Wpisy z tagiem: reprezentacja polski

sobota, 10 czerwca 2017

Byliście trochę rozczarowani, że Polacy nie zasypali Rumunii workiem goli już w inauguracyjnym kwadransie? Że nie fruwali jak natchnieni i długo dobierali się do rywala, zamiast czym prędzej zafundować wam paradę atrakcji?

Wybaczcie im, oni tworzą reprezentację kraju, z którego piłkarzom przez całe dekady wpajano, że są stworzeni do kontrataku. I przez dekady nigdy nie zetknęliśmy się - także my, kibice - ze zjawiskiem z sobotniego wieczoru: oto nawiedza nas rywal z zasłużoną renomą solidnego europejskiego średniaka, by zasłaniać bramkę pięcioma obrońcami, otoczyć pole karnego gęstymi zasiekami, przetrwać i może jakimś cudem samemu wymodlić pojedynczą udaną akcję.

Tak zachowywali się Rumuni. Z ich planu gry ewidentnie wynikało, że wizytę na Stadionie Narodowym traktują jak wyprawę na Santiago Bernabéu, Camp Nou czy do innej - język futbolu jest przepojony patosem - katedry piłki nożnej.

Istnieją w Europie obiekty, na które kibice przychodzą zazwyczaj nie tyle dla emocji – napięcie wywołuje niepewność o wynik meczu – ile dla czystego relaksu, delektowania się widowiskiem z gwarantowanym pomyślnym zakończeniem. Bo sprzyjają drużynom zbyt mocnym, niemal nietykalnym zwłaszcza na własnym boisku. Wygraną masz właściwie w cenie biletu.

Do przywołanych kolosów upodabnia się Narodowy. Obiekt nie klubu, lecz reprezentacji kraju, która rozgrywa w Warszawie wszystkie najważniejsze mecze. I od startu eliminacji Euro 2016 zabawia się tu na całego. 2:0 z Niemcami, 2:2 ze Szkocją, 4:0 z Gruzją, 8:1 z Gibraltarem, 2:1 z Irlandią, 4:2 z Islandią (jedyny towarzyski), 3:2 z Danią, 2:1 z Armenią, 3:1 z Rumunią. Zwycięska seria przybrudzona tylko jednym remisem, z oszałamiającą średnią 3,33 gola na mecz.

Oszałamiającą dla nas, przytłaczającą i onieśmielającą dla przyjezdnych. Do utraty bramki Rumuni każdym wykonanym na boisku gestem okazywali Polakom respekt. Albo nawet strach. Obawiali się zwłaszcza Roberta Lewandowskiego, który powoli przejmuje Narodowy na własność. Rządzi tam jak na podwórku, hasa pod ulubionym trzepakiem, grający przeciw niemu kumple potrafią go co najwyżej kopnąć w kostkę. W ostatnich siedmiu rozegranych tu meczach strzelił 15 goli.

Tym razem dawał początkowo występ dość bezbarwny, cała drużyna też. Jego szturchali, drapali i szarpali, wszystkich Polaków trzymali w gęstym ścisku. Im dłużej jednak trwał mecz, tym częściej paliło się na rumuńskim polu karnym. A groźnie podawał nie tylko Piotr Zieliński, od lat lansowany na nowego Deynę, ale również Krzysztof Mączyński, bodaj najładniej ilustrujący doskonałą pracę Adama Nawałki - średniak z tzw. ekstraklasy tak perfekcyjnie wmontowany w reprezentację, że w sobotę, zanim uziemiła go kontuzja, szukał w sobie wewnętrznego Toniego Kroosa.

Wiem, przesadzam, zresztą Polak gra inaczej. W trakcie pisania ujrzałem w wyobraźni piłkarza Realu Madrytu, bo rozum mąci mi zbitka „Narodowy jako Santiago Bernabeu”. Zbyt często chadzam na stadion, na którym kibic nie czuje stresu, lecz spokojnie czeka, aż rozpocznie się goleada. Satysfakcja gwarantowana.

