RSS
wtorek, 20 listopada 2007

Tym razem nie chcę dzielić się własnymi dywagacjami, lecz zachęcić do przeczytania dwugłosu o kibicach z "Tygodnika Powszechnego", do którego - jak podejrzewam - niekoniecznie wszyscy musieliście dotrzeć. Sam nie zgadzam się z żadnym punktem widzenia, bo jeden sprowadza ludzi chadzających na stadion do masy brutalnych troglodytów, a drugi kreśli wizję nazbyt idealistyczną (choć z dwojga zaproponowanych mi bliższą), ale oba uważam za niezmiernie interesujące.

Wywołanie stosunkowo głośnej dyskusji okazało się ważnym - choć niezamierzonym - skutkiem opublikowania w "Gazecie" kilku tekstów o problemie kibolsko-kibicowskim. Niełatwo przecież nakłonić katolickie pismo społeczno-kulturalne do rozważań nad duszą fanatyków piłki kopanej. I nawet jeśli pogląd Przemysława Dula, filozofa i specjalisty od mistyki chrześcijańskiej może się wam wydać spojrzeniem z innej planety, to warto go poznać. Sam zresztą zawsze marzyłem o zamieszkaniu w kraju, w którym o piłce nożnej dyskutuje się na okrągło i w każdym towarzystwie, a nieodróżnianie Ronaldinho od Ronaldo przynosi takim sam wstyd, jak mylenie Dostojewskiego z Majakowskim. Marzenie nigdy się nie spełni, ale każdą próbę walki z futbolową ignorancją trzeba docenić...

23:25, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 listopada 2007

Czuję się trochę niezręcznie, bo realizację mojej wizji uniemożliwiłoby - jeśli spojrzeć na wyliczenia Michała Szadkowskiego - zwycięstwo Polaków w Serbii, ale co tam, nie takie zwycięskie remisy jakoś znosiliśmy. Wyznaję szczerze: chciałbym zobaczyć naszych piłkarzy w czwartym, teoretycznie najsłabszym koszyku. Słówko „teoretycznie” jest tutaj absolutnie kluczowe, bowiem rozstawienie przed losowaniem grup Euro 2008 będzie chyba najosobliwsze w historii, nie mając nic wspólnego z hierarchią na kontynencie:

Koszyk 1: Austria, Szwajcaria, Grecja, Holandia;

Koszyk 2: Chorwacja, Niemcy, Włochy, Czechy;

Koszyk 3: Anglia, Portugalia, Szwecja, Rumunia;

Koszyk 4: Polska, Hiszpania, Francja, Turcja.

I co wy na to? Duet organizatorów oraz sensacyjne złoto Grecji na poprzednich ME sprawia, że koszyk pierwszy wygląda na najsłabszy. Ja takiego cudactwa nie pamiętam.

Spośród kwartetu rozstawionych bez wahania wybrałbym Austrię. Gospodarze sami wiedzą, że ich reprezentacja ledwie zipie. Niedawno ruszyła internetowa kampania wzywająca federację do wycofania się z mistrzostw, by oszczędzić narodowi wstydu. Austriacy zajmują 85. miejsce w rankingu FIFA, przez rok wygrali ledwie jeden sparing, nie umieli zlać nawet Malty. Popadli w najgłębszy kryzys od trzech dekad. Tego przeciwnika  życzę Polakom, by stosunkowo spokojnie oczekiwać zwycięstwa.

Z drugiego koszyka biorę Niemców lub Włochów. To byłyby szlagiery, które rozpalają cały kraj, a kryteriów czysto sportowych tym razem pod uwagę nie biorę,  bo uważam, że każda drużyna z tego zestawu byłaby bezwzględnym faworytem meczu z Polską. Wybieram więc emocje starcia z sąsiadami lub aktualnymi mistrzami świata. Na triumf - przepraszam, że jestem słabej wiary - nie liczę, zakładając jednak, że ewentualna porażka nie przekreśliłaby szans na wyjście z grupy.

