RSS
sobota, 28 kwietnia 2018

liga włoska, Serie A, Juventus, Napoli

Opinii to ty u nas dobrej nie miałaś. Gadali ludzie, żeś brzydka i nudna – skażona odruchami ultradefensywnymi, skłonna do zerozeryzmu, uzależniona od taktycznej dłubaniny, zaludniona boiskowymi gangsterami, dla których nie istnieją chwyty zbyt brudne, żeby się do nich uciekać. Tylko faule, krętactwo i zimna kalkulacja.

Owszem, ­czasami padałaś ofiarą stereotypów bzdurnych, dawno nieaktualnych. W ubiegłym sezonie na twoich boiskach padało więcej niż goli niż we wszystkich innych czołowych ligach w Europie – angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej i niemieckiej – a przeciętny polski zjadacz transmisji piłkarskich nigdy by na to nie wpadł. Trudno, tak czy owak kojarzyłaś się paskudnie.

Aż nastał sezon 2017/18. I nagle zaczęło wydarzać się tyle, że tylko ktoś, kto nie ma bladego pojęcia, mógłby zarzucić, że przynudzasz. Ligo włoska, jak ty wypiękniałaś! Ile nam dajesz pasjonujących fabuł!

Wszędzie znają mistrza od wielu tygodni, ewentualnie od wielu miesięcy. Zniszczył wszystkich krajowych rywali Manchester City, odpstryknął wszystkich Bayern, zamęczyła Barcelona, zdemolował zespół Paris Saint-Germain. A u ciebie, najdroższa Serie A, szczyt tabeli rozżarzony. Juve czy Napoli? Napoli czy jednak Juve? Salwa za salwą, naparzają się jak opętani, być może potrwa to do ostatniej kolejki.

No i w Neapolu, ogarniętym deliryczną ekstazą od ubiegłotygodniowego triumfu w Turynie, kibicują ludzie, którym tytuł mistrzowski dałby radość bardziej malowniczą niż gdziekolwiek indziej.

Malowniczą jak malowniczy jest styl gry wpajany przez trenera Maurizio Sarriego – niewykluczone, że efektowniej wywijają ostatnio tylko podwładni Pepa Guardioli z Manchesteru City.

Zeskakujemy piętro niżej, a tam o awans do Ligi Mistrzów z porównywalną zaciętością walczą Roma, Inter i Lazio – i znów: być może powalczą do ostatniej kolejki.

Przeskakujemy do Ligi Mistrzów, a tam oba niewiarygodne zmartwychwstania wiosny 2018 zawdzięczamy tobie, Italio – udanie zmartwychwstała Roma (3:0 z Barceloną), prawie udanie zmartwychwstał Juventus (wyjazdowe 3:0 z Realem Madryt, unieważnione dopiero rzutem karnym ostatniej szansy). Co to były za emocje! Fajnie, że przez 2000 lat z okładem tyle się technologicznie zmieniło, że zmartwychwstania transmituje obecnie telewizja, że pokazuje je z wielu kamer i w zwolnionym tempie, prekursor zmartwychwstań jest tu w rankingu widowiskowości bez szans, on jednak działał bez obiektywów, a sami wiecie, jaka jest dzisiejsza młodzież, pics or it didn’t happen.

Zsuwamy się na dno tabeli, a tam dokazuje Benevento. Najpierw obśmiewane jako najgorsza piłkarska drużyna w całych dziejach galaktyki, następnie polubione za styl gry i nieustępliwość, potem fetowane za historyczny pierwszy punkt wydarty w marvelowskich okolicznościach (gol bramkarza w ostatniej sekundzie!), wreszcie wywołujące szok wyjazdowym zwycięstwem nad Milanem. Co za fabuła!

