RSS
piątek, 26 października 2007

Z intensywności reakcji internetowo-telefoniczno-mejlowych oraz komentarza okolicznego kolegi blogera wnioskuję, że mój krytyczny stosunek do wyczynów - niebramkarskich - Artura Boruca wywołał niemałe kontrowersje. Nie będę wracał do sprawy szczegółowo (problem jest bardzo złożony, nie na objętościową wytrzymałość bloga), ale wymienionego wyżej polemistę uspokajam, że różnimy się mniej niż przypuszcza.

Otóż ja też za niepodanie ręki rywalom z Glasgow Rangers nie chcę naszego bramkarza ani kamienować, ani nawet łaskotać po piętach (choć mi się to nie podoba, tak jak nie akceptuję identycznych fochów u czołowych trenerów Premier League). Nie szukam świętszych od papieża, pojedynczy incydent ledwie bym zauważył. Złości mnie całokształt dokonań - powtarzam: niebramkarskich - Boruca, który notorycznie roznieca złe emocje na stadionie, a jako bożyszcze tłumów winien zachowywać się szczególnie odpowiedzialnie. Nawiasem mówiąc, do naszej redakcji zadzwonił szkocki dziennikarz, który cytował trenerowi Celtiku kawałki z wywiadu Polaka dla ”Gazety” o wrogach z Rangers. Gordon Strachan skomentował je w te słowa: nie wierzę, że Artur to powiedział.

Obiecuję, że do tematu jeszcze wrócę, zwłaszcza do tematu gestów religijnych, ale teraz chciałem o czymś innym. Oto Boruc broni tak, że chce mu się wybaczyć wszystko, nawet zbrodnie i wykroczenia, które dopiero popełni. Jego notowania rosną błyskawicznie, bo zachwyca przede wszystkim w Lidze Mistrzów, a szybszego wehikułu promocyjnego futbol nie wymyślił. Boruc był jednym z trzech najlepszych - moi zdaniem - golkiperów poprzedniej edycji, a forma w obecnym każe się zastanowić, ilu oglądamy w tych rozgrywkach na pewno lepszych od niego fachowców od bronienia.

Mnie przychodzą do głowy tylko cztery nazwiska, które podaję w kolejności alfabetycznej - długo ostatnio kontuzjowany Igor Akinfiejew, Iker Casillas, Petr Cech oraz - mocno się waham - Pepe Reina. A gdyby rozejrzeć się poza LM, dorzuciłbym jeszcze Gianluigiego Buffona i - znów się waham - Sebastiena Freya. Słowem, jeśli jakiś nasz rodak ma prawo w ogóle myśleć o nominacji do nagrody dla najlepszego gracza świata od FIFA lub ”France Football” w roku 2008, to tylko Boruc.

Dopiero jednak po transferze do naprawdę wielkiego klubu będziemy wiedzieć, czy Polak wedrze się do elity elit. Tam bramkarzy czeka najtrudniejsze wyzwanie - szczelna defensywa, długie minuty kompletnej nudy i konieczność zachowania najwyższej koncentracji dwa razy lub raz w meczu, a czasem nawet rzadziej. Na razie wiemy, że Boruc lubi wpadać w trans, wtedy robi się większy niż bramka i szybszy niż frunąca piłka. Celtic do LM w wielu meczach nie dorasta, więc dopuszcza do kanonady na własną bramkę. W lidze szkockiej natomiast - i reprezentacji kraju, gdy gra z taką np. Armenią - Polak niekiedy nie potrafi uniknąć rozkojarzenia i miewa okropne wpadki. Czy zrobi ten ostatni, najtrudniejszy w bramkarskiej karierze, krok? Czy tytuł poniższej składanki borucowych hitów stanie się kiedyś świętą prawdą?

01:05, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 października 2007

Trzecia kolejka Ligi Mistrzów uświadomiła mi, że nowe piłkarskie mocarstwo narodziło się w regionie, który oczywiście z czymś tam kojarzymy (kakao, słonie, były selekcjoner Kasperczak etc), ale jego wkład w rozwój futbolu kończył się długo na zaklęciach czarowników usiłujących zamienić rywali w żaby. Zwycięstwo Chelsea dał Didier Drogba (gola i asysta), dla Werderu strzelał Boubacar Sanogo, w olśniewającym pokazie Arsenalu udział wzięli Kolo Toure i Emmanuel Eboue. Wybrzeże Kości Słoniowej - państewko z blisko połową społeczeństwa żyjącą poniżej progu ubóstwa i przez lata podzielone wojną domową - coraz zuchwalej rozpycha się w światowej piłce.

