RSS
poniedziałek, 11 lutego 2008

Godło Barcelony 

Katalończycy szczycą się, że jako jedyni pośród wielkich futbolowych korporacji nigdy nie zaprzedali barw reklamodawcom. Na koszulkach innych drużyn obce firmy panoszą się na całego, ich logo jest zazwyczaj znacznie większe niż klubowe godło. Piłkarze Barcelony znaków towarowych na brzuchach i torsach nie dźwigają w ogóle. Co prawda władze klubu przeżyły niedawno najazd marketingowych menedżerów z Nike’a, którzy usiłowali opylić miejsce na świętych blaugraniastych pasach, ale twardy opór fanów - przecież właścicieli klubu - ocalił tradycję.

Okazało się jednak, że o ile front koszulek jest święty, o tyle godło jest święte trochę mniej.

Z opóźnieniem przeczytałem, że w kilku krajach muzułmańskich - m.in. Arabii Saudyjskiej i Algierii - sprzedawane są koszulki Barcelony ze zmienionym herbem. Krzyż patrona Katalonii św. Jerzego (czerwony na białym tle) zastąpił czerwony pionowy pas. Nowa wersja jest „religijnie poprawna”, poprzednia kojarzyła się ponoć ludziom islamu z wyprawami krzyżowymi. (Jesienią pewien wrażliwy turecki adwokat zażądał walkowera dla Fenerbahce w meczu z Ligi Mistrzów z Interem, bo piłkarze z Mediolanu założyli historyczne koszulki, na których wielki czerwony krzyż na białym tle aż kłuł w oczy. Też czuł się obrażony, choć nie wyjawił, czy bardziej dotknęły go wstrętne t-shirty, czy porażka jego drużyny 0:3.)

Barcelona dotychczas tylko raz grzebała w swoich insygniach. Frankistowski reżim zmusił ją do usunięcia z godła - na blisko cztery dekady - pasów wziętych z flagi Katalonii. Czyżby nowa dyktatura? Mamony?
23:21, rafal.stec
Link Komentarze (107) »
niedziela, 10 lutego 2008

Rebecca Blackwell 

Ani myślę szydzić w imieniu wyższej cywilizacji z afrykańskiego zabobonu, który pchnął egipskich piłkarzy do zagwarantowania sobie mistrzostwa kontynentu poprzez uroczyste, własnoręczne zarżnięcie krowy przed półfinałem. Kiedy Argentyńczycy na każdy mecz ostatniego mundialu wchodzili na boisko w tej samej kolejności, ponoć przynoszącej szczęście, jakoś nikt sobie z nich jaj nie robił. Kiedy włoski trener Trapattoni chował pod ławką rezerwowych butelkę ze święconą wodą, też nie było śmichów-chichów. A przecież i oni uciekali się do chwytów w zbliżonym stopniu merytorycznych, choć z naszego punktu widzenia zdecydowanie mniej kontrowersyjnych estetycznie. Futbol od zawsze mocami nadprzyrodzonymi stoi.

Dlatego o wątkach czarodziejskich ani mru mru. O chaosie organizacyjnym i ogólnie panującej w Afryce tandetnej prowizorce też (o tym już pisałem). Bo na pytanie, czy tamtejsze reprezentacje są w stanie wreszcie zagrać o złoto mundialu, można odpowiedzieć, odwołując się do kryteriów czysto piłkarskich.

Moja diagnoza brzmi: szanse mają ciut mniejsze niż marne.

Triumf Egipcjan uczy pokory nas, Europejczyków, zarozumiale przekonanych, że wszystkich najznakomitszych piłkarzy świata dawno temu zagoniliśmy na nasze boiska, ale też obnaża słabość konkurencji. Mistrzowie Afryki przewyższali ją wyraźnie organizacją gry, zdolnością do podporządkowania się zespołowi, zimnokrwistą odpornością na zachowania pochopne, cynizmem w wynajdywaniu odpowiedniej chwili na zadanie decydującego ciosu.

Niestety, innej naprawdę zwartej i arcymocnej mentalnie drużyny na turnieju nie znalazłem. Wciąż słucham nużącej mantry o postępach afrykańskich reprezentacji, o ich rzekomo coraz dojrzalszej grze, o drylu zaordynowanym przez europejskich trenerów. Ale sam - serdecznie wszystkich fanów przepraszam - tych cudów nie dostrzegam. Długo nie zapomnę półfinału, w którym Egipcjanie wypunktowali wielokrotnie moich zdaniem zdolniejszych przeciwników z Wybrzeża Kości Słoniowej. Moi faworyci atakowali porywczo i bezmyślnie, indywidualnymi zrywami, co drugie natarcie kończąc strzałami zza pola karnego, oddawanymi w sytuacjach, które dawały minimalną szansę powodzenia. Z upływem czasu kompletnie tracili głowy.

