RSS
czwartek, 16 marca 2017

Liga Mistrzów

Czysta piłka nożna, jak wiadomo, kibicowi nie wystarcza. Nie wystarcza nam oglądanie porywającego meczu, nie wystarcza śledzenie najbardziej fascynującej opowieści o budowaniu lub ewoluowaniu drużyny, nie wystarcza przyglądanie się, jak rozwijają się zawodnicy, choćby wirtuozerscy. Kibice pożądają jeszcze szczególnego motywu fabularnego. Motywu będącego kombinacją pojedynku Dawida z Goliatem oraz opowieści o jeźdźcu znikąd, który pojawia się znienacka i zostaje bohaterem.

Szukamy go zawsze i wszędzie, nawet jeśli dla osiągnięcia celu musimy nagiąć rzeczywistość.

Tej wiosny w Lidze Mistrzów urzekły nas historie Leicester i AS Monaco. Biedniejszych, słabszych, skazanych na zagładę, bezbronnych jak niemowlęta. No, może z tymi bobasami nieco przesadziłem, chroniący tam pola karnego Wes Morgan, Robert Huth czy nasz Kamil Glik mogliby dokonać wyrębu lasu gołymi rękami.

O Leicester jako ściemie pisałem już poprzedniej wiosny, gdy drużyna Claudio Ranieriego pruła po mistrzostwo Anglii. Owszem, sensacyjne. Ale nie zdobyli go, wbrew potocznemu przeświadczeniu – lub powszechnej intuicji – gołodupcy. Tam nędza nie występuje, tam bardzo bogaci tłuką się z obrzydliwie bogatymi. I jeśli kryterium ma być kondycja finansowa klubu, to w Lidze Mistrzów piłkarze Leicester po prostu robią, co do nich należy. Jako przedstawiciele futbolowej firmy o 20. najwyższych przychodach na świecie, pokonali wyłącznie uboższych – FC Porto, Copenhagen, Club Brugge oraz Sevillę. Tę ostatnią przepchnęli zresztą dość szczęśliwie, m.in. dzięki rzutom karnym obronionym przez Kaspera Schmeichela w obu meczach.

Wprawdzie obecnie Leicester ledwie wystaje ponad strefę spadkową, ale to punkt odniesienia mylący, skoro piłkarze właśnie uwolnili się od Ranieriego, z którym ewidentnie się poróżnili. Odkąd władzę nad nimi przejął trener Craig Shakespeare, wyłącznie wygrywają, a we wtorek wygrali z Sevillą w składzie identycznym, jak ten z ubiegłego sezonu, poza jednym wyjątkiem –N’Golo Kanté zastąpił Wilfred Ndidi, pozyskany zimą za, bagatela, 17 mln funtów. Czy zatem ekipa, która w ubiegłym sezonie pogoniła wszystkich w lidze angielskiej, a przed chwilą rozbiła Liverpool, miała położyć się przed Sevillą?

Młodzieńców reprezentujących księstwo Monako, choć z ich twarzami dopiero się w bieżącym sezonie zaznajamiamy, też nie sposób uznać za jeźdźców znikąd. Czołowa drużyna z czołowej ligi europejskiej, która czerpie z fantastycznie wydajnych fabryk francuskiej (Kylian Mbappé został przećwiczony w słynnym Clairefontaine) czy portugalskiej (Bernard Silva znany w szatni jako „guma do żucia”), w każdej chwili może wyskoczyć na poziom ćwierćfinałów LM. Nawet jeśli zderzy się z Manchesterem City – to ostatecznie przedstawiciele angielskiej Premier League, czyli rozgrywek, który w minionych trzech sezonach miały na tym poziomie ledwie dwa kluby, przy dziewięciu hiszpańskich, pięciu niemieckich oraz czterech francuskich.

