RSS
wtorek, 05 lutego 2008

Korespondenci Sport.pl z Cypru donoszą, że zdesperowany Leo Beenhakker, wciąż poszukujący dla reprezentacji środkowego napastnika z prawdziwego zdarzenia, daje szansę chyba ostatniemu już kandydatowi, którego dotąd nie sprawdził - Arturowi Wichniarkowi. Michał Pol na swoim blogu powtarza nasze rozpaczliwie rytualne i nieśmiertelne pytanie „dlaczego nie Polak”, opowiadając o rewelacyjnym debiucie w Bundeslidze czeskiego snajpera Martina Fenina (hattrick!).

Wszyscy lamentują. A ja chciałbym dowieść, że nasi łowcy bramek wcale nie są najgorsi w Europie.

Kryterium dobrałem stronniczo, ale nie złośliwie. Sprawdziłem, ile w tym stuleciu Polacy strzelili goli w najmocniejszych moim zdaniem rozgrywkach klubowych - Lidze Mistrzów, angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. Podkreślam: w tym stuleciu.

Doliczyłem się pięciu. Ostatnia padła na początku zeszłego roku, kiedy Radosław Matusiak - jeszcze jako zawodnik Palermo - wepchnął piłkę do siatki Ascoli, bezdyskusyjnie najsłabszej obok Messiny drużyny minionego sezonie Serie A. Pozostałe podarowali nam - w Lidze Mistrzów - Krzynówek i Hajto. (Tylko Matusiak to napastnik!)

Prowokacyjnie nie wziąłem pod uwagę dorobku Emmanuela Olisadebe (trafił trzykrotnie w Champions League) i Euzebiusza Smolarka (trafił dwa razy w Primera Division). Nie interesuje mnie bowiem ani kryterium paszportowe, ani genetyczno-narodowościowe. Interesują mnie wyłącznie piłkarze wychowani przez nas i u nas, nawet gdyby pochodzili z Trapezfiku, krainy borostworów albo planety Melmac.

A kiedy już opracowałem polską statystykę, sprawdziłem, ilu członków UEFA (do której należy również kilka państw azjatyckich) uzbierało worek goli chudszy od polskiego. Początek było trudny, bo wyruszyłem na poszukiwania tropem alfabetycznym, z Albanii, a dla niej sam Igli Tare nagrzmocił między włoskie pierwszoligowe słupki całą kupę goli. Ale potem poszło już łatwiej. Snajperzy następnej w kolejności Andorry nie uciułali, hehe, nawet jednej marnej bramki.

Spośród 53 federacji należących do UEFA zignorowałem tylko Czarnogórę, bo przyjęta została dopiero niedawno i uznałem, że byłoby nie fair wyśmiewać jej mizerny dorobek. Poszukiwania zakończyły się pełnym powodzeniem. Wynalazłem aż 11 krajów, których reprezentanci strzelali w elicie jeszcze rzadziej niż Polacy!

Dla ułatwienia analizy podzieliłem je na dwie grupy. W pierwszej pomieściłem państwa z co najmniej milionem obywateli:

Armenia, Azerbejdżan, Estonia, Kazachstan, Mołdawia, Słowenia.

W drugiej - państwa o ludności poniżej miliona obywateli (łącznie z tymi widocznymi tylko na co dokładniejszych mapach):

AndorraLuksemburg, Malta, San Marino, Wyspy Owcze.

A kiedy już odetchniecie z ulgą, przypomnijcie sobie, jak nasz jedynak Matusiak załadował gola Ascoli:

18:22, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 04 lutego 2008

Nie wnikam (na razie) w awanturę wokół ligowych transmisji, bo w całym tym zgiełku uderzyły mnie przede wszystkim niewinne słowa prezesa Legii, który rzucił - mimochodem? - pomysłem, jak umożliwić kibicowi oglądanie wszystkich meczów wszystkich kolejek na żywo. Mianowicie Leszek Miklas chętnie rozciągnąłby ligowy weekend do czterech dni, od poniedziałku do piątku, ze spotkaniami rozgrywanymi o godz. 17 i 20.

Idea oryginalnością nie powala, wpisuje się raczej w ogólnoświatowy trend nakazujący układać terminarze wszelkich sportowych mistrzostw i turniejów w ten przebiegły sposób, by usunąć z kalendarza daty „martwe”, pozbawione jakichkolwiek meczów lub pojedynków, eliminacji lub finałów, starć o stawkę umownie prestiżową lub najwyższą. Wszystkie czołowe ligi piłkarskie miały swój zwyczajowy rozkład zajęć, od świętej angielskiej godziny 15 w popołudnie sobotnie po świętą włoską godzinę 15 w popołudnie niedzielne. Ale wraz z ekspansją telewizji z tradycji stopniowo rezygnowały, wynajdując idealne dla futbolu pory wcześniejsze i późniejsze. I pojęcie ligowej „kolejki” straciło sens. Gra się właściwie na okrągło.

