RSS
poniedziałek, 01 października 2018

Bartosz Kurek. Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

W niedzielę rano przypomniałem sobie grudzień 2006. Wychodziłem w tokijskiego hotelu Keio – w Shinjuku, mieszkałem naprzeciw drapacza chmur o znajomo brzmiącej nazwie STEC Building – i rzuciłem, chyba do fotoreportera Kuby Atysa (jego zdjęcia w notce), że właśnie jedyny raz w życiu byłem na finale mundialu, w którym zagrały Polska i Brazylia. Rozmawiałem wtedy długo z trenerem Raulem Lozano, od którego rozpoczął się powrót naszych siatkarzy do światowej czołówki, i jemu tego nie powiedziałem, ale tak pomyślałem. Bo jak to, do cholery, miało się powtórzyć?! Tutaj nie wystarczy nawet posiadanie kolejnej fantastycznej reprezentacji, potrzeba jeszcze splotu okoliczności umożliwiającego grę o złoto akurat z „Canarinhos”. A Polacy, jak wiadomo, do finałów w grach zespołowych zaglądają raz na kilka stuleci.

Minęło 12 lat i zaczynam się przyzwyczajać. Wczoraj patrzyłem z bliska, jak Polacy tłuką się z Brazylijczykami o mundialowy triumf, po raz trzeci. Po wyprawie do Japonii i wypadzie do Katowic zajechałem do Turynu.

Oczywiście znów tłukli się siatkarze, królowie naszych sportów drużynowych. Wprawili mnie w bezbrzeżne zdumienie (nie tylko mnie, trochę się tu nagadałem z ludźmi z różnych krajów), bo przed turniejem nie miałem specjalnych oczekiwań. Uważałem, że znajdujemy się w okresie przejściowym, że teraz trzeba wykręcić wynik jedynie przyzwoity, czekać na przyszłość – nieuchronnie w kolorach złota, srebra i brązu, wszak nadciąga generacja chyba jeszcze zdolniejsza niż poprzednie. Poza tym w roku 2019 zacznie działać kubański czynnik X, który uruchomi niejaki Wilfredo León. Nie widzę żadnych granic, widzę tylko możliwości.

Tekstami o mundialu zasypałem ostatnio portal „Wyborczej”. Na blog wklejam tylko mały trójpak. Tutaj znajdziecie główną gazetową opowieść o podróży do złota, która wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie niż poprzednia, z francuskimi przewodnikami Stéphane’em Antigą i Philippe’em Blainem. Tutaj przeczytacie coponiedziałkowy felieton, tym razem specyfice współczesnego polskiego siatkarza, którzy w reprezentacji kraju przechodzi samego siebie. Tutaj leżą główne przyczyny sukcesy. A tutaj wkleiłem rzecz o naszym przemyśle wypuszczającym wyczynowca za wyczynowcem, który działa niezależnie od jakości menedżerów aktualnie zarządzających dyscypliną. Machina pracuje, przyszłość rodzimej siatkówki wydaje się dość bezpieczna.

A przyszłość obecnej reprezentacji? Doświadczenia z nieodległej przeszłości muszą skłaniać do zastanawiania się, kiedy wypali się jej związek z Vitalem Heynenem. Na razie podwładni opowiadają o nim z entuzjazmem, ale naoglądałem się już trenerów, których cechy najpierw były zalety, by stopniowo przeradzać się w wady. I to niekoniecznie dlatego, że trenerzy się zmieniali. Po prostu ludzie się ze sobą męczą – zwłaszcza z szefami, ze szczególnym uwzględnieniem szefów działających niestandardowo. (Przykład najświeższy, z innej dyscypliny, nazywa się Adam Nawałka). Belg to osobowość bardzo angażująca, bezdyskusyjnie największy oryginał w korowodzie zagranicznych selekcjonerów reprezentacji Polski, jego osobność dostrzeże każdy, kto choć przez chwilę poobserwuje jego styl. Trzymajmy kciuki, by obecny układ nie zużył się w kluczowym momencie, czyli sezonie olimpijskim. Najwyższy czas uciec od reguły, że nasi importowani trenerzy największe sukcesy osiągają na początku kadencji, a potem następuje nieunikniony, bolesny zjazd. Trzymajmy się tylko tej, że skoro mamy mundial, to Polska naskakuje na Brazylię.

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

Tagi: siatkówka
10:42, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
niedziela, 23 września 2018

 Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

Na halę wchodzi szycha ze światowych władz siatkówki i zanim rozsiądzie się w loży, myśli sobie: „Co by tu jeszcze spieprzyć?”. Tak to z grubsza wygląda.

Bonzowie z FIVB masakrują zwłaszcza mundial, czyli turniej najbardziej prestiżowy po olimpijskim – już w 2010 roku pobili wszelkie rekordy, ich krętactwa wywołały wówczas bunt, Brazylijczycy poddawali mecze ostentacyjnie. Niby wydaje się zatem, że niewiele zostało do zepsucia, ale tzw. działacz wciąż udowadnia, że im więcej zepsuł, tym więcej zdoła jeszcze dopsuć.

Trwający w Bułgarii i Włoszech mundial to tradycyjnie również jeden wielki skandal, inaczej się w tym sporcie nie da.

Rywalizują aż 24 zespoły, choć poza Europą w ledwie kilku krajach siatkówka ma poziom zbliżony do profesjonalnego – stąd biorą się słabeusze, którzy przegrywają wszystko, ciułając na set średnio 16,7 (Dominikana), 18,6 (Tunezja) czy 18,4 (Portoryko) punktów. Kto chce założyć na szyję medal, musi zmęczyć aż 12 meczów, więcej niż w jakimkolwiek rozpoznawalnym sporcie drużynowym. Z powodu zagmatwanych, karkołomnych logicznie zasad jest możliwe, że zagrasz cztery razy (!) z tym samym przeciwnikiem – i w rundzie pierwszej, i w drugiej, i w trzeciej, i w finałowej. We wstępnej fazie dzień przerwy goni dzień przerwy, więc rywalizacja jest rozrzedzona aż do zanudzenia na śmierć wielu siatkarzy, którzy albo odbębniają łatwy mecz, albo czekają. Kibice codziennie wypytują dziennikarzy, jak wyłania się tych, którzy awansują, ale tego nie wiedzą często nawet zawodnicy i trenerzy. Przed turniejem nie wystarczy uważnie wczytać się w regulamin, bo regulamin jest płynny, może zmienić się w każdej chwili – w zależności od potrzeb, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb gospodarzy, uprzywilejowanych w tej dyscyplinie jak nigdzie indziej. Nie wiadomo, czy więcej w tym bałaganie nonsensu, czy krętactw.

I gdy sądziliśmy, że nic już nas nie zaskoczy, ulepszacze rozgrywek z FIVB wzbili się na jeszcze wyższy poziom – tam, gdzie myśl normalnego kibica nie sięga. Znienacka, w samym środku mistrzostw, okazało się, że usunęli z siatkówki jedno od zawsze istniejących w niej z zagrań. W jakim celu, jak zwykle nie wiadomo, tu nie ma zwyczaju z niczego się tłumaczyć.

