Wpisy z tagiem: ekstraklasa

sobota, 27 maja 2017

ekstraklasa

My, kibice (wpisać potrzebną nazwę klubu), stanowczo potępiamy naszego piłkarza (wpisać potrzebne nazwisko), który w dzisiejszym meczu dopuścił się ordynarnego oszustwa (wpisać, jaki występek), narażając nasze ukochane barwy na wstyd, a może nawet hańbę. I odebrał nam radość ze zwycięstwa.

Zdajemy sobie sprawę, że oszukują wszyscy. Że próbują z premedytacją, kiedy tylko można, orżnąć przeciwnika i sędziego, nawet jeśli grają ze świadomością, że zostaną obnażeni w telewizyjnych powtórkach – gole wyciągniętą ręką wbijają rzadko, ale wyłudzić rzut karny usiłują co mecz, ostentacyjnie domagają się też karania rywali kartkami, w czym również widzimy postawę skrajnie niesportową. Tak, wiemy, że widowisko zapaskudzają wszyscy. Ale chcemy zacząć od siebie. To znaczy – od was, drodzy piłkarze naszej drużyny.

Dlatego apelujemy do (wpisać nazwisko), który dzisiaj zbrukał imię klubu, by publicznie przeprosił przeciwników – krzywd już nie naprawi – i obiecał, że w przyszłości będzie się starał grać fair. Oświadczamy zarazem, że nie życzymy sobie, by jakikolwiek piłkarz naszej drużyny dopuszczał się podobnych wybryków. Od dzisiaj każdego, kto w sposób ewidentny, bez kontaktu z przeciwnikiem, upadnie pod atakowaną bramką, by ukraść jedenastkę, będziemy wygwizdywać, ewentualnie tytułować „złodziejem”, a w razie recydywy – domagać się wychowawczej interwencji trenera, działaczy, właściciela klubu. Oczekujemy też, że zarząd zrezygnuje z przedłużania umów z jednostkami niereformowalnymi. I że zrezygnuje z pozyskiwania zawodników marnej reputacji.

Kilkakrotnie w tym sezonie czuliśmy się oszukani. Przeklinaliśmy sędziego, pałaliśmy nienawiścią do piłkarza, dzięki nieuczciwości którego rywale wygrywali. Uważamy jednak, że nie mamy prawa do oburzania się, dopóki tolerujemy kanciarzy we własnej drużynie. Nie mamy też moralnego prawa zgłaszać pretensji do arbitrów, najpopularniejszych wrogów wszystkich kibiców świata, jeśli będziemy uznawać za normalne, że nasi zawodnicy chcą ich oszukać w każdy dostępny sposób, przy każdej okazji. Protestujemy też przeciw zohydzeniu nam piłki nożnej poprzez czynienie jej sportem patologicznym, pozbawionym jakichkolwiek zasad, zatrutym obłudą i cynizmem, w którym oszustwo nie tylko popłaca, ale nie skutkuje choćby rumieńcem wstydu na twarzy oszusta.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 grudnia 2016

Tak, gdy nasi prawnukowie dostaną na maturze pytanie z historii o rok 2016, bez chwili wahania odpowiedzą, że to wtedy powstali z kolan nadwiślańscy trenerzy futbolowi. Powstali i srodze pomścili lata ucisku. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 24 października 2016

Miłość, równość, ekstraklasa,

Co tu dużo gadać, gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a polskiej ligi futbolowej bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Tak zwaną ekstraklasę kocham z wielu powodów, ale miętę czuję szczególnie do niepisanej zasady, że wszyscy jej uczestnicy mają szansę. W zbyt wielu zagranicznych rozgrywkach kłuje w oczy wyraźny, bezlitosny podział na lepszych i gorszych, co powoduje, że niektórym bardzo często robi się po meczu przykro – bo przegrali – a inni bez przerwy mają powody do zadowolenia – bo wygrali. Polska liga dba natomiast o równowagę, zasadniczo każdemu skrzydłowemu co pewien czas uda się dośrodkowanie, każdy zawodnik co pewien czas zdoła opanować majtającą mu się między nogami piłkę, każdy trener co pewien czas zostaje beatyfikowany na cudotwórcę.

To nie subiektywne wrażenia omamionego ligowym seksapilem, to twarde dane. Niedawno zwierzałem się w felietonie, że przez kilka tygodni badałem, jaki odsetek meczów kończy się wynikiem uważanym przez bukmacherów za najbardziej prawdopodobny, i wyliczyłem, że nie przekracza on 25 procent. Wiem, że nie przekonałem wszystkich, więc teraz globalne statystyki chciałbym podeprzeć szczegółem pojedynczego weekendu.

