RSS
niedziela, 27 sierpnia 2017

Polski futbol ligowy oraz polskie kino, dzieje 1998-2017. Wersja mocno skrócona, perspektywa osobista. Do cotygodniowego felietonu dla „Gazety” zapraszam tutaj.



19:52, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 25 sierpnia 2017

Legia Warszawa, Lech Poznań, Jagiellonia Białystok, Arka Gdynia, ekstraklasa

Nie istnieje w europejskich pucharach większe nieszczęście niż wdepnięcie w drużynę z Polski. Trochę frajdy niby masz – bo rywala opędzlowujesz, awans jest tu gwarantowany – ale potem robi się strasznie. Prędko okazuje się, ile zdrowia kosztowały cię wyniszczające batalie z przedstawicielami narodu, który nigdy, jak uczy historia, tanio skóry nie sprzedaje.

Piłkarze kazachskiej Astany zdołali przetrwać ataki Legii Warszawa, więc w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów wyglądali jak własne portrety pamięciowe. I w Glasgow przyjęli pięć goli.

Piłkarze azerskiej FK Qəbələ zdobyli dumny Białystok, więc w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Europy wycieńczeni przegrali oba mecze z Panathinaikosem.

Piłkarze Utrechtu namordowali się z Lechem Poznań, więc zaraz potem – spłukani emocjonalnie, zgruchotani fizycznie etc. – oberwali od Zenita St. Petersburg.

Piłkarze Midtjylland przelali krew wojów najdzielniejszych z dzielnych, broniących honoru Arki Gdynia i dowodzonych przez charyzmatycznego hetmana Ojrzyńskiego, więc w następnej fazie kwalifikacji LE oberwali od cypryjskiego Apóllonu, przeciwnika przecież nieprzesadnie wymagającego.

Jeszcze raz: wszyscy, którzy wyeliminowali polski klub, odpadli z rozgrywek w następnej rundzie. Kto podnosi rękę na reprezentanta tzw. ekstraklasy, kopie sobie własny grób. Z tej traumy łatwo się nie wychodzi, już teraz mi żal bohaterów Sheriffa Tyraspol –  z awansu cieszyli się, głupki, nieprzytomnie – którzy po morderczych 180 minutach z Legią spróbują zachować godność w fazie grupowej LE.

01:14, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 El Clasico, Real Madryt, FC Barcelona

1:5 w superpucharowym dwumeczu El Clásico, 0:3 z Juventusem, 0:4 z Paris Saint-Germain. A wszystko na dystansie kilku miesięcy. To się zdarza Barcelonie stanowczo zbyt często, zwłaszcza że zdarza się w okresie rewelacyjnych osiągnięć Realu Madryt. Felieton do „Gazety” o nieoczekiwanej zamianie miejsc – nieoczekiwanej i szokująco radykalnej – przeczytacie tutaj.

sobota, 19 sierpnia 2017

AC Milan

To była czystka, jaka w futbolu na najwyższym poziomie prawie się nie zdarza. Totalna, obejmująca wszystkie poziomy klubu. Ale mediolańczycy czują się dzisiaj, na starcie ligi włoskiej, największymi wygranymi lata 2017.

Niesie ich entuzjazm, może nawet mocniej – unosi ich euforia, narkotyczny haj. W piłce możesz odlecieć, zanim cokolwiek wygrasz, ponieważ istnieją transfery, czyli obietnica zwycięstw, fetowane jak gole i czyniące międzysezonową przerwę równie ekscytującą jak sezon. Efekt potęguje jeszcze suma wydanych na graczy pieniędzy, kolejny fetysz współczesnego futbolu – im pokaźniejsza, tym wyższą wywołuje gorączkę. A Milan zapłaci(ł) za transfery blisko ćwierć miliarda euro. Gdyby nie szaleństwo Katarczyków wokół Neymara, warte 222 mln, byłby tego lata najbardziej rozrzutnym uczestnikiem rynku na świecie. Szasta ten sam Milan, który od lat desperacko wyszukiwał promocji, możliwe najtańszych okazji, piłkarzy do wzięcia za darmo lub gdzie indziej niechcianych. I z mocarstwa ze szczytów Ligi Mistrzów skarlał do przeciętniaka niewpuszczanego na podium ligi włoskiej.

