RSS
czwartek, 17 stycznia 2008

Oscar Pistorius 

Oscar Pistorius urodził się bez kości strzałkowych nóg i bez stóp. Jeszcze jako niemowlak przeszedł amputację nóg do wysokości kolan. Miał spędzić życie na wózku inwalidzkim.

Dzięki protezom z włókna węglowego uprawiał kilka dyscyplin sportu, m.in. popularne w jego ojczyźnie - RPA - rugby. Odkąd zaczął biegać, pobił rekordy świata niepełnosprawnych na trzech dystansach, uzyskując wyniki zbliżone do osiąganych przez zdrowych sprinterów (10,91 s na 100 m; 21,58 s na 200 m; 46,34 s na 400 m).

Pistorius zamarzył o występie na igrzyskach w Pekinie. Nie igrzyskach paraolimpijskich, lecz olimpijskich. Chciał stać się „normalnym", pełnosprawnym sportowcem. I rywalizować z najlepszymi na świecie. (Już mu się to zdarzało, patrz film pod wpisem.)

Naukowcy przeprowadzili testy, by sprawdzić, czy protezy nie nie dają mu - jakkolwiek karkołomnie i szokująco to brzmi - przewagi nad atletami biegającymi na własnych nogach. I okazało się, że dają: jego organizm zużywa podczas biegu mniej energii, proteza krócej opiera się na ziemi niż stopa, stawia mniejszy opór powietrzu etc. (Są też straty: Pistorius chciał ze zdrowymi rywalizować tylko na 400 m, bo największe problemy na przy starcie - dłużej się rozpędza.)

W poniedziałek członkowie Komitetu Wykonawczego Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF) jednogłośnie zdecydowali, że sprinter w ogóle nie może ścigać się z pełnosprawnymi.

Dla mnie to wyrok - chyba najwłaściwsze słowo? - zrozumiały, a zarazem poruszająca i przygnębiająca historia.

Wyrok jest zrozumiały, bo każdy inny naruszyłby elementarną zasadę równości szans, której upadek zauważylibyśmy być może dopiero za pewien czas, gdyby podobne protezy założył jeszcze bardziej utalentowany atletycznie sprinter niż Pistorius. (Poza tym chyba wszyscy zgadzamy się, żeby nie wpuszczać na ring jednorękiego boksera, który sprawiłby sobie drugą dłoń ze stali?) Nietrudno zresztą przewidzieć, że precedens sprowokowałby błyskawiczny rozwój technologii i protezy następnej generacji pozwalałyby na bieżni wykonywać kangurze skoki, tyle że sześć razy szybciej.

Zarazem jednak losy biegacza z RPA wywołują współczucie i mnóstwo sprzecznych uczuć, bo jest on nade wszystko ponadprzeciętnym lekkotletą, który - jak każdy sportowiec - sukces okupił potwornym treningowym znojem i wyrzeczeniami, zawdzięczając go wyjątkowej samodyscyplinie, determinacji i sile woli. Teraz przegrał, bo pragnął nieosiągalnego, czyli dołączenia - w pewnym sensie - do zdrowej reszty ludzkości. I skazał działaczy - a także nas, kibiców - na dylemat beznadziejny, uniemożliwiający właściwy werdykt, tragiczny.

Kto wie, czy bardziej w zgodzie z pierwotnym olimpijskim duchem nie pozostawałoby dopuszczenie go do startu. Niestety, musielibyśmy liczyć się z konsekwencjami, a i bez tego procedensu nie wolno nam wykluczyć, że już jutro sportowcy nie zaczną poprawiać swojej anatomii cudami hi-tech - oczywiście ukrytymi, więc na bieżnię będą musieli wchodzić przez bramkę wykrywającą metal.

A może schodzić? W końcu kontrolę dopingową przeprowadza się po zawodach...

W każdym razie historii Pistoriusa grozi jeszcze bardziej ponuty epilog - niewykluczone, że działacze zakażą mu również udziału w paraolimpiadzie.

18:32, rafal.stec
Link Komentarze (9) »

Przed Bożym Narodzeniem zadałem tutaj tyleż dramatycznie brzmiące, co w zamiarze nieco prowokacyjne pytanie, czy mundial straci sens. Piłem do dość odległej przyszłości - lub raczej jej hipotetycznej wizji - w której granice międzypaństwowe, zwłaszcza w Europie, jeszcze bardziej się zatrą, każdy piłkarz będzie sobie wybierał reprezentację kraju wedle własnego widzimisię, a najbogatsze federacje narodowe będą - zupełnie jak teraz kluby - kusić sutymi kontraktami najzdolniejszych.

