Wpisy z tagiem: ekstraklasa

środa, 27 września 2017

Chwyciłem liczydło, żeby sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w wielu przypadkach nie musiałem przesuwać ani jednego koralika – w końcu Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza czy Piast Gliwice rozdawały posady przed chwilą:

ekstraklasa, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Romeo Jozak, Adam Owen

Następnie wymazałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, żeby porachować, ile trwa średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Odpowiedź: 206 dni. Odpowiedź byłaby efektowniejsza, gdyby nie wieczność Piotra Stokowca w Lubinie – bez tamtejszej anomalii średnia spada do 127 dni.

Ale nie komplikujmy, pozostańmy przy 206 dniach, czyli niespełna 7 miesiącach. Nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia działa na wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę krócej niż 122 dni. 4 miesiące. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Ledwie czterech szkoleniowców rozpoczęło pracę przed 2017 rokiem (w lidze niemieckiej – 12, w czeskiej – 10, że pozwolę sobie zajrzeć do sąsiadów); firmy z największymi ambicjami prowadzą niemal wyłącznie obcokrajowcy (Legia, Lech, Wisła, Lechia), wśród których coraz częściej zdarzają się kompletni nowicjusze, wcześniej zajmujący się czymś innym; drużyn nie sposób podzielić na silniejsze i słabsze, ponieważ zasadniczo prawie wszystkie zgromadziły tyle samo punktów. No i możemy śledzić wesołe przygody fachowców w typie Macieja Bartoszka, który w ledwie trzy lata zdążył zahaczyć się w Niecieczy, Kielcach, Chojnicach, Bydgoszczy, Legionowie i Łowiczu.

Rzucił dzisiaj redakcyjny kolega Michał Szadkowski pytanie, jak właściwie powinien pokierować karierą polski trener futbolowy. Pytanie beznadziejne, równie dobrze można się zastanawiać, jak otrzepać się po wpadnięciu do szamba, żeby po wyjściu wciąż wyglądać elegancko. Trener nie ma u nas prawa do błędu, trener to często popychadło i ofiara niezależnej od niego nonsensownej polityki transferowej, trenerowi nie wolno wybiegać myślami w przyszłość dalej niż do przyszłego tygodnia, trenera traktuje się tak, by każdy jego podwładny rozumiał, że ten przybłęda to ledwie p.o. szefa, w razie potrzeby pierwszy do odstrzału. Jak tu „kierować” karierą?! Piłkarz szansę ma – nawet w marnej drużynie marnej ligi można się wybić, uciec zagranicę, wślizgiwać do coraz lepszych klubów. Utalentowany i rozważny junior (ewentualnie: szczęściarz) zdoła niekiedy nawet całkiem uniknąć kontaktu z tzw. ekstraklasą, o czym świadczą choćby losy Grzegorza Krychowiaka czy Piotra Zielińskiego. Inaczej trener lub kandydat na trenera. Jego nikt w innym kraju nie przygarnie, on jest skazany na rodzimych prezesów i startuje w sytuacji tragicznej, ze świadomością, że trudno mu będzie zachować nawet godność.

15:07, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 września 2017

Taką bekę – uwielbiam to określenie – wszyscy kręcą z mistrza Polski w piłce nożnej, że poczułem się zobowiązany stanąć w jego obronie. A przy okazji wstawić się za całą naszą ojczyzną, nie wiedzieć czemu opluwaną jako okolica szczególnie bałaganiarska. Kolejny felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Polski futbol ligowy oraz polskie kino, dzieje 1998-2017. Wersja mocno skrócona, perspektywa osobista. Do cotygodniowego felietonu dla „Gazety” zapraszam tutaj.



19:52, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 25 sierpnia 2017

Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok, Arka Gdynia, ekstraklasa

Nie istnieje w europejskich pucharach większe nieszczęście niż wdepnięcie w drużynę z Polski. Trochę frajdy niby masz – bo rywala opędzlowujesz, awans jest tu gwarantowany – ale potem robi się strasznie. Prędko okazuje się, ile zdrowia kosztowały cię wyniszczające batalie z przedstawicielami narodu, który nigdy, jak uczy historia, tanio skóry nie sprzedaje.

Piłkarze kazachskiej Astany zdołali przetrwać ataki Legii Warszawa, więc w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów wyglądali jak własne portrety pamięciowe. I w Glasgow przyjęli pięć goli.

Piłkarze azerskiej FK Qəbələ zdobyli dumny Białystok, więc w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Europy wycieńczeni przegrali oba mecze z Panathinaikosem.