Wracamy na wyżyny, ligo włoska, a tam o mistrzostwo awanturują się Wojciech Szczęsny (spadkobierca Jego Bramkarskości Gianluigiego Buffona!), Arkadiusz Milik oraz Kandydat Na Pana Rozgrywającego Piotr Zieliński. Ależ gratka dla nadwiślańskiego kibica! Już wiadomo, że Polak będzie mistrzem krainy, którą Polak podbił tylko raz, w antycznym 1984 roku, gdy na chwałę Juventusu zasuwał Zbigniew Boniek!

Zakładamy okulary z mocnym filtrem narodowościowym i orientujemy się, że nasi rozpanoszyli się wszędzie. Patrzymy, jak zabawia się w Sampdorii cały polski tercet; jak całkiem sporo bramek wpada młodziutkiemu Dawidowi Kownackiemu; jak w defensywie SPAL fason trzyma adoptowany przez nas Thiago Cionek; jak Mariusz Stępiński, napastnik w kadrze Nawałki zaledwie trzeciorzędny, przywala golem i Interowi, i Milanowi, i Napoli. Dzieje się to w lidze, która nigdy naszym nie leżała! A kopie ich w Italii więcej niż wszystkich poprzedników razem wziętych!

Wyśliczniałaś, Italio, także z naszej, polskiej perspektywy. Zbyt u ciebie ciekawie, żeby w najgorszym razie przynajmniej nie sprawdzać, co u ciebie słychać, aż żałuję, że w niniejszej notce oszczędzałem na wykrzyknikach.

Aha, na marginesiku: w tym sezonie w lidze włoskiej gole również padają częściej niż w hiszpańskiej księżniczce La Liga.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Wykryłem nową siłę wpływającą na futbol, której macki sięgają prawdopodobnie nawet szczytów Ligi Mistrzów. Musiałem się więc podzielić – tradycyjny felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj.

17:26, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
środa, 18 kwietnia 2018

Manchester City

Tak mi się nieprzyjemnie w życiu splątało, że obu bohaterom moich najdawniejszych chyba fascynacji filmowych – reżyserom Romanowi Polańskiemu i Woody’emu Allenowi – zarzucono, iż są przestępcami seksualnymi. Oskarżano ich w najłagodniejszej wersji o molestowanie, w najgorszej o pedofilię. Musiałem się zatem mierzyć z dylematem, czy ze względów etycznych nieodwołalnie skreślić ich jako artystów, czy przeciwnie, oddzielić sztukę od życia i delektować się ich twórczością pomimo ponurego tła. Chyba każdy, komu nie jest wszystko jedno, miewał w życiu podobne rozterki.

Filmów obu mistrzów nigdy nie przestałem pochłaniać, ale równocześnie śledziłem i śledzę wszystko, co pozwala zbliżyć się do prawdy. Czytam świadectwa, zeznania, wspomnienia. Odkrywając przy okazji hipokryzję, może także dezorientację kulturalnych elit: oto Roman Polański, który kobiety krzywdził seryjnie i został skazany przez sąd, nadal cieszy się w środowisku powszechnym szacunkiem, sympatią i współczuciem (bo nie może kręcić w Hollywood), natomiast na Woody’ego Allena, który został przez sąd dwukrotnie uniewinniony (choć domniemana ofiara niekoniecznie kłamie, raczej nią zmanipulowano, tutaj opowieść jej brata), spada ostracyzm. Na fali kampanii #MeToo zrywają z nim kolejni artyści.

Nie chcę wnikać w szczegóły, gigantów kina przywołuję tylko dlatego, że przykry dysonans poznawczy, który towarzyszył mi podczas obcowania z ich dziełami, teraz coraz częściej prześladuje mnie, gdy oglądam piłkę nożną. Wspominałem w niedzielnej notce o niesmaku, jaki poczułem, gdy w odstępie kilku godzin tytuły mistrzowskie we Francji oraz Anglii zdobyły kluby rządowe, finansowane przez reżimy znad Zatoki Perskiej. Obiecywałem do tematu wrócić i wróciłem, malując w „Gazecie” przerażający krajobraz ukryty za triumfami Manchesteru City, sponsorowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Krajobraz mniej znany niż katarski, schowany za Paris Saint-Germain, lecz równie lub wręcz bardziej mroczny, odpalanie umieszczonego tam wideo zalecam wyłącznie czytelnikom o mocnych nerwach.

