RSS
wtorek, 15 maja 2018

 ekstraklasa, Lech Poznań

Piłka nożna choruje wszędzie, także tam, gdzie wzniosłości ma jej przydawać wirtuozeria graczy, zawalona trofeami historia i bezmiar pieniędzy. Niedawno królewski Real Madryt miał problem, żeby przed El Clásico uhonorować tradycyjnym szpalerem mistrzostwo dla Barcelony – co znamienne, decyzja nie zapadła w ferworze chwili, pod wpływem skrajnych emocji, które każdemu mogą na chwilę odebrać rozum, nie, podjęto ją z premedytacją, czyli na zimno uznano złożenie hołdu zwycięzcom za poniżenie. Słabe. Druzgocący triumf szowinizmu nad duchem sportu.

Ale bardziej boli to, co się dzieje się w naszym kraju, a w naszym kraju, naszym futbolu, dzieje się jeszcze żałośniej.

Oto Legia Warszawa, gdyby obroniła w ostatniej kolejce tytuł mistrzowski, nie będzie mogła zostać odznaczona po rozstrzygającym meczu, ponieważ mecz odbędzie się akurat w Poznaniu, na stadionie Lecha. Świętowanie tam byłoby „prowokacją”, ta z kolei wiązałaby się z „ryzykiem” – w przełożeniu na normalny język chodzi o to, że upokorzeni zwolennicy gospodarzy narobią dymu. Podpalą, pobiją, zniszczą, cholera ich wie. Dlatego władze tzw. ekstraklasy ogłosiły, że ceremonia wręczenia trofeum i medali odbędzie się w Warszawie, zaraz po powrocie piłkarzy z Poznania.

Teoretycznie nic się nie zmienia. Odkąd pamiętam, polska piłka nożna pozostaje zakładniczką barbarzyńców, którzy wstydu potrafią nanieść także w Europie – nadwiślańskie kluby należą do najczęściej karanych, przykrą kulminację przeżyliśmy przy okazji wizyty Realu, który kopał dla pustych trybun. O ile jednak po mrocznych latach 90. obyczaje zaczęły nieco łagodnieć, o tyle ostatnio sytuacja znów się pogarsza. Z powodu rozpylanych nad boiskiem dymów nie zdarza się już niemal kolejka bez przerywania gry, zwłaszcza mecze hitowe czy też derbowe trzeba zawieszać na długie minuty, podczas finału Pucharu Polski zapłonął kawałek Stadionu Narodowego. Zwyrole trzymają nas za twarz coraz mocniej. Teraz zaszantażowali również szefów ligi, którzy postanowili okazać – zapewne przepojeni szlachetnymi intencjami i merytoryczną argumentacją – pogardę dla piłkarzy.

Wiadomość od znajomego kibica Lecha: „Każde przegrane mistrzostwo znoszę ostatnio coraz gorzej, ale nigdy mi nie było tak wstyd. To właściwie hańba”.

20:20, rafal.stec
Link Komentarze (68) »
poniedziałek, 14 maja 2018

Kiedy nasi piłkarze awansowali na poprzedni mundial, napastnik strzelający gole Interowi, Milanowi i Napoli byłby gwiazdą reprezentacji. A teraz taki napastnik nie mieści się nawet w 35-osobowej kadrze. Felieton o polskich goleadorach przeczytacie tutaj.

15:41, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

czwartek, 10 maja 2018

Lech Poznań, trójgłowy smok

Lech Poznań wylał właśnie Nenada Bjelicę, więc wypada oficjalnie pogratulować Leszkowi Ojrzyńskiemu, który został najdłużej zatrudnionym trenerem w tzw. ekstraklasie – obchodzi dzisiaj 13. miesięcznicę objęcia posady w Arce Gdynia. Fajnie, że awans zbiegł się z jubileuszem. Spieszmy się z docenieniem sukcesu, bo sami wiecie, że fotelik lidera wśród długowiecznych szkoleniowców jest chybotliwy, siadasz w nim głównie po to, by prędko zlecieć na łeb na szyję, zupełnie jak w ligowej tabeli.

