RSS
sobota, 07 lipca 2018

Wassily Kandinsky, MŚ 2018, mundial 2018

Wyznanie osobiste: kiedy potentaci zaczynają padać jak muchy, korespondenci mundialowi korzystają w sensie przyziemnie praktycznym: otóż większość wysłanników z krajów najliczniej reprezentowanych wyjeżdża, więc na trybunach dziennikarskich robi się przestronnie, nawet na szlagierach zawsze siedzę przy pulpicie, a nie na normalnym krzesełku – co dla piszących relację w trakcie meczu ma fundamentalne znaczenie, i ze względu na komfort stukania w klawiaturę, i dlatego, że możesz zerknąć w monitor, by zanalizować powtórkę kontrowersyjnego lub rozstrzygającego epizodu. W biurach prasowych zresztą też się rozluźnia, w dodatku tam i wokół stadionów otaczają cię ludzie inni niż zwykle, już tylko przez to ciekawsi. Sensacyjne rozstrzygnięcia lubię więc podwójnie, wiedziony nie tylko normalnym kibicowskim upodobaniem do oglądania wydarzeń zaskakujących czy dzikiej radości tych, którzy zwykle przegrywają.

Zaobserwowałem to zjawisko już podczas Euro 2004, gdzie kontynentalne potęgi kładły się jedna za drugą, aż półfinał obsadzili piłkarze z krajów średnich (Holandia) i małych (Grecja, Portugalia, Czechy) – małych i średnich w sensie ludnościowym, co poniekąd przekłada się na liczebność kontyngentu medialnego. Tamten klimat, pustkę ziejącą w sektorze prasowym, poczułem znów w Niżnym Nowogrodzie, gdzie w piątek patrzyłem na piłkarzy Urugwaju uprawiających sabotaż w meczu z Francją. W pobliżu znów było mnóstwo wolnych miejsc.

A potem „Canarinhos” nie uporali się z Belgią – choć wcale nie grali źle, 52 kontakty z piłką we wrogim polu karnym to ich rekordowy wynik w minionych 52 latach (taki wycinek przeszłości obejmują dostępne statystyki) – i skojarzenia z sensacją wszech czasów na mistrzostwach kontynentu stały się dojmujące. Skoro po raz pierwszy w historii w półfinałach nie ma Brazylii, Niemiec i Argentyny, skoro generalnie odpadli już zdobywcy 18 z 20 mundialowych złot, to przesuwa się nam przed oczami mundial również będący mocnym kandydatem na najbardziej sensacyjny w dziejach. Na trybunach zrobi się luźno.

Oglądamy zatem mecze w osłupieniu, niestandardowość przebiegu wydarzeń przyjemnie podrażnia mózgownicę, zaintrygowani usiłujemy wykryć jakiekolwiek reguły rządzące turniejem, podglądamy ekstazę zwycięzców i rozpacz pokonanych, dzieje się mnóstwo – aż po granice naszych możliwości percepcyjnych. Anglicy nauczyli się strzelać karne, a ich bramkarz Jordan Pickford wpadł na to, by zapisać sobie na bidonie, w który róg zwykli uderzać rywale! Niemcy przepadli w fazie grupowej, a trener Joachim Lów okazuje się zdolny do schrzanienia przygotowań! Obśmiewany Igor Akinfiejew umie bronić jedenastki na arenie międzynarodowej i jednak postanowił, przynajmniej w jednej prestiżowej konkurencji, rzucić wyzwanie Jaszynowi! Romelu Lukaku nie tylko przytłacza fizycznością, ale drybluje, rozprowadza i asystuje przy golu bez dotykania piłki! Yerry Mina z niezdary w Barcelonie jako Kolumbijczyk przeistacza się w obrońcę niemal monumentalnego! Można by długo kontynuować wyliczankę, idzie omdleć od nadmiaru wrażeń, tylko ów przeklęty Meksyk kopie jak nigdy, by w 1/8 finału przerżnąć jak zawsze. Fascynujący mundial.

I tylko czasem kołacze się pytanie, czy to jest także dobry mundial. Czy to jest ładny mundial. Pod względem sportowym oczywiście.

Werbalizuję wątpliwość przepojony bojaźnią wynikającą ze świadomości, iż dopuszczam się herezji, nawet ton nieśmiałej sugestii grozi tutaj obrazą kibicowskich uczuć. Mundial to wszak spektakl relikwia, spada nam z nieba raz na cztery lata, śpieszmy się go kochać, gdyż tak szybko odchodzi, dziecięco się nim zachwycać to prawie moralny obowiązek. Ale pytanie zadaję, choćby w tym szlachetnym celu, byśmy – byście – mogli stanąć w obronie mundialu, jeszcze bardziej uzmysłowić sobie jego wspaniałość.

Nie chcę badać intensywności gry, nie sprawdzam liczby sprintów i stoczonych przez piłkarzy pojedynków, nie zaglądam w statystyki pokonanych kilometrów – omijam parametry używane przez fachowców do oszacowania ogólnej jakości gry, ponieważ trudno tu uzgodnić powszechnie akceptowane kryteria, poza tym futbol reprezentacyjny musi ustępować klubowemu, choćby z powodu mnogości jednostek treningowych poświęconych na synchronizowanie gry w Realach, Barcelonach czy Juventusach. Chcesz Ligi Mistrzów, to odpal sobie Ligę Mistrzów, mundial oferuje inne atrakcje.

Zgodzimy się jednak chyba, że wolimy akcje wyreżyserowane i precyzyjnie wykonane, niż złożone z krzywych kopnięć, przypadkowych odbić, zagrań bez sensu. Lepszy udany drybling niż rajd przerwany faulem. Nie podnoszą sportowej wartości widowiska grube wpadki bramkarza. Ładniejsza parabola lotu piłki misternie podkręconej przez Coutinho niż rykoszet, który antybohaterem polskiego meczu z Senegalem uczynił Thiago Cionka, czy swojak Aziza Bouhaddouza. Perfekcyjny kontratak Belgów, który przeszył Japonię, pieści zmysły przyjemniej niż gol zrodzony z chaosu. Dostrzeganie plusów u wygrywającego przynosi więcej satysfakcji niż kłujące w oczy minusy u przegrywającego. Pewnie zgodzimy się również, że piłka nożna potrzebuje harmonii, kompozycji ruchu – statyczność rzutów rożnych, wolnych (nie mówię o cudownych strzałach w okienko) i karnych wzbogaca przedstawienie, lecz zastąpienie nimi natarć złożonych z kombinacji podań, dłuższej lub krótszej, nie wyszłoby futbolowi na zdrowie.

