RSS
wtorek, 23 października 2007

Wielu kibiców, a kibiców siatkarskich w szczególności, ma tendencje do zaklinania rzeczywistości. Jeśli ślepo wielbią swoich idoli, to nie przyjmą do wiadomości, że idole też miewają wady. Jeśli ślepo wierzą, że idole będą zawsze wygrywać, to nie przyjmą wiadomości, że w drużynie źle się dzieje.

W reprezentacji Polski naprawdę dzieje się źle, o czym napisałem wczoraj, a reakcje sporej części czytelników są jakże symptomatyczne - pismaki znów próbują mącić, znów realizują swą naczelną misję pogoni za sensacją i dewastowania ogólnie wszystkiego, co im się nawinie pod klawiaturę.

Siatkarze szaleją na mundialu w Japonii

Nie chcę jeszcze raz przekonywać do swoich racji wyrażonych w artykule, interesuje mnie co innego. Oto kibice zaskakująco często sądzą, że ich interes jest całkowicie sprzeczny z interesem dziennikarza, że tego drugiego rozlicza się głównie za wywoływanie zadym. To teza nonsensowna, ale baaaardzo popularna.

Jest wręcz przeciwnie. (Pomijam tutaj pracujących w brukowcach, oni istotnie mają inne cele.) Może nie wypada mi się do tego przyznawać, bo dziennikarz powinien na zimno opisywać i analizować rzeczywistość, ale my też jesteśmy kibicami. Kibicami, którzy popadają w depresję, musząc opisywać notoryczne niepowodzenia - sam to przeżywałem, przez osiem lat jeździłem na niemal wszystkie możliwe turnieje kadry siatkarzy, a oni ponosili wyłącznie porażki lub klęski. Nie macie pojęcia, jak się wtedy człowiekowi okropnie nie chce. W ogóle niczego, nie tylko pisania.

Co więcej, my w sukcesach sportowców mamy swój własny, bezwstydnie partykularny interes, do czego chyba tym bardziej nie powinienem się przyznawać. Oto ich awanse na mistrzostwa, udział w największych turniejach, pozwala nam szaleć po całej planecie. Jak siatkarz awansuje na mundial w Argentynie, lecę do Argentyny. Jak go wezmą na Puchar Świata, lecę do Japonii, na której mam kompletnego bzika (w Japonii wszystko jest fajne albo intrygujące). To wtedy czujesz, że nie ma nic lepszego niż być dziennikarzem.

Mnie - dziennikarza - od Was - kibiców - różni tylko jedno: wy możecie udawać, że świat jest zawsze piękny, ja muszę pisać prawdę.

PS. Poza tym my, niestety, często wiemy znacznie więcej niż możemy napisać.

 

12:56, rafal.stec
Link Komentarze (8) »

Przeglądam zaległe numery ”La Gazzetta dello Sport” i patrzę na infografikę z piątku, na której dziennikarze oceniają szanse na awans reprezentacji walczących o Euro 2008. Patrzę i nic nie rozumiem. Ich zdaniem prawdopodobieństwo, że Polacy wystąpią na turnieju w Austrii i Szwajcarii, wynosi ledwie 65 procent. Wyżej wyceniają akcje Portugalii, która przecież w tabeli jest niżej, a ludziom Beenhakkera urwała ledwie punkt.

W głowie się nie mieści, jak fatalną reputację mają nasi piłkarze za granicą. ”La Gazzetta” to nie jest przecież byle piśmidło wypisujące byle co, lecz najważniejszy obok francuskiego ”L'Equipe” sportowy dziennik w Europie, a mimo to jej eksperci nie chcą widzieć oczywistych argumentów:

1) Polakom wystarczy jedno zwycięstwo w dwóch meczach.

2) Najbliższymi rywalami są Belgowie, którzy w eliminacjach grają bardzo słabo i dawno stracili wszelkie szanse na awans.

