Wpisy z tagiem: FC Barcelona

środa, 06 marca 2019

czarna dziura, galaktyka, Real Madryt, Liga Mistrzów, FC Barcelona, Bayern Monachium

Gdybym spośród triumfatorów Ligi Mistrzów bieżącej dekady miał wskazać największych wśród największych, kolosów o rozmiarach galaktyki, wybór uznałbym za oczywisty. W kolejności chronologicznej:

1) FC Barcelona według Pepa Guardioli, czyli kandydatka na futbolową seksbombę wszech czasów, która w ostatnie trofeum wystroiła się wiosną 2011 roku, w następnym sezonie padła dopiero w półfinale, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem, nie tyle w Champions League przegrała, co została zburzona. 0:7 w dwumeczu z Bayernem. Doprawdy, skończyła jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

2) Bayern Monachium według Juppa Heynckesa, który zagarnął bezprecedensową w dziejach klubu potrójną koronę, krajowych rywali wręcz tyranizował, Europą też zawładnął w zniewalającym stylu, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem, nie tyle w Champions League przegrał, co został zburzony. 0:4 u siebie z Realem. Doprawdy, skończył jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

3) Real Madryt według Zinedine’a Zidane’a, który – wszystko działo się w niemal niezmienionym składzie – jako pierwszy w epoce Ligi Mistrzów obronił tytuł, potem zdołał dopaść go trzy razy z rzędu, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem (?), nie tyle przegrał, co został zburzony. 1:4 u siebie z Ajaxem Amsterdam. Doprawdy, skończył dzisiaj jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

Historia się powtarza: im bardziej naprężysz muskuły, tym brutalniejszy zbierzesz łomot. Znienacka, nie ma mowy o powolnym zsuwaniu się ze szczytu.

Nie zamierzam sugerować, że zgodnie z zarysowującą się logiką wydarzeń – Barcelona obalona przez Bayern, Bayern obalony przez Real – nadciągają dni chwały Ajaxu (bo obalił Real). Generalnie poszukiwanie powtarzających się wzorców zostawiam innym, niech sobie każdy według potrzeb wywnioskuje, czy katastrofy powoduje zazwyczaj pożegnanie z trenerami, czy zadziało się wręcz przeciwnie, po prostu cwaniacy Guardiola i Zidane idealnie wyniuchali moment, wiedzieli, kiedy ich świat się wypala, więc postanowili się ewakuować. Ja oczywiście sądzę, że na każdy przypadek był zupełnie inny, a na Real zwaliło się zbyt wiele naraz. Odejście i trenera, i Cristiano Ronaldo, nagłe zniechęcenie absolutnie kluczowego w minionych latach Marcelo, ostateczny upadek Garetha Bale’a... Tego mogłaby nie wytrzymać żadna drużyna. Dlatego w odmalowanym wyżej cmentarzysku galaktyk widzę nade wszystko starą piłkarską prawdę, że w tej grze żadne przewidywania nie mają najmniejszego sensu, zwłaszcza jeśli dotyczą prognozowania przyszłości.

Co przepięknie ilustruje futbol holenderski, który jeszcze rok temu spychaliśmy szpadlem do grobu, bo wyglądał na trupa bez śladowych szans na zmartwychwstanie. Akademie nie wychowywały młodych geniuszy, Ajax Amsterdam zniżył się do wygrywania najwyżej w podrzędnej Lidze Europy, reprezentacja zarzynała kibiców w eliminacjach mistrzostw świata i kontynentu, klękając nawet przed Bułgarią czy Turcją. A teraz? Mgnienie oka później? Kadra narodowa rozprawia się z wygrywaczami mundialu Francją i Niemcami, Ajax wysadza w powietrze madryckiego wygrywacza Ligi Mistrzów, Frenkie de Jong podpisuje kontrakt z Barceloną i urzeka na boisku jak-aż-się-boję-powiedzieć-kto, Mathijs De Ligt z Virgilem van Dijkiem chcą chyba zostać duetem środkowych obrońców, jakiego nie ma żadna reprezentacja kraju w Europie.

Niech tylko ta Holandia nie przesadza, bo jeszcze jakaś czarna dziura się uaktywni.

środa, 20 lutego 2019

Liga Mistrzów, FC Barcelona

Kiedy nastaje wiosna w Lidze Mistrzów, na widok Barcelony przypominam sobie o nieszczęśnikach, którzy boją się oddalać od domu. Pewnie słyszeliście: są tacy, co to po prostu nie przepadają za podróżowaniem do innych krajów, ale zdarzają się i osobnicy skrajnie nieprzystosowani, co to wpadają w panikę na myśl o wypadzie do sąsiedniej dzielnicy. Pośród futbolistów na tę osobliwą fobię cierpiał (cierpi?) na przykład Jesús Navas, związany z Sewillą skrzydłowy, który w szczycie przeżywanych niepokojów odmawiał uczestnictwa nawet w zgrupowaniach reprezentacji kraju organizowanych w Hiszpanii. Dlatego najcięższą wojnę musiał wygrać wojnę z własną psychiką – zanim zgodził się polecieć na mundial do RPA. I jeszcze jedną, by podpisać kontrakt z Manchesterem City. Skąd już zresztą zdążył wrócić, oczywiście na sewilski stadion Ramón Sánchez Pizjuán.

Moje skojarzenia z ofiarami patologicznej tęsknoty za domem piłkarze katalońskiego klubu wywołują z powodu szokującego rozszczepienia osobowości, jakiego doznają w pucharowych fazach Champions League. Niezmiennie, od lat.

Spójrzmy na ich ostatnie dokonania wyjazdowe: we wtorek wywieźli 0:0 z Lyonu, a w poprzednich sezonach przerżnęli 0:3 z Romą, wydłubali 1:1 z Chelsea, przyjęli 0:3 od Juventusu, 0:4 od Paris Saint-Germain oraz 0:2 od Atlético Madryt. Bilans: jeden remis, pięć porażek, 1-13 w bramkach.

