RSS
poniedziałek, 19 lutego 2018

AC Milan, Yonghong Li

Yonghong Li, który w ubiegłym roku zapłacił za AC Milan 740 mln euro, został uznany za bankruta przez sąd w Shenzen. Ale śledztwo trwa, to nie musi być ostatni wyrok. Chiński biznesmen niewypłacalny był już wtedy, gdy kupował włoski klub.

Pozwały go dwa banki, w których jest zadłużony. Żeby zwrócić pieniądze, zgodnie z nakazem sądu wystawi na sprzedaż – na Taobao, lokalnym odpowiedniku aukcyjnego serwisu eBay – akcje producenta opakowań Zhuhai Zhonghu. Posiada niespełna 12 proc. udziałów, całą firmę wycenia się na 60 mln.

Chińska Komisja Regulacyjna ds. papierów wartościowych kontynuuje dochodzenie. Kolejne podejrzenia dotyczą machinacji umożliwiających Yonghong Li zatajenie prawdy o swojej finansowej kondycji. Ściślej – o kondycji holdingu Shenzen Jie Ande. To już grozi zarzutami kryminalnymi.

Można powiedzieć, że wykrakałem. Ilekroć relacjonowałem sprawy związane ze zmianą właścicielską w Milanie, wyrażałem wątpliwości, czy Chińczyk – przejmujący klub m.in. dzięki 340 mln pożyczonych na lichwiarski procent od amerykańskiego funduszu hedgingowego – to nie oszust.

Od tamtej pory wychodziły na jaw kolejne obnażające Yonghong Li fakty. Okazało się, że opowieści o należących do niego kopalniach fosforu to bajki. W Azji nikt o tym nie słyszał. A kiedy prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”, utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Co więcej, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo. Oczywiście nie sugeruję, że Yonghong Li odpowiada za winy rodziny – tyle że wszyscy byli także wspólnikami w interesach.

Najnowsze odkrycia publikuje „Corriere della Sera”. Publikuje w pomyślnym dla Milanu momencie pod względem sportowym – u nowego trenera piłkarze demonstrują futbol intensywny i metodyczny; są bardzo konkretni w ataku, unikają podawania dla samego podawania (jakże ja tego jałowego pykania nie znosiłem!), znów umieją wytrzymywać ostry pressing rywala. Odkąd ćwiczą pod wrzaskiem Gennaro Gattuso, stratę do sąsiedniego Interu zredukowali z 16 do 7 punktów, ostatnio pozostają niepokonani od 10 meczów. Znów widać światełko w tunelu.

Wokół klubu robi się jednak coraz ciemniej. Prasowe doniesienia o śledztwie w sprawie prania brudnych pieniędzy, któremu rzekomo miała posłużyć transakcja między poprzednim a obecnym właścicielem, na razie nie zostały potwierdzone. Przybywa za to dowodów, że Yonghong Li to hochsztapler, mitoman, gołodupiec. Tym razem już nie dzięki reporterom z działów ekonomicznym, lecz wyrokom sądów.

Silvio Berlusconi też ma mnóstwo za uszami, zresztą nawet teraz odbywa wyrok, przez który nie może osobiście startować we włoskich wyborach (uczestniczy w nich pośrednio). Ale przynajmniej był wypłacalny. Krętacz z realnymi miliardami na koncie i uznanymi osiągnięciami biznesowymi przekazał klub krętaczowi z miliardami wirtualnymi i bez żadnych udowodnionych sukcesów biznesowych.

Choć współczesny włoski futbol przeżył kilka spektakularnych upadków wielkich futbolowych firm, czasami kończonych degradacją do niskich lig (Fiorentiny, Napoli, Parma etc.), to nie sądzę, by instytucjonalna śmierć groziła także Milanowi. Owszem, zadłużenie wobec Elliott Management Group trzeba spłacić do 15 października, inaczej klub wpadnie w ręce amerykańskiej finansjery, która sprzeda go najhojniejszemu chętnemu. Teoretycznie, w najczarniejszym wyobrażalnym scenariuszu, spieniężeni mogą zostać również piłkarze. Praktycznie bardziej prawdopodobne jest, że odzyska go rodzimy kapitał, choćby konsorcjum inwestorów z regionu.