Słowem, Liga Mistrzów 2016/17 to edycja rozgrywek pozbawiona jakichkolwiek sensacji, do ćwierćfinałów przetrwał kwartet najsilniejszych w minionych latach – Atlético, Barcelona, Bayern, Real – a otaczają go inni potentaci. Z czego nie czynię zresztą zarzutu. Przeciwnie, kibicom, którzy stękają, że „wygrywają ciągle ci sami”, pomieszało języki, w ten sposób można zdezawuować wszystkie turnieje świata, od Bundesligi, w której rządzi Bayern, Hiszpanię z tasiemcem El Clásico, przez ekstraklasę z Legią i podskakującym jej od czasu do czasu Lechem, po mundiale, na których panuje kilka potęg z Ameryki Płd. i Europy. Futbol i tak pozostaje grą zespołową najbardziej nieprzewidywalną, to rzecz zbadana przez statystyków.

Bez niespodzianek też jednak dzieje się pasjonująco, tej wiosny Liga Mistrzów, że się tak poetycko wyrażę, urywa jaja. A jeśli koniecznie chcecie urokliwych historyjek, to proponuję życiorys dwóch obrońców, którzy wiosną 2011 roku spuścili do drugiej ligi włoskiej Bari. Jeden był wtedy w 24. roku życia, drugi zbliżał się do 27. urodzin, obaj wylądowali w prowincjonalnym klubiku na wypożyczenie, wykopani z drużyn też raczej średnich – Palermo oraz Bologny. Wydawało się, że owszem, może trochę na sporcie zarobią, ale wielu ekscytujących doświadczeń nie zbiorą. Szaraczki.

Nazywali się Kamil Glik i Andrea Raggi. Od środy dumni ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów. Wraz z całym cesarstwem Monaco.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 marca 2017

AC Milan

Nie ma ich prawie wcale, choć czarnych piłkarzy biega po europejskich biega tłum, i to nie od wczoraj ani przedwczoraj. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

18:35, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
czwartek, 09 marca 2017

Barcelona - PSG, spisek

Ilekroć sędzia popełni błąd w ważnym meczu piłkarskim, rozbrzmiewają insynuacje, że się nie pomylił, lecz oszukał. Ilekroć popełni błąd na korzyść Barcelony lub Realu Madryt, towarzyszy im jeszcze szersza teza – o ukrytych siłach sprzyjających obu potęgom, np. wywodzących się z UEFA, która chroni gwiazdorskie supergrupy dla atrakcyjności sprzedawanego produktu.

Opinii publicznej nie wystarcza nawet teza o swoistej, podświadomej uległości psychologicznej arbitrów, nakazującej im w razie wątpliwości wyrokować na korzyść faworytów. Nie, tu musi być pełna łajdacka premedytacja.

I tak było w środowy wieczór, gdy Barcelona wyrzucała z Ligi Mistrzów drużynę Paris Saint-Germain. Rozbój w biały dzień. Znaczy w biały, rozświetlony jupiterami wieczór. O „złodziejstwie” czytałem nawet u szacownych filozofów, którzy nieodurzeni piłką nożną piszą teksty wyważone, uczące intelektualnej dyscypliny.

Dla jasności: też zaobserwowałem w środę błędy na korzyść gospodarzy, choć wykryłem ich mniej niż wielu internetowych komentatorów. Roboczo, na potrzeby niniejszej notki, przystaję jednak na tezę, że pomyłek było sporo.

Jeśli sędzia popełniał je celowo, to istnieją, z grubsza licząc, dwie możliwości. Albo skorumpowała go Barcelona, albo dostał zlecenie od UEFA.

Wariantem pierwszym nie zamierzam się zajmować, ponieważ uważam, że tak poważne oskarżenie – o sportową zbrodnię – wolno brać pod uwagę, tylko jeśli istnieją jakiekolwiek poszlaki świadczące o popełnieniu przestępstwa. Prokuratura też nie wszczyna śledztwa po każdym donosie.

Wariant drugi uważam za nonsensowny. W środę nie zderzył się Dawid z Goliatem, wręcz pociesznie wydaje mi się podejrzenie, że skromny katarski interesik z Paryża nie ma szans z wielkim biznesem Barcelony. Gdyby istniał prokataloński spisek, to nie sposób byłoby go ukryć w tajemnicy przed resztą futbolowej oligarchii w Europie, z oczywistych względów niezbyt zainteresowanej promowaniem konkurencji. Tu biją się sami giganci, zmowa barcelońsko-madrycka miałaby twardą opozycję. Charakterystyczne zresztą, że nawet ludzie PSG, choć wspominają o krzywdzących błędach sędziego, upierają się, że przegrali z własnej winy.