Nie zamierzam wyjękiwać z siebie naiwniutkich tez, jakoby futbol schodził na psy, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze stanowił wycinek rzeczywistości jak każdy inny, więc miewał jasne i ciemne strony – mundiale organizowali Mussolini i junta argentyńska, potęgę radzieckich klubów budował zbrodniarz Beria, dzięki stalinizmowi powstała mityczna węgierska złota jedenastka, futbolem bawili się kolumbijscy narkobaronowie, sam miałem trudną relację z Milanem Berlusconiego etc. Nie ma też powodu, by akurat dzisiaj sport miał być, w przeciwieństwie do innych dziedzin życia, nieskazitelny, i nie wiadomo, kto właściwie miałby zapobieć przejmowaniu PSG lub Manchesteru City przez ludzi podłej reputacji – skoro każdy może kupić dom towarowy w Paryżu lub osiedle luksusowych rezydencji w Londynie, skoro kapitał przelewa się globalnie, ponad granicami, to nie sposób ukryć też klubów sportowych. Sam zresztą irytowałem się na pomysły, by piłkarze ze względu na Putina zbojkowali tegoroczny mundial, ponieważ wymagalibyśmy wówczas od nich, żeby stworzyli elitę wyjątkowych wrażliwców, którzy dla szlachetnych celów poświęcają więcej niż reszta ludzkości. Wszak kraje zachodnie wciąż robią z Rosją interesy.

Zarazem czuję jednak, że szczyty futbolu wzbierają krwawym pieniądzem ponad miarę, zalewają nas zewsząd. Gdzieniegdzie ich właściciele biorą wszystko, jak w Paryżu, Manchesterze czy Londynie, a gdzieniegdzie zakradają się na koszulki lub inne eksponowane miejsca, jak w Barcelonie, Madrycie, Monachium oraz setkach innych klubów. Alternatywa powoli przestaje istnieć – o ile oczywiście mówimy o poziomie Ligi Mistrzów z przyległościami.

Robi się niedobrze, po głowie coraz częściej telepie się pytanie, jak na ten trend reagować. Jak oglądać brudną piłkę nożną.

Na razie nie umiem przestać. Męczy mnie to, ale nie umiem. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi minimalistycznie. Interesuj się. Sprawdzaj, co pod spodem. Pisz nie tylko o golach. Niech wszyscy poczytają. Nie udawaj, że pachnie fiołkami, lecz niuchaj za smrodem Ligi Mistrzów jak za występkami filmowców z oscarowych nocy i Cannes.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Manchester City, Paris Saint-Germain, PSG

I oto nastał dzień wspólnego świętowania w obu państwowych klubach finansowanych brudną – krwawą – mamoną znad Zatoki Perskiej. Mistrzem Anglii zostały właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie, natomiast mistrzostwo Francji odzyskał Katar, wyjąwszy króciutką przerwę panujący tam już od dłuższego czasu.

Nie myślcie, że wciskam wam publicystyczną hiperbolę. Manchester City należy do wicepremiera emirackiego rządu, a w Paris Saint-Germain prezesuje minister rządu katarskiego. Obie mierzone miliardami inwestycje służą celom dyplomatycznym i interesom azjatyckich dyktatur, za oboma stoją reżimy na potęgę gwałcące prawa człowieka. I w obu panuje specyficzny klimat – szejkowi Mansourowi przez dziewięć lat posiadania City ledwie raz (!) zachciało się wpaść na mecz, a Al-Khelaifi twarzą klubu uczynił niejakiego Neymara, któremu nie zachciało się wpaść na stadion nawet dzisiaj (leczy kontuzję w Brazylii), gdy paryżanie rozgrywali ligowy szlagier z Monaco i zdobywali tytuł.

