RSS
środa, 08 marca 2017

Arsenal, Arsene Wenger

„Nie bardzo się mam. Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał” – odparł Kłapouchy i pewnie nie przyszło mu do łebka, że długo po nim przyjdzie cały tłum Kłapouchych, że perfekcyjnie wyraził stan ducha fanów Arsenalu dręczonych przez Arsene’a Wengera w drugiej dekadzie XXI wieku.

Mówimy o fanach bez wątpienia nieszczęśliwych, ale nieprzesadnie, przecież nie spadła na nich żadna wielka tragedia. Nikt ich nie przypalał brakiem awansu do Ligi Mistrzów, nikt ich nie podtapiał klęską w fazie grupowej Ligi Mistrzów – co spotykało wszystkich innych okolicznych kibiców, nawet wspierających Manchester United czy Chelsea. Arsenal osiągał wyniki dotkliwie średnie, moment na pożegnanie się z rozgrywkami dobierając z morderczą konsekwencją:

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

Dramatu nie ma, w dodatku można częściowo usprawiedliwić Arsenal klasą przeciwników, londyńczycy wpadali bowiem zazwyczaj na wielką Barcelonę lub wielki Bayern. Cierpisz tu raczej z nudów. Dlatego zresztą rozrzuciłem te najnowsze siedem sezonów po siedmiu akapitach – żeby czytelników zamulić, żeby nawet vbezstronni wpadli w stupor i poczuli klimat.

Im bardziej zatem Puchatek zaglądał do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, tym bardziej Arsenalu tam nie było. Choć były w przywołanym okresie m.in. Wolfsburg, Benfica (dwukrotnie), Monaco, FC Porto, Borussia Dortmund, Galatasaray, Malaga, Olympique Marsylia, Schalke, Szachtar Donieck, Tottenham, a nawet – uwaga, uwaga, słychać werble i brykającego Tygryska – cypryjski APOEL.

Znaczy każdemu się czasem trafia. Każdemu, tylko nie Arsenalowi. Arsenalowi, który śni o potędze, którego nie usatysfakcjonowałby w pełni nawet ćwierćfinał, który co sezon wysłuchuje trenerskich obietnic, że powalczy także o mistrzostwo kraju.

W lidze angielskiej też wiedzie mu się jednak przeraźliwie średnio. Nigdy beznadziejnie, ale i nigdy porywająco. Choć między 2005 a 2014 rokiem londyńczycy przeżyli najdłuższy okres bez zdobycia żadnego trofeum od lat 60. ubiegłego stulecia, to w żadnym sezonie nie stoczyli się na dno lub w jego pobliże.

Wróćmy jeszcze raz do bieżącej dekady – w najmarniejszym statystycznie sezonie tego okresu zdobyli w lidze ledwie 11 punktów mniej niż w najlepszym. W Manchesterze United ta rozpiętość wynosi 25 pkt. W Manchesterze City – 23 pkt. W Chelsea – 32 pkt. W Leicester nie sposób jej obliczyć, ponieważ Leicester zaczynało dekadę w drugiej lidze.

Wszyscy wymienieni zdobywali jednak mistrzostwo kraju. Czasem upadali bardzo nisko, czasem wzlatywali bardzo wysoko. W Champions League to samo – piłkarze United i Chelsea obcałowywali trofeum, a piłkarze City dofruwali do półfinału, w którym ulegli minimalnie (0:1 w dwumeczu) Realowi Madryt, późniejszemu triumfatorowi. Losów debiutujących w elicie bohaterów Leicester jeszcze nie znamy – niewykluczone, że wkradną się do ćwierćfinału, w Sewilli ulegli ledwie 1:2 – ale nawet oni zdążyli już nie tyle „nie przynieść wstydu”, ile zapisać się w sensie historycznym. Nikt przed nimi nie zdołał zachować czystego konta w czterech inauguracyjnych meczach tych rozgrywek.

Wygląda to zatem trochę tak, że otaczają was piłkarze, którzy bywają natchnieni i bywają skrajnie zdołowani, a wy, Arsenal, spokojnie sobie dłubiecie, żeby jakoś to było. Nikt nikogo nie popędza, nikt nie wymaga Bóg wie czego. Wasza mała stabilizacja.

A przecież poprzedził ją niesamowity odlot. Trener Arséne Wenger podpisał swoim nazwiskiem angielskie arcydzieło wszech czasów – legendarną drużynę „Niezwyciężonych”, która mistrzowski sezon przetrwała bez żadnej porażki, oszałamiając stylem gry, by w następnym sezonie, już tylko wicemistrzowskim, oszałamiać bodaj jeszcze bardziej.