Gdyby egipską organizację obudować ich talentem, światowa czołówka musiałaby się czuć zagrożona. Gdyby. Na tle globalnych potęg mistrzowie Afryki taktycznym wyrafinowaniem i konsekwencją już by się nie wyróżniali. Umiejętnościami - tym bardziej. Egipt nie byłby zdecydowanym faworytem nawet w starciu z Polską, a pokonani przez niego rywale musieliby przenieść obserwującego finał w Akrze z loży honorowej Jose Mourinho na trenerską ławkę, żeby marzyć o sukcesach na mistrzostwach świata. W superważnym meczu nikt nie podarowałby im raczej tak kardynalnego błędu, jak finałowy Rigoberta Songa, dzięki któremu strzelili gola przesądzającego o tytule. Na ostatnim mundialu od ćwierćfinałów wielkie wpadki już się nie zdarzały, wszyscy grali z maniacką ostrożnością, cierpliwie cyzelując perfekcyjne akcje. O wynikach przesądzały mikropomyłki i stałe fragmenty gry. (Swoją drogą zdumiewa mnie ten egipski rygor. Były selekcjoner siatkarzy z tego kraju Grzegorz Ryś opowiadał mi kiedyś, że jego wychowankowie nawet trenerski gniew za godzinne spóźnienie na trening przyjmowali ze zdziwieniem.)

Owszem, dzięki ułomnościom - ludzkim przecież – piłkarzy, ich grze swawolnej i nieskrępowanemu entuzjazmowi Puchar Narodów Afryki oglądało się fantastycznie. Sam z satysfakcją uciekłem na dzisiejszy finał z pierwszej połowy meczu między humanoidami w strojach Chelsea i Liverpoolu, które dbały głównie o to, by zachowywać właściwą odległość między formacjami. Po ich występach igrzyska w Ghanie smakowały jak pierwszy wrzask po wieloletnich ślubach milczenia.

Nadziei na afrykańską ofensywę mundialową jednak nie dały. Zdyscyplinowani w europejskich klubach gwiazdorzy na własnych śmieciach pozwalają sobie na więcej, być może nie czując wystarczającego respektu dla selekcjonerów, rekrutujących się spośród fachowców zaawansowanych wiekowo i niekoniecznie najbardziej cenionych na rynku. Tam hierarchia celów wciąż jest zaburzona, co ładnie oddaje historia przyznawania nagrody dla najlepszego piłkarza kontynentu roku 2007. Plebiscyt wygrał Didier Drogba, ale szefowie afrykańskiej federacji (CAF) zaplanowali galę w stolicy Togo na dwa dni przed ćwierćfinałem PNA. I obrazili się, kiedy napastnik WKS nie poleciał po odbiór, lecz chciał wysłać do Lome żonę i siostrę. Dlatego nagrodę dostał Frederic Kanoute, a organizatorzy ogłosili, że ubiegać się o nią mogą tylko obecni na ceremonii.

Brzmi jak anegdota, ale to fakty, potwierdzone - z ociąganiem rzecz jasna - przez CAF. Ot, cała Afryka.

22:42, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
sobota, 09 lutego 2008

My pytaliśmy kiedyś o Emmanuela Olisadebe. Oczywiście nieoficjalnie, półgębkiem i w prywatnych rozmowach, czasem półżartem. Ile naprawdę ma lat importowany do reprezentacji Polski Nigeryjczyk? Czy aby na pewno urodził się w roku 1978? A może jednak wcześniej? Wątpliwości z czasem wzmagały się, bo kontuzje nie odpuszczały Olisadebe ani na chwilę - co bardziej podejrzliwi zaczęli pomrukiwać całkiem głośno, że jego wrażliwe mięśnie przeszły znacznie więcej niż nam się wszystkim wydawało.

By nie zostać źle zrozumianym: ani nie sądziłem, ani nie sądzę, że nasz bohater narodowy sprzed lat kiedykolwiek oszukiwał. Nie sądzę też, że jest starszy niż podają oficjalne źródła. Tamta, toczona poza oficjalnym obiegiem debata wynikała raczej z powszechnego przeświadczenia, że w Afryce panuje kompletny bałagan a tamtejsi piłkarze notorycznie oszukują, by się odmłodzić i wyszarpać lepszy kontrakt w europejskim klubie albo zostać gwiazdą turnieju juniorskiego, na który są już zbyt starzy. Co poniekąd tłumaczy, dlaczego reprezentacje z tego kontynentu osiągają lepsze wyniki w rozgrywkach młodzieżowych niż seniorskich. (Proceder nie dotyczy wyłącznie tego kontynentu i wyłącznie futbolu. Na organizowanych kiedyś przez Arabię Saudyjską mistrzostwach świata kadetów w siatkówce wszyscy zawodnicy gospodarzy mieli w papierach… tę samą datę urodzenia, umożliwiającą oczywiście udział w zawodach. A wyglądali na 30-latków.)

