RSS
wtorek, 28 marca 2017

Holandia

Jesteśmy wstrętnie polskocentryczni, więc w weekend patrzyliśmy, jak nasi wspaniali piłkarze dają wycisk drągalom z Czarnogóry, i zupełnie zignorowaliśmy sprawy równie doniosłe – a przecież w przededniu meczu Polaków znów walił się świat, co ja gadam, że świat, waliło się coś większego niż świat, znów mianowicie waliła się Holandia. Ta sama Holandia, z której gruzy pozostały już podczas eliminacji Euro 2016, przerżniętych i z Czechami, i z Islandią, i z Turcją.

Pozwólcie zatem, że wam w blogograficznym skrócie opowiem, jak było. Albo precyzyjniej – jak wedle mojego przypuszczenia było. Bo tak naprawdę, to nie wiadomo.

Otóż zanim Holandia przegrała z Bułgarami 0:2, jej selekcjoner Danny Blind prawdopodobnie zapoznał się ze smętnymi losami reprezentującego rywali Spasa Delewa, kopacza zatrudnionego w Pogoni Szczecin, który nigdy nie wturlał dla ojczyzny choćby maleńkiego gola, choć zgrywa środkowego napastnika, choć zmierza już ku 28. urodzinom, choć w meczach reprezentacji kraju rozegrał kilkaset minut.

Zapoznał się Blind z historią Delewa, wzruszył, postanowił pomóc.

I postawił przed holenderską bramką, na samiusieńkim środku defensywy, niejakiego Matthijsa De Ligta. Chłopca niewątpliwie utalentowanego, ale ledwie 17-letniego, z dorobkiem ledwie dwóch (!) występów w podstawowym składzie w lidze holenderskiej, oczywiście z okrąglutkim zerem meczów w kadrze.

Został zatem De Ligt najmłodszym debiutantem w dziejach holenderskich meczów o stawkę. A kiedy już został rekordzistą, wszystko potoczyło błyskawicznie.

Zanim minęło pięć minut, zagapił się, piłka przeleciała mu nad głową, spadła pod nogi wspomnianego Delewa i było 1:0 dla Bułgarii.

Zanim minął kolejny kwadrans, dzieciak zbyt krótko wybił piłkę, a następnie nie przywarł do przygotowującego strzał Delewa i było 2:0 dla Bułgarii. Najmłodszy debiutant w dziejach holenderskich meczów o stawkę pozwolił na najszybciej stracone dwa gole w dziejach holenderskich meczów o stawkę.

Zanim obie drużyny wznowiły grę po przerwie, De Ligt usłyszał w szatni, że akurat on jej nie wznowi. Ustąpił miejsca Wesleyowi Hoedtowi, rzetelnemu wyczynowcowi z Lazio, mającemu w nogach pół setki meczów w lidze włoskiej.

Nie wiem, czy trener Blind postanowił się na smarkaczu zemścić – zejść po 45 minutach to wyjątkowa przykrość dla piłkarza – czy próbował ratować sytuację, czy sam De Ligt zasugerował, że ma dość. Prawdę mówiąc, nie chce mi się tego nawet sprawdzać w holenderskich źródłach. Bo już na widok podstawowego składu Holandii uznałem, że Blind oszalał.

Wtedy uznałem, że oszalał, a teraz wyrażam przypuszczenie, że postanowił wesprzeć Delewa (dwa gole ciamajda walnął!), to tylko pozornie sprzeczność, po prostu się miotam, próbuję zapanować nad galopadą myśli, jestem skalą holenderskiego upadku wstrząśnięty. I bezradny – diagnozowanie Blinda przypomina mi trochę zaglądanie do głowy naszego obecnego ministra od rozbrojenia, nie sposób ustalić, czy mamy do czynienia z wariatem, czy z sabotażystą, wątpliwości nie pozostawia tylko działanie na korzyść nieprzyjaciela. (Nawiasem mówiąc, obu osobników coś łączy – kombinują na korzyść wrogów posługujących się cyrylicą). Wdawać się w ryzykanckie eksperymenty akurat teraz, gdy Holendrzy się stoczyli i grozi nieobecność na drugiej mistrzowskiej imprezie z rzędu?!