Na czym polega korekta? Otóż przy walce o sporną piłkę nad siatką, gdy zawodnik nie uderza  jej, lecz próbuje przepchnąć – wykorzystując ręce przeciwnika – wolno mu tylko wykonać ruch do przodu, bez kręcenia nadgarstkiem i skierowywania piłki w bok. Relacjonuję mniej więcej i niepewny, czy obejmuję sprawę rozumem, bo konkretów nigdzie nie opublikowano, przekazano jedynie sędziom, jak mają po nowemu interpretować przepisy. Wyeliminowano zatem odruch wytrenowywany latami, będący głęboko wdrukowanym nawykiem. I to w trakcie mistrzostw.

Wojciech Drzyzga – były siatkarz reprezentacji kraju, obecnie komentator telewizyjny – mówi, że to tak, jakby nakazać piłkarzom strzelać z rzutu karnego wyłącznie z czuba. Ja bym analogię zmodyfikował i porównał wymysł FIVB do zabronienia piłkarzom dryblowania. Pozbywamy się wszak zagrania trudnego, często świadczącego o technicznym zaawansowaniu zawodnika. Dziwactwo nieprawdopodobne, wręcz niekomentowalne. Znikają resztki wątpliwości – siatkówka specjalizuje się w organizowaniu mistrzostw najgorszych, obrażających inteligencję kibica, wyrażających pogardę dla sportowców.

Robi się zarazem coraz mniej zrozumiałe, dlaczego środowisko to akceptuje. Oburzają się zgodnie właściwie wszyscy – zawodnicy i trenerzy aktywni, zawodnicy i trenerzy byli, komentatorzy i eksperci. Oburzenie nie przekłada się jednak na niczyje działanie. Za kuriozalne zmiany jak zwykle odpowiadają jacyś tajemniczy „oni”, choć najlepsi uczestnicy mundialu mają potężną władzę, bez nich nie byłoby niczego. Liczba członków FIVB (ponoć 221, kto by pomyślał, że istnieje aż tyle krajów) to czysta fikcja, wystarczyłby konsensus między potentatami, by wymóc na działaczach wszystko, przecież Włosi, Amerykanie, Brazylijczycy (FIVB szefuje ich rodak Ary Graca!), Serbowie czy Rosjanie są niezbędni, inaczej turniej nie mógłby być kontynuowany.

Owszem, to środki nadzwyczajne, normalny szantaż. Czy jednak sytuacja nie jest nadzwyczajna? Czy sytuacja nie jest nadzwyczajna permanentnie? Czy po awanturze podczas meczu Polski z Argentyną nie stało się jasne, że kolejne skandale – w fazie rozstrzygającej o medalach – wybuchnąć muszą, nowe przepisy gry czynią je nieuniknionymi? Im więcej patologii, tym bardziej nie pojmuję, dlaczego wszyscy ją akceptują. Bo chyba nie dlatego, że każdy czasem jest gospodarzem, więc na przekrętach każdy kiedyś skorzysta?

Tagi: siatkówka
16:53, rafal.stec
Link Komentarze (102) »
wtorek, 18 września 2018

Liga Mistrzów, Champions League, Real Madryt, FC Barcelona

Grono faworytów jak zwykle jest liczne, a stworzyć je powinniśmy według oczywistego, niepodlegającego dyskusji wzoru. Zapraszamy tercet przedstawicieli z wieloletniej liderki rankingu UEFA, a zatem uprzywilejowanej hiszpańskiej La Liga – broniący trofeum Real Madryt, jego sąsiadów z Atlético, FC Barcelonę – by następnie dostawić do niego kwartet przedstawicieli Bundesligi, Premier League, Serie A oraz Ligue 1, czyli wszechpanujących krajowo Bayern Monachium, Manchester City, Juventus, Paris Saint-Germain. Klasyczne 3+4. Siedmioro wspaniałych.

Wakacje minęły w ciszy i spokoju. Piękni i bogaci zachowywali się niestandardowo, znienacka zaniechali mianowicie przelicytowywania się na transferowe rekordy – gdyby nie hałaśliwa ucieczka Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, panowałby między nimi niemal bezruch. Real oraz Bayern kadrowo wręcz traciły (monachijczycy zakończyli handel na plusie przekraczającym 80 mln euro!), a pozostała piątka dokonywała co najwyżej drobnych korekt, uzupełniała podstawowy skład pojedynczym nazwiskiem, nikt nie ściągnął kandydata na gwiazdę numer jeden albo nawet dwa lub trzy. Owszem, Manchester City rzucił fortunę na Riyada Mahreza, ale to drużyny szczególnie nie odmienia, mistrzowska eskadra po prostu przypięła sobie kolejne bardzo mocne skrzydło. W PSG działo się podobnie, wyjęci z Bundesligi obrońcy Thilo Kehrer i Juan Bernat to w najlepszym razie retusz. Nawet w stosunkowo najbardziej rozrzutnym Atlético trener nie musi radykalnie rekonstruować zespołu.

Słowem, na szczytach zapanowała stabilizacja. Niespotykana od wieczności, wręcz zdumiewająca. Huragan rozszalał się natomiast wśród wyższej klasy średniej (w Anglii także jeszcze niżej, oni żyją w enklawie luksusu rządzącej się odrębnymi prawami, w alternatywnej rzeczywistości ekonomicznej), do której zaliczam Liverpool – niby finalista ostatniej edycji Ligi Mistrzów, ale wcześniej jej uczestnik tylko okazjonalny, do wiosennych rund przetrwał poprzednio w sezonie 2008/09. Drużynę Jürgena Kloppa również wypada przykleić do grona faworytów, które rozszerza się w ten sposób do ośmiorga wspaniałych i zachęca mnie, by przynajmniej na obecnym etapie sezonu, przed startem rozgrywek, szanse na zdobycie trofeum rozdzielić między nich po równo. Znaczy każdemu przyznać po 12,5 proc. – nikogo innego wśród triumfatorów nie umiem sobie wyobrazić.

Sylwetka Kloppa uświadamia, że o prymat w Champions League będą się ubiegać głównie ludzie niespełnieni. W sporej mierze z winy Realu Madryt, który zakłócił naturalny porządek rzeczy – nikt nigdy nie broni tytułu, kultywowaliśmy tę tradycję przez ćwierć wieku z okładem – i powygrywał aż cztery z pięciu najnowszych edycji. Biorąc pod uwagę długość kariery piłkarza, zagarnął dla siebie całą epokę zwyciężania. Dlatego siedmioro z ośmiorga wspaniałych to ludzie mniej lub bardziej niespełnieni.

Real Madryt, czyli jedyni nasyceni. Cztery razy w pięć lat. Najwspanialsza seria od prapoczątku rozgrywek, kiedy pięć razy w pięć lat triumfował również królewski klub ze stolicy Hiszpanii. Niewykluczone, że to właśnie stąd bierze się wstrzemięźliwość Florentino Pereza. Owszem, może szykować on spektakularny skok po Kyliana Mbappé czy Neymara w przyszłości i uznać, że chwilowo nie warto tracić energii na pomniejsze cele. Owszem, hiszpański biznesmen jako szef Realu wyewoluował, patologicznego zakupoholika zastąpił w nim jeden z najbardziej stonowanych graczy na rynku transferowym. Czy jednak jako prezes przegrany tak spokojnie – bez praktycznie żadnej reakcji, niczego sobie na osłodę nie sprezentował – zniósłby utratę obu gigantów, Cristiano Ronaldo oraz trenera Zinedine’a Zidane’a?

