RSS
wtorek, 22 stycznia 2008

Michał Pol w bardzo ciekawym wpisie rozważa, czy wokół naszej tenisistki wybuchnie w Polsce szaleństwo o skali małyszomanii i porównuje ją z innymi okolicznymi bohaterami narodowymi. Rozważa wszechstronnie, choć moim zdaniem jeden drobiazg jednak pomija. Otóż dla kibiców niezwykle istotne jest, czy oferowany im sportowy spektakl jest łatwy, czy trudny w odbiorze.

A lubią oczywiście przede wszystkim sporty proste.

Dwaj atleci zawładnęli masową wyobraźnią Polaków po 1989 roku. Andrzej Gołota i Adam Małysz. Postaci z zupełnie innych bajek. Zwalisty bokser o chropowatych manierach, bywający niekiedy na bakier z prawem, oraz wiotki, skromny skoczek, który długo przezwyciężał swoją nieśmiałość.

Obu łączy jedno: rywalizują w zmaganiach lekkostrawnych dla widza, niewymagających wytężonej koncentracji i zagłębianiu się w fachowe niuanse. Gołota wchodzi na ring i leje po mordzie, a wygrywa ten, kto mordobicie przetrwa i jeszcze rozkwasi rywala (ewentualnie nie ucieknie z ringu). Małysz zjeżdża po zeskoku, a wygrywa ten, kto wyląduje najdalej. Niczego prostszego nie sposób sobie wyobrazić. To trochę jak z kinem, książką i całą resztą rozrywek. Masowy widz nie kupuje biletów na egzystencjalne dramaty z bohaterem cierpiętnikiem, który zastanawia się, czy być, czy jednak nie być, ewentualnie rozstrząsa filozoficzne konsekwencje nieistnienia obiektywnej rzeczywistości. Woli szarpiący za emocje fajerwerk, który nie męczy głowy.

Wiecie, jak to było - jest? - z Małyszem. Niedzielne popołudnie, rodzinny obiadek, są i dziadkowie, i wnuczkowie, w tle telewizor z trochę leniwym, stonowanym komentarzem Szaranowicza. Niby cały czas ktoś tam skacze, ale generalnie chodzi o to, by nie przegapić momentu, w którym gogle poprawi Małysz.

Z Gołotą jest inaczej, rzecz dzieje się zazwyczaj w nocy. Nierzadko suto zakrapianej, bo jego walka, odbywająca się przeważnie w weekend, to świetna okazja do małego lub całkiem dużego party.

Jeszcze raz podkreślam: mówię tu kibicu masowym, a nie wytrawnym koneserze sportu.

Radwańska będzie miała trudniej, bo tenis jako takiego skupienia jednak wymaga. No i trzeba słuchać gadaniny w językach obcych, o tych wszystkich bekhendach i smeczach. A najtrudniej ma Robert Kubica - jak zjedzie do pitstopu, to nie wiadomo, które właściwie zajmuje miejsce, najciekawsze są kwalifikacje (generalnie mało w tym ściganiu wyprzedzania), gadka o bolidach tonie w technologicznych detalach, tak samo ważni jak kierowcy są jajogłowi konstruktorzy czy zmieniacze opon. Tego, cholera, bez dwóch fakultetów nie przełkniesz.

Czyżby Małyszowi mógł dorównać jedynie - poprzestając na sportach indywidualnych - bijący rekordy świata polski sprinter?

11:49, rafal.stec
Link Komentarze (77) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008

Casus Oscara Pistoriusa - sprintera z RPA z protezami zamiast amputowanych stóp i łydek, któremu zakazano występu na igrzyskach - mnie fascynuje, więc swój ubiegłotygodniowy wpis rozbudowałem do głębiej analizującego problem felietonu, do którego zapraszam. Tutaj chciałem tylko uzupełnić temat trzema dodatkami.

1) Dokopałem się do trzech niepełnosprawnych, którzy rywalizowali już na igrzyskach olimpijskich ze zdrowymi. W 1904 roku Amerykanin George Eyser zdobył sześć medali w gimnastyce (we wspinaniu się linie, ćwiczeniach na drążku i poręczach, skoku przez konia i wieloboju), choć miał drewnianą nogę. W 1984 roku w zawodach łuczniczych wystąpiła Nowozelandka Neroli Fairhall, którą po wypadku samochodowym sparaliżowało od pasa w dół. Wreszcie w 2000 roku na 1500 m pobiegła niewidoma Amerykanka Marla Runyan.

