RSS
piątek, 25 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Przyleciałem na swój dwunasty finał Ligi Mistrzów w życiu, na poprzednich nafaszerowałem się wszelkimi możliwymi i niemożliwymi w futbolu scenariuszami, z bliska patrzyłem m.in. na tamto surrealistyczne przedstawienie w Stambule, więc dojrzałem do ustalenia z samym sobą, żeby nigdy nie przewidywać, co się stanie na boisku, a jeszcze bardziej nigdy, naprawdę przenigdy, nie ośmielić się prognozować czegokolwiek związanego z Liverpoolem. To klub osobny, wywołujący wrażenie dziwności jak spływające zegary na płótnach Salvadora Dalego, po prostu klub z krainy czarów - już o tym blogowałem.

Co powiedziawszy, z typową dla siebie beztroską przyznam, że na Real Madryt patrzę jak na więcej nic faworyta, bo jak na drużynę niepokonaną w sensie ścisłym, z powodu ograniczeń technicznych w grze – wykluczających inne rozwiązanie niż jego zwycięstwo. Aż mi się przypominają czasy, gdy jako trener Podbeskidzia w Football Managerze oszukiwałem na potęgę, czyli rozgrywałem zapisany mecz dopóty, dopóki Podbeskidzie nie zwyciężyło, a potem jeszcze raz, i jeszcze, z rundy na rundę, ponieważ uparłem się, że nie spocznę, dopóki Podbeskidzie nie zatriumfuje w Champions League. Ujawniam – ostatecznie zatriumfowało, kosztowało mnie to tytaniczny wysiłek.

Wyluzujcie madridiści, nie zamierzam nikogo obrażać, nie porównuję piłkarzy Realu do klubiku z mojego miasta, przeciwnie, szanuję ich klasę aż za bardzo, zgadzam się wręcz z Vicente del Bosque, który obwieścił, że żaden gracz Liverpoolu przeniesiony do madryckiej drużyny nie uczyniłby jej silniejszą (acz podwładni Jürgena Kloppa podobają mi się bardziej jako jeden wielonożny organizm). Przyzwyczaiłem się po prostu, że oni w Lidze Mistrzów zawsze, niezależnie od demonstrowanego danego wieczoru poziomu gry, dopną swego. Jakoś. Bokiem, tyłem, przewrotką Ronaldo albo głową Ramosa, zawsze coś wynajdą, jakby ukryty poza tą zbiorową inteligencją algorytm potrafił przemielić wszystkie warianty najbliższej przyszłości i podsunąć ten, który pozwolić im przeżyć. Nie silą się na wymyślne dzieła sztuki, lecz wykańczają przeciwnika lodowatym pragmatyzmem, sięgając po jeden z bimbaliarda środków działania, którymi dysponują.

Zwłaszcza przy wprowadzaniu rezerwowych uświadamiamy sobie, czym dysponują. Co wam będę gadał, porównajcie sobie, kim będzie mógł zasilić zmęczoną podstawową jedenastkę Zinedine Zidane, a kim Jürgen Klopp. Ja nie zamierzam, wszelkie porównania, które przypływają mi do łba, uważam za niehumanitarne.

Łażę więc po Kijowie, rozmyślając, jak tym razem Real załatwi sprawę. (Nawiasem mówiąc, łażę rozanielony bardziej niż podczas innych finałów właśnie z tego powodu, że łażę akurat po Kijowie, podoba mi się tu wszystko – niestety, UEFA oraz wielu kibiców Realu i Liverpoolu sądzi inaczej, o przyczynach piszę szerzej w tej korespondencji). I równocześnie wspominam, że madrytczycy nie przekonali mnie do końca ani w 1/8 finału, ani w ćwierćfinale, ani w półfinale, zawsze zostawiali wątpliwości, stąd tyle publikowanych we wszelakich językach rozważań, czy aby na pewno są aż tak wielcy, podpisanych również znamienitymi nazwiskami, aż po Jonathana Wilsona. A Liverpool? Przecież oni są zdolni wyciąć każdy numer, dranie zaprzedali duszę diabłu.

Tak, błąka się też po moich podczaszkowych zwojach radośnie irracjonalne przekonanie, że w zderzeniu z Liverpoolem mógłbym nie dać rady nawet jako tamten trener Podbeskidzia, próbujący grać do skutku. Już oni by wymyślili, jak wskoczyć między linijki kodu, pogmerać, oszukać moje oszustwo. Jako człowiek z mózgiem wypranym 25 maja w Stambule wiem, że choć Real wygrywa wszystkie finały, to „The Reds” wygrali finał najbardziej niesamowicie w finale. Toż to jasne jak królewska biel: jeśli ktoś ma wykopać w kosmos Madryt, to tylko oni.

wtorek, 22 maja 2018

Piłkomatyka

W interesowaniu się piłką nożną drażnił mnie kiedyś jej antyintelektualizm. Przeżarta była swoimi wersjami ludowych mądrości, które nie wiadomo skąd się wzięły i nie wiadomo dlaczego trwają, pomimo ich oczywistej nieracjonalności, przeżarta też była beztreściowymi komunałami wygłaszanymi nawet przez bardzo doświadczonych trenerów – zwłaszcza tych niechętnych wszelkim zmianom, bo „zawsze się tak robiło” – przeżarta była wreszcie ignorancją gwałcącą elementarną logikę. Brakowało merytorycznych analiz, dlaczego na boisku stało się to, co stało, zastępowały je natomiast porażające refleksje typu „gdyby strzelił trochę dokładniej, wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.

Mały wtręt: bodaj najdziwaczniejsze powiedzonko pochodzi akurat z języka siatkówki. Brzmi: „kto nie wygrywa 3:0, ten przegrywa 2:3”, a ma oznaczać mniej więcej tyle, że jeśli drużyna prowadząca 2:0 nie dobija przeciwnika trzecim zwycięskim setem, to często oddaje mecz w pięciu”. Jest to oczywisty nonsens, wykrywalny nawet bez wyższych umiejętności analitycznych – zbadajcie dowolną większą próbkę wyników, a przekonacie się, że wśród zespołów, którzy przy prowadzeniu 2:0 pozwalają rywalowi zmniejszyć dystans do 2:1, zdecydowanie dominują te, które ostatecznie odnoszą zwycięstwo. Bo jeśli zaczną od wygrania dwóch partii, to ze znacznie większym prawdopodobieństwem umieją grać lepiej niż ci, którzy zaczynają od przegrania dwóch partii.

Czasy sportowego ciemnogrodu minęły (choć futbol opierał się szczególnie długo), teraz aż roi się od taktycznych i nie tylko taktycznych analiz gry, potencjał piłkarzy mierzy m.in. wyrażanymi liczbowo opisami ich występów, zasypują nas coraz dokładniejsze statystyki – w tym bezużyteczne, jak wszechobecne duperele o Ronaldo/Messim, który jako pierwszy w historii strzelał gole dla Realu Madryt w każdym dniu tygodnia, co czyni Ferenca Puskasa ciamajdą tylko dlatego, że w latach 50. grało się prawie wyłącznie w środy i weekendy. Dzisiaj kibice wiedzą z „Moneyball”, jak ludzie futbolu pożyczali wiedzę z baseballu. Nie tylko fachowcy zapoznają się z rozbijaniem meczów na cząstki elementarne w oparciu o dane firmy Instat lub płacą za aplikację StatsZone. Kluby zatrudniają coraz więcej ludzi nauki, którym prezesi coraz bardziej ufają, i nikogo nie dziwi, że np. w Liverpoolu szef działu badań (w oryginale „Director of Research”) Ian Graham obronił doktorat z fizyki teoretycznej. Powstają też książki jak „Futbonomia” czy „Piłkomatyka”, pisane przez regularnych naukowców namiętnie oglądających mecze futbolowe.

Ta ostatnia rzecz ukazała się niedawno, a jej autor, profesor od modelowania matematycznego, postanowił sprawdzić, czy piłką nożną kręcą te same mechanizmy, które istnieją w fizyce, biologii oraz innych dziedzinach. I odnajduje piękne analogie, np. w zsynchronizowanych ruchach Messiego, Iniesty i Xaviego wykrywa figury geometryczne identyczne do wyrysowywanych w wodzie przez ławice ryb (choć ani piłkarze, ani ryby nie myślą o triangulacjach). A przy okazji zostawia nas David Sumpter z zupełnie pozafutbolową refleksją, że rzeczywistość na każdym poziomie ma zbliżoną strukturę, więc tym samym narzędziem pozwala zbadać strategię gry w piłkę nożną, łączenie się pary przez studentów, urbanizację etc. Inspirujące.

