RSS
czwartek, 15 listopada 2007

To dla wielu Polaków pierwsze wspomnienie związane z Leo Beenhakkerem. Posępna, trupia twarz Holendra, wówczas selekcjonera reprezentacji swojego kraju, który ucieka przed światem po przegranej z Belgami walce o awans na meksykański mundial.

To były baraże. Holendrzy wyjazdowy mecz przegrali 0:1, w rewanżu prowadzili 2:0. Prowadzili do 84. minuty. Wtedy mistrzostwa świata odebrał im gol Gruna, poprzedzony dośrodkowaniem Geretsa. Gol niezwykły, bo strzelony po akcji dwóch obrońców.

Oba mecze pokazywała TVP, więc oglądali je pewnie wszyscy polscy kibice. Międzynarodowa piłka na ekranie to był przecież rarytas. Widok rozbitego, samotnie kroczącego pustym korytarzem Beenhakkera był tak sugestywny i przejmujący, że musiał zapaść w pamięć.

Dzwoniłem do TVP, w archiwum już tego nie znaleźli. Wyłowiłem więc końcówkę transmisji z telewizji holenderskiej, gdzie nie ma co prawda całego długiego ujęcia uciekającego Beenhakkera, ale spory kawałek się jednak zachował (przepraszam za średnią jakość):

Aha, gdyby kadra Piechniczka nie wymęczyła kilka tygodni wcześniej remisu z Belgią, to w barażu z piłkarzami Beenhakkera zmierzyliby się właśnie Polacy...

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
środa, 14 listopada 2007

Wciąż nie mogę się zebrać, by regularnie dzielić się z Wami swym bzikiem kinomaniaka i rekomendować na blogu co smaczniejsze premiery oraz niepremiery kinowe lub telewizyjne, ale tym razem nie wytrzymałem. Nie wytrzymałem, bo widziałem właśnie "Na złamanie karku" Jana Hrebejka.

Nie będę tutaj smędził o całości, powiem tylko, że rzecz ma wszystkie szeroko rozpoznawalne atuty współczesnego filmu czeskiego - od wdzięcznej śmieszno-smutnej tonacji po życzliwe spojrzenie na przywary swoich bohaterów. Po seansie zwyczajnie zaczynasz bardziej lubić ludzi.

Na film zwracam jednak uwagę z bardzo aktualnego dla bywalców mojego bloga powodu. Otóż jeden z bohaterów (w tej roli Jirzi Machaczek) przedstawia się jako kibol, w domu klęka przed kapliczką złożoną z flag i rozmaitych insygniów w barwach Sparty Praga, ale przeżywa katusze, bo sam siebie ukarał... zakazem stadionowym.

Więcej nie zdradzam (zresztą wątek kibolski jest jednym z wielu i wcale nie najważniejszym), wyganiam za to do kina lub - w najgorszym razie - kiedyś po DVD. To drugie rozwiązanie może być konieczne, bo film przybył do nas z opóźnieniem, pokazywany jest na kilku ledwie kopiach i trudno na niego trafić.

22:28, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Ponieważ dotarły do mnie wieści, że podane w felietonie o Beenhakkerze wspomnienie mojego najwspanialszego przeżycia związanego z reprezentacją Polski wywołało nieco kontrowersji, proponuję miniplebiscyt. Wybierzmy najbardziej niezapomniane - czy to dzięki prestiżowi triumfu, czy dzięki wyjątkowym emocjom - mecze naszych piłkarzy. Nie tylko mecze kadry, ale i klubów - biorąc pod uwagę wyłącznie konfrontacje międzynarodowe. Nie myślę rzecz jasna o tworzeniu jakiegoś rankingu (choć gdyby ktoś miał ochotę na forum, to byłoby fajnie), lecz o wymianie opinii.

Zastrzeżenie: propozycję kieruję do kibiców, którzy wchodzili w dorosłość w latach 90. (ja pełnoletni stałem się w 1994 roku), lub tych, którzy zgodzą się zapomnieć o wcześniejszych tłustych latach naszego futbolu, wejść w skórę mojego pokolenia i wybierać tylko spośród wspomnień świeższych. Chodzi mi o czas - z grubsza biorąc - między ostatnimi tchnieniami kadry Piechniczka a przybyciem Beenhakkera.

