RSS
środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

niedziela, 29 stycznia 2017

Napastnicy, którzy przestają strzelać gole, chwycą się każdego dostępnego sposobu, żeby znów zacząć strzelać. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 24 stycznia 2017

Wojna futbolowa, Ryszard Kapuściński

Ryszard Kapuściński wielkim pisarzem był. Był także wielkim myślicielem, ogarniającym  umysłem cały świat, rozumiejącym procesy, których inni nawet nie dostrzegali. Intelektualnej i artystycznej wybitności nie odbierze mu odkrycie z minionych lat, że nasz reporter wszech czasów zmyślał. I że wypadałoby się zastanowić, czy zestawianie słowa „reporter” z jego nazwiskiem jest adekwatne.

Metodę rodaka zdemaskował Artur Domosławski w znakomitej książce „Kapuściński non fiction”. Książce, za którą ostro oberwał, choć swój wywód – i śledztwo – przeprowadza w sposób uczciwy, a przykre rezultaty obudowuje wieloakapitowymi żarliwymi staraniami, by dorobku mistrza nie zdezawuować i oddać mu wszystkie należne hołdy.

Domosławski nie był jedyny. Tutaj można przeczytać reportaż Szymona Opryszka i Marii Hawranek, którzy podczas wizyty w Salwadorze dowiedzieli się, że Amelia Bolaños – samobójczyni z „Wojny futbolowej”, miała zastrzelić się z powodu porażki drużyny narodowej w eliminacjach mundialu – nie istniała. Ba, lokalni historycy twierdzą, że Kapuściński wyfantazjował sobie również „wojnę futbolową”, tworząc krzywdzący dla tubylców obraz „Salwadoru i Hondurasu jako krajów tak trzecioświatowych, że poszły na wojnę z powodu piłki”. Dla mnie to tekst wstrząsający. Sprawia, że uwiera oglądanie dzieł Kapuścińskiego – powtarzam: dzieł genialnych – leżących na półkach z literaturą faktu. Ale ten tekst nigdy nie zyskał specjalnego rozgłosu.

Przeczytałem go właśnie ponownie z okazji dziesiątej rocznicy śmierci jednego z najbardziej cenionych zagranicą Polaków. I po wysłuchaniu tej rozmowy Michała Nogasia z Wojciechem Jagielskim – inny wspaniały reporter, co do jego warsztatu nie ma już najdrobniejszych wątpliwości – którzy również nie skupiają się na problematycznym wymiarze twórczości Kapuścińskiego. Pytający tego wątku nie porusza, przepytywany rzuca, że już za młodu nie traktował książek mistrza „dosłownie” i że od początku podejrzewał, że cytowani w „Cesarzu” dworzanie Haile Selassie nie istnieli.

To wyznanie już mnie nie zszokowało jak tamten reportaż z Salwadoru, ale jednak zdumiało i uświadomiło, jak dziecięco naiwnym byłem czytelnikiem Kapuścińskiego. W czasach studenckich nawet przez myśl mi nie przemknęło, żeby podważać cokolwiek, co wyszło spod jego ręki. Gdyby ktokolwiek mi wówczas zasugerował, że ten fantastyczny dziennikarz zastępował brakujące fakty fikcją, puknąłbym się w czoło. On do prawdy musiał mieć stosunek nabożny.

Po wysłuchaniu wywiadu – gorąco polecam, Jagielskiego zawsze warto słuchać – zdjąłem z półki „Wojnę futbolową”, do której nie zaglądałem od kilkunastu lat. Otwiera ją, obok zmyślonej opowieści o samobójczyni, opowieść o zaprzyjaźnionym meksykańskim reporterze Luisie Suarezie, który prognozuje, że po meczach Salwadoru z Hondurasem wybuchnie wojna i w ogóle stawia tezę o miewającym tragiczne skutki piłkarskim bziku Latynosów. Jest tam ustęp o mundialu w Meksyku w 1970 roku, przynajmniej tak wynika z logiki wywodu:

Wojna futbolowa, Ryszard Kapuściński

Magiczne akapity, prawda? Ale coś mnie tknęło, więc sprawdziłem – o ile Brazylia istotnie w drodze po złoto pokonała Anglię, a Meksyk istotnie pokonał Belgię 1:0, to trzeci przywoływany mecz się nie odbył. W pierwszej rundzie Meksyk i Peru rywalizowały w innych grupach, by następnie odpaść w ćwierćfinale po porażkach z Włochami i Brazylią.

Może zatem ów rozgoryczony kibic ironizujący z przegrywających rodaków został zmasakrowany podczas meczu rozegranego zupełnie kiedy indziej? Ostatecznie nie ma w powyższym fragmencie wprost podanej informacji, że spotkanie odbyło się podczas mundialu – choć wskazuje na to i kontekst, i rozmiar tragedii sugerujący najwyższe emocje. Niestety, w całej historii meczów między oboma przywołanymi reprezentacjami nie zdarzyła się ani jedna porażka 1:2 Meksyku z Peru.

I nie wiem, co o tym myśleć. Jako niszowy bloger od opisywania sportowych fikołków z duszą na ramieniu zwierzam się z jakichkolwiek wątpliwości dotyczących takiego giganta, a zarazem nie potrafię się z nich nie zwierzyć (choćby dla wklejenia wklejonych wyżej linków). Nie wykluczam oczywiście, że choć na boisku grali inni, to do zabójstwa na jakichś trybunach – epizodu tylko atrakcyjnie ilustrującego szersze zjawisko – doszło, ale teraz nie wykluczam już również, że nie doszło ani do tej tragedii, ani do wypuszczenia z cel 142 skazanych na dożywocie (!) kryminalistów, za które naczelnik meksykańskiego więzienia został uniewinniony, ponieważ „działał w uniesieniu patriotycznym”. Jako już nie młokos, lecz czytelnik Kapuścińskiego aż nazbyt doświadczony, zaczynam podejrzliwie myśleć także o ekstremalnym stężeniu ekstremaliów w dawce ledwie kilkunastu zdań – nie dość, że ów rozfanatyzowany naczelnik postanowił pouwalniać skazańców, to jeszcze wszystkich naraz; nie dość, że wszystkich naraz (chodził od celi do celi?!), to jeszcze uziemionych dośmiertnie, czyli wyjątkowo niebezpiecznych; nie dość, że wszystkich i skrajnie groźnych, to jeszcze potem sąd go rozgrzeszył z absurdalnym uzasadnieniem. Jedno wielkie nieprawdopodobieństwo.

To zresztą w gruncie rzeczy drobiazg, jeśli wziąć pod uwagę, że na świecie wciąż wydaje się książki Kapuścińskiego pozbawione aneksów, w których stałoby napisane, że niektóre podane przezeń fakty nie miały miejsca. I że w internecie leży mnóstwo tekstów wiarygodnych autorów, jak znakomity publicysta „Financial Times” Simon Kuper, w których czytamy, że Amelia Bolaños naprawdę się podczas transmisji meczu zastrzeliła, że cały kraj odprowadzał jej trumnę, że potem wybuchła wojna futbolowa.

22:58, rafal.stec
Link Komentarze (88) »
poniedziałek, 23 stycznia 2017

Ostateczny dowód, że mieliśmy co do siebie rację – górujemy nad wszystkimi innymi nacjami – widzimy na skoczniach narciarskich. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” można przeczytać tutaj.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

Archiwum
Tagi