Nawet jeśli przełożeni Blinda nie posądzają selekcjonera o zdradę, to nic dziwnego, że wylali go z roboty. Trzymanie szaleńca to jednak ryzyko, w dodatku mówimy o szaleńcu, który przed objęciem drużyny narodowej był samodzielnym trenerem tylko przez parę chwil – w sezonie 2005/06 podpisał swoim nazwiskiem czwarte miejsce Ajaxu Amsterdam w Eredivisie, najniższe w XXI wieku. Idealny kandydat, by wcielić w życie maksymę o historii powtarzającej się jako farsa. W końcu Holandia słynęła z umiejętnego lansowania młodych, jej niepełnoletni piłkarze potrafili zasłużyć się nawet dla triumfów Ajaxu w Lidze Mistrzów.

Na boisku otaczały ich jednak znakomitości, a przy boisku czuwali charyzmatyczni stratedzy. Biedaczysko De Ligt dojrzewa w czasach zarazy, w których młodzieńcy wylatujący ze słabującej ligi holenderskiej – ślamazarne tempo gry, rażące zaniedbania w rozwoju atletycznym – przepadają w wielkim świecie (Memphis Depay, Marco van Ginkel, Vincent Janssen etc), a niderlandzkich trenerów nikt poważny nie zatrudnia. Simon Kuper, wielki znawca tamtejszego futbolu, twierdzi, że Holendrów sukces rozleniwił, przestali nadążać, wyłączyli myślenie i parcie na innowacyjność. Nawet zmarłego w ubiegłym roku Johana Cruyffa, za czołowego piłkarskiego filozofa uznawanego nie tylko w swoim kraju, oskarżył o zgubne przekonanie, że posiadł wiedzę ponadczasową, której nie da się już uaktualnić.

Pobrzmiewa to wszystko opowieścią o schyłku Nokii, fińskiej firmy będącej synonimem postępu, która nie zauważyła, że nadciąga przyszłość. Zgnuśnienie, samozadowolenie, poczucie nieomylności. Obym dożył ponownego holenderskiego oświecenia, to może być historia inspirująca jak holenderski futbol totalny, dzięki któremu narodziła się nowożytna piłka nożna.

19:12, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 26 marca 2017

Wybaczcie ewentualne wpadki, ale tym razem felieton pisany spontanicznie, opublikowany kilka minut po ostatnim gwizdku. Do czytania po wiktorii naszych piłkarzy w Czarnogórze zapraszam tutaj.

22:58, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
sobota, 25 marca 2017

Gianluigi Buffon

Mój redakcyjny kolega Michał Szadkowski zaproponował, żebym z okazji tysięcznego meczu Gianluigiego Buffona w zawodowej karierze – sumując popisy w klubach i reprezentacji, jubileusz obchodził w piątkowym spotkaniu z Albanią – zamieścił blogonotkę z linkami do tysiąca swoich artykułów o włoskim bramkarzu. Bo pamięta, że narozpisywałem się o nim ponad miarę.

Ciut przesadził z tym tysiącem, ale owszem, trochę sławiących Buffona stuknięć w klawiaturę było. Turyński gigant zaczął skakać między słupkami reprezentacji kraju, zanim ja zacząłem być dziennikarzem od sportowych fikołków, i skacze tam po dziś dzień – to jedyny taki przypadek, choć ostało się jeszcze kilku piłkarzy grających dłużej, jak 40-letni obecnie Francesco Totti oraz 50-letni Kazuyoshi Miura, który niedawno pobił dwa rekordy wszech czasów Stanleya Matthewsa (najstarszy zawodowiec na boisku, najstarszy strzelec gola w zawodowej rywalizacji). Oni jednak dawno wypadli z kadry narodowej.