Spodziewacie się już pewnie, do czego zmierzam, a ja zamierzam dowodzić, że przybrało to większą skalę, niż się spodziewacie. Kulminacja nastąpiła w przywoływany piątek, gdy ożyły wspomnienia z Euro 2004 – najpierw ujrzeliśmy, jak wysławiany za maestrię defensywną Urugwaj w drugim meczu z rzędu zachowuje się naiwnie, gdy rywal zechciał wbić mu gola po stałym fragmencie gry; następnie maślane ręce wystawił do piłki bramkarz Fernando Muslera; wreszcie nieszczęście na Brazylię zaczął sprowadzać koszmarnym samobójem Fernandinho (w porywającym skądinąd ćwierćfinale z Belgią). Skandaliczne duże nagromadzenie zdarzeń na „nie”.

I na rosyjskim mundialu wcale nie wyjątkowe. Zsumujmy.

Padło aż 11 goli samobójczych – więcej niż kiedykolwiek na MŚ, a przecież samobój to samo zło, zamiast wyłaniać czyjąś skłaniającą do oklasków zasługę wyłania czyjąś wywołującą współczucie winę, gorszy jest niż rzępolenie na skrzypcach albo chamski błąd ortograficzny, brrr. Dopisek: nie wliczamy do czarnej listy wspomnianej pomyłki golkipera z Urugwaju, choć powinniśmy, on w żadnym razie nie wyrządził sobie krzywdy z powodu kunsztu uderzającego z dystansu Antoine’a Griezmanna. (Liczba samobójów na poprzednich turniejach, wszystkich za mojego świadomego życia: 5, 2, 3, 6, 1, 0, 2, 1).

Aż 20 bramek zdobyto dzięki rzutom karnym – rekord w liczbie podyktowanych ustanowili sędziowie już w fazie grupowej, było ich bowiem 24, o sześć więcej niż dotychczas w jakimkolwiek całym (!) turnieju, tymczasem jedenastki, wyjąwszy uruchamiające odrębne emocje serie podogrywkowe, to jednak element mniej wzniosły niż porządna akcja czy kunsztowne uderzenie z dystansu, woleja czy półobrotu.

Stałe fragmenty gry zwieńczone bramką biją uczestnicy turnieju na potęgę. One owszem, bywają wciągające i sławimy je jako bezcenne, ale powinny być jednak domieszką, nie esencją, a nadużywające ich drużyny oskarżamy czasem o niezdolność do wymyślenia czegoś ambitniejszego, jak Polskę, która jedyne gole wbiła właśnie dzięki kopnięciom leżącej na głowę Krychowiaka i nogę Bednarka. Niestety, nie tylko nasi piłkarze byli tu czynni, w fazie grupowej dzięki rzutom karnym, wolnym, rożnym i autowym padło horrendalne 43 proc goli., przy wskaźniku z poprzednich MŚ sięgającym ledwie 28 proc. Połowa zespołów zdobyła w ten sposób co najmniej połowę bramek, ponieważ inaczej niespecjalnie umieją, a kiedy gubią piłkę, głęboko się cofają, żeby również przeciwnikowi wybić z głowy tworzenie czegoś wyrafinowanego. Dlatego obrońca John Stones okazji strzeleckich definiowanych jako czyste miał więcej niż Leo Messi...

Aż nazbyt idealnie wkomponowuje się w naszkicowany krajobraz lider klasyfikacji najskuteczniejszych Harry Kane, który trzy z sześciu goli załadował z jedenastek, a czwartego mimowolnie, nieświadomy, że piłka fartownie odbija mu się od pięty. Zresztą wicelider Cristiano Ronaldo również, na trzy czwarte jego snajperskiego dorobku składają się: karny, błąd Davida De Gei, wolny. W czołówce tylko Romelu Lukaku, na razie wysunięty atakujący numer jeden w Rosji, strzela i asystuje w sposób urozmaicony. A najbardziej symptomatyczny zdaje się przypadek Marcusa Berga, który strzelał 16 razy, więcej niż ktokolwiek inny wśród środkowych napastników na MŚ, sześciokrotnie piłka zmierzała w światło bramki, ale w siatce nie wylądowała ani razu. Szwed się oczywiście nie przejmował, tylko skupiał na bieganiu do upadłego i pracy łokciami, ewentualnie przypominał z zadowoleniem, że wywalczył, a jakże, rzut karny.

Jeśli tendencja zostanie utrzymana i złotego buta wręczymy Kane’owi, poznamy mundialowego króla strzelców, jakiego ludzkość nie widziała (jego gole piąty i szósty padły po rzutach rożnych!). Co oczywiście nie obniża noty za występ na MŚ angielskiemu napastnikowi, przydatnemu i aktywnemu również daleko poza wrogim polem karnym, ale adekwatnie podsumowuje charakterystykę turnieju: piłkarze kreują niewiele zapierających dech bramkowych kombinacji, polegają natomiast na niespotykanym odsetku samobójów oraz stałych fragmentów gry. Rozmnożyły się nawet mecze, w których o wynikach nie rozstrzyga nic innego: Urugwaj – Francja, Kolumbia – Anglia, Rosja – Hiszpania, Polska – Japonia, Anglia – Tunezja (2:1, dwa rogi i karny), Meksyk – Szwecja, Korea Płd. – Szwecja, Kostaryka – Serbia, Francja – Australia (2:1, dwa karne i samobój) Chorwacja – Nigeria czy Maroko – Iran. Mnóstwo tego. Jeszcze jeden powód, by obwoływać rosyjski mundial innym niż wszystkie.

Innym, czyli niespektakularnym, może wręcz brzydkim. Wysypane wyżej statystyki i konkretne incydenty ilustrują coraz silniej dokuczające mi wrażenie, że różnokolorowe perełki: akcja Luisa Suáreza z Edinsonem Cavanim w 1/8 finału z Portugalią, solowe loty w kosmos Kyliana Mbappé, kilka klejnotów podarowanym nam przez Belgię (urokliwie wyłamuje się z turniejowej przeciętności) czy wymiany ciosów jak hiszpańsko-portugalska z drugiego dnia rywalizacji – nikną w ogólnej szarości. A chwaloną drużynę Roberta Martíneza otacza tłumek drużyn do zapomnienia, jak Rosja czy Szwecja, albo niemiłosiernie pragmatycznych, jak Francja (kolejny pretendent do tytułu króla strzelców, Griezmann: karny, karny, koszmarny eksces bramkarza). Potentaci odpadali wcześnie lub nie przekonywali/przekonują, najładniejsze wrażenie zostawili po sobie mali wyproszeni w fazie grupowej (Maroko, Iran, Peru, nawet Kostaryka) oraz Brazylia (upieram się, że w piątek grała z Belgią więcej niż przyzwoicie, nieprzyzwoicie tylko pudłowała i jeszcze miała pecha zetknąć się z bramkarzem ośmiornicą Thibautem Courtoisem). Trzeba wyławiać drobiazgi.