Piłkarze Utrechtu namordowali się z Lechem Poznań, więc zaraz potem – spłukani emocjonalnie, zgruchotani fizycznie etc. – oberwali od Zenita St. Petersburg.

Piłkarze Midtjylland przelali krew wojów najdzielniejszych z dzielnych, broniących honoru Arki Gdynia i dowodzonych przez charyzmatycznego hetmana Ojrzyńskiego, więc w następnej fazie kwalifikacji LE oberwali od cypryjskiego Apóllonu, przeciwnika przecież nieprzesadnie wymagającego.

Jeszcze raz: wszyscy, którzy wyeliminowali polski klub, odpadli z rozgrywek w następnej rundzie. Kto podnosi rękę na reprezentanta tzw. ekstraklasy, kopie sobie własny grób. Z tej traumy łatwo się nie wychodzi, już teraz mi żal bohaterów Sheriffa Tyraspol –  z awansu cieszyli się, głupki, nieprzytomnie – którzy po morderczych 180 minutach z Legią spróbują zachować godność w fazie grupowej LE.

01:14, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
sobota, 27 maja 2017

ekstraklasa

My, kibice (wpisać potrzebną nazwę klubu), stanowczo potępiamy naszego piłkarza (wpisać potrzebne nazwisko), który w dzisiejszym meczu dopuścił się ordynarnego oszustwa (wpisać, jaki występek), narażając nasze ukochane barwy na wstyd, a może nawet hańbę. I odebrał nam radość ze zwycięstwa.

Zdajemy sobie sprawę, że oszukują wszyscy. Że próbują z premedytacją, kiedy tylko można, orżnąć przeciwnika i sędziego, nawet jeśli grają ze świadomością, że zostaną obnażeni w telewizyjnych powtórkach – gole wyciągniętą ręką wbijają rzadko, ale wyłudzić rzut karny usiłują co mecz, ostentacyjnie domagają się też karania rywali kartkami, w czym również widzimy postawę skrajnie niesportową. Tak, wiemy, że widowisko zapaskudzają wszyscy. Ale chcemy zacząć od siebie. To znaczy – od was, drodzy piłkarze naszej drużyny.

Dlatego apelujemy do (wpisać nazwisko), który dzisiaj zbrukał imię klubu, by publicznie przeprosił przeciwników – krzywd już nie naprawi – i obiecał, że w przyszłości będzie się starał grać fair. Oświadczamy zarazem, że nie życzymy sobie, by jakikolwiek piłkarz naszej drużyny dopuszczał się podobnych wybryków. Od dzisiaj każdego, kto w sposób ewidentny, bez kontaktu z przeciwnikiem, upadnie pod atakowaną bramką, by ukraść jedenastkę, będziemy wygwizdywać, ewentualnie tytułować „złodziejem”, a w razie recydywy – domagać się wychowawczej interwencji trenera, działaczy, właściciela klubu. Oczekujemy też, że zarząd zrezygnuje z przedłużania umów z jednostkami niereformowalnymi. I że zrezygnuje z pozyskiwania zawodników marnej reputacji.

Kilkakrotnie w tym sezonie czuliśmy się oszukani. Przeklinaliśmy sędziego, pałaliśmy nienawiścią do piłkarza, dzięki nieuczciwości którego rywale wygrywali. Uważamy jednak, że nie mamy prawa do oburzania się, dopóki tolerujemy kanciarzy we własnej drużynie. Nie mamy też moralnego prawa zgłaszać pretensji do arbitrów, najpopularniejszych wrogów wszystkich kibiców świata, jeśli będziemy uznawać za normalne, że nasi zawodnicy chcą ich oszukać w każdy dostępny sposób, przy każdej okazji. Protestujemy też przeciw zohydzeniu nam piłki nożnej poprzez czynienie jej sportem patologicznym, pozbawionym jakichkolwiek zasad, zatrutym obłudą i cynizmem, w którym oszustwo nie tylko popłaca, ale nie skutkuje choćby rumieńcem wstydu na twarzy oszusta.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 grudnia 2016

Tak, gdy nasi prawnukowie dostaną na maturze pytanie z historii o rok 2016, bez chwili wahania odpowiedzą, że to wtedy powstali z kolan nadwiślańscy trenerzy futbolowi. Powstali i srodze pomścili lata ucisku. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 24 października 2016

Miłość, równość, ekstraklasa,

Co tu dużo gadać, gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a polskiej ligi futbolowej bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Tak zwaną ekstraklasę kocham z wielu powodów, ale miętę czuję szczególnie do niepisanej zasady, że wszyscy jej uczestnicy mają szansę. W zbyt wielu zagranicznych rozgrywkach kłuje w oczy wyraźny, bezlitosny podział na lepszych i gorszych, co powoduje, że niektórym bardzo często robi się po meczu przykro – bo przegrali – a inni bez przerwy mają powody do zadowolenia – bo wygrali. Polska liga dba natomiast o równowagę, zasadniczo każdemu skrzydłowemu co pewien czas uda się dośrodkowanie, każdy zawodnik co pewien czas zdoła opanować majtającą mu się między nogami piłkę, każdy trener co pewien czas zostaje beatyfikowany na cudotwórcę.