W felietonie ”Europa robi się malutka” pisałem już o geograficznej rewolucji w Lidze Mistrzów, ale wówczas nie miałem jeszcze pełnych składów uczestników LM, więc dopiero teraz przedstawiam ranking krajów spoza naszego kontynentu według liczby graczy zgłoszonych do tych rozgrywek:

1) Brazylia                                  - 98 piłkarzy;

2) Argentyna                               - 32;

3) Wybrzeże Kości Słoniowej        - 14;

4-5) Nigeria, Urugwaj                   - 7;

6) Meksyk                                    - 6;

7) Kamerun                                  - 5;

8-10) Australia, Kolumbia, Meksyk  - 4;

Europejczyków pomijam, bo oni z oczywistych względów muszą dominować, nawet jeśli żadna pojedyncza nacja nie może się równać z Brazylią. Tak czy owak rynkowa pozycja piłkarzy WKS wywiera ogromne wrażenie, i to nie tylko poprzez czystą statystykę, która czasem zafałszowuje rzeczywistość (Polaków teoretycznie mamy w LM aż dziesięciu, co jest rekordem, ale regularnie grają tylko Boruc, Lewandowski i ewentualnie Żewłakow). Imponuje lista przede wszystkim pracodawców graczy z Wybrzeża i status, jaki mają w swoich klubach. Obok wymienionych gwiazd Arsenalu, Chelsea i Werderu, w Champions League podziwiamy jeszcze Salomona Kalou (znów Chelsea), Yaya Toure (Barcelona), Arounę Konego (Sevilla), poza nią mamy Didiera Zokorę (Tottenham), a belgijski Beveren na imporcie utalentowanej młodzieży z Wybrzeża oparł wręcz filozofię funkcjonowania klubu i trzyma ich u siebie kilkunastu. Towar zrobił się tak chodliwy, że w WKS próbują na nim zarobić - jak to zwykle bywa - rozmaitej maści cwaniacy, którzy np. wyłudzają 600 dolarów od odejmujących sobie z ust rodziców za ”gwarantowany ” transfer do Europy, po czym znikają.

To jednak tylko patologiczny margines, nie przyćmiewa on wspaniałych karier chłopców, którzy bez piłki skończyliby na ulicy. Dlatego niech pan, panie Blatter, przestanie wreszcie opowiadać głupstwa o obronie tożsamości europejskiej piłki i konieczności postawienia szlabanu dla piłkarzy z innych części świata. Niech i oni zapracują na lepszy los, zwłaszcza kiedy brzmią tak sympatycznie jak Kolo Toure (najfajniejszy jest chyba fragment o Playstation):

02:30, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 24 października 2007

W studiu TVP czas płynie szybciej i nie sposób skończyć żadnej myśli, więc nie zdołałem wczoraj wieczorem odpowiedzieć na pytanie Jacka Kurowskiego, co sądzę o pomyśle - Arsene Wenger następnym selekcjonerem reprezentacji Anglii. Odpowiem teraz: to czysta fantazja, bez iluzorycznych nawet szans na spełnienie.

Gdyby Wenger poprowadził kadrę Wyspiarzy, byłby to niebywały wręcz paradoks i wybryk w stylu polityka, który w poniedziałek nazywa kogoś - słusznie - typem marnej reputacji, by we wtorek zawiązać z nim reklamowany niepohamowanymi pochlebstwami sojusz. Francuz wielokrotnie wypowiadał się przecież lekceważąco (by nie powiedzieć - z pogardą) o całej piłce reprezentacyjnej, kwestionując jej poziom i uznając ją za przeżytek w dobie świata bez granic. Wzywał też do natychmiastowej likwidacji sparingów, którego nikogo nie obchodzą, a rujnują zdrowie piłkarzy niezdolnych potem do gry o niebagatelną stawkę w klubach.

