RSS
czwartek, 13 kwietnia 2017

Liga Mistrzów, Borussia Dortmund, zamach

Thomas Tuchel oskarża europejskie władze futbolowe, że jego piłkarze zostali zmuszeni do gry w Lidze Mistrzów ledwie 24 godziny po ataku bombowym na klubowy autokar, w którym ranny został jeden z nich, obrońca Marc Bartra. „Nikt nas o nic nie spytał”, „czuliśmy się bezsilni i potraktowani, jakby ktoś w nas rzucił puszką piwa”, „chcieliśmy mieć więcej czasu na poradzenie sobie z sytuacją, ale go nie dostaliśmy”. Co istotne, trener Borussii Dortmund protestował jeszcze przed meczem z AS Monaco, nie wolno posądzać go o szukanie usprawiedliwień po porażce.

UEFA w oficjalnym oświadczeniu przysięga, że porę rozpoczęcia odwołanego spotkania konsultowała z oboma klubami i od żadnej ze stron nie usłyszała sugestii, jakoby piłkarze którejkolwiek ze stron nie chcieli grać.

Słowo przeciw słowu, ustalenie prawdy będzie być może niemożliwe. Jak zazwyczaj, gdy negocjacji nikt ani oficjalnie nie protokołuje, ani nawet nie podsłuchuje. Trudno posądzać o konfabulowanie piłkarzy, mających oczywiste prawo do bycia nie w nastroju na mecz – Sokratisa Papastathopoulosa („czułem się traktowany jak zwierzę”, „UEFA musi zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, mamy w domach dzieci”), Nuriego Sahina („do wejścia na boisko w drugiej połowie w ogóle nie myślałem o futbolu”), Matthiasa Gintera („nikt z nas nie chciał dzisiaj grać”) czy Marcela Schmelzera („bardzo szkoda, że nie wyznaczono innej daty”). Nawet jeśli oni wyrażali żal już po porażce. Niełatwo też uwierzyć w tępe okrucieństwo europejskich oficjeli. I dlatego, że po zamachach przywykliśmy do powszechnych gestów solidarności oraz głębokiego zrozumienia, i dlatego, że zmuszanie zszokowanych sportowców do gry byłoby wizerunkowym samobójstwem. Także ze względów czysto biznesowych z trudem wyobrażam sobie, jak Borussia głośno prosi o dłuższą zwłokę, a władze UEFA rzucają twarde „nie”.

A jeśli – pohipotetyzuję – to dortmundzcy działacze podjęli decyzję niejako w imieniu drużyny? Jeśli zgrzeszyli zaniedbaniem, zbyt lekkomyślnie i prędko, bez długiego sondowania piłkarzy, przystając na 18.45 w środę? UEFA i inne władze sportowe zasadniczo nigdy nie rozmawiają o sprawach organizacyjnych bezpośrednio z zawodnikami, lecz z reprezentującymi ich instytucjami. A szefowie Borussii również zdają sobie sprawę, iż terminarz rozgrywek jest napięty.

Po zamachach często słyszymy mający dodać nam otuchy refren, wedle którego „terroryści nie wygrali”, bo „nie zmienimy naszego stylu życia”, „będziemy wierni swoim wartościom” etc. Pocieszające, acz nie całkiem prawdziwe – zbrodniarze jednak przekształcają rzeczywistość. Wpływają na stanowione prawo, skłaniając nas do ograniczenia wolności dla zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, choćby urojonego; wywołują lęk, zresztą często niewspółmierny do zagrożenia, skoro ryzyko śmierci w wypadku samochodowym czy innych prozaicznych okolicznościach pozostaje wielokrotnie wyższe niż śmierci w ataku bombowym; często wzmagają niechęć lub nienawiść do Bogu ducha winnych obcych, choć ci też są ofiarami, a nie wspólnikami morderców. Terroryści przegrywają co najwyżej wtedy, gdy nie uda im się zabić. Jak w Dortmundzie.

I wówczas – ale również po ataku udanym – życie pomimo żałoby istotnie toczy się dalej. Co w sporcie polega na tym, że kontynuujemy rozgrywki. Albo natychmiast, albo trochę je odwlekając, albo odkładając powrót do walki na następny sezon. Każdy przypadek jest inny, każdy analizujemy osobno. A podjąć decyzję rozsądną, odpowiadającą wszystkim i trafiającą we wszystkie wrażliwości, jest raczej trudno niż łatwo.

