RSS
sobota, 24 czerwca 2017

Donnarumma, AC Milan

Musieliście słyszeć o wichurze rozpętanej przez bramkarza Gianluigiego Donnarummę, wszyscy słyszeli. Utalentowany drągal najpierw obcałowywał herb Milanu, marzył w wywiadach o zostaniu jego symbolem i generalnie w kółko powtarzał, że Bóg, honor, mediolańska ojczyzna, a potem postanowił nie przedłużać kontraktu. Umowy opiewającej na pięć baniek rocznie, która czyniłaby go jednym z najbogatszych osiemnastolatków świata (wśród utrzymujących się z pracy własnych rąk, pomijam spadkobierców saudyjskich królów i innych wszechszlachetnie urodzonych) oraz pozwoliłaby klubowi zarobić na transferze. Przynajmniej tyle miałby Milan, ponoć leżący bramkarzowi na sercu.

Sam pisałem o aferze tutaj, od tamtej pory trochę się zmieniło – strony wznowiły negocjacje, zaangażowała się rodzina Donnarummy, prognozuję pomyślny finał rozmów, a w przyszłości skok do Realu Madryt czy Manchesteru United. Rozwój wypadków we współczesnym futbolu standardowy, rosną tylko kupy krążących nad takimi historiami pieniędzy.

Donnarummą zajmować się teraz nie chcę, bardziej zajmuje mnie rola agenta, osławionego Mino Raioli, intryganta posądzanego o bycie spiritus movens całego ambarasu. Każdy kibicowskie dziecko wie, gdzie leży jego interes – zarabia tym więcej, im taniej klub sprzedaje piłkarza, i tym więcej, im częściej piłkarz zmienia firmę. Bo z każdego transferu spływa prowizja dla pośrednika.

Prowizja coraz tłustsza, o czym świadczą liczne oficjalne raporty i nieoficjalne przecieki z rynku handlu piłkarzami. Ze stu baniek wyłożonych przez Manchester United na Paula Pogbę, jeszcze przez kilka chwil najdroższego gracza na świecie, połowę (!) miał zgarnąć właśnie Raiola, agent o reputacji najbardziej obrotnego w środowisku obok Jorge Mendesa. Obaj wyciągają już z futbolowego biznesu więcej niż najwybitniejsi goleadorzy, rozgrywający, bramkarze czy trenerzy.

Czy to oznacza, że system działa? Jest sprawiedliwy? Zdrowy? Wiedzie ku lepszemu czy gorszemu?

To dzisiaj popularne pytania nie tylko w piłce, zwłaszcza po wybuchu kryzysu zadawane przez mnóstwo mądrych ludzi zaniepokojonych tym, jak świat rozdziela wytwarzane przez siebie dobra. Nie jestem kompetentny, by się odzywać, nie będę nikogo obrażał uproszczeniami, zdaję sobie sprawę, że nawet satysfakcjonujące zdefiniowanie „sprawiedliwości” może przekraczać wytrzymałość niszowego bloga o sporcie i przyległościach.

Ale piłkę nożnę obserwuję zbyt długo, by udawać niewidomego.

Pośredniczący w transferach agenci są łatwym celem – nigdy nie mieli ani dobrej prasy (choć dziennikarze chętnie z nimi knują), ani sympatii kibiców. Ot, przykry skutek uboczny tzw. idealnego ustawienia się w życiu, wielu zwyczajnie im zazdrości. Jednak dopiero ostatnio agenci awansowali do globalnej elity producentów pieniędzy – tytanów finansjery, którzy nie wytwarzają niczego lub prawie niczego, a zarabiają wszystko.

Zobaczmy, jak zorganizowany jest futbol, biznes na razie daleki od najbardziej rozwiniętych w branży rozrywkowej. Kogo tu potrzeba, żeby się kręcił?

Przede wszystkim piłkarzy. Oni biegają, dryblują, strzelają – są esencją zabawy. Ale nie wystarczą.

