RSS
poniedziałek, 11 września 2017

Napastnik Bayernu znów się odezwał i znów, jak po poprzednim sezonie, narobił rabanu. Robert Lewandowski właśnie osiągnął najwyższy stopień megagwiazdorskiego wtajemniczenia. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety" przeczytacie tutaj

czwartek, 07 września 2017

Mundial 2018, Syria, Katar, USA, Chiny

„To były boiska na Manhattanie, grały dzieci, patrzyłem osłupiały. Drużyny koedukacyjne, szczera międzypłciowa współpraca, chłopcy wjeżdżają wślizgami w dziewczyny, dziewczyny podkładają nogi chłopcom i w ogóle pełne równouprawnienie. Gdyby zamieszkała tam Magdalena Środa, musiałaby wyruszyć na poszukiwanie nowego celu w życiu.

Mocniej uderzało po oczach co innego - nikt, ani on, ani ona, nie chciał zabawić się w Maradonę. Nie próbował dryblować do zatracenia, nie nurkował z piłką w sam środek tłumu, nie tracił jej głupio, jak przystało na beztroskiego brzdąca. Wszyscy już w wieku szczenięcym rozumieli, że uprawiają sport zespołowy. Biegali, żeby sobie pomagać i się poświęcać, solowych popisów unikali, piłkę brali po to, by zaraz ją oddać. Mourinho też poczułby się niepotrzebny.

Zapamiętałem, bo tamci młodzi wydali mi się przedwcześnie dojrzali. Każdy normalnie rozwijający się szkrab marzy o tym, by okiwać całą ludzkość, dosunąć do bramki, tuż przed linią bramkową położyć się i popchnąć leżącą na trawie piłkę głową. Nie Amerykanie.

Kiedy podziwiam reprezentację USA na mundialu, stają mi przed oczami ich rodacy, sensacyjni mistrzowie olimpijscy w siatkówce. Też fenomenalnie zjednoczeni, waleczni do omdlenia, skrywający wady za niezłomną niezgodą na porażkę. Ale wspominam też juniorów z Manhattanu, którzy nie tyle nie umieli, ile nie zamierzali dryblować. W ich nawykach widzę echo odruchów dorosłych piłkarzy. Atletów ewidentnie wyrosłych z wysokiej kultury sportowej swojego kraju, wierzących w etos pracy, przedkładających na boisku interes grupy nad interes osobisty, wiedzionych przez instynkt gry do końca, ale pozbawionych indywidualności. Niemal wszyscy Amerykanie w boiskowym stylu bycia wyglądają jak bracia, cała drużyna składa się z egzemplarzy do siebie podobnych. Silnych, twardych i wytrzymałych, a zarazem żadnym gestem niezdradzających ochoty, by się wyróżnić. Armia sklonowanych gladiatorów.

Kraje o bogatych futbolowych tradycjach mają swoje specjalizacje. Na znakomitą markę zapracowali brazylijscy ponaddźwiękowi boczni obrońcy, argentyńscy drobni rozgrywający, holenderscy dryblerzy, portugalscy skrzydłowi, włoscy stoperzy etc. USA wychowuje graczy doskonale przeciętnych, jakby zdjętych z jednej sztancy. Jeśli zapadają w pamięć, to dlatego że schodzą z boiska w zakrwawionych koszulkach. Doceniamy ich wysiłek, nie zachwycamy się kunsztem. Doceniamy wydajność rozwijającego się w USA piłkarskiego przemysłu, nie odnajdujemy w jego wyrobach naturalnego, rzucającego na kolana talentu”.

Podaję powyższe akapity pochyłą czcionką, ponieważ wklejam fragmenty własnego felietonu – zniknął z internetu – który spisałem gdzieś w RPA, w czerwcu 2010 roku, jako korespondent gazety. Piłkarze USA właśnie odpadli z turnieju, choć szeroko zakrojona strategia, wcielana w życie od lat 90., zakładała, że założą wówczas złote medale. Analizowałem więc cechy ich stylu, szukałem przyczyn porażki, dzieliłem się publicystycznie wrażeniami.

Medali żadnego koloru nie założyli Amerykanie do dzisiaj. Ale nie to oddaje skalę niepowodzenia – żeby zdobyć szczyt w tak konkurencyjnej dyscyplinie, trzeba pomyślnego splotu różnych okoliczności, olbrzymią rolę do odegrania ma tu nawet łut szczęścia. Ważniejsze, że ów bogaty kraj, bogaty również w tradycje sportowe, wciąż nie wymyślił siebie piłkarsko. Nie ma przyzwoitej ligi, nie wychowuje gwiazd, nie potrafi rządzić nawet na swoim kontynencie (choć stawka tam mizerna). Reprezentacja USA wygląda ostatnio tak beznadziejnie, że poważnie grozi jej pierwsze od 31 lat przegranie eliminacji mundialu, a trener Bruce Arena nie wstydzi się narzekać, że krzywdę wyrządza im Donald Trump. Ściślej – prezydencka retoryka i polityka antyimigrancka. Piszę o tym więcej tutaj.

Amerykańska klapa uzmysławia, jak potwornie trudno zaprojektować sukces w piłce nożnej, nie wspominając o wzniesieniu trwałej potęgi. Uzmysławia to zresztą cały trwający tydzień, bo w zupełnie innych zakątkach globu klęski ponieśli inni napaleni na podbijanie boisk – Chińczycy, o których obszernie pisałem tutaj, i Katarczycy, których manewry jeszcze obszerniej relacjonuję tutaj. Pierwsi zajęli przedostatnie miejsce w grupie azjatyckich kwalifikacji do MŚ, a drudzy zostali wgnieceni na ostatnie. Owszem, oni zaczęli reformować futbol później, ale... Zrekapitulujmy.

USA, czyli pożądający sukcesu w piłce najpotężniejszy kraj świata, wisi w tabeli pod Panamą, klęka u siebie przed Kostaryką, ledwie ratuje remis w Hondurasie.

Chiny, czyli pożądający sukcesu w piłce drugi najpotężniejszy i najludniejszy kraj świata, leży w tabeli pod Uzbekistanem oraz Syrią – zrujnowaną, od sześciu lat pogrążoną w wojnie domowej.

Katar, czyli pożądające sukcesu w piłce najbogatsze społeczeństwo świata, leży w tabeli jeszcze niżej, wyciera jej dno 7 punkcikami uciułanymi w 10 meczach, a Syria wrzuciła mu właśnie trzy gole.

Ta ostatnia reprezentacja to przypadek szczególny. Jej piłkarze – zwyciężający ku radości rodaków, ale i ku radości zbrodniczego prezydenta Baszara al-Asada – na mecze rozgrywane formalnie u siebie wyjeżdżają za granicę, niekiedy odległą, ostatnio polecieli aż do malezyjskiego Kuala Lumpur. Na ich murawach z oczywistych względów nikt korka nie postawi, ze wstrząsających reportaży z tamtej okolicy mocno zapadł mi w pamięć obrazek dzieci rywalizujących w turnieju taekwondo, które tak przywykły do odgłosów wojny, że właściwie nie słyszą huku eksplodujących bomb. Albo opowiastka o służącym w wojsku arbitrze, który po ostatnim gwizdku w ligowym meczu zawsze chwyta AK-47 i wraca na pole bitwy.

Syryjscy piłkarze żyją jak wszyscy. Z przerwami w dostawie prądu, z brakami wody, w lęku o rodziny, milcząc o reżimie albo go chwaląc. Wciąż jednak pozostają w grze o mundial. Niebawem w barażu zmierzą się z Australią, a jeśli jej podołają, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że bój o awans stoczą z drużyną USA.

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 05 września 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski 

FIFA planuje zmienić zasady tworzenia rankingu, by drużyny w typie Polski czy Szwajcarii nie wykorzystywały kruczków sztucznie poprawiających ich pozycję.

Rychłe zrewidowanie reguł zapowiedział już rzecznik futbolowych władz, na które naciskają potentaci. Potentaci niezadowoleni, bo nazbyt nisko sklasyfikowani. I mają swoje racje.

Fałszowanie rzeczywistości ma polegać na tym, że twojemu rankingowemu bilansowi znacząco szkodzi rozgrywanie sparingów. Nie – przegrywanie sparingów, lecz samo wychodzenie na boisko. Za zwycięstwo w meczu towarzyskim FIFA przyznaje tylko 40 proc. punktów, które przyznałaby za zwycięstwo z tym samym przeciwnikiem w meczu o stawkę. A ponieważ w klasyfikacji liczy się średnia punktów na spotkanie, a nie suma wszystkich zgromadzonych punktów, to tracą wszyscy, którzy często umawiają się na sparingi.

Przyjrzyjmy się ostatniemu rokowi. Oto piłkarze czwartej w rankingu Szwajcarii zagrali towarzysko raz, podobnie jak piłkarze piątej Polski. Francuzi? Pięć razy. Włosi i Hiszpanie? Cztery razy. I każdej z wymienionych markowych reprezentacji zasadniczo opłaciłoby się rezygnować nawet ze sparingów, które okazywały się zwycięskie. Co gorsza, wielkie firmy organizują gierki głównie między sobą – by przyciągać kibiców szlagierami, sprawdzić się z równymi sobie, więcej zarobić na reklamach – więc z konieczności dzielą się rankingowymi punktami.

Brytyjski „Times” wskazuje właśnie Szwajcarię (podejmowała ostatnio tylko Białoruś) oraz Polskę (tylko Słowenia) jako uprzywilejowanych (choć oczywiście trener Adam Nawałka nie cwaniakuje, lecz w czasie krótkich zgrupowań przedkłada treningi nad próbne gierki). I wcale nie martwi się prestiżem wynikającym z pozycji w comiesięcznie aktualizowanej w globalnej hierarchii, lecz niewielkimi szansami na rozstawienie w losowaniu mundialowych grup. Rozstawienie, który przy obecnym kształcie klasyfikacji, miałyby i Szwajcaria, i Polska.

To najważniejszy konkret, który implikuje ranking FIFA. Decyduje on o rozstawieniach. Walijczycy, pomimo znakomitego występu na Euro 2016, nie znaleźliby się w najwyższym koszyku w losowaniu kwalifikacji mundialu 2018, gdyby nie 17 miesięcy (!) bez ani jednego rozegranego sparingu. Włosi też skarżą się – zwłaszcza po sobotnim 0:3 w Madrycie – że zostali skazani na grupę z Hiszpanią.

Interweniowali oni, awanturowali się u światowych władz Anglicy, byli też inni zirytowani, a wszystkich wsparła UEFA. I FIFA raczej ulegnie presji, choć dopiero po losowaniu grup mundialu 2018. Korzystajcie więc, Robercie Lewandowski i inni, póki wam pozwalają.

niedziela, 03 września 2017

Czy nasi piłkarze są ogłuszeni? Czy trener i kapitan zdołają ich ocucić przed meczem z Kazachstanem? Czy 0:4 w Danii było nieszczęśliwym przypadkiem, który okaże się wyrwanym z kontekstu epizodem, czy logiczną konsekwencją wszystkiego, co się dzieje w polskim futbolu? Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 02 września 2017

Przed dwoma laty spóźniłem się na mistrzostwa Europy siatkarzy, bo poleciałem za piłkarzami Adama Nawałki do Glasgow (ocalony w ostatniej sekundzie remis ze Szkocją), a potem podziwiałem ich z trybun Stadionu Narodowego (dające awans na Euro 2016 zwycięstwo nad Irlandią). Wylądowałem w Sofii w środę popołudniu, by kilka godzin później zobaczyć, jak drużyna Stéphane’a Antigi obrywa od Słoweńców, odpada w ćwierćfinale, przeżywa szok – miałem tydzień wakacji w stolicy Bułgarii, co było poniekąd podróżą do dzieciństwa, bardzo tam peerelowsko.

Teraz nie pojechałem za piłkarzami reprezentacji Polski do Kopenhagi, ponieważ zakładałem, że nasi siatkarze mogą podołać. Plan był prosty – w niedzielę oni grają o medale, w poniedziałek przenoszę się z Krakowa do Warszawy, żeby pooglądać, jak piłkarze znęcają się nad Kazachstanem i awansują na mundial.

Jak wiecie, plan wziął w łeb. 0:3 siatkarzy ze Słowenią, 0:4 piłkarzy z Danią. Nie będzie medalu, nie będzie awansu, chwilowo nie będzie niczego.

Przyznam się uczciwie: nie uważałem siatkarzy za faworytów barażu, nie uważałem też piłkarzy za faworytów w Kopenhadze. Typowałem wyczerpującą awanturę ze Słowenią, prognozowałem wymordowany remis z Danią. Myliłem się potężnie, w obu meczach Polacy wypadli beznadziejnie, właściwie tragicznie, z żył mi wypływały jakieś dziwne klęskowe gluty, odzwyczaiłem się od takich wybryków. Dlatego nie zdarzy się niesamowitość, o której pisałem tutaj – że piłkarze będą wyżej w globalnym rankingu niż siatkarze.

Czytacie wpis niemerytoryczny, jeden z tych, które nazywam terapeutycznymi. Jako kibic dawno nie dostałem tak mocno po gębie – przydzwonili mi i Słoweńcy (nazajutrz zdmuchnęli ich z boiska Rosjanie!), i Duńczycy, to było najgorsze kilkadziesiąt godzin od lat. Jesienią 2015 roku nawet to, co nie wyszło, nie martwiło – porażkę siatkarzy przyjęliśmy ze zrozumieniem, bez specjalnego niepokoju. Przytrafiła się – wtedy mogliśmy mówić: „przytrafiła się” – zaraz po rewelacyjnym popisie na Pucharze Świata (trzecie miejsce, ledwie jedna porażka); widzieliśmy, że Polacy są wycieńczeni fizycznie i mentalnie; ówczesny trener zdawał sobie sprawę, że powinien był zabrać na imprezę przynajmniej częściowo rezerwowy skład. Pozostawaliśmy optymistami.

Jak wtedy unosiła mnie euforia, tak teraz wpadłem w studzienną deprechę. W siatkówce przeczuwam grubszy problem – trzeba czekać na rozgrywającego z wizją, związkiem rządzi menedżer niepokojący podobny do menedżera Grzegorza Laty, o losie Ferdinando de Giorgiego i – ewentualnie – nazwisku jego następcy zdecyduje myślowy chaos. Boję się również o przyszłość reprezentacji futbolowej. Piątkowy wybryk niby nie przypomina niczego, co dotąd oglądaliśmy, ale też był tak dołująco beznadziejny, tak bardzo nie było w nim jakiegokolwiek punktu zaczepienia – Grzegorzu Krychowiaku z lat przedparyskich, wróć! – że nie mam pojęcia, jak Polacy mają dobrać się w poniedziałek do Kazachstanu. Nagle zrobiło się strasznie.



13:54, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
niedziela, 27 sierpnia 2017

Polski futbol ligowy oraz polskie kino, dzieje 1998-2017. Wersja mocno skrócona, perspektywa osobista. Do cotygodniowego felietonu dla „Gazety” zapraszam tutaj.



19:52, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 25 sierpnia 2017

Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok, Arka Gdynia, ekstraklasa

Nie istnieje w europejskich pucharach większe nieszczęście niż wdepnięcie w drużynę z Polski. Trochę frajdy niby masz – bo rywala opędzlowujesz, awans jest tu gwarantowany – ale potem robi się strasznie. Prędko okazuje się, ile zdrowia kosztowały cię wyniszczające batalie z przedstawicielami narodu, który nigdy, jak uczy historia, tanio skóry nie sprzedaje.

Piłkarze kazachskiej Astany zdołali przetrwać ataki Legii Warszawa, więc w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów wyglądali jak własne portrety pamięciowe. I w Glasgow przyjęli pięć goli.

Piłkarze azerskiej FK Qəbələ zdobyli dumny Białystok, więc w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Europy wycieńczeni przegrali oba mecze z Panathinaikosem.

Piłkarze Utrechtu namordowali się z Lechem Poznań, więc zaraz potem – spłukani emocjonalnie, zgruchotani fizycznie etc. – oberwali od Zenita St. Petersburg.

Piłkarze Midtjylland przelali krew wojów najdzielniejszych z dzielnych, broniących honoru Arki Gdynia i dowodzonych przez charyzmatycznego hetmana Ojrzyńskiego, więc w następnej fazie kwalifikacji LE oberwali od cypryjskiego Apóllonu, przeciwnika przecież nieprzesadnie wymagającego.

Jeszcze raz: wszyscy, którzy wyeliminowali polski klub, odpadli z rozgrywek w następnej rundzie. Kto podnosi rękę na reprezentanta tzw. ekstraklasy, kopie sobie własny grób. Z tej traumy łatwo się nie wychodzi, już teraz mi żal bohaterów Sheriffa Tyraspol –  z awansu cieszyli się, głupki, nieprzytomnie – którzy po morderczych 180 minutach z Legią spróbują zachować godność w fazie grupowej LE.