Znów: załóżmy na chwilę roboczo, że na stadionie Camp Nou arbiter świadomie „okradał” gości.

Otóż gdyby rzeczywiście był Szpiegiem z Krainy Deszczowców, to wykonywałby misję jak skończony patałach. Ewentualnie, wybaczcie język, jak ciężki idiota. Między 62. minutą, czyli golem paryżan na 1:3, a 88. minutą, czyli golem Barcelony na 4:1, bezczynnie gapi się, jak gospodarze toną? Zwleka do ostatnich sekund, choć wie, że faworytom brakuje do awansu TRZECH bramek? I jeszcze ryzykuje reputacją dopiero w okolicznościach, które i tak czynią prawdopodobieństwo osiągnięcia celu minimalnym? Przecież nikt przytomny nie zakłada, że ekipa na poziomie Paris Saint-Germain skuli się w sobie i pozwoli Barcelonie na wszystko, co się Barcelonie zachce – nawet Barcelonie popychanej przez arbitra!

Reasumując, dla mnie teoria spiskowa zwyczajnie nie trzyma się kupy. A przebieg wtorkowych (i nie tylko) wydarzeń tłumaczę sobie banalnie. Otóż sędzia, podobnie jak piłkarz, popełnia w trakcie gry mnóstwo błędów lub błędzików, a drużyna, która przez cały mecz przesiaduje na wrogim polu karnym lub pod wrogim polem karnym, daje mu mnóstwo okazji, żeby pomylił się na jej korzyść i w sposób fundamentalnie wpływający na wynik. Jeśli piłkarze PSG między 85. a 96. minutą meczu wykonują CZTERY celne podania, w tym TRZY będące wznowieniem gry po utracie gola (!), to arbiter nie gwizdnie im karnego, nawet gdyby przez słuchawki zaoferowano mu przejęcie Kataru na własność. Oni przerżnęli ten mecz w sposób skandaliczny.

Skandalicznie zachowują się też zawodnicy, którzy notorycznie usiłują oszukiwać sędziów. To jedna z okropniejszych chorób współczesnego futbolu, wszechobecna, zapadają na nią nawet wirtuozi. I to właśnie na boiskowych kanciarzach, na seryjnych (i nie tylko seryjnych) wyłudzaczach rzutów karnych, a nie na sędziach, powinien się skupiać gniew tłumu. Miałbym nawet propozycję dla kibiców brzydzących się szwindlem – niech zareagują solidarnie, najgłośniej potępiają go u piłkarzy swoich drużyn. Może nawet oficjalne oświadczenia oficjalnych stowarzyszeń? „Wstydzimy się za naszego napastnika i przepraszamy przeciwników, że zostali okradzeni”.

No dobrze, wiem, że aż tak kibice oszustwem się nie brzydzą.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (139) »

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

środa, 08 marca 2017

Arsenal, Arsene Wenger

„Nie bardzo się mam. Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał” – odparł Kłapouchy i pewnie nie przyszło mu do łebka, że długo po nim przyjdzie cały tłum Kłapouchych, że perfekcyjnie wyraził stan ducha fanów Arsenalu dręczonych przez Arsene’a Wengera w drugiej dekadzie XXI wieku.

Mówimy o fanach bez wątpienia nieszczęśliwych, ale nieprzesadnie, przecież nie spadła na nich żadna wielka tragedia. Nikt ich nie przypalał brakiem awansu do Ligi Mistrzów, nikt ich nie podtapiał klęską w fazie grupowej Ligi Mistrzów – co spotykało wszystkich innych okolicznych kibiców, nawet wspierających Manchester United czy Chelsea. Arsenal osiągał wyniki dotkliwie średnie, moment na pożegnanie się z rozgrywkami dobierając z morderczą konsekwencją:

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

Dramatu nie ma, w dodatku można częściowo usprawiedliwić Arsenal klasą przeciwników, londyńczycy wpadali bowiem zazwyczaj na wielką Barcelonę lub wielki Bayern. Cierpisz tu raczej z nudów. Dlatego zresztą rozrzuciłem te najnowsze siedem sezonów po siedmiu akapitach – żeby czytelników zamulić, żeby nawet vbezstronni wpadli w stupor i poczuli klimat.