Prześledźmy zakończoną właśnie kolejkę – moim zdaniem cudną, dla naszej ligi emblematyczną.

Najpierw, w piątkowe popołudnie, 5. w tabeli Arka Gdynia oberwała u siebie od 10. w tabeli Pogoni Szczecin trzema golami.

Po chwili 16., ostatnia w tabeli Wisła Kraków wygrała z 3. w tabeli, równą punktami z wiceliderem Niecieczą.

Nazajutrz 8. w tabeli. Wisła Płock przegrała u siebie z 15., czyli przedostatnim w tabeli Górnikiem Łęczna. Potem 7. w tabeli Cracovia w ostatnich sekundach ocaliła punkt z 9. w tabeli Śląskiem Wrocław. Aż nadszedł sobotni wieczór – i 13. w tabeli Legia Warszawa pokonała 6. w tabeli Lech Poznań.

Musieliśmy czekać aż do niedzielnego popołudnia, by wydarzyła się sensacja. Oto lider Lechia Gdańsk, choć przegrywał, ostatecznie uporał się z 12. w tabeli Piastem Gliwice, czyli drużyna sklasyfikowana wyżej uporała się z drużyną sklasyfikowaną niżej. To był JEDYNY taki przypadek podczas minionego weekendu. W dodatku murowany faworyt wdusił zwycięskiego gola tuż przed ostatnim gwizdkiem!

Prędko jednak nasi ligowcy wrócili do dobrego obyczaju, bo dumna wiceliderka Jagiellonia nie dała rady czwartemu w tabeli Zagłębiu Lubin. A dzisiaj 14. w tabeli Ruch Chorzów rozprawił się z 11. w tabeli Koroną Kielce. I to nastrzelał jej cztery gole!

Podsumujmy: sześć razy drużyna sklasyfikowana niżej w tabeli triumfowała; raz drużynie sklasyfikowanej niżej zwycięstwo wymknęło się spod nóg w ostatnich sekundach; ledwie raz wygraną wydłubała drużyna sklasyfikowana wyżej. To ładna prawidłowość, pozwalająca zasmuconym chwilowym niepowodzeniem wierzyć, że już za kilka dni wyniki ułożą się całkiem odwrotnie i nikt nie będzie stratny. Miłość, równość, ekstraklasa. Nasza liga cierpliwa jest, łaskawa jest, wystarczy poczekać na swój moment. Nikt nie zazdrości innym punktów, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Ekstraklasa nie cieszy się z niesprawiedliwości i nierówności, lecz współweseli się z prawdą i rozdaje każdemu według potrzeb. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Nie przepadam tylko za pokusą kibiców i komentatorów, by dzielić na lepszych i gorszych piłkarzy, trenerów, całe drużyny. Wolę powab aktualnej tabeli, w której pięć ostatnich – teoretycznie ostatnich – klubów w tabeli łączy ta sama liczba punktów. Coraz lepiej rozumiem też moralne podstawy stojące za decyzją, by dorobek punktowy wiosną dzielić i jeszcze klasyfikację spłaszczyć, czyli uczynić ją jeszcze bardziej sprawiedliwą. Gdybym miał władzę, apelowałbym dodatkowo, by wyeliminować z niej brzydką ideę degradacji do niższej klasy rozgrywkowej. Dopuściłbym tylko awanse stamtąd, rozgrywki niestrudzenie bym rozszerzał, aż dotarlibyśmy do jedynego logicznego finału – w tak zwanej ekstraklasie graliby u nas wszyscy, którzy wyraziliby ochotę.

21:23, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 02 października 2016

Czasami mam wrażenie, że w naszej piłce – wiecznie się profesjonalizującej i rozwijającej – wskazówki zegarka przesuwają się w lewo. Tak jest i ostatnio. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

21:14, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 września 2016

Władze mistrzów Polski zachowały się po meczu z Borussią Dortmund tak pięknie, że po prostu musiałem złożyć im hołd. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 01 września 2016