Całej dyskusji nie chcę wznawiać, dziś wracam tylko do tezy Michała Pola i wielu innych komentatorów, także zagranicznych, którzy wieszczyli wówczas rewolucję, bowiem hiszpański bramkarz Manuel Almunia zadeklarował, że byłby gotów - po otrzymaniu brytyjskiego obywatelstwa - zagrać dla reprezentacji Anglii.

Ja protestowałem, dla mnie rewolucja była i jest niemożliwa, bowiem dawno temu już się odbyła - choć w tempie raczej ewolucyjnym. Harmider wybuchł z jednego tylko powodu: historia dotyczyła wyspiarskiej piłki, a ta ma nieprawdopodobną moc kreowania medialnych megahitów z niczego.

I oto mamy tego dowód. Włosi wyliczyli właśnie, że ich reprezentacyjni napastnicy nie imponują ostatnio taką skutecznością, jaką zadziwiali przed mundialem w 2006 roku, na którym sięgnęli po złoto. Spytali więc Brazylijczyka Amauriego, niepowoływanego do swojej kadry, czy nie zechciałby zagrać dla Italii.

Amauri

Piłkarz Palermo początkowo się wzdragał, manifestował przywiązanie do ojczyzny. Ale w końcu zmienił zdanie. I nie będzie musiał nawet szukać przodków, którzy wyemigrowali kiedyś do Ameryki Płd. Wystarczy, że jego żona - i rodaczka zarazem - Cynthia mieszka na Półwyspie Apenińskim od 12 lat.

Jeśli Amauri zdąży przebrnąć przez biurokratyczne procedury - a medialna kampania wspomagająca już trwa - w czerwcu prawdopodobnie pojedzie na Euro 2008. Operacja przeprowadzana jest jednak po cichu, w końcu rzecz nie dotyczy Anglików. Kiedy Argentyńczyk Mauro Camoranesi stawał się Włochem, też nie huczało w całej Europie. A mistrzostwo świata z przybraną ojczyzną zdobył.

Na rewolucję zatem za późno, ale kolejne bariery będą padać. Ostatecznie wcale nie doszłoby do supersensacji, gdyby królem strzelców Euro 2008 został chorwacki Brazylijczyk Eduardo lub włoski Brazylijczyk Amauri.

01:39, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
środa, 16 stycznia 2008

Gianluigi Buffon 

Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) powstała - według jej własnej witryny internetowej - niemal 24 lata temu, ale rozpanoszyła się dopiero w ubiegłej dekadzie, kiedy jęła uzurpować sobie prawo do tworzenia najrozmaitszych rankingów hierarchizujących piłkę nożną, a media z całego świata ochoczo jej wysiłki wsparły. (Choć podejrzane powinno wydać się już to, że została założona w NRD.)

Kim są jej szefowie - Niemiec Alfredo W. Poge, Duńczyk Jorgen Nielsen oraz Hiszpan Jose del Olmo - nie do końca wiadomo, ale niektóre ich pomysły, jak np. comiesięczne notowania w rankingu najsilniejszych klubów świata, zdobyły sobie wcale okazałą popularność. Nawet jeśli wywołują, delikatnie mówiąc, kontrowersje. (Aktualną klasyfikację - umieszczającą Santos wyżej od Interu Mediolan, a Defensor Club de Montevideo - nad Realem Madryt, znajdziecie tutaj.)

Ostatnie wyróżnienia IFFHS dotyczą najlepszych bramkarzy 2007, ocenianych ponoć przez jakieś tajemnicze grono ekspertów z 89 krajów. Oto efekty ich typowania:

1) G. Buffon           Juventus/Włochy

2) P. Cech             Chelsea/Czechy

3) Casillas             Real/Hiszpania

4) E. van der Sar   MU/Holandia

5) Rogerio Ceni     Sao Paulo/Brazylia

6) Dida                 Milan/Brazylia

    J. Reina            Liverpool/Hiszpania

8) A. Palop           Sevilla/Hiszpania

9) Julio Cesar        Inter/Brazylia

10) J. Lehmann      Arsenal/Niemcy

Dodam jeszcze, że na 16. pozycji uplasował się nasz Artur Boruc, choć mnie uderza co innego. Otóż nie potrafię sobie wyobrazić, że istnieją jakiekolwiek kryteria ściśle związane z bramkarskim fachem, które mogły dać szóste miejsce Didzie.

