Caruanie, z egoistycznych pobudek. Gdyby zatriumfował, miałbym więcej frajdy z tworzenia jego sylwetki do gazety – o obrońcy tytułu napisano wszystko, sam wklawiaturowałem już trochę zdań na jego temat. Amerykanin włoskiego pochodzenia to natomiast, jako się rzekło, terytorium nieznane, postać dla przeciętnego czytelnika anonimowa.

A dla mnie intrygująca. Lubię np. opublikowane w „Timesie” zeznanie Dominica Lawsona, szefa angielskiej federacji szachowej, który podczas styczniowego turnieju w Gibraltarze podsłuchał, jak Caruana zwierza się indyjskiej szachistce Tanii Sachdev w te słowa: „Czerpię pewną sadystyczną przyjemność z oglądania, jak moim rywalom nie idzie. Zdecydowanie nie jestem szczęśliwy, kiedy im wychodzi. Lubię widzieć, jak przegrywają. Wiem, brzmi sadystycznie, ale nic na to nie poradzę”. Neurony i hormony trochę buzują, prawda?

Tagi: szachy
01:06, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
piątek, 05 października 2018

Drodzy rodacy, którzy kochacie wykorzystywać sukcesy polskich sportowców niepiłkarzy, by dokopać polskim piłkarzom – że wstrętne przepłacane nieroby – mam dla was wspaniałą wiadomość. Otóż nie zdążyliśmy się jeszcze oswoić z obronionym złotem mundialu przez siatkarzy, a już fenomenalny wynik na swoim mundialu odnieśli szachiści. Nie trzeba nawet rozpylać bzdur o finansowych premiach dla zawodników (krążyło ich w ostatnich dniach mnóstwo, to zaraza nie do zatrzymania), bo z grubsza wiadomo, że PZSzach nie może konkurować nie tylko z PZPN, ale i PZPS. Gdyby nawet Jan Krzysztof Duda, Radosław Wojtaszek, Kacper Piorun, Jacek Tomczak oraz Kamil Dragun wzięli złoto zakończonej właśnie w gruzińskim Batumi olimpiady szachowej, to jeszcze długo nie pożyją jak czołowi bohaterowie naszego futbolu, którzy „niczego nie osiągnęli”.

Szachiści nie wygłówkowali medalu w żadnym kolorze, zajęli czwarte miejsce. Cenniejsze od wszystkich czwartych miejsc, jakie zdołacie sobie w sporcie wyobrazić – a zarazem szczególnie gorzkie.

To najlepszy polski wynik od 1939 roku, gdy w Buenos Aires na srebrno wystrojona została drużyna na czele z Mieczysławem Najdorfem i Ksawerym Tartakowerem – nazwiska magiczne, najsłynniejsi obok Akiby Rubinsteina arcymistrzowie współtworzący złotą erę naszych szachów, udekorowaną przed wojną na aż sześciu olimpiadach. Ze złotym szczytem w 1930 roku. Jednak nie perspektywa historyczna czyni dokonanie obecnej reprezentacji nadzwyczajnym, lecz styl, okoliczności oraz pozycja, z jakiej przystępowali do rywalizacji.

Primo, musieli zmierzyć się ze wszystkimi naczelnymi potęgami, co do jednej – stanowiącymi czołowy kwintet USA, Rosją, Chinami, Azerbejdżanem, Indiami – w meczach o fundamentalnym znaczeniu dla tabeli. Secundo, minimalnie przegrali nie tyle brąz, ile złoto, o czym za chwilę. Tertio, dla zobrazowania skali wywołanej przez Polaków sensacji nie wystarczy powiedzieć, że średni ranking zawodników dawał im ledwie 11. miejsce w globalnej hierarchii – przeciętną może wszak zafałszować jeden gracz mocno odstający na plus lub minus. Istotniejsze, jaki w poszczególnych meczach był układ sił na poszczególnych szachownicach.