A teraz wspomnijmy wiosenne mecze Champions League we własnym ogrodzie na Camp Nou, z oczywistych względów rozegrane z tymi samymi rywalami: 4:1 z Romą, 3:0 z Chelsea, 0:0 z Juventusem, 6:1 z PSG, 2:1 z Atlético. Cztery zwycięstwa, jeden remis, 15-3 w bramkach. U siebie rozszarpujemy na strzępy każdego, kto się nawinie, w gościach sparaliżowani przepraszamy, że przed wejściem na murawę nie zdjęliśmy korków, i czekamy, aż naleją nam na pupy. Nie uświadczycie w Lidze Mistrzów innego zespołu, który tyle traciłby po wychynięciu poza rogatki miasta lub odwrotnie – tyle zyskiwałby w świetle swojskiego jupitera. Normalnie królowie galaktyki i króliki doświadczalne w jednym organizmie.

Popularne wytłumaczenia zaskakujących przemian znamy. Obwinia się trenera Ernesto Valverde, który ma chorować nawet nie na nadmierną zachowawczość, co na wrodzone tchórzostwo, i na obcej ziemi nie wykorzystywać w pełni arsenału ofensywnego piłkarzy i przesadnie się zabezpieczać – znamienne, że wtorkowe 0:0 w Lyonie oraz ubiegłoroczne 0:3 w Rzymie łączy obecność Sergiego Roberto w drugiej linii (teraz miejsca Brazylijczykowi Philippe Coutinho nie ustąpił on, lecz atakujący Ousmane Dembélé). Ewentualnie obrywa stetryczały Luis Suárez, który swojego ostatniego wyjazdowego gola w LM wtłukł chyba w XIX wieku.

Łatwiej byłoby to wszystko przyjąć, gdyby nie to, że kapitulanckie skłonności rozkładają Barcelonę tylko w tych w rozgrywkach, i to tylko wiosną. Tottenhamowi potrafi załadować na jego boisku 4:2, Realowi Madryt 3:0 i 3:2, z Atlético 2:1 lub wytrzymać z nim na remis 1:1 – że wspomnę tylko co świeższe mecze z co mocniejszymi przeciwnikami. Wierzę w wyjątkową magię wieczorów uszlachetnionych hymnem Champions League i stawką rund pucharowych, ale bez przesady, El Clásico pozbawione wymiaru międzynarodowego to również nie byle jakie wyzwanie, tu również przerażony Valverde powinien zgłupieć.

W kraju katalońska drużyna panuje więc ostatnio absolutnie, albo zdobywając mistrzostwo (częściej), albo przez minimalną stratę do lidera poprzestając na wicemistrzostwie (rzadziej), natomiast w Lidze Mistrzów – pomimo przytłaczających triumfów na Camp Nou – bilans zaczyna wyglądać żałośnie. I niezbyt zanosi się na poprawę. Postawa rozdwojonej Barcelony kłuje w oczy zwłaszcza przy zuchwałości głównych rywali, piłkarzy Realu Madryt, którzy w Amsterdamie kopią pokracznie, wygrywają niemal wbrew przebiegowi wypadków, ale ich kapitan Sergio Ramos mimo wszystko ma czelność zrezygnować z udziału w rewanżu, bo uważa, że kolegom nic nie grozi (wyprosił dyskwalifikację, blogowałem o tym tutaj). I pewnie słusznie uważa. Jak Barcelona wiosenne podróże po Europie znosi fatalnie, tak królewscy wszędzie czują się jak na podbitych ziemiach – odprawią dziecinnie podrygujący Ajax (2019), rozwalą Juventus, dadzą po łapach Bayernowi i PSG (2018).

Teoretycznie powinni teraz madrytczycy rozglądać się ostrożniej: opuścił ich superpiłkarz Cristiano Ronaldo, na jego pozycji lata dzidziuś Vinicius, wciąż oglądają wymiętego Garetha Bale’a, musieli szybko i w trybie alarmowym pożegnać się z nowym trenerem, tego z kolei zastąpił żółtodziób Santiago Solari, pęd zatracił nawet arcykluczowy w minionych latach Marcelo. To ich samolotem, gdy ruszają w Europę, powinny wstrząsać ostrzejsze turbulencje niż odrzutowcem Barcelony. Doprawdy, nieprzenikniona bywa dynamika wydarzeń – i emocji – na futbolowych szczytach. Katalońskie wiosny w Lidze Mistrzów to ostatnio łamigłówka zbyt odległa od moich możliwości percepcyjnych i poznawczych, żebym zgrywał chojraka: czuję się jak Jesús Navas, któremu kazali zapukać do sąsiada, boję się nawet pomyśleć, gdzie może leżeć rozwiązanie.

poniedziałek, 02 października 2017

FC Barcelona, Katalonia, niepodległość, referendum. El Clasico

Od razu zastrzegam, że nie zamierzam wymądrzać się w kwestii (nie)legalności niedzielnego referendum, ani wyrokować, czy Katalonia „ma prawo” lub „powinna” oderwać się od Hiszpanii. Choć żywo mnie to wszystko interesuje, uważam, że jest zbyt złożone jak na wyporność niszowego bloga poświęconego zasadniczo sprawom sportowym.

