RSS
piątek, 04 stycznia 2008

Ani myślałem bawić się dziś w rankingi kinowych arcydzieł, ale koledzy ze Zczuba tak mnie zeźlili, że nie pozostawili mi alternatywy. Zerknąłem na zachwalaną przez nich superkolekcję i w pierwszej chwili uznałem, że sporządzili dość przypadkowy spis filmów, które im się podobały, po czym beztrosko - jak to Zczubaki - obwołali je najlepszymi w historii. Ale nie, o przypadku nie mam mowy, bo na liście wyróżnionych tytułów tych rzeczywiście najlepszych nie ma właściwie w ogóle. („Właściwie”, bo dwa najlepsze - „Wściekły Byk” i „Rydwany ognia" - jakoś się uchowały.)

Złośliwie usiłowali wyprowadzić was w pole zamiast przywieść do ziemi obiecanej? Zazdrośnie zataili pozycje szczególnie smaczne? Nie mam pojęcia, zgadywał nie będę, z poczucia obowiązku rzucę tylko garstką tytułów istotnie najlepszych, nie klasyfikując ich, lecz ustawiając chronologicznie. W nawiasie zaś dodam, że niemal wszystkie łączy pewna cecha: traktują o sporcie i o czymś daleko więcej niż sport równocześnie.

„BILARDZISTA” (1961, reż Robert Rossen)

Zczubaki nie wiedzieć czemu napomykają o ćwierć wieku późniejszym „Kolorze pieniędzy”, czyli - przepraszam za dosadność, ale się nie powstrzymam - popłuczynach po pierwowzorze, a o samym pierwowzorze milczą. Tymczasem tutaj to Paul Newman jest młodym aroganckim mistrzem - wpierw lekceważącym rywali i niewystarczająco głodnym zwycięstwa, a potem doświadczającym niszczycielskiej siły dążenia do sukcesu za wszelką cenę oraz niewłaściwego wykorzystywania fantastycznego talentu.

„SAMOTNOŚĆ DŁUGODYSTANSOWCA” (1962, reż. Tony Richardson)

Uczciwie zaznaczam, że sport jest w tym klasyku tłem dla ostrej krytyki społecznej i historii o buncie, którego nie zgasi nawet obietnica sukcesu i wynikających zeń nagród. Ale przy okazji można poznać poznać odpowiedź na zawsze intrygujące pytanie, kiedy warto zniweczyć własny wysiłek i na mecie oddać zwycięstwo rywalowi.

„ROCKY” (1976, John. G. Avildsen)

Tak dobry, jak złe są następne części - z wieńczącą cykl, która staje się niezamierzoną autoparodią. Nic więcej nie dodaję, wszyscy wszystko wiedzą.

„KIEDY BYLIŚMY KRÓLAMI” (1996, reż. Leon Gast)

O legendarnej walce Muhammada Alego z Georgem Foremanem. Oskar dla najlepszego dokumentu.

„FUTBOLOWA GORĄCZKA” (1997, reż. David Evans)

Luźno oparty na książce Nicka Hornby’ego. Z życia wzięte, czyli jak nie zdradzić piłki dla kobiety. (Radzę trzymać się z dala od amerykańskiego remake’u sprzed kilku lat.)

„DZIECI NIEBIOS” (1998, Majid Majidi)

Tak, irański, nie bójcie się, poza Hollywood też istnieje kino. W tym wypadku - oryginalne, poruszające, odwołujące się do najprostszych emocji. Wszystko zaczyna się od pary trampek, a kończy - znów - na wyzwaniu najtrudniejszym: jak pobiec możliwie najszybciej, by dobiec do trzeciego miejsca, a zarazem nieprzesadnie szybko, by nie ponieść klęski, zajmując miejsce drugie lub pierwsze?

„O JEDNEGO WIĘCEJ” (2001, reż. Paolo Sorrentino)

Inspirowany prawdziwą, tragiczną historią włoskiego piłkarza Agostino di Bartolomei, który kilkanaście lat temu popełnił samobójstwo. Ukazujący futbol z innej strony, o której zazwyczaj nie myślimy- usłiłujący choćby analizować związek charakteru i osobowości z pozycją na boisku. (Ten film będzie wam najtrudniej zobaczyć, dla chcących szukać wydanych za granicą DVD oryginalny tytuł „L’uomo in piu”).

„CUD Z BERNA” (2003, reż. Sonke Woertmann)

Przebój w niemieckich kinach. Opowieść o drużynie Seppa Herbergera, która w 1954 roku w najbardziej sensacyjnym finale mistrzostw świata pobiła węgierską „złotą jedenastkę”, przywracając narodową dumę cierpiącym na powojenną traumę Niemcom. (Dla koneserów film składający się z samych wad, ale oferujący dużo wstydliwych przyjemności. No i dający do myślenia - dlaczego nikt jeszcze nie sfabularyzował na ekranie losów podbijającej świat reprezentacji Górskiego???)