Wizja Miklasa też się pewnego dnia spełni, niezależnie od efektów obecnej zawieruchy. (W szaleńczo rozwijającej się medialnie siatkówce już się spełniła - tylko w polskojęzycznych stacjach niemal codziennie, a najmniej pięć-sześć razy w tygodniu, można obejrzeć jakiś mecz naszego klubu.) Co znacząco podniesie jakość życia ligowych bulimików, którzy pomniejsze ekstraklasowe spektakle musieli dotąd spożywać w tzw. Klubie Kibica, czyli odgrzewane.

Tyle o bulimikach. Resztę ludzkości dla pewności informuję: wcale nie musicie tego oglądać.

Nie musicie też oglądać tych wszystkich filmów - odkrywczych i niezależnych, niszowych i amatorskich, ble ble ble - których wypluwa nasza planeta tym więcej, im skromniejszą ich cząstkę jesteśmy w stanie strawić. Nie musicie czytać tych wszystkich książek, które pisze już każdy, od Wayne'a Rooneya po Wojtka Kowalczyka, bo przecież mamy demokrację i wolny rynek, bo po ostatnim pustym świstku papieru przyjdą e-booki, bo nawet jeśli żadnego woluminu w życiu nie przeczytałeś, to nie znaczy, że nie potrafisz mądrej literatury sam spłodzić, bo jeśli we Francji tylko jesienią wydano 727 powieści, to aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy za masowe produkowanie arcydzieł zabiorą się Chińczycy. Nie musicie zaglądać na żaden z miliarda blogów, na których pokaleczą wam oczy ortograficzne kulfony rozmiarów Santiago Bernabeu i gramatyczne poczwary o gabarytach atlantyckiej kałamarnicy we wszystkich językach świata. Nie musicie wreszcie wypuszczać własnych filmów, książek, artykułów i blogowych wpisów. Macie święte prawo co najmniej raz do roku przystanąć, paść na sofę, wyłożyć się na wznak i przez bite siedemnaście sekund przyglądać się sufitowi, czyli zupełnie niczemu.

Same tylko nadające po polsku telewizje oferują już transmisje eliminacji i finałów mistrzostw Europy i świata; mistrzostw Ameryki Południowej i Pucharu Narodów Afryki; letnich klubowych turniejów towarzyskich i pojedynczych sparingów; pucharów europejskich, afrykańskich oraz południowoamerykańskich; lig polskiej, hiszpańskiej, włoskiej, angielskiej pierwszej i drugiej, niemieckiej, francuskiej, greckiej, portugalskiej, holenderskiej, belgijskiej, rosyjskiej, szkockiej.

Z góry przepraszam, bo na pewno coś pominąłem. A chciałem wyliczyć wszystko, czego naprawdę, słowo honoru, wcale nie musicie oglądać. Nie bójcie się, tylko w starym, rzeczywiście wielkim kinie, zdarzały się chwile, w których wszystko szlag trafiał:

17:49, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
niedziela, 03 lutego 2008

Nieopodal mnie w redakcji siedzi wariat, dla którego najbardziej pasjonującym wydarzeniem sportowym minionych i następnych miesięcy jest wyścig o Biały Dom. Fascynuje go m.in. wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z Barackiem Obamą, ale o sprawach rzeczywiście kluczowych na swoim blogu nie wspomniał - otóż przeciwnik Hillary Clinton w rywalizacji o wyborczą nominację Demokratów bardzo lubi futbol.

Co więcej, nie kibicuje Obama tym wszystkim słynnym Barcelonom, Manchesterom czy Milanom - co to za sztuka im kibicować? - lecz poczciwemu West Hamowi. Zakochał się, jak podaje „Daily Telegraph”, w londyńczykach przed pięcioma laty i od tamtego czasu regularnie ogląda Premier League (choć na wytrawnego znawcę nie pozuje), a o wszystkich ważnych wydarzeniach z życia klubu informuje go mieszkający na Wyspach szwagier.

Powiem szczerze: wobec domniemanych prezydentów USA jestem chorobliwie podejrzliwy; nawet kiedy drapią się za uchem, wyczuwam w ich drapnięciach cyniczną marketingową zagrywkę. Ale Obamie z tym West Hamem chyba można wierzyć. Miliona głosów na ich klubie kibica nie zarobi. Może co najwyżej awansować na pozycję lidera w rankingu najsławniejszych fanów drużyny z Upton Park, któremu dotąd przewodzili Nicolas Cage, Kyle McLachlan oraz Elijah Wood (chyba, wszystkich westhamolubów nie znam).

A ewentualna Obamy prezydentura z punktu widzenia futbolowej edukacji byłaby kosmicznym Ameryki krokiem naprzód. Jej obecny szef George Bush opowiadał przed mundialem w 2006 roku, że w dzieciństwie nie miał pojęcia, jak piłka do kopania wygląda, a kiedy podrósł i ją po raz pierwszy zobaczył, pomyślał, że używa jej się do nieznanej mu odmiany kręgli. Pełną wiedzę nabył ponoć dopiero po pięćdziesiątce. I przed MŚ powiedział nawet, komu będzie kibicował! Wybrał USA.

