RSS
poniedziałek, 29 października 2007

Bronienie Leo Beenhakkera przed ujadaniem zakutych działaczowskich łbów to chyba najłatwiejsze dziennikarskie zadanie pod słońcem. Po pierwsze, wokółpezetpeenowscy krytycy strzelają sobie samobója, bo sami są zazwyczaj nieudacznikami, a sensownymi argumentami nie dysponują. Po drugie, wspierać holenderskiego trenera to iść w idealnej zgodzie z koniunkturą - jego popularność wśród kibiców sięga pewnie 99 proc.

A jednak mikroskopijna mniejszość czytelników przytomnie pyta: czy Leo jest nietykalny? Czy w ogóle wolno krytykować Leo bez narażenia się na atak np. gospodarza tego bloga?

Odpowiadam: oczywiście krytykować nie wolno. Kto Beenhakkera zaatakuje, tego natychmiast zaatakuję ja. Frontalnie i wściekle, nie stukając w klawiaturę, lecz waląc w nią pięściami.

Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich te srogie sankcje wystraszą, śpieszę wyjaśnić, dlaczego często instynktownie mam ochotę otaczać Holendra - w miarę skromnych możliwości - specjalną opieką. I nie ma to nic wspólnego z moją opinią w sprawie przedłużenia jego kontraktu. Wielu czytelników sądzi, że każdy, kto obśmiewa dyrdymały wygadywane przez Grzegorza Latę, automatycznie chce, by nową umowę z naszym selekcjonerem podpisać za pięć minut. Bzdura. Latę my, dziennikarze "Gazety", obśmiewamy tylko dlatego, że opowiada głupstwa, głupstwa tym bardziej niepokojące, im bardziej oddają odczucia wielu ludzi polskiej piłki.

Ale do rzeczy. Otóż z dwóch powodów rzeczywiście często korci mnie, by Beenhakkera traktować z ciut większą życzliwością. Pierwszy - on jest tu sam przeciw wszystkim, bo nawet wielu trenerów czy działaczy, którzy przed kamerami napychają sobie usta pochlebstwami, w istocie marzy o jego klęsce. Drugi - mam pewność, że Beenhakker chce sukcesu reprezentacji, więc nasze interesy - mój i jego - są wspólne.

Tymczasem dla wielu ważnych osobistości naszego futbolu ani reprezentacja, ani w ogóle cała dyscyplina, nie jest celem nadrzędnym. Oni załatwiają od groma swoich małych geszefcików, a jeśli przeszkadza im interes polskiej piłki nożnej, tym gorzej dla piłki. Widać to także podczas wyborów na prezesa PZPN. Oto blisko 100 proc. głosów poparcia zbiera w nich kandydat (Michał Listkiewicz), który w kibicowskiej braci ma blisko 100 proc. elektoratu negatywnego. Znajdziecie liczby, które dobitniej wyrażałyby rozbieżność waszych - kibicowskich - interesów z interesami działaczowskimi?

17:35, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
Generalnie nie zamierzam tutaj wrzucać regularnych artykułów popełnionych dla "Gazety Wyborczej" i portalu Sport.pl, ale jeden wyjątek będę robił - felietony z "Gazety Sport" pochodzą w końcu z rubryki "A jednak się kręci", która dała nazwę temu blogowi. (Z prawej strony, wśród zakładek, umieściłem też link do archiwum, niestety, niepełnego, w którym będę zbierał kolejne odcinki swojej coponiedziałkowej twórczości.)
Dziś kawałek o brawurowej i absolutnie unikalnej trenerskiej filozofii Arsene'a Wengera.
17:26, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 października 2007

Wynurzenia Grzegorza Laty, który jak dotąd nie dostrzegł żadnych zasług Leo Beenhakkera dla reprezentacji Polski, szkoda w ogóle komentować, ale jego kolejny werbalny wybryk przypomniał mi o tym, jak bardzo naszej piłce brakuje - obok klubów, stadionów, piłkarzy i trenerów z klasą - prawdziwych autorytetów. Postaci szanowanych przez niemal wszystkich, czczonych za osiągnięcia z przeszłości, docenianych za aktualną działalność, dających przykład uczciwością intelektualną i osobistą, oświecających trafnością sądu. Takiego, jeśli mogę sobie pozwolić na pewną przesadę, Władysława Bartoszewskiego polskiego futbolu.

