RSS
poniedziałek, 27 listopada 2017

Przed dokładnie dwoma miesiącami, 27 września, chwyciłem za liczydło, by sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w kilku przypadkach prawie nie musiałem przesuwać koralików – posady akurat rozdawały Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza i Piast Gliwice.

Dzisiaj aktualizuję rachuby, ponieważ okazja jest jeszcze bardziej odświętna, wykopany z roboty został Piotr Stokowiec (Zagłębie Lubin), szczęśliwiec utrzymujący ją najdłużej. Aktualna tabela wygląda zatem tak:

ekstraklasa

Kiedy poprzednio wymazywałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, okazało się, że średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej trwa 206 dni.

Dzisiaj, po pozbyciu się lubińskiej anomalii – od tamtej pory zdymisjonowany został również Maciej Skorża – średnia spadła do 163 dni.

Powtórzę: nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia szarpie za wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę w tzw. ekstraklasie (wciąż wyłączam „beniaminków” Brosza i Mroczkowskiego) krócej niż 140 dni. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Po dzisiejszych rewelacjach ostał się ledwie jeden szkoleniowiec, który na obecnej posadzie w tzw. ekstraklasie rozpoczął pracę przed 2017 rokiem – Nenad Bjelica z Lecha Poznań.

Co przyjmuję z satysfakcją nie tyle jako kibic polskiego futbolu, ile niestrudzony kolekcjoner ligowych osobliwości. A wypatrując następcy Stokowca w Zagłębiu – absolutny debiutant Mariusz Lewandowski, w stężeniu eksperymentu na klub też bijemy rekordy – zastanawiam się, kiedy wreszcie prezesi pójdą po rozum do głowy i zaczną mierzyć czas zaoferowany trenerom w jednostkach bardziej adekwatnych do realiów. Nie w latach czy sezonach, lecz w ligowych kolejkach. Podpisujemy kontrakt na najbliższy mecz, ewentualnie z opcją przedłużenia na następny. Człowiek by wreszcie wiedział, na czym nie siedzi.

19:50, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 26 listopada 2017

sztuczna inteligencja, piłka nożna

W poniedziałkowych felietonach z zasady rzadko zajmuję się sprawami błahymi, ale tym razem uciekłem od nich najdalej jak się da. Próbuję mianowicie ukoić lęki ludzkości – ostatnio narastające m.in. z powodu alarmistycznych doniesień medialnych – które przecież odczuwać mogą również moi czytelnicy. Tekst znajdziecie tutaj.

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
środa, 22 listopada 2017

FC Barcelona, Real Madryt, Bayern Monachium, Arsenal, Tottenham

Podczas wakacji popełniłem felieton pod dudniącym tytułem „Symfonia Realu, kakofonia Barcelony”, w którym wykładałem, że nadciąga zamiana miejsc na dłużej – madrycki klub, przez lata zarządzany beznadziejnie, wypiękniał na projekt z wizją, natomiast kataloński klub, przez lata zarządzany wzorowo, zbrzydł wskutek chaotycznej galopady myśli szefów. Klawiaturowałem po dwumeczowym El Clásico, ale wcale nie wyciągałem generalnych wniosków z ówczesnego tu i teraz, zresztą dzisiaj sprawdziłem, co wówczas nawypisywałem, i stwierdziłem, że zasadniczo niczego bym nie zmienił – wywód sensownie uargumentowany, trzyma się kupy, zgrabnie ujęty.

Ma tylko jeden feler. Otóż piłkarze Barcelony, zamiast posłusznie staczać się czeluść, wystartowali w lidze hiszpańskiej z rozmachem dotąd niespotykanym, natłukli 34 z 36 możliwych punktów, ustanowili wszelkie nie tylko swoje rekordy. Przez fazę grupową Champions League też suną jak tornado, zdmuchnęli nawet Juventus, przez który zostali zdmuchnięci wiosną. A piłkarze Realu, zamiast przechadzać się po wszystkich rozgrywkach z arystokratycznym poczuciem wyższości, ledwie łażą. W kraju tysiące punktów dzielą ich nawet od wicelidera z Walencji (jak ona wyładniała! Można od radochy z oglądania dostać małpiego rozumu!), a w Europie uklękli przed Tottenhamem, do niedawna drużyną lekkopółśmieszną, wysyłanie jej nad podbój czegokolwiek było jak szczucie jamnikiem.

Kilka miesięcy później Michał Trela – jeden z moich dwóch ulubionych polskojęzycznych znawców Bundesligi, nieskłonny do stawiania radykalnych tez – ogłosił, że nadciąga kres absolutnej hegemonii Bayernu, panującego od rekordowych tam pięciu sezonów, i wreszcie należy oczekiwać twardej walki o tytuł. Znów: tekst wytrzymuje próbę czasu, czytany dzisiaj nadal brzmi rozsądnie, szefowie klubu istotnie kilka spraw zaniedbali, co powinno skazywać ich na popadanie w przynajmniej przejściowe tarapaty. Ponowna lektura ma tylko jeden feler. Monachijscy piłkarze od tamtej pory powygrywali wszystko, co się napatoczyło do wygrania, w tym szlagiery z najgroźniejszymi teoretycznie RB Lipsk i Borussią Dortmund. Co więcej, odkąd we wrześniu ponownie zajął się nimi trener Jupp Heynckes, pięciopunktową stratę do tej ostatniej, wówczas liderki, zamienili na dziewięciopunktową przewagę. Gwałtowny zwrot akcji, prawda? 14 punktów w dwa miesiące... I niewykluczone, że Bayern, ten prozaicznie nieguardiolowy i wypalony Bayern, zgodnie z tradycją trwającej dekady obroni tytuł szybciutko, bez konieczności szarpania się do ostatnich kolejek.