Wariant najprzyjemniejszy dla kibica – niech Milan wreszcie weźmie pierwszy od dekad właściciel, którego nikt przytomny nie uzna za człowieka marnej reputacji.

Tagi: AC Milan
17:41, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 lutego 2018

Tak się złożyło, że w dwa kolejne poniedziałki zająłem się w cotygodniowym felietonie do „Gazety Wyborczej” naszą polską miłością do porażek i zarazem wrogością do tych, którzy porażki ponoszą. Alternatywy zresztą nie było, w Pjongczangu nasi sportowcy z morderczą konsekwencją mierzą w miejsca ostatnie lub prawie ostatnie. A ponieważ poprzednio zapomniałem wkleić link na blogu, teraz wklejam oba – tutaj przeczytacie „Polską sztukę przegrywania”, a tutaj dzisiejsze „Igrzyska nienawiści”.

18:51, rafal.stec
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lutego 2018

Korea Północna, igrzyska olimpijskie, Pjongczang, hokej na lodzie. Fot. Kuba Atys

Bodaj najbardziej infantylnie i fałszywie brzmi na igrzyskach w Pjongczangu wzruszająca opowieść o wspólnej drużynie hokeistek z Korei Południowej i Północnej.

Szczytną ideę znamy, rozpisuje się o niej pół świata. Sport daje nadzieję na pojednanie, łączy nawet wrogów, którzy wprawdzie wojnę gorącą zakończyli ponad pół wieku temu, ale wojnę zimną prowadzą do dzisiaj – formalnie nigdy nie zawarli pokoju. Reżim z północy półwyspu, jedna z najbardziej zbrodniczych dyktatur świata, wojuje zresztą ze wszystkimi. I z zagranicą, która chce ponoć Kim Dzong Una i jego niewolników zniszczyć. I z własnymi obywatelami, czyli wspomnianymi niewolnikami, których czasem głodzi, a czasem morduje w obozach koncentracyjnych.

Jeszcze raz: jaki piękny symbol, jak mocny dowód, że dla sportu niemożliwe nie istnieje. Aż przykro byłoby przejmować się analizami ekspertów od geopolityki i spraw międzynarodowych, którzy nie pozostawiają złudzeń: psychopata szantażujący świat bronią jądrową nie mięknie, a zaproszeniem na igrzyska, które łaskawie przyjął, po prostu robimy mu dobrze.

Robią sobie dobrze również zapraszający – działacze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Oni zazwyczaj przysięgają, że sportu nie należy mieszać z polityką. Zazwyczaj, czyli wtedy, gdy oddają organizację igrzysk w kontrowersyjne ręce, np. potrzebującemu dowodu na imperialną rosyjską potęgę Władymirowi Putinowi. Ale teraz polityka akurat się przydaje, bo MKOl unurzany jest w dopingowym i korupcyjnym szambie, wizerunkowo podupadł, potrzebuje zabiegów upiększających. A czy istnieje coś bardziej pociągającego niż misja pokojowa? Nawet uczestniczki wszelkich wyborów miss, oprócz deklarowania troski o środowisko naturalne, zawsze apelują, by ludzie zaprzestali wojen.

MKOl postanowił więc zgwałcić ducha sportu, a olimpijki z Korei Południowej potraktować instrumentalnie – posłużył się nimi, po czym ogłosił, iż dokonują czynów ważniejszych niż sport.

Hokeistki przygotowywały się na zgrupowaniach, wylewały pot w walce o miejsce w składzie, budowały drużynę. Aż tu nagle, ledwie dwa tygodnie przed startem turnieju olimpijskiego, usłyszały, że do 23-osobowej szatni wlezie 12 nowych zawodniczek. Nieznajomych, pochodzących z obcego kraju, z którym nie przepracowały ani jednego treningu. Nawet języka używają wbrew pozorom innego – dekady absolutnego odcięcia się od świata spowodowały, że północnokoreański znacząco różni się od południowokoreańskiego (polecam świetne książkowe świadectwo Suki Kim), i sąsiedzi używają kompletnie różnych terminów hokejowych (ci spod 38. równoleżnika chętnie sięgają po kalki z angielskiego, inaczej brzmią np. czasowniki „strzelać” oraz „uderzać”).