Pozostaje oczywiście jeszcze wątpliwość natury etycznej, artykułowana na wstępie obawa, czy uroda  mundialu nie zawiera się w definicji mundialu, czy nie jest on doskonały zawsze, nie został nam dany wyłącznie w celu wyrażania zachwytu, jak wschód słońca w górach, proza Czechowa czy jajko na miękko. Niniejszą analizę należałoby wówczas wymazać, z internetu oraz pamięci. Nie wypadałoby nigdy insynuować, że jakiekolwiek mistrzostwa były lub są niewyględne, turniej stanowiący pochwałę brzydoty i premiujący brzydotę musielibyśmy z wdzięcznością zaakceptować jako aktualny stan mundialowego ducha, a jeśli kogoś skręca od ochoty, by turnieje hierarchizować, to niech hierarchizuje tylko najlepsze (choć ich istnienie sugeruje istnienie najgorszych...), niech się publicznie dzieli jedynie ścisłą czołówką rankingu.

W mojej tabeli królowałyby igrzyska dawniejsze, jednak chciałem uroczyście i z głębi serca przysiąc, że zadaję powyższe pytania z szacunku i miłości do poddawanego ocenie delikwenta, po prostu mi zależy. No i się emocjonuję, mundialowej dramaturgii nie brakuje niczego, wprost przeciwnie, dzieje się w Rosji ponad wyporność nawet wytrenowanego kibica. Aż do ostatniego tchnienia ostatniego meczu zamierzam zatem rozsiadać się na przestronnej trybunie prasowej jak panisko, jak podczas słynnego, chyba mojego ulubionego, obfitującego w swoiste doznania Euro 2004. Będę się gapił cielęco rozanielony, przyjmując wszystko, co podadzą.

Tagi: MŚ 2018
13:47, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
środa, 04 lipca 2018

Adam Nawałka

Adam Nawałka najpierw wygrywał, by na samym końcu przegrać, mundial wręcz przerżnął. Podzielił w tej podróży los prawie wszystkich trenerów świata, a ja będę go wspominał nie tyle jako człowieka sukcesu czy niedosytu, ile jako selekcjonera osobnego, jeszcze bardziej innego od rodzimych kolegów po fachu niż Leo Beenhakker – o czym szerzej rozpisuję się tutaj.

Na blogu wystukuję jedynie post scriptum o decyzji Zbigniew Bońka, żeby zaproponować mu pozostanie na stanowisku. Nie wiem, czy prezes PZPN nie działał kurtuazyjnie, będąc pewnym odmowy, czy wręcz obaj panowie nie urządzili gry pozorów, wspólnie ustalając, że rozstaną się w eleganckim stylu, wskutek honorowej rezygnacji selekcjonera.

Wiem tylko, co się w polskim futbolu nie zdarza: drugiej szansy trenerowi nie dajemy, prawo do błędu praktycznie nie istnieje, zazwyczaj nie toleruje się nawet pojedynczych wpadek, a szkoleniowiec służy za popychadło, któremu nie wolno myśleć w perspektywie ani lat, ani nawet miesięcy, bo wywalą go za parę tygodni. Upodobanie do fast foodu zdecydowanie dominuje tu nad filozofią slow foodu, prezesi chcą się nażreć od razu, zamiast sprawdzić, czy ich wybraniec, jeśli dostanie czas, zdoła przyszykować coś specjalnego. I sytuacja eskaluje, osiągnęliśmy już etap, na którym nie sposób ustalić, czy ktoś się do trenowania nadaje, czy nie za bardzo. Bo jakie przyjąć kryteria, skoro szef wylatuje oknem z kuchni, znaczy z szatni, 14 sekund po wejściu drzwiami?

Nawałka kierował reprezentacją 56 miesięcy. Dłużej od niego wytrzymali po wojnie tylko Kazimierz Górski (68 miesięcy) oraz Antoni Piechniczek (66 miesięcy), a na trwającym mundialu stażem przewyższało go pięciu selekcjonerów – Oscar Tabarez (148 miesięcy), Joachim Löw (Niemcy, 144 miesiące), Carlos Queiroz (Iran, 87 miesięcy), José Pékerman (Kolumbia, 80 miesięcy) i Didier Deschamps (Francja, 72 miesiące). Stabilnie i cierpliwie bywa zatem na różnych kontynentach, w różnych kulturach, a skutkuje to bardzo rożnymi rezultatami. Nawiasem mówiąc, naszych zachodnich sąsiadów mundialowa wtopa wszech czasów nie skłoniła do przepędzenia selekcjonera. Löw zostaje.

Nie wiem, czy podtrzymywanie związku z Nawałką miałoby sens – choć całkiem tego nie wykluczam. Wprawdzie gdy jedyny raz nieudany turniej (Euro 2008) został selekcjonerowi „wybaczony”, to wkrótce reprezentacja kompletnie się rozpadła, ale Beenhakker zmagał się wówczas z totalną wrogością środowiska, nienawidzili go nawet zwierzchnicy z PZPN, tymczasem Nawałce otoczenie raczej sprzyjało, a związek zapewniał komfort. Dywaguję zresztą czysto akademicko, skoro sam trener uznał, że formuła się wyczerpała, to zamknął dyskusję.

Intryguje mnie tylko, czy na kolejnego selekcjonera reprezentacji z tak długim stażem znów poczekamy 30 lat. Czy z kierunku „slow” zawrócimy do „fast”, czy jednak drużynę narodową nadal zdołamy trzymać w bezpiecznym oddaleniu od kultury chaosu tzw. ekstraklasy.

01:31, rafal.stec
Link Komentarze (59) »
poniedziałek, 02 lipca 2018

MŚ 2018

To była rozgrywka w 1/8 finału porywająca, taka, po której odnosisz wrażenie - niezależnie od smutku pokonanych – że obie strony odniosły zwycięstwo. Japończycy dlatego, że zdołali prowadzić 2:0 z rywalem nieporównywalnie bogatszym w talent, a Belgowie dlatego, że zdołali się odkuć, i to zafundowali najsmaczniejszy futbolowy deser, mianowicie przetrzymali fanów w nerwach do ostatniej akcji, by przeprowadzić ją perfekcyjnie, przeszyć wroga kontratakiem jakby wyjętym z podręczników.

