RSS
wtorek, 14 lutego 2017

Stękają ci, że Liga Mistrzów nudna jak flaki z olejem, że zawsze kopią ci sami, że komerchą aż cuchnie, sport z multipleksu, nieautentyczny, i jeszcze ten szmal, zawsze brudny, ufajdany ropą, gazem albo innym Abramowiczem. I nawet zaczynasz się zastanawiać. Może mają rację, przecież tylu wytrawnych znawców musi wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Wątpisz.

Ale potem zaczyna się mecz. Wjeżdża na boisko drużyna bolid, przykładowo z Paryża – ufundowanego na mamonie szczególnie obrzydliwej, bo katarskiej. I rozjeżdża ów bolid tę wielką, cudowną Barcelonę. Patrzysz w zbaranieniu, jak tka grę Marco Verratti, gapisz się na opętanego demona prędkości Draxlera, zadajesz sobie pytanie, kiedy PSG padnie trupem od wściekłego pressingu. Nie, temu nie sposób nie ulec. Oni, piłkarze, też czują, że Champions League jest ponad wszystko, widać to w każdym ich geście. Dostajesz mecz petardę, oglądasz ogłuszony, słyszysz wyłącznie własne myśli – Liga Mistrzów jest najpiękniejszym prezentem, jakim obdarowano kibica,  Liga Mistrzów to najlepszy futbol, jaki się wydarzył, niech Liga Mistrzów trwa wiecznie.

Spisałem te akapity w przerwie, nie wiem, co będzie dalej. Ale wiem, że już odzyskałem wiarę, ciut nadwątloną przez tamto marudzenie. Wystarczył kwadrans patrzenia na boisko. Tam nie widać pieniędzy ani bonzów, do których należą kluby. Tam jest tylko czysty, wielki sport.

21:43, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
niedziela, 12 lutego 2017

Agnieszka Radwańska

Wychodzę od przypadku Agnieszki Radwańskiej, znajdującej się pod stałym ostrzałem narodowo wzmożonych kibiców, ale nie chodzi mi o nią, lecz o problem. Cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

środa, 08 lutego 2017

AC Milan

– Niech opowiada, panie Rafale. Te zadrapania to pomeczowe?

– Tak, panie doktorze. W Bolonii graliśmy. Wymiotne zero zero było, wygrywaliśmy tylko w czerwonych kartkach. Wyraźnie, dwa do zera. Chciałem włożyć swój tępy łeb pod zimną wodę, ale Juraj Kucka, drągal taki, akurat przyjmował czerwoną, więc przez pomyłkę włożyłem do maszynki do mięsa. No i trochę się poturbowałem.

– Przecież widzieliśmy się w grudniu, wniebowzięty pan był, buzię miał pan jak leżący na plecach księżyc. Trochę się wtedy bałem, że to faza manii, że zaraz będzie ostry zjazd, a pan się upierał, że sytuacja opanowana.

– Bo była opanowana! Stuknęliśmy Juventus w Superpucharze!! Wicelider w lidze, właściwie to lider, no, może prawie lider, na Ligę Mistrzów pruliśmy jak nawiedzeni!!! A jakie boskie gole smarkateria tłukła, gadałem przecież o Locatellim!!!! Za Romagnolego chcieli Angole rozdawać pięćdziesiąt baniek!!!!! I Suso, szusował jak świr jakiś!!!!!!

– Niechże się pan uspokoi, wykrzykników zaraz zabraknie. Ja tam pamiętam, że jak już trochę pan u mnie poleżał, to zaczął tonować własne nastroje. Na brak kreatywności narzekał... Że porządnych ataków tyle co kot napłakał, że nikt tak rzadko nie strzela w czołówkach dużych lig, że tylko pot i krew ... Skoro tak, to te wyniki ponad stan musiały się kiedyś skończyć...

– Panie doktorze, dobrze, ja już spokojnie, ale niech pan zrozumie, to nie tak, że wyniki się po prostu pogorszyły, nieee, my nagle wpadliśmy w jakieś głębokie dziursko w ziemi, i staczaliśmy się, staczaliśmy, gdyby dzisiaj nas jeszcze pogoniła Bologna, byłoby w plecy piąty raz z rzędu, tylko żałosna Pescara też ma pięć razy w plecy ostatnio, w ogóle nerwy jakieś takie skołatane od lat, dzisiaj te dwie czerwone to właściwie nic nowego, od połowy 2013 roku nazbieraliśmy już 31 czerwonych, czy pan doktor zdaje sobie sprawę, że to najwięcej we Włoszech, że to więcej niż ktokolwiek w Anglii i w Hiszpanii i Niemczach i Francji?!!!!!

