Wpisy z tagiem: ekstraklasa
poniedziałek, 07 maja 2012
Podsumowałem w felietonie do dzisiejszej „Gazety” sezon, w którym było mnóstwo emocji - pozytywnych i negatywnych, małych niespodzianek i wielkich sensacji, ale też bylejakości i gwałtownych ruchów na klubowych szczytach zwiastujących ciężkie czasy dla potentatów. Ciężkie czasy rozumiane tak, że nie widać, by ktokolwiek serio budował trwałą siłę na miarę Champions League. Zapraszam do lektury.
czwartek, 03 maja 2012
Po zimowym sabotażu legijnych zarządców, którzy zdemontowali swoją drużynę w przededniu wznowienia sezonu, obiecywałem, że powstrzymam się od wszelkiej krytyki trenera Macieja Skorży. Niezależnie od wyników. Nadal uważam warszawskich działaczy za znacząco współwinnych wiosennej beznadziei - równowagę defensywy udało się zachować, z ofensywy zostały strzępy. Rozbroiła ją przede wszystkim dezercja Macieja Rybusa, który został zaakceptowany i wciągnięty do współpracy przez państwo w państwie, czyli serbski duet Danijel Ljuboja - Miroslav Radović. I był jedynym pełnokrwistym skrzydłowym w kadrze. Bez niego Legia, tak mocna w kręgosłupie od stoperów po napastnika, straciła rozmach. Ale jej degrengolada przebiega zbyt spektakularnie, by ułaskawić trenera absolutnie. A Legia jest firmą zbyt renomowaną i zbyt bogatą w postaci w naszych okolicach wyjątkowe (Kuciak, Żewłakow, Vrdoljak, Radović, Ljuboja, nawet rozkwitający Wolski), by całej kadencji Skorży - wyjąwszy z każdym dniem coraz mniej zrozumiały wzlot w Lidze Europejskiej - nie obwołać okresem godzącym w jej godność. Nie chce mi się oczywiście wspominać tych wszystkich cudacznych klęsk z Bełchatowem, Podbeskidziem, Lechią (0:3 u siebie!) czy Ruchem (prowadzili warszawiacy już 2:0!), nie będę znęcał się nad kibicami drużyny, którą od dwóch lat dręczą trener sadysta i działacze sadyści. Wystarczy nam globalny bilans wspomnianych dwóch lat: ledwie 29 zwycięstw w 59 kolejkach (49 procent, przy 61 procentach przepędzonego Jana Urbana), aż 18 porażek, zawstydzająca średnia niespełna półtora gola strzelanego na mecz. Jak sylabizował niezapomniany Zdzisław Ambroziak, KA-TAS-TRO-FA. Nie podejrzewam trenera Skorży o braki warsztatowe, nie mam wątpliwości, że jest fachowcem obytym taktycznie. Podejrzewam go raczej o przywary osobowościowo-charakterologiczne: chorobliwą ostrożność graniczącą z tchórzliwością, minimalizm, niezdolność do regularnego motywowania piłkarzy, nie mówiąc już o porwaniu ich, by zdobyli się na wysiłek teoretycznie ponad ich możliwości. I jeśli nie zdobył tytułu teraz, w okolicznościach mimo wszystko sprzyjających, to właściwie nie ma powodu sądzić, że zdobędzie je kiedykolwiek. Do innego trofeum w bieżącym sezonie - Pucharu Polski - dotuptał po trupach rezerw Rozwoju Katowice, Widzewa, Gryfa Wejherowo, Arki Gdynia i Ruchu Chorzów. Chyba się zgodzimy, że częściej walczył z ołowianymi żołnierzykami niż elitarnymi siłami specjalnymi. „Co się dzieje z Legią po stracie gola? W głowach zawodników zachodzą duże zmiany, piłkarze przestają realizować założenia taktyczne” - tak Skorża