Wpisy z tagiem: FC Barcelona

środa, 26 kwietnia 2017

Wassily Kandinsky, wiadomo

W niedzielnym El Clásico piłkarzy poniosło. Ujmujące, że to wciąż się zdarza, trochę uczłowieczając ten wysokobudżetowy biznes – herosi się zapominają, przestają działać według planu i tłuką się na pełnej spontaniczności, bo zwyczajnie chcą dokopać tym drugim. Realu Madryt nie zadowalał remis, choć grał w osłabieniu, a Barcelony nie zadowalał remis, choć grała na wyjeździe, więc obejrzeliśmy trochę futbolu w najprzyjemniejszym tego słowa znaczeniu podwórkowego. Uciechy było co nie miara, aż zacząłem się rozglądać za trzepakiem, jęcząc, że pofikałbym, pofikał, pofikał.

Gospodarze też się zapędzili, w ostatnich sekundach zezwalając gościom na kontratak, którego być nie powinno – przy grze ostrożniejszej, zdroworozsądkowej.

A ponieważ także wcześniej obie strony ulegały porywom serca – znów: jak na podwórku, czyżby także przez mentalne wycieńczenie po hitach Ligi Mistrzów? – to nic dziwnego, że mecz wygrał Leo Messi. Bo najlepiej na świecie kiwa (pierwszy gol), bo demonstruje najwyższą przeciętną precyzję strzału nawet w stanie wycieńczenia (drugi gol).

Wieczór logicznie wynikał z przebiegu całego sezonu. Sezonu, w którym rzężącą jako drużyna Barcelonę wielokrotnie ocalił solista nad solistami i w którym perfekcyjnie funkcjonujący jako drużyna Real nie potrzebował jednego przesądzającego o wynikach supermana. Oto poeta Messi, wspierany ostatnio przez partnerów najmarniej od lat, znów się zawziął i postanowił wziąć sprawy w swoje stopy. Oto madrytczycy, za kadencji Zinedine’a Zidane’a uprawiający prozę najwyższej próby, zapomnieli, że defilowali od zwycięstwa do zwycięstwa dzięki futbolowi pragmatycznemu.

Ten jeden mecz, na emocje działający jak ładunek trotylu, mógł zmienić dynamikę walki o mistrzostwo Hiszpanii. Jednak ogólna sytuacja w obu klubach nie drgnęła.

Barcelona wciąż musi wierzyć w zrywy Messiego, ponieważ innych albo nie ma (zdyskwalifikowany Neymar), albo zbyt często ledwie łażą (Andrés Iniesta), albo działają bez koordynacji, prawie chaotycznie (gra defensywna). Dzisiejsze 7:1 z praktycznie zdegradowaną, zdziesiątkowaną Osasuną pomijam, odfajkowuję go jako odprężającą przebieżkę.

Real natomiast wciąż stawia na nieskończenie rozległe zasoby kadrowe. Na wyprawę do La Corunii w ogóle nie zabrał ani Cristiano Ronaldo (znać, że polerują ten bolid na wybrane, najważniejsze wyścigi), ani Toniego Kroosa (kluczowego dla stałych fragmentów gry, czyli arsenału w Madrycie o największej bodaj sile rażenia). Nie zabrał, choć w lidze hiszpańskiej na wyjeździe nie wolno lekceważyć nikogo, a Deportivo pobiło u siebie m.in. Barcelonę. I te „rezerwy” rozniosły rywali na strzępy, nie macie pojęcia, jak bym chciał, żeby trener Zinedine Zidane dał arcydzieło trollingu i wystawił je na derby w półfinale Champions League. (No dobrze, nie rozniosły, tylko mogły roznieść, ale nadmierne pocenie się byłoby poniżej królewskiej godności).

Innymi słowy, w lidze hiszpańskiej trwa wojna króla z królestwem.

I dzieje się pasjonująco. Dzieje się pasjonująco dlatego, że w niedzielę nastąpiła nieoczekiwana zmiana nastrojów – wszechklęskowa Barcelona dołożyła wszechzwyciężającemu Realowi – ale też dlatego, że obu wielkim rywalom, tak samo blisko do fantastycznego sukcesu, jak i do kataklizmu.

Jeśli Real zatriumfuje i w kraju, i w Lidze Mistrzów, to jego wyczyn będzie dla kibiców tym rozkoszniejszy, że Barcelona w najlepszym razie poprzestanie w tym sezonie na zabawnie skromniutkim zdobyciu Pucharu Króla, w którym potrzebuje tylko zdmuchnąć w finale Alaves. A nie oszukujmy się, w tej awanturze obie strony żywią się tyleż swoimi osiągnięciami, co krzywdą przeciwnika.

Jeśli natomiast Real nie dałby rady ani tu, ani tu, to trwająca druga era prezesa Florentina Pereza stałaby się w jeszcze boleśniejszym wymiarze erą totalnej dominacji Barcelony. Wzięłaby ona siódmy tytuł w minionych dziewięciu latach, przy ledwie jednym mistrzostwie Realu (i jednym Atlético).

W perspektywie krajowej to władza, jakiej Barcelona nie trzymała jeszcze nigdy. Naprawdę nigdy, przeskanujcie archiwa.