Kilka linków postanowiłem tu wkleić.

W felietonie „Pół człowiek, pół bramka”, który sam hierarchizuję jako najciekawszy, przedstawiam Buffona jako filozofa, który o byciu bramkarzem opowiada oryginalniej i niż ktokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek.

W „Ostatniej obsesji Buffona” przypominam o potężnej wyrwie w jego całokształcie twórczości. Spisane przed finałem Ligi Mistrzów w 2015 r., dziś nie tylko nie straciło, lecz nawet zyskało na aktualności.

I jeszcze „Niemowlaki większe niż bramka”. O naukowcach dociekających, w jakim stopniu Buffon swoją sportową nieśmiertelność zawdzięcza inteligentnemu treningowi, a w jakim perfekcyjnemu materiałowi genetycznemu. I o Gianluigim Donnarummie, który ma w przyszłości legendę zastąpić.

O ile oczywiście legenda zechce kiedykolwiek ustąpić.

12:05, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 marca 2017

Antoni Macierewicz

Zwierzałem się tutaj kilkakrotnie, że w bieżącym sezonie Milan – dla niezorientowanych: moją drużynę - znów warto przeżywać. Nie powiem, że mnie piłkarze z San Siro ponownie uwiedli, bo to będzie prawdopodobnie nierealne latami, za bardzo zostałem zdeprawowany wspaniałą erą Carlo Ancelottiego i w ogóle dekadami sponsorowanymi przez Silvio Berlusconiego, czyli całym czasem mojego kibicowania temu klubowi. Ale doceniam mentalną moc, jaka bije od Milanu. Moc pozwalającą czasami powalić Juventus, a czasami wbić zwycięskiego gola po przyjęciu dwóch czerwonych kartek (istny psychiatryk, mówię wam), i generalnie nigdy nie nanieść wstydu.

Teraz znów poczułem tę moc. Po przeczytaniu, że dla Ignazio Abate, mediolańskiego wicekapitana, sezon właśnie się skończył.

Kiedy doznawał urazu w końcówce meczu z Sassuolo, łatwo było przeoczyć doniosłość incydentu. Abate wrócił do gry i jeszcze jął intensywnie udzielać się w ataku. On, prawy obrońca.

Potem dowiedzieliśmy się, że nie doznał wówczas ofensywnej iluminacji. Raczej przeciwnie. Przestał widzieć na lewe oko, ale nie chciał zostawić drużyny zredukowanej do dziesięciu ludzi w bardzo nerwowym momencie. Uciekł więc ze strefy obronnej, gdzie starcia z dążącymi do wyrównania rywalami groziły pogłębieniem urazu, do ataku. Udało się, Milan wygrał. Abate opuszczał natomiast stadion z zaczerwienionym, spuchniętym oczodołem. I wciąż bez wzroku w lewym oku.

Nie wiem, jaki humor wy mielibyście w tych okolicznościach, ja prawie na pewno wpadłbym w panikę. A absolutnie na pewno nie w głowie byłoby mi grać w piłkę. Trzy punkty z Sassuolo? Jakie punkty, jakie Sassuolo, gdy tracisz połowę swojej aparatury optycznej?! Ciemno to widzę, utrata wzroku jest kalectwem, które przeraża mnie najbardziej.

Nie waham się zawyrokować - uprzedzam, nie przyjmuję zdań odrębnych - że Abate zachował się wręcz heroicznie. Jak Patrice Evra, który swego czasu tygodniami wkładał do buta kawałek piersi z kurczaka, by osłaniać zmasakrowaną kostkę. (Kto nie czytał, ten trąba, niech czym prędzej nadrobi). Skoro kombinował z przesuwaniem się do ataku, by ograniczyć ryzyko, to znaczy, że zakładał, iż ryzyko istnieje. I podjął je dla trzech punktów z pieprzonym Sassuolo.