Moje propozycje, w kolejności chronologicznej:

 

1991: Sampdoria - Legia 2:2 (ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów)

Rywał bronił wówczas trofeum, rządził w Serie A, był europejską potęgą. Nastoletni Wojciech Kowalczyk poruszał się jeszcze jak żywa torpeda i strzelił dwa gole, Sampdoria odpowiedziała swoimi w szarpiącej za nerwy końcówce, potem Szczęsny wyleciał z boiska i w bramce stanął obrońca Jóźwiak (chyba nawet efektownie piąstkował, ale głowy nie dam).

 

1992: Polska - Włochy 3:0 (turniej olimpijski w Barcelonie)

Wiem, że dopiero później rozstrzygały się medale, że był nokaut na Australii, że cały kraj porwał finał z gospodarzami. Ale ja nigdy nie zapomnę drugiego meczu. Włosi uchodzili za głównych faworytów do złota, a tu w piątej minucie po lewym skrzydle sunie - przez całe boisko, jak Roberto Carlos w szczytowej formie! - Koźmiński. Dośrodkowuje, wolejem piłkę pakuje do siatki Juskowiak. Poczuliśmy, że może być pięknie...

  

1993: Polska - Anglia 1:1 (eliminacje mistrzostw świata)

O tym pisałem we wspomnianym felietonie.

 

1996: Broendby - Widzew 3:2 (eliminacje Ligi Mistrzów)

Jedyny w mojej kolekcji mecz przegrany. Duńczycy prowadzili już 3:0, łodzianie zaczęli odrabiać straty, decydującego o awansie do LM gola Wojtala strzelił w 89 minucie, a potem sędzia nie chciał gwizdnąć po raz ostatni i swój popis dał pewien radiowy komentator.

 

2002: Schalke Gelsenkirchen – Wisła Kraków 1:4 (III runda Pucharu UEFA)

To był chyba szczyt fantastycznej grupy Henryka Kasperczaka. Szalejący skrzydłowy Kosowski, salta Nigeryjczyka Uche, laserowa precyzja snajperskiej stopy Żurawskiego. Eeech, to działo się prawie wczoraj...

PS. Korciło mnie też, by wyróżnić wyjazdowe triumfy kadry Engela nad Ukrainą i Norwegią, ale postanowiłem zacieśnić stawkę do pięciu hitów, a konkurencja była ostra.

 

14:19, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

Macieja Żurawskiego opłakuję, o czym już pisałem, jako największe rozczarowanie pośród polskich piłkarzy ostatnich lat. Widziałem w nim napastnika jak na nasze warunki niemal kompletnego (tylko głową nie uderzał perfekcyjnie), zdolnego zrobić karierę wszędzie. I jego początki w Szkocji mnie w tym przeświadczeniu utwierdziły. Gdy poleciałem na derby Glasgow, odniosłem wrażenie, że Celtic składa się ze zgrai twardzieli o płucach maratończyków oraz dwóch ludzi umiejących grać w piłkę - Nakamury i właśnie Żurawskiego. Po cichu myślałem, że życiowy transfer nasz rodak ma dopiero przed sobą.

W największym skrócie: Żurawski to była moja prywatna - i chyba jedyna w ostatniej dekadzie - nadzieja na regularnie strzelane polskie gole w Lidze Mistrzów.

Niestety, w Lidze Mistrzów Polak sprawiał wrażenie, jakby już pierwsze takty hymnu rozgrywek przyduszały go do murawy. Każda akcja, każde niedobiegnięcie do piłki, każde zagranie na tzw. alibi, byle zrzucić odpowiedzialność na kolegę z drużyny, kazały przypuszczać, że najpoważniejsze wyzwanie we współczesnym futbolu zwyczajnie go przerasta. Snując się między kolosami Champions League nigdy nie wziął nawet głębszego oddechu.

Potem zsunął się na granicę między najsłabszym ogniwem drużyny a ławką rezerwowych. A potem na granicę między ławką rezerwowych a oglądaniem meczów Celtiku z trybun. Prasa zaczęła kpić, że to jedyny Polak na Wyspach, który nie lubi pracować.

