RSS
sobota, 25 lutego 2017

Leicester, Claudio Ranieri

Claudio Ranieri wylany. 10 stycznia został uhonorowany nagrodą dla najlepszego trenera na świecie minionego roku, a 23 lutego stracił posadę w Leicester. Wykopali go z klubu, z którego piłkarzami ledwie parę miesięcy wcześniej wywołał bodaj największą sensację w dziejach angielskiego futbolu.

Nie stało się nic zaskakującego. Blogowałem kilka tygodni temu, że albo go wyproszą, albo zlecą z ligi, a zsunięcia się Leicester na pułap walki o utrzymanie spodziewałem się już wtedy, gdy zdobyło mistrzostwo. Zastanawiałem się najwyżej, czy zdążą – kiedy sytuacja zrobi się aż tak beznadziejna, że przezwyciężą moralny szantaż opinii publicznej, której bezwarunkowe wsparcie Ranieri musiał mieć z oczywistych względów. Kibice piłkarscy to wszak jedna z najbardziej rozsentymentalnionych grup społecznych. Tacy fani „Króla Lwa”, tylko nieco głośniejsi.

Ranieriego więc pogonili, a cała Europa zalała się łzami. Porównywalnego szlochu na Wyspach – i nie tylko tam – nie słyszałem od śmierci Lady Diany. Jak rozczulała publikę tamta celebrytka, tak rozczula ją włoski trener, choć oczywiście z innych powodów. Był głównym bohaterem wzruszającej bajki. Bohaterem i reżyserem, w dodatku reżyserem z przeszłością, w której jego kompetencje notorycznie – i niesłusznie! – kwestionowano. Chlip, chlip, chlip. Dlatego Ranieri stał się nietykalny. Cytowałem tu internetowe wersety kibiców, którzy wzdychali, że wraz z wylaniem go z roboty „stracą wiarę w piłkę nożną”, że „wolą spadek do drugiej ligi z nimi niż utrzymanie się bez niego”.

Też chciałem, żeby Włoch został do samego końca. Wprawdzie zwalnianym trenerom z czołówki niełatwo współczuć – biorą wielomilionową odprawę i zaraz znajdują następną nieźle płatną posadę – ale jestem miłośnikiem fajnych fabuł, a opowieść o Ranierim, który najpierw bierze mistrza, a potem stacza się do drugiej ligi, byłaby fajniejsza niż Ranieri zwolniony za złe wyniki. Poza tym jako kibic piłki kopanej też bywam sentymentalny. Staram się z tym walczyć, nie znoszę tego u siebie, ale bywam.

Merytorycznie decyzja jest bardzo typowa. Piłkarze Leicester nie dość, że od miesięcy grają źle, to grają coraz gorzej. Ostatnie pięć ligowych meczów przerżnęli, w ostatnich pięciu meczach nie wytuptali ani jednego gola – 0:2, 0:3, 0:1, 0:3, 0:3 to zdecydowanie najgorsza seria w czołowych ligach Europy. Przede wszystkim jednak przestali trenerowi ufać, przestali go lubić, przestali go słuchać. Nie będę przywoływał szczegółów, bo w angielskich mediach się od nich roi.

Niewykluczone, że szefowie Leicester popełnili błąd. Może Ranieri był w stanie wszystko naprawić, może jego następca nie zapobiegnie katastrofie. Ale w chórze oskarżycieli słychać niewiele argumentów merytorycznych, wszystko zagłuszają kwestie etyczne – zwolnienie włoskiego trenera to niewdzięczność. Znane zjawisko, przywoływałem tu przypadek Otto Rehhagela, który po zdobyciu mistrzostwa Europy z Grecją (wszechsensacja, jak z sukcesem Leicester) zasłużył na to, by sam zdecydować, kiedy odejdzie. I utrzymał stołek niemal dekadę.

Futbol reprezentacyjny to jednak inna bajka. Zawalisz eliminacje do mundialu czy Euro, to masz następne – startujesz z tego samego miejsca, grozi ci w najgorszym razie niższe rozstawienie w losowaniu. (Sam z uznaniem pisałem do „Kopalni” o Vicente del Bosque, który jako selekcjoner hiszpańskiej kadry uznał, że starzy mistrzowie, którzy razem tyle powygrywali, mają też prawo razem przegrać). Skutki spadku z ligi bywają nieodwracalne. Tracisz nie tylko szmal z praw telewizyjnych, ale i piłkarzy z ambicjami, więc na powrót do elity możesz czekać całą wieczność. Albo powrotu w ogóle nie dożyć.