To była ostatnia wielka drużyna, jaką Francuz stworzył. Tak wielka, że musiała zostawić niezmywalne piętno na świadomości kibiców. „Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” – rzekł pewnego dnia Kubuś Puchatek, choć nie kibicował Arsenalowi.

Teoretycznie ta wielotomowa baśń – najpierw cudowna, potem posępna – opowiada o Trenerze O Bardzo Dużym Rozumku, który stał się Trenerem O Bardzo Małym Rozumku.

Podstawowe fakty znamy. Kiedy Wenger przylatywał do ligi angielskiej w 1996 roku, miał gigantyczną przewagę nad lokalną konkurencją. Wylądował w ciemnogrodzie, więc wystarczyło mu zamienić w diecie piłkarzy panierkę i browar na brokuły i wodę mineralną (upraszczam, wiem, przepraszam), by zostać rewolucjonistą. Ciemnogród był odizolowany od świata, więc nie miał pojęcia, w przeciwieństwie do Francuza, że z transferowego rynku można za bezcen wyławiać przyszłe gwiazdy formatu Thierry’ego Henry’ego. Wyspiarskie kluby zatrudniały wtedy ledwie kilku zagranicznych trenerów, a od tamtej pory proporcje się odwróciły – zatrudniają ledwie kilku rodzimych, i to wyłącznie w klubach z dołów tabeli.

Wenger za nimi nie nadążył. Jak głosi raczej zgodna opinia ekspertów, nie ewoluował i nie umiał zareagować na nowe okoliczności (utratę tamtych naturalnych przewag). Od siebie dodałbym, że stracił wiarę w potęgę treningu. Plótł jak ekonomista z wykształcenia (ma dyplom), zanudzając nas udowadnianiem, że rywale są bogatsi, zamiast skupić się na mozolnym wykuwaniu drużyny, która przynajmniej raz na jakiś czas odpali. Bez końca oglądaliśmy więc te same sceny, np. szokujące odrętwienie obrońców, którzy w meczach najważniejszych, z potentatami, zastygali w najgorszych momentach, biernie przyglądając się przeciwnikom rozrabiającym w arsenalskim polu karnym.

Ten obraz widać jednak tylko z perspektywy sportowej. Gdy zamienimy ją na biznesową, Wenger rośnie na Trenera O Największym Rozumku.

Sportowa stabilność londyńczyków czyniła ich sprawnie funkcjonującym przedsiębiorstwem. Jak wiadomo dzięki wielu analitykom zajmującym się i futbolem, i ekonomią, idealny klub dla właścicieli biznesmenów wygląda tak: wyśrubowane ceny biletów, wystrzeganie się fetyszyzowania trofeów i zarazem przesadnego przegrywania, rosnące notowania na giełdzie.

Wypisz wymaluj Arsenal. Wejściówki sprzedaje najdroższe na świecie, a przegrywa w gruncie rzeczy, z ekonomicznego punktu widzenia, tylko trochę. Od 1997 roku, czyli od 19 sezonów, bez przerwy uczestniczy w lukratywnej Lidze Mistrzów, ustępując pod tym względem tylko Realowi Madryt.

Rozumiecie, misie o maluteńkich rozumkach? To drugi najrówniejszy klub po Realu Madryt. I oczywiście nigdy nie odpada w fazie grupowej. Panom pilnującym, żeby kasa się zgadzała, cały czas dostarczana jest pełna beczka miodu, w ich brzuszkach nigdy nie burczy. Wenger, idealny trener klubowych akcjonariuszy. Bratnia dusza, zawsze zasługująca na wsparcie. Bo różnica między krajowym tytułem mistrzowskim a wicemistrzowskim jest stosunkowo niewielka, co najwyżej prestiżowa – najwięcej dzieli awans od braku awansu do LM, czyli w przypadku Anglii czwarte od piątego miejsca. Reszta ta drobne.

Od lat podejrzewam (pewnie nie tylko ja), że niezależnie od deklaracji w Arsenalu nie ma specjalnego parcia na poważniejsze wygrywanie. I na samej górze, i prawie na samej górze, i jeszcze niżej, spływa ten stoicki spokój na sam dół, aż po doskonale opłacanych graczy. We wtorek, po ostatnim gwizdku dwumeczu przegranego z Bayernem 2:10, histeryzują też głównie kibice, wpatrujący się w rubryki z nie najważniejszymi cyframi. Awans do LM był, przetrwanie jesieni też, więc klub, jak zresztą podkreślił Wenger, znajduje się w doskonałej kondycji.

Choć tym razem może się okazać, że londyńczycy jednak przeholowali, że o uratowanie wymarzonej czwartej pozycji może być tej pluszowej drużynie trudniej niż kiedykolwiek. I niewykluczone, że pożegnanie z najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach Arsenalu nastąpi jednak po porażce. Jedynej prawdziwej porażce w bieżącej dekadzie.

„– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?

– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

niedziela, 05 marca 2017

Zlatan Ibrahimovic, Artur Boruc

Kilka dni temu zignorowałem rozstanie z reprezentacją Artura Boruca, bo nie czułem konieczności żegnania bramkarza, którego status w kadrze zmieni się tylko pozornie – od dawna jest rezerwowym za rezerwowym – natomiast jego kariera klubowa trwa. Zrewidowałem opinię wskutek emocji, jakie wywołał polski bramkarz w polskich kibicach, a także wskutek fantastycznego sobotniego występu przeciw Manchesterowi United. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

piątek, 03 marca 2017

Populacja Kataru składa się z 2,67 mln osób – ujawniło tamtejsze Ministerstwo Rozwoju, Planowania i Statystyki. Co oznacza, że odkąd w 2010 r. państewko znad Zatoki Perskiej otrzymało (kupiło?) prawo do piłkarskiego organizacji mundialu, przybyło mu 64 proc. mieszkańców. Wtedy ich liczba sięgała bowiem, również wedle oficjalnych danych, ledwie 1,63 mln.

Dla porównania: gdyby w Polsce otrzymanie prawa do organizacji mistrzostw Europy wywarło identyczny efekt, jej ludność musiałaby spuchnąć z 38 mln do 62 mln głów.

Analogia jest uprawniona, ponieważ Katarczycy wraz pomyślnym werdyktem FIFA rozpoczęli gargantuiczną operację logistyczno-budowlaną, która swój finał ma znaleźć nie tylko w absolutnie niepowtarzalnym mundialu – luksusowym jak nigdy, nowoczesnym jak nigdy, drogim jak nigdy, w ogóle wszystko jak nigdy –  ale także w kompletnym przeobrażeniu kraju. Dlatego potrzebują wielu ton siły roboczej.

Siła robocza – złożona z imigrantów, zwłaszcza z Indii, Nepalu, Bangladeszu oraz Filipin – obejmuje koło 2,1 mln mieszkańców. Niezbędnych tym bardziej, że autochtoni nie paskudzą sobie rąk prostymi pracami, poprzestając na zarządzaniu. Tworzą kastę panów, których ktoś musi obsługiwać.

Znów: gdyby u nas obowiązywały identyczne proporcje, 38-milionowe społeczeństwo składałoby się w przybliżeniu z 8 mln Polaków oraz 30 mln usługujących im importowanych niewolników.

Katarska piaskownica to okolica unikalna, ale nie tak unikalna, jak pomysł, żeby zorganizować tam globalne igrzyska piłkarzy. I nie tak, jak skala przedsięwzięcia – nie zawsze bezpośrednio związana z turniejem – które tamtejsi bonzowie, utuczeni na gazie, finansują.

Wiem, blogowałem już na ten temat, ale wracam, bo sytuacja jest rozwojowa. Stale przybywa dowodów na tezę, że mundial w Katarze to najbardziej groteskowe i najbardziej monstrualne dziwo w całej historii zawodowego sportu. I że w ogóle wszystko, co się tam dzieje, można opisywać wyłącznie słowami ekstremalnymi.

12 mundialowych stadionów Katarczycy muszą pomieścić na powierzchni 11 586 km². Więcej nie mają. Jeszcze raz: wyobrażacie sobie 12 hiperlśniącowypasionych obiektów w świętokrzyskim, drugim najmniejszym województwie w Polsce? A Katarczycy stłoczą je w jeszcze większym ścisku. Dwa najbardziej oddalone od siebie ma oddzielać około 55 km. I wszystkie mają zostać połączone... metrem.

Katar, mundial 2022, stadiony

Nie namawiam do wyobrażania sobie stada stadionów związanych nitkami metra, bo wiem, że akurat to może dalece przekraczać nasze moce mentalne, w końcu nawet pojedynczą niteczkę budowaliśmy dekadami, i to za komuny, która akurat strategicznym zrywom powinna sprzyjać. Podpowiem tylko, że tyle stadionów co najmniej 40-tysięcznych zafundowało sobie kilka krajów na świecie. Ciut większych i ciut ludniejszych – USA, przez Wielką Brytanię i Niemcy, po Chiny i Japonię. Nawiasem mówiąc, niektóre katarskie powstaną w miastach, które na razie nie istnieją. Jak Lusail.

Minister finansów Ali Shareef Al-Emadi poinformował w ubiegłym miesiącu, że na inwestycje związane z mundialem Katar wyda około 200 mld dol. Trochę przesadza, bo miał na myśli m.in. lotnisko, drogi, kolej, porty czy szpitale, czyli infrastrukturę niepiłkarską, ale... Przypominam: to teren jak świętokrzyskie, zamieszkany przez trochę ponad pół miliona tubylców i 2,1 mln niewykwalifikowanych pracowników imigrantów.

Ostatnie porównanie: budżet (ponoć rozdęty) 38-milionowej Polski na bieżący rok to około 94 mld.

Mniej niż połowa niż budżet na 28-dniową imprezę sportową. Na mundial, którego nie chce nikt poza FIFA i Katarem.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 25 lutego 2017

Leicester, Claudio Ranieri

Claudio Ranieri wylany. 10 stycznia został uhonorowany nagrodą dla najlepszego trenera na świecie minionego roku, a 23 lutego stracił posadę w Leicester. Wykopali go z klubu, z którego piłkarzami ledwie parę miesięcy wcześniej wywołał bodaj największą sensację w dziejach angielskiego futbolu.

Nie stało się nic zaskakującego. Blogowałem kilka tygodni temu, że albo go wyproszą, albo zlecą z ligi, a zsunięcia się Leicester na pułap walki o utrzymanie spodziewałem się już wtedy, gdy zdobyło mistrzostwo. Zastanawiałem się najwyżej, czy zdążą – kiedy sytuacja zrobi się aż tak beznadziejna, że przezwyciężą moralny szantaż opinii publicznej, której bezwarunkowe wsparcie Ranieri musiał mieć z oczywistych względów. Kibice piłkarscy to wszak jedna z najbardziej rozsentymentalnionych grup społecznych. Tacy fani „Króla Lwa”, tylko nieco głośniejsi.

Ranieriego więc pogonili, a cała Europa zalała się łzami. Porównywalnego szlochu na Wyspach – i nie tylko tam – nie słyszałem od śmierci Lady Diany. Jak rozczulała publikę tamta celebrytka, tak rozczula ją włoski trener, choć oczywiście z innych powodów. Był głównym bohaterem wzruszającej bajki. Bohaterem i reżyserem, w dodatku reżyserem z przeszłością, w której jego kompetencje notorycznie – i niesłusznie! – kwestionowano. Chlip, chlip, chlip. Dlatego Ranieri stał się nietykalny. Cytowałem tu internetowe wersety kibiców, którzy wzdychali, że wraz z wylaniem go z roboty „stracą wiarę w piłkę nożną”, że „wolą spadek do drugiej ligi z nimi niż utrzymanie się bez niego”.

Też chciałem, żeby Włoch został do samego końca. Wprawdzie zwalnianym trenerom z czołówki niełatwo współczuć – biorą wielomilionową odprawę i zaraz znajdują następną nieźle płatną posadę – ale jestem miłośnikiem fajnych fabuł, a opowieść o Ranierim, który najpierw bierze mistrza, a potem stacza się do drugiej ligi, byłaby fajniejsza niż Ranieri zwolniony za złe wyniki. Poza tym jako kibic piłki kopanej też bywam sentymentalny. Staram się z tym walczyć, nie znoszę tego u siebie, ale bywam.

Merytorycznie decyzja jest bardzo typowa. Piłkarze Leicester nie dość, że od miesięcy grają źle, to grają coraz gorzej. Ostatnie pięć ligowych meczów przerżnęli, w ostatnich pięciu meczach nie wytuptali ani jednego gola – 0:2, 0:3, 0:1, 0:3, 0:3 to zdecydowanie najgorsza seria w czołowych ligach Europy. Przede wszystkim jednak przestali trenerowi ufać, przestali go lubić, przestali go słuchać. Nie będę przywoływał szczegółów, bo w angielskich mediach się od nich roi.