Był cudowny, zacząłem pochłaniać powtórki, zapętliłem się. I zacząłem nieświadomie stukać w klawiaturę. Dwie refleksje możecie znać z mojego Twittera, trzecią i czwartą wyfantazjowałem dopiero teraz, notkę sporządzam tylko dla ostatniej. Proponuję mianowicie alternatywną wersję filmu o wspomnianym meczu; występują (w kolejności pojawiania się na ekranie): Wojciech Szczęsny, Piotr Zieliński, Łukasz Piszczeki, Robert Lewandowski i Sławomir Peszko; podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest czysto przypadkowe.

1) A idźcie w cholerę z systemami szkolenia i świetnymi piłkarzami, po prostu wywalcie trenera na zbity pysk tuż przed mundialem, jak Japonia, zastąpcie go kimś, kogo wcale nie chcieliście, i głośno się do tego przyznajcie - zaprawdę powiadam wam, obudzicie się prawie w ćwierćfinale.

2) Okrutny paradoks - z Polską stchórzyli i się opłaciło, z Belgią zapłacili Japończycy najwyższą cenę za brawurę. Oni serio chcieli załatwić sprawę przed dogrywką.

3) Niesłychane, że Belgowie potrzebowali obrywać dwoma golami, by zajarzyć, że odrośli dalej od ziemi, warto to wykorzystać. A zarazem całkiem zrozumiałe – czują się lepsi pod każdym względem, po co kombinować w powietrzu, skoro można jak Bozia kazała na trawie.

4) Przewinąłem ostatnią scenę jeszcze raz i olśniło mnie, że ów wygrywający belgijski superkontratak mogła właściwie wyczarować Polska. Dysponowała aktorami o zbliżonych predyspozycjach, wystarczyło się podobnie porozstawiać na planie. SZCZĘSNY (Courtois) przytomnie rzuca piłkę do ZIELIŃSKIEGO (De Bruyne) – ZIELIŃSKI pruje przez kilkadziesiąt metrów i podaje na prawo do rozpędzonego PISZCZKA (Meunier) – PISZCZEK dośrodkowuje – LEWANDOWSKI (Lukaku) odciąga obrońców i z premedytacją przepuszcza piłkę – wpuszczony z rezerwy skrzydłowy PESZKO (Chadli) dopełnia formalności.

Zabrakło detali.

Tagi: MŚ 2018
23:28, rafal.stec
Link Komentarze (24) »

Myślowe przyruchy trudno zwalczyć, zbyt głęboko w nas wniknęły: piłkarze Aliou Cissé przylecieli z Afryki, i to subsaharyjskiej, więc automatycznie zakładamy, że przywieźli rozwinięte raczej mięśnie niż mózgi. Co uwierało mnie od początku mundialu – właściwie nawet wcześniej – więc wreszcie się zebrałem i napisałem. Felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

PS Aha, a tutaj, gdyby ktoś reflektował, kawałek z weekendu, większa objętość o Leo Messim jako ofierze Diego Maradony.

Tagi: MŚ 2018
20:45, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 lipca 2018

MŚ 2018

Rzuty karne wygrywają ci, którzy wytrzymują psychicznie. Decydują nie tyle ściśle technicznie kompetencje, ile zdolność do działania w specyficznych okolicznościach. To wiedza elementarna, poparta twardymi danymi: w trakcie meczu piłkarze mają z jedenastu metrów 85-procentową skuteczność, w serii podogrywkowej, gdy napięcie rozsadza żyły, spada ona do 76-procentowej. Wiadomo też, że łatwiej znieść presję, gdy kopnięciem zapewniasz drużynie zwycięstwo (92 proc.), niż wtedy, gdy musisz ocalić ją od porażki i przedłużyć nadzieje (tylko 60 proc.). „Times” cytuje naukowców twierdzących wręcz, że szczególnie nadają się do tej roboty regularni psychopaci – chorobliwie pewni siebie, narcystyczni, wyłączający emocje.

Hiszpanie podchodzili dzisiaj do każdego karnego jak do boju o ocalenie, ponieważ uchodzili za bezapelacyjnych faworytów i już samo wydłużenie meczu do 120 minut było ich klęską. Rosjanie natomiast za każdym razem chwytali wspaniałą szansę, ponieważ remis był z ich perspektywy wyczynem niemal heroicznym.

Mieliśmy zatem do czynienia z przypadkiem ekstremalnym, sporą przewagą jednych nad drugim przed rozgrywką teoretycznie wyrównaną. Czy raczej mielibyśmy do czynienia, gdyby nie fantastyczny atut Hiszpanów – otóż nigdzie indziej, w żadnej reprezentacji uczestniczącej bądź nie uczestniczącej w mundialu, nie znajdziemy tylu graczy wybitnie oswojonych z presją, wielkimi futbolowymi wieczorami, najtrudniejszymi wyzwaniami podejmowanymi na największych stadionach. Przecież ją tworzą zasadniczo wyczynowcy zatrudnieni w obu klubach madryckich oraz Barcelonie, od dekady kolekcjonujących trofea uporczywie, sezon w sezon. Przywykli, że gdy dadzą ciała, to wali się świat.

Ciekawi mnie zatem, skąd wziął się pomysł, by ostatniego karnego – często najtrudniejszego z najtrudniejszych, obarczonego ledwie 60-procentową skutecznością – oddać Iago Aspasowi. Facetowi z Celty Vigo, który presję widział tylko w telewizorze, nigdy nawet nie zajrzał do Ligi Mistrzów, nie mówiąc o wiosennych rundach Ligi Mistrzów? Wiem, strzela karne regularnie, ale strzela byle komu i w byle meczach, a gdy w minionym sezonie musiał zmierzyć się z rywalem z najwyższej półki, to w meczu z Realem Madryt Keylora Navasa nie pokonał... Nie sensowniej było wybrać inną kolejność? Wyznaczyć kogoś innego? Dani Carvajal czy Sergio Busquets, którzy przeżyli na boisku prawie wszystko, aż do tego stopnia nie umieją kopać z 11 metrów?

Nie chcę się nad Aspasem znęcać (zresztą nie mam pewności, że czyta blog „A jednak się kręci”), Hiszpanie i tak schrzanili sprawę wcześniej – nawet gdyby grali bez trenera, nawet jeśli zjawiskowy z piłką u nogi Isco nie umie się od niej oderwać wystarczająco szybko, by nadać tempo akcji, to tworzą, powtórzmy, najbardziej doświadczoną drużynę narodową na planecie, jako jedyni na mundialu przystąpili do gry niepokonani od czerwca 2016 roku, powinni się ze słabą Rosją rozprawić wbrew wszystkiemu. Niestety, odstawili na Łużnikach sabotaż, wyglądało to niemal jak świadome wywoływanie skandalu, moja gazetowa korespondencja z Moskwy jest w sporej mierzy zapisem tortur towarzyszących gapieniu się na tę wyzutą z idei tuptaninę. Trochę szkoda, że Andrés Iniesta rozstaje się z reprezentacją w meczu zawstydzającym, bodaj najgorszym hiszpańskim od dekady (tylko on, Sergio Ramos i David Silva przetrwali od złotego Euro 2008), przypominającym, że nawet w kraju wychowującym tłumy znakomitych graczy trzeba nieustannie wymyślać swój futbol na nowo.