Teraz odnowił praktycznie całą szatnię. Z podstawowej jedenastki z ubiegłego sezonu ostaną się jedynie najzdolniejsi młodzieńcy – obrońca Alessio Romagnoli oraz bramkarz Gianluigi Donnarumma, którego zatrzymanie szefowie klubu także klasyfikują jako wspaniały transfer. Uczynili go najwyżej opłacanym nastolatkiem w futbolu (6 mln, a właściwie 7 mln za sezon), ale nie żałują, przekonują, że ubili doskonały interes, bo Paris Saint-Germain oferowało mu pensję ponaddwukrotnie wyższą. W domyśle: nawet jeśli chłopaka w przyszłości utracimy, to za gruby szmal.

Twarzą personalnej rewolucji został Leonardo Bonucci. Bodaj najbardziej spektakularny transfer od 2002 roku (mediolańczycy wyjęli wtedy z Lazio Alessandro Nestę), bo potem Kaká czy Thiago Silva przybywali jako gracze stosunkowo nieznani i sławę zdobywali dopiero na San Siro, a Zlatan Ibrahimovic czy Ronaldinho – jako odrzuceni przez Barcelonę, ten ostatni przywiózł ze sobą nawet wydatną nadwagę. Bonucci to inna skala, ruch bezcenny merytorycznie i psychologicznie, wspaniale nadający się na sztandar nowej epoki. Po pierwsze, rozbita została najsilniejsza i najdłużej współpracująca ze sobą linia defensywna na świecie, chroniąca pola karnego Juventusu od 2011 r. Po drugie, mediolańczycy nie pamiętają już, kiedy mieli prawo nazywać jakiegokolwiek swojego piłkarza „numerem jeden na świecie”, a teraz to przyjemne prawo bezsprzecznie zyskali (nawet jeśli nie każdy się zgodzi) – co więcej, pozyskali kapitana z autentycznym autorytetem, postać niewidzianą na San Siro od lat. Internet już obiegło wideo sprzed meczu kwalifikacji Ligi Europy, na którym 30-letni Włoch podniośle przemawia do złączonych ramionami piłkarzy, uroczyście ogłaszając, że rozpoczynają misję ponownego wynoszenia Milanu na szczyt.

Czy nowy lider utrzyma – lub prędko osiągnie – poziom z gry w Juventusie, nie wiadomo. Tam miał u boku – on, obrońca elegancki, nienaganny technicznie, precyzyjnie podający, ze znawstwem inicjujący akcje ofensywne – zakapiorowatych, wybitnie doświadczonych ochroniarzy Giorgio Chielliniego oraz Andreę Barzaglego, z którymi porozumiewał się bez słów. Tutaj stanie pomiędzy młodym Romagnolim a debiutującym na włoskim boiskach Mateo Musacchio, będzie jedynym punktem odniesienia, ludzie oczekują od niego cudów. Jednak zagadka.

Zresztą nie wiemy nawet, czy trener Vincenzo Montella istotnie postanowi – jak założyłem wyżej – przeprojektować defensywę na trzyosobową, by wykorzystać walory Andrei Contiego oraz Ricardo Rodrigueza, bocznych obrońców tak dynamicznych, ofensywnie nienasyconych, że wydają się raczej idealnymi kandydatami na cofniętych skrzydłowych. Nastąpiły zmiany zbyt radykalne, by przewidywać, jak wyewoluuje jego drużyna. Andrij Szewczenko, niegdyś supergwiazda Milanu, zarzucił wręcz szefom klubu, że działają chaotycznie, że z ich kompulsywnego kupowania nie wyłania się żaden plan.

Ja od werdyktu się wstrzymuję, ale kierunek zmian intuicyjnie lubię – cieszę się rewelacyjnym w minionym sezonie Franckiem Kessiém, podoba mi się obstawianie młodzieży (André Silva, Hakan Calhanoglu) obznajomionymi z Serie A, sprawdzonymi tam wyczynowcami (Lucas Biglia, Nikola Kalinic). I rozumiem, że nowy właściciel, Yonghong Li, chciał oczyścić Milan ze wszystkich złogów kojarzących się ze schyłkiem epoki poprzednika. Dołującym, nie dającym żadnej nadziei. To było bezwładne staczanie się, niegodne czerwono-czarnych barw przyzwyczajanie do bylejakości.