wyjaśnia, dlaczego Legia nie umie odwrócić losów meczu, w którym rywal pierwszy zdobywa bramkę. Trener jak zwykle zachowuje stoicki spokój, nie przypominam sobie, by na pomeczowej konferencji zionął wściekłością, że się nie udało. Być może również stąd bierze się stabilność drużyny, która pod aktualnym dowództwem z rundy na rundę - jesień, wiosna, jesień, wiosna - na dobrą sprawę utrzymują stałą do bólu przeciętność. Przeciętność zsuwającą się w marność podprzeciętną, bo ostatnie miesiące miał Skorża nędzniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. „W głowach zawodników zachodzą duże zmiany” - jeszcze raz przywołuję tę wstrząsającą refleksję, bo sugeruje ona, że zmiany w mózgach po prostu zachodzą - niezależnie od oddziaływania na drużynę jej szefa, wskutek jakichś tajemniczych sił biologii. Szanujący się trener wielkiej firmy tak nie myśli, szanujący się trener usiłuje mecz kontrolować. Neurologowi Skorży zalecałbym encefalografię i głęboki namysł nad jej wynikami. Może uświadomiłyby mu, co się dzieje w jego podczaszkowych zwojach, a co powinno się dziać, żeby miał głowę podobną do głów trenerów, którzy się nadają.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Pobloguję długodystansowo, a jakże, nie mam alternatywy. Nie mam alternatywy, odkąd zorientowałem się, że kiedy od futbolowego hiciora dzielą mnie jeszcze całe godziny i siłą woli bezskutecznie staram się przyspieszyć pracę zegarów, najlepszą metodą na przetrwanie jest kompulsywne stukanie w klawiaturę. Od razu przyznam się niepatriotycznie, że klasyk angielski kręci mnie dziś bardziej niż polski, również dlatego, że wyspiarze tłuką się o wielką stawkę, a pod Wawelem tylko piłkarze Cracovia mają jeszcze powód, by się pocić. 17.27. Do niedawna derby Manchesteru łączył z derbami Krakowa charakter relacji między klubami. W obu zachłannie pożerający trofea potentaci (United, Wisła) mierzyli się z ligowymi przeciętniakami, którzy w swoich krajach panowali albo w futbolowej starożytności (City), albo w epoce lodowcowej (Cracovia). Ostatnio jednak oba miasta pomknęły w przeciwnych kierunkach. Angielskie się wzbogaciło - City doścignęło United finansowo i sportowo, więc derby przeobraziły się w mecz o tytuł. Polskie zubożało - właściciel Wisły oszczędza, a jego piłkarzy obniżyli poziom, choć jeszcze nie na położyli się przy Cracovii. 17.42. Także cała liga angielska oddala się od polskiej, i to bynajmniej nie piję do poziomu gry, lecz obfitości podstawowych w futbolu atrakcji. Oto w Premier League - do niedawna pełnej taktycznych klinczy, bo dyktatowi José Mourinho i Rafy Beniteza podporządkował się nawet Alex Ferguson - albo podupadła sztuka defensywy, albo trenerom zmieniły się priorytety. Szlagiery przypominają tam naloty dywanowe, i to na ofiary niemal bezbronne - w jesiennych derbach Manchesteru City nokautuje United 6:1, United aplikuje osiem goli naszemu Wojtkowi Szczęsnemu, Arsenal z Chelsea zabawiają się na wynik 5:3, derby północnego Londynu piłkarze ozdabiają siedmioma bramkami, w poprzedni weekend na Old Trafford