RSS
sobota, 16 czerwca 2018

VAR, MŚ 2018, mundial 2018, Peru

Miałem niespełna sześć lat, nasi piłkarze bezbramkowo remisowali do przerwy z Peru, a ponieważ wcześniej wykopali 0:0 z Włochami i 0:0 z Kamerunem, któryś z siedzących obok dorosłych rzucił ponuro: „Wiecie, może być tak, że Polska na tym mundialu nie strzeli ani jednego gola”.

Z mistrzostw rozgrywanych w mrocznym roku 1982 pamiętam niewiele, skrawki meczów i chwil nie dłuższych niż mgnienie oka, ale tamta uwaga wryła mi się w pamięć jako bodaj pierwsza w życiu złowroga, prawie apokaliptyczna – mogę przekręcać dzisiaj słowa, które padły, ale emocji i zaschniętego gardła nie przekłamuję, zamarłem przerażony, przybity. Bramka Smolarka była wybawieniem, to prawdopodobnie wówczas dojrzewałem do oczywistej konstatacji, że mundial zasłania resztę świata, wprowadza ją w stan tymczasowego zawieszenia, że niczego bardziej doniosłego człowiek nie doświadcza. Następny turniej, imienia niebłogosławionego Maradony, oglądałem już świadomie i pochłonięty dziecięco maniackim studiowaniem atlasów geograficznych, więc zacząłem wzbierać dodatkowo przekonaniem, iż z powodu futbolowych igrzysk cała ludzkość rzuca w diabły wszystkie inne zajęcia. Tę intuicję przez lata wzmacniały powielane w nieskończoność doniesienia, jakoby przed transmisjami piłkarskimi zasiadała publiczność miliardowa albo wręcz ponadmiliardowa – krążą do dzisiaj, co wynika z ignorancji, głównie nieumiejętności interpretowania podawanych w tabelach liczb, które mają odbiorcę omamić.

To teraz nieważne, przepisuję powyższy akapit z dodatku mundialowego „Gazety” z powodu drużyny Peru. Drużyny Peru, której nawet nie podejrzewałem, że ma dla mnie dzisiaj jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Choć wspomnienia odświeżyłem sobie na niedawnym finale Ligi Mistrzów: siadam na trybunie prasowej, pytam sąsiada, skąd się wziął, Alejandro Rozas odpowiada, sam pyta, a ja mu na to rebusem, że jego rodacy grali z nami swój ostatni mecz na MŚ, w 1982 roku. On wtedy recytuje polski skład i mówi, że przed podróżą do Kijowa na lotnisku w Limie żegnał go Guillermo La Rosa, który strzelił honorowego gola Polsce, na 1:5. Nawet wspólne zdjęcie przesyła przez Whatsappa...

No więc przed paroma chwilami oświeciło mnie, że Peru jednak we mnie żyje. Znacie nieodgadnioną metafizykę kibicowania – nagle orientujesz się, że komuś sprzyjasz, decyzja nie jest właściwie aktem wolnej woli, zapada pomimo ciebie, często nie wiadomo dlaczego, zresztą niekiedy zauroczenie rozbłyskuje niemal wbrew tobie, ja to przeżyłem w niezwykłym sezonie 2009/10, gdy jako fan Milanu związałem się emocjonalnie z Interem Mediolan, porwany team spiritem (sorry, nigdy nie znalazłem adekwatnego polskiego tłumaczenia) oraz organizacją gry wykreowanymi przez José Mourinho, znajdującego się wówczas w apogeum swojej menedżerskiej żywotności. A dzisiaj na stadionie moskiewskiego Spartaka byłem z Islandczykami, których uwielbiam za etykę pracy, zespołowość, lodowatą niezłomność.

Aż wreszcie, gdy patrzyłem na kolejny mecz, już spoglądając na ekran w biurze prasowym, zorientowałem się, że zacząłem – znów: znienacka, nieświadomie – życzyć gola Peruwiańczykom, którzy naparzali się z Duńczykami.