2) Tutaj macie artykuł z „Newsweeka”, który gorąco polecam (trzeba się zarejestrować i zalogować, ale za darmo). Przeczytacie o tym, jak będzie wyglądał udoskonalony przez bioinżynierów człowiek następnej generacji - syntetyczny garnitur umożliwi poruszanie się nawet osobom ze sparaliżowanym kręgosłupem, amputowane kończyny zaczną nam odrastać, a dzięki odpowiedniej szczepionce przestaniemy odczuwać ból. Jeśli połowa proroctw z tego tekstu się ziści, wyczynowy sport umrze jeszcze za naszego życia. I to niedługo. (Zdaniem futurysty Raya Kurzweila za 20 lat nie będzie już ludzi fizycznie upośledzonych. Trzeba będzie zamknąć ogromny biznes - paraolimpiady.)

3) A tutaj macie filmik, który dodatkowo wzmacnia przekonanie, że protez Pistoriusa nie można zaakceptować. Następne mogłyby przypominać to:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 stycznia 2008

Wszystkich tajemnic szatni kibice czasem nie poznają nigdy, a czasem poznają je bardzo późno, całe lata po zakończeniu karier sportowców, których owe tajemnice dotyczą. Dziennikarze też, nawet gdy co nieco wiedzą, często milczą - jeśli np. informacje pozyskali kanałami prywatnymi, a nie oficjalnymi.

Dlatego dziś musimy poruszać się po omacku, deliberując, co stało się z reprezentacją polskich siatkarek, które kwalifikacji olimpijskich w Halle niby nie wygrały, a zarazem wygrały. Wygrały, bo poczuły swoją moc. Jeśli utrzymają formę oraz ducha walki, to na majowym turnieju interkontynentalnym na pewno awansują na igrzyska w Pekinie.

Trener Marco Bonitta niemal w przeddzień zawodów w Halle wykonał ruch potwornie ryzykancki. Przynajmniej z pozoru. Usunął z drużyny Dorotę Świeniewicz - jej gwiazdę, siatkarkę instytucję, jeden z symboli epoki „Złotek”, czyli epoki wyznaczonej podwójnym tytułem mistrza Europy.

Włoski selekcjoner tłumaczył wszystko względami czysto merytorycznymi, sugerował, że Świeniewicz przegrała sportową rywalizację, ale za jego decyzją musiało kryć się coś więcej. Zawodniczki tego formatu nie traktuje się tak brutalnie, jej odejście odbywa się z fanfarami, w atmosferze święta. Dlatego użyłem słowa „usunął”. Żywe pomniki trzyma się niekiedy nawet wówczas, gdy nie są w stanie podołać trudowi całych spotkań. W męskiej w siatkówce było tak np. z podstarzałymi Vladimirem Grbiciem czy Rafaelem Pascualem, którzy także stojąc pośród rezerwowych wzmacniali mentalnie reprezentacje Serbii oraz Hiszpanii.

Świeniewicz odeszła nagle. A w Halle było widać - nawet okiem nieuzbrojonym, siedząc przed telewizorem w Warszawie - że kadra nie przeżyła wstrząsu. Nie wpadła w depresję. Przeciwnie, zdawała się pękać od nadmiaru pozytywnej energii. I w fantastycznym stylu eksplodowała na boisku.

Świeniewicz zastąpiła Anna Barańska. Z nią też wszystko potoczyło się na opak. Dla Polski grać nie chciała, PZPS zmuszał ją do tego szantażem (grożąc odebraniem licencji na występy w klubie), wróciła do niej po długich negocjacjach z trenerem Bonittą. Sekretów tych negocjacji też nie znamy. Ale w minionym tygodniu zobaczyliśmy narodziny gwiazdy. Siatkarkę naładowującą wigorem całą grupę, bezkompromisową w ataku, serwisem wprost zestrzeliwującą przeciwniczki. Kusi mnie, by obwołać ją wręcz ładniejszą wersją Mariusza Wlazłego, gwiazdora męskiej kadry.

