Wpisy z tagiem: reprezentacja polski

sobota, 17 listopada 2018

Polska, Niemcy, reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Joachm Low

Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu, wyraźnie dostrzegamy przełomowość roku pańskiego 2014. Roku, w którym my, Polacy, wreszcie wzlecieliśmy w piłce nożnej na poziom Niemiec – wystrzeliliśmy na mistrzowski nieboskłon znienacka, po dekadach nieprzerwanego poddaństwa, podczas których nigdy, przenigdy, nie byliśmy w stanie nawet śmielej spojrzeć im w oczy.

Zniszczyli ich nasi piłkarze wtedy na Narodowym dwa do jaja, rozpoczynając pomyślne eliminacje Euro 2016, zakończone idealnym remisem – w rewanżu we Frankfurcie rywale wygrali, doprowadzając w dwumeczu do wyrównania. Zrobiło się 3:3.

Podczas turnieju finałowego spotkaliśmy się w fazie grupowej. 0:0, ze wskazaniem na drużynę Adama Nawałki – w dość zgodnej opinii obserwatorów była bliżej zwycięstwa. W tabeli po siedem punktów.

Następnie odróżniły nas od sąsiadów ostatnie sceny ćwierćfinału. Dla piłkarzy z obu stron granicy na Odrze i Nysie remisowego, tyle że Polacy serię rzutów karnych przegrali (z Portugalią), a Niemcy jak zwykle wygrali (z Włochami). Znów prawie równowaga.

W 2017 roku wróciliśmy do relacji idealnie remisowej. Zarówno tamci, jak i nasi triumfowali w grupie eliminacji mistrzostw świata.

Z mundialu w Rosji solidarnie poszliśmy sobie precz w fazie grupowej. Tyle że tym razem – w przeciwieństwie do mistrzostw kontynentu – maleńki plusik po stronie Polaków, bo od dającej awans do 1/8 finału pozycji wicelidera dzieliło ich mniej punktów. No ale fakty są takie, że obie reprezentacje rozłożyły się na dnie tabeli. I obie podobnie przerżnęły turniej, nie zgrywajmy lepszych.

Aż wreszcie nastała jesień 2018 i nowo wymyślona Liga Narodów. Wymyślona prawdopodobnie po to, żeby ostatecznie potwierdzić braterską równość sąsiadów. Zarówno Polacy, jak i Niemcy uciułali na razie po punkciku i jeszcze przed rozegraniem ostatniego meczu stoczyli się z dywizji A do dywizji B. Zresztą w całym roku kalendarzowym przegrali po sześć meczów.

Idziemy łeb w łeb. Łeb w łeb z piłkarzami najbardziej utytułowanej w historii reprezentacji w Europie! Malkontenci oczywiście wyjęczą, że to oni zniżyli się do poziomu Polaków, może nawet zostali zarażeni klęskowym wirusem (wtedy na Narodowym), ale przebieg wypadków zdecydowanie temu przeczy – Niemcy, którzy przecież uchodzą za znawców futbolu, nie zwolnili selekcjonera, przeciwnie, Joachim Löw przemawia, jakby był przekonany, że nikt mu stołka spod pupy nie wykopie. Znaczy pełna kontrola sytuacji. A już we wtorek decydujące starcie – ich mecz z Holandią i nasza wyprawa do Portugalii rozstrzygną, kto zwali się do drugiego koszyka w losowaniu eliminacji Euro 2020. Choć uczciwie się przyznam, że wolałbym ustalić to w bezpośredniej rozgrywce barażowej. Z nikim nam tak ostatnio nie wychodzi, jak z nimi.

niedziela, 21 października 2018

45 lat minęło od jednego z najważniejszych wydarzeń w historii Polski XX wieku, które nieodwracalnie zatruło nasze umysły. Za jego skutki - ciągnące się przez bitą dekadę - słono płacimy do dzisiaj. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

PS Przypominam, że w kolejnej edycji „Jasnowidza roku” można wziąć udział tylko do godz. 17.34 we wtorek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

poniedziałek, 15 października 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Jerzy Brzęczek

Jerzy Brzęczek wystartował w roli selekcjonera niemal identycznie jak Adam Nawałka. Wysłuchuje krytyki niemal identycznej jak poprzednik. Nie widzimy nadziei na lepsze jutro – identycznie jak na tym samym etapie pracy poprzednika.

