RSS
niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 01 kwietnia 2017

Nick Kyrgios

Wejdzie na kort prawą nogą, to jest najlepszym tenisistą na świecie, ale jak wejdzie lewą, to jest najgorszym tenisistą na świecie.

A może odwrotnie, za tym świrem nikt nie nadąży, niełatwo go polubić lub choćby tolerować, nic dziwnego, że minionej nocy czasu warszawskiego, kiedy uwijał się na korcie w Miami, publika dopingowała przeciwnika – fenomenalnego, odkrywającego uroki trzydziestopięcioletniej młodzieńczości Rogera Federera. Choć słowo „dopingowała” właściwie nie wystarcza, widownia demonstrowała wobec 21-letniego Nicka Kyrgiosa autentyczną wrogość, rzadko spotykaną na tenisowych arenach. Jakby się mściła za całą przeszłość, wszak Australijczyk niejednokrotnie okazywał kibicom pogardę. I łamał oba najświętsze przykazania.

Pierwsze brzmi: nigdy nie przyznaj się, że nie kochasz sportu, który uprawiasz. Drugie: zawsze udawaj, że grasz dla kibiców, a nie dla sławy i pieniędzy.

Miażdżąca większość wyczynowców zaleceń przestrzega, a jeśli ktoś się wyłamie, wpędza ludzi w szok. Jak Kyrgios, który w styczniu wrócił na kort po trzymiesięcznej dyskwalifikacji za nieprzykładanie się do gry i brak szacunku dla fanów. – Nie przepadam za tym sportem. Ale nie wiem, co innego mógłbym w życiu robić – ogłosił ów młodociany multimilioner po ostatnim Wimbledonie. Choć uległ tam rywalowi znakomitemu, późniejszemu zwycięzcy turnieju Andy’emu Murrayowi, to przede wszystkim szybko zrezygnował i jedynie symulował walkę, aż siedzący na trybunach eksperci jęli wołać, by uświadomił sobie, do cholery, że uczestniczy w zawodach szczytowo prestiżowych. Na próżno. Co więcej, Australijczyk wyznał potem z bezczelną szczerością, że przedmeczowe godziny spędził na intensywnym obmacywaniu konsoli do gier wideo. „Czy to właściwy sposób na koncentrację? Nie mam pojęcia, chyba nie” – wzruszył ramionami.

Uchodzi za fenomenalnie uzdolnionego, zjawisko niewidziane na kortach od eksplozji talentu Federera, z którym właśnie – minionej nocy – przegrał. Przegrał po pojedynku jak epopeja, jak starcie Godzilli z Mechagodzillą, polemika Miłosza z Herbertem, strzelanina w O.K. Corralu – znaczy było 6-7 (9-11), 7-6 (11-9), 6-7 (5-7), potem się skończyło, finał wbrew duchowi sportu, ten wspaniały mecz powinien trwać co najmniej do teraz.

Kyrgios ostatecznie nie dał rady, ale nie przywiązujcie się do tego wyniku, jutro może być odwrotnie. Najwytrawniejsi znawcy twierdzą, że nigdy nie widzieli gracza z porównywalnie szybkim ramieniem, Australijczyk ma manipulować rakietą z taką swobodą, jakby trzymał szczoteczkę do zębów. Już jako nastolatek wyrzucił z Wimbledonu (debiutował wówczas) rozstawionego z najwyższym numerem Rafaela Nadala, ale też jeszcze jako junior potrafił w trakcie meczu znienacka stracić zainteresowanie grą i odpuścić. Nie ma cierpliwości do ćwiczeń, nie zatrudnia trenera (!), obżera się, do tenisa zapędzili go rodzice, sam tego sportu nigdy nie ogląda, wyobraźnię i dryg do wymyślania niebanalnych rozwiązań na korcie zawdzięcza niechęci do biegania, nie marzy o trofeach, karierę zamierza zakończyć najpóźniej w wieku 27 lat. Jest świadomy – jak utrzymuje – że do zdobywania Wielkich Szlemów musiałby trenować dwa razy dziennie, codziennie chodzić na siłownię, rozciągać się, częściej leżeć na stole do masażu i porządnie odżywiać, przysięga też, że byłby do tych poświęceń zdolny. Ale na razie nie wie, czy w ogóle trofeów potrzebuje. Prawdę mówiąc, kręci go raczej koszykówka.

Choć ostatnio przybywa sygnałów, że jednak postanowił potraktować tenis nieco poważniej. Po powrocie z banicji dwukrotnie pokonał Novaka Djokovicia, a w Miami – choć wybryki były, np. ciskanie rakietą i poparte wulgaryzmem, rzucone w kierunku trybun „zamknijcie się” – nie ogłaszał po meczu wygwizdującym go kibicom, że ma ich w głębokim poważaniu. Przeciwnie, wyraził nadzieję, że jego popis przypadł ludziom do gustu. A dwa tygodnie temu rzucił, iż w ubiegłym roku przebywał w ciemności, z której zdołał uciec.

Tenisowe sławy wzięły dzisiaj Australijczyka w obronę, nazwały zachowanie tłumu haniebnym. Ale Kyrgios dostał jedynie to, o co się napraszał. Bo narusza tabu. Sportowiec – nie tylko ten po burżujsku opłacany i w ogóle hołubiony – ma obowiązek swoją profesję kochać, więc miłość do uprawianej dyscypliny notorycznie wyznają nawet przeciętniacy, którzy nigdy niczego nie osiągną, lecz przyzwoicie zarabiają. Jak np. zwykły kopacz z polskiej ligi futbolowej, wyceniany przez rynek na kilkaset procent średniej krajowej. Dlatego poruszenie wywołuje Benoît Assou-Ekotto, jeden z setek zawodników z boisk angielskich, gdy wyrwie mu się między meczami, że „piłka nigdy nie była jego pasją i kopie ją wyłącznie dla pieniędzy”. Dlatego do psychicznych kłopotów herosi sportu przyznają się zazwyczaj dopiero po zakończeniu kariery, jak wielki Andre Agassi, który z powodu przygniatającej go presji tenisa po prostu nienawidził. Dlatego niekiedy wydarza się tragedia, jak u Roberta Enke, niemieckiego bramkarza, który podyktował przyjacielowi biografię – latami chorował na depresję, ukrywał to, panicznie bał się ujawnienia prawdy – by następnie popełnić samobójstwo, rzucając się pod pociąg w wieku 32 lat. A my czytaliśmy, że cierpiał nawet w Barcelonie (gdzie teoretycznie spełniał marzenia każdego ganiającego za piłką chłopca), ponieważ zdawał sobie sprawę, że jeśli nie popełni w meczu błędu, to chwała za sukces przypadnie strzelcom goli, gdy natomiast się pomyli, zostanie skazany jako jedyny winny.

Enke stanowi przypadek skrajny, pozbawiony tragicznego rysu Kyrgios – też poddany olbrzymiej presji, bogata w tenisowe tradycje Australia widzi w nim kolorową przyszłość – pozostaje raczej wyrośniętym urwisem, może wręcz chuliganem, który w trakcie udzielania wywiadu poluje na Pokemony, i to dwoma smartfonami równocześnie. Jednak reguły gry łamie na wielu poziomach. Talent trwonił nie potajemnie, lecz ostentacyjnie, postępując wbrew niewypowiedzianemu, acz powszechnemu przeświadczeniu, że obdarzeni nim szczęśliwcy mają moralny obowiązek dawać z siebie więcej niż zwykły śmiertelnik, który idzie do roboty, by ją odbębnić. I nie powtarza nieszczerych komunałów sprzedawanych przez miliony sportowców, których życiową misją jest ponoć sprawianie radości kibicom (choć częściej bywa dla nich czarujący). Przeciwnie, czasami publicznie wzdycha – po zwycięstwie lub porażce – że w trakcie gry przeraźliwie się nudził. Zawieszeniem został ukarany za popis na październikowym turnieju w Szanghaju, gdzie w mecz drugiej rundy włożył minimalny wysiłek; raz zszedł z kortu, zanim znacznie słabszy rywal odbił zaserwowaną piłkę; w stronę gwiżdżącej widowni wrzasnął, że marzy tylko o powrocie do domu. A potem obwieścił, że niczego nie jest fanom winien, że kupują bilety na własną odpowiedzialność – „wiecie, jaki jestem nieprzewidywalny” – że nie mają pojęcia, przez co on przechodzi.

Tenisowe władze wydały wyrok z zastrzeżeniem, że go złagodzą, jeśli Kyrgios pójdzie do psychologa, ale ten długo ani myślał się podporządkować. Wcześniej wyjawił przecież, że kompletnie nie obchodzi go, czy awansuje w światowym rankingu.

