RSS
niedziela, 15 stycznia 2017

Jeśli wierzyć serwisowi Transfermarkt.de, już 153 piłkarzy kosztowało 30 mln euro lub więcej. Ale najbardziej bezczelny zamiar transferowy pojawił się dopiero teraz, w dodatku jego ofiarą ma paść Chelsea, czyli klub najbogatszej na świecie ligi angielskiej. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

20:44, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
piątek, 13 stycznia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Czwartkowy wieczór był jak emblemat całego Realu Madryt w reżyserii Zinedine’a Zidane’a. Krajowy rekord – 40 kolejnych meczów bez porażki – udało się ustanowić, choć na boisku nie oglądaliśmy, jak przez wiele jesiennych tygodni, obu rozbijających box office megagwiazdorów, Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a. Obsada w Sewilli w ogóle była jak na możliwości królewskiego klubu drugorzędna, dzięki czemu znów przekonaliśmy się, że wspaniałym warsztatem dysponują w jego szatni wszyscy, aż po halabardnika. Walczyli wreszcie madryccy piłkarze do ostatniej sceny, gola na 2:3 wbijając w 83., a wyrównującego – w 93. minucie gry.

Thriller to ich zdecydowanie ulubiony gatunek. Wybierają go zwłaszcza wtedy, gdy są zapraszani na najważniejsze festiwale. Finał Ligi Mistrzów z Atlético Madryt rozstrzygnęli dopiero po dogrywce i rzutach karnych. Superpuchar Europy z Sevillą – po dogrywce, dzięki bramce zdobytej w 119. minucie. Mecz o klubowe mistrzostwo świata z Kashimą Antlers – po dogrywce. Generalnie uciechę (i nadzieję) kibicom rywali lubią dawać podczas występów międzynarodowych, w końcu w fazie grupowej Champions League też niemal przegrali i ze Sportingiem (wyrównali w 89. minucie, zwycięskiego gola w wcisnęli w 93.), i z Legią Warszawa (ocalenie przyszło w 85.). Co pozwala nienawistnikom wrzeszczeć, że sprzyja madryckim piłkarzom tak zwane „szczęście”. Stosuję cudzysłów, bo nie całkiem to pojęcie rozumiem, nieśmiało tylko zakładam, że chodzi o potoczne nazywanie zdarzeń losowych lub/i o niewielkim prawdopodobieństwie zaistnienia. W tym przypadku o tyle nieadekwatne, że mówimy tu o zjawisku skrajnie odmiennym – w końcówkach meczów pada najwięcej goli, a jeśli bardzo silna drużyna czuje, że bardzo potrzebuje gola, to osiągnięcie przez nią celu jest realne.

Zwłaszcza bardzo silna drużyna, która działa z determinacją, pasją, poświęceniem. Jak obecny Real. Real – zaryzykuję oskarżenie o obrazę uczuć religijnych – wybitnie niearystokratyczny, tworzony przez piłkarzy tarzających się po trawie do ostatniej kropli potu, ostatnio wręcz pozbawiony solistów o znaczniejszym wpływie na wynik niż inni. Ronaldo strzela już tylko co piątego madryckiego gola, Bale opuszcza połowę meczów, Sergio Ramos jako goleador często rehabilituje się za własne błędy w obronie, najwięcej występów w sezonie uzbierali dalece niepierwszoplanowi Dani Carvajal i Lucas Vázquez. Trudno wskazać postać najważniejszą, madrycki gwiazdozbiór jest wszystkim, czym nie jest niezborna w ruchach Barcelona, która ostatnio lśni właściwie wyłącznie blaskiem Leo Messiego.

Trener Zidane też przecież nie wniósł niczego rewolucyjnego w sensie taktycznym czy personalnym, powiedziałbym raczej, że powiela ruchy poprzednika, za które na Rafę Beniteza zwaliła się ciężka krytyka – po początkowym odsunięciu Casemiro przywrócił go podstawowemu składowi, promuje przywoływanego Vazqueza, Jamesowi Rodríguezowi oferuje jedynie rólki epizodyczne. Charakterystyczne, że eksperci analizujący madryckie sukcesy biedzą się ze znalezieniem jakiegokolwiek wyrazistego konkretu dla opisu francuskiego szkoleniowca, poprzestając zasadniczo na docenieniu jego charyzmy i wyczucia, z jakim zarządza kadrą (chętnie zapominając, że „sprzyjają” mu kontuzje). I na konkluzji, że Zidane jako wybitny były gracz szanujący innych wybitnych graczy objął posadę w idealnym momencie, zastępując znienawidzonego Rafę Beniteza (bez przeszłości boiskowej), tak jak Carlo Ancelotti jako wybitny były gracz szanujący innych wybitnych graczy okazał się idealnym następcą akurat José Mourinho (też zmęczył sobą wielu zawodników, też nie ma przeszłości boiskowej).

Byłoby to takie banalne? Przychodzi szef, którego podwładni lubią, nie wychyla się, nie wyrzuca do śmieci starego scenariusza, lecz go lekko retuszuje, i wszystko zaczyna hulać jak należy? Czasami pewnie tak, choć musimy pamiętać, że francuski trener musi codziennie podejmować mnóstwo decyzji w drobnych sprawach, którą są raczej mądre niż głupie, skoro Real tłucze punkty jak najęty. I bardziej miarodajną wiedzę o liderze Zidanie zdobędziemy, gdy drużynę przygniecie kryzys – w futbolu nieunikniony, a w Madrycie obowiązkowo osiągający rozmiary tragedii antycznej.

Na razie podziwiamy drużynę, którą nagradza się aplauzem raczej umiarkowanym, ponieważ nie porywa ona jak Barcelona sprzed kilku lat i Bayern sprzed kilku lat, czyli jedyne w bieżącej dekadzie zbiorowe piłkarskie arcydzieła, zniewalające hipnotyzującym stylem. Jednak Real według Zidane’a już je pod pewnym względem doścignął – dominuje nie tyle dzięki zdobywanym tytułom, ile dzięki maksymalnie wydajnemu sposobowi gry, redukującemu wpadki niemal do zera. Ostatnia porażka – z Wolfsburgiem, to było trzy dni po zwycięskim wyjazdowym El Clásico, madrytczycy mieli prawo się zwyczajnie zagapić – była jedną z dwóch podpisanych przez aktualnego trenera. Barcelona w tym okresie przegrała aż 9 meczów, Bayern – 6, wszechwładny u siebie w kraju Juventus – 5. Real pod poetą futbolu Zidane’em mówi prozą, ale to proza najwyższej próby.

wtorek, 10 stycznia 2017

Mundial 2026

W ogólnym poruszeniu spowodowanym dzisiejszą decyzją FIFA, żeby na mundial zapraszać 48 drużyn, przeszkadza mi ostentacyjne przemilczanie losu pozostałych 163 reprezentacji narodowych zhierarchizowanych w światowym rankingu. Owszem, panujący dla naszego wspólnego dobra działacze wykonali ruch bezprecedensowy, prawdopodobnie rekordowy w dziejach sportów zespołowych – nie znam gry, która przygarniałaby na najważniejsze mistrzostwo aż tylu uczestników. Wciąż pozostało jednak wiele do zrobienia.

Pomyślcie, jak pokrzywdzeni poczują się ci, którzy nie awansują, skoro awansowali prawie wszyscy. Pomyślcie o Chińczykach, przecież intensywnie inwestujących w futbol, którzy pomimo starań gramolą się na czworakach, gdzieś przy krańcu czołowej setki rankingu FIFA. Dzisiaj tamtejsi piłkarze oberwali 0:2 od rezerw kadry islandzkiej, a poprzednio wydusili z siebie 0:0 z Katarem, 0:2 z Uzbekistanem, 0:1 z Syrią, 0:0 z Iranem, 2:3 z Koreą Południową, 0:1 z Kazachstanem... Już słyszę głosy ze zjazdu Komunistycznej Partii Chin w 2026 roku, że „dotąd, gdy mundial był mały, brak przedstawicieli naszego narodu, był wstydem, teraz, gdy mundial zrobił się ogromny, brak przedstawicieli naszego narodu jest hańbą”. Nie potrzeba tu wyjątkowej empatii, żeby pojąć, jaki grozi im hejt za zniesławienie rodaków, których masę mierzy się w miliardach głów.

Ale generalnie piłce nożnej należy składać raczej hołdy. Niewiele znajdziemy grup interesów, której przywódcy z porównywalnym zapałem, rozmachem i skutecznością zabiegają, żeby ludziom było lepiej. I to bez względu na ich pochodzenie, wyznanie, rasę czy ustrój polityczny. Futbolowi przywódcy konsekwentnie zmierzają w trzech kierunkach – wszystko powiększają; wszystko, co było nieważne, jak mecze towarzyskie, zmieniają na ważne, żebyśmy emocji przeżywali jeszcze więcej; znoszą wszelkie granice.

Dlatego mistrzostwa Europy rozdmuchali do 24 zespołów, a niebawem rozciągną je do 32.

Dlatego zlikwidują nudne sparingi i zastąpią je ciekawym Pucharem Narodów – już nikt nigdy nie wymówi się od oglądania rodaków żachnięciem, że „grają towarzysko”.

Dlatego rozbrzmiewają pomysły (żyrowane przez samego Gianniego Infantino!), żeby kameralne, siedmiodrużynowe klubowe mistrzostwa świata rozszerzyć do kolubryny 32-drużynowej.

Dlatego mundial podarowują rzeczeni dobroczyńcy katarskiej kupie posypanego mamoną piasku, na której nie istnieją żadne piłkarskie tradycje.

Dlatego na naszym kontynencie przybywa ligowych meczów rozgrywanych w południe – niech Azjaci też zasiadają do transmisji przy wieczorze, jak my, dlaczego tylko oni mają zarywać noce, to byłoby samolubne, szkodliwe dla zdrowia naszych braci z Dalekiego Wschodu.

Dlatego Superpuchar Włoch rozgrywano już i w Pekinie, i w Nowym Jorku, i w emiratach arabskich.

Dlatego na ulepszonym, 48-zespołowym mundialu każdy remis zwieńczą rzuty karne – precz z rozciapcianym jak flaki z olejem 0:0, po których masz jedynie mdłości, wszak szczególnie wtedy kibicowi należy się dreszczowiec jedenastometrowych kopów.

Ktoś stęknie, że przecież Ligi Mistrzów nie powiększają, że na domiar podłego chcą ją zamknąć przed plebsem i wpuszczać tam wyłącznie najbogatszych. Zważcie jednak, że zarazem jedną stałą godzinę rozpoczęcia gier – 20.45 we wtorki i środy – zamierzają rozszczepić na dwie – 19 oraz 21 – co pozwoli nam pochłaniać jeszcze więcej transmisji na żywo, ba, w swej szczodrości decydenci pogrubią nam każdą porcję aż dwukrotnie. Tłuściutko! To jest ewidentny zysk, to się po prostu nam wszystkim kalkuluje. Żeby dotknąć ideału, brakuje już chyba tylko dzikich kart, czuli rozdawania zaproszeń bez eliminacji. Dla najbogatszych klubów i oczywiście – tu decydują już względy wybitnie humanitarne – dla Chińczyków.

Tagi: fifa
17:32, rafal.stec
Link Komentarze (71) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Postprawda, epoka postprawdy

Tak, jest bardzo fajne i bardzo ciekawe, dlatego ludzie w kłamstwo namiętnie klikają i je rozpylają, zamiast promować fakty. Felieton do „Gazety Wyborczej” o epoce postprawdy w piłce nożnej przeczytacie tutaj.

18:34, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
sobota, 07 stycznia 2017

Mam dwa koty!

Wybieranie sportowca roku nie ma oczywiście żadnego merytorycznego sensu. Jedna machnie dwa razy kulką żelastwa na sznurku, inna tysiącami razy wymachuje paletką w celu trafienia nią w piłeczkę, jeszcze inny haruje jak wół, żeby inni strzelali za niego gole dla reprezentacji Polski podczas Euro 2016. Nieporówywalne, tylko skończony idiota mógłby dowodzić wyższości Mozarta nad Einsteinem albo odwrotnie. Rozbraja mnie też teza, że nagradzać należy za pierwsze miejsca – znaczy kolarz, który skończyłby jako wicelider i Tour de France, i Giro d’Italia, i Vuelta a España, nie miałby żadnych, choćby śladowych szans z chodziarzem, który przez cały rok stał, ruszył pośladki tylko na igrzyskach.

Ale wybierać chyba trzeba – żeby sportowcom zorganizować jeszcze jedną fiestę, żeby najlepszych zebrać w jednym miejscu (jak na igrzyskach), żeby zaspokoić nasze mózgi złaknione klasyfikowania wszystkiego, żeby ktoś zarobił na widowisku transmitowanym w telewizji.

Mnie nawet oficjalnie pytali, kto był sportowcem numer jeden w Polsce w roku 2016, prosili nawet o całą dziesiątkę – znaczy moja opinia w mikrocząstce wpłynęła na wyniki (czyli nie wpłynęła w ogóle, co dodaję dla usprawiedliwienia). Oczywiście nie mam pojęcia, jak powinna wyglądać czołówka, dla mnie te zabawy przypominają Miss World – albo Mister World, o ile istnieje, pewnie jesteśmy pod tym względem dyskryminowani – czyli głosowanko, kto ci najładniejszy. Nie istnieje żadne styczne z logiką kryterium, które pozwala sklasyfikować sportowców latających w różnych galaktykach, czasami odległych jak fizyka jądrowa od curlingu.

Dlatego wierzę wyłącznie w werdykty autorskie, jak na festiwalach filmowych, w których za repertuar odpowiada dyrektor artystyczny, a nie uśredniony gust szerokiego grona mędrców.

Dla mnie to wszystko oczywista oczywistość. Rok 2016 w sporcie, co nie jest niespodzianką, był rokiem dziewczyn, chłopaki co najwyżej się gramolili gdzieś na aucie. Był rokiem dziewczyn absolutnych.

Absolutnie najlepsze, bo złote na igrzyskach olimpijskich, były wioślarki Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj. Absolutnie najpotężniejsza była, jest i będzie młociarka Anita Włodarczyk. Absolutnie wirtuozerska pozostaje Agnieszka Radwańska, która niczego ważnego nie wygrała, ale właśnie uzmysłowiłem sobie, że oglądanie żadnego polskiego sportowca nie daje mi frajdy większej niż gapienie się na jej przepiękne klęski. Wymieniam moje bohaterki w kolejności przypadkowej, bo nie mam w sobie wystarczająco głębokiej pychy, żeby ich osiągnięcia – lub najwspanialsze wykonane w trakcie zawodów gesty – hierarchizować.

23:20, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
czwartek, 05 stycznia 2017

Do mojego redakcyjnego kolegi zadzwoniła sławna, bogata osoba. Poprosiła, żeby przysłał jej swój ostatni tekst opublikowany na Wyborcza.pl. „Bo skończył mi się limit dziesięciu darmowych artykułów w miesiącu” – wyjaśniła.

Kontekst: mój redakcyjny kolega nie kumpluje się z tą sławną osobą. Właściwie ledwie ją zna. Bardzo prawdopodobne, że zdobywanie numeru jego komórki trwało dłużej niż trwałby wykup abonamentu.

Jest to w dodatku osoba związana z dziennikarstwem.

Nie jest to wreszcie osoba, która nienawidziłaby wrogów narodu polskiego z Czerskiej, darmową porcję ich artykułów czytała ze wstrętem, z przyczyn ideologicznych brzydziła się płaceniem za cokolwiek Agorze, głupiała z radości po zwolnieniach dziennikarzy GW. Nie należy do tych rozpoznawanych przeze mnie po nicku i często lubianych czytelników, których od lat uwiera moje miejsce zatrudnienia („bardzo cenię pana teksty, ale dlaczego w tej redakcji, fuj”), a którzy regularnie tłumaczą mi w różnych miejscach w internecie, że owszem, lubią moje pisanie, ale „nie na tyle, żeby finansować Michnika”. Nic nie wiadomo też, by używała przywoływana osoba sformułowań „Gejzeta Wyborcza”, „Gazeta Żydorcza”, „Gazeta Aborcza”, czy gdzie ja tam jeszcze pracuję.

Nie, jej po prostu „skończył się limit darmowych artykułów”.

Nie pisałbym o niej, gdyby nie była spektakularnym przedstawicielem mentalnej formacji, z którą zacząłem mieć intensywny kontakt, odkąd „Gazeta Wyborcza” umieściła wszystkie artykuły za płatną ścianą, zwaną też światowo „paywallem”. Od tamtej pory również jestem stale informowany, że „przeczytałbym, ale limit mi się skończył”. Informowany z coraz większą inwencją, ostatnio czytelnicy wklejają nawet zdjęcia wyświetlającego się na ich ekranie komunikatu, że porcja treści dostępnych za darmo się wyczerpała. Informowany przez ludzi, którzy najwyraźniej mają potrzebę, by do artykułów mojej gazety zaglądać dość regularnie, skoro docierają – czasem dość szybko – do jedenastego przeczytanego (wtedy „limit się wyczerpuje”). I najbardziej zdumiewa mnie nie tyle to, że nie chcą płacić, ile to, że koniecznie muszą mnie o tym zawiadomić, nierzadko z nieskrywaną pretensją, wręcz złością. Nawet Zbigniew Boniek, należący do kategorii tzw. przywódców opinii, wyraził niedawno na Twitterze (publicznie!) żal, że mojego dziełka o nowym selekcjonerze kadry siatkarzy, Włochu Ferdinando De Giorgim, „nie może przeczytać za darmo”. Nawiasem mówiąc, abonament jest taniutki, wychodzi średnio kilkadziesiąt groszy na dobę.

Nie wiem, czy tamta bogata osoba, która zadzwoniła do kolegi, ilekroć ma ochotę na sok marchewkowy, wchodzi do sklepu, ściąga z półki butelkę, wychodzi, wymijając kasę. Nie wiem, czy czytelnicy skrupulatnie informujący dziennikarzy, że „limit im się wyczerpał”, z podobną wytrwałością wchodzą do sklepów, żeby poinformować sprzedawców, że chętnie wypiliby sok marchewkowy, ale nie wypiją, skoro sok marchewkowy kosztuje. Czy nigdy nie płacą także za książki, filmy, muzykę. Wiem tylko, że muszę odpowiedzieć zbiorczo i mieć gotowy link z tą odpowiedzią na przyszłość, inaczej się zamęczę.

Odpowiedź brzmi: tak, mógłbym zapytać zwierzchników, czy moje artykuły mogą być dostępne za darmo, ale podejrzewam, że jeśli odpowiedzą twierdząco, to zastrzegą, że muszę jedynie zrezygnować z pensji. Dlatego na razie się waham.

Mój kolega ostatecznie wysłał artykuł tamtej osobie, której skończył się limit. Obu nam przykro, że naszą pracę czytelnicy wyceniają na okrągłe zero, więc obiecaliśmy sobie, że będziemy starać się bardziej.

13:53, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
wtorek, 03 stycznia 2017

Premier League, liga angielska, Pep Guardiola

Udzielający w poniedziałek pomeczowego wywiadu Pep Guardiola był rozdygotany, to nie tylko słychać, ale i widać, wytężcie wzrok, to dostrzeżecie, że cały układ nerwowy ma trener na wierzchu – ja oglądałem jego popis na odsuniętym daleko od twarzy iPadzie, a i tak kopnął mnie prąd, mrowienie czuję do teraz. Co ciekawe, Katalończyk rozmawiał po zwycięstwie, więc powinniśmy raczej poczuć jego oddech ulgi.

Nie poczuliśmy. Guardiola ewidentnie źle znosi powrót do średniej – sezon w lidze angielskiej rozpoczął aż nazbyt znakomicie, biorąc pod uwagę skalę rewolucji, jaką zamierza(ł) przeprowadzić w Manchesterze City. Pisałem wówczas, że w sąsiedzkim pojedynku z szefującym piłkarzom United José Mourinho portugalskiego rywala wręcz miażdży, i tak było, jednak po pewnym czasie role się odwróciły. Teraz to ta druga manchesterska drużyna wygląda lepiej, rzekłbym nawet, że zasługuje na jeszcze korzystniejsze wyniki niż uzyskiwane. A ekipa City, przedtem prująca przez ligę jak bolid, rzęzi.

Pomimo wynajęcia trenerskich gigantów i zainwestowania setek milionów euro obu klubom znów zatem bliżej do wyścigu o czwarte miejsce (jak wiosną) niż walki o mistrzostwo. Rozlegają się nawet szepty, że epoka Guardiola i Mourinho nieodwołalnie się skończyli, że nastaje czas Antonio Conte (lider, z Chelsea) oraz Jürgena Kloppa (wicelider, Liverpool).

W sezonach minionym oraz obecnym zachodzi jednak zbyt wiele – znacznie więcej niż dotychczas – szczególnych okoliczności, by udawać ciemniaka i redukować wszystko do kwestii trenerskich.

