Wpisy z tagiem: ekstraklasa

środa, 28 lutego 2018

ekstraklasa

Zabrzmi pociesznie, cóż, skojarzeń się nie wybiera: gdy oglądałem wczoraj, jak Jagiellonia tańczy na Legii, łaziło za mną wspomnienie Realu Madryt z sezonu 2013/14. Nie, nie dlatego, że białostoccy piłkarze wirowali po królewsku, jak Luka Modrić czy Ángel di Maria – po prostu mieliśmy tam przypadek drużyny, której zwycięstw nie wypadało przypisywać wyłącznie aktualnemu trenerowi. Owszem, Carlo Ancelotti oswobodził podwładnych z opresji poprzednika, ale bez kontrataków wytrenowanych przez José Mourinho zdziałaliby oni znacznie mniej.

Takie przypadki zdarzają się częściej, np. Bayern wszech czasów sprzed kilku lat pozostanie w kronikach dziełem Juppa Heynckesa, lecz sporo zawdzięcza również Louisowi van Gaalowi.

Obecna Jagiellonia wygląda natomiast na kombinację dokonań Michała Probierza oraz Ireneusza Mamrota, co szczegółowo analizuje tutaj Michał Zachodny.

Jak na standardy tzw. ekstraklasy, białostoczanie zagrali w Warszawie wybitnie. Weszli na stadion razem z bramą, nawet przez moment nie byli onieśmielonymi prowincjuszami, sprawiali wrażenie maszynerii funkcjonującej na wyższym poziomie energetycznym, poruszali się według precyzyjnie wyrysowanego planu. Zwłaszcza przed przerwą każde podanie na skrzydło – zazwyczaj z pierwszej piłki – zwiastowało poważne niebezpieczeństwo dla Legii i aż strach pomyśleć, ile by z niej zostało, gdyby goście wykańczali natarcia tak, jak je organizowali.

Naturalnie ani myślę obwoływać ich faworytami czegokolwiek. Zbyt doświadczonym jestem obserwatorem – ostatnio bardziej przygodnym, fakt – tzw. ekstraklasy, przyzwyczaiłem się, że wzloty polskich drużyn trwają mgnienie oka, zbyt dobrze pamiętam, że jeszcze przed sekundą rewelacją sezonu był Górnik Zabrze (aż znienacka zaczął obrywać od kogo tylko się da), zdaję sobie wreszcie sprawę, że chwalenie i ganienie naszych ligowców za całokształt wymaga chorowania na permanentną amnezję. Nadal rządzi tu przypadek, a Jagiellonia jest dzisiaj liderem maluteńkim, o dorobku skromniejszym niż lider jakichkolwiek rozgrywek na kontynencie – marne 1,92 punktu na kolejkę, wprost żałosne 1,52 gola na mecz, ledwie 14 zwycięstw w 25 próbach. Ewenement na europejską skalę.

Dlatego właśnie ryzykujesz zawsze, gdy zerkniesz na boiska tzw. ekstraklasy i pokiwasz głową z uznaniem. Na im wyższej fali uniesie się jakiś „sensacyjny” Piast Gliwice, tym bardziej zaraz zleci do walki o utrzymanie. Nigdy nie wiadomo, kto w następny weekend wylosuje szczyt formy, nie ma kogo pokomplementować za dłuższy okres, trudno zachwycać się nawet nad Legią – teoretycznie przeżywającą okres świetności – która wszystko musi wymordować, choć dysponuje monstrualną przewagą finansową.

Jagiellonii postanowiłem jednak złożyć mały blogowy hołdzik nie za wtorkową wiktorię. Ani nie za ładną serię z ostatnich kilkunastu dni, która wykatapultowała ją na pozycję lidera. Najbliższa przeszłość uwypukliła inne fakty, i to z minionych kilku sezonów. Niby powszechnie znane, ale niekoniecznie usypywane na jedną kupkę i rozświetlone, żeby stały się widoczne z każdego ligowego zakątka.

Piłkarze białostockiego klubiku niemal bez przerwy są w grze. W grze o najwyższą krajową stawkę.

W sezonie 2014/15 bili się o mistrzostwo Polski do przedostatniej kolejki. Skończyli na bezprecedensowym dla Jagiellonii podium, awansowali do europejskich pucharów. A przy okazji wylansowali Michała Pazdana na obrońcę numer jeden w rozgrywkach, przywracając mu sportowe życie na poziomie reprezentacyjnym.