14:36, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 28 marca 2017

Holandia

Jesteśmy wstrętnie polskocentryczni, więc w weekend patrzyliśmy, jak nasi wspaniali piłkarze dają wycisk drągalom z Czarnogóry, i zupełnie zignorowaliśmy sprawy równie doniosłe – a przecież w przededniu meczu Polaków znów walił się świat, co ja gadam, że świat, waliło się coś większego niż świat, znów mianowicie waliła się Holandia. Ta sama Holandia, z której gruzy pozostały już podczas eliminacji Euro 2016, przerżniętych i z Czechami, i z Islandią, i z Turcją.

Pozwólcie zatem, że wam w blogograficznym skrócie opowiem, jak było. Albo precyzyjniej – jak wedle mojego przypuszczenia było. Bo tak naprawdę, to nie wiadomo.

Otóż zanim Holandia przegrała z Bułgarami 0:2, jej selekcjoner Danny Blind prawdopodobnie zapoznał się ze smętnymi losami reprezentującego rywali Spasa Delewa, kopacza zatrudnionego w Pogoni Szczecin, który nigdy nie wturlał dla ojczyzny choćby maleńkiego gola, choć zgrywa środkowego napastnika, choć zmierza już ku 28. urodzinom, choć w meczach reprezentacji kraju rozegrał kilkaset minut.

Zapoznał się Blind z historią Delewa, wzruszył, postanowił pomóc.

I postawił przed holenderską bramką, na samiusieńkim środku defensywy, niejakiego Matthijsa De Ligta. Chłopca niewątpliwie utalentowanego, ale ledwie 17-letniego, z dorobkiem ledwie dwóch (!) występów w podstawowym składzie w lidze holenderskiej, oczywiście z okrąglutkim zerem meczów w kadrze.

Został zatem De Ligt najmłodszym debiutantem w dziejach holenderskich meczów o stawkę. A kiedy już został rekordzistą, wszystko potoczyło błyskawicznie.

Zanim minęło pięć minut, zagapił się, piłka przeleciała mu nad głową, spadła pod nogi wspomnianego Delewa i było 1:0 dla Bułgarii.

Zanim minął kolejny kwadrans, dzieciak zbyt krótko wybił piłkę, a następnie nie przywarł do przygotowującego strzał Delewa i było 2:0 dla Bułgarii. Najmłodszy debiutant w dziejach holenderskich meczów o stawkę pozwolił na najszybciej stracone dwa gole w dziejach holenderskich meczów o stawkę.

Zanim obie drużyny wznowiły grę po przerwie, De Ligt usłyszał w szatni, że akurat on jej nie wznowi. Ustąpił miejsca Wesleyowi Hoedtowi, rzetelnemu wyczynowcowi z Lazio, mającemu w nogach pół setki meczów w lidze włoskiej.

Nie wiem, czy trener Blind postanowił się na smarkaczu zemścić – zejść po 45 minutach to wyjątkowa przykrość dla piłkarza – czy próbował ratować sytuację, czy sam De Ligt zasugerował, że ma dość. Prawdę mówiąc, nie chce mi się tego nawet sprawdzać w holenderskich źródłach. Bo już na widok podstawowego składu Holandii uznałem, że Blind oszalał.

Wtedy uznałem, że oszalał, a teraz wyrażam przypuszczenie, że postanowił wesprzeć Delewa (dwa gole ciamajda walnął!), to tylko pozornie sprzeczność, po prostu się miotam, próbuję zapanować nad galopadą myśli, jestem skalą holenderskiego upadku wstrząśnięty. I bezradny – diagnozowanie Blinda przypomina mi trochę zaglądanie do głowy naszego obecnego ministra od rozbrojenia, nie sposób ustalić, czy mamy do czynienia z wariatem, czy z sabotażystą, wątpliwości nie pozostawia tylko działanie na korzyść nieprzyjaciela. (Nawiasem mówiąc, obu osobników coś łączy – kombinują na korzyść wrogów posługujących się cyrylicą). Wdawać się w ryzykanckie eksperymenty akurat teraz, gdy Holendrzy się stoczyli i grozi nieobecność na drugiej mistrzowskiej imprezie z rzędu?!