„Ja sobie do metryki jeden rok dołożyłem - odwrotnie niż nakazuje dzisiejszy zwyczaj - by szybciej zadebiutować w dorosłej reprezentacji. Ale w moim kraju bardzo łatwo zapłacić i zmienić sobie akt urodzenia.” To wspomnienia Seguna Odegbamiego, nigeryjskiego mistrza kontynentu z 1980 roku, namówionego niedawno do zwierzeń przez BBC. Do podobnego wybiegu przyznał się Abedi Pele z Ghany, trzykrotnie wybierany na najlepszego piłkarza Afryki. I dodał, że dziś trzeba by na dobrą sprawę zbadać dokumenty wszystkich graczy z Czarnego Lądu, bo fałszerstw było co nie miara.

A może pomyłek? Styczniowy numer „World Soccer” cytuje Samuela Eto’o, który wystąpi jutro w finale Pucharu Narodów Afryki. Otóż gwiazdor Barcelony na okładce książki o innej legendzie kameruńskiego futbolu - Rogerze Milli - pisze takie słowa: „Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem jego grę na żywo. Poszedłem na mecz Kamerun - Zambia. Miałem sześć-siedem lat. Potem poprosiłem go o autograf, a on oddał mi swoje buty. Byłem oszołomiony.”

Dziennikarze magazynu wytropili, że tamto spotkanie - rozegrane w ramach eliminacji do mistrzostw świata - odbyło się 21 marca 1985 roku. I według oficjalnych danych Eto’o powinien mieć wówczas ledwie cztery lata...

Już zupełnie na marginesie przypomnę, że wspomniany Milla został w 1994 roku najstarszym piłkarzem, który kiedykolwiek zagrał na mundialu. Miał wówczas – ponoć? - 42 lata. Wcześniej, na MŚ we Włoszech też należał do weteranów, ale był ich wielką gwiazdą. Strzelił cztery gole, każdego opiewając tańcem wokół chorągiewki w rogu boiska (patrz pierwsza akcja, ale inne też są niezłe):

19:13, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
piątek, 08 lutego 2008

Wyspiarze już kombinują, gdzie wyeksportować dodatkową kolejkę ligi angielskiej, którą od 2010 roku chcą rozgrywać za granicą. Bangkok, Dubai, Mumbai, Pekin, Sydney - w „Daily Telegraph” czytam, że miast gotowych wyłożyć majątek za podziwianie z bliska gwiazd Manchesterów czy innych Liverpooli jest całe mnóstwo.

Pomysł władz Premier League uważam oczywiście za niebezpieczny, bo wyrasta z ostatecznego - nokautującego! - triumfu produkowania szmalu nad sportem. Wszyscy poza kibicami oblizują się wywalonymi jęzorami na myśl o zyskach (ideę poparł komplet 20 klubów), a nikogo nie interesuje np., że w dodatkowej serii gier jakiś pechowiec wpadnie po raz trzeci na Arsenal lub Chelsea i wskutek porażki może spaść z ligi. To zresztą zagrożenie wcale nie najpoważniejsze, dlatego nad sprawą szerzej się jeszcze porozwodzę w poniedziałkowym felietonie do „Gazety Sport”. Teraz chciałbym tylko podzielić się nadzieją, że jeszcze dłuuuuuugo płacenie za wizytę Anglików nie wpadnie do głowy nikomu w Warszawie, Krakowie, Wodzisławiu i żadnym innym polskim mieście. Bo usłyszałem już wokół siebie rozmarzone głosy takich, którzy by tego chcieli.

Wyspiarze liczą na co najmniej kilkanaście milionów funtów zysku z każdego dwumeczu, który rozegrałyby ich kluby z dala od kraju. Gdyby o taką kwotę wzmocnić dziś transferowy budżet Legii lub Wisły, stanęłyby one przed szansą na zbudowanie drużyn, jakich w naszej lidze nie było. Na zgromadzenie wszystkich najlepszych polskich piłkarzy, na zatrudnienie utalentowanych obcokrajowców (jeszcze nie odkrytych przez zachodnią konkurencję lub dla niej utalentowanych niewystarczająco), na obicie ławki rezerwowych świetnymi zmiennikami.

Wydać miliony funtów można na miliony sposobów. Jeśli są prywatne, niech sobie pójdą i na wielkie party zorganizowane w Pałacu Kultury dla Paris Hilton i Britney Spears, które będą mogły publicznie wymiotować i tańczyć bez majtek. Głupie trwonienie własnej kasy nie jest karalne. Gdybyśmy jednak kiedykolwiek zapłacili potęgom, by zechcieli nas zaszczycić wizytą, zamiast zmusić ich do przyjazdu awansem do Champions League, z własnej woli przyłączylibyśmy się do futbolowego trzeciego świata. Zachowalibyśmy się jak facet, co to ma ochotę seks, więc włącza sobie dobre porno. Powtórzylibyśmy inwestycję z gatunku tych, które za 10 mln zł pozwalają Warszawie oglądać wybory Miss World (nasza stolica przejęła ten honor od Chińczyków), a politykom jeszcze się tym obciachem chwalić.