Co więcej, odgórnie ustalono, ile „wypożyczonych” z zagranicy zawodniczek musi (!) wystawić w każdym meczu trenerka Sarah Murray. Brutalna ingerencja w elementarne reguły gry.

Urodzona w Kanadzie amerykańska trenerka, która reprezentację Korei Południowej prowadzi od 2014 roku, najpierw wzdychała, że nie dano jej „przynajmniej kilku miesięcy na zjednoczenie drużyny”, i wyrażała obawy, że „obie podgrupy nie będą się do siebie odzywać”, ale szybko zmieniła melodię. I zaczęła zapewniać o przyjemności z prowadzenia nowego zespołu, o chemii, którą w naturalny sposób złączyła wszystkie hokeistki. Mówiła szczerze czy uległa presji? Jeśli uległa presji, to jakiej – wywołanej podniosłą atmosferą czy przez konkretnych polityków lub działaczy? Co czuły zawodniczki, które traciły miejsce w składzie i patrzyły, jak po lodzie suną słabsze rywalki, chwilowo przebrane za rodaczki? I których rodzice najpierw planowali wspólne protesty przeciw planom MKOl, zanim nie zrozumieli, że powinni być z córek dumne?

Odpowiedzi nie poznamy, nałykaliśmy się za to patosu wypluwanego przez Thomasa Bacha. – To nie chodzi tylko o mecz hokeja. Jesteście częścią czegoś większego – przemawiał szef MKOl do hokeistek, które przegrały 0:8 ze Szwajcarią, 0:8 ze Szwecją oraz 1:4 z Japonią. A następnie Angela Ruggiero, jego koleżanka z zarządzającej olimpizmem świty, zaapelowała, by drużynę obu Korei nominować do Pokojowej Nagrody Nobla.

Dla jasności: nie zamierzam wymądrzać się o strategii rozwiązywania skomplikowanych złożonych globalnych dylematów, słyszałem o „pingpongowej dyplomacji”, nie strzeliłoby mi do głowy protestować przeciw występom na igrzyskach atletów z krajów totalitarnych. Jednak sportowcy z Korei Północnej w sporcie uczestniczą na normalnych zasadach, a tu MKOl łamie podstawowe zasady, nie pytając o zdanie tych atletek, których jej pomysły bezpośrednio dotyczą. I dla których igrzyska powinny być – tu by się chyba olimpijscy dygnitarze ze mną zgodzili, prawda? – najważniejszym, najbardziej prestiżowym wyzwaniem w karierze. Zwłaszcza igrzyska rozgrywane we własnym kraju. Nawiasem mówiąc, kiedy zastanawiam się, dlaczego do zbawiania świata wybrano hokeistki, a nie hokeistów, nęka mnie nieprzyjemne podejrzenie, że uznano turniej kobiet za mniej poważny niż mężczyzn. Może więc raczej tam pogmerajmy, nikomu nie zaszkodzimy, powaga igrzysk pozostanie nietknięta.

Słowem, MKOl polityki się nie brzydzi, lecz wpycha sportowców w łapy polityków wyłącznie wtedy, kiedy mu wygodnie. I jeszcze wywołuje pożądany efekt. W „USA Today” przeczytałem, że hokeistki z Półwyspu Koreańskiego to wręcz „najważniejsza drużyna igrzysk”, a potem nastąpiło łkanie o „olimpijskiej transcendencji”. Wszędzie też migotają zdjęcia północnokoreańskich czirliderek (zdjęcie Kuby Atysa), dla mnie o tyle trudne w odbiorze, że natychmiast budzą skojarzenia z główną aktywnością artystyczną poddanych Kim Dzong Una – wielogodzinnym wytrenowywaniem wielotysięcznych układów choreograficznych mających sławić wodza. Te dziewczyny na pewno wiedzą, ile można zapłacić za jeden krzywy uśmiech.