Ponieważ ranking publikowany jest od 1987 roku, IFFHS sumuje wszystkie jego wydania i podaje wyniki zbiorcze, nazywając je - nie wiedzieć czemu - klasyfikacją wszech czasów. Oto jej aktualny stan:

1) P. Schmeichel      Dania         69 pkt

    G. Buffon             Włochy       69

3) O. Kahn               Niemcy        62

4) J. Chilavert          Paragwaj    58

5) W. Zenga            Włochy       55

6) I. Casillas            Hiszpania    53

7) E. van der Sar      Holandia     45

8) M. Preud'homme  Belgia        43

9) C. Taffarel           Brazylia      40

10) D. Seaman         Anglia        38

...

28) J. Dudek             Polska        12

62) J. Młynarczyk      Polska         2.

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Diego Maradona i Fidel Castro

Niezbadane są wyroki maradońskie, więc nie ma pewności, że bóg futbolu znienawidził Amerykę akurat w roku 1994, kiedy to podczas mundialu w USA nakryto go na stosowaniu dopingu. Nieco światła na problem rzuca niejaki Fernando Niembro, w swojej książce „Niewinny” skrupulatnie opisując spisek uknuty przez CIA. Opowieść jest sugestywna i - jakby się powiedziało w naszych czasach - porażająca: w jednej ze scen agent przebrany za księdza podaje Maradonie hostię nafaszerowaną narkotykami. (Co podaję za biografem piłkarza Jimmym Burnsem.)

Mimo wszystko, jeśli mogę się powtórzyć, pewności co do źródła politycznych fascynacji i przyjaźni Argentyńczyka nie mamy: powodują nim osobiste urazy czy ugruntowany, głęboko przemyślany światopogląd?

Z tatuażem na prawym ramieniu przedstawiającym Che Guevarę, pewnego mordercę, którego prawdziwy życiorys nie tylko w Ameryce Południowej przysłonił idealistyczny mit, paraduje od wielu lat. Od dawna bywa też gościem Fidela Castro (też go sobie wytatuował - na lewej nodze). Głośno bronić go jednak musiał dopiero w 2001 roku, niedługo po samobójczym ataku na WTC, bowiem wodza kubańskiego narodu potępiła Komisja Praw Człowieka ONZ. Maradona nazwał jej członków zasrańcami. A przemówienia Fidela zrecenzował jako lepsze niż biblia.

Z tym ostatnim łączy go więź chyba najściślejsza, ale krąg znajomych konsekwentnie poszerza. W zeszłym roku zakumplował się z Hugo Chavezem, a kto widział w ich randkach jedynie przelotne zauroczenie, niech wie, że Diego planuje kolejny tatuaż - właśnie z wizerunkiem wenezulskiego przywódcy, zaczytującego się w Leninie i Trockim populiście, który ponoć wierzy w socjalizm, ale idzie ku niemu metodami dyktatorskimi, wpędzając kraj w stan nieustającej zimnej wojny.

Nie wracałbym do tego wszystkiego, gdyby paczka umiłowanych przywódców skupiona wokół bóstwa czczonego przez diegorian się nie rozrastała. Oto Argentyńczyk podarował w miniony weekend koszulkę z numerem 10 - i dedykacją - Mahmudowi Ahmadineżadowi. Z chęci osobistego poznania prezydenta Iranu zwierzał się już w grudniu, ale na razie nie znalazł okazji, więc poprzestał na przekazaniu upominku poprzez ręce ambasadora z tego kraju, który akurat poleciał do Teheranu.

Niestety, agencje nie podały, co Maradona sądzi o głoszonych publicznie tezach Ahmadineżada: że Holokaustu nie było, a Izrael powinien zostać wymazany z mapy świata lub - ewentualnie, w najlepszym razie - przeniesiony na Alaskę. Nie podały też, dlaczego piłkarz wszech czasów irańskiego przywódcę polubił, czym mu szczególnie imponuje etc.

Maradona nie zwierzył się również, kogo wybierze sobie na następnego kumpla, choć zapewne znów będzie to, sądząc po kierunku rozwoju jego życia towarzyskiego, przywódca silny i tak w świecie szanowany, że aż wywołujący lęk.

Może Kim Dzong Il?

