RSS
poniedziałek, 24 grudnia 2007

l

Obaj mają surinamskie korzenie, dorastali razem - w Amsterdamie. Z trenerem Frankiem Rijkaardem rozumieli się w Barcelonie doskonale. I doskonale się uzupełniali.

To on bywał złym gliną. To często właśnie on podnosił głos w szatni. To jego posyłano, by poinformował piłkarza, że nie dostanie podwyżki, że czeka go dłuższy przysiad na ławce rezerwowych, że na dobrą sprawę powinien rozejrzeć się za innym klubem. Ani się nie bał podejmować niepopularnych decyzji, ani się nie bał udawać, że je podejmuje.

Potrafił też, jeśli była potrzeba, z zawodnikiem się zaprzyjaźnić - jak z Samuelem Eto’o, który z kolei nigdy nie kochał się z Rijkaardem. W ogóle, mimo niewdzięcznej niekiedy roli, był lubiany.

To on prowadził wiele treningów; dbał, by gracze słuchali na boisku swego ofensywnego instynktu. Ba, niektórzy nazywali go wręcz taktycznym mózgiem Rijkaarda.

Pracę w Katalonii rozpoczął w 2003 roku, a skończył w 2006. Przez cały ten okres drużyna stale rosła, aż wygrała na raz i Ligę Mistrzów, i ligę hiszpańską. Po taki dublet w minionych sześciu sezonach zdołało sięgnąć jeszcze tylko Porto, rywalizujące jednak w znacznie mniej konkurencyjnych rozgrywkach.

Kiedy odszedł do Ajaksu Amsterdam, w Barcelonie robiło się już tylko gorzej. Piłkarze grali coraz mniej efektownie i efektywnie, choć klub prowadził wzorcową politykę transferową i do dziś uzbierał kolekcję gwiazd, jakiej nie miał od ery cruyffowskiego Dream Teamu.

Teraz, po epizodzie w Ajaksie Amsterdam, Henk Ten Cate pracuje w Chelsea. Nazywany najwybitniejszym wśród „drugich” trenerów zarabia 1,8 mln funtów rocznie.

Opłaca się. Odkąd jest w klubie, londyńczycy - choć przeżyli wstrząs po rozstaniu z Jose Mourinho, a ostatnio drużynę dziesiątkują kontuzje - przegrali zaledwie jeden z 15 meczów (wyjazdowy z Arsenalem). I tylko dwaj przeciwnicy zdołali im strzelić gola - Everton oraz właśnie Arsenal.

Czy Ten Cate zdążył w tak krótkim czasie radykalnie wpłynąć na drużynę? Czy wpłynął na nią pierwszy trener - sprawiający wrażenie pozbawionego charyzmy Avram Grant? Czy wpływać nie musiał żaden z nich, bo Chelsea ma fantastycznych piłkarzy?

Nie wiem. Pamiętam za to opowieść piłkarza Barcelony, który po triumfie w Lidze Mistrzów rozdzielał zasługi tak: 50 proc. - zawodnicy, 25 proc. - Frank Rijkaard, 25 proc. – Henk Ten Cate.

Pamiętam też, że właściciel Chelsea Roman Abramowicz chorował (choruje?) na Ronaldinho i oferował za niego kosmiczne pieniądze.

I zastanawiam się, czy dziś, kiedy sfrustrowanego Brazylijczyka wszyscy obwiniają za porażkę z Realem Madryt, Barcelona nie ubiłaby świetnego interesu, oddając go nawet za darmo.

Oczywiście pod jednym warunkiem - że ponownie przechwyciłaby trenerskiego asystenta z Holandii. A niechby zarabiał nawet tyle, co Ronaldinho.

23:54, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
niedziela, 23 grudnia 2007

Obejrzałem derby Mediolanu i znów od pewnego momentu nie mieściło mi się w głowie, że zwycięzca Ligi Mistrzów pozwala sobie na trzymanie między słupkami bramkarza, który od lat pozostaje absolutnie niezdolny do stałego utrzymywania przyzwoitej formy. Bywa Dida najlepszy na świecie, ale bywa i najgorszy. Czasem broni genialnie, czasem beznadziejnie. I tak w kółko, sezon w sezon.

Teraz zawalił dla Milanu mecz świętość, czyli starcie z Interem. Przy pierwszym golu rywali zachował się, delikatnie mówiąc, niepewnie. Przy drugim zawiódł na całego. Gdyby nie jego - jak powiedziałby Jan Tomaszewski - "wielbłąd", rossoneri - choć grali słabiej - nie musieliby derbów przegrać.