W Anglii straty finansowe są szczególnie dotkliwe. W tym sensie Ranieri jest ofiarą komercjalizacji futbolu – komercjalizacji, której ja nie lubię, a wielu kibiców wręcz nienawidzi, choć zawodnicy czy trenerzy, na pewnym poziomie obowiązkowo milionerzy, raczej się przeciw niej nie buntują.

Jeśli jednak skupić się na czystym sporcie, cel pozostaje niezmieniony. Uchronić drużynę przed degradacją. I nawet gdyby w konflikcie piłkarze kontra trener zawinili ci pierwsi, to wymienić ich teraz – po zamknięciu okna transferowego – nie sposób, zabraniają tego przepisy. Nawiasem mówiąc, czy jeśli trener po sukcesie wszech czasów jest nietykalny, to czy jego podwładni po sukcesie wszech czasów też? Czy kibice wściekną się, jeśli największy król strzelców w dziejach kosmosu po kilku meczach skandalicznej fuszerki usiądzie na ławie albo na trybunach? A po 25 meczach?

Naturalnie wykażą zrozumienie, definicja pojęcia „lojalność” wśród fanów piłki nożnej jest osobliwa, przesycona hipokryzją, niekiedy wręcz nonsensowna. Uważają, że dobry piłkarz powinien być wierny barwom, ale nie zarzucają władzom klubu niewierności, gdy te pozbywają się patałacha. Jeśli ktoś od Kalego odejść, to jest zły uczynek, ale jeśli Kali każe komuś odejść, to jest dobry.

Dlatego podsunąłbym im do myślenia: otóż prezes Vichai Srivaddhanaprabha zapewne nie jest idiotą, choć pochodzi z Tajlandii i nosi dziwne nazwisko – europocentryzm wiecznie żywy, tylko my, Europejczycy, mamy prawidłowo działające mózgi – więc wiedział, jaką awanturę wywoła, gdy posunie Ranieriego. Awanturę psującą wizerunek klubu, być może szkodliwą również z biznesowego punktu widzenia (choć dla mitu trenera raczej pomocną). I jeśli to zrobił, to pewnie poczuł, że nie ma innego wyjścia.

Nie wiemy, czy piłkarze grozili rebelią, czy po prostu nie mogli już na szefa patrzeć, ale wiemy, że go nie chcieli. Niewdzięcznicy.

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
czwartek, 23 lutego 2017

Prześladowała mnie myśl, że w Amsterdamie podogrywkowa seria rzutów karnych jest finałem nieuniknionym i jedynie logicznym. Legia przeżywa sezon niewiarygodny, pełen bezprecedensowych przygód, więc tej awanturniczej epopei ewidentnie brakowało jedenastek – pierwszych w dziejach europejskich popisów stołecznego klubu. Zwłaszcza że w obu ostatnich meczach (wygranym 1:0 ze Sportingiem oraz zremisowanym 0:0 z Ajaxem) piłkarze przyzwyczaili nas, że ich pole karne najechać trudno, nie tracą zimnej krwi, potrafią osiągać cel pomimo wyższych umiejętności rywali.

I do przerwy znów trzymali fason. Owszem, piłka trafiała w ich słupek – na takie przykrości narażone są wszystkie drużyny pozwalające oblegać swoją bramkę. Ajax nie zdołał jednak ani razu celnie strzelić. Uwijał się ofensywnie, nie oddawał piłki, ale więcej było z tego dymu niż ognia.

Długo wyglądało to, podobnie jak w Warszawie, na mecz bardzo utalentowanych chłopców ze słabiej od nich wyszkolonymi technicznie mężczyznami – napastnik Kucharczyk mógłby się uczyć gry nogami od bramkarza Onany – którzy sporo już przeżyli. Legia to wszak ekipa wyczynowców dojrzałych, weteranów wielu europejskich kampanii, o przeciętnej wieku graniczącej z trzydziestką, z obytą defensywą (37-letni Malarz, 32-letni Broź, 30-letni Dąbrowski, 30-letni Pazdan, 29-letni Hlousek).