13:00, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
wtorek, 15 stycznia 2008

Rajd Dakar został odwołany z powodu zagrożenia terrorystycznego; Turniej Czterech Skoczni po raz pierwszy w historii musiał się odbyć na trzech skoczniach, bo w Innsbrucku za mocno wiało; Małysz przestał skakać i zaczął zsuwać się z progu; polscy siatkarze przegrali dreszczowce o olimpijską kwalifikację, choć na zawodach w Izmirze grali dobrze; polscy piłkarze, którzy jeszcze niedawno strzelali najwięcej goli spośród wszystkich rodaków grających za granicą - Żurawski i Rasiak - udzielają desperackich wywiadów, ponieważ nie potrafią znaleźć żadnego pracodawcy chcącego ich zatrudnić; jutro za korupcję być może zdegradowane zostaną futbolowy mistrz Polski - Zagłębie Lubin, oraz pomnik klubowej piłki - Widzew Łódź.

Tak, rok 2008 dla kibiców - zwłaszcza kibiców z Polski - rozpoczął się beznadziejnie.

Dlatego do śledzenia turnieju w Halle, którego stawką jest awans na igrzyska, przymierzam się z duszą na ramieniu. Wyciąganie fundamentalnych wniosków z serii niezwiązanych ze sobą zdarzeń z najbliższej przeszłości sam uważam za irracjonalne, ale i przebijanie piłki przez siatkę w wersji kobiecej zdaje mi się często zjawiskiem opierającym się logicznej analizie. Błagam, nie przypisujcie mi tutaj jakichś brzydkich, seksistowskich przesądów - ja po prostu wyciągam wnioski z tego wszystkiego, co oglądałem przez lata na halach BKS Bielsko-Biała i Skry Warszawa, na mistrzostwach Europy i Pucharu Świata oraz podczas telewizyjnych transmisji setek innych spotkań. A widziałem mnóstwo zdarzeń niewyjaśnionych, kompletnie zaskakujących i niezrozumiałych zwrotów akcji, następujących w efekcie odosobnionych, drobnych incydentów, które losów meczu odmieniać nie powinny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Zmierzam do tego, że jak w męskiej siatkówce sukces nierzadko zależy od atmosfery w drużynie (sześciu facetów tłoczy się na najmniejszym boisku w grach zespołowych!) i psychiki zawodników, tak w kobiecej bywa wręcz od tych czynników uzależniony. Dlatego zresztą selekcjonera Bonittę przyjąłem z rezerwą, obawiając się, że, owszem, będzie on świetnie sterował taktyką drużyny, ale niekoniecznie już jej psychologią. On naprawdę solidnie zapracował na opinię despotycznego technokraty, z reprezentacji Włoch wyrzuciły go na dobrą sprawę same kadrowiczki.

Przebywający w Halle Przemek Iwańczyk uspokaja mnie jednak, że atmosfera w zespole jest znakomita, że między siatkarkami wyczuwa się chemię o zapachu sukcesu. On wie lepiej, ja wyczynom tej reprezentacji przyglądam się z oddali - co podkreślam, byście nie traktowali moich dywagacji zbyt poważnie. Dlatego, choć nie uważam Polki za faworytki, mam nadzieję.

Przypominam sobie też rok 2005, kiedy męskiej części naszego sportu nie udało się niemal nic, ale facetów wspaniale wyręczyły panie. Otylia Jędrzejczak została mistrzynią świata w pływaniu, Danuta Dmowska - w szpadzie, Monika Pyrek na imprezie tej samej rangi zdobyła srebro w skoku o tyczce, a siatkarki sięgnęły po złoto mistrzostw Europy. To był niejedyny ostatnio okres, w którym polski sport stał kobietami.

Teraz, po katastrofalnym starcie roku 2008, panie - siatkarki, ale także startujące w tenisowym Australian Open Agnieszka Radwańska i Marta Domachowska - znów nie mają wyjścia. Potrzebujemy ich pomocy. Zimą i bez sportowych klęsk wyjątkowo łatwo o chandrę.

12:51, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 14 stycznia 2008

Alexandre Pato 

Nie wiem, czy wśród czytelników mojego bloga są nastolatkowie - mam nadzieję, że są - ale jeśli nie, to proszę - wyobraźcie sobie, że dopiero całkiem niedawno, we wrześniu, staliście się dorośli (w sensie prawnym, osiągając pełnoletność).

Zrobione? To teraz wytężcie głowy jeszcze bardziej.

Masz 18 lat, podpisałeś kontrakt z jednym najsłynniejszych klubów piłkarskich - niech będzie to AC Milan. Debiutujesz w meczu z Napoli, od razu strzelasz wspaniałego gola, twoje łzy wzruszenia pokazują dziesiątki telewizji, 80 tysięcy fanów na San Siro skanduje twoje nazwisko.