Inaczej kończysz po hiszpańsku, jako własna karykatura. I nawet nie masz psychopaty, który porządnie walnie z decydującego karnego.

Tagi: MŚ 2018
21:45, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
piątek, 29 czerwca 2018

MŚ 2018

Rosyjski mundial jedynie przypomina, że piłka nożna bywa zbyt ważna, aż do przekroczenia granicy zwyrodnienia. A polskiemu hejtowi, choć przeszkadza on wielu ludziom o normalnej wrażliwości, daleko do światowej czołówki.

Bodaj najmocniejsze świadectwo w kwestii kibicowania dał przy okazji mistrzostw Hernán Dario Gómez, który uczestniczy w nich po raz piąty – w 1990 i 1994 r. był asystentem selekcjonera reprezentacji Kolumbii, w 1998 r. awansował na głównego szefa, w 2002 r. samodzielnie zaprojektował bezprecedensowy awans Ekwadoru, w 2018 r. dzięki niemu debiutuje w turnieju Panama. Trzy epoki, trzy kraje, trzy kompletnie odmienne doświadczenia, choć zawsze związane z eksplozją entuzjazmu wokół drużyny.

Mundial numer dwa kojarzy mu się z najbardziej potwornym momentem w życiu. Leciała wtedy Kolumbia po złoto, natchniona doskonałymi eliminacjami i namaszczona przez Pelego. Gómez wspomina, że odurzeni komplementami członkowie reprezentacji żyli w kłamstwie, jako przedstawiciele kraju bez dorobku na MŚ nie mieli pojęcia, czy i jakie popełniają błędy, wychodzili na boisko obciążeni presją nie do wytrzymania. Odpadli w fazie grupowej, a po powrocie do kraju zalał ich ocean wściekłości, agresji i nienawiści – wysłuchiwali obelg, ilekroć wyszli na ulicę, z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, aż pewnej nocy (dochodziła trzecia) obecny trener Panamy odebrał telefon i usłyszał od narzeczonej Andrésa Escobara, że piłkarz został zamordowany. Za wbicie na MŚ samobója, przed śmiercią napastnik przy każdym strzale z pistoletu powtarzał słowo „gol”.

Scena znana i opisana, obecność w Rosji Gómeza i jego zwierzenia dla trenerskiej platformy The Coaches’ Voice przypominają tylko, że realna. To wydarzyło się naprawdę, piłkarz został zabity, ponieważ zawalił mecz – najtragiczniejszy wokółmundialowy epizod w dziejach.

Zszokowany kolumbijski trener chciał nawet uciec z kraju, ale po latach przekonał się, że gdzie indziej ludzie też z powodu futbolu tracą poczucie przyzwoitości. Zanim nauczył Ekwadorczyków kochać swoją drużynę narodową, jego piłkarze wysłuchiwali głównie obelg, wyszydzano ich na ulicach, przed meczami, nawet z trybun, zanim jeszcze zaczęli w meczu przegrywać. To samo działo się w Panamie – choć oczywiście nigdzie już nikt nie posunął się do zbrodni.

Budzące grozę wspomnienia ożyły podczas rosyjskiego mundialu, gdy rodacy zaczęli grozić śmiercią Carlosowi Sanchezowi. Bo zatrzymał ręką strzał Shinjiego Kagawy już po trzech minutach gry na mundialu, sprokurował rzut karny i wyleciał z czerwoną kartką, zasadniczo przyczynił się do porażki Kolumbii z Japonią. Koledzy się z nim solidaryzowali, trener Jose Pekerman informował, że piłkarz jest przerażony, drużyna zadedykowała mu zwycięstwo 3:0 nad Polską. „Jeśli Escobar zginął za samobója, to Sancheza trzeba nie tylko zabić, ale jeszcze nasikać na zwłoki” – brzmiał jeden z wielu komentarzy, który cytuję targany wątpliwościami, czy powinienem.

Postanowiłem go jednak przywołać, bo reakcje kibiców z całego świata na mundialowe niepowodzenia śledzę, słysząc głosy polskie. Nierzadko również przepojone frustracją i gniewem na piłkarzy, obelżywe, niezasługujące na uwagę. I na tyle agresywne czy nienawistne, że wywołują do odpowiedzi kibiców lub niekibiców umiarkowanych, którzy przedstawiają Polaków jako nację wyjątkowo niezdolną do godnego zaakceptowania porażki.

Nie mają racji. Gdybyśmy się negatywnie wyróżniali, na świecie byłoby trochę zdrowiej i przyjemniej. Niestety, przegrywać nie umieją także inni. I to nie umieją nawet bardziej niż Polacy. Po finale Ligi Mistrzów potworności spadły na nieszczęsnego bramkarza Lorisa Kariusa, a po ubiegłotygodniowej klęsce Argentyny z Chorwacją – na bramkarza Willy’ego Caballero, mógłbym zresztą wymienić znacznie więcej nazwisk, bo mundial wywołuje trujące emocje w stężeniu ekstremalnym, ludzie ewidentnie czują się porażkami osobiście dotknięci, traktują je wręcz jak hańbę dla całego kraju. Piłkarze stanowią grupę społeczną czy branżę szczególnie narażoną na krytykę bezpardonową, notorycznie sprowadzaną do wulgarnego wyzwiska, ustępując pod tym względem chyba jedynie politykom. Tyle że ci ostatni pełnią funkcje publiczne, są wybierani i opłacani z budżetu państwa, z definicji podlegają stałemu osądowi, a przede wszystkim silnie wpływają na nasze życie – tymczasem członkowie futbolowej drużyny narodowej reprezentują kraj dlatego, że są najlepsi, gdyby ich miejsce zajęli inni, to rezultat uzyskaliby prawdopodobnie jeszcze gorszy.