Wydarzeniem dnia jest jednak nie tyle nieuniknione zwolnienie Bjelicy, ile niebanalny wybór tymczasowego następcy – triumwiratu złożonego z Rafała Ulatowskiego, Jarosława Araszkiewicza i Tomasza Rząsy. Aż mi się buzia sama cieszy, jak dziecku.

Zwierzałem się już felietonowo z upodobania do fantazyjnie zamaszystych ruchów prezesów klubów, których wyobraźnia zdaje się nie mieć granic – opierałem się wtedy na przykładzie miłościwie nam panującej i liderującej Legii.

Odkąd bowiem reprezentację Polski – niech posłuży za punkt odniesienia, tylko tam w naszym futbolu panuje ład – zaczął uzdrawiać Adam Nawałka, czyli ponad cztery lata temu, warszawiacy zdążyli już zatrudnić siedmiu trenerów reprezentujących tak różne kultury, sposoby myślenia i metody, że szefów klubu nikt nie posądzi o jakiekolwiek uprzedzenia, przeciwnie, to laboratorium szeroko otwarte na świat, zapraszające każdego chętnego eksperymentatora. Wpuścili do szatni Jana Urbana – zapamiętałego wychowawcę młodzieży, miłośnika piłki hiszpańskiej, związanego z nieprzyjaznym Górnikiem Zabrze. Wpuścili Henninga Berga – lodowatego przedstawiciela Północy, przynudzającego samym tylko spojrzeniem. Wpuścili Stanisława Czerczesowa – chropowatego w obejściu niedźwiedzia ze Wschodu. I Besnika Hasiego – Albańczyka po praniu mózgu na Zachodzie, ponoć antypatycznego. I Jacka Magierę – dla odmiany przesympatycznego tubylca z krwi i kości legijnej. Dotarli wreszcie do Romeo Jozaka – wydobytego z Południa, dla podniesienia poziomu emocji nigdy nie sprawdzonego w pracy z seniorami – aż wymienili go na rodaka z Chorwacji, niejakiego Deana Klafuricia, który dotąd udzielał się wyłącznie w futbolu kobiecym i młodzieżowym.

Nazwałem wówczas ów innowacyjny styl zarządzania stylem National Geographic. Wszystkie strony świata, krajobraz rozleglejszy niż międzymorze, żaden wykwit przyrody nie jest nam groźny. Zarazem jednak tonowałem własny entuzjazm, przypominając, że Legii mimo wszystko wciąż daleko do gigantów z Zimbabwe.

Ci ostatni bowiem 10 miesięcy temu rozdali swoją reprezentację narodową aż trzem trenerom, żeby każdy mógł skupić się na innych rozgrywkach. I tak Norman Mapeza – znany z naszych boisk, legenda Sokoła Pniewy – miał odpowiadać za eliminacje Pucharu Narodów Afryki; Rahmana Gumbo oddelegowano do mniej prestiżowych Mistrzostw Narodów Afryki; Sunday Chidzambwa zaopiekował się natomiast Pucharem COSAFA. Roszady dokonano w przededniu ważnego meczu z Lesotho i trzeba pomysłodawcom oddać, że trójgłowy smok zadziałał nieźle. Piłkarze poczuli ogień, od tamtej pory ponieśli tylko jedną porażkę.

Zimbabweński polot dotarł zatem wreszcie do tzw. ekstraklasy i to jest dobre, świadczy o znanym nie od dzisiaj otwarciu Polaków na świat. Jak Legia odpowiedziała swego czasu Lechowi Chorwatem Jozakiem na Chorwata Bjelicę, tak Lech na Chorwata Klafuricia odpowiedział Legii – przynajmniej na chwilę – smokiem z trzema mózgami. I nie sądzę, by ktokolwiek zamierzał w tym pasjonującym wyścigu odpuścić.



17:37, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 07 maja 2018

Z góry przepraszam, że zakłócam uroczystości pożegnalne, to było silniejsze ode mnie. Felieton o trenerze, który został pogoniony z Arsenalu, przeczytacie tutaj.

niedziela, 06 maja 2018

El Clasico, Barcelona - Real Madryt

Niepojęte, że oni się aż tak żołądkują. To miało być El Clásico stosunkowo letnie, niczego już nie rozstrzygało, mogli pokopać dla czystej frajdy – a kiedy zaczęli się ciąć w końcówce pierwszej połowy, pomyślałem, że Barcelona nie przystąpiła do gry natchniona zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, lecz sfrustrowana klęską w Champions League, a Realu Madryt nie niosła euforia po kolejnym awansie do finału Champions League, lecz frustracja po utracie panowania w Hiszpanii. Gdybym ja sędziował, rozdałbym z 17 czerwonych kartek.

Ale wydarzeniem wieczoru jest to, że Barcelona pozostała drużyną bez skazy. Pozostała niepokonana pomimo gry w osłabieniu w drugiej połowie i wkrótce pokłonimy się jej jako jedynemu niepokonanemu mistrzowi ligi hiszpańskiej od 1932 roku – ale wtedy rozgrywki składały się z ledwie 10 drużyn. I ładnie podsumowała sezon perfekcyjny, zaplamiony jednym jedynym wieczorem, w którym się zagapiła. Byłoby aż dziwne, gdyby Romy nie zlekceważyła, choćby podświadomie – piłkarze mogą sobie prawić komunały o szacunku dla przeciwniku, ale w głębi duszy czują, że są lepsi. Zwłaszcza wtedy, gdy są bezdyskusyjnie lepsi. Jak Barcelona od trzeciej/czwartej drużyny ligi włoskiej, którą u siebie pokonała 4:1.

Ja nigdy nie zaakceptuję innego wyjaśnienia wydarzeń z tamtego wieczoru niż ten, że Katalończycy się zagapili. Nigdy. Ta Barcelona jest zbyt świetna, by uwierzyć, że przegrywa z Romą.

I ma za sobą rok fenomenalny. Zwłaszcza w stosunku do oczekiwań, przecież latem skazywaliśmy ją na nieuniknione zsuwanie się w przepaść. Zamiast przegrywać, rozwalała wszystkich jak chciała. 1:0 z Atlético. 3:0 z Juventusem. 3:0 – na Santiago Bernabeu! – z Realem Madryt. 3:0 z Chelsea. Wyjazdowe 2:0 z rewelacyjną, czwartą w tabeli Valencią. Wyjazdowe 5:0 z piątym Betisem. Czy oni w ogóle tracili jakieś gole?! Uprawiała Barcelona futbol pragmatyczny, długo obracała na ruszcie rywali, zanim ich zagryzła, ale kontrolowała sytuację zawsze. Gdyby tylko Katalończycy nie zagapili się w Rzymie, gdyby nie to przeklęte, niewytłumaczalne 0:3 z drużyną słabszą niż wiele innych, które Barcelona stłamsiła. Przypomnijcie sobie, co zrobiła kilka dni później w finale Copa del Rey – Sevilla miała z nimi tyle szans na przetrwanie, co z tornadem, mogła co najwyżej ograniczać zniszczenia. W 69. minucie obrywała 0:5, a mogła obrywać 0:10, poszczęściło jej się. Jeszcze raz: gdyby tę furię Barcelona przywiozła do stolicy Włoch...

Sezon doskonały. Prawie doskonały. Niedoskonała doskonałość. Żyjemy w epoce El Clásico, to nienormalne, że nie delektowaliśmy się nim w finale Ligi Mistrzów.

czwartek, 03 maja 2018

Liverpool FC w krainie czarów

Wspominałem już tu i ówdzie, że Liverpool zdaje mi się bodaj najfajniejszą drużyną piłkarską do kibicowania. Przemykało mi to w łepetynie w poprzedniej dekadzie i notorycznie wraca, a ostatnio gania po zwojach mózgowych już bez ustanku.

Niełatwo „najfajniejszość” zdefiniować, jeszcze trudniej zmierzyć. Nie chodzi o nadmierną skłonność do wygrywania – na nią chorują gdzie indziej, choćby w Realu Madryt, który również zabawi wkrótce w finale Ligi Mistrzów. Zresztą seryjne zwyciężanie skutkuje erupcjami apokaliptycznej histerii, ilekroć piłkarze cokolwiek przegrają. Też mamy świeżutko w pamięci adekwatny przykład – Barcelona bierze w świetnym stylu oba tytuły krajowe, ale nastroje zatruwa wspomnienie feralnego 0:3 z Romą. „Najfajniejszość” dostrzegam więc tam, gdzie futbol dostarcza kibicom najwięcej intensywnych doznań – z mnóstwa powodów, liczy się i styl drużyny, i przyjemność z wyczynów rekordowo krańcowych, i wielość epizodów nie z tej ziemi, i kolorowość trybun lub związanych z klubem osobowości, i rozszarpujące nagłe zwroty akcji, i ekstremalne okoliczności wygrywania lub przegrywania.

Tak, również przegrywania. Jako fan Milanu i ofiara zaklęć liverpoolskich, która w maju 2005 roku skamieniała na trybunach w Stambule (od 3:0 do przerwy do 3:3 i klęski w karnych zatańczonych przez Jerzego Dudka), wyznam wam, że zdecydowanie wolę doświadczyć niepowodzenia po finałowym wieczorze wszech czasów niż znosić szare 0:2.

A pamiętam jeszcze, że tamten dreszczowiec poprzedził półfinał z Chelsea rozstrzygnięty dzięki golowi, który - co wykazała dopiero analiza przy użyciu izraelskiej technologii rakietowej - w ogóle nie padł.

Pamiętam, że kilka lat później, choć liverpoolczyków wciąż prowadził słusznie uchodzący za nudziarza trener Rafa Benitez, to właśnie w ich meczach fazy pucharowej padało najwięcej goli. Że to właśnie oni odnieśli wówczas bezprecedensowo wysokie zwycięstwo w Champions League (8:0 z Besiktasem) i nikt do tej pory ich rekordu nie wymazał.

Pamiętam, że to oni współposiadają również rekord wyjazdowy, bo rozbili 7:0 słoweński Maribor.

Pamiętam, że to oni uczestniczyli także w najobfitszym remisie Ligi Mistrzów – 4:4 z Chelsea. Że to oni jako jedyni dożyli wiosny w rozgrywkach, gdy zaczynali je w środku lata, od najgłębszej rundy kwalifikacji. Że to im zawdzięczamy kosmiczne 5:4 z Alaves w finale Pucharu UEFA.

To ich nade wszystko kojarzę z porywającymi horrorami w rozgrywkach angielskich, jak niezapomniane ligowe 4:4 z Arsenalem czy podróż od 0:2 do 3:3 z West Hamem po strzale ostatniej szansy w doliczonym czasie Stevena Gerrarda w finale krajowego pucharu, po którym nastąpiła dogrywka i zwycięskie rzuty karne. A skoro przyfrunęliśmy do byłego kapitana: stanęło mi przed oczami, jak w 86. minucie przywalił Olympiakosowi na miarę wyjścia z grupy w LM. Albo jak pośliznął się na miarę utraty tytułu w Premier League, a w następny weekend Liverpool już ostatecznie zaprzepaścił szanse, remisując z Crystal Palace mecz, w którym prowadził 3:0. I wszystko to w sezonie wyładowanym goleadami, jak 5:1 z Arsenalem, 6:3 z Cardiff City, 5:0 i 4:0 z Tottenhamem, 3:0 z Manchesterem United czy 4:0 w derbach! Uff, czerwony kibic niekoniecznie świętuje, ale co przeżyje, to jego.

Jeszcze raz: rozrzucam przykłady spontanicznie, nie dysponuję precyzyjnymi pomiarami, z których wynika, iż wokół Liverpoolu dzieje się najwięcej, ale z własnoocznych oględzin piłki nożnej XXI wieku wnoszę, że owszem. Ile razy widzieliście, by ktoś przegrał wskutek rykoszetu od leżącej na murawie piłki plażowej, jak zdarzyło się to „The Reds” z Sunderlandem?!

Ostatnio metafizyczne poczucie dziwności liverpoolskiego istnienia, a zarazem przeświadczenie o nadnaturalnej atrakcyjności drużyny z Anfield Road jeszcze się wzmaga. Śledzimy na bieżąco: rekordowa liczba goli w jednej edycji Ligi Mistrzów (45, poprawione osiągnięcie Barcelony); podziwianie w Salahu, Firmino i Mané najskuteczniejszego tercetu w historii (z 29 bramkami przelicytowali słynne tria barcelońskie i madryckie); aż trzykrotne rozbicie rozstawiającego wszystkich po kątach Manchesteru City; wreszcie udział w półfinale obfitszym w gole niż jakikolwiek dotychczasowy (7:6 z Romą).

Słowem, to Liverpool jest na razie królem chaosu rządzącego najnowszą Champions League, o którym szerzej piszę tutaj. Nie muszę już więc dodatkowo przypominać, że akurat jego mecze poprzedza najsłynniejszy futbolowy hymn. I że akurat jego piłkarzy inspiruje wybitnie popularny trener Jürgen Klopp – trochę hipis, a trochę rewolucjonista, który na miarę sensacyjnego finału dawał po garach już w Dortmundzie.

Któż inny miałby wyciąć numer nieśmiertelnemu Realowi Madryt, do którego pokonania nie wystarczy, jak wiadomo, po prostu lepsza gra?

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Kalidou Koulibaly i Mohamed Salah, czyli wstrząsy niemetaforyczne, ale realne, zmierzone przez czujniki sejsmiczne. W cotygodniowym felietonie podejmuję jeden z ulubionych tematów – losowość w futbolu, wpływ mikrozdarzeń i zbiegów okoliczności na wyniki całych sezonów. Przeczytacie go tutaj.

21:10, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
sobota, 28 kwietnia 2018

liga włoska, Serie A, Juventus, Napoli

Opinii to ty u nas dobrej nie miałaś. Gadali ludzie, żeś brzydka i nudna – skażona odruchami ultradefensywnymi, skłonna do zerozeryzmu, uzależniona od taktycznej dłubaniny, zaludniona boiskowymi gangsterami, dla których nie istnieją chwyty zbyt brudne, żeby się do nich uciekać. Tylko faule, krętactwo i zimna kalkulacja.

Owszem, ­czasami padałaś ofiarą stereotypów bzdurnych, dawno nieaktualnych. W ubiegłym sezonie na twoich boiskach padało więcej niż goli niż we wszystkich innych czołowych ligach w Europie – angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej i niemieckiej – a przeciętny polski zjadacz transmisji piłkarskich nigdy by na to nie wpadł. Trudno, tak czy owak kojarzyłaś się paskudnie.

Aż nastał sezon 2017/18. I nagle zaczęło wydarzać się tyle, że tylko ktoś, kto nie ma bladego pojęcia, mógłby zarzucić, że przynudzasz. Ligo włoska, jak ty wypiękniałaś! Ile nam dajesz pasjonujących fabuł!

Wszędzie znają mistrza od wielu tygodni, ewentualnie od wielu miesięcy. Zniszczył wszystkich krajowych rywali Manchester City, odpstryknął wszystkich Bayern, zamęczyła Barcelona, zdemolował zespół Paris Saint-Germain. A u ciebie, najdroższa Serie A, szczyt tabeli rozżarzony. Juve czy Napoli? Napoli czy jednak Juve? Salwa za salwą, naparzają się jak opętani, być może potrwa to do ostatniej kolejki.

No i w Neapolu, ogarniętym deliryczną ekstazą od ubiegłotygodniowego triumfu w Turynie, kibicują ludzie, którym tytuł mistrzowski dałby radość bardziej malowniczą niż gdziekolwiek indziej.

Malowniczą jak malowniczy jest styl gry wpajany przez trenera Maurizio Sarriego – niewykluczone, że efektowniej wywijają ostatnio tylko podwładni Pepa Guardioli z Manchesteru City.

Zeskakujemy piętro niżej, a tam o awans do Ligi Mistrzów z porównywalną zaciętością walczą Roma, Inter i Lazio – i znów: być może powalczą do ostatniej kolejki.

Przeskakujemy do Ligi Mistrzów, a tam oba niewiarygodne zmartwychwstania wiosny 2018 zawdzięczamy tobie, Italio – udanie zmartwychwstała Roma (3:0 z Barceloną), prawie udanie zmartwychwstał Juventus (wyjazdowe 3:0 z Realem Madryt, unieważnione dopiero rzutem karnym ostatniej szansy). Co to były za emocje! Fajnie, że przez 2000 lat z okładem tyle się technologicznie zmieniło, że zmartwychwstania transmituje obecnie telewizja, że pokazuje je z wielu kamer i w zwolnionym tempie, prekursor zmartwychwstań jest tu w rankingu widowiskowości bez szans, on jednak działał bez obiektywów, a sami wiecie, jaka jest dzisiejsza młodzież, pics or it didn’t happen.

Zsuwamy się na dno tabeli, a tam dokazuje Benevento. Najpierw obśmiewane jako najgorsza piłkarska drużyna w całych dziejach galaktyki, następnie polubione za styl gry i nieustępliwość, potem fetowane za historyczny pierwszy punkt wydarty w marvelowskich okolicznościach (gol bramkarza w ostatniej sekundzie!), wreszcie wywołujące szok wyjazdowym zwycięstwem nad Milanem. Co za fabuła!

Wracamy na wyżyny, ligo włoska, a tam o mistrzostwo awanturują się Wojciech Szczęsny (spadkobierca Jego Bramkarskości Gianluigiego Buffona!), Arkadiusz Milik oraz Kandydat Na Pana Rozgrywającego Piotr Zieliński. Ależ gratka dla nadwiślańskiego kibica! Już wiadomo, że Polak będzie mistrzem krainy, którą Polak podbił tylko raz, w antycznym 1984 roku, gdy na chwałę Juventusu zasuwał Zbigniew Boniek!

Zakładamy okulary z mocnym filtrem narodowościowym i orientujemy się, że nasi rozpanoszyli się wszędzie. Patrzymy, jak zabawia się w Sampdorii cały polski tercet; jak całkiem sporo bramek wpada młodziutkiemu Dawidowi Kownackiemu; jak w defensywie SPAL fason trzyma adoptowany przez nas Thiago Cionek; jak Mariusz Stępiński, napastnik w kadrze Nawałki zaledwie trzeciorzędny, przywala golem i Interowi, i Milanowi, i Napoli. Dzieje się to w lidze, która nigdy naszym nie leżała! A kopie ich w Italii więcej niż wszystkich poprzedników razem wziętych!

Wyśliczniałaś, Italio, także z naszej, polskiej perspektywy. Zbyt u ciebie ciekawie, żeby w najgorszym razie przynajmniej nie sprawdzać, co u ciebie słychać, aż żałuję, że w niniejszej notce oszczędzałem na wykrzyknikach.

Aha, na marginesiku: w tym sezonie w lidze włoskiej gole również padają częściej niż w hiszpańskiej księżniczce La Liga.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Wykryłem nową siłę wpływającą na futbol, której macki sięgają prawdopodobnie nawet szczytów Ligi Mistrzów. Musiałem się więc podzielić – tradycyjny felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj.

17:26, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
Archiwum
Tagi