Dlatego dziś, kiedy Żurawski planuje szukać nowego pracodawcy, nie życzę mu już powodzenia na obcych rynkach. Nie chciałbym go oglądać w lidze belgijskiej czy austriackiej. Uciułane tam gole byłyby dla mnie wyłącznie statystyką. Wolę wariant przerobiony z Kamilem Kosowskim - facet poniósł klęskę na zachodzie, ale doświadczenia z boisk niemieckich, angielskich i włoskich uczyniły go zupełnie innym piłkarzem. I stał się autentyczną gwiazdą naszej ligi.

Żurawski mógłby odzyskać status wyższy - megagwiazdy. Chciałbym zobaczyć go znów w koszulce Wisły, która moim zdaniem cierpi dziś na brak klasowego napastnika. Może w Krakowie rodzi się jakaś nowa jakość, może tam byłoby mu paradoksalnie łatwiej o upragnionego - jak często się zwierzał - gola w Lidze Mistrzów?

Zresztą sami popatrzcie:

 

00:27, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 12 listopada 2007

Jeśli polski futbol ma problem z kibolskim marginesem, to włoski - z kibolską hegemonią pozostającą w ścisłych związkach z kryminałem.

Chaos, który wybuchł w Italii po tragicznej śmierci Gabriele Sandriego jadącego na mecz Inter - Lazio, uświadamia, że szeroko reklamowane radykalne środki w walce z wokółstadionowym bandytyzmem znów przedsięwzięto tam tylko teoretycznie. Mecz Atalanta - Milan został przerwany, bo chuligani barierę oddzielającą ich od boiska rozbili rurą, która nigdy nie powinna znaleźć się na stadionie. (Normalnie służy do odprowadzania wody przy drogach.) I nie znalazłaby się, gdyby przestrzegano przepisów. Takiego żelastwa nie sposób przemycić pod kurtką.

Rozmawiałem dziś ze znajomym wieloletnim kibicem Romy, który dziesiątki razy oglądał z trybun derby Rzymu, od zawsze podlane agresją i nienawiścią. Opowiadał o ścisłych związkach klubowych działaczy z chuliganami oraz infiltrowaniu organizacji kibicowskich przez najrożniejszą - od lewackiej po faszyzującą - ekstremę. Te zjawiska wszelkie przepisy bezpieczeństwa czynią papierowymi, a społeczeństwo zakażają znieczulicą. Gdy na początku roku przy okazji derbów Sycylii zginął policjant Filippo Raciti, ligę zawieszono. Teraz odwołano tylko dwa mecze. (Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że wtedy był czas na zastanowienie, bo tragedia zdarzyła się w piątek, a teraz Włosi musieli decydować natychmiast.)

Inna sprawa, że tam gdzie mecz odwołano, nastroje były dalekie od refleksyjnych. W Rzymie kibole oddali hołd Sandriemu wywołaniem wojen ulicznych. Prowadziła ich tępa nienawiść do całej policji, bowiem funkcjonariusz spod Arezzo nie miał nic wspólnego nie tylko ze stolicą, ale i zabezpieczaniem meczów piłkarskim - to był zwykły glina z drogówki, który nie zachował się zgodnie z procedurami. Po oddaniu strzału ostrzegawczego nie schował broni do kabury, lecz ruszył do biegu trzymając ją w dłoni. I ta wypaliła (dla znających włoski: szczegółowa relacja tutaj).

Najbardziej przeraziła mnie jednak prognoza znajomego fana Romy: jego zdaniem następna tragedia jest nieuchronna, kibole będą chcieli pomścić Sandriego, czy to pod stadionem, czy z dala od niego. 70 rannych ich nie usatysfakcjonowało. Mam nadzieję, że jego wróżba się nie sprawdzi, choć sam od lat śledzę - czasem na miejscu, czasem stąd - co rusz wypowiadaną futbolowym bandytom wojnę i wiem, jak puste są deklaracje tamtejszych szeryfów. Po każdej tragedii kolejny minister ogłasza kolejny dekret, po czym prawa nikt nie szanuje. Kluby albo kryją bandytów z własnej woli, albo ulegają szantażowi.