Nie będę szczegółowo recenzował, ale bardzo polecam. A ponieważ znany tutaj fan Valencii i kierownik działu „Małpy” w „Tygodniku Powszechnym”, który współnamawiał właściwych ludzi do wydania „Piłkomatyki” po polsku, zorganizował więcej egzemplarzy, to proponuję minikonkurs – dawno nie było.

Pytanie dotyczy oczywiście sobotniego finału Ligi Mistrzów. Ile celnych podań wykonają Real Madryt i Liverpool razem wzięte? Prawidłową odpowiedź będziemy sprawdzać na oficjalnej stronie UEFA, a trzy osoby, które będą najbliżej celu – sądzicie, że ktoś trafi idealnie? – otrzymają książkę. Typujemy na forum.

20:11, rafal.stec
Link Komentarze (109) »
poniedziałek, 21 maja 2018

Zakończył się w miniony weekend, a w czołowych ligach w Europie wszędzie wyglądał podobnie – mistrzowie okazali się tak mistrzowscy, że zasłonili konkurencji słońce. I Manchester City, i Barcelona, i – przede wszystkim – wszechwładne w swoich krajach PSG, Juventus oraz Bayern. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

15:06, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 maja 2018

ekstraklasa

Jedynie słuszną puentą bieżącego sezonu tzw. ekstraklasy była kombinacja zwycięstwa Lecha nad Legią z niezdolnością Jagiellonii do pokonania Wisły Płock, dzięki czemu znów zasłużylibyśmy się dla rozwoju piłki nożnej – warszawski klub obroniłby mistrzostwo kraju, więc obok „zwycięskiego remisu” pojawiłaby się słownikach „zwycięska porażka”. Idealnie podsumowałaby rozgrywki, w których wszystkich parzy pozycja lidera, a najlepiej gra drużyna w ogóle niesklasyfikowana, czyli KS Presja. Ulegał jej notorycznie każdy, kto zajrzał na podium lub choćby usłyszał, że się wyróżnia, że ma szanse na tytuł lub europejskie puchary. I wnet zaczynał seryjnie przegrywać lub w najlepszym razie niewygrywać.

Doprawdy szkoda, że Legia nie podkreśliła dzisiaj swojej dominacji w Polsce porażką w Poznaniu. I że znów jej bohaterem nie był bramkarz Arkadiusz Malarz. Ileż ładniejsza byłaby to kompozycja! Choć niedokończenie meczu rozstrzygającego o tytule to też klamra zamykająca sezon logiczna, adekwatna do wszystkiego, co działo się wcześniej.

Nie zamierzam obwieszczać, że liga wyłoniła najsłabszego mistrza w historii, bo niemal co roku diagnozujemy, że wyłoniła najsłabszego mistrza w historii, jej mistrz jest najsłabszy w historii z definicji, aż trudno mi uwierzyć, iż ledwie dwa lata temu Legia potrafiła wyeliminować z pucharów lizboński Sporting i toczyła równorzędną walkę z Ajaxem Amsterdam. To musiała być pomyłka, urojenie, dzisiaj tzw. ekstraklasa kojarzy mi się raczej z niedawnym szlagierem w Białymstoku, gdzie drużyny lidera i wicelidera zaserwowały mecz złożony niemal wyłącznie z kopnięć bez sensu, mecz potworek wywołujący traumę, gniot niemożebny nawet jak na nadwiślańskie standardy. Okropne, że nie można go odzobaczyć.

Nie, recenzować mi się polskiej kopaniny nie chce, przywołam tylko twarde dane.

Otóż mistrz Polski strzelał średnio 1,46 gola na mecz, wicemistrz – 1,49, trzecia drużyna w tabeli – 1,43. Szukajcie innego takiego turnieju na świecie, a ja wam obiecuję, że nie znajdziecie.

Mistrz zdobywał przeciętnie 1,89 pkt. na kolejkę. Szukajcie innej takiej ligi, a ja wam obiecuję, że nie znajdziecie.