„MILLION DOLLAR BABY” (2004, reż. Clint Eastwood)

Wykraczającą daleko poza sport opowieść o prozie bokerskiego życia i ciemnej stronie ringu sławiłem już tutaj.

„MURDERBALL- GRA O ŻYCIE” (2005, reż. H. A. Rubin, D. A. Shapiro)

Rugbyści na wózkach inwalidzkich przygotowują się do igrzysk paraolimpijskich. Sportu powrót do źródeł - z dala od komercji, jako trudu służącego przezwyciężaniu samego siebie.

Ufff, to był chyba mój najdłuższy wpis. Kto nie widział, niech szuka i ogląda. Najlepiej zaraz, bo tych najlepszych sportowych filmów uzbierałoby się drugie tyle i jeszcze trochę. Ale o nich innym razem.

13:54, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 03 stycznia 2008

Polscy siatkarze na niemal każdy prestiżowy turniej wyruszają osłabieni lub obolali. Rok 2002: na mistrzostwa świata lecą bez Pawła Zagumnego. 2004: na igrzyskach olimpijskich dochodzącego do siebie po kontuzji Zagumnego, naszego najwybitniejszego rozgrywającego, stać tylko na rolę rezerwowego. 2005: na mistrzostwa Europy nie jadą Kadziewicz, Ignaczak, Stelmach i Zagumny. 2007: ten sam turniej kadra musi przemęczyć bez Wlazłego i Gruszki.

Pełną swobodę wyboru selekcjoner reprezentacji miał tylko raz - podczas mundialu w 2006 roku, który w dodatku poprzedziło bezprecedensowo długie zgrupowanie. Polacy byli wówczas perfekcyjnie przygotowani, prowadzeni przez imponującego intuicją Raula Lozano, a grając w odległej Japonii, presję oczekiwań całej Polski odczuwali mniej niż zwykle. I odnieśli najwspanialszy sukces od 30 lat - przywieźli srebrny medal.

Wniosek zdaje się oczywisty - zwyciężyli tylko wtedy, gdy absolutnie wszystko układało się po ich myśli. Kiedy natrafiali na przeciwności losu, wypadali co najwyżej przyzwoicie. A czasem beznadziejnie.

Wyprowadzać kolejne wnioski aż strach. Do olimpijskich kwalifikacji w Izmirze Polacy przystąpią zdziesiątkowani jak nigdy. Padły dwa z trzech fundamentów reprezentacji (Wlazły i Winiarski, ostał się tylko Zagumny); nie wyleczył się specjalnie ceniony przez Raula Lozano za atuty mentalne Kadziewicz; na zdrowie narzeka Świderski; newralgiczne zadania atakującego będzie być może wypełniał Gruszka, który na tej pozycji występował dwie epoki temu; odbierać serwisy rywali musi reprezentacyjny żółtodziób Gierczyński. Ci ludzie nigdy w takim zestawieniu nie grali i prawdopodobnie nigdy - po powrocie z Turcji - nie zagrają. A od poniedziałku mają starać się o triumfy w najbardziej zespołowej spośród gier, w której sukces wykuwa się miesiącami (latami?) wspólnych ćwiczeń i w której do klęski wystarczą niedokładności mierzone w milimetrach.

Pociesza jedno - w tak dramatycznych okolicznościach szaleństwem byłoby obarczać siatkarzy metką faworytów turnieju, której serdecznie nie znoszą, a ewentualne niepowodzenie nie będzie końcem świata. Oba poprzednie awanse na igrzyska olimpijskie Polacy zdobywali przecież w ostatniej chwili, w słabiej obsadzonych kwalifikacjach interkontynentalnych. Dlatego do Izmiru nie powinni jechać jak na skazanie, ale z poczuciem, mają o niebo więcej do zyskania niż stracenia - po rozpadzie kadry awans do Pekinu byłby fantastyczną niespodzianką.

19:23, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
środa, 02 stycznia 2008

l 

Wczoraj pisałem o transferowych rekordach w skali globalnej, które moim zdaniem w tym roku nie padną, dzisiaj chciałbym posmędzić o naszej - polskiego futbolu - skromnej rólce w transferowym show.

Wciąż bowiem nie mieści mi się w głowie, że Polak nie potrafi. Jego obezwładniającą niemoc w ubiegłym roku symbolizowały dla mnie losy Radosława Matusiaka (na zdjęciu), o którym nie wystarczy powiedzieć, że skok na ligę włoską mu się nie powiódł. Nie, stało się coś smutniejszego - on poddał się po zaledwie kilku miesiącach, zrejterował z Palermo do Heerenveen, by ligi holenderskiej również nie podbić. A my mogliśmy skonfrontować Matusiaka klęskę z karierą np. niejakiego Marka Hamsika. Ten 20-latek pochodzi ze Słowacji, uczył się kopać piłkę w prowincjonalnym klubiku pod Bańską Bystrzycą, w lutym zadebiutował - w sparingu z Polską - w reprezentacji kraju.