Chiński biznesmen wymieniał kadry bezlitośnie, wręcz brutalnie. Zatrudnił nowego dyrektora generalnego, odpowiedzialnego za codzienne zarządzanie klubem – Marco Fassone, który na rozmaitych menedżerskich stanowiskach wprawiał się już w Juventusie, Napoli i Interze. Dyrektorem sportowym został Massimiliano Mirabelli, niestrudzony obieżyświat, który miesiącami podróżuje między kontynentami w poszukiwaniu talentów (duet funkcjonuje już wśród kibiców jako MiraFax, co ma brzmieć jak nazwa amerykańskiej wytwórni filmowej Miramax). Jest nowy szef szef ośrodka Milanello, nowy kierownik drużyny, nowy odpowiedzialny za dział komunikacji, nowy trener młodzieżówki (Gennaro Gattuso), ba, nowa jest nawet obsługująca klub agencja fotograficzna. Przetrwał tylko trener Montella i elementy materialne – centrum treningowe, stadion, herb...

Nowe kadry wprowadzają nowe zasady. Mirabelli obwieścił, że uwolni klub od niszczącego wpływu pośredników transferowych (jego poprzednik Adriano Galliani miał obracać się w wąskim kręgu ludzi podejrzanej reputacji) – koniec ze potajemnym spotykaniem się z agentami po restauracjach i hotelach, teraz negocjujemy wyłącznie w Casa Milan, transparentnie, „na oczach” kibiców; koniec z rozmawianiem z agentami, zanim porozmawiamy z reprezentowanymi przez nich piłkarzami; koniec z wypłacaniem prowizji za samo przedłużenie kontraktu, premiujemy tylko pomoc przy transferach; koniec z podlizywaniem się szkodnikom, których należy traktować twardo, bezwzględnie, z pozycji siły.

Brzmi ładnie, w słowach dyrektora sportowego też słychać upojny entuzjazm, którym oddycha całe środowisko Milanu. Niepewność nadal wywołuje jedynie właściciel klubu. Yonghong Li wiele miesięcy odwlekał sfinalizowanie zakupu, płacił kolejne kary, ostatecznie sfinansował operację dzięki olbrzymiej, ćwierćmiliardowej pożyczce zaciągniętej w Elliott Management Corporation, agresywnym amerykańskim funduszu hedgingowym, który ma pobierać kilkadziesiąt milionów odsetek rocznie. Co się stanie, jeśli Milan nie awansuje natychmiast do Ligi Mistrzów, a chińskiemu biznesmenowi nie powiedzie się plan podwojenia w trzy lata przychodów klubu, który nie dysponuje nawet własnym stadionem?

Tagi: AC Milan
21:36, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

sobota, 05 sierpnia 2017

Ucieczka Neymara do Paris Saint-Germain to transfer przełomowy, bodaj najbardziej znaczący w trwającej dekadzie. Nie ze względu na cenę – między klubami krąży tyle mamony, że zobojętnieliśmy, nawet 222 mln euro nikogo nie zwali z nóg. Istotniejsze, że ruch Brazylijczyka jeśli nie obala, to przynajmniej poważnie narusza hierarchię na szczytach.

Dotąd sytuacja była jasna: nad rynkiem panują Barcelona i Real Madryt. Bezapelacyjnie. Finansową elitę współtworzyły też kluby angielskie oraz paryski, które jednak stać było na każdego gracza świata tylko pod warunkiem, że nie chciały go potęgi rywalizujące w El Clásico, czyli najsłynniejszej futbolowej superprodukcji w dziejach futbolu.

Wyłom w regule uczynił minionego lata Paul Pogba. Juventus oraz agent Mino Raiola żądali za niego tyle, że Real Madryt postanowił nie licytować się z Manchesterem United – choć wziąłby we francuskim rozgrywającym, poza sportowym kunsztem, także gigantyczny potencjał marketingowy. Piłkarzy kupuje się już wszak wraz z klientelą obserwującą ich na Facebooku, Instagramie czy Twitterze, a Pogba to szafiarka razy milion, celebryta obłędnie popularny zwłaszcza wśród najmłodszych konsumentów. Dlatego kosztował 100 mln z okładem.