Jej potencjał, a także potencjał Skowrońskiej czy Glinki - w finale świetnej, ją wciąż stymulują największe wyzwania! - nie pozwala serio obawiać się, że Polki nie pojadą do Pekinu. Pojadą. Po 40 latach znów zobaczymy na igrzyskach siatkarki. (Ja zobaczę po raz pierwszy, urodziłem się osiem lat po olimpiadzie w Meksyku).

Dziś aż strach pomyśleć, jaki entuzjazm w kraju wywołałoby zwycięstwo nad mistrzyniami świata Rosjankami. Musielibyśmy chyba zawołać - nawet jeśli wiele potęg żeńskiej siatkówki wywodzi się spoza Europy - że Polki powinny w Chinach mierzyć w medal.

Czy to sobie powiedziały po meczu? Cóż, tajemnica szatni.

19:13, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 19 stycznia 2008

Puchar Narodów Afryki ruszy dopiero za kilkanaście godzin, ale szefów europejskich klubów do furii doprowadził już kilkanaście dni temu, kiedy piłkarze uciekli na zgrupowania. Aż 203 spośród 368 powołanych na turniej zawodników zarabia pieniądze na naszym kontynencie (najwięcej - 58 - we Francji, 42 w Anglii), a Drogby, Eto’o czy Essiena nie sposób namówić, by zachowali się jak latynoskie megagwiazdy - od Kaki po Ronaldinho - które masowo rezygnują z udziału w Copa America. Afrykańscy kibice widzą w mistrzostwach swojego kontynentu imprezę niebywale prestiżową, o randze, by tak rzec, małego mundialu.

Do pomysłu Seppa Blattera, który już pospieszył z pomocą futbolowym korporacjom i zaapelował o przesunięcie turnieju na lato, jeszcze wrócę. Teraz chciałbym tylko pokrótce przedstawić bohaterów, bo wiem, że w piłkarskiej kwestii afrykańskiej panuje totalny terminologiczny bałagan.

W grupie A zagrają: Czarne Gwiazdy (gospodarze), Narodowe Słonie, Dzielni Wojownicy oraz Lwy Atlasu.

W grupie B: Super Orły, Słonie, Orły (nie mylić z Super Orłami), Wiewiórki.

W grupie C: Faraonowie, Nieposkromione Lwy, Pustynne Jastrzębie, Miedziane Pociski (czyli Chipolopolo).

Wreszcie o awans z grupy D będą się bić: Orły Kartaginy, Lwy Terangi, Bafana Bafana, Czarne Pantery.

Moim faworytem są - nie będę oryginalny - Słonie, choć trafiły do istnej grupy śmierci, w której intrygująco zapowiadają się m.in. orle derby. Kciuki trzymam jednak za outsiderów w tym gronie, startujące dopiero po raz drugi w turnieju finałowym Wiewiórki. (Powodują mną względy osobiste - z sentymentem wspominam zawartą podczas mundialu znajomość z dziennikarzami z tego kraju.)

A wy na kogo stawiacie?

21:21, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 18 stycznia 2008

Bobby Fischer rządzi

Zanim nauczyłem się czytać, grałem maniacko w szachy. Jak nauczyłem się czytać, zacząłem pożerać historie o szachowych geniuszach. Przede wszystkim radzieckich, bo oni mieli przez dziesiątki lat absolutny monopol na niekwestionowane arcymistrzostwo i globalną hegemonię.

Monopol przełamał właśnie Bobby Fischer, najbardziej tajemniczy i kontrowersyjny wśród wszystkich szachowych tytanów.

Grać zaczął jako sześciolatek. Nie miał nauczyciela, po prostu przeczytał instrukcję. Kiedy dopadł do szachownicy, nie umiał się już od niej oderwać. Na szkołę brakowało mu czasu. Uczył się beznadziejnie, ledwie prześlizgiwał się z klasy do klasy. Zapamiętywał za to wszystkie, nie tylko swoje partie. Został pierwszym nastoletnim arcymistrzem. W drodze po globalny prymat nokautował rywali w stylu niespotykanym nigdy wcześniej ani później.