Nie chcę mizdrzenia się missek porównywać do występów Cristiano Ronaldo czy Fernando Torresa. Ci ostatni wywijają biodrami w celu moim zdaniem ambitniejszym, czyli dla przedryblowania rywali, i są w tym wywijaniu niedoścignieni, są wybitnymi sportowcami. Ale nie chciałbym też, byśmy sprowadzili na siebie porównania do wspomnianych Bangkoków i Pekinów. Zwróćcie uwagę na listę potencjalnych klientów eksportowych zapędów Premier League - wszyscy wywodzą się z piłkarskich peryferii, wszyscy chcą płacić za cudze hity, bo sami nie mają szans zagrać w Lidze Mistrzów. Nawet ich piłkarze grają w niej incydentalnie, bo jak Manchester United kupuje Donga Fangzhou, to nie dlatego, że Chińczyk umie grać, lecz dlatego, że jego rodacy kupią więcej klubowych koszulek.

Dlatego jestem dziwnie pewny, że taka np. Praga weekendu Premier League nigdy sobie nie wypożyczy.

18:05, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
czwartek, 07 lutego 2008

Przedwczoraj dowodziłem tutaj, że polscy napastnicy wcale nie są najgorsi w Europie, a dzisiaj, już po złożeniu hołdu reprezentacji za ładny triumf nad Czechami, postanowiłem poszukać ostatniego snajpera pełną gębą, jakiego miał nasz futbol. Wracam do tematu, bowiem podczas środowego sparingu jeden piłkarz zostawił po sobie wrażenie okropne - Żurawski wypadł beznadziejnie, a że Wichniarek też nie błysnął (może nie zdążył? może dostanie jeszcze szansę?), to Leo Beenhakker wciąż musi szukać wsparcia dla goleadora Smolarka.

Snajpera pełną gębą rozumiem jako napastnika, który: wyjechał za granicę; wytrwał tam szmat czasu; utrzymał się w miarę silnej lidze lub ewentualnie bardzo mocnym klubie średniej ligi, należącym np. do setki najlepszych w Europie; strzelał gole regularnie, sezon w sezon, nie popadając w typowe dla rodaków okresy odrętwienia. Badania znów ograniczyłem czasowo, wyruszając na łowy u progu naszego stulecia, czyli 1 stycznia 2001 roku. Znów też z premedytacją zignorowałem Smolarka oraz Olisadebe, bowiem nie interesują mnie kryteria paszportowo-genetyczne, lecz gracze wyszkoleni u nas i przez nas. I złożyłem coś w rodzaju raportu, dzieląc polskich asów napadu na kilka grup (wewnątrz nich stosuję kolejność alfabetyczną).

GRUPA 1. Klęska:

Tomasz Frankowski - nawet świetny start w Elche nie wystarczy, by nie sklasyfikować go lepszym gronie. To jednak druga liga.

Cezary Kucharski - niewarte wzmianki epizody w Sportingu Gijon i Iraklisie Saloniki.

Radosław Matusiak - W Palermo przesiedział pół roku na trybunach, w holenderskim Heerenveen - na ławce rezerwowych. Już wrócił.

Piotr Reiss - pamięta ktoś jeszcze, że grał za granicą? A zaczął w Hercie od bramki w debiucie...

Mirosław Trzeciak - nieliczne gole tylko w drugiej lidze hiszpańskiej.

GRUPA 2. Miłe beznadziejnego początki, czyli klasycznie polska eksplozja tuż po podpisaniu kontraktu, po której było już tylko pikowanie w kierunku dna. Ewentualnie przebłyski tak incydentalne, że niemal niezauważalne:

Paweł Kryszałowicz - jeden obfity w bramki sezon w Eintrachcie Frankfurt. Też w drugiej lidze.

Marcin Kuźba - miał niezły rok w szwajcarskiej Lozannie. Po wzlocie w krakowskiej Wiśle kompletnie zawiódł w Grecji.

Marcin Mięciel - też jeden przyzwoity, biorąc pod uwagę snajperską regularność, sezon w PAOK-u Saloniki. Teraz uciułał cztery bramki w Bochum.

Marek Saganowski - jeden niezły sezon w przeciętnym klubie ligi portugalskiej, Vitorii Guimares, i ćwierć sezonu w drugoligowym Southampton.

Maciej Żurawski - i... wszystko jasne.

GRUPA 3. Zdobywali bramki regularnie, zyskiwali nawet sławę lokalnych bożyszcz tłumów, lecz podbijali rejony drugoligowe lub egzotyczne. Próby szturmu na elitę kompletnie im się nie udały lub nigdy ich nie podjęli, bo nikt nie dał im szansy:

Andrzej Kubica - była gwiazda ligi izraelskiej. Dopadli mnie kiedyś tamtejsi dziennikarze i autentycznie zdumieni pytali mnie, jak znakomici napastnicy biegają po naszych boiskach, jeśli ich idol nie rządzi w polskiej kadrze.