A jednak ci ostatni mieli tuż po przerwie chwilę roztargnienia. Biernie reagowali (i byli fatalnie ustawieni) na kombinacyjną akcję Ajaxu, bramkarz bez przekonania bronił strzału Younesa, przy dobitce nie miał szans. I mogła Legia przegrać znacznie wyżej, bo ustępowała rywalom bardziej niż sugeruje wynik dwumeczu. Choć pojedynek chłopców z mężczyznami trwał do ostatnich sekund – pierwsi nie umieli zapewnić sobie spokoju spokojnym utrzymywaniem piłki, drudzy nie ustawali w próbach wyjścia z samych siebie. Emocje ustały dopiero z gwizdkiem sędziego.

Historia naszego futbolu w ostatnich latach przyspieszyła. W 2013 r. ujrzeliśmy trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2014 r. podziwialiśmy triumf reprezentacji nad Niemcami, co też nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2015 r. Robert Lewandowski zatrzymał się tuż przy podium plebiscytu Złota Piłka, na co czekaliśmy od trzech dekad, i od tamtej pory coraz bliżej mu do polskiego snajpera wszech czasów. W 2016 r. drużyna Adama Nawałki odpadła z mistrzostw Europy dopiero w ćwierćfinale (znów: nigdy wcześniej się nie zdarzyło), za jego kadrowiczów renomowane firmy jęły płacić rekordowe pieniądze, a Legia awansowała do Ligi Mistrzów, czego przedstawiciel ekstraklasy nie dokonał od 20 lat. Szaleństwo. Jakbyśmy ominęli kilka etapów rozwoju, z epoki kamienia łupanego skacząc wprost do epoki oświecenia.

Wreszcie nastał rok 2017 i postanowiliśmy sforsować kolejną barierę. Gdyby jeszcze polski klub o tej porze roku triumfował w dwumeczu w Europie, historia naszej piłki weszłaby w galop. Skalę wyzwania, przed jakim stanęła Legia, uzmysławiają wyjazdowe wyniki w europejskich meczach rozegranych w minionym ćwierćwieczu wiosną: 0:1, 0:1, 0:0, 0:2, 1:2, 1:4, 3:3, 0:3. Ledwie jeden uciułany remis, siedem porażek, gol wciskany raz na bite 240 minut gry.

Legia nie podołała, ale postęp jest bezdyskusyjny. Sezon w sezon rozgrywa kilkanaście meczów w pucharach i choć daleko jej do firm wielkich i największych – zgrupujmy je w Europie pierwszej prędkości – to osiągnęła tempo Europy drugiej prędkości. Reszta polskich klubów leży na naszym kontynencie tylko teoretycznie. 

21:30, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 21 lutego 2017

Mgnienie oka

Przewidywanie przyszłości jest, jak powszechnie wiadomo, błędem poznawczym wybitnie pociesznym – tym bardziej pociesznym, im bardziej serio się ją przewiduje. Prof. Jerzy Vetulani twierdził wręcz, że futurologię wymyślono po to, by ludzie mieli się z czegoś śmiać za 50 lat.

Nasz sławny neurobiolog prawdopodobnie nie interesuje się piłką nożną. Gdyby się interesował, 50 lat musiałby bowiem zredukować do pięciu, maksimum siedmiu. My, kibice, mamy patologiczną wprost skłonność do wyrysowywania rozpoczynającej się właśnie „nowej ery”, która potrwa całą wieczność, ewentualnie pół wieczności, w najgorszym razie – ćwierć wieczności. Powali nas na przykład na kolana tiki-taka, to nabieramy pewności, że wszyscy zaczną ją uprawiać, że tiki-taka zapanuje jako styl gry najwydajniejszy i zarazem najbardziej efektowny, że nastąpi ostateczny koniec rozwoju ideologicznego futbolu. Wywodzimy kształt jutra wyłącznie z tego, co dzieje się dzisiaj, zapomniawszy, jak króciutko trwało wczoraj. Żeby było jasne – sam też grzeszę śmiertelnie, choć za każdym razem wyciskam z siebie mocne postanowienie poprawy.

Te uniwersalne prawdy kołatają mi się po łbie właśnie teraz, gdy nadciąga dwumecz Manchesteru City z AS Monaco. No bo prześledźmy najnowszą historię tego ostatniego klubu.