Dida wycina takie numery notorycznie. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy wymyśli.

Milan jednak nie tylko go nie zwalnia, ale przedłuża z nim kontrakt i nie sprowadza nawet groźnego konkurenta. Milan, czyli - jak chcą jego szefowie - marka globalna, mająca prawo do porażek z przeciętniakami z ligi włoskiej, ale zobowiązana do nieustającego wygrywania szlagierów, którym przygląda się cała planeta.

W żadnym innym europejskim potentacie bezkarność Didy nie byłaby możliwa, ale w firmie Silvio Berlusconiego mają koncepcję prowadzenia biznesu osobną. Promują klub jako przedsiębiorstwo rodzinne, w którym pracowników wpadających w tarapaty się przytula i wspiera. Piłkarzy się nie wyrzuca, umowy przedłuża się nawet z gwiazdami mocno podstarzałymi. W całej Serie A ma Milan reputację klubu, który zawodników bardzo szanuje i bardzo dobrze traktuje.

Ładne to, choć mnie intryguje, czy istnieją jakieś granice tej bezbrzeżnej miłości bliźniego. Gdyby być konsekwentnym do bólu, trzeba by przecież tym intensywniej gracza pocieszać, im gorzej mu się wiedzie. Czyli coraz większe wpadki prowadziłyby do coraz większej życzliwości wobec faceta, któremu jest coraz bardziej przykro.

Dlaczego jednak nie, jeśli przy okazji - pomimo Didy - wygrywa się Ligę Mistrzów?

Kto by pomyślał, że to właśnie we współczesnym futbolu - świecie uchodzącym za modelowy przykład krwiożerczego, pozbawionego skrupułów kapitalizmu, gdzie cel uświęca wszystkie środki - ziści się idea korporacji z ludzką twarzą.

19:30, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 21 grudnia 2007

Chyba najpowszechniejszym zarzutem wymierzonym w Ligę Mistrzów jest - obok rytualnych lamentów o komercjalizacji - teza, że grają w niej ze sobą wciąż te same drużyny, że generalnie wszystko prze ku przeraźliwie nudnej przyszłości, w której będziemy oglądać w kółko ten sam mecz. (Choć zarazem nikt nie narzeka, że Barcelona zagra w niedzielę z Realem Madryt po raz 248., a kilka godzin wcześniej odbędą się 267. derby Mediolanu.)

No to marudy dostały prezent. Arsenal z Milanem nie spotkał się w Lidze Mistrzów nigdy. A w ogóle zagrał tylko raz, w dwumeczu o Superpuchar Europy w 1995 roku.

Tym razem nie było wyboru. Kiedy obie drużyny na siebie wpadały, losowanie na moment przestało być losowaniem. Wcześniej cała sala w Nyonie ziewała z nudów, bo sekretarz generalny UEFA chyba z kwadrans tłumaczył regulaminowe niuanse. Teraz wszyscy wiedzieli, że Arsenal nie może trafić na Chelsea, bo nie może trafić na inny angielski klub. Nie może też trafić na Sevillę, bo nie może trafić na rywala, z którym grał w fazie grupowej. A poza nimi wśród niewylosowanych drużyn ostał się już tylko obrońca trofeum.

I całe szczęście. Dzięki temu czekają nas fascynujące starcia w 1/8 finału. Doświadczenie nałogowych kolekcjonerów trofeów z Milanu kontra wigor i fantazja cudownych dzieciaków z Arsenalu - same delicje, palce lizać. Dziennikarze też zacierają ręce, bo atrakcyjniejszej fabuły nie dostarczyłaby im chyba żadna inna para.

Mniej zadowoleni są zapewne - niezależnie od publicznych wypowiedzi - przedstawiciele obu klubów.

Arsenal został poniekąd „ukarany” za to, że w listopadzie trochę zlekceważył Slavię i nie zabrał do Pragi Fabregasa, Toure, Rosicky'ego oraz Hleba. Mecz zremisował i dlatego nie wygrał swojej grupy.

A Milan, gdyby przegrał rywalizację z londyńczykami, zostałby poniekąd „ukarany” za swoją filozofię nakazującą mu lekceważyć włoską Serie A, by wszystkie siły rzucać na Ligę Mistrzów, czyli rozgrywki, w których istnieje ryzyko odpadnięcia wskutek odosobnionego pechowego wieczoru. (Po ewentualnym beznadziejnym wyniku w Londynie niełatwo byłoby odrobić straty w rewanżu, a beznadziejny wynik na stadionie Arsenalu może się przytrafić każdej drużynie świata). To jest strategia ekstremalna, grożąca katastrofą po jednym fałszywym ruchu. Jeśli bowiem mediolańczycy przegrają, zostaną prawdopodobnie z pustymi rękami - mistrzostwa Włoch nie sposób zdobyć, jeśli się przez pół roku nie wygrywa meczu u siebie.