Im bardziej zatem Puchatek zaglądał do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, tym bardziej Arsenalu tam nie było. Choć były w przywołanym okresie m.in. Wolfsburg, Benfica (dwukrotnie), Monaco, FC Porto, Borussia Dortmund, Galatasaray, Malaga, Olympique Marsylia, Schalke, Szachtar Donieck, Tottenham, a nawet – uwaga, uwaga, słychać werble i brykającego Tygryska – cypryjski APOEL.

Znaczy każdemu się czasem trafia. Każdemu, tylko nie Arsenalowi. Arsenalowi, który śni o potędze, którego nie usatysfakcjonowałby w pełni nawet ćwierćfinał, który co sezon wysłuchuje trenerskich obietnic, że powalczy także o mistrzostwo kraju.

W lidze angielskiej też wiedzie mu się jednak przeraźliwie średnio. Nigdy beznadziejnie, ale i nigdy porywająco. Choć między 2005 a 2014 rokiem londyńczycy przeżyli najdłuższy okres bez zdobycia żadnego trofeum od lat 60. ubiegłego stulecia, to w żadnym sezonie nie stoczyli się na dno lub w jego pobliże.

Wróćmy jeszcze raz do bieżącej dekady – w najmarniejszym statystycznie sezonie tego okresu zdobyli w lidze ledwie 11 punktów mniej niż w najlepszym. W Manchesterze United ta rozpiętość wynosi 25 pkt. W Manchesterze City – 23 pkt. W Chelsea – 32 pkt. W Leicester nie sposób jej obliczyć, ponieważ Leicester zaczynało dekadę w drugiej lidze.

Wszyscy wymienieni zdobywali jednak mistrzostwo kraju. Czasem upadali bardzo nisko, czasem wzlatywali bardzo wysoko. W Champions League to samo – piłkarze United i Chelsea obcałowywali trofeum, a piłkarze City dofruwali do półfinału, w którym ulegli minimalnie (0:1 w dwumeczu) Realowi Madryt, późniejszemu triumfatorowi. Losów debiutujących w elicie bohaterów Leicester jeszcze nie znamy – niewykluczone, że wkradną się do ćwierćfinału, w Sewilli ulegli ledwie 1:2 – ale nawet oni zdążyli już nie tyle „nie przynieść wstydu”, ile zapisać się w sensie historycznym. Nikt przed nimi nie zdołał zachować czystego konta w czterech inauguracyjnych meczach tych rozgrywek.

Wygląda to zatem trochę tak, że otaczają was piłkarze, którzy bywają natchnieni i bywają skrajnie zdołowani, a wy, Arsenal, spokojnie sobie dłubiecie, żeby jakoś to było. Nikt nikogo nie popędza, nikt nie wymaga Bóg wie czego. Wasza mała stabilizacja.

A przecież poprzedził ją niesamowity odlot. Trener Arséne Wenger podpisał swoim nazwiskiem angielskie arcydzieło wszech czasów – legendarną drużynę „Niezwyciężonych”, która mistrzowski sezon przetrwała bez żadnej porażki, oszałamiając stylem gry, by w następnym sezonie, już tylko wicemistrzowskim, oszałamiać bodaj jeszcze bardziej.

To była ostatnia wielka drużyna, jaką Francuz stworzył. Tak wielka, że musiała zostawić niezmywalne piętno na świadomości kibiców. „Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” – rzekł pewnego dnia Kubuś Puchatek, choć nie kibicował Arsenalowi.

Teoretycznie ta wielotomowa baśń – najpierw cudowna, potem posępna – opowiada o Trenerze O Bardzo Dużym Rozumku, który stał się Trenerem O Bardzo Małym Rozumku.