Temat jednak podejmuję, ponieważ od pięciu lat nie zastanawiam się, czy Katalonia się usamodzielni, lecz – kiedy Katalonia się usamodzielni. W październiku 2012 roku zaproponowałem nawet sobotniemu magazynowi „Gazety” felieton z tezą, że secesja jest nieunikniona. Natchnęło mnie El Clásico, podczas którego, dokładnie po 17 minutach i 14 sekundach gry, blisko 100 tysięcy fanów na stadionie Camp Nou zaczęło ryczeć: „Independencia!”. Oglądały ich na wszystkich kontynentach miliony wyznawców Barcelony i Realu Madryt, którzy jeszcze przed meczem mogli przyjrzeć się, jak wyglądają narodowe barwy regionu. Zazwyczaj na trybunach królowały blaugrana, czyli granatowo-bordowe kolory klubu, tamtego wieczoru rozświetliły je czerwone pręgi na złotym tle, czyli senyera, katalońska flaga.

I naprawdę cały świat usłyszał, że Katalonia chce się oderwać od Hiszpanii. Temat bywał obecny na stadionie wcześniej, ale wtedy stał się obecny bardziej, na tyle hałaśliwie, że nikogo nigdzie nie mógł komunikat ominąć.

Kibice rozkrzyczeli się akurat po 17 minutach i 14 sekundach hitowego meczu na wspomnienie 1714 roku, w którym Katalończycy ostatecznie utracili samodzielność i stali się poddanymi hiszpańskiego króla Filipa V. A skoro oni się rozkrzyczeli, to sprawa zrobiła się poważna śmiertelnie. Dlatego zachciało mi się felietonowo wrzasnąć, że secesja staje się nieunikniona.

Moje przekonanie nie brało się wówczas z sondaży – wybaczcie, że trochę pocytuję samego siebie – wedle których 55 proc. autochtonów (po raz pierwszy zyskali większość) domagało się rozstania z Madrytem. Ani z sugestywności wzmacnianych dodatkowo przez kryzys wskaźników ekonomicznych, z których wynikało, że jeden z najbogatszych regionów Hiszpanii oddaje stolicy ponaddwukrotnie więcej, niż odzyskuje w inwestycjach publicznych. Tym bardziej nie przekonywały mnie okrzyki nacjonalistycznie zorientowanych polityków. Nie, działała wyłącznie magia Camp Nou, jedynego w świecie stadionu będącego sanktuarium narodowej tożsamości. I magia Barcelony, klubu będącego owej tożsamości symbolem, wehikułem, największą dumą.

Muzea sławnych futbolowych firm wyglądają niemal identycznie, umeblowane są trofeami, wielkoformatowymi zdjęciami meczów i drużyn, a także koszulkami, spodenkami, korkami i innymi relikwiami zdjętymi ze sławnych graczy. Barcelońskie radykalnie różni się klimatem – ze ścian możesz tam godzinami sczytywać kronikę uciśnionej nacji, którą spod buta hiszpańskich oprawców, ze specjalnym uwzględnieniem generała Franco, umieli wykopywać jedynie bohaterowie boiska. Historia klubu jest z historią regionu zrośnięta, w obu dominuje martyrologia, z przełomowym rokiem 1936 - datą zamordowania przez Falangę Josepa Sunyola, uważanego dziś za męczennika prezesa Barcelony, ale też polityka proniepodległościowej partii. Tuż po wojnie domowej klub został zmuszony do usunięcia z herbu katalońskiej flagi i zmiany nazwy na hiszpańskobrzmiącą, a wcześniej faszyści zrzucili na jego siedzibę bomby. Ale w czasach dyktatury stadion – przez dekady największy w Europie – był jedynym miejscem, gdzie Katalończykom zdarzało się poczuć wolnymi lub wręcz zwycięskimi. Przemycali na trybuny flagi, skandowali antymadryckie hasła, pokonywali Real. Barcelona stała się „Més que un club”, czyli „Więcej niż klubem”, pisarz Manuel Vázquez Montalbán obwołał ją „nieuzbrojoną armią Katalonii”. Po śmierci Franco pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent regionu krzyczał na stadionie do 100 tys. ludzi: – Nasz klub jest wielki, bo zawsze był wierny Katalonii. Niech żyje Barca! Niech żyje Katalonia!

Kiedy Woody Allen – nieświadomy europejskiego bzika futbolowego – nakręcił „Vicky Cristina Barcelona”, grubo się pomylił, bo sfilmował Sagrada Familia, Park Güell, arcydzieła Gaudiego i inne oczywiste symbole okolicy, jednak zapomniał pokazać na ekranie tego, co najważniejsze – stadionu. To na Camp Nou bije puls katalońskości, to tam w erze futbolowego kosmopolityzmu, zdominowanego przez szatnie rozbrzmiewające wszystkimi językami świata, nie tylko pielęgnuje się tradycje, ale też z lokalnego patriotyzmu czyni fundament strategii.

Kiedy 11 września tamtego roku – święto narodowe, data zdobycia miasta przez wojska Burbonów we wspomnianym 1714 roku – na ulicach miasta ponad 1,5 mln ludzi demonstrowało pod hasłem „Katalonia: nowe państwo w Europie”, najdonioślej wybrzmiało przesłanie Josepa Guardioli. Były trener Barcelony pomieszkiwał wtedy chwilowo w Nowym Jorku (wziął sobie urlop od futbolu) i stamtąd krzyknął (na telebimie), że jego rodacy mają jeden głos więcej, że czuje się jednym z nich ­– żądających niepodległości. Na stronach politycznych gazet jego nazwisko niemal nie padało, tymczasem Guardiola siłą oddziaływania na masową katalońską wyobraźnię po wielekroć przebijał i przebija wielu tamtejszych polityków. To żywy pomnik, być może bardziej zasłużony dla rozbudzania separatystycznych nastrojów, niż sam podejrzewa.