Chyba nikt dzisiaj nie ma pojęcia, jak mistrzowie Polski zamierzają grać. Gdy czołgali się przez kolejne rundy eliminacji Champions League, nie grali ani tak, ani siak, lecz zazwyczaj byle jak, nie znamy też kształtów podstawowego składu, który podczas wakacji nawet na chwilę nie przeszedł ze stanu ciekłego w stały. Jedyne, co się rzuca w oczy, to krótki staż niemal wszystkich kandydatów do jedenastki, do których należą: pozyskani dopiero teraz Czerwiński i Kazaiszwili, pozyskani przed chwilą Dąbrowski, Langil, Odjidja-Ofoe (w klubie od miesiąca) i Moulin (od 2 miesięcy), pozyskani przed kilkoma chwilami Hlousek, Hämäläinen (obaj od 7 miesięcy), Aleksandrow (od 6 miesięcy), Pazdan, Nikolić (od 14 miesięcy). Wracający właśnie do Legii Radović żadnego nie widział na oczy, rozminął się nawet z Malarzem (od 19 miesięcy). „Dłużej” przesiadują w warszawskiej szatni tylko Rzeźniczak (od 9 lat, akurat zesłany do rezerw), Kucharczyk (od 6 lat), Jodłowiec i Bereszyński (obaj od 3,5 roku), Guilherme (od 20 miesięcy).

Rachunek jest prosty, piłkarz (przyszłego) podstawowego składu ćwiczy w Legii przeciętnie kilka miesięcy. Co więcej, ćwiczy jako podwładny trenera zżywającego się z Łazienkowską od zaledwie kilku tygodni, którego wciąż uczą się nawet klubowi weterani. A to trener sprawdzony dotychczas – sprawdzony przez chwilę – w jednym miejscu. Tam, gdzie wcześniej spędził kupę lat jako piłkarz i kupę lat dojrzewał jako przyuczający się do nowego zawodu. Warunki miał doprawdy przytulne, dlatego dopiero przekonamy się, jak Besnik Hasi znosi presję w środowisku mu nieznanym, w którym Legii czepiamy się wszyscy i permanentnie, czasu wolnego od pretensji wystarcza tu co najwyżej na łyk szampana po zdobyciu jakiegoś tytułu.

Znów zatem możemy opiewać doniosły nadwiślański wkład w nowoczesną myśl futbolową. Oto do Ligi Mistrzów wydelegujemy nie tyle drużynę nie całkiem zgraną (czy niezbyt doświadczoną), ile drużynę w swoim prapoczątku, z której kompletnie nie wiadomo, co się wyłoni, na Wielki Wybuch dopiero czekamy. I właściwie nie widać żadnego pewnika, można niepokoić się nawet o morale najlepszego piłkarza – wiadomo, że Michał Pazdan rwał się do wyprawy do obcej ligi.

Pesymiści sugerują, że obecna Legia zaczyna przypominać osławioną Wisłę pod trenerem Robertem Maaskantem – wzniesioną na tu i teraz, do wykonania konkretnej misji, a potem stanowiącą kłopot dla właścicieli, którzy nie potrafili się pozbyć balastu z listy płac. To analogia nieuprawniona, skoro krakowianie celu nie osiągnęli, bo nie awansowali do LM, a warszawiacy – choć w okropnym stylu – osiągnęli. A jednak w ich kadrze rzeczywiście niepokoi brak nazwisk z przyszłością, które można wylansować i dobrze sprzedać. Piłkarzy poniżej 25. roku życia znajdziemy zasadniczo trzech – Bereszyński, Kopczyński, Kazaiszwili – przy czym ostatni, prawdopodobnie najzdolniejszy, został jedynie wypożyczony. Od wyśnionego ideału, czyli klubu wychowującego i eksportującego, dzieli Legię cała epoka.

A przecież cała reszta wielkomiejskiej piłki w Polsce leży, ostatnio zapadł się nawet Lech, a Wisła to już w ogóle nie zna dnia ani godziny. Tylko w Legii nadzieja, że jakikolwiek nasz klub osiągnie przynajmniej przyzwoitą pozycję w Europie.

niedziela, 17 lipca 2016

Rozgrywki wznowiła tzw. ekstraklasa, od której po Euro 2016 jeszcze bardziej oczekujemy, że wreszcie osiągnie poziom kontynentalnej przyzwoitości. A może jej kluby tak się biedzą w pucharach również wskutek sprzyjających rywalom okoliczności, których wcale byśmy w Polsce nie chcieli? Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

21:34, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
niedziela, 15 maja 2016

Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Felieton do poniedziałkowej „Gazety” o tym, czy Legia potęgą jest, przeczytacie tutaj.

niedziela, 17 kwietnia 2016

ekstraklasa wygładza

Kluby tzw. ekstraklasy coraz częściej kneblują swoich piłkarzy i innych pracowników, coraz częściej usiłują kneblować też dziennikarzy. Nie są jedyne, to znak naszych czasów – o czym tuż przed ucieczką na urlopik napisałem felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej”, przeczytacie go tutaj.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Lechia Gdańsk, Podbeskidzie, PZPN

Takiej odrazy do polskiej ligi piłkarskiej nie czułem od 1993 roku, w którym bijące się o mistrzostwo Legia i ŁKS z bezczelną ostentacją oszukiwały kibiców w ostatniej kolejce, na czym skorzystał Lech – to poznaniakom przyznano tytuł. „Przyznano”, bo przecież go nie zdobyli.