Do tematu jeszcze wrócę, bo coraz bardziej dławi mnie hektolitraż cuchnącego szmalu zalewającego futbol. A zdaję sobie sprawę, że wcześniej czy później wyłoni się z niego triumf w Lidze Mistrzów.

Na razie chciałem tylko podzielić się minirefleksją: choć kluby, które zaraz wymienię też niekiedy wchodzą w brzydkie konszachty, to cieszę się, że wciąż istnieje hiszpański (prawie) mistrz z Barcelony, w którym prezesa wybierają w głosowaniu kibice, bawarski w każdym calu niemiecki mistrz Bayern, a także włoski wszechmistrz Juventus, należący od dekad do rodziny Agnellich. Cholera wie, ile to jeszcze potrwa.

Od Bayernu po Legię, panoszą się wszędzie, ich macki obłapiają cały horyzont. Od dekad. Jak skończą grać, to zaczynają rządzić. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 kwietnia 2018

Jack Nicholson i Milos Forman

Miał 86 lat, był absolutnym mistrzem świata jak Kubrick czy Polański, jednym z kilku ledwie reżyserów, których każdy film lubię lub uwielbiam – u Formana dosłownie każdy, wielokrotnie wracałem i do kameralnych dziełek z wczesnego, czeskiego okresu jego kariery, i do arcydzieł ze szczytu kariery, kręconych już na emigracji w Ameryce w latach 70. i 80., aż po schyłkowe, z przełomu XX i XXI wieku, opowieść o Andym Kaufmanie, uhonorowanym przez muzyków R.E.M. estradowym komiku nie z tej ziemi, włączałem jeszcze w ubiegłym tygodniu. Maniacko wsączałem sobie do łba przede wszystkim „Lot nad kukułczym gniazdem” – podczas studiów starałem się nie przeoczyć żadnego seansu w warszawskim Iluzjonie, a ponieważ Iluzjon pokazywał go co kilka tygodni, uzbierały się tych obejrzeń dziesiątki, to prawdopodobnie najintensywniej obejrzany przeze mnie film w życiu (Zdzisław Ambroziak miał tak samo z „Ragtime”).

Tak, to film najintensywniej obejrzany i jeden z tych, który mnie formował, był jednym z kluczowych wczesnych przeżyć intelektualnych. Spotkałem McMurphy’ego jako 14- albo 15-latek, natychmiast stał się Buntownikiem przez wielkie „B” i to się od tamtej pory nie zmieniło, w siostrze Ratched też do dzisiaj widzę najmrocznejsze możliwe ucieleśnienie opresji, do teraz pamiętam każdy dreszcz, który przelazł po mnie, gdy dowiedziałem się, podobnie jak ekranowy protagonista, że pacjenci psychiatryka siedzą tam z własnej woli. Nawiasem mówiąc, nigdy nie zajrzałem do literackiego oryginału Kena Keseya. Namawiali mnie, tłumaczyli, że przeczytam zupełnie inną, równie inspirującą historię, książka leżała na półce, a ja nie chciałem, nie życzyłem sobie, by ktokolwiek multiplikował mi McMurphy’ego na inne wariacje, aż strach pomyśleć, ile straciłoby kino, gdyby za „Lot” zabrał się Kirk Douglas, który prawa do niej nabył pierwszy – i jeszcze, o zgrozo, zamierzał zagrać główną rolę.