Mistrz przegrał aż 30 proc. meczów. Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

Mistrza nie można było udekorować tam, gdzie zdobył tytuł, bo nie zgodzili się „kibice”, czyli chuligani, których nasz futbol jest zakładnikiem. Ponieważ lubią dymić, to w każdy weekend zmuszają sędziego do przerywania gry – zwłaszcza w meczach rekomendowanych jako hitowe. Szukajcie innej takiej ligi, a przypuszczam, że będzie trudno znaleźć.

O mistrzostwo znów do ostatniej kolejki musiał walczyć klub, który w rankingu finansowym miażdży całą konkurencję, a naciskał na nią wicemistrz, który generuje przychody – wyjąwszy transfery –  14 razy (!) niższe. Szukajcie innej takiej ligi, a przypuszczam, że będzie trudno znaleźć.

O mistrzostwo rywalizowali trener dotąd niskoligowy, który debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej (Ireneusz Mamrot, wyjęty z Chrobrego Głogów, spędził tam siedem lat), z trenerem, który nigdy wcześniej nie pracował z seniorami (wylany już Romeo Jozak), i trenerem, który wcześniej udzielał się wyłącznie w futbolu kobiecym i młodzieżowym (Dean Klafuric). Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

Wobec rozstania Leszka Ojrzyńskiego z Arką Gdynia najdłużej zatrudnionym trenerem w lidze będzie Gino Lettieri, który dopiero za dziewięć dni będzie obchodził ledwie 12. miesięcznicę objęcia posady w Koronie Kielce. Szukajcie innej takiej ligi, a podejrzewam, że nie znajdziecie.

A właściwie to nie szukajcie podobnych kuriozów, skoro podziwiamy je na własne oczy, u siebie, w rozgryweczkach, który zasługują na jeden tylko komplement, zresztą mój ulubiony – tzw. ekstraklasa to najfajniejsza liga na świecie, bo nasza, polska.

20:09, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
sobota, 19 maja 2018

Lech Poznań - Legia Warszawa

Przeczytałem wspomnienie pożegnalnego meczu Stevena Gerrarda w Liverpoolu, podczas którego wielokrotnie wybrzmiewało „Stevie Gerrard Is Our Captain” i „Impossible Forty Yards” - to ostatnie opiewało długie podania, jakimi obsługiwał swoich kolegów z drużyny angielski piłkarz. Było odświętnie, nawet podniośle, ale w pewnym momencie bohater dnia kopnął kompletnie bez sensu, daleko w trybuny. Wtedy z trybun spłynęło: „What the fucking? What the fucking? What the fucking was that?”. Zazwyczaj używane w stosunku do rywali, którym nie wyszło, ale tym razem użyte w stosunku do idola - spontanicznie, ironicznie, sfrustrowany Gerrard w odpowiedzi zaklaskał.

Pierwsza przyśpiewka dotyczyła stylu gry piłkarza, druga - nieudaczności rywala. Kibice odnosili się do wydarzeń boiskowych.

Na polskich stadionach tego nie słychać. Przyśpiewka poświęcona konkretnemu piłkarzowi? Na najbliższej mi (geograficznie) Legii rykną czasami, że „Kuchy King”, ale nic więcej nie wymyślili, ani o nim, ani o kimkolwiek innym. Nie doczekał się choćby zwrotki nawet Danijel Ljuboja - jedyny, który sprowokował mnie do zachodzenia na Łazienkowską na każdy mecz, w naszych standardach wirtuoz.

Podzwoniłem po znajomych stacjonujących w innych miastach. Poznań? Ni cholery, kopaczami się tam na trybunach gardzi, to niewierni najemnicy i w ogóle śmierdzą, aż dziw bierze, że ich wygrane się świętuje jak własne, a porażki wywołują frustrację. Schizofrenia. Kraków? Nie dosłużyli się swojej przyśpiewki ani Arkadiusz Głowacki, ani Paweł Brożek, więc nawet szkoda pytać o Carlitosa. Więcej wymieniać mi się nie chce, gdybyś ktoś znał jakieś kontrprzykłady, to poproszę w komentarzach - mnie tzw. atmosfera na trybunach, która ponoć jest ważna dla widowiska, średnio interesuje, kibicowską twórczość trzymam w głębokim poważaniu.

Powiecie, że Gerrard to ikona, wychowanek, który nigdy nie zdradził - ulubiona figura trybun, nic dziwnego, że poświęcali mu psalmy. Ale na Anfield Road śpiewają też, że „przejdą na islam” - już o tym pisałem tutaj - za następnego gola Mohameda Salaha. W hołdzie dla piłkarza, który pojawił się tam przed chwilą, minionego lata. Generalnie pasjami śpiewają w Anglii o ludziach, którzy wygrywają lub przegrywają dla ich klubu.

U nas śpiewają głównie o sobie. Albo o wyimaginowanych wrogach. Najgłośniejsi w Polsce są kibice, którzy niespecjalnie interesują się piłką nożną.

20:50, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 15 maja 2018

 ekstraklasa, Lech Poznań

Piłka nożna choruje wszędzie, także tam, gdzie wzniosłości ma jej przydawać wirtuozeria graczy, zawalona trofeami historia i bezmiar pieniędzy. Niedawno królewski Real Madryt miał problem, żeby przed El Clásico uhonorować tradycyjnym szpalerem mistrzostwo dla Barcelony – co znamienne, decyzja nie zapadła w ferworze chwili, pod wpływem skrajnych emocji, które każdemu mogą na chwilę odebrać rozum, nie, podjęto ją z premedytacją, czyli na zimno uznano złożenie hołdu zwycięzcom za poniżenie. Słabe. Druzgocący triumf szowinizmu nad duchem sportu.

Ale bardziej boli to, co się dzieje się w naszym kraju, a w naszym kraju, naszym futbolu, dzieje się jeszcze żałośniej.

Oto Legia Warszawa, gdyby obroniła w ostatniej kolejce tytuł mistrzowski, nie będzie mogła zostać odznaczona po rozstrzygającym meczu, ponieważ mecz odbędzie się akurat w Poznaniu, na stadionie Lecha. Świętowanie tam byłoby „prowokacją”, ta z kolei wiązałaby się z „ryzykiem” – w przełożeniu na normalny język chodzi o to, że upokorzeni zwolennicy gospodarzy narobią dymu. Podpalą, pobiją, zniszczą, cholera ich wie. Dlatego władze tzw. ekstraklasy ogłosiły, że ceremonia wręczenia trofeum i medali odbędzie się w Warszawie, zaraz po powrocie piłkarzy z Poznania.

Teoretycznie nic się nie zmienia. Odkąd pamiętam, polska piłka nożna pozostaje zakładniczką barbarzyńców, którzy wstydu potrafią nanieść także w Europie – nadwiślańskie kluby należą do najczęściej karanych, przykrą kulminację przeżyliśmy przy okazji wizyty Realu, który kopał dla pustych trybun. O ile jednak po mrocznych latach 90. obyczaje zaczęły nieco łagodnieć, o tyle ostatnio sytuacja znów się pogarsza. Z powodu rozpylanych nad boiskiem dymów nie zdarza się już niemal kolejka bez przerywania gry, zwłaszcza mecze hitowe czy też derbowe trzeba zawieszać na długie minuty, podczas finału Pucharu Polski zapłonął kawałek Stadionu Narodowego. Zwyrole trzymają nas za twarz coraz mocniej. Teraz zaszantażowali również szefów ligi, którzy postanowili okazać – zapewne przepojeni szlachetnymi intencjami i merytoryczną argumentacją – pogardę dla piłkarzy.

Wiadomość od znajomego kibica Lecha: „Każde przegrane mistrzostwo znoszę ostatnio coraz gorzej, ale nigdy mi nie było tak wstyd. To właściwie hańba”.

20:20, rafal.stec
Link Komentarze (68) »
poniedziałek, 14 maja 2018

Kiedy nasi piłkarze awansowali na poprzedni mundial, napastnik strzelający gole Interowi, Milanowi i Napoli byłby gwiazdą reprezentacji. A teraz taki napastnik nie mieści się nawet w 35-osobowej kadrze. Felieton o polskich goleadorach przeczytacie tutaj.

15:41, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

czwartek, 10 maja 2018

Lech Poznań, trójgłowy smok

Lech Poznań wylał właśnie Nenada Bjelicę, więc wypada oficjalnie pogratulować Leszkowi Ojrzyńskiemu, który został najdłużej zatrudnionym trenerem w tzw. ekstraklasie – obchodzi dzisiaj 13. miesięcznicę objęcia posady w Arce Gdynia. Fajnie, że awans zbiegł się z jubileuszem. Spieszmy się z docenieniem sukcesu, bo sami wiecie, że fotelik lidera wśród długowiecznych szkoleniowców jest chybotliwy, siadasz w nim głównie po to, by prędko zlecieć na łeb na szyję, zupełnie jak w ligowej tabeli.

