Wpisy z tagiem: reprezentacja polski

wtorek, 04 września 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Włochy - Polska

Piłkarze reprezentacji wracają do gry. W piątek w Bolonii, gdzie spróbują zdobyć Włochy. A okoliczności mamy takie, że aż chce się uzupełnić - niestety, wracają do gry.

PZPN „ujawnił” wczoraj „raport” odwołanych trenerów kadry mający objaśniać klęskę mundialową. Używam cudzysłowów, ponieważ kilkudziesięciostronicowy dokument - pobieżny, wybiórczy, niechlujny, fragmentami wręcz bełkotliwy – niewiele wnosi, zostawiając odbiorcę z przekonaniem, że najciekawszych rzeczy w nim nie ma, a także zatrzęsieniem pytań. I jest to recenzja najdelikatniejsza z możliwych.

Co autor (dzieło „redagował” ponoć były asystent selekcjonera Bogdan Zając) chce przekazać, gdy informuje, że Arkadiusz Milik był zdekoncentrowany przed meczem z Senegalem? Sugeruje, że nasz napastnik miał MŚ w głębokim poważaniu? Każe nam zgadywać, czym się Milik wówczas zajmował? Brzmi to niemal jak publiczne wskazywanie głównego winnego, rzadko praktywane w sporcie zespołowym. A co z innymi mundialowiczami, skoro byli wśród nich tacy, na których liczyliśmy, a którzy w ogóle nie zostali w Rosji wypuszczeni na boisko, jak Karol Linetty? Dlaczego zostali pominięci w „raporcie”? Po jaką cholerę został on opublikowany akurat teraz, w najdziwniejszym możliwym momencie, czyli na starcie zgrupowania przed meczami z Włochami i Irlandią, które teoretycznie otwiera nowy rozdział - tom - w historii reprezentacji Polski? Analizować porażkę należy oczywiście wnikliwie, ale na wszystko jest miejsce i czas. Czy na pewno chodziło o to, byśmy ponad połowę wtorkowej konferencji prasowej poświęcili na wypytywanie Kamila Glika, czy podczas MŚ grupa rzeczywiście była skłócona („nikt nikomu nie dał po zębach”) i o inne sprawy sprzed miesięcy?

Od mundialowej klapy coraz dalej, a na duszy polskiej piłki wcale nie lżej, tężeje raczej atmosfera totalnego rozkładu. Pasowanie Jerzego Brzęczka na selekcjonera nikogo nie porwało; wepchnięcie do trenerskiego sztabu łapówkarza Andrzeja Woźniaka wielu dodatkowo przygnębiło; piłkarze naszych klubów zostali błyskawicznie wykopani z europejskich pucharów (w rankingu UEFA tzw. ekstraklasa stoczyła się za ligi białoruską i szkocką); głębia eksperckich analiz obraża zdrowy rozsądek i wyraża pogardę dla intelektu przeciętnego kibica; zamęt w Legii odbiera nadzieję, że gdziekolwiek w kraju powstanie futbolowe przedsiębiorstwo na poziomie choćby przyzwoitym. A teraz jeszcze trwa zgrupowanie, podczas którego gapimy się w przeszłość, zamiast wyglądać w przyszłość, i czytamy demaskujący autorów „raport”. Poczucie beznadziei unurzane w poczuciu beznadziei, które dla uzyskania pełnej harmonii wycieramy jeszcze w beznadzieję.

Niepojęte, jak wszystko zawaliło się od roku 2016 - ozdobionego ćwierćfinałem mistrzostw kontynentu, rekordowymi transferami polskich piłkarzy skupowanych za dziesiątki milionów euro, triumfem nad Sportingiem z Lizbony przenoszącym Legię z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Wiodło się najważniejszej reprezentacji narodowej, najważniejszemu klubowi, najważniejszym jednostkom. Oddychaliśmy czystym powietrzem, wreszcie wypatrywaliśmy przyjemniejszego jutra.