Taki Milan należy szanować.

Umieszczam tę opowiastkę w blogowym pamiętniku akurat dzisiaj, bo właśnie okazało się, po badaniach przeprowadzonych najnowocześniejszym sprzętem w Miami, jak poważnie ucierpiał Abate. Uszkodził wnętrze gałki ocznej, wciąż ma kłopoty z widzeniem, przez przynajmniej 40-60 dni nie może wykonywać żadnego wysiłku fizycznego. Lekarze jednak przysięgają, że lewe oko odzyska pełną sprawność.

Tagi: AC Milan
20:16, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 22 marca 2017

Polska, Niemcy

W sparingu z Anglią pożegnał się z reprezentacją kraju. Lukas Podolski przemawiał do trybun w Dortmundzie po niemiecku – ewidentnie wzruszony – choć umiałby także po polsku, aż żałowałem, że nie dzieje się to wszystko w towarzyskim meczu mannschaftu zza naszej zachodniej granicy z drużyną Adama Nawałki. Mogłoby być jeszcze fajniej. Także z przyczyn pozapiłkarskich.

Bo klimat dla pielęgnowania dobrosąsiedzkich stosunków, jak wiadomo, jest akurat podły. Niemcy znów na nas nastają, o czym wytrwale informuje ostatnio mnóstwo ważnych – choć niekoniecznie poważnych – osób. Żeby Polskę pognębić, Szkopy trzymają pod buciorem całą Europę, więc na prasowych okładkach oglądamy ich kanclerz czającą się za swoimi podwładnymi w mundurach Wehrmachtu, ba, w uniform neonazistowskiego okupanta wpycha się nawet szczególnie nielubianego nadwiślańskiego polityka. Pogoda pod psem.

Podolski też się swego czasu nasłuchał. Pewien ultrapatriotycznie usposobiony polityk, należący do Ligi Polskich Rodzin, apelował do prezydenta o odebranie piłkarzowi – urodził się w Gliwicach, jako Łukasz – polskiego obywatelstwa. „Upokarza mnie sytuacja, w której nasi obywatele występują przeciwko własnemu krajowi” – tłumaczył były wiceminister edukacji (!) po meczu na Euro 2008, w którym Podolski wbił dwa gole Arturowi Borucowi. I jeszcze: „Miałem poczucie dużego dyskomfortu, że Polacy odgrywają w tych zawodach rolę najemników, walczących przeciwko swojej ojczyźnie, swojemu państwu w obcych barwach. Proszę pana prezydenta, żeby uporządkował tę sprawę, by ukrócił moje męki, żebym nie był poniżany taką sytuacją”.

Brakowało w tamtej perorze jedynie słowa „folksdojcz”.

Ja oczywiście nie czułem, by Podolski zdradził. Przeciwnie, cholernie lubiłem tego niemieckiego chłopaka – przepraszam za spoufalanie się, nie umiem inaczej – który po meczach rozmawiał z nami, dziennikarzami, po polsku. W ogóle w piłce nożnej lubię jej zdolność łączenia różnych światów, choć akurat rywalizacja drużyn narodowych, w przeciwieństwie do rywalizacji drużyn klubowych, sprzyja wyraźnemu wytyczaniu granic.

Podolski granice rozmazuje. Ucieleśnia rzeczywistość złożoną, kompromituje tępą propagandę opartą na opozycji „my kontra obcy”. Gada – godo – że jest Niemcem z polskim sercem, który najlepiej czuje się na Śląsku. I jest jednym z najfajniejszych przykładów bliskich związków polsko-niemieckich. („Poldi” – idealna ksywa, prawda?). Dla Fußballnationalmannschaft rozegrał aż 130 meczów – to trzeci wynik w historii. I strzelił 49 goli – to również trzeci wynik w historii.

Co ciekawe, w obu rankingach ustępuje m.in. Miroslavowi Klose. Co oznacza, że pośród czterech czołowych rekordzistów reprezentacji Niemiec dwaj są Polakami. Jeden urodził się w Gliwicach, drugi – w Opolu.