Jeśli piłkarze Borussii nie czuli się na siłach, by grać, to nie mamy prawa z nimi dyskutować. Nie nam eksplodowało przy uszach, nie wiemy, co przeżyli. We wtorek wszyscy działali jednak w sytuacji nadzwyczajnej, krytycznej. W świecie piłki nożnej nie istnieją precyzyjne procedury reagowania na zamachy, bo procedury zwykle powstają dopiero wtedy, gdy pojawia się praktyczna potrzeba. Nawet przy maksimum dobrej woli przedstawiciele UEFA, Borussii i Monaco, jeśli starali się postępować pragmatycznie, mieli zatem aż nazbyt dużą szansę na popełnienie błędu. Zwłaszcza że obie drużyny wciąż rywalizują w trzech rozgrywkach. I szefowie obu mogli czuć presję czasu.

Jak istnieje refren o terrorystach, którzy „z nami nie wygrali”, tak istnieje klisza o działaczach sportowych jako typach obowiązkowo bezdusznych, cynicznych, gotowych sprzedać sumienie za jednego dolara więcej. Nie powstała z niczego, więc umiem sobie wyobrazić, że i tu zadziałała inspirowana chciwością bezwzględność (choć podejrzenie obejmuje ludzi i UEFA, i obu klubów). Trudniej mi uwierzyć, że europejskie władze rozkazałyby grać, gdyby prezes Borussii oficjalnie ogłosił, iż rozbita psychicznie drużyna nie jest w stanie wyjść na boisko. Nie ze względu na nieprzebrane pokłady empatii, lecz z dbałości o interes.

W każdym razie terroryści, którzy początkowo wydawali się w Dortmundzie przegrać, coraz bardziej wygrywają. Z każdą kolejną chwilą awantury. Wywołali chaos w Lidze Mistrzów, sprowokowali wojnę domową w europejskiej piłce nożnej, obudzili demony w jaźniach kibiców, którzy albo zarzucają najgorsze intencje UEFA, albo – w skrajnych przypadkach, niepojęte – widzą w piłkarzach Borussii rozhisteryzowanych mięczaków.

środa, 12 kwietnia 2017

Juventus

Jak stali czytelnicy wiedzą, w kibicowaniu piłce nożnej zboczyłem nieco od mainstreamu – nie jestem plemienny, notorycznie bywam za to sezonowcem. Względem Milanu pozostaję stały w uczuciach, jednak skokom w bok oprzeć się nie umiem, ba, ulegam nawet drużynom, których teoretycznie powinienem serdecznie nie znosić. Na przykład zimą 2009/10 uwiódł mnie Inter pod rządami José Mourinho, wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że mediolańczycy są skazani na klęskę, w 1/8 finału Ligi Mistrzów przepowiadałem wręcz, że zdobędą trofeum.

Teraz też zostałem wzięty przez wrogów. Tym razem tych z Juventusu. I karierę w Champions League wieszczyłem im nawet wcześniej, podobnie jak Leonardo Bonucci życzyłem im prędkiego wylosowania Barcelony.

Wtorkowy wieczór w Turynie śledziłem więc z niejakim spokojem, wyczekując na nieuniknione i zanurzając się w szczegóły. Było właśnie tak, jak miało być.

Przyznawałem się już felietonowo, że intryguje mnie klimat szatni Juventusu. Stale tam bulgocze, zadyma goni zadymę, zamiast wyjadać sobie z dzióbków piłkarze i trener Massimiliano Allegri dają sobie raczej po mordach. Ale w godzinach próby wszystkich łączy wspólny cel.

Lubię też architekturę tej drużyny, zwłaszcza w kształcie przedstawionym w meczu z Barceloną. Architekturę, w której wyodrębniłbym trzy elementy.

Włoski był tylko mur osłaniający bramkę. Wiekowy, lecz niezniszczalny. 39-letni Gianluigi Buffon, 30-letni Leonardo Bonucci oraz 32-letni Giorgio Chiellini to ludzie nie do złamania (czasami dołącza do nich lub wyręcza jednego z obrońców 35-letni Andrea Barzagli).

Na flankach wspierali go Brazylijczycy. Dani Alves, który przed chwilą był najznakomitszym ofensywnym prawym obrońcą na świecie, oraz Alex Sandro, który zaraz może być najznakomitszym ofensywnym lewym obrońcą na świecie.