Wreszcie koszyk trzeci. I znów nie waham się ani sekundy. Portugalia. Jakoś polubiłem te mecze… Narodziłby się nam taki mały klasyk, a ludzie Beenhakkera już dwukrotnie zdążyli nauczyć moresu ronaldowatych elegancików i makiawelicznego spryciarza Scolariego. Nauczyliby po raz trzeci, w najgorszym razie wymordowując zwycięski remis. Zapomnijcie o beznadziei z Belgią, prawdę o naszej reprezentacji mówi również ten wspominkowy filmik:

21:18, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
piątek, 16 listopada 2007

Chyba mało kto zakłada, że się da. W moim otoczeniu wyczuwam beztrosko niecierpliwe wyczekiwanie fety, która musi nastąpić niechybnie, bo cały ten sobotni ambaras na Stadionie Śląskim nie jest niczym więcej niż czystą formalnością. Nowe Wembley to mieliśmy w tych eliminacjach już z Portugalią, w dodatku dwukrotnie, bo nasi nie dali się ograć ani u siebie, ani na wyjeździe.

Polski piłkarz niby jest zdolny wyciąć każdy numer, ale i mnie jakoś nie mieści mi się w głowie, że ten mecz można przegrać. Mecz Polaków - zdeterminowanych, napędzanych oszałamiającą perspektywą wyjazdu na mistrzostwa - z Belgami - skazanymi na uciążliwe dokańczanie eliminacji z kretesem przegranych. Rywale masowo zapadają na chorobę wywołaną tzw. wirusem FIFA, czyli wymigują się metodą dobrze nam znaną z czasów szkolnych - trefnymi zwolnieniami lekarskimi. A ci, co dojadą, pewnie będą wściekli, że po Chorzowie czeka ich jeszcze telepanie się na ostatni mecz do Azerbejdżanu. To realia współczesnej piłki reprezentacyjnej. Nieee, im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewny - tego przegrać się nie da. Poza tym rozmawiam z ludźmi i tylko nieliczni przyznają, że głęboko, na dnie duszy, jakiś niepokój się jednak tli.

By się ostatecznie uspokoić, próbowałem sobie przypomnieć, jak często drużyny w obecnej sytuacji Polski ponosiły klęskę. W obecnej sytuacji, czyli będąc faworytem (bo wyżej w rankingu FIFA, bo wygrana na wyjeździe, bo rywale zdziesiątkowani etc), walcząc o najwyższy z najwyższych celów i mierząc się z zespołem kompletnie zdemotywowanym. Nie znalazłem - co wyznaję poniekąd ze wstydem - żadnego. Łaziłem wspomnieniami po najróżniejszych prestiżowych rozgrywkach, od klubowych po reprezentacyjnych. Bez skutku. Nawet kiedy Hiszpania ćwierćwieku temu musiała wygrać ostatni mecz kwalifikacji 11 golami, to stłukła Maltę 12:1. Nawet kiedy mizerniutka Łotwa musiała wygrać na wyjeździe z teoretycznie po wielokroć silniejszą Szwecją, by awansować na poprzednie ME, to wygrała i wyeliminowała Polskę. Wyeliminowała, bo Szwedzi zapracowali na udział w finałach wcześniej i biegać chciało im się niespecjalnie.

Tak, motywacja bywa w sporcie czynnikiem absolutnie kluczowym. Dlatego rzucam pytanie w wirtualną przestrzeń: czy znacie z historii przypadek, który każe nam się sobotniego wieczoru bać? Powtórzę: nie chodzi mi o przywoływanie sensacyjnych porażek faworytów, tych oglądaliśmy bez liku. Chcę wiedzieć, kto kiedy przegrał taki mecz jak sobotni Polski z Belgią. Kto bijący się o życiowy triumf uległ zgrai odbębniającej pańszczyznę?

PS. Sorry, że dopiero tutaj o tym piszę, ale znajomy właśnie przywołał jesień 1999 roku. Gramy w Sztokholmie ze Szwecją, która już awansowała do ME. Walczymy o baraże. I przegrywamy 0:2...