3) Belgów nasi piłkarze podejmują u siebie, a pokonali ich już na wyjeździe.

Prosta analiza faktów i najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiada, że w takich okolicznościach kibice - i fachowcy też! - mają pełne prawo zakładać, iż awans jest tuż tuż. Włosi tymczasem wyżej szacują szanse Norwegów, którym w następnym meczu swojej grupy wystarczy co prawda remis (przy późniejszym zwycięstwie nad Maltą), lecz nie zmierzą się z przegranymi Belgami, lecz wciąż bijącą się o Euro 2008 Turcją. Drużyną pełną świetnych piłkarzy, pochodzącą z kraju z dwoma klubami w Lidze Mistrzów...

O awans jestem dziwnie spokojny, póki co to nie Włosi dobierają finalistów, ale jednak męczy mnie pytanie: ile musiałaby sprawić niespodzianek reprezentacja Polski, by świat uwierzył, że umie grać w piłkę?

01:07, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 października 2007

Wyrzucony dzisiaj z Zagłębia Lubin Czesław Michniewicz umie podsycać harmider wokół swojej osoby, tak jak umie dbać, by media widziały w nim trenerskiego wybrańca. Dziś nikt już nie pamięta, skąd się wzięło pseudo ”Polski Mourinho”, brzmi ono - biorąc pod uwagę poziom naszej piłki - groteskowo, ale Michniewicz raczej go nie zwalczał, choć oficjalnie przyznaje się do fascynacji innym wirtuozem trenerki, Rafaelem Benitezem.

O metodzie Mourinho, która dała mu bezwarunkową, czasem wręcz histeryczną lojalność piłkarzy, pisałem kilka dni temu. Portugalczyk kupił ich wierność, bo po niepowodzeniach zawsze brał całą winę na siebie, bo bronił ich niezależnie od skali boiskowych zbrodni, które popełniali, bo się dla nich narażał.

Michniewicz, choć zobowiązany zaszczytnymi porównaniami, zachowywał się inaczej. Zupełnie inaczej. Po kiepskich meczach Zagłębie szukał winy wyłącznie poza sobą, zwalał ją na zawodników, publicznie znęcał się nad ich kiepską formą. Mourinho potrafił krytykującego jego graczy trenera Arsenalu zwyzywać od podglądaczy (że niby co rusz zagląda, zboczeniec, do cudzej szatni), a Michniewicz gorliwie przytakiwał, kiedy zawodników krytykowali dziennikarze. Efekt? Lider Chelsea Frank Lampard pewnie już kombinuje, jak dziś, w ponurej erze bez Mourinho, zbiec do Barcelony, a lider Zagłębia Maciej Iwański skarży się, że jego szkoleniowiec udaje nieomylnego. I ani on, ani koledzy po byłym szefie nie płaczą.

Reguły PR to Michniewicz może i opanował, ale na razie nie pojął, że trener z klasą nie go stosuje po to, by reklamować siebie, lecz pomagać drużynie.

PS. A przecież dał Michniewiczowi przykład Beenhakker: powołał zesłanego w Zagłębiu na ławkę rezerwowych Łobodzińskiego, a ten, rzekomo będąc w beznadziejnej formie, był najlepszy na boisku - przed zgaśnięciem światła - w meczu z Kazachstanem.

21:25, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 października 2007

Od pamiętnego wieczoru, kiedy Kaczor przegrał debatę z Tuskiem, po czym na konferencji prasowej ogłosił, że ją wygrał, za wart rozważenia uważam mój własny - nie chwaląc się - pomysł, by zrobić go trenerem piłkarskim. Może nie trenerem reprezentacji, bo ta ostatnio zwycięża, ale np. jednej z drużyn klubowych, które przegrywają, ile wlezie, w europejskich pucharach. Piłkarze jak zwykle oberwaliby od potęg z Białorusi lub Łotwy, ale Kaczor szybko uspokoiłby nastroje, informując, że wcale nie oberwali. Jakieś 31 procent narodu, sądząc po przewidywanych wynikach wyborów, by mu uwierzyło.