Nawet jeśli przełożeni Blinda nie posądzają selekcjonera o zdradę, to nic dziwnego, że wylali go z roboty. Trzymanie szaleńca to jednak ryzyko, w dodatku mówimy o szaleńcu, który przed objęciem drużyny narodowej był samodzielnym trenerem tylko przez parę chwil – w sezonie 2005/06 podpisał swoim nazwiskiem czwarte miejsce Ajaxu Amsterdam w Eredivisie, najniższe w XXI wieku. Idealny kandydat, by wcielić w życie maksymę o historii powtarzającej się jako farsa. W końcu Holandia słynęła z umiejętnego lansowania młodych, jej niepełnoletni piłkarze potrafili zasłużyć się nawet dla triumfów Ajaxu w Lidze Mistrzów.

Na boisku otaczały ich jednak znakomitości, a przy boisku czuwali charyzmatyczni stratedzy. Biedaczysko De Ligt dojrzewa w czasach zarazy, w których młodzieńcy wylatujący ze słabującej ligi holenderskiej – ślamazarne tempo gry, rażące zaniedbania w rozwoju atletycznym – przepadają w wielkim świecie (Memphis Depay, Marco van Ginkel, Vincent Janssen etc), a niderlandzkich trenerów nikt poważny nie zatrudnia. Simon Kuper, wielki znawca tamtejszego futbolu, twierdzi, że Holendrów sukces rozleniwił, przestali nadążać, wyłączyli myślenie i parcie na innowacyjność. Nawet zmarłego w ubiegłym roku Johana Cruyffa, za czołowego piłkarskiego filozofa uznawanego nie tylko w swoim kraju, oskarżył o zgubne przekonanie, że posiadł wiedzę ponadczasową, której nie da się już uaktualnić.

Pobrzmiewa to wszystko opowieścią o schyłku Nokii, fińskiej firmy będącej synonimem postępu, która nie zauważyła, że nadciąga przyszłość. Zgnuśnienie, samozadowolenie, poczucie nieomylności. Obym dożył ponownego holenderskiego oświecenia, to może być historia inspirująca jak holenderski futbol totalny, dzięki któremu narodziła się nowożytna piłka nożna.

19:12, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 26 marca 2017

Wybaczcie ewentualne wpadki, ale tym razem felieton pisany spontanicznie, opublikowany kilka minut po ostatnim gwizdku. Do czytania po wiktorii naszych piłkarzy w Czarnogórze zapraszam tutaj.

22:58, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
sobota, 25 marca 2017

Gianluigi Buffon

Mój redakcyjny kolega Michał Szadkowski zaproponował, żebym z okazji tysięcznego meczu Gianluigiego Buffona w zawodowej karierze – sumując popisy w klubach i reprezentacji, jubileusz obchodził w piątkowym spotkaniu z Albanią – zamieścił blogonotkę z linkami do tysiąca swoich artykułów o włoskim bramkarzu. Bo pamięta, że narozpisywałem się o nim ponad miarę.

Ciut przesadził z tym tysiącem, ale owszem, trochę sławiących Buffona stuknięć w klawiaturę było. Turyński gigant zaczął skakać między słupkami reprezentacji kraju, zanim ja zacząłem być dziennikarzem od sportowych fikołków, i skacze tam po dziś dzień – to jedyny taki przypadek, choć ostało się jeszcze kilku piłkarzy grających dłużej, jak 40-letni obecnie Francesco Totti oraz 50-letni Kazuyoshi Miura, który niedawno pobił dwa rekordy wszech czasów Stanleya Matthewsa (najstarszy zawodowiec na boisku, najstarszy strzelec gola w zawodowej rywalizacji). Oni jednak dawno wypadli z kadry narodowej.

Kilka linków postanowiłem tu wkleić.

W felietonie „Pół człowiek, pół bramka”, który sam hierarchizuję jako najciekawszy, przedstawiam Buffona jako filozofa, który o byciu bramkarzem opowiada oryginalniej i niż ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek.

W „Ostatniej obsesji Buffona” przypominam o potężnej wyrwie w jego całokształcie twórczości. Spisane przed finałem Ligi Mistrzów w 2015 r., dziś nie tylko nie straciło, lecz nawet zyskało na aktualności.

I jeszcze „Niemowlaki większe niż bramka”. O naukowcach dociekających, w jakim stopniu Buffon swoją sportową nieśmiertelność zawdzięcza inteligentnemu treningowi, a w jakim perfekcyjnemu materiałowi genetycznemu. I o Gianluigim Donnarummie, który ma w przyszłości legendę zastąpić.