gospodarze zabawiają się z Evertonem etc. W ogóle nastał na murawach czas tak upstrzony fajerwerkami, że pozwoliłem sobie nazwać go szumnie wystrzałową erą futbolu. Niestety, nie w Polsce. Niewiele jest lig na kontynencie - o ile jeszcze jakieś się ostały, nie mam czasu teraz sprawdzać - w których piłka wpada do siatki rzadziej. U nas zwłaszcza w tzw. hitach nie zdarzają się wariackie wymiany ciosów, a przyszły mistrz, kto by nim nie został, będzie prawdopodobnie najrzadziej strzelającym od wyłonionego w sezonie 1984/85, w którym Górnik Zabrze w 30 kolejkach wydusił 38 bramek. 17.59. Stadion Wisły to w ogóle jeden z najsmutniejszych, tamtejszym fanom można tylko współczuć. Zanim ich piłkarze pobili przed dwoma tygodniami ŁKS, grali u siebie na 0:0 z Legią, 0:0 z Lechem, 0:1 z Koroną, 0:1 z Polonią, 1:0 z Widzewem, 0:1 z Górnikiem, 0:1 z Cracovią (to wyjazd, ale niezbyt odległy), 0:1 z Podbeskidziem. Między połową października a połową kwietnia widzieli jednego marnego gola dla swoich. I niewiele więcej dla rywali... Martwa cisza. Za Cupiała jeszcze niesłyszana. 18.18. Gdybym miał złożyć manchesterski dream team, to powołałbym jedenastkę: Hart - Valencia, Kompany, Vidić, Evra - Yaya Toure, Scholes - Nani, Rooney, David Silva - Aguero. Wiem, że do zatracenia ofensywna, ale nie umiałem się powstrzymać przed zmieszczeniem w niej ekwadorskiego pędziwiatra, choćby za cenę wycofania go pod własną bramkę. A wasze propozycje? Blogowe forum jest długie, szerokie i głębokie;-) Krakowskiego odpowiednika nie stworzę, bo na Cracovię spoglądałem tylko incydentalnie. Nie znam się. 18.37. Nie umiałem przemóc się, żeby w ogóle rozważać umieszczanie w mojej wirtualnej superjedenastce Carlosa Teveza. Sportowo zasługuje, jego styl gry bardzo lubię, ale cała reszta - sami wiecie, jaka - mnie mierzi. Precz z graczami, dla których stanem naturalnym jest niesubordynacja i którzy sądzą, że są więksi niż klub, poradzimy sobie sami. Tak czy owak jeden poważny ośrodek badawczy ocenia, iż Argentyńczyk był w kwietniu najlepszym po Leo Messim piłkarzem czołowych lig europejskich. W Krakowie już grają, więc ze stadionu płyną dźwięki przypominające kanonadę z broni palnej. Ot, urok naszych trybun, zdominowanych przez mniejszość niezbyt zainteresowaną futbolem, za to sławiącą samą siebie ze skupieniem i zapałem, za przeproszeniem, nałogowego onanisty. 18.59. Wisła prowadzi 1:0. Pierwszy gol w sezonie Maora Meliksona, czyli jedynego obcokrajowca z polskimi korzeniami, którego naprawdę chciałem widzieć przeszczepionego - z różnych powodów - do naszej reprezentacji. To był pierwszy celny strzał w derbach Krakowa, bo pierwsza połowa generalnie wygląda jak materiał dowodowy dla oskarżenia polskiej ligi o absolutną niezdolność do utkania ataku pozycyjnego. To jej największa zmora. Ale przynajmniej pasję do grania na Reymonta mają. 19.17. Przerwa. Za 45 minut gry Cracovia spadnie, zastąpi ją pewnie Nieciecza. Sądziłem, że rozwijająca się ekstraklasa przestanie wpuszczać drużynki z wygwizdowa, tymczasem wpuści wygwizdowo bezprecedensowo