Ultrapatriotom rekomenduję narrację: tacy ci Niemcy słabi, że bez Polaków ani rusz.

22:15, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 19 marca 2017

AS Monaco, Liga Mistrzów

AS Monaco pozostaje osobliwością na skalę europejską, przypadkiem w Lidze Mistrzów ekstremalnym. Tak tam bogato, że aż biednie. Cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

20:42, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 marca 2017

Liga Mistrzów

Czysta piłka nożna, jak wiadomo, kibicowi nie wystarcza. Nie wystarcza nam oglądanie porywającego meczu, nie wystarcza śledzenie najbardziej fascynującej opowieści o budowaniu lub ewoluowaniu drużyny, nie wystarcza przyglądanie się, jak rozwijają się zawodnicy, choćby wirtuozerscy. Kibice pożądają jeszcze szczególnego motywu fabularnego. Motywu będącego kombinacją pojedynku Dawida z Goliatem oraz opowieści o jeźdźcu znikąd, który pojawia się znienacka i zostaje bohaterem.

Szukamy go zawsze i wszędzie, nawet jeśli dla osiągnięcia celu musimy nagiąć rzeczywistość.

Tej wiosny w Lidze Mistrzów urzekły nas historie Leicester i AS Monaco. Biedniejszych, słabszych, skazanych na zagładę, bezbronnych jak niemowlęta. No, może z tymi bobasami nieco przesadziłem, chroniący tam pola karnego Wes Morgan, Robert Huth czy nasz Kamil Glik mogliby dokonać wyrębu lasu gołymi rękami.

O Leicester jako ściemie pisałem już poprzedniej wiosny, gdy drużyna Claudio Ranieriego pruła po mistrzostwo Anglii. Owszem, sensacyjne. Ale nie zdobyli go, wbrew potocznemu przeświadczeniu – lub powszechnej intuicji – gołodupcy. Tam nędza nie występuje, tam bardzo bogaci tłuką się z obrzydliwie bogatymi. I jeśli kryterium ma być kondycja finansowa klubu, to w Lidze Mistrzów piłkarze Leicester po prostu robią, co do nich należy. Jako przedstawiciele futbolowej firmy o 20. najwyższych przychodach na świecie, pokonali wyłącznie uboższych – FC Porto, Copenhagen, Club Brugge oraz Sevillę. Tę ostatnią przepchnęli zresztą dość szczęśliwie, m.in. dzięki rzutom karnym obronionym przez Kaspera Schmeichela w obu meczach.

Wprawdzie obecnie Leicester ledwie wystaje ponad strefę spadkową, ale to punkt odniesienia mylący, skoro piłkarze właśnie uwolnili się od Ranieriego, z którym ewidentnie się poróżnili. Odkąd władzę nad nimi przejął trener Craig Shakespeare, wyłącznie wygrywają, a we wtorek wygrali z Sevillą w składzie identycznym, jak ten z ubiegłego sezonu, poza jednym wyjątkiem –N’Golo Kanté zastąpił Wilfred Ndidi, pozyskany zimą za, bagatela, 17 mln funtów. Czy zatem ekipa, która w ubiegłym sezonie pogoniła wszystkich w lidze angielskiej, a przed chwilą rozbiła Liverpool, miała położyć się przed Sevillą?

Młodzieńców reprezentujących księstwo Monako, choć z ich twarzami dopiero się w bieżącym sezonie zaznajamiamy, też nie sposób uznać za jeźdźców znikąd. Czołowa drużyna z czołowej ligi europejskiej, która czerpie z fantastycznie wydajnych fabryk francuskiej (Kylian Mbappé został przećwiczony w słynnym Clairefontaine) czy portugalskiej (Bernard Silva znany w szatni jako „guma do żucia”), w każdej chwili może wyskoczyć na poziom ćwierćfinałów LM. Nawet jeśli zderzy się z Manchesterem City – to ostatecznie przedstawiciele angielskiej Premier League, czyli rozgrywek, który w minionych trzech sezonach miały na tym poziomie ledwie dwa kluby, przy dziewięciu hiszpańskich, pięciu niemieckich oraz czterech francuskich.