Aha, przy okazji angielscy dziennikarze podali, że Hillary Clinton jest fanką Manchesteru United, a jej mąż Bill - Liverpoolu. Ale w ich przypadku jakoś nie mam żadnych wątpliwości: szybciej uwierzę, że w Loch Ness rzeczywiście tapla się jakiś monstrualny hipopotam.

PS. Jak was interesuje, komu kibicowali/kibicują Hitler lub Osama ben Laden i jeszcze paru innych, to kiedyś już o tym pisałem...

19:50, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
sobota, 02 lutego 2008

Z kwaśną miną zamieniałem transmisję angielskiego hitu Tottenham - Manchester United na transmisję z cypryjskiego Pafos. Pilota chwyciłem w sporej mierze z zawodowego obowiązku, przecież towarzyskie spotkania narodowych reprezentacji traktuje się coraz mniej serio, a Polacy z Finami rozgrywali sparing najniższej kategorii - zaplanowany na dzień spoza oficjalnego kalendarza FIFA i pozbawiony przez to kluczowych piłkarzy. Bałem się typowego dla tego gatunku potworka, gry rwanej i chaotycznej, ataków niedokończonych i koślawych. Bałem się karykatury meczu piłkarskiego, który zmęczę z jedną co najwyżej refleksją: wyników ćwierćsparingów nie powinno się w ogóle wliczać do światowego rankingu.

A później zrobiło się całkiem przyjemnie.

Owszem, nie urządzili sobie Polacy zajadłej kanonady celnych strzałów na fińską bramkę, ale piłkę kopali - biorąc pod uwagę ćwierćsparingowe okoliczności - naprawdę z sensem. Na prawej flance kilkakrotnie zawirował Łobodziński, ładnie rozpędzali się Zahorski, Grosicki i brawurowy Nowak, obrońcy potrafili wymierzyć długie przerzuty piłki na skrzydła, a cała drużyna dawała niekiedy próbki natarć płynnych i przemyślanych. No i ten gol Kokoszki, strzelony po rzucie wolnym Garguły: w eliminacjach Euro 2008 kadra Beenhakkera trafiła do siatki w podobnych okolicznościach tylko raz, w meczu z Azerbejdżanem. A przecież stałe fragmenty gry to we współczesnym futbolu elementarz, bez którego wygrywać się nie da.

Całość dała mi wystarczającą satysfakcję, by z premedytacją przymykać oczy, gdy popełniali Polacy, zwłaszcza przed przerwą, błędy w defensywie. A może nawet błędziska. W tej formacji o zrozumienie najtrudniej, tymczasem tworzący ją w Pafos ludzie nigdy ze sobą nie grali, a Wawrzyniak w roli stopera wręcz debiutował. Słowem, trener Beenhakker w tydzień zlepił zbieraninę ligowców w całkiem znośny zespół.

Przede wszystkim jednak potraktowali piłkarze sparing śmiertelnie poważnie. Uczciwie na boisku pracowali, zawzięcie parli po piłkę w każdej sytuacji, nacierali z wigorem i do samego końca. To właśnie dzięki ich wytrwałej determinacji mecz różnił się od klasycznego dziełka z gatunku ćwierćsparingów, których zmordowaliśmy już bez liku. Kto wie, czy nie obejrzeliśmy właśnie najlepszego w ostatnich latach towarzyskiego spotkania Polaków pośród tych rozgrywanych poza kalendarzem FIFA, a zatem okaleczonych nieobecnością gwiazd. Ostatecznie Finowie są ciut mocniejsi niż Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Kiedy poprzednik Beenhakkera Paweł Janas zaciągał do drużyny narodowej każdego ligowca, który akurat zagrał pół przyzwoitego meczu w klubie, irytowałem się i swego czasu chciałem go nawet wykpić w felietonie o trenerze sądzącym, iż powołanie 60 kadrowiczów daje dożywotnie członkostwo w Klubie Wybitnego Selekcjonera. W jego personalnej polityce widziałem ostateczne odebranie najwyższej rangi pojęciu „reprezentant Polski”, na bieżąco aktualizowałem też prywatne statystyki i pod koniec jego kadencji wyszło mi, że pozwolił zagrać dla kraju aż 85 piłkarzom, niekiedy kopaczom kompletnie fajtłapowatym.

Beenhakker, jeśli pozostanie konsekwentny, pewnie Janasa przebije. Do dzisiaj - przez 17 miesięcy na polskiej ławce i w 22 meczach - wystawił 64 zawodników, tymczasem jego poprzednik pracował na swój dorobek 40 miesięcy i 51 meczów. Niezłe tempo ma nasz Leo, co?

A jednak selekcjonerską hojność Holendra zaakceptowałem bezboleśnie. On wynalazł już cały tłumek piłkarzy dla reprezentacji cennych, a wcześniej niezauważanych; niektórych przesunął na zupełnie nowe dla nich pozycje na boisku, inspirując trenerów ligowych; pozostaje w wyborach samodzielny i niezależny, nie wyszukuje pomijanych przez siebie nazwisk z prasowych panegiryków; wreszcie jego charyzma i talenty motywacyjne sprawiają, że sama obecność na zgrupowaniu stała się dla piłkarzy wydarzeniem doniosłym, wzniecającym rewolucję w ich głowach.