I jeszcze ten pikantny, wcale nieepizodyczny udział w batalii Atlético...

Powtórzę, przesylabizuję, bo się jaram, o to chodzi tym komiksie: Realowi bliziuteńko do sezonu cudownego, bo zwieńczonego niespotykaną od 1989 roku obroną trofeum w Lidze Mistrzów, a zarazem bliziuteńko do sezonu koszmarnego, bo nie dość, że zwieńczonego fiestą Barcelony, to jeszcze bezprecedensowo złotego dla nędzarzy z sąsiedniego Atlético.

czwartek, 09 marca 2017

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

wtorek, 21 lutego 2017

Mgnienie oka

Przewidywanie przyszłości jest, jak powszechnie wiadomo, błędem poznawczym wybitnie pociesznym – tym bardziej pociesznym, im bardziej serio się ją przewiduje. Prof. Jerzy Vetulani twierdził wręcz, że futurologię wymyślono po to, by ludzie mieli się z czegoś śmiać za 50 lat.

Nasz sławny neurobiolog prawdopodobnie nie interesuje się piłką nożną. Gdyby się interesował, 50 lat musiałby bowiem zredukować do pięciu, maksimum siedmiu. My, kibice, mamy patologiczną wprost skłonność do wyrysowywania rozpoczynającej się właśnie „nowej ery”, która potrwa całą wieczność, ewentualnie pół wieczności, w najgorszym razie – ćwierć wieczności. Powali nas na przykład na kolana tiki-taka, to nabieramy pewności, że wszyscy zaczną ją uprawiać, że tiki-taka zapanuje jako styl gry najwydajniejszy i zarazem najbardziej efektowny, że nastąpi ostateczny koniec rozwoju ideologicznego futbolu. Wywodzimy kształt jutra wyłącznie z tego, co dzieje się dzisiaj, zapomniawszy, jak króciutko trwało wczoraj. Żeby było jasne – sam też grzeszę śmiertelnie, choć za każdym razem wyciskam z siebie mocne postanowienie poprawy.

Te uniwersalne prawdy kołatają mi się po łbie właśnie teraz, gdy nadciąga dwumecz Manchesteru City z AS Monaco. No bo prześledźmy najnowszą historię tego ostatniego klubu.

W 2004 r. jego piłkarze zabawiali się w finale Ligi Mistrzów. Odlot, wspanialej być nie może.

W 2011 r. zlecieli z pierwszej ligi francuskiej. Deprecha.

Na początku 2012 r. leżeli na dnie tabeli drugiej ligi francuskiej, poważnie zagrożeni bankructwem. Rzężenie, gorzej być nie może.

Teraz, wiosną 2017 r. – znów szaleją w Lidze Mistrzów, zasadzając się na Manchester City.

A żeby rzeczywistość jeszcze pokiełbasić, zwróćmy uwagę, że kiedy przed kilkoma laty Monaco wyrzucało gigantyczne pieniądze na transfery (zakupy finansował Dmitrij Rybołowlew), nie było w stanie rzucić wyzwania wyrzucającemu pieniądze gargantuiczne Paris Saint-Germain (zakupy finansuje katarski rząd). Dopiero gdy przeszło na tryb oszczędnościowy, prześcignęło PSG o kilka długości. I wystrzeliło na pozycję lidera ligi francuskiej. To się dzieje właśnie teraz.

Monaco wystarczyło kilka lat, by z samego szczytu stoczyć się na samo dno. A potem – kilka lat, by z samego dna wzbić się na szczyt. I jeszcze za tym wzlotem nie kryje się długofalowa, skrupulatnie zaplanowana i realizowana strategia, lecz nagła wolta. Zataczają się tam od ściany do ściany.

Zdumiewających zwrotów akcji obserwujemy ostatnio mnóstwo. RB Leipzig potrzebowało ledwie siedmiu lat na podróż z nieistnienia do walki o mistrzostwo Niemiec. Nasza Nieciecza – dekady na wybicie się z wiejskiej okręgówki do tzw. ekstraklasy. Leicester kilkanaście miesięcy temu wyruszyło z dołów Premier League, żeby ją podbić, a następnie zawrócić i znów mknąć ku czarnej rozpaczy.

Jakżeż kruchy jest piłkarski sukces! I zarazem jakżeż łatwy do osiągnięcia. Jak niewiele trzeba czasu, by wszystko przeputać. I jak niewiele – by, zaczynając od zera, pobujać trochę wyżej niż w obłokach, czyli na podium. Wszystko rodzi się i ginie w mgnieniu oka.

Tzw. filozofia klubu to też raczej nowelka niż opasłe tomisko, lektura trwa z jeden wieczór. Minęły ledwie cztery lata z niewielkim nakładem, odkąd Barcelona przez godzinę ligowego meczu w Levante grała w składzie złożonym wyłącznie z wychowanków:

FC Barcelona, La Masia

Jej fantastyczny futbolowy system kształcenia – od przedszkola i podstawówki, po liceum i uniwersytet, wszystko tam działało perfekcyjnie – miał już nigdy nie odebrać drużynie seniorów katalońskiej tożsamości. I co?

