Wpisy z tagiem: Zbigniew Boniek

poniedziałek, 09 września 2013

Ładna zaleta piłkarza może być zarazem brzydką cechą prezesa. Napisałem o niej czołówkę sportu w dzisiejszej „Gazecie”, przeczytacie ją tutaj, leży płatną ścianą.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Prezes PZPN 2 stycznia bieżącego roku: „Proszę mi wierzyć, nie ma w nich [racach] nic niebezpiecznego. Na moim sylwestrze wnuki w wieku sześciu i ośmiu lat z tym urzędowały. Nic nikomu się nie stało”

Prezes PZPN 21 stycznia: „Nie uważam, aby pirotechnika, czyli używanie rac, flar, petard, świec dymnych była koniecznym elementem widowiska piłkarskiego. Można doskonale oglądać mecz bez tego rodzaju atrakcji. Ale niemal na każdym stadionie kibice ich używają. Są niebezpieczne, dym unoszący się nad boiskiem zasłania widok, zdarza się, jak ostatnio w Poznaniu na spotkaniu Lecha ze Śląskiem, że sędzia zmuszony jest przerwać grę”.

Prezes PZPN po kwietniowym finale Pucharu Polski: „Dla mnie kibice byli fantastyczni i tyle. Co zrobili np. ci z Legii? Race? Najbardziej nie lubię hipokryzji. Nagle na meczu odpalono sto rac i wszyscy się dziwimy, choć pojawiają się bardzo często”.

Prezes PZPN po majowym meczu ligowym Pogoni z Legią: „Mnie te race zupełnie nie przeszkadzają. Słyszę jak wszyscy się mądrują na ich temat, ale to bzdura, że są zakazane”.

Prezes PZPN wczoraj w TVN24, komentując czwartkowe kwalifikacje Ligi Europejskiej: „Mecz Śląska w Brugii był kapitalny, ale nagle na trybunach zajmowanych przez wrocławian zaczęły płonąć jakieś ogniska. Nigdzie na świecie już się tak nie robi, no to po prostu wsią pachnie”.

Ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Byłem ostatnio poza siecią, ale wplotłem się ponownie i niebawem wrócę do intensywniejszego blogowania, na razie załączam dwa drobiazgi zza płatnej ściany. Mój tekst z dzisiejszej „Gazety” o zamulaniu dyskusji o selekcjonerze (i w ogóle naszej kadrze) przeczytacie tutaj. I poprzestałbym na tym linku, gdyby nie wywiad dany przez Zbigniewa Bońka – aż żałuję, że pisałem swój kawałek przed jego lekturą, wkomponowuje się w zjawisko idealnie. Zresztą sami kliknijcie – tutaj.

poniedziałek, 20 maja 2013

Przyćmili wszystkich ludzi polskiej piłki stacjonujących w kraju, więc nie było ucieczki, musiałem w końcu docenić ich felietonowo. Tekst z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj. Leży za płatną ścianą.

czwartek, 28 marca 2013

Z góry błagam o przebaczenie lub litościwy wymiar kary, wiem, że tematu reprezentacji Polski dłużej ciągnąć nie wypada, że nastał czas masowego przechodzenia kibiców na stronę San Marino, że coraz więcej obywateli zadaje sobie politycznie niepoprawne pytanie, czy łączy ich z polskimi piłkarzami cokolwiek ponad posługiwanie się tym samym językiem. Niniejszy wpis ośmielam się popełnić z jednego powodu – przygnębiająca wyrwa w sezonie dla drużyn narodowych się skończyła, zaraz ożywią nas drużyny klubowe, nadciągają przyjemne ponad dwa miesiące bez boleści w kolorach biało-czerwonych. To na długo ostatni raz.