W sezonie 2016/17 bili się o tytuł do ostatnich sekund. Dzielił ich od niego jeden gol wbity osłabionemu czerwoną kartką Lechowi Poznań. Nie udało się, ale znów wzbili się na historyczny szczyt – wicemistrzostwo.

W sezonie 2017/18 znów oblatują pozycję lidera i zanosi się, że znów będą się bili do końca przynajmniej o podium. Ich kibice cały czas mogą marzyć, żyją pod napięciem, dotykają niedostępnego.

Owszem, w przywołanej czterolatce zdarzył się sezon nieudany. Ale w nadwiślańskich okolicznościach przyrody Jagiellonia i tak pozostaje oazą stabilności, regularnie wzlatując na pułapy teoretycznie dla niej nieosiągalne. Stronniczo zsumowałem punkty z ostatnich 130 ligowych kolejek, startując od wakacji 2014 r. Oto dorobek wszystkich drużyn, które cały okres spędziły w tzw. ekstraklasie:

ekstraklasa

Tabela prezentuje się jeszcze bardziej imponująco, gdy zestawimy ją z inną, hierarchizującą kluby według przychodów (dane z ubiegłorocznego raportu Deloitte):

budżety, ekstraklasa

Wielokrotnie stawiałem tutaj i w „Gazecie” tezę, że nasza liga widzi mi się jako gigantyczne marnowanie zasobów, wywołane chaosem w głowach zarządców i tym bardziej irytujące, że prywatne przecież firmy finansujemy z publicznych środków – czasami fundujemy im stadiony, a czasami samorządy opłacają piłkarzom pensje. Dlatego trudno zdobyć się na wyróżnianie kogokolwiek.

Jagiellonii wypada jednak oddać, że próbuje trzymać poziom. Wydobywa coraz to nowych anonimowych piłkarzy nie wiadomo skąd – klubidła polskie i zagraniczne, z zakątków, których nie znajdziecie na mapie – ale zespala ich w zwartą grupę, i to pomimo pomysłów tak oryginalnych, jak wynajęcie trenera Ireneusza Mamrota. Znów: z perspektywy czołówki to jeździec znikąd, ze stażem wyłącznie niskoligowym, co dodaje ostatnim białostockim piruetom dodatkowego uroku.

I pozwala z jeszcze większą śmiałością ogłosić Jagiellonię jedynym klubem tzw. ekstraklasy, który wyciska ze swoich zasobów maksimum. Nie tylko we wtorkowy wieczór na Łazienkowskiej.

14:12, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
piątek, 15 grudnia 2017

ekstraklasa

Tak, głęboko wierzę, że tzw. ekstraklasa może być jeszcze ciekawsza.

Dlatego niniejszym chciałbym zaproponować autorski projekt reformy, zainspirowany wszystkim, co przeżywaliśmy jesienią – z nadzieją, że pochylą się nad nim podczas zimowej przerwy zarówno szefowie PZPN, jak i szefowie rozgrywek, a może wręcz wszyscy, którym na sercu leży jej przyszłość.

Teraźniejszość jest cudowna, mówimy o lidze wyjątkowej w skali międzynarodowej. Z liderem, który ciuła średnio 1,9 punktu na kolejkę, czyli prawdopodobnie liderem najchudszym w barach w Europie; z liderem, który wyciska z siebie 1,4 gola na mecz, prawdopodobnie najmniej w Europie; z kreatywnymi bywalcami trybun, którzy dzięki zapałowi do prezentowania własnych dzieł artystycznych powodują przerwy w grze właściwie w każdej kolejce, prawdopodobnie najczęściej w Europie; z fantazyjnie zarządzającymi prezesami klubów, którzy zwalniają trenerów częściej niż wynoszą z domu śmieci, czyli prawdopodobnie najczęściej w Europie; wreszcie z twórczym fermentem nakazującym gmerać w regulaminie bez ustanku, prawdopodobnie najchętniej w Europie. Delektujemy się też mnóstwem małych smakołyków, mój ulubiony w tym sezonie podano 17 września – Sandecja, która wynajmuje stadion od Niecieczy, przeszła wówczas do historii jako drużyna, która gola strzelonego u siebie strzeliła na wyjeździe, a Nieciecza przeszła w tym samym momencie do historii jako drużyna, która gola straconego na wyjeździe straciła u siebie. Delicje.