Aha, ze wstępnych szacunków wynika, że w rankingu FIFA reprezentacja Polski wkrótce wystrzeli na siódme miejsce. Na Narodowym strach będzie miał jeszcze większe oczy.

niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

niedziela, 05 marca 2017

Zlatan Ibrahimovic, Artur Boruc

Kilka dni temu zignorowałem rozstanie z reprezentacją Artura Boruca, bo nie czułem konieczności żegnania bramkarza, którego status w kadrze zmieni się tylko pozornie – od dawna jest rezerwowym za rezerwowym – natomiast jego kariera klubowa trwa. Zrewidowałem opinię wskutek emocji, jakie wywołał polski bramkarz w polskich kibicach, a także wskutek fantastycznego sobotniego występu przeciw Manchesterowi United. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

niedziela, 19 lutego 2017

Od miesięcy, a może i lat, Łukasz Piszczek naprasza się – graniem, nie gadaniem – żeby złożyć mu hołd. No to złożyłem, felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj. Przy okazji też zapraszam do reportażu z Lipska, gdzie wszedłem w tłum kibiców najbardziej znienawidzonej drużyny w Bundeslidze – jest tu.

środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

niedziela, 18 grudnia 2016

Tak, gdy nasi prawnukowie dostaną na maturze pytanie z historii o rok 2016, bez chwili wahania odpowiedzą, że to wtedy powstali z kolan nadwiślańscy trenerzy futbolowi. Powstali i srodze pomścili lata ucisku. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 13 listopada 2016

Michał Pazdan, obrońca pancerny

Nasi piłkarze rozegrali ostatni przed zimą mecz o stawkę, więc można już podsumowywać rok w futbolu reprezentacyjnym. I zastanowić się, gdzie w europejskiej hierarchii się znajdują. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.



piątek, 11 listopada 2016

To było panowanie nad sytuacją totalne. Minęło 20 minut z okładem, zanim bramkarz Łukasz Fabiański musiał pierwszy raz zareagować - wyłapać piłkę po dośrodkowaniu, które Rumuni zawdzięczali niesłusznie odgwizdanemu rzutowi rożnemu. A strzał bronił do przerwy tylko jeden, ponieważ jego koledzy działali z lodowatym spokojem profesjonalistów, którzy są świadomi, że grają w piłkę lepiej, i bezlitośnie tę przewagę udowadniają.

Rywale też zresztą znali hierarchię, tamtejsi komentatorzy wzdychali przed meczem, że w Rumunii nikt nie ma złudzeń - nawet kibice oczekują, że gospodarze oddadzą piłkę i będą przez 90 minut modlić się o remis. Takie czasy, że reprezentantowi Polski coraz trudniej wylądować w okolicy, w której nie uznają go za faworyta. Szanują ludzi Adama Nawałki wszędzie.

My też, choć tej jesieni nie tylko dzięki aferze trunkowej kadra narodowa trochę nam znormalniała, spadła z obłoków. Wcześniej była tak regularna i uporządkowana, że wręcz obca, nieprzystająca do potarganych realiów polskiego futbolu, a tu wreszcie wyszło na jaw, że tworzą ją ludzie, którzy miewają słabości i wpadki. Ba, zgłaszaliśmy do nich pretensje po każdym meczu – za punkty zgubione w Kazachstanie, za roztargnienie w starciu z Danią, za beznadziejną długimi okresami mordęgę z Armenią.

Tym razem marudzić zwyczajnie nie wypada. Należy raczej rozkoszować się przewidywalnością Kamila Grosickiego, który jak zwykle, taki ma odruch, wybił się na niepodległość w trybie turbo; twórczą aktywnością rozgrywającego Piotra Zielińskiego; wprost perfekcyjną wszechobecnością Łukasza Piszczka; wreszcie powrotem Michała Pazdana, który przywrócił harmonię w linii obronnej. Popisy indywidualne bardzo dobre i dobre zsumowały najcenniejsze wyjazdowe zwycięstwo w meczu o punkty od zwycięstwa nad Belgią przed 10 laty. I najbardziej efektowne wyjazdowe, biorąc pod uwagę klasę przeciwnika, we wszelkich eliminacjach w XXI wieku. Bo takie wyzwania nawet teraz, w czasach prosperity, sprawiały Polakom olbrzymie kłopoty - w poprzednich eliminacjach na obcych stadionach pokonali tylko Gruzję i Gibraltar.

W Bukareszcie też zdarzały się momenty niepokoju, choćby na początku drugiej połowy, gdy nasi piłkarze ulegli wściekłemu naporowi gospodarzy. Ale też trudno żądać, by Polacy nie zwalniali nigdy - już to, jakich drobiazgów musimy wypatrywać, żeby cokolwiek im wypomnieć, jest komplementem. Przecież Fabiański w istocie ani razu nie wpadł w prawdziwe tarapaty!