Ewentualne podchwytliwe pytania, skąd Kaczora pogląd, że wygrał, skoro przegrał, też byłyby niegroźne. Pewne rzeczy są przecież w oczywisty sposób oczywiste. Gdyby natomiast Białorusini lub Łotysze nastrzelali tyle goli, że ich porażka byłaby jednak ciut mniej oczywista, można by obwieścić, że mecz został sfałszowany.

Brudzę paluchy smędzeniem o polityce, bo od czekania na wyniki wyborów człowiek głupieje, zwłaszcza jeśli powód opóźnień jest tak idiotyczny jak cisza wyborcza. (Dlaczego niby nie mogłem dzisiaj agitować, nie mogę ni cholery zrozumieć, choć gdybym mógł, to i tak bym nie agitował, wyjąwszy oczywiście odruchowe pomruki antykaczorowe. Teraz - o godz. 22.14 w niedzielę - czuję się, jakby mi przesunęli finał Ligi Mistrzów, bo medialni fachowcy zbyt jednomyślnie typowali faworyta.) Tymczasem z punktu widzenia blogera sportowego te wybory nie były nie tylko najważniejsze od 1989 roku, ale właściwie w ogóle się nie odbyły, bo żadna partia o sporcie nie wspomniała nawet przez pomyłkę. Pozornie jest inaczej, pozornie nastąpiła właśnie zmiana przełomowa. Kaczor to był przecież najbardziej antysportowy premier pośród wszystkich premierów, których pamiętam, i trudno sobie wyobrazić nie tylko to, jak wsadza piłkę do kosza, ale nawet podbiega z kotem do autobusu. A Tusk sport - ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej - lubi, więc moglibyśmy podejrzewać, że mu pomoże.

Niestety, obojętność na sprawy sportu jest w Polsce bezwyjątkowo ponadpartyjna, więc pewnie będzie, jak było. Ministerstwo Sportu pozostanie w najbliższych latach biurem do spraw organizacji Euro 2012, a myśleniem dalekowzrocznym i strategicznym urzędasy wciąż się będą brzydzić.

Na wszelki wypadek jednak podsuwam trzy idee, nad którymi politycy powinni się moim zdaniem zająć. Gdyby ktoś jakiegoś polityka spotkał, proszę mu przekazać.

Po pierwsze, wciąż niezrealizowana pozostaje koncepcja Zbigniewa Drzymały, by zachęcać do inwestowania w sport przychylnymi mu przepisami podatkowymi (bo jest on biznesem społecznie pożytecznym), ewentualnie stworzyć specjalny fundusz, by wpływy z podatków związanych ze sportem wracały do sportu. Brzmi bardzo nudno, ale jest tak samo bardzo ważne.

Po drugie, parlament powinien samorządy ustawowo zobowiązać do wydawania pieniędzy na sport a nie tylko dopuszczać taką możliwość.

Po trzecie, władza mogłaby ruszyć z wielką akcją propagującą sport, np. wykorzystując media publiczne (Notabene zauważyliście, że w wieczór wyborczy sztab PiS wpatrywał się w telebim z TVN24, a nie odzyskaną TVP?). Mieszać w głowach politycy lubią i umieją, a ludzi da się zmusić do ruchu, o czym świadczy m.in. sukces akcji ”Gazety” zachęcającej do biegania. Prostowanie krzywych kręgosłupów można by połączyć z koncepcją wymienioną w poprzednim akapicie - jestem przekonany, że rozrost ścieżek rowerowych wymiótłby z samochodów sporo osób, które z powodu korków wchodzą do pracy wściekłe.