Tak czy owak szykujmy się na wyśmienite hity. To mogą być - biorąc pod uwagę styl gry Arsenalu i pasję Milanu do wielkich spektakli - najpiękniejsze i najbardziej porywające mecze całej tegorocznej Ligi Mistrzów.

19:17, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
środa, 19 grudnia 2007

lZ pomysłem, by za transfer wybitnego piłkarza zapłacili kibice, mógł wystrzelić tylko prezes Milanu Slvio Berlusconi. Łapczywy, obracający w palcach każde euro biznesmen, a zarazem wielki innowator, który propagował likwidację limitów na obcokrajowców w zespołach klubowych, zbudował na odludziu drugi dom dla zawodników (Milanello), inspirował zaprzegnięcie nauki i hi-tech (MilanLab) etc.

„Mam pomysł. Zorganizujmy zrzutkę wśród fanów. W ten sposób zrobią sobie i swojemu prezesowi wspaniały prezent pod choinkę” - wypalił z właściwą mu skromnością w radiu Rtl 102,5. I dodał na zachętę, że z jego informacji wynika, iż Ronaldinho przeżywa teraz w Barcelonie bardzo ciężkie chwile.

Na apel pierwsi zareagowali mediolańscy radni. (Oczywiście nie ci, którzy trzymają z Interem.) Ogłosili, że są gotowi dobrowolnie się opodatkować - oddając tysięczną część rocznych zarobków - jeśli przykład da Berlusconi.

Z pomocą natychmiast przyszli badacze z uniwersytetu Navarry, którzy sobie tylko znanymi metodami szacują rynkową cenę piłkarzy, biorąc pod uwagę ich umiejętności, wiek, aktualny zarobki, długość kontraktu, sytuację w klubie oraz wartość marketingową nazwiska. Ronaldinho ponoć nie kosztuje już 80 mln, lecz 66 mln euro.

I tyle jednak uzbierać nie byłoby łatwo. Berlusconi w zeszłym roku zarobił - przynajmniej oficjalnie - 28,03 mln euro. Promil jego dochodu nie dałby nawet 30 tys. euro, czyli nie starczyłby nawet na tygodniówkę Brazylijczyka. A kibice? Milan ma ich miliony, ale załóżmy, że w zbiórce bierze udział robi 80 tys. tych, którzy wypełniają San Siro na największych szlagierach. Każdy musiałby wyłożyć, bagatela, 825 euro.

A przecież żaden nie miałby pewności, czy za rok lub dwa Ronaldinho znów nie zechce zmienić klubu. Za okaz lojalności przestali go już uważać najbardziej bezkrytyczni kibice... Sprzedać Brazylijczyka mógłby też zechcieć Milan. I gdyby właściciel Chelsea zaoferował, powiedzmy, 100 mln, kto miałby podjąć decyzję o transferze? Czy klub miałby moralny obowiązek przeprowadzić sondaż wśród kibiców?

Możemy się pobawić i poteoretyzować, ale dla mnie całe to wokółronaldiniowe rozdzielanie włosa na czworo przez obrzydliwie bogatego Berlusconiego jest chyba najmocniejszym dotąd sygnałem, że era transferowych rekordów minęła. Jeszcze niedawno ewentualne 66 mln - myślę, że za tyle Barca rzeczywiście by swój skarb oddała - za ledwie 27-letnią megagwiazdę (przede wszystkim pod względem marketingowym) byłoby kwotą absolutnie do przyjęcia.

Zidane, gdy Turyn zamieniał na Madryt, był dwa lata starszy. Ale to było dawno, dawno temu. W ostatnich pięciu sezonach chyba tylko za Szewczenkę i Rooneya trzeba było zapłacić cenę zbliżoną do rekordów wszech czasów.

Teraz na placu gry zostali najpewniej już tylko Abramowicz i Berlusconi. Kibice nowego rekordu raczej nie ustanowią.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
wtorek, 18 grudnia 2007

Odkąd FIFA odebrała selekcjonerom i kapitanom reprezentacji pełną wolność, zawężając pole wyboru najlepszego piłkarza roku na świecie do narzuconej odgórnie listy nominowanych, przedstawiciele egzotycznych państewek nie głosują już na egzotycznych piłkarzy, o których słyszano tylko w egzotycznych państewkach. (W procederze swój udział miał - jako trener Syrii - Janusz Wójcik.) Wnikliwsza analiza rozkładu głosów wciąż jest jednak frapująca.