Pod poprzednim przywództwem madrytczycy nie tyle grali według stałego systemu, ile modyfikowali swoje zachowania w zależności od potrzeb, przystosowywali się do rywala, twórczo wykorzystywali niezmierzony arsenał techniczny jednostek. W obcojęzycznym piśmiennictwie przeczytałem i polubiłem to porównanie, że przypominali krążące wokół piłki neurony, które łączą się w dowolne sieci – ciągle inne, maksymalnie wydajne w zastanych okolicznościach. Można powiedzieć, że nie oni, lecz przeciwnik decydował o ich stylu, choć to oni kontrolowali sytuację.

Dokąd zmierza Julen Lopetegui, dopiero się przekonamy. Na razie widzimy, że nieobecność Ronaldo ponownie wyeksponowała klasę Karima Benzemy. Na początku kariery dostrzegałem w nim znacznie więcej niż świetnego środkowego napastnika, niemal godnego następcę Zidane’a, jednak Francuz od lat pokornie poświęcał się dla portugalskiego supergwiazdora, czasami wysłuchując całkiem serio wygłaszanych zarzutów, że zaniża poziom, odstaje od standardów Realu. Uwolniony od roli giermka Benzema na razie szaleje, a cała drużyna nie wygląda na słabszą, niewykluczone nawet, że wymiana 185 centymetrów świetnego bramkarza w Keylorze Navasie na 199 centymetrów świetnego bramkarza w Thibaucie Courtoisie ją wzmocni – i na przykład zapobiegnie golom traconym po lobie, na jaki porwał się Mario Mandzukić w finale Ligi Mistrzów 2017. Kto wie, czy ta drobna poprawka na tyłach nie będzie miała większego wpływu na siłę zespołu niż ubytek w ataku.

Pozostaje tylko pytanie, ilu bohaterów Santiago Bernabeu służba w królewskiej bieli inspiruje jak dotąd, ile jest prawdy w pogłoskach, że nowych wyzwań chętnie poszukałby zarówno Luka Modrić, jak i Marcelo. To postaci fundamentalne, a pewne znużenie mogli odczuć nie tylko oni, w końcu ich klub rozkwitł na unikalną w kontynentalnej czołówce oazę stabilności. Wyjąwszy nowego bramkarza, podstawowy skład tworzą wyłącznie piłkarze o stażu długim, bardzo długim lub obłędnie długim: Sergio Ramos – w klubie od 13 lat; Marcelo – od 11 lat; Benzema – od 9 lat; Varane – od 7 lat; Bale, Casemiro, Carvajal, Isco – od 5 lat; Asensio, Kroos – od 4 lat. Jeszcze raz: absolutny wyjątek w szeroko rozumianej czołówce.

Manchester City i Paris Saint-Germain, czyli niespełnieni intruzi. Intruzi, bo zanim spłynęła na nich mamona znad Zatoki Perskiej, z kontynentalną czołówką – nawet bardzo szeroko pojętą – nie łączyło ich kompletnie nic. Gdy jednak stały się klubami rządowymi, do prywatnych właścicieli należącymi tylko formalnie (szejk Mansour oraz Nasser al-Khelaifi są zarazem ministrami rządów Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru), wleźli między starą elitę bezceremonialnie, rozsiadając się jak u siebie i kładąc buciory na stół. Bo jak inaczej potraktować zuchwałość, z jaką paryski prezes sprzątnął Florentino Perezowi sprzed nosa i Neymara, i Kyliana Mbappé?

Bukmacherzy wyżej cenią Manchester City, uważają go za głównego faworyta całych rozgrywek. To zwrot akcji niemal sensacyjny – Ligą Mistrzów od lat rządzą kluby hiszpańskie, żaden poważny ekspert ich hegemonii nie kwestionował, a jeśli już, to za zdolnego rzucić wyzwanie madrytczykom i barcelończykom uchodził Bayern. To również zwrot akcji uzmysławiający, że szejk Mansour, choć wciąż nie osiągnął pełnej satysfakcji, zdołał swój klub wykatapultować wyżej niż ktokolwiek gdziekolwiek na najwyższym poziomie rywalizacji w XXI wieku.

Właśnie mija dekada, odkąd zjawił się w Manchesterze. Przejął drużynę z dziewiątego miejsca ligi angielskiej, od sąsiadów z miasta oddaloną o 32 punkty, znoszącą klęski jak 1:8 z Middlesborough, w Pucharze UEFA grającą z rywalami z Wysp Owczych (dostała się tam przez klasyfikację fair play). A dzisiaj dogląda zniewalającej futbolowej orkiestry, która pod Pepem Guardiolą zaczęła grywać koncerty tak nowatorskie i dla wyspiarzy odmienne, że sprawia wrażenie sprowadzonej z innej planety. I jeśli latem mistrzowie Anglii nie zabiegali desperacko o więcej transferów niż wspomniany Mahrez, to nie tylko z powodu finansowego fair play – mają wszystko, czego trzeba, pozostaje tylko urzekające koncertowanie w kraju przenieść na scenę międzynarodową. Inaczej będzie niedosyt, inaczej niektórzy zaczną kwestionować nawet klasę Guardioli, który przecież już w Bayernie zatrzymywał się na półfinale. Zdobywanie Pucharu Europy zyskało rangę warunku koniecznego, by w ogóle kogokolwiek umieszczać w gronie najwybitniejszych trenerów. Choć rozstrzygającą rolę często pełni w tych rozgrywkach przypadek (inni nazywają ów czynnik „szczęściem”), to dotarliśmy do momentu, w którym nawet 10 półfinałów z rzędu byłoby prawdopodobnie oskarżeniem – niby wielki fachowiec, a impotentny, tuż przy celu cała jego moc znika, normalnie hochsztapler, piłkarski doktor Zięba.

Jeszcze bardziej finansowe fair play skrępowało PSG, które pomimo wyprzedaży zawodników odrzuconych (patrz nasz Grzegorz Krychowiak) musiało się na rynku hamować i ligę francuską przynajmniej na razie opędza w sporej mierze nastolatkami o minimalnym lub żadnym doświadczeniu w seniorach, niekiedy nawet spoza opublikowanego na oficjalnej stronie internetowej składu pierwszej drużyny. Grają więc Christopher Nkunku, Moussa Diaby, Antoine Bernède, Timothy Weah (oczywiście syn George’a), Colin Dagba, Stanley N’Soki... Nie wiem, czy już ktoś sławił Thomasa Tuchela za „odwagę lansowania młodzieży” – rzadko sprawdza się w takich przypadkach, czy trenera aby nie zmuszają okoliczności – w każdym razie efekt wygląda budująco, w kraju paryżanie wciąż swobodnie rozprawiają się z kolejnymi rywalami. Niekoniecznie tylko z powodu ich słabości, bo tak się składa, że potentat sięga po talenty z okolic stołecznej francuskiej metropolii, a te słyną z przebogatych zasobów ludzkich. Nie tylko dlatego, że stamtąd wywodzi się Kylian Mbappé. Czy jednak młokosy podołają również w godzinie próby w Champions League? Albo – czy będą musiały podołać? Defensywę mistrzowie Francji zabezpieczyli, lecz w ubogiej drugiej linii pojedyncze kontuzje dorosłych zmuszą Tuchela do grania dziećmi, w napadzie też nie widać zatrzęsienia alternatyw dla zabójczego tercetu złożonego z Mbappé, Neymara i Edinsona Cavaniego. PSG to największa zagadka wśród ośmiorga wspaniałych. Zwłaszcza że losowanie skazało ją na rywalizację z Liverpoolem, gdzie dają po garach heavymetalowcy Jürgena Kloppa.