Wyjęcie z Barcelony brazylijskiego skrzydłowego jest ciosem jeszcze bardziej spektakularnym, brutalnym kopem w szczękę hegemona. Neymara lansowano na spadkobiercę Leo Messiego, Neymara dotychczasowy pracodawca desperacko chciał zatrzymać, Neymar komercyjnie waży wielokrotnie więcej (30 mln fanów na Twitterze) niż Pogba (3,65 mln, podaję oczywiście jedno z wielu kryteriów). Swoją wyprawą do stolicy Francji wykrzyczał, że El Clásico traci władzę absolutną. Z Barceloną i Realem nie tylko można zwycięsko konkurować na zakupach, im można wydrzeć megagwiazdę. I poważnie zagrożone zostały interesy całego hiszpańskiego biznesu futbolowego. Dlatego transakcję usiłował zablokować szef całej tamtejszej ligi, który uważa, że PSG łamie zasady wprowadzonego przez UEFA finansowego fair play, czyli „wydaje więcej niż zarabia” (jeśli wolno mi uprościć) - może kupić każdego, ponieważ jest sponsorowane przez katarski rząd.

Jego argumentacja w ogóle mnie nie wzrusza, w idei pieniężnej „czystej gry” widzę jedynie obronę starych oligarchów - Barcelony, Reale, Bayerny i inne wiodące marki - przed inwazją nowych oligarchów - PSG, Manchester City - którzy marketingowo liderom ustępują, ale polegają na właścicielach dysponujących budżetami bez dna. Dla czystej zgrywy popatrzyłbym na Katarczyków bezczelnie trollujących UEFA. Nie tyle oferujących Neymarowi 222 mln euro za rolę ambasadora mundialu 2022 (dzięki czemu piłkarz sam wykupuje się z Camp Nou), ile płacących, powiedzmy, 500 mln za jakiegoś podstarzałego rezerwowego PSG. Oczywiście transfer przeprowadzałby klub tamtejszej ligi, np. czerpiąc z rządowej darowizny...

Sugestie, jakoby Neymar był tak drogi, że Katarczycy gwałcą zdrowy rozsądek, uważam za pochopne. Przeciwnie, transakcja całkowicie mieści się w logice rynku. Brazylijczyk kosztował tylko pięć razy więcej niż niejaki Vinicius, wzięty właśnie za 45 mln euro przez Real Madryt nastolatek, który na razie spędził na boisku z dorosłymi ledwie kwadrans. I ledwie dwa razy więcej - z małym okładem - niż Romelu Lukaku, na dobrą sprawę rówieśnik Neymara, również atakujący, który dotąd operował w średnich stanach angielskiej Premier League. Biorąc pod uwagę aktualne standardy (dziesiątki milionów wyrzucane na obrońców w typie Kyle’a Walkera), a także skalę talentu, dotychczasowe osiągnięcia oraz wspomnianą wartość marketingową, supergwiazdor Barcelony kosztował jeśli nie tanio, to w normie. Inflacja cen podąża zresztą za dynamiką wzrostu przychodów, ba, europejski futbol znajduje się dzisiaj w znacznie lepszej kondycji finansowej niż przed kilku laty, kiedy nawet ligę hiszpańską straszono bankructwem. Neymara trzeba traktować jak element monstrualnego przedsiębiorstwa rozrywkowego, inwestycję nie mniej błahą niż setki milionów przeznaczane na hollywoodzkie opowiastki o superbohaterach.