Wiosną Hamsik grał w drugiej lidze włoskiej, jesienią trafił do pierwszej. I wziął ją szturmem. Jeśli przyjąć za kryterium średnią not przyznawanych przez dziennikarzy, w 2007 roku lepsi od niego wśród pomocników byli tylko Luis Figo, Cristiano Doni, Esteban Cambiasso i Pavel Nedved.

Przywołuję postać Hamsika, bowiem wywodzi się on z bliskich nam okolic, z kraju niemocniejszego od Polski ekonomicznie, o podobnym klimacie, bez sukcesów w międzynarodowej piłce. Porównywać nasze realia do tych wszystkich Holandii, Francji czy Hiszpanii, gdzie świetnych zawodników masowo produkuje niezwykle efektywny system szkolenia, nie ma sensu. Nawet o Czechach zmilczę, bo oni w know-how zachodnim potęgom nie ustępują.

Hamsik należy jednak do idących szeroką ławą piłkarzy z krajów pokomunistycznych, których w europejskiej czołówce rozpleniły się tabuny. Widziałem to podczas świąt podczas transmisji niezmordowanej ligi angielskiej: Serba Vidicia jako fundament defensywy Manchesteru United, Białorusina Hleba czarującego w koszulce Arsenalu, Bułgara Petrowa napędzającego natarcia Manchesteru City, innego Bułgara Berbatowa ostrzeliwującego rywali Tottenhamu. A wcześniej oglądałem w Lidze Mistrzów: młodziutkiego Chorwata Rakiticia w Schalke, trafiającego do bramki Realu Macedończyka Pandeva z Lazio, Rumuna Chivu i Serba Stankovicia bijącego rekordy z Interem, Gruzina Kaładze w sercu defensywy broniącego trofeum Milanu etc.

Wyliczankę można ciągnąć, by po jej zakończeniu - co nastąpiłoby pewnie gdzieś w okolicach zatrzaśnięcia styczniowego okna transferowego - przypomnieć nagie polskie fakty. O rozdziale w naszym futbolu osobnym, czyli ratujących jego beznadziejną reputację bramkarzach; o Żurawskich, Rasiakach, Saganowskich i innych Matusiakach, którzy albo właśnie szukają jakiegokolwiek pracodawcy dającego im grać, albo nie szukają, bo na ławce im dobrze; o niepojętej i bezwyjątkowej niezdolności do spędzenia przez naszego rodaka wieloletniej kariery w mocnym zachodnim w klubie, z którego go nie przepędzą, lecz pożegnają na uroczystej gali. (Po raz wtóry zaznaczam: pomijam futbolową konkurencję indywidualną, czyli golkiperów.)

Tak, wiem, teraz należałoby odprawić inny nieśmiertelny obrzęd. Podać tradycyjną litanię o braku boisk, o nieoduczeniu trenerów, o indolencji i lenistwie pezetpeenowskich darmozjadów, o selekcyjnym chaosie zamiast zorganizowanego odsiewania jednostek utalentowanych z tłumu nieutalentowanych.

Wszystko święta prawda, ale święta prawda nie musi nas przekonywać i pozbawiać nadziei. Ślepego trafu mamy prawa wypatrywać jak każda liczna nacja na planecie, jeden Małysz nie mógł wyczerpać całego limitu. Kiedyś, do cholery, i nam się trafi cud. Do normalności - o ile w ogóle do niej zaczniemy zmierzać - dotrzemy za mniej więcej milion lat, ale transferowy megahit zwyczajnie powinien wreszcie spaść nam z nieba. Z tych samych względów, dla których udało się tej dziewczynie:

20:54, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
wtorek, 01 stycznia 2008

l 

Myślę o megahicie w sensie stricte ekonomicznym, czyli pobiciu lub choćby zbliżeniu się do rekordu wszech czasów, który sześć lat ze sporym okładem temu ustanowił Real Madryt, płacąc za Zinedine’a Zidane około 76 mln euro.

Pytanie jest na czasie, bowiem od północy znów można handlować żywym piłkarskim towarem (do końca stycznia), więc wkrótce znów zasypią nas plotki, bzdury i kompletne bzdury rozsiewane z tym okazalszą metką wiadomości „absolutnie pewnej”, im mniejsze szanse będzie miała znaleźć potwierdzenie w rzeczywistości. Sygnał dał już - któżby inny - Ramon Calderon, prezes Realu właśnie. Bąknął, jak bardzo marzy o pozyskaniu Cristiano Ronaldo, przyznając zarazem, iż uważnie monitoruje - cokolwiek miałoby to znaczyć - sytuację Portugalczyka w Manchesterze United. I naraził się nawet na gniew trenera Aleksa Fergusona.