Mistrzem poprzedniej edycji rozgrywek – mistrzem z olbrzymią przewagą punktową! – zostało Leicester, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występowało w europejskich pucharach; wypuściło na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce; aż siedmiu z nich rozegrało więcej niż 3 tys. ligowych minut (w Arsenalu i MU – trzech, w MC – jeden).

Liderem i wiceliderem obecnej edycji rozgrywek – lider znów ma olbrzymią przewagę – są natomiast odpowiednio Chelsea i Liverpool, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występują w europejskich pucharach; wypuściły na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce (odpowiednio 19 oraz 21, przy 23 w obu Manchesterach oraz Arsenalu); też mają zdecydowanie najstabilniejszy podstawowy skład.

Kiedy porównujemy intensywność sezonu u różnych drużyn, zwracamy zazwyczaj uwagę na fizyczne zmęczenie i mentalne znużenie bardziej eksploatowanych piłkarzy. Słusznie, ale oni wówczas także mniej trenują. I nie ma znaczenia, czy przekopują się przez Ligę Mistrzów, czy Ligę Europy. Zawsze trzeba przestudiować przeciwnika, rozegrać mecz, a często także popodróżować, przenocować, poćwiczyć raczej dla zapoznania się z terenem niż poważnych zajęć taktycznych. Wytracić mnóstwo energii. A przecież piłkarze potrzebują tym więcej ćwiczeń, im bardziej nowy i obcy jest trener, który tworzy z nich drużynę na obraz i podobieństwo swoich marzeń.

W Chelsea mają komfort wprost niespotykany. Od 13 meczów – tyle trwa zwycięska passa – Antonio Conte nie dotknął ani bramki (Thibaut Courtois), ani trzyosobowej obrony (Cesar Azpilicueta, David Luiz, Gary Cahill), ani obu cofniętych skrzydeł (Victor Moses, Marcos Alonso). W 12 z nich w podstawowym składzie znaleźli się N’Golo Kanté, Eden Hazard i Diego Costa, a w 11 ­– Nemanja Matić oraz Pedro. Nienaruszalność wyselekcjonowanej grupy tylko niekiedy naruszali Willian i Cesc Fabregas, co czyni londyńską jedenastkę bodaj najstabilniejszą w poważnej europejskiej piłce. Takie rzeczy się już właściwie nie zdarzają.

Notorycznie wraca natomiast awantura wokół terminarza liga angielskiej, teraz włosy z głowy wyrywa sobie Arsené Wenger, utrzymując, że jego Arsenal należy na początku roku do szczególnie poszkodowanych, a Chelsea – szczególnie uprzywilejowanych. Ja tam się nie wypowiadam, zarobiony jestem, ale dzięki kilkunastu miesiącom ze zwycięstwami Leicester, Chelsea i Liverpoolu coraz częściej przychodzi mi na myśl, że analizy trenerskich manewrów analizami, a w Premier League najżwawiej brykają ci, którzy mają czas, by trenować.

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

Ponieważ Donald Trump sromotnie przegrał, żeby wygrać, podobnie jak pewne drużyny sportowe, musiałem wreszcie napisać, kto tym wszystkim rządzi. Mój cotygodniowy felieton do Gazety – ostatni kawałek z cyklu podsumowującego rok 2016 – przeczytacie tutaj.

10:09, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
środa, 28 grudnia 2016

Afryka mistrzem Europy, Euro 2016

Mało kto zwrócił uwagę, komu Pepe – obrońca Realu Madryt i drużyny narodowej Portugalii – dedykował złoto Euro 2016 tuż po zwycięskim finale. – Reprezentujemy piękny kraj imigrantów, reprezentujemy każdego z nich – powiedział tuż po zejściu z boiska piłkarz, który sam przyleciał na nasz kontynent jako Brazylijczyk, urodzony oczywiście po tamtej stronie Atlantyku. Przyleciał jako 18-latek, obywatelstwo nowej ojczyzny uzyskał po siedmiu latach. Tak się z nią związał, że miał odmówić brazylijskiemu selekcjonerowi Dundze, choć nie miał jeszcze pewności, że kiedykolwiek otrzyma powołanie od portugalskiego. Gdy odmawiał, nie miał jeszcze nawet nowego paszportu.