Juventus i Atlético, czyli niespełnieni totalnie. I pokrzywdzeni bodaj najbardziej, przynajmniej w swoim subiektywnym odczuciu. W niesamowitej królewskiej erze przybywali do czterech z pięciu finałów, zawsze z marnym skutkiem – różni ich tyle, że w decydujących starciach turyńczycy zdrowo obrywali od Barcelony oraz Realu, a madrytczycy w obu przypadkach ostro stawiali się sąsiadom z hiszpańskiej stolicy i zwyczajnie brakowało im łutu szczęścia. Stabilność tych klubów polega przede wszystkim na tym, że zżyły się z trenerami i trzymają ich najdłużej w szeroko pojętej czołówce, choć zarówno Massimiliano Allegriego (w Juve od 2014 roku), jak i Diego Simeone (Atlético, 2011) od dawna pożądają bogatsze firmy angielskie. To prawdopodobnie właściciele najznakomitszych obok Jürgena Kloppa nazwisk w fachu, przy których wciąż nie rozbłyskuje zdobyty Puchar Europy – pod wieloma względami podobni, obaj mianowicie zarządzają zespołami nadzwyczaj zdyscyplinowanymi taktycznie, uprawiającymi futbol pragmatyczny łamane przez cyniczny, w razie potrzeby zdolnymi do zademonstrowania kunsztu defensywnego na poziomie niedostępnym chyba nikomu na kontynencie. Obaj przypominają też niekiedy trochę hersztów gangu, biorąc pod uwagę buzujący w szatni testosteron oraz agresję ucieleśnianą przez kapitanów Giorgio Chielliniego i Diego Godina.

Teraz znów przeprojektowują drużyny. Allegri kombinuje, jak maksymalnie wykorzystać umiejętności podrzuconego mu przez departament marketingu – tak, przesadzam, ale tylko trochę – Cristiano Ronaldo i pomieścić go na boisku obok Paulo Dybali, nie wycinając wartościowych skrzydłowych Federico Bernardeschiego i Douglasa Costy, zaharowanego wojownika Mario Mandzukicia etc. W jego sztabie trwa burza mózgów, a wkoło obłęd biznesowy. Co rusz otrzymujemy aktualizację danych o szaleńczo rosnącej cenie akcji Juve (od wiadomego transferu spuchła o około 60 proc. i osiągnęła historyczny szczyt, choć cała giełda raczej dołuje) i nowych sponsorskich kontraktach, o świetlanej niesportowej przyszłości klubu dziennikowi „Financial Times” opowiada prezes Agnelli, on i współpracownicy snują marzenia o turyńskiej wersji galacticos, obiecując globalną ekspansję komercyjną. A do tego niezbędny jest triumf w Lidze Mistrzów – i oto mamy kolejnych delikwentów, którzy w pucharze z wielkimi uszami widzą sprawę życia i śmierci.

Podobnie jak zakapiory z Atlético, choć oni w rubrykach finansowych nie królują, tam żyją czystym sportem. Simeone usiłuje wpoić podwładnym styl gry nieco zmodyfikowany, wymagający dłuższego utrzymywania się przy piłce i jeszcze bardziej agresywny na połowie przeciwnika. Skutki na razie osiąga skrajnie odmienne niż Allegri, ale dopiero zaczyna, jego podwładni leczyli się lub usiłują wrócić do siebie po mundialu, a w Lidze Mistrzów i tak wszystko rozstrzygnie się wiosną. Trzeba się spieszyć, bo dynamicznie rośnie prawdopodobieństwo, że po sezonie z Madrytu ucieknie zarówno podupadły ostatnio lider defensywy Diego Godin (wygasa mu kontrakt, czy to nie idealny cel dla szukających okazji szefów Juve?), jak i lider ofensywy Antoine Griezmann (czy powabowi klubów w typie Barcelony można opierać się bez końca?). No i finał odbędzie się na lśniąco nowiusieńkim Wanda Metropolitano! Atlético odbierające berło sąsiadom z Realu na własnym stadionie – to jedna z atrakcyjniejszych fabularnie puent, których może dostarczyć Liga Mistrzów 2018/19. Właściwie to chyba hitowa ponad wszystkie. Niech wreszcie rozszczekają się wściekłe psy, niech zatriumfują Tarantino i maczeta Danny’ego Trejo, niech przeniosą transmisję finału na po 23.

Barcelona i Bayern, czyli niespełnieni inaczej. Inaczej, bo w obu drużynach roi się od ludzi, którzy najcenniejsze klubowe trofeum już obcałowywali. Tyle że obie lśnią blaskiem wyjątkowych megagwiazd. Leo Messi to kolekcjoner łupów nienasycony, więc cztery triumfy co najwyżej wzmagają apetyt – zwłaszcza teraz, gdy wielki antagonista Cristiano Ronaldo od trzech lat siedzi na Złotej Piłce. Robert Lewandowski zestarzał się natomiast na jednego z najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie dotknęli Pucharu Europy (Gianluigi Buffon go rozumie), i może wręcz najwybitniejszego wśród wciąż aktywnych, których ponadto nigdy nie udekorowano medalem wielkiego turnieju reprezentacji narodowych, jak mistrzostwa świata czy kontynentu (Zlatan Ibrahimovic?) – wygrywa wyłącznie na poziomie lokalnym, krajowym. Dlatego obaj muszą czuć niesamowite parcie na Ligę Mistrzów.

Oba zespoły dzieli skala przeżywanych zmian. Barcelonie niedawno wycięło wieloletni centralny układ nerwowy, bo opuścili ją Xavi Hernandez i Andrés Iniesta, a ostatnio trener Ernesto Valverde uporczywie testuje ryzykowną konfigurację z Philippe Coutinho wycofanym do środka pola – co pozwala pomieścić na boisku wszystkich hakerów od włamywania się do wrogich linii defensywnych, a zarazem grozi zburzeniem równowagi (i przywołanego Brazylijczyka, i Ousmane Dembélé ciągnie do przodu, Jordiego Albę właściwie też, kto będzie bronił lewej flanki?). W zderzeniu z mocnym przeciwnikiem może się to okazać strategią co najmniej karkołomną.