wyludnione. Ktoś wie, czy kiedykolwiek wcześniej do najwyższej ligi dostał się klub w sensie dosłownym wiejski? Co do Wisły, to upieram się przy niemożliwej do udowodnienia tezie, że gdyby Cupiał nie pogonił Maaskanta, to wciąż walczyłby o mistrza. A z dyrektorem sportowym Bednarzem, który stęka w telewizorach, jak jest ciężko, i sam sobie osłabia przyszłą pozycję negocjacyjną opowieściami o masowym skupowaniu Polaków, przyjemnej przyszłości krakowian wyobrazić sobie nie umiem. 19.34. Wdepnąłem w przerwie w tekst, który jest dowodem, że mamy wystrzałową erę futbolu - Premier League idzie na rekord. A tutaj przeczytacie gazetową zapowiedź o manchesterskich „Derbach dla masochistów”. (W Krakowie znów przerwa w grze. Trzeba kibolskim onanistom oddać, że mają bardzo udaną wiosnę, co ważniejszy mecz, to się wpychają na pierwszy plan, orgazm za orgazmem). 19.50. Za Gervasio Nuneza, którego nie znoszę, wchodzi Radosław Sobolewski, najbardziej szanowany przeze mnie wiślak. W grudniu skończył 35 lat, ale należy do piłkarzy, z którymi klub powinien przedłużać kontrakt dopóty, dopóki oni sami nie ogłoszą, że mają dość. Wiecie, gatunek reprezentowany też przez Frankowskiego, del Piero, Tottiego, Zanettiego, Giggsa etc. 20.05. Skład Manchesteru City: Hart, Zabaleta, Clichy, Kompany, Lescott, Barry, Yaya, Silva, Nasri, Tevez, Aguero. Na tyłach głównie twarde chłopy z Północy, a z przodu błyskotliwość z Południa. Dla mnie gospodarze są faworytami - jak Wisłę przy oszczędzeniu Maaskanta widziałbym dziś w czubie polskiej tabeli, tak City bez zamętu wywołanego przez Teveza widziałbym dziś nad United w tabeli angielskiej. Będzie się działo! 20.13. Skład Manchesteru United: De Gea, Jones, Smalling, Ferdinand, Evra, Carrick, Scholes, Nani, Giggs, Park, Rooney. Cholernie Ważny Mecz, czyli mój ulubiony koreański pracuś musi wziąć sprawy w swoje nogi. Będzie się działo! 20.19. Trener Roberto Mancini znów konsekwentny po swojemu. Balotelli miał zostać ostatecznie karnie odsunięty od murawy, a siedzi w rezerwie. Najnowsze wieści z jego niezwykle ciekawego życiorysu, transmitowanego na żywo przez tabloidy: Mario lubi się umalować na buzi, założyć na łepek perukę i odziać w damskie ciuszki. Całe szczęście, że przepisy precyzyjnie opisują strój boiskowy. 20.25. Zgodnie z przewidywaniami pojedynczy kop Meliksona wystarczył, że rozstrzygnąć i zesłać rywala o klasę niżej. Żegnam i przypominam, że Wisła tylko jednego gola w tym sezonie zawdzięcza Polakowi (w listopadzie Rafał Boguski ugodził z karnego Śląsk), Cracovia - ledwie cztery. To pod tym względem najmniej biało-czerwone kluby ekstraklasy. A fajerwerki za pół godziny. Twitterowe statystyki Henry’ego Wintera: Grand occasion? Three more goals would make it 1000 this PL season. 25 games to go. Record is 1063. Current run-rate would take it to 1067. 