Rozstrząsając, czy ustanowienie kolejnego transferowego rekordu jest możliwe, trzeba najuważniej spoglądać właśnie na Madryt, bowiem Real wciąż wydaje najwięcej. A kiedy przestał pokonywać kolejne finansowe bariery - w pamiętnym roku 2001 - nikt inny forsować już ich nie chciał. Po wyprowadzce z Juventusu Turyn Zidane’a rozpoczął się schyłek ery totalnego szaleństwa nieodpowiedzialnych prezesów, którzy doprowadzili do bankructwa lub prawie do bankructwa mnóstwo klubów, od Lazio i Parmy począwszy, a na Leeds i Borussii Dortmund skończywszy.To oni - wyższa klasa średnia w piłce klubowej - wyznaczali wówczas trendy. Skoro płacili kilkadziesiąt milionów za piłkarzy bardzo dobrych, elita musiała płacić jeszcze więcej za piłkarzy wybitnych.

Kiedy rzekome wschodzące potęgi - czy raczej: bogaci z aspiracjami odpowiadającymi możliwościom bardzo bogatych - padły, przestały padać rekordy. Od 2002 roku już tylko jeden zawodnik - Andrij Szewczenko - kosztował niemal 50 mln euro.

I tak raczej pozostanie. Przynajmniej w najbliższej przyszłości. Dziś rekordowych pułapów mógłby sięgnąć wyłącznie transfer zawodnika, który spełniałby mnóstwo warunków - nie tylko genialnie kopał piłkę, ale był stosunkowo młody, pełnił na boisku rolę ofensywną, już teraz miał markę gwarantującą bajeczne marketingowe zyski oraz już teraz grał w jednym z najsłynniejszych klubów.

Wszystkie warunki spełnia zaledwie kilku ludzi. Moim zdaniem czterech: Cristiano Ronaldo, Kaka, Lionel Messi oraz Zlatan Ibrahimović. Choć ten ostatni spełnia je w najmniejszych stopniu, bo jego wizerunek - arcymocny we Włoszech - nie czyni go jeszcze bohaterem masowej wyobraźni w skali globalnej.

Żadnego z nich obecny klub - Manchester Utd, Milan, Barcelona oraz Inter - jednak sprzedać nie zamierza, zwłaszcza że żadnego nie byłby w stanie zastąpić także w sensie marketingowym. Dlatego szlagierem sezonu - choć raczej letniego, nie zimowego - będzie prawdopodobnie sprzedaż Ronaldinho. On też podane kryteria spełnia, ale rekordu Zidane'a nie pobije, bo aż dwie z trzech stron ewentualnej transakcji - zawodnik i jego aktualny pracodawca Barcelona - bardzo chcą rozstania.

20:48, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Niech wasze ulubione drużyny przegrywają, ale tylko czasem, rzadziutko, najwyżej raz, by nieustające sukcesy wam nie spowszedniały.

Niech wasze ulubione drużyny zagrają niekiedy byle jak albo nawet upiornie brzydko, byście w pełni docenili te niezapomniane wieczory, w których wypadną oszałamiająco.

Niech sportowcy - wszyscy, nie tylko wasi ulubieni - nawet jeśli polegną w boju o złoto lub wręcz wylądują na okropnym czwartym miejscu, znajdą pocieszenie w uczuciu satysfakcji, że zrobili ciut więcej niż mogli, więc wygrali bez względu na wynik.

A wy, stali i przypadkowi bywalcy tego bloga, wygrywajcie zawsze. Oczywiście poza tymi chwilami, w których pokona was ktoś, kogo radością ze zwycięstwa będziecie się cieszyć mocniej niż swoim własnym triumfem.

Albo prościej - niech następny rok będzie jeszcze lepszy.

Teraz - przed ogólnoświatowym terrorem obowiązkowego balowania uciekając jak zwykle do kina - zostawiam was z kawałkiem futbolowej poezji śpiewanej w stylu punk. Do zobaczenia (przeczytania?) w Nowym Roku, czyli - mam nadzieję - do jutra.

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Niby w angielskiej piłce nic nowego się nie wydarzyło, kaca jej gwiazdy nigdy się specjalnie nie bały, ale narodowi dumnemu z nieśmiertelnej tradycji bicia pijackich rekordów zawsze warto przypomnieć, że nie tylko Polak golnąć sobie potrafi. Ryzykuję i zakładam, że nie wszyscy dotarli jeszcze do szczegółów bożonarodzeniowego przyjęcia zawodników Manchesteru United, bo ja dotarłem z opóźnieniem - dopiero przed chwilą. I wyczytałem w „Daily Telegraph”, że 80 pań dołączyło do zabawy dopiero, gdy boiskowi gladiatorzy wchodzili w - uwaga - „15. godzinę alkoholowego maratonu.”

Nie mam zamiaru prawić morałów ani tym bardziej rozstrząsać, czy piłkarze Premier League oskarżani w ostatnich latach o gwałt rzeczywiście zawsze próbowali gwałcić, czy niekiedy byli obwiniani niesłusznie. By jednak wprowadzić w klimat wyspiarskich zabaw pozaboiskowych, dam passus podprowadzony „Guardianowi”, który przyznał swoje futbolowe wyróżnienia roku w najrozmaitszych kategoriach. (Wybaczcie, że w oryginale, ale naprawdę nie znajduję przyjemności w szukaniu polskiego odpowiednika dla czasownika „roast” użytego w tym akurat kontekście.)

Oto wyimek z „Guardiana”:

BEST ROASTING

Tough category - so let's try a threesome..:

September The Sun: 'Two of the five hookers who romped with United ace Cristiano Ronaldo and pal Anderson at Ronaldo's £3m mansion said the players had "no morals". "They made me feel cheap," said Tyese, 18. "I've slept with 200 clients and I've never been treated with such little respect!'"

October The Sun: 'Shaun Wright-Phillips is indulging his favourite hobby with his massive wages - PORN. The England star has ploughed £20,000 into porn channel Babe Central. "Shaun has been dropping in at Babe Central with his pals," says an insider. "The girls writhe around for the cameras while Shaun drinks his champagne."

December The Sun: 'The girl roasted by THREE Man United stars at their rape-claim Christmas party bragged about it afterwards to a sickened party guest. The guest said: "The men were shrieking like hyenas - it was vile. I asked the girl if she was OK and she said "Yeah, of course, why wouldn't I be? They said I was great shag!" Then she hobbled off down the corridor.'

BEST ASSIST

So where's Rio - S&D man of the year two years running - in all this? The Mirror, 3 December: 'Rio Ferdinand has collected £4,000 from EACH United player to organise the lads' Christmas party - and rounded up 100 gorgeous females to keep them company. Boss Sir Alex Ferguson has warned them not to get into any trouble...

Powtarzam: nie chcę wygłaszać kazań ani oceniać pozaboiskowych zainteresowań wyspiarskich bożyszczy tłumów. Do tej notki popchnął mnie mielony przez setki portali hitowy news, że trener Alex Ferguson ukarał piłkarzy uczestniczących w Christmas party rekordową grzywną w historii ligi angielskiej.

Ów „rekord” wzbudził moje zainteresowanie, bo chyba wszystkie kary finansowe w piłce nożnej, o jakich słyszałem, wydawały mi się śmieszne bądź żałosne. Nigdy np. nie zapomnę, jak Real Saragossa musiał wykrwawić się z 600 euro, bo hiszpańskie władze nałożyły nań grzywnę za rasistowskie wybryki kibiców (obrażali Samuela Eto'o). Uff, musieli pewnie zacisnąć potem w klubie pasa.

Teraz piłkarze Manchesteru zapłacą okrągły milion funtów. Prasa szacuje, że ukaranych może być nawet 30 osób. Ale OK, załóżmy, że będzie ich 25. Na głowę wyjdzie wówczas po 40 tys. funtów grzywny.

Wszystko dzieje się w lidze, w której średnia roczna pensja przekroczyła niedawno milion funtów rocznie, czyli zbliża się do 20 tys. tygodniowo. A w Manchesterze, co naturalne, jest znacznie wyższa.

Słowem, narzeczone i żony piłkarzy z Old Trafford wejdą w Nowy Rok z ostrym bólem głowy. Oczywiście tylko dlatego, że mężowie tym razem przyniosą do domu mniej.

02:23, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 grudnia 2007

Znów dzisiaj zazdrościłem Bułgarom (zazwyczaj zazdroszczę okolicznym nacjom pokomunistycznym, innym jakoś mniej), że oni opiewają wzloty Dymitara Berbatowa (cztery gole dla Tottenhamu!), a polscy kibice mogą co najwyżej zaciskać kciuki za ofensywne akcje rywali Manchesteru i Celtiku, by Kuszczak i Boruc dostali szansę wykazania się. Żaden bohaterem nie został, ale też żaden niczego nie spartaczył. Czyli letnio.

Zazdrościłem więc Bułgarom, a w trakcie zazdroszczenia znów zadałem sobie sakramentalne, zawarte w tytule pytanie: możemy między słupkami czuć się jak mocarstwo, czy jednak nie? I zajrzałem, by nie opierać się wyłącznie na subiektywnych wrażeniach i odczuciach, do kadr klubów, które przetrwały fazę grupową Ligi Mistrzów. Najwięcej znalazłem tam golkiperów hiszpańskich, ale pełna klasyfikacja wygląda okazale i z polskiego punktu widzenia (tym bardziej, że nie mamy swoich klubów w tych rozgrywkach):

1) Hiszpania    9

2) Włochy       6

3) Brazylia      5

4) POLSKA        4

5) Francja       4

6) Grecja        3

7) Niemcy       3

8) Portugalia   3

9) Turcja         3

10) Anglia       2

Niżej uplasowały się jeszcze kraje z jednym bramkarzem w „16” najmocniejszych klubów w Europie (Australia, Chorwacja, Czechy, Holandia, Irlandia Płn., Szkocja). Co z tych statystyk wynika? Niby każdy futbolowy ranking, w którym Polska czai się tuż poza podium, powinien nas porywać, ale tutaj łatwo narazić się na oczywisty zarzut, że umiejętnie manipulując statystykami da się udowodnić wszystko.

