Wpisy z tagiem: Niemcy

poniedziałek, 13 października 2014

Sprowadzili ich tam w sobotę polscy piłkarze, oczywiście tylko na chwilę. Mój pomeczowy felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:21, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
sobota, 11 października 2014

Gdyby polscy piłkarze zatrzymali dzisiaj mistrzów świata, rozwialiby resztkę wątpliwości – bieżący rok byłby najwspanialszym w polskim sporcie od upadku komuny.

Generalnie kibic dyscyplin wszelakich mógł się w minionych miesiącach przyzwyczaić, że nasi atleci biją Niemców, jak chcą. Siatkarze zwyciężyli w półfinale mundialu. Koszykarze – dwukrotnie w eliminacjach mistrzostw Europy. Piłkarze ręczni – również dwukrotnie w eliminacjach MŚ. Pięć meczów o stawkę, pięć wygranych. Nawiasem mówiąc, do wszystkich natchnęli Polaków selekcjonerzy zagraniczni. Futbol jest ostatnią dyscypliną, która importowi się opiera, choć prawdopodobnie najbardziej go potrzebuje.

Im efektowniej rozkwita cały nasz sport, tym koszmarniej wygląda na jego tle piłka nożna. Dyscyplina ukochana, a zarazem kaleka, w społecznym odczuciu utożsamiana ze szwindlem, zaściankową mentalnością i niekompetencją, klęską jako stanem naturalnym.

Teoretycznie powinniśmy zacierać ręce, że Polacy zderzą się z Niemcami akurat teraz. Ze wszystkich piłkarzy przez rywali właśnie utraconych – bo pokończyli reprezentacyjne kariery lub się leczą – być może zestawiliby jedenastkę nawet silniejszą od tej, którą ujrzymy na Stadionie Narodowym. My natomiast doczekaliśmy się nie tylko najwybitniejszego solisty po 1989 roku (w Robercie Lewandowskim), ale też naprawdę zdolnego pokolenia. Reprezentację tworzą wyczynowcy – niekiedy wychowani poza krajem, zniesienie granic w Europie bardzo tu pomaga – cenieni w renomowanych firmach zagranicznych, którzy nie więdną, jak poprzednicy, od wielomiesięcznej bezczynności w fotelach rezerwowych. Ba, jedynym na boisku piłkarzem sfrustrowanym beznadziejną sytuacją w swoim klubie będzie dziś Niemiec! Łukasz Podolski nie wystąpił w tym sezonie w podstawowym składzie Arsenalu ani w lidze angielskiej, ani w Lidze Mistrzów. Słowem, Słowacy, którzy w czwartek do upadłego walczyli z Hiszpanią i zdołali ją sensacyjnie pokonać, wcale nie przebierają w bogatszych zasobach ludzkich.

A jednak przed dzisiejszym wieczorem albo wypatrujemy nieuchronnej klęski, albo odwołujemy się do argumentów irracjonalnych. Że październik to miesiąc dla polskiej piłki szczęśliwy, że piłka to gra przypadku, że raz na wieczność gola strzeli nawet kij od szczotki, a my musieliśmy znieść już 18 meczów z Niemcami bez zwycięstwa.

Nie mieści nam się w głowach, że może być dobrze, bo Polacy nie rozegrali w pełni satysfakcjonującego meczu od remisu z Rosją podczas Euro 2012. Bo pamiętamy, że kiedy ostatnio podejmowali na Narodowym niebezpiecznego przeciwnika – Ukrainę wiosną minionego roku – to już w siódmej minucie przegrywali 0:2. Bo już zapomnieliśmy, kiedy kogokolwiek niebezpiecznego pokonali. Bo obu ostatnich selekcjonerów – Waldemara Fornalika i Adama Nawałkę – PZPN wynajmował wbrew opinii publicznej, bo nie słyszeliśmy, by kadrowicze kiedykolwiek publicznie sławili ich kompetencje, bo nasza reprezentacja jest prawdopodobnie jedyną na kontynencie, którą kieruje już drugi z rzędu trener bez jakiegokolwiek trofeum w dorobku. Pobojowisko.

Na to wszystko nakłada się historia. W meczach o stawkę gola Niemcom wbił tylko – w 1971 roku Robert Gadocha, przez następnych 513 minut gry ich bramki Polacy już nie dotknęli. I pozostajemy jedyną na świecie parą sąsiednich państw, które mierzyły się w piłkę tak często, a jedna ze stron nie zdołała uciułać choć jednego zwycięstwa. Jeśli już jednak musimy zadręczać się wspomnieniami, to warto zauważyć, że nasi nigdy meczu Niemcom w zawstydzającym stylu nie oddali, nigdy też nie ponieśli wysokiej porażki. Przeciwnie, nawet w minionych latach stawiali zacięty opór – w ostatnim sparingu sekundy dzieliły ich od triumfu (2:2 jesienią 2011 roku), na MŚ 2006 sekundy dzieliły ich od remisu (gol Neuville’a w 92. minucie).

Teraz piłkarze Nawałki w pewnym sensie wyjdą na boisko w komforcie. Nikt już niczego od nich nie wymaga, każdy gol będzie sukcesem, remis – sensacją nie z tej ziemi, zwycięstwo – wydarzeniem epokowym podsumowującym fantastyczny rok – z bezprecedensowo złotymi igrzyskami zimowymi, bezprecedensowymi triumfami kolarzy na Tour de France i MŚ, z wypatrywanym od 40 lat mistrzostwem świata siatkarzy. Jeśli przyjemność sprawiliby kibicom jeszcze piłkarze, przeżylibyśmy czas, jakiego po upadku komuny nie było.

A nasz futbol gra nie tylko o awans na Euro 2016, ale również o odzyskanie minimum szacunku i sympatii. Punkty punktami, można je odbierać także innym eliminacyjnym rywalom. Nie ma jednak lepszej okazji niż z Niemcami, żeby piłkarska reprezentacja przestała uchodzić za wrzód na ciele całego polskiego sportu.

piątek, 10 października 2014

Niemcy jako klęska żywiołowa

Z mlekiem matki Polki wysysamy wiedzę, że niemieccy piłkarze dręczą naszych przy – dosłownie – każdej nadarzającej się okazji, ale zarazem często racjonalizujemy sobie ich krwiożercze skłonności, uspokajając się, że wcale nie torturują naszych ze szczególnym okrucieństwem, że Niemcy generalnie zawsze i wszędzie tłuką wszystkich, może nawet – trzeba by dokładniejszych badań terenowych – jeszcze nigdy z nikim nie przegrali żadnego meczu. Niestety, tkwimy w grubym błędzie, nawet pobieżne oględziny dorobku aktualnych mistrzów świata prowadzą do odkrycia, że jest wręcz przeciwnie.

Spojrzałem na ich globalne bilanse gier z futbolowymi supermocarstwami i natychmiast mi zmaleli. Brazylia? Ledwie 5 zwycięstw przy aż 12 klęskach. Argentyna? Też ujemnie, stuknęli ją 8 razy, sami oberwali aż 10. Z Włochami już kompletna katastrofa, przegrywają dwukrotnie częściej, niż wygrywają, na minus wychodzą też w starciach z Francją czy pozującą na potęgę Anglią, tylko z Hiszpanią zdołali wyścibolić plusik – naprawdę minimalny, krążą raczej wokół remisu. Sprawdziłem też, jak traktowali przeciwników, na których wpadali tak często lub prawie tak często jak na Polskę, usiłowałem wytropić kogokolwiek innego, kto pomimo intensywnych starań również nigdy Niemców zadrasnął, wysilałem się oczywiście na próżno, nasi wredni sąsiedzi pozwolili się skopać i Bułgarom (trzykrotnie!), i Rumunom, i Belgom, i Duńczykom (ośmiokrotnie), i Finom, i północnym Irlandczykom oraz Walijczykom, ba, zagapili się nawet swego czasu w meczu z maleńkim Luksemburgiem. Tylko naszym nie okazali łaski nigdy, nie oddali choćby najbłahszego sparingu, tutaj naprawdę nie może być żadnych wątpliwości – oni na Polskę zasadzają się specjalnie.

***

Być może powinienem pododawać felietonowo otuchy, przekonując siebie i czytelników, że zderzamy się z teutońskimi ciemiężycielami w idealnym momencie. Przywołać kliszę o zrelaksowanym mistrzu, który musi się wielkim triumfem – tu: czwartym złotem mundialu – nacieszyć, zanim ponownie uruchomi tryb wytężonej pracy; o przerżniętym we wrześniu sparingu z Argentyną, który tezę o domniemanym odprężeniu w niemieckiej szatni potwierdzał; o rozstaniu z reprezentacją małego tłumu jej ikon, od kapitana Philippa Lahma po goleadora Miroslava Klose; o długiej liście niemieckich kontuzjowanych; o wyjątkowej, mam nadzieję, mobilizacji polskich piłkarzy, którzy w sobotę na Narodowym staną przed szansą na przejście do historii, podczas gdy rywale wyjdą na byle meczyk do odbębnienia. Niestety, palce wystukiwać straceńczych zaklęć nie chcą, wątlejsze psychicznie jednostki niech czym prędzej odrzucą ten tekst, nadziei nie ma, gdy myślę o Niemcach, umiem jedynie siać defetyzm.

Nie dość bowiem, że zawzięcie i stronniczo zasadzają się akurat na naszych, to jeszcze generalnie ich sparingowe roztargnienie znika, gdy poczują, że gra idzie o stawkę i jest konkretna robota do wykonania. Niemal wszystkie minusy w bilansach z potęgami zmieniają się na plusy, gdy tylko zawęzimy kryteria wyszukiwania do imprez rangi mistrzowskiej bądź rozgrywek niezbędnych, by do tych imprez awansować.

W kwalifikacjach do wielkich turniejów Niemcy nie przegrali od 2007 roku, w którym dali się zbić 0:3 Czechom – Czechom, naturalnie, naszym by na pewno szubrawcy nie odpuścili – z 30 ostatnich meczów eliminacji mistrzostw świata lub Europy wygrali aż 27, pozostałe trzy remisując, w dodatku ostatnio zremisowali w zbyt osobliwych okolicznościach, by miały się powtórzyć akurat na boisku reprezentacji Polski, czyli rywala służącego im za woreczek treningowy. Gdy mianowicie pruli po awans na ostatni mundial, wielobramkowo rozdeptując kolejnych przeciwników, przysnęli w końcówce meczu ze Szwecją – było rozluźniające 4:0, wieczór zdawał się rozstrzygnięty, Skandynawowie wyrównali w ostatnie pół godziny. A w kwalifikacjach do Euro 2012 wygrywali Niemcy WSZYSTKIE mecze. Słowem, jeśli zapomnieć im tamto nagłe szwedzkie odrętwienie, ich zwycięska eliminacyjna passa rozciąga się na 19 meczów, udekorowanych przytłaczającym stosunkiem bramkowym 66-13. Walka z Niemcami przypomina walkę z klęską żywiołową, możesz co najwyżej ograniczyć straty.

***

Polscy piłkarze wkraczają zatem w strefę mroku, kto się jeszcze nie poddał i nie zaczął błagać o litość, niech wie, że rywale wypadają imponująco nawet w porównaniu z niemieckimi reprezentacji starszych generacji – selekcjoner Joachim Löw wygrywa wyższy odsetek meczów niż jakikolwiek jego poprzednik, a półfinałowe 7:1 z Brazylią na mundialu skłoniło co śmielszych komentatorów do sugestii, iż najnowszy nationalmannschaft wolno obwołać najwspanialszym w dziejach.

Innym pewnie przewróciłoby się w głowach, ale w niemieckiej naturze akurat to nie leży, przeciwnie, nasi zachodni sąsiedzi zwyciężają zbyt regularnie, by podejrzewać ich o arogancję i lekceważenie jakiegokolwiek przeciwnika. Autor wydanej niedawno po polsku historii niemieckiego futbolu („Tor!”) nie może się nadziwić, że świat oskarża niekiedy o nadmierną butę piłkarzy, których nie stać byłoby na tak nieludzką systematyczność, gdyby cierpieli na manię wielkości i wychodzi na boisko przekonani, że mecz się wygra sam. Uli Hesse twierdzi wręcz, że jego rodacy zarozumialców nie tolerują, dlatego zadzierający nosa gracze są niezbyt popularni, nawet jeśli byli postaciami formatu Beckenbauera, Effenberga czy Matthäusa. Gdyby jakiś oporny czytelnik wciąż nie dał się przekonać, jeszcze jedna statystyka – sobotni rywale przez wszystkie dekady gry w eliminacjach MŚ przegrali ledwie dwa mecze. Każdej innej potędze zdarzają się głupie wpadki, im się nie zdarzają i basta.

***

Niemcy wylądują zatem w Warszawie wniebowzięci, natomiast gdybyśmy chcieli zhierarchizować wszystkie nasze reprezentacje, współczesną musielibyśmy umieścić prawdopodobnie na historycznym dnie. Odkąd zdemontowaliśmy komunizm – upłynęło już ćwierć wieku! – piłkarze tylko raz zdołali pokonać w meczu o stawkę rywala zaliczanego do ścisłej światowej czołówki, cud ten zdarzył się oczywiście jesienią 2006 roku, gdy natchnieni Polacy rozprawili się z Portugalią. Od tamtej pory staczają się z eliminacji na eliminacje, ewentualnie utrzymują haniebnie niski poziom, więc w tabelach lądują wyłącznie ponad San Marino i Mołdawią.

Kopią więc nasi w krajobrazie tzw. nędzy i rozpaczy, a czasem też w bardzo przykrym harmidrze, kibicom bowiem zdarza się dopingować rywali – jak w osławiony wieczór na Narodowym, gdy przyjechali nań amatorzy sanmaryńscy. Czytają też piłkarze w internetach, że lud z nich głównie szydzi, żadnego szacunku nie okazuje też selekcjonerom – to brzmi dumnie – Fornalikom i Nawałkom, kto wie, być może kadrowicze osiągnęli już w moment, w którym przyjazd na zgrupowanie kadry to bolesny obowiązek. Wygląda to wszystko nie tyle na idealny moment, by uderzyć na mistrzów świata, ile wybitnie niesprzyjający. Znaleźlibyśmy wszak mnóstwo powodów, żeby postawić przerażającą tezę, iż w sobotni wieczór spotkają się: niemiecka reprezentacja w fazie szczytowego rozkwitu, jakiego dawno nie przeżyła, z polską leżącą na dnie osadzonym niżej niż kiedykolwiek w całej swojej historii.

Archiwum
Tagi