Dlatego UEFA powinna czym prędzej wyrzucić włoski futbol z wszelkich międzynarodowych rozgrywek. Bardzo lubię calcio, nie wyobrażam sobie Ligi Mistrzów bez Ibrahimovicia, Kaki czy Tottiego, ale też pamiętam, że po zranieniu piłkarza w Krakowie Wisła wyleciała z pucharów, a po zranieniu piłkarza w Mediolanie Inter wciąż w nich grał, choć przy pustych trybunach.

Milcząc UEFA ryzykuje, że pewnego dnia tragedia zdarzy się przy okazji hitu w Lidze Mistrzów. A przecież dwie dekady temu potrafiła zdyskwalifikować angielskie kluby, choć i wówczas trudno było sobie wyobrazić bez nich futbol. Wtedy podziałało. Chuligańska zaraza została wytępiona.

Owszem, wówczas drastyczną decyzję podejmowano po tragedii na Heysel. Teraz na szczęście powtórki nie mamy, ale też nie trzeba karać zawieszeniem Włochów aż na pięć lat (tyle „dostali” Brytyjczycy). Wystarczą np. dwa sezony - z możliwością amnestii po 12 miesiącach, jeśli Italia dowiedzie, że sytuacja się poprawia.

Dwa lata temu przed meczem Juventus - Liverpool nawdychałem się gazu łzawiącego i widziałem, jak niewiele brakowało, by doszło do planowanego przez niektórych rewanżu za Heysel.

22:05, rafal.stec
Link Komentarze (62) »
niedziela, 11 listopada 2007

Kiedy w czwartek na forum własnego bloga dyskutowałem z Michałem Polem o sensacjach na Euro 2004, jeden z czytelników zdiagnozował u nas zaawansowanego fioła (zanim zorientował się, że i jemu daleko do odporności na tę zarazę). Tamtemu czytelnikowi oraz innym zaniepokojonym, czy aby na pewno nic nie zagraża ich psychicznej równowadze, dedykuję wczorajsze słowa Arsene'a Wengera, który zamartwia się, co pocznie po poniedziałkowym meczu z Reading.

Francuski trener rozpocznie wtedy przeraźliwie długi - 12-dniowy, spowodowany rywalizacją reprezentacji narodowych - post. Następne spotkanie jego Arsenal rozegra dopiero 24 listopada. Wenger zaplanował co prawda, że każdego wieczoru odpali sobie na DVD jakiś mecz, że odwali trochę roboty papierkowej etc, ale co zrobić z resztą dnia? Czym ma zapchać dobę pozbawiony drużyny trener, który twierdzi, iż najgorzej znosi wakacje, bo czuje się na nich kompletnie zagubiony?

Osobiście radziłbym jednak Wengerowi odpocząć, bo wcześniej czy później skończy jak inny nieuleczalny maniak - Rafael Benitez. Ten przypadek jest nawet groźniejszy - Hiszpanowi nie wystarczy bowiem tkwić we własnym świecie, on zaciągnął doń nawet żonę. Jego ukochana Montse po przylocie do Liverpoolu studiowała historię nowego klubu męża, by Benitez łatwiej wczuł się w klimat. On sam gmerał wówczas w zagadnieniach taktycznych. Od świtu do zmierzchu, od zmierzchu do świtu. I ponoć niedługo potem okoliczne koty zaczęły łazić wyłącznie w ustawieniu 4-4-2, sumiennie dbając o zachowanie właściwych odległości między formacjami.

Opisuję benitezowego fioła, bo - jak wspominałem - Benitez źle skończył. Oszalał. W sobotnim spotkaniu z Fulham kazał grać dokładnie tej samej jedenastce, która w wtorek pokonała Besiktas 8:0.