Wreszcie atak, wedle osławionych włoskich wzorców wprost nieprzyzwoicie rozbudowany, tworzyli napastnicy Gonzalo Higuaín, Paulo Dybala i Mario Mandżukić oraz skrzydłowy Juan Cuadrado. Lekka przesada, prawda? Tylko pozornie, harujący na skrzydłach Chorwat i Kolumbijczyk wzbijali się bowiem na szczyty wielofunkcyjności – aż mnie korciło, żeby wam przywalić „multitaskingiem”, ale odpuszczę. Wsparli Dybalę asystami przy obu golach, a zarazem niezmordowanie odwalali brudną robotę po bokach boiska, czyli tam, gdzie chcieliby grasować Leo Messi i Neymar. (Nawiasem mówiąc, w tamtym Interze dzisiejszą rolę Mandżukicia odgrywał Samuel Eto’o).

Wszechstronność skrzydłowych w turyńskiej kompozycji – z estetycznego punktu widzenia – doceniam szczególnie, ponieważ ilustruje naczelną cechę całego Juve. Uniwersalność. Być może znajdziemy w Lidze Mistrzów drużyny silniejsze, Real Madryt i Bayern Monachium na pewno górują bogactwem kadrowym (Mario Lemina i Tomás Rincon dali we wtorek słabe zmiany). Jednak nigdzie piłkarze nie czują identycznego komfortu zarówno w ataku, jak i obronie. Także w obronie głębokiej, którą niewprawne oko mogłoby uznać za przejaw słabości, ulegania wpływowi przeciwnika.

Nie, jeśli turyńczycy cofają się całą falangą na własną połowę lub wręcz pod własne pole karne, to wyłącznie dlatego, że tak sobie wymyślili. Poruszają się w zwartym szyku zawsze („elementy” przywołuję wyżej umownie), także w ataku i oddalonym od swojej  bramki pressingu. Taki futbol się ogląda!

A poza tym roi się tam od weteranów, średnia wieku regularnie przekracza 30 lat. To wyciska łzę w oku fana Milanu, który pamięta, że Milan po najcenniejsze zaszczyty wysyłał niedawno najstarszą drużynę w dziejach kosmosu.

Lubię, gdy za poważne piłkarskie misje zabierają się dorośli.

niedziela, 09 kwietnia 2017

Paweł Zagumny. Fot. Kuba Atys

Zszedł z boiska po raz ostatni, więc zwyczajnie wypadało złożyć mu hołd. W końcu wybitniejszego reprezentanta Polski w grach zespołowych w XXI wieku nie podziwialiśmy. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj. A u góry jedno z moich ulubionych zdjęć, oczywiście autorstwa Kuby Atysa - Zagumny wraz z Danielem Plińskim przygniatają Piotra Gruszkę po zdobyciu złota mistrzostw Europy.

Tagi: siatkówka
19:13, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Chwila, w której dowiedziałbyś się, że zyskałeś nieśmiertelność i niezniszczalność, byłaby nie do zniesienia. Ludzie pragną jej głównie z braku wyobraźni – sądzą, że po prostu żyliby znacznie dłużej niż obecny standard, a nie strzeli im do łbów, że oznaczałoby to żmudne odhaczanie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, kolejnego miliona lat, kwintyliarda lat, septyliona lat i tak do usranej wieczności. Czuję zmęczenie na samą myśl.

Dlatego już w młodości obmyśliłem sobie nieco zmodyfikowane marzenie o nieśmiertelności. Chciałbym mianowicie płynąć przez czas w rytmie: rok życia – 100 lat hibernacji – wybudzenie – rok życia – 100 lat hibernacji – wybudzenie – rok życia – 100 lat hibernacji itd. Nadążacie? Gdybym zaczął tę operację dzisiaj, to za 10 lat ocknąłbym się w trzeciej dekadzie czwartego tysiąclecia (choć wówczas, mam nadzieję, będzie już obowiązywał uniwersalny czasokalendarz międzyplanetarny). Ocknąłbym się wypoczęty jak nigdy, gotowy do intensywnej eksploracji nieznanej epoki.

Tak byłoby po każdym przebudzeniu. Zupełnie nowa era, nowy matrix, nowa moralność i w ogóle wszystko nowe, nawet ludzie lub postludzie – nie wdepnąłbym w żadnych rozpraszających uwagę znajomych. Jak astronauta z „Powrotu z gwiazd” Lema (najważniejszy Hal w fantastyce obok komputera pokładowego z „Odysei kosmicznej”).