Jeszcze grubszy numer wyciął Jonathan Wilson, jeden z bardziej znanych publicystów anglojęzycznych i autor kanonicznej „Odwróconej piramidy”. Tuż przed sobotnimi derbami północnego Londynu przypomniał, że Tottenham nie tylko wyprzedził w hierachii Arsenal, ale cały czas powiększa przewagę – dzięki innowacyjności i strategii na przyszłość, które u sąsiadów ustąpiły kulturze stagnacji. A natychmiast po derbach, wygranych zdecydowanie przez podwładnych Arsene’a Wengera, Wilson zwrócił uwagę, że piłkarze Mauricio Pochettino są dziecinnie bezbronni na wyjazdach do dużych firm. Że wygrali ledwie cztery z ostatnich 87 meczów rozegranych na stadionach Manchesteru United, Arsenalu i Liverpoolu, że z taką postawą niewiele wskórają. Owszem, z niczego napisanego wcześniej się nie wycofał, ale w kilka godzin Tottenham jako drużyna przyszłości zmalał w jego oczach do drużyny z fundamentalnym problemem.

Opowiadam o perypetiach dziennikarzy, bo ładnie ilustrują jeden z moich ulubionych motywów: czas w futbolu pędzi zbyt szybko, żeby ktokolwiek za nim nadążył, a o wynikach decyduje zbyt wiele czynników, żeby wyłowić z nich wzorce pozwalające przewidywać, co będzie. Opowiadam o tym, bo czułem moralny nakaz złożenia publicznej samokrytyki – w tłumaczeniu na współczesną polszczyznę: zaorania siebie – a wycieram sobie gębę również cudzymi nazwiskami, bo jestem wredny. Niech inni też wyjdą na głupków.

Nie namawiam kibiców, by całkiem przestali czytać mnie i kolegów po fachu – choć to warte rozważenia: powstało zbyt wiele mądrych i pięknych zdań o sprawach istotniejszych, by truć się codziennym ględzeniem o ganianiu za piłką. Nie umieszczam nawet dziennikarzy sportowych na szczycie prywatnej hierarchii osób publicznych paplających, co im ślina naniesie, przeciwnie, do czołówki nam daleko, pozycję lidera przyznałbym chyba politologom, którzy z nadludzką sprawnością w ułamku sekundy zapominają o przedstawionych właśnie diagnozach, by nazajutrz postawić przeciwstawne. Nie namawiam więc do niczego, wystarczy mi, że dziennikarzy od fikołków (terminologia wspaniałego Zdzisława Ambroziaka) nie traktuje się zbyt poważnie.

I że mogę się pochichrać z wybitnego trenera Diego Simeone, który przed sezonem ocenił, że właśnie zbudował kadrę Atlético silniejszą niż kiedykolwiek, wystarczy tylko poczekać do zimy, aż wzmocnią ją napastnik Diego Costa i skrzydłowy Vitolo. Niestety, madrytczycy od dwóch miesięcy czekają w rytmie 0,7 gola strzelanego na mecz, w skandalicznym stylu odpadając z Ligi Mistrzów (chyba się nie łudzicie?), przynudzając remisami z Qarabag Agdam, Elche, Realem i Leganes. Ja oczywiście od początku wiedziałem, że tak się to skończy: Simeone zostanie zdemaskowany, pewnie nawet sam udowodni, jak blade ma pojęcie o piłce.

21:36, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 18 listopada 2017

AC Milan, Yonghong Li

Nie łudźcie się, w tym tygodniu najczarniejsze wieści dla Milanu wcale nie spłynęły z Neapolu, gdzie gospodarze przydzwonili dzisiaj gościom dwoma golami. Najczarniejsze – niepokojące w perspektywie przyszłości – spłynęły z Nowego Jorku.

Na boisku działo się to, co zwykle, mediolańczycy są od miesięcy potwornie przewidywalni, chyba najbardziej we wszystkich czołowych ligach Europy. Kiedy stają naprzeciw rywali z dolnej połowy tabeli, dają radę właściwie zawsze – zremisowali tylko z Genoą (obecnie 18. miejsce), poza tym wygrali 2:0 z Sassuolo (17. miejsce), 3:0 z Crotone (15. miejsce), 2:1 z Cagliari (14. miejsce), 2:1 z Udinese (13. miejsce), 2:0 ze SPAL (16. miejsce) i 4:1 z Chievo (11. miejsce). Kiedy natomiast próbują zdobywać szczyty tabeli, nie ma czego zbierać – 1:4 z Lazio (teraz piąte miejsce), 0:2 z Sampdorią (szóste), 0:2 z Romą (trzecie), 2:3 z Interem (czwarte) i 0:2 z Juventusem (drugie), aż dopełzali do 1:2 z Napoli (pierwsze).