Słowa Pepe nabierają tym głębszego sensu, im bliżej przyjrzymy się, komu futbolową chwałę roku 2016 zawdzięcza Portugalia, niegdyś międzykontynentalna potęga kolonialna.

Finał rozstrzygnął, dzięki golowi strzelonemu w dogrywce, dość przypadkowy bohater – Ederzito António Macedo Lopes, znany jako Éder. Urodzony w stolicy Gwinei-Bissau, małego państewka leżącego na zachodnim wybrzeżu Afryki. Do Portugalii przybył w dzieciństwie, w wieku 11 lat rozpoczął tam treningi piłkarskie.

W półfinale gola – jednego z trzech na turnieju – pozbawiającego złudzeń Walijczyków wbił natomiast Luís Carlos Almeida da Cunha, lepiej rozpoznawany jako Nani. On urodził się w stolicy Republiki Zielonego Przylądka, wyspiarskiego kraju rozrzuconego po oceanie kilkaset kilometrów od zachodniego brzegu Afryki.

W ćwierćfinale do dogrywki z Polską doprowadził swoją bramką niespełna 19-letni Renato Sanches, chłopak z matki z Republiki Zielonego Przylądka i ojca z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, mikroskopijnego archipelagu w Zatoce Gwinejskiej. Jego wybrano na najlepszego młodzieżowca turnieju, po którym Bayern zapłacił za niego co najmniej 35 mln euro.

Portugalską bramkę – przez 450 minut fazy pucharowej, rozciągniętej o trzy dogrywki, zdobył ją tylko Robert Lewandowski – osłaniał m.in. defensywny pomocnik William Carvalho. Urodzony w Luandzie, stolicy Angoli, również przeprowadził się z rodzicami do Portugalii w głębokim dzieciństwie.

Po całym boisku zasuwał jak opętany kolejny potomek przybyszy z Republiki Zielonego Przylądka, João Mário. Tak się nastarał, że po mistrzostwach Inter Mediolan zapłacił za niego 40 mln euro.

Mniejszą rolę, choć wciąż trwającą 225 minut gry, odegrał na złotym turnieju Danilo Pereira, Urodzony w Gwinea Bissau, z matki pielęgniarki, z którą w Portugalii wylądował jako pięciolatek.

Był wreszcie Eliseu, kolejny syn Zielonego Przylądka, który walczył tylko – od inauguracyjnego do ostatniego gwizdka – w meczach z Węgrami i Polską.

Wygląda więc na to, że Cristiano Ronaldo, lidera i kapitana reprezentacji, otaczali na boisku głównie imigranci lub potomkowie imigrantów, tacy w pierwszym pokoleniu. Owszem, przybyli do Europy z powodów ekonomicznych, nie żadni uchodźcy wojenni – gdyby ktoś koniecznie chciał zaglądać im w życie.

Kiedy przed laty medale zdobywali na futbolowych boiskach ich francuscy odpowiednicy, było o zjawisku głośniej, choć teraz korzenie portugalskiego złota są bardziej znamienne. Teraz, gdy intensywnie debatujemy, w lepszym lub gorszym stylu, co począć z napływającymi do Europy coraz liczniej szukającymi lepszego losu ludźmi z innych kontynentów. (Nawiasem wtrącając, na mistrzostwach wystąpiło aż 44 zawodników afrykańskiego pochodzenia).

Ta refleksja naszła mnie, gdy już powstało większość z podsumowujących rok 2016 tekstów, które publikujemy na Wyborcza.pl i łamach gazety. Tutaj uzupełniam więc braki, a zarazem zapraszam do innych tekstów: o imperium Portugalia tutaj, o erze opowieści niesamowitych tutaj, o supertrenerze bez trofeów tutaj.

19:14, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Jacek Magiera, Zinedine Zidane

Był sobie duży klub piłkarski, taka naprawdę uznana firma – pochodzący ze stolicy, pragnący panować w kraju i godnie wypadać w Europie – w którym trenerowi pracuje się bardzo trudno. Presja, nieustający medialny jazgot, histeryczne reakcje kibiców na niepowodzenia, wyolbrzymianie niewielkich wpadek do gigantycznych skandali. Pewnego razu wpadł ów klub w tarapaty. Tarapaty poważne, w żargonie futbolowym obwołujemy je mrocznie „kryzysem”. A szatnią akurat rządził trener, który okazał się wyborem wyjątkowo błędnym. Nie tylko dlatego, że wyniki wyglądały beznadziejnie, a gra jeszcze marniej. Choć pracował ów szkoleniowiec od niedawna, to zdążył sprawić, że piłkarze nie tyle stracili do niego zaufanie, ile serdecznie go nie znosili.

