RSS
niedziela, 17 lutego 2008

Jacek Krzynówek 

Gdyby ktoś miał wątpliwości: nie zamierzam urządzać sobie polemicznych igrzysk z zaprzyjaźnionym blogerem Michałem Polem, który w imię narodowego interesu nawoływał, by Wisła zapłaciła za Jacka Krzynówka 1,5 mln euro, a potem jeszcze się przechwalał, że w Krakowie go posłuchali :) Nie zamierzam, choć awanturować się lubię - tutaj nie ma tematu, Michał ani chybi sobie z was, bywalcy naszych blogów, jaja robi. Dlatego właśnie zażartował złośliwie o tym Serginho: że niby Brazylijczyk hasa sobie do 37. roku życia na lewym skrzydle Milanu, choć wcale nie hasa, raczej co jakiś czas, rzadziutko, podfrunie, a przecież podmediolański MilanLab oferuje mu opiekę, jakiej pod Wawelem w życiu żaden piłkarz nie zaznał i nie zazna.

Ostrej polemiki zatem nie będzie, chciałbym za to zająć się dylematem, który wypłynął niejako przy okazji: czy mianowicie warto - z punktu widzenia tzw. interesu polskiej piłki - by główny kandydat na mistrza Polski poświęcał się w sensie ekonomicznym dla ratowania reprezentacji, by wykupował piłkarza z Wolfsburga za wszelką cenę, byle mu ułatwić przygotowania do Euro 2008. (Pomijam tutaj drobiazg, że kadra Beenhakkera na jednym Krzynówku nie wisi, że w przeciwnym razie naród holenderskiego selekcjonera nie sławiłby jako mesjasza niemal. Pomijam, że najłatwiej wydawać we właściwy sposób cudzą kasę. Pomijam, by prędko przeć do meritum).

Moja odpowiedź na własne pytanie brzmi: nie. Kategoryczne „nie” dla jakiejkolwiek złotówki wydanej przez Wisłę pochopnie, bez obracania jej w palcach podczas długich i głębokich przemyśleń. Oburzone „nie” dla proponowanego przez Michała 1,5 mln euro za weterana, choćby klasowego.

Stanowcza teza wyrasta na przekonaniu, że to od powodzenia projektu krakowskiego - ewentualnie warszawskiego (Legia) lub każdego innego związanego z myśleniem o międzynarodowych sukcesach - zależy przyszłość polskiej piłki.

Że Beenhakker sobie jak zwykle poradzi, że forma Krzynówka nie jest sprawą życia i śmierci, że na ciut słabiej przygotowanego Krzynówka może Holender zaradzić swoim talentem zamieniania w piłkarzy pełną gebą (przynajmniej w kadrze) ligowych szaraków. A Wisła źle wydanej kasy nie dostanie z powrotem i nie będzie mogła spożytkować jej inaczej.

Że już teraz jesteśmy sto lat za regionalnymi krewniakami, czyli Czechami, Ukraińcami i jeszcze innymi Rumunami, że z każdym rokiem bez Ligi Mistrzów Europa będzie nam uciekać w sprinterskim tempie, a przecież już dziś konkurencji nie widać, bo schowała się gdzieś hen, za horyzontem. Że możliwie rychłe wejście do pucharowej elity to dla nas prawdziwa sprawa życia i śmierci.

Że ewentualny awans do Champions League - wiem, dziś wciąż mało realny, ale walczyć trzeba - jest niezbędny także dla zachęcenia średniawych choćby obcokrajowców z aspiracjami do podpisywania kontraktów w naszej lidze.

Że krakowianie znów przeżywają lepsze chwile, więc zmarnować ich nie wolno, więc carpe diem, wiślacy, by nie wróciły czasy wszechgarniającej depresji, znaczone choatyczną polityką transferową i wariackim zwalnianiem trenerów.

Wisła robi porządki i usiłuje zlikwidować np. balast w postaci kontraktu z wiecznie chorym Dawidowskim? Świetny ruch, lepiej późno niż wcale. Wisła nie zadowala się rzekomym snajperskim talentem Brożka (ja już wiarę w niego straciłem) i ściąga Matusiaka? Świetnie, lepiej późno niż wcale. Wisła kolekcjonuje ligowe gwiazdki, kaperując Łobodzińskiego za okazyjną cenę? Świetnie, prosimy o więcej, na eliminacje Ligi Mistrzów trzeba szerokiej kadry i bogatego zaplecza dla podstawowej jedenastki.

Jednego tylko posunięcia Wisły nie rozumiem: rezygnacji z Kosowskiego, w rundzie jesiennej lidera drużyny pełną gębą. A w jeszcze większą dezorientację wpędziłaby mnie, gdyby teraz wykrwawiła się finansowo na piłkarza starszego, pretendującego do podobnej roli na boisku. Krzynówek, owszem, zdaje się potencjalnie wzmocnieniem każdego polskiego klubu. Będzie nim jednak pod jednym warunkiem: jeśli kontrahenta będzie na niego stać, jeśli jego zatrudnienie nie wyczyści budżetu po ostatnią monetę i nie wykluczy następnych transferów, bezdyskusyjnie potrzebnych do walki o Ligę Mistrzów.

Dlatego szarp się Wisło, o Krzynówka, ale pod żadnym pozorem nie bierz go za wszelkę cenę!

21:58, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
sobota, 16 lutego 2008

Ronaldo. Fot. PIER PAOLO CITO AP 

W czwartkowym wpisie poświęconym najwybitniejszemu napastnikowi naszych czasów, wpisie w pewnym sensie pożegnalnym, dociekałem najrozmaitszych przyczyn jego notorycznych kontuzji i rzuciłem m.in. retoryczne pytanie, czy Ronaldo nie zaszkodziła aby farmakologia aplikowana mu, by przyśpieszyć dochodzenie do zdrowia po kolejnych. Bernardino Santi, koordynator jednej z komórek antydopingowych brazylijskiej federacji piłkarskiej nie pytał, lecz rzucił poważne oskarżenie.