Przede wszystkim jednak kwestia pieniędzy pozostaje tym razem drugorzędna. Katarczycy kolonizują zachodnie metropolie (m.in. skupując prestiżowe nieruchomości w Paryżach, Londynach czy Mediolanach) oraz przejmują kontrolę nad globalnym sportem (organizują dziesiątki imprez, sponsorowali także FC Barcelonę, której w pięć sezonów przelali 150 mln euro), by zademonstrować soft power. Wrosnąć w naszą cywilizację. I dlatego, że złoża gazu kiedyś się wyczerpią, i przez niepewną sytuację w regionie - właśnie dyplomatyczno-ekonomiczną wojnę wydały im Arabia Saudyjska, Egipt, Bahrajn oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, oskarżające maleńki kraik o wspieranie terroryzmu (fascynująco zawiła historia, zbyt skomplikowana, by opisywać ją podczas urlopu). Oni kupują przyszłość. Płacą za bezpieczeństwo, którego zagwarantują sobie tym więcej, im silniejsze będą ich więzi z Zachodem.

Transfer Neymara to nie projekt biznesowy czy czysto sportowy, lecz polityczny. Przemyślany, wcielony w życie w chwili kryzysowej, racjonalny.

środa, 02 sierpnia 2017

Latami ciągnąłem łacha z popisów polskich drużyn w europejskich pucharach – jak my wszyscy, to jeden z nadwiślańskich sportów narodowych – w których nasi obrywali od każdego, nawet najbardziej niewydarzonych kopaczy z Trapezfiku czy Krainy Deszczowców. Aż mi przeszło. Przeszło mi, gdy piłkarze większości klubów zostali zmuszeni do rozpoczynania rozgrywek w końcu czerwca lub na początku lipca. (Tu szerzej pisałem, jak powolutku UEFA oszukiwała).

Rozumiem, że silniejsi są uprzywilejowani. Tak było, jest i będzie. Ale znaj proporcje, mocium panie. Pozostaje jeszcze kwestia skali. Jeśli jedni wychodzą na boisko na początku lipca, a inni w połowie września, to mamy już skandalicznie nierówne traktowanie. Po lewicemu rzecz ujmując – dyskryminację. W okresie wakacyjnym, zwłaszcza wczesnym okresie wakacyjnym, nikt nie zdoła grać dobrze. Nikt. Nawet gwiazdorzy Bayernu, który właśnie dają ciała w sparingach, i nawet Barcelona, która właśnie zachorowała na ucieczkę Neymara do Paris Saint-Germain. Tylko że bogaci kopią sobie teraz pokazowo, a innym zdarzają się takie przykrości, jak ta z 30 czerwca 2016 roku, gdy UEFA kazała o tej samej porze grać w organizowanych przez siebie rozgrywkach obu drużynom Bartosza Kapustki – reprezentacji Polski oraz Cracovii. Absurd.

Dlatego wstępnych podrygów piłkarzy polskich klubów nie mam ochoty w ogóle recenzować. Bo kiedy nastaje lato i oni wracają z urlopów, następuje zwolnienie blokady maszyny losującej. I czasem się uda wygrać, a czasem się nie uda. Rządzi przypadek. W zeszłym roku dał warszawiakom, w tym roku odebrał warszawiakom.

Czy prawdą o Legii z minionego sezonu jest wakacyjna człapanina w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, czy raczej ostatnie sceny fazy grupowej, w których Legia najpierw zremisowała z Realem Madryt, a potem w batalii o Ligę Europy pobiła lizboński Sporting? I jeszcze wiosną stawiała się Ajaxowi Amsterdam, finaliście tych ostatnich rozgrywek?

Tak, wiem, już słyszę marudzenie, że „nasi są sami sobie winni, nikt im nie każe leżeć nisko w rankingu UEFA, gdyby fruwali wyżej, startowaliby później”. Racja, nikt im nie każe. Ale system zawsze może być bardziej lub mniej sprawiedliwy. W futbolu reprezentacyjnym jest bardziej sprawiedliwy – trener Adam Nawałka nie wydźwignąłby reprezentacji Polski do czołówki tak szybko, gdyby musiał zaczynać od 17 rund przedwstępnych, zanim pozwolono mu zmierzyć się z wypoczętymi Niemcami. Nie musiał, tam piłkarzy 200. w globalnym rankingu San Marino dzieli od mistrzostwa Europy tyle samo meczów, ile dzieli Hiszpanów, Włochów czy Francuzów.