Słowem, Liga Mistrzów 2016/17 to edycja rozgrywek pozbawiona jakichkolwiek sensacji, do ćwierćfinałów przetrwał kwartet najsilniejszych w minionych latach – Atlético, Barcelona, Bayern, Real – a otaczają go inni potentaci. Z czego nie czynię zresztą zarzutu. Przeciwnie, kibicom, którzy stękają, że „wygrywają ciągle ci sami”, pomieszało języki, w ten sposób można zdezawuować wszystkie turnieje świata, od Bundesligi, w której rządzi Bayern, Hiszpanię z tasiemcem El Clásico, przez ekstraklasę z Legią i podskakującym jej od czasu do czasu Lechem, po mundiale, na których panuje kilka potęg z Ameryki Płd. i Europy. Futbol i tak pozostaje grą zespołową najbardziej nieprzewidywalną, to rzecz zbadana przez statystyków.

Bez niespodzianek też jednak dzieje się pasjonująco, tej wiosny Liga Mistrzów, że się tak poetycko wyrażę, urywa jaja. A jeśli koniecznie chcecie urokliwych historyjek, to proponuję życiorys dwóch obrońców, którzy wiosną 2011 roku spuścili do drugiej ligi włoskiej Bari. Jeden był wtedy w 24. roku życia, drugi zbliżał się do 27. urodzin, obaj wylądowali w prowincjonalnym klubiku na wypożyczenie, wykopani z drużyn też raczej średnich – Palermo oraz Bologny. Wydawało się, że owszem, może trochę na sporcie zarobią, ale wielu ekscytujących doświadczeń nie zbiorą. Szaraczki.

Nazywali się Kamil Glik i Andrea Raggi. Od środy dumni ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów. Wraz z całym cesarstwem Monaco.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 marca 2017

AC Milan

Nie ma ich prawie wcale, choć czarnych piłkarzy biega po europejskich biega tłum, i to nie od wczoraj ani przedwczoraj. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

18:35, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
czwartek, 09 marca 2017

Barcelona - PSG, spisek

Ilekroć sędzia popełni błąd w ważnym meczu piłkarskim, rozbrzmiewają insynuacje, że się nie pomylił, lecz oszukał. Ilekroć popełni błąd na korzyść Barcelony lub Realu Madryt, towarzyszy im jeszcze szersza teza – o ukrytych siłach sprzyjających obu potęgom, np. wywodzących się z UEFA, która chroni gwiazdorskie supergrupy dla atrakcyjności sprzedawanego produktu.

Opinii publicznej nie wystarcza nawet teza o swoistej, podświadomej uległości psychologicznej arbitrów, nakazującej im w razie wątpliwości wyrokować na korzyść faworytów. Nie, tu musi być pełna łajdacka premedytacja.

I tak było w środowy wieczór, gdy Barcelona wyrzucała z Ligi Mistrzów drużynę Paris Saint-Germain. Rozbój w biały dzień. Znaczy w biały, rozświetlony jupiterami wieczór. O „złodziejstwie” czytałem nawet u szacownych filozofów, którzy nieodurzeni piłką nożną piszą teksty wyważone, uczące intelektualnej dyscypliny.

Dla jasności: też zaobserwowałem w środę błędy na korzyść gospodarzy, choć wykryłem ich mniej niż wielu internetowych komentatorów. Roboczo, na potrzeby niniejszej notki, przystaję jednak na tezę, że pomyłek było sporo.

Jeśli sędzia popełniał je celowo, to istnieją, z grubsza licząc, dwie możliwości. Albo skorumpowała go Barcelona, albo dostał zlecenie od UEFA.