Teraz dusimy się w smogu, coraz gęstszym, z każdym tygodniem cuchnie bardziej, jakby ci przytknęli twarz do rury wydechowej. Dlatego do Bolonii wylatuję jutro - nie będę rozrzedzał trującej prawdy w eufemizmach - jak skazaniec, bez wiary w cokolwiek. Chwilowo umiem marzyć tylko o tym, żeby polską piłką znów dało się w ogóle oddychać.

poniedziałek, 23 lipca 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek

Im głębiej wniknie się w szczegóły korupcyjnej przeszłości Andrzeja Woźniaka, tym bardziej zrozumiały jest opór, jaki budzi zatrudnienie go w sztabie trenerskim reprezentacji Polski. Były bramkarz nie został skazany za incydent, lecz łapówkarstwo notoryczne, skutkujące fałszowaniem całych rozgrywek. Dobrze, że sprawa wywołuje kontrowersje, że w ogóle o niej dyskutujemy, ponieważ przez bezmiar korupcyjnej zarazy zachorowaliśmy na znieczulicę, nie zadajemy nawet elementarnych pytań. Na przykład: jeśli nie będziemy wykluczać z kadry skorumpowanych, to czy istnieje w ogóle przestępstwo czyniące zawodnika niegodnym reprezentowania kraju?

Zarazem jednak nie dzieje się nic przełomowego. Od lat jednym z liderów drużyny narodowej pozostaje Łukasz Piszczek, który również przyznał się do popełnienia sportowej zbrodni. I znów: najbardziej bolą detale. Piłkarz konsekwentnie bagatelizował w wywiadach swoją rolę w ustawianiu meczu i dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiedzieliśmy się, że uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z zespołu, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego; że był wśród pięciu organizatorów przekrętu, że zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Słowem, ci, którzy nie życzą sobie w reprezentacji Woźniaka, powinni dyskwalifikować również Piszczka. A obecność obu nawet lepiej odzwierciedla prawdę o polskim futbolu...

Mimo to zaskakuje, że Boniek – on też zdobywał mistrzostwo Polski w nieciekawych okolicznościach – na Woźniaka się zgodził. Prezes PZPN i tak podejmuje olbrzymie ryzyko, w dodatku podejmuje je w momencie krytycznym. W klęskowym na razie roku 2018 można przegrać daleko więcej niż mundial.

Po rozstaniu z Adamem Nawałką prezes PZPN oznajmił, że nowy selekcjoner reprezentacji musi znać kilka języków. Skoro postawił na takiego, który mówi m.in. po polsku – zapewne chciał inaczej, ale znaleźć odpowiedniego obcokrajowca nie zdołał – to musiał wywołać kontrowersje, wątpliwości, niedosyt, niepewność, nawet strach. Wyborem każdego z rodzimych szkoleniowców by wywołał. Nawet gdyby nominował kogoś bardziej „utytułowanego” niż Jerzy Brzęczek, to różnica w reakcjach byłaby mikroskopijna. Sorry, taki mamy klimat. Tzw. ekstraklasa trenerami pomiata, właściwie nie pozwalając ustalić, kto się nadaje, a kto kompletnie nie.

Argumenty przeciw bywają absurdalne. Skoro nowy selekcjoner jest wujkiem Jakuba Błaszczykowskiego, który nie ze wszystkimi w kadrze się lubi, więc nieuchronnie wywoła konflikt, a wojnę domową wręcz się przepowiadało; skoro Brzęczek w średnich klubach kopał i średnie prowadził, to nie będzie autorytetem. Można w ten sposób obalić miażdżącą większość kandydatów do trenowania czegokolwiek, nawet Niko Kovac w Bayernie niech się nie ośmieli odezwać zbyt głośno do pana Roberta Lewandowskiego. Pada jednak również mnóstwo zarzutów sensownych, wśród których wyróżniłbym ten o braku jakiegokolwiek doświadczenia związanego z kierowaniem reprezentacją – Nawałka wielokrotnie podkreślał, ile zawdzięcza czasowi spędzonemu w sztabie Leo Beenhakkera, a jego następca nie terminował u nikogo, do wszystkiego musi się przyuczyć sam, na stanowisku szefa wszystkich szefów.

A moment nastał, powtórzmy, nie tyle trudny, ile krytyczny.