Co oczywiście nie oznacza, że obecny trener reprezentacji Polski kiedykolwiek doścignie Nawałkę, który w latach 2014-16 inspirował podwładnych do osiągania wyników na granicy lub momentami ponad granicę ich możliwości.

Ale najpierw bardziej odległa analogia. Wśród zatrzęsienia oskarżycielskich porównań polskich piłkarzy, którzy nie umieją, do siatkarzy, którzy wygrywają mundial za mundialem, znalazłem bowiem m.in. wysławianie Vitala Heynena (polecam długi wywiad) jako wzór trenera poszukującego – przeciwstawianego konserwatyzmowi naszego futbolu. Od razu zdawało mi się mylne, ponieważ Belg spędził z drużyną kilka miesięcy, do upadłego manipulował składem w bezliku meczów mniejszej rangi, w trakcie gry może dokonywać zmiany za zmianą, w razie konieczności wraca do zawodników odwołanych z boiska.

O jego komforcie przypomniałem sobie w czwartkowy wieczór, patrząc z trybun Stadionu Śląskiego, jak nasi piłkarze niezdarnie próbują opierać się Portugalii – choć przegrali minimalnie 2:3, to „zasłużyli” raczej na 1:5, różnicę w umiejętnościach ujrzeliśmy gigantyczną. I w niedzielę, gdy również powinni oberwać od Włochów znacznie mocniej niż 0:1. Oba mecze uzmysłowiły też, że Brzęczek konstruuje przyszłość w okolicznościach mniej sprzyjających nie tylko od Heynena, ale i Nawałki.

W czwartek lubiłem zestawienie linii pomocy i ataku reprezentacji, tylko jednym nazwiskiem różniło się od tego, jakie uważałem za maksymalnie wykorzystujące aktualny potencjał, przynajmniej w teorii: z Mateuszem Klichem, Grzegorzem Krychowiakiem i Karolem Linettym w środku pola, z operującym przed nimi Piotrem Zielińskim, z duetem napastników Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem (ewentualnie Arkadiuszem Milikiem). Upchnęlibyśmy wtedy na boisku wszystko, co mamy najlepszego, unikając zarazem zaciągania na boisko słabujących skrzydłowych. W wersji Brzęczka moja wizja została delikatnie skorygowana, Linettego zastąpił mianowicie Rafał Kurzawa (kopie piłkę z rzutów wolnych i rożnych z bezcenną precyzją, zresztą dał asystę przy golu). Skutki zobaczyliśmy oczekiwane: selekcjoner zarządził zbyt radykalną taktyczną woltę, by drużyna mogła działać bez zarzutu. Flankami atakują Polacy od zawsze, od wielu lat nie zdarzył się mecz, w którym zrezygnowalibyśmy ze skrzydłowych. Wielu znawców twierdzi wręcz, że to taktyka wroga DNA nadwiślańskich piłkarzy, zresztą jeden z kadrowiczów po meczu z Portugalią rzucił off the record, że nie bardzo wiedział, jak się poruszać.

Nic dziwnego, skoro czwartkową godzinę próby – zupełnie nowy kształt drużyny plus mistrz Europy w roli rywala – poprzedziły ledwie trzy dni treningowe. Poniedziałek, wtorek i środa. Co więcej, wszystkim zarządzał zupełnie nowy trener, który wcześniej przed nieznajomymi piłkarzami stanął twarzą w twarz ledwie raz, na inauguracyjnym zgrupowaniu we wrześniu.

Jeszcze mniej zaskakująco przebiegał mecz niedzielny, gdy zawieszenia za kartki (Klich) i kontuzje (Krychowiak) skłoniły selekcjonera – wcześniej dostał jeszcze jeden dzień treningowy – do obsadzenia środka pola ludźmi o mikroskopijnym doświadczeniu reprezentacyjnym i niekreatywnych. A Linetty, Jacek Góralski i Damian Szymański stanęli naprzeciw wspaniale dysponowanym Marco Verrattiemu i Jorginho, czyli mózgom Paris Saint-Germain i Chelsea. I z piłką mieli kontakt zasadniczo wyłącznie wzrokowy, zwłaszcza że Włosi zdobyli się na najlepszy mecz od co najmniej od kilkunastu miesięcy.