Dlatego na Cyprze czasu na pewno nie zmarnowali, nawet gdyby żaden z tych, którzy pokonali Finlandię, nie pojechał na Euro 2008. To przecież całkiem realne, choć gwiazdy naszej reprezentacji po okazałym sparingu zmienników powinny się mieć na baczności. Beenhakker potrafił już usunąć z kadry - znienacka i nieodwołalnie - nawet Jerzego Dudka, który uchodził za jego ulubieńca…

19:59, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 01 lutego 2008

Każdy z nas, dziennikarzy prasujących dłużej niż chwilę i w uniemożliwiającym namysł pośpiechu, uzbierał ich bogatą kolekcję. Nietrafione diagnozy, przeszarżowane, bo podawane niemal na żywo relacje, skażone nadinterpretacją komentarze, chybione proroctwa. Pomyłki.

Moją był Rasiak. Nie wiem, czy najgrubszą, ale na pewno grubą.

Kiedy z drugoligowego Derby County przenosił się do pierwszoligowego Tottenhamu, ogłosiłem jego transfer najwspanialszym wydarzeniem w polskim futbolu 2005 roku. (Tutaj macie tamten wybryk, życzę zdrowego śmiechu.) Spisywałem pean w Rzymie, podczas siatkarskich mistrzostw Europy, zauroczony prostym newsem: napastnika z Polski wziął czołowy klub czołowych europejskich rozgrywek, aspirujący do Ligi Mistrzów. Uznałem, że musi mieć poważne powody, że w Rasiaku tkwi coś, czego ja nie dostrzegam. Rozentuzjazmowała mnie wizja goli strzelanych tym wszystkim arsenalskim Manchesterom i liwerpulskim Chelsea. Albo manczesterskim Arsenalom i czelskim Liverpoolom.

Polak przebijający się do najściślej strzeżonych bramek uwielbianej na całej planecie Premier League!? Niemożliwe, nie może być, za wysokie dla naszych progi.

Przecież ostatnim, któremu się udało, był Robert Warzycha. W 1992 roku, w wyjazdowym meczu z Manchesterem United, wygranym 3:0 (wyobrażacie sobie!?), zdobył bramkę dla Evertonu. Ten cud wydarzył się półtorej dekady temu! A dla mnie, egzemplarza z rocznika ’76, nie wydarzył się nigdy. Ja tego nie widziałem, dlatego przed chwilą znów szperałem w YouTube. Jak zwykle bez skutku. Warzychy nie upolowałem. (Może by spróbował któryś z blogerów specjalizujących się w wyławianiu z sieci pereł wideo? A może Canal+? Królestwo za ten rarytas.)

Rasiak w Tottenhamie był obietnicą emocji niezaznanych. W głębokim dzieciństwie przyklejałem ucho do radia, by w „Kronice sportowej” usłyszeć spóźnione, nadane kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin po fakcie, informacje o podbramkowych piruetach Zibiego Bońka. Później, w zaawansowanych latach 90., smakowałem epizody z cholernie ważnymi golami Koseckich, Warzychów (Krzysztofów) i Juskowiaków. W następnej dekadzie nie było już prawie nic. Mięciel, Kryszałowicz, importowany Olisadebe, Marcin Żewłakow, Frankowski, Żurawski, Niedzielan, Wichniarek, Saganowski, Matusiak - wszyscy za granicą eksplodowali co najwyżej na moment, w najlepszym razie kilkumiesięczny, dalecy od regularnego ostrzeliwania bramek potęg europejskiego futbolu. I rozbłysnęli zazwyczaj w średniawych ligach.

Rasiak do tej grupy niespełnionych polskich gwiazdek należy, a zarazem nie należy. Z Tottenhamu go przepędzili, przegrał rywalizację z wiecznie niesubordynowanym obieżyświatem Mido, który nie zrobił nawet ćwierćkarierki. Ale na Wyspach Rasiak wypracował - pamiętam, że w drugiej lidze - w ostatnich latach średnią przekraczającą jedną trzecią gola na mecz. Średnią dla żadnego rodaka - pomijając zdobywców lig cypryjskich oraz im pokrewnych - na dystansie kilku sezonów nieosiągalną.

Dlatego dziś, na złość bogatym polskim tradycjom zawistnej złośliwości wobec sukcesów sąsiadów, mam ochotę powtórzyć starą, teoretycznie skazaną na pogardliwe przemilczenie tezę - Rasiakowi wciąż jest bliziutko do wielkiej gwiazdy polskiej piłki. Rozpoznawalność i wyrazistość już zyskał, kretyńskie dowcipy o jego „drewnianej” technice rozpanoszyły się i doprowadziły do spazmów cały kraj, powstały o nim piosenki (o ilu polskich piłkarzach powstały?). Teraz potrzebuje tylko sukcesu. W naszych warunkach byłoby nim kilka goli w pierwszej lidze angielskiej.

Przeczuwam, że ich nie strzeli. Jest - biorąc pod uwagę wymagania Premier League - zbyt wolny, zbyt statyczny, niewystarczająco mocny fizycznie i błyskotliwy etc. To pierwszorzędny piłkarz drugorzędny. Bolton go tylko wypożyczył, być może szukał jakiejkolwiek zapchajdziury dla okaleczonego po odejściu Nicolasa Anelki napadu. Tak sobie, słuchając „Hope of Deliverance” McCartneya, kombinuję.

Może znów popełniam zawstydzający dziennikarski błąd?

11:23, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
czwartek, 31 stycznia 2008

Nie, to nie jest efekciarski tytuł, lecz inne spojrzenie na uporczywie powtarzane beenhakkerowskie zalecenie, byśmy zawsze spoglądali na jasną stronę księżyca. Holenderski selekcjoner co rusz - w wywiadach, na zgrupowaniach reprezentacji, wszędzie, gdzie to możliwe - przekonuje, że piłkarskich talentów widzi nad Wisłą bez liku, że w żadnym razie nie powinniśmy popadać w kompleksy, bo nasi gracze są pełnoprawnymi bohaterami futbolowego spektaklu.

On Polaków zachwala, reszta świata Polaków zwalnia. Żurawski z pułapu fazy pucharowej zsuwa się na depresyjne poziomy amerykańskich rozgrywek MLS; Matusiak wraca z Palermo przez holenderskie Heerenveen do Bełchatowa; Kosowski zagranicznego pracodawcę znajduje w drugiej lidze hiszpańskiej; uchodzący za nieprzeciętnie uzdolnionego Sebastian Mila nie dał rady nawet w lidze norweskiej i również planuje powrót z emigracji. Można oczywiście każdy przypadek analizować z osobna, można roztrząsać, komu zabrakło charakteru i determinacji, a komu talentu, kto miał pecha, a kto źle wybrał klub. Ale spoglądając na problem z lotu ptaka widać tylko jedną regułę: otóż polski piłkarz osiąga zazwyczaj szczyt podpisując pierwszy zagraniczny kontrakt. Później jest już tylko gorzej, nawet jeśli początki na obczyźnie były niezłe - jak u Żurawskiego, Szymkowiaka, Frankowskiego i niemal wszystkich innych, którzy wyjeżdżają w wielki świat.

I właściwie nie wiadomo, dlaczego. Czy beznadziejny poziom szkolenia wystarczy, by wyjaśnić to, że w 38-milionowej populacji nie trafiają się - poza bramkarzami - nawet pojedyncze indywidualności zdolne rywalizować z najlepszymi na świecie?

Niestety, sytuacja stale się pogarsza. W latach 90. oglądaliśmy Polaków grających (Kosecki) lub wręcz strzelających gole (Warzycha) w półfinałach Ligi Mistrzów. Jeszcze nie tak dawno, za kadencji selekcjonera Jerzego Engela reprezentacja miała znaczące postaci Bundesligi (Hajto, Wałdoch) oraz zawodników zdolnych utrzymać się blisko dekadę we włoskiej Serie A (Koźmiński).

Dziś - powtórzmy: poza bramkarzami - nie ma już prawie nikogo. Szczęśliwcy błyszczą w drugich ligach (Rasiak), ewentualnie eksplodują formą na kilka miesięcy (Saganowski). W Lidze Mistrzów ostał się Michał Żewłakow - wśród naszych rodaków absolutny unikat, bo utrzymujący dość mocną pozycję na rynku od kilku sezonów. Nawet Krzynówek, w eliminacjach do Euro 2008 lider drużyny pełną gębą i facet ze znakomitą przeszłością w europejskich pucharach (gole strzelane Realowi Madryt, Romie, Liverpoolowi), miota się na ławce rezerwowych Wolfsburga. A wyjątkowy jak na nasze standardy drybler i w ogóle nadzieja całego naszego futbolu Kuba Błaszczykowski? W rankingu piłkarzy Bundesligi w rundzie jesiennej zajmuje 194. miejsce. Na 214 sklasyfikowanych!

Gdzie byśmy nie nadstawili ucha, słyszymy, że Polacy nie umieją grać. Jeśli wykluczymy ponadnarodową zmowę, jeśli reszta świata ma choć trochę racji, to Beenhakker na cztery miesiące przed mistrzostwami Europy jest w rozpaczliwej opresji. Już jego poprzednicy - Jerzy Engel i Paweł Janas - byli w sytuacji niewdzięcznej, ale nawet oni powoływali piłkarzy, których cenił ktoś jeszcze oprócz nich. Holender wybiera niemal wyłącznie spośród odrzuconych.

Pozostaje mu kłamać. Wmawiać swoim zdołowanym piłkarzom, że reszta świata tkwi w błędzie.

PS. Właśnie podali, że Rasiak został wypożyczony do Boltonu, ale tym tematem - z pewnych względów specjalnie mi bliskim - zajmę się za czas jakiś...

18:12, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
środa, 30 stycznia 2008

O nieee, tym razem przywaliłeś Michał jak kulą w płot, i to w dodatku z bardzo grubej rury. (Kto nie wie, do czego piję, niech kliknie tutaj.) Z jednym się mogę zgodzić: nagła dymisja w trakcie turnieju wygląda podejrzanie i - biorąc pod uwagę odwieczne kłopoty Henryka Kasperczaka z publicznym wyznawaniem własnych, trenerskich win - wersję najsmutniejszą, czyli dezercję, nakazuje rozpatrywać serio.

Poza tym jednak mam ochotę zbuntować się przeciw niemal wszystkiemu, co napisałeś.

Przywołujesz chwalebny przykład Beenhakkera, który po klęsce w okropnym stylu z Finlandią reprezentacji Polski nie opuścił. A przecież holenderski selekcjoner był wówczas na samiuuuutkim początku drogi i rezygnacją totalnie by się skompromitował, tymczasem Kasperczak dotarł właśnie do mety - w każdym razie mety pewnego, bardzo ważnego etapu swojej pracy. I tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia, co się w senegalskiej szatni stało, sam wiesz, że afrykański futbol to światek dość specyficzny. Powtarzam: nie jestem w stanie wykluczyć, że Kasperczak zwyczajnie zwiał. Zarazem jednak logika męczy mnie wątpliwościami, bo sytuacja jest nadzwyczajnie nadzwyczajna. Senegal wszystkich szans na awans nie stracił, więc nasz rodak w pewnym sensie zagrał wbrew sobie. Jeszcze jedno niepowodzenie więcej niewiele by zmieniło, natomiast ewentualny triumf radykalnie by sytuację Kasperczaka poprawił. Nigeria też wydawała się być zaledwie kilkadziesiąt godzin temu praktycznie poza turniejem, a jednak przetrwała.

W dodatku miał Polak wsparcie wszystkich, od działaczy po piłkarzy, z wysławiającym go w wywiadach - już po dymisji - kapitanem Dioufem na czele! Nikt mu nie wyrzuca rejterady, nikt go nie atakuje. Ile znacie takich przypadków?! Ja sobie nie przypominam żadnego i stąd moja wstrzemięźliwość w ocenianiu postawy Kasperczaka, postawy na pierwszy rzut oka rzeczywiście nie do przyjęcia. Intuicja podpowiada mi, że nie wiemy czegoś istotnego.

Najbardziej jednak uderzyła mnie u Michała dramatyczna teza, ujęta zmyślnie w pytaniu (retorycznym?), czy aby na pewno jest Kasperczak dobrym trenerem. Uderzyła, bo reprezentuje popularny u nas styl myślenia, nakazujący wydawać generalne sądy o szkoleniowcu na podstawie jego ostatniego meczu, ostatniego tygodnia lub ostatniego miesiąca pracy. Co pokutuje maniakalnym szkoleniowców zwalnianiem i zatrudnianiem, uniemożliwiającym zbadanie, jakiej klasy fachowcem jest rzucany z ławki na ławkę X. I błędne koło się zamyka.

Gdyby zatem Kasperczaka trenera chcieć rzetelnie podsumować, choćby skupiając się na dorobku wypracowanym w Afryce, to trzeba by wziąć pod uwagę także jego poprzednie występy na mistrzostwach kontynentu: brąz wywalczony z Wybrzeżem Kości Słoniowej, srebro wywalczone z Tunezją, czwarte miejsce (historyczne, bo bezprecedensowe) wywalczone z Mali. Żadnego sukcesu nie odniósł tylko z kadrą Maroka. Całość nie jest w żadnym razie dziełem do pogardzenia. Zwłaszcza na tle międzynarodowych wyczynów konkurencji znad Wisły.

Kasperczaka karierę w Polsce i Europie pomijam, bo i bez niej krótki komentarz pod twoim, Michale, wpisem zmienił się w przydługawą notkę na moim blogu :-) Do przemyślenia rzucam tylko jedno: otóż jeśli były trener Wisły zostanie wkrótce w St. Etienne odpowiednikiem Bernarda Lacombe’a, to będzie odpowiedzialnym za transfery, każdy będzie wymagał jego aprobaty. A przecież co do jednego w Krakowie nie pozostawił żadnych wątpliwości: oceniać potencjału i kupować piłkarzy to on nie potrafi.

20:58, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Świetnie pamiętam wzruszenie, z jakim gazety z antypodów opisywały ludzki odruch Davida Beckhama, który przebywając na tournee ze swoim amerykańskim klubem Los Angeles Galaxy - nie wiem już, w Australii lub Nowej Zelandii - zrezygnował z mieszkania w luksusowym apartamencie. Zrezygnował i wziął pokój jak wszyscy koledzy z drużyny: skromny, o marnych kilkudziesięciu metrach kwadratowych powierzchni. Nawet właściciel hotelu, który wyszykował dla niego skrawek raju na ziemi, był zdumiony Beckhama prostolinijnością i gotowością do umartwiania się w imię solidarności z zespołem.

Pamiętam jeszcze coś: treningi LA Galaxy. Najbardziej oblegane treningi świata. Tłum przyszedł, by zobaczyć, jak David - jeszcze kończący leczenie kontuzji - truchta, poprawia sznurówki, spogląda z zamyśleniem w kalifornijską przestrzeń.

Pamiętam te epizody, bo one właśnie oraz im podobne były - mogło się zdawać - kulminacyjnymi momentami krótkiej na razie kariery półboga popkultury w amerykańskiej lidze MLS. A przywołuję je dlatego, że uświadamiają one, jak dalece wszechobecne porównania do Beckhama są dla naszego Macieja Żurawskiego niepochlebne.

Były gwiazdor Manchesteru United i Realu Madryt wyjechał za ocean przedwcześnie, lecz wyjechał będąc piłkarzem spełnionym. Wyjechał do cyrku. Wyjechał, by wycisnąć kolejne setki milionów dolarów z biznesu, który z prawdziwą, polegającą na twardej rywalizacji świetnych graczy rywalizacją nie ma nic wspólnego. Wybrał rolę bohatera mas uwielbianego raczej za ładną buzię i podśpiewującą żonę niż arcyprecyzyjne kopnięcia z rzutów wolnych.

Żurawski piłkarzem spełnionym nie jest. Ba, przeżył bolesny upadek w chwili, gdy miał zrealizować swoje marzenie - nieskrywane, artykułowane rytualnie w niemal każdym wywiadzie - o gloach w Lidze Mistrzów. I jeśli wyjechał do Columbus Crew, klubu z pułapów przeciętniactwa polskiej pierwszej ligi, to znaczy, że znalazł się w sytuacji rozpaczliwej, że w Europie nie chciały go nawet drużyny o sile lekkopółśredniej. Skalę tej beznadziei oddaje prosta konstatacja: wśród wszystkich najważniejszych reprezentantów Polski grających za granicą nie ma chyba ani jednego, który występowałby dziś w zespole słabszym. Do MLS wyjeżdżają przecież głównie gracze człapiący ku emeryturze, chcący ubić ostatni interes w swoich zawodowych karierach.

Pisałem już kilkakrotnie, że dla mnie Żurawski - biorąc pod uwagę wyłącznie względy czysto piłkarskie - był ostatnio chyba jedynym polskim futbolistą poza bramkarzami, którego umiejętności powinny skazywać na niebagatelny sukces w Europie. Nie wiem, czy zabrakło mu charakteru, czy zaszkodziły mu zawirowania w życiu osobistym - miłosne zauroczenia i rozstania. Wiem, że dziś pozostało mu już tylko zarabianie. Chciałbym oczywiście odzyskać go dla reprezentacji Polski, ale poza ewentualnym udanym epizodem na Euro 2008 z punktu widzenia futbolu z najwyższej półki Żurawski piłkarz właśnie przestał istnieć. (Dla nas też, jeśli jego ewentualne gole będziemy musieli szukać na You Tube. Dlatego wolałbym jego powrót do Krakowa, o czym już pisałem.) Będzie grał w środku nocy, jego sezon potrwa w dziwacznym okresie od kwietnia do listopada, przy pomyślnym przebiegu zdarzeń wystąpi w równie dziwacznych dla nas rozgrywkach play-off. A w wokółbeckhamowym cyrku zabraknie chyba tylko kobiety z brodą, choć i tego nie możemy być całkiem pewni - kto wie, co jest w stanie wymyślić Victoria, by przyciągnąć jeszcze jeden flesz więcej.

Jemu zostaje zarabianie, a nam zostają wspomnienia. I zaduma nad losami całego kwintetu gwiazd tamtej fantastycznej Wisły Kraków Henryka Kasperczaka, jedynej polskiej drużyny klubowej w ostatniej dekadzie grającej nowoczesny futbol i zdolnej konkurować z mocnymi rywalami.

Szymkowiak wzleciał na chwilę w lidze tureckiej, by znienacka zgasnąć, uciec do Polski i przedwcześnie skończyć karierę.

Kosowski zjeździł Niemcy, Anglię i Włochy, by ostatecznie wylądować w drugoligowym hiszpańskim Cadiz, gdzie zresztą też ktoś przykleił mu łatkę polskiego Beckhama. (Swoją drogą ciekawe, czy kiedykolwiek inny nasz gracz zwiedzi cztery najmocniejsze piłkarsko kraje w Europie i wszędzie dostanie pracę.)

Frankowski kilkakrotnie próbował szturmować drugie ligi - hiszpańską i angielską. Ze skutkiem wzbudzającym współczucie.

Najdalej może zabrnąć chyba Kalu Uche, który miewa przebłyski w Primera Division i wstępne zainteresowanie jego osobą wyraziły Everton oraz Bolton. Ale on, niestety, jest spośród nich wszystkich najmniej Polakiem.