I nikt nie wie, dlaczego. Poprzednio wyciął taki numer piłkarzom przeszło rok temu. Potem poszedł w rotacyjną orgię, czasem zmieniając niemal cały zespół, a czasem, kiedy był w nastroju mniej perwersyjnym selekcyjnie, poprzestawał na wymianie pojedynczej formacji. W sumie facet ze stażem 200 meczów na ławce ”The Reds” ledwie sześciokrotnie posłał do gry ten sam zestaw piłkarzy, który wybiegł na boisko w poprzednim meczu. Dziennikarze coraz częściej odmawiali typowania prawdopodobnego składu Liverpoolu, bo wykrywać algorytmu sterującego personalną polityką hiszpańskiego trenera nikt nawet nie próbował.

Aż Benitez - kondycyjnie? intelektualnie? psychicznie? - nie wytrzymał. Wystawił tych samych ludzi, choć we wtorek nie był z nich w pełni zadowolony. Pamiętacie? Jeszcze w 89. minucie, kiedy Peter Crouch strzelał Besiktasowi ósmego gola, trener ściągał brwi i zawzięcie gestykulował, dokonując korekty taktycznego ustawienia drużyny.

Tak, skład Liverpoolu to była największa sensacja piłkarskiego weekendu w Europie. Co tam porażka Barcelony, co tam porażka Bayernu, one zdarzają się co kilka tygodni/miesięcy, a nie raz na rok.

Piłkarze Liverpoolu byli wstrząśnięci. Gole strzelili dopiero, gdy Benitez sięgnął do ławki rezerwowych i zamieszał w składzie.

20:53, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
sobota, 10 listopada 2007

Niezależnie od kolejnych decyzji władz piłkarskich uważam, że symboliki z flagi ultrasów Jagiellonii wiszącej w piątek na trybunie stadionu Legii nie sposób zaklasyfikować jako rasistowskiej. Wzniesioną zaciśniętą pięść można znaleźć na logo wielu organizacji - od propagujących ideologię faszystowską po propagujące idee radykalnie odmienne.

Mój błąd wziął się z nadmiernego zaufania, którego udzieliłem delegatowi PZPN, oraz znajomości naszych stadionowych obyczajów. Znam surową politykę UEFA chcącą wykopać rasizm ze stadionów, znam jej twardą dyrektywę nakazującą nie rozpoczynać gry przed usunięciem zabronionych transparentów, wiem, że Andrzej Tomaszewski miał ze sobą listę zakazanych znaków, więc sprawa uznałem za wybitnie klarowną i bezdyskusyjną. Nie rozpoznaję całej, zapewne bogatej, symboliki ruchów faszyzujących i ksenofobicznych, dlatego oparłem się na autorytecie człowieka, który miał dysponować pełną wiedzą. Pełną wiedzą, czyli zestawem zakazanych obrazków. Może delegat okazał się nadgorliwy, może zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Na mój pochopny osąd wpłynęła też znajomość ligowych realiów. Na stadionach od lat wiszą transparenty o treści zakazanej lub utrzymanej w poetyce kryminalnej. Dlatego rasistowski symbol na trybunach jakoś szczególnie by mnie nie zdziwił. Zaskoczony byłbym, gdyby projektanci flagi wzorowali się na logo ruchów ekologicznych lub pacyfistycznych, które również używały symbolu zaciśniętej pięści.

To wszystko gwoli wyjaśnienia, okoliczności mnie bowiem nie usprawiedliwiają. Jeśli komuś zarzucasz rasizm, potrzebujesz twardych dowodów. Ja ich nie mam. Jeszcze raz przepraszam.

Przepraszam, choć podtrzymuję opinię o triumfie kibolstwa. Kibolstwa, którego organizatorzy nie są w stanie zmusić do usunięcia niepożądanej flagi (rozmawiamy tutaj o momencie, w którym obowiązuje diagnoza delegata - transparent łamie prawo). Kibolstwa, które nie zgodzi się na zasłonięcie flagi, nawet jeśli proszą o to piłkarz i prezes klubu, nawet jeśli obserwator grozi niedokończeniem meczu. Futbolem się przecież niespecjalnie interesują. Wolą palić szaliki. Rozumiem wściekłość trenera Jana Urbana, który na konferencji prasowej nie potrafił zrozumieć (video), dlaczego w innych krajach potrzebują minuty, by skonfiskować niechciany transparent, a u nas jest to niemożliwe.