W niedzielę wystawiła na Leganés tylko jednego Hiszpana/Katalończyka. Pierwszy raz w historii, po 118 latach i 4250 meczach w lidze hiszpańskiej. Jedynakiem był Sergi Roberto, wraz z nim biegali po boisku trzej wychowankowie – Leo Messi i Rafinha. I to by było na tyle. Ludzie wyedukowani w La Masii rozpierzchli się po Europie, w Barcelonie namnożyło się pościąganych ze wszystkich stron świata najemników po kilkadziesiąt milionów za egzemplarz.

Tymczasem Real Madryt, który w epoce panowania dzieci Katalonii, wpuszczał do składu tylko pojedynczego autochtona (przepędzonego już Ikera Casillasa), w tej samej ostatniej kolejce upchnął w podstawowym składzie aż sześciu Hiszpanów, głównie wychowanków – Kiko Casillę, Nacho, Daniego Carvajala, Isco, Álvaro Moratę i Lucasa Vázqueza. Mija parę chwil i galaktyka El Clásico staje na głowie. Tutaj nawet futurolog wszech czasów Stanisław Lem mógłby się pogubić.

środa, 30 listopada 2016

Andres Iniesta, biografia, Cristiano Ronaldo, książka

Na sobotni hit, od lat utrzymujący pozycję najważniejszej futbolowej superprodukcji na świecie, obaj hiszpańscy giganci przylecą z bardzo odległych od siebie galaktyk. Zbyt odległych, by uznać okoliczności za normalne.

Tam, skąd przybywa Real, jest cieplusieńko, śpiewają ptaszki i w ogóle oddycha się sielanką – nie przegrali madryccy piłkarze od 31 meczów (czyli od blisko ośmiu miesięcy), podczas gdy żaden inny europejski klub rywalizujący w poważnej lidze nie wytrzymuje aktualnie bez porażki od choćby 20 spotkań.

Ich rywal przeciwnie, tkwi w cmentarnym mroku i chłodzie, z barcelońskiej krypty wydobywa się skowyt ludzi, których boli, że żyją. I to nie dlatego, że przywoływanym okresie przegrali aż sześciokrotnie. Nie, oni rzężą tu i teraz. W niedzielnym meczu z San Sebastian dotknąć piłki we wrogim polu karnym zdołali dopiero tuż przed przerwą, sami natomiast wielokrotnie pozwalali przeciwnikowi rozwinąć skrzydła, nie znajdując żadnego sposobu na jego agresywny, wysoki pressing. Chwilami nawet Leo Messi sprawiał wrażenie tak bezradnego, że niechętnie odbierającego podania, wręcz schowanego. Co gorsza, gwiazdom Barcelony wcale nie przytrafił się odosobniony fatalny wieczór – ledwie uratowany remis spuentował miesiąc gry jak na jej standardy szokującej, z marnymi siedmioma golami strzelonymi w siedmiu meczach i otępiałą, wyzutą z kreatywności drugą linią. Skoro już nawet występy Sergio Busquetsa, piłkarza w sensie boiskowym wybitnie inteligentnego i bodaj najznakomitszego na świecie wśród drugoplanowych, dzielimy na średnie, słabe i beznadziejne, to wiadomo, że katalońskie państwo się wali.

Wali się akurat wtedy, gdy w rozkołysanym Madrycie świętują, mają jeszcze świeżo w pamięci spektakularne 3:0 w derbach z Atlético.

Czy to oznacza, że Real od miesięcy demonstruje futbol na poziomie dla Barcelony niedostępnym? Skądże znowu, zasadnicza różnica polega raczej na to, że Real potrafi postawić na swoim nawet w słabszym dniu, gromadząc punkty z morderczą regularnością, tymczasem Barcelona potrzebuje gry doskonałej, by zamienić ją na konkret pozytywnego wyniku. Madrycki trener Zinedine Zidane okazuje się zupełnie inny od piłkarza Zinedine’a Zidane’a, stroniącego przed laty od ruchów innych niż wirtuozerskie – pragmatyczny, rozważny, na notoryczne kontuzje kluczowych graczy odpowiadający mądrymi korektami ustawienia. Nawet dziesięciotygodniowa utrata Casemiro, niezastąpionego ponoć łącznika defensywy z ofensywą, nie naruszyła równowagi w drużynie.

Barcelonę być może rozbroiła natomiast nieobecność Andrésa Iniesty, który jest jednym z powodów powstania niniejszej notki. Właśnie ukazała się bowiem jego biografia, ukazała się też po polsku kolejna opowieść o Cristiano Ronaldo – zaraz niechybnie zgarnie kolejną Złotą Piłkę, pościg za Messim trwa – a ja mogę rozdać po dwa egzemplarze każdej z nich.

Otrzymają je zwycięzcy zabawy, którą stali bywalcy bloga „A jednak się kręci” znają od lat. Zabawy w jasnowidza, choć w wersji mini i o nieco zmodyfikowanych regułach. Pytanie podstawowe jest najprostsze z możliwych: Jaki będzie wynik sobotniego El Clásico?