W wywiadzie dla dziennika „Folha” powiedział: Rozmawiałem z holenderskimi kolegami lekarzami, którzy dobrze znają się z medycznym personelem PSV Eindhoven (gwiazdor rozpoczął tam karierę w Europie, przyjechał do Holandii na długo przed osiągnięciem pełnoletności - przyp. rs). I wiem, że Ronaldo, który miał wtedy wątłą budowę ciała, był faszerowany sterydami anabolicznymi, przez co jego muskulatura nienaturalnie się rozrosła. Anaboliki wyrządziły mu szczególną szkodę dlatego, że przyjmował je jako nastolatek. Stymulował szybki rozwój mięśni, zanim dojrzał i zanim jego organizm - zwłaszcza kostna struktura kolan - był na to gotowy. Najpierw nastąpił wzrost, potem przyszła degradacja. Rachunek za używanie sterydów płaci się z opóźnieniem, po 10, 15, a czasem nawet 20 latach. Jestem przekonany, że tamten proceder jest odpowiedzialny za jego urazy. I na dobrą sprawę nie mówię nic nowego, przecież dekadę temu w ligach europejskich nie było wielu kontroli antydopingowych.

Jak podał serwis Globoesporte.com, Santi za swoją szczerość (insynuację?) też zapłacił. Dymisją.

A jego wypowiedź wypada doprecyzować. Otóż po dziś dzień świat futbolu nie prowadzi tak konsekwentnej walki z dopingiem jak wiele innych dyscyplin sportu, w których zawodników bada się regularnie - niekiedy znienacka - przez okrągły rok, także między zawodami, gdy przygotowują się do sezonu.

Zdaje sobie pewnie z tego sprawę inny Brazylijczyk - Socrates, niegdyś wybitny piłkarz a dziś znawca medycyny sportowej, który wypowiada się mniej bezpośrednio, woli generalnie krytykować nadmierne eksploatowanie zdolnych zawodników, lecz jego refleksja o casusie Ronaldo wielu wątpliwości nie pozostawia: Między jego masą mięśniową a wytrzymałością więzadeł jest spora dysproporcja. Wszyscy widzieliśmy, że na początku kariery rósł zbyt szybko. To na zawsze zrujnowało kolana.

Oskarżenia Brazylijczyków ani ich rodakowi już nie pomogą, ani wielkiego efektu - poza chwilowym fermentem w mediach - nie wywołają, lecz warto o nich pamiętać, gdy będziemy znów podziwiać kruche cudowne dzieci, które z dnia na dzień zamienią się w nabitych muskulaturą mężczyzn. Albo kontuzjowane gwiazdy wracające na boisko po dwóch tygodniach, choć lekarze wróżyli im co najmniej miesięczną rehabilitację…

01:48, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
piątek, 15 lutego 2008

Leo Beenhakker, Fot. Lukasz Cynalewski

Iluminację przeżyłem, przetrawiając decyzję irlandzkiej federacji piłkarskiej o powierzeniu reprezentacji kraju Giovanniemu Trapattoniemu. Pewnie zresztą i ten news by mnie nie oświecił, gdyby wcześniej Anglicy nie przełknęli swojej dumy ojców futbolu i kadry narodowej nie oddali w ręce Fabia Capella. Niby sprawa jest oczywista, niby jest jasna jak przyszłość polskiego futbolu pod rozumnym panowaniem Michała Listkiewicza, ale ja bez włoskiej inwazji na Wyspy Brytyjskie bym jej banalności nie dostrzegł.

Czyż FIFA nie zachowuje się nadzwyczaj niekonsekwentnie, zezwalając Leo Beenhakkerowi mknąć z polskimi piłkarzami na Euro 2008?

Futbol dzieli się na dwa światy - w jednym zniesiono już wszelkie granice między państwami, w drugim ściśle wytyczonych barier restrykcyjnie chronimy. Kluby przeobraziły się w kosmopolityczne korporacje z zagranicznymi piłkarzami, trenerami, masażystami, właścicielami etc. Reprezentacje narodowe rekrutują graczy wyłącznie spośród obywateli swojego kraju, więc jeśli nawet kogoś chcą importować, muszą go namówić do przyjęcia nowego paszportu. Kandydat na Polaka może po polsku mówić kiepsko lub nie mówić wcale, może mieszkać za granicą i nie znać hymnu, może nie znosić bigosu i nie pić wódki, ale bez papieru grać pod flagą biało-czerwoną nie da rady.

Dlaczego ta zasada nie obejmuje trenerów? Dlaczego narażamy Włochów na porażkę w eliminacjach do następnego mundialu z prowadzonymi przez ich rodaka Irlandczykami? Dlaczego narażamy ich na porażkę w ćwierćfinale tego mundialu z prowadzonymi przez najwybitniejszego włoskiego trenera Anglikami? Dlaczego narażamy Brazylię na porażkę z kierowaną przez Scolariego Portugalią?

Nielogiczność postawy FIFA, ponoć desperacko broniącej narodowego charakteru reprezentacji, zdaje się ewidentna - w końcu lewy obrońca niekoniecznie wpływa na wynik meczu bardziej niż selekcjoner. Bywa, że jest wręcz przeciwnie.