Teraz też się odzywał. Przed niedzielnym referendum, w którym oddał głos za pośrednictwem poczty, oraz w trakcie feralnego dnia, gdy potępił centralną władzę, na której polecenie policja pacyfikowała, często brutalnie, manifestujących i usiłujących dotrzeć do urn. Wtórował mu m.in. Gerard Pique – też polityczne uświadomiony, od zawsze demonstrujący katalońskość, wyróżniający się osobowością do tego stopnia, że wszyscy wiedzą, iż w przyszłości zostanie prezesem FC Barcelony. A jeśli jej obecni szefowie wypowiadali się stosunkowo wstrzemięźliwie, to tylko dlatego, że klub z regionalnego urósł do globalnego, ze względów marketingowych zależy mu na kibicach z innych części Hiszpanii i z zagranicy (w mediach społecznościowych „śledzi” go absolutnie rekordowe 145 mln osób ze wszystkich kontynentów!) – jak każda maksymalizująca zasięg korporacja stara się nikogo nie urazić. Co może być trudniejsze do osiągnięcia niż się zdaje. Czy np. Chińczycy, rynek w przemyśle futbolowym coraz istotniejszy, z entuzjazmem przyjmą niepodległościowe zapędy regionu, skoro zasadniczo sprzeciwiają im się, kiedy tylko mogą, bo sami borykają się z separatystycznymi ciągotami Tybetańczyków i Ujgurów?

Niewykluczone, że sukces sportowy wpłynął na nastroje w Katalonii. Dzieje FC Barcelony były zawsze przede wszystkim opowieścią o udręce. Cierpiał naród, cierpieli kibice i piłkarze, niesprawiedliwie traktowani w rywalizacji ze wspieranym przez frankistowski reżim Realem Madryt (historia nieco zmitologizowana, o czym blogowałem tutaj). Aż tu nagle, w ubiegłej dekadzie, uwielbiana drużyna nie tylko zaczęła zdobywać najcenniejsze puchary seryjnie, nie tylko została najlepszą na planecie, ale jeszcze obwołano ją futbolowym arcydziełem wszech czasów. Katalończycy już wraz z nastaniem ery Messiego i spółki w pewnym sensie wybili się na niepodległość – poczuli się najlepsi w świecie w czymś, co dla nich najważniejsze lub bardzo ważne, zyskali światową rozpoznawalność o bezprecedensowej skali, dostali mnóstwo powodów do pęknięcia z narodowej dumy. To nie przypadek, że akurat wtedy, gdy trwa belle époque, klub zaczął częściej wystrajać piłkarzy w koszulki w barwach senyery.

Nie przeceniam znaczenia piłki nożnej, raczej doceniam znaczenie Camp Nou dla regionu, w którym od zawsze tliła się potrzeba walki o odrębność. I o ile gospodarcza zapaść mogła zadziałać jak iskra, która gaśnie jutro albo pojutrze, o tyle sportowa potęga Barcy, plemienny charakter otaczających ją emocji, a także sprzyjająca podtrzymywaniu nastrojów nieustająca ciągłość rozgrywek mogły długo dostarczać paliwa. „Pozwólcie nam głosować” – skandował od tygodni tłum na stadionie.

Na stadionie, który w niedzielę był pusty. Piłkarze pokonali Las Palmas w głuchej ciszy, bez wsparcia kibiców, co miało wyrażać protest klubu przeciw zachowaniu mundurowych uniemożliwiających z rozkazu władz centralnych przeprowadzenie referendum. Jego szefowie chcieli mecz odwołać, ale zarządzający rozgrywkami Javier Tebas, zresztą zaprzysięgły fan Realu Madryt, groził im walkowerem i karnym odbieraniem punktów.

Napięcie jeszcze wzrosło, poruszony Pique ogłosił potem, że jest gotów nawet zrezygnować z występów w reprezentancji Hiszpanii. Reprezentacji, która niedawno uchodziła za arcysilny czynnik jednoczący kraj. Kiedy przez dekady musiała znosić niemal wyłącznie klęski, to przyczyn szukano m.in. w zatruwającym szatnię podziale na Kastylijczyków, Katalończyków, Basków, Galisyjczyków - zjawiskowo utalentowani gwiazdorzy gotowi bić się do upadłego na chwałę Realu lub Barcelony pod wspólnym sztandarem tracili ponoć pęd do zwycięstw. Ale w latach 2008, 2010 i 2012 piłkarze pozdobywali złoto najbardziej prestiżowych imprez mistrzowskich, a kibice ze wszystkich regionów świętowali wspólnie, wybuchła nawet dyskusja, czy aby nie wypada wreszcie napisać słów do hiszpańskiego hymnu.

To już przeszłość, użycie przeciw Katalończykom siły – niezależnie od tego, czy uzasadnione, czy nie – zapewnie rozmnoży zwolenników rozwodu z Madrytem. Dla mnie nieuniknionego, dzisiaj czuję to jeszcze mocniej niż przed pięcioma laty.

Jeśli rozstanie nastąpi, poskutkuje niebłahymi dylematami oraz problemami praktycznymi. Także dla nas, kibiców piłki nożnej. Ekonomiści dostrzegą w ustanowieniu nowego państwa nową silną gospodarkę, napędzaną przez 7,5 milionów ludzi, społeczeństwo liczniejsze niż Dania, Irlandia, Finlandia i jeszcze dziewięć innych członków Unii. My zastanawiamy się nad sprawami donioślejszymi – czy mianowicie ewentualne stworzenie osobnej ligi krajowej zakończy futbolową wojnę katalońsko-madrycką, czym groził przywoływany wyżej Tebas.