Podstawowe fakty znamy. Kiedy Wenger przylatywał do ligi angielskiej w 1996 roku, miał gigantyczną przewagę nad lokalną konkurencją. Wylądował w ciemnogrodzie, więc wystarczyło mu zamienić w diecie piłkarzy panierkę i browar na brokuły i wodę mineralną (upraszczam, wiem, przepraszam), by zostać rewolucjonistą. Ciemnogród był odizolowany od świata, więc nie miał pojęcia, w przeciwieństwie do Francuza, że z transferowego rynku można za bezcen wyławiać przyszłe gwiazdy formatu Thierry’ego Henry’ego. Wyspiarskie kluby zatrudniały wtedy ledwie kilku zagranicznych trenerów, a od tamtej pory proporcje się odwróciły – zatrudniają ledwie kilku rodzimych, i to wyłącznie w klubach z dołów tabeli.

Wenger za nimi nie nadążył. Jak głosi raczej zgodna opinia ekspertów, nie ewoluował i nie umiał zareagować na nowe okoliczności (utratę tamtych naturalnych przewag). Od siebie dodałbym, że stracił wiarę w potęgę treningu. Plótł jak ekonomista z wykształcenia (ma dyplom), zanudzając nas udowadnianiem, że rywale są bogatsi, zamiast skupić się na mozolnym wykuwaniu drużyny, która przynajmniej raz na jakiś czas odpali. Bez końca oglądaliśmy więc te same sceny, np. szokujące odrętwienie obrońców, którzy w meczach najważniejszych, z potentatami, zastygali w najgorszych momentach, biernie przyglądając się przeciwnikom rozrabiającym w arsenalskim polu karnym.

Ten obraz widać jednak tylko z perspektywy sportowej. Gdy zamienimy ją na biznesową, Wenger rośnie na Trenera O Największym Rozumku.

Sportowa stabilność londyńczyków czyniła ich sprawnie funkcjonującym przedsiębiorstwem. Jak wiadomo dzięki wielu analitykom zajmującym się i futbolem, i ekonomią, idealny klub dla właścicieli biznesmenów wygląda tak: wyśrubowane ceny biletów, wystrzeganie się fetyszyzowania trofeów i zarazem przesadnego przegrywania, rosnące notowania na giełdzie.

Wypisz wymaluj Arsenal. Wejściówki sprzedaje najdroższe na świecie, a przegrywa w gruncie rzeczy, z ekonomicznego punktu widzenia, tylko trochę. Od 1997 roku, czyli od 19 sezonów, bez przerwy uczestniczy w lukratywnej Lidze Mistrzów, ustępując pod tym względem tylko Realowi Madryt.

Rozumiecie, misie o maluteńkich rozumkach? To drugi najrówniejszy klub po Realu Madryt. I oczywiście nigdy nie odpada w fazie grupowej. Panom pilnującym, żeby kasa się zgadzała, cały czas dostarczana jest pełna beczka miodu, w ich brzuszkach nigdy nie burczy. Wenger, idealny trener klubowych akcjonariuszy. Bratnia dusza, zawsze zasługująca na wsparcie. Bo różnica między krajowym tytułem mistrzowskim a wicemistrzowskim jest stosunkowo niewielka, co najwyżej prestiżowa – najwięcej dzieli awans od braku awansu do LM, czyli w przypadku Anglii czwarte od piątego miejsca. Reszta ta drobne.

Od lat podejrzewam (pewnie nie tylko ja), że niezależnie od deklaracji w Arsenalu nie ma specjalnego parcia na poważniejsze wygrywanie. I na samej górze, i prawie na samej górze, i jeszcze niżej, spływa ten stoicki spokój na sam dół, aż po doskonale opłacanych graczy. We wtorek, po ostatnim gwizdku dwumeczu przegranego z Bayernem 2:10, histeryzują też głównie kibice, wpatrujący się w rubryki z nie najważniejszymi cyframi. Awans do LM był, przetrwanie jesieni też, więc klub, jak zresztą podkreślił Wenger, znajduje się w doskonałej kondycji.