Ludzie czują się jednak uprawnieni, by po porażkach brać na nich odwet. Zamiast po prostu cieszyć się, gdy drużyna wygrywa, i martwić, gdy przegrywa, unoszą się na poziom emocji sugerujący, iż wyniki przesądzają o ich ogólnym nastroju, satysfakcji z życia, decyzji, czy sklasyfikować kopiących w imieniu narodu delikwentów jako narodowych bohaterów, czy jako zdrajców. Im dłużej to obserwuję, tym bardziej podejrzanie brzmi mi słynna sentencja Billa Shankly’ego, który oznajmił: „Niektórzy sądzą, że piłka nożna to sprawa życia i śmierci. Zapewniam was, że to coś znacznie poważniejszego”. Jerzy Pilch powiedział mi kiedyś, że „to jedna z tych celnych fraz, które bardzo trudno skomentować, bo zawierają w sobie już wszystko i można je wyłącznie rozcieńczać”. Pięknie, słusznie i dowcipnie, efektowna hiperbola literata wzmacnia efektowną hiperbolę trenera, problem pojawia się dopiero wtedy, gdy kibice zachowują się, jakby myśl podaną przez Shankly’ego traktowali serio. Jakby nie pojmowali, że piłka nożna, owszem, ekscytuje i dostarcza estetycznych wzruszeń, ale to jednak tylko rozrywka; przegraną (cudzą) na boisku traktować jak tragedię mogą jedynie ludzie, którym los oszczędził prawdziwych tragedii; przykładanie do 0:2 albo 0:5 nadmiernej wagi niemal ubliża wszystkim tym, którzy zetknęli się z potwornościami, panie Shankly, istotnie bliskimi śmierci.

Polacy niczym się tu nie wyróżniają, pojękiwania nadwiślańskich tępicieli hejtu (skądinąd całkowicie zrozumiałe) wynoszące naszych nienawistników na światowy szczyt wynikają z ich niewiedzy, jak jest gdzie indziej, ale to chyba wcale nie cieszy, narodowość patologicznej nieumiejętności zniesienia porażki nie ma znaczenia, nie chcielibyśmy istnienia żadnej, także aborygeńskiej czy kamczackiej. W każdym razie im bardziej widzę, że z wiekiem piłka nożna w ogóle nie przestaje mnie rajcować, tym bardziej mam ochotę przekonywać, że to błahostka, duperela nawet, zainwestujcie, ludzie, swoją złą i dobrą energię w coś sensowniejszego. A teraz, gdy Kolumbia awansowała do 1/8 finału, zastanawiam się, jak fanatycy, którzy chcieli Carlosa Sancheza zabijać za samobója, świętowaliby jego gola, który dałby medal mundialu.

Tagi: MŚ 2018
22:17, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
czwartek, 28 czerwca 2018

MŚ 2018, Robert Lewandowski

Trzy awanse na mundial w XXI w., trzy razy nasi odpadają po dwóch meczach, trzy razy na pożegnanie wygrywają. Sprawdziłem, pisałem o tym w korespondencji z Wołgogradu: jedyna taka drużyna na świecie, polscy piłkarze zasługują na chwałę autentycznych arcymistrzów tzw. batalii o honor.

To konstatacja ogólna, w szczególe patrzyłem na dzisiejsze straszydło z wyjątkową przykrością, w końcówce wręcz skrępowany, że podglądam coś, czego podglądani wcale nie chcieliby mi pokazywać.

Wszystko było w czwartek w Wołgogradzie osobliwe. Gdybym mógł wybierać, zasiadłbym na trybunach w Samarze, gdzie obie strony – Kolumbijczycy i Senegalczycy – biły się o awans. Trzymałem kciuki za tych ostatnich, ponieważ polubiłem ich podczas wizyty w bazie w Kałudze, podoba mi się ich sprzeczny ze stereotypami o czarnej Afryce styl gry, mam wielką słabość do Kalidou Koulibaly’ego etc. W końcówce irytowali mnie zatem Polacy podwójnie, gdy nie próbowali przycisnąć Japonii odmierzającej czas do ostatniego gwizdka, świadomej, iż pomimo porażki 0:1 wygramoli się do 1/8 finału.

Ale nawet gdybym nie sprzyjał Senegalowi – sprzyjałem tylko trochę – to ostatnie ostatnie minuty byłyby cholernie trudne do zniesienia. Nie mieli nasi piłkarze nic do stracenia, zamierzali zatrzeć beznadziejne wrażenie z poprzednich porażek, a jednak zostaną słusznie oskarżeni o współudział w cynicznym symulowaniu gry. Wyniszczające doświadczenie dla widza, w mojej prywatnej hierarchii konsumowanych na żywo futbolowych gniotów murowana pozycja w ścisłej czołówce. Złapałem się na podświadomym przeświadczeniu, że Polacy z Japonią w istocie przegrali, podałem nawet w pierwszej chwili, spontanicznie, błędny wynik Rosjance, która zagadnęła mnie w autobusie na lotnisko. Zresztą Łukasz Fabiański za końcówkę kibiców przeprosił.

Nie chcę mi się wymachiwać epitetami, dawno wyrosłem z pastwienia się nad piłkarzami, którzy zawiedli nade wszystko samych siebie, bez mojej – naszej – pomocy też czują się beznadziejnie. (Przymierzam się raczej do publicystyki, o sztuce przegrywania, z którą biedzą się podczas trwającego mundialu fani w wielu krajach, wbrew pozorom nie tylko my mamy problem). Kiedy jednak podsumowuję sobie w duchu turniej, to refleksję znajduję wyłącznie druzgocącą: z polskiego występu na MŚ nie zapamiętam absolutnie niczego przyjemnego, żadnej wywołującej ciepłe skojarzenia drobinki, nawet dzisiejszego gola Jana Bednarka odebrałem przede wszystkim jako symboliczny dowód bezradności. Nasi mianowicie nie umieją skleić jakiegokolwiek porządnego natarcia pozycyjnego, słabo wyznają się nawet na klasycznie nadwiślańskiej specjalności kontratakowania, łapali kontakt z tlenem tylko dzięki stałym fragmentom gry. Makabra. Intrygujące, co Robert Lewandowski (zdjęcie Kuby Atysa) z Kamilem Glikiem zasugerowali w strefie wywiadów: lepiej było nie kombinować w taktyce w ostatnich miesiącach, tylko grać to, co wytrenowaliśmy wcześniej. Mądry piłkarz po szkodzie.

Przyznaję się: już teraz wiem, że gdy skończę nocne i ranne podsumowywanie biało-czerwonych podrygów, poczuję ulgę, jak na kilku wcześniejszych turniejach. Inni też po naszych nie zapłaczą. Ja zostaję w Rosji do finału, pojutrze wyruszam po odzyskanie radości z mundialu, to nastąpi niechybnie. Stary, aż nazbyt dobrze znany moment: prawdziwe mistrzostwa zaczynają się wtedy, gdy Polacy zostali wyproszeni.