O problemie wspominałem już w książce ”Piłka sss... kopana”, ale ten brak doskwiera coraz mocniej. Ostatni niekwestionowany autorytet straciliśmy, gdy odszedł Kazimierz Górski. Inne pomniki okolicznego futbolu w najlepszym razie wzbudzają spore kontrowersje, w najgorszym - wywołują poczucie wstydu i zażenowania. Ewentualnie są nieobecne w życiu publicznym, jak np. Włodzimierz Lubański, który zresztą zajął się chyba najmniej prestiżowym piłkarskim fachem, czyli menedżerką.

Wizerunek Zbigniewa Bońka ucierpiał, gdy był on selekcjonerem - tyleż ze względu na wyniki reprezentacji, co rejteradę ze stanowiska i brak cywilnej odwagi, by przyznać się do klęski. Jan Tomaszewski uchodzi gdzieniegdzie za postrzelonego awanturnika, a gdzieniegdzie za koniunkturalistę ze skłonnością do popadania w paranoję. Wspomniany Grzegorz Lato sprawdzał górny - czy raczej: dolny - pułap parlamentarnego nieróbstwa (polecam pasjonujące stenogramy z posiedzeń Komisji Edukacji, Nauki i Sportu). Antoni Piechniczek, podobnie jak większość lokalnych gigantów trenerskich, swój zapał i determinację pożytkował przede wszystkim na uchronienie nas przed importem zagranicznej myśli szkoleniowej. Robert Gadocha pracował w Locie i prowadził piłkarską reprezentację lotników. Wreszcie nasz najsłynniejszy sędzia Michał Listkiewicz... i wszystko jasne.

Nie wymieniłem oczywiście wszystkich futbolowych osobistości, zresztą niektórym fachowcom zbyt łatwo pozwoliliśmy uciec - np. kiedy już Henryk Kasperczak okazał się trenerem zdolnym wpoić polskim graczom styl efektowny i efektywny, to zaraz podebrał go Senegal. Czy gdybym jednak wyliczankę ciągnął, to taki niekwestionowany autorytet bym znalazł?

A może właśnie, co sugeruję trochę nieśmiało, Leo Beenhakker? Kiedy słyszę te jego nieustające napomnienia, by spoglądać na jasną stronę życia, mam wrażenie, że przyjechał z przesłaniem do nas wszystkich, nie tylko piłkarzy reprezentacji...

 

16:30, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 26 października 2007

Z intensywności reakcji internetowo-telefoniczno-mejlowych oraz komentarza okolicznego kolegi blogera wnioskuję, że mój krytyczny stosunek do wyczynów - niebramkarskich - Artura Boruca wywołał niemałe kontrowersje. Nie będę wracał do sprawy szczegółowo (problem jest bardzo złożony, nie na objętościową wytrzymałość bloga), ale wymienionego wyżej polemistę uspokajam, że różnimy się mniej niż przypuszcza.

Otóż ja też za niepodanie ręki rywalom z Glasgow Rangers nie chcę naszego bramkarza ani kamienować, ani nawet łaskotać po piętach (choć mi się to nie podoba, tak jak nie akceptuję identycznych fochów u czołowych trenerów Premier League). Nie szukam świętszych od papieża, pojedynczy incydent ledwie bym zauważył. Złości mnie całokształt dokonań - powtarzam: niebramkarskich - Boruca, który notorycznie roznieca złe emocje na stadionie, a jako bożyszcze tłumów winien zachowywać się szczególnie odpowiedzialnie. Nawiasem mówiąc, do naszej redakcji zadzwonił szkocki dziennikarz, który cytował trenerowi Celtiku kawałki z wywiadu Polaka dla ”Gazety” o wrogach z Rangers. Gordon Strachan skomentował je w te słowa: nie wierzę, że Artur to powiedział.