W 1972 roku pokonał w meczu stulecia ówczesnego mistrza świata Borysa Spasskiego, co Amerykanie wykorzystywali w propagandowej wojnie ze Związkiem Radzieckim - wcześniej niemal wszystkie najwybitniejsze szachowe mózgi pracowały na chwałę systemu sowieckiego. Pojedynek miał porywający przebieg. W inauguracyjnej partii Fischer popełnił banalny błąd i przegrał. Na drugą w ogóle nie przyszedł. Radziecka federacja chciała, by Spasski zażądał walkowera, ale ten wolał bić się na szachownicy. I przegrał.

Fischer stał się w Ameryce - dotąd kompletnie obojętnej na urok szachów - medialną megagwiazdą, a ze swoją retoryką idealnie wpisywał się w konfrontację supermocarstw. - Szachy to wojna. Celem jest zniszczenie umysłu przeciwnika - mawiał.

Ze Spasskim rozegrał ostatnią oficjalną partię. Trzy lata później nie bronił tytułu w pojedynku z Anatolijem Karpowem, bo organizatorzy nie spełnili jednego (!) z 64 stawianych przez niego warunków. A domagał się np., by każdy wchodzący do sali, w której toczy gra, zdejmował nakrycie głowy. Został pozbawiony tytułu, choć sam do końca życia uważał się za mistrza. - Nikt mnie nie zdetronizował - tłumaczył.

Zdaniem niektórych dopiero w tamtej dekadzie - lat 70. - zaczął dziwaczeć, dla innych od zawsze był szaleńcem. Wyczekiwał końca świata; wygłaszał gniewne tyrady wymierzone w winnych całego dotykającego ludzkość zła komunistów i Żydów (choć jego matka i prawdopodobnie ojciec też byli Żydami); kiedy do apokalipsy nie doszło, zamknął się w domu w Pasadenie i wychodził z niego tylko po zmroku; znikał, przez całe miesiące nikt nie wiedział, gdzie się podziewa.

Do publicznego życia wrócił w 1992 roku, by rozegrać rewanż - zwycięski - ze Spasskim. Mecz odbył się w Belgradzie, co było złamaniem sankcji nałożonych na Jugosławię podczas wojny domowej w Bośni. Fischerowi groziło 10 lat więzienia. Do ojczyzny już nie wrócił, zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa.

Jego umysłem zawładnęły obsesje i spiskowe teorie inspirujące go do coraz radykalniejszych wypowiedzi. Publicznie cieszył się z ataku na WTC, zwierzając się, że chciałby, żeby Stany Zjednoczone zniknęły z powierzchni ziemi. W 2004 roku został zatrzymany na tokijskim lotnisku Narita i wylądował w areszcie. Przed ekstradycją do USA ocalił go rząd islandzki, który co prawda nie przystał na jego prośbę o przyznanie obywatelstwa, lecz dał mu dokument dla bezpaństwowców pozwalający na pobyt na wyspie. W przybranej ojczyźnie spędził resztę życia.

Z doniesień prasowych wiadomo jedno - po wycofaniu się z życia publicznego w połowie lat 70. wciąż, do swoich ostatnich dni, żył szachami. Arcymistrzowie zwierzali się, że co pewien czas jakiś tajemniczy, anonimowy szachista prosił ich o grę przez internet. Domyślali się, że był nim Fischer.

Amerykanin zaczął też grać sam ze sobą. Jego losy zawsze śledziłem z uczuciami bliskimi lękowi. Sam po wieczorze z szachami nie potrafię się od nich uwolnić, śnią mi się całą noc. Pasjonują mnie i przerażają jednocześnie. Co dzieje się w głowach tych, którzy poświęcają im życie?

Przeczytajcie genialną „Nowelę szachową". Stefan Zweig fantastycznie opisuje, jak zniewolić i sponiewierać jaźń mogą szachy. A potem zajrzyjcie tutaj i zobaczcie, jak Fischer rozprawiał się ze Spasskim.

Fischer był chory. Lekarze ze szpitala w Reykjavíku, w którym zmarł na niewydolność nerek, zdiagnozowali u niego ostrą paranoję.

Ale nade wszystko Fischer był graczem wszech czasów, wygrywającym dzięki rewolucyjnemu stylowi, zasłużonym dla przekonania całej planety, że na planszy z 64 polami w dwóch kolorach dzieją się fascynujące historie.

Zmarł w wieku 64 lat. To dopełnia legendy.