Przyznaję się do zaangażowania beztrosko, ponieważ nigdy nie uważałem, że dziennikarz od opisywania fikołków z piłką musi oglądać fikołki bezstronnie, uważam to za niemożliwe, wręcz za aberrację, dziennikarz musi tylko starać się, w miarę możliwości, bezstronnie i uczciwie pisać. Peru we mnie migocze, gdzieś tam w przedsionku zasadniczego mięśnia, prawdopodobnie z powodu strojów – znam wielu rówieśników lub niemal rówieśników, którym wdrukował się w łepetynę czerwony skośny pas przecinający torsy piłkarzy, oryginalny, czyniący koszulkę inną niż wszystkie, dzisiaj ożywiający tamte wrażenia i uruchamiający przez to rozkoszne emocje. U mnie też wydobywa wspomnienia z dzieciństwa, a przecież bycie dorosłym polega na nieustannym powracaniu do dzieciństwa, czytałem na ten temat w siedmiu grubych tomach Prousta, blogował poniekąd i o tym kilka dni temu Okoński, kręcił arcydzieło Welles, bez przerwy uganiamy się za swoimi magdalenkami i różyczkami, nawet ułamek sekundy z tamtym zapachem, smakiem lub widokiem działa jak narkotyk, ośrodek przyjemności szaleje.

Że peruwiańskie pasy silnie na mnie wpływają, zrozumiałem, gdy gambijski sędzia Bakary Papa Gassama podchodził dzisiaj do monitora, by wydać wyrok: karny albo nie karny. Zatweetowałem spontanicznie, napisałem, że VAR jest wspaniały, że uwielbiam ten ceremoniał, gest sędziego, dodatkowe emocje – naszła mnie owa refleksja dopiero teraz, choć spędziliśmy z wideoweryfikacją cały sezon, i w tzw. ekstraklasie, i w lidze włoskiej.

Oczywiście, że dopiero teraz! Mundial wzmaga doznania, a Peru na mundialu wzmaga doznania razy milion, nie widziałem Peru na mundialu od tamtego dnia w 1982 roku, w którym najpierw było posępnie, a następnie zrobiło się wspaniale, więc właśnie dzisiaj przeżyłem świadomie swój pierwszy raz z Peru na mundialu.

Nie przypuszczałem, że Peru jeszcze mnie ruszy – ależ grali! ależ intensywny mecz z Danią! – nie przypuszczałem też, że pokocham VAR, nękały mnie raczej wątpliwości. Choć uznawałem konieczność dopuszczenia tej technologii, to zarazem nie wyobrażałem sobie, jak ma ona nie zniszczyć płynności gry, nie zatruć jej naturalnego rytmu technokratycznym ustalaniem prawdy przez biegłych. A jednak się udało. Nawet wzbogaciło futbol, wniosło kolejny wymiar emocji. Teraz nabrałem przekonania, że przywykniemy, będę z VAR jak stare dobre małżeństwo, na zawsze, wszyscy wkrótce będziemy się sobie dziwić, że żyliśmy w lęku przed zmianą, a nasi przodkowie nie będą w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek istniała piłka nożna bez arbitra, który podczas meczu ogląda filmy.

Tagi: MŚ 2018
20:22, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
środa, 13 czerwca 2018

 Wybory gospodarza mundialu 2026. Gianni Infantino. Fot. Pavel Golovkin, AP

10 lat upłynęło od mojego poprzedniego najazdu na Moskwę, więc zapomniałem, jaki to moloch.