Przepraszam, jeśli ekshibicjonistycznie się zapędzam, ale to dla mnie sprawa osobista, Miloša Formana traktuję jak człowieka bliskiego, choć oczywiście nigdy go nie poznałem. Jego twórczość to monumentalny manifest wolności, hołd dla nieprzystosowanych, sztuka najgłębiej humanistyczna – i uniwersalna, choć wyrosła na wyniesionym z Czechosłowacji doświadczeniu totalitaryzmu. Stop, analizy zostawiam mądrzejszym (nie chcę naćkać tu „zbyt wielu nut”, znacie ten cytat?), jeszcze tylko podrzucę, dla utrzymania notki w przestrzeni sportowej, wspaniałą scenę z „Lotu”, w której McMuprhy próbuje wygrać w głosowaniu prawo do oglądania transmisji z meczu. Piękna alegoria triumfu wyobraźni, będącej jedyną przestrzenią, której nie sposób obezwładnić tępą siłą:



11:14, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
wtorek, 10 kwietnia 2018

Roma - FC Barcelona

Jak zaćwierkałem na Twitterze: AS Roma i Barcelona jedynie potwierdziły, że Liga Mistrzów to jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości. Nigdy nie pojmowałem narzekań na nią, nigdy mnie nie nudziła, jęczeć może tylko ten, kto nie patrzy na boisko albo nie rozumie, co się tam dzieje. Ja wariuję na sam dźwięk hymnu, czasami się boję, że umrę w wieczór z Champions League od nadmiaru wrażeń.

Dzisiaj spoglądałem na murawę w Manchesterze, bo tylko tam miała prawo wydarzyć się sensacja, do Rzymu zajrzałem dopiero w końcówce. Dlatego podzielę się jedynie czterema niespójnymi refleksjami – nablogować muszę, inaczej nie umiem.

1) Dzisiejsze 3:0 dla Romy to najbardziej sensacyjne zmartwychwstwanie w Lidze Mistrzów od 2004 r. Kiedy w minionym roku Barcelona brała odwet na Paris Saint-Germain za czterobramkową klęskę, to jej wyczyn w całej swej niesamowitości wyglądał na logiczny – fantastyczni piłkarze dokonali fantastycznego. Dlatego w poszukiwaniu analogii należy się cofnąć do Deportivo La Coruna z czasów trenera Javiera Irurety, które po porażce z Milanem 1:4 odpowiedziało wynikiem 4:0. Aż wstyd się przyznać, ale i wówczas, i teraz wszystko tłumaczyłem sobie postawą faworytów, którzy rywali zwyczajnie zlekceważyli – a potem nie zdążyli się już ocknąć. Dlaczego „wstyd się przyznać”? Ano dlatego, że trochę to ujmuje zasług bohaterom.

2) Wiosna 2018 uczy nas, że nie ma żadnego sensu wymachiwać wynikami z Ligi Mistrzów, by udowodnić wyższość jednej ligi krajowej nad inną. Kibice wdają się w takie awantury notorycznie, więc po wyeliminowaniu przez Sevillę Manchesteru United, niósł się po internecie rechot, że piąta/szósta/siódma drużyna z Hiszpanii pobiła wicelidera z Anglii. Co zwolennicy tego miażdżącego argumentu powiedzą teraz o zwycięstwie Romy, która we Włoszech traci 21 punktów (!) do Juventusu, nad Barceloną, która bawi się w krajowej Primera Division jak chce?

3) Już dzisiaj prawie na pewno wiadomo, że jeśli za kryterium siły przyjmować dorobek z lig krajowych, to półfinały Champions League będą obsadzone marnie jak nigdy. Roma traci do lidera 21 punktów, Liverpool – 17 pkt., Real Madryt – 15 pkt. Choć może nie wypada przesądzać, że ci ostatni wyrzucili już z rozgrywek Juventus? A może i Bayern powinien uważać z Sevillą?

4) Odpadł sensacyjnie i bezdyskusyjnie Pep Guardiola, odpadła sensacyjnie Barcelona. Katalonia została dzisiaj zburzona.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Niniejszy portret najskuteczniejszego piłkarza ligi angielskiej wymalowywałem w nastroju pokutnika – dlaczego akurat w takim, wyjaśniam w felietonie. Przeczytacie go tutaj.

sobota, 07 kwietnia 2018

Bayern Monachium, Robert Lewandowski

Gdyby Gary Lineker był Niemcem, powiedziałby, że piłka nożna to jest taka gra, w której 22 facetów biega za nadmuchanym świńskim pęcherzem, a na końcu zawsze wygrywa Bayern Monachium.