Obiecuję, że do tematu jeszcze wrócę, zwłaszcza do tematu gestów religijnych, ale teraz chciałem o czymś innym. Oto Boruc broni tak, że chce mu się wybaczyć wszystko, nawet zbrodnie i wykroczenia, które dopiero popełni. Jego notowania rosną błyskawicznie, bo zachwyca przede wszystkim w Lidze Mistrzów, a szybszego wehikułu promocyjnego futbol nie wymyślił. Boruc był jednym z trzech najlepszych - moi zdaniem - golkiperów poprzedniej edycji, a forma w obecnym każe się zastanowić, ilu oglądamy w tych rozgrywkach na pewno lepszych od niego fachowców od bronienia.

Mnie przychodzą do głowy tylko cztery nazwiska, które podaję w kolejności alfabetycznej - długo ostatnio kontuzjowany Igor Akinfiejew, Iker Casillas, Petr Cech oraz - mocno się waham - Pepe Reina. A gdyby rozejrzeć się poza LM, dorzuciłbym jeszcze Gianluigiego Buffona i - znów się waham - Sebastiena Freya. Słowem, jeśli jakiś nasz rodak ma prawo w ogóle myśleć o nominacji do nagrody dla najlepszego gracza świata od FIFA lub ”France Football” w roku 2008, to tylko Boruc.

Dopiero jednak po transferze do naprawdę wielkiego klubu będziemy wiedzieć, czy Polak wedrze się do elity elit. Tam bramkarzy czeka najtrudniejsze wyzwanie - szczelna defensywa, długie minuty kompletnej nudy i konieczność zachowania najwyższej koncentracji dwa razy lub raz w meczu, a czasem nawet rzadziej. Na razie wiemy, że Boruc lubi wpadać w trans, wtedy robi się większy niż bramka i szybszy niż frunąca piłka. Celtic do LM w wielu meczach nie dorasta, więc dopuszcza do kanonady na własną bramkę. W lidze szkockiej natomiast - i reprezentacji kraju, gdy gra z taką np. Armenią - Polak niekiedy nie potrafi uniknąć rozkojarzenia i miewa okropne wpadki. Czy zrobi ten ostatni, najtrudniejszy w bramkarskiej karierze, krok? Czy tytuł poniższej składanki borucowych hitów stanie się kiedyś świętą prawdą?

01:05, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 października 2007

Trzecia kolejka Ligi Mistrzów uświadomiła mi, że nowe piłkarskie mocarstwo narodziło się w regionie, który oczywiście z czymś tam kojarzymy (kakao, słonie, były selekcjoner Kasperczak etc), ale jego wkład w rozwój futbolu kończył się długo na zaklęciach czarowników usiłujących zamienić rywali w żaby. Zwycięstwo Chelsea dał Didier Drogba (gola i asysta), dla Werderu strzelał Boubacar Sanogo, w olśniewającym pokazie Arsenalu udział wzięli Kolo Toure i Emmanuel Eboue. Wybrzeże Kości Słoniowej - państewko z blisko połową społeczeństwa żyjącą poniżej progu ubóstwa i przez lata podzielone wojną domową - coraz zuchwalej rozpycha się w światowej piłce.

W felietonie ”Europa robi się malutka” pisałem już o geograficznej rewolucji w Lidze Mistrzów, ale wówczas nie miałem jeszcze pełnych składów uczestników LM, więc dopiero teraz przedstawiam ranking krajów spoza naszego kontynentu według liczby graczy zgłoszonych do tych rozgrywek:

1) Brazylia                                  - 98 piłkarzy;

2) Argentyna                               - 32;

3) Wybrzeże Kości Słoniowej        - 14;

4-5) Nigeria, Urugwaj                   - 7;

6) Meksyk                                    - 6;

7) Kamerun                                  - 5;

8-10) Australia, Kolumbia, Meksyk  - 4;

Europejczyków pomijam, bo oni z oczywistych względów muszą dominować, nawet jeśli żadna pojedyncza nacja nie może się równać z Brazylią. Tak czy owak rynkowa pozycja piłkarzy WKS wywiera ogromne wrażenie, i to nie tylko poprzez czystą statystykę, która czasem zafałszowuje rzeczywistość (Polaków teoretycznie mamy w LM aż dziesięciu, co jest rekordem, ale regularnie grają tylko Boruc, Lewandowski i ewentualnie Żewłakow). Imponuje lista przede wszystkim pracodawców graczy z Wybrzeża i status, jaki mają w swoich klubach. Obok wymienionych gwiazd Arsenalu, Chelsea i Werderu, w Champions League podziwiamy jeszcze Salomona Kalou (znów Chelsea), Yaya Toure (Barcelona), Arounę Konego (Sevilla), poza nią mamy Didiera Zokorę (Tottenham), a belgijski Beveren na imporcie utalentowanej młodzieży z Wybrzeża oparł wręcz filozofię funkcjonowania klubu i trzyma ich u siebie kilkunastu. Towar zrobił się tak chodliwy, że w WKS próbują na nim zarobić - jak to zwykle bywa - rozmaitej maści cwaniacy, którzy np. wyłudzają 600 dolarów od odejmujących sobie z ust rodziców za ”gwarantowany ” transfer do Europy, po czym znikają.

To jednak tylko patologiczny margines, nie przyćmiewa on wspaniałych karier chłopców, którzy bez piłki skończyliby na ulicy. Dlatego niech pan, panie Blatter, przestanie wreszcie opowiadać głupstwa o obronie tożsamości europejskiej piłki i konieczności postawienia szlabanu dla piłkarzy z innych części świata. Niech i oni zapracują na lepszy los, zwłaszcza kiedy brzmią tak sympatycznie jak Kolo Toure (najfajniejszy jest chyba fragment o Playstation):

02:30, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 24 października 2007

W studiu TVP czas płynie szybciej i nie sposób skończyć żadnej myśli, więc nie zdołałem wczoraj wieczorem odpowiedzieć na pytanie Jacka Kurowskiego, co sądzę o pomyśle - Arsene Wenger następnym selekcjonerem reprezentacji Anglii. Odpowiem teraz: to czysta fantazja, bez iluzorycznych nawet szans na spełnienie.

Gdyby Wenger poprowadził kadrę Wyspiarzy, byłby to niebywały wręcz paradoks i wybryk w stylu polityka, który w poniedziałek nazywa kogoś - słusznie - typem marnej reputacji, by we wtorek zawiązać z nim reklamowany niepohamowanymi pochlebstwami sojusz. Francuz wielokrotnie wypowiadał się przecież lekceważąco (by nie powiedzieć - z pogardą) o całej piłce reprezentacyjnej, kwestionując jej poziom i uznając ją za przeżytek w dobie świata bez granic. Wzywał też do natychmiastowej likwidacji sparingów, którego nikogo nie obchodzą, a rujnują zdrowie piłkarzy niezdolnych potem do gry o niebagatelną stawkę w klubach.

Francuski trener wymyślił sobie własną, absolutnie unikalną, koncepcję pracy. Szuka po całym świecie zdolnych młokosów, bez zbędnego hamletyzowania usuwa z drużyny gwiazdy, i jest ślepy na narodowość, spoglądając wyłącznie na umiejętności piłkarzy. Wtorkowe, fantastyczne zwycięstwo nad Slavią (7:0) było pierwszym meczem tej edycji LM, w którym Wenger wystawił w podstawowej jedenastce Anglika.

W ostatnich latach Arsenal chętnie oddawał idoli swoich kibiców. Vieirę, czyli lidera pomocy, Campbella, czyli lidera obrony, wreszcie Henry'ego, czyli lidera całej drużyny, uchodzącego za najlepszego napastnika świata. I Slavii gole strzelali Walcott (18 lat), Bendtner (19), Fabregas (20) oraz Hleb - w tym towarzystwie istny weteran, bo gracz 26-letni. Wyobrażacie to sobie w kadrze? Po pierwsze, rezygnacja z Gerrarda czy Lamparda wznieciłaby powstanie całego narodu. Po drugie, stawianie na gołowąsów jest możliwe tylko wtedy, gdy przebierasz wśród cudownych dzieci z całego świata, a nie musisz ograniczać się do angielskich.

I jeszcze jedno - prawdziwy prestiż to dziś dla trenera praca w czołowym klubie. Legendy ławki rywalizują w Lidze Mistrzów, natomiast selekcjonerami reprezentacji, nawet tych najmocniejszych, zostają nierzadko szokleniowcy bez budzącej respekt przeszłości (McClaren w Anglii, Loew w Niemczech, Donadoni we Włoszech, van Basten w Holandii).