20.42. Włoscy trenerzy panoszą się wszędzie, i to wszędzie na szczytach. W Serie A o tytuł walczą Antonio Conte i Massimiliano Allegri, w lidze rosyjskiej mistrzostwo właśnie obronił Luciano Spalletti, we francuskiej wiceliderem jest Carlo Ancelotti, na Champions League zasadza się Roberto di Matteo, w angielskiej sąsiadów zamierza zdetronizować Roberto Mancini. Ale ten ostatni powtarza, że jeden triumf go nie usatysfakcjonuje, że chce zostawić po sobie dziedzictwo, dzięki któremu będzie pamiętany przez kibiców City przez całą wieczność. Będzie się działo! 20.57. Zaczynamy. Jak to rozsądnie ujął Nick Hornby, w jednym z najdonioślejszych zdań w dziejach literatury: „Nic poza piłką nożną nie ma znaczenia”. 21.43. Krycie bywa chwilami tak zajadłe, że oni nie powinni być w stanie wymienić trzech podań z rzędu. Manchester United przyczajony, znów podziwiamy zdolność przeciwstawienia się rozgorączkowanym w ruchach rywalom Ryana Giggsa (w listopadzie skończy 39 lat) i Paula Scholesa (w listopadzie skończy 38 lat), jedynej takiej pary w wielkim futbolu. City dłubie i dłubie, ale idei na przedziurawienie defensywnej ściany gości nie ma - ewidentnie chce wyrzeźbić gola barcelońskiego, strzały spoza pola karnego nie wchodzą w grę, wtarabaniamy się do bramki razem z piłką. Pamiętajmy, że remis to cholernie korzystny wynik dla United. 21.45. Ale do przerwy 1:0 dla City. Bramka po rzucie rożnym, ale właściwie też katalońska - tyle że w roli Carlesa Puyola wystąpił Vincent Kompany. Czy to nie jest najlepszy europejski gracz, który nie przyleci na nasze mistrzostwa? 22.00. W Fergusona niby nie wolno wątpić nigdy, ale... Jeśli United mają odrobić straty, to chyba tylko serduchem. 22.52. City wygrywa 1:0. Lapidarnie to ujmując: piłkarze United usiłowali uwiesić się na Yaya Toure, a on chyba nawet nie zauważył, że ich strzepnął. Nie musiał się ruszać, po prostu wciągnął trochę więcej powietrza do płuc. 22.55. Ani prądu, ani prędkości w drugiej linii MU. Żywszy był Alex Ferguson, kiedy wyrwał w kierunku Manciniego. Jego ludzie nie oddali w ligowym meczu celnego strzału po raz pierwszy od maja 2009 roku. 23.04. Przed City jeszcze Newcastle (wyjazd) i QPR (dom) - pierwsi walczą o Ligę Mistrzów, drudzy o utrzymanie. Przed United Swansea (dom) i Sunderland (wyjazd) - nie walczą o nic. 23.23. Wykrakałem w styczniu, że Manchester United może nie zdobyć żadnego trofeum w tym sezonie i musieć przełknąć najbardziej przykry sezon od połowy lat 90. Jeśli Giggs ze Scholesem okażą się śmiertelni, to mogą nastać dla nich ciężkie czasy. Para Vidić - Ferdinand też już nie ożyje. Biednie. A Manchester City to taki buldożer z gracją, który jeszcze spotężnieje. 00.04. Pomyślcie o następnej Lidze Mistrzów: „nasza” Borussia Dortmund i latynoski Manchester City, które już nie powtarzają błędów debiutanta; Paris Saint Germain jako kolejna firma na bliskowschodnim dopingu; wraz z nią być może Malaga; złamane w tym sezonie supermocarstwa barcelońskie i madryckie; powrót Juventusu; Arsenal być może już bez dużych personalnych strat poniesionych lat; dyszący żądzą odwetu Manchester United. A jeszcze Bayerny, Milany, być może Intery i inne takie... Będzie się działo! 00.47. Anglicy donoszą, że Kompany wciąż sterczy pod stadionem i rozdaje autografy. Teraz, dwie godziny po meczu.