Tagi: MŚ 2018
20:45, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
środa, 27 czerwca 2018

 MŚ 2018. Niemcy

David Sumpter, autor rekomendowanej przeze mnie tutaj niedawno „Piłkomatyki”, szczegółowo objaśnia w książce skądinąd niezbyt rewolucyjną tezę, jakoby futbol był grą w sporej mierze losową. W ściśle określonych jednak warunkach: 1) kiedy dysproporcja sił nie jest gigantyczna, jak między San Marino i Polską czy Swornicą Czarnowąsy i Tottenhamem; 2) kiedy mówimy o pojedynczym w meczu. Z grubsza chodzi o to, że Niemcy mogą w każdym momencie przegrać z Koreą Południową, ale w tabeli ligowej - czyli sumującej setki wyników - raczej ją wyprzedzą. Dlatego rozgrywki pucharowe, organizowane wedle zasady „przegrywający odpada”, uchodzą za mniej miarodajne niż rozgrywki rządzone przez zasadę „każdy z każdym”. Nawet Zinedine Zidane zwierzył się, że nad triumf w europejskiej Champions League przedkłada triumf w krajowej La Liga.

Zatem dzisiejsza porażka obrońców tytułu z Koreą Południową mogła się, owszem, zdarzyć. Ale nic więcej, nie odpadnięcie z mundialu.

Owa losowość piłki nożnej broniła nas przed nieustannymi zwycięstwami Niemców. Nawet jeśli zdawaliśmy sobie, że znają się na niej najlepiej i są najmądrzejsi, to nie zawsze wygrywali wszystko. Złoto wzięli w roku 2014, natomiast w 2016, 2012, 2010, 2008 oraz 2006 musieli się zadowolić srebrem albo brązem.

Że są mędrcami od futbolu - taki zbiorowy mistrz Yoda przemnożony przez Umberto Eco do potęgi Archimedesa - wiedzieliśmy na pewno. Wiedzieliśmy nie tylko o ich arcywydajnym systemie szkolenia, ale również o wynalazkach, które inni tylko małpują albo usiłują zmałpować; o maniackim dążeniu do innowacji, wywracania wszystkiego do góry nogami, uporczywego zaprzeczania samym sobie, unieważnianiu własnych odkryć; o odwracaniu się plecami od światowego mainstreamu, o którym wielokrotnie już pisałem, z tyłu głowy mając niekiedy myśl, że z intelektualizowaniem przesadzają. Właśnie zilustrował niemiecką osobność i pionierskość Michał Trela - znawca tamtejszego futbolu wybitny, czytajcie, a zrozumiecie - u którego poczytacie, że z technologicznych sukcesów cywilizacji korzystają wszyscy, ale nie wszyscy w tym samym stopniu. Bo Niemcy, do ciężkiej cholery, jak zwykle über alles. I nawet mogą sobie bezczelnie zagrać wszystkim na nosie, ignorując przy powołaniach natchnionego Leroya Sane. Albo wstawiając między słupki Manuela Neuera, który schorowany pauzował cały sezon, choć mieli do dyspozycji doskonałego w Barcelonie Marca-André Ter Stegena.

Tym razem jednak stało się coś dalece większego niż losowość piłki nożnej, która ściąga na Niemców porażkę z Koreą Płd. Oni mogli przegrać z Koreą, to oczywiste, nic szczególnego. Mogli nie wygrać ze Szwecją, nic szczególnego. Mogli przegrać z Meksykiem, zdarza się.

Ale nie mieli prawa zawalić ogólnie i odpaść z mundialu o tej porze, wcześniej niż kiedykolwiek przed wojną i po wojnie. Jeśli zniknęli w fazie grupowej, to mamy informację najmilej pocieszającą w świecie - całym, nie tylko sportowym - w którym zawsze wygrywa ten, kto ma wygrać. Daleko nam do zaprogramowania futbolowego AlphaGo. Wciąż nie istnieje złota formuła gwarantująca cokolwiek. Nie istnieje nawet formuła najprostsza. Gwarantująca, że unikniesz kompromitacji.

22:25, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 25 czerwca 2018

MŚ 2018

Nawoływanie o umiar zabrzmi teraz straceńczo, ale spróbuję. Wokół klapy na MŚ krąży już bowiem mnóstwo tez ciężkich i prostych jak konstrukcja cepa – czasami wzajemnie ze sobą sprzecznych – które wybrzmiewają tym głośniej, im mniej wspólnego mają z rzeczywistością.

Uporządkujmy, choćby dla higieny.

1) Ponoć każdy rozgarnięty wiedział, że nie będzie niczego, bo mundial to wyzwanie o zupełnie innej skali niż mistrzostwa kontynentu, dopiero tutaj zderzyliśmy się z potentatami. Fałsz. Polscy piłkarze przed dwoma laty zatrzymywali i najlepszych na świecie Niemców (byli nawet bliżsi zwycięstwa!), i Portugalię kroczącą ku złotu Euro, i Szwajcarię, która należy do najstabilniejszych współczesnych reprezentacji – od czerwca 2016 roku zawaliła tylko jeden mecz, jej ubiegłotygodniowego remisu z Brazylią w żadnym razie nie wolno uważać za przypadkowy, przeciwnie, stanowi logiczne rozwinięcie tematu. Wniosek: to nie w poziomie mundialowej trudności leży problem, lecz w aktualnej formie Polaków. Gdyby zagrali jak przed dwoma laty, zapewne wciąż rywalizowaliby o awans. Nie zagrali, bo o ile stać nas na przezwyciężenie pojedynczych problemów, to nie przezwyciężymy kaskady problemów. To specjalność sąsiadów zza zachodniej granicy i podobnych supermocarstw.

2) Ponoć szczególnie zaszkodzili pokrzywdzonemu narodowi nieprzytomni optymiści sugerujący, że Polaków stać na cokolwiek. Fałsz. Nie wiem, jaka propaganda sukcesu wylewała się z mediów niespecjalistycznych, to luksus bycia korespondentem – omija cię okres, w którym głos na temat piłki nożnej zabiera każdy, ci niezbyt zorientowani opowiadają androny ze szczególną beztroską, nikt ich za bajdurzenie nie rozliczy. Wiem natomiast, że awans piłkarzy Adama Nawałki do 1/8 finału prognozowali również kompetentni ludzie, nie tylko nawiedzeni dziennikarze znad Wisły. Od trenera José Mourinho, którego słuchałem tutaj w Russia Today, po bukmacherów, którzy gromadnie umieszczali nas na pozycji wicelidera tabeli, pod Kolumbią.