Trenerzy wymyślają i uczą, jak grać – bez nich nie byłoby odlotowego poziomu Ligi Mistrzów.

Asystenci szkoleniowców, od specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne po analityków, też dbają o zawodników oraz jakość widowiska.

Sędziowie pilnują, żeby na murawie nie było chaosu.

Działacze klubów zakładają akademie dla młodzieży, budują boiska i stadiony, na tysiące innych sposobów utrzymują drużynę przy życiu.

Skauci przeczesują murawy wszystkich kontynentów, by nie przegapić nikogo, kto rokuje.

UEFA czy związki krajowe organizują rozgrywki.

Media transmitują je, czynią grę widzialną w coraz mniejszym detalu, pomagają fanom w kontakcie z idolami.

Mógłbym kontynuować, demontować świat piłki nożnej na coraz drobniejsze trybiki. Wszyscy wymienieni mają konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania zasługi – bez nich mecze albo by się nie odbyły, albo wyglądałyby znacząco gorzej. Wymiernie podnoszą wartość spektaklu.

Agenci nie podnoszą. Naturalnie nonsensem byłoby krzyczeć, że są całkiem zbędni. Pomagają klientom zarabiać więcej (tej cnoty nie wolno lekceważyć nigdy), wbrew powszechnej opinii niekoniecznie myślą tylko o własnym portfelu, czasami z sensem doradzą wybrać klub. Ale gdyby zniknęli, przemysł raczej by się nie zawalił. Nawet jeśli przesadą byłoby oskarżenie, że nie wytwarzają niczego, to wytwarzają na tyle niewiele, że wynaturzeniem jest, gdy wyciągają z futbolu najwięcej.

Choć na jego kulturę pewnie wpłynęli zasadniczo. Kiedy czytam o migających się od płacenia fiskusowi José Mourinho czy innym Cristiano Ronaldo, nie pojmuję, dlaczego kogokolwiek to dziwi – przecież reprezentujący ich interesy Jorge Mendes również rejestruje spółki w rajach podatkowych. Taki obyczaj w wyższych piłkarskich sferach, tam po prostu wypada optymalizować zyski. Cytując uwielbiającego nauczać wzniośle Raiolę: „Lepiej umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach”.

Tagi: transfery
19:16, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przyzwoitej gry na razie nie pokazali, przypominają raczej dyskusyjny klub futbolowy, którego członków – dość przypadkowy tłum – nie łączy żaden wspólny cel. Felieton o młodzieżowej reprezentacji Polski i jej najgłośniejszym gwiazdorze, Krystianie Bieliku, przeczytacie tutaj.

11:20, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 11 czerwca 2017

Wielu uważa, że selekcjoner reprezentacji Polski to to typ zachowawczy, lękający się zmian, prawie wycofany. Ja uważam inaczej. O czym świadczą m.in. rezerwowi Łukasz Fabiański, Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

sobota, 10 czerwca 2017

Byliście trochę rozczarowani, że Polacy nie zasypali Rumunii workiem goli już w inauguracyjnym kwadransie? Że nie fruwali jak natchnieni i długo dobierali się do rywala, zamiast czym prędzej zafundować wam paradę atrakcji?

Wybaczcie im, oni tworzą reprezentację kraju, z którego piłkarzom przez całe dekady wpajano, że są stworzeni do kontrataku. I przez dekady nigdy nie zetknęliśmy się - także my, kibice - ze zjawiskiem z sobotniego wieczoru: oto nawiedza nas rywal z zasłużoną renomą solidnego europejskiego średniaka, by zasłaniać bramkę pięcioma obrońcami, otoczyć pole karnego gęstymi zasiekami, przetrwać i może jakimś cudem samemu wymodlić pojedynczą udaną akcję.

Tak zachowywali się Rumuni. Z ich planu gry ewidentnie wynikało, że wizytę na Stadionie Narodowym traktują jak wyprawę na Santiago Bernabéu, Camp Nou czy do innej - język futbolu jest przepojony patosem - katedry piłki nożnej.

Istnieją w Europie obiekty, na które kibice przychodzą zazwyczaj nie tyle dla emocji – napięcie wywołuje niepewność o wynik meczu – ile dla czystego relaksu, delektowania się widowiskiem z gwarantowanym pomyślnym zakończeniem. Bo sprzyjają drużynom zbyt mocnym, niemal nietykalnym zwłaszcza na własnym boisku. Wygraną masz właściwie w cenie biletu.

Do przywołanych kolosów upodabnia się Narodowy. Obiekt nie klubu, lecz reprezentacji kraju, która rozgrywa w Warszawie wszystkie najważniejsze mecze. I od startu eliminacji Euro 2016 zabawia się tu na całego. 2:0 z Niemcami, 2:2 ze Szkocją, 4:0 z Gruzją, 8:1 z Gibraltarem, 2:1 z Irlandią, 4:2 z Islandią (jedyny towarzyski), 3:2 z Danią, 2:1 z Armenią, 3:1 z Rumunią. Zwycięska seria przybrudzona tylko jednym remisem, z oszałamiającą średnią 3,33 gola na mecz.

Oszałamiającą dla nas, przytłaczającą i onieśmielającą dla przyjezdnych. Do utraty bramki Rumuni każdym wykonanym na boisku gestem okazywali Polakom respekt. Albo nawet strach. Obawiali się zwłaszcza Roberta Lewandowskiego, który powoli przejmuje Narodowy na własność. Rządzi tam jak na podwórku, hasa pod ulubionym trzepakiem, grający przeciw niemu kumple potrafią go co najwyżej kopnąć w kostkę. W ostatnich siedmiu rozegranych tu meczach strzelił 15 goli.

Tym razem dawał początkowo występ dość bezbarwny, cała drużyna też. Jego szturchali, drapali i szarpali, wszystkich Polaków trzymali w gęstym ścisku. Im dłużej jednak trwał mecz, tym częściej paliło się na rumuńskim polu karnym. A groźnie podawał nie tylko Piotr Zieliński, od lat lansowany na nowego Deynę, ale również Krzysztof Mączyński, bodaj najładniej ilustrujący doskonałą pracę Adama Nawałki - średniak z tzw. ekstraklasy tak perfekcyjnie wmontowany w reprezentację, że w sobotę, zanim uziemiła go kontuzja, szukał w sobie wewnętrznego Toniego Kroosa.

Wiem, przesadzam, zresztą Polak gra inaczej. W trakcie pisania ujrzałem w wyobraźni piłkarza Realu Madrytu, bo rozum mąci mi zbitka „Narodowy jako Santiago Bernabeu”. Zbyt często chadzam na stadion, na którym kibic nie czuje stresu, lecz spokojnie czeka, aż rozpocznie się goleada. Satysfakcja gwarantowana.

Aha, ze wstępnych szacunków wynika, że w rankingu FIFA reprezentacja Polski wkrótce wystrzeli na siódme miejsce. Na Narodowym strach będzie miał jeszcze większe oczy.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

sobota, 03 czerwca 2017

W Cardiff przeżyłem z bliska swój jedenasty finał LM. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu przybyłych gości - łatwo było uwierzyć szacunkom gospodarzy, którzy spodziewali się nawet 200 tys. fanów Juve i Realu. Nigdy nie widziałem też całego śródmieścia całkiem zamkniętego, wyłączonego z ruchu, by pomieścić wszystkich celebrujących święto piłki. Wszędzie w centrum czułem ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, w knajpach patrzyłem, jak kelnerzy wykreślają kolejne wyjedzone dania, na ulicach wysłuchiwałem jazgotu kibicowskich przyśpiewek w promieniu wielu kilometrów od stadionu. Nie doświadczyłem też tylu kontroli, nie widziałem tylu mundurowych, nie mijałem tylu barierkowych szańców, złączonych w kolejne okalające scenę finału pierścienie bezpieczeństwa.