14:01, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 17 stycznia 2008

Oscar Pistorius 

Oscar Pistorius urodził się bez kości strzałkowych nóg i bez stóp. Jeszcze jako niemowlak przeszedł amputację nóg do wysokości kolan. Miał spędzić życie na wózku inwalidzkim.

Dzięki protezom z włókna węglowego uprawiał kilka dyscyplin sportu, m.in. popularne w jego ojczyźnie - RPA - rugby. Odkąd zaczął biegać, pobił rekordy świata niepełnosprawnych na trzech dystansach, uzyskując wyniki zbliżone do osiąganych przez zdrowych sprinterów (10,91 s na 100 m; 21,58 s na 200 m; 46,34 s na 400 m).

Pistorius zamarzył o występie na igrzyskach w Pekinie. Nie igrzyskach paraolimpijskich, lecz olimpijskich. Chciał stać się „normalnym", pełnosprawnym sportowcem. I rywalizować z najlepszymi na świecie. (Już mu się to zdarzało, patrz film pod wpisem.)

Naukowcy przeprowadzili testy, by sprawdzić, czy protezy nie nie dają mu - jakkolwiek karkołomnie i szokująco to brzmi - przewagi nad atletami biegającymi na własnych nogach. I okazało się, że dają: jego organizm zużywa podczas biegu mniej energii, proteza krócej opiera się na ziemi niż stopa, stawia mniejszy opór powietrzu etc. (Są też straty: Pistorius chciał ze zdrowymi rywalizować tylko na 400 m, bo największe problemy na przy starcie - dłużej się rozpędza.)

W poniedziałek członkowie Komitetu Wykonawczego Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF) jednogłośnie zdecydowali, że sprinter w ogóle nie może ścigać się z pełnosprawnymi.

Dla mnie to wyrok - chyba najwłaściwsze słowo? - zrozumiały, a zarazem poruszająca i przygnębiająca historia.

Wyrok jest zrozumiały, bo każdy inny naruszyłby elementarną zasadę równości szans, której upadek zauważylibyśmy być może dopiero za pewien czas, gdyby podobne protezy założył jeszcze bardziej utalentowany atletycznie sprinter niż Pistorius. (Poza tym chyba wszyscy zgadzamy się, żeby nie wpuszczać na ring jednorękiego boksera, który sprawiłby sobie drugą dłoń ze stali?) Nietrudno zresztą przewidzieć, że precedens sprowokowałby błyskawiczny rozwój technologii i protezy następnej generacji pozwalałyby na bieżni wykonywać kangurze skoki, tyle że sześć razy szybciej.

Zarazem jednak losy biegacza z RPA wywołują współczucie i mnóstwo sprzecznych uczuć, bo jest on nade wszystko ponadprzeciętnym lekkotletą, który - jak każdy sportowiec - sukces okupił potwornym treningowym znojem i wyrzeczeniami, zawdzięczając go wyjątkowej samodyscyplinie, determinacji i sile woli. Teraz przegrał, bo pragnął nieosiągalnego, czyli dołączenia - w pewnym sensie - do zdrowej reszty ludzkości. I skazał działaczy - a także nas, kibiców - na dylemat beznadziejny, uniemożliwiający właściwy werdykt, tragiczny.

Kto wie, czy bardziej w zgodzie z pierwotnym olimpijskim duchem nie pozostawałoby dopuszczenie go do startu. Niestety, musielibyśmy liczyć się z konsekwencjami, a i bez tego procedensu nie wolno nam wykluczyć, że już jutro sportowcy nie zaczną poprawiać swojej anatomii cudami hi-tech - oczywiście ukrytymi, więc na bieżnię będą musieli wchodzić przez bramkę wykrywającą metal.

A może schodzić? W końcu kontrolę dopingową przeprowadza się po zawodach...

W każdym razie historii Pistoriusa grozi jeszcze bardziej ponuty epilog - niewykluczone, że działacze zakażą mu również udziału w paraolimpiadzie.

18:32, rafal.stec
Link Komentarze (9) »

Przed Bożym Narodzeniem zadałem tutaj tyleż dramatycznie brzmiące, co w zamiarze nieco prowokacyjne pytanie, czy mundial straci sens. Piłem do dość odległej przyszłości - lub raczej jej hipotetycznej wizji - w której granice międzypaństwowe, zwłaszcza w Europie, jeszcze bardziej się zatrą, każdy piłkarz będzie sobie wybierał reprezentację kraju wedle własnego widzimisię, a najbogatsze federacje narodowe będą - zupełnie jak teraz kluby - kusić sutymi kontraktami najzdolniejszych.