Francuski trener wymyślił sobie własną, absolutnie unikalną, koncepcję pracy. Szuka po całym świecie zdolnych młokosów, bez zbędnego hamletyzowania usuwa z drużyny gwiazdy, i jest ślepy na narodowość, spoglądając wyłącznie na umiejętności piłkarzy. Wtorkowe, fantastyczne zwycięstwo nad Slavią (7:0) było pierwszym meczem tej edycji LM, w którym Wenger wystawił w podstawowej jedenastce Anglika.

W ostatnich latach Arsenal chętnie oddawał idoli swoich kibiców. Vieirę, czyli lidera pomocy, Campbella, czyli lidera obrony, wreszcie Henry'ego, czyli lidera całej drużyny, uchodzącego za najlepszego napastnika świata. I Slavii gole strzelali Walcott (18 lat), Bendtner (19), Fabregas (20) oraz Hleb - w tym towarzystwie istny weteran, bo gracz 26-letni. Wyobrażacie to sobie w kadrze? Po pierwsze, rezygnacja z Gerrarda czy Lamparda wznieciłaby powstanie całego narodu. Po drugie, stawianie na gołowąsów jest możliwe tylko wtedy, gdy przebierasz wśród cudownych dzieci z całego świata, a nie musisz ograniczać się do angielskich.

I jeszcze jedno - prawdziwy prestiż to dziś dla trenera praca w czołowym klubie. Legendy ławki rywalizują w Lidze Mistrzów, natomiast selekcjonerami reprezentacji, nawet tych najmocniejszych, zostają nierzadko szokleniowcy bez budzącej respekt przeszłości (McClaren w Anglii, Loew w Niemczech, Donadoni we Włoszech, van Basten w Holandii).

A zatem - łapy precz od Wengera, jego potrzebujemy dla fascynujących wieczorów w Lidze Mistrzów!

10:42, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 października 2007

Wielu kibiców, a kibiców siatkarskich w szczególności, ma tendencje do zaklinania rzeczywistości. Jeśli ślepo wielbią swoich idoli, to nie przyjmą do wiadomości, że idole też miewają wady. Jeśli ślepo wierzą, że idole będą zawsze wygrywać, to nie przyjmą wiadomości, że w drużynie źle się dzieje.

W reprezentacji Polski naprawdę dzieje się źle, o czym napisałem wczoraj, a reakcje sporej części czytelników są jakże symptomatyczne - pismaki znów próbują mącić, znów realizują swą naczelną misję pogoni za sensacją i dewastowania ogólnie wszystkiego, co im się nawinie pod klawiaturę.

Siatkarze szaleją na mundialu w Japonii

Nie chcę jeszcze raz przekonywać do swoich racji wyrażonych w artykule, interesuje mnie co innego. Oto kibice zaskakująco często sądzą, że ich interes jest całkowicie sprzeczny z interesem dziennikarza, że tego drugiego rozlicza się głównie za wywoływanie zadym. To teza nonsensowna, ale baaaardzo popularna.

Jest wręcz przeciwnie. (Pomijam tutaj pracujących w brukowcach, oni istotnie mają inne cele.) Może nie wypada mi się do tego przyznawać, bo dziennikarz powinien na zimno opisywać i analizować rzeczywistość, ale my też jesteśmy kibicami. Kibicami, którzy popadają w depresję, musząc opisywać notoryczne niepowodzenia - sam to przeżywałem, przez osiem lat jeździłem na niemal wszystkie możliwe turnieje kadry siatkarzy, a oni ponosili wyłącznie porażki lub klęski. Nie macie pojęcia, jak się wtedy człowiekowi okropnie nie chce. W ogóle niczego, nie tylko pisania.

Co więcej, my w sukcesach sportowców mamy swój własny, bezwstydnie partykularny interes, do czego chyba tym bardziej nie powinienem się przyznawać. Oto ich awanse na mistrzostwa, udział w największych turniejach, pozwala nam szaleć po całej planecie. Jak siatkarz awansuje na mundial w Argentynie, lecę do Argentyny. Jak go wezmą na Puchar Świata, lecę do Japonii, na której mam kompletnego bzika (w Japonii wszystko jest fajne albo intrygujące). To wtedy czujesz, że nie ma nic lepszego niż być dziennikarzem.

Mnie - dziennikarza - od Was - kibiców - różni tylko jedno: wy możecie udawać, że świat jest zawsze piękny, ja muszę pisać prawdę.