A ponieważ poprawiamy mechanizm, który działa doskonale, postanowiłem ulepszać go ostrożnie, po głębokim namyśle. Proponuję zatem, co następuje:

1) Fotel lidera zastąpić fotelikiem lidera, a tytuł lidera oficjalnie zastąpić tytułem p.o. lidera. Fotelik może być rozkładany, w kształtach bliski krzesełku, proponuję model przydrożny, taki, na którym kucasz, żeby sprzedać grzyby.

2) Przy równej liczbie punktów o kolejności niech decyduje nie stosunek bramkowy, lecz średnie zadymienie stadionu na mecz. To wymaga stałych, precyzyjnych pomiarów, ale stać nas, technologicznie się rozwinęliśmy – zobaczcie, jak hula VAR. Choć kibice nigdy nie byli u nas biernymi uczestnikami wydarzeń, to dzięki drobnej korekcie regulaminowej zaangażują się jeszcze bardziej, poczują się uczestnikami rozgrywek już w pełni równoprawnymi piłkarzom, no i w pewnym sensie sami strzelą kurwom gola, zamiast poprzestawać na frustrującym niekiedy nawoływaniu, by to zawodnicy strzelili kurwom gola.

3) Unormujmy zasady zatrudniania trenerów, bo trochę się tu wkrada chaosu. Rekomendowałbym prezesom dwie opcje. Opcję bezpieczną, oferowaną fachowcom o niepewnej reputacji – kontrakt na najbliższy mecz z opcją przedłużenia na następny. Oraz opcję dla fachowców obdarzanych zaufaniem – kontrakt na najbliższy mecz z OBOWIĄZKIEM przedłużenia na następny w razie zwycięstwa. O szczegółach można dyskutować, nie upieram się, że obligować do przedłużenia umowy nie może również remis, zwłaszcza odniesiony na wyjeździe.

4) Okażmy szkoleniowcom jeszcze więcej szacunku. Skorzystajmy z chwalebnego przykładu amerykańskiej firmy HubSpot, którego szefowie chcą uważać ją za uniwersytet, dlatego wylanych pracowników nazywają „absolwentami”. Dlaczego nie zastosować tej nomenklatury w tzw. ekstraklasie? Zobrazujmy konkretnym przykładem: oto trener Bartoszek nie byłby obecnie po prostu trenerem zagrożonym utratą roboty, lecz absolwentem Zdroju Ciechocinek, Kanii Gostyń, Unii Janikowo, GKS-u Bełchatów, Pelikana Łowicz, Legionovii, Zawiszy Bydgoszcz, Chojniczanki Chojnice oraz Korony Kielce, który niebawem zostanie jeszcze absolwentem Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. Czy nie byłoby wszystkim jeszcze milej?

5) Sklonujmy Michała Probierza, który recenzuje całą resztę świata, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów i trenerów zagranicznych, zdecydowanie najchętniej w całej lidze. Czy jest fachowcem tak fantastycznym, jak sugerują wyniki porzuconej przezeń niedawno Jagiellonii, która w ogóle nie odczuła jego odejścia, czy jednak fachowcem z wadami, jak sugerują wyniki Cracovii, która w ogóle nie zyskała na jego przyjściu? Można to sprawdzić tylko tak, że obsadzimy nim i drużynę białostocką, i krakowską. A w dalszej konieczności – umieśćmy go w każdym klubie, co będzie miało również ten zbawienny skutek, że odetniemy od żłoba  trenerów zagranicznych. Rozpanoszyli się ostatnio.

6) Rozlosowujmy drużyny zgłaszane po sezonie do europejskich pucharów. O kolejności w tabeli i tak decyduje przypadek, a podium od strefy spadkowej dzieli około pół punktu, więc wypada uwolnić piłkarzy od gry w permanentnym stresie, który pęta nogi. Zauważmy, że nasi ligowcy są poddani szczególnej, nieznanej gdzie indziej presji – wszędzie gra się albo o utrzymanie, albo o medale, albo o spokój w środku tabeli, natomiast zatrudnieni w tzw. ekstraklasie grają o wszystko naraz. Wynikom w pucharach też nie zaszkodzimy, ilustruje to minione lato, podczas którego najładniej wśród naszych zespołów eksportowych wyglądała Arka Gdynia. Ta sama Arka, która wiosną ledwie ocalała przed degradacją (zawisnęła dwa punkty nad Łęczną), a teraz krząta się wokół ósmego miejsca w tabeli. Niby ligowy średniak, ale nie przeszkodziło jej to w zachowaniu godności w Europie, zazwyczaj dla Polaków wrogiej.