Oto przyznający „polskie” punkty Leo Beenhakker, który jak wszyscy wskazał trzy nazwiska, nie znalazł na podium miejsca ani dla ostatecznego zwycięzcy Kaki, ani dla wicelidera plebiscytu FIFA Leo Messiego.

Jego werdykt zaskakuje tym bardziej, że jurorzy typowali wyjątkowo jednomyślnie i wspomniany duet zebrał więcej punktów niż cała reszta stawki razem wzięta. Beenhakker był jedynym obok Bułgara Penewa selekcjonerem z Europy, który pominął obu zwycięzców. I jednym z 12 trenerów z całego świata - pomijam tu Dungę, bo on nie mógł głosować na swoich "Canarinhos".

Oryginalnego wyboru dokonali opiekunowe drużyn narodowych z: Antiguy i Barbudy, Komorów, Wysp Cooka, Dominiki, Kenii, Malediwów, Nigru, Pakistanu, Tunezji, Wysp Św. Tomasza i Książęcej oraz Wysp Turks i Caicos. Niezłe towarzystwo, co? (Błagam, nie krzyżujcie mnie, gdybym coś pokręcił w tej ostatniej nazwie, ale mapę świata na pamięć znałem ostatnio w podstawówce. A poza tym, jeśli oni mają głos, to dlaczego nie oddać go trenerowi i kapitanowi Milanu Milanówek? Nazwa brzmi bardziej serio, a i drużyna pewnie nie gorsza.)

Co ciekawe, nasz Leo drugą pozycję oddał Thierry’emu Henry’emu, moim zdaniem najbardziej przecenionemu w plebiscycie. Francuz zajął wysokie, ósme miejsce, choć wiosną w Arsenalu głównie się leczył, a jesienią w Barcelonie nie odzyskał dawnej formy i zabójczej skuteczności. To był jego najgorszy rok od... sam już pewnie nie pamięta, od kiedy.

PS Od siebie dodam, że gdybym mógł głosować, to bym w geście protestu nie zagłosował i dokonał spektakularnego samospalenia pod siedzibą FIFA w Zurychu. Musieli się nagłowić mędrcy, by pośród 30 nominowanych nie zmieścić Zlatana Ibrahimovicia, który zasłużył, by walczyć o podium!

23:25, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 grudnia 2007

lZarobki Fabia Capella, ze wszystkimi premiami mogące sięgnąć nawet sześciu milionów funtów, wywołały na Wyspach niemałe kontrowersje, ale jeden z szefów angielskiej federacji spokojnie odparł ataki, stwierdzając, że byłby w stanie nowemu selekcjonerowi reprezentacji zaoferować dowolną kwotę, bowiem przyszłoroczne przychody jego organizacji szacuje na miliard funtów. Czyli budżet Football Association nawet łączonej gaży Kaki oraz Ibrahimovicia (najlepiej obecnie opłacanych graczy globu) niemal by nie poczuł.

Niewykluczone, że nieostrożne słowa Briana Barwicka osłabią pozycję negocjacyjną FA w rozmowach z następcą Capella (skoro można zażądać dowolnej kwoty...). Wiele jednak nie napsują, bo od kilku tygodni wiadomo, że wyspiarzy można naciągnąć na każdą pensję. Najobficiej opłacanym obok Capello trenerem świata jest przecież Juande Ramos. Fachowiec nie byle jaki, w Sevilli czynił cuda, ale teraz najął go klub bliższy strefy spadkowej niż awansu do europejskich pucharów. Wyobrażacie sobie, że w drużynie o statusie Tottenhamu - mimo aspiracji londyńczyków - gra piłkarz o najwyższych zarobkach na całej planecie? (Tak, wiem, Beckham w LA zarabia nieźle, ale w mojej jaźni dla całego tego amerykańskiego cyrku miejsca nie ma.)

Oto czołowa dziesiątka trenerskich krezusów (podstawowa pensja, bez premii):

1. Fabio Capello – 6,2 mln euro

2. Juande Ramos - 6 mln

3. Roberto Mancini - 5 mln

4. Carlo Ancelotti - 4,5 mln

5. Alex Ferguson - 4 mln

6. Bernd Schuster - 4 mln

7. Arsene Wenger - 4 mln

8. Rafael Benitez - 3,5 mln

9. Sven Goran Eriksson - 3 mln

10. Frank Rijkaard - 3 mln

Czub klasyfikacji byłby jeszcze bardziej zaskakujący, gdyby wziąć pod uwagę Jose Mourinho. Portugalczyk jest obecnie bezrobotny, ale nie stracił ani eurocenta ze swoich 7,5 mln euro rocznej gaży. To on jest symbolem ery, w której najwybitniejsi szkoleniowcy doścignęli na liście płac gwiazdy boiska. W pełnej wielkich piłkarskich osobowości Chelsea długo - przed podwyżkami dla Terry’ego i Lamparda oraz transferami Szewczenki i Ballacka - zarabiał zdecydowanie najwięcej.