Koszt psychologiczny spory: absolutna samotność, być może psychicznie bym nie wydolił. Ale to marzenia, a zysk też byłby gigantyczny: zaspokojenie ciekawości. Bo w umieraniu szczególnie przeraża mnie to, że nie dowiem się, co będzie później. Kiedy Nieciecza wygra mundial (drużyny narodowe znikną, to bezsporne), kto zostanie królem Polski po Jezusie Chrystusie, co będziemy jeść po zespoleniu bio z techno i różne takie. Tymczasem moja metoda badawcza zagwarantowałaby prześledzenie w pół wieku 5050 lat dziejów ludzkości/postludzkości. No i zobaczyłbym, jak zdycha piłka nożna, tutaj aż mnie skręca z ciekawości, te zwłoki chciałbym ujrzeć najbardziej.

Nie jestem pewien, ale podejrzewam, że koncept „100 plus 1” uroiłem sobie w młodości w trakcie lektury „Fundacji” i całej reszty bajań Isaaca Asimova oraz jego następców, czyli wielotomowej historii przyszłości – dzieła spisanego spisanego koszmarnie nudnogazetowym językiem, ale porywającego dzięki bezkresnej jak kosmos wyobraźni autora. O czym informuję dlatego, że właśnie pomyślałem sobie, że pewnie nie wszyscy znają. A dobrą lekturę należy rekomendować.

Spisuję natomiast te niezborne akapity dlatego, że właśnie musiałem uśpić kota, który na moich oczach w kilka godzin całkiem zapadł się neurologicznie. Tracił kolejne zmysły, aż zamienił się w cierpiącą galaretę. Kilka dni przed pierwszymi urodzinami. To jest wpis autoterapeutyczny, do niczego nie prowadzi, przy pisaniu pierwszego zdania nie miałem pojęcia, co napiszę w drugim. Nie awanturujcie się przesadnie.



22:47, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 01 kwietnia 2017

Nick Kyrgios

Wejdzie na kort prawą nogą, to jest najlepszym tenisistą na świecie, ale jak wejdzie lewą, to jest najgorszym tenisistą na świecie.

A może odwrotnie, za tym świrem nikt nie nadąży, niełatwo go polubić lub choćby tolerować, nic dziwnego, że minionej nocy czasu warszawskiego, kiedy uwijał się na korcie w Miami, publika dopingowała przeciwnika – fenomenalnego, odkrywającego uroki trzydziestopięcioletniej młodzieńczości Rogera Federera. Choć słowo „dopingowała” właściwie nie wystarcza, widownia demonstrowała wobec 21-letniego Nicka Kyrgiosa autentyczną wrogość, rzadko spotykaną na tenisowych arenach. Jakby się mściła za całą przeszłość, wszak Australijczyk niejednokrotnie okazywał kibicom pogardę. I łamał oba najświętsze przykazania.

Pierwsze brzmi: nigdy nie przyznaj się, że nie kochasz sportu, który uprawiasz. Drugie: zawsze udawaj, że grasz dla kibiców, a nie dla sławy i pieniędzy.

Miażdżąca większość wyczynowców zaleceń przestrzega, a jeśli ktoś się wyłamie, wpędza ludzi w szok. Jak Kyrgios, który w styczniu wrócił na kort po trzymiesięcznej dyskwalifikacji za nieprzykładanie się do gry i brak szacunku dla fanów. – Nie przepadam za tym sportem. Ale nie wiem, co innego mógłbym w życiu robić – ogłosił ów młodociany multimilioner po ostatnim Wimbledonie. Choć uległ tam rywalowi znakomitemu, późniejszemu zwycięzcy turnieju Andy’emu Murrayowi, to przede wszystkim szybko zrezygnował i jedynie symulował walkę, aż siedzący na trybunach eksperci jęli wołać, by uświadomił sobie, do cholery, że uczestniczy w zawodach szczytowo prestiżowych. Na próżno. Co więcej, Australijczyk wyznał potem z bezczelną szczerością, że przedmeczowe godziny spędził na intensywnym obmacywaniu konsoli do gier wideo. „Czy to właściwy sposób na koncentrację? Nie mam pojęcia, chyba nie” – wzruszył ramionami.

Uchodzi za fenomenalnie uzdolnionego, zjawisko niewidziane na kortach od eksplozji talentu Federera, z którym właśnie – minionej nocy – przegrał. Przegrał po pojedynku jak epopeja, jak starcie Godzilli z Mechagodzillą, polemika Miłosza z Herbertem, strzelanina w O.K. Corralu – znaczy było 6-7 (9-11), 7-6 (11-9), 6-7 (5-7), potem się skończyło, finał wbrew duchowi sportu, ten wspaniały mecz powinien trwać co najmniej do teraz.