W 2004 r. jego piłkarze zabawiali się w finale Ligi Mistrzów. Odlot, wspanialej być nie może.

W 2011 r. zlecieli z pierwszej ligi francuskiej. Deprecha.

Na początku 2012 r. leżeli na dnie tabeli drugiej ligi francuskiej, poważnie zagrożeni bankructwem. Rzężenie, gorzej być nie może.

Teraz, wiosną 2017 r. – znów szaleją w Lidze Mistrzów, zasadzając się na Manchester City.

A żeby rzeczywistość jeszcze pokiełbasić, zwróćmy uwagę, że kiedy przed kilkoma laty Monaco wyrzucało gigantyczne pieniądze na transfery (zakupy finansował Dmitrij Rybołowlew), nie było w stanie rzucić wyzwania wyrzucającemu pieniądze gargantuiczne Paris Saint-Germain (zakupy finansuje katarski rząd). Dopiero gdy przeszło na tryb oszczędnościowy, prześcignęło PSG o kilka długości. I wystrzeliło na pozycję lidera ligi francuskiej. To się dzieje właśnie teraz.

Monaco wystarczyło kilka lat, by z samego szczytu stoczyć się na samo dno. A potem – kilka lat, by z samego dna wzbić się na szczyt. I jeszcze za tym wzlotem nie kryje się długofalowa, skrupulatnie zaplanowana i realizowana strategia, lecz nagła wolta. Zataczają się tam od ściany do ściany.

Zdumiewających zwrotów akcji obserwujemy ostatnio mnóstwo. RB Leipzig potrzebowało ledwie siedmiu lat na podróż z nieistnienia do walki o mistrzostwo Niemiec. Nasza Nieciecza – dekady na wybicie się z wiejskiej okręgówki do tzw. ekstraklasy. Leicester kilkanaście miesięcy temu wyruszyło z dołów Premier League, żeby ją podbić, a następnie zawrócić i znów mknąć ku czarnej rozpaczy.

Jakżeż kruchy jest piłkarski sukces! I zarazem jakżeż łatwy do osiągnięcia. Jak niewiele trzeba czasu, by wszystko przeputać. I jak niewiele – by, zaczynając od zera, pobujać trochę wyżej niż w obłokach, czyli na podium. Wszystko rodzi się i ginie w mgnieniu oka.

Tzw. filozofia klubu to też raczej nowelka niż opasłe tomisko, lektura trwa z jeden wieczór. Minęły ledwie cztery lata z niewielkim nakładem, odkąd Barcelona przez godzinę ligowego meczu w Levante grała w składzie złożonym wyłącznie z wychowanków:

FC Barcelona, La Masia

Jej fantastyczny futbolowy system kształcenia – od przedszkola i podstawówki, po liceum i uniwersytet, wszystko tam działało perfekcyjnie – miał już nigdy nie odebrać drużynie seniorów katalońskiej tożsamości. I co?

W niedzielę wystawiła na Leganés tylko jednego Hiszpana/Katalończyka. Pierwszy raz w historii, po 118 latach i 4250 meczach w lidze hiszpańskiej. Jedynakiem był Sergi Roberto, wraz z nim biegali po boisku trzej wychowankowie – Leo Messi i Rafinha. I to by było na tyle. Ludzie wyedukowani w La Masii rozpierzchli się po Europie, w Barcelonie namnożyło się pościąganych ze wszystkich stron świata najemników po kilkadziesiąt milionów za egzemplarz.

Tymczasem Real Madryt, który w epoce panowania dzieci Katalonii, wpuszczał do składu tylko pojedynczego autochtona (przepędzonego już Ikera Casillasa), w tej samej ostatniej kolejce upchnął w podstawowym składzie aż sześciu Hiszpanów, głównie wychowanków – Kiko Casillę, Nacho, Daniego Carvajala, Isco, Álvaro Moratę i Lucasa Vázqueza. Mija parę chwil i galaktyka El Clásico staje na głowie. Tutaj nawet futurolog wszech czasów Stanisław Lem mógłby się pogubić.