Ale jest i pytanie dodatkowe: W której minucie padnie pierwszy gol?

Ważniejsze jest pierwsze i ono rozstrzygnie, ale należy odpowiedzieć na obydwa, bo drugie przyda się, żeby uniknąć dogrywki – wygrywa ten, kto będzie bliżej prawdy. Może zresztą nikt nie trafi wyniku, wtedy zadecyduje wyłącznie drugie pytanie. Typujemy do godz. 23.59 w piątek, decyduje czas opublikowania komentarza na blogowym forum.

wtorek, 05 kwietnia 2016

Barcelona miesiącami mknęła jak opętana po kolejne rekordy, aż zderzyła się z kolosami z Madrytu. W sobotę oberwała od Realu, a dzisiaj mogła oberwać jeszcze boleśniej – od Atlético. Ocalała. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów triumfowała 2:1.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że prawdziwe gwiezdne wojny w lidze hiszpańskiej – a może i w całym globalnym futbolu – wybuchają w El Clásico. Jeśli jednak zapomnimy o marketingowych neonach i zanalizujemy wyłącznie wydarzenia boiskowe, dojdziemy do wniosku, że w minionych latach więcej atrakcji oferują wieczory, podczas których wyzwanie obu tradycyjnym potęgom rzucają piłkarze Atlético. To te szlagiery częściej mają najwyższy poziom sportowy, najwyższe taktyczne wyrafinowanie, a przede wszystkim – najwięcej wykańczającego psychicznie i fizycznie napięcia.

Teoretycznie to starcia arcymistrzów ofensywy (sami napastnicy Barcelony strzelają grubo ponad setkę goli w sezonie) z arcymistrzami defensywy (Atlético z kolei traci gole rzadziej niż ktokolwiek na świecie). Nigdy nie są to jednak klasyczne katalońskie oblężenia wrogiego pola karnego, które stoi w ogniu od pierwszego do ostatniego gwizdka. Przeciwnie, pod bramką Jana Oblaka czas upływa często zaskakująco spokojnie. Dzisiaj też gospodarze długo zapuszczali się tam co najwyżej bez piłki. Bo kiedy próbowali wkopać ją w pobliże madryckiego bramkarza, to perfekcyjnie kontrolujący przestrzeń goście tak przeciwników blokowali, że ta albo wypadała poza boisko, albo lądowała w rękawicach Słoweńca.

Dlatego przebieg gry – i stan ducha sfrustrowanych faworytów – idealnie podsumowywała scenka sprzed przerwy. Oto na uderzenie z dystansu porwał się Javier Mascherano. Wycofany do obrony defensywny pomocnik znany z tego, że gola dla Barcelony nie strzelił nigdy. A reprezentuje ją od sześciu sezonów, dzisiaj rozgrywał dla niej 273. mecz.

Mascherano musiał być zaniepokojony, bo widział, co się święci. Do przerwy nikt inny w bramkę Atlético nie trafił. A ci, którzy próbowali, próbowali rozpaczliwie. Z daleka, bez szans na powodzenie. Messi ocknął się dopiero po wznowieniu gry, gdy uderzał (minimalnie niecelnie) z przewrotki.

I wtedy madryckie pole karne, owszem, eksplodowało. Co było o tyle zrozumiałe, że piłkarzy Atlético do własnej bramki przygniatała wówczas Barcelona mająca liczebną przewagę. Oni znów zachowywali się, jakby trener Diego Simeone kazał im przegryzać rywalom tętnice, więc za nadmierną agresję czerwoną kartką zapłacił Fernando Torres. Napastnik, którego gol dał gościom prowadzenie.

Barcelona napierała. Chwilami zdawało się, że jeszcze chwila i zredukuje pole gry do madryckiego pola bramkowego, a Oblak się w ścisku udusi. To musiało musiało kiedyś przynieść gole. I przyniosło. Oba wbił Luis Suárez, tyle że pierwszego nieintencjonalnie – dostał rykoszetem.

Po sobotnim 1:2 z El Clásico wielu komentatorów usprawiedliwiało pokonanych, zwracając uwagę, że członkowie katalońskiej triady Messi - Suárez - Neymar ledwie wyskoczyli z samolotu po podróży na mundialowe eliminacje do Ameryki Południowej, że odprężeni wielopunktową przewagą w lidze hiszpańskiej chcieli mecz odfajkować, że po osłabiającej rywali czerwonej kartce poczuli się nazbyt bezpiecznie. Wszystko brzmiało wiarygodnie i sensownie. I gdyby dzisiaj  Barcelona nie ocalała, świat odtrąbiłby jej kryzys. A gdyby wręcz przegrała, rozhuczałby się o poruszającej statystyce – dwóch z rzędu porażek u siebie w XXI w. jeszcze nie poniosła.

Tymczasem niewykluczone, że międzykontynentalna podróż istotnie przytrafiła się Katalończykom w najgorszym możliwym momencie, czyli tuż przed pakietem starć z madrytczykami. Bo dziś Barcelona nie tyle grała marnie, ile na Camp Nou napadli niezwykli rywale. I znów rozegrali – natchnieni trenerskim „w takich meczach każda minuta trwa tyle ile całe życie” – mecz wspaniały, pełen pasji, defensywnej ofiarności.