Choć tym razem może się okazać, że londyńczycy jednak przeholowali, że o uratowanie wymarzonej czwartej pozycji może być tej pluszowej drużynie trudniej niż kiedykolwiek. I niewykluczone, że pożegnanie z najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach Arsenalu nastąpi jednak po porażce. Jedynej prawdziwej porażce w bieżącej dekadzie.

„– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?

– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

niedziela, 05 marca 2017

Zlatan Ibrahimovic, Artur Boruc

Kilka dni temu zignorowałem rozstanie z reprezentacją Artura Boruca, bo nie czułem konieczności żegnania bramkarza, którego status w kadrze zmieni się tylko pozornie – od dawna jest rezerwowym za rezerwowym – natomiast jego kariera klubowa trwa. Zrewidowałem opinię wskutek emocji, jakie wywołał polski bramkarz w polskich kibicach, a także wskutek fantastycznego sobotniego występu przeciw Manchesterowi United. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

piątek, 03 marca 2017

Populacja Kataru składa się z 2,67 mln osób – ujawniło tamtejsze Ministerstwo Rozwoju, Planowania i Statystyki. Co oznacza, że odkąd w 2010 r. państewko znad Zatoki Perskiej otrzymało (kupiło?) prawo do piłkarskiego organizacji mundialu, przybyło mu 64 proc. mieszkańców. Wtedy ich liczba sięgała bowiem, również wedle oficjalnych danych, ledwie 1,63 mln.

Dla porównania: gdyby w Polsce otrzymanie prawa do organizacji mistrzostw Europy wywarło identyczny efekt, jej ludność musiałaby spuchnąć z 38 mln do 62 mln głów.

Analogia jest uprawniona, ponieważ Katarczycy wraz pomyślnym werdyktem FIFA rozpoczęli gargantuiczną operację logistyczno-budowlaną, która swój finał ma znaleźć nie tylko w absolutnie niepowtarzalnym mundialu – luksusowym jak nigdy, nowoczesnym jak nigdy, drogim jak nigdy, w ogóle wszystko jak nigdy –  ale także w kompletnym przeobrażeniu kraju. Dlatego potrzebują wielu ton siły roboczej.

Siła robocza – złożona z imigrantów, zwłaszcza z Indii, Nepalu, Bangladeszu oraz Filipin – obejmuje koło 2,1 mln mieszkańców. Niezbędnych tym bardziej, że autochtoni nie paskudzą sobie rąk prostymi pracami, poprzestając na zarządzaniu. Tworzą kastę panów, których ktoś musi obsługiwać.

Znów: gdyby u nas obowiązywały identyczne proporcje, 38-milionowe społeczeństwo składałoby się w przybliżeniu z 8 mln Polaków oraz 30 mln usługujących im importowanych niewolników.

Katarska piaskownica to okolica unikalna, ale nie tak unikalna, jak pomysł, żeby zorganizować tam globalne igrzyska piłkarzy. I nie tak, jak skala przedsięwzięcia – nie zawsze bezpośrednio związana z turniejem – które tamtejsi bonzowie, utuczeni na gazie, finansują.

Wiem, blogowałem już na ten temat, ale wracam, bo sytuacja jest rozwojowa. Stale przybywa dowodów na tezę, że mundial w Katarze to najbardziej groteskowe i najbardziej monstrualne dziwo w całej historii zawodowego sportu. I że w ogóle wszystko, co się tam dzieje, można opisywać wyłącznie słowami ekstremalnymi.

12 mundialowych stadionów Katarczycy muszą pomieścić na powierzchni 11 586 km². Więcej nie mają. Jeszcze raz: wyobrażacie sobie 12 hiperlśniącowypasionych obiektów w świętokrzyskim, drugim najmniejszym województwie w Polsce? A Katarczycy stłoczą je w jeszcze większym ścisku. Dwa najbardziej oddalone od siebie ma oddzielać około 55 km. I wszystkie mają zostać połączone... metrem.