Podtrzymuję też opinię o kompletnie nieodpowiedzialnej postawie Kazimierza Węgrzyna. Komentator Canal+ przyjął wersję delegata PZPN, nie kwestionował orzekniętej przez niego nielegalności flagi, a mimo to atakował go - wielokrotnie - za trzymanie się regulaminu. Apelował o „przymykanie oka”, czyli tolerowanie niegroźnego jego zdaniem łamania prawa.

Zdaję sobie sprawę, że wrogowie kampanii „Gazety” o oczyszczenie stadionów z kibolskiej mentalności wpadli w ekstazę, że wypominaniem mojej wpadki będą starali się zastąpić wszelkie merytoryczne argumenty. Dostali wspaniały prezent.

Ale my nie zrezygnujemy. Kibole wpadek zaliczyli znacznie więcej, bo chuliganić lubią na masową skalę (wracający pociągiem do Białegostoku szarpnęli za hamulec bezpieczeństwa i wyskoczyli na peron, by zaatakować policję). Dlatego nie modyfikujemy naszej definicji kibolstwa, nie porzucamy marzeń o lepszym jutrze na stadionach. Wciąż będziemy apelować, przekonywać, zachęcać do walki o mentalnościowy, obyczajowy i estetyczny przełom.
12:56, rafal.stec
Link Komentarze (124) »
piątek, 09 listopada 2007

Z półgodzinnym opóźnieniem rozpoczęła się druga połowa meczu Legia - Jagiellonia. Przedstawiciel PZPN nie pozwalał wznowić gry, bowiem w sektorze białostockich kiboli wisiał transparent z symbolem ideologii rasistowskiej. Pod trybuną próbował negocjować kapitan drużyny gości Jacek Banaszyński. Nic nie wskórał. Kibol znów był górą. Naszą wspólną - fanów futbolu - kapitulację zobaczyliśmy, gdy rozpoczęła się żenująca szopka z przesuwaniem obwieszonej jakąś szmatą bramki, która miała zasłonić transparent.

Równocześnie nadzwyczaj klarowną sytuację zaciemniał Kazimierz Węgrzyn. Komentator Canal+ jął zrzędzić na nadgorliwego rzekomo delegata PZPN, który jego zdaniem ”musiał się bardzo rozglądać”, by znaleźć zakazaną flagę. I nie było to przejęzyczenie! Węgrzyn, telewizyjny autorytet od polskiej ligi, jeszcze kilka razy pomarudził, że przecież na takie drobiazgi ”można przymknąć oko”.

Sytuacja była nadzwyczaj klarowna, bowiem bezkompromisową walkę z rasizmem na stadionach podjęły międzynarodowe władze piłkarskie i to ich dyrektyw trzyma się PZPN. Delegat nie miał czego interpretować, w ręku trzymał listę zakazanych symboli. Przepisy są jasne: albo rasistowski znak zniknie, albo meczu nie będzie.

Węgrzyn usiłował uczynić incydent niejednoznacznym, zdradzając, że cierpi na chorobę od lat toczącą polski futbol: pogardę dla prawa, tolerowanie ”pomniejszych” nieprawidłowości, których nagminność osiąga później swą kulminację w wielkich skandalach, często głośnych w całej Europie.

Znów przekonaliśmy się też, że sformułowana niedawno na łamach ”Gazety” definicja ”kibola” jest trafna. Kibola nie obchodzi sport, kibol nie zdejmie zabronionego transparentu, nawet jeśli poprosi go o to piłkarz, nawet jeśli ryzykuje, iż mecz nie zostanie wznowiony.

Kibol nie tyle wygrał, co odniósł wielki triumf. Transparent został zawieszony wyżej i tak wyeksponowany straszył do ostatniego gwizdka. A po nim piłkarze podbiegli do kiboli i przybijali z nimi piątki.