To nie subiektywne wrażenia omamionego ligowym seksapilem, to twarde dane. Niedawno zwierzałem się w felietonie, że przez kilka tygodni badałem, jaki odsetek meczów kończy się wynikiem uważanym przez bukmacherów za najbardziej prawdopodobny, i wyliczyłem, że nie przekracza on 25 procent. Wiem, że nie przekonałem wszystkich, więc teraz globalne statystyki chciałbym podeprzeć szczegółem pojedynczego weekendu.

Prześledźmy zakończoną właśnie kolejkę – moim zdaniem cudną, dla naszej ligi emblematyczną.

Najpierw, w piątkowe popołudnie, 5. w tabeli Arka Gdynia oberwała u siebie od 10. w tabeli Pogoni Szczecin trzema golami.

Po chwili 16., ostatnia w tabeli Wisła Kraków wygrała z 3. w tabeli, równą punktami z wiceliderem Niecieczą.

Nazajutrz 8. w tabeli. Wisła Płock przegrała u siebie z 15., czyli przedostatnim w tabeli Górnikiem Łęczna. Potem 7. w tabeli Cracovia w ostatnich sekundach ocaliła punkt z 9. w tabeli Śląskiem Wrocław. Aż nadszedł sobotni wieczór – i 13. w tabeli Legia Warszawa pokonała 6. w tabeli Lech Poznań.

Musieliśmy czekać aż do niedzielnego popołudnia, by wydarzyła się sensacja. Oto lider Lechia Gdańsk, choć przegrywał, ostatecznie uporał się z 12. w tabeli Piastem Gliwice, czyli drużyna sklasyfikowana wyżej uporała się z drużyną sklasyfikowaną niżej. To był JEDYNY taki przypadek podczas minionego weekendu. W dodatku murowany faworyt wdusił zwycięskiego gola tuż przed ostatnim gwizdkiem!

Prędko jednak nasi ligowcy wrócili do dobrego obyczaju, bo dumna wiceliderka Jagiellonia nie dała rady czwartemu w tabeli Zagłębiu Lubin. A dzisiaj 14. w tabeli Ruch Chorzów rozprawił się z 11. w tabeli Koroną Kielce. I to nastrzelał jej cztery gole!

Podsumujmy: sześć razy drużyna sklasyfikowana niżej w tabeli triumfowała; raz drużynie sklasyfikowanej niżej zwycięstwo wymknęło się spod nóg w ostatnich sekundach; ledwie raz wygraną wydłubała drużyna sklasyfikowana wyżej. To ładna prawidłowość, pozwalająca zasmuconym chwilowym niepowodzeniem wierzyć, że już za kilka dni wyniki ułożą się całkiem odwrotnie i nikt nie będzie stratny. Miłość, równość, ekstraklasa. Nasza liga cierpliwa jest, łaskawa jest, wystarczy poczekać na swój moment. Nikt nie zazdrości innym punktów, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Ekstraklasa nie cieszy się z niesprawiedliwości i nierówności, lecz współweseli się z prawdą i rozdaje każdemu według potrzeb. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Nie przepadam tylko za pokusą kibiców i komentatorów, by dzielić na lepszych i gorszych piłkarzy, trenerów, całe drużyny. Wolę powab aktualnej tabeli, w której pięć ostatnich – teoretycznie ostatnich – klubów w tabeli łączy ta sama liczba punktów. Coraz lepiej rozumiem też moralne podstawy stojące za decyzją, by dorobek punktowy wiosną dzielić i jeszcze klasyfikację spłaszczyć, czyli uczynić ją jeszcze bardziej sprawiedliwą. Gdybym miał władzę, apelowałbym dodatkowo, by wyeliminować z niej brzydką ideę degradacji do niższej klasy rozgrywkowej. Dopuściłbym tylko awanse stamtąd, rozgrywki niestrudzenie bym rozszerzał, aż dotarlibyśmy do jedynego logicznego finału – w tak zwanej ekstraklasie graliby u nas wszyscy, którzy wyraziliby ochotę.