– No i znów pan wykrzyknikuje, proszę podwinąć rękaw, to będzie tylko lekkie ukłucie... Dziękuję, gotowe. Co pan ma na myśli, mówiąc: „gdybyśmy dzisiaj pogoniła nas Bologna”?

– No bo ostatecznie nas nie pogoniła. Jak już leżałem po tej maszynce, charczałem i wydawało mi się, że gdzieś obok jest Bonera, tylko się schował – pan rozumie, jego już nie ma, ale miewam zwidy, że wciąż jest – no więc jak leżałem, to Pasalić załadował, ten najgorszy na boisku, tragiczny Pasalić, pierwszy raz w życiu widziałem, jak gramy w dziewięciu, ale strzelamy zwycięskiego gola, pierwszy raz w życiu, i to akurat teraz, gdy odstawiamy taką kaszanę... Pokręcony ten sezon, mówię panu, kompletnie porąbany, normalnie psychiatryk.

– A zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego opowiadając mi o Milanie, powtarza pan w kółko „my”? „Graliśmy”, „przerżnęliśmy”, „okradli nas”... Często miewa pan wrażenie, że jest pana liczba mnoga?

Tagi: AC Milan
23:45, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
wtorek, 07 lutego 2017

Leicester, Claudio Ranieri

Był sobie trenerski tyran, znany jako Otto Rehhagel vel Król Otto vel Rehakles, który w reprezentacji Grecji wprowadził tzw. ottokrację, ustrój ufundowany na zasadzie: „Wszyscy mają pełną wolność powtarzania na głos moich rozkazów”. Zadziałało znakomicie, jego piłkarze zdobyli w 2004 roku mistrzostwo Europy, sprawiając największą sensację w dziejach tych rozgrywek. I moi greccy znajomi w następnych latach wielokrotnie powtarzali mi, że zasłużył na nietykalność. Że trenerów z jego zasługami się nie dymisjonuje, że niezależnie od wyników zachowa posadę dożywotnio, o ile oczywiście zechce. I rzeczywiście, Rehhagel utrzymał stołek przez niemal dekadę, choć grecka kadra prędko zmarniała. Na mundial 2006 nie awansowała, na Euro 2008 przegrała wszystkie trzy mecze.

Claudio Ranieri nie ma w sobie niczego z autokraty, przeciwnie, uchodzi za szefa łagodnego, wręcz rodzinnego. Ale piłkarzy Leicester też natchnął do wywołania sensacji – tym razem największej w dziejach ligi angielskiej, drużyna skazywana na degradację wzięła mistrzostwo. Wzięła je pod przywództwem fachowca o kompetencjach, delikatnie mówiąc, kwestionowanych, ponieważ wcześniej Włoch jako selekcjoner tej samej reprezentacji Grecji podpisał swoim nazwiskiem same klęski, w tym haniebną porażkę z Wyspami Owczymi. Dlatego teraz, gdy Ranieriemu grozi utrata posady, też słychać, że zasłużył sobie w Leicester na nietykalność. Kibice piszą w internecie, że wraz z wylaniem go z roboty „stracą wiarę w piłkę nożną”, że „wolą spadek do drugiej ligi z nimi niż utrzymanie się bez niego”. Piszą z tym intensywniejszymi emocjami, że szkoleniowiec obwołany superbohaterem po zaledwie kilku nieudanych miesiącach skarlał do szkodnika, którego należy się pozbyć.

Dzieje się w Leicester naprawdę źle. Drużyna straciła latem jedynie zasuwającego jak opętany N’Golo Kanté, ale reszta piłkarzy popadła we wtórny analfabetyzm – Robert Huth i Wes Morgan, pozbawieni tarczy antyrakietowej w osobie wspomnianego francuskiego pomocnika, znów wyglądają na lekko tępych osiłków; Riyad Mahrez, najbardziej błyskotliwy skrzydłowy ligi, zszarzał, jakby wciąż mógł się pogodzić z tym, że pozostał w klubie; Jamie Vardy każdy ruchem udowadnia, że poprzedni sezon był błędem w matriksie, który już naprawiono, i do końca kariery doczłapie jako napastnik przeciętny. Mógłbym wyzłośliwiać się nad kolejnymi nazwiskami, bo nie działa w Leicester nic, bramkarz Kasper Schmeichel recenzuje poziom gry drużyny jako „katastrofę”. A jej wymierny skutek to cztery porażki z rzędu (wszystkie do zera!) – dłuższą czarną passę w czołowych ligach Europy ma tylko Pescara, ostatnia w tabeli włoskiej Serie A.