Mieszkam na szczycie trzydziestopiętrowca, wokół widzę stada innych wysokościowców o zbliżonych albo pokaźniejszych gabarytach, mój przynależy do akademickiego kompleksu (kształcą tu chyba kadry urzędnicze) rozległego jak dzielnica, Galeria Mokotów sąsiaduje z dwiema kolejnymi Galeriami Mokotów, na ścianach rozmigotane ekrany nie jak u nas, w wymiarach piłkarskiego pola karnego, tylko wielkie jak boisko do hokeja na lodzie, w dodatku też przytulają się jeden do drugiego, a drugi do trzeciego, centrum metropolii jest poprzecinane nie alejami, lecz czteropasmowymi autostradami, nawet do metra zjeżdżasz ruchomymi schodami do nieskończoności, ze startu nie widzisz mety, tubylcy chyba próbowali przekopać Ziemię na wylot. Wszystko ponad człowieczą miarę, gdyby wymazało mi Rosjan z ulic, pomyślałbym, że pomieszkują tu ludzkie mamuty.

Nie wiem, może moje ponowne zdumienie - identyczne łupnęło mnie przed dekadą, jeszcze tylko w Pekinie czułem się jak mrówka - wynika z niezrozumienia potrzeb imperiów, państw największego terytorialnie i najliczniejszego ludnościowo. W każdym razie okoliczności przyrody wydały mi się idealnie przystawać do zorganizowanych tu dzisiaj wyborów gospodarza mundialu w 2026 roku, które wygrał już nie kraj, nie dwa kraje, lecz właściwie cały kontynent. USA, Kanada i Meksyk. W dodatku rywalizował, o paradoksie, z marokańskim maleństwem, zdolnym obecnie wysupłać ledwie sześć stadionowych czterdziestotysięczników, czyli minimalnych obiektów akceptowanych przez FIFA. W Stanach Zjednoczonych stoi takich... 130.

Szerzej o wydarzeniu piszę tutaj, doblogować chciałem tylko o swoim przeczuciu, że przeginamy. Czeka nas cała seria turniejów ekstremalnych - ekstremalna jest Rosja, z innych względów Katar 2022, z jeszcze innych względów Euro 2020 też rozrzucone po całym kontynencie, teraz zwaliła się na nas Ameryka Północna 2026.

Choć intuicyjnie sprzeciwiam się rozdęciu mundialu do 48 drużyn (kiedy byłem małym chłopcem, grały 24), a mistrzostw Europy do 24 (zaczynałem od ośmiu), to nie jestem absolutnie przekonany do swoich racji. Futbolu najwyższej jakości szukam w Lidze Mistrzów czy szerzej, w całej szamotaninie klubowej, od rywalizacji międzypaństwowej wymagając innych atrakcji - m.in. rozpalania emocji o większym zasięgu społecznym, także wśród osobników nieobdarzonych łaską wiary w piłkę nożną. Dlatego rozumiem argumenty tych, którzy chcą wciągać w zabawę możliwie dużo krajów, również takich, które w dotychczasowych formułach rozgrywek nie śmiałyby o awansie do turnieju finałowego pomarzyć. (Pozostaję zarazem świadomy hipokryzji działaczy, oni podążają za zapachem pieniądza, nie ideami). W każdym polepszaniu lepszego na jeszcze lepsze można jednak przedobrzyć. W sporcie może to polegać na uderzeniu w pryncypia - w naturalne pragnienie takiego zaplanowania igrzysk, by zapraszały najwybitniejszych i następnie wyłaniały najwybitniejszych z najwybitniejszych, by zderzały ich ze sobą.

Teraz ostatecznie tracimy i elitarność mundialu, i kameralność. Wystąpi na nim tyle reprezentacji, że właściwie wystąpią wszyscy. Odbędzie się on na tak olbrzymim terytorium, że odbędzie się wszędzie. Lepiej musi znaczyć więcej, nikt już nie chce, żeby znaczyło mniej, żeby mniej ofiarowało nam więcej, wszystko musi być ponad ludzką miarę, przesadzone, monstrualne, najdroższe oraz rekordowe, aż się zdaje, że osiągnęliśmy ostateczną granicę, wyznaczaną przez prawa fizyki - bardziej rozbudować mundialu już się nie da.

Co zaciąga mnie do nieuniknionej konkluzji - im bardziej się nie da, tym bardziej mamy obowiązek spróbować, niemożliwe nie istnieje, ludzie wytrzymują nawet w gargantuicznej Moskwie, ludzie nie mamuty, prędko nie wyginą.

21:13, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 12 czerwca 2018

MŚ 2018, mundial 2018

Mundiale są dla mnie jak tabliczka mnożenia, którą nie tyle znamy, ile żyje ona głęboko w nas, wdrukowana od zawsze i na zawsze. Kiedy słyszymy „siedem razy osiem”, nikt nie przeprowadza wszak żadnych obliczeń, żeby dotrzeć do „pięćdziesiąt sześć”, lecz po prostu wie. To dane najbardziej elementarne, istniejące niemal poza świadomością – jak umiejętność oddychania czy rozpoznawanie twarzy rodziców.

Identyczny związek czuję z podstawowymi faktami mundialowymi. Kiedy i gdzie każde mistrzostwa zostały rozegrane, kto wziął złoto, kogo zlał w finale. Gdybym powiedział, że wyrecytuję to wyrwany ze snu w środku nocy, to bym nakłamał, nie doszacował, użył zbyt maleńkich słów. Nie, to sprawy konstytuujące, pozwalające orientować się w czasoprzestrzeni.

Zdaję sobie sprawę, że wypisuję najbanalniejsze oczywistości, że wszyscy zdrowi ludzie ciężko chorują na mundial, ale co innego miałbym wypisywać, skoro za kilkadziesiąt minut wylatuję do Rygi i potem do Moskwy, po futbolowych igrzyskach będę się szlajał przez 35 dni, nic więcej w jaźni mi się obecnie nie mieści? Owszem, jestem psychofanem Ligi Mistrzów, ale... Ona dzieje się na co dzień, widziana z perspektywy kosmicznej maleje do uprzyjemniacza okresu oczekiwania na kolejny mundial. Przetrwaliśmy jakoś minione cztery lata, to teraz nagroda.

Postaram się z rosyjskich stepów, tajg i metropolii w miarę regularnie blogować, choć zasadniczo najwięcej do czytania będę wysyłał do Wyborcza.pl. Teraz tylko zwierzę się, czego chcę tam – poza bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia – doświadczyć.

W XXI wieku byłem korespondentem „Gazety” na wszystkich, wyjąwszy jeden, wielkich turniejach futbolowych – mistrzostwach świata i Europy, obejrzałem też z trybun 12 finałów Ligi Mistrzów. Zaznałem całego bogactwa najpiękniejszej z gier. Od wirtuozerskich popisów Messiego czy Ronaldinho (estetycznie wspanialszego niż Argentyńczyk, ja z tej sekty), przez zjawiskowo zsynchronizowaną współpracę piłkarzy hiszpańskiej kadry czy Barcelony, po szokujące złoto Greków na Euro 2004 czy stambulski triumf Liverpoolu, który do przerwy przegrywał z Milanem 0:3. Ale mam we wspomnieniach wyrwę, która czyni je niekompletnymi. Nigdy mianowicie nie widziałem, jak Polacy wygrywają mecz na mundialu. Ściślej – pokonali USA w 2002 r. i Kostarykę w 2006 r., ale to były ostatki bez znaczenia, odbębnione w rezerwowym składzie, po uprzednim odpadnięciu. Mundiale, jeden z genialniejszych wynalazków ludzkości, kojarzą mi się z biało-czerwoną klapą. Kompletną, podlaną stylem gry wręcz zawstydzającym.

Cel na Rosję jest zatem jasny. Nie tylko przeżyć kolejne wielkie sportowe igrzyska – będąc świadomym kontekstu i zwracając na niego uwagę, nie będąc pożytecznym idiotą Putina – ale jeszcze zobaczyć na własne oczy, jak Polacy wreszcie odnoszą mundialowy triumf. Wreszcie.