Bayern też niby od pewnego czasu ewoluuje, jednak ostatecznie zawsze odwołuje się do weteranów Arjena Robbena (w styczniu dodrybluje do 35. urodzin) i Francka Ribery’ego (35. urodziny minął w kwietniu) jako głównych pomysłodawców w ataku. Im bardziej obaj skrzydłowi słyszą, że stetryczeli i niech przepadną, tym mocniej nie schodzą z boiska, ba, złośliwe zrządzenie losu (czytaj: agresja rywala) ścina akurat o dwa stulecia młodszego Kingsleya Comana (znów operowana kostka w lewej nodze, jak w lutym, słabo to wygląda), więc dziadki muszą trzymać fason. Oto kolejny pociągający fabularnie finał: odsyłani do przytułku ramole wołają, że niech znów poniesie nas wiatr, dofruwają do finału, porywają trofeum, tańcom nie ma końca. A wkoło hulają inni piękni trzydziestoletni, od Manuela Neuera, Jerome’a Boatenga (już był na rogatkach Paryża!) i Matsa Hummelsa, przez Javiego Martineza, po Thomasa Mülera i Roberta Lewandowskiego. Niczego sobie obrazek.

Liverpool, czyli niespełniony trener z ludzką twarzą. Z ludzką twarzą, bo piłkarzami nie manipuluje jak technokrata, tylko przytula, kibiców nie pozdrawia zza płotu, tylko idzie z nimi na browar, a drużyny nie wybiera jak firmy, tylko szuka idei – jeśli wolno mi zacytować własnego blurba do ukazującej się właśnie u nas biografii. (Nawiasem mówiąc, szczerze i zupełnie niekomercyjnie zachęcam do lektury, może być początkiem pięknej przyjaźni z panem trenerem). On kieruje już zupełnie inną drużyną niż ta, którą objął:

Liverpool FC, Jurgen Klopp

Minionego lata wydał Jürgen Klopp na transfery więcej i przeobraził zespół bardziej niż wszyscy wyżej wymienieni. Blogowałem przed sezonem, że w Alissonie – wzmocnienie najsłabiej obsadzonej pozycji w podstawowym składzie – widzę pozyskanie najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji Champions League i najważniejszy transfer w czołówce ligi angielskiej. Jak dotąd przewidywania się potwierdzają, Liverpool właściwie nie traci goli, choć Brazylijczyk raz poważnie się wygłupił. Doniosły wymiar ma także wzięcie Naby’ego Keity (lubię jego zwierzenia o ostatnim sezonie w RB Leipzig, gdy po każdym rozegranym meczu Bundesligi analizował do upadłego mecz swojej przyszłej drużyny), Fabinho (wciąż czekamy!) czy nawet rezerwowego Xherdana Shaqiriego. Ekipa, która wiosną umiała m.in. dwukrotnie przeczołgać Manchester City i dotrzeć do finału, jeszcze spotężniała. Średnio sobie wyobrażam, by znów stanęła wiosną 2019 roku do decydującego starcia, ale wizerunek Kloppa jako notorycznego przegrywacza decydujących starć nie może istnieć wiecznie – wypada go wreszcie zamazać Kloppem zwycięskim.

Podsumowanie niekonkluzywne, czyli nie wierzcie ekspertom. Jeśli oczekiwaliście wyraźnej hierarchii faworytów, to serdecznie przepraszam, szukajcie gdzie indziej. Jeśli zaufacie czyjejkolwiek hierarchii faworytów, to wam szczerze współczuję.

Ale jeśli uważacie, że moje rozdanie po 12,5 proc. szans na końcowy triumf każdemu z ośmiorga potentatów za efekciarską przesadę, poniekąd przyznaję wam rację. Roboczo tak rzuciłem, beztrosko i mniej więcej. Być może przy użyciu mikroskopu oraz innych narzędzi dokładniej pomiarowych troszkę bym typy zróżnicował, komuś dał 16 proc., a kogoś bym zostawił z 11 proc. Niestety, wiarygodne metody sprawdzania, który z faworytów waży ciut więcej, nie istnieją, możemy tylko mieszać w czarodziejskim kotle i zgadywać. Nie wiadomo, kto kogo wiosną wylosuje, komu w kluczowym momencie zetnie kluczowego piłkarza lub piłkarzy, kogo skrzywdzi sędziowski błąd (nie wiadomo nawet, czy UEFA zainstaluje na fazę pucharową VAR), komu szlagierowe starcie w Lidze Mistrzów wypadnie po wycieńczającym szlagierowym starciu w rozgrywkach krajowych, kogo ocali rykoszet w doliczonym czasie gry, kogo napędzi, a kogo zablokuje promieniowanie kosmiczne lub układ planet. Potentatów dzielą różnice minimalne, w tym sezonie – po przenosinach Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, wzmocnieniach Liverpoolu etc. – chyba jeszcze bardziej minimalne niż dotychczas. Na szczytach zrobiło się płasko.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 17 września 2018

My ją uwielbiamy i będziemy uwielbiać, inaczej się nie da, a ona robi nas w trąbę. Z każdym sezonem bardziej nas robi. Już jutro startuje Liga Mistrzów, zabawa dla równych i równiejszych, do której Crvena Zvezda Belgrad przekopywała się przez 8 meczów eliminacyjnych i do końca fazy grupowej rozegra aż 14 spotkań - więcej niż Real Madryt dzieliło w poprzednim sezonie od podniesienia trofeum. Felieton o rozgrywkach, których nienawidzę kochać, przeczytacie tutaj.

13:03, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
środa, 12 września 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Hiszpania

Gdyby nie Kazimierz Węgrzyn, pewnie nigdy bym się nie ośmielił wyznać, co mi łazi po wątrobie. Na szczęście ekspert Canal+ kilka dni tygodni temu ze swojej wątroby pociągnął – jeśli wolno mi sięgnąć do słownika ligowych wyjadaczy – i przydzwonił nam wszystkim nokautującą tezą, że wyniki w europejskich pucharach zafałszowują prawdę o tzw. ekstraklasie. Polskie kluby przegrywają z kim popadnie, więc niesłusznie zdaje nam się, że cała liga to paździerz – pozwalamy się wyrolować złośliwym rywalom z innych krajów, którzy specjalnie zasadzają się nad nadwiślański futbol, by go znieważyć.

Dlatego postanowiłem ujawnić i własne wnikliwe przemyślenia: otóż całą futbolową rzeczywistość zafałszowuje przede wszystkim mundial. Mistrzostwa Europy zresztą też.

Zwróćmy np. uwagę, jak oba prestiżowe turnieje pomiatają Hiszpanią. W 2018 roku wykopały ją w 1/8 finału, w 2016 roku – też w 1/8 finału, w 2014 roku – w fazie grupowej. Z buta traktuje się arystokrację, która we wtorek unicestwiła srebrną na mundialu Chorwację (6:0), w sobotę podbiła czwartą tam Anglię (2:1 na Wembley, jedyna na razie wyjazdowa wygrana w całej Lidze Narodów), wiosną wytarmosiła za uszy Argentynę (6:1), nie przegrała żadnego z ostatnich 26 meczów (jako jedyna na planecie), na własnych stadionach pozostaje nietykalna w spotkaniach o stawkę od 2003 roku (znów: unikat w skali globalnej). Tłuką Hiszpanie wszystkich, tymczasem tablica wyników ostatniego mundialu sugeruje, że to ostatnie ciamajdy, klasyfikowane obok Japonii, Szwajcarii czy Meksyku – wszystko przez feralne popołudnie z Rosją, gdy nawet rzuty karne kopali gorzej niż grubo ciosani rywale.

Nie zamierzam oczywiście wam wciskać, iż pokrzywdzeni bohaterowie wtorkowego wieczoru – skosztujcie choć migawek, delicje – zasługują na tytuł nieoficjalnych mistrzów świata. Nie uznałbym ich nawet za nieoficjalnych mistrzów kontynentu. Ale bez sekundy wahania zapisuję ich do triumwiratu trzymającego władzę nad futbolową Europą.

W kolejności alfabetycznej: Francja, Hiszpania, Niemcy – to oni panują w ostatniej dekadzie. Bezdyskusyjnie, nawet jeśli na turniejach zdarza im się sensacyjnie przegrywać, a innym sensacyjnie wygrywać. Trzy potężne przemysły, szczytowo wykwalifikowanych piłkarzy wypuszczające na rynek setkami. Bezkonkurencyjne i dlatego, że stworzyły perfekcyjne systemy edukacji – gwarantujące wysoki poziom wyszkolenia przeciętnemu absolwentowi – i dlatego, że czerpią z rozległych zasobów ludzkich, mierzonych w dziesiątkach milionów głów (w przeciwieństwie do Portugalii, również arcywydajnej). Jakim bogactwem dysponują, docenilibyśmy dopiero, gdyby drużyny musiały składać się z 44, 55 czy 66 zawodników. Zerknijcie na hiszpańskie złoża w środku pola, nad którymi pochyla się analityczny serwis Squawka – trener Luis Enrique wystawiłby supermocną ekipę w każdym okolicznościach, nawet gdyby zaraza skosiła mu wszystkich, co do jednego, zawodników powołanych na ostatnie zgrupowanie.

Identycznie dzieje się u Francuzów i Niemców, którzy ubiegłoroczny Puchar Konfederacji umieli wygrać bez wszystkich czołowych seniorów i wszystkich czołowych młodzieżowców. W minionych dniach nie tylko Jerzy Brzęczek wpuszczał do podstawowego składu piłkarzy uziemionych w klubach, do podobnych kompromisów realia zmusiły także Włocha Roberto Manciniego czy Anglika Garetha Southgate’a. Wszyscy miewają niekiedy przykrość dokonywania selekcji negatywnej – wszyscy poza europejską świętą trójcą.

Wyraźnie za nią plasuje się olbrzymia klasa średnia, którą wprawdzie można podzielić na wyższą i niższą, ale generalnie jej przedstawiciele tasują się, przesuwają w hierarchii wte i wewte. Czegoś brakuje każdemu, nawet najbliższym elicie elit – aspirująca, choć wciąż niezdolna do pokonania jakiegokolwiek potentata Anglia cierpi na przewlekły deficyt klasowych trenerów i dopiero czeka na zgraję młodych zdolnych najnowszej generacji; Belgowie mają kiepską ligę i w ogóle nie wiadomo, jak długo potrwa ich złoty okres; o ograniczeniach Portugalii wspomnieliśmy; Włosi kopią na stadionach straszydłach, wpuszczają do kadry przeciętniaków niegodnych szlachectwa czterokrotnego mistrza świata (jak można wpuścić do ataku spasionego powakacyjnie Maria Balotellego?!) i generalnie borykają się z rozmaitymi patologiami. Nigdzie nie znajdziemy krajobrazu idyllicznego, dopieszczonego w każdym elemencie jak w miłościowie panującym nam triumwiracie.

Jeszcze raz: jeśli wziąć pod uwagę całokształt twórczości  od reprezentacji seniorskiej, przez juniorskie, po mnogość superpiłkarzy – to w futbolu panują złoci medaliści mundialu 2018 (Francja), mundialu 2014 (Niemcy) oraz mundialu 2010 (Hiszpania). Panują miłościwie, ponieważ jednak czasem łaskawie poprzegrywają, w skrajnych przypadkach sromotnie – jak ekipa Joachima Löwa na tegorocznym mundialu. Ale to cywilizacje wyższe, najbardziej zaawansowane, mogące już co najwyżej polerować perfekcję.

Nawet Brazylia – targana aferami, z upadłą infrastrukturą, zdetronizowana nawet na własnym kontynencie – spogląda z zazdrością.

21:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 10 września 2018

Mój ideologiczny rozwój przebiegałby w jednostajnie przewidywalnym kierunku – liberał, w nastolęctwie wręcz libertarianin, który z wiekiem stale lewicowieje – gdyby nie sport. Przez sport odnajduję w sobie niekiedy konserwatystę. Nawet zajadłego, opierającego się większości zmian. O czym napisałem cotygodniowy felieton, jest tutaj.

09:23, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 04 września 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Włochy - Polska

Piłkarze reprezentacji wracają do gry. W piątek w Bolonii, gdzie spróbują zdobyć Włochy. A okoliczności mamy takie, że aż chce się uzupełnić - niestety, wracają do gry.

PZPN „ujawnił” wczoraj „raport” odwołanych trenerów kadry mający objaśniać klęskę mundialową. Używam cudzysłowów, ponieważ kilkudziesięciostronicowy dokument - pobieżny, wybiórczy, niechlujny, fragmentami wręcz bełkotliwy – niewiele wnosi, zostawiając odbiorcę z przekonaniem, że najciekawszych rzeczy w nim nie ma, a także zatrzęsieniem pytań. I jest to recenzja najdelikatniejsza z możliwych.

Co autor (dzieło „redagował” ponoć były asystent selekcjonera Bogdan Zając) chce przekazać, gdy informuje, że Arkadiusz Milik był zdekoncentrowany przed meczem z Senegalem? Sugeruje, że nasz napastnik miał MŚ w głębokim poważaniu? Każe nam zgadywać, czym się Milik wówczas zajmował? Brzmi to niemal jak publiczne wskazywanie głównego winnego, rzadko praktywane w sporcie zespołowym. A co z innymi mundialowiczami, skoro byli wśród nich tacy, na których liczyliśmy, a którzy w ogóle nie zostali w Rosji wypuszczeni na boisko, jak Karol Linetty? Dlaczego zostali pominięci w „raporcie”? Po jaką cholerę został on opublikowany akurat teraz, w najdziwniejszym możliwym momencie, czyli na starcie zgrupowania przed meczami z Włochami i Irlandią, które teoretycznie otwiera nowy rozdział - tom - w historii reprezentacji Polski? Analizować porażkę należy oczywiście wnikliwie, ale na wszystko jest miejsce i czas. Czy na pewno chodziło o to, byśmy ponad połowę wtorkowej konferencji prasowej poświęcili na wypytywanie Kamila Glika, czy podczas MŚ grupa rzeczywiście była skłócona („nikt nikomu nie dał po zębach”) i o inne sprawy sprzed miesięcy?

Od mundialowej klapy coraz dalej, a na duszy polskiej piłki wcale nie lżej, tężeje raczej atmosfera totalnego rozkładu. Pasowanie Jerzego Brzęczka na selekcjonera nikogo nie porwało; wepchnięcie do trenerskiego sztabu łapówkarza Andrzeja Woźniaka wielu dodatkowo przygnębiło; piłkarze naszych klubów zostali błyskawicznie wykopani z europejskich pucharów (w rankingu UEFA tzw. ekstraklasa stoczyła się za ligi białoruską i szkocką); głębia eksperckich analiz obraża zdrowy rozsądek i wyraża pogardę dla intelektu przeciętnego kibica; zamęt w Legii odbiera nadzieję, że gdziekolwiek w kraju powstanie futbolowe przedsiębiorstwo na poziomie choćby przyzwoitym. A teraz jeszcze trwa zgrupowanie, podczas którego gapimy się w przeszłość, zamiast wyglądać w przyszłość, i czytamy demaskujący autorów „raport”. Poczucie beznadziei unurzane w poczuciu beznadziei, które dla uzyskania pełnej harmonii wycieramy jeszcze w beznadzieję.

Niepojęte, jak wszystko zawaliło się od roku 2016 - ozdobionego ćwierćfinałem mistrzostw kontynentu, rekordowymi transferami polskich piłkarzy skupowanych za dziesiątki milionów euro, triumfem nad Sportingiem z Lizbony przenoszącym Legię z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Wiodło się najważniejszej reprezentacji narodowej, najważniejszemu klubowi, najważniejszym jednostkom. Oddychaliśmy czystym powietrzem, wreszcie wypatrywaliśmy przyjemniejszego jutra.

Teraz dusimy się w smogu, coraz gęstszym, z każdym tygodniem cuchnie bardziej, jakby ci przytknęli twarz do rury wydechowej. Dlatego do Bolonii wylatuję jutro - nie będę rozrzedzał trującej prawdy w eufemizmach - jak skazaniec, bez wiary w cokolwiek. Chwilowo umiem marzyć tylko o tym, żeby polską piłką znów dało się w ogóle oddychać.

środa, 29 sierpnia 2018

Cristiano Ronaldo, Juventus

W koszulce Juventusu nie wyczarował jeszcze niczego szczególnego, ale i tak patrzę zafascynowany, trochę okiem prymatologa odkrywającego zupełnie nowy gatunek małp. Bo show trwa w najlepsze. Włosi mdleli, mdleją i chyba nie zamierzają przestać mdleć na widok idola, nie ocuciły ich nawet wstępne boiskowe podrygi Cristiano Ronaldo – przeciętne, ewentualnie ociupeńkę więcej niż przeciętne.

Najpierw witali go z pompą i uniżeniem, jakich w tamtejszym futbolu jeszcze nie doświadczyłem. Czerwony dywan, obcałowywanie stóp, wpatrywanie się w każdy gest idola i interpretowanie każdego gestu, nadawanie każdemu słowu nadmiernego znaczenia, wyolbrzymianie spraw, które owszem, zasługują na szacunek, ale znaj proporcje, mocium panie – gdy opowiadano, jak Portugalczyk nawet po powrocie z wyjazdowych meczów Ligi Mistrzów, o drugiej w nocy, zwykł poddawać się jeszcze krioterapii oraz innym zabiegom regeneracyjnym, jak robi się w siłowni na bóstwo, jak zasuwa zawsze i wszędzie, to miałem wrażenie, że w Italii codzienny wysiłek fizyczny nie jest dla piłkarza nawykiem.

Potem Ronaldo zagrał z Chievo oraz Lazio. Aktywnie, acz bez fundamentalnego wpływu na przebieg meczów – znać, że trzyma atletyczną formę i cholernie mu zależy, i znać też, że pozostaje na razie niekompatybilny z resztą drużyny, a trener Massimiliano Allegri nawytęża rozum, zanim znajdzie odpowiednią formułę. Przypisywanie Portugalczykowi asysty przy golu Mario Mandżukicia to niemal manipulacja (choć w sensie czysto statystycznym uzasadniona), ponieważ piłki w ogóle nie kontrolował, nie zdawał sobie sprawy, że odbija mu się od pięty. Recenzje zebrał jednak przyjazne, poszukiwano wszelkich drobiazgów świadczących na jego korzyść. Aż rozbawiony (zirytowany?) Fabrizio Bocca z „La Repubblica” zapytał, czy „to zabronione dać Ronaldo notę 5 (w dziesięciostopniowej skali)”, czy zawsze, niezależnie od okoliczności, należy wyciągać go do szóstki. I użył pojęcia „psychologiczna uległość” – zazwyczaj używanego w stosunku do niedoświadczonych sędziów, którzy podświadomie, onieśmieleni nazwą wielkiego klubu lub nazwiskiem wielkiego piłkarza, obawiają się faworytom zaszkodzić. Dlatego mniej chętnie odgwizdują rzut karny lub wlepiają żółtą kartkę.

Kilka zdań Bocca wręcz wyjął mi z ust, choć w żadnym razie nie uważam, by Ronaldo należało rugać za dwa średnie mecze – on wkomponowuje się w nowy klub po blisko dekadzie spędzonej tam, gdzie wszystko podporządkowano jego komfortowi. Nie sądzę również, by turyńczycy powinni się niepokoić, że megagwiazdor nagle przestanie strzelać gole. Przeciwnie, liga włoska wydaje się dla niego środowiskiem idealnym, zresztą w przeszłości paru snajperów kanonadę swojego życia urządzało sobie tam dopiero po trzydziestce.

Co innego jednak Ronaldo, a co innego reakcje na Ronaldo. Te eskalują, im bardziej szału na boisku nie ma, tym bardziej jest szał na wynajdywanie powodów, by szał trwał. Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” opublikowała wczoraj artykuł pt. tytułem „Ronaldo na szczycie: nikt nie strzela więcej od niego”, w którym obwołuje go – znów cytat – „królem kończenia akcji w całej Europie”. Wszystko w oparciu o statystykę, która kiedy indziej mogłaby służyć za akt oskarżenia, turyński heros uderza mianowicie na bramkę częściej niż ktokolwiek w czołowych ligach na kontynencie. Próbował już 15 razy. A że ani razu nie osiągnął celu? Że obok dwóch strzałów, które zmusiły bramkarzy Stefano Sorrentino i Thomasa Strakoshę do najwyższego wysiłku, były również (jak to u Ronaldo) strzały zbędne, oddane w sytuacjach wymagających raczej podania do kolegi? Że inni kopali na bramkę rzadziej, lecz trafiali do siatki? Nieważne, teraz za wszelką cenę kombinujemy, by sportowiec ubóstwiany nie zdradzał żadnych ludzkich wad. Za bardzo pragniemy go wielbić, by przeszkodziła nam rzeczywistość.

Dzisiaj redaktorzy największego włoskiego dziennika odlecieli jeszcze wyżej. Okładkę (zdjęcie nad notką) oraz dwie następne kolumny poświęcili plebiscytowi UEFA na gola roku (!), ponieważ kibice uhonorowali niezapomnianą przewrotkę Ronaldo z wiosennego ćwierćfinału Ligi Mistrzów w Turynie. Wówczas bramka bolała, ponieważ rozbiła piłkarzy Juventusu, w następstwie dała awans Realowi Madryt. Obecnie wywołuje ekstazę – przypomina się, że turyńscy fani fetowali ją wówczas owacją na stojąco, ponoć zyskując przychylność piłkarza i wpływając na jego decyzję o transferze. W Italii wylądował gracz pozaziemski. Stąd okładkowy tytuł: „Ten gol przewrócił futbol do góry nogami”.