Niewykluczone, że szefowie Leicester popełnili błąd. Może Ranieri był w stanie wszystko naprawić, może jego następca nie zapobiegnie katastrofie. Ale w chórze oskarżycieli słychać niewiele argumentów merytorycznych, wszystko zagłuszają kwestie etyczne – zwolnienie włoskiego trenera to niewdzięczność. Znane zjawisko, przywoływałem tu przypadek Otto Rehhagela, który po zdobyciu mistrzostwa Europy z Grecją (wszechsensacja, jak z sukcesem Leicester) zasłużył na to, by sam zdecydować, kiedy odejdzie. I utrzymał stołek niemal dekadę.

Futbol reprezentacyjny to jednak inna bajka. Zawalisz eliminacje do mundialu czy Euro, to masz następne – startujesz z tego samego miejsca, grozi ci w najgorszym razie niższe rozstawienie w losowaniu. (Sam z uznaniem pisałem do „Kopalni” o Vicente del Bosque, który jako selekcjoner hiszpańskiej kadry uznał, że starzy mistrzowie, którzy razem tyle powygrywali, mają też prawo razem przegrać). Skutki spadku z ligi bywają nieodwracalne. Tracisz nie tylko szmal z praw telewizyjnych, ale i piłkarzy z ambicjami, więc na powrót do elity możesz czekać całą wieczność. Albo powrotu w ogóle nie dożyć.

W Anglii straty finansowe są szczególnie dotkliwe. W tym sensie Ranieri jest ofiarą komercjalizacji futbolu – komercjalizacji, której ja nie lubię, a wielu kibiców wręcz nienawidzi, choć zawodnicy czy trenerzy, na pewnym poziomie obowiązkowo milionerzy, raczej się przeciw niej nie buntują.

Jeśli jednak skupić się na czystym sporcie, cel pozostaje niezmieniony. Uchronić drużynę przed degradacją. I nawet gdyby w konflikcie piłkarze kontra trener zawinili ci pierwsi, to wymienić ich teraz – po zamknięciu okna transferowego – nie sposób, zabraniają tego przepisy. Nawiasem mówiąc, czy jeśli trener po sukcesie wszech czasów jest nietykalny, to czy jego podwładni po sukcesie wszech czasów też? Czy kibice wściekną się, jeśli największy król strzelców w dziejach kosmosu po kilku meczach skandalicznej fuszerki usiądzie na ławie albo na trybunach? A po 25 meczach?

Naturalnie wykażą zrozumienie, definicja pojęcia „lojalność” wśród fanów piłki nożnej jest osobliwa, przesycona hipokryzją, niekiedy wręcz nonsensowna. Uważają, że dobry piłkarz powinien być wierny barwom, ale nie zarzucają władzom klubu niewierności, gdy te pozbywają się patałacha. Jeśli ktoś od Kalego odejść, to jest zły uczynek, ale jeśli Kali każe komuś odejść, to jest dobry.

Dlatego podsunąłbym im do myślenia: otóż prezes Vichai Srivaddhanaprabha zapewne nie jest idiotą, choć pochodzi z Tajlandii i nosi dziwne nazwisko – europocentryzm wiecznie żywy, tylko my, Europejczycy, mamy prawidłowo działające mózgi – więc wiedział, jaką awanturę wywoła, gdy posunie Ranieriego. Awanturę psującą wizerunek klubu, być może szkodliwą również z biznesowego punktu widzenia (choć dla mitu trenera raczej pomocną). I jeśli to zrobił, to pewnie poczuł, że nie ma innego wyjścia.

Nie wiemy, czy piłkarze grozili rebelią, czy po prostu nie mogli już na szefa patrzeć, ale wiemy, że go nie chcieli. Niewdzięcznicy.

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
czwartek, 23 lutego 2017

Prześladowała mnie myśl, że w Amsterdamie podogrywkowa seria rzutów karnych jest finałem nieuniknionym i jedynie logicznym. Legia przeżywa sezon niewiarygodny, pełen bezprecedensowych przygód, więc tej awanturniczej epopei ewidentnie brakowało jedenastek – pierwszych w dziejach europejskich popisów stołecznego klubu. Zwłaszcza że w obu ostatnich meczach (wygranym 1:0 ze Sportingiem oraz zremisowanym 0:0 z Ajaxem) piłkarze przyzwyczaili nas, że ich pole karne najechać trudno, nie tracą zimnej krwi, potrafią osiągać cel pomimo wyższych umiejętności rywali.

I do przerwy znów trzymali fason. Owszem, piłka trafiała w ich słupek – na takie przykrości narażone są wszystkie drużyny pozwalające oblegać swoją bramkę. Ajax nie zdołał jednak ani razu celnie strzelić. Uwijał się ofensywnie, nie oddawał piłki, ale więcej było z tego dymu niż ognia.