Na specyficzne warunki pracy selekcjonerów drużyn narodowych zwracamy uwagę już odruchowo, od wielu lat, a teraz znów się pogorszyły, ponieważ z kalendarza wykreślono niemal wszystkie sparingi – w 2019 roku Polacy nie rozegrają żadnego. Wszystko dla nowo powstałej Ligi Narodów, którą niby postanowiliśmy traktować towarzysko, ale sami wiecie, jak jest. Za mecze rozdają punkty, sporządza się tabelę, można awansować, można spaść etc. Nie wypłuczemy z tego realnej rywalizacji, to byłoby wbrew naturze sportu, zresztą wyniki wpływają na rozstawienie przed losowaniem eliminacji Euro 2020. Dlatego niechętnie traktujemy porażki z Portugalią i Włochami jak normalne gierki ćwiczebne, dlatego po degradacji do dywizji B (przepraszam za tę „dywizję”, w kwestii terminologicznej czuję się w Lidze Narodów bezradny jak Jędrzejczyk przy Bernardo Silvie) zrezygnowani wzdychamy, że nasi znów zlecieli tam, gdzie ich miejsce, czyli daleko od europejskiej czołówki. Brzęczek usłyszał od szefa (czyli prezesa PZPN), że tej jesieni gramy towarzysko, a przecież każdy wie, że wcale nie, że za nami najbardziej niesparingowe sparingi w dziejach. Tymczasem żeby w obecnych okolicznościach – eksperymentujemy, wymyślamy reprezentację na nowo – udało się nie przegrać z Portugalią, musiałaby spłynąć na naszych piłkarzy fura szczęścia. Nie spłynęła, więc wynik wreszcie odzwierciedla różnicę między obiema nacjami. Od kilkunastu lat z tym rywalem przynajmniej remisowaliśmy, choć bardziej logicznie wyglądałaby raczej seria porażek. Za każdym razem Portugalczycy uchodzili za faworytów, za każdym razem Polacy osiągali więcej, niż przypuszczał ktokolwiek zorientowany w temacie.

Włosi wyglądali ostatnio inaczej. Fatalnie. Sami nie uważali siebie za faworytów, załamani popisami selekcjonerów i piłkarzy, którzy dotąd dawali z siebie w kadrze narodowej – według szacunków Roberto Manciniego sprzed tygodnia – ledwie 70 proc. Aż wreszcie ożyli, wybiegli na boisko potwornie zdeterminowani, zagrali na miarę możliwości wspomnianych Verrattiego, Jorginho, a także Chielliniego, Bonucciego, Insigne czy Bernardeschiego (ile byśmy oddali za pół takiego skrzydłowego!). I zdominowali Polskę totalnie.

Jerzy Brzęczek pokombinował zatem ze składem oraz taktyką, pozaciągał do kadry graczy ze swojej Wisły Płock, a wyniki osiągnął marne – dwa remisy, dwie porażki. Zaczął identycznie jak Adam Nawałka, który tasował nazwiskami jeszcze intensywniej i sięgał do zasobów kadrowych jeszcze głębiej, sprawdzał zawodników ze swojego Górnika Zabrze, wyruszył w podróż do Euro 2016 przez 0:2 ze Słowacją, 0:0 z Irlandią, 0:1 ze Szkocją i 0:0 z Niemcami (pomijam opędzone rezerwami z tzw. ekstraklasy zimowe zgrupowanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich). Taki sam bilans, choć bez strzelonego gola.

Aktualnie selekcjoner działa w mniejszym komforcie niż poprzedni, ponieważ eksperymentuje nie w prawdziwych, lecz w rzekomych sparingach. I przeciwników napotkał nieporównywalnie silniejszych, więc testowani ligowcy z Płocka zderzyli się z rzeczywistością bardziej przyjazną niż ligowcy z Zabrza – zanim powstała Liga Narodów, seria gier z drużynami klasy Portugalii i Włoch była możliwa właściwie tylko na mistrzostwach Europy lub świata.

wtorek, 04 września 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Włochy - Polska

Piłkarze reprezentacji wracają do gry. W piątek w Bolonii, gdzie spróbują zdobyć Włochy. A okoliczności mamy takie, że aż chce się uzupełnić - niestety, wracają do gry.