Ekstrawagancja? Właściciele Tottenhamów i innych Manchesterów City poupadali na głowy? Odważnie odpowiedziałbym na własne pytania, gdyby mojego spojrzenia na kwestię wynagrodzeń w sporcie nie zaburzył sułtan Brunei. On płaci dwa miliony euro rocznie swojemu nauczycielowi badmintona.

PS Dopiero co napisałem w felietonie do dzisiejszej "Gazety Sport" , że z niecierpliwością wyczekuję słownych potyczek Capella z nowymi znajomymi, którzy są przeświadczeni o nieśmiertelnej wielkości angielskiej filozofii futbolu, a Don Fabio zdążył już w swoim stylu skwitować niedzielne szlagiery Premier League (niniejszy akapit wziąłem z "Guardiana", wytłuszczenie moje):

"Though his 4½-year contract does not come into force until January 7, the Italian said that he effectively began yesterday, when he watched Arsenal beat Chelsea and Manchester United win at Liverpool. Those matches were high on speed and energy, but short on technique and tactical intelligence. When asked if a tendency to play with the heart rather than the brain has been one of the reasons for England's failure at recent tournaments, Capello smiled before breaking back into English to chirp: "Good question!" He then reverted back to Italian to say, "that is something I will work on."

23:37, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 16 grudnia 2007

Pilnie śledzę skład Interu Mediolan, ponieważ w felietonie przed startem Ligi Mistrzów prorokowałem, że jako pierwszy czołowy europejski klub wystawi jedenastkę bez Europejczyków, i teraz chcę się pochwalić swoją przenikliwością, kiedy do tego wreszcie dojdzie. (Projekty w typie wszechbrazylijskiej Pogoni pomijam, bo nie interesują mnie kuriozalne idee fixe, lecz normalne drużyny, do których kaperuje się możliwie najlepszych graczy. Zresztą w Szczecinie zawsze grał jakiś Europejczyk - Pesković lub Fabiniak.) Dzisiaj mediolańczycy zaczęli ligowy mecz z Cagliari w składzie:

Bramkarz: Julio Cesar (Brazylia).

Obrona: Maicon (Brazylia), Cordoba (Kolumbia), Samuel (Argentyna), Maxwell (Brazylia).

Pomoc: Zanetti (Argentyna), Cambiasso (Argentyna), Chivu (Rumunia).

Atak: Suazo (Honduras), Crespo (Argentyna), Cruz (Argentyna).

Gołym okiem widać, że od przejścia do historii dzieliło Inter jedno nazwisko - Rumuna Chivu. Dlatego nie wracałbym przedwcześnie do tematu, gdybym nie przypomniał mi się poranny finał klubowych mistrzostw świata między Milanem i Boca Juniors. Argentyńczycy przegrali zasłużenie, ale na pewno nie wyglądali na postaci z innej - mniej kolorowej - bajki, przez niemal godzinę tocząc wyrównany bój ze zwycięzcą Ligi Mistrzów.

Nie wyglądali na piłkarzy słabszych pod każdym względem, choć logika nakazywałaby oczekiwać, że wyglądali będą. Podobnie zresztą jak gracze ze wszystkich innych klubów z Ameryki Południowej w starciach z europejskimi rywalami. Ich najjaśniejsze gwiazdy emigrują na Stary Kontynent od zawsze, ale dopiero stosunkowo niedawno masowo emigrować jęły także gwiazdy nienajjaśniejsze, mniej jasne i mieniące się blaskiem raczej bladym. W Europie grają już nie setki, lecz tysiące Latynosów - zwłaszcza z Argentyny i Brazylii.

Taki odpływ krwi powinien odbić się na poziomie gry tamtejszych klubów, tymczasem dwie poprzednie edycje klubowych mistrzostw świata wygrali właśnie południowi Amerykanie - brazylijskie Sao Paulo oraz Internacional Porto Alegre pokonały odpowiednio Liverpool i Barcelonę. Wyobrażacie sobie, kto grałby w polskiej pierwszej lidze, gdyby znienacka opuściło ją 1000 najlepszych zawodników?

Ja sobie wolę nie wyobrażać. Lepiej zachwycać się kunsztowną techniką Argentyńczyków z Boca Juniors, którzy bimbają sobie z teorii, że każda populacja dysponuje ograniczonym odsetkiem ludzi utalentowanych sportowo. I proponują własną: wylosuj spośród nas dowolną jedenastkę, a będziesz miał świetną drużynę.

PS. Chętnym proponuję na forum zabawę w zestawianie jedenastek marzeń, które mogłyby wystąpić w meczu Europa - Ameryka Łacińska, gdyby ktoś taki mecz zorganizował. Tylko nie proponujcie doboru losowego :-)  A poniżej macie dowód, że dryblerska fantazja Latynosów nie zna granic. Ciekawe tylko, czy wynalazek Kerlona zadziała w Europie...

22:46, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
sobota, 15 grudnia 2007

Sam tej wróżby nie wymyśliłem, zobaczyłem ją przed chwilą w oczach ślęczącego na ławce rezerwowych Ronaldinho, który nie podrywał się z entuzjazmem po golach strzelanych Valencii przez jego kolegów. Bo niby co miał celebrować? Kolejne dowody, że jest katalońskiej potędze zbędny? Rolę zmienników musiało już ścierpieć wielu wybitnych piłkarzy, ale jego - dopiero co obwoływanego najlepszym graczem globu - boli pewnie specjalnie.

A tuż przed przerwą, kiedy kontuzji doznał Leo Messi, trener Frank Rijkaard zareagował tak, jakby chciał Ronaldinho ostatecznie poniżyć. Pchnął na boisko młokosa Giovaniego dos Santosa.

Nie są to dobre wieści dla Realu Madryt. Jego bramkarz Iker Casillas, który ogłaszał niedawno, że Katalończycy weszli w erę galaktyczną, ewidentnie się pomylił. Dzielił się swoją refleksją z niejaką satysfakcją, bo dla niego przymiotnik „galaktyczny” - zrodzony z podziwu dla gwiazd hurtowo skupowanych kilka lat temu przez madryckiego potentata - ma wydźwięk szyderczy. W stolicy Hiszpanii „galaktyczne” święte krowy zepchnęły sport na dalszy plan, niezależne od formy miejsce w drużynie gwarantowały im względy marketingowe, nietykalności nie odbierała żadna klęska.

I Real - zarabiając gigantyczne pieniądze - odcierpiał najdłuższy okres porażek w dziejach klubu.

Barcelona na miano „galaktycznej” zasługuje na razie z jednego względu - rzeczywiście kolekcjonuje fantastycznych piłkarzy, i to w każdej formacji, po raz pierwszy od lat nie rażąc nierównowagą obrony i ataku. Prowadzi wzorową politykę transferową, luki w składzie - jeśli w ogóle wypada używać takiego terminu - uzupełnia graczami nie zawsze błyszczącymi w telewizyjnych reklamówkach, ale zawsze świetnymi (Abidal, Milito, Yaya Toure, Gudjohnsen etc). Ewentualnie - cudownymi dziećmi własnej receptury (Iniesta, dos Santos, Krkić). Gdyby jakoś skwantyfikować i policzyć futbolowy talent w najpotężniejszych europejskich klubach, okazałaby się pewnie murowanym faworytem Ligi Mistrzów.

Cała reszta z osławioną madrycką „galaktycznością” nie ma dużo wspólnego. Na nic złość sponsorów, trener Rijkaard pozostaje nieugięty i marketingowy skarb Barcelony - Ronaldinho - zsyła na ławkę rezerwowych.

Na tydzień przed batalią z Realem Madryt mogliby zatem być kibice z Katalonii absolutnie pewni siebie, gdyby nie jeden drobiazg - rywale, choć mniej pośród nich pełnokrwistych piłkarskich osobowości, wydają się grupą bardziej zwartą, zdeterminowaną, głodną triumfów. Czyli również nie mającą kompletnie nic wspólnego z erą galaktyczną.

I całe szczęście - przed starciem hiszpańskich potęg znów nie wskazać faworyta. Można za to spodziewać się spektaklu na poziomie tego z wiosny:

23:41, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
piątek, 14 grudnia 2007

l 

Władze Ekstraklasy nałożyły na polski klub, nie po raz pierwszy w bieżącym sezonie, grzywnę za rasistowskie zachowanie kibiców, wyrażające się tym razem imitującym małpie odgłosy pohukiwaniem, które rozbrzmiewało, gdy przy piłce był czarnoskóry zawodnik drużyny gości.

To nie jest na szczęście stały obyczaj na naszych stadionach. Incydent ów przywołuję, bowiem przez dyskusję - bardzo interesującą - na forum po moim wpisie o pewnej fladze przewijało się rozstrząsanie, czy ludzie, którzy ją wywiesili, mają poglądy neonazistowskie, czy jednak nie mają. I czy my - bezstronni obserwatorzy - nie powinniśmy przed potępieniem ich sprawdzić, jakie przy eksponowaniu liczby „88” przyświecały im intencje, czy czasem nie ironizują lub nie próbują nas nauczyć poczucia humoru.

Dlatego teraz, przy okazji epizodu rasistowskiego, od razu zaznaczam: nie obchodzi mnie, czy pohukujący są rasistami. Co więcej, przypuszczam, że rasistami nie są. Chcą zapewne „tylko” w ohydny sposób zdeprymować przeciwnika.

Tyle że przepisy UEFA - i, moim zdaniem, elementarne poczucie przyzwoitości - nakazuje zakazywać nie tyle pewnych poglądów (ich nie sposób sprawdzić), co gestów. Niech sobie każdy myśli, co chce, obowiązkowego prania mózgów demokracja nie przewiduje. Ale ktoś, kto z powodów praktycznych - np. chęci uprzykrzania życia rywalowi - zachowuje się jak rasista, ukarany być powinien. Nawet jeśli rasistą nie jest. (Odsyłam do felietonu sprzed lat, w którym rzuciłem pomysł, jak sobie z tym problemem radzić.)

Z przekonania, że najważniejsze są intencje, wzięła się popularność innego chwytu polemicznego adwersarzy, czyli czytelników oburzonych moim oburzeniem flagą z dwiema ósemkami (już niekoniecznie debatujących akurat na moim blogu). Usiłują oni zredukować problem do absurdu, proponując alternatywne symbole lub napisy, które mogłyby ukłuć takich nadwrażliwców jak ja (np. „43 minuta drugiej połowy”), lub pytając, czy należy również zakazać rozgrywania 88. minuty meczu, numeru 88 na koszulkach etc. Taka metoda uniemożliwia rozsądną debatę, bo przy jej pomocy można uczynić niedorzeczną każdą tezę, nawet nie wywołującą kontrowersji (szlaban na swastykę nie oznacza przecież, że trzeba tropić każdy przedmiot lub np. układ ulic, w który dałoby się swastykę wrysować).

Dlatego swoją konkluzję chciałbym wyprowadzić z minimum, co do którego - mam nadzieję - się zgadzamy: istnieją symbole niepożądane, których na stadionach nie chcemy. A jeśli tak, to ktoś musi decydować, czy dany transparent można wywiesić.

Przekonaliśmy się już, że nie warto dokonywać interpretacji podczas meczu. Najgłośniejszy był incydent z meczu Legia - Jagiellonia, bowiem nadgorliwość delegata PZPN doprowadziła do niepotrzebnego przerwania gry. A pomyłek zdarza się więcej. Sam wiem, że inny przedstawiciel związku kazał niedawno zdjąć z trybun Cracovii flagę bez żadnych żadnych podejrzanych treści, bowiem miała napis po łacinie, a on łaciny nie znał.

Innymi słowy, mój - i, na szczęście, również piłkarskich władz - postulat, by transparenty wcześniej zgłaszać do akceptacji, może w pewnym sensie bronić kibiców przed niekompetencją delegatów. Po zmianie regulaminu nie będą naprędce analizować w trakcie gry każdej flagi, lecz każą zdjąć wyłącznie te, które nie zostały dopuszczone. Nawet jeśli będzie na nich Pies Pluto wyszczekujący serenadę pod balkonem królowej Elżbiety.

Dlatego nie pojmuję, czemu taki opór wśród czytelników wzbudza idea przepisu o zatwierdzaniu transparentów. Opór kiboli przyjmuję ze zrozumieniem, oni by chcieli ocalić te swoje „pozdrowienia do więzienia” i inne wierszydła. Ale normalni kibice?

A wszystkich apelujących ironicznie o usunięcie „88” z koszulek zachęcam do przeczytania historii tureckim prawniku, który żąda walkowera dla Fenerbahce w meczu Ligi Mistrzów z Interem, zarzucając mediolańczykom, że obrazili muzułmanów, bowiem założyli koszulki kojarzące mu się z zakonem Templariuszy.

Powiem szczerze: jego nawet rozumiem. Pewnie nie może przeżyć porażki 0:3, więc desperacko szuka jakiegokolwiek sposobu, by odwrócić losy meczu :-)

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (98) »
czwartek, 13 grudnia 2007

l 

W studiu programu TVP podsumowującego wieczór Ligi Mistrzów czas pędzi jak oszalały, więc nie zdążyłem szczegółowo wyłożyć Jackowi Kurowskiemu wszystkich powodów, dla których na jego pytanie o największą gwiazdę jesieni w tych rozgrywkach odpowiedziałem wymijająco. Na szczęście blogowanie daje możliwości nieograniczone.

A zatem - jak powiedziałby mój ulubiony Adaś Miauczyński - dowyjaśniam.

Początkowo miałem trzy kandydatury - Leo Messiego, Cesca Fabregasa oraz Cristiano Ronaldo. W tej kolejności. Wszyscy bardzo młodo - z różnych przyczyn - zostali liderami słynnych drużyn, które grają pod potworną presją, niejako zobowiązane do zwyciężania zawsze i wszędzie. I olśniewał zwłaszcza Messi, pozwalając fanom Barcelony zapomnieć o rozmaitych perturbacjach trójki megagwiazd - Ronaldinho, Henry'ego oraz Eto'o.

Niestety, żaden z moich faworytów nie wytrwał do ostatniej kolejki. Nie z własnej winy, lecz głównie wskutek swej fantastycznej gry (wyjąwszy kontuzję Fabregasa), która dała błyskawiczny klubowi awans do następnej rundy i pozwoliła trenerom najcenniejsze skarby odsunąć na trybuny, by oszczędzić je na ważniejsze wyzwania.

A ja chciałem znaleźć bohatera wszystkich, co do jednej, kolejek Champions League.

Znalazłem trzech. Ruuda van Nistelrooya, Raula Gonzaleza, Robinho. (Dlatego nazywam swoją odpowiedź wymijającą.)

Ci znakomici atakujący unieważnili zatrzęsienie błędów w defensywie popełnionych przez Real Madryt, którzy jako jedyni wygrali swoją grupę tracąc aż dziewięć bramek. I właśnie dlatego kanonada moich wybrańców musiała trwać po ostatnie tchnienie Ligi Mistrzów tego roku.

Sami strzelili 11 goli. Dwa pozostałe - Balboy oraz Baptisty - padły po podaniach Robinho. Czyli razem wzięci przyłożyli stopy do wszystkich zakończonych powodzeniem natarć „Królewskich”. Takiego tercetu nie miała żadna inna drużyna.

Trafienia van Nistelrooya nie zaskakują, on prawie nigdy nie ustawał w parciu po snajperskie rekordy.

Raul Gonzalez był jedną z ofiar madryckiej ery galaktycznej. Został niemal skreślony, w wieku 28 lat uznano go za gracza wypalonego i - jak się okazało dzięki kolumniście dziennika „Marca” Fabio Capello - zbędnego, bo Real planował go sprzedać. Teraz Raul uzbierał już 11 bramek, najwięcej od pięciu sezonów, i wrócił do najściślejszej elity europejskich gwiazd. W gazetach opowiada, że ocaliło go spanie pod namiotem tlenowym (samemu, bez kobiety, czyli niegrającym w LM nie polecamy), a trener reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones podczas lektury wywiadów pewnie się serio zastanawia, czy wypada mu nie zabrać Raula na Euro 2008.

Wreszcie Robinho. Wymachiwał stopami nad piłką z coraz lepszym skutkiem i jak po Romario przyszedł Ronaldo, po Ronaldo - Ronaldinho, a po Ronaldinho - Kaka, tak po Kace może nadejść era Robinho. Trener dał mu pełną wolność na boisku, a ten, niespętany sztywnymi wytycznymi, rozrabia na obu flankach i w środku pola - zupełnie jak w brazylijskiej kadrze, w której cieszy się już estymą większą nawet niż Kaka i Ronaldinho.

To miała być jesień barcelońskiej „Fantastycznej czwórki”. Messi, Henry, Ronaldinho oraz Eto'o razem jednak nie zagrali.

A nieopodal, w Madrycie, niespodziewanie rozbłysła fantastyczna trójka. Nawet jeśli najpiękniejszego gola jesieni strzelił Zlatan Ibrahimović, który też grał jesienią świetnie i ma wszelkie dane, by zostać bohaterem wiosny:

PS. Gdyby ktoś miał ochotę, to pisałem swego czasu o niektórych wyżej wymienionych: Raulu Gonzalezie (”Geniusz bez właściwości”), Leo Messim (”Żółtodziób”), Cristiano Ronaldo (”Taki król to skarb”) oraz Fabregasie (”Dziecko bez skazy”).

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
Archiwum
Tagi