niedziela, 29 kwietnia 2012
To grafika z okładki jutrzejszej „Gazety Sport.pl”, którą wymyśliliśmy wspólnie z Michałem Szadkowskim. Metafora chyba oczywista - w czołówce ligi futbolowej tłoczno jak na finiszu biegu sprinterskiego, w którym różnic między najlepszymi nie sposób dostrzec okiem nieuzbrojonym. W pięciu zaangażowanych w wyścig miastach powinno bulgotać od emocji, jeśli jednak bulgocze, to w okolicznościach dość osobliwych. Wszyscy poza Lechem liderzy częściej tracą punkty, niż je zyskują, zamiast więc ekstatycznie fetować triumf za triumfem, kibice po kolejnych rozczarowaniach oddychają z ulgą na wieść, że i konkurenci wloką się w tempie jednostajnie ślamazarnym. Ledwie lezie zwłaszcza Legia, która utrzymuje się na szczycie pomimo jednego (!) zwycięstwa w minionych siedmiu kolejkach. Potentatów podziwiamy tak wszechmocnych, że grupom kopaczy wyrafinowanych jak polszczyzna Grzegorza Laty wystarczy albo w miarę skrupulatna taktyka i zimna krew (Ruch Chorzów), albo używanie kończyn dolnych jako siekier (Korona Kielce), by zupełnie śmiało marzyć o tytule. Myślę o liderze - częściowo rozbrojonym w przedededniu rundy przez własnych zarządców sabotażystów - i dochodzę do wniosku, że wiosną jedyny spektakularny, godny mistrza popis dali oni we Wrocławiu. To był mecz, który im się, mówiąc językiem polskiej myśli szkoleniowej, ułożył. Kardynalny błąd gospodarzy w pierwszej akcji, po kilku sekundach od gwizdka, i oddanie prowadzenia gościom; błyskawiczne dołożenie przez Legię drugiego gola; czerwona kartka dla Śląska po półgodzinie. Wspominam tamto popołudnie, bo gdyby wówczas padł remis, warszawianie nie puszyliby się dzisiaj na pozycji lidera, lecz tracili wszelkie nadzieje na miejscu piątym. Ta jedna drobniutka korekta we wszechogarniającym chaosie ligowych wyników, jako żywo pobrzmiewającym werdyktami maszyny losującej, wystarczyłaby do doszczętnego zburzenia aktualnej hierarchii. Rozgardiasz jest taki, że najwięcej punktów w roku kalendarzowym zebrały Korona, Zagłębie i Ruch, a jesienią najlepsze były Śląsk, Legia i Polonia. Dwa zupełnie inne zestawy na podium. Zabawiam się w gdybanie, bo nie umiem oprzeć się wrażeniu, że bieżący sezon wyłoni mistrza w najwyższym stopniu przypadkowego, wywyższonego przez krzywą kępę trawy albo mocniejszy podmuch wiatru. Mistrza, który uzbiera najmizerniejszy dorobek punktowy w historii. I mistrza najuboższego w gole od co najmniej ćwierćwiecza. Na Facebooku rzuciłem jakiś czas temu, że oglądamy w lidze wyścig kulawych żółwi. Zweryfikowałem osąd. Żółwie jeszcze schyliły łebki, zeszły do parteru, zaczęły się czołgać. Następny etap to już bezruch.
sobota, 07 kwietnia 2012
Gdyby Ruch dopłynął do mistrzostwa, wywołałby największą ligową sensację w XXI wieku, przecież nawet Zagłębie Lubin 06/07 napędzały lokalne gwiazdki w typie Iwańskiego czy Arboledy (obaj wówczas w swojej szczytowej formie) oraz Łukasz Piszczek (11 goli), tymczasem chorzowianie ważnych chwilach polegają na pięknych trzydziestoparoletnich Zieńczuku, Malinowskim, Grzybie, Szyndrowskim, Niedzielanie, Strace czy Abbocie. Urocza byłaby to fabułka, chyba większość kibiców lubi małe biedne łódeczki wywracające wielkie bogate okręty. Dziś na Łazienkowskiej goście przegrali jednak m.in. wskutek grzechu typowego dla piłkarzy, którzy zdołali dopłynąć nadspodziewanie daleko, wezbrali przesadną odwagą w starciu drużyną dysponującą wyraźnie okazalszym