3) Ponoć nasi piłkarze wypadli najgorzej ze wszystkich, zajmą ostatnie, 32. miejsce w hierarchii MŚ, może nawet nie zostaną sklasyfikowani; ponoć nikt nie zawala mundiali jak oni. Fałsz. Oczywiście, że Polacy rozczarowali, ale zachowajmy minimum zdrowego rozsądku. Jak oni przylecieli wyjść z grupy i im się nie powiodło, tak Argentyna, uświęcona posiadaniem Leo Messiego, przyleciała po medal, a na razie modli się, by doczołgać się do 1/8 finału. To upadek porównywalny. A jeśli szukać drużyn niegodnych turnieju, to należy raczej przyjrzeć się Panamie (moja główna kandydatura, badałem jej kazus po awansie na MŚ) czy Arabii Saudyjskiej. A jeśli szukać najbardziej szokujących i/lub zawstydzających popisów w XXI w., to proponuję, sięgając do pierwszego skojarzenia, choćby reprezentację Włoch AD 2010, który miała w RPA bronić złota, tymczasem osiadła na dnie grupy z, uwaga, Nową Zelandią, Słowacją i Paragwajem. Przecież nasi po zbliżonym wybryku, choć nie paradowali jako mistrzowie świata, zostaliby zlinczowani jako niedojdy wszech czasów i zdrajcy narodu. A pamiętam również skandaliczne występy Serbów (rekrutują tłumy wyczynowców cenionych na czołowych europejskich rynkach) czy Anglików, którzy przewracali się po starciu z Kostaryką. Trochę się tego nazbierało.

Znów: nie wyławiam cudzych katastrof, żeby naszą zagadać czy usprawiedliwić, lecz próbuję przywrócić sprawom właściwe proporcje. Jeśli nawet nasze negatywne emocje się skumulowały, ponieważ zbyt dobrze pamiętamy niepowodzenia z lat 2002 i 2006, to Nawałka, Lewandowski i reszta ferajny odpowiadają tylko za mundialową edycję 2018, z poprzednimi nic ich nie łączy. I nikt bezstronny nie sklasyfikowałby ich występu wśród najgrubszych obciachów, bezkonkurencyjni pozostają tu wspomniani Włosi czy Francuzi, którzy w RPA strajkowali i wymyślali trenerowi od „kawałka gówna”. Ewentualnie, nie chcę być zbyt nachalny, pewna reprezentacja wystrojona na kanarkowo, która cztery lata temu w dwumeczu o medale podała kibicom 1:7 z Niemcami oraz 0:3 z Holandią. Serio, nie takie nieszczęścia jak Kolumbia w Kazaniu chodzą po ludziach, starajmy się trzymać poręczy.

4) Ponoć ranking FIFA służył do robienia ludziom z wody z mózgu, wymachiwaliśmy nim dla mamienia publiki, że nasi należą do globalnej czołówki. No nie wiem. Pamiętam, że raczej wielokrotnie pisałem, że pełni on funkcję jedynie pomocniczą i że Polacy korzystają z regulaminowej luki, by poprawić swoją pozycję – unikają mianowicie sparingów, które nawet wobec pomyślnych wyników zaniżają. Zresztą do dzisiaj czytam, w angielskim „Timesie” czy amerykańskim serwisie ESPN, że nasi piłkarze w pewnym sensie oszukiwali, by wyłudzić rozstawienie w losowaniu mundialowych grup.

5) Ponoć nieuchronnie nadciąga mroczna reprezentacyjna przyszłość, ponieważ Piszczek, Błaszczykowski, Glik czy Grosicki przekroczyli trzydziestkę, a „następców nie widać”. Fałsz. Przypominam, że Piszczkowi, Glikowi czy Grosickiemu nikt nie przepowiadał niczego dobrego, gdy byli w obecnym wieku Kownackiego, Linettego, Bereszyńskiego, Bednarka, Zielińskiego czy Milika, zatrudnionych w porządnych firmach zachodnich. Nie wiadomo, czy ci ostatni osiągną tyle, ile starsi koledzy, ale nie ma racjonalnych przesłanek, by wmawiać im i nam, że muszą osiągnąć mniej. Dzisiaj znaczą więcej niż tamci znaczyli na tym samym etapie kariery.

Owszem, trzeba szkolić z sensem i systemowo, owszem, systemowe szkolenie u nas leży i kwiczy, ale opłakane skutki ogólnego stanu piłkarstwa widać raczej w tzw. ekstraklasie czy europejskich pucharach – drużyna narodowa to kwestia osobna, jak niedomagania futbolowej edukacji nie przeszkodziły w zbudowaniu porządnej reprezentacji na Euro 2016, tak nie muszą przeszkodzić w przyzwoitym przygotowaniu Euro 2020.

Tagi: MŚ 2018
21:39, rafal.stec
Link Komentarze (104) »
niedziela, 24 czerwca 2018

MŚ 2018. Polska - Kolumbia

Słuchałem przed chwilą w podziemiach kazańskiego stadionu mundialowej rozgniatającej drużynę recenzji Kamila Glika: według niego Polacy nie dali rady ani fizycznie, ani technicznie, ani taktycznie. Od siebie dodam tylko, że wydał werdykt uniwersalny, można nim okleić każdy występ na MŚ naszych piłkarzy, który obsługiwałem jako korespondent „Gazety”.

Przed poprzednimi niczego sobie nie roiłem, tym razem myliłem się na potęgę. Nie dlatego, że odpadamy już w fazie grupowej - taką ewentualność uważałem za realną, w ultraoptymistycznych okrzykach słyszałem głównie ignorancję, zastępowanie rozpoznania rywali wielkopańskim przeświadczeniem, że skoro ich nazwy brzmią egzotycznie, to przyślą patałachów. Nie, myliłem się na potęgę z innego powodu - byłem mianowicie przekonany, że nawet jeśli Polacy przegrają, to zostawią po sobie niezłe wrażenie. Że zademonstrują wszystko lub prawie wszystko, na co ich stać. Że wreszcie doświadczę polskiego mundialu na więcej niż zero.

Nie udało się, najbliższe dwie godziny poświęcę na sporządzenie wstępnej analizy, którą o świcie opublikuję na naszym portalu. A potem powrót do Soczi i przygotowanie do jednej z najdziwniejszych podróży w życiu - spędzę 18 godzin w pociągu do Wołgogradu, by obejrzeć tam z trybun mecz bez znaczenia, w gruncie rzeczy towarzyski, podczas którego zamierzam żałować, że nie oglądam, choćby w telewizji, jak tłuką się o awans Senegal z Kolumbią.

23:37, rafal.stec
Link Komentarze (76) »
Archiwum
Tagi