RSS
sobota, 31 marca 2018

Juventus

Po niedawnym zdobyciu stadionu Wembley, które pozwoliło turyńczykom wyeliminować Tottenham i awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, Gianluigi Buffon stanął na środku szatni i oznajmił: „Jutro pogrzeb Davide Astoriego. Znaleźliśmy prywatny samolot, która nas tam zabierze. Zbiórka o 4.30 w hotelowym lobby. Choć zrozumiem każdego, kto po takim meczu woli się wyspać”.

Rano zjawili się wszyscy. Okazało się jednak, że w samolocie jest 12 miejsc, z czego trzy musi zająć załoga. Polecieli zatem: Buffon (kapitan), Giorgio Chiellini (wicekapitan), Claudio Marchisio (trzeci kapitan), Andrea Barzagli, Mehdi Benatia, Miralem Pjanić, Daniele Rugani, trener Massimiliano Allegri i jego asystent Marco Landucci. Skład wybitnie nieprzypadkowy, pierwszy szkoleniowiec Juve lubi podkreślać, jak ogromny wpływ na morale drużyny i dynamikę zachowań w szatni mają czterej pierwsi wymienieni, odpowiednio: 40-, 33-, 32- oraz 36-latek.

Nie przywołuję tamtego epizodu, żeby powzruszać się szlachetnością Buffona, który lot zorganizował i opłacił, oraz reszty ferajny, która pomimo pomeczowego wycieńczenia postanowiła pożegnać kolegę z boiska. Wracam do niego, ponieważ on również wyjaśnia, dlaczego Juventus, miesiącami usiłujący nadążyć za Napoli, odzyskał pozycję lidera, właśnie uciekł rywalom na dystans czterech punktów, znów stał się murowanym faworytem wyścigu po mistrzostwo Włoch. I eksponuje ów epizod zalety, które odróżniają obrońców tytułu od wszystkich krajowych konkurentów.

Neapolitańczycy, jak wiadomo, żyją obsesją wygrania Serie A, którego nie zaznali od mitycznych czasów Diego Maradony. Podporządkowali celowi wszystko, zdawali się niemal ostentacyjnie poddawać kluczowe mecze w Lidze Mistrzów (nawet na Manchester City rzucili siły mocno rezerwowe, ulegli też Szachtarowi Donieck), Lidze Europy (przegrali z RB Lipsk) oraz Coppa Italia (1:2 z Atalantą na swoim San Paolo). Mimo to najbardziej prestiżowym wyzwaniom podołać nie umieją – w grudniu nie dali rady obronić się u siebie przed Juve, a niedawno uklękli przed Romą (cztery stracone gole!) i nie zdołali choćby naruszyć bunkra wzniesionego przez mediolański Inter (0:0). Zlecieli z pozycji lidera, by natychmiast zmięknąć – ledwie wymęczyć 1:0 z Genoą, a dzisiaj zgubić punkty w Sassuolo. Kiedy im się układa, fruwają, zachwycając wielopodaniowymi akcjami konstruowanymi przez całą jedenastkę. Kiedy im się nie układa, wyglądają na pozbawionych jakiegokolwiek planu B.

Tymczasem piłkarze Juve uważają za swój obowiązek wygrywanie wszędzie. I spełniają go z morderczą konsekwencją – czekają ich ćwierćfinał Ligi Mistrzów oraz finał Pucharu Włoch – choć często balansują na krawędzi przynajmniej remisu. Ich ulubionym wynikiem pozostaje zwycięstwo minimalne, jednobramkowe; jeśli uda im się dorzucić drugiego gola, to na ogół w samej końcówce; w rewanżu z Tottenhamem musieli podnieść się psychicznie przy stanie 0:1, grając ze świadomością, że do awansu nie wystarczy nawet 1:1. A potem jeszcze postanowili zarwać noc i pognać do Florencji, choć nerwowy mecz na Wembley musiał pochłonąć masę energii mentalnej i fizycznej. Piłkarze niezłomni.

Emblematycznym triumfem było wyjazdowe 1:0 z Lazio – 90 minut ciężkiej młócki rozstrzygnięte po wypadzie ostatniej szansy Paulo Dybali. Takie wydłubywanie punktów wymaga nadludzkiego skupienia w defensywie, najdrobniejsza wpadka grozi tu stratami w ostatecznym rozrachunku być może nieodwracalnymi. I piłkarzom Juve mentalnej mocy wystarcza – do dzisiejszego ciosu zadanego przez Leonardo Bonucciego wszyscy odliczali im przede wszystkim czas od ostatniego straconego gola w Serie A (upłynęło 959 minut!), a jeszcze bardziej imponowało to, że przez 1479 minut gry turyńskiego bramkarza (akurat Wojciecha Szczęsnego) pokonał tylko Martin Caceres z Verony. Poszczęściło mu się jeszcze przed Sylwestrem, u schyłku roku 2017.

Niemal idealna passa Juve ciągnęła już zatem przez 16 ligowych kolejek z okładem. Co oczywiście bywa odczytywane jako dowód słabości Serie A – wszystkie istniejące rozgrywki w kibicowskich dyskusjach okazują się być do niczego albo przynajmniej mieć fundamentalne wady – ale ja wolę dostrzegać tu potęgę turyńczyków. Ich siłę woli, konsekwencję, zawziętą nieustępliwość, niezgodę na jakiekolwiek momenty roztargnienia. Gdybym przeciw nim grał, zaraz po ostatnim gwizdku wzmógłbym czujność i sprawdzał, czy aby nie wbijają zwycięskiego gola. Bo wbijają niemal zawsze. Nawet wtedy, gdy cierpią, gdy zderzają się ze zdeterminowanymi twardzielami (jak dzisiejszy Milan, pobity 3:1), gdy za trzy dni czeka ich (znów: jak teraz) batalia z Realem Madryt. Ten kwiat wyrósłby nawet z betonu i bez wody.

Nie zawsze jest w Juve słodko – w ubiegłym sezonie turyńczycy chcieli się chwilami pozabijać, a wojna domowa znalazła puentę latem, w transferze skłóconego z trenerem Bonucciego do Milanu. Poczucie wspólnego celu i wzajemny szacunek przywiodły jednak parszywą dwunastkę Juve (zawodnicy plus Allegri) do szóstego z rzędu mistrzostwa Włoch, trzeciego z rzędu krajowego pucharu oraz drugiego w trzech ostatnich edycjach finału Ligi Mistrzów. Dorobek absolutnie unikalny. Unikalny jak ich sposób na wygrywanie, chwały nie odebrałoby turyńczykom nawet ewentualne niepowodzenie w Serie A – neapolitańczycy grają niekiedy fenomenalnie – które teoretycznie jest możliwe.

Ale przecież prawie nikt nie wierzy, że się wydarzy.

niedziela, 25 marca 2018

Adam Nawałka w pewnym rankingu jest już trzeci, za Kazimierzem Górskim i Antonim Piechniczkiem. Ale cały czas nie zgnuśniał, dlatego tym razem cotygodniowy felieton poświęciłem temu, jak staje się trenerem włoskim. Przeczytacie go tutaj.

czwartek, 22 marca 2018

MŚ 2018, mundial 2018, reprezentacja Polski, Adam Nawałka

Nawoływania, „byśmy zbojkotowali mundial”, to kolejny wzniosły dowód, że jesteśmy wybitnie skłonni do poświęceń i heroizmu w imię szlachetnych celów, o ile poświęcać się i dokonywać czynów heroicznych będą za nas inni.

Nie wiem, czy ktokolwiek poważny - przynajmniej teoretycznie poważny, czytaj: pełniący funkcję publiczną - obwieścił już, że polscy piłkarze nie powinni lecieć na turniej w Rosji, ale w mediach zwanych społecznościowymi dyskusja trwa w najlepsze, głos zabierają też prasowi publicyści. Wszystko zaczęło się w Wielkiej Brytanii, gdzie otruci zostali - niemal na pewno przez skrytobojców Putina - działający niegdyś na dwie strony szpieg Siergiej Skripal oraz jego córka. Stamtąd zawierucha przyszła, u nas wskazuje się również inne winy kremlowskiego reżimu, od wewnątrzkrajowego łamania praw człowieka po agresję na Ukrainę. Winy ewidentne, gospodarze MŚ w żadnym razie nie spełniają demokratycznych standardów Zachodu, do którego wciąż należymy.

Im bliżej w dyskusji piłki nożnej, tym bardziej słychać głównie kakofonię, mylenie pojęć, gigantyczne pomieszanie z poplątaniem.

Nieporozumieniem jest już sama teza, że mundial mielibyśmy zbojkotować „my”. Nie gramy bowiem „my”, lecz piłkarze reprezentacji Polski, czyli „oni”. Konkretni ludzie - Lewandowski, Szczęsny, Krychowiak, Pazdan, Glik etc. - którzy wedle debatujących nad ich głowami moralistów mieliby zrezygnować z największego wyzwania w swojej karierze zawodowej. Nikt inny nie odwraca się na razie ze wstrętem od dyktatury Putina. Importerzy ściągają rosyjskie towary, sadownicy dorabiają się na eksporcie do Rosji jabłek, dystrybutorzy filmowi wprowadzają na ekrany rosyjskie filmy i w ogóle ściśle z Rosjanami współpracujemy, zresztą w całej Europie - oburzonym Anglikom nie przeszkadza, że kawał ich skolonizowanej stolicy nazywa się już Londongradem, a kumpel Putina zabawia się jako właściciel Chelsea, i generalnie nikt w Unii nie pomyśli, by przed rosyjskimi bonzami zamknąć granice. Na Lazurowym Wybrzeżu skupują już nie tyle rezydencje, ile całe kwartały miast.

Słowem, naprawiać świat mają tylko piłkarze. Rezygnując nie z byle czegoś tam, lecz ze spełnienia największych zawodowych marzeń. Z mundialu, który zresztą z ich perspektywy odbywa się nigdzie - stadiony są eksterytorialne, na czas turnieju przejmuje je FIFA - a oni nie wpływają na wybór gospodarza i nie ma dla nich śladowego znaczenia, gdzie każe im się grać. Boisko wszędzie ma mniej więcej te same, ujęte w regulaminie wymiary.

Dlatego nie zgadzam się z Romanem Imielskim, który apelował, by mistrzostwa bojkotowali tylko politycy, ponieważ bojkot ogłoszony przez reprezentację kraju skrzywdziłby niewinnych kibiców oraz zwykłych Rosjan - również „niewinnych”, bo niepopierających dyktatora Putina. Nie, ewentualne wypisanie Polski uderzyłoby nade wszystko w Lewandowskiego i resztę.

Wiadomo zatem, kto miałby się poświęcać, nie zostało jeszcze tylko wyjaśnione, jak miałaby cała operacja przebiegać w sensie formalnym. Skoro dyskutanci rozważają, czy „decyzja o bojkocie zaszkodziłaby PiS-owi”, to znaczy, że szukają po omacku, tkwiąc mentalnie w poprzednim ustroju. Bojkot nie mógłby przecież zaszkodzić ani PiS-owi, ani żadnej innej partii rządzącej, ponieważ partie nie mają nic do gadania. Paszporty reglamentowało się w PRL-u, dzisiaj każdemu wolno podróżować, gdzie mu się zachce, niektórzy Polacy latają nawet w odwiedziny do Korei Północnej - gdyby więc prezes Polski, premier Polski czy prezydent Polski obwieścił, że mundial bojkotujemy, to nie ma realnej możliwości, by Adama Nawałki do samolotu do Soczi nie wpuścić.

Żaden z politycznych możnowładców nie wymuszał też na FIFA - ani nie proponował - przeniesienia turnieju do innego kraju. Przywódcy państwowi nie mówią oficjalnie, że mundial w Rosji uważają za skandal. Znaczy: idea bojkotu to takie nie wiadomo co. Kto ma operację zacząć, politycy czy szefowie związku piłkarskiego? Kogo i w jakim trybie należy pytać, czy dołączy? Wiadomo jedynie, że dla zwolenników kopnięcia dyktatora w tyłek bojkot piłkarzy byłby protestem idealnym - nie kosztowałby ich nic.

21:32, rafal.stec
Link Komentarze (65) »
niedziela, 18 marca 2018

Niemiecki futbol to królewstwo postępu. Bo mają tam głowy otwarte jak nigdzie - cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: bundesliga
17:03, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 marca 2018

Wakanda, flaga

Superbohaterskie widowisko z uniwersum Marvela, które zdążyło już zarobić ponad miliard dolarów, to symboliczne popkulturowe dowartościowanie – chciałem napisać: Afroamerykanów, ale to przecież dowartościowanie czarnych w ogóle, o czym zaraz się przekonamy. Bajka wyrosła z komiksowej legendy o królestwie Wakanda, czyli potężnym imperium zawdzięczającym niedostępny dla reszty ludzkości poziom technologicznego rozwoju bogatym złożom vibranium. Tego samego metalu o niesamowitych właściwościach, z którego powstała tarcza Kapitana Ameryki. I który trafił na Ziemię po jej zderzeniu z asteroidą.

Wakanda leży w Afryce. Chyba gdzieś między Tanzanią, Ugandą i Kenią, ale tak naprawdę, to nie wiadomo, ponieważ rodacy Czarnej Pantery ukrywają się przed resztą świata. Ukrywają, by chronić vibranium – również dlatego, jak można życzliwie założyć, że gdyby wpadło w niepożądane ręce, mogłoby doprowadzić do zagłady całej planety (patrz „Avengers: czas Ultrona”).

Wakandyjczycy mają swoje oryginalne pozdrowienie, w anglojęzycznym świecie znane jako „Wakanda Forever”. Tutaj w drugim kadrze wykonuje je T’Challa:



O tym, że również w białych ludziach tkwi podświadome marzenie o byciu Czarną Panterą, świadczą m.in. dość nieudolne, acz stale powtarzane próby naśladowania gestu przez znanych piłkarzy, na przykład Cristiano Ronaldo czy Roberta Lewandowskiego. Zwróćcie, jak po strzelonym golu budzi się w nich Czarna Pantera, jak nie panują nad rękami, jak chcieliby umieć po wakandyjsku.

Odkąd jednak szczęśliwi posiadacze vibranium przeniknęli do mainstreamu – i biorą go szturmem, ekranizacja ich perypetii okazała się najbardziej kasowym otwarciem Marvela w historii – publicznie przyznają się do nich czarni atleci. Jak Jesse Lingard i Paul Pogba, piłkarze Manchesteru United, którzy wiadomym gestem celebrowali niedawno gole wbijane Chelsea:



Zachowanie manchesterczyków prowokuje pytania o ich tożsamość. Czy czują się lojalni przede wszystkim wobec barw klubowych? Wobec krajów pochodzenia, czyli Anglii (Wielkiej Brytanii) i Francji? A może w głębi duszy są przede wszystkim Wakandyjczykami i to na chwałę Wakandy chcieliby zasuwać po boiskach? Takie pytania jeszcze nie padły, przesłuchano natomiast na okoliczność wykonanych gestów tenisistkę Sachię Vickery:



22-letnia Amerykanka odwołała się do wakandyjskiej tradycji po zwycięstwie nad sklasyfikowaną na trzecim miejscu na świecie Garbine Muguruzą. Niedzielny mecz w Indian Wells był największym sukcesem w jej karierze. – Tak, zdecydowanie, wysłałam na trybuny komunikat „Wakanda Forever” – mówiła na konferencji prasowej setna tenisistka globalnego rankingu. – Mam obsesję tego filmu. Dosłownie, zawładnął moim życiem. Oglądałam go już cztery razy, w tym dwa razy tutaj, w Indiana Wells. Zresztą dziewczyna, która gra rolę Shuri, jest z Gujany, skąd pochodzi moja mama.

Na męskim turnieju w tym samym mieście hołd afrykańskiemu imperium złożył Gael Monfils. – To nie był zwykły znak, to było coś więcej, to było wszystko, wykrzyczenie, że popieram całą społeczność Czarnej Pantery – tłumaczył potem francuski tenisista, który należy do rosnącej grupy sportowców zawiadamiającej nas, że „Wakanda Forever”, sprawdźcie choćby rugbystów. Co postanowiłem odnotować, bo niewykluczone, że nadciąga rewolucja: z ukrycia wyjdzie nowa potęga, rodzina olimpijska się powiększy, na igrzyskach zadebiutuje wkrótce reprezentacja Wakandy.

15:37, rafal.stec
Link Komentarze (114) »
niedziela, 11 marca 2018

Właśnie wylecieli z Ligi Mistrzów, ale gdyby ich porządnie przesłuchać, zapewne uczciwie by zeznali: nie histeryzujmy, zabawa u nas jak zwykle jest przednia. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” - tym razem poświęcony megagwiazdorom PSG - przeczytacie tutaj.

18:41, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 marca 2018

Davide Astori

Pogrzeb odbył się w czwartek rano. Pod florencki Kościół św. Krzyża przyszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wśród nich wysłannicy – piłkarze, trenerzy, działacze – wszystkich 42 klubów Serie A i Serie B.

Zanim Serie A ogłosiła w niedzielę, że z powodu śmierci Astoriego cała ligowa kolejka zostanie odwołana, przez telefon rozmawiali kapitan Milanu Leonardo Bonucci i wicekapitan Interu Andrea Ranocchia. Ustalili, że niezależnie do decyzji władz w derbach Mediolanu nie zagrają. Ani oni, ani nikt inny.

Podobne rozmowy przeprowadziło mnóstwo zawodników. Niemal każdy włoski klub pierwszoligowy zatrudnia bowiem kogoś, kto z kapitanem Fiorentiny się przyjaźnił lub go znał. A jeśli już go znał, to również lubił. Inaczej się nie dało.

W niedzielę Astori miał jak zwykle założyć opaskę kapitana. Został znaleziony martwy w hotelowym pokoju w Udine, gdzie florentczycy zamieszkali przed meczem. Zmarł we śnie z powodu zatrzymania akcji serca. Znalazł go masażysta, wysłany przez kolegów zdziwionych, że Davide nie zszedł na śniadanie – był rannym ptaszkiem, zazwyczaj zjawiał się pierwszy, czasami musiał czekać, aż obsługa otworzy restaurację. Lekarze nie próbowali go nawet reanimować.

Kilku działaczy natychmiast wróciło do Florencji, żeby zawiadomić o tragedii partnerkę Astoriego Franceskę Fioretti, która dwa lata temu urodziła mu córkę Vittorię. Dopiero wtedy poinformowano opinię publiczną.

Włoch był w kwiecie sportowego wieku, jako środkowy obrońca mógł śmiało liczyć, że spędzi na boisku jeszcze wiele sezonów. Nie należał do gwiazd Serie A, ale go ceniono, uzbierał 14 spotkań w reprezentacji kraju. W bieżącym sezonie wystąpił w 25 z 26 ligowych meczów Fiorentiny. Okazało się, że miał ukrytą kardiologiczną wadę. On, przedstawiciel profesji, w której zdrowia wielomilionowo opłacanych, ponadprzeciętnie sprawnych i obsesyjnie dbających o siebie pracowników pilnują sztaby medyczne na najwyższym istniejącym poziomie, zwłaszcza w Italii kontrola goni kontrolę. Takie przypadki pojąć nam najtrudniej, ale się zdarzają – czasami atleci padają na boisku, podczas gry. Tracą przytomność i już jej nie odzyskują. Każdy kibic zna nazwiska ofiar: Antonio Puerta, Marc-Vivien Foé czy Dani Jarque.

– Pod względem monitoringu, jakiemu poddajemy organizmy sportowców, należymy do ścisłej światowej czołówki, jesteśmy wręcz awangardą. Ale to obniża ryzyko nagłej śmierci o 89, a nie o 100 procent – mówi Fabio Pigozzi, prezes Międzynarodowej Federacji Medycyny Sportowej i rektor rzymskiego Uniwersytetu Foro Italico.

Ostatni weekend w życiu Włocha przebiegał jak zwykle. Nużąco typowy dla piłkarza, który w trakcie sezonu krąży od miasta do miasta, od hotelu do hotelu, od stadionu do stadionu. Po kolacji Astori poszedł do pokoju (nie dzielił go z nikim, przywilej weteranów), wkrótce dołączył do niego Marco Sportiello, obaj porelaksowali się przy Playstation. Około godz. 23 bramkarz wrócił do siebie. To on widział florenckiego kapitana jako ostatni.

Kiedy ogłoszono, co się stało, na stadionie Genoi trwała rozgrzewka przed meczem zaplanowanym na godz. 12.30. Niektórzy zawodnicy gości – przylecieli z Cagliari – zaczęli płakać, niektórzy złożyli ręce jak do modlitwy, bramkarz Mattia Perin nie tyle zszedł, ile uciekł z boiska, trener Diego López zemdlał. Po chwili spiker poinformował, że zawody zostają odwołane, a kibice w milczeniu opuścili trybuny.

Piłkarze Cagliari byli poruszeni szczególnie, bo Astori spędził w ich szatni sześć lat. Wszyscy inni zawodnicy Serie A również zażądali jednak – poprzez swoje stowarzyszenie – odwołania całej kolejki. Na czele z zawodnikami wspomnianego Milanu, w którym zmarły wychowywał się i rozpoczynał dorosłą karierę. Kumplował się tam m.in. Ignazio Abate i Lucą Antonellim.

Uchodził za cichego lidera. Skromny, od zawsze dojrzały ponad swój wiek, pracowity i lojalny, odrzucał atrakcyjne – choć odległe od szczytów Ligi Mistrzów – propozycje zagraniczne, by nie rozstawać się z ludźmi, których uważał za ważnych. Mieszkał w okolicy najstarszego florenckiego mostu, w centrum miasta, żeby żyć wśród kibiców i być dla nich, jak sam mówił, zwykłym sąsiadem. Regularnie odwiedzał dziecięce oddziały szpitalne i szkoły, bo pamiętał, że sam jako brzdąc marzył o poznaniu prawdziwego pana piłkarza z Serie A.

O takich zawodnikach przeciętny kibic wie zazwyczaj niewiele. Nie sprawdza, kim są poza boiskiem. Astori? Ot, solidny obrońca, godny kontraktu w porządnym klubie, ale bez szału – przez ligę przewijają się setki zawodowców o podobnej charakterystyce.

Tłumy poznały Davide dopiero teraz, dzięki świadectwu wspominających go ludzi futbolu.

Roberto Bertuzzo, trener juniorów w Milanie: „Poznałem go jako czternastolatka, ale jeszcze niedawno, gdy przypadkówo spotkałem jego rodziców, powiedziałem im, że mają syna, którego chciałby mieć każdy. Zwyczajny chłopak. Aż nazbyt zwyczajny w świecie, w którym zwyczajność postrzega się jako wadę. Dlatego jest wyjątkowy”.

Filippo Galli, inny opiekun młodych w Milanello: „Chłopak wyjęty z innej epoki. Szaleńczo przywiązany do przyjaciół z dzieciństwa, nie zapomniał o nich nawet, gdy zrobił karierę, stale ich odwiedzał”.

Riccardo Saponara, kolega z szatni Fiorentiny w emocjonalnym pożegnaniu na Instagramie: „Teraz nam powiedzą, że życie wciąż się toczy, trzeba patrzeć przed siebie, jeszcze raz się podnieść... Ale kto ogrzeje nas rano przy kawie uśmiechem? Z kim będziemy dyskutować o ostatnim MasterChefie, florenckich restauracjach, serialach? Wracaj, musisz skończyć oglądać >>La La Land<

Davide Di Gennaro, pomocnik Lazio: „Każdy mógłby coś dodać od siebie, ale chyba już nie trzeba. Chcecie wiedzieć, kim był, to spójrzcie, jak przybite jego odejściem jest całe środowisko”.

Gianluigi Buffon: „Pochodziłeś ze świata staroświeckich wartości, które ludzie dawno zgubili. Altruizmu, elegancji, uprzejmości, szacunku dla innych. Byłeś jedną z najwspanialszych postaci sportu, które kiedykolwiek poznałem”.

Gennaro Gattuso: „Ilekroć spotykaliśmy się na siłowni w Milanello, gdy on ćwiczył jeszcze w młodzieżówce, pytał mnie, czy może skorzystać z jakiegoś urządzenia. Musiałem mu tłumaczyć, że to także jego dom, że nie musi prosić”.

Oba kluby, którym Davide Astori służył najdłużej – czyli Cagliari oraz Fiorentina – zastrzegły jego numer na koszulce. Już nikt nigdy nie zagra z „13” na plecach. To we włoskiej tradycji liczba przynosząca szczęście, jak u nas siódemka.

17:07, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 marca 2018

Manchester City, Pep Guardiola

Miniony tydzień w angielskim futbolu upłynął w harmidrze zbiorowego znęcania się – rutynowego już, bez ognia – nad nieborakiem Arsene’em Wengerem, którego piłkarze dwukrotnie w zawstydzającym stylu poddali mecze z Manchesterem City. 0:3 i 0:3. Brakowało tylko, żeby londyńczycy uklękli i zaczęli rywalom pucować korki.

Kończył się natomiast tydzień przy akompaniamencie spazmatycznych ataków na Chelsea, które z liderem Premier League walczyło w niedzielę. Czy raczej, jak utrzymują krytycy, pozorowało walkę.

Wynik nie wygląda szokująco (0:1), ale kto patrzył na boisko, wie, że gdyby gospodarze wyszli minionego popołudnia na spacer, wyprowadzając psa albo kota, mieliby więcej przeżyć i stresu niż przez 90 minut truchtu w szlagierowym przecież meczu z drużyną broniącą przecież tytułu mistrzowskiego. Zresztą liczby dobrze ilustrują przebieg widowiska. Oto piłkarze Manchesteru City wymienili 902 podań – więcej niż ktokolwiek inny w lidze angielskiej, odkąd swoje statystyczne raporty przed 15 laty zaczęła sporządzać firma Opta. Oto Chelsea do przerwy nie oddała ani jednego strzału, co też nie zdarzyło jej się jeszcze nigdy w przywoływanym okresie. W sumie zaś uderzała w meczu dwukrotnie (niecelnie), czyli mniej niż jakikolwiek mistrz kraju w ostatniej dekadzie. A piłkę posiadała przez żałosne 29 proc. czasu gry, czyli krócej niż jakikolwiek mistrz poza Leicester z minionego sezonu (25 proc., również w starciu z City). I generalnie reagowała nieruchowo, internet obiegło już wideo z fragmentu, w którym goście stoją jak kołki, spoglądając na leniwie kopiących futbolówkę gospodarzy. Sceny niegodne szlagieru najbogatszej ligi świata.

Mnie postawa londyńczyków nie bulwersuje, nie przyszłoby mi do głowy oskarżać ich o tchórzostwo czy jawne lekceważenie obowiązków (czytaj: kibiców). Nie mówimy tu wszak o pluszowych misiaczkach z Arsenalu, lecz o wyczynowcach, którzy przed kilkoma chwilami w Lidze Mistrzów rzucili wyzwanie Barcelonie i drobiazgi dzieliły ich od pełnego powodzenia; którzy rewanż z nią rozegrają dopiero za 10 dni, więc w niedzielę nie mogli ulec choćby podświadomej pokusie oszczędzania się; którzy łakną punktów niezbędnych w wyścigu o czwarte miejsce w tabeli; których trener Antonio Conte nie pęka przed nikim, nienawidzi półśrodków i zadowalania się byle czym, zamiast piłkarzy chce mieć pod sobą żołnierzy, najlepiej twardzieli jak z sił specjalnych.

Dlatego w miażdżącym 1:0 dostrzegam przede wszystkim wyjątkowy wyczyn City. Demonstrację mocy bardziej przytłaczającą niż wszystkie poprzednie w sezonie, sugestywniejszą nawet od triumfów wielobramkowych, w których przeciwnik rozszalałego Manchesteru wyglądał jak zmieciony tornadem. Wyraźniej niż kiedykolwiek zobaczylibyśmy bowiem, że Guardiola zasiał w głowach wyspiarskich rywali strach. Strach czyniący ich bezradnymi, zrezygnowanymi, bezbronnymi. Stanąć naprzeciw City to zetrzeć się z klęską żywiołową, w najlepszym razie zdołasz ograniczyć straty. Conte z rozbrajającą szczerością tłumaczył po meczu, że inaczej niż zaproponował, z Manchesterem grać się nie da.

Katalończyk, który legendarnej fizyczności ligi angielskiej przeciwstawił zbiorową inteligencję opartą na połyskującej indywidualnej technice, urządził pranie mózgów nie tylko swoim podwładnym. On włamał się jeszcze do jaźni rywali. Do jaźni i piłkarzy, i trenerów. Przeorał ich świadomość, wszczepiając kompleks niższości, na który akurat w lidze angielskiej nie zwykli chorować nawet teoretycznie najsłabsi w stawce.

Teraz chorują również mocni oraz bardzo mocni, nie uległ mu chyba tylko Liverpool według Jürgena Kloppa. O czym przekonamy się być może m.in. podczas derbów Manchesteru, w których rewolucjonista Pep Guardiola znów napadnie na konserwatystę José Mourinho. Odbędą się już 7 kwietnia, a z harmonogramu gier wynika, że City właśnie tego dnia może zdobyć mistrzostwo.

środa, 28 lutego 2018

ekstraklasa

Zabrzmi pociesznie, cóż, skojarzeń się nie wybiera: gdy oglądałem wczoraj, jak Jagiellonia tańczy na Legii, łaziło za mną wspomnienie Realu Madryt z sezonu 2013/14. Nie, nie dlatego, że białostoccy piłkarze wirowali po królewsku, jak Luka Modrić czy Ángel di Maria – po prostu mieliśmy tam przypadek drużyny, której zwycięstw nie wypadało przypisywać wyłącznie aktualnemu trenerowi. Owszem, Carlo Ancelotti oswobodził podwładnych z opresji poprzednika, ale bez kontrataków wytrenowanych przez José Mourinho zdziałaliby oni znacznie mniej.

Takie przypadki zdarzają się częściej, np. Bayern wszech czasów sprzed kilku lat pozostanie w kronikach dziełem Juppa Heynckesa, lecz sporo zawdzięcza również Louisowi van Gaalowi.

Obecna Jagiellonia wygląda natomiast na kombinację dokonań Michała Probierza oraz Ireneusza Mamrota, co szczegółowo analizuje tutaj Michał Zachodny.

Jak na standardy tzw. ekstraklasy, białostoczanie zagrali w Warszawie wybitnie. Weszli na stadion razem z bramą, nawet przez moment nie byli onieśmielonymi prowincjuszami, sprawiali wrażenie maszynerii funkcjonującej na wyższym poziomie energetycznym, poruszali się według precyzyjnie wyrysowanego planu. Zwłaszcza przed przerwą każde podanie na skrzydło – zazwyczaj z pierwszej piłki – zwiastowało poważne niebezpieczeństwo dla Legii i aż strach pomyśleć, ile by z niej zostało, gdyby goście wykańczali natarcia tak, jak je organizowali.

Naturalnie ani myślę obwoływać ich faworytami czegokolwiek. Zbyt doświadczonym jestem obserwatorem – ostatnio bardziej przygodnym, fakt – tzw. ekstraklasy, przyzwyczaiłem się, że wzloty polskich drużyn trwają mgnienie oka, zbyt dobrze pamiętam, że jeszcze przed sekundą rewelacją sezonu był Górnik Zabrze (aż znienacka zaczął obrywać od kogo tylko się da), zdaję sobie wreszcie sprawę, że chwalenie i ganienie naszych ligowców za całokształt wymaga chorowania na permanentną amnezję. Nadal rządzi tu przypadek, a Jagiellonia jest dzisiaj liderem maluteńkim, o dorobku skromniejszym niż lider jakichkolwiek rozgrywek na kontynencie – marne 1,92 punktu na kolejkę, wprost żałosne 1,52 gola na mecz, ledwie 14 zwycięstw w 25 próbach. Ewenement na europejską skalę.

Dlatego właśnie ryzykujesz zawsze, gdy zerkniesz na boiska tzw. ekstraklasy i pokiwasz głową z uznaniem. Na im wyższej fali uniesie się jakiś „sensacyjny” Piast Gliwice, tym bardziej zaraz zleci do walki o utrzymanie. Nigdy nie wiadomo, kto w następny weekend wylosuje szczyt formy, nie ma kogo pokomplementować za dłuższy okres, trudno zachwycać się nawet nad Legią – teoretycznie przeżywającą okres świetności – która wszystko musi wymordować, choć dysponuje monstrualną przewagą finansową.

Jagiellonii postanowiłem jednak złożyć mały blogowy hołdzik nie za wtorkową wiktorię. Ani nie za ładną serię z ostatnich kilkunastu dni, która wykatapultowała ją na pozycję lidera. Najbliższa przeszłość uwypukliła inne fakty, i to z minionych kilku sezonów. Niby powszechnie znane, ale niekoniecznie usypywane na jedną kupkę i rozświetlone, żeby stały się widoczne z każdego ligowego zakątka.

Piłkarze białostockiego klubiku niemal bez przerwy są w grze. W grze o najwyższą krajową stawkę.

W sezonie 2014/15 bili się o mistrzostwo Polski do przedostatniej kolejki. Skończyli na bezprecedensowym dla Jagiellonii podium, awansowali do europejskich pucharów. A przy okazji wylansowali Michała Pazdana na obrońcę numer jeden w rozgrywkach, przywracając mu sportowe życie na poziomie reprezentacyjnym.