Kyrgios ostatecznie nie dał rady, ale nie przywiązujcie się do tego wyniku, jutro może być odwrotnie. Najwytrawniejsi znawcy twierdzą, że nigdy nie widzieli gracza z porównywalnie szybkim ramieniem, Australijczyk ma manipulować rakietą z taką swobodą, jakby trzymał szczoteczkę do zębów. Już jako nastolatek wyrzucił z Wimbledonu (debiutował wówczas) rozstawionego z najwyższym numerem Rafaela Nadala, ale też jeszcze jako junior potrafił w trakcie meczu znienacka stracić zainteresowanie grą i odpuścić. Nie ma cierpliwości do ćwiczeń, nie zatrudnia trenera (!), obżera się, do tenisa zapędzili go rodzice, sam tego sportu nigdy nie ogląda, wyobraźnię i dryg do wymyślania niebanalnych rozwiązań na korcie zawdzięcza niechęci do biegania, nie marzy o trofeach, karierę zamierza zakończyć najpóźniej w wieku 27 lat. Jest świadomy – jak utrzymuje – że do zdobywania Wielkich Szlemów musiałby trenować dwa razy dziennie, codziennie chodzić na siłownię, rozciągać się, częściej leżeć na stole do masażu i porządnie odżywiać, przysięga też, że byłby do tych poświęceń zdolny. Ale na razie nie wie, czy w ogóle trofeów potrzebuje. Prawdę mówiąc, kręci go raczej koszykówka.

Choć ostatnio przybywa sygnałów, że jednak postanowił potraktować tenis nieco poważniej. Po powrocie z banicji dwukrotnie pokonał Novaka Djokovicia, a w Miami – choć wybryki były, np. ciskanie rakietą i poparte wulgaryzmem, rzucone w kierunku trybun „zamknijcie się” – nie ogłaszał po meczu wygwizdującym go kibicom, że ma ich w głębokim poważaniu. Przeciwnie, wyraził nadzieję, że jego popis przypadł ludziom do gustu. A dwa tygodnie temu rzucił, iż w ubiegłym roku przebywał w ciemności, z której zdołał uciec.

Tenisowe sławy wzięły dzisiaj Australijczyka w obronę, nazwały zachowanie tłumu haniebnym. Ale Kyrgios dostał jedynie to, o co się napraszał. Bo narusza tabu. Sportowiec – nie tylko ten po burżujsku opłacany i w ogóle hołubiony – ma obowiązek swoją profesję kochać, więc miłość do uprawianej dyscypliny notorycznie wyznają nawet przeciętniacy, którzy nigdy niczego nie osiągną, lecz przyzwoicie zarabiają. Jak np. zwykły kopacz z polskiej ligi futbolowej, wyceniany przez rynek na kilkaset procent średniej krajowej. Dlatego poruszenie wywołuje Benoît Assou-Ekotto, jeden z setek zawodników z boisk angielskich, gdy wyrwie mu się między meczami, że „piłka nigdy nie była jego pasją i kopie ją wyłącznie dla pieniędzy”. Dlatego do psychicznych kłopotów herosi sportu przyznają się zazwyczaj dopiero po zakończeniu kariery, jak wielki Andre Agassi, który z powodu przygniatającej go presji tenisa po prostu nienawidził. Dlatego niekiedy wydarza się tragedia, jak u Roberta Enke, niemieckiego bramkarza, który podyktował przyjacielowi biografię – latami chorował na depresję, ukrywał to, panicznie bał się ujawnienia prawdy – by następnie popełnić samobójstwo, rzucając się pod pociąg w wieku 32 lat. A my czytaliśmy, że cierpiał nawet w Barcelonie (gdzie teoretycznie spełniał marzenia każdego ganiającego za piłką chłopca), ponieważ zdawał sobie sprawę, że jeśli nie popełni w meczu błędu, to chwała za sukces przypadnie strzelcom goli, gdy natomiast się pomyli, zostanie skazany jako jedyny winny.

Enke stanowi przypadek skrajny, pozbawiony tragicznego rysu Kyrgios – też poddany olbrzymiej presji, bogata w tenisowe tradycje Australia widzi w nim kolorową przyszłość – pozostaje raczej wyrośniętym urwisem, może wręcz chuliganem, który w trakcie udzielania wywiadu poluje na Pokemony, i to dwoma smartfonami równocześnie. Jednak reguły gry łamie na wielu poziomach. Talent trwonił nie potajemnie, lecz ostentacyjnie, postępując wbrew niewypowiedzianemu, acz powszechnemu przeświadczeniu, że obdarzeni nim szczęśliwcy mają moralny obowiązek dawać z siebie więcej niż zwykły śmiertelnik, który idzie do roboty, by ją odbębnić. I nie powtarza nieszczerych komunałów sprzedawanych przez miliony sportowców, których życiową misją jest ponoć sprawianie radości kibicom (choć częściej bywa dla nich czarujący). Przeciwnie, czasami publicznie wzdycha – po zwycięstwie lub porażce – że w trakcie gry przeraźliwie się nudził. Zawieszeniem został ukarany za popis na październikowym turnieju w Szanghaju, gdzie w mecz drugiej rundy włożył minimalny wysiłek; raz zszedł z kortu, zanim znacznie słabszy rywal odbił zaserwowaną piłkę; w stronę gwiżdżącej widowni wrzasnął, że marzy tylko o powrocie do domu. A potem obwieścił, że niczego nie jest fanom winien, że kupują bilety na własną odpowiedzialność – „wiecie, jaki jestem nieprzewidywalny” – że nie mają pojęcia, przez co on przechodzi.

Tenisowe władze wydały wyrok z zastrzeżeniem, że go złagodzą, jeśli Kyrgios pójdzie do psychologa, ale ten długo ani myślał się podporządkować. Wcześniej wyjawił przecież, że kompletnie nie obchodzi go, czy awansuje w światowym rankingu.

14:36, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 28 marca 2017

Holandia

Jesteśmy wstrętnie polskocentryczni, więc w weekend patrzyliśmy, jak nasi wspaniali piłkarze dają wycisk drągalom z Czarnogóry, i zupełnie zignorowaliśmy sprawy równie doniosłe – a przecież w przededniu meczu Polaków znów walił się świat, co ja gadam, że świat, waliło się coś większego niż świat, znów mianowicie waliła się Holandia. Ta sama Holandia, z której gruzy pozostały już podczas eliminacji Euro 2016, przerżniętych i z Czechami, i z Islandią, i z Turcją.

Pozwólcie zatem, że wam w blogograficznym skrócie opowiem, jak było. Albo precyzyjniej – jak wedle mojego przypuszczenia było. Bo tak naprawdę, to nie wiadomo.

Otóż zanim Holandia przegrała z Bułgarami 0:2, jej selekcjoner Danny Blind prawdopodobnie zapoznał się ze smętnymi losami reprezentującego rywali Spasa Delewa, kopacza zatrudnionego w Pogoni Szczecin, który nigdy nie wturlał dla ojczyzny choćby maleńkiego gola, choć zgrywa środkowego napastnika, choć zmierza już ku 28. urodzinom, choć w meczach reprezentacji kraju rozegrał kilkaset minut.

Zapoznał się Blind z historią Delewa, wzruszył, postanowił pomóc.

I postawił przed holenderską bramką, na samiusieńkim środku defensywy, niejakiego Matthijsa De Ligta. Chłopca niewątpliwie utalentowanego, ale ledwie 17-letniego, z dorobkiem ledwie dwóch (!) występów w podstawowym składzie w lidze holenderskiej, oczywiście z okrąglutkim zerem meczów w kadrze.

Został zatem De Ligt najmłodszym debiutantem w dziejach holenderskich meczów o stawkę. A kiedy już został rekordzistą, wszystko potoczyło błyskawicznie.

Zanim minęło pięć minut, zagapił się, piłka przeleciała mu nad głową, spadła pod nogi wspomnianego Delewa i było 1:0 dla Bułgarii.

Zanim minął kolejny kwadrans, dzieciak zbyt krótko wybił piłkę, a następnie nie przywarł do przygotowującego strzał Delewa i było 2:0 dla Bułgarii. Najmłodszy debiutant w dziejach holenderskich meczów o stawkę pozwolił na najszybciej stracone dwa gole w dziejach holenderskich meczów o stawkę.

Zanim obie drużyny wznowiły grę po przerwie, De Ligt usłyszał w szatni, że akurat on jej nie wznowi. Ustąpił miejsca Wesleyowi Hoedtowi, rzetelnemu wyczynowcowi z Lazio, mającemu w nogach pół setki meczów w lidze włoskiej.

Nie wiem, czy trener Blind postanowił się na smarkaczu zemścić – zejść po 45 minutach to wyjątkowa przykrość dla piłkarza – czy próbował ratować sytuację, czy sam De Ligt zasugerował, że ma dość. Prawdę mówiąc, nie chce mi się tego nawet sprawdzać w holenderskich źródłach. Bo już na widok podstawowego składu Holandii uznałem, że Blind oszalał.