Długo wyglądało to, podobnie jak w Warszawie, na mecz bardzo utalentowanych chłopców ze słabiej od nich wyszkolonymi technicznie mężczyznami – napastnik Kucharczyk mógłby się uczyć gry nogami od bramkarza Onany – którzy sporo już przeżyli. Legia to wszak ekipa wyczynowców dojrzałych, weteranów wielu europejskich kampanii, o przeciętnej wieku graniczącej z trzydziestką, z obytą defensywą (37-letni Malarz, 32-letni Broź, 30-letni Dąbrowski, 30-letni Pazdan, 29-letni Hlousek).

A jednak ci ostatni mieli tuż po przerwie chwilę roztargnienia. Biernie reagowali (i byli fatalnie ustawieni) na kombinacyjną akcję Ajaxu, bramkarz bez przekonania bronił strzału Younesa, przy dobitce nie miał szans. I mogła Legia przegrać znacznie wyżej, bo ustępowała rywalom bardziej niż sugeruje wynik dwumeczu. Choć pojedynek chłopców z mężczyznami trwał do ostatnich sekund – pierwsi nie umieli zapewnić sobie spokoju spokojnym utrzymywaniem piłki, drudzy nie ustawali w próbach wyjścia z samych siebie. Emocje ustały dopiero z gwizdkiem sędziego.

Historia naszego futbolu w ostatnich latach przyspieszyła. W 2013 r. ujrzeliśmy trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2014 r. podziwialiśmy triumf reprezentacji nad Niemcami, co też nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2015 r. Robert Lewandowski zatrzymał się tuż przy podium plebiscytu Złota Piłka, na co czekaliśmy od trzech dekad, i od tamtej pory coraz bliżej mu do polskiego snajpera wszech czasów. W 2016 r. drużyna Adama Nawałki odpadła z mistrzostw Europy dopiero w ćwierćfinale (znów: nigdy wcześniej się nie zdarzyło), za jego kadrowiczów renomowane firmy jęły płacić rekordowe pieniądze, a Legia awansowała do Ligi Mistrzów, czego przedstawiciel ekstraklasy nie dokonał od 20 lat. Szaleństwo. Jakbyśmy ominęli kilka etapów rozwoju, z epoki kamienia łupanego skacząc wprost do epoki oświecenia.

Wreszcie nastał rok 2017 i postanowiliśmy sforsować kolejną barierę. Gdyby jeszcze polski klub o tej porze roku triumfował w dwumeczu w Europie, historia naszej piłki weszłaby w galop. Skalę wyzwania, przed jakim stanęła Legia, uzmysławiają wyjazdowe wyniki w europejskich meczach rozegranych w minionym ćwierćwieczu wiosną: 0:1, 0:1, 0:0, 0:2, 1:2, 1:4, 3:3, 0:3. Ledwie jeden uciułany remis, siedem porażek, gol wciskany raz na bite 240 minut gry.

Legia nie podołała, ale postęp jest bezdyskusyjny. Sezon w sezon rozgrywa kilkanaście meczów w pucharach i choć daleko jej do firm wielkich i największych – zgrupujmy je w Europie pierwszej prędkości – to osiągnęła tempo Europy drugiej prędkości. Reszta polskich klubów leży na naszym kontynencie tylko teoretycznie. 

21:30, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 21 lutego 2017

Mgnienie oka

Przewidywanie przyszłości jest, jak powszechnie wiadomo, błędem poznawczym wybitnie pociesznym – tym bardziej pociesznym, im bardziej serio się ją przewiduje. Prof. Jerzy Vetulani twierdził wręcz, że futurologię wymyślono po to, by ludzie mieli się z czegoś śmiać za 50 lat.

Nasz sławny neurobiolog prawdopodobnie nie interesuje się piłką nożną. Gdyby się interesował, 50 lat musiałby bowiem zredukować do pięciu, maksimum siedmiu. My, kibice, mamy patologiczną wprost skłonność do wyrysowywania rozpoczynającej się właśnie „nowej ery”, która potrwa całą wieczność, ewentualnie pół wieczności, w najgorszym razie – ćwierć wieczności. Powali nas na przykład na kolana tiki-taka, to nabieramy pewności, że wszyscy zaczną ją uprawiać, że tiki-taka zapanuje jako styl gry najwydajniejszy i zarazem najbardziej efektowny, że nastąpi ostateczny koniec rozwoju ideologicznego futbolu. Wywodzimy kształt jutra wyłącznie z tego, co dzieje się dzisiaj, zapomniawszy, jak króciutko trwało wczoraj. Żeby było jasne – sam też grzeszę śmiertelnie, choć za każdym razem wyciskam z siebie mocne postanowienie poprawy.

Te uniwersalne prawdy kołatają mi się po łbie właśnie teraz, gdy nadciąga dwumecz Manchesteru City z AS Monaco. No bo prześledźmy najnowszą historię tego ostatniego klubu.

W 2004 r. jego piłkarze zabawiali się w finale Ligi Mistrzów. Odlot, wspanialej być nie może.

W 2011 r. zlecieli z pierwszej ligi francuskiej. Deprecha.

Na początku 2012 r. leżeli na dnie tabeli drugiej ligi francuskiej, poważnie zagrożeni bankructwem. Rzężenie, gorzej być nie może.

Teraz, wiosną 2017 r. – znów szaleją w Lidze Mistrzów, zasadzając się na Manchester City.

A żeby rzeczywistość jeszcze pokiełbasić, zwróćmy uwagę, że kiedy przed kilkoma laty Monaco wyrzucało gigantyczne pieniądze na transfery (zakupy finansował Dmitrij Rybołowlew), nie było w stanie rzucić wyzwania wyrzucającemu pieniądze gargantuiczne Paris Saint-Germain (zakupy finansuje katarski rząd). Dopiero gdy przeszło na tryb oszczędnościowy, prześcignęło PSG o kilka długości. I wystrzeliło na pozycję lidera ligi francuskiej. To się dzieje właśnie teraz.

Monaco wystarczyło kilka lat, by z samego szczytu stoczyć się na samo dno. A potem – kilka lat, by z samego dna wzbić się na szczyt. I jeszcze za tym wzlotem nie kryje się długofalowa, skrupulatnie zaplanowana i realizowana strategia, lecz nagła wolta. Zataczają się tam od ściany do ściany.

Zdumiewających zwrotów akcji obserwujemy ostatnio mnóstwo. RB Leipzig potrzebowało ledwie siedmiu lat na podróż z nieistnienia do walki o mistrzostwo Niemiec. Nasza Nieciecza – dekady na wybicie się z wiejskiej okręgówki do tzw. ekstraklasy. Leicester kilkanaście miesięcy temu wyruszyło z dołów Premier League, żeby ją podbić, a następnie zawrócić i znów mknąć ku czarnej rozpaczy.

Jakżeż kruchy jest piłkarski sukces! I zarazem jakżeż łatwy do osiągnięcia. Jak niewiele trzeba czasu, by wszystko przeputać. I jak niewiele – by, zaczynając od zera, pobujać trochę wyżej niż w obłokach, czyli na podium. Wszystko rodzi się i ginie w mgnieniu oka.

Tzw. filozofia klubu to też raczej nowelka niż opasłe tomisko, lektura trwa z jeden wieczór. Minęły ledwie cztery lata z niewielkim nakładem, odkąd Barcelona przez godzinę ligowego meczu w Levante grała w składzie złożonym wyłącznie z wychowanków:

FC Barcelona, La Masia

Jej fantastyczny futbolowy system kształcenia – od przedszkola i podstawówki, po liceum i uniwersytet, wszystko tam działało perfekcyjnie – miał już nigdy nie odebrać drużynie seniorów katalońskiej tożsamości. I co?

W niedzielę wystawiła na Leganés tylko jednego Hiszpana/Katalończyka. Pierwszy raz w historii, po 118 latach i 4250 meczach w lidze hiszpańskiej. Jedynakiem był Sergi Roberto, wraz z nim biegali po boisku trzej wychowankowie – Leo Messi i Rafinha. I to by było na tyle. Ludzie wyedukowani w La Masii rozpierzchli się po Europie, w Barcelonie namnożyło się pościąganych ze wszystkich stron świata najemników po kilkadziesiąt milionów za egzemplarz.