PS. Poza tym my, niestety, często wiemy znacznie więcej niż możemy napisać.

 

12:56, rafal.stec
Link Komentarze (8) »

Przeglądam zaległe numery ”La Gazzetta dello Sport” i patrzę na infografikę z piątku, na której dziennikarze oceniają szanse na awans reprezentacji walczących o Euro 2008. Patrzę i nic nie rozumiem. Ich zdaniem prawdopodobieństwo, że Polacy wystąpią na turnieju w Austrii i Szwajcarii, wynosi ledwie 65 procent. Wyżej wyceniają akcje Portugalii, która przecież w tabeli jest niżej, a ludziom Beenhakkera urwała ledwie punkt.

W głowie się nie mieści, jak fatalną reputację mają nasi piłkarze za granicą. ”La Gazzetta” to nie jest przecież byle piśmidło wypisujące byle co, lecz najważniejszy obok francuskiego ”L'Equipe” sportowy dziennik w Europie, a mimo to jej eksperci nie chcą widzieć oczywistych argumentów:

1) Polakom wystarczy jedno zwycięstwo w dwóch meczach.

2) Najbliższymi rywalami są Belgowie, którzy w eliminacjach grają bardzo słabo i dawno stracili wszelkie szanse na awans.

3) Belgów nasi piłkarze podejmują u siebie, a pokonali ich już na wyjeździe.

Prosta analiza faktów i najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiada, że w takich okolicznościach kibice - i fachowcy też! - mają pełne prawo zakładać, iż awans jest tuż tuż. Włosi tymczasem wyżej szacują szanse Norwegów, którym w następnym meczu swojej grupy wystarczy co prawda remis (przy późniejszym zwycięstwie nad Maltą), lecz nie zmierzą się z przegranymi Belgami, lecz wciąż bijącą się o Euro 2008 Turcją. Drużyną pełną świetnych piłkarzy, pochodzącą z kraju z dwoma klubami w Lidze Mistrzów...

O awans jestem dziwnie spokojny, póki co to nie Włosi dobierają finalistów, ale jednak męczy mnie pytanie: ile musiałaby sprawić niespodzianek reprezentacja Polski, by świat uwierzył, że umie grać w piłkę?

01:07, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 października 2007

Wyrzucony dzisiaj z Zagłębia Lubin Czesław Michniewicz umie podsycać harmider wokół swojej osoby, tak jak umie dbać, by media widziały w nim trenerskiego wybrańca. Dziś nikt już nie pamięta, skąd się wzięło pseudo ”Polski Mourinho”, brzmi ono - biorąc pod uwagę poziom naszej piłki - groteskowo, ale Michniewicz raczej go nie zwalczał, choć oficjalnie przyznaje się do fascynacji innym wirtuozem trenerki, Rafaelem Benitezem.

O metodzie Mourinho, która dała mu bezwarunkową, czasem wręcz histeryczną lojalność piłkarzy, pisałem kilka dni temu. Portugalczyk kupił ich wierność, bo po niepowodzeniach zawsze brał całą winę na siebie, bo bronił ich niezależnie od skali boiskowych zbrodni, które popełniali, bo się dla nich narażał.

Michniewicz, choć zobowiązany zaszczytnymi porównaniami, zachowywał się inaczej. Zupełnie inaczej. Po kiepskich meczach Zagłębie szukał winy wyłącznie poza sobą, zwalał ją na zawodników, publicznie znęcał się nad ich kiepską formą. Mourinho potrafił krytykującego jego graczy trenera Arsenalu zwyzywać od podglądaczy (że niby co rusz zagląda, zboczeniec, do cudzej szatni), a Michniewicz gorliwie przytakiwał, kiedy zawodników krytykowali dziennikarze. Efekt? Lider Chelsea Frank Lampard pewnie już kombinuje, jak dziś, w ponurej erze bez Mourinho, zbiec do Barcelony, a lider Zagłębia Maciej Iwański skarży się, że jego szkoleniowiec udaje nieomylnego. I ani on, ani koledzy po byłym szefie nie płaczą.

Reguły PR to Michniewicz może i opanował, ale na razie nie pojął, że trener z klasą nie go stosuje po to, by reklamować siebie, lecz pomagać drużynie.