21:23, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 02 października 2016

Czasami mam wrażenie, że w naszej piłce – wiecznie się profesjonalizującej i rozwijającej – wskazówki zegarka przesuwają się w lewo. Tak jest i ostatnio. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

21:14, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 września 2016

Władze mistrzów Polski zachowały się po meczu z Borussią Dortmund tak pięknie, że po prostu musiałem złożyć im hołd. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 01 września 2016

Chyba nikt dzisiaj nie ma pojęcia, jak mistrzowie Polski zamierzają grać. Gdy czołgali się przez kolejne rundy eliminacji Champions League, nie grali ani tak, ani siak, lecz zazwyczaj byle jak, nie znamy też kształtów podstawowego składu, który podczas wakacji nawet na chwilę nie przeszedł ze stanu ciekłego w stały. Jedyne, co się rzuca w oczy, to krótki staż niemal wszystkich kandydatów do jedenastki, do których należą: pozyskani dopiero teraz Czerwiński i Kazaiszwili, pozyskani przed chwilą Dąbrowski, Langil, Odjidja-Ofoe (w klubie od miesiąca) i Moulin (od 2 miesięcy), pozyskani przed kilkoma chwilami Hlousek, Hämäläinen (obaj od 7 miesięcy), Aleksandrow (od 6 miesięcy), Pazdan, Nikolić (od 14 miesięcy). Wracający właśnie do Legii Radović żadnego nie widział na oczy, rozminął się nawet z Malarzem (od 19 miesięcy). „Dłużej” przesiadują w warszawskiej szatni tylko Rzeźniczak (od 9 lat, akurat zesłany do rezerw), Kucharczyk (od 6 lat), Jodłowiec i Bereszyński (obaj od 3,5 roku), Guilherme (od 20 miesięcy).

Rachunek jest prosty, piłkarz (przyszłego) podstawowego składu ćwiczy w Legii przeciętnie kilka miesięcy. Co więcej, ćwiczy jako podwładny trenera zżywającego się z Łazienkowską od zaledwie kilku tygodni, którego wciąż uczą się nawet klubowi weterani. A to trener sprawdzony dotychczas – sprawdzony przez chwilę – w jednym miejscu. Tam, gdzie wcześniej spędził kupę lat jako piłkarz i kupę lat dojrzewał jako przyuczający się do nowego zawodu. Warunki miał doprawdy przytulne, dlatego dopiero przekonamy się, jak Besnik Hasi znosi presję w środowisku mu nieznanym, w którym Legii czepiamy się wszyscy i permanentnie, czasu wolnego od pretensji wystarcza tu co najwyżej na łyk szampana po zdobyciu jakiegoś tytułu.

Znów zatem możemy opiewać doniosły nadwiślański wkład w nowoczesną myśl futbolową. Oto do Ligi Mistrzów wydelegujemy nie tyle drużynę nie całkiem zgraną (czy niezbyt doświadczoną), ile drużynę w swoim prapoczątku, z której kompletnie nie wiadomo, co się wyłoni, na Wielki Wybuch dopiero czekamy. I właściwie nie widać żadnego pewnika, można niepokoić się nawet o morale najlepszego piłkarza – wiadomo, że Michał Pazdan rwał się do wyprawy do obcej ligi.

Pesymiści sugerują, że obecna Legia zaczyna przypominać osławioną Wisłę pod trenerem Robertem Maaskantem – wzniesioną na tu i teraz, do wykonania konkretnej misji, a potem stanowiącą kłopot dla właścicieli, którzy nie potrafili się pozbyć balastu z listy płac. To analogia nieuprawniona, skoro krakowianie celu nie osiągnęli, bo nie awansowali do LM, a warszawiacy – choć w okropnym stylu – osiągnęli. A jednak w ich kadrze rzeczywiście niepokoi brak nazwisk z przyszłością, które można wylansować i dobrze sprzedać. Piłkarzy poniżej 25. roku życia znajdziemy zasadniczo trzech – Bereszyński, Kopczyński, Kazaiszwili – przy czym ostatni, prawdopodobnie najzdolniejszy, został jedynie wypożyczony. Od wyśnionego ideału, czyli klubu wychowującego i eksportującego, dzieli Legię cała epoka.

A przecież cała reszta wielkomiejskiej piłki w Polsce leży, ostatnio zapadł się nawet Lech, a Wisła to już w ogóle nie zna dnia ani godziny. Tylko w Legii nadzieja, że jakikolwiek nasz klub osiągnie przynajmniej przyzwoitą pozycję w Europie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi