RSS
poniedziałek, 04 czerwca 2018

Wszyscy już żyją mundialem i zaglądają, co tam za kotarą u reprezentantów Polski piszczy, więc mało kto zauważył, że w futbolu wybuchła niedawno wojna domowa. Choć może bardziej adekwatnie zabrzmi - wojna handlowa. Cotygodniowy felieton do „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

PS Czy zwycięzcy konkursu związanego z finału Ligi Mistrzów naprawdę nie chcą otrzymać „Piłkomatyki”? Przypominam, że ogłosiłem ich pod notką o książce.

00:22, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Dopisałem jeszcze kawałeczek o przegranym, czyli wygranym z Ligi Mistrzów. W mojej poniedziałkowej rubryce w „Gazecie” - znajdziecie go tutaj.

23:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Jedną z korespondencji wysyłanych z Kijowa przed finałem Ligi Mistrzów spuentowałem refleksją, że Real Madryt zamienił w swój prywatny plac zabaw rozgrywki, w których o utworzenie dynastii było trudniej niż w jakimkolwiek sporcie drużynowym. Skrupulatnie poprzeglądałem kiedyś mnóstwo tabel dotyczących rozmaitych dyscyplin i nigdzie nie natknąłem się na przypadek, żeby przez 25 edycji nikt nie zdołał obronić trofeum. Zresztą w konkurencjach indywidualnych też nie.

Co przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w trakcie dekoracji i po niej, przez kilkadziesiąt minut, w polu karnym na Stadionie Olimpijskim dokazywało sześcioro brzdąców (bodaj, pisałem wtedy tekst pomeczowy). To były dzieci piłkarzy Realu Madryt, rej wodził oczywiście popularny w internecie synek Marcelo. Niektóre z nich już pewnie przyzwyczaiły się, że finał Champions League to taki wieczór, że na samym końcu tata skacze z kolegami na dużej łące tam, a my sobie hasamy tutaj. Szkraby kopały piłkę, kopały plastikową butelkę, goniły się, wszystko jak należy. Skoro dzisiaj ostatnia majowa sobota, to powtarzamy tę samą fajną zabawę, co w majową sobotę poprzedniego roku.

Wciąż mnie madrycka drużyna nie powala na kolana, wciąż przeżywam poznawczy dysonans – dlaczego wyczynu epokowego, niespotykanego od dekad, dokonali akurat piłkarze stosunkowo niespektakularni, tworzący orkiestrę mniej wirtuozerską jak poprzednicy, w rodzaju poprzedniego heynckesowego Bayernu i wiadomej Barcelony?

Zarazem jednak kompletnie nie pojmuję pojękiwań, że Realowi znów sprzyjały ciemne moce, że ich osiągnięcie umniejszają nieszczęścia Salaha, nieszczęścia Kariusa i w ogóle wszystkim rządzi przypadek – tajemna siła jak zwykle biorąca stronę Madrytu.

Nie, bramkarz Liverpoolu nie od dzisiaj uchodzi za słabsze ogniwo, Real dysponuje golkiperem znacznie lepszym. (Nawiasem mówiąc, paradoks ery przesady polega na tym, że jak Karius zbiera potworne cięgi zwane hejtem, tak otrzymuje również dysproporcjonalne wyrazy solidarności, dzięki beznadziejnemu popisowi i jako kozioł ofiarny zyskuje dla wielu kibiców na sympatyczności).

Salahowi współczuję, ale zarazem nie umiem wskazać w Madrycie żadnego zawodnika, którego utrata kardynalnie ujmowałaby drużynie jakości. Z pojedynczego talizmanu się nie wyżyje – gdyby Real miał grać bez Ronaldo, również skrzydłowego ciążącego ku środkowi ataku, to jego ofensywna moc nie rozpłynęłaby się w powietrzu, zresztą portugalski supergwiazdor w półfinałach i finale nie poszalał.

Współczuję również Svenowi Ulreichowi, który zawalił półfinał Bayernowi, ale znów: pilnujący królewskiej bramki Keylor Navas porównywalnych wpadek w rozstrzygających meczach Ligi Mistrzów unika. Po prostu nie popełnia skandalicznych błędów technicznych, to niezbędne do sukcesu w sporcie.

Współczułem Gianluigiemu Buffonowi, który pożegnał się z Champions League w barwach Juve wyrzucony z boiska, ale znów: nie miał racji, rzut karny dla Realu był ewidentny.

Pamiętam też, że w Turynie wykończył gospodarzy Cristiano Ronaldo, który strzelił przewrotką gola fantastycznie akrobatycznego, wymagającego niebotycznej atletyczności – piłkarze Juve autentycznie zgaśli, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zniknęli mentalnie z własnego boiska, to są komandosi, twardziele i zakapiory.

I wiem, że tylko Real trzymał w szatni aż dwóch gwiazdorów, który stać było wiosną w Lidze Mistrzów na gole wbite po przewrotce w arcyważnym momentach – dzisiaj do Ronaldo dołączył Gareth Bale, rezerwowy za 100 mln euro. Wiecie, to się nie zdarza nawet w burżujskiej lidze angielskiej. Żeby wyciągać z bagażnika koło zapasowe za 100 mln euro.

Zmierzam do tego, że niemal wszystkie epizody o kapitalnym wpływie na wynik mają swoje źródło w nieprzyzwoicie szerokiej kadrze utrzymywanej w Realu. Kadrze kosztownej, ale i mądrze skonstruowanej, stabilnej, w obecnych okolicznościach rynkowych złożonej również z piłkarzy o znakomitym stosunku jakości do ceny. Tam brak nie tyle słabego punktu, ile punktu choćby średniomocnego. W desperackim poszukiwaniu jakichkolwiek madryckich wad zwraca się uwagę, że Marcelo niespecjalnie broni – choć można by raczej zauważyć, że baraszkuje w Madrycie lewy obrońca, którego w 99,999 proc. drużyn świata błagaliby o łaskawe przyjęcie roli rozgrywającego. Przy okazji: to jedyny uczestnik LM, który strzelał gola lub asystował w każdej wiosennej rundzie, aż po finał.

Jeszcze raz: to nie kaskada przypadków, po prostu dzieci z bardzo bogatych, luksusowo umeblowanych rezydencji mają fajniejsze place zabaw niż dzieci z domów mniej bogatych, nie aż tak luksusowo urządzonych.

sobota, 26 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Nadciąga wielki mecz, do Kijowa napływają kolejni fani, z niewyobrażalną przewagą liverpoolskich. UEFA szacuje, że na Stadion Olimpijski wejdzie ich nawet 30 tysięcy, przy ledwie 13 tys. hiszpańskich. Co więcej, wraz z koczującymi w pubach i skaczącymi w strefie kibica tych pierwszych ma być w stolicy Ukrainy nawet 50 tys. – takiej przewagi w finale rozgrywanym na neutralnym terenie jeszcze nie widziałem.

To wszystko pomimo potwornych problemów logistycznych, co chwilę słychać tu horrendalne historie – nawet ci Anglicy, którzy dawno kupili bilety, są zawracani niemal sprzed pasów startowych, ponieważ wokółkijowskim lotniskom brakuje miejsca, żeby przyjmować kolejne samoloty. Pomyślcie, co muszą przeżywać właściciele biletów na finał, wydarzenie być może niepowtarzalne w całym ich życiu.

Ale ja, jak już wspominałem z bezwstydnym egoizmem we wczorajszej notce, w Kijowie zachwycam się dosłownie wszystkim, to chyba mój ulubiony z przyczyn pozasportowych finał Ligi Mistrzów, bardziej ulubiony nawet od ubiegłorocznego w Cardiff, choć stamtąd wyjeżdżałem przekonany, że bardziej ulubionego nie będzie. Tak czy owak – precz z Madrytami, Londynami czy nawet Mediolanami, to nudna proza zachodnioeuropejskiej metropolii, ach, jak wiele bym dał, żeby UEFA rozstawiała scenę decydującego starcia właśnie w miastach bardziej kameralnych, jak Cardiff, albo położonych bardziej na wschodzie, jak Kijów. Ale będzie wprost przeciwnie, prezes Aleksander Ceferin już obiecał.