01:14, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 El Clasico, Real Madryt, FC Barcelona

1:5 w superpucharowym dwumeczu El Clásico, 0:3 z Juventusem, 0:4 z Paris Saint-Germain. A wszystko na dystansie kilku miesięcy. To się zdarza Barcelonie stanowczo zbyt często, zwłaszcza że zdarza się w okresie rewelacyjnych osiągnięć Realu Madryt. Felieton do „Gazety” o nieoczekiwanej zamianie miejsc – nieoczekiwanej i szokująco radykalnej – przeczytacie tutaj.

sobota, 19 sierpnia 2017

AC Milan

To była czystka, jaka w futbolu na najwyższym poziomie prawie się nie zdarza. Totalna, obejmująca wszystkie poziomy klubu. Ale mediolańczycy czują się dzisiaj, na starcie ligi włoskiej, największymi wygranymi lata 2017.

Niesie ich entuzjazm, może nawet mocniej – unosi ich euforia, narkotyczny haj. W piłce możesz odlecieć, zanim cokolwiek wygrasz, ponieważ istnieją transfery, czyli obietnica zwycięstw, fetowane jak gole i czyniące międzysezonową przerwę równie ekscytującą jak sezon. Efekt potęguje jeszcze suma wydanych na graczy pieniędzy, kolejny fetysz współczesnego futbolu – im pokaźniejsza, tym wyższą wywołuje gorączkę. A Milan zapłaci(ł) za transfery blisko ćwierć miliarda euro. Gdyby nie szaleństwo Katarczyków wokół Neymara, warte 222 mln, byłby tego lata najbardziej rozrzutnym uczestnikiem rynku na świecie. Szasta ten sam Milan, który od lat desperacko wyszukiwał promocji, możliwe najtańszych okazji, piłkarzy do wzięcia za darmo lub gdzie indziej niechcianych. I z mocarstwa ze szczytów Ligi Mistrzów skarlał do przeciętniaka niewpuszczanego na podium ligi włoskiej.

Teraz odnowił praktycznie całą szatnię. Z podstawowej jedenastki z ubiegłego sezonu ostaną się jedynie najzdolniejsi młodzieńcy – obrońca Alessio Romagnoli oraz bramkarz Gianluigi Donnarumma, którego zatrzymanie szefowie klubu także klasyfikują jako wspaniały transfer. Uczynili go najwyżej opłacanym nastolatkiem w futbolu (6 mln, a właściwie 7 mln za sezon), ale nie żałują, przekonują, że ubili doskonały interes, bo Paris Saint-Germain oferowało mu pensję ponaddwukrotnie wyższą. W domyśle: nawet jeśli chłopaka w przyszłości utracimy, to za gruby szmal.

Twarzą personalnej rewolucji został Leonardo Bonucci. Bodaj najbardziej spektakularny transfer od 2002 roku (mediolańczycy wyjęli wtedy z Lazio Alessandro Nestę), bo potem Kaká czy Thiago Silva przybywali jako gracze stosunkowo nieznani i sławę zdobywali dopiero na San Siro, a Zlatan Ibrahimovic czy Ronaldinho – jako odrzuceni przez Barcelonę, ten ostatni przywiózł ze sobą nawet wydatną nadwagę. Bonucci to inna skala, ruch bezcenny merytorycznie i psychologicznie, wspaniale nadający się na sztandar nowej epoki. Po pierwsze, rozbita została najsilniejsza i najdłużej współpracująca ze sobą linia defensywna na świecie, chroniąca pola karnego Juventusu od 2011 r. Po drugie, mediolańczycy nie pamiętają już, kiedy mieli prawo nazywać jakiegokolwiek swojego piłkarza „numerem jeden na świecie”, a teraz to przyjemne prawo bezsprzecznie zyskali (nawet jeśli nie każdy się zgodzi) – co więcej, pozyskali kapitana z autentycznym autorytetem, postać niewidzianą na San Siro od lat. Internet już obiegło wideo sprzed meczu kwalifikacji Ligi Europy, na którym 30-letni Włoch podniośle przemawia do złączonych ramionami piłkarzy, uroczyście ogłaszając, że rozpoczynają misję ponownego wynoszenia Milanu na szczyt.

Czy nowy lider utrzyma – lub prędko osiągnie – poziom z gry w Juventusie, nie wiadomo. Tam miał u boku – on, obrońca elegancki, nienaganny technicznie, precyzyjnie podający, ze znawstwem inicjujący akcje ofensywne – zakapiorowatych, wybitnie doświadczonych ochroniarzy Giorgio Chielliniego oraz Andreę Barzaglego, z którymi porozumiewał się bez słów. Tutaj stanie pomiędzy młodym Romagnolim a debiutującym na włoskim boiskach Mateo Musacchio, będzie jedynym punktem odniesienia, ludzie oczekują od niego cudów. Jednak zagadka.

Zresztą nie wiemy nawet, czy trener Vincenzo Montella istotnie postanowi – jak założyłem wyżej – przeprojektować defensywę na trzyosobową, by wykorzystać walory Andrei Contiego oraz Ricardo Rodrigueza, bocznych obrońców tak dynamicznych, ofensywnie nienasyconych, że wydają się raczej idealnymi kandydatami na cofniętych skrzydłowych. Nastąpiły zmiany zbyt radykalne, by przewidywać, jak wyewoluuje jego drużyna. Andrij Szewczenko, niegdyś supergwiazda Milanu, zarzucił wręcz szefom klubu, że działają chaotycznie, że z ich kompulsywnego kupowania nie wyłania się żaden plan.

Ja od werdyktu się wstrzymuję, ale kierunek zmian intuicyjnie lubię – cieszę się rewelacyjnym w minionym sezonie Franckiem Kessiém, podoba mi się obstawianie młodzieży (André Silva, Hakan Calhanoglu) obznajomionymi z Serie A, sprawdzonymi tam wyczynowcami (Lucas Biglia, Nikola Kalinic). I rozumiem, że nowy właściciel, Yonghong Li, chciał oczyścić Milan ze wszystkich złogów kojarzących się ze schyłkiem epoki poprzednika. Dołującym, nie dającym żadnej nadziei. To było bezwładne staczanie się, niegodne czerwono-czarnych barw przyzwyczajanie do bylejakości.

Chiński biznesmen wymieniał kadry bezlitośnie, wręcz brutalnie. Zatrudnił nowego dyrektora generalnego, odpowiedzialnego za codzienne zarządzanie klubem – Marco Fassone, który na rozmaitych menedżerskich stanowiskach wprawiał się już w Juventusie, Napoli i Interze. Dyrektorem sportowym został Massimiliano Mirabelli, niestrudzony obieżyświat, który miesiącami podróżuje między kontynentami w poszukiwaniu talentów (duet funkcjonuje już wśród kibiców jako MiraFax, co ma brzmieć jak nazwa amerykańskiej wytwórni filmowej Miramax). Jest nowy szef szef ośrodka Milanello, nowy kierownik drużyny, nowy odpowiedzialny za dział komunikacji, nowy trener młodzieżówki (Gennaro Gattuso), ba, nowa jest nawet obsługująca klub agencja fotograficzna. Przetrwał tylko trener Montella i elementy materialne – centrum treningowe, stadion, herb...

Nowe kadry wprowadzają nowe zasady. Mirabelli obwieścił, że uwolni klub od niszczącego wpływu pośredników transferowych (jego poprzednik Adriano Galliani miał obracać się w wąskim kręgu ludzi podejrzanej reputacji) – koniec ze potajemnym spotykaniem się z agentami po restauracjach i hotelach, teraz negocjujemy wyłącznie w Casa Milan, transparentnie, „na oczach” kibiców; koniec z rozmawianiem z agentami, zanim porozmawiamy z reprezentowanymi przez nich piłkarzami; koniec z wypłacaniem prowizji za samo przedłużenie kontraktu, premiujemy tylko pomoc przy transferach; koniec z podlizywaniem się szkodnikom, których należy traktować twardo, bezwzględnie, z pozycji siły.

Brzmi ładnie, w słowach dyrektora sportowego też słychać upojny entuzjazm, którym oddycha całe środowisko Milanu. Niepewność nadal wywołuje jedynie właściciel klubu. Yonghong Li wiele miesięcy odwlekał sfinalizowanie zakupu, płacił kolejne kary, ostatecznie sfinansował operację dzięki olbrzymiej, ćwierćmiliardowej pożyczce zaciągniętej w Elliott Management Corporation, agresywnym amerykańskim funduszu hedgingowym, który ma pobierać kilkadziesiąt milionów odsetek rocznie. Co się stanie, jeśli Milan nie awansuje natychmiast do Ligi Mistrzów, a chińskiemu biznesmenowi nie powiedzie się plan podwojenia w trzy lata przychodów klubu, który nie dysponuje nawet własnym stadionem?

Tagi: AC Milan
21:36, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

Archiwum
Tagi