Ja w to zupełnie nie wierzę, akurat ten rozwód nie opłacałby się nikomu. Mecze Barcelony z Realem to najsłynniejsza, marketingowo bezcenna rywalizacja w piłce nożnej – tym bardziej dochodowa, że udało się ją wyeksportować, widzimy to nawet w Polsce, w której wyznawcy obu klubów naparzają się, jakby byli związani z nimi z dziada pradziada, emanując szowinizmem, nienawiścią, pogardą dla wroga. Madryccy szefowie całym sercem będą sprzyjać katalońskim, wszak zaciekła wrogość między oboma rywalami to w istocie symbioza, każda ze stron w samotności, pozbawiona punktu odniesienia zwątpiłaby w sens swojego istnienia. A względy formalne to drobiazg, w razie potrzeby można pożyczyć wariant stosowany w księstwie Monako (tamtejsi piłkarze rywalizują w lidze francuskiej) czy Andorze (tamtejsze kluby należą do lig hiszpańskich).

Co więcej, El Clásico po secesji zostałoby rozciągnięte na rywalizację drużyn narodowych – pomyślcie, jakie emocje wywołałyby mecze Hiszpanii z Katalonią, która przecież nazajutrz po wejściu do UEFA wtargnęłaby do grona reprezentacji bardzo silnych. Niepokojące z naszej, polskiej perspektywy byłoby tylko to, że przybyłby poważny konkurent w eliminacjach do mistrzostw Europy i świata. Wicie, rozumicie – dla nas każdy jest poważny.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 El Clasico, Real Madryt, FC Barcelona

1:5 w superpucharowym dwumeczu El Clásico, 0:3 z Juventusem, 0:4 z Paris Saint-Germain. A wszystko na dystansie kilku miesięcy. To się zdarza Barcelonie stanowczo zbyt często, zwłaszcza że zdarza się w okresie rewelacyjnych osiągnięć Realu Madryt. Felieton do „Gazety” o nieoczekiwanej zamianie miejsc – nieoczekiwanej i szokująco radykalnej – przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

środa, 26 kwietnia 2017

Wassily Kandinsky, wiadomo

W niedzielnym El Clásico piłkarzy poniosło. Ujmujące, że to wciąż się zdarza, trochę uczłowieczając ten wysokobudżetowy biznes – herosi się zapominają, przestają działać według planu i tłuką się na pełnej spontaniczności, bo zwyczajnie chcą dokopać tym drugim. Realu Madryt nie zadowalał remis, choć grał w osłabieniu, a Barcelony nie zadowalał remis, choć grała na wyjeździe, więc obejrzeliśmy trochę futbolu w najprzyjemniejszym tego słowa znaczeniu podwórkowego. Uciechy było co nie miara, aż zacząłem się rozglądać za trzepakiem, jęcząc, że pofikałbym, pofikał, pofikał.

Gospodarze się zapędzili, w ostatnich sekundach zezwalając gościom na kontratak, którego być nie powinno – przy grze ostrożniejszej, zdroworozsądkowej.

A ponieważ także wcześniej obie strony ulegały porywom serca – znów: jak na podwórku, czyżby także przez mentalne wycieńczenie po hitach Ligi Mistrzów? – to nic dziwnego, że mecz wygrał Leo Messi. Bo najlepiej na świecie kiwa (pierwszy gol), bo demonstruje najwyższą przeciętną precyzję strzału nawet w stanie wycieńczenia (drugi gol).

Wieczór logicznie wynikał z przebiegu całego sezonu. Sezonu, w którym rzężącą jako drużyna Barcelonę wielokrotnie ocalił solista nad solistami i w którym perfekcyjnie funkcjonujący jako drużyna Real nie potrzebował jednego przesądzającego o wynikach supermana. Oto poeta Messi, wspierany ostatnio przez partnerów najmarniej od lat, znów się zawziął i postanowił wziąć sprawy w swoje stopy. Oto madrytczycy, za kadencji Zinedine’a Zidane’a uprawiający prozę najwyższej próby, zapomnieli, że defilowali od zwycięstwa do zwycięstwa dzięki futbolowi pragmatycznemu.

Ten jeden mecz, na emocje działający jak ładunek trotylu, mógł zmienić dynamikę walki o mistrzostwo Hiszpanii. Jednak ogólna sytuacja w obu klubach nie drgnęła.

Barcelona wciąż musi wierzyć w zrywy Messiego, ponieważ innych albo nie ma (zdyskwalifikowany Neymar), albo zbyt często ledwie łażą (Andrés Iniesta), albo działają bez koordynacji, prawie chaotycznie (gra defensywna). Dzisiejsze 7:1 z praktycznie zdegradowaną, zdziesiątkowaną Osasuną pomijam, odfajkowuję go jako odprężającą przebieżkę.

Real natomiast wciąż stawia na nieskończenie rozległe zasoby kadrowe. Na wyprawę do La Corunii w ogóle nie zabrał ani Cristiano Ronaldo (znać, że polerują ten bolid na wybrane, najważniejsze wyścigi), ani Toniego Kroosa (kluczowego dla stałych fragmentów gry, czyli arsenału w Madrycie o największej bodaj sile rażenia). Nie zabrał, choć w lidze hiszpańskiej na wyjeździe nie wolno lekceważyć nikogo, a Deportivo pobiło u siebie m.in. Barcelonę. I te „rezerwy” rozniosły rywali na strzępy, nie macie pojęcia, jak bym chciał, żeby trener Zinedine Zidane dał arcydzieło trollingu i wystawił je na derby w półfinale Champions League. (No dobrze, nie rozniosły, tylko mogły roznieść, ale nadmierne pocenie się byłoby poniżej królewskiej godności).

Innymi słowy, w lidze hiszpańskiej trwa wojna króla z królestwem.

I dzieje się pasjonująco. Dzieje się pasjonująco dlatego, że w niedzielę nastąpiła nieoczekiwana zmiana nastrojów – wszechklęskowa Barcelona dołożyła wszechzwyciężającemu Realowi – ale też dlatego, że obu wielkim rywalom, tak samo blisko do fantastycznego sukcesu, jak i do kataklizmu.