W ataku grasz ze swoim absolutnym idolem z lat dzieciństwa - niech będzie to Ronaldo.

Wspólnie z nim oraz innym rodakiem Kaką zdobywacie pięć bramek, czyli więcej niż Milan uzbierał we wszystkich meczach sezonu na własnym stadionie. I twój zespół wygrywa na San Siro po raz pierwszy od kwietnia. Efektownie, 5:2.

Biegasz w koszulce z numerem siedem, wcześniej należącym do ubóstwianego przez kibiców supersnajpera Andrija Szewczenki.

Po ostatnim gwizdku słyszysz, że szefowie klubu, będąc pod wrażeniem twojego występu, ostatecznie rezygnują z zakupu najlepszego do niedawna piłkarza na planecie - Ronaldinho. Że najważniejszy spośród nich - Silvio Berlusconi - porównuje cię do jednego z najwybitniejszych napastników w dziejach futbolu, Marco van Bastena. Że ten sam Berlusconi w swoich hymnach pochwalnych się zagalopowuje i zdradza prywatną rozmowę z trenerem Carlo Ancelottim, który przepowiadał mu: jeśli ten chłopak utrzyma formę z treningów, między styczniem a czerwcem nastrzela 30 goli.

Potem otwierasz telewizor i gazety. Harmider nie cichnie. Komentatorzy typują, iż z tobą w składzie Milan ponownie staje się faworytem do triumfu w Lidze Mistrzów. Słyszysz, że zdaniem wielkiego niegdyś gracza Careki już wkrótce dostaniesz nagrodę dla najlepszego piłkarza świata. Że trener twojej drużyny postawił, wedle relacji prezesa Adriano Gallianiego, pieniądze u bukmacherów, iż dostaniesz ją już w roku 2008.

Widzisz w najważniejszej włoskiej gazecie sportowej - „La Gazzetta dello Sport” - że ciebie i dwóch partnerów z napadku (Kakę oraz Ronaldo) dziennikarze opisują skrótem Ka-Pa-Ro, nawiązując do akronimu Gre-No-Li, odnoszącego się do tria z lat 50. (szwedzkiego - Liedholm, Nordahl, Gren), które przeszło do legendy calcio.

Słyszysz, jak trener Juventusu Turyn Claudio Ranieri nazywa cię istotą pozaziemską. Milczy tylko prowadzący najpoważniejszych przeciwników - Inter Mediolan - Roberto Mancini. Na wszelki wypadek robi unik, twierdząc, iż oglądał tylko początek meczu, w którym zadebiutowałeś.

Wreszcie ty sam, poddany następnego ranka zmasowanemu atakowi podsuwanych ci pod usta mikrofonów, przyznajesz, że minionej nocy zdołałeś zasnąć tylko na chwilę. A ten atak będzie teraz trwał każdego dnia. Magazyny o celebrities już rozstrząsają, czy pierścionek na palcu twojej dziewczyny to pierścionek zaręczynowy.

Jak tu nie oszaleć?

Jak nie oszaleć, jeżeli tylko Clarence’owi Seedorfowi wypsnęła się przytomna refleksja, że potrzebujesz teraz specjalnej ochrony, bo nie zniesiesz potwornej presji i roli bohatera obłędnego medialnego cyrku?

Pamiętaj, niedawno skończyłeś 18 lat. Rozegrałeś dopiero jeden mecz.

Nie wiem, czy Alexandre Pato przetrwa, ale wiem, że to jedno z najbardziej fascynujących pytań o światową piłkę nożną w roku 2008.

19:42, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
niedziela, 13 stycznia 2008

Za sześć godzin mam samolot do Stambułu, stamtąd polecę do Warszawy, finał olimpijskich kwalifikacji siatkarzy obejrzę już w polskiej telewizji (czyli, jak słyszałem, niewiele zobaczę). Wracam w nastroju melancholijnym, z uczuciem żalu po porażkach nieco osłodzonym przez urok Izmiru.

Podśmiewałem się ostatnio z organizacyjnej tandety i ogólnego panującego tu rozgardiaszu, ale tubylców mimo wszystko nie zdołałem - jak zresztą podczas każdego poprzedniego pobytu w Turcji - nie polubić.