PS. Dzwoniłem po meczu do Michała Listkiewicza. Wysiadał właśnie z samolotu, nie wiedział, co się działo na stadionie w Warszawie przy Łazienkowskiej. Po mojej relacji rzucił, że PZPN będzie rozważał, czy od rundy wiosennej za wywieszanie flag z hasłami lub symbolami o treści rasistowskiej (lub innej zakazanej) nie karać klubów walkowerem. Oczywiście klubów, których kibice je wywieszą.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (209) »

Dzisiaj w sprawie kibicowsko-kibolskiej nie będę podejmował nowych wątków (zapraszam do poniedziałkowej „Gazety Sport” na długi wywiad z fanem, który na Żylecie zdziera gardło od 13 lat), przedstawię tylko obiecaną statystykę kibicowskiej niesubordynacji, za które od 2002 roku była karana Legia Warszawa.

Klub na oficjalnej stronie internetowej opublikował jedynie suche liczby (choć listę meczów z listą wybryków rozesłał do mediów), więc od siebie dodaję subiektywny przegląd kibolskiego repertuaru:

Kamieniami w piłkarzy kibole rzucali podczas meczów: z Wisłą Kraków (2002) i Schalke (2002). Rzucali też podczas spotkania z Jagiellonią (2004), ale w tym przypadku klub nie podał, czy również mierzyli w zawodników.

Butelkami kibole rzucali podczas meczów: z Odrą Wodzisław (2002) i Jagiellonią (2004).

Racami, petardami lub inną pirotechniką w piłkarzy lub kibiców przeciwnika kibole rzucali podczas meczów: z Odrą Wodzisław (2002), Utrechtem (2002), Lechem Poznań (2005), Lechem Poznań (2005, w rewanżu za to poprzednie spotkanie), FC Zurich (2005), Widzewem Łódź (2007, zraniony został fotoreporter), Lechem Poznań (2007) i Vetrą Wilno (2007).

Race na boisko kibole wrzucali podczas meczów: z Wisłą Kraków (2002), Górnikiem Zabrze (2002), KSZO Ostrowiec (2002), Odrą Wodzisław (2002), GKS Katowice (2002), Widzewem (2002), Mazowszem Grójec (2004), Polonią Warszawa (2004), Górnikiem Łęczna (2005), Polonią Warszawa (2005), Austrią Wiedeń (2006), Górnikiem Łęczna (2007).

Demolowali stadion (wyrywali krzesełka, wybijali szyby w budynkach klubowych, dewastowali toalety, niszczyli aparaturę do monitoringu etc.) kibole podczas meczów: z KSZO Ostrowiec (2002), Jagiellonią (2004), Wisłą Płock (2005), Górnikiem Łęczna (2005), FC Zurich (2005), Wisłą Płock (2006), Arką Gdynia (2006) i Vetrą Wilno (2007).

A były jeszcze wielokrotne wtargnięcia na boisko (co czasem wymagało sforsowania lub zniszczenia ogrodzenia), wulgarne transparenty obrażające rywali, palenie flag kibiców przeciwnika (w tym roku Polonii Warszawa i Odry Wodzisław) oraz ich szalików, i najróżniejsze wybryki, które zmuszały sędziów do przerywania meczów. I na koniec jeszcze ciekawostka zoologiczna z meczu Pucharu UEFA w Tbilisi: otóż tam jeden z „kibiców” obnażył się przed kibicami drużyny gospodarzy...

Ogółem Legia od 2002 roku była karana 104 razy za naruszenia porządku. Karały ją PZPN, władze ligi lub UEFA. Kto chce dokładniejszych statystyk, zliczonych sezon po sezonie z wskazaniem rodzaju przewinienia, niech zajrzy tutaj. Dla porządku zaznaczam: nie wytykam Legii jako wzorca kibolskiego chuligaństwa, być może inni ligowcy zapracowali na jeszcze bogatsze statystyki. Po prostu stołeczny klub jako pierwszy dokonał takiego podsumowania i je upublicznił.

PS. Przy okazji pytanie: wie ktoś, co obnażył ów striptizer z Tbilisi? Mam swoje podejrzenia, ale pewności - żadnej. Aha, jak ktoś wytrzyma kondycyjnie, to może porachować, co ile meczów Legia była w tych latach karana.