Podliczmy: ze słabymi nie przegrali żadnego z siedmiu meczów (15-3 w bramkach), z mocnymi przegrali wszystkie sześć (4-15). Wyraźniejsze granice w przyrodzie nie istnieją. Ta powstała z oczywistych względów – przyzwoici piłkarze tworzą w Milanie nieprzyzwoicie marną drużynę, gdy zatem wystarcza im polegać na indywidualnych umiejętnościach, nie zawodzą. Gdy jednak zderzają się z porównywalnymi lub lepszymi od siebie, ich szanse spadają do zera. Solowe popisy Suso to zbyt mało.

I niewykluczone, że mediolańczycy są tego wszystkiego świadomi. Patrzyłem dzisiaj, jak Napoli kontroluje sytuację, i przypomniały mi się słowa Cristiano Ronaldo, sfrustrowanego po remisie z Islandią podczas Euro 2016. Oskarżał on wówczas rywali, rozradowanych urwaniem Portugalii punktu, o „mentalność małego kraju”. Przypomniały mi się, bo obecny Milan zbyt często demonstruje właśnie „mentalność małej drużyny”, nawet jeśli długo utrzymuje się przy piłce. Dzisiaj przed przerwą goście ani razu (!) nie dotknęli jej we wrogim polu karnym.

Gdyby ktoś nie nadążał, jaki to obciach – dotychczas identycznego wyczynu dokonał tylko jeden uczestnik sezonu 2017/18 w lidze włoskiej. Benevento. Dla mniej obznajomionych z tamtymi boiskami: absolutny debiutant w Serie A, szorujący dno tabeli, klęczący tam z okrągłym zerem punktów, mknący ku legendzie zgrai największych patałachów, którzy kiedykolwiek wkradli się do rozgrywek. Tak nisko upadł Milan, dekadę temu gigant panujący w Lidze Mistrzów. I niech was nie zmyli wynik z Neapolu, honorowego gola goście zawdzięczają desperackiemu strzałowi z dystansu oddanemu przez Alessio Romagnolego w ostatnich sekundach gry. Niech was nie zmyli, że zwłaszcza po przerwie goście znów zdołali przejąć piłkę, co na stadionie San Paolo zdarza się rzadko.

Wiadomo już zatem, że w sensie sportowym sezon się skończył. Pozostaje tylko czekać, kiedy i na kogo szefowie klubu wymienią trenera Vincenzo Montellę. Strata do czwartej pozycji, dającej awans do Champions League, jest olbrzymia, a nie ma śladowego znaczenia, czy Milan doczołga się do mety rozgrywek na szóstym, ósmym czy dziesiątym miejscu.

I tu docieramy do wieści z Ameryki, dalece bardziej niepokojących, bo być może zwiastujących – oby nie – zagrożenie dla klubu egzystencjalne. Kiedy Silvio Berlusconi sprzedał Milan, kilkakrotnie pisałem, że wyprawił go w podróż w dzikie i nieznane. Że właściwie nie wiadomo, kto kupuje, skąd czerpie środki, ile ryzykuje zadłużeniem się na lichwiarski procent w agresywnym funduszu inwestycyjnym. Brutalnie mówiąc: czy Yonghong Li nie jest gołodupcem.

Prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”. I utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Kto chce szukać jądra ciemności, niech przeczyta cały artykuł, w każdym razie reporterzy ustalili, że Yonghong Li wcale nie dysponuje środkami, którymi wedle swoich deklaracji miał dysponować, i że do kogo innego należą udziały w kopalniach fosforu, którymi się reklamował. Aha, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo.

Chińczyk planował w trzy lata podwoić przychody klubu, zakładając, że piłkarze wproszą się do Ligi Mistrzów. Stąd letnie szaleństwa na rynku transferowym, które przelicytowały tylko Paris Saint-Germain i Manchester City.

Nie wiem, skąd Yonghong Li wytrzaśnie pieniądze, jeśli Milan nie awansuje do elity. A nie awansuje. Na myśl, że klub wpadnie w łapy macherów z amerykańskiego Elliott Management Corporation, łazi mi po łbie tylko jedno – stadion należy do miasta, stadionu nie zlicytują. I jakoś mnie to nie uspokaja.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
czwartek, 16 listopada 2017

Wreszcie. Mamy już komplet zaproszonych. Po nocnym zwycięstwie nad Nową Zelandią jako ostatni dołączyli do elity Peruwiańczycy, którzy na mundial czekali od 22 czerwca 1982 roku, gdy przyjęli ciosy od drużyny Antoniego Piechniczka. Polacy złoili ich wtedy 5:1. I teraz cały kraj czekał na awans jak na powrót do Edenu, przed rewanżowym barażem prezydent Pedro Pablo Kuczynski ogłosił, że jeśli piłkarze nie zawiodą, to następnym dzień będzie wolnym od pracy. Obligatoryjnym wszędzie – i w sektorze publicznym, i w prywatnym. (Piłkarze nie zawiedli, ale niewykluczone, że pomogły im brudne chwyty).