Opowiem o piątku. Pojechaliśmy w grupce dziennikarzy do Efezu. Stoję w kawiarni z pożyczonym laptopem, bateria się niemal wyczerpała, od hotelu dzieli mnie kilkadziesiąt kilometrów, muszę pisać artykuł. Na migi tłumaczę problem. Moje wysiłki widzi Turek stojący na ulicy, wchodzi, łapie mnie za ramię, ciągnie do swojego sklepu z dywanami, wciska wtyczkę w gniazdko, każe siadać i pisać.

Nie będę kłamał: łypię na niego podejrzliwie sądząc, że zaraz zażąda, bym z wdzięczności coś u niego kupił.

Ale nie, wyraźną frajdę mu sprawia już to, że pomaga jakiemuś egzotycznemu typowi. Doprasza się jeszcze, żeby mógł mi przynieść herbatę. Protestuję, oczywiście bez skutku. Biegnie do pobliskiej kawiarni i wraca z pełnym kieliszkiem (herbatę piją tu w czymś najbliższym kieliszkowi, o popularnej u nas pojemności - na oko - 100 ml).

W takich warunkach korespondencji nie pisałem jeszcze nigdy. Ostatnie teksty z Izmiru powstawały tutaj (fot. Kuba Atys):

l

Jak już podładowałem baterię, weszliśmy do właściwego Efezu, czyli starożytnego miasta, którego resztki jakimś cudem przetrwały dwa tysiące lat. Siadam i kończę pisanie trochę onieśmielony - tutaj, może nawet na tym samym kamieniu, na którym i ja siedzę, niejaki Jan Ewangelista skrobał teksty dla losów świata jednak trochę ważniejsze. Podziwiam takie widoki...

l

… i podsumowanie wypadu do Izmiru powoli zamienia mi się w logiczną całość. Porażki reprezentacji Polski, zniszczony przez serbskiego siatkarza laptop, dochodzące z kraju odgłosy ujadania polujących na głowę Lozano działaczy, ruiny tętniącego życiem kiedyś miasta, duch miejsca, w którym powstawała nowotestamentowa wizja apokalipsy… Wszystko się zgadza, cała ta wyprawa nie mogła się całkiem udać.

Myślę o naszych siatkarzach, którzy wrócili do Polski dwa dni wcześniej. Oni do Efezu nie zajrzeli, tak jak i nie zajrzeli do setek innych fascynujących miejsc, choć zjeździli całą planetę. Juniorskie medale zdobywali w Bahrajnie i Iranie; na Ligę Światową latali wszędzie - od USA przez Wenezuelę po Australię i Chiny; mundiale przywiodły ich do Argentyny i Japonii; o Europie nie ma nawet co wspominać. Podczas turniejów czas wolny spędzają głównie w łóżkach, bo dla regeneracji sportowca odpoczynek i sen - dużo snu! - jest niezbędny.

Nie sądzę, by wszyscy mieli ochotę szwendać się po Efezach, ale niektórzy ten paradoks na pewno dostrzegają - byli wszędzie, a jednocześnie nie byli nigdzie. Jeden z nich (chyba Piotr Gruszka) mówił mi kiedyś (chyba w japońskim Sendai), że stara się zapamiętywać różne fajne miejsca (chyba Australię wyróżnił), by po zakończeniu kariery zabrać tam rodzinę.

Sportowa podróż życia dopiero jednak przed nim. A raczej - przed nimi. Jeśli latem dolecą do Pekinu, jeśli tam dopną swego medalowego celu, wreszcie będą mogli z czystym sumieniem zacząć myśleć o prawdziwym zwiedzaniu.

PS A ja obiecuję skończyć już z tym ekshibicjonizmem i wywalaniem tu zdjęć własnej gęby. Ostatni raz mnie podkusiło - to przez wyjazdowy nastrój i obietnicę złożoną Turkowi od dywanów, że umieszczę fotkę z jego sklepu w sieci...

00:11, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
sobota, 12 stycznia 2008

Napisałem już w komentarzu do "Gazety" i Sport.pl, co sądzę o pomyśle odbierania reprezentacji siatkarzy Polski trenerowi Raulowi Lozano - pomyśle nieodpowiedzialnym, hucpiarskim, popartym dołująco wątłą merytorycznie argumentacją prezesa PZPS Mirosława Przedpełskiego. Tutaj chcę tylko postawić pytanie, które nasunie się samo, gdyby mroczny scenariusz się ziścił.

I gdyby selekcjonerem istotnie miał zostać Daniel Castellani.