Wypatrujący w życiu szklanek w połowie pustych prychną, że spośród kwartetu naszych ludzi - Boruc, Dudek, Fabiański, Kuszczak - tylko pierwszy rzeczywiście regularnie broni, a on akurat strzeże bramki najsłabszego spośród „polskich klubów”, rywalizującego w kiepskiej lidze szkockiej Celtiku Glasgow.

Natomiast wypatrujący szklanek w połowie pełnych, przypomną, że Arsenal, Manchester United i Real Madryt nawet rezerwowych biorą doskonałych, i nakażą przyjrzeć się, obok kogo na ławkach siedzą Fabiański, Kuszczak i Dudek. (Choć dziś pierwszy usiadł na trybunach, a drugi znów, wskutek kontuzji van der Sara, grał.)

Co gorsza, obie tezy brzmią logiczne i wydają się trudne do podważenia. Czyli mamy klasyczną kwadraturę polskiej piłki - nawet jak coś wychodzi, zaraz podniosą się ludzie, którzy udowodnią, że wcale nie wychodzi.

I, znów - co gorsza, mogą mieć rację.Bo w sprawie poszukiwania ostatecznej odpowiedzi na doniosłe pytanie zawarte w tytule tej notki wiemy na razie tyle, że nic nie wiemy.

Przed rokiem 2008 wątpliwości nie pozostawia tylko przyszłość Dudka - z Realu raczej odejdzie, a gdyby nie odszedł, to odsiedzi swoje na ławce rezerwowych. Czy natomiast Boruc znajdzie odpowiadający jego aspiracjom klub, skoro potentaci bramkarzy nie szukają, ewentualnie szukają gdzie indziej? (Milan ponoć postanowił zastąpić wreszcie Didę, ale chce Freya z Fiorentiny, o Polaku ani słowa.) Czy Fabiański utrzyma się w Arsenalu, który w każdym sezonie wypróbowuje pęczek nastolatków, po czym niektórych oddaje ich na wypożyczenie, by z czasem zarobić na transferze definitywnym? Czy Kuszczak rozkocha w sobie Aleksa Fergusona, którego łaska w kwestii bramkarskiej na baaaardzo pstrym koniu jeździ?

Dopiero jeśli na co najmniej dwa z trzech powyższych pytań odpowiedź będzie pozytywna, wszelkie rankingi, nieczyste statystyczne chwyty i inne kombinacje stracą sens. Bo "polski bramkarz" będzie dla świata oznaczało "świetny bramkarz".

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
piątek, 28 grudnia 2007

l 

Zaczęło się na początku grudnia. Piłkarze Fiorentiny po przegranym 0:2 meczu z Interem zatrzymali się w drodze do szatni, utworzyli szpaler i uścisnęli rywalom dłonie, gratulując im zwycięstwa.

Potem powtórzyli ceremonię po spotkaniu Pucharu UEFA z Mladą Boleslaw.

Następni, w wigilię wigilii, byli gracze Interu. Nie czekali nawet do ostatniego gwizdka, lecz złożyli przeciwnikom hołd przed pierwszym - a popołudnie nie było jak każde, bo właśnie miały się rozpocząć derby Mediolanu. Przeciwników oklaskiwali za zdobyte tydzień wcześniej klubowe mistrzostwo świata.

Włoskie media przyjęły incydenty z entuzjazmem i nazwały ideę „trzecią połową”, nawiązując do obyczajów znanych z boisk rugby. A władze ligowe postanowiły właśnie uczynić uściskiwanie sobie dłoni po meczu obowiązkiem, tyle że rytuał ma przypominać raczej scenki z hal siatkarskich - piłkarze, także rezerwowi, oraz trenerzy ustawią się w linii i każdy pożegna się z każdym.

Szczegóły pozostają do doprecyzowania, nowe prawo wejdzie w życie 13 stycznia.

Ciekawe, jak nowy savoir-vivre zniosą włoscy piłkarze, u których - jak wiadomo - z manierami i samokontrolą bywa rozmaicie. W siatkówce zawodnicy nie wchodzą w fizyczne zwarcie i nie zdarza się, by ktoś - jak zdarzyło się pewnego wiosennego wieczoru piłkarskiej Ligi Mistrzów, kibice Interu świetnie pamiętają - zerwał się z ławki rezerwowych i przemierzył pół boiska tylko po to, by przyłożyć rywalowi pięścią w twarz. Po szarpaninie na murawie czasem upływa trochę czasu, zanim się ochłonie.