Wypada wreszcie przywyknąć, że nikt, komu ci ludzie stają na drodze, nie może czuć się faworytem. Odkąd madrytczycy przed dwoma laty wrócili do Ligi Mistrzów, powstrzymywali ich wyłącznie sąsiedzi ze stolicy, i to w obu przypadkach po potwornej mordędze. Najpierw w finale Real wpychał wyrównującego gola w doliczonym czasie gry, a sezon później w ćwierćfinale – rozstrzygnął bezbramkowy klincz w 88. minucie rewanżu.

I za tydzień pewnie też obejrzymy walkę do ostatniej kropli potu. I nie wiadomo, czyje układy nerwowe ją wytrzymają, bo w żadnym razie nie mówimy tu o wojnie bandytów z aniołami. Dzisiaj z boiska wyleciał Torres, ale powinien wylecieć też Suárez. Przeżyliśmy wieczór, w którym wszystkie gole strzelali chuligani. Ba, recydywista z Barcelony powinien wylecieć nawet bardziej.

poniedziałek, 15 lutego 2016

FC Barcelona, rzut karny

Wraca Liga Mistrzów. Wraca też tradycyjne pytanie: czy obrońca trofeum wreszcie będzie w stanie je obronić. I brzmi bardziej zasadnie niż kiedykolwiek wcześniej.

Leo Messi wykonywał w niedzielę rzut karny, Barcelona prowadziła z Celtą 3:1. Teoretycznie – ligowa pańszczyzna. Ale domniemany piłkarz wszech czasów postanowił mecz unieśmiertelnić. Zamiast strzelić, lekko trącił piłkę, do której doskoczył Luis Suárez. I dopiero on wbił ją do siatki.

To dozwolone, w futbolu już się zdarzało. Pierwsze reakcje komentatorów sugerowały nawet, że barcelończycy chcieli złożyć hołd Johanowi Cruyffowi - klubowej legendzie, która w sobotę ogłosiła, że po raz drugi przezwyciężyła raka. Holender wykonał karnego podobnie. W 1982 roku.

Nikt tego nie potwierdził, eksplodowała za to dyskusja, czy barcelończycy rywali nie poniżyli. Kolejna. Wcześniej prowokował ją Neymar, ponoć nadużywający wirtuozerii tylko po to, by się popisać i zmieniać przeciwników w pajaców. Dylemat nierozstrzygalny, opinii tu tyle, ile odmiennych wrażliwości. Niektórzy utrzymują, że artystom nie wypada słabszych ośmieszać, inni twierdzą, że duch sportu nakazuje dawać z siebie wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze.

Jedno wiadomo na pewno: podobne awantury wywołują wyłącznie piłkarze absolutnie unikalni, zdolni do zagrań, które piłkarzom pospolitym w ogóle nie przychodzą do głowy. Czy madryccy fani reagowaliby świętym oburzeniem, gdyby na „poniżanie” rywali stać było gwiazdy Realu? A w przededniu LM charakterystyczne jest przede wszystkim, że pytanie, czy Barcelona jest najlepsza na świecie, zostało wyparte przez pytanie, czy w demonstrowaniu swojej przewagi nie przekracza granicy dobrego smaku.

Bo pozostaje ona w piłce zjawiskiem osobnym, drużyną spoza systemu, drużyną płodzącą arcydzieła – pojedyncze kopnięcia, akcje, całe mecze – niemal od niechcenia. Niepokonana od 30 meczów. U siebie niepokonana od 33 meczów (ledwie trzy zremisowała!). A przede wszystkim – nikt już nie pamięta, kiedy poniosła porażkę w spotkaniu wybitnie prestiżowym lub ważnym. By takie wyłowić, musimy cofnąć się aż do października 2014 r., w którym uległa w Madrycie Realowi. 95 meczów temu.

Dzisiaj wydaje się, że to była wręcz inna epoka. Suárez dopiero w Barcelonie debiutował (po półrocznym nieróbstwie spowodowanym dyskwalifikacją za ugryzienie Chielliniego na mundialu), przebłyski Neymara wciąż przyjmowano ze sceptycyzmem. Od tamtej pory obaj jednak wzbili się na taki poziom gry, że uciszyli wszystkich ośmielających się zasugerować, iż całą drużynę z Camp Nou dźwiga Messi. Jesienne El Clásico odzyskujący siły po kontuzji lider do 57. minuty przesiedział w rezerwie, podziwiając, jak koledzy sami rozmontowują Real. 4:0, wszystkie gole strzelali lub przy nich asystowali Suárez z Neymarem. Nawet nad madrytczykami znęcali się ze szczególnym okrucieństwem.