Przynajmniej jeden. Ponieważ Adam Nawałka wyprał mi mózg – w końcu słucham go od 55 miesięcy z hakiem – umiem myśleć tylko o najbliższym meczu, próby wychylenia się dalej kończą się umysłowym paraliżem. I zaczynam uciekać w najbezpieczniejsze rejony. Obronnie rzęzić, deklamując: rok 1930, pierwszy mundial, w Urugwaju, wygrywa Urugwaj, w finale...

06:54, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 11 czerwca 2018

Najwyższa pora ujawnić najskrytszą tajemnicę piłkarskiej reprezentacji kraju. Najwyższa, bo inaczej podczas jutrzejszego oglądania sparingu z Litwą znów nie mieliście pojęcia, jak arcyważne wydarzenie oglądacie. Felieton z poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:31, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
wtorek, 05 czerwca 2018

Nieszczęście Kamila Glika jest osobistym dramatem piłkarza, który traci być może niepowtarzalną szansę na mundial, a zarazem powoduje - w połączeniu ze stratą Krzysztofa Mączyńskiego, innego kluczowego gracza reprezentacji - że dzieje się ciekawiej. Trzeba kombinować.

Na moje niewprawne, nietrenerskie oko rośnie prawdopodobieństwo, że Adam Nawałka spróbuje użyć na mundialu ćwiczonego od miesięcy ustawienia z trójką stoperów. Ewentualnie spróbuje użyć obu naraz - w tym samym meczu i bazowego z czwórką, i zmodyfikowanego. Wyjściowo mogłoby to wyglądać tak:

MŚ 2018, Kamil Glik

Łukasza Piszczka jako półprawego obrońcę wśród trzech środkowych wyobrażam sobie z łatwością: a) wprawiał się na tej pozycji w Borussii Dortmund w czasach Thomasa Tuchela i radził sobie tak zręcznie, że przez trenera był wynoszony wręcz na symbol drużyny; b) u selekcjonera wystąpił tam w towarzyskich meczach z Nigerią i Koreą Południową; c) identyczną rolę pełnił w niedzielnej gierce wewnętrznej na zgrupowaniu w Arłamowie. Za dużo tropów, by nie podejrzewać, iż selekcjoner bierze pod uwagę wariant, którego zaleta polega również na tym, że bez dokonywana jakiejkolwiek zmiany personalnej w każdym momencie gry Piszczka można przywrócić prawej obronie i defensywę trzyosobową przestroić na czteroosobową:

MŚ 2018, Kamil Glik

W każdej chwili, jeśli tylko pojawi się potrzeba, można też wrócić do ustawienia wyjściowego. Można manipulować, ile wlezie, przeformułowywać się z minuty na minutę - o czym wspominałem już w marcowym felietonie o Nawałce, u którego dostrzegłem nagłą skłonność do poszukiwań opcji alternatywnych, by uczynić drużynę elastyczniejszą taktycznie. (Czyżby w odpowiedzi na słowa trenera Duńczyków, który przed 0:4 Polaków w Kopenhadze wytknął pokonanym przewidywalność w grze?).

Lubiłbym takie gmeranie w systemie, to przecież nie jest ukochana dyscyplina sportu przedstawicieli polskiej myśli szkoleniowej. Rzekłbym raczej, że jej unikają.

Dzięki zaproponowanemu wyżej ustawieniu przybywa także pomysłów na odwołanie z boiska Jakuba Błaszczykowskiego, piłkarza niekoniecznie gotowego na zasuwanie przez pełne 90 minut. Moglibyśmy wówczas wymieniać go nie tylko na skrzydłowego lub wahadłowego, lecz również na środkowego obrońcę. Półprawym stoperem mianujemy np. Jana Bednarka, a w miejsce Błaszczykowskiego przesuwamy Piszczka. Znów: liczba potencjalnych rozwiązań rośnie.