Przynajmniej dla psychicznej higieny, w atmosferze gromadnego rozczulenia, zwróćmy zatem uwagę na szczyty hipokryzji, na które wzbijają się olimpijscy bonzowie, proponując nominację do Nobla dla hokeistek za „poświęcenie” dla wyższych wartości (cytat ze wspomnianej Ruggiero, znaczy jednak dostrzeżono czyjeś „poświęcenie”). W istocie byłoby to przecież uhonorowanie tych, którzy całą marketingową operację wymyślili i przeprowadzili.

poniedziałek, 05 lutego 2018

Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny. Fot. Kuba Atys

Piękna ta domowa wojna i pasjonująca. Walczą Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny, którzy żyją w skrajnie odmiennych okolicznościach przyrody. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

09:38, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 02 lutego 2018

Zeznawałem już tutaj, że gdybym był zawodowym piłkarzem, to prawdopodobnie byłbym nielubianym przypadkiem piłkarza bezlitośnie nielojalnego. Skakałbym z kwiatka na kwiatek, z klubu do klubu, z ligi do ligi, z państwa do państwa, a może nawet z kontynentu na kontynent – coby się nazwiedzać, naoglądać, naupajać obcymi krainami. Tylko w tym kierunku, znaczy kierunkach, bym kombinował, odwieść od tego mogłyby mnie jedynie poważniejsze ambicje sportowe, ale o byciu Lewandowskim to ja, wybaczcie, nie fantazjuję.

Oczywiście skakałbym po kwiatkach, jeśli by mnie wszędzie w ogrodzie chcieli. Jak Sebastiana Abreu.

Pewnie niewielu wie, że dzisiaj startuje liga chilijska, więc uprzejmie donoszę, że owszem, startuje, a wraz z nią wraca na boisko wymieniony Urugwajczyk – mój rówieśnik z rocznika 1976, napastnik znany jako „El Loco”, czyli po naszemu „Wariat”. Jak przylgnęła doń ksywa, nie całkiem wiadomo, krąży na ten temat zatrzęsienie wersji. Mówi się o pokrywających jego skórę tatuażach (dzisiaj brzmi niewiarygodnie, wszyscy się malują, zlustrujcie makijaż na plecach Zlatana), młodzieńczym wdawaniu się w bójki z rywalami i kolegami z drużyny czy wchodzeniu na treningi (również w czasach juniorskich) krokiem zamaszyście tanecznym. Wyciąga się legendy rodzinne, jak ta o pięcioletnim brzdącu, który lubił bawić się pistoletem wujka. Wspomina się dawny epizod dziennikarski – Abreu, który uczył się na koszykarza (wyrósł na 193 cm), chodził jako reporter na mecze koszykówki, w których sam grał, o czym zapomniał poinformować w redakcji „El Serrano”, a potem swoje popisy entuzjastycznie relacjonował, cytował nawet własne wypowiedzi. Przywoływane są wreszcie oryginalne pomysły Urugwajczyka, jak przywiązanie do podobno pechowego numeru „13” na plecach czy zakładanie na mecz jednego buta białego i jednego czarnego – w ramach antyrasistowskiego happeningu. Wszelkie znane mi anegdoty brzmią ciekawie, ale nie czynią z bohatera regularnego wariata, lecz raczej narwanego, nazbyt spontanicznego nonkonformistę, zresztą koledzy z boiska nierzadko określali go nade wszystko jako osobnika ponadprzeciętnie inteligentnego.

U nas większość kibiców powinna go zapamiętać głównie z ćwierćfinałowego horroru na mundialu 2010, w którym Urugwaj zremisował z Ghaną 1:1. Do ostatniego rzutu karnego, rozstrzygającego o awansie do strefy medalowej, podszedł właśnie nasz bohater i wykończył rywal w wyrafinowany sposób:



Ale ja nie dlatego o nim. Ja o nim dlatego, że w barwach drużyny Audax Italiano – chilijskiego pierwszoligowca, właśnie rozpoczyna sezon – wpisuje się do Księgi Guinnessa. To jego 26. klub w karierze i dzięki podpisanemu niedawno kontraktowi wymazuje osiągnięcie dotychczasowego obieżyświata nad obieżyświatami, niemieckiego bramkarza Lutza Pfannenstiela.