A zatem - łapy precz od Wengera, jego potrzebujemy dla fascynujących wieczorów w Lidze Mistrzów!

10:42, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 października 2007

Wielu kibiców, a kibiców siatkarskich w szczególności, ma tendencje do zaklinania rzeczywistości. Jeśli ślepo wielbią swoich idoli, to nie przyjmą do wiadomości, że idole też miewają wady. Jeśli ślepo wierzą, że idole będą zawsze wygrywać, to nie przyjmą wiadomości, że w drużynie źle się dzieje.

W reprezentacji Polski naprawdę dzieje się źle, o czym napisałem wczoraj, a reakcje sporej części czytelników są jakże symptomatyczne - pismaki znów próbują mącić, znów realizują swą naczelną misję pogoni za sensacją i dewastowania ogólnie wszystkiego, co im się nawinie pod klawiaturę.

Siatkarze szaleją na mundialu w Japonii

Nie chcę jeszcze raz przekonywać do swoich racji wyrażonych w artykule, interesuje mnie co innego. Oto kibice zaskakująco często sądzą, że ich interes jest całkowicie sprzeczny z interesem dziennikarza, że tego drugiego rozlicza się głównie za wywoływanie zadym. To teza nonsensowna, ale baaaardzo popularna.

Jest wręcz przeciwnie. (Pomijam tutaj pracujących w brukowcach, oni istotnie mają inne cele.) Może nie wypada mi się do tego przyznawać, bo dziennikarz powinien na zimno opisywać i analizować rzeczywistość, ale my też jesteśmy kibicami. Kibicami, którzy popadają w depresję, musząc opisywać notoryczne niepowodzenia - sam to przeżywałem, przez osiem lat jeździłem na niemal wszystkie możliwe turnieje kadry siatkarzy, a oni ponosili wyłącznie porażki lub klęski. Nie macie pojęcia, jak się wtedy człowiekowi okropnie nie chce. W ogóle niczego, nie tylko pisania.

Co więcej, my w sukcesach sportowców mamy swój własny, bezwstydnie partykularny interes, do czego chyba tym bardziej nie powinienem się przyznawać. Oto ich awanse na mistrzostwa, udział w największych turniejach, pozwala nam szaleć po całej planecie. Jak siatkarz awansuje na mundial w Argentynie, lecę do Argentyny. Jak go wezmą na Puchar Świata, lecę do Japonii, na której mam kompletnego bzika (w Japonii wszystko jest fajne albo intrygujące). To wtedy czujesz, że nie ma nic lepszego niż być dziennikarzem.

Mnie - dziennikarza - od Was - kibiców - różni tylko jedno: wy możecie udawać, że świat jest zawsze piękny, ja muszę pisać prawdę.

PS. Poza tym my, niestety, często wiemy znacznie więcej niż możemy napisać.

 

12:56, rafal.stec
Link Komentarze (8) »

Przeglądam zaległe numery ”La Gazzetta dello Sport” i patrzę na infografikę z piątku, na której dziennikarze oceniają szanse na awans reprezentacji walczących o Euro 2008. Patrzę i nic nie rozumiem. Ich zdaniem prawdopodobieństwo, że Polacy wystąpią na turnieju w Austrii i Szwajcarii, wynosi ledwie 65 procent. Wyżej wyceniają akcje Portugalii, która przecież w tabeli jest niżej, a ludziom Beenhakkera urwała ledwie punkt.

W głowie się nie mieści, jak fatalną reputację mają nasi piłkarze za granicą. ”La Gazzetta” to nie jest przecież byle piśmidło wypisujące byle co, lecz najważniejszy obok francuskiego ”L'Equipe” sportowy dziennik w Europie, a mimo to jej eksperci nie chcą widzieć oczywistych argumentów:

1) Polakom wystarczy jedno zwycięstwo w dwóch meczach.

2) Najbliższymi rywalami są Belgowie, którzy w eliminacjach grają bardzo słabo i dawno stracili wszelkie szanse na awans.

3) Belgów nasi piłkarze podejmują u siebie, a pokonali ich już na wyjeździe.