Łukasz Sosin - półbóg w Limassol, trzykrotny król strzelców ligi cypryjskiej.

GRUPA 4. Najlepsi:

Radosław Gilewicz - były król strzelców i czterokrotny mistrz ligi austriackiej. Grubo ponad sto goli poza Polską.

Grzegorz Rasiak - w drugiej lidze angielskiej uzbierał kilkadziesiąt goli, w pierwszoligowym Tottenhamie poniósł klęskę. Teraz ponawia atak na Premier League w Boltonie.

Artur Wichniarek - on również większość goli (niemieckich) strzelił w drugiej lidze, on też poległ w mocniejszym klubie (Hertha Berlin), ale w słabej Arminii satysfakcjonującą skuteczność utrzymuje od kilkunastu miesięcy. Trochę na wyrost w tym towarzystwie.

Marcin Żewłakow - sześć z rzędu bardzo równych, przyzwoitych sezonów w lidze belgijskiej, w której nagrzmocił 80 goli. Próba w lidze francuskiej zakończona klęską. Dziś dogorywa - w sensie piłkarskim - w prowincjonalnym belgijskim FCV Dender.

(Tutaj zastrzeżenie: świadomie pominąłem Jelenia i Janczyka, bo zagranicznych karier obu na razie nie sposób podsumowywać. Pierwszy miał niezły start w lidze francuskiej, lecz w drugim sezonie zgasł. Drugi jako nastolatek debiutował Lidze Mistrzów, lecz poza słowem „debiutował” wiele więcej o jego wyczynach powiedzieć nie można. Czekamy na więcej.)

Całość można podsumować listą klubów, w których nasi najwybitniejsi współcześni królowie pola karnego byli gwiazdami (gwiazdkami?): Arminia Bielefeld, Derby County, Excelsior Mouscron, Tirol Innsbruck, Austria Wiedeń. Kto próbował wzlecieć wyżej, twardo lądował na ziemi po - w najlepszym razie - odosobnionym udanym sezonie. Polski napastnik zdaje się organicznie niezdolny do rozciągniętego w czasie zniesienia ostrej rywalizacji w klubie i gry pod presją. Ostatnim naprawdę rozpoznawalnym w Europie był Andrzej Juskowiak, choć i on miażdżącą większość zagranicznych goli nagrzmocił w średnim Wolfsburgu oraz słabiutkim Erzgebirge Aue.

Dlatego po ostatniego, który rzeczywiście bezdyskusyjnie spełniałby moją definicję „snajpera pełną gębą”, muszę się cofnąć do minionego stulecia. To Krzysztof Warzycha, najskuteczniejszy gracz w dziejach Panathinaikosu, do dziś w Atenach wręcz czczony. Wciąż pamiętam jego gola wbitego w półfinale Ligi Mistrzów Ajaksowi Amsterdam (też obejrzyjcie - poniżej) i wciąż nie mogę się nadziwić, że takiego miał pecha w reprezentacji Polski, że był przez kolejnych selekcjonerów wręcz prześladowany...

A może - to już pytanie do was, czytelników - o kimś zapomniałem?

UPDATE: Przekonaliście mnie w komentarzach co do Juskowiaka, zdecydowanie go nie doceniłem. Poprawiam się tutaj, bo nie chcę zmieniać tekstu i udawać, że nie się nie pomyliłem :-) Ale generalnej konkluzji to nie zmienia - ostatniego snajpera pełną mieliśmy w XX wieku, bo w tym stuleciu Jusko już finiszował...

15:37, rafal.stec
Link Komentarze (70) »
środa, 06 lutego 2008

Całkiem świeże doświadczenia - dwa przegrane w beznadziejnym stylu mundiale - powinny nas dożywotnio wyleczyć ze ślepego optymizmu naiwniaków, którzy w pomyślnych eliminacjach widzą zwiastun równie pomyślnego turnieju finałowego. Kiedy najwybitniejsi piłkarze zjeżdżają się, by walczyć o najcenniejsze trofea, trzeba wzlecieć na pułap światowej elity, a polscy piłkarze przekonują nas od lat, że pozostaje on dla nich niedostępny. Przecież w średnich klubach i ligach jako tako sobie radzą, a wszelkie próby zaistnienia w klubach i ligach naprawdę mocnych oddają niemal walkowerem.

Niestety (niestety!?), reprezentacja robi wszystko, by kibic znów oczekiwał od niej czarodziejskich sztuczek. Właśnie pobiła Czechów - osłabionych, prawda, lecz wciąż należących do europejskiej czołówki – i jeśli w następnych sparingach utrzyma formę, zwyczajnie nie będzie wypadało nie wierzyć w jej sukces na Euro 2008. Drużyny Engela i Janasa przed mistrzostwami świata dawały mnóstwo powodów do niepokojów, drużyna Leo Beenhakkera wygląda jak wyjęta z bajki o ropusze, która zmieniła się w księżniczkę. Tyle że zamiast składającego magiczny pocałunek królewicza mamy charyzmatycznego ojca chrzestnego z Holandii.