Czy operacja wyglądałaby tak: kadrze zabieramy trenera w trakcie kwalifikacji olimpijskich, a mistrzowi Polski Skrze Bełchatów - w trakcie walki o sukces w Lidze Mistrzów?

Czy raczej tak: Castellani obejmuje kadrę, a zarazem kontynuuje pracę w klubie?

Pierwszy scenariusz - beznadziejny. Drugi - jeszcze gorszy.

Głównym adwersarzem selekcjonera bywa przecież niejednokrotnie Polska Liga Siatkówki*, co pokazał przykład Lozano, który usiłował wyszarpać możliwie dużo czasu na zgrupowania reprezentacji. Opozycja kadra - kluby jest naturalna, obie strony mają sprzeczne, przynajmniej do pewnego stopnia, interesy. PZPS powinien być w tym sporze bezstronny.

Castellani jako trener Skry jest pracownikiem firmy będącej akcjonariuszem PLS. Gdyby nie porzucił posady w Bełchatowie, popadłby w ewidentny konflikt interesów.

Wybrałby dobro kadry czy mistrza Polski?

Uniknąć tego dylematu mógłby tylko w jeden sposób - zachowując się nielojalnie wobec Skry i zostawiając ją w środku sezonu. Bardzo ważnego sezonu.

Nie życzę mu tych rozterek. Mam nadzieję, że cała sprawa jest tylko zamętem wywoływanym przez lobbing kilku osób ze środowiska łódzko-bełchatowskiego (wiceszef PZPS Bogusław Adamski, działacze Skry etc), które z Lozano mają na pieńku od dawna. Niech nawet Castellani zostanie selekcjonerem kadry, ale po igrzyskach. Wtedy - jak przypuszczam - Lozano odejdzie z własnej woli, bo warunki pracy ma u nas naprawdę ciężkie.

Ciężkie, choć w jego przypadku jednego możemy być pewni. Interes tego cholernie ambitnego faceta jest całkowicie zbieżny z interesem reprezentacji. Ten interes ma barwę olimpijskiego medalu.

*Precyzyjniej: Profesjonalna Ligi Piłki Siatkowej SA.

02:19, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
czwartek, 10 stycznia 2008

Trzy lata temu widziałem to na własne oczy podczas finału Ligi Światowej w Rzymie: Brazylijczyk Andre zbija z lewego skrzydła, zdobywa punkt, trafia piłką w mojego laptopa. Monitor tego ataku nie przetrwał, komputer trzeba było wyrzucić. Taniej wyszło kupić nowy niż naprawiać.

Wczoraj początkowo nawet nie wiedziałem, kto laptopa upolował. Stłuczony ekran zobaczyłem po meczu Włochy - Hiszpania, wracając z krótkiej pogawędki z zaskakująco pogodnym po porażce trenerem Andreą Anastasim. Nieopodal mojego prasowego stolika rozgrzewali się Serbowie. Początek artykuł o upadku włoskiej potęgi siatkarskiej, którego ostatecznie w ogóle nie napisałem i nie wysłałem do redakcji, wyglądał tak:

l

Zrobiłem szybki wywiad wśród obsługujących turniej tubylców. Donieśli, że w laptopa przywalił niejaki Bojan Janić.

Relacjonuję incydent z detalami, bo fachowcy od blogowania pouczają mnie, że ten gatunek powinien niekiedy przybierać charakter osobistego pamiętnika, a korespondent gazety bez komputera czuje się mniej więcej tak, jak Paweł Zagumny czułby się na boisku z dłonią przywiązaną do tułowia. Niech będzie, że lewą.

Trzy lata temu było łatwiej - na finał Ligi Światowej wpadłem przy okazji spędzanych w Rzymie wakacji i mecze oglądałem jako kibic. Teraz obiecałem sobie, że podczas izmirskich kwalifikacji będę blogował codziennie, by dzielić się refleksjami, których nie wysłałem do Gazety, a niekoniecznie mniej ciekawymi. Sorry, nie udało się, wczorajszej porażki z Holandią nie mogłem tutaj opłakiwać z braku jakiejkolwiek dostępnej klawiatury. I nie wiem, czy popełnię następny wpis, bo ta, na której teraz piszę, jest wypożyczona tylko na moment. A turecka koncepcja organizacji prestiżowych turniejów nie przewiduje instalacji komputerów w biurze prasowym.