No dobrze, ociupinkę przeinaczyłem. Tak naprawdę wszystkie powyższe zdania – owszem, prawdziwe – dotyczą nie jednego, lecz dwóch klubów. Realu Madryt oraz Legii Warszawa.

Trochę je jednak różni. Pierwszy uchodzi za klub królewski, w drugim niekiedy wznosi się toasty Królewskim. Pierwszy przeżywał zapaść zimą, a drugi – jesienią 2016 roku. Pierwszy rozczarowywał w oglądanej na całym globie lidze hiszpańskiej, a drugi – w oglądanej głównie w Polsce lidze polskiej. W pierwszym piłkarze nienawidzili mądrali Rafy Beniteza, a w drugim – mądrali Besnika Hasiego.

Zdesperowani prezesi postanowili nie zwlekać i przepędzić zatrudnionych przed chwilą szkoleniowców, zanim straty okażą się nieodwracalne. I obaj – pamiętajmy: prezesują w podobnych okolicznościach – podjęli decyzję bezpieczną, a zarazem ryzykowną. Bezpieczną w tym sensie, że powierzyli drużynę jej byłemu piłkarzowi, który spędził w stołecznej szatni ładnych parę sezonów. Ryzykowną w tym sensie, że w obu przypadkach zatrudniany były piłkarz, w przeszłości przyuczający się do nowego fachu w drużynie rezerw, obejmował niezwykle wymagającą posadę jako kompletny żółtodziób.

A zatem stres przemieszany z nadzieją. I w Madrycie, i w Warszawie.

Piłkarze odetchnęli. Znów – w obu stolicach. Zrzucili kajdany, uśmiechnęli się, zaczęli grać śpiewająco, chwilami wręcz fruwająco. Szczególnie rzucało się w oczy właśnie to, że odzyskali radość z futbolu.

Odzyskali też moc. Real nie zdążył już wiosną odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukował ją z pięciopunktowej do jednopunktowej, lidera nie dopadł – ale roztańczył się w Lidze Mistrzów, zdobywając trofeum. Legia też nie zdążyła jesienią odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukowała ją z 12-punktowej do czteropunktowej – ale rozskakała się w Lidze Mistrzów, zdobywając zaproszenie do Ligi Europy.

Wkrótce po objęciu stanowisk przez trenerskich żółtodziobów obie drużyny podarowały też kibicom niezwykle przyjemne szlagiery. Piłkarze Zinedine’a Zidane’a triumfowali w El Clásico, krzywdząc Barcelonę na jej boisku, a także kończąc jej serię bez porażki na meczu numer 39. Piłkarze Jacka Magiery wywołali natomiast sensację, zatrzymując w LM tenże Real – broniący, przypomnijmy, trofeum.

Madryccy piłkarze tak się rozpędzili, że od miesięcy mkną jak nikt w Europie, ich passa bez przegranej ciągnie się już przez 37 meczów. Warszawscy piłkarze tak się rozpędzili, że od tygodni strzelają jak nikt w Europie – w każdym z minionych 10 spotkań wbijają średnio 3,4 gola. Pojedynczą bramką zadowolili się w tym okresie ledwie raz, ale przykrości wówczas trybunom nie sprawili, skoro wystarczyła ona do pokonania Sportingu Lizbona.

Zidane kontra Magiera, wyścig nowicjuszy trwa. Entuzjazm piłkarzy Realu przetrwał przerwę letnią, piłkarzy Legii dopiero czeka przerwa zimowa – pewnie żałują, bo prawie unosili się ostatnio nad murawą. I ani oni, ani ich trenerzy prawdopodobnie nie mają pojęcia, jak pasjonujący pojedynek madrycko-warszawski się toczy, ale my, obserwujący futbol z perspektywy kosmicznej, umieramy z ciekawości. Kto będzie lepszy?

Archiwum
Tagi