Katar, mundial 2022, stadiony

Nie namawiam do wyobrażania sobie stada stadionów związanych nitkami metra, bo wiem, że akurat to może dalece przekraczać nasze moce mentalne, w końcu nawet pojedynczą niteczkę budowaliśmy dekadami, i to za komuny, która akurat strategicznym zrywom powinna sprzyjać. Podpowiem tylko, że tyle stadionów co najmniej 40-tysięcznych zafundowało sobie kilka krajów na świecie. Ciut większych i ciut ludniejszych – USA, przez Wielką Brytanię i Niemcy, po Chiny i Japonię. Nawiasem mówiąc, niektóre katarskie powstaną w miastach, które na razie nie istnieją. Jak Lusail.

Minister finansów Ali Shareef Al-Emadi poinformował w ubiegłym miesiącu, że na inwestycje związane z mundialem Katar wyda około 200 mld dol. Trochę przesadza, bo miał na myśli m.in. lotnisko, drogi, kolej, porty czy szpitale, czyli infrastrukturę niepiłkarską, ale... Przypominam: to teren jak świętokrzyskie, zamieszkany przez trochę ponad pół miliona tubylców i 2,1 mln niewykwalifikowanych pracowników imigrantów.

Ostatnie porównanie: budżet (ponoć rozdęty) 38-milionowej Polski na bieżący rok to około 94 mld.

Mniej niż połowa niż budżet na 28-dniową imprezę sportową. Na mundial, którego nie chce nikt poza FIFA i Katarem.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 25 lutego 2017

Leicester, Claudio Ranieri

Claudio Ranieri wylany. 10 stycznia został uhonorowany nagrodą dla najlepszego trenera na świecie minionego roku, a 23 lutego stracił posadę w Leicester. Wykopali go z klubu, z którego piłkarzami ledwie parę miesięcy wcześniej wywołał bodaj największą sensację w dziejach angielskiego futbolu.

Nie stało się nic zaskakującego. Blogowałem kilka tygodni temu, że albo go wyproszą, albo zlecą z ligi, a zsunięcia się Leicester na pułap walki o utrzymanie spodziewałem się już wtedy, gdy zdobyło mistrzostwo. Zastanawiałem się najwyżej, czy zdążą – kiedy sytuacja zrobi się aż tak beznadziejna, że przezwyciężą moralny szantaż opinii publicznej, której bezwarunkowe wsparcie Ranieri musiał mieć z oczywistych względów. Kibice piłkarscy to wszak jedna z najbardziej rozsentymentalnionych grup społecznych. Tacy fani „Króla Lwa”, tylko nieco głośniejsi.

Ranieriego więc pogonili, a cała Europa zalała się łzami. Porównywalnego szlochu na Wyspach – i nie tylko tam – nie słyszałem od śmierci Lady Diany. Jak rozczulała publikę tamta celebrytka, tak rozczula ją włoski trener, choć oczywiście z innych powodów. Był głównym bohaterem wzruszającej bajki. Bohaterem i reżyserem, w dodatku reżyserem z przeszłością, w której jego kompetencje notorycznie – i niesłusznie! – kwestionowano. Chlip, chlip, chlip. Dlatego Ranieri stał się nietykalny. Cytowałem tu internetowe wersety kibiców, którzy wzdychali, że wraz z wylaniem go z roboty „stracą wiarę w piłkę nożną”, że „wolą spadek do drugiej ligi z nimi niż utrzymanie się bez niego”.

Też chciałem, żeby Włoch został do samego końca. Wprawdzie zwalnianym trenerom z czołówki niełatwo współczuć – biorą wielomilionową odprawę i zaraz znajdują następną nieźle płatną posadę – ale jestem miłośnikiem fajnych fabuł, a opowieść o Ranierim, który najpierw bierze mistrza, a potem stacza się do drugiej ligi, byłaby fajniejsza niż Ranieri zwolniony za złe wyniki. Poza tym jako kibic piłki kopanej też bywam sentymentalny. Staram się z tym walczyć, nie znoszę tego u siebie, ale bywam.