Nie chcę oczywiście wzniecać rabanu ani z rewolucyjnym oburzeniem wydzwaniać do FIFA, bo na ewentualnym retuszu prawa, biorąc pod uwagę doniosłe triumfy naszej myśli szkoleniowej, zyskalibyśmy nie tak wiele. Na świętość z Dalajlamą ścigał się nie będę, moje poczucie przyzwoitości zdecydowanie ustępuje nałogowi oglądania zwycięstw reprezentacji Polski. A kibice są mi chyba w hipokryzji współbraćmi. Kiedy bowiem ryzykownie wróżyłem na tym blogu, że w przyszłości narodowe reprezentacje będą kaperować najemników ze wszystkich stron świata, komentujący wpis czytelnicy ewentualną realizację tych proroctw gremialnie i stanowczo potępili. „Wolimy kadrę przegraną, ale naszą, od zwycięskiej, ale obcej” - deklarowali.

To co robimy z tym Beenhakkerem?

00:09, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 14 lutego 2008

Ronaldo, fot. Antonio Calanni 

Epidemia pecha dotknęła kilku Brazylijczyków, którzy jeszcze niedawno uchodzili za najlepszych lub kandydatów na najlepszych na swoich pozycjach graczy globu. Ronaldinho smętnie snuje się po boisku, mecze rozpoczynając na ławce rezerwowych, a napastnik Adriano, wypożyczony przez Inter do Sao Paulo, podczas meczu ligi brazylijskiej wyrżnął w głowę przeciwnika i grozi mu wielomiesięczna dyskwalifikacja (teoretycznie, przy skrajnej surowości kary, nawet półtoraroczna).

Wszyscy oni jednak wpadli w co najwyżej przejściowe kłopoty w porównaniu z Ronaldo, który był trzykrotnie wybierany graczem roku na świecie, wygrywając plebiscyt FIFA jako najmłodszy laureat w historii. W środowy wieczór niespełna 32-letni napastnik Milanu, odrabiającego ligowe zaległości z Livorno, wszedł na boisko z ławki rezerwowych. Wytrwał trzy minuty. Murawę opuszczał zalany łzami. „Nie umiem sobie wyobrazić, co się działo w jego kolanie. Wydobył się z niego okropny hałas, nigdy wcześniej takiego nie słyszałem. A potem był jego wrzask”. To opowieść bramkarza przeciwników Marco Amelii, który stał w pobliżu Brazylijczyka, gdy ten padał  na trawę.

Werdykt lekarzy: zerwane więzadło, co najmniej dziewięć miesięcy przerwy w grze. Już dzisiaj kolanem zajmą się chirurdzy w Paryżu.

Niewykluczone jednak, że Ronaldo rozegrał właśnie ostatni mecz - pardon, ostatnie trzy minuty - w karierze. Jest i fizycznym, i psychicznym wrakiem. Kiedy niedawno wyleczył kolejną kontuzję - nikt nie zliczy, którą - długo bał się kopnąć piłkę. Lekarze przekonywali, że wyzdrowiał, że mięsień został odbudowany, lecz blokada w głowie zawodnika pozwalała mu wyłącznie na trening ogólnorozwojowy. Przerażała go perspektywa następnego urazu, prasa zaczęła szeptać, że popada w obsesję.

Gehenna zaczęła się podczas mundialu w 1998 roku. Telewizję obiegły zdjęcia, na których niepewnie, jak półprzytomny i ledwie trzymający się na nogach, wychodzi z samolotu, a potem wszczęto śledztwo, by sprawdzić, czy przed finałem rzeczywiście był niedysponowany, dlaczego miał zawroty głowy i nudności, czy do występu przymuszali go sponsorzy z firmy Nike.

Do Interu Mediolan wrócił z naruszonym więzadłem (wówczas w prawym kolanie). Mówiło się o operacji, ale zanim do niej doszło, Ronaldo więzadło naderwał. W listopadowym meczu z Lecce.

Wrócił następnej wiosny, po długiej rehabilitacji. W kwietniowym spotkaniu z Lazio przetrwał jednak sześć minut. Nie wytrzymało operowane więzadło. - Poczułem ten sam ból, co osiem lat temu w Rzymie. Identyczny - wspominał w środowy wieczór.

Leczył się 14 miesięcy. W 2001 roku zdążył zagrać parę meczów, ale znów nękały go pomniejsze urazy. We wrześniu naciągnął mięsień dwugłowy prawego uda. Wykurował się, zagrał w listopadzie z Lecce. Po kilku minutach biegania zerwał ten sam mięsień, tyle że w lewym udzie.

Właściciel Interu Massimo Moratti zadbał, by Ronaldo przygotował się na mistrzostwa świata w Japonii i Korei. Nie popędzał go, ostrożnie szafował jego siłami nawet po wyleczeniu kontuzji. I na mundialu Brazylijczyk znów był supergwiazdą. Został królem strzelców, kilka miesięcy potem po raz trzeci zwyciężył w plebiscycie FIFA na najwybitniejszego piłkarza świata. (Oba mediolańskie kluby są bardzo lojalne wobec piłkarzy, nigdy nie zostawiają ich w potrzebie. Teraz też Ronaldo będzie miał gorące wsparcie, właściciel klubu Silvio Berlusconi przysiągł już, że Brazylijczyk założy jeszcze czerwono-czarną koszulkę. Kiedy przed kilkoma laty Milan płacił przez dwa sezony wysoką pensję Redondo, który połamał się natychmiast po jego podpisaniu i właściwie nigdy na dobre się nie wyleczył, Argentyńczyk czuł się niezręcznie, wręcz nie chciał przyjmować pieniędzy).

Po MŚ świata Ronaldo zbiegł do Realu Madryt (sprzedaż koszulek z jego nazwiskiem natychmiast przebiła rekord wszech czasów), gdzie też notorycznie borykał się z kontuzjami. Najpierw niegroźnymi, z czasem coraz poważniejszymi. A poza boiskiem nie prowadził się dobrze, znacznie przytył.