niedziela, 19 lutego 2017

Od miesięcy, a może i lat, Łukasz Piszczek naprasza się – graniem, nie gadaniem – żeby złożyć mu hołd. No to złożyłem, felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj. Przy okazji też zapraszam do reportażu z Lipska, gdzie wszedłem w tłum kibiców najbardziej znienawidzonej drużyny w Bundeslidze – jest tu.

czwartek, 16 lutego 2017

Trzeba podryblować - to Vadis Odjidja-Ofoe. Trzeba przyłożyć z dystansu - to też Odjidja-Ofoe. Podanie przeszywające wrogą defensywę? Odjidja-Ofoe. Dośrodkowanie, po którym nowy napastnik powinien załadować gola (a pokazowo spartaczy)? Odjidja-Ofoe. Tyle się w Legii od jesieni, gdy rewelacyjnie finiszowała w rozgrywkach Ligi Mistrzów, nie zmieniło. Reżyserujący grę lider pozostał liderem. Nawet teraz, gdy nie wygląda na natchnionego, jak wówczas.

W dzisiejszym meczu z Ajaxem zachowali też warszawianie rozwagę i opanowanie w manewrach defensywnych. Długimi minutami umieli na tyle zneutralizować faworyta, by zagrażał ich bramce stosunkowo rzadko, znów wyglądali na drużynę dojrzałą, obznajomioną z poważnym futbolem. To też pozostało niezmienne od ostatniego jesiennego meczu w LM, w którym legioniści z zimną krwią rozprawiali się ze Sportingiem.

I już to powinniśmy docenić, skoro zdajemy sobie sprawę, że po przerwie zimowej zasadniczy problem polskiej drużyny klubowej polega na tym, żeby w ogóle przypominała samą siebie. Że o tej porze roku walczy ona wręcz z prawami przyrody.

Kiedy przed dwoma laty Legia mierzyła się z Ajaxem na tym samym etapie rozgrywek, broniła się przed amsterdamczykami ledwie tydzień po wznowieniu rywalizacji w lidze krajowej, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, w dodatku bez najjaśniejszej gwiazdy - odlatującego do ligi chińskiej Miroslava Radovicia. Ujrzeliśmy wtedy na boisku zupełnie inną drużynę niż ta, która jesienią z wyrachowaną skrupulatnością gromadziła punkty w fazie grupowej Ligi Europy.

Teraz to samo. Legia podejmowała Ajax pięć dni po wznowieniu rywalizacji w kraju, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, bez obu głównych snajperów - wyeksportowanych Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia. Kalka. Takie nasze realia logistyczno-klimatyczne, to m.in. dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po zimowej przerwie dwumecz w Europie. Ba, nawet pojedyncze zwycięstwo wpadło nam ledwie raz w 16 próbach (gdy Lech wydłubał 1:0 z Bragą, by w rewanżu ulec 0:2).

Łatwo więc - może wręcz wypada - zachować wyrozumiałość, gdy widzimy, że Legia rażąco ustępuje gościom w precyzji podań. Albo gdy pozyskany przed kilkoma chwilami snajper Tomas Necid niezbyt aktywnie uczestniczy w grze, niezbyt orientuje się w terenie, ewentualnie pudłuje. Zanim go zlinczujemy, poczekajmy, aż rozgrzeje się i on, i jego nowy zespół.

Znamy wszak kontekst - oto próbujący się rozpędzić gospodarze wpadli na rywali będących w pełnym szwungu, którzy w tym roku rozegrali już pięć meczów, we wszystkich zwyciężyli, przed przylotem do Warszawy wytrzymali bez straty gola od 378 minut. O jakże pożądanej w sporcie równości szans nie ma tu mowy, to zresztą zjawisko uniwersalne, cierpią przez pogodę wszystkie lub prawie wszystkie kluby ze wschodu Europy. Kiedy teraz Legia biła się z Ajaxem, wszechbogaty Zenit St. Petersburg, który jesienią w fazie grupowej tłukł punkt za punktem, przegrywał w Brukseli z Anderlechtem.

Dlatego wiedzieliśmy, że wartością meczu w Warszawie będzie wymordowanie wyniku pozwalającego utrzymać się w grze przed rewanżem. Choćby bezbramkowego remisu, by w rewanżu remis bramkowy premiował Legię. To się udało. Mistrz Polski znów nie pokonał praw przyrody, ale też nie dał się pokonać im. Przynajmniej na razie.

23:03, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
Archiwum
Tagi