A działo się tak, że w zwycięskich (Rosja, USA) lub zremisowanych (Azerbejdżan, Indie) szlagierach każdy (!) z czterech Polaków grał z przeciwnikiem wyżej sklasyfikowanym, w wielu przypadkach zdecydowanie wyżej. Mimo to nie oddali żadnej partii. Bili się z imponującą determinacją, wychodzili cało z poważnych opresji. Jan Krzysztof Duda – nasz geniusz z rocznika 1998, główny kandydat na gwiazdę rozpoznawalną poza niszą koneserów – zderzył się ze wszystkimi kolosami, wyjąwszy nieobecnego mistrza świata Magnusa Carlsena. W pierwszym tygodniu zremisował Siergiejem Kariakinem (relacjonowałem tutaj jego bój z Norwegiem o globalny prymat), by olimpiadę zwieńczyć morderczą serią – w poniedziałek z Azerem Şəhriyarem Məmmədyarovem (3. na świecie), we wtorek z Ormianinem Levonem Aronianem (5.), w środę z włoskim Amerykaninem Fabiano Caruaną (2., kolejny pretendent, z Carlsenem zagra w listopadzie), w czwartek z Chińczykiem Lirenem Dingiem (4.), wreszcie w piątek z pomnikowym Hindusem Visvanathanem Anandem. Nie dał rady tylko przedostatniemu. A niepokonani Kacper Piorun i Jacek Tomczak (pokonał Władymira Kramnika) wypadli nawet lepiej, rzucając wyzwanie rywalom o teoretycznie jeszcze większej przewadze.

Jeśli zatem wartościować występ sportowca – i to, jak był przygotowany do konkretnej imprezy – według możliwości, jakie przypisywało mu się przed startem, Polacy pograli rewelacyjnie. Idealnie wybrali moment, by zbiorowo spróbować się zbliżyć do perfekcji. I od wybicia się na niebotyczny poziom dzieliło ich mniej niż się pozornie zdaje, gdy spojrzeć na pozycję w tabeli bez wnikania w szczegóły.

Nasi szachiści najdłużej bowiem byli niepokonani. Porażka zdarzyła im się jedna, podobnie jak wszystkim medalistom – z Chin, USA i Rosji. Wreszcie najważniejsze – w ostatniej rundzie wszyscy czterej Polacy zremisowali z rywalami z Indii, a gdyby choć jedną partię wygrali, nie wzięliby brązu, lecz złoto (po punktach decyduje współczynnik w kolumnie TB2 we wklejonej pod notką tabeli, tzw. system Sonneberga-Bergera). Byli tyci-tyci od szczytu, choć oczywiście w szachach nawet jedną wygraną od remisu dzieli sporo.

Emocjonujący finisz przywiódł mnie z powrotem do siatkarzy, stąd pierwszy akapit. Oni rozegrali niemal identyczny turniej jesienią 2015 roku, jeszcze pod trenerem Stéphane’em Antigą – w Pucharze Świata, w którym też każdy tłucze się z każdym, nie istnieje droga na skróty. Pruli wówczas od zwycięstwa do zwycięstwa, w oszałamiającym stylu rozprawili się z USA, do ostatniej kolejki trzymali pozycję lidera. I wtedy ulegli Włochom, co zepchnęło ich na trzecie miejsce – potwornie gorzkie, tylko srebro i złoto premiowano awansem. Michał Kubiak nazwał zdobyty wówcza brąz medalem z buraka.

W kraju tamten wynik również przyjęto jako niepowodzenie, choć Polacy grali znakomicie, wszyscy na podium mieli po ledwie jednej porażce, o kolejności przesądziły sety. Czyli drobiazgi. Jak teraz w przypadku szachistów, którym jednak przynajmniej nikt nie wytknie, że zawalili. Oberwaliby co najwyżej piłkarze – gdyby oczywiście tłumy wiedziały i pojmowały, jak wielkie rzeczy działy się w Batumi.

Olimpiada szachowa 2018, Batumi

Tagi: szachy
19:35, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
Archiwum
Tagi