Jakiś czas temu reprezentacja Polski po spadnięciu na historyczne dno (ósma dziesiątka rankingu FIFA) znienacka wystrzeliła na światowe szczyty – piąta pozycja w przywołanej klasyfikacji, ćwierćfinał mistrzostw Europy, przygody niespotykane od dekad – aż po spektakularnej hossie nastąpił spektakularny krach. Piłkarze Nawałki grali tak ładnie, że zasłonili całą tandetę nadwiślańskiej kopaniny, zepchnęli na daleki plan bałagan ligowy, oderwali się od wciąż aktualnego przekonania, że rodzima piłka nożna to rozrywka poniżej poziomu przyzwoitości. Nawet kibice tzw. ekstraklasy swoimi rozgrywkami gardzą, więc zajmują się sobą – odpalą petardę, rzucą racę, zadymią stadion aż po przerwanie gry.

Te wszystkie zdobycze są zagrożone. Mogą zniknąć zaraz, nagle. Kilka poprzednich lat upływało niemal idyllicznie, seryjne nieprzegrywanie ważnych meczów przeplatały tylko wpadki bez znaczenia, a w 2018 r. dzieją się wyłącznie rzeczy brzydkie, klapa goni klapę, w drużynie kipi od emocji nie zawsze zdrowych, wszystko smutnieje. Reprezentacja Polski nie przegrała jednego meczu czy dwóch, to byłoby zagłaskiwanie ponurej rzeczywistości – ona przerżnęła mundial w stylu poprzedniczek, ożywiając stare nastroje, przecież jeszcze nie wymarłe. Wróciła moda na natrząsanie się z piłkarzy (przydają się tu popisy naszych klubów na wertepach armeńskich czy mołdawskich), aura nowoczesności i perfekcjonizmu ustąpiła brzydkiemu zapaszkowi tradycyjnej bylejakości, a negatywnych komunikatów będzie przybywać, wkrótce opinia publiczna zacznie być bombardowana np. informacjami, że drużyna stacza się w rankingu FIFA. Co tylko teoretycznie jest drugorzędne. Jak ludzie zauważali, że w światowej hierarchii piłkarze wzlatują, tak zauważą spadki. I jeszcze ten łapówkarski smród...

Wyzwania nadciągają poważne, tymczasem nie poprzedzą ich żadne sparingi, o żadnych wstępnych selekcjonerskich wprawkach nie ma mowy. Najpierw wyprawa do Włoch, potrzebujących odkuć się za katastrofę w kwalifikacjach mundialu, potem przylatuje Portugalia, wreszcie rewanż z Italią (wszystko w ramach nowo powstałej Ligi Narodów) –  jako faworyci do meczów Polacy nie przystąpią, a ewentualny zerowy lub prawie zerowy dorobek jeszcze pogłębiłby deprechę. Nachwaliliśmy się w minionych latach PZPN za zręczność marketingową, za upiększanie wizerunku reprezentacji przez kanał „Łączy nas piłka”, ale warunki były komfortowe: trwało masowe wygrywanie, to ono upajało.

Jeszcze raz: zrobiło się niebezpiecznie, i to również w sensie czysto sportowym. Boniek może się asekurować i wtłaczać do kibicowskich głów, że Liga Narodów posłuży jako ćwiczenie przed eliminacjami Euro 2020, ale wynik ma w sporcie kolosalne znaczenie. Porażka nakręca złe emocje, drobne nieporozumienia ogromnieją do fundamentalnych problemów, wszystko marnieje. Dziennikarze pamiętają jeszcze, jak piłkarzom wyrywało się w nienagrywanych rozmowach, że przyjazd na zgrupowanie reprezentacji to obowiązek bardzo przykry, znój wyrywający z sielanki klubowej, fajnie byłoby w ogóle nie otrzymywać powołań. Oni zarabiają w porządnych firmach i jeśli mają przyjeżdżać na zgrupowania z entuzjazmem, muszą inspirować ich cele wznioślejsze niż uniknięcie wstydu, wyniki przeciętne. Brzęczek staje więc przed misją arcytrudną: sprawić, żeby 2018 r. nie okazał się przełomowy jak 2014, tylko inaczej. Ocalić reprezentację przed powrotem do aż nazbyt dobrze nam znanej beznadziei.

sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

niedziela, 25 marca 2018

Adam Nawałka w pewnym rankingu jest już trzeci, za Kazimierzem Górskim i Antonim Piechniczkiem. Ale cały czas nie zgnuśniał, dlatego tym razem cotygodniowy felieton poświęciłem temu, jak staje się trenerem włoskim. Przeczytacie go tutaj.

czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

środa, 08 listopada 2017

Artur Boruc, reprezentacja Polski

Cieszy się olbrzymią sympatią kibiców, ale niełatwo zmierzyć, czy dokonał więcej czynów chwalebnych, czy więcej nabroił. Artur Boruc, który w piątkowym sparingu z Urugwajem pożegna się z reprezentacją Polski, to modelowy przypadek postaci niejednoznacznej, wywołującej skrajne emocje, obecnej w przestrzeni publicznej bardziej niżby chciał - także wskutek potarganego życia prywatnego.

Albo obskakiwał wszystkie słupki naraz, nawet w pojedynczej robinsonadzie, albo puszczał farfocla jak nieszczęsny w Belfaście, gdy reprezentacja Polski straciła jednego z bardziej kuriozalnych goli w swojej historii. Albo był najbardziej dorosły, bo jako jedyny sprostał wyzwaniu MŚ 2006 i Euro 2008, albo najbardziej niedojrzały, bo infantylnie, po chuligańsku prowokował fanów w rozżarzonym toksycznymi uczuciami Glasgow, lub urządzał sobie mordobicie na treningu. Albo wyglądał na charyzmatycznego wyczynowca, któremu szczególnie zależy - gdy jako jedyny wściekał się po porażkach kadry (słynne „mundial jest raz cztery lata, a my kompletnie go spieprzyliśmy”, wyżej nasza stara okładka), albo na amatora, który chętnie pójdzie w tango na zgrupowaniu. Albo wchodził do bramki puszysty, jak w kryzysowym okresie w Celticu, albo zaskakująco smukły i sprężysty, jak we Florencji, po terapii dietą śródziemnomorską. A trzeba mu oddać, że nie zwykł tracić formy dyskretnie, poprzez drobne, dostrzegalne tylko dla wytrawnych znawców błędy. Jak już nasza bramkarska kolubryna wypaliła, to z naprawdę grubej lufy i we wszystkich kolorach świata - żeby następnie, to też mu należy oddać, podnieść się i podpisywać kolejny kontrakt w mocnej lidze, pomimo eksperckich wrzasków, że upadł nieodwołalnie.

Zataczał się Boruc od ściany do ściany, bohater pozytywny zawsze sąsiadował w nim z negatywnym. James Bond i Szaleniec, Który Chce Zniszczyć Świat, w jednym ciele.

Też zastanawiałem się, jak go podsumować i rozliczyć, ale nie podołałem, odkładam te rachuby do szuflady z równaniami z jedną niewiadomą. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że niespełna 38-letni Boruc ucieleśnia dla mnie nieustające tsunami w polskiej bramce. Marne 64 mecze w reprezentacji wystarczają u nas do rekordu wszech czasów na pozycji, na której wszędzie jest bardzo stabilnie.

Uwaga, teraz wodospad liczb. Gianluigi Buffon zagrał dla Włoch 173 razy. Iker Casillas dla Hiszpanii - 167. Thomas Ravelli dla Szwecji - 143. Shay Given dla Irlandii - 134. Peter Jehle dla Liechtensteinu i Edwin van der Sar dla Holandii - po 130. Peter Schmeichel dla Danii - 129 (Thomas Sorensen - 101). Peter Shilton dla Anglii - 125. Petr Cech dla Czechów - 124. Martin Poom dla Estonii i Recber Rustu dla Turcji - po 120. Pat Jennings dla Irlandii Północnej - 119. Stipe Pletikosa dla Chorwacji - 114. Gabor Kiraly dla Węgier - 108. Borisław Michajłow dla Bułgarii - 102. Erik Thorstvedt dla Norwegii - 97. Sepp Maier dla Niemiec - 95 (Manuel Neuer - 74). Hugo Llloris dla Francji, Roman Berezewski dla Armenii i Aleksandrs Koļinko dla Łotwy - po 94. Neville Southall dla Walii i Ołeksandr Szowkowski dla Ukrainy - po 92. Jim Leighton dla Szkocji - 91. Antonios Nikopolidis dla Grecji i Jonathan Joubert dla Luksemburga - 90...