Calcio - wstrząsane skandalami korupcyjnymi i (wokół)stadionowym chuligaństwem - promuje fair play, bo chce uładnić swój wizerunek. Jeśli pomysł uda się zrealizować, Włosi mogą wygrać. Jeśli Materazzi, Gattuso czy de Rossi nie wytrzymają, reszta świata pęknie ze śmiechu.

Dla mnie bardzo pomysł OK, oczywiście pod jednym warunkiem: jeśli za niepodanie ręki nie będzie żadnych sankcji.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
czwartek, 27 grudnia 2007

Michał Pol pyta, czy Manuel Almunia - hiszpański bramkarz mający szansę zagrać dla reprezentacji Anglii - otworzy Wyspiarzy na świat, i przepowiada rewolucję, którą ten zaskakujący transfer zainicjuje.

Chętnie odpowiadam: dwa razy nie.

Anglia nie może się na świat otworzyć, bo wyrwane razem futryną drzwi zdołałby jeszcze raz otworzyć tylko David Copperfield, a on ściemnia, więc i tak nikt mu już nie wierzy. Angielskie kluby należą do Rosjan, Islandczyków, Amerykanów, izraelskich pół-Francuzów, Tajlandczyków i innych Egipcjan; czołowe angielskie drużyny prowadzą trenerzy ze Szkocji, Francji, Izraela, Hiszpanii i Szwecji; ich asystenci pochodzą z tych samych krajów, chyba że pochodzą akurat z Portugalii lub Holandii; polecający im piłkarzy skauci przyjeżdżają z Holandii, Danii, Hiszpanii, podobnie jak szkolący juniorów szlifierze talentów, którzy z kolei rekrutują się także spośród Holendrów, Szkotów oraz Irlandczyków.

Dla jasności dodam, że nie opisałem całej mapy upchniętej w Premier League - rzuciłem nazwy tych narodowości, które natychmiast przyszły mi do głowy, bo skojarzyłem najbardziej znane postaci. Dłuższego namysłu i głębszego researchu wcale jednak nie trzeba, by wiedzieć, że liga angielska pozostaje angielską z jednego powodu: jej mecze rozgrywa się na stadionach położonych w Anglii dla siedzących na trybunach Anglików (choć to już nie zawsze).

Almunia nie zainicjuje też rewolucji, bo moda na wybieranie sobie ojczyzny zapanowała milion lat temu. Grających dla trzech krajów - jak Alfredo di Stefano reprezentujący kilka dekad temu Argentynę, Kolumbię i Hiszpanię - na szczęście nie ma, ale podwójnie zobowiązanych uzbierałoby się od groma.

Znów wymieniam z pamięci, wyłapując pierwsze skojarzenia: dla nas strzelał Nigeryjczyk Olisadebe, Chorwatom pomagał wyeliminować z Euro 2008 Anglików Brazylijczyk Eduardo, Portugalię wspierał Brazylijczyk Deco, mistrzostwo świata z Włochami zdobył Argentyńczyk Camoranesi, Hiszpanie namówili Brazylijczyka Marcosa Sennę, Turcy - jego rodaka Marco Aurelio (obecnie Mehmeta Aurelio) etc. W wyliczance świadomie pomijam zresztą przypadki klasycznie emigranckie, kiedy kopiący futbolówkę dzieciak jedzie na drugi koniec świata z rodzicami i potem rzeczywiście może czuć się przywiązany do dwóch ojczyzn, jak urodzony w Ghanie Gerald Asamoah czy kilku jego rodaków o znajomo nam brzmiących nazwiskach.

Dlaczego zatem rewolucji nie będzie? Bo nic nie stanie się nagle, raczej kropla, jak drążyła, tak drążyć będzie skalę. Ulice Londynu wypełnia gwar we wszystkich językach globu, to i szatnia reprezentacji będzie rozbrzmiewać wszystkimi językami. FIFA może sobie wymyślać obostrzenia, ale naturalnego ciągu wydarzeń nie powstrzyma - reprezentacje rzeczywiście upodobnią się do klubów, może nawet bogate federacje zaczną kusić zagranicznych piłkarzy sutymi kontraktami.

Dlatego ja stawiam inne pytanie. Jaki sens będzie miał wówczas mundial?

PS Ponieważ nawiązuję do wpisu Michała, idę w jego ślady i ogłaszam minikonkurs: temu, kto pierwszy przypomni sobie, jaki ANGIELSKI piłkarz reprezentował na ubiegłorocznych MŚ inną reprezentację, wyślę swoją książkę „Piłka sss... kopana”.