Wtedy uznałem, że oszalał, a teraz wyrażam przypuszczenie, że postanowił wesprzeć Delewa (dwa gole ciamajda walnął!), to tylko pozornie sprzeczność, po prostu się miotam, próbuję zapanować nad galopadą myśli, jestem skalą holenderskiego upadku wstrząśnięty. I bezradny – diagnozowanie Blinda przypomina mi trochę zaglądanie do głowy naszego obecnego ministra od rozbrojenia, nie sposób ustalić, czy mamy do czynienia z wariatem, czy z sabotażystą, wątpliwości nie pozostawia tylko działanie na korzyść nieprzyjaciela. (Nawiasem mówiąc, obu osobników coś łączy – kombinują na korzyść wrogów posługujących się cyrylicą). Wdawać się w ryzykanckie eksperymenty akurat teraz, gdy Holendrzy się stoczyli i grozi nieobecność na drugiej mistrzowskiej imprezie z rzędu?!

Nawet jeśli przełożeni Blinda nie posądzają selekcjonera o zdradę, to nic dziwnego, że wylali go z roboty. Trzymanie szaleńca to jednak ryzyko, w dodatku mówimy o szaleńcu, który przed objęciem drużyny narodowej był samodzielnym trenerem tylko przez parę chwil – w sezonie 2005/06 podpisał swoim nazwiskiem czwarte miejsce Ajaxu Amsterdam w Eredivisie, najniższe w XXI wieku. Idealny kandydat, by wcielić w życie maksymę o historii powtarzającej się jako farsa. W końcu Holandia słynęła z umiejętnego lansowania młodych, jej niepełnoletni piłkarze potrafili zasłużyć się nawet dla triumfów Ajaxu w Lidze Mistrzów.

Na boisku otaczały ich jednak znakomitości, a przy boisku czuwali charyzmatyczni stratedzy. Biedaczysko De Ligt dojrzewa w czasach zarazy, w których młodzieńcy wylatujący ze słabującej ligi holenderskiej – ślamazarne tempo gry, rażące zaniedbania w rozwoju atletycznym – przepadają w wielkim świecie (Memphis Depay, Marco van Ginkel, Vincent Janssen etc), a niderlandzkich trenerów nikt poważny nie zatrudnia. Simon Kuper, wielki znawca tamtejszego futbolu, twierdzi, że Holendrów sukces rozleniwił, przestali nadążać, wyłączyli myślenie i parcie na innowacyjność. Nawet zmarłego w ubiegłym roku Johana Cruyffa, za czołowego piłkarskiego filozofa uznawanego nie tylko w swoim kraju, oskarżył o zgubne przekonanie, że posiadł wiedzę ponadczasową, której nie da się już uaktualnić.

Pobrzmiewa to wszystko opowieścią o schyłku Nokii, fińskiej firmy będącej synonimem postępu, która nie zauważyła, że nadciąga przyszłość. Zgnuśnienie, samozadowolenie, poczucie nieomylności. Obym dożył ponownego holenderskiego oświecenia, to może być historia inspirująca jak holenderski futbol totalny, dzięki któremu narodziła się nowożytna piłka nożna.

19:12, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 26 marca 2017

Wybaczcie ewentualne wpadki, ale tym razem felieton pisany spontanicznie, opublikowany kilka minut po ostatnim gwizdku. Do czytania po wiktorii naszych piłkarzy w Czarnogórze zapraszam tutaj.

22:58, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
sobota, 25 marca 2017

Gianluigi Buffon

Mój redakcyjny kolega Michał Szadkowski zaproponował, żebym z okazji tysięcznego meczu Gianluigiego Buffona w zawodowej karierze – sumując popisy w klubach i reprezentacji, jubileusz obchodził w piątkowym spotkaniu z Albanią – zamieścił blogonotkę z linkami do tysiąca swoich artykułów o włoskim bramkarzu. Bo pamięta, że narozpisywałem się o nim ponad miarę.

Ciut przesadził z tym tysiącem, ale owszem, trochę sławiących Buffona stuknięć w klawiaturę było. Turyński gigant zaczął skakać między słupkami reprezentacji kraju, zanim ja zacząłem być dziennikarzem od sportowych fikołków, i skacze tam po dziś dzień – to jedyny taki przypadek, choć ostało się jeszcze kilku piłkarzy grających dłużej, jak 40-letni obecnie Francesco Totti oraz 50-letni Kazuyoshi Miura, który niedawno pobił dwa rekordy wszech czasów Stanleya Matthewsa (najstarszy zawodowiec na boisku, najstarszy strzelec gola w zawodowej rywalizacji). Oni jednak dawno wypadli z kadry narodowej.