W sezonie 2016/17 bili się o tytuł do ostatnich sekund. Dzielił ich od niego jeden gol wbity osłabionemu czerwoną kartką Lechowi Poznań. Nie udało się, ale znów wzbili się na historyczny szczyt – wicemistrzostwo.

W sezonie 2017/18 znów oblatują pozycję lidera i zanosi się, że znów będą się bili do końca przynajmniej o podium. Ich kibice cały czas mogą marzyć, żyją pod napięciem, dotykają niedostępnego.

Owszem, w przywołanej czterolatce zdarzył się sezon nieudany. Ale w nadwiślańskich okolicznościach przyrody Jagiellonia i tak pozostaje oazą stabilności, regularnie wzlatując na pułapy teoretycznie dla niej nieosiągalne. Stronniczo zsumowałem punkty z ostatnich 130 ligowych kolejek, startując od wakacji 2014 r. Oto dorobek wszystkich drużyn, które cały okres spędziły w tzw. ekstraklasie:

ekstraklasa

Tabela prezentuje się jeszcze bardziej imponująco, gdy zestawimy ją z inną, hierarchizującą kluby według przychodów (dane z ubiegłorocznego raportu Deloitte):

budżety, ekstraklasa

Wielokrotnie stawiałem tutaj i w „Gazecie” tezę, że nasza liga widzi mi się jako gigantyczne marnowanie zasobów, wywołane chaosem w głowach zarządców i tym bardziej irytujące, że prywatne przecież firmy finansujemy z publicznych środków – czasami fundujemy im stadiony, a czasami samorządy opłacają piłkarzom pensje. Dlatego trudno zdobyć się na wyróżnianie kogokolwiek.

Jagiellonii wypada jednak oddać, że próbuje trzymać poziom. Wydobywa coraz to nowych anonimowych piłkarzy nie wiadomo skąd – klubidła polskie i zagraniczne, z zakątków, których nie znajdziecie na mapie – ale zespala ich w zwartą grupę, i to pomimo pomysłów tak oryginalnych, jak wynajęcie trenera Ireneusza Mamrota. Znów: z perspektywy czołówki to jeździec znikąd, ze stażem wyłącznie niskoligowym, co dodaje ostatnim białostockim piruetom dodatkowego uroku.

I pozwala z jeszcze większą śmiałością ogłosić Jagiellonię jedynym klubem tzw. ekstraklasy, który wyciska ze swoich zasobów maksimum. Nie tylko we wtorkowy wieczór na Łazienkowskiej.

14:12, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
sobota, 24 lutego 2018

Ester Ledecka, Pjongczang 2018, igrzyska olimpijskie. Fot. Gregory Bull/AP

Igrzyska w Pjongczangu są fajne, bo zdarzają się tam tak niesamowite zjawiska, jak Ester Ledecka (fot. Gregory Bull, AP), którą zasadniczo znamy jako wybitną snowboardzistkę, ale ona postanowiła jeszcze zostać wybitną narciarką alpejską. I podołała, na złoto. Podołała, choć przez całą młodość wmawiali jej, że musi wybrać, na czym chce jeździć, bo nie będzie świetna w niczym. Że łączyć obu sportów się nie da.

„Nie da się” – jedna z najgroźniejszych fraz, jakie wymyślili ludzie. Ci, którzy puszczają ją mimo uszu, zmieniają historię. Przypomniał mi się Jan Boklöv, czyli szwedzki skoczek narciarski, który przed wiekami wbrew obowiązującej modzie zaczął latać w stylu „V”. I wkrótce zaczęli go naśladować wszyscy. Czy Ledecka też zainspiruje innych? Obszerniej napisałem o niej tutaj.

Igrzyska w Pjongczangu są brudne, bo żeby Czeszka i inni – jak deklamują poeci mikrofonu – miłośnicy białego szaleństwa mogli sobie poszusować olimpijsko, Koreańczycy wyrżnęli tyle drzew, że eksminister Szyszko pokiwałby z uznaniem. I to drzew szczególnych. Stojących w rezerwacie przyrody, na zboczu góry Gariwang rosnących od 500 lat, tworzących las zwany „świętym”. Niestety, tylko tam znaleziono zbocze o wymaganej różnicy poziomów między startem a metą. Czy na cokolwiek się przyda po igrzyskach, nie wiadomo, ale to wątpliwe, bo dla amatorów stok jest ponoć zbyt stromy, zresztą Koreańczycy nie przepadają za tarzaniem się w śniegu. A kolejne dziesiątki tysięcy drzew padły dla zbudowania biegowej nartostrady...

Gospodarze nie bzikują też na punkcie hokeja, więc nie potrzebują hali, którą MKOl kazał zbudować, bo nie zgodził się na rozgrywanie turnieju w Seulu. Nic zaskakującego, igrzyska często wznoszą się na dewastacji środowiska, finansowanych z publicznych pieniędzy absurdalnych inwestycjach, wywłaszczeniach. I zawsze wbrew propagandzie przynoszą straty, nadmuchując koszty do niemożliwych rozmiarów, znacznie przekraczających założenia. O ciemnej stronie imprezy należy pamiętać, nawet jeśli kochamy zabawy podziwiać gry i zabawy na śniegu i lodzie.

Igrzyska w Pjongczangu są pouczające, bo kolonizują je reprezentanci Norwegii, która wcale nie wydaje na wyczynowy sport bimbalionów. Przeciwnie, wydaje stosunkowo niewiele (ponad 60 mln zł), dba natomiast, żeby w tysiącach lokalnych klubów do wysiłku fizycznego przyzwyczajało się – i regularnie trenowało – 93 proc. dzieci i młodzieży. Oto inżynieria społeczna warta rekordowej liczby medali na zimowych igrzyskach (rywalizacja jeszcze trwa, ale liderzy klasyfikacji generalnej poprawili już najlepszy dotąd wynik Amerykanów, którzy w Vancouver uzbierali 37 krążków). Great athletes aren’t born. They’re made.