Owszem, można się martwić lukami w defensywie, przez które Czesi momentami hulali po polskim polu karnym z zatrważającą swobodą. Można się martwić lekkomyślnymi stratami piłki w środku pola, które podczas mistrzostw, gdy rywale zagrają z pełną koncentracją, będą groziły nieszczęściem.To jednak zgryzoty selekcjonera, my przesadnie marudząc szukalibyśmy dziury w całym. Bo już np. problem braku klasycznego, skutecznego napastnika zdaje się nieco rozdmuchany. Polacy nie mają żadnych kłopotów ze strzelaniem goli, spośród 23 meczów z Beenhakkerem na ławce ledwie dwa zakończyli z zerowym dorobkiem. Nieobecność snajpera wielkoluda kontrolującego całe pole karne unieważniają stylem gry - dzisiaj znów preferowali prostopadłe podania za plecy obrońców, tymczasem Czesi parli na skrzydła, by rozrzedzić nasze defensywne zasieki i posłać piłkę na głowę zwalistego dwumetrowca Jana Kollera.

Tak, reprezentacja Polski wypracowała własny, imponująco wydajny styl. Coraz wyraźniej widać powtarzające się schematy gry wpojone jej przez holenderskiego trenera. Pamiętacie pierwszego gola strzelonego w Chorzowie Portugalii i drugiego strzelonego teraz Czechom? Padły po identycznych akcjach - podaniu z prawej flanki, wycofaniu piłki przez stojącego plecami do bramki Smolarka i uderzeniu z dystansu Lewandowskiego. Tylko finał się zmienił. Teraz Lewandowski sam wsadził piłkę do siatki, półtora roku temu niezbędna była dobitka Smolarka.

Tyle o krzepiących wrażeniach artystycznych, ciut tylko popsutych słabszą drugą połową (wcześniej był jeszcze karny zatrzymany przez Boruca!). Wyniki naszych piłkarzy zdają się bowiem jeszcze bardziej bajkowe niż gra. Za kadencji Beenhakkera reprezentacja czterokrotnie mierzyła się z finalistami Euro 2008 - z Portugalią (dwukrotnie), Rosją i Czechami. Dwa razy wygrała i dwa razy zremisowała.

Wiem, ze sparingów nie wolno wyciągać pochopnych wniosków. Nie wyciągam. Stwierdzam tylko, że piłkarze wpędzili nas w matnię. Póki co znów jesteśmy skazani na starą przypadłość - upajający optymizm.

23:12, rafal.stec
Link Komentarze (40) »

Cisną się dzisiaj na usta hasła o „najsłynniejszej” futbolowej tragedii, ale nie chcę uderzać w te tony, bo klasyfikowanie nieszczęść wydaje mi się niesmaczne. Powołam się tylko na opuchniętą od wspomnień i hołdów dla legendarnej drużyny Matta Busby’ego brytyjską prasę, która katastrofę sprzed pół wieku wskazuje jako pierwszy w nowożytnej historii moment „pamiętam-gdzie-wtedy-byłem”, po którym przyszły jeszcze: zamach na JFK, zabójstwo Johna Lennona, wypadek księżny Diany oraz 11 września wiadomego roku.

I rzucę w internetową czeluść pytanie trochę może brutalne, ale bardzo mnie intrygujące: czy waszym zdaniem bez legendy wyrosłej na tamtej tragedii Manchester United byłby dzisiaj tym, czym jest, czyli najsłynniejszym obok Realu Madryt klubem świata? Czy gołe marketingowe pranie nie tylko azjatyckich mózgów by wystarczyło? Do refleksji zapraszam z tym kawałkiem przy uchu i przed oczami, wyśpiewanym notabene przez faceta, który urodził się rok po monachijskim wypadku:

  
We love them / We mourn for them / Unlucky boys of Red
  
I wish I'd gone down / Gone down with them / To where Mother Nature makes their bed
  
We miss them / Every night we kiss them / Their faces fixed in our heads
  
I wish I'd gone down / Gone down with them / To where Mother Nature makes their bed
  
They can't hurt you / Their style will never desert you / Because they're all safely dead
  
I wish I'd gone down / Gone down with them
12:45, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 05 lutego 2008

Korespondenci Sport.pl z Cypru donoszą, że zdesperowany Leo Beenhakker, wciąż poszukujący dla reprezentacji środkowego napastnika z prawdziwego zdarzenia, daje szansę chyba ostatniemu już kandydatowi, którego dotąd nie sprawdził - Arturowi Wichniarkowi. Michał Pol na swoim blogu powtarza nasze rozpaczliwie rytualne i nieśmiertelne pytanie „dlaczego nie Polak”, opowiadając o rewelacyjnym debiucie w Bundeslidze czeskiego snajpera Martina Fenina (hattrick!).

Wszyscy lamentują. A ja chciałbym dowieść, że nasi łowcy bramek wcale nie są najgorsi w Europie.