Generalnie wcale nie jestem jakimś szczególnym pechowcem. Siatkarscy kibice tego nie widzą, bo wpatrują się w boisko, ale relacjonujący mecze dziennikarze uwagę zawsze muszą dzielić między śledzenie gry i chronienie sprzętu. Dla nas to najgorsza dyscyplina, bo piłka fruwa cholernie szybko, a my siedzimy zazwyczaj tuż przy boisku. Miesiąc temu podczas preeliminacji olimpijskich w Szombathely widziałem, jak laptopa koledze po fachu z Finlandii stłukł jego rodak (może nawet Jane Heikkinen ze Skry Bełchatów, ale głowy nie dam).

A rekordzista z Polski - były dziennikarz "Przeglądu Sportowego" - stracił kiedyś dwa komputery w jeden weekend Ligi Światowej.

Turniej w Izmirze w ogóle jest jakiś nieszczęsny. Siatkarze przyjeżdżają nań zdziesiątkowani i schorowani; przegrywają po tie-breaku dwa dreszczowce, których nie mieli prawa przegrać i właściwie trudno zgłaszać do nich pretensje, bo biorąc pod uwagę kadrowe kłopoty wypadli nieźle; Turcy karmią ich tak fatalnie, że muszą dojadać robiąc wypady na kebab; wreszcie organizacja jest beznadziejna, na hali każdy może zajrzeć gdzie chce, na upartego nawet do szatni uczestników, choć liczba mundurowych przewyższa niekiedy liczbę kibiców. (Turecka organizacja to zresztą temat wart osobnego wpisu: kiedy przyszedłem po akredytację, sympatyczny tubylec wysypał ich cały stos - z reklamówki - i polecił jakąś sobie wybrać.)

A może limit pecha wreszcie się wyczerpał i Polacy awansują do półfinału, bo Hiszpanie zagrają z klasą mistrzów Europy i wyrzucą dziś z turnieju Holendrów?

15:38, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
wtorek, 08 stycznia 2008

PAP, Adam Ciereszko

Kiedy w meczu z Hiszpanią Raul Lozano konsekwentnie - i długo - trzymał na boisku Bartosza Kurka a w tie-breaku posłał do walki żółtodziobów, targały mną mieszane uczucia. Miałem wątpliwości, czy nie przedobrza, a zarazem zaimponował mi odwagą.

Gdyby przywrócił do gry kapitana, doświadczonego przeszło dekadą nieprzerwanej obecności w kadrze Piotra Gruszkę, nikt by się do niego przyczepił. On jednak ryzykował, uparcie trzymając się ustawienia z nastolatkiem, który na dobrą sprawę nigdy nie wystąpił w ważnym meczu.

Przegrał, a ja wspominałem kilku byłych selekcjonerów reprezentacji, którzy często reagowali na tarapaty w najbardziej oczywisty sposób, byle nie narazić się na krytykę. Lozano nie szukał alibi, lecz nie oglądając się na konsekwencje trwał przy swojej koncepcji.

Podczas meczu z Włochami żadne rozterki już mnie nie nękały. Wszyscy w gronie kilku dziennikarzy, którzy siedzieli po sąsiedzku, byliśmy pod wrażeniem wyczucia manipulującego składem Lozano. Argentyńczyk prawdopodobnie już do samego końca turnieju będzie musiał ostrożnie szafować siłami zawodników, bo - jak sam przyznał - właściwie żaden nie jest w stanie przetrwać walki bez wytchnienia po ostatni set ostatniego meczu. (O powodach pisałem tutaj.)

Nie wiem, czy mu się uda, czy w niedzielę siatkarze wywalczą olimpijski awans. Ale całe życie wysłuchiwałem od większych i mniejszych fachowców, że w siatkówce nie mają racji bytu drużyny sklecone naprędce, złożone z ludzi debiutujących, prawie debiutujących, zmieniających pozycje na boisku lub schorowanych. Ta dyscyplina - zgodnie z zasadą tak żelazną, że zmieniła się w banał - drogi na skróty nie toleruje.

Lozano wyjścia nie miał. Na skróty pójść musiał. I jeśli wygra, odniesie sukces wyjątkowy. Po niepowodzeniu na mistrzostwach Europy wiara w jego nieomylność przygasła, gdzieniegdzie ustępując ostrożnemu zaufaniu, gdzieniegdzie - otwartej nieufności, a jeszcze gdzie indziej - wrzaskom o dymisję.

Gdyby teraz Polacy awansowali na igrzyska, Argentyńczyk znów na pewien czas stałby się bożyszczem tłumów. I znów - absolutnie zasłużenie.

20:49, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
Archiwum
Tagi