Owszem Barcelona ma wady, potrafi się zagapić zwłaszcza w defensywie. Ale rekompensuje je fenomenalną triadą ofensywną. Messi, Suárez i Neymar w 2015 r. strzelili 142 gole, czyli więcej niż najbardziej skuteczne drużyny – nawet Paris Saint Germain (138), Bayern (132) i Real (127) – a w roku bieżącym nie zwalniają, dziesięć spotkań ozdobili już 29 bramkami (przy 26 całego Realu). Oni na boisku nie tyle walczą, ile emanują czystą radością futbolu. Napawają się swoim kunsztem, uwielbiają sobie podawać, z goli kolegów cieszą się jak ze swoich. Znów – w erze piłkarzy patologicznie egocentrycznych zjawisko osobne. A przecież środek pola patroluje Sergio Busquets, najwybitniejszy obecnie gracz „niewidzialny”. Najwybitniejszy i boiskowo najinteligentniejszy.

Tymczasem konkurencja w LM wygląda wątlej niż kiedykolwiek w minionych latach. Kluby angielskie im są bogatsze, w tym głębszym tkwią kryzysie. Bayern dziesiątkują kontuzje, zresztą monachijczycy od roku hitowe mecze wygrywają stosunkowo rzadko (ostatnie było niedawne 0:0 w Leverkusen). Wszechpanujące we Francji Paris Saint Germain wygląda na grupę kompletnie zdeprawowaną, najnowszy skandal wymiótł z niej rewelacyjnego Serge’a Auriera, który nawymyślał trenerowi (przed kamerą!) od „pedałów”, i wcale nie była to najbardziej wulgarna część jego perory. Piłkarze Atlético, które utrzymuje pozycję wicelidera w lidze hiszpańskiej, postawili Barcelonie najtwardszy opór, ale ostatecznie zobaczyliśmy, że najbardziej wierzą w łamanie rywalom nóg, oni też ostatecznie przegrali z przeświadczeniem – być może podświadomym – że tych rywali nie sposób pokonać inaczej.

Wszystkich stać na pokonanie Katalończyków, ale też wszyscy mają z nimi ostatnio negatywny bilans (wspomniane Atlético uległo sześć razy z rzędu!) i wszyscy mają wyraźnie więcej wpadek lub kłopotów kadrowo. Nawet Realowi, który częściej musi polegać na solowych zrywach i jest przez to stosunkowo przewidywalny, niemal nie zdarza się wystawić całego ofensywnego tercetu (przewlekle leczy się zwłaszcza Gareth Bale). Blado wygląda na wyjazdach (z ostatnich pięciu wygrał jeden, Cristiano Ronaldo nie strzelił gola poza domem od listopadowego meczu w Eibar), zaufał trenerskiemu żółtodziobowi. Bardziej sprzyjającego momentu, by obronić tytuł w LM – co nie udało się nikomu od 26 lat – Barcelona może nie znaleźć.

niedziela, 06 grudnia 2015

Wszyscy widzimy, że w futbolu trwa Epoka Narcyzmu, a w najlepszej drużynie świata napastnicy grają, jakby wstydzili się dokonać na boisku zbyt wiele. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

piątek, 27 listopada 2015

Żyjąca planeta, unrecognized pattern i inne takie

Kiedy oglądam Barcelonę z listopada 2015, przypominają mi się te wszystkie fantastyczne opowieści o obcych cywilizacjach – od Lema po Wattsa – których przedstawicieli nie widać, nie słychać ani nie czuć, więc nie mamy całkowitej pewności, czy właśnie wiszą nam na uszach, czy może w ogóle nie istnieją. Są niedostępni zmysłom, kontakt jest niemożliwy.

Tak, wiem, hołdy składane Barcelonie poprzez kosmiczne metafory bardzo się zużyły, ale nic nie poradzę, gruba przesada jest tu niezbędna, jej ostatni rywale zwyczajnie nie nadążają, nie rozpoznają wzorców i nie rozumieją niczego, co się wokół nich dzieje, kataloński styl ma zbyt odmienną naturę. Nie tyle przegrywają, ile właśnie nie umieją nawiązać kontaktu. Idea futbolu z Camp Nou to szczytowa techniczna wirtuozeria pomnożona przez szczytowo intensywną, nieczytelną dla przeciwnika grę bez piłki pomnożona przez szczytowe tempo przeprowadzania akcji. Wynik tego równania musi być szczytowo abstrakcyjny. Ergo nierozpoznawalny dla najdoskonalej zorganizowanych przeciwników.

Odkąd istnieje nowożytna Liga Mistrzów, grę tak bliską perfekcji podziwiamy chyba po raz trzeci. W latach 90. od ziemi nie odrywał się nikt, w następnej dekadzie też nikt nie stworzył czegoś aż tak niepojętego – nawet tamten (nie)galaktyczny Real Madryt, zanim rozmontował go Florentino Perez, polegał raczej na wybitnych jednostkach niż wybitnej synchronizacji ruchów grupy. A potem objawiły się Barcelona według Pepa Guardioli oraz Bayern według Juppa Heynckesa, który wieńczył dzieło Louisa van Gaala.

Obie obwoływaliśmy drużynami wszech czasów. Nie przez terror nowoczesności, która żąda codziennego ogłaszania nowych rekordów, lecz z powodu twardych danych, wyrażanych liczbami – Barcelona oraz Bayern totalnie dominowały i w pojedynczych meczach, i w całych sezonach. A ich poprzednicy z minionych dekad sporo tracili, gdy wracaliśmy do wideo z ich popisami. Bo futbol retro toczył się w rozczulająco wolnym tempie.