Wariantem pierwszym nie zamierzam się zajmować, ponieważ uważam, że tak poważne oskarżenie – o sportową zbrodnię – wolno brać pod uwagę, tylko jeśli istnieją jakiekolwiek poszlaki świadczące o popełnieniu przestępstwa. Prokuratura też nie wszczyna śledztwa po każdym donosie.

Wariant drugi uważam za nonsensowny. W środę nie zderzył się Dawid z Goliatem, wręcz pociesznie wydaje mi się podejrzenie, że skromny katarski interesik z Paryża nie ma szans z wielkim biznesem Barcelony. Gdyby istniał prokataloński spisek, to nie sposób byłoby go ukryć w tajemnicy przed resztą futbolowej oligarchii w Europie, z oczywistych względów niezbyt zainteresowanej promowaniem konkurencji. Tu biją się sami giganci, zmowa barcelońsko-madrycka miałaby twardą opozycję. Charakterystyczne zresztą, że nawet ludzie PSG, choć wspominają o krzywdzących błędach sędziego, upierają się, że przegrali z własnej winy.

Znów: załóżmy na chwilę roboczo, że na stadionie Camp Nou arbiter świadomie „okradał” gości.

Otóż gdyby rzeczywiście był Szpiegiem z Krainy Deszczowców, to wykonywałby misję jak skończony patałach. Ewentualnie, wybaczcie język, jak ciężki idiota. Między 62. minutą, czyli golem paryżan na 1:3, a 88. minutą, czyli golem Barcelony na 4:1, bezczynnie gapi się, jak gospodarze toną? Zwleka do ostatnich sekund, choć wie, że faworytom brakuje do awansu TRZECH bramek? I jeszcze ryzykuje reputacją dopiero w okolicznościach, które i tak czynią prawdopodobieństwo osiągnięcia celu minimalnym? Przecież nikt przytomny nie zakłada, że ekipa na poziomie Paris Saint-Germain skuli się w sobie i pozwoli Barcelonie na wszystko, co się Barcelonie zachce – nawet Barcelonie popychanej przez arbitra!

Reasumując, dla mnie teoria spiskowa zwyczajnie nie trzyma się kupy. A przebieg wtorkowych (i nie tylko) wydarzeń tłumaczę sobie banalnie. Otóż sędzia, podobnie jak piłkarz, popełnia w trakcie gry mnóstwo błędów lub błędzików, a drużyna, która przez cały mecz przesiaduje na wrogim polu karnym lub pod wrogim polem karnym, daje mu mnóstwo okazji, żeby pomylił się na jej korzyść i w sposób fundamentalnie wpływający na wynik. Jeśli piłkarze PSG między 85. a 96. minutą meczu wykonują CZTERY celne podania, w tym TRZY będące wznowieniem gry po utracie gola (!), to arbiter nie gwizdnie im karnego, nawet gdyby przez słuchawki zaoferowano mu przejęcie Kataru na własność. Oni przerżnęli ten mecz w sposób skandaliczny.

Skandalicznie zachowują się też zawodnicy, którzy notorycznie usiłują oszukiwać sędziów. To jedna z okropniejszych chorób współczesnego futbolu, wszechobecna, zapadają na nią nawet wirtuozi. I to właśnie na boiskowych kanciarzach, na seryjnych (i nie tylko seryjnych) wyłudzaczach rzutów karnych, a nie na sędziach, powinien się skupiać gniew tłumu. Miałbym nawet propozycję dla kibiców brzydzących się szwindlem – niech zareagują solidarnie, najgłośniej potępiają go u piłkarzy swoich drużyn. Może nawet oficjalne oświadczenia oficjalnych stowarzyszeń? „Wstydzimy się za naszego napastnika i przepraszamy przeciwników, że zostali okradzeni”.

No dobrze, wiem, że aż tak kibice oszustwem się nie brzydzą.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (139) »

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

Archiwum
Tagi