Wygrywa zawsze, a nawet coraz bardziej – właśnie wziął mistrzostwo Bundesligi po raz szósty z rzędu, jak zwykle wiele tygodni przed ostatnią kolejką, jak zwykle w okolicznościach uniemożliwiających popadnięcie w ekstazę. Im pokaźniejszą wypracowujesz przewagę na rywalami, tym bardziej rozmywa się wszak moment, w którym odnosisz triumf – dzisiaj monachijscy piłkarze dopełnili tylko formalności, gdyby złożyli ostateczny podpis w meczu poprzednim lub następnym, nikt nie poczułby zasadniczej różnicy. Ile szczerych emocji może wywołać tytuł, gdy w minionych edycjach rozgrywek od wicelidera tabeli dzieliło cię kolejno 25, 19, 10, 10 i 15 punktów, a teraz dzieli cię 20?

Konkurenci – o ile to nie jest zbyt duże słowo – mają więcej niż przechlapane.

Owszem, trwa akurat taki okres dziejowy, że na potęgę wygrywają również hegemoni z sąsiednich mocnych futbolowo krajów. Jednak we Włoszech wszyscy czekają, aż Juventusowi ponownie zagrożą inni potentaci (już stawia się Napoli), a we Francji dominację Paris Saint-Germain kibice znoszą jako historię nowiutką, o mimo wszystko nieznanej przyszłości (egzotyczni właściciele z Kataru), przed chwilą zakłóconą przez tytuł dla Monaco – zresztą w minionej dekadzie jeszcze dłużej rządził tam Lyon. Inaczej w Niemczech, gdzie sytuacja pozostaje stabilna. Co widać i na murawie, i w spokojnych ruchach szefów Bayernu, którzy wytargają za uszy każdego, kto próbuje się wychylić. Rosło w tym sezonie Schalke, rozrabiające na pozycji wicelidera? To zimą dowiedziało się, że latem straci Leona Goretzkę, swego najbardziej utalentowanego piłkarza.

Bayern plądruje ligę bezwględnie, w równiutkim rytmie. W 2018 roku podbierze Goretzkę – za darmo. W poprzednim sezonie dokazywało Hoffenheim, w latem 2017 oddało monachijczykom i Sebastiana Rudy’ego (za darmo), i Niklasa Süle (za 20 mln euro). Jeszcze wcześniej awanturowała się Borussia Dortmund, to w 2016 roku pożegnała Matsa Hummelsa (za 35 mln), a w 2015 – Roberta Lewandowskiego (za darmo). Wcześniej były wrogie przejęcia Mario Götzego, Manuela Neuera... Deprymujący cios otrzymują poddani mistrza co sezon, a odpowiedzieć nie są w stanie, mogą co najwyżej wypucować Bayernowi korki.

I jeszcze ten władczy styl: monachijscy zarządcy prowadzą najbardziej uporządkowany klub w europejskiej czołówce, więc transfery zazwyczaj załatwiają jeszcze zimą, by nie zaburzać letnich przygotowań. Trenerów też nigdy nie zwalniają w trakcie sezonu – choć kiedy uznają, że nie istnieje sensowna alternatywa, to zasadę łamią, jak jesienią w przypadku Carlo Ancelottiego. Kluczowa cecha mądrych menedżerów: pozostań elastyczny, nie pozwól zniewolić się starym nawykom, bądź gotowy zakwestionować prawdy, w które wierzysz najmocniej.