Rozejrzyjmy się zatem, kto na przyszłoroczne party u Putina wpadnie, a kto nie.

Perspektywa demograficzna. Najważniejsze piłkarskie igrzyska kojarzymy odruchowo z imprezą, w której uczestniczą niemal wszyscy, tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie – to święto wykluczające, a edycja z 2018 roku, m.in. z powodu eliminacyjnej klapy Amerykanów, obecnych zawsze od 31 lat, będzie jeszcze bardziej wykluczająca niż zwykle. Jak zwykle nie zagrają także piłkarze z Chin, Indii oraz Indonezji, czyli czterech krajów o największej populacji, a generalnie swoich rodaków na rosyjskich boiskach nie zobaczy około 5,8 mld mieszkańców Ziemi. Czyli aż 76 proc. ludzkości:

ludność świata, populacja, MŚ 2018

Najmniejszym uczestnikiem – i to w całej historii mundiali – będzie oczywiście Islandia, która w ubiegłym roku została najmniejszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. 335-tysięczna, mniej liczebna od dotychczasowego rekordzisty Trynidadu i Tobago, którego drużyna reprezentowała przed dekadą nację 1,3 miliona głów. Reprezentowała godnie. Zdołała urwać punkt Szwecji, a dopingowali ją najfajniejsi poznani przeze mnie mundialowi kibice – tłumaczyli, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, pasjami objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago, i w ogóle sprawiali wrażenie skrajnych odmieńców, potwierdzając wszelkie stereotypy o karaibskiej mentalności „sex and beach”.

Teraz oddali rekord i trudno sobie wyobrazić, by w przyszłości ktokolwiek islandzkiego malucha przelicytował. W rankingu państw i terytoriów zależnych sklasyfikowanych według liczby ludności zajmuje 180. miejsce, tuż za nim są Barbados, Polinezja Francuska, Gujana Francuska, Nowa Kaledonia oraz Vanuatu.

Żeby jeszcze silniej szarpnąć za wyobraźnię: więcej mieszkańców od Islandii ma Bydgoszcz.

Islandia, piłka nożna, MŚ 2018

Perspektywa sąsiedzka. Niemcy pozostają przepotężni, od Euro 2016 tylko oni nie przegrali z nikim (16 zwycięstw, 5 remisów, 61-12 w bramkach). Poza tym otaczają nas jednak same patałachy – ani Litwini, ani Białorusini, ani Ukraińcy, ani Czesi, ani Słowacy nie umieli wepchnąć się choćby do baraży. Wprawdzie ci ostatni dzięki korzystniejszemu od Szkotów stosunkowi bramek zakończyli grupę na pozycji wicelidera, ale okazali się wiceliderem z najskromniejszym dorobkiem. W ogóle pomieszkujemy w okolicach futbolowo wyjałowionych, nawet baraży nie dotknęli również tylko ciut bardziej oddaleni Austriacy, Węgrzy, Rumuni, Mołdawianie, Łotysze... Wznieśmy sztandary i kufle bimbru chomikowanego na szczególne okazje! Jesteśmy regionalnym mocarstwem!

Perspektywa morska. A skoro już podglądamy sąsiadów ze środkowej Europy... Zwracam uwagę, że na mistrzostwa awansowały zaledwie dwa z aż 44 zrzeszonych w FIFA państw śródlądowych – Szwajcaria oraz Serbia. Czyżby brak dostępu do plaży upośledzał piłkarsko?

Ok, jaja sobie robię. Tak mi się jakoś pokojarzyło:-)

Perspektywa medalowo-historyczna (1). Do upadłych Holendrów (trzykrotni wicemistrzowie świata) przyzwyczajamy się od kilku sezonów, ich losy nadzwyczaj sugestywnie uzmysławiają, jak nagle skarleć może nawet gigant – na dwóch poprzednich mundialach wykopywali medale, kolejno srebrny i brązowy, by w eliminacjach ME 2016 i MŚ 2018 nie wśliznąć się nawet do baraży.

Teraz wstrząs wywołali jednak przede wszystkim czterokrotni mistrzowie świata Włosi, którzy tej jesieni wyduszali z siebie gola raz na 180 minut, ale użyli do tego aż 27 zawodników. Rzadko wina selekcjonera jest aż tak bezdyskusyjna – reprezentację oddano przeciętniakowi i mentalnemu prowincjuszowi, co tym bardziej paradoksalne, że mowa o krainie bodaj najbogatszej na świecie w wybitną myśl trenerską – w samej Anglii od 2010 r. mistrzostwo zdobyli Antonio Conte, Claudio Ranieri, Roberto Mancini i Carlo Ancelotti, w Lidze Mistrzów szalał ostatnio Massimiliano Allegri, teraz rośnie innowator Maurizio Sarri etc. Długo by wymieniać, zwłaszcza że Giampiero Ventura wygrywał tylko ligę czwartą (z Entelle i Pistoiese), trzecią (z Lecce) i drugą (z Torino), w tym ostatnim klubie znalazł swoje najbardziej prestiżowe miejsce pracy, tylko tam liznął europejskich pucharów. Znaczące: nawet niemiecki selekcjoner Joachim Löw, słysząc o buncie odmawiającego wejścia na boisko De Rossiego, zamiast solidaryzować się z kolegą po fachu, określił reakcję piłkarza jako świadczącą o jego wielkości.