Jego dorobek to 32 transfery (gdzieniegdzie wracał kilkakrotnie), 12 krajów, 4 kontynenty, a także: 424 gole strzelone we wszystkich rozgrywkach (Robertowi Lewandowskiemu brakuje jeszcze do tego wyniku 58), 26 bramek zdobytych w 70 meczach reprezentacji kraju, 9 tytułów mistrzowskich (w ligach argentyńskiej, brazylijskiej, urugwajskiej i salwadorskiej) i... jeszcze mógłbym rozciągać ten liczbowy łańcuch, ale mi się nie chce. W każdym razie 41-letni napastnik, którego wiecznie nosi, właśnie rozpoczyna kolejny sezon, a jego podróż w 32 kontrakty dookoła świata prezentuje się wszechkolorowo, intrygująco, imponująco. Bywało, że ten Monumentalny Niewierny w rok zahaczał się w trzech klubach, a zarazem nie brakuje miejsc, gdzie kibice go uwielbiają. Botafogo w sezonie, który nastąpił po odejściu Abreu, złożyło mu wyjątkowy hołd, projekt „drugiej” klubowej koszulki opierając na barwach reprezentacji Urugwaju.

I niemal wszędzie miał „El Loco” snajperską skuteczność świetną, ostatnio zachwycał wręcz rewelacyjną. Wysilcie wyobraźnię i zwiedzajcie, to niezwykły atlas:

Sebastian Abreu, kariera

Tagi: transfery
17:19, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 30 stycznia 2018

Matera, Basilicata

Przed dwoma tygodniami, tuż po moim wyjeździe na wakacje, kibice w całej Europie ujrzeli w telewizorach scenkę prawie surrealistyczną: sędzia meczu ligi francuskiej z ewidentną premedytacją podłożył nogę piłkarzowi Nantes, a następnie – kiedy ten już wstał – wlepił zaatakowanemu czerwoną kartkę. Na pewno też widzieliście, obrazek to niezapomniany.

Gdy dzisiaj zbadałem, kim jest autor wybryku, zdębiałem jeszcze bardziej. Tony Chapron, choć wcześniej nigdy nie porwał się na boisku na napaść fizyczną, ma bogaty dorobek awanturnika – przynajmniej według zawodników i trenerów, którzy oskarżali go w przeszłości o napaść werbalną. Zarzuty wysuwały sławy, jak mistrz świata i selekcjoner reprezentacji Francji Didier Deschamps, a niektóre pośród zarzutów brzmiały szokująco: graczom Valenciennes miał Chapron otwarcie grozić w przerwie meczu ligowego: „Wydymam was w drugiej połowie. Zlecicie z ligi”. A po wznowieniu gry dał im trzy czerwone kartki (jedną trenerowi). W ogóle w swojej karierze usuwał z boiska rekordowo często.

Nie mieści się w głowie, prawda? Jak on się w ogóle w elicie uchował? Dlatego na wszelki wypadek uznałem, że w wakacyjnym amoku coś mi się przywidziało. I we włoskim miasteczku Matera zacząłem maniacko fotografować drzwi:

Matera, Basilicata, drzwi

Kiedy je fotografowałem, na stadionie Paris Saint-Germain doszło do kolejnej chryi z udziałem Jaśnie Pana Neymara, który tym razem nie pozwolił Edinsonowi Cavaniemu, nominalnie koledze z drużyny, zostać najlepszym strzelcem w historii klubu. Choć sam wbił wcześniej trzy gole, a gospodarze prowadzili 7:0 z Dijon, w końcówce meczu nie oddał Urugwajczykowi uderzenia z rzutu karnego. Z trybun spłynęły gwizdy, a brazylijski supergwiazdor z trybunami się nawet nie pożegnał, lecz wściekły pognał do szatni. Najdroższy gracz świata gra znakomicie, a kibice go prześladują... Jeszcze niczego nie zdobył, a ludziska już gadają, że zaraz zbiegnie do Realu Madryt... Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście tego nie słuchałem ani nie oglądałem, lecz fotografowałem drzwi. Dopiero teraz sprawdzam, co i jak, bo przemknęło mi przez głowę, że w trakcie obzdjęciowywania drzwi musiał istnieć również jakiś inny świat:

Matera, Basilicata, Neymar

W tym samym okresie, jak się okazuje, zamykano też argentyńskie „El Grafico”, najsłynniejsze bodaj sportowe pismo w Ameryce Południowej. Do kryzysu prasy przywykliśmy, gazety padają jedna za drugą, ale taka legenda?! Alfredo di Stefano mawiał, że każdy młody piłkarz z Argentyny ma trzy marzenia: zagrać w klubie, w którym się wychował; założyć koszulkę reprezentacji kraju; wylądować na okładce „El Gráfico”. Niestety, ulubione w młodości pismo noblistów Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcii Marqueza malało, z tygodnika zmieniło się w miesięcznik, aż historia całkiem zdezaktualizowała przytoczony cytat. Doprawdy, dziwnie smutny bywa ten świat, no ale ja skupiałem uwagę na drzwiach, niekiedy dość dziwnych:

Matera, Basilicata, Cristiano Ronaldo

Łaziłem więc od drzwi do drzwi, a Real Madryt postanowił uciec od kryzysu strzelaniną masowego rażenia. Wystarczyło mu po 273 dniach i 43 meczach wrezcie odzyskać w komplecie tercet sławnych atakujących (Garetha Bale’a, Karima Benzemą i Cristiano Ronaldo), żeby rozłupać Deportivo La Coruna siedmioma bramkami. Wydawało się, że na stadionie Santiago Bernabeu ponownie nastaje jasność, tymczasem parę chwil później Real oberwał od niejakiego Leganes, odpadł z Pucharu Króla i jego – jak głosiły recenzje z jesieni – „najsilniejsza kadra w dziejach klubu” skarlała do – tym razem pożyczam z języka giełdowego – kadry niemal śmieciowej, w której rezerwowi są tak bardzo rezerwowi, iż wręcz poniżej godności królewskich barw. Przez 115 lat istnienia pucharowych rozgrywek nie zdarzyło się wszak, by Real odpadł po triumfie w zwycięstwie na wyjeździe. Dziwny jest świat, prawda? Tak dziwny, że kolejny awans madrytczyków przynajmniej do finału Ligi Mistrzów robi się niemal nieunikniony:

Matera, Basilicata, Real Madryt

Na osłodę Cristiano Ronaldo zafundował sobie Gulfstreama G650 (mieści 18 pasażerów), naturalnie ozdabiając go logiem CR7. Wydał 30 mln euro i stał się szczęśliwym posiadaczem najdroższego wśród piłkarzy prywatnego samolotu, „wyprzedzając” Leo Messiego (Embraer Legacy 650, wart 28 mln, na 14 pasażerów), Zlatana Ibrahimovicia (Cessna Citation Longitude, za 24 mln, na 12 osób), Paula Pogbę (Gulfstream G280, 20 mln, wyposażony w łóżko), Wayne’a Rooneya (Dassault Falcon 900LX, 16 mln), Neymara (Embraer Legacy 450, jak on znosi taniochę za 12 mln?!) i Garetha Bale’a (Cessna Citation XL Plus, 10 mln). Nie zostało ustalone, po jaką cholerę im odrzutowce, i jak to się stało, że znienacka zaczęli ich potrzebować masowo wszyscy najjaśniejsi gwiazdorzy futbolu, istnieją za to uzasadnione podejrzenia, że trwa tu swoisty wyścig, że portugalski heros Realu postanowił przebić argentyńskiego herosa Barcelony, prawdziwemu kibicowi powinno być trochę szkoda idoli, oni mają coraz więcej obowiązków pozaboiskowych, to nawał obowiązków wprost nieprawdopodobny, nowoczesny futbol wymaga doprawdy nadludzkiej odporności psychicznej, niewiarygodne, że oni umieją podołać. Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście kiedy on się jeszcze bardziej udziwniał, ja akurat zajmowałem się drzwiami w Materze:

Matera, Basilicata, Manchester City

Wydawały także ostatnio kluby, których zamaszyste rynkowe wygibasy powodują, że rankingi piłkarzy sporządzone według cen transferowych coraz słabiej odzwierciedlają hierarchię czysto sportową. Do jutrzejszego zakończenia zimowych zakupów kwintet najdroższych obrońców w historii stanowić będą Virgil van Dijk (właśnie wzięty przez Liverpool), Aymeric Laporte, Benjamin Mendy, John Stones i Kyle Walker (wszyscy wzięci przez Manchester City). W ilu jedenastkach marzeń – ekspertów czy kibiców – by się wymienieni znaleźli? Ile osiągnęli? Uderzające, że van Dijk kopał piłkę w strefie spadkowej wraz z Southampton, do Ligi Mistrzów zajrzał kiedyś tylko na momencik w Celticu Glasgow, wkrótce skończy 27 lat. Że Laporte nie dotknął Champions League nigdy, nie zadebiutował też jeszcze w reprezentacji kraju. Że... Może ta wyliczanka nie ma sensu, świat jest dziwny i tyle, właściwie coraz dziwniejszy, jakże się cieszę, że kiedy ostatnio znów go wykoślawiało, ja akurat kolekcjonowałem zdjęcia drzwi w Materze:

Matera, Basilicata, Roger Federer

Nic dziwnego nie było za to w kolejnym triumfie 36-letniego Jego Rakietowości Rogera Federera, który nie czuje się przygnieciony do kortu zaawansowanym wiekiem, przeciwnie, Jego Rakietowość nadal podfruwa powabnie, nadal nas zachwyca, nadal podrzuca kolejne nowiusieńkie argumenty do obwoływania go tenisistą wszech czasów. Zaskakuje raczej ogólny obraz: otóż żadnego wielkoszlemowego tytułu jeszcze nigdy nie wygrał zawodnik urodzony w latach 90. Nigdy, żadnego, ani w Australian Open, ani w Roland Garros, ani na Wimbledonie, ani w US Open, zresztą nawet do finału wpraszają się wyłącznie starsi. Zegary w tenisie chodzą inaczej, jak po drugiej stronie lustra, w ogóle dziwny jest ten świat, na szczęście mam komfort, że przez dwa tygodnie oddzielały mnie od niego drzwi, czasami drzwi również dziwne, to dzięki nim pomyślałem, że wszystko, co się ponoć ostatnio wydarzyło, być może wcale się nie wydarzyło.

Matera, Basilicata. Wybierz właściwe drzwi i podążaj za błękitnym królikiem

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 14 stycznia 2018

Mogliście przegapić, a przecież w piątek rozegrano najważniejszy mecz sezonu na świecie – w Dżuddzie, saudyjskim mieście położonym nad Morzem Czerwonym, gdzie piłkarze lokalnego Al-Ahli rozbili 5:0 Al-Batin, umacniając się na pozycji ligowego wicelidera. Ale nie wynik był przełomowy. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 09 stycznia 2018

Michaił Osipow miał trzy lata, gdy w styczniu 2017 roku został zaproszony do popularnego w Rosji telewizyjnego show „The Best”. Czekała tam przyjemna niespodzianka – partia szachów z Anatolijem Karpowym, byłym mistrzem świata, którego grę analizował i podziwiał.

Rywalizowali z zegarem. Genialny chłopiec, którego będę chyba nazywał Miszą, dostał 10 minut na myślenie, a weteran – dwie minuty. Rozstrzygnięcie i tak wydawało się w całej anegdocie mało ważne, u trzylatka imponowała sama świadomość, w co się bawi. On nie tylko przesuwał z sensem figury, ale jeszcze potrafił nazwać wybrane przez siebie otwarcie (obrona Nimzowitscha). Przygotowany teoretycznie jak zawodowiec. Magnus Carlsen i Siergiej Karjakin, którzy w ubiegłym roku stoczyli porywający bój o mistrzostwo świata, w jego wieku w ogóle nie umieli grać. A też zaczęli bardzo wcześnie, jako cudowne dzieci szachów.