MŚ 2018, Kamil Glik

Powyższy diagram dodatkowo ekscytuje dzięki obecności 22-letniego obrońcy Southampton, bo z jego twarzą kibice reprezentacji się nie oswoili, on jeszcze dwa miesiące temu jako mundialowy kadrowicz nie istniał. Kiedy jednak znienacka zadebiutował w lidze angielskiej, to nie dał się już z boiska wygonić, z powodzeniem stawiał się Edenom Hazardom i Jamiem Vardym, wytrzymał siedem pełnych meczów z rzędu. A w Arłamowie rozpływał się nad nim - bez naszych sugestii, sam wymienił nazwisko - Robert Lewandowski, nawet Nawałka nie umiał ukryć zachwytu. Są zatem poszlaki pozwalające sądzić, że na widok atakujących senegalskich, kolumbijskich czy japońskich Bednarek nie sposąwieje, a może nawet spróbuje im się ostro nauprzykrzać. No i doda przymałej drużynie trochę wzrostu.

No więc ja bym chętnie doczekał dnia, w którym z podstawowej jedenastki zupełnie nie wynika, jaki kształt będzie miała polska drużyna. I w ogóle dawajcie już ten mundial, robi się zbyt intrygująco, żeby awanturę odwlekać.

00:15, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
poniedziałek, 04 czerwca 2018

Wszyscy już żyją mundialem i zaglądają, co tam za kotarą u reprezentantów Polski piszczy, więc mało kto zauważył, że w futbolu wybuchła niedawno wojna domowa. Choć może bardziej adekwatnie zabrzmi - wojna handlowa. Cotygodniowy felieton do „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

PS Czy zwycięzcy konkursu związanego z finału Ligi Mistrzów naprawdę nie chcą otrzymać „Piłkomatyki”? Przypominam, że ogłosiłem ich pod notką o książce.

00:22, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Dopisałem jeszcze kawałeczek o przegranym, czyli wygranym z Ligi Mistrzów. W mojej poniedziałkowej rubryce w „Gazecie” - znajdziecie go tutaj.

23:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Jedną z korespondencji wysyłanych z Kijowa przed finałem Ligi Mistrzów spuentowałem refleksją, że Real Madryt zamienił w swój prywatny plac zabaw rozgrywki, w których o utworzenie dynastii było trudniej niż w jakimkolwiek sporcie drużynowym. Skrupulatnie poprzeglądałem kiedyś mnóstwo tabel dotyczących rozmaitych dyscyplin i nigdzie nie natknąłem się na przypadek, żeby przez 25 edycji nikt nie zdołał obronić trofeum. Zresztą w konkurencjach indywidualnych też nie.

Co przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w trakcie dekoracji i po niej, przez kilkadziesiąt minut, w polu karnym na Stadionie Olimpijskim dokazywało sześcioro brzdąców (bodaj, pisałem wtedy tekst pomeczowy). To były dzieci piłkarzy Realu Madryt, rej wodził oczywiście popularny w internecie synek Marcelo. Niektóre z nich już pewnie przyzwyczaiły się, że finał Champions League to taki wieczór, że na samym końcu tata skacze z kolegami na dużej łące tam, a my sobie hasamy tutaj. Szkraby kopały piłkę, kopały plastikową butelkę, goniły się, wszystko jak należy. Skoro dzisiaj ostatnia majowa sobota, to powtarzamy tę samą fajną zabawę, co w majową sobotę poprzedniego roku.

Wciąż mnie madrycka drużyna nie powala na kolana, wciąż przeżywam poznawczy dysonans – dlaczego wyczynu epokowego, niespotykanego od dekad, dokonali akurat piłkarze stosunkowo niespektakularni, tworzący orkiestrę mniej wirtuozerską jak poprzednicy, w rodzaju poprzedniego heynckesowego Bayernu i wiadomej Barcelony?

Zarazem jednak kompletnie nie pojmuję pojękiwań, że Realowi znów sprzyjały ciemne moce, że ich osiągnięcie umniejszają nieszczęścia Salaha, nieszczęścia Kariusa i w ogóle wszystkim rządzi przypadek – tajemna siła jak zwykle biorąca stronę Madrytu.

Nie, bramkarz Liverpoolu nie od dzisiaj uchodzi za słabsze ogniwo, Real dysponuje golkiperem znacznie lepszym. (Nawiasem mówiąc, paradoks ery przesady polega na tym, że jak Karius zbiera potworne cięgi zwane hejtem, tak otrzymuje również dysproporcjonalne wyrazy solidarności, dzięki beznadziejnemu popisowi i jako kozioł ofiarny zyskuje dla wielu kibiców na sympatyczności).

Salahowi współczuję, ale zarazem nie umiem wskazać w Madrycie żadnego zawodnika, którego utrata kardynalnie ujmowałaby drużynie jakości. Z pojedynczego talizmanu się nie wyżyje – gdyby Real miał grać bez Ronaldo, również skrzydłowego ciążącego ku środkowi ataku, to jego ofensywna moc nie rozpłynęłaby się w powietrzu, zresztą portugalski supergwiazdor w półfinałach i finale nie poszalał.

Współczuję również Svenowi Ulreichowi, który zawalił półfinał Bayernowi, ale znów: pilnujący królewskiej bramki Keylor Navas porównywalnych wpadek w rozstrzygających meczach Ligi Mistrzów unika. Po prostu nie popełnia skandalicznych błędów technicznych, to niezbędne do sukcesu w sporcie.

Współczułem Gianluigiemu Buffonowi, który pożegnał się z Champions League w barwach Juve wyrzucony z boiska, ale znów: nie miał racji, rzut karny dla Realu był ewidentny.

Pamiętam też, że w Turynie wykończył gospodarzy Cristiano Ronaldo, który strzelił przewrotką gola fantastycznie akrobatycznego, wymagającego niebotycznej atletyczności – piłkarze Juve autentycznie zgaśli, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zniknęli mentalnie z własnego boiska, to są komandosi, twardziele i zakapiory.

I wiem, że tylko Real trzymał w szatni aż dwóch gwiazdorów, który stać było wiosną w Lidze Mistrzów na gole wbite po przewrotce w arcyważnym momentach – dzisiaj do Ronaldo dołączył Gareth Bale, rezerwowy za 100 mln euro. Wiecie, to się nie zdarza nawet w burżujskiej lidze angielskiej. Żeby wyciągać z bagażnika koło zapasowe za 100 mln euro.

Zmierzam do tego, że niemal wszystkie epizody o kapitalnym wpływie na wynik mają swoje źródło w nieprzyzwoicie szerokiej kadrze utrzymywanej w Realu. Kadrze kosztownej, ale i mądrze skonstruowanej, stabilnej, w obecnych okolicznościach rynkowych złożonej również z piłkarzy o znakomitym stosunku jakości do ceny. Tam brak nie tyle słabego punktu, ile punktu choćby średniomocnego. W desperackim poszukiwaniu jakichkolwiek madryckich wad zwraca się uwagę, że Marcelo niespecjalnie broni – choć można by raczej zauważyć, że baraszkuje w Madrycie lewy obrońca, którego w 99,999 proc. drużyn świata błagaliby o łaskawe przyjęcie roli rozgrywającego. Przy okazji: to jedyny uczestnik LM, który strzelał gola lub asystował w każdej wiosennej rundzie, aż po finał.