Dobrze, zakręcę kurek, zanim się potopicie, dodam jeszcze tylko, że z całej Europy wyłowiłem ledwie osiem krajów, w których bramkarz o najdłuższym stażu w reprezentacji uciułał mniej występów niż Boruc. Zasadniczo rekordziści mają ich wszędzie nie tyle więcej, ile znacznie więcej, wylanymi wyżej cyferkami chciałem uzmysłowić, do jakiego stopnia dzieje się między polskimi słupkami nienormalnie. Kto inny zaczynał Euro 2012, a kto inny kończył. Kto inny zaczynał Euro 2016, a kto inny kończył. Nawet u Adama Nawałki, trenera konserwatywnego i wrogiego gwałtownym ruchom, nie sposób ustalić hierarchii - Łukasz Fabiański prowadzi w meczach z Wojciechem Szczęsnym tylko 20:16, obecnie obaj rywalizują o pozycję numer jeden, a biorąc pod uwagę fabularne zawijasy pod poprzeczką, nie należy wykluczać, że podczas mundialu ponad wszystkich wzleci Łukasz Skorupski.

I tak docieramy do paradoksu. Choć w XXI wieku w wychowywaniu golkiperów się specjalizujemy, nigdy nie musimy zastępować ich w reprezentacji atrapami (co zdarzało się na każdej innej pozycji!) i w niektórych krajach próbują nawet odkrywać tajemnicę naszego sukcesu, to wciąż nie wylansowaliśmy nikogo wybitnego. Mit Jana Tomaszewskiego, który na mundialu obronił aż dwa rzuty karne, pozostaje niezagrożony.

środa, 11 października 2017

MŚ 2018, mundial 2018, reprezentacja Polski, Adam Nawałka

Jak powszechnie wiadomo, ilekroć piłkarze reprezentacji Polski obejmą prowadzenie – niższe lub wyższe – zagapiają się, napraszają o stratę gola, rywal z uprzejmości korzysta. Właściwie każdy, niezależnie od klasy. Gdy w eliminacjach mundialu było: 2:0 w Kazachstanie, 3:0 z Danią, 1:0 z Armenią, 1:0 w Czarnogórze, 3:0 z Rumunią, 3:0 w Armenii oraz 2:0 z Czarnogórą – to przeciwnik zawsze zdołał odpowiedzieć celnym ciosem. I prawie zawsze przeżywaliśmy mocno stresujące chwile.

Trzeba jednak rozejrzeć się po wszystkich kontynentach, żeby pojąć, z jaką beztroską Polacy potrafią pozwalają się bić. Uprzedzam: mniej odporne jednostki poczują grozę.

Nasi piłkarze tracili w kwalifikacjach przeciętnie 1,4 gola na mecz. Więcej niż wszyscy inni liderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy wiceliderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy finaliści mundialu z Ameryki Południowej, więcej niż wszyscy finaliści z Ameryki Północnej, więcej niż wszyscy finaliści z Azji, więcej niż obaj wyłonieni dotychczas finaliści z Afryki. Słowem, więcej niż wszystkie 23 reprezentacje, które awansowały już na MŚ 2018.

I na dzisiaj realne wydaje się, że tylko jeden uczestnik przyszłorocznego turnieju dotrze do niego pomimo jeszcze marniejszych popisów defensywnych – Honduras. O ile oczywiście przeżyje baraż z Australią, faworytem nie jest.