Prosta analiza faktów i najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiada, że w takich okolicznościach kibice - i fachowcy też! - mają pełne prawo zakładać, iż awans jest tuż tuż. Włosi tymczasem wyżej szacują szanse Norwegów, którym w następnym meczu swojej grupy wystarczy co prawda remis (przy późniejszym zwycięstwie nad Maltą), lecz nie zmierzą się z przegranymi Belgami, lecz wciąż bijącą się o Euro 2008 Turcją. Drużyną pełną świetnych piłkarzy, pochodzącą z kraju z dwoma klubami w Lidze Mistrzów...

O awans jestem dziwnie spokojny, póki co to nie Włosi dobierają finalistów, ale jednak męczy mnie pytanie: ile musiałaby sprawić niespodzianek reprezentacja Polski, by świat uwierzył, że umie grać w piłkę?

01:07, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 października 2007

Wyrzucony dzisiaj z Zagłębia Lubin Czesław Michniewicz umie podsycać harmider wokół swojej osoby, tak jak umie dbać, by media widziały w nim trenerskiego wybrańca. Dziś nikt już nie pamięta, skąd się wzięło pseudo ”Polski Mourinho”, brzmi ono - biorąc pod uwagę poziom naszej piłki - groteskowo, ale Michniewicz raczej go nie zwalczał, choć oficjalnie przyznaje się do fascynacji innym wirtuozem trenerki, Rafaelem Benitezem.

O metodzie Mourinho, która dała mu bezwarunkową, czasem wręcz histeryczną lojalność piłkarzy, pisałem kilka dni temu. Portugalczyk kupił ich wierność, bo po niepowodzeniach zawsze brał całą winę na siebie, bo bronił ich niezależnie od skali boiskowych zbrodni, które popełniali, bo się dla nich narażał.

Michniewicz, choć zobowiązany zaszczytnymi porównaniami, zachowywał się inaczej. Zupełnie inaczej. Po kiepskich meczach Zagłębie szukał winy wyłącznie poza sobą, zwalał ją na zawodników, publicznie znęcał się nad ich kiepską formą. Mourinho potrafił krytykującego jego graczy trenera Arsenalu zwyzywać od podglądaczy (że niby co rusz zagląda, zboczeniec, do cudzej szatni), a Michniewicz gorliwie przytakiwał, kiedy zawodników krytykowali dziennikarze. Efekt? Lider Chelsea Frank Lampard pewnie już kombinuje, jak dziś, w ponurej erze bez Mourinho, zbiec do Barcelony, a lider Zagłębia Maciej Iwański skarży się, że jego szkoleniowiec udaje nieomylnego. I ani on, ani koledzy po byłym szefie nie płaczą.

Reguły PR to Michniewicz może i opanował, ale na razie nie pojął, że trener z klasą nie go stosuje po to, by reklamować siebie, lecz pomagać drużynie.

PS. A przecież dał Michniewiczowi przykład Beenhakker: powołał zesłanego w Zagłębiu na ławkę rezerwowych Łobodzińskiego, a ten, rzekomo będąc w beznadziejnej formie, był najlepszy na boisku - przed zgaśnięciem światła - w meczu z Kazachstanem.

21:25, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 października 2007

Od pamiętnego wieczoru, kiedy Kaczor przegrał debatę z Tuskiem, po czym na konferencji prasowej ogłosił, że ją wygrał, za wart rozważenia uważam mój własny - nie chwaląc się - pomysł, by zrobić go trenerem piłkarskim. Może nie trenerem reprezentacji, bo ta ostatnio zwycięża, ale np. jednej z drużyn klubowych, które przegrywają, ile wlezie, w europejskich pucharach. Piłkarze jak zwykle oberwaliby od potęg z Białorusi lub Łotwy, ale Kaczor szybko uspokoiłby nastroje, informując, że wcale nie oberwali. Jakieś 31 procent narodu, sądząc po przewidywanych wynikach wyborów, by mu uwierzyło.

Ewentualne podchwytliwe pytania, skąd Kaczora pogląd, że wygrał, skoro przegrał, też byłyby niegroźne. Pewne rzeczy są przecież w oczywisty sposób oczywiste. Gdyby natomiast Białorusini lub Łotysze nastrzelali tyle goli, że ich porażka byłaby jednak ciut mniej oczywista, można by obwieścić, że mecz został sfałszowany.