Jeśli Real zatriumfuje i w kraju, i w Lidze Mistrzów, to jego wyczyn będzie dla kibiców tym rozkoszniejszy, że Barcelona w najlepszym razie poprzestanie w tym sezonie na zabawnie skromniutkim zdobyciu Pucharu Króla, w którym potrzebuje tylko zdmuchnąć w finale Alaves. A nie oszukujmy się, w tej awanturze obie strony żywią się tyleż swoimi osiągnięciami, co krzywdą przeciwnika.

Jeśli natomiast Real nie dałby rady ani tu, ani tu, to trwająca druga era prezesa Florentina Pereza stałaby się w jeszcze boleśniejszym wymiarze erą totalnej dominacji Barcelony. Wzięłaby ona siódmy tytuł w minionych dziewięciu latach, przy ledwie jednym mistrzostwie Realu (i jednym Atlético).

W perspektywie krajowej to władza, jakiej Barcelona nie trzymała jeszcze nigdy. Naprawdę nigdy, przeskanujcie archiwa.

I jeszcze ten pikantny, wcale nieepizodyczny udział w batalii Atlético...

Powtórzę, przesylabizuję, bo się jaram, o to chodzi tym komiksie: Realowi bliziuteńko do sezonu cudownego, bo zwieńczonego niespotykaną od 1989 roku obroną trofeum w Lidze Mistrzów, a zarazem bliziuteńko do sezonu koszmarnego, bo nie dość, że zwieńczonego fiestą Barcelony, to jeszcze bezprecedensowo złotego dla nędzarzy z sąsiedniego Atlético.

czwartek, 09 marca 2017

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

wtorek, 21 lutego 2017

Mgnienie oka

Przewidywanie przyszłości jest, jak powszechnie wiadomo, błędem poznawczym wybitnie pociesznym – tym bardziej pociesznym, im bardziej serio się ją przewiduje. Prof. Jerzy Vetulani twierdził wręcz, że futurologię wymyślono po to, by ludzie mieli się z czegoś śmiać za 50 lat.

Nasz sławny neurobiolog prawdopodobnie nie interesuje się piłką nożną. Gdyby się interesował, 50 lat musiałby bowiem zredukować do pięciu, maksimum siedmiu. My, kibice, mamy patologiczną wprost skłonność do wyrysowywania rozpoczynającej się właśnie „nowej ery”, która potrwa całą wieczność, ewentualnie pół wieczności, w najgorszym razie – ćwierć wieczności. Powali nas na przykład na kolana tiki-taka, to nabieramy pewności, że wszyscy zaczną ją uprawiać, że tiki-taka zapanuje jako styl gry najwydajniejszy i zarazem najbardziej efektowny, że nastąpi ostateczny koniec rozwoju ideologicznego futbolu. Wywodzimy kształt jutra wyłącznie z tego, co dzieje się dzisiaj, zapomniawszy, jak króciutko trwało wczoraj. Żeby było jasne – sam też grzeszę śmiertelnie, choć za każdym razem wyciskam z siebie mocne postanowienie poprawy.

Te uniwersalne prawdy kołatają mi się po łbie właśnie teraz, gdy nadciąga dwumecz Manchesteru City z AS Monaco. No bo prześledźmy najnowszą historię tego ostatniego klubu.

W 2004 r. jego piłkarze zabawiali się w finale Ligi Mistrzów. Odlot, wspanialej być nie może.

W 2011 r. zlecieli z pierwszej ligi francuskiej. Deprecha.

Na początku 2012 r. leżeli na dnie tabeli drugiej ligi francuskiej, poważnie zagrożeni bankructwem. Rzężenie, gorzej być nie może.

Teraz, wiosną 2017 r. – znów szaleją w Lidze Mistrzów, zasadzając się na Manchester City.

A żeby rzeczywistość jeszcze pokiełbasić, zwróćmy uwagę, że kiedy przed kilkoma laty Monaco wyrzucało gigantyczne pieniądze na transfery (zakupy finansował Dmitrij Rybołowlew), nie było w stanie rzucić wyzwania wyrzucającemu pieniądze gargantuiczne Paris Saint-Germain (zakupy finansuje katarski rząd). Dopiero gdy przeszło na tryb oszczędnościowy, prześcignęło PSG o kilka długości. I wystrzeliło na pozycję lidera ligi francuskiej. To się dzieje właśnie teraz.

Monaco wystarczyło kilka lat, by z samego szczytu stoczyć się na samo dno. A potem – kilka lat, by z samego dna wzbić się na szczyt. I jeszcze za tym wzlotem nie kryje się długofalowa, skrupulatnie zaplanowana i realizowana strategia, lecz nagła wolta. Zataczają się tam od ściany do ściany.

Zdumiewających zwrotów akcji obserwujemy ostatnio mnóstwo. RB Leipzig potrzebowało ledwie siedmiu lat na podróż z nieistnienia do walki o mistrzostwo Niemiec. Nasza Nieciecza – dekady na wybicie się z wiejskiej okręgówki do tzw. ekstraklasy. Leicester kilkanaście miesięcy temu wyruszyło z dołów Premier League, żeby ją podbić, a następnie zawrócić i znów mknąć ku czarnej rozpaczy.

Jakżeż kruchy jest piłkarski sukces! I zarazem jakżeż łatwy do osiągnięcia. Jak niewiele trzeba czasu, by wszystko przeputać. I jak niewiele – by, zaczynając od zera, pobujać trochę wyżej niż w obłokach, czyli na podium. Wszystko rodzi się i ginie w mgnieniu oka.

Tzw. filozofia klubu to też raczej nowelka niż opasłe tomisko, lektura trwa z jeden wieczór. Minęły ledwie cztery lata z niewielkim nakładem, odkąd Barcelona przez godzinę ligowego meczu w Levante grała w składzie złożonym wyłącznie z wychowanków:

FC Barcelona, La Masia

Jej fantastyczny futbolowy system kształcenia – od przedszkola i podstawówki, po liceum i uniwersytet, wszystko tam działało perfekcyjnie – miał już nigdy nie odebrać drużynie seniorów katalońskiej tożsamości. I co?