Całej dyskusji nie chcę wznawiać, dziś wracam tylko do tezy Michała Pola i wielu innych komentatorów, także zagranicznych, którzy wieszczyli wówczas rewolucję, bowiem hiszpański bramkarz Manuel Almunia zadeklarował, że byłby gotów - po otrzymaniu brytyjskiego obywatelstwa - zagrać dla reprezentacji Anglii.

Ja protestowałem, dla mnie rewolucja była i jest niemożliwa, bowiem dawno temu już się odbyła - choć w tempie raczej ewolucyjnym. Harmider wybuchł z jednego tylko powodu: historia dotyczyła wyspiarskiej piłki, a ta ma nieprawdopodobną moc kreowania medialnych megahitów z niczego.

I oto mamy tego dowód. Włosi wyliczyli właśnie, że ich reprezentacyjni napastnicy nie imponują ostatnio taką skutecznością, jaką zadziwiali przed mundialem w 2006 roku, na którym sięgnęli po złoto. Spytali więc Brazylijczyka Amauriego, niepowoływanego do swojej kadry, czy nie zechciałby zagrać dla Italii.

Amauri

Piłkarz Palermo początkowo się wzdragał, manifestował przywiązanie do ojczyzny. Ale w końcu zmienił zdanie. I nie będzie musiał nawet szukać przodków, którzy wyemigrowali kiedyś do Ameryki Płd. Wystarczy, że jego żona - i rodaczka zarazem - Cynthia mieszka na Półwyspie Apenińskim od 12 lat.

Jeśli Amauri zdąży przebrnąć przez biurokratyczne procedury - a medialna kampania wspomagająca już trwa - w czerwcu prawdopodobnie pojedzie na Euro 2008. Operacja przeprowadzana jest jednak po cichu, w końcu rzecz nie dotyczy Anglików. Kiedy Argentyńczyk Mauro Camoranesi stawał się Włochem, też nie huczało w całej Europie. A mistrzostwo świata z przybraną ojczyzną zdobył.

Na rewolucję zatem za późno, ale kolejne bariery będą padać. Ostatecznie wcale nie doszłoby do supersensacji, gdyby królem strzelców Euro 2008 został chorwacki Brazylijczyk Eduardo lub włoski Brazylijczyk Amauri.

01:39, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
środa, 16 stycznia 2008

Gianluigi Buffon 

Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) powstała - według jej własnej witryny internetowej - niemal 24 lata temu, ale rozpanoszyła się dopiero w ubiegłej dekadzie, kiedy jęła uzurpować sobie prawo do tworzenia najrozmaitszych rankingów hierarchizujących piłkę nożną, a media z całego świata ochoczo jej wysiłki wsparły. (Choć podejrzane powinno wydać się już to, że została założona w NRD.)

Kim są jej szefowie - Niemiec Alfredo W. Poge, Duńczyk Jorgen Nielsen oraz Hiszpan Jose del Olmo - nie do końca wiadomo, ale niektóre ich pomysły, jak np. comiesięczne notowania w rankingu najsilniejszych klubów świata, zdobyły sobie wcale okazałą popularność. Nawet jeśli wywołują, delikatnie mówiąc, kontrowersje. (Aktualną klasyfikację - umieszczającą Santos wyżej od Interu Mediolan, a Defensor Club de Montevideo - nad Realem Madryt, znajdziecie tutaj.)

Ostatnie wyróżnienia IFFHS dotyczą najlepszych bramkarzy 2007, ocenianych ponoć przez jakieś tajemnicze grono ekspertów z 89 krajów. Oto efekty ich typowania:

1) G. Buffon           Juventus/Włochy

2) P. Cech             Chelsea/Czechy

3) Casillas             Real/Hiszpania

4) E. van der Sar   MU/Holandia

5) Rogerio Ceni     Sao Paulo/Brazylia

6) Dida                 Milan/Brazylia

    J. Reina            Liverpool/Hiszpania

8) A. Palop           Sevilla/Hiszpania

9) Julio Cesar        Inter/Brazylia

10) J. Lehmann      Arsenal/Niemcy

Dodam jeszcze, że na 16. pozycji uplasował się nasz Artur Boruc, choć mnie uderza co innego. Otóż nie potrafię sobie wyobrazić, że istnieją jakiekolwiek kryteria ściśle związane z bramkarskim fachem, które mogły dać szóste miejsce Didzie.