O ile oczywiście legenda zechce kiedykolwiek ustąpić.

12:05, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 marca 2017

Antoni Macierewicz

Zwierzałem się tutaj kilkakrotnie, że w bieżącym sezonie Milan – dla niezorientowanych: moją drużynę - znów warto przeżywać. Nie powiem, że mnie piłkarze z San Siro ponownie uwiedli, bo to będzie prawdopodobnie nierealne latami, za bardzo zostałem zdeprawowany wspaniałą erą Carlo Ancelottiego i w ogóle dekadami sponsorowanymi przez Silvio Berlusconiego, czyli całym czasem mojego kibicowania temu klubowi. Ale doceniam mentalną moc, jaka bije od Milanu. Moc pozwalającą czasami powalić Juventus, a czasami wbić zwycięskiego gola po przyjęciu dwóch czerwonych kartek (istny psychiatryk, mówię wam), i generalnie nigdy nie nanieść wstydu.

Teraz znów poczułem tę moc. Po przeczytaniu, że dla Ignazio Abate, mediolańskiego wicekapitana, sezon właśnie się skończył.

Kiedy doznawał urazu w końcówce meczu z Sassuolo, łatwo było przeoczyć doniosłość incydentu. Abate wrócił do gry i jeszcze jął intensywnie udzielać się w ataku. On, prawy obrońca.

Potem dowiedzieliśmy się, że nie doznał wówczas ofensywnej iluminacji. Raczej przeciwnie. Przestał widzieć na lewe oko, ale nie chciał zostawić drużyny zredukowanej do dziesięciu ludzi w bardzo nerwowym momencie. Uciekł więc ze strefy obronnej, gdzie starcia z dążącymi do wyrównania rywalami groziły pogłębieniem urazu, do ataku. Udało się, Milan wygrał. Abate opuszczał natomiast stadion z zaczerwienionym, spuchniętym oczodołem. I wciąż bez wzroku w lewym oku.

Nie wiem, jaki humor wy mielibyście w tych okolicznościach, ja prawie na pewno wpadłbym w panikę. A absolutnie na pewno nie w głowie byłoby mi grać w piłkę. Trzy punkty z Sassuolo? Jakie punkty, jakie Sassuolo, gdy tracisz połowę swojej aparatury optycznej?! Ciemno to widzę, utrata wzroku jest kalectwem, które przeraża mnie najbardziej.

Nie waham się zawyrokować - uprzedzam, nie przyjmuję zdań odrębnych - że Abate zachował się wręcz heroicznie. Jak Patrice Evra, który swego czasu tygodniami wkładał do buta kawałek piersi z kurczaka, by osłaniać zmasakrowaną kostkę. (Kto nie czytał, ten trąba, niech czym prędzej nadrobi). Skoro kombinował z przesuwaniem się do ataku, by ograniczyć ryzyko, to znaczy, że zakładał, iż ryzyko istnieje. I podjął je dla trzech punktów z pieprzonym Sassuolo.

Taki Milan należy szanować.

Umieszczam tę opowiastkę w blogowym pamiętniku akurat dzisiaj, bo właśnie okazało się, po badaniach przeprowadzonych najnowocześniejszym sprzętem w Miami, jak poważnie ucierpiał Abate. Uszkodził wnętrze gałki ocznej, wciąż ma kłopoty z widzeniem, przez przynajmniej 40-60 dni nie może wykonywać żadnego wysiłku fizycznego. Lekarze jednak przysięgają, że lewe oko odzyska pełną sprawność.

Tagi: AC Milan
20:16, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 22 marca 2017

Polska, Niemcy

W sparingu z Anglią pożegnał się z reprezentacją kraju. Lukas Podolski przemawiał do trybun w Dortmundzie po niemiecku – ewidentnie wzruszony – choć umiałby także po polsku, aż żałowałem, że nie dzieje się to wszystko w towarzyskim meczu mannschaftu zza naszej zachodniej granicy z drużyną Adama Nawałki. Mogłoby być jeszcze fajniej. Także z przyczyn pozapiłkarskich.

Bo klimat dla pielęgnowania dobrosąsiedzkich stosunków, jak wiadomo, jest akurat podły. Niemcy znów na nas nastają, o czym wytrwale informuje ostatnio mnóstwo ważnych – choć niekoniecznie poważnych – osób. Żeby Polskę pognębić, Szkopy trzymają pod buciorem całą Europę, więc na prasowych okładkach oglądamy ich kanclerz czającą się za swoimi podwładnymi w mundurach Wehrmachtu, ba, w uniform neonazistowskiego okupanta wpycha się nawet szczególnie nielubianego nadwiślańskiego polityka. Pogoda pod psem.

Podolski też się swego czasu nasłuchał. Pewien ultrapatriotycznie usposobiony polityk, należący do Ligi Polskich Rodzin, apelował do prezydenta o odebranie piłkarzowi – urodził się w Gliwicach, jako Łukasz – polskiego obywatelstwa. „Upokarza mnie sytuacja, w której nasi obywatele występują przeciwko własnemu krajowi” – tłumaczył były wiceminister edukacji (!) po meczu na Euro 2008, w którym Podolski wbił dwa gole Arturowi Borucowi. I jeszcze: „Miałem poczucie dużego dyskomfortu, że Polacy odgrywają w tych zawodach rolę najemników, walczących przeciwko swojej ojczyźnie, swojemu państwu w obcych barwach. Proszę pana prezydenta, żeby uporządkował tę sprawę, by ukrócił moje męki, żebym nie był poniżany taką sytuacją”.

Brakowało w tamtej perorze jedynie słowa „folksdojcz”.

Ja oczywiście nie czułem, by Podolski zdradził. Przeciwnie, cholernie lubiłem tego niemieckiego chłopaka – przepraszam za spoufalanie się, nie umiem inaczej – który po meczach rozmawiał z nami, dziennikarzami, po polsku. W ogóle w piłce nożnej lubię jej zdolność łączenia różnych światów, choć akurat rywalizacja drużyn narodowych, w przeciwieństwie do rywalizacji drużyn klubowych, sprzyja wyraźnemu wytyczaniu granic.

Podolski granice rozmazuje. Ucieleśnia rzeczywistość złożoną, kompromituje tępą propagandę opartą na opozycji „my kontra obcy”. Gada – godo – że jest Niemcem z polskim sercem, który najlepiej czuje się na Śląsku. I jest jednym z najfajniejszych przykładów bliskich związków polsko-niemieckich. („Poldi” – idealna ksywa, prawda?). Dla Fußballnationalmannschaft rozegrał aż 130 meczów – to trzeci wynik w historii. I strzelił 49 goli – to również trzeci wynik w historii.

Co ciekawe, w obu rankingach ustępuje m.in. Miroslavowi Klose. Co oznacza, że pośród czterech czołowych rekordzistów reprezentacji Niemiec dwaj są Polakami. Jeden urodził się w Gliwicach, drugi – w Opolu.

Ultrapatriotom rekomenduję narrację: tacy ci Niemcy słabi, że bez Polaków ani rusz.

22:15, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 19 marca 2017

AS Monaco, Liga Mistrzów

AS Monaco pozostaje osobliwością na skalę europejską, przypadkiem w Lidze Mistrzów ekstremalnym. Tak tam bogato, że aż biednie. Cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

20:42, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 marca 2017

Liga Mistrzów

Czysta piłka nożna, jak wiadomo, kibicowi nie wystarcza. Nie wystarcza nam oglądanie porywającego meczu, nie wystarcza śledzenie najbardziej fascynującej opowieści o budowaniu lub ewoluowaniu drużyny, nie wystarcza przyglądanie się, jak rozwijają się zawodnicy, choćby wirtuozerscy. Kibice pożądają jeszcze szczególnego motywu fabularnego. Motywu będącego kombinacją pojedynku Dawida z Goliatem oraz opowieści o jeźdźcu znikąd, który pojawia się znienacka i zostaje bohaterem.

Szukamy go zawsze i wszędzie, nawet jeśli dla osiągnięcia celu musimy nagiąć rzeczywistość.

Tej wiosny w Lidze Mistrzów urzekły nas historie Leicester i AS Monaco. Biedniejszych, słabszych, skazanych na zagładę, bezbronnych jak niemowlęta. No, może z tymi bobasami nieco przesadziłem, chroniący tam pola karnego Wes Morgan, Robert Huth czy nasz Kamil Glik mogliby dokonać wyrębu lasu gołymi rękami.