21:19, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
środa, 26 grudnia 2007

Pracowałem właśnie nad piłkarskim podsumowaniem roku 2007 do sylwestrowej „Gazety Sport”, kiedy obaj (anty)bohaterowie mojego hasła „Upadek” trafili na czołówki internetowych portali. Andrij Szewczenko zagrał - wreszcie! - znakomicie w porywającym ponoć meczu Chelsea - Aston Villa, który BBC typuje na wydarzenie sezonu, a nazwisko Macieja Żurawskiego wylądowało na szczycie newsów Sport.pl, bowiem Celtic Glasgow najwyraźniej chciałby się Polaka pozbyć za wszelką cenę.

Dlatego nie będę czekał i refleksją o największych rozczarowaniach mijającego roku podzielę się już teraz.

Szewczenki i Żurawskiego od miesięcy żałuję specjalnie, bowiem obaj powinni być królami strzelców lig, w których grają, a obu menedżerowie lub brukowce usiłowały już wyeksportować do ligi amerykańskiej, co dla piłkarzy ledwie 31-letnich (są rówieśnikami, Polak urodził się 17 dni wcześniej), czyli znajdujących się u szczytu sił witalnych, powinno być upokorzeniem. (Rozmawiamy o sporcie, emigracja Beckhama to zupełnie inny biznes.)

Dramat obu przebiegał w dodatku w sposób zaskakujący dla wszystkich, którzy śledzili ich kariery od wielu lat.

lUkrainiec, do Londynu zaciągnięty ponoć przez wygłodniałą zakupowych eskapad żonę, zdawał się być typem zawodnika uniwersalnego, zdolnego do błyskawicznej aklimatyzacji w każdych rozgrywkach. Przecież jako pierwszy obcokrajowiec debiutant po Platinim został najskuteczniejszym piłkarzem ligi włoskiej, a stało się to w czasach, gdy napastników nigdzie nie kryto tak ściśle jak w Serie A. Nie miewał też kłopotów poza boiskiem - uchodził za sympatycznego i otwartego, był lubiany w szatni i poza nią, także przez dziennikarzy, którym już po kilku tygodniach pobytu w Mediolanie udzielał wywiadów po wlosku.

W Anglii Szewczenko tak dobrze nigdy się nie poczuł - ani wśród kolegów z Chelsea (uchodząc za pupilka Romana Abramowicza), ani na boiskach. Gole strzela rzadko i zazwyczaj kiepskim drużynom, ostatniego naprawdę ważnego udało mu się wepchnąć do bramki Valencii w kwietniu. Zawstydzająco mało jak na najwybitniejszego niegdyś napastnika świata.

lZ Żurawskim było kompletnie inaczej. O adaptacyjną zdolność byłego Wiślaka (w przeciwieństwie do Szewczenki do Glasgow poleciał bez żony) baliśmy się potwornie. On nawet po przeprowadzce z Poznania do Krakowa długo wtapiał się w nowe otoczenie, często też narzekał w wywiadach, że do Zeliga mu daleko - wszędzie na początku czuje się niezbyt pewnie. Ale, paradoksalnie, w bramki ligi szkockiej wstrzelił się natychmiast. I niemal z dnia na dzień został bożyszczem tłumu z Celtic Park.

Niestety. Nagle, z niewyjaśnionych przyczyn zgasł. Ostatnie gole strzelił w styczniu. Trzecioligowemu Dumbarton.

Paradoksalne losy obu moich ulubieńców - Szewczenki oraz Żurawskiego - przypominają, że w piłkę nożną, nawet tę na najwyższym poziomie, grają jednak zwykli ludzie, którzy się zmieniają, nie przypadają sobie do gustu, a czasem sami nie mają pojęcia, czemu gdzieś czują się kiepsko. Nawet najwnikliwsza analiza ich przeszłości nie wystarczy, by celnie wywróżyć przyszłość. Zwłaszcza analiza skupiona nade wszystko na wydarzeniach boiskowych, nie obejmująca scen z życia prywatnego - w klubie, wśród kolegów z szatni, zwierzchników, znajomych, przyjaciół, rodziny.

Gdyby bowiem mierzyć wyłącznie umiejętności piłkarskie, to wciąż nie mam wątpliwości: Szewczenko powinien być królem strzelców ligi angielskiej, a Żurawski - królem strzelców ligi szkockiej.

Dlatego dziś kompletnie nie wiem, czy cieszyć się, czy jednak lamentować.

Szewczenko strzelający dwa gole, w tym jednego wspaniałego, oraz zaliczający asystę w meczu z Aston Villa? Palce lizać.

Żurawski w Maccabi? Brrr. Aż się boję pomyśleć o innych ofertach, które ponoć dostał. A najsmutniejsze jest to, że jeśli chce ratować formę przed Euro 2008, wkrótce znajdzie się pewnie w sytuacji bez wyjścia.

PS Gdyby kogoś interesowało - tutaj pisałem, w jakim klubie chciałbym dziś widzieć Żurawskiego.

18:12, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
Archiwum
Tagi