To nie koniec. W strefie europejskiej również żadna drużyna z trzeciego miejsca w grupie nie traciła goli częściej niż ekipa Adama Nawałki. Ani Węgry, ani Albania, ani Gruzja. Gdyby sporządzić kontynentalną hierarchię według skuteczności obrony w eliminacjach, Polacy zajęliby 31. miejsce na kontynencie. A gdyby sporządzić hierarchię globalną, to zlecieliby na 64.

Wiem, porównywanie Aborygenów do Słowian i Ujgurów do Szawanezów nie ma sensu, w każdym regionie rozgrywki są zupełnie inne. Jeśli jednak stale obżeramy się rankingiem FIFA – metodą poznawczą również niedoskonałą – to dla higieny warto skosztować również innych klasyfikacji.

Nie zachęcam do panikowania ani czarnowidztwa, nie lubię tego tak samo, jak bajdurzenia, że medal jest tuż tuż, wystarczy wysunąć język i można go polizać. Dzisiaj prognozowanie czegokolwiek to ssanie z palucha, bo drużyny narodowe są wyjątkowo nietrwałe, zależne od aktualnej dyspozycji – zdrowotnej, sportowej etc. – rozrzuconych po całym świecie piłkarzy. Mundial nie ciągnie się miesiącami, lecz trwa kilka tygodni, a o sukcesie decyduje czasem wręcz kilkanaście dni. No i rywalizację reprezentacji niewiele łączy z klubową, spójrzcie choćby na Chorwatów, którym Real Madryt razy Barcelona plus Atlético do potęgi Juventus nie wystarcza, żeby uporać się z Islandią, której trener nie powołuje nikogo z poziomu Ligi Mistrzów.

Uspokaja mnie to, że kadra Nawałki w podobnej sytuacji znajdowała się po eliminacjach do Euro 2016. Też traciła gole zawsze i wszędzie, serwowała nam dreszczowce, ratowały ją zrywy ostatniej szansy Roberta Lewandowskiego (Glasgow!). Jeśli teraz działo się jeszcze ekstremalniej, to dlatego, że radykalnie przybyło kłopotów personalnych – zniknęli Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik, z przewlekłą legijną frustracją boryka się Michał Pazdan, Kamilowi Glikowi wariackość stylu Monaco pozwala na roztargnienie we własnym polu karnym, jeśli tylko skutecznie zaatakuje we wrogim.

Turniej w Rosji, podobnie jak turniej we Francji, zostanie jednak poprzedzony zgrupowaniem, na którym znów można przesterować piłkarzy mentalnie oraz taktycznie. Poprzednio się udało – podczas Euro 2016 polscy piłkarze minimalizowali ryzyko, grali z ostrożnością bliską lękliwości. To na turniejach, inaczej niż w kwalifikacjach, strategia skuteczniejsza, o czym ładnie świadczy choćby przykład złotej Portugalii, która do półfinału doczołgała się po czterech remisach w pięciu meczach, a w 1/8 finału, zanim przepchnęła w dogrywce Chorwatów, do tego stopnia symulowała aktywność, że groziło mi zapadnięcie w śpiączkę.

Dlatego mamy powody sądzić, że Polacy znów zdołają się zmienić. Jedną przyjemną zaletę utrzymują od początku kadencji Nawałki – prawie nigdy nie pozwalają, by rywal prowadził. W eliminacjach Euro przegrywali przez 125 ze 900 minut gry. Na turnieju finałowym – przez 0 z 510 minut gry. W wyścigu o mundial – przez 75 z 900 minut gry. Doceńmy to, nawet jeśli grupa z Rumunią, Danią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią, która przed spróbowaniem uchodziła za wymagającą (popularne „wszyscy potracą tu sporo punktów”), dzisiaj wedle wielu komentatorów zmarniała do bandy patałachów.

niedziela, 08 października 2017

W awansie naszych piłkarzy na drugą z rzędu imprezę mistrzowską szczególnie podoba mi się to, że okolicznościowy felieton mogłem spisać jeszcze przed ostatnim meczem. W trakcie poprawiłem tylko kilka cyferek. Znaczy - kontrolowali sytuację, nie nękały mnie żadne wątpliwości. Tekst do „Gazety” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
Archiwum
Tagi