Sytuację kadry na półmetku mundialowych eliminacji podsumowałbym tak:

1) popisy piłkarzy podczas Euro 2012 nas nie satysfakcjonowały, tymczasem dziś piłkarze wyglądają jeszcze słabiej, pouwijać się z sensem nie potrafią nawet przez osławione 30 minut;

2) piłkarze grają nie tylko jeszcze słabiej, ale również coraz słabiej, seria trzech kolejnych porażek (1:3 z Urugwajem, 0:2 z Irlandią, 1:3 z Ukrainą) nie przytrafiła się kadrze od schyłku kadencji Beenhakkera;

3) u trenera Fornalika najbardziej rzuca się w oczy, że usiłuje nie zająć stanowiska w żadnej sprawie, nadal nie mam pojęcia, jaką drużynę zamierza skonstruować i ile mu jeszcze brakuje.

Nie wykluczam, że się mylę, nie dostrzegam subtelnych oznak postępu, zatruty notorycznymi klęskami nie umiem zauważyć, że dzieje się coś dobrego. Dlatego z łapczywą ciekawością chwyciłem dzisiejszą „Rzeczypospolitą”, w której obszernie wypowiedział się Zbigniew Boniek.

Niestety, z ponad 17 tys. znaków nie wyłowimy merytorycznej – pozytywnej bądź negatywnej – oceny selekcjonera. Jest za to kuriozalny passus, który właściwie czyni tę posadę nieistotną, może wręcz zbędną: Dziś, gdyby tu przyszedł Fabio Capello, to potrenowałby kadrę dwa razy i powiedział: „Wiesz co Zbyszek? Goń się, ty i ta cała reprezentacja. Tu nie ma dobrych piłkarzy”. Capello kiedyś powiedział mi jedną mądrą rzecz. „Wiesz w czym jest moja siła? W tym, że nigdy nie wybrałem złej drużyny do trenowania”. Szedł do klubów, w których miał dobrych piłkarzy, albo mógł kupić kogo chciał. A Mourinho jakbym wziął i dał kilka milionów euro rocznie? Ale by się dziennikarze cieszyli. Każdy by sobie zrobił po dwa wywiady, wymienił się esemesami. A kadra zagrałaby dobrze półtora meczu i potem wróciła do starych nawyków.

Bezmyślne „nawet Mourinho by nie pomógł” albo „nawet Capello by nie pomógł” albo „nawet Guardiola by nie pomógł” to już fraza obowiązkowa w nadwiślańskiej paplaninie o trenerach, co chwilę ją słyszę, choć kompletnie nic nie wnosi, co najwyżej sprowadza dyskusję do absurdu. Boniek proponuje ją zamiast jakiegokolwiek konkretu o selekcjonerze, nie zdobywa się na choć jedną, najdrobniejszą refleksję podpowiadającą, dlaczego Fornalik powinien odejść lub zostać. Co najwyżej jeszcze uprzykrza mu życie, bo ani go nie zwalnia, ani nie daje mu wsparcia.

Natychmiast po przywołanym cytacie prezes PZPN przedryblowuje jednak samego siebie, beztrosko rzucając: Dobry trener potrafi dodać drużynie wigoru. Nasi piłkarze na razie grają na 40 procent możliwości. Bo jakby grali na 100, to kto jest w tej grupie mocniejszy od nich? Ja nie widzę.

Znacie te komunały, wygłaszane przez ligowców już zdawkowo, by wypełnić watą ciszę przed mikrofonem – o „derbach rządzących się własnymi prawami” lub „meczach pucharowych rządzących się własnymi prawami”? Ja coraz częściej myślę, wiedziony również rzuconą niegdyś na blogowym forum uwagą o programowym antyintelektualizmie naszej piłki, że własnymi prawami rządzi się w polskim futbolu przede wszystkim logika.

poniedziałek, 25 marca 2013

Niewiele. Właściwie wcale go nie ma. Musi postanowić już. Dotąd odpowiedzialności nie ponosił, brylował z wygodnym „odziedziczyłem po poprzedniku”. Za każdy następny mecz po wtorkowym z San Marino odpowiada już on. Albo uważa, że Fornalik rokuje i „ja, prezes, na niego stawiam”, albo za parę chwil przedstawia nowego stratega - z misją Euro 2016, choć bez poddawania kwalifikacji mundialu 2014. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” (leży za ścianą płaczu) przeczytacie tutaj.

wtorek, 19 marca 2013

„Jako prezes PZPN chcę mieć w reprezentacji Polski tych, którzy mówią po polsku. Bo nikt nie jest Polakiem, jeśli nie mówi po polsku. Natomiast prawo nie działa wstecz, w związku z czym Obraniak, Perquis i inni nie będą temu podlegali. Dzisiaj już nie ma takiej możliwości, żeby do reprezentacji przyszedł grać zawodnik, który nie mówi w naszym języku” – powiedział dziś w TVN24 Zbigniew Boniek.

Głos na ten temat zabrał nie po raz pierwszy, można wyczuć, że to jego konik, aż się prosi, by szef PZPN wreszcie doprecyzował.

O jakim „prawie” mówi, skoro FIFA w zasadach regulujących powoływanie piłkarzy o kwestii językowej się nie zająknęła?

Co to znaczy, że „nie ma już możliwości”, by werbować do kadry obcojęzycznych, skoro za werbunek odpowiada selekcjoner, a nie prezes związku?

Jak Boniek zareaguje, jeśli Waldemar Fornalik – lub jego następca – obcojęzycznego powoła?

A może Fornalik dostał od zwierzchnika wyraźne polecenie? Czy w takim razie dostał jeszcze inne polecenia ograniczające jego selekcjonerskie kompetencje? Czyżby Zibi nadal rozpamiętywał własne trenerskie niepowodzenie i doszedł do wniosku, że zabrakło mu wówczas wsparcia prezesa PZPN?

Kto i wedle jakich kryterów będzie oceniał, czy kandydat na reprezentanta kraju mówi po polsku? Tutaj raczej nie obowiązuje system zerojedynkowy, między „zna język” a „nie zna języka” usłyszymy mnóstwo tonów pośrednich, dotyczy to zwłaszcza ludzi z pogranicza światów, jak emigranci lub potomkowie emigrantów, ale niekiedy również osobników urokliwie swojskich w obejściu, jak poprzedni trener kadry czy poprzedni szef PZPN.

Nieznajomość języka „urzędowego” w szatni oczywiście musi utrudniać integrację, nie bez powodu nawet kluby zabiegają, by nie dzieliła się na różnobrzmiące podgrupy. Gdybym był selekcjonerem, ewentualną obcojęzyczność potencjalnego kadrowicza traktowałbym pewnie jako znaczącą wadę. Nie lubiłem też namolnego nagabywania zagranicznych piłkarzy z polskimi korzeniami, graniczącego niekiedy z emocjonalnym szantażem – jak w przypadku Roberta Acquafreski, który nade wszystko nie chciał wyrządzić nikomu przykrości, miotał się między swoją włoskością a entuzjazmem dla polskich barw mamy, z domu Murkowskiej.

W tamten „transfer” intensywnie angażował się Boniek, zachęcając młodego napastnika do służby dla biało-czerwonych. Napastnika, z którym próbowałem swego czasu porozmawiać po naszemu, ale już po kilku zdaniach musieliśmy przejść na włoski. Wtedy jeszcze Zibi nie rozumiał, że „nikt nie jest Polakiem, jeśli nie mówi po polsku”?

poniedziałek, 29 października 2012

PZPN, Zbigniew Boniek

Kiedy nasi wielcy piłkarze schodzą z boiska, karleją. Wyprzedają legendę za gruby szmal – jak kuriozalny eksprezes Lato, pajacują w mediach – jak Tomaszewski, nie dochrapują się znaczących funkcji – jak inni superbohaterowie medalowych mundiali, wyjąwszy Deynę, który zasłużyć się nie zdążył, bo młodo i na emigracji zginął w wypadku.

I Boniek po rzuceniu sportu zajmował się nade wszystko robieniem dobrego wrażenia. Teraz staje przed szansą, by zostać pierwszym polskim wybitnym piłkarzem, który przeobraził się w wybitnego działacza. Jego wyborczy triumf przyjęto ze zdumiewającym entuzjazmem, zwłaszcza ludzie oddaleni od futbolowej rzeczywistości żyją w przekonaniu, że będzie leczył samym dotykiem, choć choroby zdiagnozować w zasadzie nie umieją. Nie mówią, co właściwie sławny „Zibi” ma zrobić, słychać głównie zwyczajowe komunały o „kruszeniu betonu”.

Gdybym sam miał hierarchizować zadania prezesa, ich ogromną większość odsunąłbym jako drugorzędne.

Średnio mnie interesuje, gdzie działacze ulokują siedzibę, jaką pensję dla prezesa uchwalą, czy będą zmieniać wizerunek, gdzie zorganizują mecze reprezentacji, ile komu porozdają biletów, a ile zarobi na interesach z nimi handlująca prawami telewizyjnymi Sportfive. To sprawy ważne lub ważniejsze, ale znaczenie naprawdę doniosłe ma jedna – zbanalizowana deklamowanym przez lata komunałem o „szkoleniu młodzieży”.

Za powtarzanym bezrefleksyjnie sloganem kryje się precyzyjny cel wpływający na życie dziesiątek tysięcy ludzi, którzy podejmują decyzję, by poświęcić je wyczynowemu uprawianiu futbolu. Dziś mamy niemal pewność, że zostaną wyedukowani na graczy niezdolnych do konkurowania na międzynarodowym rynku pracy pod każdym względem – technicznym, taktycznym, fizycznym, mentalnym. Jutro musimy mieć niemal pewność, że talent nie zostanie zmarnowany, że nie zabijemy piłkarza w piłkarzu, jeszcze zanim wydorośleje.

Do osiągnięcia precyzyjnego celu prowadzi precyzyjnie wytyczona droga. Trzypasmowa. Jej budowa to najważniejsza misja nowego prezesa.

Po pierwsze, PZPN musi rygorystycznymi przepisami licencyjnymi skłonić kluby (nie tylko należące do tzw. ekstraklasy) do sumiennego prowadzenia rozbudowanych, obejmujących wszystkie kategorie wiekowe akademii dla młodzieży. Po drugie, musi wyselekcjonowanych młodych wciągnąć w tryby centralnego szkolenia – nieważne, czy splagiatuje pomysły hiszpańskie, niemieckie, holenderskie lub francuskie, czy pożyczy drobiazgi od wszystkich, byle powstał system spójny i efektywny. Po trzecie, PZPN musi zastąpić archaiczną, wyszydzaną przez absolwentów szkołę trenera przy AWF w nowoczesny uniwersytet, wypuszczający nauczycieli tak wykształconych, by ci od juniorów nie zabijali piłkarza w piłkarzu, a ci od seniorów wchłonęli wiedzę niezbędną do rywalizacji na poziomie międzynarodowym. (Może nawiązać współpracę z Coverciano, sławną włoską fabryką trenerów, oddaloną niespełna 300 km od rzymskiego domu Bońka?).

W nowym prezesie widziałbym wariację ministra edukacji, którego misja polega na dbaniu o poziom szkół zarówno państwowych, jak i prywatnych, by wychowywały absolwentów o kompetencjach adekwatnych do wymagań rynku pracy. To nie zadanie dla urzędnika, lecz niemal wizjonera, bowiem wymierne efekty przyjdą w następnym pokoleniu. Ale to również obowiązek przywódcy, który odniósł spektakularny wyborczy triumf, samodzielnie dobrał sobie przybocznych, cieszy się kolosalnym zaufaniem opinii publicznej.

Nowego szefa PZPN wciąż pamiętam jako sportowca imponującego ambicją, pasją i bezkompromisowością, dla którego zwycięstwo zdawało się kwestią honoru. Marzy mi się, by Boniek prezes potraktował nowe wyzwanie w stylu Bońka piłkarza – jak sprawę osobistą.

sobota, 27 października 2012

Zbigniew Boniek, PZPN

Gdyby powodzenie polskiej piłki nożnej zależało od sportowej klasy prezesa PZPN, zaraz bronilibyśmy mistrzostwa świata. Rządził król strzelców mundialu Grzegorz Lato, porządzi nasz najsłynniejszy gracz Zbigniew Boniek. To się nie zdarza niemal nigdzie.

Wizerunkowo związek z ligi okręgowej przeskoczył do ekstraklasy. Szefa przynoszącego wstyd przy każdym wystawieniu go na widok publiczny zdetronizował celebryta, który kumpluje się z samym prezesem UEFA Michelem Platinim. Szefa nieznającego biegle żadnego języka zastąpił salonowiec mieszkający od ćwierćwiecza w Rzymie, popularny także we włoskich telewizyjnych show. Szefa wyszydzanego i zarazem nienawidzonego przez kibiców – bohater tłumów, bezdyskusyjny lider przedwyborczych internetowych sond.

Futbolowi działacze, znani ze swojej betonowej trwałości poglądów, dojrzeli do zmian? Zainspirowała ich dodatkowo rewolucja technologiczna (używali maszynek do głosowania z kolorowymi przyciskami, co poważnie zdestabilizowało przebieg obrad)? Bońkowy powab skłania raczej do postawienia hipotezy, że zwyczajnie mieli dość. Przez lata zdawali się na krytykę impregnowani, ale ostatnio robiło się coraz duszniej. Wrogość ludu, w naszych rozinternetyzowanych czasach namacalna jak pejcz, narastała. Nawet szeregowi pracownicy centralnego i regionalnych związków skarżyli się, że odstraszają samym ujawnieniem miejsca zatrudnienia, sponsorzy brzydzili się kontaktu z piłką nożną nawet na poziomie lokalnym. PZPN stał się chyba najwstrętniejszą dla opinii publiczną polską instytucją, choć konkurencję ma bardzo mocną.

Było nieprzyjemnie, robiło się też, z powodu owej niechęci świata biznesu, niebezpiecznie finansowo. Z Bońkiem PZPN z dnia na dzień zyskuje przyjazną, dającą nadzieję twarz. Nawet politycy, i to politycy z pułapów Grzegorza Schetyny, go lubią.

Były gwiazdor Juventusu Turyn zmądrzał jako polityk. Za czasów swojej wiceprezesury przed dekadą nie ukrywał pogardy dla działaczy, teraz złagodniał, przemawiał albo koncyliacyjnie, albo starając się szarpnąć za emocje głosujących.

Przekonał ich, tak jak zdołał przez lata utrzymać sympatię fanów, choć po zejściu z boiska znacząco się od środowiska nie różnił. Ani jako zarządca w Widzewie (bez sukcesów), ani postawą etyczną (kręcił w imię interesu łódzkiego klubu), ani jako selekcjoner reprezentacji (zdezerterował po kilku nieudanych miesiącach), ani jako trener (pasmo klęsk we włoskich klubach).

Ale jako wiceprezes PZPN swoje zasługi miał. I od dawna marzył, by zajść jeszcze wyżej, na sam związkowy szczyt. Wtargnął tam niespodziewanie, po dryblingu jak z boiska. Odniósł największy sukces po zakończeniu kariery zawodnika.

Najpierw, w przedwyborczym wystąpieniu, sporo mówił o szkoleniu młodzieży. Wyjaśniał nawet, dlaczego jego zdaniem nadwiślański system edukacji kształci wyroby piłkarzopodobne – graczy bez właściwości, którzy więdną, zanim rozkwitną. To fundamentalny problem naszego futbolu, wszystkie inne kurczą się przy nim do problemików.

Jeśli Boniek go rozwiąże, jeśli nie skupi się wyłącznie na fetyszu działaczy, czyli „naprawianiu wizerunku PZPN”, wybuduje sobie pomnik największy. Jako gracz, choć sławą przysłania wszystkich, ma konkurentów – trochę wirtuozów się jednak dochowaliśmy. Niestety, wszyscy giganci boiska, to już u nas tradycja, poza boiskiem maleli. Dlatego po ozdobieniu wielkiej kariery przełomową prezesurą Boniek rywalom ucieknie – stanie się największą osobistością w dziejach polskiego futbolu.

Archiwum
Tagi