22:17, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

"Piknik" jest w stadionowym slangu pojęciem pogardliwym, opisującym kibica okazjonalnego, mniej zagorzałego i mniej lojalnego, nieskorego do uporczywego zdzierania gardła w trakcie meczu, ewentualnie przesadnie przywiązanego do kultury osobistej, które to przywiązanie utrudnia mu (lub uniemożliwia) uczestniczenie w co rubaszniejszych zachowaniach stadionowego tłumu. Przepraszam, jeśli definicja wyda się wam nieprecyzyjna, ale na dobrą sprawę jej przecież nie potrzebujecie. Piknik jaki jest, każdy widzi.

Czy zatem piknik może się tym określeniem szczycić czy wręcz manifestować światu, że jest piknikiem? Wątpiłem, dopóki nie dostałem pewnego listu i pewnego zdjęcia. Oto list (skrócony przeze mnie za zgodą autora):

"Jestem kibicem drugoligowego Tura Turek - drużyny będącej dumą całego regionu. Awans spowodował, że ruch kibicowski, który nie miał większych tradycji ruszył z rozmachem. Sektor gości na wyjazdowych meczach Tura rzadko bywa pusty, nasz stadion jest zawsze wypełniony po brzegi. Mam 19 lat i wraz z grupką przyjaciół postanowiliśmy pokazać nowy styl - tzw. „nowoczesnych pikników”. Dlatego zrobiliśmy zrzutkę i zaprojektowaliśmy flagę, która pokazuje nasz stosunek do kibicowania. Flaga robi furorę i myślę, że właśnie my - kibice Tura Turek - pokazujemy, jaką drogą powinno iść polskie kibicostwo. Nie dążymy do żadnych podziałów, uczestniczymy w dopingu wraz z innymi fanami, a nasza flaga zwiedziła już wiele drugoligowych stadionów. Sądzę, że takie podejście spowoduje, że stadiony będą bezpieczne - żaden chuligan nie tknie gościa z flagą „pikniki”, bo to dla niego dyshonor."

A oto wspomniana flaga:

I

Cieszy mnie, że padł stereotyp piknika zbyt leniwego, by jeździć za drużyną po Polsce, ale nie mam dość. Dlatego wołam: pikniki z całego kraju łączcie się, zalejcie stadiony, miejsca wystarczy dla wszystkich. Od dziś będę wypatrywał waszej inwazji, a gdyby ktoś się chciał pochwalić dokumentacją - zdjęciami, plikami audio etc - to serdecznie zapraszam na forum mojego bloga.

Przy okazji: list przypomniał mi wiązankę przyśpiewek "Jestem z innej planety", która również wyrosła z alternatywnego - jak wskazuje sam tytuł - stylu kibicowania. Kto zna, niech sobie przypomni, innym zazdroszczę, że zobaczą po raz pierwszy. Proszę tylko o ciut cierpliwości, bo właściwy repertuar zaczyna się dopiero w 2 minucie i 28 sekundzie nagrania:

 

11:15, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
czwartek, 15 listopada 2007

To dla wielu Polaków pierwsze wspomnienie związane z Leo Beenhakkerem. Posępna, trupia twarz Holendra, wówczas selekcjonera reprezentacji swojego kraju, który ucieka przed światem po przegranej z Belgami walce o awans na meksykański mundial.

To były baraże. Holendrzy wyjazdowy mecz przegrali 0:1, w rewanżu prowadzili 2:0. Prowadzili do 84. minuty. Wtedy mistrzostwa świata odebrał im gol Gruna, poprzedzony dośrodkowaniem Geretsa. Gol niezwykły, bo strzelony po akcji dwóch obrońców.

Oba mecze pokazywała TVP, więc oglądali je pewnie wszyscy polscy kibice. Międzynarodowa piłka na ekranie to był przecież rarytas. Widok rozbitego, samotnie kroczącego pustym korytarzem Beenhakkera był tak sugestywny i przejmujący, że musiał zapaść w pamięć.

Dzwoniłem do TVP, w archiwum już tego nie znaleźli. Wyłowiłem więc końcówkę transmisji z telewizji holenderskiej, gdzie nie ma co prawda całego długiego ujęcia uciekającego Beenhakkera, ale spory kawałek się jednak zachował (przepraszam za średnią jakość):

Aha, gdyby kadra Piechniczka nie wymęczyła kilka tygodni wcześniej remisu z Belgią, to w barażu z piłkarzami Beenhakkera zmierzyliby się właśnie Polacy...