PS. A przecież dał Michniewiczowi przykład Beenhakker: powołał zesłanego w Zagłębiu na ławkę rezerwowych Łobodzińskiego, a ten, rzekomo będąc w beznadziejnej formie, był najlepszy na boisku - przed zgaśnięciem światła - w meczu z Kazachstanem.

21:25, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 października 2007

Od pamiętnego wieczoru, kiedy Kaczor przegrał debatę z Tuskiem, po czym na konferencji prasowej ogłosił, że ją wygrał, za wart rozważenia uważam mój własny - nie chwaląc się - pomysł, by zrobić go trenerem piłkarskim. Może nie trenerem reprezentacji, bo ta ostatnio zwycięża, ale np. jednej z drużyn klubowych, które przegrywają, ile wlezie, w europejskich pucharach. Piłkarze jak zwykle oberwaliby od potęg z Białorusi lub Łotwy, ale Kaczor szybko uspokoiłby nastroje, informując, że wcale nie oberwali. Jakieś 31 procent narodu, sądząc po przewidywanych wynikach wyborów, by mu uwierzyło.

Ewentualne podchwytliwe pytania, skąd Kaczora pogląd, że wygrał, skoro przegrał, też byłyby niegroźne. Pewne rzeczy są przecież w oczywisty sposób oczywiste. Gdyby natomiast Białorusini lub Łotysze nastrzelali tyle goli, że ich porażka byłaby jednak ciut mniej oczywista, można by obwieścić, że mecz został sfałszowany.

Brudzę paluchy smędzeniem o polityce, bo od czekania na wyniki wyborów człowiek głupieje, zwłaszcza jeśli powód opóźnień jest tak idiotyczny jak cisza wyborcza. (Dlaczego niby nie mogłem dzisiaj agitować, nie mogę ni cholery zrozumieć, choć gdybym mógł, to i tak bym nie agitował, wyjąwszy oczywiście odruchowe pomruki antykaczorowe. Teraz - o godz. 22.14 w niedzielę - czuję się, jakby mi przesunęli finał Ligi Mistrzów, bo medialni fachowcy zbyt jednomyślnie typowali faworyta.) Tymczasem z punktu widzenia blogera sportowego te wybory nie były nie tylko najważniejsze od 1989 roku, ale właściwie w ogóle się nie odbyły, bo żadna partia o sporcie nie wspomniała nawet przez pomyłkę. Pozornie jest inaczej, pozornie nastąpiła właśnie zmiana przełomowa. Kaczor to był przecież najbardziej antysportowy premier pośród wszystkich premierów, których pamiętam, i trudno sobie wyobrazić nie tylko to, jak wsadza piłkę do kosza, ale nawet podbiega z kotem do autobusu. A Tusk sport - ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej - lubi, więc moglibyśmy podejrzewać, że mu pomoże.

Niestety, obojętność na sprawy sportu jest w Polsce bezwyjątkowo ponadpartyjna, więc pewnie będzie, jak było. Ministerstwo Sportu pozostanie w najbliższych latach biurem do spraw organizacji Euro 2012, a myśleniem dalekowzrocznym i strategicznym urzędasy wciąż się będą brzydzić.

Na wszelki wypadek jednak podsuwam trzy idee, nad którymi politycy powinni się moim zdaniem zająć. Gdyby ktoś jakiegoś polityka spotkał, proszę mu przekazać.

Po pierwsze, wciąż niezrealizowana pozostaje koncepcja Zbigniewa Drzymały, by zachęcać do inwestowania w sport przychylnymi mu przepisami podatkowymi (bo jest on biznesem społecznie pożytecznym), ewentualnie stworzyć specjalny fundusz, by wpływy z podatków związanych ze sportem wracały do sportu. Brzmi bardzo nudno, ale jest tak samo bardzo ważne.

Po drugie, parlament powinien samorządy ustawowo zobowiązać do wydawania pieniędzy na sport a nie tylko dopuszczać taką możliwość.