W niedzielę wystawiła na Leganés tylko jednego Hiszpana/Katalończyka. Pierwszy raz w historii, po 118 latach i 4250 meczach w lidze hiszpańskiej. Jedynakiem był Sergi Roberto, wraz z nim biegali po boisku trzej wychowankowie – Leo Messi i Rafinha. I to by było na tyle. Ludzie wyedukowani w La Masii rozpierzchli się po Europie, w Barcelonie namnożyło się pościąganych ze wszystkich stron świata najemników po kilkadziesiąt milionów za egzemplarz.

Tymczasem Real Madryt, który w epoce panowania dzieci Katalonii, wpuszczał do składu tylko pojedynczego autochtona (przepędzonego już Ikera Casillasa), w tej samej ostatniej kolejce upchnął w podstawowym składzie aż sześciu Hiszpanów, głównie wychowanków – Kiko Casillę, Nacho, Daniego Carvajala, Isco, Álvaro Moratę i Lucasa Vázqueza. Mija parę chwil i galaktyka El Clásico staje na głowie. Tutaj nawet futurolog wszech czasów Stanisław Lem mógłby się pogubić.

środa, 30 listopada 2016

Andres Iniesta, biografia, Cristiano Ronaldo, książka

Na sobotni hit, od lat utrzymujący pozycję najważniejszej futbolowej superprodukcji na świecie, obaj hiszpańscy giganci przylecą z bardzo odległych od siebie galaktyk. Zbyt odległych, by uznać okoliczności za normalne.

Tam, skąd przybywa Real, jest cieplusieńko, śpiewają ptaszki i w ogóle oddycha się sielanką – nie przegrali madryccy piłkarze od 31 meczów (czyli od blisko ośmiu miesięcy), podczas gdy żaden inny europejski klub rywalizujący w poważnej lidze nie wytrzymuje aktualnie bez porażki od choćby 20 spotkań.

Ich rywal przeciwnie, tkwi w cmentarnym mroku i chłodzie, z barcelońskiej krypty wydobywa się skowyt ludzi, których boli, że żyją. I to nie dlatego, że przywoływanym okresie przegrali aż sześciokrotnie. Nie, oni rzężą tu i teraz. W niedzielnym meczu z San Sebastian dotknąć piłki we wrogim polu karnym zdołali dopiero tuż przed przerwą, sami natomiast wielokrotnie pozwalali przeciwnikowi rozwinąć skrzydła, nie znajdując żadnego sposobu na jego agresywny, wysoki pressing. Chwilami nawet Leo Messi sprawiał wrażenie tak bezradnego, że niechętnie odbierającego podania, wręcz schowanego. Co gorsza, gwiazdom Barcelony wcale nie przytrafił się odosobniony fatalny wieczór – ledwie uratowany remis spuentował miesiąc gry jak na jej standardy szokującej, z marnymi siedmioma golami strzelonymi w siedmiu meczach i otępiałą, wyzutą z kreatywności drugą linią. Skoro już nawet występy Sergio Busquetsa, piłkarza w sensie boiskowym wybitnie inteligentnego i bodaj najznakomitszego na świecie wśród drugoplanowych, dzielimy na średnie, słabe i beznadziejne, to wiadomo, że katalońskie państwo się wali.

Wali się akurat wtedy, gdy w rozkołysanym Madrycie świętują, mają jeszcze świeżo w pamięci spektakularne 3:0 w derbach z Atlético.

Czy to oznacza, że Real od miesięcy demonstruje futbol na poziomie dla Barcelony niedostępnym? Skądże znowu, zasadnicza różnica polega raczej na to, że Real potrafi postawić na swoim nawet w słabszym dniu, gromadząc punkty z morderczą regularnością, tymczasem Barcelona potrzebuje gry doskonałej, by zamienić ją na konkret pozytywnego wyniku. Madrycki trener Zinedine Zidane okazuje się zupełnie inny od piłkarza Zinedine’a Zidane’a, stroniącego przed laty od ruchów innych niż wirtuozerskie – pragmatyczny, rozważny, na notoryczne kontuzje kluczowych graczy odpowiadający mądrymi korektami ustawienia. Nawet dziesięciotygodniowa utrata Casemiro, niezastąpionego ponoć łącznika defensywy z ofensywą, nie naruszyła równowagi w drużynie.

Barcelonę być może rozbroiła natomiast nieobecność Andrésa Iniesty, który jest jednym z powodów powstania niniejszej notki. Właśnie ukazała się bowiem jego biografia, ukazała się też po polsku kolejna opowieść o Cristiano Ronaldo – zaraz niechybnie zgarnie kolejną Złotą Piłkę, pościg za Messim trwa – a ja mogę rozdać po dwa egzemplarze każdej z nich.

Otrzymają je zwycięzcy zabawy, którą stali bywalcy bloga „A jednak się kręci” znają od lat. Zabawy w jasnowidza, choć w wersji mini i o nieco zmodyfikowanych regułach. Pytanie podstawowe jest najprostsze z możliwych: Jaki będzie wynik sobotniego El Clásico?

Ale jest i pytanie dodatkowe: W której minucie padnie pierwszy gol?