Legia pewnie mogłaby działać mądrzej. Np. postępować bardziej bezwzględnie ze swoimi pracownikami i nie pozwalać na to, żeby w przededniu europejskich gier, w środku sezonu, rzucał ją lider Miroslav Radović. Albo w identycznych okolicznościach rozstawać się naraz z oboma snajperami, fundamentalnymi dla jej siły Nemanją Nikoliciem i Aleksandarem Prijoviciem. Albo wypuszczać Vadisa Odjidję-Ofoe, któremu być może ocaliła karierę, przy pierwszej jego ochocie, by zbiec. Reagować jak poważna firma z ambicjami, która sama szanuje podpisywane kontrakty, więc oczekuje, że uszanują je również piłkarze. Zaryzykować, że się zbuntują, obrażą, zniechęcą (oni też ryzykowaliby, świadomie odpuszczając sezon). I sprawić, że do europejskich pucharów przystąpi – i latem, i zimą – nie w trakcie budowania nowej drużyny, lecz wystawiając drużynę już zbudowaną.

Tak czy owak sezon, który rozpoczyna się od porażek naszych klubów z Azerami i Kazachami, wywołuje grozę. Moja pierwsza refleksja po dzisiejszym meczu Legii z Astaną brzmiała: biorąc pod uwagę, jak ewoluują zasady kwalifikacji (zawsze dla komfortu bogatych!), nie wykluczałbym, że polski klub już nigdy nie zagra w Lidze Mistrzów.

piątek, 28 lipca 2017

International Champions Cup, El Clasico, Real Madryt - Barcelona

Nienawidzę sparingów. Ściślej: nienawidzę sparingów, które udają wielkie hity, i właściwie powoli przestają być sparingami, bo sparingi się nie opłacają – dzisiaj w sprzedaży są wyłącznie hity, wstyd oferować coś skromniejszego niż oszałamiające efekty specjalne, superprodukcja za kwintyliony, wzruszenia ekstremalne i obowiązkowo niezapomniane.

Jeszcze ściślej: nienawidzę pankontynentalnego tworu oblepionego metką International Champions Cup. Wymyślił go niejaki Stephen M. Ross, amerykański specjalista od monetyzowania popularności sportu, który – cytat z oficjalnej witryny internetowej – „zrewolucjonizał futbolowy krajobraz”. Jak sam mówi, nie podobało mu się nazywanie rozgrywanych podczas wakacji meczów „towarzyskimi” albo „pokazowymi”, bo fani nie chcą patrzeć, jak piłkarze grają o nic. I w materiałach agencji Relevent Sports, czyli organizatora International Champions Cup, przymiotniki „towarzyski” oraz „pokazowy” nie występują. Są zakazane. Piłkarze 17 słynnych europejskich marek gromadzą na stadionach chińskich, singapurskich i USA punkty, których liczba decyduje o kolejności w jednej z trzech tabel (dwóch „azjatyckich”, jednej „amerykańskiej”).

Najpierw kojarzyły mi się te rozgrywki z siatkarską Ligą Światową, która otwiera każdy sezon reprezentacyjny. Impreza komercyjna – bez rangi mistrzowskiej, ale mająca istotne znaczenie dla globalnego rankingu FIVB – wymyślona po to, by ożywić martwy wcześniej okres. Doszedłem jednak do wniosku, że bardziej przypominają osławioną Superligę. Czyli zamknięty turniej dla kasty uprzywilejowanych, którymi straszą nas jak dzieci bajkami o wiedźmach – najbogatsi odetną się od plebsu, nie będą ryzykować klęski w eliminacjach, będą w elicie grali zawsze. Do International Champions Cup zaproszono np. szósty w lidze włoskiej Milan oraz siódmy Inter, a nie np. czwartą Atalantę, bo Atalanta nikogo poza swoim regionem nie obchodzi, natomiast mediolańskie drużyny mają renomę ponadlokalną.

I sparingi na szczytach przestały istnieć. Zastąpiły je szlagiery, zarezerwowane dotąd dla Ligi Mistrzów. Ewentualnie – zdarzające się dwa razy na sezon w rozgrywkach krajowych.