W styczniu ubiegłego roku wrócił do Mediolanu. Miał się odbudować dzięki wsparciu MilanLabu, najsłynniejszego medycznego laboratorium w świecie futbolu, którego tajemnice są pilnie skrywane i które zamieniło piłkarzy z San Siro w nieśmiertelnych (w ostatnim meczu ligowym średnia wieku drużyny sięgnęła 33 lat). Jak zwykle jednak nie wytrzymało - już w lutym, również w meczu z Livorno! - więzadło. Boisko Ronaldo opuszczał na noszach, jeszcze przed ostatnim gwizdkiem leżał w szpitalu.

Od tamtego czasu wciąż walczył sam z sobą. W minionym sezonie ustrzelił siedem goli w 14 meczach, w tym wpadał na boisko dosłownie na chwilę, by zaraz wrócić między medyków Milanu.

Czy przesadnie wyeksploatował organizm na starcie kariery, kiedy już jako nastolatek szalał w mocnych ligach europejskich? Czy jego wrażliwych ścięgien i mięśni nie podniszczyła farmakologia, która pozwala choremu zawodnikowi nadspodziewanie szybko stanąć na nogi, lecz grozi poważnymi konsekwencjami na dłuższym dystansie? Czy Ronaldo samo sobie dodatkowo nie zaszkodził, gdy w Madrycie objadał się hamburgerami zapijanymi colą, zaniedbując i tak zrujnowany organizm? Czy w ostatnich miesiącach (latach?) jego fizycznej słabości nie wzmogła słabość psychiczna, lęk skazujący go na przeczuwanie niebezpieczeństwa czyhającego nań w każdym ruchu?

Ostatecznej, nie wzbudzającej żadnej wątpliwości diagnozy pewnie nigdy nie poznamy. Tak jak nie dowiemy się, ile by ten fantastyczny futbolista - jedyny, który grał w Barcelonie, Realu, Interze i Milanie! - osiągnął, gdyby musiał toczyć wyczerpującą walkę z obrońcami, a nie własnym ciałem.

11:51, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
środa, 13 lutego 2008

Przedwczoraj późnym wieczorem zasugerowałem co innego - że godło kataloński klub przehandlował. I znak zapytania w tytule tamtej notki siły temu komunikatowi nie odbiera, bowiem dałem wyraźnie do zrozumienia, że władze klubu co najmniej sprzyjają usuwaniu z koszulek krzyża św. Jerzego (jeśli same tego nie zleciły zrobić).

Rzecz prostuję dopiero dziś, bowiem w internecie znalazłem sporo artykułów wzajemnie sobie przeczących, a niekiedy nawet poważne źródła - jak „Corriere della Sera” - podawały, że w saudyjskich miastach można znaleźć, uwaga, oryginalne t-shirty z okaleczonym herbem. Chciałem więc, przy pomocy redakcyjnego specjalisty od hiszpańskiej piłki Darka Wołowskiego, dotrzeć do autora artykułu z katalońskiej „La Vanguardii”, który temat podjął. Udało się dopiero teraz.

Xavier Luque powiedział: „Barcelona ani nie myślała o zmianie godła, ani nie akceptowała nigdy procederu polegającego na usuwaniu krzyża św. Jerzego. Sprzedawane w krajach arbiaskich koszulki bez niego muszą być podróbkami. Klub nie chciał jednak problemu oficjalnie komentować, wolał aferę wyciszyć, żeby nie zainspirować kolejnych handlarzy”.

Jeśli tak, to przepraszam, pomyliłem się.

Przepraszam, zaufałem doniesieniom Katolickiej Agencji Informacyjnej. Przytaczałem je pod poprzednią barcelońską notką, ale przypomnę: Archidiecezja barcelońska opowiada się za pozostawieniem krzyża w herbie klubu sportowego FC Barcelona. Kilka dni temu jego władze usunęły duży czerwony krzyż z emblematów zamieszczanych na koszulkach klubowych, sprzedawanych wśród kibiców w niektórych krajach arabskich. Delegatura archidiecezjalna ds. środków przekazu oświadczyła, że „ze względu na szacunek dla historii i tożsamości” klubu, „byłoby bolesne, gdyby zniknął krzyż”. Jednocześnie wyraziła „ostrożność”  wobec informacji o usunięciu krzyża w tym celu, „aby nie ranić uczuć muzułmanów”. Zdaniem władz klubu pozostawienie krzyża mogłoby się odbić na sprzedaży i rozprowadzaniu wyrobów firmowych Barcelony w niektórych krajach. Chodzi zwłaszcza o Arabię Saudyjską, gdzie zakazane są wszelkie symbole religijne poza islamskimi, a czołowy klub hiszpański ma tam wielu kibiców i sympatyków.

Teraz mój problem polega na tym, że choć do podania nieprawdy muszę się przyznać, to zarazem jako bloger czuję się w niemałej mierze usprawiedliwiony. Gdybyśmy robili w redakcji materiał do „Gazety”, na pewno byśmy zadzwonili do Hiszpanii i w sprawę się zagłębili. Ale kiedy późno wieczorem piszę notkę na bloga, to ufam agencji, która ma renomę i z której serwisu notabene „Gazeta” korzysta. Więcej nawet - przytoczony wyżej cytat był publikowany na gazeta.pl, lecz przeszedł niezauważony. KAI zatem to jest dla mnie źródło, do którego traci się zaufanie dopiero po pierwszej istotnej wpadce.

W KAI będę jeszcze interweniował i szukał autora newsa, bo się wściekłem. A czytelników i - specjalnie - fanów Barcelony przepraszam.

PS 1 Gdzieś w komentarzach wyczytałem, że Barcelona ma herb, nie godło. Nie zgadzam się i obu określeń używam naprzemiennie, ale nie chcę z wami toczyć dyskusji językowej. Wolę użyć innego argumentu: jeśli godło to coś więcej niż herb, a Barca to więcej niż klub...