W pewnym momencie Karpow zaproponował remis. Misza się nie zgodził, a parę chwil potem przegrał – zabrakło mu czasu. Rozpłakał się, załzawiony pobiegł do mamy. Zresztą zerknijcie sami:



Jurij Osipow, ojciec brzdąca, nie rozumiał, dlaczego Misza płacze. Do porażek był przyzwyczajony, do gry z zegarem również, nigdy nie reagował na niepowodzenie histerycznie ani nawet zbyt emocjonalnie. Trema? Światła kamer i w ogóle okoliczności publicznego występu, którego nigdy wcześniej nie doświadczył?

Do łez Miszy jeszcze wrócimy, w każdym razie tamten epizod jak zwykle sprowokował dyskusję o tym, do czego wolno zmuszać dzieci, którego nie wypracowały jeszcze metod radzenia sobie ze stresem, i jak poznać, że już są gotowe. W szachach to stały wątek, tam zazwyczaj zaczyna się wcześnie (choć Osipow bije wszelkie rekordy). Klasyfikuje się już graczy do lat 7, talentów w wieku niemal niemowlęcym w zorganizowany sposób szuka się na całym świecie, od Rosji po USA. Ze statystyk wynika jednak, że aż połowa arcyzdolnych – przyklejonych do szachownicy jeszcze przed dziesiątymi urodzinami – całkowicie rzuca grę. Nie wytrzymują presji. Zabawa zamienia się w udrękę głównie dzięki dorosłym, którzy nie rozumieją, że malec wyczuwa znacznie więcej niż potrafi wyrazić słowami.

Czasami jednak rodzice inwestują w zdolne dziecko nie dużo, lecz wszystko. Jak państwo Cupini, właściciele prowadzonej od półtorej dekady restauracji w Kansas City, którzy dla 10-letniego syna postanowili rzucić całe swoje dotychczasowe życie. W Ameryce Alessandro miał kilku indywidualnych trenerów oraz „wybudowany w piwnicy prywatny ministadion”, ale to przestało wystarczać. I zapadła decyzja, że wraz z rodzicami, dziadkami i trzyletnią siostrą poleci do Włoch, by dołączyć do szkółki AS Romy:



Wszystkich przelicytowali działacze sportowi z Bahrajnu, którzy zorganizują Dziecięce Igrzyska (Baby Games) dla krajów znad Zatoki Perskiej. W imprezie udział wezmą zawodnicy od lat 2 do 4, a porywalizują w lekkiej atletyce (np. bieg na 15 metrów), podnoszeniu ciężarów, gimnastyce, piłce nożnej i koszykówce (wykonają zadania indywidualne). Cel: zachęcić młodych do uprawiania sportu oraz krzewić wartości i zasady olimpijskie. Pomysłodawcy chcą na serio potraktować ten żartobliwy filmik nagrany przez MKOl:



Dla amatorów: impreza odbędzie się w kwietniu w Ar-Rifie, drugim co do wielkości mieście Bahrajnu. A jestem wam jeszcze winny wyjaśnienie, dlaczego po porażce z Karpowem płakał Misza Osipow. Jego ojciec wypytał go dopiero po programie: otóż trzylatek posługiwał się wcześniej wyłącznie zegarem elektronicznym, czytać czasu na tarczowym nie potrafił i zwyczajnie nie rozumiał, dlaczego przegrał.

17:28, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018

Kamil Stoch, Sportowiec Roku

Sportowiec Roku to sprawa śmiertelnie poważna, jak zresztą większość plebiscytów, które podobno nikogo nie obchodzą. A im bardziej nikogo nie obchodzą, tym bardziej się o nich dyskutuje. Wziąłem i ja udział w awanturze - felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

10:54, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

Archiwum
Tagi