Było w tym smutne świadectwo epoki przepojonej lękiem przed terroryzmem, ale też radosny dowód namiętności do futbolu, którą odczuwałem nawet bardziej niż podczas poprzednich finałów, też monumentalnych.

Działo się w nich na wszelkie możliwe sposoby. Od bezbramkowych klinczów zakończonych rzutami karnymi (2003); przez dreszczowce wyjęte z fantazji zbyt wybujałej, by mogła istnieć (2005); po wieczory aż do przesady zdominowane przez triumfatora (2011). Nigdy jednak nie uderzyła we mnie moc, jaką Real Madryt zademonstrował dzisiaj w drugiej połowie.

Przychodzi mi do głowy jedynie inauguracyjne 45 minut spektaklu ze Stambułu - pamiętam, jak w przerwie upewniałem się, czy najwyższym finałowym rezultatem w dziejach rozgrywek było 7:3 - ale sami wiecie, że Milan został potem za karę wysadzony w powietrze. Nawet Barcelona według Pepa Guardioli, gdy zabawiała się na Wembley z Manchesterem United, nie pozbawiła mnie złudzeń aż do tego stopnia. Być może dlatego, że nigdy nie wierzyłem, by akurat żołnierzy Alexa Fergusona, dopóki dychają, dało się wziąć do niewoli. A może po prostu zawodzi mnie pamięć?

O finale w Cardiff na gorąco napisałem tutaj (przestrzegam przed ewentualnym bałaganem w tekście, dopadły mnie kłopoty techniczne), na blogu wyznam jedynie, że w Cardiff autentycznie zbaraniałem (choć jako oglądacz futbolu głupieję bardzo rzadko). Nie umiałem sobie wyobrazić, że obecne Juve można zrównać z murawą. Prorokowałem wprawdzie, że im dłużej będzie trwał mecz, tym większą przewagę zyska Real, ale przez „dłużej” rozumiałem dogrywkę, nie drugą połowę.

Czasami odnoszę wrażenie, że madrycki klub kadrę utrzymuje nie 20-, 30- czy 50-osobową, lecz zmierzającą ku nieskończoności. Dzisiaj znów o tym pomyślałem - gdy podali składy, gdy przeczytałem, że James Rodriguez nie zasłużył nawet na fotel rezerwowego. Być może tego właśnie było trzeba, by obronić panowanie w Lidze Mistrzów. Klubu tak bogatego w talent i pieniądze, że nawet w 18-osobowej kadrze na mecz nie mieści piłkarza za 80 mln euro, który gdzie indziej, nawet w firmach ze światowego szczytu, mógłby mieć status megagwiazdy.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Wy, współczesne dzieciaki - młodociane paniska zdeprawowane Orlikami i innymi kompletnie umeblowanymi boiskami - pewnie nie uwierzycie, ale kiedy ja byłem mały, za słupki służyły często tornistry. I jeśli strzelona piłka szybowała w ich pobliżu, wybuchała awantura. Gol czy jednak słupek?

Na osiedlu używaliśmy też rosnących w sprzyjającej konfiguracji drzewek. Wtedy awantura wybuchała, jeśli piłka leciała wysoko. Gol czy jednak poprzeczka?

Każdy miał własną wersję, każdy wrzeszczał ze szczerym przekonaniem, że wie najlepiej, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna wyimaginowana bramka. Gdy jednak ktoś przesadzał i awanturę zastępowała dzika awantura, padało mające przymknąć nieumiarkowanego delikwenta „przecież nie gramy o złote gacie”. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęliśmy to sformułowanie, ale wygłaszaliśmy je non stop. Chodziło o to, że nasz podwórkowy mecz nie jest aż tak ważny, by robić zadymę na 14 fajerek. „Nie gramy o złote gacie”, „daj spokój, to nie mecz o złote gacie”, „nikt tu nie gra o złote gacie” - mówiliśmy.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, podglądając piłkarzy Realu Madryt, którzy rozgrzewali się przed treningiem na Millennium Stadium grą „w dziadka”. Cristiano Ronaldo wyglądał na totalnie wkręconego w zabawę. Tak zaangażowanego - choć nie awanturował się - że miałem ochotę krzyknąć: „Hej, wyluzuj, nie gracie o złote gacie”.

A przecież pewnie tak trzeba. Żyć futbolem z patologiczną przesadą, chcieć być górą w nawet błahej rozgrywce, mieć pasję do każdego kopnięcia - tylko wtedy zdobywasz trofea, także indywidualne, w ilościach hurtowych.

Odmierzam czas do finału rozanielony, jaram się jak Ronaldo „dziadkiem”, niniejszą notkę sporządzam i dla pchnięcia zegara, i żeby usypać na jedną kupkę poświęcone Realowi i Juventusowi teksty, które napisałem w Walii.

Tutaj znajdziecie reportażyk o Cardiff jako mieścinie zbyt małej na finał Ligi Mistrzów. Tutaj rzecz o Danim Alvesie, Marcelo i w ogóle wybitnych ofensywnych bocznych obrońcach, których Brazylia od dekad wypuszcza seryjnie. Tutaj przeczytacie o finale jako misji niemożliwej. Tutaj o trenerze Massimiliano Allegrim, który mecze w Champions League kontroluje zawsze, oraz o trenerze Zinedinie Zidanie, który nie kontroluje ich prawie nigdy. A tutaj krótko przedstawiam Garetha Bale’a, ukochanego syna Cardiff, jedynego finalistę, który zagra u siebie w domu.

Następne teksty już po. Kiedy będzie wiadomo, kto wygrał finał. Mecz o najbardziej złote gacie, jakie istnieją.

czwartek, 01 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Od kilku lat przyzwyczajamy się, głównie za sprawą Roberta Lewandowskiego, że należymy - my jako naród, jeśli wolno mi przeszyć powietrze tym niepokojącym słowem - do futbolowej elity elit. Znaczy nasi grają o najambitniejsze cele, po porażkach w półfinałach czy ćwierćfinałach Ligi Mistrzów odczuwają rozczarowanie. Pewnie wielu kibiców zaryzykowałoby nawet tezę, że spotężnieliśmy na czołowe mocarstwo w regionie - czy sklasyfikujemy go jako Słowiańszczyznę, czy jako byłe demoludy, czy, naśladując Ziemowita Szczerka, jako rozmaite Republiki Molwanii i Rzeczpospolite Krakozji. Przeświadczenie o własnej wielkości wzmaga zwłaszcza rzut oka na ranking FIFA, w którym właśnie zdobyliśmy dziesiątą pozycję i prężymy się tam ex aequo z imperialną Hiszpanią.

Dlatego warto czasami, dla psychicznej higieny, pochylić się nad Chorwacją.

Że tamtejsi kibice lewitują mentalnie w innej galaktyce, dla nas wciąż niewyobrażalnie odległej, uzmysłowiłem sobie jakiś czas temu przy okazji El Clásico. Umiecie sobie wyfantazjować, że opowiadamy o nim przez pojedynek Polaka z Polakami? Chorwaci przeżywają to, odkąd Barcelonę reprezentuje 29-letni Ivan Rakitić, a dla Realu Madryt kopią 23-letni Mateo Kovačić oraz 31-letni Luka Modrić, który zdążył już założyć królewskie barwy w 214 meczach.

Migawki z Ligi Mistrzów też mogą porządnie zdzielić po każdym polskim łbie, który rozsadza zadowolenie, jacy my wspaniali i w ogóle najlepsi. Oto Chorwaci już wiedzą, że jeden z nich w sobotę Champions League wygra. Modrić jako elegancki rozgrywający Realu zobaczy wszak w koszulce Juventusu umorusanego, walecznego zakapiora 31-letniego Mario Mandżukicia. A mógłby jeszcze ujrzeć Marko Pjacę, gdyby 22-letniego skrzydłowego, jednego z wielu gwarantujących zastępowalność pokoleń, nie powaliła kontuzja.

Ba, Chorwaci wiedzieli, że trofeum jest pewne, jeszcze przed półfinałami. Wraz z Atlético Madryt odpadał wszak z rozgrywek Šime Vrsaljko, 25-letni prawy obrońca, a wraz z AS Monaco - Danijel Subašić, bramkarz tuż po trzydziestce. Byli zatem jedyną obok Brazylii nacją reprezentowaną na tym etapie rywalizacji we wszystkich klubach. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

A ponieważ w Bayernie pogrywał jeszcze niedawno niejaki Ivica Olić, obecnie napastnik już 37-letni, to w trwającej dekadzie ledwie raz (!) zdarzył się finał Ligi Mistrzów bez żadnego Chorwata na murawie. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

Hołdy bałkańskim piłkarzom, pochodzącym z państw zszytych niegdyś w Jugosławię, składaliśmy wielokrotnie. Gdyby umieszczać ich w rankingach jako wspólne terytorium, byliby globalnymi liderami futbolowego eksportu, konkurującymi ze znacznie ludniejszymi przecież Argentyną oraz Brazylią. Dlaczego im się udaje, właściwie nie wiadomo, choć znawcy sportu zgłębić zagadkę próbują, przerzucając się bezlikiem hipotez. Od wskazywania warunków fizycznych (ludzie urodzeni na terenie dawnej Jugosławii są obok Skandynawów najwyżsi na świecie) po przywoływanie tragicznej historii regionu, dotkniętego wciąż doskonale pamiętaną wojną domową, która także sportowców miała uczynić niezłomnymi, nieustraszonymi, odpornymi na przeciwności losu, a także pełnymi powagi, dzięki której nie tracą w życiu czasu na duperele.

Sam w tę logikę powątpiewam, okolica, w której łatwiej o lej po bombie niż boisko, nie wydaje mi się sprzyjającą dla rozwoju piłki nożnej. Choć np. Modrić, najznakomitszy wśród wyżej wymienionych, to także dziecko wojny - dojrzewał w huku pocisków, na zaminowanej ziemi, słuchając rozmów dorosłych o czystkach etnicznych. Bardzo bliskiego mu dziadka zamordowali Serbowie, śmierć groziła również rodzicom.

I chorwacki rozgrywający rzeczywiście nie przypomina poza boiskiem kumpli z madryckiej szatni. Wysługiwać się innymi nie lubi tak bardzo, że w trakcie przeprowadzki do Madrytu własnoręcznie przenosił sprzęty z samochodu do domu. Potrzebuje tak niewiele, że kiedy wybudował willę w rodzinnych stronach, musiał tłumaczyć zdumionym rodakom, iż nie potrzebuje pięciopokojowej rezydencji, skoro mieszka tylko z żoną, synem i córką. Ktoś niezorientowany nigdy nie podejrzewałby Modricia, że zarabia miliony euro.

Nie wszyscy chorwaccy piłkarze żyją jednak skromnie i po cichu, a podbijają każdą ligę, do której się wybiorą, wspaniała generacja goni tam wspaniałą generację, taśma nigdy się nie zatrzymuje. O czym może wkrótce przekonać się także nasz Piotr Zieliński, z którym o podstawowy skład Napoli będzie konkurował Marko Rog. Rok młodszy, porównywalnie wyszkolony technicznie, niezmordowany, chętniejszy i lepiej predysponowany do wytężonej pracy defensywnej. A Chorwacja nigdy nie odpuszcza.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

poniedziałek, 29 maja 2017

Żegnali go tak intensywnie – Paolo Maldini czy Javier Zanetti mogliby pozazdrościć – że znikają ostatnie wątpliwości. Francesco Totti to kapitan wszystkich kapitanów, gigant z nieoficjalnym tytułem najbardziej lojalnego piłkarza świata. A jednak koniec nie był idealny... Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:38, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
Archiwum
Tagi