Pamiętacie? Jak pamiętacie, to też zajrzyjcie:

11:02, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 29 stycznia 2008

W moim cyklicznym felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport” złożyłem hołd jubilatowi Gianluigiemu Buffonowi, do którego serdecznie zapraszam, a na blogu postanowiłem uprzedzić wasze całkowicie słuszne ataki za mój czołobitny stosunek do włoskiego bramkarza. Poniżej namacalne dowody, że zdradza on jednak ludzkie cechy i niekiedy popełnia błędy. Grube błędy.

To być może najsłynniejszy, popełniony w meczu z Chievo w sezonie 2001/2002, czyli tuż po rekordowym transferze z Parmy do Juventusu:

A tutaj poważna wpadka z sezonu 2004/2005, która jednak – jak zwykle w przypadku szczęściarza Buffona - nie odebrała Juventusowi ani zwycięstwa nad Atalantą, ani tytułu mistrzowskiego (anulowanego potem wskutek korupcyjnej afery Calciopoli):

A na koniec, by jednak Buffonowi reputacji przesadnie nie plamić i nie zostawiać was z wrażeniem, na które nie zasługuje, moja - i chyba nie tylko moja – ulubiona interwencja z bieżącej edycji mistrzostw Włoch. W grudniowym spotkaniu z Lazio golkiper Juve tak zatrzymał uderzenie Tommaso Rocchiego:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Mój typ to, z grubsza licząc, okrąglutkie zero. Żaden Roger, o którego udziale w mistrzostwach trąbi dziś „Przegląd Sportowy”, nigdzie nie pojedzie, cała sprawa jest klasyką strategii koncernu Axel Springer: wymyślamy coś, robimy harmider, jakaś rozświergotana dziennikarka TVN24 na pewno się rozochoci, rozegzaltuje i będzie pod domem brazylijskiego piłkarza Legii czatować od zmierzchu do świtu, a potem jeszcze od świtu do zmierzchu. Będą nas cytować, staniemy się najbardziej opiniotwórczym pismem w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Niemal rok temu powiedział Pan (tamten wywiad zainspirował „PS” - przyp. RS), że dla Polski by chętnie zagrał. Mówił Pan serio? Byłby Pan tak miły?” Roger nie będzie miał wyjścia. Z rozanielonym uśmiechem odpowie dobroczynnym „tak”.

Teoretycznie wszystko oczywiście jest możliwe. Ogólnoświatowym trendem naturalizowania każdego obcokrajowca, który akurat prosto kopnął piłkę i przydałby się kadrze przybranej ojczyzny, już się na tym blogu zajmowałem (Typowałem nawet tutaj, że jakiś Brazylijczyk zostanie królem strzelców Euro 2008.). Większość spośród Was, czytelników, widzi w tym groźny proceder i żąda surowych ograniczeń, ja też instynktownie się buntuję, choć wiem, że to reakcja straceńcza - zacierania się granic nie powstrzymamy, kupowania sobie piłkarzy do reprezentacji kraju też nie. Ale tym razem zadaję sobie inne pytanie: dlaczego prosić o pomoc akurat Rogera?

Dlaczego, skoro dziurą na lewym skrzydle kadra nas nie straszy, a są palące problemy istotnie nakazujące bić na alarm?

Dlaczego nie ubłagać Ediego Andradiny, jeśli poza Smolarkiem nie mamy ani jednego regularnego snajpera? Dlaczego nie sprawdzić jako zmiennika dla Błaszczykowskiego Radovicia? Dlaczego nie pożebrać u każdego Brazylijczyka? „A może jednak by Pan nas wsparł? Przecież dobrze Panu tu, w Polsce? Nie zakochał się Pan jeszcze w Central Station zwanej u nas zwyczajnie Centralnym i w legendarnym Palace of the Culture and Science? Dlaczego nie sprawdzić, czy przodków z naszym paszportem nie ma Dudu, były król strzelców ligi indyjskiej? Jego sprawą trzeba się zająć bezzwłocznie, bo niektóre źródła podają, że grał w nigeryskiej młodzieżówce. Czym prędzej sprawdźmy te podejrzane źródła, z Afrykanami nigdy nic nie wiadomo.

Dlaczego nie przypuścić zmasowanego szturmu na najlepszych ligowych obrońców, którymi są niemal w komplecie obcokrajowcy? Cleberowi co prawda lat nie ubywa, ale ostatecznie można by go wziąć na jeden turniej, nic wielkiego, a Jacek Bąk na pewno czułby się raźniej. „No niech Pan zagra, ledwie kilka meczów, nowa ojczyzna Panu tego nie zapomni, a chłopaków z kadry na pewno Pan polubi, to świetna paka jest.”

A Inaki Astiz? Czy jemu moralnego prawa do biegania po boiskach Euro 2008 nie daje już to, że zjeździł naszą ziemię od południa do północy, że zwiedza najstarsze nasze grody, poprzestając nie tylko - jak się zwierzał - na rutynowym wypadzie do Krakowa? A Hernani?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewny: świetny defensor Arboleda, który kasę bierze w Zagłębiu Lubin a bezczelnie zagrał cztery razy dla Kolumbii, zwyczajnie nas zdradził.

13:16, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
Archiwum
Tagi