Jego okrutne słowa cytuję tutaj, we wczorajszej korespondencji z ulic ukraińskiej stolicy.

Tutaj przeczytacie o finałowym tercecie egzotycznym. Czy kilka miesięcy temu ktokolwiek wyfantazjowałby, że snajperskie rekordy ligi mistrzów należące do triad madryckiej (Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo) oraz barcelońskiej (Leo Messi, Luis Suárez, Neymar) pobije akurat liverpoolska (Mohamed Salah, Roberto Firmino, Sadio Mané)?! Przecież ich odyseja wygląda jak długo wyczekiwany dowód, że nie tylko fortepian można zasłonić, ale także słonia można zafortepianić.

Tutaj napisało mi się o tym, ile waży Cristiano Ronaldo (kilogram mniej niż na poprzednim finale), a ile Marcelo, czyli po Sergio Ramosie najdłuższy stażem zawodnik obecnego Realu. I niewykluczone, że akurat tej wiosny Brazylijczyk wpływa na madryckie wyniki silniej niż Portugalczyk.

Najwięcej znaków w swoich korespondencjach poświęciłem ogólnej teorii kijowskiego finału – należy kliknąć tutaj – którego atrakcyjność polega m.in. na tym, że każde rozstrzygnięcie wyrwie nas z butów. Podnoszący trofeum piłkarze Liverpoolu zostaliby bohaterami najbardziej sensacyjnej dekoracji od 2005 r., w którym wzięli je ich poprzednicy w tych samych czerwonych koszulkach. A podnoszący trofeum piłkarze Realu? Jako przedstawiciel rocznika 1976 doskonale pojmowałbym doniosłość chwili – to wtedy, zanim się urodziłem, po raz ostatni zdarzyło się, dzięki Bayernowi, by ktoś zdobywał Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Miłych wrażeń, wracam do szwendania się wśród rozsłonecznionego tłumu w Kijowie.

piątek, 25 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Przyleciałem na swój dwunasty finał Ligi Mistrzów w życiu, na poprzednich nafaszerowałem się wszelkimi możliwymi i niemożliwymi w futbolu scenariuszami, z bliska patrzyłem m.in. na tamto surrealistyczne przedstawienie w Stambule, więc dojrzałem do ustalenia z samym sobą, żeby nigdy nie przewidywać, co się stanie na boisku, a jeszcze bardziej nigdy, naprawdę przenigdy, nie ośmielić się prognozować czegokolwiek związanego z Liverpoolem. To klub osobny, wywołujący wrażenie dziwności jak spływające zegary na płótnach Salvadora Dalego, po prostu klub z krainy czarów - już o tym blogowałem.

Co powiedziawszy, z typową dla siebie beztroską przyznam, że na Real Madryt patrzę jak na więcej nic faworyta, bo jak na drużynę niepokonaną w sensie ścisłym, z powodu ograniczeń technicznych w grze – wykluczających inne rozwiązanie niż jego zwycięstwo. Aż mi się przypominają czasy, gdy jako trener Podbeskidzia w Football Managerze oszukiwałem na potęgę, czyli rozgrywałem zapisany mecz dopóty, dopóki Podbeskidzie nie zwyciężyło, a potem jeszcze raz, i jeszcze, z rundy na rundę, ponieważ uparłem się, że nie spocznę, dopóki Podbeskidzie nie zatriumfuje w Champions League. Ujawniam – ostatecznie zatriumfowało, kosztowało mnie to tytaniczny wysiłek.

Wyluzujcie madridiści, nie zamierzam nikogo obrażać, nie porównuję piłkarzy Realu do klubiku z mojego miasta, przeciwnie, szanuję ich klasę aż za bardzo, zgadzam się wręcz z Vicente del Bosque, który obwieścił, że żaden gracz Liverpoolu przeniesiony do madryckiej drużyny nie uczyniłby jej silniejszą (acz podwładni Jürgena Kloppa podobają mi się bardziej jako jeden wielonożny organizm). Przyzwyczaiłem się po prostu, że oni w Lidze Mistrzów zawsze, niezależnie od demonstrowanego danego wieczoru poziomu gry, dopną swego. Jakoś. Bokiem, tyłem, przewrotką Ronaldo albo głową Ramosa, zawsze coś wynajdą, jakby ukryty poza tą zbiorową inteligencją algorytm potrafił przemielić wszystkie warianty najbliższej przyszłości i podsunąć ten, który pozwolić im przeżyć. Nie silą się na wymyślne dzieła sztuki, lecz wykańczają przeciwnika lodowatym pragmatyzmem, sięgając po jeden z bimbaliarda środków działania, którymi dysponują.

Zwłaszcza przy wprowadzaniu rezerwowych uświadamiamy sobie, czym dysponują. Co wam będę gadał, porównajcie sobie, kim będzie mógł zasilić zmęczoną podstawową jedenastkę Zinedine Zidane, a kim Jürgen Klopp. Ja nie zamierzam, wszelkie porównania, które przypływają mi do łba, uważam za niehumanitarne.

Łażę więc po Kijowie, rozmyślając, jak tym razem Real załatwi sprawę. (Nawiasem mówiąc, łażę rozanielony bardziej niż podczas innych finałów właśnie z tego powodu, że łażę akurat po Kijowie, podoba mi się tu wszystko – niestety, UEFA oraz wielu kibiców Realu i Liverpoolu sądzi inaczej, o przyczynach piszę szerzej w tej korespondencji). I równocześnie wspominam, że madrytczycy nie przekonali mnie do końca ani w 1/8 finału, ani w ćwierćfinale, ani w półfinale, zawsze zostawiali wątpliwości, stąd tyle publikowanych we wszelakich językach rozważań, czy aby na pewno są aż tak wielcy, podpisanych również znamienitymi nazwiskami, aż po Jonathana Wilsona. A Liverpool? Przecież oni są zdolni wyciąć każdy numer, dranie zaprzedali duszę diabłu.

Tak, błąka się też po moich podczaszkowych zwojach radośnie irracjonalne przekonanie, że w zderzeniu z Liverpoolem mógłbym nie dać rady nawet jako tamten trener Podbeskidzia, próbujący grać do skutku. Już oni by wymyślili, jak wskoczyć między linijki kodu, pogmerać, oszukać moje oszustwo. Jako człowiek z mózgiem wypranym 25 maja w Stambule wiem, że choć Real wygrywa wszystkie finały, to „The Reds” wygrali finał najbardziej niesamowicie w finale. Toż to jasne jak królewska biel: jeśli ktoś ma wykopać w kosmos Madryt, to tylko oni.

wtorek, 22 maja 2018

Piłkomatyka

W interesowaniu się piłką nożną drażnił mnie kiedyś jej antyintelektualizm. Przeżarta była swoimi wersjami ludowych mądrości, które nie wiadomo skąd się wzięły i nie wiadomo dlaczego trwają, pomimo ich oczywistej nieracjonalności, przeżarta też była beztreściowymi komunałami wygłaszanymi nawet przez bardzo doświadczonych trenerów – zwłaszcza tych niechętnych wszelkim zmianom, bo „zawsze się tak robiło” – przeżarta była wreszcie ignorancją gwałcącą elementarną logikę. Brakowało merytorycznych analiz, dlaczego na boisku stało się to, co stało, zastępowały je natomiast porażające refleksje typu „gdyby strzelił trochę dokładniej, wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.

Mały wtręt: bodaj najdziwaczniejsze powiedzonko pochodzi akurat z języka siatkówki. Brzmi: „kto nie wygrywa 3:0, ten przegrywa 2:3”, a ma oznaczać mniej więcej tyle, że jeśli drużyna prowadząca 2:0 nie dobija przeciwnika trzecim zwycięskim setem, to często oddaje mecz w pięciu”. Jest to oczywisty nonsens, wykrywalny nawet bez wyższych umiejętności analitycznych – zbadajcie dowolną większą próbkę wyników, a przekonacie się, że wśród zespołów, którzy przy prowadzeniu 2:0 pozwalają rywalowi zmniejszyć dystans do 2:1, zdecydowanie dominują te, które ostatecznie odnoszą zwycięstwo. Bo jeśli zaczną od wygrania dwóch partii, to ze znacznie większym prawdopodobieństwem umieją grać lepiej niż ci, którzy zaczynają od przegrania dwóch partii.

Czasy sportowego ciemnogrodu minęły (choć futbol opierał się szczególnie długo), teraz aż roi się od taktycznych i nie tylko taktycznych analiz gry, potencjał piłkarzy mierzy m.in. wyrażanymi liczbowo opisami ich występów, zasypują nas coraz dokładniejsze statystyki – w tym bezużyteczne, jak wszechobecne duperele o Ronaldo/Messim, który jako pierwszy w historii strzelał gole dla Realu Madryt w każdym dniu tygodnia, co czyni Ferenca Puskasa ciamajdą tylko dlatego, że w latach 50. grało się prawie wyłącznie w środy i weekendy. Dzisiaj kibice wiedzą z „Moneyball”, jak ludzie futbolu pożyczali wiedzę z baseballu. Nie tylko fachowcy zapoznają się z rozbijaniem meczów na cząstki elementarne w oparciu o dane firmy Instat lub płacą za aplikację StatsZone. Kluby zatrudniają coraz więcej ludzi nauki, którym prezesi coraz bardziej ufają, i nikogo nie dziwi, że np. w Liverpoolu szef działu badań (w oryginale „Director of Research”) Ian Graham obronił doktorat z fizyki teoretycznej. Powstają też książki jak „Futbonomia” czy „Piłkomatyka”, pisane przez regularnych naukowców namiętnie oglądających mecze futbolowe.

Ta ostatnia rzecz ukazała się niedawno, a jej autor, profesor od modelowania matematycznego, postanowił sprawdzić, czy piłką nożną kręcą te same mechanizmy, które istnieją w fizyce, biologii oraz innych dziedzinach. I odnajduje piękne analogie, np. w zsynchronizowanych ruchach Messiego, Iniesty i Xaviego wykrywa figury geometryczne identyczne do wyrysowywanych w wodzie przez ławice ryb (choć ani piłkarze, ani ryby nie myślą o triangulacjach). A przy okazji zostawia nas David Sumpter z zupełnie pozafutbolową refleksją, że rzeczywistość na każdym poziomie ma zbliżoną strukturę, więc tym samym narzędziem pozwala zbadać strategię gry w piłkę nożną, łączenie się pary przez studentów, urbanizację etc. Inspirujące.

Nie będę szczegółowo recenzował, ale bardzo polecam. A ponieważ znany tutaj fan Valencii i kierownik działu „Małpy” w „Tygodniku Powszechnym”, który współnamawiał właściwych ludzi do wydania „Piłkomatyki” po polsku, zorganizował więcej egzemplarzy, to proponuję minikonkurs – dawno nie było.

Pytanie dotyczy oczywiście sobotniego finału Ligi Mistrzów. Ile celnych podań wykonają Real Madryt i Liverpool razem wzięte? Prawidłową odpowiedź będziemy sprawdzać na oficjalnej stronie UEFA, a trzy osoby, które będą najbliżej celu – sądzicie, że ktoś trafi idealnie? – otrzymają książkę. Typujemy na forum.