 

20:49, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 listopada 2007

Refleksjami po wtorkowo-środowych spektaklach dzielę się z opóźnieniem, bo robiłem obiecany wywiad z przedstawicielem legijnej Żylety (a raczej: on robił ze mną, szczegóły niebawem), ale podzielić się muszę, bo Liga Mistrzów wciąż wprawia w ekstazę. Średnia trzy gole na mecz, rekordowe zwycięstwo grającego zazwyczaj w rytmie jednostajnie nużącym Liverpoolu, bramkowe arcydzieła Ibrahimovicia i Liedsona - ktoś kiedyś smęcił, że coroczne pojedynki tych samych gigantów się nam opatrzą i Champions League skończy jako ładnie obmalowana marketingiem wydmuszka?

Strachy na lachy, wciąż jest pięknie, a zanosi się, że będzie jeszcze piękniej. Jedną wadę krytycy wytykali bowiem LM słusznie: za mało było w elicie niespodzianek, „za mało” to zresztą eufemizm, bo w minionych latach nie było ich wcale. Myślę tu nie o triumfach sztucznie kreowanych kopciuszków, jak popisy bardzo bogatego Porto eliminującego obrzydliwie bogaty Manchester Utd, lecz drużyn ewidentnie na tle elity trzecioligowych. Ostatnią supersensację, jaką sobie przypominam, sprawili jesienią 2002 roku piłkarze FC Basel. Wyeliminowali Liverpool, a potem - w nieistniejącej już drugiej fazie grupowej - minimalnie wyprzedził ich Juventus. Włosi awansowali do ćwierćfinału, choć nazbierali tyle samo punktów, co Szwajcarzy.

Potem nastąpiło niemal pięć chudych lat, aż wreszcie się doczekaliśmy. Mamy Rosenborg.

Dwa zwycięstwa nad Valencią i wyjazdowy remis w Chelsea to już nie jest incydentalny wybryk, to rozróba na całego. I właśnie Norwegowie dają mi tej jesieni frajdę największą. Oby awansowali, obyśmy wiosną znów się zastanawiali, dlaczego oni potrafią, a my, Polacy, nie potrafimy. Choć bowiem w Lidze Mistrzów widzę produkt niemal skończony, mocno tęskniłem za niespodziankami.

Tęskniłem, mimo że daleko mi do radykała, który w sporcie szuka wyłącznie widoku znokautowanych gwiazd. Moja prywatna ogólna teoria sensacji w turniejach piłkarskich brzmi: są niezbędne, byle nie za dużo. Jak się namnożą, jak mali zaczynają bić się z małymi, istnieje ogromne niebezpieczeństwo nudy. Pamiętam moją pierwszą widzianą na żywo wielką imprezę - mundial w Japonii - i ówczesny ćwierćfinał Senegal - Turcja. Pustka. Nie działo się nic, żadnych emocji, pewnie bym się od tamtego nudziarstwa roztopił, gdyby nieopodal - w loży honorowej - nie wyprężały się senegalskie boginie. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi? Do dziś nie wiem, kim były, ale nogi miały aż do nieba, a o reszcie zamilczę, bo miało być o sporcie.

W każdym razie piłkarze przynudzali, a przecież gdyby Senegal grał z Anglią czy Niemcami, pewnie wszyscy bylibyśmy Senegalczykami. Dawid potrzebuje kolejnych Goliatów, bo Dawid szarpiący się z Dawidem kręci jakoś mniej. Dlatego trzymam z bohaterami z Trondheim, pilnie śledzę doniesienia o ich kontuzjach odniesionych oraz wyleczonych, wypatruję awansu, a także strachu w oczach gwiazdorów Realu lub Milanu, którzy wylosują Rosenborg w następnej rundzie. Będzie nie tylko smacznie, ale i pikantnie.

Gorzko zabrzmi tylko odwieczne pytanie: dlaczego nie u nas? Norwegów jest niewielu, zimno u nich jak diabli, sezon mają krótki (od kwietnia do listopada), kluby sprofesjonalizowały się ledwie kilkanaście lat temu, budżet całej ligi ciut przewyższa budżet naszej ekstraklasy. Dlaczego, u licha, nie u nas!?

PS. Michał Pol zachwyca się golem Ibrahimovicia, istotnie fantastycznym, a ja długo nie zapomnę również ”szczupaka” Brazylijczyka Liedsona w meczu Sporting Roma:

20:04, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
Archiwum
Tagi