Kryterium dobrałem stronniczo, ale nie złośliwie. Sprawdziłem, ile w tym stuleciu Polacy strzelili goli w najmocniejszych moim zdaniem rozgrywkach klubowych - Lidze Mistrzów, angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. Podkreślam: w tym stuleciu.

Doliczyłem się pięciu. Ostatnia padła na początku zeszłego roku, kiedy Radosław Matusiak - jeszcze jako zawodnik Palermo - wepchnął piłkę do siatki Ascoli, bezdyskusyjnie najsłabszej obok Messiny drużyny minionego sezonie Serie A. Pozostałe podarowali nam - w Lidze Mistrzów - Krzynówek i Hajto. (Tylko Matusiak to napastnik!)

Prowokacyjnie nie wziąłem pod uwagę dorobku Emmanuela Olisadebe (trafił trzykrotnie w Champions League) i Euzebiusza Smolarka (trafił dwa razy w Primera Division). Nie interesuje mnie bowiem ani kryterium paszportowe, ani genetyczno-narodowościowe. Interesują mnie wyłącznie piłkarze wychowani przez nas i u nas, nawet gdyby pochodzili z Trapezfiku, krainy borostworów albo planety Melmac.

A kiedy już opracowałem polską statystykę, sprawdziłem, ilu członków UEFA (do której należy również kilka państw azjatyckich) uzbierało worek goli chudszy od polskiego. Początek było trudny, bo wyruszyłem na poszukiwania tropem alfabetycznym, z Albanii, a dla niej sam Igli Tare nagrzmocił między włoskie pierwszoligowe słupki całą kupę goli. Ale potem poszło już łatwiej. Snajperzy następnej w kolejności Andorry nie uciułali, hehe, nawet jednej marnej bramki.

Spośród 53 federacji należących do UEFA zignorowałem tylko Czarnogórę, bo przyjęta została dopiero niedawno i uznałem, że byłoby nie fair wyśmiewać jej mizerny dorobek. Poszukiwania zakończyły się pełnym powodzeniem. Wynalazłem aż 11 krajów, których reprezentanci strzelali w elicie jeszcze rzadziej niż Polacy!

Dla ułatwienia analizy podzieliłem je na dwie grupy. W pierwszej pomieściłem państwa z co najmniej milionem obywateli:

Armenia, Azerbejdżan, Estonia, Kazachstan, Mołdawia, Słowenia.

W drugiej - państwa o ludności poniżej miliona obywateli (łącznie z tymi widocznymi tylko na co dokładniejszych mapach):

AndorraLuksemburg, Malta, San Marino, Wyspy Owcze.

A kiedy już odetchniecie z ulgą, przypomnijcie sobie, jak nasz jedynak Matusiak załadował gola Ascoli:

18:22, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 04 lutego 2008

Nie wnikam (na razie) w awanturę wokół ligowych transmisji, bo w całym tym zgiełku uderzyły mnie przede wszystkim niewinne słowa prezesa Legii, który rzucił - mimochodem? - pomysłem, jak umożliwić kibicowi oglądanie wszystkich meczów wszystkich kolejek na żywo. Mianowicie Leszek Miklas chętnie rozciągnąłby ligowy weekend do czterech dni, od poniedziałku do piątku, ze spotkaniami rozgrywanymi o godz. 17 i 20.

Idea oryginalnością nie powala, wpisuje się raczej w ogólnoświatowy trend nakazujący układać terminarze wszelkich sportowych mistrzostw i turniejów w ten przebiegły sposób, by usunąć z kalendarza daty „martwe”, pozbawione jakichkolwiek meczów lub pojedynków, eliminacji lub finałów, starć o stawkę umownie prestiżową lub najwyższą. Wszystkie czołowe ligi piłkarskie miały swój zwyczajowy rozkład zajęć, od świętej angielskiej godziny 15 w popołudnie sobotnie po świętą włoską godzinę 15 w popołudnie niedzielne. Ale wraz z ekspansją telewizji z tradycji stopniowo rezygnowały, wynajdując idealne dla futbolu pory wcześniejsze i późniejsze. I pojęcie ligowej „kolejki” straciło sens. Gra się właściwie na okrągło.

Wizja Miklasa też się pewnego dnia spełni, niezależnie od efektów obecnej zawieruchy. (W szaleńczo rozwijającej się medialnie siatkówce już się spełniła - tylko w polskojęzycznych stacjach niemal codziennie, a najmniej pięć-sześć razy w tygodniu, można obejrzeć jakiś mecz naszego klubu.) Co znacząco podniesie jakość życia ligowych bulimików, którzy pomniejsze ekstraklasowe spektakle musieli dotąd spożywać w tzw. Klubie Kibica, czyli odgrzewane.

Tyle o bulimikach. Resztę ludzkości dla pewności informuję: wcale nie musicie tego oglądać.