W ogóle w tarapaty nasza reprezentacja wpada już właściwie tylko umownie. Prawie już nie pamiętamy, jak to jest, kiedy rywale - w meczach o stawkę, pomijam sparingi - obejmują prowadzenie. Doznawali Polacy tej przykrości ostatnio ponad rok temu w Glasgow (remis ocalili wówczas cudem), a od tamtej pory upłynęło 960 minut gry. Bite 16 godzin walki z Irlandią, Irlandią Północną, Niemcami, Ukrainą, Szwajcarią, Portugalią, Kazachstanem, Danią, Armenią i Rumunią. Porażka nie groziła im przez ten czas nigdy.

Tak, dochowaliśmy się drużyny pod pewnymi względami unikalnej w skali Europy. Święto narodowe zachęca nawet, by ogłosić, że piłkarska reprezentacja to dzisiaj jeden z najładniejszych polskich wyrobów eksportowych.

środa, 12 października 2016

Robert Lewandowski

Tylko raz w kadencji selekcjonera Adama Nawałki zdarzyło się, że zszedł z boiska w trakcie meczu nietowarzyskiego. Ubiegłej jesieni, przy prowadzeniu 6:0 z ofermami z Gibraltaru.

Megagwiazdorów współczesnego futbolu, na sławę zasługujących nade wszystko w klubach, podejrzewa się niekiedy o to, że reprezentację narodową zaniedbują. Od służby dla kraju niekoniecznie się wymigują - raczej miewają problemy z pełną koncentracją, podświadomie dają z siebie ciut mniej, niżby mogli. Robert Lewandowski też bywał oskarżany.

Globalne dane nie tyle są niezbijalnym dowodem jego niewinności, ile sugerują niepoczytalność prokuratorów. Polski supernapastnik wystąpił u Nawałki - można powiedzieć: w erze rządów w reprezentacji oświeconych - we wszystkich spotkaniach o stawkę. Przebywał na murawie przez 1656 z 1680 minut, czyli przez 98,6 procent czasu gry. I w tych 18 meczach - eliminacji mistrzostw Europy, turnieju finałowego mistrzostw Europy oraz eliminacji mistrzostw świata - strzelił 19 goli. Czasami wywołując wrażenie, że strzela siłą woli. Jak w horrorach ze Szkocją czy Armenią, gdy Polaków ratowały wykonane przez niego ostatnie dotknięcia piłki przed końcowym gwizdkiem.

Co więcej, wpływ Lewandowskiego na wyniki stale rośnie. Nie tylko w sensie snajperskim, choć i tutaj dynamika wzrostu imponuje, skoro kapitan reprezentacji zdobył sześć z jej ostatnich ośmiu bramek. Lewandowski to cała machina oblężnicza w jednym muskularnym ciele, to nadpobudliwy wszystkorób (brzmi brzydko, ale adekwatnie), który gania ze wschodu na zachód i z południa na północ, przyjmuje i rozdaje kuksańce, broni i przechwytuje piłkę, inspiruje i dyscyplinuje kolegów, podaje i strzela. Mózg, serce i płuca drużyny. Wszechpiłkarz.

Wypada mieć tylko nadzieję, że przyboczni z polskiej szatni nie zawiodą i nie zapaskudzą mu kariery. Że nie poprzestaną na pytaniu, co kapitan może zrobić dla nich, lecz spróbują sprawdzić, co oni mogą zrobić dla kapitana. Że przez ich opieszałość - lub niezdarność - nazwiska Lewandowskiego nie umieścimy w przyszłości obok nazwisk Alfredo Di Stefano, George’a Besta, Ryana Giggsa czy George’a Weaha, czyli na liście wybitnych futbolistów, którzy nigdy nie wystąpili na mundialu.

niedziela, 09 października 2016

Adam Nawałka, trener niewidzialny, mundial 2018

Futbolowa reprezentacja Polski wciąż składa się raczej z zasług i talentów piłkarzy, niż jest dziełem selekcjonera. Również dlatego, że ten ostatni jest najgłębiej zepchniętym na dalszy plan szefem, jakiego zdołalibyśmy wymyślić w naszej epoce. Mój tradycyjny poniedziałkowy felieton do „Gazety Wyborczej” znajdziecie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Archiwum
Tagi