7) Zlikwidujmy spadki, zostawmy tylko awanse. Właściwie co sezon przybywa poszlak, by podejrzewać, że podział na różne poziomy rozgrywkowe jest niesprawiedliwy. Spójrzmy choćby na Górnika Zabrze – wiosnę pożegnał jako wicelider drugiej ligi, a jesienią nikomu się nie kłaniał w pierwszej, ba, gra mu się nawet swobodniej, przeciętną strzelanych goli poprawił znacząco (z 1,56 do okrągłych dwóch na mecz!), zdobywa też więcej punktów. Ja rozumiem, że piłkarze podnoszą umiejętności na każdym treningu i że procentuje praca trenera Brosza, ale żeby aż tak?! Niech zatem tzw. ekstraklasa się rozrasta, niech co sezon przybywają do niej kolejni chętni, niech rozszerza się dopóki, dopóty będzie się rozszerzał wszechświat, niech nasza najnajsza liga będzie turniejem najbardziej demokratycznym i inkluzywnym, niech wreszcie nastanie nieuniknione, wpuśćmy do niej wszystkich, od tego jest chyba dobro wspólne.

18:51, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 27 listopada 2017

Przed dokładnie dwoma miesiącami, 27 września, chwyciłem za liczydło, by sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w kilku przypadkach prawie nie musiałem przesuwać koralików – posady akurat rozdawały Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza i Piast Gliwice.

Dzisiaj aktualizuję rachuby, ponieważ okazja jest jeszcze bardziej odświętna, wykopany z roboty został Piotr Stokowiec (Zagłębie Lubin), szczęśliwiec utrzymujący ją najdłużej. Aktualna tabela wygląda zatem tak:

ekstraklasa

Kiedy poprzednio wymazywałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, okazało się, że średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej trwa 206 dni.

Dzisiaj, po pozbyciu się lubińskiej anomalii – od tamtej pory zdymisjonowany został również Maciej Skorża – średnia spadła do 163 dni.

Powtórzę: nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia szarpie za wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę w tzw. ekstraklasie (wciąż wyłączam „beniaminków” Brosza i Mroczkowskiego) krócej niż 140 dni. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Po dzisiejszych rewelacjach ostał się ledwie jeden szkoleniowiec, który na obecnej posadzie w tzw. ekstraklasie rozpoczął pracę przed 2017 rokiem – Nenad Bjelica z Lecha Poznań.

Co przyjmuję z satysfakcją nie tyle jako kibic polskiego futbolu, ile niestrudzony kolekcjoner ligowych osobliwości. A wypatrując następcy Stokowca w Zagłębiu – absolutny debiutant Mariusz Lewandowski, w stężeniu eksperymentu na klub też bijemy rekordy – zastanawiam się, kiedy wreszcie prezesi pójdą po rozum do głowy i zaczną mierzyć czas zaoferowany trenerom w jednostkach bardziej adekwatnych do realiów. Nie w latach czy sezonach, lecz w ligowych kolejkach. Podpisujemy kontrakt na najbliższy mecz, ewentualnie z opcją przedłużenia na następny. Człowiek by wreszcie wiedział, na czym nie siedzi.

19:50, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 23 października 2017

ekstraklasa, Legia Warszawa

Co pewien czas czuję potrzebę, żeby publicznie złożyć hołd tzw. ekstraklasie, to po prostu silniejsze ode mnie. Zwłaszcza w tym roku jest co sławić, bo nasi ligowcy wzniecają rewolucję, zwalczając przesąd, że w sporcie zawsze ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

07:15, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
środa, 27 września 2017

Chwyciłem liczydło, żeby sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w wielu przypadkach nie musiałem przesuwać ani jednego koralika – w końcu Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza czy Piast Gliwice rozdawały posady przed chwilą:

ekstraklasa, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Romeo Jozak, Adam Owen

Następnie wymazałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, żeby porachować, ile trwa średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Odpowiedź: 206 dni. Odpowiedź byłaby efektowniejsza, gdyby nie wieczność Piotra Stokowca w Lubinie – bez tamtejszej anomalii średnia spada do 127 dni.