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
środa, 14 listopada 2007

Wciąż nie mogę się zebrać, by regularnie dzielić się z Wami swym bzikiem kinomaniaka i rekomendować na blogu co smaczniejsze premiery oraz niepremiery kinowe lub telewizyjne, ale tym razem nie wytrzymałem. Nie wytrzymałem, bo widziałem właśnie "Na złamanie karku" Jana Hrebejka.

Nie będę tutaj smędził o całości, powiem tylko, że rzecz ma wszystkie szeroko rozpoznawalne atuty współczesnego filmu czeskiego - od wdzięcznej śmieszno-smutnej tonacji po życzliwe spojrzenie na przywary swoich bohaterów. Po seansie zwyczajnie zaczynasz bardziej lubić ludzi.

Na film zwracam jednak uwagę z bardzo aktualnego dla bywalców mojego bloga powodu. Otóż jeden z bohaterów (w tej roli Jirzi Machaczek) przedstawia się jako kibol, w domu klęka przed kapliczką złożoną z flag i rozmaitych insygniów w barwach Sparty Praga, ale przeżywa katusze, bo sam siebie ukarał... zakazem stadionowym.

Więcej nie zdradzam (zresztą wątek kibolski jest jednym z wielu i wcale nie najważniejszym), wyganiam za to do kina lub - w najgorszym razie - kiedyś po DVD. To drugie rozwiązanie może być konieczne, bo film przybył do nas z opóźnieniem, pokazywany jest na kilku ledwie kopiach i trudno na niego trafić.

22:28, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Ponieważ dotarły do mnie wieści, że podane w felietonie o Beenhakkerze wspomnienie mojego najwspanialszego przeżycia związanego z reprezentacją Polski wywołało nieco kontrowersji, proponuję miniplebiscyt. Wybierzmy najbardziej niezapomniane - czy to dzięki prestiżowi triumfu, czy dzięki wyjątkowym emocjom - mecze naszych piłkarzy. Nie tylko mecze kadry, ale i klubów - biorąc pod uwagę wyłącznie konfrontacje międzynarodowe. Nie myślę rzecz jasna o tworzeniu jakiegoś rankingu (choć gdyby ktoś miał ochotę na forum, to byłoby fajnie), lecz o wymianie opinii.

Zastrzeżenie: propozycję kieruję do kibiców, którzy wchodzili w dorosłość w latach 90. (ja pełnoletni stałem się w 1994 roku), lub tych, którzy zgodzą się zapomnieć o wcześniejszych tłustych latach naszego futbolu, wejść w skórę mojego pokolenia i wybierać tylko spośród wspomnień świeższych. Chodzi mi o czas - z grubsza biorąc - między ostatnimi tchnieniami kadry Piechniczka a przybyciem Beenhakkera.

Moje propozycje, w kolejności chronologicznej:

 

1991: Sampdoria - Legia 2:2 (ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów)

Rywał bronił wówczas trofeum, rządził w Serie A, był europejską potęgą. Nastoletni Wojciech Kowalczyk poruszał się jeszcze jak żywa torpeda i strzelił dwa gole, Sampdoria odpowiedziała swoimi w szarpiącej za nerwy końcówce, potem Szczęsny wyleciał z boiska i w bramce stanął obrońca Jóźwiak (chyba nawet efektownie piąstkował, ale głowy nie dam).

 

1992: Polska - Włochy 3:0 (turniej olimpijski w Barcelonie)

Wiem, że dopiero później rozstrzygały się medale, że był nokaut na Australii, że cały kraj porwał finał z gospodarzami. Ale ja nigdy nie zapomnę drugiego meczu. Włosi uchodzili za głównych faworytów do złota, a tu w piątej minucie po lewym skrzydle sunie - przez całe boisko, jak Roberto Carlos w szczytowej formie! - Koźmiński. Dośrodkowuje, wolejem piłkę pakuje do siatki Juskowiak. Poczuliśmy, że może być pięknie...