Nie musicie też oglądać tych wszystkich filmów - odkrywczych i niezależnych, niszowych i amatorskich, ble ble ble - których wypluwa nasza planeta tym więcej, im skromniejszą ich cząstkę jesteśmy w stanie strawić. Nie musicie czytać tych wszystkich książek, które pisze już każdy, od Wayne'a Rooneya po Wojtka Kowalczyka, bo przecież mamy demokrację i wolny rynek, bo po ostatnim pustym świstku papieru przyjdą e-booki, bo nawet jeśli żadnego woluminu w życiu nie przeczytałeś, to nie znaczy, że nie potrafisz mądrej literatury sam spłodzić, bo jeśli we Francji tylko jesienią wydano 727 powieści, to aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy za masowe produkowanie arcydzieł zabiorą się Chińczycy. Nie musicie zaglądać na żaden z miliarda blogów, na których pokaleczą wam oczy ortograficzne kulfony rozmiarów Santiago Bernabeu i gramatyczne poczwary o gabarytach atlantyckiej kałamarnicy we wszystkich językach świata. Nie musicie wreszcie wypuszczać własnych filmów, książek, artykułów i blogowych wpisów. Macie święte prawo co najmniej raz do roku przystanąć, paść na sofę, wyłożyć się na wznak i przez bite siedemnaście sekund przyglądać się sufitowi, czyli zupełnie niczemu.

Same tylko nadające po polsku telewizje oferują już transmisje eliminacji i finałów mistrzostw Europy i świata; mistrzostw Ameryki Południowej i Pucharu Narodów Afryki; letnich klubowych turniejów towarzyskich i pojedynczych sparingów; pucharów europejskich, afrykańskich oraz południowoamerykańskich; lig polskiej, hiszpańskiej, włoskiej, angielskiej pierwszej i drugiej, niemieckiej, francuskiej, greckiej, portugalskiej, holenderskiej, belgijskiej, rosyjskiej, szkockiej.

Z góry przepraszam, bo na pewno coś pominąłem. A chciałem wyliczyć wszystko, czego naprawdę, słowo honoru, wcale nie musicie oglądać. Nie bójcie się, tylko w starym, rzeczywiście wielkim kinie, zdarzały się chwile, w których wszystko szlag trafiał:

17:49, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
niedziela, 03 lutego 2008

Nieopodal mnie w redakcji siedzi wariat, dla którego najbardziej pasjonującym wydarzeniem sportowym minionych i następnych miesięcy jest wyścig o Biały Dom. Fascynuje go m.in. wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z Barackiem Obamą, ale o sprawach rzeczywiście kluczowych na swoim blogu nie wspomniał - otóż przeciwnik Hillary Clinton w rywalizacji o wyborczą nominację Demokratów bardzo lubi futbol.

Co więcej, nie kibicuje Obama tym wszystkim słynnym Barcelonom, Manchesterom czy Milanom - co to za sztuka im kibicować? - lecz poczciwemu West Hamowi. Zakochał się, jak podaje „Daily Telegraph”, w londyńczykach przed pięcioma laty i od tamtego czasu regularnie ogląda Premier League (choć na wytrawnego znawcę nie pozuje), a o wszystkich ważnych wydarzeniach z życia klubu informuje go mieszkający na Wyspach szwagier.

Powiem szczerze: wobec domniemanych prezydentów USA jestem chorobliwie podejrzliwy; nawet kiedy drapią się za uchem, wyczuwam w ich drapnięciach cyniczną marketingową zagrywkę. Ale Obamie z tym West Hamem chyba można wierzyć. Miliona głosów na ich klubie kibica nie zarobi. Może co najwyżej awansować na pozycję lidera w rankingu najsławniejszych fanów drużyny z Upton Park, któremu dotąd przewodzili Nicolas Cage, Kyle McLachlan oraz Elijah Wood (chyba, wszystkich westhamolubów nie znam).

A ewentualna Obamy prezydentura z punktu widzenia futbolowej edukacji byłaby kosmicznym Ameryki krokiem naprzód. Jej obecny szef George Bush opowiadał przed mundialem w 2006 roku, że w dzieciństwie nie miał pojęcia, jak piłka do kopania wygląda, a kiedy podrósł i ją po raz pierwszy zobaczył, pomyślał, że używa jej się do nieznanej mu odmiany kręgli. Pełną wiedzę nabył ponoć dopiero po pięćdziesiątce. I przed MŚ powiedział nawet, komu będzie kibicował! Wybrał USA.

Aha, przy okazji angielscy dziennikarze podali, że Hillary Clinton jest fanką Manchesteru United, a jej mąż Bill - Liverpoolu. Ale w ich przypadku jakoś nie mam żadnych wątpliwości: szybciej uwierzę, że w Loch Ness rzeczywiście tapla się jakiś monstrualny hipopotam.

PS. Jak was interesuje, komu kibicowali/kibicują Hitler lub Osama ben Laden i jeszcze paru innych, to kiedyś już o tym pisałem...

19:50, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
Archiwum
Tagi