Tymczasem Real Madryt, który w epoce panowania dzieci Katalonii, wpuszczał do składu tylko pojedynczego autochtona (przepędzonego już Ikera Casillasa), w tej samej ostatniej kolejce upchnął w podstawowym składzie aż sześciu Hiszpanów, głównie wychowanków – Kiko Casillę, Nacho, Daniego Carvajala, Isco, Álvaro Moratę i Lucasa Vázqueza. Mija parę chwil i galaktyka El Clásico staje na głowie. Tutaj nawet futurolog wszech czasów Stanisław Lem mógłby się pogubić.

niedziela, 19 lutego 2017

Od miesięcy, a może i lat, Łukasz Piszczek naprasza się – graniem, nie gadaniem – żeby złożyć mu hołd. No to złożyłem, felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj. Przy okazji też zapraszam do reportażu z Lipska, gdzie wszedłem w tłum kibiców najbardziej znienawidzonej drużyny w Bundeslidze – jest tu.

czwartek, 16 lutego 2017

Trzeba podryblować - to Vadis Odjidja-Ofoe. Trzeba przyłożyć z dystansu - to też Odjidja-Ofoe. Podanie przeszywające wrogą defensywę? Odjidja-Ofoe. Dośrodkowanie, po którym nowy napastnik powinien załadować gola (a pokazowo spartaczy)? Odjidja-Ofoe. Tyle się w Legii od jesieni, gdy rewelacyjnie finiszowała w rozgrywkach Ligi Mistrzów, nie zmieniło. Reżyserujący grę lider pozostał liderem. Nawet teraz, gdy nie wygląda na natchnionego, jak wówczas.

W dzisiejszym meczu z Ajaxem zachowali też warszawianie rozwagę i opanowanie w manewrach defensywnych. Długimi minutami umieli na tyle zneutralizować faworyta, by zagrażał ich bramce stosunkowo rzadko, znów wyglądali na drużynę dojrzałą, obznajomioną z poważnym futbolem. To też pozostało niezmienne od ostatniego jesiennego meczu w LM, w którym legioniści z zimną krwią rozprawiali się ze Sportingiem.

I już to powinniśmy docenić, skoro zdajemy sobie sprawę, że po przerwie zimowej zasadniczy problem polskiej drużyny klubowej polega na tym, żeby w ogóle przypominała samą siebie. Że o tej porze roku walczy ona wręcz z prawami przyrody.

Kiedy przed dwoma laty Legia mierzyła się z Ajaxem na tym samym etapie rozgrywek, broniła się przed amsterdamczykami ledwie tydzień po wznowieniu rywalizacji w lidze krajowej, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, w dodatku bez najjaśniejszej gwiazdy - odlatującego do ligi chińskiej Miroslava Radovicia. Ujrzeliśmy wtedy na boisku zupełnie inną drużynę niż ta, która jesienią z wyrachowaną skrupulatnością gromadziła punkty w fazie grupowej Ligi Europy.

Teraz to samo. Legia podejmowała Ajax pięć dni po wznowieniu rywalizacji w kraju, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, bez obu głównych snajperów - wyeksportowanych Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia. Kalka. Takie nasze realia logistyczno-klimatyczne, to m.in. dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po zimowej przerwie dwumecz w Europie. Ba, nawet pojedyncze zwycięstwo wpadło nam ledwie raz w 16 próbach (gdy Lech wydłubał 1:0 z Bragą, by w rewanżu ulec 0:2).

Łatwo więc - może wręcz wypada - zachować wyrozumiałość, gdy widzimy, że Legia rażąco ustępuje gościom w precyzji podań. Albo gdy pozyskany przed kilkoma chwilami snajper Tomas Necid niezbyt aktywnie uczestniczy w grze, niezbyt orientuje się w terenie, ewentualnie pudłuje. Zanim go zlinczujemy, poczekajmy, aż rozgrzeje się i on, i jego nowy zespół.

Znamy wszak kontekst - oto próbujący się rozpędzić gospodarze wpadli na rywali będących w pełnym szwungu, którzy w tym roku rozegrali już pięć meczów, we wszystkich zwyciężyli, przed przylotem do Warszawy wytrzymali bez straty gola od 378 minut. O jakże pożądanej w sporcie równości szans nie ma tu mowy, to zresztą zjawisko uniwersalne, cierpią przez pogodę wszystkie lub prawie wszystkie kluby ze wschodu Europy. Kiedy teraz Legia biła się z Ajaxem, wszechbogaty Zenit St. Petersburg, który jesienią w fazie grupowej tłukł punkt za punktem, przegrywał w Brukseli z Anderlechtem.

Dlatego wiedzieliśmy, że wartością meczu w Warszawie będzie wymordowanie wyniku pozwalającego utrzymać się w grze przed rewanżem. Choćby bezbramkowego remisu, by w rewanżu remis bramkowy premiował Legię. To się udało. Mistrz Polski znów nie pokonał praw przyrody, ale też nie dał się pokonać im. Przynajmniej na razie.

23:03, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
Archiwum
Tagi