Potrzeb jest pewnie więcej, ale teraz przyszły mi do głowy akurat te trzy pomysły. I tak pewnie za dużo jak na możliwości potwornie zapracowanych parlamentarzystów. A co do trenerskiej kariery Kaczora, to jak ulałby leżałby na nim strój Zagłębia Lubin. Jedyny klub zamieszany w aferę korupcyjną, którego wydział dyscypliny PZPN nie ukarał, bo nie dostał dokumentów z prokuratury, co nie pozostaje w żadnym związku z tym, że jego prezes był kiedyś szefem opolskiej młodzieżówki PiS, a jego właścicielem jest spółka skarbu państwa KGHM. Z trenerem Kaczorem byłoby jeszcze piękniej. Zagłębie przegrywałoby wyłącznie mecze sfałszowane.

 

23:08, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2007

Zwierzenia Didiera Drogby, jakoby od dawna chciał odejść z Chelsea, to takie same dyrdymały, jak przysięgi innych piłkarzy, że od dziecka marzyli, by grać w tym właśnie klubie, od którego akurat wyszarpali - albo zamierzali wyszarpać - suty kontrakt. Nie wierzę mu w ani jedno słowo. On po prostu kochał wyrzuconego z klubu Jose Mourinho, teraz mu smutno i czuje wszechogarniającą pustkę, a w tej wszechogarniającej pustce wyraźnie widać, że Stamford Bridge to nie futbolowa katedra w typie Camp Nou czy Santiago Bernabeu, lecz byle rudera zaludniana przez parweniuszy zasypanych szmalem Romana Abramowicza.

Z jego postawy wnioski powinni jednak wyciągnąć wszyscy trenerzy świata. Chcesz, żeby piłkarze rzeczywiście poszli za tobą nie tylko w ogień, ale zrobili coś znacznie bardziej spektakularnego - pokazali język szefom klubu o potencjale Chelsea? Wystarczy naśladować Mourinho. Piłkarzom się nie chciało i przegrali haniebnie mecz, to mówisz: zawiodłem jako trener, zupełnie nie udało mi się ich zmotywować. Twój obrońca zasłużył na czerwoną kartkę, bo połamał rywalowi obie nogi i odgryzł mu ucho, to rozkładasz ramiona: incydentu nie zauważyłem, akurat zawiązywałem sznurówki. Twój napastnik strzelił gola z ewidentnego spalonego, to uderzasz: widziałem wszystko ze szczegółami, bramka była w stu procentach prawidłowa. Ktoś cię pyta o klasę twoich zawodników, to wymieniasz: mam najlepszego bramkarza na świecie, najlepszego lewego obrońcę na świecie, najlepszego prawego obrońcę, najlepszego środkowego obrońcę, najlepszego lewoskrzydłowego itd. No chyba, że do ataku prezesi ci wcisną kiepszczaka Szewczenkę, wtedy wyhamowujesz.

Piłkarze Chelsea pokochali trenera Mourinho na zabój, bo stawał w ich obronie zawsze (nawet kiedy wychodził na idiotę), a przed ważnymi meczami ściągał całą presję na siebie, byle ich odciążyć. Zazwyczaj musiał kłamać, ale dla niego cel uświęcał środki, więc ściemniał, ile wlezie. I to działało. Działa do dziś. Chelsea się rozpada (typuję, że następny po Drogbie będzie Lampard), a kolejny pracodawca będzie wiedział, że po zwolnieniu Portugalczyka czeka go już tylko potop.

Mourinho to atrakcja także dla dziennikarzy, ale akurat z nimi - czy raczej: z nami - jest tak, że lubimy też tych trenerów, którzy zawsze szukają winy poza sobą. Obejrzyjcie sobie największego trenerskiego nerwusa wszech czasów, niejakiego Trapattoniego. Dla mnie ta konferencja prasowa Bayernu Monachium to absolutny futbolowy megahit, choć jego głównego bohatera piłkarze - przynajmniej niektórzy - raczej nie kochali:

23:58, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
Archiwum
Tagi