Brudzę paluchy smędzeniem o polityce, bo od czekania na wyniki wyborów człowiek głupieje, zwłaszcza jeśli powód opóźnień jest tak idiotyczny jak cisza wyborcza. (Dlaczego niby nie mogłem dzisiaj agitować, nie mogę ni cholery zrozumieć, choć gdybym mógł, to i tak bym nie agitował, wyjąwszy oczywiście odruchowe pomruki antykaczorowe. Teraz - o godz. 22.14 w niedzielę - czuję się, jakby mi przesunęli finał Ligi Mistrzów, bo medialni fachowcy zbyt jednomyślnie typowali faworyta.) Tymczasem z punktu widzenia blogera sportowego te wybory nie były nie tylko najważniejsze od 1989 roku, ale właściwie w ogóle się nie odbyły, bo żadna partia o sporcie nie wspomniała nawet przez pomyłkę. Pozornie jest inaczej, pozornie nastąpiła właśnie zmiana przełomowa. Kaczor to był przecież najbardziej antysportowy premier pośród wszystkich premierów, których pamiętam, i trudno sobie wyobrazić nie tylko to, jak wsadza piłkę do kosza, ale nawet podbiega z kotem do autobusu. A Tusk sport - ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej - lubi, więc moglibyśmy podejrzewać, że mu pomoże.

Niestety, obojętność na sprawy sportu jest w Polsce bezwyjątkowo ponadpartyjna, więc pewnie będzie, jak było. Ministerstwo Sportu pozostanie w najbliższych latach biurem do spraw organizacji Euro 2012, a myśleniem dalekowzrocznym i strategicznym urzędasy wciąż się będą brzydzić.

Na wszelki wypadek jednak podsuwam trzy idee, nad którymi politycy powinni się moim zdaniem zająć. Gdyby ktoś jakiegoś polityka spotkał, proszę mu przekazać.

Po pierwsze, wciąż niezrealizowana pozostaje koncepcja Zbigniewa Drzymały, by zachęcać do inwestowania w sport przychylnymi mu przepisami podatkowymi (bo jest on biznesem społecznie pożytecznym), ewentualnie stworzyć specjalny fundusz, by wpływy z podatków związanych ze sportem wracały do sportu. Brzmi bardzo nudno, ale jest tak samo bardzo ważne.

Po drugie, parlament powinien samorządy ustawowo zobowiązać do wydawania pieniędzy na sport a nie tylko dopuszczać taką możliwość.

Po trzecie, władza mogłaby ruszyć z wielką akcją propagującą sport, np. wykorzystując media publiczne (Notabene zauważyliście, że w wieczór wyborczy sztab PiS wpatrywał się w telebim z TVN24, a nie odzyskaną TVP?). Mieszać w głowach politycy lubią i umieją, a ludzi da się zmusić do ruchu, o czym świadczy m.in. sukces akcji ”Gazety” zachęcającej do biegania. Prostowanie krzywych kręgosłupów można by połączyć z koncepcją wymienioną w poprzednim akapicie - jestem przekonany, że rozrost ścieżek rowerowych wymiótłby z samochodów sporo osób, które z powodu korków wchodzą do pracy wściekłe.

Potrzeb jest pewnie więcej, ale teraz przyszły mi do głowy akurat te trzy pomysły. I tak pewnie za dużo jak na możliwości potwornie zapracowanych parlamentarzystów. A co do trenerskiej kariery Kaczora, to jak ulałby leżałby na nim strój Zagłębia Lubin. Jedyny klub zamieszany w aferę korupcyjną, którego wydział dyscypliny PZPN nie ukarał, bo nie dostał dokumentów z prokuratury, co nie pozostaje w żadnym związku z tym, że jego prezes był kiedyś szefem opolskiej młodzieżówki PiS, a jego właścicielem jest spółka skarbu państwa KGHM. Z trenerem Kaczorem byłoby jeszcze piękniej. Zagłębie przegrywałoby wyłącznie mecze sfałszowane.

 

23:08, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
Archiwum
Tagi