Tymczasem Włosi próbując wyjaśnić przyczyny tragedii, gonią w piętkę. Rozpaczają, że w bieżącym sezonie Serie A kluby w aż 53 proc. polegają na piłkarzach zagranicznych, nie zauważając, że w Bundeslidze proporcja wygląda identycznie. I nie przeszkadza to Niemcom być najbardziej utytułowaną drużyną narodową trwającej dekady. Doprawdy, głębia poklęskowych analiz czasami poraża.

Perspektywa medalowo-historyczna (2). Węgrzy kopią najżałośniej pośród wszystkich, którzy kiedykolwiek zajrzeli do finału MŚ, a przecież oni zabawiali tam aż dwukrotnie, ba, przez ładnych parę lat fruwali na szczycie z zasłużoną sławą rewolucjonistów. Dzisiaj to piłkarskie państwo upadłe. W grupie eliminacyjnej zajęli trzecie miejsce z 14 (!) punktami straty do wicelidera. Przegrywali w ostatnich latach z Andorą, remisowali Wyspami Owczymi, wreszcie w ubiegłym tygodniu oberwali od Luksemburga. I pomyśleć, że trzyma tam władzę akurat były piłkarz i lider wielkiego programu odnowy węgierskiego futbolu! Premier Viktor Orban nadzorował nawet przegłosowywanie ustawy usuwającej ze stanowiska konkretnego człowieka – burmistrza miasteczka, w którym miało powstać centrum szkolenia... Miniony rok naszych bratanków do szabli i szklanki wyglądał tak, jakby szable ostatecznie ustąpiły szklankom:

Węgry, piłka nożna, Viktor Orban

Perspektywa odkrywcy. Na przeciwległym biegunie do Włochów i Holendrów oraz mistrzów Ameryki Południowej Chilijczyków, mistrzów Ameryki Północnej Amerykanów i mistrzów Afryki Kameruńczyków (ich wspólna nieobecność czyni mundial 2018 wręcz bezprecedensowym) umieściłbym nie tyle wspomnianych Islandczyków, którzy mają za sobą piękną przygodę na Euro 2016 oraz lata metodycznego wylewania fundamentów pod sukces, ile innych absolutnych debiutantów – Panamczyków. Stanowiących namacalny dowód, że na MŚ pośpiewać każdy może.

Oni nie weszli w epokę futbolowego oświecenia, im mundial spadł w pewnym sensie z nieba. W ostatniej kolejce kwalifikacji w Ameryce Północnej i Środkowej wyprzedzili reprezentację USA, która przeżywa szokującą zapaść i przegrała nawet z Trynidadem i Tobago. Tymczasem Panamczycy uporali się z Kostaryką (awansowała wcześniej), m.in. dzięki golowi, który w ogóle nie padł, w potwornym zamieszaniu w polu karnym piłkę w bramce dojrzał tylko sędzia liniowy. Wcześniej kopali na miarę swoich możliwości, czyli miernie. Wygrali ledwie dwa z pozostałych dziewięciu meczów, wspomnianym Amerykanom ulegli 0:4, strzelali średnio 0,9 gola na 90 minut. Nikt inny nie awansował z tak wątłą ofensywą.

Perspektywa swojska. Jak Panamczycy mieli słomiany zapał w ataku i zdobywali bramki najrzadziej wśród wszystkich finalistów, tak Polacy stawiali słomiany opór na swoim polu karnym i tracili bramki najczęściej wśród wszystkich finalistów. Przeciętnie 1,4 na mecz, co czyni ich defensywę bardziej dziurawą niż ponad 60 drużyn z całego świata. M.in. dlatego trener Adam Nawałka kombinuje z nowym, bezpieczniejszym systemem gry – powtarza strategię sprzed mistrzostw kontynentu, która przyniosła reprezentacji największy sukces od 1982 roku.

Perspektywa selekcjonerska. Aż pięciu finalistów poprowadzą na rosyjskim turnieju Argentyńczycy: Jorge Sampaoli (Argentyna), Edgardo Bauza (Arabia Saudyjska, przejął posadę już po awansie po Bercie van Marwijku, który zirytował przełożonych, bo wpadał do Rijadu tylko przy okazji meczów), José Pekerman (Kolumbia), Héctor Cúper (Egipt) i Ricardo Gareca (Peru).

Perspektywa weterana. Essam El-Hadary zadebiutuje na mundialu i od razu ustanowi rekord, zostając najstarszym uczestnikiem turnieju w jego dziejach. Co więcej, 44-letni bramkarz nie będzie pełnił funkcji żywej maskotki ani doświadczonego wiarusa od „atmosfery” lub trzymania dyscypliny w szatni, on reprezentacji Egiptu kapitanuje w sensie ścisłym, w eliminacjach wyszedł spomiędzy słupków tylko na ostatnie spotkanie, już po awansie. Karierę planuje zakończyć po MŚ 2022.