Ważniejsze jest pierwsze i ono rozstrzygnie, ale należy odpowiedzieć na obydwa, bo drugie przyda się, żeby uniknąć dogrywki – wygrywa ten, kto będzie bliżej prawdy. Może zresztą nikt nie trafi wyniku, wtedy zadecyduje wyłącznie drugie pytanie. Typujemy do godz. 23.59 w piątek, decyduje czas opublikowania komentarza na blogowym forum.

wtorek, 05 kwietnia 2016

Barcelona miesiącami mknęła jak opętana po kolejne rekordy, aż zderzyła się z kolosami z Madrytu. W sobotę oberwała od Realu, a dzisiaj mogła oberwać jeszcze boleśniej – od Atlético. Ocalała. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów triumfowała 2:1.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że prawdziwe gwiezdne wojny w lidze hiszpańskiej – a może i w całym globalnym futbolu – wybuchają w El Clásico. Jeśli jednak zapomnimy o marketingowych neonach i zanalizujemy wyłącznie wydarzenia boiskowe, dojdziemy do wniosku, że w minionych latach więcej atrakcji oferują wieczory, podczas których wyzwanie obu tradycyjnym potęgom rzucają piłkarze Atlético. To te szlagiery częściej mają najwyższy poziom sportowy, najwyższe taktyczne wyrafinowanie, a przede wszystkim – najwięcej wykańczającego psychicznie i fizycznie napięcia.

Teoretycznie to starcia arcymistrzów ofensywy (sami napastnicy Barcelony strzelają grubo ponad setkę goli w sezonie) z arcymistrzami defensywy (Atlético z kolei traci gole rzadziej niż ktokolwiek na świecie). Nigdy nie są to jednak klasyczne katalońskie oblężenia wrogiego pola karnego, które stoi w ogniu od pierwszego do ostatniego gwizdka. Przeciwnie, pod bramką Jana Oblaka czas upływa często zaskakująco spokojnie. Dzisiaj też gospodarze długo zapuszczali się tam co najwyżej bez piłki. Bo kiedy próbowali wkopać ją w pobliże madryckiego bramkarza, to perfekcyjnie kontrolujący przestrzeń goście tak przeciwników blokowali, że ta albo wypadała poza boisko, albo lądowała w rękawicach Słoweńca.

Dlatego przebieg gry – i stan ducha sfrustrowanych faworytów – idealnie podsumowywała scenka sprzed przerwy. Oto na uderzenie z dystansu porwał się Javier Mascherano. Wycofany do obrony defensywny pomocnik znany z tego, że gola dla Barcelony nie strzelił nigdy. A reprezentuje ją od sześciu sezonów, dzisiaj rozgrywał dla niej 273. mecz.

Mascherano musiał być zaniepokojony, bo widział, co się święci. Do przerwy nikt inny w bramkę Atlético nie trafił. A ci, którzy próbowali, próbowali rozpaczliwie. Z daleka, bez szans na powodzenie. Messi ocknął się dopiero po wznowieniu gry, gdy uderzał (minimalnie niecelnie) z przewrotki.

I wtedy madryckie pole karne, owszem, eksplodowało. Co było o tyle zrozumiałe, że piłkarzy Atlético do własnej bramki przygniatała wówczas Barcelona mająca liczebną przewagę. Oni znów zachowywali się, jakby trener Diego Simeone kazał im przegryzać rywalom tętnice, więc za nadmierną agresję czerwoną kartką zapłacił Fernando Torres. Napastnik, którego gol dał gościom prowadzenie.

Barcelona napierała. Chwilami zdawało się, że jeszcze chwila i zredukuje pole gry do madryckiego pola bramkowego, a Oblak się w ścisku udusi. To musiało musiało kiedyś przynieść gole. I przyniosło. Oba wbił Luis Suárez, tyle że pierwszego nieintencjonalnie – dostał rykoszetem.

Po sobotnim 1:2 z El Clásico wielu komentatorów usprawiedliwiało pokonanych, zwracając uwagę, że członkowie katalońskiej triady Messi - Suárez - Neymar ledwie wyskoczyli z samolotu po podróży na mundialowe eliminacje do Ameryki Południowej, że odprężeni wielopunktową przewagą w lidze hiszpańskiej chcieli mecz odfajkować, że po osłabiającej rywali czerwonej kartce poczuli się nazbyt bezpiecznie. Wszystko brzmiało wiarygodnie i sensownie. I gdyby dzisiaj  Barcelona nie ocalała, świat odtrąbiłby jej kryzys. A gdyby wręcz przegrała, rozhuczałby się o poruszającej statystyce – dwóch z rzędu porażek u siebie w XXI w. jeszcze nie poniosła.

Tymczasem niewykluczone, że międzykontynentalna podróż istotnie przytrafiła się Katalończykom w najgorszym możliwym momencie, czyli tuż przed pakietem starć z madrytczykami. Bo dziś Barcelona nie tyle grała marnie, ile na Camp Nou napadli niezwykli rywale. I znów rozegrali – natchnieni trenerskim „w takich meczach każda minuta trwa tyle ile całe życie” – mecz wspaniały, pełen pasji, defensywnej ofiarności.

Wypada wreszcie przywyknąć, że nikt, komu ci ludzie stają na drodze, nie może czuć się faworytem. Odkąd madrytczycy przed dwoma laty wrócili do Ligi Mistrzów, powstrzymywali ich wyłącznie sąsiedzi ze stolicy, i to w obu przypadkach po potwornej mordędze. Najpierw w finale Real wpychał wyrównującego gola w doliczonym czasie gry, a sezon później w ćwierćfinale – rozstrzygnął bezbramkowy klincz w 88. minucie rewanżu.

I za tydzień pewnie też obejrzymy walkę do ostatniej kropli potu. I nie wiadomo, czyje układy nerwowe ją wytrzymają, bo w żadnym razie nie mówimy tu o wojnie bandytów z aniołami. Dzisiaj z boiska wyleciał Torres, ale powinien wylecieć też Suárez. Przeżyliśmy wieczór, w którym wszystkie gole strzelali chuligani. Ba, recydywista z Barcelony powinien wylecieć nawet bardziej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum
Tagi