PS 2 Poprosiłem odpowiednich ludzi, żeby ten wpis trafił jeszcze dzisiaj na gazeta.pl.
18:15, rafal.stec
Link Komentarze (66) »

Jako dziennikarz nauczyłem się pewnej reguły. Otóż nawet jeśli napiszesz o jakimś bohaterze swoich wynurzeń sto hymnów pochwalnych za jego sukcesy, lecz ośmielisz się również popełnić jeden tekst niepochlebny, w jego pamięć najmocniej zapadnie ten ostatni. Setkę panegiryków uważa bowiem za swoją zasługę - należało mu się, ty tylko dopełniłeś formalności. W krytyce zaś widzi niesprawiedliwość, a nierzadko wręcz personalny atak. Reguła nie jest absolutnie oczywista, lecz wyjątki nie zdarzają się specjalnie często. Co więcej, sprzeciw opisywanego budzi nawet relacjonowanie niekorzystnych dla niego faktów, ewentualnie cytowanie niechętnych mu ludzi.

(Czasami jest śmiesznie: dziennikarz dzwoni do piłkarza, który całymi miesiącami nie mieścił się nawet na ławce zagranicznego klubu i wszyscy o nim zapomnieli, a teraz nagle wrócił i strzelił ważnego gola; nie chce jednak rozmawiać; jest obrażony, bo jak mu nie szło, to złośliwie nie robiliśmy z nim wywiadów).

Dlatego skręcało mnie z ciekawości, jak na czołówkę ostatniej „Gazety Sport” zareaguje Tomasz Kuszczak, o którym Robert Błoński i Michał Szadkowski napisali, że choć gra w największym pośród kolegów z reprezentacji klubie (Jerzy Dudek w Realu Madryt nie gra), to paradoksalnie najprawdopodobniej nie pojedzie na Euro 2008.

W weekend nie zdołaliśmy się z nim skontaktować (zgaduję, że z powodu derbowego meczu Manchesteru United), próbowaliśmy więc w następne dni. I przypuszczaliśmy - przyznam się do brzydkich podejrzeń - że może w ogóle nie odebrać, w końcu tak robi większość urażonych piłkarzy, zwłaszcza tych, którzy w swoim mniemaniu osiągnęli sukces, czyli wyjechali za granicę (Kuszczaka ironia nie dotyczy, on naprawdę osiągnął sukces). A jeśli artykuł oburzył nawet kolegów blogerów, to jakie rozżalenie lub wręcz gniew musiał wywołać u Kuszczaka?

Nic z tych rzeczy. Podejrzeń się teraz wstydzę. Bramkarz Manchesteru odpisał na SMS-a, potem podniósł słuchawkę, nie miał do Roberta żadnych pretensji, udzielił ciekawego wywiadu, powiedział, że cieszy się z rozmowy. Było mu przykro, że koledzy mówią o nim źle, ale nie miał żalu do mojego kolegi, że ich zacytował.

Wiem, rozlewanie w ogromniaste story drobnego faktu, iż Kuszczak odebrał telefon, wygląda, delikatnie mówiąc, ryzykownie. Robię to, bo jego reakcja jest naprawdę niezwykła, nie macie pojęcia za jakie duperele obrażają się piłkarze, nawet ci najbardziej znani, którzy z wyżyn swego sukcesu powinni - jak się wydaje - spoglądać na świat mniej małostkowo, zawsze zachować klasę, umieć podołać sytuacjom trudnym.

Dlatego Kuszczak naprawdę zasługuje, by powiedzieć światu, że jest w porządku, że zachował się super. Zwłaszcza, iż jego pozycja w kadrze - tak odległa od podstawowej jedenastki - bierze się z (ponoć?) trudnego charakteru i ogólnej, by tak rzec, kontrowersyjnej sympatyczności.

Szkoda byłoby nie mieć go na Euro 2008. I podwójny żal, bo gdyby nawet w jego nieobecności dostrzec najbardziej wyrazisty dotąd dowód, że Leo Beenhakker nie jest nieomylny :), to w w czerwcu - pod warunkiem, że żadna krzywda nie stanie się Borucowi - o Kuszczaku mało kto będzie pamiętał.

PS Do niecierpliwych: do sprawy z godłem Barcy niebawem wrócę, muszę podrążyć, bo na razie znajduję teksty potwierdzające zarówno moją wersję, jak i waszą. A nie chcę wciąż przerzucać się z wami linkami.

12:06, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
wtorek, 12 lutego 2008

Tomasz Kuszczak. Fot. Kuba Atys 

Dwaj blogerzy z sąsiedztwa święcie oburzyli się na czołówkę ostatniej „Gazety Sport”, traktującą o paradoksalnej sytuacji Tomasza Kuszczaka, który jest pierwszym Polakiem w Manchesterze United, a jednak najprawdopodobniej nie pojedzie na Euro 2008. I jakoś pewnie bym ich srogą lekcję dziennikarstwa zniósł, gdyby przy okazji nie użyli polemicznego chwytu, który tak bardzo odstręcza mnie od wszelkich debat naszych polityków.

Przypisali mianowicie Michał Rutkowski z Pawłem Wujcem nam - redakcji „Gazety” - najniższe intencje. (Polscy politycy tak właśnie się kłócą. Nie koncentrują się na argumentach, lecz tropią skrywane, haniebne cele, dla których adwersarze je podnoszą.) Uznali, że chcemy konkurować już nie z innymi dziennikami zgłaszającymi opiniotwórcze aspiracje, lecz karmiącym się kompletnymi bzdurami „Faktem”. Że dziennikarstwo porzuciliśmy dla zmyślania, siania zamętu i schlebiania najprymitywniejszym czytelniczym gustom. „Brukowce narzucają ostre tempo” - celnie i bezlitośnie zdiagnozował Supergigant. „Fabrykują news za newsem. W Fakcie jest podobno nawet taki specjalny dział "ZDW" czyli „Z Dupy Wyjęte”. Kolesie siadają i wymyślają - a to historię o wielorybie płynącym w górę Wisły, a to o panu Romanie, który po zderzeniu ze słupem wszędzie wokół widzi gołe dupy. Trzeba się strasznie starać, żeby nadążyć. Więc tutaj w roli wieloryba występuje Kuszczak.”