Po bieżącym sezonie przeświadczenie rywali, że znikąd nadziei, chyba jeszcze ulegnie wzmocnieniu. Okazało się, że nawet po ewidentnej zapaści – przy stratach punktowych tabeli tak dużych i sytuacji w szatni tak beznadziejnej, że trzeba podjąć bezprecedensowo drastyczną decyzję w  kwestii renomowanego trenera – Bayernowi wystarczy się otrzepać, tupnąć nogą, i znów rozstawia wszystkich po kątach.

Jak Robert Lewandowski – również sześciokrotny mistrz Niemiec, dwa tytuły zdobywał w Borussii Dortmund – który od wielu tygodni kopie sobie na pół etatu, a i tak zostanie królem strzelców z przewagą nad resztką stawki kolosalną, niespotykaną w Bundeslidze od początku lat 70., gdy grasował w niej Gerd Müller. Ciekawe, czy to możliwe: nie poczuć znużenia. I dla polskiego napastnika, i dla całego wielkopańskiego Bayernu.

środa, 04 kwietnia 2018

Cristiano Ronaldo

Wielu poważnych ludzi sugerowało, że gaśnie, ja też widziałem, że sił witalnych mu ubywa, bateria ewidentnie się wyczerpywała. Aż nastała wiosna 2017 w Lidze Mistrzów, podczas której Cristiano Ronaldo wysadzał w powietrze każdego, kto się nawinął – Bayernowi załadował pięć goli, Atlético Madryt oberwało trzema, Juventus w finale przyjął dwa. A potem nastała wiosna 2018 i piłkarz ponoć skończony oderwał się od ziemi, wystrzelił gdzieś pod jupitery, zburzył Turyn po przewrotce nie tyle sezonu, ile dekady. Jeśli przesadzam, to tylko trochę, w porywie chwili, zaraz po strzale miałem ochotę nagrodzić Portugalczyka najhojniejszym skojarzeniowym komplementem – porównać go mianowicie do Kamila Stocha.

O kierunku, w jakim Ronaldo ewoluował, najlepiej świadczy zmiana strategii antagonistów. Latami oskarżali go, że znęca się głównie nad słabymi rywalami, mocnych bijąc znacznie rzadziej – ostatnio, w desperackim poszukiwaniu argumentów, wrogowie krzywią się, iż supergwiazdor Realu Madryt oszczędza się tygodniami, by poszpanować w pojedyncze wieczory, wtedy, gdy przyciąga wzrok połowy ludzkości. Choć i to właśnie zostało unieważnione, ponieważ Portugalczyk tłucze już wszystkich, w ostatnich 14 meczach klubu i reprezentacji kraju włożył 25 goli.

Dlatego pomyślałem, że powinny tu wybrzmieć wprost podane następujące kwestie.

Primo, przestańmy analizować, jak Ronaldo się starzeje. On się chwilowo nie starzeje, prędzej obrał kierunek Benjamina Buttona – nie znamy dnia ani godziny, nie wiemy, ile to potrwa, ale na razie blisko mi do wykrzyknięcia, że Portugalczyk jest na boisku bardziej niebezpieczny niż kiedykolwiek wcześniej. Znów: jeśli przesadzam, to tylko trochę. Zmienił się jedynie styl gry.

Secundo, jeśli Ronaldo znów zatriumfuje w Lidze Mistrzów, to znikną ostatnie wątpliwości: zasłuży, by ogłosić, że spotężniał na ikonę Realu o rozmiarach co najmniej równych Alfredo Di Stéfano. I nie wyjeżdżajcie mi tu z wyliczeniami, kto ile czego dla królewskiego klubu nawygrywał, sportu nie wolno redukować do buchalterii wyników. Latający Ronaldo, podobnie jak mityczny poprzednik, wywarł piętno na całej epoce, i to nie tylko w Madrycie, zasięg jego powietrznych podróży jest ogólnoplanetarny.

Tertio, przestańmy powtarzać, że Robert Lewandowski to najlepszy środkowy napastnik na świecie. Najlepszy jest – odkąd uciekł ze skrzydła – Ronaldo.

15:26, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
Archiwum
Tagi