Ponieważ ranking publikowany jest od 1987 roku, IFFHS sumuje wszystkie jego wydania i podaje wyniki zbiorcze, nazywając je - nie wiedzieć czemu - klasyfikacją wszech czasów. Oto jej aktualny stan:

1) P. Schmeichel      Dania         69 pkt

    G. Buffon             Włochy       69

3) O. Kahn               Niemcy        62

4) J. Chilavert          Paragwaj    58

5) W. Zenga            Włochy       55

6) I. Casillas            Hiszpania    53

7) E. van der Sar      Holandia     45

8) M. Preud'homme  Belgia        43

9) C. Taffarel           Brazylia      40

10) D. Seaman         Anglia        38

...

28) J. Dudek             Polska        12

62) J. Młynarczyk      Polska         2.

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Diego Maradona i Fidel Castro

Niezbadane są wyroki maradońskie, więc nie ma pewności, że bóg futbolu znienawidził Amerykę akurat w roku 1994, kiedy to podczas mundialu w USA nakryto go na stosowaniu dopingu. Nieco światła na problem rzuca niejaki Fernando Niembro, w swojej książce „Niewinny” skrupulatnie opisując spisek uknuty przez CIA. Opowieść jest sugestywna i - jakby się powiedziało w naszych czasach - porażająca: w jednej ze scen agent przebrany za księdza podaje Maradonie hostię nafaszerowaną narkotykami. (Co podaję za biografem piłkarza Jimmym Burnsem.)

Mimo wszystko, jeśli mogę się powtórzyć, pewności co do źródła politycznych fascynacji i przyjaźni Argentyńczyka nie mamy: powodują nim osobiste urazy czy ugruntowany, głęboko przemyślany światopogląd?

Z tatuażem na prawym ramieniu przedstawiającym Che Guevarę, pewnego mordercę, którego prawdziwy życiorys nie tylko w Ameryce Południowej przysłonił idealistyczny mit, paraduje od wielu lat. Od dawna bywa też gościem Fidela Castro (też go sobie wytatuował - na lewej nodze). Głośno bronić go jednak musiał dopiero w 2001 roku, niedługo po samobójczym ataku na WTC, bowiem wodza kubańskiego narodu potępiła Komisja Praw Człowieka ONZ. Maradona nazwał jej członków zasrańcami. A przemówienia Fidela zrecenzował jako lepsze niż biblia.

Z tym ostatnim łączy go więź chyba najściślejsza, ale krąg znajomych konsekwentnie poszerza. W zeszłym roku zakumplował się z Hugo Chavezem, a kto widział w ich randkach jedynie przelotne zauroczenie, niech wie, że Diego planuje kolejny tatuaż - właśnie z wizerunkiem wenezulskiego przywódcy, zaczytującego się w Leninie i Trockim populiście, który ponoć wierzy w socjalizm, ale idzie ku niemu metodami dyktatorskimi, wpędzając kraj w stan nieustającej zimnej wojny.

Nie wracałbym do tego wszystkiego, gdyby paczka umiłowanych przywódców skupiona wokół bóstwa czczonego przez diegorian się nie rozrastała. Oto Argentyńczyk podarował w miniony weekend koszulkę z numerem 10 - i dedykacją - Mahmudowi Ahmadineżadowi. Z chęci osobistego poznania prezydenta Iranu zwierzał się już w grudniu, ale na razie nie znalazł okazji, więc poprzestał na przekazaniu upominku poprzez ręce ambasadora z tego kraju, który akurat poleciał do Teheranu.

Niestety, agencje nie podały, co Maradona sądzi o głoszonych publicznie tezach Ahmadineżada: że Holokaustu nie było, a Izrael powinien zostać wymazany z mapy świata lub - ewentualnie, w najlepszym razie - przeniesiony na Alaskę. Nie podały też, dlaczego piłkarz wszech czasów irańskiego przywódcę polubił, czym mu szczególnie imponuje etc.

Maradona nie zwierzył się również, kogo wybierze sobie na następnego kumpla, choć zapewne znów będzie to, sądząc po kierunku rozwoju jego życia towarzyskiego, przywódca silny i tak w świecie szanowany, że aż wywołujący lęk.

Może Kim Dzong Il?

13:00, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
wtorek, 15 stycznia 2008

Rajd Dakar został odwołany z powodu zagrożenia terrorystycznego; Turniej Czterech Skoczni po raz pierwszy w historii musiał się odbyć na trzech skoczniach, bo w Innsbrucku za mocno wiało; Małysz przestał skakać i zaczął zsuwać się z progu; polscy siatkarze przegrali dreszczowce o olimpijską kwalifikację, choć na zawodach w Izmirze grali dobrze; polscy piłkarze, którzy jeszcze niedawno strzelali najwięcej goli spośród wszystkich rodaków grających za granicą - Żurawski i Rasiak - udzielają desperackich wywiadów, ponieważ nie potrafią znaleźć żadnego pracodawcy chcącego ich zatrudnić; jutro za korupcję być może zdegradowane zostaną futbolowy mistrz Polski - Zagłębie Lubin, oraz pomnik klubowej piłki - Widzew Łódź.

Tak, rok 2008 dla kibiców - zwłaszcza kibiców z Polski - rozpoczął się beznadziejnie.

Dlatego do śledzenia turnieju w Halle, którego stawką jest awans na igrzyska, przymierzam się z duszą na ramieniu. Wyciąganie fundamentalnych wniosków z serii niezwiązanych ze sobą zdarzeń z najbliższej przeszłości sam uważam za irracjonalne, ale i przebijanie piłki przez siatkę w wersji kobiecej zdaje mi się często zjawiskiem opierającym się logicznej analizie. Błagam, nie przypisujcie mi tutaj jakichś brzydkich, seksistowskich przesądów - ja po prostu wyciągam wnioski z tego wszystkiego, co oglądałem przez lata na halach BKS Bielsko-Biała i Skry Warszawa, na mistrzostwach Europy i Pucharu Świata oraz podczas telewizyjnych transmisji setek innych spotkań. A widziałem mnóstwo zdarzeń niewyjaśnionych, kompletnie zaskakujących i niezrozumiałych zwrotów akcji, następujących w efekcie odosobnionych, drobnych incydentów, które losów meczu odmieniać nie powinny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Zmierzam do tego, że jak w męskiej siatkówce sukces nierzadko zależy od atmosfery w drużynie (sześciu facetów tłoczy się na najmniejszym boisku w grach zespołowych!) i psychiki zawodników, tak w kobiecej bywa wręcz od tych czynników uzależniony. Dlatego zresztą selekcjonera Bonittę przyjąłem z rezerwą, obawiając się, że, owszem, będzie on świetnie sterował taktyką drużyny, ale niekoniecznie już jej psychologią. On naprawdę solidnie zapracował na opinię despotycznego technokraty, z reprezentacji Włoch wyrzuciły go na dobrą sprawę same kadrowiczki.

Przebywający w Halle Przemek Iwańczyk uspokaja mnie jednak, że atmosfera w zespole jest znakomita, że między siatkarkami wyczuwa się chemię o zapachu sukcesu. On wie lepiej, ja wyczynom tej reprezentacji przyglądam się z oddali - co podkreślam, byście nie traktowali moich dywagacji zbyt poważnie. Dlatego, choć nie uważam Polki za faworytki, mam nadzieję.

Przypominam sobie też rok 2005, kiedy męskiej części naszego sportu nie udało się niemal nic, ale facetów wspaniale wyręczyły panie. Otylia Jędrzejczak została mistrzynią świata w pływaniu, Danuta Dmowska - w szpadzie, Monika Pyrek na imprezie tej samej rangi zdobyła srebro w skoku o tyczce, a siatkarki sięgnęły po złoto mistrzostw Europy. To był niejedyny ostatnio okres, w którym polski sport stał kobietami.

Teraz, po katastrofalnym starcie roku 2008, panie - siatkarki, ale także startujące w tenisowym Australian Open Agnieszka Radwańska i Marta Domachowska - znów nie mają wyjścia. Potrzebujemy ich pomocy. Zimą i bez sportowych klęsk wyjątkowo łatwo o chandrę.

12:51, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
Archiwum
Tagi