Ja nie będę szukał żadnych paskudnych powodów, dla których koledzy z „Supergiganta” napisali, co napisali. Zakładam, że chcieli „Gazetę Sport” skrytykować i pouczyć zarazem dla jej dobra, że brzydziliby się publikować swojego „Fruwania pod koszem” w piśmie staczającym się na bruk.

Grubo jednak przegięli. Można się spierać, czy teza o Kuszczaku z iluzorycznymi (zależnymi od pecha konkurentów) szansami na Euro, jest zasadna. Ale przyrównując casus Kuszczaka do bredni o wielorybie w Wiśle przyrównali autorów tekstu - Michała Szadkowskiego oraz Roberta Błońskiego, spędzającego z reprezentacją Polski każde zgrupowania i doskonale znającego jej realia - do jakiegoś niezidentyfikowanego, udającego dziennikarza typa, który zza biurka wylewa na łamy bzdety o wielorybach i gołych dupach. Żadnego wieloryba nie było, a Kuszczak rzeczywiście ma w kadrze problem. Ze sobą - bo nie umie zaakceptować roli rezerwowego, o czym mówił publicznie. I z zaufaniem Beenhakkera, w którego hierarchii spadł w końcówce eliminacji za Fabiańskiego, czyli poza ławkę rezerwowych. A przecież bramkarz Manchesteru sam mówił w wywiadzie dla „Gazety”: „Jeśli mam być turystą, to wolę podczas urlopu, a nie w meczach reprezentacji. Bo uważam, że przyjeżdżać na same zgrupowania i potem wędrować na trybuny to jest to strata czasu. Ani ja nie mam przyjemności, ani kadra nie ma ze mnie żadnego pożytku. Po marcowych meczach z Armenią i Azerbejdżanem, powiedziałem, że na trybuny nie chcę przyjeżdżać. Nie mam 19 lat. Okres, kiedy mogłem się doszkalać jako trzeci, już minął.”

Rutkowski i Wujec wspaniałomyślnie przyznają, że analiza zachowań Beenhakkera - do której autorzy naszego tekstu również odwoływali - „układa się w logiczny puzzle”, ale sami porównują temat do tych z dupy wyjętych. Nie chcą przyjąć, że Robert pisze tekst oparty - by odwołać się do języka prawniczego - na poszlakach, lecz poszlakach zbyt mocnych, by je zignorować. Że ma stały kontakt z reprezentacją, zebrał ogromną wiedzę półoficjalną, naprawdę nieźle poznał holenderskiego selekcjonera. I nie produkuje zazwyczaj artykułów „jątrzących”. Tym się różni od ludzi pracujących w brukowcach, że jeśli pisze „Euro bez Kuszczaka”, to ma powód. Na całym świecie poważne gazety publikują artykuły, które nie wspierają się na oficjalnych wypowiedziach, lecz anonimowych półsłówkach, oraz głębokiej wiedzy autorów, specjalistów od lat zajmujących się swoją dziedziną. Jeśli ci ostatni są najwyższej klasy, trafiają - nikt nie jest nieomylny - w 90 procentach. Brukowce trafiają raz na sto prób. Wykpić poważne potraktowanie w artykule faktu, że Leo dopiero na piątym miejscu wymienił wśród polskich golkiperów Kuszczaka, łatwo tylko tym, którzy nie przebywają z nim często i nie wiedzą, że w jego rozmowach z dziennikarzami nie ma przypadkowych zdań, że posługuje się on językiem dyplomatycznym. Nie mówi wielu rzeczy wprost, żadnego piłkarza nie chce nigdy urazić, więc jego temat przemilcza zamiast się nad nim publicznie pastwić, ale zarazem poprzez niuanse śle bardzo mocne sygnały.

Blogerzy „Supergiganta” wielokrotnie zastrzegali się w swoich notkach, że nie są dziennikarzami. Teraz mnie przekonali. Nie są. Jeśli nie odróżniają brukowych banialuk od interesującego tekstu o prawdopodobnym Euro 2008 bez Kuszczaka, w którym nikt nie udaje, że Beenhakker tę sensacyjną decyzję już ogłosił, to rzeczywiście o dziennikarstwie mają blade pojęcie.

Kończy swój wywód „Supergigant” tak: „A Kuszczak pojedzie na Euro. Pamiętajcie tylko wtedy, że na naszym blogu przeczytaliście o tym wcześniej niż w Gazecie.”

Ja w tym stylu nie skończę. Nie będę się zakładał, że Kuszczak nie pojedzie, by z wywalonym językiem czekać na pomyślny dla mnie wedykt. Bo życzę bramkarzkowi MU czego innego. Co więcej, uważam, że bezdyskusyjnie należy do trójki najlepszych polskich bramkarzy i na udział w Euro zasługuje.

Ale podejrzewam, że koledzy z „Supergiganta” mi nie uwierzą. Przecież musieliby ryzykownie założyć, że do napisania tej notki pchnęła mnie intencja ciut mniej prymitywna niż chęć zaprezentowania bywalcom naszego portalu, jak publicznie okładają się słowami miłośnicy sportu pracujący w tym samym budynku.

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 11 lutego 2008

Godło Barcelony 

Katalończycy szczycą się, że jako jedyni pośród wielkich futbolowych korporacji nigdy nie zaprzedali barw reklamodawcom. Na koszulkach innych drużyn obce firmy panoszą się na całego, ich logo jest zazwyczaj znacznie większe niż klubowe godło. Piłkarze Barcelony znaków towarowych na brzuchach i torsach nie dźwigają w ogóle. Co prawda władze klubu przeżyły niedawno najazd marketingowych menedżerów z Nike’a, którzy usiłowali opylić miejsce na świętych blaugraniastych pasach, ale twardy opór fanów - przecież właścicieli klubu - ocalił tradycję.

Okazało się jednak, że o ile front koszulek jest święty, o tyle godło jest święte trochę mniej.

Z opóźnieniem przeczytałem, że w kilku krajach muzułmańskich - m.in. Arabii Saudyjskiej i Algierii - sprzedawane są koszulki Barcelony ze zmienionym herbem. Krzyż patrona Katalonii św. Jerzego (czerwony na białym tle) zastąpił czerwony pionowy pas. Nowa wersja jest „religijnie poprawna”, poprzednia kojarzyła się ponoć ludziom islamu z wyprawami krzyżowymi. (Jesienią pewien wrażliwy turecki adwokat zażądał walkowera dla Fenerbahce w meczu z Ligi Mistrzów z Interem, bo piłkarze z Mediolanu założyli historyczne koszulki, na których wielki czerwony krzyż na białym tle aż kłuł w oczy. Też czuł się obrażony, choć nie wyjawił, czy bardziej dotknęły go wstrętne t-shirty, czy porażka jego drużyny 0:3.)

Barcelona dotychczas tylko raz grzebała w swoich insygniach. Frankistowski reżim zmusił ją do usunięcia z godła - na blisko cztery dekady - pasów wziętych z flagi Katalonii. Czyżby nowa dyktatura? Mamony?
23:21, rafal.stec
Link Komentarze (107) »
niedziela, 10 lutego 2008

Rebecca Blackwell 

Ani myślę szydzić w imieniu wyższej cywilizacji z afrykańskiego zabobonu, który pchnął egipskich piłkarzy do zagwarantowania sobie mistrzostwa kontynentu poprzez uroczyste, własnoręczne zarżnięcie krowy przed półfinałem. Kiedy Argentyńczycy na każdy mecz ostatniego mundialu wchodzili na boisko w tej samej kolejności, ponoć przynoszącej szczęście, jakoś nikt sobie z nich jaj nie robił. Kiedy włoski trener Trapattoni chował pod ławką rezerwowych butelkę ze święconą wodą, też nie było śmichów-chichów. A przecież i oni uciekali się do chwytów w zbliżonym stopniu merytorycznych, choć z naszego punktu widzenia zdecydowanie mniej kontrowersyjnych estetycznie. Futbol od zawsze mocami nadprzyrodzonymi stoi.

Dlatego o wątkach czarodziejskich ani mru mru. O chaosie organizacyjnym i ogólnie panującej w Afryce tandetnej prowizorce też (o tym już pisałem). Bo na pytanie, czy tamtejsze reprezentacje są w stanie wreszcie zagrać o złoto mundialu, można odpowiedzieć, odwołując się do kryteriów czysto piłkarskich.

Moja diagnoza brzmi: szanse mają ciut mniejsze niż marne.

Triumf Egipcjan uczy pokory nas, Europejczyków, zarozumiale przekonanych, że wszystkich najznakomitszych piłkarzy świata dawno temu zagoniliśmy na nasze boiska, ale też obnaża słabość konkurencji. Mistrzowie Afryki przewyższali ją wyraźnie organizacją gry, zdolnością do podporządkowania się zespołowi, zimnokrwistą odpornością na zachowania pochopne, cynizmem w wynajdywaniu odpowiedniej chwili na zadanie decydującego ciosu.

Niestety, innej naprawdę zwartej i arcymocnej mentalnie drużyny na turnieju nie znalazłem. Wciąż słucham nużącej mantry o postępach afrykańskich reprezentacji, o ich rzekomo coraz dojrzalszej grze, o drylu zaordynowanym przez europejskich trenerów. Ale sam - serdecznie wszystkich fanów przepraszam - tych cudów nie dostrzegam. Długo nie zapomnę półfinału, w którym Egipcjanie wypunktowali wielokrotnie moich zdaniem zdolniejszych przeciwników z Wybrzeża Kości Słoniowej. Moi faworyci atakowali porywczo i bezmyślnie, indywidualnymi zrywami, co drugie natarcie kończąc strzałami zza pola karnego, oddawanymi w sytuacjach, które dawały minimalną szansę powodzenia. Z upływem czasu kompletnie tracili głowy.

Gdyby egipską organizację obudować ich talentem, światowa czołówka musiałaby się czuć zagrożona. Gdyby. Na tle globalnych potęg mistrzowie Afryki taktycznym wyrafinowaniem i konsekwencją już by się nie wyróżniali. Umiejętnościami - tym bardziej. Egipt nie byłby zdecydowanym faworytem nawet w starciu z Polską, a pokonani przez niego rywale musieliby przenieść obserwującego finał w Akrze z loży honorowej Jose Mourinho na trenerską ławkę, żeby marzyć o sukcesach na mistrzostwach świata. W superważnym meczu nikt nie podarowałby im raczej tak kardynalnego błędu, jak finałowy Rigoberta Songa, dzięki któremu strzelili gola przesądzającego o tytule. Na ostatnim mundialu od ćwierćfinałów wielkie wpadki już się nie zdarzały, wszyscy grali z maniacką ostrożnością, cierpliwie cyzelując perfekcyjne akcje. O wynikach przesądzały mikropomyłki i stałe fragmenty gry. (Swoją drogą zdumiewa mnie ten egipski rygor. Były selekcjoner siatkarzy z tego kraju Grzegorz Ryś opowiadał mi kiedyś, że jego wychowankowie nawet trenerski gniew za godzinne spóźnienie na trening przyjmowali ze zdziwieniem.)