Perspektywa faworytów. Niemcy – wiadomo. 100 proc. zwycięstw w eliminacjach, 43-4 w golach. Nawet Hiszpania przed 2010 r. – dotychczasowy nowożytny rekordzista – była od nich łagodniejsza. Jednak nie dość, że skopali rywalom tyłki z właściwym sobie rozmachem, to jeszcze kadrę odmłodzili, wszczepiając do niej całą eskadrę nowych talentów. Zasobami dysponują bezkresnymi, w pełni docenilibyśmy je tylko wtedy, gdyby trzeba było wystawiać do gry zespoły co najmniej czterdziestosobowe. Dotyczy też: Hiszpania, Francja.

Presję ponad wszystkie będą dźwigać na sobie jednak Brazylijczycy, którzy przed czterema laty sprosili resztę świata na mundial, żeby reszta świata z bliska przyjrzała się, jak wygląda królowa futbolu rozniesiona na strzępy. 1:7 w półfinale i 0:3 w meczu o brąz to eksplozja, która już nigdy się nie powtórzy, w każdym razie nie w tym eonie. Odkąd jednak piłkarzy „Canarinhos” przechwycił trener Tite, ci rozbujali się jak na placu zabaw – 12 meczów bez porażki i ledwie jeden gol strzelony przez rywali z akcji (1080 minut!) to bilans przytłaczający, zwłaszcza w okolicznościach przyrody południowoamerykańskich. Kopać umieją tam wszyscy, niewykluczone nawet, że sportowo wszyscy zasługiwaliby na mundial.

Tymczasem zmartwychwstała Brazylia – wystrojona kolorowo, łącząca supergwiazdorów za ćwierć miliarda euro z graczami z chińskiego wygwizdowa – tańczy między nimi jak jej się zachce. I jeszcze onieśmiela symboliką, w końcu zaatakuje napastnikiem o anielsko brzmiącym, obiecującym zbawienie imieniu Gabriel Jesus. Wystarczy do złota? Dzisiaj wiadomo tylko tyle, że brazylijski triumf przyniósłby więcej radości niż jakikolwiek inny. Piłkarzy „Canarinhos” dopingować będzie 209 mln rodaków –  reprezentują wśród finalistów nację najliczniejszą.

losowanie MŚ 2018, koszyki, rozstawienie

08:02, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

sobota, 11 listopada 2017

Nie wiadomo, czy Włosi ocaleją i mimo wszystko doczołgają się na mundial 2018 – barażowy rewanż ze Szwecją w poniedziałek – na razie wiadomo tylko, że kopią żałośnie słabo, poniżej godności czterokrotnych mistrzów świata, jak drużyna bez tożsamości. W piątek przegrali 0:1, o czym rano napisałem parę akapitów tutaj.

I można oczywiście wzruszyć ramionami, że nie dzieje się nic niezwykłego. Bo płacą za lata zaniedbań. Bo przyzwoicie wyglądają tylko w defensywie, gdzie wciąż odwołują się do przeszłości (39-letni Buffon + 36-letni Barzagli + 30-letni Bonucci + 33-letni Chiellini + 34-letni De Rossi = 522 występy w reprezentacji, czyli 104,4 mecze na głowę). Bo zbyt często wpuszczają na boisko przeciętniaków, których w multimedalowej przeszłości nie wpuściliby nawet na stadion. Zanim jednak zadowolimy się kliszami o upadku włoskiego futbolu, wycieranymi rutynowo od dekady, zwłaszcza po fatalnych mundialach w 2010 i 2014 roku (podczas żadnego nie przetrwali fazy grupowej), proponuję rzut oka na podstawowy skład w piątkowym meczu:

MŚ 2018, Włochy

A teraz proponuję odświeżyć sobie jedenastkę, która w ćwierćfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy wyszła na Niemców. I biła się do upadłego przez 120 minut, najmocniejszej bodaj drużynie narodowej świata w minionych latach uległa dopiero po rzutach karnych:

Euro 2016, Wlochy - Niemcy

Czy ci gracze obiecują więcej niż gracze, którymi Italia dysponuje dzisiaj? Powiedziałbym, że nie, nawet zdecydowanie nie, ba, upierałbym się, że ówczesny selekcjoner Antonio Conte przebierał w uboższych zasobach ludzkich niż obecny selekcjoner Giampiero Ventura. Conte nie powołał właściwie nikogo zorientowanego ofensywnie, kto zachwycałby w klubie, tymczasem Ventura ma choćby luksus rzucenia na Szwecję rewelacyjnego jesienią Lorenzo Insigne.

Skrzydłowego Napoli zostawił jednak włoski trener w rezerwie. Podobnie jak innego zawodnika lidera Serie A, niejakiego Jorginho. Ventura ewidentnie nie zauważył, kto demonstruje obecnie najlepszy futbol w Italii.