  

1993: Polska - Anglia 1:1 (eliminacje mistrzostw świata)

O tym pisałem we wspomnianym felietonie.

 

1996: Broendby - Widzew 3:2 (eliminacje Ligi Mistrzów)

Jedyny w mojej kolekcji mecz przegrany. Duńczycy prowadzili już 3:0, łodzianie zaczęli odrabiać straty, decydującego o awansie do LM gola Wojtala strzelił w 89 minucie, a potem sędzia nie chciał gwizdnąć po raz ostatni i swój popis dał pewien radiowy komentator.

 

2002: Schalke Gelsenkirchen – Wisła Kraków 1:4 (III runda Pucharu UEFA)

To był chyba szczyt fantastycznej grupy Henryka Kasperczaka. Szalejący skrzydłowy Kosowski, salta Nigeryjczyka Uche, laserowa precyzja snajperskiej stopy Żurawskiego. Eeech, to działo się prawie wczoraj...

PS. Korciło mnie też, by wyróżnić wyjazdowe triumfy kadry Engela nad Ukrainą i Norwegią, ale postanowiłem zacieśnić stawkę do pięciu hitów, a konkurencja była ostra.

 

14:19, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

Macieja Żurawskiego opłakuję, o czym już pisałem, jako największe rozczarowanie pośród polskich piłkarzy ostatnich lat. Widziałem w nim napastnika jak na nasze warunki niemal kompletnego (tylko głową nie uderzał perfekcyjnie), zdolnego zrobić karierę wszędzie. I jego początki w Szkocji mnie w tym przeświadczeniu utwierdziły. Gdy poleciałem na derby Glasgow, odniosłem wrażenie, że Celtic składa się ze zgrai twardzieli o płucach maratończyków oraz dwóch ludzi umiejących grać w piłkę - Nakamury i właśnie Żurawskiego. Po cichu myślałem, że życiowy transfer nasz rodak ma dopiero przed sobą.

W największym skrócie: Żurawski to była moja prywatna - i chyba jedyna w ostatniej dekadzie - nadzieja na regularnie strzelane polskie gole w Lidze Mistrzów.

Niestety, w Lidze Mistrzów Polak sprawiał wrażenie, jakby już pierwsze takty hymnu rozgrywek przyduszały go do murawy. Każda akcja, każde niedobiegnięcie do piłki, każde zagranie na tzw. alibi, byle zrzucić odpowiedzialność na kolegę z drużyny, kazały przypuszczać, że najpoważniejsze wyzwanie we współczesnym futbolu zwyczajnie go przerasta. Snując się między kolosami Champions League nigdy nie wziął nawet głębszego oddechu.

Potem zsunął się na granicę między najsłabszym ogniwem drużyny a ławką rezerwowych. A potem na granicę między ławką rezerwowych a oglądaniem meczów Celtiku z trybun. Prasa zaczęła kpić, że to jedyny Polak na Wyspach, który nie lubi pracować.

Dlatego dziś, kiedy Żurawski planuje szukać nowego pracodawcy, nie życzę mu już powodzenia na obcych rynkach. Nie chciałbym go oglądać w lidze belgijskiej czy austriackiej. Uciułane tam gole byłyby dla mnie wyłącznie statystyką. Wolę wariant przerobiony z Kamilem Kosowskim - facet poniósł klęskę na zachodzie, ale doświadczenia z boisk niemieckich, angielskich i włoskich uczyniły go zupełnie innym piłkarzem. I stał się autentyczną gwiazdą naszej ligi.

Żurawski mógłby odzyskać status wyższy - megagwiazdy. Chciałbym zobaczyć go znów w koszulce Wisły, która moim zdaniem cierpi dziś na brak klasowego napastnika. Może w Krakowie rodzi się jakaś nowa jakość, może tam byłoby mu paradoksalnie łatwiej o upragnionego - jak często się zwierzał - gola w Lidze Mistrzów?

Zresztą sami popatrzcie:

 

00:27, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 12 listopada 2007

Jeśli polski futbol ma problem z kibolskim marginesem, to włoski - z kibolską hegemonią pozostającą w ścisłych związkach z kryminałem.