Owszem, dzięki ułomnościom - ludzkim przecież – piłkarzy, ich grze swawolnej i nieskrępowanemu entuzjazmowi Puchar Narodów Afryki oglądało się fantastycznie. Sam z satysfakcją uciekłem na dzisiejszy finał z pierwszej połowy meczu między humanoidami w strojach Chelsea i Liverpoolu, które dbały głównie o to, by zachowywać właściwą odległość między formacjami. Po ich występach igrzyska w Ghanie smakowały jak pierwszy wrzask po wieloletnich ślubach milczenia.

Nadziei na afrykańską ofensywę mundialową jednak nie dały. Zdyscyplinowani w europejskich klubach gwiazdorzy na własnych śmieciach pozwalają sobie na więcej, być może nie czując wystarczającego respektu dla selekcjonerów, rekrutujących się spośród fachowców zaawansowanych wiekowo i niekoniecznie najbardziej cenionych na rynku. Tam hierarchia celów wciąż jest zaburzona, co ładnie oddaje historia przyznawania nagrody dla najlepszego piłkarza kontynentu roku 2007. Plebiscyt wygrał Didier Drogba, ale szefowie afrykańskiej federacji (CAF) zaplanowali galę w stolicy Togo na dwa dni przed ćwierćfinałem PNA. I obrazili się, kiedy napastnik WKS nie poleciał po odbiór, lecz chciał wysłać do Lome żonę i siostrę. Dlatego nagrodę dostał Frederic Kanoute, a organizatorzy ogłosili, że ubiegać się o nią mogą tylko obecni na ceremonii.

Brzmi jak anegdota, ale to fakty, potwierdzone - z ociąganiem rzecz jasna - przez CAF. Ot, cała Afryka.

22:42, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
sobota, 09 lutego 2008

My pytaliśmy kiedyś o Emmanuela Olisadebe. Oczywiście nieoficjalnie, półgębkiem i w prywatnych rozmowach, czasem półżartem. Ile naprawdę ma lat importowany do reprezentacji Polski Nigeryjczyk? Czy aby na pewno urodził się w roku 1978? A może jednak wcześniej? Wątpliwości z czasem wzmagały się, bo kontuzje nie odpuszczały Olisadebe ani na chwilę - co bardziej podejrzliwi zaczęli pomrukiwać całkiem głośno, że jego wrażliwe mięśnie przeszły znacznie więcej niż nam się wszystkim wydawało.

By nie zostać źle zrozumianym: ani nie sądziłem, ani nie sądzę, że nasz bohater narodowy sprzed lat kiedykolwiek oszukiwał. Nie sądzę też, że jest starszy niż podają oficjalne źródła. Tamta, toczona poza oficjalnym obiegiem debata wynikała raczej z powszechnego przeświadczenia, że w Afryce panuje kompletny bałagan a tamtejsi piłkarze notorycznie oszukują, by się odmłodzić i wyszarpać lepszy kontrakt w europejskim klubie albo zostać gwiazdą turnieju juniorskiego, na który są już zbyt starzy. Co poniekąd tłumaczy, dlaczego reprezentacje z tego kontynentu osiągają lepsze wyniki w rozgrywkach młodzieżowych niż seniorskich. (Proceder nie dotyczy wyłącznie tego kontynentu i wyłącznie futbolu. Na organizowanych kiedyś przez Arabię Saudyjską mistrzostwach świata kadetów w siatkówce wszyscy zawodnicy gospodarzy mieli w papierach… tę samą datę urodzenia, umożliwiającą oczywiście udział w zawodach. A wyglądali na 30-latków.)

„Ja sobie do metryki jeden rok dołożyłem - odwrotnie niż nakazuje dzisiejszy zwyczaj - by szybciej zadebiutować w dorosłej reprezentacji. Ale w moim kraju bardzo łatwo zapłacić i zmienić sobie akt urodzenia.” To wspomnienia Seguna Odegbamiego, nigeryjskiego mistrza kontynentu z 1980 roku, namówionego niedawno do zwierzeń przez BBC. Do podobnego wybiegu przyznał się Abedi Pele z Ghany, trzykrotnie wybierany na najlepszego piłkarza Afryki. I dodał, że dziś trzeba by na dobrą sprawę zbadać dokumenty wszystkich graczy z Czarnego Lądu, bo fałszerstw było co nie miara.

A może pomyłek? Styczniowy numer „World Soccer” cytuje Samuela Eto’o, który wystąpi jutro w finale Pucharu Narodów Afryki. Otóż gwiazdor Barcelony na okładce książki o innej legendzie kameruńskiego futbolu - Rogerze Milli - pisze takie słowa: „Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem jego grę na żywo. Poszedłem na mecz Kamerun - Zambia. Miałem sześć-siedem lat. Potem poprosiłem go o autograf, a on oddał mi swoje buty. Byłem oszołomiony.”

Dziennikarze magazynu wytropili, że tamto spotkanie - rozegrane w ramach eliminacji do mistrzostw świata - odbyło się 21 marca 1985 roku. I według oficjalnych danych Eto’o powinien mieć wówczas ledwie cztery lata...

Już zupełnie na marginesie przypomnę, że wspomniany Milla został w 1994 roku najstarszym piłkarzem, który kiedykolwiek zagrał na mundialu. Miał wówczas – ponoć? - 42 lata. Wcześniej, na MŚ we Włoszech też należał do weteranów, ale był ich wielką gwiazdą. Strzelił cztery gole, każdego opiewając tańcem wokół chorągiewki w rogu boiska (patrz pierwsza akcja, ale inne też są niezłe):

19:13, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
Archiwum
Tagi