Nie zamierzam czepiać się akurat wymienionych nazwisk. Rzucam najbardziej oczywiste przykłady, bo najnowsza historia reprezentacji Włoch to modelowy materiał dowodowy uzmysławiający, ile waży selekcjoner. Ci sami piłkarze, którzy pod szefem Conte wygrywali z Belgią, w fascynujących okolicznościach rozprawiali się z Hiszpanią oraz zatrzymywali Niemców, po przejściu pod władzę Ventury obrywają od Szwecji, oddają punkty (u siebie!) Macedonii, ledwie przepychają Albanię.

I pozwalają się zmiażdżyć Hiszpanii. Poprawka: przede wszystkim dają się zmiażdzyć Hiszpanii.

Kiedy we wrześniu wyprawili się do Madrytu (0:3), nie tyle przegrali, ile zostali zrównani z murawą. Ktoś chyba nawet rzucił, że Ventura nie stracił tam punktów, lecz twarz. Jako poważny trener. Zaszalał z systemem 4-2-4, który to system nie wystarczył kilka dni później nawet na solidne wybatożenie Izraela.

Wspominałem tamtą klęskę Włochów, gdy oglądałem piątkowy sparing Polski z Urugwajem (i zarazem zerkałem, co dzieje się w Sztokholmie). Sparing wypróbowujący sposób gry ostrożny, nawet zachowawczy. Rozmyślałem, siedząc na trybunach Narodowego: „Aha, wracamy do strategii sprzed Euro 2016. Co działało w eliminacjach, niekoniecznie zadziała w turnieju finałowym, musimy przygotować wariant redukowania ryzyka jakichkolwiek strat”. Nasza reprezentacja po liftingu dotrwała na mistrzostwach kontynentu w ćwierćfinału, a wielu kibiców, najwyraźniej rozczarowanych remisami ze Szwajcarią i Portugalią, zarzucało jej postawę nazbyt pasywną, minimalistyczną, wręcz tchórzliwą.

Niewykluczone, że historia się powtórzy, bo tylko jednego jestem pewien – Polacy niezależnie od okoliczności nie popełnią sportowego samobójstwa, do którego sprowokował Italię jej własny trener. Nie wystawią też na rozstrzygający mecz piłkarza ewidentnie nieodzyskanego po kontuzji, jak Andrea Belotti, którego rzucił Szwedom pod korki Ventura (rozpędzony ostatnio Stephan El Shaarawy skończył na trybunach, wrrrr). Bo u nas obowiązują pewne reguły.

Ventura to prawdopodobnie fachowiec kompetentny, lecz pozbawiony atutów ekstra, umożliwiających rywalizowanie na poziomie międzynarodowym. Taki włoski Waldemar Fornalik, który wie, o co chodzi w piłce nożnej – piszę to bez ironii – jednak dla swojego własnego dobra nie powinien próbować przekazywać tej wiedzy poza Chorzowem z przyległościami. Trener na lokalną miarę. Piłkarze z ambicjami i umiejętnościami nie wygrają dzięki niemu, lecz co najwyżej pomimo niego.

Jak Włosi – być może, mam nadzieję, wiecie, że im kibicuję – którzy po nieszczęsnym remisie z Macedonią zebrali się w trybie alarmowym sami, bez selekcjonera, jakby uznając, że oczekiwanie czegokolwiek od Ventury nie ma sensu. Na razie nie osiągnęli wiele, zresztą od kilku dni krakałem w gronie znajomych, że w Sztokholmie padną. Nie dlatego, że umieją mniej niż Szwedzi. Przeciwnie, umieją znacznie więcej. Ale zarządza nimi szef, który czyni drużynę nie bardziej, lecz mniej wartościową niż suma tworzących ją jednostek. Który nie wstydzi się wyrazić po porażce nadziei, że w rewanżu w Mediolanie to jemu będzie sprzyjał sędzia. Któremu wcześniej wypsnęło się, że w ogóle nie bierze pod uwagę, by Włosi mogli nie awansować na mundial.

Muszę przyznać, że wolę już nudziarza od formułek o „koncentrowaniu się tylko na najbliższym meczu” czy „szanowaniu każdego przeciwnika”. Nuda i powściągliwość bywają w piłce nożnej fascynujące.

Tagi: MŚ 2018
19:15, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
środa, 08 listopada 2017

Artur Boruc, reprezentacja Polski

Cieszy się olbrzymią sympatią kibiców, ale niełatwo zmierzyć, czy dokonał więcej czynów chwalebnych, czy więcej nabroił. Artur Boruc, który w piątkowym sparingu z Urugwajem pożegna się z reprezentacją Polski, to modelowy przypadek postaci niejednoznacznej, wywołującej skrajne emocje, obecnej w przestrzeni publicznej bardziej niżby chciał - także wskutek potarganego życia prywatnego.