Ale nie komplikujmy, pozostańmy przy 206 dniach, czyli niespełna 7 miesiącach. Nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia działa na wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę krócej niż 122 dni. 4 miesiące. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Ledwie czterech szkoleniowców rozpoczęło pracę przed 2017 rokiem (w lidze niemieckiej – 12, w czeskiej – 10, że pozwolę sobie zajrzeć do sąsiadów); firmy z największymi ambicjami prowadzą niemal wyłącznie obcokrajowcy (Legia, Lech, Wisła, Lechia), wśród których coraz częściej zdarzają się kompletni nowicjusze, wcześniej zajmujący się czymś innym; drużyn nie sposób podzielić na silniejsze i słabsze, ponieważ zasadniczo prawie wszystkie zgromadziły tyle samo punktów. No i możemy śledzić wesołe przygody fachowców w typie Macieja Bartoszka, który w ledwie trzy lata zdążył zahaczyć się w Niecieczy, Kielcach, Chojnicach, Bydgoszczy, Legionowie i Łowiczu.

Rzucił dzisiaj redakcyjny kolega Michał Szadkowski pytanie, jak właściwie powinien pokierować karierą polski trener futbolowy. Pytanie beznadziejne, równie dobrze można się zastanawiać, jak otrzepać się po wpadnięciu do szamba, żeby po wyjściu wciąż wyglądać elegancko. Trener nie ma u nas prawa do błędu, trener to często popychadło i ofiara niezależnej od niego nonsensownej polityki transferowej, trenerowi nie wolno wybiegać myślami w przyszłość dalej niż do przyszłego tygodnia, trenera traktuje się tak, by każdy jego podwładny rozumiał, że ten przybłęda to ledwie p.o. szefa, w razie potrzeby pierwszy do odstrzału. Jak tu „kierować” karierą?! Piłkarz szansę ma – nawet w marnej drużynie marnej ligi można się wybić, uciec zagranicę, wślizgiwać do coraz lepszych klubów. Utalentowany i rozważny junior (ewentualnie: szczęściarz) zdoła niekiedy nawet całkiem uniknąć kontaktu z tzw. ekstraklasą, o czym świadczą choćby losy Grzegorza Krychowiaka czy Piotra Zielińskiego. Inaczej trener lub kandydat na trenera. Jego nikt w innym kraju nie przygarnie, on jest skazany na rodzimych prezesów i startuje w sytuacji tragicznej, ze świadomością, że trudno mu będzie zachować nawet godność.

15:07, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 września 2017

Taką bekę – uwielbiam to określenie – wszyscy kręcą z mistrza Polski w piłce nożnej, że poczułem się zobowiązany stanąć w jego obronie. A przy okazji wstawić się za całą naszą ojczyzną, nie wiedzieć czemu opluwaną jako okolica szczególnie bałaganiarska. Kolejny felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Polski futbol ligowy oraz polskie kino, dzieje 1998-2017. Wersja mocno skrócona, perspektywa osobista. Do cotygodniowego felietonu dla „Gazety” zapraszam tutaj.



19:52, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 25 sierpnia 2017

Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok, Arka Gdynia, ekstraklasa

Nie istnieje w europejskich pucharach większe nieszczęście niż wdepnięcie w drużynę z Polski. Trochę frajdy niby masz – bo rywala opędzlowujesz, awans jest tu gwarantowany – ale potem robi się strasznie. Prędko okazuje się, ile zdrowia kosztowały cię wyniszczające batalie z przedstawicielami narodu, który nigdy, jak uczy historia, tanio skóry nie sprzedaje.

Piłkarze kazachskiej Astany zdołali przetrwać ataki Legii Warszawa, więc w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów wyglądali jak własne portrety pamięciowe. I w Glasgow przyjęli pięć goli.

Piłkarze azerskiej FK Qəbələ zdobyli dumny Białystok, więc w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Europy wycieńczeni przegrali oba mecze z Panathinaikosem.