20:11, rafal.stec
Link Komentarze (109) »
poniedziałek, 21 maja 2018

Zakończył się w miniony weekend, a w czołowych ligach w Europie wszędzie wyglądał podobnie – mistrzowie okazali się tak mistrzowscy, że zasłonili konkurencji słońce. I Manchester City, i Barcelona, i – przede wszystkim – wszechwładne w swoich krajach PSG, Juventus oraz Bayern. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

15:06, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 maja 2018

ekstraklasa

Jedynie słuszną puentą bieżącego sezonu tzw. ekstraklasy była kombinacja zwycięstwa Lecha nad Legią z niezdolnością Jagiellonii do pokonania Wisły Płock, dzięki czemu znów zasłużylibyśmy się dla rozwoju piłki nożnej – warszawski klub obroniłby mistrzostwo kraju, więc obok „zwycięskiego remisu” pojawiłaby się słownikach „zwycięska porażka”. Idealnie podsumowałaby rozgrywki, w których wszystkich parzy pozycja lidera, a najlepiej gra drużyna w ogóle niesklasyfikowana, czyli KS Presja. Ulegał jej notorycznie każdy, kto zajrzał na podium lub choćby usłyszał, że się wyróżnia, że ma szanse na tytuł lub europejskie puchary. I wnet zaczynał seryjnie przegrywać lub w najlepszym razie niewygrywać.

Doprawdy szkoda, że Legia nie podkreśliła dzisiaj swojej dominacji w Polsce porażką w Poznaniu. I że znów jej bohaterem nie był bramkarz Arkadiusz Malarz. Ileż ładniejsza byłaby to kompozycja! Choć niedokończenie meczu rozstrzygającego o tytule to też klamra zamykająca sezon logiczna, adekwatna do wszystkiego, co działo się wcześniej.

Nie zamierzam obwieszczać, że liga wyłoniła najsłabszego mistrza w historii, bo niemal co roku diagnozujemy, że wyłoniła najsłabszego mistrza w historii, jej mistrz jest najsłabszy w historii z definicji, aż trudno mi uwierzyć, iż ledwie dwa lata temu Legia potrafiła wyeliminować z pucharów lizboński Sporting i toczyła równorzędną walkę z Ajaxem Amsterdam. To musiała być pomyłka, urojenie, dzisiaj tzw. ekstraklasa kojarzy mi się raczej z niedawnym szlagierem w Białymstoku, gdzie drużyny lidera i wicelidera zaserwowały mecz złożony niemal wyłącznie z kopnięć bez sensu, mecz potworek wywołujący traumę, gniot niemożebny nawet jak na nadwiślańskie standardy. Okropne, że nie można go odzobaczyć.

Nie, recenzować mi się polskiej kopaniny nie chce, przywołam tylko twarde dane.

Otóż mistrz Polski strzelał średnio 1,46 gola na mecz, wicemistrz – 1,49, trzecia drużyna w tabeli – 1,43. Szukajcie innego takiego turnieju na świecie, a ja wam obiecuję, że nie znajdziecie.

Mistrz zdobywał przeciętnie 1,89 pkt. na kolejkę. Szukajcie innej takiej ligi, a ja wam obiecuję, że nie znajdziecie.

Mistrz przegrał aż 30 proc. meczów. Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

Mistrza nie można było udekorować tam, gdzie zdobył tytuł, bo nie zgodzili się „kibice”, czyli chuligani, których nasz futbol jest zakładnikiem. Ponieważ lubią dymić, to w każdy weekend zmuszają sędziego do przerywania gry – zwłaszcza w meczach rekomendowanych jako hitowe. Szukajcie innej takiej ligi, a przypuszczam, że będzie trudno znaleźć.

O mistrzostwo znów do ostatniej kolejki musiał walczyć klub, który w rankingu finansowym miażdży całą konkurencję, a naciskał na nią wicemistrz, który generuje przychody – wyjąwszy transfery –  14 razy (!) niższe. Szukajcie innej takiej ligi, a przypuszczam, że będzie trudno znaleźć.