potencjałem, połakomili się na zbyt wiele. Po przerwie ośmielili się zaatakować, zostawili za sobą wolną przestrzeń, zaprosili faworyta do kontrataku. Mecz został rozstrzygnięty, ja po ostatnim gwizdku mimo wszystko odetchnąłem z ulgą, bowiem wobec obezwładniającej przewagi legionistów w indywidualnych umiejętnościach dotarło do mnie, że w eliminacjach Ligi Mistrzów drużyna tak ograniczona jak Ruch - jej sukces polegał na umiejętnym tych ograniczeń ukrywaniu, za co należy się trenerowi Fornalikowi najwyższe uznanie - byłaby niemal skazana na klęskę. I to skazana na klęskę poniesioną w obcym mieście, jej stadionu UEFA by nie zaakceptowała. A Legia zdaje się skazana na tytuł również dlatego, że usiłują się jej opierać wyłącznie przeciwnicy ograniczeni - jak Ruch czy Korona Kielce. Rywale wielkomiejscy, z bogatymi właścicielami i/albo efektownymi stadionami, zgodnie z tradycją trwalszą już chyba niż zanikający gdzieniegdzie śmigus-dyngus, uprzejmie wrzucają granaty do własnych szatni. Polonia Warszawa przeobraziła się w klub piłkarzy zrelaksowanych, bo świadomych, że dzierżą władzę absolutną, jak tylko nie spodobają im się kąpielówki trenera, to wystarczy przegrać półtora meczu, a Józef Wojciechowski czym prędzej irytująco odzianego szefa wyleje. W Śląsku Wrocław, czyli mistrzu jesieni, wszyscy już wiedzą, że Zygmunt Solorz, którego piłka nożna interesuje mniej niż telewizja międzypodwórkowa w Niecieczy, bez zmrużenia oka odetnie im dopływ finansowego powietrza i pozwoli pójść na dno. W Wiśle Kraków, czyli aktualnym mistrzu kraju, nie tylko wysechł inwestycyjny zapał Bogusława Cupiała, ale jeszcze na pokład wskoczył wiceprezes Jacek Bednarz, by natychmiast ogłosić przez megafony, że aktualnie zatrudnianych obcokrajowców błyskawicznie się pozbędzie (ależ musiał ich zmotywować do gry!), że w przyszłości będzie na zakupach preferował wyroby polskie (ależ musiał zmotywować sprzedawców do windowania cen!), że w następnym sezonie nie ma sensu marzyć o pływaniu powyżej środka tabeli (ależ musiał zmotywować fanów do wykosztowywania się na karnety!). Doprawdy, sabotażysta pierwszej wody, do zatopienia Titanica wystarczyłaby mu jedna konferencja prasowa. Nie myślcie sobie, że Legię ciągnie do mistrzostwa Michael Phelps - ją też podtapiają, w połowie sezonu (w przededniu rundy wiosennej!) zabrali jej Komorowskiego, Borysiuka i Rybusa, czyli trzech ludzi z podstawowego składu, a ja wciąż nie mogę się doczekać informacji, czy gdziekolwiek w Europie szefostwo w podobnym momencie tak poharatało własną łajbę. Jeśli warszawska utrzymuje się na powierzchni sprawniej niż inni, to głównie dlatego, że sterują nią sabotażyści bardziej wstrzemięźliwi. Nic nowego pod słońcem, zżymałem się już tutaj wielokrotnie, że nasi potentaci nie są w stanie wypłynąć na szerokie europejskie wody, bowiem co sezon albo pół sezonu rozpoczynają naukę pływania od nowa, o żadnej konsekwencji, kontynuacji, długofalowości nie ma wśród nich mowy. Patrzę, co wyprawiają zarządcy - zarządcy, nie piłkarze albo trenerzy! - polskich tzw. potentantów i przypomina mi się Eric Moussambani. Olimpijczyk z Gwinei Równikowej, który osiem miesięcy przed igrzyskami nauczył się pływać, w Sydney pierwszy raz w życiu zobaczył 50-metrowy basen, oczywiście zajął tam ostatnie miejsce, miał czas nieco słabszy niż beznadziejny. Ale osiągnął sukces. Nie utopił się. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||