Chaos, który wybuchł w Italii po tragicznej śmierci Gabriele Sandriego jadącego na mecz Inter - Lazio, uświadamia, że szeroko reklamowane radykalne środki w walce z wokółstadionowym bandytyzmem znów przedsięwzięto tam tylko teoretycznie. Mecz Atalanta - Milan został przerwany, bo chuligani barierę oddzielającą ich od boiska rozbili rurą, która nigdy nie powinna znaleźć się na stadionie. (Normalnie służy do odprowadzania wody przy drogach.) I nie znalazłaby się, gdyby przestrzegano przepisów. Takiego żelastwa nie sposób przemycić pod kurtką.

Rozmawiałem dziś ze znajomym wieloletnim kibicem Romy, który dziesiątki razy oglądał z trybun derby Rzymu, od zawsze podlane agresją i nienawiścią. Opowiadał o ścisłych związkach klubowych działaczy z chuliganami oraz infiltrowaniu organizacji kibicowskich przez najrożniejszą - od lewackiej po faszyzującą - ekstremę. Te zjawiska wszelkie przepisy bezpieczeństwa czynią papierowymi, a społeczeństwo zakażają znieczulicą. Gdy na początku roku przy okazji derbów Sycylii zginął policjant Filippo Raciti, ligę zawieszono. Teraz odwołano tylko dwa mecze. (Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że wtedy był czas na zastanowienie, bo tragedia zdarzyła się w piątek, a teraz Włosi musieli decydować natychmiast.)

Inna sprawa, że tam gdzie mecz odwołano, nastroje były dalekie od refleksyjnych. W Rzymie kibole oddali hołd Sandriemu wywołaniem wojen ulicznych. Prowadziła ich tępa nienawiść do całej policji, bowiem funkcjonariusz spod Arezzo nie miał nic wspólnego nie tylko ze stolicą, ale i zabezpieczaniem meczów piłkarskim - to był zwykły glina z drogówki, który nie zachował się zgodnie z procedurami. Po oddaniu strzału ostrzegawczego nie schował broni do kabury, lecz ruszył do biegu trzymając ją w dłoni. I ta wypaliła (dla znających włoski: szczegółowa relacja tutaj).

Najbardziej przeraziła mnie jednak prognoza znajomego fana Romy: jego zdaniem następna tragedia jest nieuchronna, kibole będą chcieli pomścić Sandriego, czy to pod stadionem, czy z dala od niego. 70 rannych ich nie usatysfakcjonowało. Mam nadzieję, że jego wróżba się nie sprawdzi, choć sam od lat śledzę - czasem na miejscu, czasem stąd - co rusz wypowiadaną futbolowym bandytom wojnę i wiem, jak puste są deklaracje tamtejszych szeryfów. Po każdej tragedii kolejny minister ogłasza kolejny dekret, po czym prawa nikt nie szanuje. Kluby albo kryją bandytów z własnej woli, albo ulegają szantażowi.

Dlatego UEFA powinna czym prędzej wyrzucić włoski futbol z wszelkich międzynarodowych rozgrywek. Bardzo lubię calcio, nie wyobrażam sobie Ligi Mistrzów bez Ibrahimovicia, Kaki czy Tottiego, ale też pamiętam, że po zranieniu piłkarza w Krakowie Wisła wyleciała z pucharów, a po zranieniu piłkarza w Mediolanie Inter wciąż w nich grał, choć przy pustych trybunach.

Milcząc UEFA ryzykuje, że pewnego dnia tragedia zdarzy się przy okazji hitu w Lidze Mistrzów. A przecież dwie dekady temu potrafiła zdyskwalifikować angielskie kluby, choć i wówczas trudno było sobie wyobrazić bez nich futbol. Wtedy podziałało. Chuligańska zaraza została wytępiona.

Owszem, wówczas drastyczną decyzję podejmowano po tragedii na Heysel. Teraz na szczęście powtórki nie mamy, ale też nie trzeba karać zawieszeniem Włochów aż na pięć lat (tyle „dostali” Brytyjczycy). Wystarczą np. dwa sezony - z możliwością amnestii po 12 miesiącach, jeśli Italia dowiedzie, że sytuacja się poprawia.

Dwa lata temu przed meczem Juventus - Liverpool nawdychałem się gazu łzawiącego i widziałem, jak niewiele brakowało, by doszło do planowanego przez niektórych rewanżu za Heysel.

22:05, rafal.stec
Link Komentarze (62) »
niedziela, 11 listopada 2007

Kiedy w czwartek na forum własnego bloga dyskutowałem z Michałem Polem o sensacjach na Euro 2004, jeden z czytelników zdiagnozował u nas zaawansowanego fioła (zanim zorientował się, że i jemu daleko do odporności na tę zarazę). Tamtemu czytelnikowi oraz innym zaniepokojonym, czy aby na pewno nic nie zagraża ich psychicznej równowadze, dedykuję wczorajsze słowa Arsene'a Wengera, który zamartwia się, co pocznie po poniedziałkowym meczu z Reading.

Francuski trener rozpocznie wtedy przeraźliwie długi - 12-dniowy, spowodowany rywalizacją reprezentacji narodowych - post. Następne spotkanie jego Arsenal rozegra dopiero 24 listopada. Wenger zaplanował co prawda, że każdego wieczoru odpali sobie na DVD jakiś mecz, że odwali trochę roboty papierkowej etc, ale co zrobić z resztą dnia? Czym ma zapchać dobę pozbawiony drużyny trener, który twierdzi, iż najgorzej znosi wakacje, bo czuje się na nich kompletnie zagubiony?

Osobiście radziłbym jednak Wengerowi odpocząć, bo wcześniej czy później skończy jak inny nieuleczalny maniak - Rafael Benitez. Ten przypadek jest nawet groźniejszy - Hiszpanowi nie wystarczy bowiem tkwić we własnym świecie, on zaciągnął doń nawet żonę. Jego ukochana Montse po przylocie do Liverpoolu studiowała historię nowego klubu męża, by Benitez łatwiej wczuł się w klimat. On sam gmerał wówczas w zagadnieniach taktycznych. Od świtu do zmierzchu, od zmierzchu do świtu. I ponoć niedługo potem okoliczne koty zaczęły łazić wyłącznie w ustawieniu 4-4-2, sumiennie dbając o zachowanie właściwych odległości między formacjami.

Opisuję benitezowego fioła, bo - jak wspominałem - Benitez źle skończył. Oszalał. W sobotnim spotkaniu z Fulham kazał grać dokładnie tej samej jedenastce, która w wtorek pokonała Besiktas 8:0.

I nikt nie wie, dlaczego. Poprzednio wyciął taki numer piłkarzom przeszło rok temu. Potem poszedł w rotacyjną orgię, czasem zmieniając niemal cały zespół, a czasem, kiedy był w nastroju mniej perwersyjnym selekcyjnie, poprzestawał na wymianie pojedynczej formacji. W sumie facet ze stażem 200 meczów na ławce ”The Reds” ledwie sześciokrotnie posłał do gry ten sam zestaw piłkarzy, który wybiegł na boisko w poprzednim meczu. Dziennikarze coraz częściej odmawiali typowania prawdopodobnego składu Liverpoolu, bo wykrywać algorytmu sterującego personalną polityką hiszpańskiego trenera nikt nawet nie próbował.

Aż Benitez - kondycyjnie? intelektualnie? psychicznie? - nie wytrzymał. Wystawił tych samych ludzi, choć we wtorek nie był z nich w pełni zadowolony. Pamiętacie? Jeszcze w 89. minucie, kiedy Peter Crouch strzelał Besiktasowi ósmego gola, trener ściągał brwi i zawzięcie gestykulował, dokonując korekty taktycznego ustawienia drużyny.

Tak, skład Liverpoolu to była największa sensacja piłkarskiego weekendu w Europie. Co tam porażka Barcelony, co tam porażka Bayernu, one zdarzają się co kilka tygodni/miesięcy, a nie raz na rok.

Piłkarze Liverpoolu byli wstrząśnięci. Gole strzelili dopiero, gdy Benitez sięgnął do ławki rezerwowych i zamieszał w składzie.

20:53, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
Archiwum
Tagi