Po trzecie, władza mogłaby ruszyć z wielką akcją propagującą sport, np. wykorzystując media publiczne (Notabene zauważyliście, że w wieczór wyborczy sztab PiS wpatrywał się w telebim z TVN24, a nie odzyskaną TVP?). Mieszać w głowach politycy lubią i umieją, a ludzi da się zmusić do ruchu, o czym świadczy m.in. sukces akcji ”Gazety” zachęcającej do biegania. Prostowanie krzywych kręgosłupów można by połączyć z koncepcją wymienioną w poprzednim akapicie - jestem przekonany, że rozrost ścieżek rowerowych wymiótłby z samochodów sporo osób, które z powodu korków wchodzą do pracy wściekłe.

Potrzeb jest pewnie więcej, ale teraz przyszły mi do głowy akurat te trzy pomysły. I tak pewnie za dużo jak na możliwości potwornie zapracowanych parlamentarzystów. A co do trenerskiej kariery Kaczora, to jak ulałby leżałby na nim strój Zagłębia Lubin. Jedyny klub zamieszany w aferę korupcyjną, którego wydział dyscypliny PZPN nie ukarał, bo nie dostał dokumentów z prokuratury, co nie pozostaje w żadnym związku z tym, że jego prezes był kiedyś szefem opolskiej młodzieżówki PiS, a jego właścicielem jest spółka skarbu państwa KGHM. Z trenerem Kaczorem byłoby jeszcze piękniej. Zagłębie przegrywałoby wyłącznie mecze sfałszowane.

 

23:08, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2007

Zwierzenia Didiera Drogby, jakoby od dawna chciał odejść z Chelsea, to takie same dyrdymały, jak przysięgi innych piłkarzy, że od dziecka marzyli, by grać w tym właśnie klubie, od którego akurat wyszarpali - albo zamierzali wyszarpać - suty kontrakt. Nie wierzę mu w ani jedno słowo. On po prostu kochał wyrzuconego z klubu Jose Mourinho, teraz mu smutno i czuje wszechogarniającą pustkę, a w tej wszechogarniającej pustce wyraźnie widać, że Stamford Bridge to nie futbolowa katedra w typie Camp Nou czy Santiago Bernabeu, lecz byle rudera zaludniana przez parweniuszy zasypanych szmalem Romana Abramowicza.

Z jego postawy wnioski powinni jednak wyciągnąć wszyscy trenerzy świata. Chcesz, żeby piłkarze rzeczywiście poszli za tobą nie tylko w ogień, ale zrobili coś znacznie bardziej spektakularnego - pokazali język szefom klubu o potencjale Chelsea? Wystarczy naśladować Mourinho. Piłkarzom się nie chciało i przegrali haniebnie mecz, to mówisz: zawiodłem jako trener, zupełnie nie udało mi się ich zmotywować. Twój obrońca zasłużył na czerwoną kartkę, bo połamał rywalowi obie nogi i odgryzł mu ucho, to rozkładasz ramiona: incydentu nie zauważyłem, akurat zawiązywałem sznurówki. Twój napastnik strzelił gola z ewidentnego spalonego, to uderzasz: widziałem wszystko ze szczegółami, bramka była w stu procentach prawidłowa. Ktoś cię pyta o klasę twoich zawodników, to wymieniasz: mam najlepszego bramkarza na świecie, najlepszego lewego obrońcę na świecie, najlepszego prawego obrońcę, najlepszego środkowego obrońcę, najlepszego lewoskrzydłowego itd. No chyba, że do ataku prezesi ci wcisną kiepszczaka Szewczenkę, wtedy wyhamowujesz.

Piłkarze Chelsea pokochali trenera Mourinho na zabój, bo stawał w ich obronie zawsze (nawet kiedy wychodził na idiotę), a przed ważnymi meczami ściągał całą presję na siebie, byle ich odciążyć. Zazwyczaj musiał kłamać, ale dla niego cel uświęcał środki, więc ściemniał, ile wlezie. I to działało. Działa do dziś. Chelsea się rozpada (typuję, że następny po Drogbie będzie Lampard), a kolejny pracodawca będzie wiedział, że po zwolnieniu Portugalczyka czeka go już tylko potop.