PZPN „ujawnił” wczoraj „raport” odwołanych trenerów kadry mający objaśniać klęskę mundialową. Używam cudzysłowów, ponieważ kilkudziesięciostronicowy dokument - pobieżny, wybiórczy, niechlujny, fragmentami wręcz bełkotliwy – niewiele wnosi, zostawiając odbiorcę z przekonaniem, że najciekawszych rzeczy w nim nie ma, a także zatrzęsieniem pytań. I jest to recenzja najdelikatniejsza z możliwych.

Co autor (dzieło „redagował” ponoć były asystent selekcjonera Bogdan Zając) chce przekazać, gdy informuje, że Arkadiusz Milik był zdekoncentrowany przed meczem z Senegalem? Sugeruje, że nasz napastnik miał MŚ w głębokim poważaniu? Każe nam zgadywać, czym się Milik wówczas zajmował? Brzmi to niemal jak publiczne wskazywanie głównego winnego, rzadko praktywane w sporcie zespołowym. A co z innymi mundialowiczami, skoro byli wśród nich tacy, na których liczyliśmy, a którzy w ogóle nie zostali w Rosji wypuszczeni na boisko, jak Karol Linetty? Dlaczego zostali pominięci w „raporcie”? Po jaką cholerę został on opublikowany akurat teraz, w najdziwniejszym możliwym momencie, czyli na starcie zgrupowania przed meczami z Włochami i Irlandią, które teoretycznie otwiera nowy rozdział - tom - w historii reprezentacji Polski? Analizować porażkę należy oczywiście wnikliwie, ale na wszystko jest miejsce i czas. Czy na pewno chodziło o to, byśmy ponad połowę wtorkowej konferencji prasowej poświęcili na wypytywanie Kamila Glika, czy podczas MŚ grupa rzeczywiście była skłócona („nikt nikomu nie dał po zębach”) i o inne sprawy sprzed miesięcy?

Od mundialowej klapy coraz dalej, a na duszy polskiej piłki wcale nie lżej, tężeje raczej atmosfera totalnego rozkładu. Pasowanie Jerzego Brzęczka na selekcjonera nikogo nie porwało; wepchnięcie do trenerskiego sztabu łapówkarza Andrzeja Woźniaka wielu dodatkowo przygnębiło; piłkarze naszych klubów zostali błyskawicznie wykopani z europejskich pucharów (w rankingu UEFA tzw. ekstraklasa stoczyła się za ligi białoruską i szkocką); głębia eksperckich analiz obraża zdrowy rozsądek i wyraża pogardę dla intelektu przeciętnego kibica; zamęt w Legii odbiera nadzieję, że gdziekolwiek w kraju powstanie futbolowe przedsiębiorstwo na poziomie choćby przyzwoitym. A teraz jeszcze trwa zgrupowanie, podczas którego gapimy się w przeszłość, zamiast wyglądać w przyszłość, i czytamy demaskujący autorów „raport”. Poczucie beznadziei unurzane w poczuciu beznadziei, które dla uzyskania pełnej harmonii wycieramy jeszcze w beznadzieję.

Niepojęte, jak wszystko zawaliło się od roku 2016 - ozdobionego ćwierćfinałem mistrzostw kontynentu, rekordowymi transferami polskich piłkarzy skupowanych za dziesiątki milionów euro, triumfem nad Sportingiem z Lizbony przenoszącym Legię z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Wiodło się najważniejszej reprezentacji narodowej, najważniejszemu klubowi, najważniejszym jednostkom. Oddychaliśmy czystym powietrzem, wreszcie wypatrywaliśmy przyjemniejszego jutra.

Teraz dusimy się w smogu, coraz gęstszym, z każdym tygodniem cuchnie bardziej, jakby ci przytknęli twarz do rury wydechowej. Dlatego do Bolonii wylatuję jutro - nie będę rozrzedzał trującej prawdy w eufemizmach - jak skazaniec, bez wiary w cokolwiek. Chwilowo umiem marzyć tylko o tym, żeby polską piłką znów dało się w ogóle oddychać.

poniedziałek, 23 lipca 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek

Im głębiej wniknie się w szczegóły korupcyjnej przeszłości Andrzeja Woźniaka, tym bardziej zrozumiały jest opór, jaki budzi zatrudnienie go w sztabie trenerskim reprezentacji Polski. Były bramkarz nie został skazany za incydent, lecz łapówkarstwo notoryczne, skutkujące fałszowaniem całych rozgrywek. Dobrze, że sprawa wywołuje kontrowersje, że w ogóle o niej dyskutujemy, ponieważ przez bezmiar korupcyjnej zarazy zachorowaliśmy na znieczulicę, nie zadajemy nawet elementarnych pytań. Na przykład: jeśli nie będziemy wykluczać z kadry skorumpowanych, to czy istnieje w ogóle przestępstwo czyniące zawodnika niegodnym reprezentowania kraju?

Zarazem jednak nie dzieje się nic przełomowego. Od lat jednym z liderów drużyny narodowej pozostaje Łukasz Piszczek, który również przyznał się do popełnienia sportowej zbrodni. I znów: najbardziej bolą detale. Piłkarz konsekwentnie bagatelizował w wywiadach swoją rolę w ustawianiu meczu i dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiedzieliśmy się, że uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z zespołu, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego; że był wśród pięciu organizatorów przekrętu, że zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Słowem, ci, którzy nie życzą sobie w reprezentacji Woźniaka, powinni dyskwalifikować również Piszczka. A obecność obu nawet lepiej odzwierciedla prawdę o polskim futbolu...

Mimo to zaskakuje, że Boniek – on też zdobywał mistrzostwo Polski w nieciekawych okolicznościach – na Woźniaka się zgodził. Prezes PZPN i tak podejmuje olbrzymie ryzyko, w dodatku podejmuje je w momencie krytycznym. W klęskowym na razie roku 2018 można przegrać daleko więcej niż mundial.

Po rozstaniu z Adamem Nawałką prezes PZPN oznajmił, że nowy selekcjoner reprezentacji musi znać kilka języków. Skoro postawił na takiego, który mówi m.in. po polsku – zapewne chciał inaczej, ale znaleźć odpowiedniego obcokrajowca nie zdołał – to musiał wywołać kontrowersje, wątpliwości, niedosyt, niepewność, nawet strach. Wyborem każdego z rodzimych szkoleniowców by wywołał. Nawet gdyby nominował kogoś bardziej „utytułowanego” niż Jerzy Brzęczek, to różnica w reakcjach byłaby mikroskopijna. Sorry, taki mamy klimat. Tzw. ekstraklasa trenerami pomiata, właściwie nie pozwalając ustalić, kto się nadaje, a kto kompletnie nie.

Argumenty przeciw bywają absurdalne. Skoro nowy selekcjoner jest wujkiem Jakuba Błaszczykowskiego, który nie ze wszystkimi w kadrze się lubi, więc nieuchronnie wywoła konflikt, a wojnę domową wręcz się przepowiadało; skoro Brzęczek w średnich klubach kopał i średnie prowadził, to nie będzie autorytetem. Można w ten sposób obalić miażdżącą większość kandydatów do trenowania czegokolwiek, nawet Niko Kovac w Bayernie niech się nie ośmieli odezwać zbyt głośno do pana Roberta Lewandowskiego. Pada jednak również mnóstwo zarzutów sensownych, wśród których wyróżniłbym ten o braku jakiegokolwiek doświadczenia związanego z kierowaniem reprezentacją – Nawałka wielokrotnie podkreślał, ile zawdzięcza czasowi spędzonemu w sztabie Leo Beenhakkera, a jego następca nie terminował u nikogo, do wszystkiego musi się przyuczyć sam, na stanowisku szefa wszystkich szefów.

A moment nastał, powtórzmy, nie tyle trudny, ile krytyczny.

Jakiś czas temu reprezentacja Polski po spadnięciu na historyczne dno (ósma dziesiątka rankingu FIFA) znienacka wystrzeliła na światowe szczyty – piąta pozycja w przywołanej klasyfikacji, ćwierćfinał mistrzostw Europy, przygody niespotykane od dekad – aż po spektakularnej hossie nastąpił spektakularny krach. Piłkarze Nawałki grali tak ładnie, że zasłonili całą tandetę nadwiślańskiej kopaniny, zepchnęli na daleki plan bałagan ligowy, oderwali się od wciąż aktualnego przekonania, że rodzima piłka nożna to rozrywka poniżej poziomu przyzwoitości. Nawet kibice tzw. ekstraklasy swoimi rozgrywkami gardzą, więc zajmują się sobą – odpalą petardę, rzucą racę, zadymią stadion aż po przerwanie gry.

Te wszystkie zdobycze są zagrożone. Mogą zniknąć zaraz, nagle. Kilka poprzednich lat upływało niemal idyllicznie, seryjne nieprzegrywanie ważnych meczów przeplatały tylko wpadki bez znaczenia, a w 2018 r. dzieją się wyłącznie rzeczy brzydkie, klapa goni klapę, w drużynie kipi od emocji nie zawsze zdrowych, wszystko smutnieje. Reprezentacja Polski nie przegrała jednego meczu czy dwóch, to byłoby zagłaskiwanie ponurej rzeczywistości – ona przerżnęła mundial w stylu poprzedniczek, ożywiając stare nastroje, przecież jeszcze nie wymarłe. Wróciła moda na natrząsanie się z piłkarzy (przydają się tu popisy naszych klubów na wertepach armeńskich czy mołdawskich), aura nowoczesności i perfekcjonizmu ustąpiła brzydkiemu zapaszkowi tradycyjnej bylejakości, a negatywnych komunikatów będzie przybywać, wkrótce opinia publiczna zacznie być bombardowana np. informacjami, że drużyna stacza się w rankingu FIFA. Co tylko teoretycznie jest drugorzędne. Jak ludzie zauważali, że w światowej hierarchii piłkarze wzlatują, tak zauważą spadki. I jeszcze ten łapówkarski smród...

Wyzwania nadciągają poważne, tymczasem nie poprzedzą ich żadne sparingi, o żadnych wstępnych selekcjonerskich wprawkach nie ma mowy. Najpierw wyprawa do Włoch, potrzebujących odkuć się za katastrofę w kwalifikacjach mundialu, potem przylatuje Portugalia, wreszcie rewanż z Italią (wszystko w ramach nowo powstałej Ligi Narodów) –  jako faworyci do meczów Polacy nie przystąpią, a ewentualny zerowy lub prawie zerowy dorobek jeszcze pogłębiłby deprechę. Nachwaliliśmy się w minionych latach PZPN za zręczność marketingową, za upiększanie wizerunku reprezentacji przez kanał „Łączy nas piłka”, ale warunki były komfortowe: trwało masowe wygrywanie, to ono upajało.

Jeszcze raz: zrobiło się niebezpiecznie, i to również w sensie czysto sportowym. Boniek może się asekurować i wtłaczać do kibicowskich głów, że Liga Narodów posłuży jako ćwiczenie przed eliminacjami Euro 2020, ale wynik ma w sporcie kolosalne znaczenie. Porażka nakręca złe emocje, drobne nieporozumienia ogromnieją do fundamentalnych problemów, wszystko marnieje. Dziennikarze pamiętają jeszcze, jak piłkarzom wyrywało się w nienagrywanych rozmowach, że przyjazd na zgrupowanie reprezentacji to obowiązek bardzo przykry, znój wyrywający z sielanki klubowej, fajnie byłoby w ogóle nie otrzymywać powołań. Oni zarabiają w porządnych firmach i jeśli mają przyjeżdżać na zgrupowania z entuzjazmem, muszą inspirować ich cele wznioślejsze niż uniknięcie wstydu, wyniki przeciętne. Brzęczek staje więc przed misją arcytrudną: sprawić, żeby 2018 r. nie okazał się przełomowy jak 2014, tylko inaczej. Ocalić reprezentację przed powrotem do aż nazbyt dobrze nam znanej beznadziei.

sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

niedziela, 25 marca 2018

Adam Nawałka w pewnym rankingu jest już trzeci, za Kazimierzem Górskim i Antonim Piechniczkiem. Ale cały czas nie zgnuśniał, dlatego tym razem cotygodniowy felieton poświęciłem temu, jak staje się trenerem włoskim. Przeczytacie go tutaj.

czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
Archiwum
Tagi