Po odlocie wszech czasów fani przeżywają zatem zwał wszech czasów. Trochę jak Grecy, którzy tragedię na Wyspach Owczych – i nie tylko, u siebie też przegrali! – mogli odczytywać jako zemstę futbolowych bogów, robiących sobie jaja z helleńskiego futbolu. „Daliśmy im dla draki złoto, teraz niech poprzegrywają z pasterzami, zabawimy się” – widzę tę nasiadówę w wyobraźni, słyszę ten wredny chichot. I znów zadaję sobie pytanie, jaki wpływ na wynik ma trener, czy go aby nie przeceniamy. I jakiej klasy fachowcem jest właściwie Ranieri, jednego dnia wpędzający kibiców w studzienną deprechę, a następnego wprawiający ich w ekstazę.

W Grecji zastał drużynę, która ładnie wypadła na mundialu, w boju o ćwierćfinał padła dopiero po rzutach karnych – i z nim natychmiast zaczęła grać koszmarnie. W Leicester zastał z kolei drużynę rozmazywaną przez ekspertów na dnie ligowej tabeli – i natychmiast zaczęła seryjnie wygrywać. Wreszcie teraz, tuż po wzbiciu się na poziom mistrzowski i więcej niż przyzwoitym debiucie w Champions League, znów pikuje. Ktoś nad tym nadąża? Ten sam trener wczoraj był geniuszem, a dzisiaj jest półgłówkiem? A może demonizujemy jego wpływ, skoro poprzedniego i zapewne następnego triumfatora ligi angielskiej – wiem, dwa sezony to mała próbka badawcza – łączy to, że obaj, Leicester oraz Chelsea, w okresie masowego wygrywania w kraju nie muszą grać w europejskich pucharach, a w ich środku pola króluje niesamowity N’Golo Kanté?

Im dłużej śledzę futbol, tym częściej odnoszę wrażenie, że drużyny nie potrzebują trenera możliwie najlepszego, lecz najbardziej adekwatnego do okoliczności. Carlo Ancelotti jako ciepły szef kumpel był w Realu Madryt idealnym następcą José Mourinho, czyli szefa wypalającego podwładnych emocjonalnie. Zinedine Zidane jako szef z przeszłością wybitnego gracza szanujący innych wybitnych graczy był tam idealnym następcą technokraty Rafy Beniteza, który sam nigdy nie kopnął piłki z sensem, ale próbował tłumaczyć wirtuozom, jak powinni ją przyjmować. Empatyczny, doskonale znający legijne realia Jacek Magiera był idealnym następcą nieempatycznego, obcego Besnika Hasiego. Rehhagel był idealny do musztrowania spontanicznych, nazbyt gwałtownych Greków, bo wrzącą helleńską krew schłodził do lodowatej, a niepoukładane jednostkowe ruchy zastąpił perfekcyjnymi manewrami zbiorowymi. Ranieri do tamtejszej rzeczywistości nie przystawał, ale jako szef przemiły był idealnym następcą porywczego Nigela Pearsona, pod którym piłkarze Leicester żyli w ciągłym stresie.

Trener idealny dla Leicester 2015/16 nie musi jednak automatycznie przeobrazić się w trenera idealnego dla Leicester 2016/17. Może zadziać się wręcz przeciwnie, może stać się przełożonym najgorszym z możliwych. Okoliczności zmieniły się wszak radykalnie – piłkarze błąkający się po dołach tabeli wyrośli na mistrzów Anglii zadających szyku w Champions League, muszą znów zmotywować się do niezbyt inspirującej walki o utrzymanie, niektórzy chcieli uciec do znaczniejszych firm i poczuli się sfrustrowani.

Symptomatyczne zresztą, że zalety Ranieriego znienacka stały się wadami. Niegdyś składano mu hołdy za to, że potrafi samodzielnie manipulować w głowach piłkarzy – metody stosował proste, przed pierwszym meczem w Leicester, oczywiście zwycięskim, roznamiętniał ich podniosłym tekstem utworu lokalnej grupy rockowej – a dzisiaj wyrzuca mu się, że przed bieżącym sezonem nie chciał wpuścić do klubu psychologa, który pomógłby wszystkim poradzić sobie z sukcesem. I być może krytykuje się go słusznie, bo o ile w przeszłości wspólne wypady na pizzę i szampana miały uzasadnienie, o tyle w teraźniejszości Vardy’ego i spółkę należałoby raczej chwycić za twarz. I częściej traktować kijem niż marchewką.

Co prowadziłoby nas do wniosku, że długie wytrzymywanie z tym samym trenerem (Arsene Wenger, anyone?) bywa niesłuszne fetyszyzowane – jako wyraz zdrowego rozsądku, przezorności i budującej cierpliwości prezesów. Że w jednym ciele mieszkają niekiedy i szef idealny, i szef fatalny. Mam nawet heretyckie podejrzenie, że dotyczy to również naszego guru Adama Nawałki.

Aż mnie skręca z ciekawości, jak skończy selekcjoner reprezentacji Polski. Co go zgubi? Które zalety zmienią się przywary? A może Nawałka należy do grupy najwęższej – do trenerów, którzy nie dość, że odnoszą sukces, to jeszcze wyczuwają, kiedy powinni odejść i dzięki temu odchodzą w chwale?

Aha, jeszcze jedno. Pomyślałem o tym tuż po koronacji Leicester, a ostatnio stało się to całkiem oczywiste – jeśli nie wywalą Ranieriego, spadną z ligi.

23:02, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Nie zamierzam krzyczeć, że tytułowa klasa wybitnie uprzywilejowana to również klasa próżniacza, choć czasem, na widok niektórych delikwentów, miałbym ochotę to i owo zasugerować. Felieton do „Gazety Wyborczej” o zawodowych piłkarzach, czyli szczęśliwcach, jakiś świat nie widział, przeczytacie tutaj.

09:24, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

niedziela, 29 stycznia 2017

Napastnicy, którzy przestają strzelać gole, chwycą się każdego dostępnego sposobu, żeby znów zacząć strzelać. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 24 stycznia 2017

Wojna futbolowa, Ryszard Kapuściński

Ryszard Kapuściński wielkim pisarzem był. Był także wielkim myślicielem, ogarniającym  umysłem cały świat, rozumiejącym procesy, których inni nawet nie dostrzegali. Intelektualnej i artystycznej wybitności nie odbierze mu odkrycie z minionych lat, że nasz reporter wszech czasów zmyślał. I że wypadałoby się zastanowić, czy zestawianie słowa „reporter” z jego nazwiskiem jest adekwatne.

Metodę rodaka zdemaskował Artur Domosławski w znakomitej książce „Kapuściński non fiction”. Książce, za którą ostro oberwał, choć swój wywód – i śledztwo – przeprowadza w sposób uczciwy, a przykre rezultaty obudowuje wieloakapitowymi żarliwymi staraniami, by dorobku mistrza nie zdezawuować i oddać mu wszystkie należne hołdy.

Domosławski nie był jedyny. Tutaj można przeczytać reportaż Szymona Opryszka i Marii Hawranek, którzy podczas wizyty w Salwadorze dowiedzieli się, że Amelia Bolaños – samobójczyni z „Wojny futbolowej”, miała zastrzelić się z powodu porażki drużyny narodowej w eliminacjach mundialu – nie istniała. Ba, lokalni historycy twierdzą, że Kapuściński wyfantazjował sobie również „wojnę futbolową”, tworząc krzywdzący dla tubylców obraz „Salwadoru i Hondurasu jako krajów tak trzecioświatowych, że poszły na wojnę z powodu piłki”. Dla mnie to tekst wstrząsający. Sprawia, że uwiera oglądanie dzieł Kapuścińskiego – powtarzam: dzieł genialnych – leżących na półkach z literaturą faktu. Ale ten tekst nigdy nie zyskał specjalnego rozgłosu.

Przeczytałem go właśnie ponownie z okazji dziesiątej rocznicy śmierci jednego z najbardziej cenionych zagranicą Polaków. I po wysłuchaniu tej rozmowy Michała Nogasia z Wojciechem Jagielskim – inny wspaniały reporter, co do jego warsztatu nie ma już najdrobniejszych wątpliwości – którzy również nie skupiają się na problematycznym wymiarze twórczości Kapuścińskiego. Pytający tego wątku nie porusza, przepytywany rzuca, że już za młodu nie traktował książek mistrza „dosłownie” i że od początku podejrzewał, że cytowani w „Cesarzu” dworzanie Haile Selassie nie istnieli.

To wyznanie już mnie nie zszokowało jak tamten reportaż z Salwadoru, ale jednak zdumiało i uświadomiło, jak dziecięco naiwnym byłem czytelnikiem Kapuścińskiego. W czasach studenckich nawet przez myśl mi nie przemknęło, żeby podważać cokolwiek, co wyszło spod jego ręki. Gdyby ktokolwiek mi wówczas zasugerował, że ten fantastyczny dziennikarz zastępował brakujące fakty fikcją, puknąłbym się w czoło. On do prawdy musiał mieć stosunek nabożny.

Po wysłuchaniu wywiadu – gorąco polecam, Jagielskiego zawsze warto słuchać – zdjąłem z półki „Wojnę futbolową”, do której nie zaglądałem od kilkunastu lat. Otwiera ją, obok zmyślonej opowieści o samobójczyni, opowieść o zaprzyjaźnionym meksykańskim reporterze Luisie Suarezie, który prognozuje, że po meczach Salwadoru z Hondurasem wybuchnie wojna i w ogóle stawia tezę o miewającym tragiczne skutki piłkarskim bziku Latynosów. Jest tam ustęp o mundialu w Meksyku w 1970 roku, przynajmniej tak wynika z logiki wywodu:

Wojna futbolowa, Ryszard Kapuściński

Magiczne akapity, prawda? Ale coś mnie tknęło, więc sprawdziłem – o ile Brazylia istotnie w drodze po złoto pokonała Anglię, a Meksyk istotnie pokonał Belgię 1:0, to trzeci przywoływany mecz się nie odbył. W pierwszej rundzie Meksyk i Peru rywalizowały w innych grupach, by następnie odpaść w ćwierćfinale po porażkach z Włochami i Brazylią.

Może zatem ów rozgoryczony kibic ironizujący z przegrywających rodaków został zmasakrowany podczas meczu rozegranego zupełnie kiedy indziej? Ostatecznie nie ma w powyższym fragmencie wprost podanej informacji, że spotkanie odbyło się podczas mundialu – choć wskazuje na to i kontekst, i rozmiar tragedii sugerujący najwyższe emocje. Niestety, w całej historii meczów między oboma przywołanymi reprezentacjami nie zdarzyła się ani jedna porażka 1:2 Meksyku z Peru.

I nie wiem, co o tym myśleć. Jako niszowy bloger od opisywania sportowych fikołków z duszą na ramieniu zwierzam się z jakichkolwiek wątpliwości dotyczących takiego giganta, a zarazem nie potrafię się z nich nie zwierzyć (choćby dla wklejenia wklejonych wyżej linków). Nie wykluczam oczywiście, że choć na boisku grali inni, to do zabójstwa na jakichś trybunach – epizodu tylko atrakcyjnie ilustrującego szersze zjawisko – doszło, ale teraz nie wykluczam już również, że nie doszło ani do tej tragedii, ani do wypuszczenia z cel 142 skazanych na dożywocie (!) kryminalistów, za które naczelnik meksykańskiego więzienia został uniewinniony, ponieważ „działał w uniesieniu patriotycznym”. Jako już nie młokos, lecz czytelnik Kapuścińskiego aż nazbyt doświadczony, zaczynam podejrzliwie myśleć także o ekstremalnym stężeniu ekstremaliów w dawce ledwie kilkunastu zdań – nie dość, że ów rozfanatyzowany naczelnik postanowił pouwalniać skazańców, to jeszcze wszystkich naraz; nie dość, że wszystkich naraz (chodził od celi do celi?!), to jeszcze uziemionych dośmiertnie, czyli wyjątkowo niebezpiecznych; nie dość, że wszystkich i skrajnie groźnych, to jeszcze potem sąd go rozgrzeszył z absurdalnym uzasadnieniem. Jedno wielkie nieprawdopodobieństwo.

To zresztą w gruncie rzeczy drobiazg, jeśli wziąć pod uwagę, że na świecie wciąż wydaje się książki Kapuścińskiego pozbawione aneksów, w których stałoby napisane, że niektóre podane przezeń fakty nie miały miejsca. I że w internecie leży mnóstwo tekstów wiarygodnych autorów, jak znakomity publicysta „Financial Times” Simon Kuper, w których czytamy, że Amelia Bolaños naprawdę się podczas transmisji meczu zastrzeliła, że cały kraj odprowadzał jej trumnę, że potem wybuchła wojna futbolowa.

22:58, rafal.stec
Link Komentarze (88) »
poniedziałek, 23 stycznia 2017

Ostateczny dowód, że mieliśmy co do siebie rację – górujemy nad wszystkimi innymi nacjami – widzimy na skoczniach narciarskich. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” można przeczytać tutaj.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

Archiwum
Tagi