Kilka linków postanowiłem tu wkleić.

W felietonie „Pół człowiek, pół bramka”, który sam hierarchizuję jako najciekawszy, przedstawiam Buffona jako filozofa, który o byciu bramkarzem opowiada oryginalniej i niż ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek.

W „Ostatniej obsesji Buffona” przypominam o potężnej wyrwie w jego całokształcie twórczości. Spisane przed finałem Ligi Mistrzów w 2015 r., dziś nie tylko nie straciło, lecz nawet zyskało na aktualności.

I jeszcze „Niemowlaki większe niż bramka”. O naukowcach dociekających, w jakim stopniu Buffon swoją sportową nieśmiertelność zawdzięcza inteligentnemu treningowi, a w jakim perfekcyjnemu materiałowi genetycznemu. I o Gianluigim Donnarummie, który ma w przyszłości legendę zastąpić.

O ile oczywiście legenda zechce kiedykolwiek ustąpić.

12:05, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 marca 2017

Antoni Macierewicz

Zwierzałem się tutaj kilkakrotnie, że w bieżącym sezonie Milan – dla niezorientowanych: moją drużynę - znów warto przeżywać. Nie powiem, że mnie piłkarze z San Siro ponownie uwiedli, bo to będzie prawdopodobnie nierealne latami, za bardzo zostałem zdeprawowany wspaniałą erą Carlo Ancelottiego i w ogóle dekadami sponsorowanymi przez Silvio Berlusconiego, czyli całym czasem mojego kibicowania temu klubowi. Ale doceniam mentalną moc, jaka bije od Milanu. Moc pozwalającą czasami powalić Juventus, a czasami wbić zwycięskiego gola po przyjęciu dwóch czerwonych kartek (istny psychiatryk, mówię wam), i generalnie nigdy nie nanieść wstydu.

Teraz znów poczułem tę moc. Po przeczytaniu, że dla Ignazio Abate, mediolańskiego wicekapitana, sezon właśnie się skończył.

Kiedy doznawał urazu w końcówce meczu z Sassuolo, łatwo było przeoczyć doniosłość incydentu. Abate wrócił do gry i jeszcze jął intensywnie udzielać się w ataku. On, prawy obrońca.

Potem dowiedzieliśmy się, że nie doznał wówczas ofensywnej iluminacji. Raczej przeciwnie. Przestał widzieć na lewe oko, ale nie chciał zostawić drużyny zredukowanej do dziesięciu ludzi w bardzo nerwowym momencie. Uciekł więc ze strefy obronnej, gdzie starcia z dążącymi do wyrównania rywalami groziły pogłębieniem urazu, do ataku. Udało się, Milan wygrał. Abate opuszczał natomiast stadion z zaczerwienionym, spuchniętym oczodołem. I wciąż bez wzroku w lewym oku.

Nie wiem, jaki humor wy mielibyście w tych okolicznościach, ja prawie na pewno wpadłbym w panikę. A absolutnie na pewno nie w głowie byłoby mi grać w piłkę. Trzy punkty z Sassuolo? Jakie punkty, jakie Sassuolo, gdy tracisz połowę swojej aparatury optycznej?! Ciemno to widzę, utrata wzroku jest kalectwem, które przeraża mnie najbardziej.

Nie waham się zawyrokować - uprzedzam, nie przyjmuję zdań odrębnych - że Abate zachował się wręcz heroicznie. Jak Patrice Evra, który swego czasu tygodniami wkładał do buta kawałek piersi z kurczaka, by osłaniać zmasakrowaną kostkę. (Kto nie czytał, ten trąba, niech czym prędzej nadrobi). Skoro kombinował z przesuwaniem się do ataku, by ograniczyć ryzyko, to znaczy, że zakładał, iż ryzyko istnieje. I podjął je dla trzech punktów z pieprzonym Sassuolo.

Taki Milan należy szanować.

Umieszczam tę opowiastkę w blogowym pamiętniku akurat dzisiaj, bo właśnie okazało się, po badaniach przeprowadzonych najnowocześniejszym sprzętem w Miami, jak poważnie ucierpiał Abate. Uszkodził wnętrze gałki ocznej, wciąż ma kłopoty z widzeniem, przez przynajmniej 40-60 dni nie może wykonywać żadnego wysiłku fizycznego. Lekarze jednak przysięgają, że lewe oko odzyska pełną sprawność.

Tagi: AC Milan
20:16, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
Archiwum
Tagi