Igrzyska w Pjongczangu są ściemą, gdy zwycięstwo Niemców nad Kanadą w półfinale turnieju hokejowego obwrzaskuje się jako megasensację grożącą rozmagnesowaniem Ziemi, a pokonanych wpycha w stan żałoby narodowej. Odkąd NHL ogłosiła wszak, że nie puści zatrudnionych u siebie zawodników, stało się jasne, że pod olimpijską flagą zostanie rozegrane na tafli kiepskiej jakości nie wiadomo co. Że zamiast hokejowych mistrzostw globu obejrzymy atrapę mistrzostw, i to marną atrapę. Skoro w najsilniejszych rozgrywkach wywija kijem 423 Kanadyjczyków, to możemy założyć – przy nieuniknionym, acz niewielkim marginesie błędu – że na igrzyskach nie wystawili oni 423 czołowych zawodników. A Niemcy? U nich strata zawodowców z NHL wynosi, słownie, siedem osób. Tylu ich zarabia na życie na lodowiskach pod drugiej stronie Atlantyku.

Uruchomcie wyobraźnię i wymalujcie sobie np., że Adam Nawałka nie może powołać na mundial 423 najlepszych piłkarzy, czyli rezygnuje nie tylko z Lewandowskich i Glików, lecz także wszystkich ganiających w tzw. ekstraklasie. Wystawiłby wówczas, licząc pi razy drzwi, coś na kształt Miedzi Legnicy. Czy po jej ewentualnej porażce z Mołdawią lub Albanią ktokolwiek przytomny ogłosiłby, że reprezentacja Polski uległa Mołdawii lub Albanii?

Tak, turniej hokejowy to dziwoląg jeszcze większy niż olimpijska piłka nożna, na której ostatnio złoto wykopał przynajmniej niejaki Neymar. Korporacja MKOl przegrała mecz z korporacją NHL, więc nie wiadomo, kto właściwie pod jej flagą rywalizuje z kim, skoro z udziału wykluczonych zostało także m.in. 246 czołowych Amerykanów, 92 Szwedów, 38 Finów czy 37 Czechów.

Szkoda. Gwiazdy hokeja do udziału w igrzyskach się rwały, byłoby pasjonująco.

Igrzyska w Pjongczangu są smutne, bo z trybun zbyt często wieje pustką, bezruchem, ciszą. Kiedy w Alpensia Jumping Park, gdzie wybudowano wspaniały kompleks dla skoczków narciarskich, Andreas Wellinger świętował złoto, na trybunach krzątali się już tylko ludzie sprzątający śmieci. Kamil Stoch tłumaczył to wiatrem, mrozem i trwającymi ponad trzy godziny zawodami. Jednak gdy sam wygrywał na skoczni dużej, pogoda była ładniejsza, a na widowni też zjawiły się jedynie małe grupki kibiców z Polski czy z Norwegii. Podobnie wyglądały biegi narciarskie czy mecze hokejowe, ciut lepiej zawody biatlonowe. I nic dziwnego, już przed igrzyskami wiedzieliśmy, że w zimowym repertuarze Koreańczyków kręcą tylko łyżwowe ewolucje na lodzie – poza wymagającymi użerania się z gumowym krążkiem.

Igrzyska w Pjongczangu dają nadzieję każdemu, bo wpuszczają na zawody także sportowców, którzy niczego nie umieją. Jak niejaka Elizabeth Swaney, 33-letnia Amerykanka symulująca uprawianie narciarstwa dowolnego. W halfpipie trzyma się banalnie skutecznej taktyki: nie wykonuje jakichkolwiek ewolucji, zjeżdża byle zjechać, za jedyny cel obiera sobie uniknięcie dyskwalifikacji. Groteskowe popisy daje od lat w Pucharze Świata, co niekoniecznie spycha ją na ostatnie miejsce – wyprzedza niekiedy rywalki, które upadły. A ponieważ konkurencję ma w swojej dyscyplinie skromną, awansowała na igrzyska. Oczywiście nie jako Amerykanka, do kadry USA by się nie wcisnęła. Choć urodziła się i mieszka w Kalifornii, reprezentuje Węgry (stamtąd wyemigrowali jej dziadkowie), z którymi związała się po kilku latach uprawiania skeletonu w barwach Wenezueli (skąd przyjechała mama). Aha, zdążyła też, jeszcze jako 19-latka, rywalizować z Arnoldem Schwarzeneggerem w wyborach gubernatora stanu. Zaprawdę powiadam wam, „nie da się” to również jedna z najbardziej fałszywych fraz, jakie wymyślili ludzie.

Proste, prawda? Wystarczy wyszukanie słabo obsadzonego sportu, pieniądze oraz odrobina fantazji, a luki w regulaminach pasują cię na olimpijczyka. Igrzyska inkluzywne są, egalitarne i tolerancyjne,  przygarną nawet patałacha. Jeśli mieszczą i Ester Ledecką, i Elizabeth Swaney, to znaczy, że obejmują prawie cały globus, a my, Polacy, kucamy sobie gdzieś w środku, ani z naszych herosi, ani ofiary losu, tacy tam średniacy, tylko od nas zależy, czy wybierzemy zgrzytanie zębami po licznych klęskach czy oklaski po nielicznych wygranych.

Pjongczang 2018, igrzyska olimpijskie. Fot. Lee Jin-Man/AP

Archiwum
Tagi