Merytorycznie decyzja jest bardzo typowa. Piłkarze Leicester nie dość, że od miesięcy grają źle, to grają coraz gorzej. Ostatnie pięć ligowych meczów przerżnęli, w ostatnich pięciu meczach nie wytuptali ani jednego gola – 0:2, 0:3, 0:1, 0:3, 0:3 to zdecydowanie najgorsza seria w czołowych ligach Europy. Przede wszystkim jednak przestali trenerowi ufać, przestali go lubić, przestali go słuchać. Nie będę przywoływał szczegółów, bo w angielskich mediach się od nich roi.

Niewykluczone, że szefowie Leicester popełnili błąd. Może Ranieri był w stanie wszystko naprawić, może jego następca nie zapobiegnie katastrofie. Ale w chórze oskarżycieli słychać niewiele argumentów merytorycznych, wszystko zagłuszają kwestie etyczne – zwolnienie włoskiego trenera to niewdzięczność. Znane zjawisko, przywoływałem tu przypadek Otto Rehhagela, który po zdobyciu mistrzostwa Europy z Grecją (wszechsensacja, jak z sukcesem Leicester) zasłużył na to, by sam zdecydować, kiedy odejdzie. I utrzymał stołek niemal dekadę.

Futbol reprezentacyjny to jednak inna bajka. Zawalisz eliminacje do mundialu czy Euro, to masz następne – startujesz z tego samego miejsca, grozi ci w najgorszym razie niższe rozstawienie w losowaniu. (Sam z uznaniem pisałem do „Kopalni” o Vicente del Bosque, który jako selekcjoner hiszpańskiej kadry uznał, że starzy mistrzowie, którzy razem tyle powygrywali, mają też prawo razem przegrać). Skutki spadku z ligi bywają nieodwracalne. Tracisz nie tylko szmal z praw telewizyjnych, ale i piłkarzy z ambicjami, więc na powrót do elity możesz czekać całą wieczność. Albo powrotu w ogóle nie dożyć.

W Anglii straty finansowe są szczególnie dotkliwe. W tym sensie Ranieri jest ofiarą komercjalizacji futbolu – komercjalizacji, której ja nie lubię, a wielu kibiców wręcz nienawidzi, choć zawodnicy czy trenerzy, na pewnym poziomie obowiązkowo milionerzy, raczej się przeciw niej nie buntują.

Jeśli jednak skupić się na czystym sporcie, cel pozostaje niezmieniony. Uchronić drużynę przed degradacją. I nawet gdyby w konflikcie piłkarze kontra trener zawinili ci pierwsi, to wymienić ich teraz – po zamknięciu okna transferowego – nie sposób, zabraniają tego przepisy. Nawiasem mówiąc, czy jeśli trener po sukcesie wszech czasów jest nietykalny, to czy jego podwładni po sukcesie wszech czasów też? Czy kibice wściekną się, jeśli największy król strzelców w dziejach kosmosu po kilku meczach skandalicznej fuszerki usiądzie na ławie albo na trybunach? A po 25 meczach?

Naturalnie wykażą zrozumienie, definicja pojęcia „lojalność” wśród fanów piłki nożnej jest osobliwa, przesycona hipokryzją, niekiedy wręcz nonsensowna. Uważają, że dobry piłkarz powinien być wierny barwom, ale nie zarzucają władzom klubu niewierności, gdy te pozbywają się patałacha. Jeśli ktoś od Kalego odejść, to jest zły uczynek, ale jeśli Kali każe komuś odejść, to jest dobry.

Dlatego podsunąłbym im do myślenia: otóż prezes Vichai Srivaddhanaprabha zapewne nie jest idiotą, choć pochodzi z Tajlandii i nosi dziwne nazwisko – europocentryzm wiecznie żywy, tylko my, Europejczycy, mamy prawidłowo działające mózgi – więc wiedział, jaką awanturę wywoła, gdy posunie Ranieriego. Awanturę psującą wizerunek klubu, być może szkodliwą również z biznesowego punktu widzenia (choć dla mitu trenera raczej pomocną). I jeśli to zrobił, to pewnie poczuł, że nie ma innego wyjścia.

Nie wiemy, czy piłkarze grozili rebelią, czy po prostu nie mogli już na szefa patrzeć, ale wiemy, że go nie chcieli. Niewdzięcznicy.

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
Archiwum
Tagi