Piłkarze Utrechtu namordowali się z Lechem Poznań, więc zaraz potem – spłukani emocjonalnie, zgruchotani fizycznie etc. – oberwali od Zenita St. Petersburg.

Piłkarze Midtjylland przelali krew wojów najdzielniejszych z dzielnych, broniących honoru Arki Gdynia i dowodzonych przez charyzmatycznego hetmana Ojrzyńskiego, więc w następnej fazie kwalifikacji LE oberwali od cypryjskiego Apóllonu, przeciwnika przecież nieprzesadnie wymagającego.

Jeszcze raz: wszyscy, którzy wyeliminowali polski klub, odpadli z rozgrywek w następnej rundzie. Kto podnosi rękę na reprezentanta tzw. ekstraklasy, kopie sobie własny grób. Z tej traumy łatwo się nie wychodzi, już teraz mi żal bohaterów Sheriffa Tyraspol –  z awansu cieszyli się, głupki, nieprzytomnie – którzy po morderczych 180 minutach z Legią spróbują zachować godność w fazie grupowej LE.

01:14, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
sobota, 27 maja 2017

ekstraklasa

My, kibice (wpisać potrzebną nazwę klubu), stanowczo potępiamy naszego piłkarza (wpisać potrzebne nazwisko), który w dzisiejszym meczu dopuścił się ordynarnego oszustwa (wpisać, jaki występek), narażając nasze ukochane barwy na wstyd, a może nawet hańbę. I odebrał nam radość ze zwycięstwa.

Zdajemy sobie sprawę, że oszukują wszyscy. Że próbują z premedytacją, kiedy tylko można, orżnąć przeciwnika i sędziego, nawet jeśli grają ze świadomością, że zostaną obnażeni w telewizyjnych powtórkach – gole wyciągniętą ręką wbijają rzadko, ale wyłudzić rzut karny usiłują co mecz, ostentacyjnie domagają się też karania rywali kartkami, w czym również widzimy postawę skrajnie niesportową. Tak, wiemy, że widowisko zapaskudzają wszyscy. Ale chcemy zacząć od siebie. To znaczy – od was, drodzy piłkarze naszej drużyny.

Dlatego apelujemy do (wpisać nazwisko), który dzisiaj zbrukał imię klubu, by publicznie przeprosił przeciwników – krzywd już nie naprawi – i obiecał, że w przyszłości będzie się starał grać fair. Oświadczamy zarazem, że nie życzymy sobie, by jakikolwiek piłkarz naszej drużyny dopuszczał się podobnych wybryków. Od dzisiaj każdego, kto w sposób ewidentny, bez kontaktu z przeciwnikiem, upadnie pod atakowaną bramką, by ukraść jedenastkę, będziemy wygwizdywać, ewentualnie tytułować „złodziejem”, a w razie recydywy – domagać się wychowawczej interwencji trenera, działaczy, właściciela klubu. Oczekujemy też, że zarząd zrezygnuje z przedłużania umów z jednostkami niereformowalnymi. I że zrezygnuje z pozyskiwania zawodników marnej reputacji.

Kilkakrotnie w tym sezonie czuliśmy się oszukani. Przeklinaliśmy sędziego, pałaliśmy nienawiścią do piłkarza, dzięki nieuczciwości którego rywale wygrywali. Uważamy jednak, że nie mamy prawa do oburzania się, dopóki tolerujemy kanciarzy we własnej drużynie. Nie mamy też moralnego prawa zgłaszać pretensji do arbitrów, najpopularniejszych wrogów wszystkich kibiców świata, jeśli będziemy uznawać za normalne, że nasi zawodnicy chcą ich oszukać w każdy dostępny sposób, przy każdej okazji. Protestujemy też przeciw zohydzeniu nam piłki nożnej poprzez czynienie jej sportem patologicznym, pozbawionym jakichkolwiek zasad, zatrutym obłudą i cynizmem, w którym oszustwo nie tylko popłaca, ale nie skutkuje choćby rumieńcem wstydu na twarzy oszusta.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 grudnia 2016

Tak, gdy nasi prawnukowie dostaną na maturze pytanie z historii o rok 2016, bez chwili wahania odpowiedzą, że to wtedy powstali z kolan nadwiślańscy trenerzy futbolowi. Powstali i srodze pomścili lata ucisku. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi