|
sobota, 19 maja 2012
Obsadę ostateczne starcie w Lidze Mistrzów ma zdumiewającą. I dla gospodarzy z Monachium, i dla piłkarzy z Londynu jest ostatnią nadzieją na ocalenie sezonu. Zwieńczenie najważniejszych europejskich rozgrywek szlagierem El Clasico wydawało się nieuniknione, prognozowali je niemal wszyscy, od zaangażowanych emocjonalnie ekspertów po chłodno analizujących bukmacherów. Ale półfinały przebiegały sensacyjnie. Real Madryt został pobity przez Bayern po rzutach karnych, Barcelonę zatrzymała Chelsea. Najradykalniejsi w opiniach powiedzą, iż tegoroczna edycja Champions League wyłoniła finalistów skandalicznie wątłych, może wręcz niegodnych meczu o Puchar Europy. I to nie tylko dlatego, że obaj się wykrwawili - zdyskwalifikowani za kartki są David Alaba, Holger Badstuber, Luiz Gustavo (Bayern) oraz John Terry, Branislav Ivanovic, Raul Meireles, Ramires (Chelsea). Powątpiewać w ich klasę pomaga przede wszystkim chwiejna, znaczona bezlikiem wpadek forma oraz kiepskie wyniki w rozgrywkach krajowych. Londyńczycy skończyli ligę angielską na szóstym miejscu, więc mogą przelicytować wyczyn Liverpoolu, który w 2005 roku triumfował na kontynencie po zajęciu pozycji piątej w Premier League. Monachijczycy natomiast po raz drugi z rzędu oddali tytuł w Bundeslidze (co nie przytrafiło im się od połowy lat 90.), by następnie pozwolić się zrównać z murawą w finale Pucharu Niemiec. W obu przypadkach przećwiczyła ich Borussia Dortmund, której cała podstawowa jedenastka kosztowała mniej niż dowolny z najdroższych gwiazdorów Bayernu. Te wszystkie niepowodzenia sprawiają, że dla każdego z finalistów dzisiejsza porażka byłaby trudna do zniesienia. Monachijczycy w kolejnych w tym sezonie rozgrywkach utknęliby tuż przed samym szczytem, a właściciel londyńczyków Roman Abramowicz, opętany marzeniem o triumfie w LM, musiałby się pogodzić z sezonem (2012/2013), w którym jego drużyna w ogóle nie zostałaby do LM zaproszona. Czekałby ją czyściec Ligi Europejskiej. Dla potęg o wielkich aspiracjach opisane okoliczności oznaczają jedno - kryzys. Chelsea pozostaje ostatnią z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Wszystkie superdrużyny - od Realu i Barcelony po Milan i Manchester Utd - już je wzięły, londyńczycy mieli go w najlepszym razie na wyciągnięcie nóg. W 2005 roku odpadli w półfinale po klinczu z Liverpoolem, który przyniósł ledwie jednego gola, w dodatku uznanego niesłusznie. W półfinale 2007 r. - po remisie w dwumeczu z Liverpoolem i serii jedenastek; w finale 2008 r. - po remisie z Manchesterem i pudle z rzutu karnego Johna Terry'ego, który się przed strzałem pośliznął; w półfinale 2009 r. - po dwóch remisach z Barcą, sędziowskich kontrowersjach i golu straconym w doliczonym czasie gry. Właściwie ani razu nie przegrali, a jednak za każdym razem przegrywali. Gdybyśmy sporządzili ranking najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie zdobyli międzynarodowego trofeum klubowego, na jej szczycie stłoczyliby się bohaterowie Chelsea. Żadnego nie wzniósł John Terry, od sezonów należący do światowej czołówki środkowych obrońców, z finału wykluczony po szalonym wybryku w rewanżu z Barceloną (kopnął przeciwnika bez piłki). Nie wzniósł trofeum Frank Lampard, przez wiele sezonów sławiony jako wybitny pomocnik. Ani Didier Drogba, nienasycony snajper wagi superciężkiej. Ani Fernando Torres, przed wielomiesięczną zapaścią również snajper zabójczy. Jeszcze tylko jeden w Europie napastnik o porównywalnej reputacji - Zlatan Ibrahimović - też zwyciężał wyłącznie w rozgrywkach krajowych. Wymienieni to giganci wybierani w plebiscytach FIFA oraz „France Football” na najlepszych graczy na planecie. A przecież można w drużynie wskazać jeszcze innych tęskniących za ponadlokalnymi triumfami - rzadziej spoglądających z billboardów, lecz niedoścignionych w wypełnianiu zadań boiskowych. Jak bramkarz Petr Czech, lewy obrońca Ashley Cole, niezmordowany przed kontuzją pomocnik Michael Essien. Tak wielu tak wielkich, którzy wygrali tak niewiele, znajdziemy jeszcze chyba tylko w Monachium. O ile w rezerwie Chelsea siedzi Paulo Ferreira, który zwyciężył w LM w barwach innej drużyny, a wspomniany Torres ozłocił się przynajmniej w reprezentacji Hiszpanii, to w szatni Bayernu nie znajdziecie nikogo, kto wygrałby międzynarodowo cokolwiek. A wielu również trofeów już niemal dotykało. Zjawiskowi skrzydłowi Franck Ribery (Francja) i Arjen Robben (Holandia) ponosili porażki w finałach mundiali. Niemieckie gwiazdy Philipp Lahm, Bastian Schweinsteiger czy Gomez zakładali medale nie tylko na mistrzostwach świata, ale i na mistrzostwach Europy, ale nie złote. No i wszyscy wymienieni opuścili głowy po finale Champions League w 2010 roku... Tak, to będzie finał drużyn, którym zagląda w oczy kryzys, ale też wspaniałych atletów, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Zdeterminowanych tym bardziej, że nokautujące ciosy wielokrotnie kładły ich wtedy, gdy byli tuż przy celu. Finał powinien być wyładowany atrakcjami, bo dyskwalifikacje uziemiły głównie graczy defensywnych, a ci, którzy mogliby ich znakomicie zastąpić, zwłaszcza w Chelsea, wybiegną na boisko niedoleczeni. Nawet londyńczycy, tworzący najbardziej posiniaczoną drużynę nowożytnej ery w Champions League, wreszcie mają prawo do optymizmu. Mogą zakładać, że najwyższą barierę już sforsowali, że skoro uporali się z Barceloną, to nie ma powodu obawiać się Bayernu. Paradoks polega na tym, że również monachijczycy - po powaleniu bijącego strzeleckie rekordy wszech czasów Realu - mogą sądzić, iż zanosi się dzisiaj na wieczór lżejszy niż półfinałowe. Taki urok finałów sensacyjnych.
czwartek, 17 maja 2012
Jose Mourinho zakochał się na zabój w kulturze piłkarskiej angielskiej. Włochów, delikatnie opisując jego emocje, nie polubił, ale chętnie przyznaje, że to u nich najtrudniej przychodziło mu zwyciężać. Tłumaczył to klasą trenerów, dzięki której nawet słabsze drużyny Serie A są zaawansowane taktycznie i mecze z nimi wymagają specjalnych, skrupulatnych przygotowań, a potem uważnej postawy na boisku. Przywołuję akurat jego opinię, bo to w swoim fachu najwybitniejszy u progu XXI obieżyświat. Pracował z powodzeniem w Portugalii, Anglii, Włoszech oraz Hiszpanii, więc zebrał doświadczenia - w przeciwieństwie do Pepa Guardioli czy Aleksa Fergusona - pozwalające dokonywać miarodajnych porównań. Ale w kończącym się sezonie nawet bez przychylnej opinii Mourinho nie zdołalibyśmy podważyć wyjątkowej pozycji włoskich trenerów na arenie międzynarodowej. W sobotnim finale Ligi Mistrzów piłkarzy Chelsea poprowadzi Roberto di Matteo, który z zdobył już z nimi Puchar Anglii. Mistrzostwo angielskiej Premier League zdobył Roberto Mancini (Manchester City). Mistrzostwo Rosji zdobył Luciano Spalletti (Zenit St. Petersburg). Zdobył już po raz drugi. Wicemistrzostwo Francji zdobył Carlo Ancelotti (Paris Saint Germain). Jego zwierzchnicy chcieliby tytułu, ale Włoch i tak radzi sobie nieźle, wygrywał już Ligę Mistrzów (AC Milan) i angielską (Chelsea). Do trzeciej ligi angielskiej awansował Paolo Di Canio (Swindon Town). Wicemistrzostwo Zjednoczonych Emiratów Arabskich zdobył Walter Zenga (Al Nasr). I awansował do azjatyckiej Ligi Mistrzów. O podium ligi rumuńskiej walczy Dario Bonetti (Dinamo Bukareszt), który jesienią awansował z Zambią do Pucharu Narodów Afryki. Giovanni Trapattoni awansował natomiast jesienią do Euro 2012. Jako selekcjoner Irlandii. (Mistrzem Azji został jeszcze prowadzący Japonię Alberto Zaccheroni, ale to się działo wcześniej, na początku ubiegłego roku). Aha, mistrzostwo Włoch dwa tygodnie temu zdobył Antonio Conte (Juventus Turyn), co przypomina o osobliwości przytaczanej przeze mnie już na Facebooku - otóż odkąd przed 20 laty angielska First Division przepoczwarzyła się w angielską Premier League, ANI JEDEN angielski trener nie został futbolowym mistrzem Anglii. Tytuł brali: Szkot Alex Ferguson, Szkot Kenny Dalglish, Francuz Arsene Wenger, Portugalczyk Jose Mourinho i, rzecz jasna, Włosi: Ancelotti oraz Mancini. Może jednak do rozwodu z Fabiem Capellem doszło z winy Anglii?
środa, 16 maja 2012
Niby dawno go jako reprezentanta Polski skreśliłem, niby pogodziłem się, że dla kraju już nie zagra, ale... Mimo wszystko męczy mnie sprawa Mariusza Wlazłego. To potencjalnie najznakomitszy przedstawiciel polskich gier drużynowych. Marcin Gortat nie ośmieliłby się pewnie nawet marzyć o takiej pozycji w hierarchii koszykarskiej, jaką bełchatowski gwiazdor zajmuje w siatkarskiej. Ba, nawet bohater wiosny Robert Lewandowski ma nad sobą więcej futbolowych napastników niż Wlazły atakujących. Gdyby tenże Lewandowski - on przecież też bogaci się nie w reprezentacji Polski, lecz w klubie, w kadrze zyskuje się głównie chwałę czysto sportową - zrezygnował z udziału w Euro 2012, porzuciłby drużynę ze skromnymi szansami na choćby sukcesik. A Wlazły, który nie leci na igrzyska, traci realną szansę na olimpijski medal. Albo wręcz na dorównanie legendom Wagnera. Z przyjemnością oklaskujemy sukcesy biegaczki narciarskiej, młociarzy, kolarek czy innego chodziarza, ale ewentualne złoto siatkarzy w Londynie przyćmiłoby, jak przypuszczam, wszystko, co wydarzyło się w naszym sporcie po upadku komuny. Może nawet odloty Małysza. Siatkarze Andrei Anastasiego oczywiście nie są faworytami turnieju olimpijskiego, jeśli nie wyskaczą medalu, nikt sensacji nie ogłosi. Ale szanse mają, różnice w czołówce są nieznaczne, obecność najwydajniejszego polskiego bombardiera mogłaby, wobec mizerii na jego pozycji, przesądzić. Nie chcę wikłać się tutaj w zagmatwane niuanse trudnych relacji naszego czołowego siatkarza z kadrą, zdaję sobie sprawę, że może on mieć swoje racje, że z medialnego szumu informacyjnego kibice całej prawdy nie wyłowią. Jedno pozostaje jednak bezdyskusyjne - nawet teraz o jego powrót zabiegał raczej prezes PZPS Mirosław Przedpełski, Wlazły nie chwytał się każdego dostępnego sposobu, by za wszelką cenę dla Polski grać. Jeśli jemu nie wytkniemy braku sportowej ambicji, to komu?
poniedziałek, 14 maja 2012
Ostatnie sceny sezonu rozdygotały najbardziej lodowatych fanów, choć nie mnie, z przyczyn obiektywnych oglądałem je z odtworzenia. Manchester City zadał decydujące pchnięcia dopiero, gdy czasu nie miał już właściwie wcale, zaledwie 40 sekund dzieliło Manchester United od utrzymania panowania w Premier League, obaj pretendenci uzbierali w lidze angielskiej tyle samo punktów. Kiedy jednak przypominam sobie, co działo się na boiskach, to sądzę, że nowy mistrz wyglądał wyraźnie okazalej niż mistrz ustępujący. Wygrał oba bezpośrednie starcia, raz sąsiadów wręcz znokautował, był stabilniejszy i uniknął zawstydzających wpadek - u siebie pozostał niepokonany, na wyjazdach ponosił porażki jednobramkowo minimalne, i to zazwyczaj dopiero po golu traconym w samej końcówce - Arsenalowi ustąpił w 87. minucie, Swansea w 83., Sunderlandowi w 93., Chelsea w 82. Niewiele brakowało, by United obronili tytuł, ale nie tak wiele brakowało też, by City zdetronizowali ich jeszcze wcześniej. Podejrzewam, że bić się do końca musieli przede wszystkim z powodu wewnętrznych problemów - dezercji Carlosa Teveza oraz notorycznej niesubordynacji Mario Balotellego. Jeśli zgodzić się z trenerem Wernerem Liczką, że o sile drużyny stanowi jej kręgosłup, to mistrz Anglii może niebawem wyrosnąć na kolosa rzucającego wyzwanie Barcelonie i Realowi Madryt, moim zdaniem nadal najmocniejszym na kontynencie. Joe Hart to wśród angielskich bramkarzy niemal takie dziwo, jak dortmundzka święta trójca wśród polskich piłkarzy. O Vincencie Kompanym pisałem już, że widzę w nim największą znakomitość wśród graczy, którzy nie zdołali awansować na Euro 2012. Yaya Toure, bezapelacyjnie mój ulubiony wielkolud w futbolu, każdym meczem brutalniej zawstydza wszystkich, którzy kiedykolwiek ośmielali się posądzać go o zalety wyłącznie defensywne. Sergio Agüero rozwinął się na wyjątkowo dorodnego przedstawiciela gatunku specyficznie argentyńskiego - niskich, mocno trzymających pion, pracowitych rozrabiaków - którego od Teveza różni bardzo istotny drobiazg, czyli porządek we własnej głowie. Ten core jest naprawdę hard. Oni wraz z Davidem Silvą, przez wiele miesięcy najbardziej błyskotliwym graczem Premier League, tworzą rdzeń grupy, która w niedzielę ogłosiła, że obalanie zastanej hierarchii dopiero rozpoczyna. Arabscy właściciele zainwestowali w Manchester City miliard funtów, spychając na drugi plan Romana Abramowicza. Zastąpili go w roli tyleż egzotycznych, co biznesowo agresywnych bogaczy, którzy bezceremonialnie wtarabaniają się na cudze włości i usiłują zaprowadzić tam swoje rządy, nie pytając tubylców o zdanie. I na razie rozwijają firmę szybciej niż Rosjanin. Owszem, Chelsea odzyskała prymat w Anglii już dwa lata po przybyciu Abramowicza. Ale on przejmował uczestnika Ligi Mistrzów. Inwestorzy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przejęli klub będący dla sąsiadów z Manchesteru pośmiewiskiem, który ledwie kilka wcześniej wygramolił się z niższej ligi, by w najwyższej przeważnie bronić się przed spadkiem. Przejęli i jęli obserwować błyskawiczne postępy. Pierwszy sezon przyniósł tylko dziesiąte miejsce w Premier League. Drugi sezon - piąte miejsce oraz półfinał Pucharu Ligi Angielskiej, niewidziany w City od 1981 roku. Trzeci sezon - skok na podium oraz triumf w Pucharze Anglii, czyli pierwsze trofeum od 1976 roku. I wreszcie czwarty sezon - mistrzostwo kraju, pierwsze od 1968 roku. Teraz ruszą w kolejną podróż po Lidze Mistrzów. W europejskich rozgrywkach też znaczyli niewiele, do finału jedyny raz zajrzeli w 1970 roku, kiedy Puchar Zdobywców Pucharów wzięli po zwycięstwie nad Górnikiem Zabrze. Fani i piłkarze City są w siódmym niebie, dla konkurentów niemal z dnia na dzień stali się piekielnie antypatyczni - wszyscy zazdroszczą im fortuny, która spłynęła na nich rzecz jasna niezasłużenie. Ohyda. Paradoks polega na tym, że w dzisiejszym, zdominowanym przez korporacje futbolu chyba tylko szejkowie lub osobnicy szejkopodobni są w stanie naruszyć ustaloną hierarchię, którą UEFA próbuje jeszcze utrwalić przez wprowadzenie finansowego fair play. Mozolna praca u podstaw może przynieść sukces w krótszej perspektywie, w dłuższej sprowokuje raczej do splądrowania szatni przez zamożniejszych rywali. Szatni opłacanych przez arabskich bonzów nikt nie tknie. A oni idą ławą. Już wiemy, że w następnej Lidze Mistrzów spróbują polansować się nie tylko właściciele Manchesteru City, ale również właściciele Paris Saint Germain i Malagi.
niedziela, 13 maja 2012
W ostatnią niedzielę było nostalgicznie. Serie A żegnała tłum żywych posągów. Multimedalistów, którzy wygrywali i mundial, i Ligę Mistrzów. Włoskiemu futbolowi zwłaszcza ostatnio można wytknąć wiele przywar, ale zasłużonych graczy potrafią tam czcić jak mało kto. Kiedy dziesięć dni temu przez spektakularną wpadkę Gianluigiego Buffona turyńczycy zgubili punkty w meczu z Lecce i zdjął ich niepokój, że nie utrzymają pozycji lidera, w obronę wzięli pechowca wszyscy. Bramkarze się solidaryzowali, kibice pocieszali, komentatorzy przypominali, ile osiągnął. Prawdziwym mistrzom, weteranom wielu kampanii, należy się bezwarunkowy szacunek. Ale Buffon (34 lata) na szacunek zasługuje nie tylko ze względu na przeszłość. On w tym sezonie wreszcie bronił tak, jakby zatęsknił za chwałą najwybitniejszego bramkarza świata. Po mundialu jego kariera zdawała się zagrożona, ale jeszcze raz wrócił. I został jednym z bohaterów sezonu. Kiedy za obrońcami stoi szef o jego charyzmie, łatwo zrozumieć, dlaczego Juventus stracił w Serie A ledwie 20 goli, najmniej w czołowych ligach europejskich. A kiedy przed nimi stoi wirtuoz formatu Andrei Pirlo (33 lata), łatwo zrozumieć, dlaczego turyńczycy odzyskali tytuł. Włoch został odtrącony już po raz drugi w karierze i ci, którzy go odtrącili, znów mają powody żałować. Jak kiedyś szefowie Interu oglądali go triumfującego z sąsiadami z San Siro, tak teraz szefowie Milanu patrzyli, jak spaja i organizuje manewry Juventusu, by odebrać im prymat w lidze. Tylko Pirlo obronił w tym sezonie mistrzostwo Włoch. To jeden z tych bezcennych rasowych rozgrywających, którzy czynią kolegów z drużyny lepszymi piłkarzami. W Turynie inspirował grupę zwartą, wściekle drapieżną, kondycyjnie niezniszczalną, lecz pozbawioną gwiazd na skalę europejską - pomimo wspaniale rokujących Arturo Vidala czy Claudia Marchisia, oni dopiero rozbłysną. A przede wszystkim pozbawioną snajpera zdolnego pluć ogniem ciągłym. Dlatego szczególny splendor spada na przywódców - mentalnego (Buffona), panującego nad grą (Pirlo), a także łączącego zalety obu wymienionych trenera Antonia Conte, któremu w Italii składają hołdy za nadzwyczajne talenty motywacyjne. I chętnie przyrównują jego perory do pamiętnej przemowy Ala Pacino w finale "Męskiej gry". Turyńczycy nie zachwycili. Sezon naznaczyli rekordowym odsetkiem remisów; zanim rozpędzili się na finiszu, na boisku częściej sprawiali wrażenie ciężko pracujących fizycznie niż delektujących się najpiękniejszą z gier; gole strzelali tak rzadko, że wśród kilkunastu czołowych lig europejskich tylko francuska może wyłonić mistrza mniej skutecznego (Juventus i tak sporo nadrobił w kwietniu, gdy na dystansie kilku dni wbił osiem goli Romie i Novarze). Calcio wciąż nie wygramoliło się z kryzysu, włoscy fani, z którymi rozmawiam, nastroje mają dekadenckie, wielu spodziewa się jesieni z ledwie dwoma klubami w Champions League - trzeci czeka ciężka przeprawa w kwalifikacjach. W rankingu UEFA Serie A już nie tyle ściga Bundesligę, ile ucieka nadciągającym ligom portugalskiej i francuskiej. I ryzykuje, że zsunie się jeszcze niżej, jeśli jej przedstawiciele nie przestaną traktować rywalizacji w Lidze Europejskiej jako godzącej w ich godność. Wspomniany Buffon wskazuje jeszcze jedną przewagę Juventusu, a fani w sondażach się z nim zgadzają - nowy stadion w stylu angielskim, pośród archaicznych włoskich straszydeł nie tylko lśniąco nowoczesny, ale przede wszystkim stanowiący własność klubu (jedyny w Serie A!). - Teraz mogę ujawnić, że nazajutrz po otwarciu zacząłem rozpowiadać, iż zdobędziemy tytuł - zwierzał się przed kilkoma dniami włoski bramkarz. - Na zgrupowaniu reprezentacji piłkarze Milanu śmiali mi się w twarz, ale obiekt wywarł na mnie ogromne wrażenie, dał mi ogromną motywację, odświeżył mnie. Zdałem sobie sprawę, że należę do klubu, którego nie stać na kolejny sezon na poziomie dwóch poprzednich. Znów zacząłem marzyć, a kiedy zaczynam marzyć, rywale wpadają w tarapaty. Opowieść Buffona przypomina, że turyńczycy wyskoczyli na sam szczyt z siódmego miejsca i w ogóle najmarniejszego okresu dla klubu od półwiecza. Na tym większe uznanie zasługuje ich niezłomność - rozgrywki przeżyli bez porażki, jako jedyni na kontynencie. Ale stadion wzorowany na, jak mówią Włosi, "modello inglese", czyli dający się wszechstronnie wykorzystać komercyjnie, przypomina również, że przed Juventusem rysują się najbardziej obiecujące w Serie A perspektywy biznesowe. Silvio Berlusconi od dawna usiłuje przyciągnąć do Milanu inwestorów zagranicznych, ale poważnie przeszkadza mu, że San Siro pozostaje własnością komunalną. Słabość jego drużyny również przyczyniła się do triumfu rywali. Jeśli turyńczycy nie zachwycili, to mediolańczycy zazwyczaj irytowali grą rwaną, toporną, w głównym wątku oferując mało wyrafinowane pchanie piłki w okolice Zlatana Ibrahimovicia. Albo po trawie, albo na drugim piętrze, szwedzkiemu akrobacie wszystko jedno. Obrońców tytułu kontuzje kładły zbiorowo, więc trener Massimiliano Allegri zarządzał szatnią pogrążoną w permanentnym stanie wyjątkowym. A energię wysysała z nich jeszcze Liga Mistrzów, od której Juventus był wolny. Tuż po czterech szlagierowych meczach z Barceloną Milan uporał się tylko z Chievo, poza tym przegrywał (z Napoli i słabiutką Fiorentiną) lub remisował (z Catanią). Odkąd Allegri wylądował w Mediolanie, stopniowo marginalizuje starych mistrzów, a jego zwierzchnicy zastępują ich gwiazdami - czasem przygasłymi - przechwyconymi na rynku transferowym po okazyjnych cenach. Teraz proces wymiany pokoleń jeszcze przyspieszy. Poza Markiem van Bommelem (35 lat) odchodzą Alessandro Nesta (36 lat), Gianluca Zambrotta (35 lat), Gennaro Gattuso (34), Clarence Seedorf (36) i Filippo Inzaghi (w sierpniu skończy 39 lat). Z ich powodu ostatnia niedziela w Serie A przebiegała bardzo nostalgicznie. Wszyscy biegali (lub truchtali na rozgrzewce) po San Siro po raz ostatni - jeden z najwybitniejszych współczesnych obrońców, najwybitniejszy przed laty boczny obrońca, jeden z najwaleczniejszych defensywnych pomocników, specjalista od wielkich wyzwań (Puchar Europy zdobywał z trzema klubami), wreszcie najregularniejszy snajper wśród technicznych abnegatów, który piłkę prowadzi z taką gracją, jakby zamiast nogi używał kija od krykieta. Włosi żegnają ich ze wzruszeniem, bo to żywe posągi. Posągi przypominające erę świetności Serie A. W niezapomnianym sezonie 2002/03 w finale Ligi Mistrzów zmierzyły się Milan z Juventusem, dla których walczyli właśnie Nesta, Gattuso, Seedorf i Inzaghi, a także Alessandro del Piero (opuści Włochy po finale Coppa Italia) oraz wspomniani wyżej Buffon i Pirlo. Dwaj ostatni w Turynie przetrwają, w Milanie nie ostanie się już nikt, kto grał wówczas w podstawowym składzie. Kończy się epoka.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||