Nienawidzę ich, bo niszczą naturalny porządek, w którym po wiośnie następuje lato, po nocy wstaje dzień, po miesiącach pracy wyjeżdżasz na wakacje, po kilkunastu godzinach na chodzie kładziesz się spać, po przebiegnięciu swojej dawki kilometrów bierzesz prysznic, po wychlaniu cysterny bimbru masz kaca.

I, do ciężkiej cholery, czasami nic się nie dzieje. Znaczy – nie dzieje się nic szczególnie ważnego. Zbijasz bąki wpatrzony w pień drzewa, któremu nigdy dotąd się nie przyjrzałeś, a może nawet, o zgrozo, się nudzisz.

Niestety, nicnierobienie to już dzisiaj grzech, czyn w najlepszym razie wątpliwy etycznie. W cywilizacji nadmiaru jedyną religią naprawdę uniwersalną jest konsumpcjonizm – na PKB musisz harować na okrągło, choć harówkę reklamuje się jako spełnianie najgłębszych potrzeb, niemal realizowanie samego siebie. W puszce z gazowanym napojem nie kupujesz gazowanego napoju, tylko emocje, styl życia, bycie cool.

A w oglądaniu z trybun International Champions Cup kupujesz, jak piszą organizatorzy, unikatowe i wyjątkowe – inny towar nie ma wartości – „fan experience”. Ekstazę przeżyją zwłaszcza naoczni świadkowie sobotniego El Clásico, czyli największego sukcesu Rossa. Amerykanin zdołał ściągnąć do Miami najsłynniejszy mecz futbolowy.

Jeszcze raz: nienawidzę tego. Chcę, żeby Real Madryt tłukł się z Barceloną od święta. Żeby sezon ogórkowy był sezonem ogórkowym. Żeby nie wpychali mi do gardła pięciu kilogramów krewetek także wtedy, gdy nie zacząłem jeszcze trawić wchłoniętych chwilę wcześniej pięciu kilogramów krewetek. Nie chcę ćwierćfinału Ligi Mistrzów w lipcu. Chcę, żeby czasami nic się nie działo. Dla psychicznej higieny.

Oczywiście nie mam szans, nawet jeśli czuję, że im więcej El Clásico na rok, tym bardziej pojedyncze El Clásico się dewaluuje. Amerykanie znają się na sportowym biznesie, wiedzą, co robią. A ja odnoszę wrażenie, że jestem szantażowany. „Przecież nie musisz oglądać” – powiecie. Tak, nie muszę, ale jak interesować się piłką nożną i opuścić awanturę madrycko-barcelońską?! Wykpić się prostą wymówką, że akurat jestem na detoksie?!

Miewam szatańską ochotę, by organizatorzy International Champions Cup zaproponowali za zwycięstwa w rozgrywkach gigantyczny szmal, wielokrotnie większy niż w Lidze Mistrzów. I sprawili, że kluby zaczynają je traktować serio. Specjalnie się do nich przygotowywać. Dla draki bym chciał, z poczucia bezradności, z ogarniającej mnie na myśl o jutrzejszym El Clásico irytacji, nawet furii. Łajdaki mnie mają, już teraz wiem, że o 1.45 w nocy z soboty na niedzielę otworzę telewizor i będę się na Barcelonę z Realem gapił. Zeżrę, co mi podadzą, innego wyjścia nie widzę, zwłaszcza że rozpocząłem urlop.

Oczywiście obiecywałem sobie, że w trakcie urlopu nie będę blogował.



poniedziałek, 24 lipca 2017

Do szatni, w której upokorzenie przeżył Grzegorz Krychowiak, wejść szczególnie trudno. Tam nawet nie wiadomo, z kim się bratać, o czyją sympatię zabiegać, kto trzyma rząd dusz. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

10:34, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
sobota, 22 lipca 2017

Dopiero w ostatnich dniach dotarło do mnie, że należałem do głupców przekonanych, iż ustrój, w którym żyjemy, będzie w naszym kraju trwał wiecznie.