Albo obskakiwał wszystkie słupki naraz, nawet w pojedynczej robinsonadzie, albo puszczał farfocla jak nieszczęsny w Belfaście, gdy reprezentacja Polski straciła jednego z bardziej kuriozalnych goli w swojej historii. Albo był najbardziej dorosły, bo jako jedyny sprostał wyzwaniu MŚ 2006 i Euro 2008, albo najbardziej niedojrzały, bo infantylnie, po chuligańsku prowokował fanów w rozżarzonym toksycznymi uczuciami Glasgow, lub urządzał sobie mordobicie na treningu. Albo wyglądał na charyzmatycznego wyczynowca, któremu szczególnie zależy - gdy jako jedyny wściekał się po porażkach kadry (słynne „mundial jest raz cztery lata, a my kompletnie go spieprzyliśmy”, wyżej nasza stara okładka), albo na amatora, który chętnie pójdzie w tango na zgrupowaniu. Albo wchodził do bramki puszysty, jak w kryzysowym okresie w Celticu, albo zaskakująco smukły i sprężysty, jak we Florencji, po terapii dietą śródziemnomorską. A trzeba mu oddać, że nie zwykł tracić formy dyskretnie, poprzez drobne, dostrzegalne tylko dla wytrawnych znawców błędy. Jak już nasza bramkarska kolubryna wypaliła, to z naprawdę grubej lufy i we wszystkich kolorach świata - żeby następnie, to też mu należy oddać, podnieść się i podpisywać kolejny kontrakt w mocnej lidze, pomimo eksperckich wrzasków, że upadł nieodwołalnie.

Zataczał się Boruc od ściany do ściany, bohater pozytywny zawsze sąsiadował w nim z negatywnym. James Bond i Szaleniec, Który Chce Zniszczyć Świat, w jednym ciele.

Też zastanawiałem się, jak go podsumować i rozliczyć, ale nie podołałem, odkładam te rachuby do szuflady z równaniami z jedną niewiadomą. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że niespełna 38-letni Boruc ucieleśnia dla mnie nieustające tsunami w polskiej bramce. Marne 64 mecze w reprezentacji wystarczają u nas do rekordu wszech czasów na pozycji, na której wszędzie jest bardzo stabilnie.

Uwaga, teraz wodospad liczb. Gianluigi Buffon zagrał dla Włoch 173 razy. Iker Casillas dla Hiszpanii - 167. Thomas Ravelli dla Szwecji - 143. Shay Given dla Irlandii - 134. Peter Jehle dla Liechtensteinu i Edwin van der Sar dla Holandii - po 130. Peter Schmeichel dla Danii - 129 (Thomas Sorensen - 101). Peter Shilton dla Anglii - 125. Petr Cech dla Czechów - 124. Martin Poom dla Estonii i Recber Rustu dla Turcji - po 120. Pat Jennings dla Irlandii Północnej - 119. Stipe Pletikosa dla Chorwacji - 114. Gabor Kiraly dla Węgier - 108. Borisław Michajłow dla Bułgarii - 102. Erik Thorstvedt dla Norwegii - 97. Sepp Maier dla Niemiec - 95 (Manuel Neuer - 74). Hugo Llloris dla Francji, Roman Berezewski dla Armenii i Aleksandrs Koļinko dla Łotwy - po 94. Neville Southall dla Walii i Ołeksandr Szowkowski dla Ukrainy - po 92. Jim Leighton dla Szkocji - 91. Antonios Nikopolidis dla Grecji i Jonathan Joubert dla Luksemburga - 90...

Dobrze, zakręcę kurek, zanim się potopicie, dodam jeszcze tylko, że z całej Europy wyłowiłem ledwie osiem krajów, w których bramkarz o najdłuższym stażu w reprezentacji uciułał mniej występów niż Boruc. Zasadniczo rekordziści mają ich wszędzie nie tyle więcej, ile znacznie więcej, wylanymi wyżej cyferkami chciałem uzmysłowić, do jakiego stopnia dzieje się między polskimi słupkami nienormalnie. Kto inny zaczynał Euro 2012, a kto inny kończył. Kto inny zaczynał Euro 2016, a kto inny kończył. Nawet u Adama Nawałki, trenera konserwatywnego i wrogiego gwałtownym ruchom, nie sposób ustalić hierarchii - Łukasz Fabiański prowadzi w meczach z Wojciechem Szczęsnym tylko 20:16, obecnie obaj rywalizują o pozycję numer jeden, a biorąc pod uwagę fabularne zawijasy pod poprzeczką, nie należy wykluczać, że podczas mundialu ponad wszystkich wzleci Łukasz Skorupski.

I tak docieramy do paradoksu. Choć w XXI wieku w wychowywaniu golkiperów się specjalizujemy, nigdy nie musimy zastępować ich w reprezentacji atrapami (co zdarzało się na każdej innej pozycji!) i w niektórych krajach próbują nawet odkrywać tajemnicę naszego sukcesu, to wciąż nie wylansowaliśmy nikogo wybitnego. Mit Jana Tomaszewskiego, który na mundialu obronił aż dwa rzuty karne, pozostaje niezagrożony.

niedziela, 05 listopada 2017

Liga angielska, piłka nożna, środki przeciwbólowe, ibuprofen, ketonal

Przyznaję, zbaraniałem, kiedy przeczytałem w porządnym naukowym raporcie, że cała masa piłkarzy – tych z najlepszych lig – łyka przed każdym meczem garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle zagrać. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
Archiwum
Tagi