Ja bym raczej powiedział, że pewien transfer przewrócił im w głowach, i aż zazdroszczę, podejrzewam ich o niezwykłe stany psychiczne, boję się pomyśleć, co będzie, gdy Portugalczyk naprawdę zagra fantastycznie. Intrygujący robi się też scenariusz – choć ani go nikomu nie życzę, ani nie przewiduję – w którym Ronaldo nie odpala dłużej, kopie zaledwie przyzwoicie, proces adaptacji się przeciąga. Kiedy oprzytomnieją? Czy mechanizm wyparcia przestanie działać? Zdołają zaakceptować Ronaldo jako istotę z tego świata? Ilu ludzi poniesie mentalność tabloidowa, która czołobitność zastępuje ślepą furią, gdy celebryta nie sprosta oczekiwaniom?

niedziela, 26 sierpnia 2018

Piłkarski nistrz Polski w ruinie, a ja z pogodną beztroską – i gotowością na drwiny – przyrównuję jego sytuację do sytuacji Realu Madryt sprzed ponad dekady. Felieton do poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

środa, 22 sierpnia 2018

ekstraklasa

Do pokracznych wygibasów piłkarzy się przyzwyczaiłem, do następujących potem „analiz” sytuacji przywyknąć nie umiem – wnerwiają mnie niemożebnie.

I wcale nie wściekam się na anegdotyczne wyziewy od popularnych ekspertów telewizyjnych, które robią furorę jak memy – jeden guru ogłasza, że europejskie puchary fałszują rzeczywistość (nasza liga nie aż taka zła), a inny chce życzyć trenerowi Jerzemu Brzęczkowi powodzenia, więc rzuca „niech mu ziemia lekką będzie”. Na nie też zobojętniałem, stanowią po prostu element paskudnego krajobrazu naszej piłki, w której nie trzeba logicznie myśleć ani znać podstaw języka polskiego, żeby objaśniać publice świat. Wściekam się na całą poklęskową kakofonię, na niemal wszystko, co wybrzmiewa po każdym kolejnym gniocie zaserwowanym przez Legię, Lecha czy Górnika.

Przed chwilą wdepnąłem w wywiad z Orestem Lenczykiem, krążącym po łączach jako świetny. Emerytowany trener atakuje dwiema tezami. Stwierdza, że reprezentacja Polski grała najgorzej na mundialu i wyjaśnia niepowodzenia wszelkich naszych drużyn – również klubowych – fatalnym przygotowaniem fizycznym piłkarzy. Nie wiem, dlaczego uważa, że nasi kopali marniej niż Arabia Saudyjska albo Panama, bo przepytywany nie czuje potrzeby uzasadniania czegokolwiek, chlapnąć można wszystko, byle brzmiało efektownie. Opinii redukującej problem naszej piłki do słabej kondycji też nie rozwija, choć diagnoza kompletnie niczego nie wyjaśnia, wszak naszych ligowych prezesów stać na import specjalistów od przygotowania atletycznego, którzy wytrenują kopaczy tak, by nie umarli z wycieńczenia w bataliach z Luksemburczykami, Słowakami, Mołdawianami czy innym Trapezfikiem.

Ale wywiad cieszy się powodzeniem. Dobrze ten Lenczyk powiedział, nie wstrzymuje języka, wreszcie ktoś mówi, jak jest.

Dla jasności: nie czepiam się tego konkretnego trenera, zresztą akurat do niego czuję instynktowną sympatię (rozmawiałem z nim tylko raz w życiu, przez telefon). Czepiam się poziomu całej publicznej debaty. Niechlujnej, przesyconej wielokrotnie przemielonymi komunałami, które nie tyle znamy na pamięć i zanudzają, ile fruwają bardzo daleko od minimum zdrowego rozsądku. Obłędną popularność ma np. chwyt retoryczny polegający na wyliczaniu, że w Niemczech dzieje się tak, w Hiszpanii – siak, a w Anglii – jeszcze inaczej. Dlaczego nie można zrobić tego samego u nas i w ogóle. Wtedy byśmy wygrywali.

Bez sensu. Nasi piłkarze dostają po tyłkach od Luksemburgów, a nie od mistrzów wszechświata. Wszystkie zdania zawierające słowa „Niemcy”, „Hiszpania” oraz „Anglia” wymazałbym z rozmowy, ponieważ niczego nie wnoszą. Kompletnie niczego. Traktowałbym je jak reductio ad hitlerum, zagranie wykluczające z gry. Jeśli są powszechnie tolerowane, to wskutek – moja obsesja, nęka mnie od  zawsze – programowego antyintelektualizmu polskiej piłki, który sprawia, że wielu dyskusji nie sposób zrozumieć. W każdym razie ja nie rozumiem. Czasami żadnego zdania w snutym wywodzie. Literalnie – żadnego.

Sam też czuję się bezsilny, gdy patrzę, co wyprawiają gracze zatrudnieni w tzw. ekstraklasie. Nie zaoferuję łatwego wyjaśnienia, dlaczego przegrywają z jeszcze nędzniej wyszkolonymi od siebie, dlaczego w klubach z innych krajów wyrzuconym z naszej ligi wiedzie się lepiej, dlaczego naszymi klubami się tak fatalnie zarządza – szczegółowo przyznawałem się do winy w artykule z soboty. Im bardziej głupi się jednak czuję, tym bardziej przeraża mnie umysłowa tandeta, jaka patronuje próbom opisywania naszego futbolu.

Króluje w niej podział na Polaków i obcokrajowców. To dlatego zacząłem spisywać niniejszą notkę – nie mogę słuchać nieustającego ględzenia o tym, że wypuszczamy na boiska tzw. ekstraklasy zbyt wielu cudzoziemców, wrzasków, że blokują miejsce rodzimej młodzieży, postulatów, by nakładać limity na obcych albo finansowo premiować lansowanie juniorów, pogardliwych prychnięć o importowanym „szrocie”. Identycznie bzdurna dychotomia jak ciążąca nad poszukiwaniami kolejnych selekcjonerów reprezentacji kraju, którym zawsze towarzyszy doniosłe pytanie o paszport. Polski czy zagraniczny?

Nie jestem za masowym sprowadzaniem cudzoziemców. Nie jestem też przeciw. To dylemat sztuczny, trele-morele odciągające uwagę od meritum, tik umysłowy anachroniczny, prowadzący donikąd. (Też już było: można grać lepiej niż polskie kluby siłami własnymi, jak uczy przykład białoruskiego BATE Borysów, i można siłami zapożyczonymi, jak uczą drużyny cypryjskie). Jak z wyjaśnianiem klęsk porównaniami do Niemców i innych potęg: niczego nie wnosi. Gdy Odidja-Ofoe, Nikolic czy Prijovic wygrywają ze Sportingiem, to nikt nie zagląda im w dokumenty, a gdy ich następcy obrywają od nie wiadomo kogo, to pochodzenie zaczyna być kluczowe.

Dlatego uwieszania się w debacie na kwestiach narodowościowych też całkowicie bym zakazał jako jałowego, prowadzącego donikąd. Nie wolno porównywać do Niemców, nie wolno apelować o promowanie polskiej młodzieży. Osiągnęlibyśmy wówczas przynajmniej jeden sukces – eksperci nie mieliby nic do powiedzenia, zrobiłoby się nad tą trumną ciszej.

14:57, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
Archiwum
Tagi