O Leicester jako ściemie pisałem już poprzedniej wiosny, gdy drużyna Claudio Ranieriego pruła po mistrzostwo Anglii. Owszem, sensacyjne. Ale nie zdobyli go, wbrew potocznemu przeświadczeniu – lub powszechnej intuicji – gołodupcy. Tam nędza nie występuje, tam bardzo bogaci tłuką się z obrzydliwie bogatymi. I jeśli kryterium ma być kondycja finansowa klubu, to w Lidze Mistrzów piłkarze Leicester po prostu robią, co do nich należy. Jako przedstawiciele futbolowej firmy o 20. najwyższych przychodach na świecie, pokonali wyłącznie uboższych – FC Porto, Copenhagen, Club Brugge oraz Sevillę. Tę ostatnią przepchnęli zresztą dość szczęśliwie, m.in. dzięki rzutom karnym obronionym przez Kaspera Schmeichela w obu meczach.

Wprawdzie obecnie Leicester ledwie wystaje ponad strefę spadkową, ale to punkt odniesienia mylący, skoro piłkarze właśnie uwolnili się od Ranieriego, z którym ewidentnie się poróżnili. Odkąd władzę nad nimi przejął trener Craig Shakespeare, wyłącznie wygrywają, a we wtorek wygrali z Sevillą w składzie identycznym, jak ten z ubiegłego sezonu, poza jednym wyjątkiem –N’Golo Kanté zastąpił Wilfred Ndidi, pozyskany zimą za, bagatela, 17 mln funtów. Czy zatem ekipa, która w ubiegłym sezonie pogoniła wszystkich w lidze angielskiej, a przed chwilą rozbiła Liverpool, miała położyć się przed Sevillą?

Młodzieńców reprezentujących księstwo Monako, choć z ich twarzami dopiero się w bieżącym sezonie zaznajamiamy, też nie sposób uznać za jeźdźców znikąd. Czołowa drużyna z czołowej ligi europejskiej, która czerpie z fantastycznie wydajnych fabryk francuskiej (Kylian Mbappé został przećwiczony w słynnym Clairefontaine) czy portugalskiej (Bernard Silva znany w szatni jako „guma do żucia”), w każdej chwili może wyskoczyć na poziom ćwierćfinałów LM. Nawet jeśli zderzy się z Manchesterem City – to ostatecznie przedstawiciele angielskiej Premier League, czyli rozgrywek, który w minionych trzech sezonach miały na tym poziomie ledwie dwa kluby, przy dziewięciu hiszpańskich, pięciu niemieckich oraz czterech francuskich.

Słowem, Liga Mistrzów 2016/17 to edycja rozgrywek pozbawiona jakichkolwiek sensacji, do ćwierćfinałów przetrwał kwartet najsilniejszych w minionych latach – Atlético, Barcelona, Bayern, Real – a otaczają go inni potentaci. Z czego nie czynię zresztą zarzutu. Przeciwnie, kibicom, którzy stękają, że „wygrywają ciągle ci sami”, pomieszało języki, w ten sposób można zdezawuować wszystkie turnieje świata, od Bundesligi, w której rządzi Bayern, Hiszpanię z tasiemcem El Clásico, przez ekstraklasę z Legią i podskakującym jej od czasu do czasu Lechem, po mundiale, na których panuje kilka potęg z Ameryki Płd. i Europy. Futbol i tak pozostaje grą zespołową najbardziej nieprzewidywalną, to rzecz zbadana przez statystyków.

Bez niespodzianek też jednak dzieje się pasjonująco, tej wiosny Liga Mistrzów, że się tak poetycko wyrażę, urywa jaja. A jeśli koniecznie chcecie urokliwych historyjek, to proponuję życiorys dwóch obrońców, którzy wiosną 2011 roku spuścili do drugiej ligi włoskiej Bari. Jeden był wtedy w 24. roku życia, drugi zbliżał się do 27. urodzin, obaj wylądowali w prowincjonalnym klubiku na wypożyczenie, wykopani z drużyn też raczej średnich – Palermo oraz Bologny. Wydawało się, że owszem, może trochę na sporcie zarobią, ale wielu ekscytujących doświadczeń nie zbiorą. Szaraczki.

Nazywali się Kamil Glik i Andrea Raggi. Od środy dumni ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów. Wraz z całym cesarstwem Monaco.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 marca 2017

AC Milan

Nie ma ich prawie wcale, choć czarnych piłkarzy biega po europejskich biega tłum, i to nie od wczoraj ani przedwczoraj. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

18:35, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
Archiwum
Tagi