Mourinho to atrakcja także dla dziennikarzy, ale akurat z nimi - czy raczej: z nami - jest tak, że lubimy też tych trenerów, którzy zawsze szukają winy poza sobą. Obejrzyjcie sobie największego trenerskiego nerwusa wszech czasów, niejakiego Trapattoniego. Dla mnie ta konferencja prasowa Bayernu Monachium to absolutny futbolowy megahit, choć jego głównego bohatera piłkarze - przynajmniej niektórzy - raczej nie kochali:

23:58, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Piłkarzy jak Szetela mamy w Polsce dwustu - słynna już fraza byłego selekcjonera reprezentacji brzmi skandalicznie głupio nie dlatego, że Paweł Janas pomylił się co do skali talentu młodego Amerykanina polskiego pochodzenia, który właśnie zadebiutował w kadrze USA, a kiedyś rzekomo nie nadawał się do polskiej. Ślepi na talent bywali nasi najwięksi trenerzy - nawet ostatni triumfator Ligi Mistrzów Carlo Ancelotti nie dostrzegł kiedyś w Juventusie możliwości Thierry'ego Henry'ego. Zdarza się.

Ale nie powinno się zdarzać, by selekcjonerzy traktowali zawodników niepowoływanych pogardliwie, zwłaszcza jeśli nie mają pewności, czy ci nie będą w przyszłości potrzebni. Janas mógł powiedzieć, że „Szetela jest zdolny, ale na debiut wśród seniorów musi poczekać”. Mógł powiedzieć, że „będzie postępy Szeteli pilnie śledził”. Mógł użyć każdej z miliona powszechnie stosowanych dyplomatycznych formułek. Mógł wreszcie milczeć i Szeteli po prostu nie powoływać.

Fot. Jose Ramon Gonzalez Fernandez

Nie zamierzam płakać po Szeteli. Dla mnie jest piłkarzem amerykańskim, bo Amerykanie go wyszkolili i z amerykańskimi kolegami rozegrał kilkadziesiąt meczów w reprezentacjach juniorskich (siatkarz włoskiej kadry Michał Lasko tłumaczył mi kiedyś: „jestem Polakiem, ale jako siatkarz - Włochem”). Szantażowanie go emocjonalnym związkiem z ojczyzną rodziców uważam wręcz za wątpliwe etycznie. Irytuję się tylko patrząc, jak nasza piłka - biedna i ułomna - z najgłupszych powodów marnuje swoje szanse. Nawet te najdrobniejsze.

Dziś Szetela w prywatnych rozmowach przyznaje, że po słowach Janasa było mu przykro, że nie potrafił zrozumieć, dlaczego trener zniechęcał go i obrażał. A nie potrafił pewnie dlatego, że pochodzi z innego świata, gdzie fachowcy z aspiracjami myślą o niuansach i dalekowzrocznie, a umiejętność publicznego wypowiadania się to jeden z fundamentów ich warsztatu. Szetela miał dylemat, a Janas nie mógł być pewny, że piłkarz się kiedyś kadrze nie przyda. A jednak trener palnął, co palnął.

Dziś wszystkie federacje piłkarskie swoich emigrantów wypróbowują, nęcą, negocjują z nimi. Czasem powołują tylko „na wszelki wypadek”. Także federacje znacznie mocniejsze niż Polska. Gole dla Niemców na ostatnim mundialu strzelali Mirek Klose i Łukasz Podolski, a bohaterem tych eliminacji mistrzostw Europy jest Piotr Trochowski. Kilka lat temu rozmawiałem z mamą tego ostatniego, panią Alicją (dla działaczy PZPN: numer znalazłem normalnie, w książce telefonicznej), która opowiadała, że dzwoniła i słała listy do polskiej federacji, bo chciała, by syn grał dla Polski. Niestety, Polska nie była zainteresowana. PZPN się nie odezwał.

A Janas dwustu lepszych od Szeteli powołać nie zdążył, ale 84 kadrowiczów pełną gębą jednak wynalazł. Wśród nich byli: Bieniuk, Dawidowski, Jarzębowski, Kaczmarek, Kowalczyk (Jacek), Lasocki, Madej, Majewski, Mazurkiewicz, Mowlik, Nowacki, Piechniak, Przyrowski, Rachwał, Radzewicz, Scherfchen, Sosin, Stasiak, Surma, Sznaucner.

PS. Inny kuriozalny pomysł to rzekome negocjacje Michała Listkiewicza z II trenerem kadry USA Piotrem Nowakiem, który miał o sprawie występów dla Polski „porozmawiać” z Szetelą, czyli działać wbrew interesowi swojego pracodawcy...

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
1 ... 236 , 237
 
Archiwum
Tagi