I dziś znów musimy się wyzbywać wszelkiej powściągliwości. Bo Barcelona nie znęca się nad byle kim, lecz w kilka dni wkłada 10 goli wicemistrzowi Hiszpanii i wicemistrzowi Włoch. Bo potwór Luisa Enrique, wciąż docenianego zaskakująco umiarkowanie, wygląda na reprezentanta jeszcze wyższego stadium ewolucji niż potwór Guardioli, co także tym razem widać w nagich faktach. Piłkarze tamtego trenera w pierwszych 81 meczach jego kadencji wygrali 56 razy, a obecnego – aż 65. Piłkarze tamtego zdobyli 202 bramki, a obecnego – 224. Piłkarze tamtego stracili ich 65, a obecnego – ledwie 62. Obłęd.

Tamtej Barcelonie wyrzucano niekiedy, że oferuje futbol zbyt jednostajny, po pewnym czasie nużący. Obecna zmienia tempo jak opętana, dysponuje jeszcze bogatszym arsenałem ofensywnym. Tamtej wytykano, że bez Leo Messiego więdnie, a obecna bez swojego lidera nie dość, że przetrwała bardzo trudny okres, to jeszcze rozbiła Real Madryt. Tamta wyglądała na niezdolną do zaakceptowania jakiekolwiek środkowego napastnika (z czasem problem się nasilał), a w obecnej Luis Suarez spotężniał do najlepszego na tej pozycji na świecie, oczywiście obok Roberta Lewandowskiego.

I tercet barcelońskich atakujących też niechybnie usłyszy, że przelicytował wszystko, co kiedykolwiek widziała piłka nożna. Messi, Suarez i Neymar – wszyscy dalecy od schyłku kariery! – wbili w bieżącym roku nieprawdopodobne 121 goli, więcej niż CAŁY Real Madryt (110) czy CAŁY Manchester City (89). Minimalnie ustępują tylko całemu Bayernowi Monachium (123), czyli w zgodnej opinii jedynemu rywalowi gotowemu nawiązać kontakt z Barceloną.

Przyznam, że mam wątpliwości, wywołane strategią Guardioli. Monachijski trener w wielu meczach ustawia drużynę ryzykancko i w formule maksymalnie, by tak rzec, udziwnionej – wejrzyjcie na te jedenastki z trójką skrzydłowych, dwójką napastników i ledwie jednym środkowym pomocnikiem. Albo na rezygnowanie ze stoperów. Trzyma się też Pep bardzo odsuniętej od własnej bramki defensywy, czyli rozwiązania w zderzeniu z Messim, Suarezem i Neymarem potencjalnie samobójczego. I nie ćwiczy wariantów, w których widzielibyśmy założenie, że Barcelona najzwyczajniej w świecie wnosi na boisko więcej wirtuozerii, że nawet bohaterowie Bayernu wyglądają przy bohaterach z Camp Nou, znów przepraszam za hiperbolę, na piłkarzy pospolitych.

Choć oczywiście Guardiola musi widzieć i wiedzieć więcej, a jego zamysły mogą być dla nas prawie tak samo nieprzeniknione, jak dla piłkarzy Realu i Romy nieprzeniknione były zamiary Barcelony.

16:39, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 26 października 2015

Sobotnie zwycięstwo Realu nad Celtą było pod pewnymi względami wyjątkowe, ale wielkiego odrodzenia madryckiego uniwersytetu dla piłkarzy jeszcze nie ogłoszono. Ogłaszano już natomiast niejednokrotnie, że La Masia w ruinie. Czy słusznie? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

piątek, 11 września 2015

FC Barcelona, Real Madryt, nienawiść

Gerard Pique, rozpolitykowany Katalończyk z dziada pradziada, nie lubi Realu i daje temu głośno wyraz – wyzłośliwia się, prowokuje, stroi sobie żarty. Madryccy kibice nie lubią obrońcy Barcelony i również dają temu wyraz – buczą, gwiżdżą, wyzywają. Mszczą się m.in. na meczach reprezentacji Hiszpanii, więc chryja osiągnęła wymiar ogólnonarodowy. Ba, nawet większy niż ogólnonarodowy, co mnie zdumiewa najbardziej. A zarazem świadczy o najważniejszym sukcesie, jaki oba kluby osiągnęły w minionych latach. Ale do tego wrócimy za chwilę.

Kontrowersyjny piłkarz w trybie alarmowym zwołał wczoraj konferencję prasową, podczas której nie tylko nie łagodził konfliktu, ale wręcz go zaogniał. Ogłosił, że gwizdy na wrogim stadionie brzmią dla niego jak symfonia, że wiosenne mecze Realu z Juventusem oglądał w koszulce Buffona i temu podobne dyrdymały. Nie będę prawił kazań, czy postępuje słusznie, czy nie. Zbyt daleko żyję od antagonizmu katalońsko-madryckiego, za bardzo przywykłem też do plemiennej (czyli obcej mi) natury rywalizacji międzyklubowej. Interesuje mnie co najwyżej, czy postawa Pique rzeczywiście wpływa na wyniki reprezentacji – wpływa choćby dlatego, że reakcje sprowokowanych kibiców rozpraszają zawodników, którzy powinni skupiać się wyłącznie na grze. Gdyby tak było, dysponowalibyśmy poszlakami pozwalającymi oskarżyć go nieroztropność graniczącą z sabotażem. Ale nie mam pewności, jak jest, nawet jeśli wypowiedzi trenera Vicente del Bosque sugerują, że on widzi problem. Niech się więc martwią Hiszpanie.