Bo najbardziej atrakcyjny z istniejących (choć są państwa urządzone lepiej, nawet znacznie lepiej), dający się w razie potrzeby poprawiać w ramach ustalonych reguł, wsparty na fundamentach nie tyle świętych dla każdego, ile oczywistych dla każdego (praworządność, trójpodział władz). Niby widziałem, co się dzieje na świecie. Śledziłem, jak rzeczywistość kwestionuje tezy Fukuyamy o triumfalnym pochodzie demokracji liberalnej mającej być kresem ideologicznego rozwoju ludzkości (kto jej skosztował, miał nigdy nie zechcieć czego innego). Ale podświadomie sądziłem, że nas to już nie dotyczy. Komuna była, komuna się zawaliła, nic choćby zbliżonego do niej już nie wróci. Podstawowe wartości zostaną tu na zawsze, jak powietrze, jak wynalazek koła, jak internet.

Stosunkowy spokój utraciłem – także wskutek coraz silniej żrących nastrojów społecznych – dopiero niedawno, choć przeciw rozmontowywaniu państwa prawa demonstruję od początku, byłem pod Sejmem w grudniu 2015 roku, spacerowałem spod Sądu Najwyższego pod Senat w piątek. Sprawy publiczne tak pochłonęły moją jaźń, że od ponad tygodnia nie blogowałem, co mi się zasadniczo nie zdarza. Do gazety wciąż klawiaturowałem regularnie – praca jest praca – ale tu, gdzie stukam dla frajdy, jakoś mi się nie chciało. Chwilowo czułem, że dzieją się sprawy ważniejsze niż piłka nożna czy inny sport.

W sporze czysto politycznym czuję się nieswojo. Za poprzednią władzą nie przepadałem, czasami wręcz serdecznie nie znosiłem (dopiero obecna uczy ją doceniać, tyle że obecna uczy doceniać wszystkie poprzednie, nawet tę z lat 2005-07). W aktualnym parlamencie nie ma partii, na którą głosowałem, zresztą już w poprzednich kadencjach czułem się tam światopoglądowo reprezentowany w znikomym wymiarze. I generalnie nienawidzę tej przeklętej, prymitywnej jak maczuga dychotomii, która nakazuje dzielić Polaków na dwa obozy. Nie, obozów sprzeciwiających się władzy jest bezlik, w nocy z piątku na sobotę zdzierałem gardło pod Senatem obok osób, z którymi politycznie nie łączy mnie literalnie nic. Bo to był protest obywatelski, nazwy partii nie miały dla nas żadnego znaczenia.

Ilekroć napiszę cokolwiek o sprawach publicznych – nawet pojedyncze słowa, na Twitterze – czytam przeraźliwie nużące, podane jak rozkaz jęczenie, żebym nie wtrącał się w politykę. To głupie, bo do polityki nie sposób się nie wtrącać, ona dotyczy każdego. To często bezczelne, bo podparte nieuzasadnioną ani słowem tezą, że akurat dziennikarz sportowy „nie powinien”, bez podania kompletnej listy zawodów, których przedstawiciele „nie powinni” i właściwie dlaczego „nie powinni”. To wreszcie przepojone hipokryzją, bo oburzeni sami „wtrącają się” notorycznie i często anonimowo, co więcej, wcale nie przeszkadza im, gdy dziennikarz „miesza się” (inny popularny czasownik) do polityki, przeszkadza wyłącznie ujawnienie niesłusznych poglądów. Kto ujawni słuszne, słyszy chrumknięcie pełne aprobaty.

Tak czy owak nie o politykowanie już idzie, dzisiaj wyrażanie protestu jest obywatelską powinnością. Wszędzie, w każdy dostępny sposób. Trzeba paranoicznego umysłu, by uwierzyć, że wszelkie możliwe międzynarodowe instytucje pilnujące standardów państwa prawa zawiązały spisek, żeby zniszczyć Polskę. Bronić ubeków i wdów po ubekach, odstawionych od koryta wichrzycieli, terrorystów, zdrajców, nakręconej tłuszczy, dzicz, obrońców pedofilów czy kto tam jeszcze sprzeciwia się oddaniu całego wymiaru sprawiedliwości w ręce jednego człowieka, nie zauważając, że to mąż stanu prawy i szlachetny.

Teraz idę demonstrować. Wybierałem się na Legię, ale patriotyczny obowiązek to patriotyczny obowiązek.

19:25, rafal.stec
Link Komentarze (94) »
Archiwum
Tagi