Wydarzeniem dnia jest jednak nie tyle nieuniknione zwolnienie Bjelicy, ile niebanalny wybór tymczasowego następcy – triumwiratu złożonego z Rafała Ulatowskiego, Jarosława Araszkiewicza i Tomasza Rząsy. Aż mi się buzia sama cieszy, jak dziecku.

Zwierzałem się już felietonowo z upodobania do fantazyjnie zamaszystych ruchów prezesów klubów, których wyobraźnia zdaje się nie mieć granic – opierałem się wtedy na przykładzie miłościwie nam panującej i liderującej Legii.

Odkąd bowiem reprezentację Polski – niech posłuży za punkt odniesienia, tylko tam w naszym futbolu panuje ład – zaczął uzdrawiać Adam Nawałka, czyli ponad cztery lata temu, warszawiacy zdążyli już zatrudnić siedmiu trenerów reprezentujących tak różne kultury, sposoby myślenia i metody, że szefów klubu nikt nie posądzi o jakiekolwiek uprzedzenia, przeciwnie, to laboratorium szeroko otwarte na świat, zapraszające każdego chętnego eksperymentatora. Wpuścili do szatni Jana Urbana – zapamiętałego wychowawcę młodzieży, miłośnika piłki hiszpańskiej, związanego z nieprzyjaznym Górnikiem Zabrze. Wpuścili Henninga Berga – lodowatego przedstawiciela Północy, przynudzającego samym tylko spojrzeniem. Wpuścili Stanisława Czerczesowa – chropowatego w obejściu niedźwiedzia ze Wschodu. I Besnika Hasiego – Albańczyka po praniu mózgu na Zachodzie, ponoć antypatycznego. I Jacka Magierę – dla odmiany przesympatycznego tubylca z krwi i kości legijnej. Dotarli wreszcie do Romeo Jozaka – wydobytego z Południa, dla podniesienia poziomu emocji nigdy nie sprawdzonego w pracy z seniorami – aż wymienili go na rodaka z Chorwacji, niejakiego Deana Klafuricia, który dotąd udzielał się wyłącznie w futbolu kobiecym i młodzieżowym.

Nazwałem wówczas ów innowacyjny styl zarządzania stylem National Geographic. Wszystkie strony świata, krajobraz rozleglejszy niż międzymorze, żaden wykwit przyrody nie jest nam groźny. Zarazem jednak tonowałem własny entuzjazm, przypominając, że Legii mimo wszystko wciąż daleko do gigantów z Zimbabwe.

Ci ostatni bowiem 10 miesięcy temu rozdali swoją reprezentację narodową aż trzem trenerom, żeby każdy mógł skupić się na innych rozgrywkach. I tak Norman Mapeza – znany z naszych boisk, legenda Sokoła Pniewy – miał odpowiadać za eliminacje Pucharu Narodów Afryki; Rahmana Gumbo oddelegowano do mniej prestiżowych Mistrzostw Narodów Afryki; Sunday Chidzambwa zaopiekował się natomiast Pucharem COSAFA. Roszady dokonano w przededniu ważnego meczu z Lesotho i trzeba pomysłodawcom oddać, że trójgłowy smok zadziałał nieźle. Piłkarze poczuli ogień, od tamtej pory ponieśli tylko jedną porażkę.

Zimbabweński polot dotarł zatem wreszcie do tzw. ekstraklasy i to jest dobre, świadczy o znanym nie od dzisiaj otwarciu Polaków na świat. Jak Legia odpowiedziała swego czasu Lechowi Chorwatem Jozakiem na Chorwata Bjelicę, tak Lech na Chorwata Klafuricia odpowiedział Legii – przynajmniej na chwilę – smokiem z trzema mózgami. I nie sądzę, by ktokolwiek zamierzał w tym pasjonującym wyścigu odpuścić.



17:37, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 07 maja 2018

Z góry przepraszam, że zakłócam uroczystości pożegnalne, to było silniejsze ode mnie. Felieton o trenerze, który został pogoniony z Arsenalu, przeczytacie tutaj.

Archiwum
Tagi