Awantura trwa jednak i w Polsce. Ujadają w internetach barcelończycy i ujadają madridiści, ujadają z pasją umierających za ojczyznę, a ja dzięki nim znów przypomniałem sobie o refleksjach, do jakich skłoniła mnie – zamieściłem je w posłowiu, kilka ustępów zaraz przywołam – lektura przełożonej niedawno na polski książki „Barca vs Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie przeżyć”. Lektury wartościowej edukacyjnie, demaskującej bzdury krążące jako obiegowe święte prawdy, momentami demitologizującej. I uzmysławiającej, że oba kluby w istocie są do siebie łudząco podobne. Nie, Barcelona wcale aż tak nie cierpiała w czasach frankistowskich. Nie, idealna symbioza Realu z brutalnym reżimem nigdy nie istniała.

Łączy obu potentatów natomiast najbardziej spektakularny i najbardziej znaczący sukces ery nowożytnej, który na początku XXI wieku pozwolił im zapanować nad światową piłką nożną. Otóż obaj giganci zdołali dzielącą ich nienawiść wyeksportować. Emocjami, często chorymi, zrodzonymi przez lokalne zawiłości historyczne zaczadzili miliony ludzi, których z Półwyspem Iberyjskim nic nie łączy. Którzy nierzadko nigdy tamtych okolic nie odwiedzili. Którzy nie znają ani hiszpańskiego, ani katalońskiego.

A kiedy już konflikt został wykatapultowany do innych krajów i na inne kontynenty, Real z Barceloną go spieniężyły.

Dowodów nie musimy szukać daleko, wystarczy rozejrzeć się po Polsce. Temperaturę sporu czują wszyscy, których zajmuje futbol. Z klubów kibica wykluły się bardzo popularne portale, a na forach i w mediach społecznościowych pojawiły się dwa plemiona – chciałoby się rzec: sekty – zwalczające się wściekle i codziennie, czasami z szowinistyczną bezrefleksyjnością, a czasami z obrzydzeniem i pogardą dla wroga. Piłkarscy kibice generalnie mają skłonność do przesady, zachowań stadnych, ulegania instynktowi. Gustave Le Bon, który napisał rewolucyjną w swojej epoce „Psychologię tłumu”, pewnie wierci się w grobie rozżalony, że nie dożył czasów, w których mógłby analizować – nie wstając od komputera, badania terenowe byłyby tu zbędne – zachowania tak irracjonalnych i popędliwych zbiorowości w szczycie ich rozwoju. Nasi barceloniści i madridiści wynieśli jednak zjawisko na inny poziom. To zawsze czujni uczestnicy świętej wojny, podejrzliwie łypiący na wszystkich zabierających głos w kwestiach związanych z rywalizacją w El Clásico. Rozpaleni nadwrażliwcy, których uczucia religijne można urazić jednym nieostrożnym słowem. W swoim zapamiętaniu tym bardziej niezwykli, że wojują z oddali. Nie urodzili się w tym sporze, nie odziedziczyli go, lecz nabyli. Nie są tubylcami, lecz imigrantami.

Marzyliby o tak nawiedzonych klientach marketingowcy Bayernu, Paris Saint Germain, Juventusu czy Chelsea. Marzyliby, bo skrajne zaangażowanie fanów przekłada się na twardą walutę. Jak teraz, gdy Real Madryt i FC Barcelona znów królują w nie tylko hiszpańskich mediach, choć od kilkunastu dni nie rozegrały meczu ani nie sfinalizowały żadnego transferu, a do El Clásico daleko. Oba te kluby nie tyle się bogacą, ile się bogacą w kosmicznym tempie. U schyłku poprzedniego stulecia błąkały się w połowie lub na końcu czołowej dziesiątki finansowego rankingu Deloitte Football Money League, od 2005 roku właściwie nie spadają z podium, najczęściej wymieniając się na pozycjach lidera oraz wicelidera. Sezon w sezon ich przychody puchną o kilkadziesiąt milionów euro, w skali dekady to wzrosty sięgające stu procent. W XX wieku nie zbliżyły się do 100 mln, teraz w połowie drugiej dekady XXI wieku dobiły do pół miliarda. Jako biznesowe korporacje w tym górują nad korporacjami działającymi w wielu innych branżach – choć wciąż zarabiają mniej – że wyhodowali klientów wiernych marce dozgonnie, którzy w sklepie z gadżetami albo przed telewizorami nie podejmują decyzji konsumenckich, lecz odprawiają msze. A między meczami są niezmordowanymi bojownikami o nieskalany wizerunek barw, którym służą. Sen na jawie każdego prezesa globalnej korporacji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Archiwum
Tagi