Jeszcze raz: to nie kaskada przypadków, po prostu dzieci z bardzo bogatych, luksusowo umeblowanych rezydencji mają fajniejsze place zabaw niż dzieci z domów mniej bogatych, nie aż tak luksusowo urządzonych.

sobota, 26 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Nadciąga wielki mecz, do Kijowa napływają kolejni fani, z niewyobrażalną przewagą liverpoolskich. UEFA szacuje, że na Stadion Olimpijski wejdzie ich nawet 30 tysięcy, przy ledwie 13 tys. hiszpańskich. Co więcej, wraz z koczującymi w pubach i skaczącymi w strefie kibica tych pierwszych ma być w stolicy Ukrainy nawet 50 tys. – takiej przewagi w finale rozgrywanym na neutralnym terenie jeszcze nie widziałem.

To wszystko pomimo potwornych problemów logistycznych, co chwilę słychać tu horrendalne historie – nawet ci Anglicy, którzy dawno kupili bilety, są zawracani niemal sprzed pasów startowych, ponieważ wokółkijowskim lotniskom brakuje miejsca, żeby przyjmować kolejne samoloty. Pomyślcie, co muszą przeżywać właściciele biletów na finał, wydarzenie być może niepowtarzalne w całym ich życiu.

Ale ja, jak już wspominałem z bezwstydnym egoizmem we wczorajszej notce, w Kijowie zachwycam się dosłownie wszystkim, to chyba mój ulubiony z przyczyn pozasportowych finał Ligi Mistrzów, bardziej ulubiony nawet od ubiegłorocznego w Cardiff, choć stamtąd wyjeżdżałem przekonany, że bardziej ulubionego nie będzie. Tak czy owak – precz z Madrytami, Londynami czy nawet Mediolanami, to nudna proza zachodnioeuropejskiej metropolii, ach, jak wiele bym dał, żeby UEFA rozstawiała scenę decydującego starcia właśnie w miastach bardziej kameralnych, jak Cardiff, albo położonych bardziej na wschodzie, jak Kijów. Ale będzie wprost przeciwnie, prezes Aleksander Ceferin już obiecał.

Jego okrutne słowa cytuję tutaj, we wczorajszej korespondencji z ulic ukraińskiej stolicy.

Tutaj przeczytacie o finałowym tercecie egzotycznym. Czy kilka miesięcy temu ktokolwiek wyfantazjowałby, że snajperskie rekordy ligi mistrzów należące do triad madryckiej (Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo) oraz barcelońskiej (Leo Messi, Luis Suárez, Neymar) pobije akurat liverpoolska (Mohamed Salah, Roberto Firmino, Sadio Mané)?! Przecież ich odyseja wygląda jak długo wyczekiwany dowód, że nie tylko fortepian można zasłonić, ale także słonia można zafortepianić.

Tutaj napisało mi się o tym, ile waży Cristiano Ronaldo (kilogram mniej niż na poprzednim finale), a ile Marcelo, czyli po Sergio Ramosie najdłuższy stażem zawodnik obecnego Realu. I niewykluczone, że akurat tej wiosny Brazylijczyk wpływa na madryckie wyniki silniej niż Portugalczyk.

Najwięcej znaków w swoich korespondencjach poświęciłem ogólnej teorii kijowskiego finału – należy kliknąć tutaj – którego atrakcyjność polega m.in. na tym, że każde rozstrzygnięcie wyrwie nas z butów. Podnoszący trofeum piłkarze Liverpoolu zostaliby bohaterami najbardziej sensacyjnej dekoracji od 2005 r., w którym wzięli je ich poprzednicy w tych samych czerwonych koszulkach. A podnoszący trofeum piłkarze Realu? Jako przedstawiciel rocznika 1976 doskonale pojmowałbym doniosłość chwili – to wtedy, zanim się urodziłem, po raz ostatni zdarzyło się, dzięki Bayernowi, by ktoś zdobywał Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Miłych wrażeń, wracam do szwendania się wśród rozsłonecznionego tłumu w Kijowie.

Archiwum
Tagi