O mistrzostwo rywalizowali trener dotąd niskoligowy, który debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej (Ireneusz Mamrot, wyjęty z Chrobrego Głogów, spędził tam siedem lat), z trenerem, który nigdy wcześniej nie pracował z seniorami (wylany już Romeo Jozak), i trenerem, który wcześniej udzielał się wyłącznie w futbolu kobiecym i młodzieżowym (Dean Klafuric). Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

Wobec rozstania Leszka Ojrzyńskiego z Arką Gdynia najdłużej zatrudnionym trenerem w lidze będzie Gino Lettieri, który dopiero za dziewięć dni będzie obchodził ledwie 12. miesięcznicę objęcia posady w Koronie Kielce. Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

A właściwie to nie szukajcie podobnych kuriozów, skoro podziwiamy je na własne oczy, u siebie, w rozgryweczkach, który zasługują na jeden tylko komplement, zresztą mój ulubiony – tzw. ekstraklasa to najfajniejsza liga na świecie, bo nasza, polska.

20:09, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
sobota, 19 maja 2018

Lech Poznań - Legia Warszawa

Przeczytałem wspomnienie pożegnalnego meczu Stevena Gerrarda w Liverpoolu, podczas którego wielokrotnie wybrzmiewało „Stevie Gerrard Is Our Captain” i „Impossible Forty Yards” - to ostatnie opiewało długie podania, jakimi obsługiwał swoich kolegów z drużyny angielski piłkarz. Było odświętnie, nawet podniośle, ale w pewnym momencie bohater dnia kopnął kompletnie bez sensu, daleko w trybuny. Wtedy z trybun spłynęło: „What the fucking? What the fucking? What the fucking was that?”. Zazwyczaj używane w stosunku do rywali, którym nie wyszło, ale tym razem użyte w stosunku do idola - spontanicznie, ironicznie, sfrustrowany Gerrard w odpowiedzi zaklaskał.

Pierwsza przyśpiewka dotyczyła stylu gry piłkarza, druga - nieudaczności rywala. Kibice odnosili się do wydarzeń boiskowych.

Na polskich stadionach tego nie słychać. Przyśpiewka poświęcona konkretnemu piłkarzowi? Na najbliższej mi (geograficznie) Legii rykną czasami, że „Kuchy King”, ale nic więcej nie wymyślili, ani o nim, ani o kimkolwiek innym. Nie doczekał się choćby zwrotki nawet Danijel Ljuboja - jedyny, który sprowokował mnie do zachodzenia na Łazienkowską na każdy mecz, w naszych standardach wirtuoz.

Podzwoniłem po znajomych stacjonujących w innych miastach. Poznań? Ni cholery, kopaczami się tam na trybunach gardzi, to niewierni najemnicy i w ogóle śmierdzą, aż dziw bierze, że ich wygrane się świętuje jak własne, a porażki wywołują frustrację. Schizofrenia. Kraków? Nie dosłużyli się swojej przyśpiewki ani Arkadiusz Głowacki, ani Paweł Brożek, więc nawet szkoda pytać o Carlitosa. Więcej wymieniać mi się nie chce, gdybyś ktoś znał jakieś kontrprzykłady, to poproszę w komentarzach - mnie tzw. atmosfera na trybunach, która ponoć jest ważna dla widowiska, średnio interesuje, kibicowską twórczość trzymam w głębokim poważaniu.

Powiecie, że Gerrard to ikona, wychowanek, który nigdy nie zdradził - ulubiona figura trybun, nic dziwnego, że poświęcali mu psalmy. Ale na Anfield Road śpiewają też, że „przejdą na islam” - już o tym pisałem tutaj - za następnego gola Mohameda Salaha. W hołdzie dla piłkarza, który pojawił się tam przed chwilą, minionego lata. Generalnie pasjami śpiewają w Anglii o ludziach, którzy wygrywają lub przegrywają dla ich klubu.

U nas śpiewają głównie o sobie. Albo o wyimaginowanych wrogach. Najgłośniejsi w Polsce są kibice, którzy niespecjalnie interesują się piłką nożną.

20:50, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
Archiwum
Tagi