Wiem, od tamtej pory wydarzyło się wiele wstrętnych historii, lista osób skazanych po wybuchu korupcyjnego szamba liczy już ponad 400 nazwisk. A teraz nikt nie popełnił przestępstwa ­– Lechia miała prawo zrezygnować z ubiegania się o odebrany jej punkt i z tego prawa skorzystała, więc korekta ligowej tabeli (Ruch awansował do grupy mistrzowskiej, Podbeskidzie zleciało do grupy spadkowej) była skutkiem ubocznym całkowicie legalnego działania. Fałszowanie meczów odbywało się jednak potajemnie, natomiast szefowie gdańskiego klubu pogwałcili ducha sportu otwarcie, w dodatku wycierając sobie usta podanym przez rzecznika, przepojonym hipokryzją uzasadnieniem „o rywalizacji, która powinna rozstrzygać się na boisku”.

Wcześniej myśleli inaczej. Miesiącami walczyli o utracony punkt, a zrezygnowali z niego dopiero teraz, gdy go prawie odzyskali. Czekali wprawdzie jeszcze na ostateczny werdykt Trybunału Arbitrażowego przy PKOl, ale ze słów jego prezesa Zbigniewa Ćwiąkalskiego – chwalił „20 stron dobrze uargumentowanego odwołania” – mogliśmy wnioskować, że będzie on dla nich korzystny.

Punkt przestał być dla Lechii niezbędny, gdy uzyskała pewność, że zagra w grupie mistrzowskiej. I gdy jej decyzja – zaskarżać wyrok PZPN czy nie zaskarżać – wpływała już tylko na losy innych drużyn. O kolejności w tabeli nie zdecydowało bowiem „boisko”, lecz gdański prezes Adam Mandziara. To on wybrał klub, który będzie grał o europejskie puchary i ma gwarancję, że w przyszłym sezonie znów dostanie miliony od telewizji. A inny klub skazał na zagrożenie degradacją z ligi.

Nas, kibiców, też skazał. Na przykre dociekania, jakie miał intencje. Każdy, kto śledzi tzw. ekstraklasę od lat, będzie podejrzliwie spoglądał na mecze Lechii z Ruchem czy ewentualne transfery między klubami i generalnie zastanawiał się, czy i jak chorzowianie się gdańszczanom „odwdzięczą”. Wątpliwości, które w normalnych okolicznościach uznalibyśmy za ohydne i niedopuszczalnie, są dzisiaj nieuniknione, buzują w głowie każdego racjonalnego kibica.

Symptomatyczne, że na awanturze zyskały akurat dwa kluby, których zarządzanie wywołuje, delikatnie mówiąc, kontrowersje. Tak uważał nawet PZPN, skoro ukarał je odebraniem punktów za finansową nierzetelność.

Teraz PZPN podparł swoim autorytetem sprawę, która cuchnie na kilometr. Znów – teoretycznie zareagował poprawnie i spójnie, bo punktowa kara została utrzymana, a afera brudząca wizerunek związku nie będzie ciągnąć się do środy (wtedy wyrok ogłosić miał Trybunał). Ale w istocie współuczestniczył w gwałcie na duchu sportu. Też sprowokował nas do ponurych rozważań o swojej roli w całej zadymie, zdrowy rozsądek nakazuje wręcz zadawać sobie pytanie, czy aby Lechia – kolejna niepokojąca hipoteza – nie podjęła poniedziałkowej decyzji z obawy o narażenie się prezesowi PZPN. Związek dołączył do obłudnej narracji o rywalizacji rozstrzyganej na boisku, choć gdy rywalizacja rzeczywiście rozstrzygała się na boisku - Podbeskidzie i Ruch wiedziały w sobotę, czego potrzebują do awansu - to Podbeskidzie mecz swój wygrało, a Ruch przegrał. Co więcej, można przypuszczać, że gdyby chorzowianie się nie zadłużali i np. nie mieli na liście płac świetnego jak na ligowe standardy napastnika Mariusza Stępińskiego, to byliby w tabeli niżej i wcześniej straciliby szansę na grę w grupie mistrzowskiej.

W polskiej piłce dzieje się ostatnio znacznie więcej dobrego niż złego, a PZPN skutecznie odzyskiwał wiarygodność i reputację. Teraz poniósł, podobnie jak liga, wizerunkową klęskę. To najczarniejszy moment kadencji prezesa Zbigniewa Bońka.

19:34, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi