RSS
czwartek, 06 grudnia 2007

W polskim futbolu działała zorganizowana grupa przestępcza - dzisiejsze słowa sędziego Marka Poteralskiego z wrocławskiego sądu okręgowego ostro kontrastują z pamiętną frazą Michała Listkiewicza, który po wstrząsającej spowiedzi Piotra Dziurowcza, bąkał coś o „pojedynczej czarnej owcy”.

Prezes, jak to nasz stary dobry prezes PZPN, dzisiejszych słów nie słyszał. Ciężko pracuje w Japonii, wysłany przez UEFA na klubowe mistrzostwa świata.

A gdyby Listkiewicz przebywał akurat w Polsce, pewnie by słów sędziego Poteralskiego nie dosłyszał. On tezy, jakoby opowieści o korupcji toczącej niemal każde boisko w kraju były publicystycznym bajdurzeniem, broni jak niepodległości.

Dlatego wygłoszona publicznie diagnoza Poteralskiego jest bezcenna. Wreszcie nie rzuca jej w świat dziennikarz czy prokurator, lecz przedstawiciel niezawisłego sądu. A my możemy - na razie znów publicystycznie, bez twardych prokuratorskich dowodów - analizować kolejne fakty i wyciągać kolejne wnioski.

Otóż dzisiejszy wyrok dotyczył wycinka śledztwa obejmującego 41 meczów z udziałem Arki Gdynia, które ustawili jej działacze/piłkarze/trenerzy. Ale w całym akcie oskarżenia wymienia się ponad 150 spotkań. Ich pełną listę opublikował dziennik „Polska”, a wzięła się ona stąd, że w trakcie przesłuchań arbitrzy przyznawali się hurtowo - także do wielu innych, stopniowo wypływających aktów korupcyjnych.

Zestawienie obejmuje okres między sierpniem 2003 a kwietniem 2006 roku, czyli niespełna trzy lata.

Co daje średnią ponad 50 meczów na sezon. (A przecież prokuratura raczej nie wie o wszystkim...)

Powiem szczerze: nie znoszę pisać na tematy wokółkorupcyjne, przytaczane dane są wstrząsające nawet dla ludzi, którzy nasłuchali się sporo, a ja nasłuchałem się sporo - w trakcie pracy nad książką „Piłka sss... kopana”. Przecież jeśli uznać cały futbol za synonim korupcji, moja - dziennikarza pasjonata - praca też traci sens. Dlatego np. nieprzyjemnie czytało mi się doniesienia „Suddeutsche Zeitung”, który kilka dni temu zasugerował, że korupcyjne śledztwo UEFA dotyczy niedawnego meczu w Lidze Mistrzów Liverpool - Besiktas, zakończonego rzeczywiście wynikiem dość podejrzanym (8:0), przynajmniej biorąc pod uwagę styl gry drużyna Rafaela Beniteza. Na szczęście Michel Platini sensacje niemieckiej gazety zdementował.

Naszych sensacje potwierdzają sądy. Dlatego, choć nie znoszę pisania o korupcji, nie mam wyjścia. I to się pewnie nie zmieni, bo środowisko piłkarskie nie będzie się w stanie nigdy oczyścić, jeśli przedtem nie powie uczciwie, jak jest. Jeśli najważniejsze osobistości - od idącego w zaparte Listkiewicza po zdziwionego widzewskim procederem Bońka - nie skończą z hipokryzją i wreszcie nie przyznają: tak, to prawda, korupcja jest od dekad esencją naszego futbolu.

I nie chodzi tu tylko o moralną higienę, lecz coś znacznie ważniejszego - bez prawidłowej diagnozy skuteczne leczenie nie jest możliwe.

50 ustawianych meczów na sezon nie wystarcza. Ciekawe, jakich statystyk potrzebują giganci naszej piłki, by przyznać, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

 

20:21, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
środa, 05 grudnia 2007

Z wątpliwościami zadzwonił do mnie minionej nocy - maniacy Ligi Mistrzów nigdy nie śpią - Maciej Chorążyk z „Tygodnika kibica”. Przeczytał mój wpis, w którym opiewałem rekordową liczbę goli strzelonych przez napastnika Milanu w europejskich pucharach. Wydarzenie odnotowała sportowa prasa na całym kontynencie, włoska poświęciła mu pierwsze strony.

Jarosław Owsiański z „TK” uważa, że rekordzistą pozostał Gerd Mueller. Dostałem od niego zestawienie wszystkich - co do jednego - goli Niemca oraz artykuł z 12 listopada. Inny spec od futbolowych archiwów Roman Hurkowski idzie jeszcze dalej i kwestionuje całą czołówkę kolportowanej przez UEFA klasyfikacji najskuteczniejszych. Jego zdaniem Mueller strzelił goli 65 a nie - jak mu się przypisuje - 62, natomiast współcześni goniący go napastnicy (Inzaghi, Szewczenko, Raul) zdobyli mniej bramek niż się powszechnie sądzi.

Ich dane możecie skonfrontować z oficjalnymi statystykami UEFA (szukajcie na stronie szóstej dokumentu), która zresztą namaściła rekordzistę Inzaghiego na swojej stronie internetowej.

Podważającym jej werdykt całkiem serio proponuję, by spróbowali skontaktować się z odpowiednią komórką UEFA. Od siebie dodam tylko, że Włoch również ma odrębne zdanie na temat swojego snajperskiego dorobku. Jak twierdzi, strzelił nie 62, lecz co najmniej 62 i pół gola, bo nie chce oddać w całości Jonowi Dahlowi Tomassonowi trafienia z meczu z Ajaksem Amsterdam przed kilku laty. Warto sobie tamten incydent przypomnieć, bo to być może jedyny przypadek, w którym to nie Inzaghi kradnie gola, lecz sam jest okradany:

PS. Jeśli pamiętacie inne epizody z Inzaghim w nietypowej dla siebie roli obrabowanego, to poproszę o linka do video :-)

19:19, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
wtorek, 04 grudnia 2007

Piłkarze Milanu i Celticu zagrali dzisiaj beznadziejnie, spłodzili potworka w Lidze Mistrzów widywanego rzadko, ale Artur Boruc właściwie musiał przeczuwać, że gola puści. To była czysta formalność: Filippo Inzaghi miał zostać najskuteczniejszym piłkarzem w historii europejskich pucharów i nim został.

Dzięki bramce nr 63 wyprzedził Gerda Muellera. Niemiec słynął z tego, że gole strzelał nawet tą częścią ciała, która reszcie ludzkości służy głównie do siedzenia, a Inzaghi jest jego godnym następcą. O kontrowersyjnym, by tak rzec, stylu gry Włocha pisałem już kiedyś w felietonie "Szósty zmysł", więc dziś tylko dopowiem, dlaczego mimo wszystko można go polubić. Otóż Inzaghi strzela gole brzydkie, ale wyjątkowo ładnie się z nich cieszy; jest niebywale pracowity i zdeterminowany; każdym gestem dowodzi, że legendami futbolu bywają także zwykli ludzie, w niczym nieprzypominający herosów.

Inzaghi jako międzynarodowy snajper narodził we wrześniu 1995 roku, kiedy debiutując w europejskich pucharach wepchnął piłkę do siatki albańskiej Teuty Durres. I zachłanności na gole nigdy się nie wyzbył. Nie spowszedniały mu do tego stopnia, że po tegorocznym finale Ligi Mistrzów budził się - wedle jego własnej relacji - przez dziesięć kolejnych nocy z gęsią skórką. Ponoć śnił o własnych bramkach.

Zdobywał je w meczach towarzyskich reprezentacji Włoch i rozgrywkach juniorskich. W eliminacjach do mistrzostw Europy i turniejach finałowych ME. W eliminacjach do mundialu i w turniejach finałowych MŚ. W trzeciej, drugiej i pierwszej lidze włoskiej. W krajowym pucharze i superpucharze. W Pucharze Intertoto, Pucharze Zdobywców Pucharów, Pucharze UEFA i Lidze Mistrzów.

Te osiągi imponują tym bardziej, że rzadko wykonywał rzuty karne, a kontuzje spowodowały długą, ponad półtoraroczną wyrwę w jego karierze.

Ostatnie prestiżowe międzynarodowe rozgrywki, w których Inzaghi gola nie strzelił, to klubowe mistrzostwa świata (zastąpiły Puchar Interkontynentalny). Ale już za tydzień Włoch będzie miał szansę tę lukę zlikwidować.

Jeśli mu się powiedzie, zostanie piłkarzem, jakiego w dziejach futbolu nie było.

PS. Do wnikliwych przeszukiwaczy statystyk: tak, macie rację, Gerd Mueller strzelił 69 pucharowych goli, ale UEFA w oficjalnych rankingach nie uwzględnia jego siedmiu trafień w Pucharze Miast targowych.

23:08, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 03 grudnia 2007

Wracam z preeliminacji olimpijskich w Szombathely i rewiduję swój pogląd na siatkówkę. Dotąd, do czego przyznaję się z pewną taką nieśmiałością, chciałem w niej widzieć grę najbardziej policzalną, przewidywalną, odporną na zjawiska niewyjaśnione. Sensacyjne rozstrzygnięcia oglądamy tu stosunkowo rzadko, bo punkt zdobywa się w każdej akcji, więc niwelowanie taktyką technicznej przewagi rywala jest niemożliwe. Nie można ograniczać się defensywy, bronić całą drużyną etc. W moich sądach utwierdzało mnie zresztą wielu trenerów, wedle których w siatkówkę niemal zawsze wygrywa lepszy.

Konfrontuję te przekonania z wynikami ostatnich mistrzostw Europy i preeliminacji w Szombathely. Nie interesują mnie całe turnieje, lecz cztery konkretne mecze.

We wrześniu siatkarze uparcie powtarzają, że czują się mocni i świetnie przygotowani. Mimo to przegrywają. Z Belgią 1:3, z Finlandią 0:3. Po porażkach są zdezorientowani i wciąż trzymują się swojej wersji: czujemy się w formie.

W listopadzie siatkarze zwierzają się z lęku przed klęską, gnębią ich poważne wątpliwości co do dyspozycji zespołu. Mimo to wygrywają. Z Belgią 3:0, z Finlandią też 3:0. A przecież rozpoczynali turniej przygaszeni, posmutniali, w nastrojach niemal depresyjnych. Czyli bierze w łeb nawet trop psychologiczny, po porażkach podejmowany przez polskich trenerów nader chętnie.

Nie wspominając o jeszcze jednym detalu, który ostatecznie komplikuje sytuację - Finlandia została rozbita przez drużynę bez dwóch największych gwiazd, Zagumnego i Wlazłego.

Dlatego do Warszawy będę za kilka godzin wjeżdżał kompletnie zniechęcony do wszelkich kategorycznych sądów o siatkówce. I z trzema refleksjami irytująco niekonkretnymi.

Co wynika z turnieju Szombathely? Nic.

Czego spodziewać się po styczniowych kwalifikacjach olimpijskich w Izmirze? Nie wiadomo, ale ewentualne zwycięstwo Polaków oznaczałoby, że wracają do gry o medal igrzysk w Pekinie.

Co wynika z siatkarskiej jesieni AD 2007? Nasi zawodnicy na pytania, dlaczego wygrywają bądź przegrywają, powinni odpowiadać ulubioną frazą skoczków narciarskich: nie wiem.

14:54, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
sobota, 01 grudnia 2007

Roztrząsamy, czy Kuszczak popełnił grube błędy, czy zaliczył drobną wpadkę; analizujemy intencje Dudka, który ponoć byłby gotów zamienić Real Madryt na Górnika Zabrze; sławimy kolejny heroiczny popis Boruca. To wszystko tylko w tym tygodniu. A przecież jest szansa, że i Kowalewski pewnego dnia wróci do gry, że Fabiański pewnego dnia stanie między słupkami Arsenalu, że Szamotulski będzie następnym Polakiem w Celticu.

Ani myślę wznosić kolejny pomnik dla naszej - domniemanej bądź rzeczywistej - bramkarskiej potęgi. Wręcz przeciwnie, chwilami mam jej dość. Coraz częściej mam dość. Coraz gorzej znoszę to, że cały nasz futbol kręci się wokół bramkarzy.

Owszem, cieszę się, że choć w tej jednej indywidualnej konkurencji piłkarskiej liczymy się w Europie, ale jako fan w euforię popaść nie umiem. Pisałem już kilkakrotnie - kibicowanie golkiperowi trąci schizofrenią. Potrzebujesz udanych ataków przeciwnika, by twój pupil się wykazał. Czyli niby kibicujesz tym, ale niech nacierają tamci. Paranoja.

Niestety, nie ma alternatywy, bo wszyscy ci Żurawscy i Matusiakowie, Rasiakowie i Saganowscy, dawno temu zniknęli nam z oczu. Albo ostro trenują przysiad naławkowy, albo przepadli gdzieś w drugoligowym wygwizdowie. I odosobnione gole Jelenia wiosny nie czynią. Potrzeba nam polskich bramek w Lidze Mistrzów, potrzeba nam polskich bramek na boiskach angielskich, hiszpańskich czy włoskich. Doszło już do tego, że kiedy zastanawialiśmy w redakcji, kiedy po raz ostatni widzieliśmy choćby asystę rodaka w Champions League, to doszliśmy do wniosku, że największą szansę na nią miał pewnie Boruc. Jakiś lepszy wykop, piłkę przejmuje McDonald lub Vennegoor of Hesselink - bo oczywiście nie Żurawski - i Celtic prowadzi. (Na szczęście z kłopotu wybawił nas w środę Kaźmierczak).

Dlatego rwę dredy z głowy, wypatrując wieczornego meczu Racingu Santander z Realem Madryt. Nie boli, bo frajdę sprawia już samo niecierpliwe czekanie. Liczyć, że piłka kopnięta przez naszego chłopaka wpadnie do siatki Realu? Serio w to wierzyć, nawet jeśli Ebi rozpocznie na ławce? Odzwyczaiłem się od takich luksusów. Meczu pewnie nie obejrzę, nie wiem nawet, czy tutaj - w węgierskim Szombathely - znajdę choć transmisję włoskiego hitu Milan - Juventus. Ale jak Ebi strzeli, to zadepczę cały internet, by znaleźć wideo.

Na razie - w czasach, gdy bramkarz jest pępkiem naszego futbolowego świata - mogę co najwyżej wspominać Jacka Krzynówka. To on strzelił ostatniego polskiego gola Realowi Madryt. I ostatniego Romie. I ostatniego Liverpoolowi, a zarazem ostatniego w Lidze Mistrzów. We wtorek od tamtego wieczoru minie 1000 dni.

14:30, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
piątek, 30 listopada 2007

Już w ten weekend może się okazać, że najtrudniejszym rywalem, na jakiego mistrz Polski AD 2009 wpadnie w eliminacjach Ligi Mistrzów, będzie norweski Rosenborg. Ewentualnie szwajcarski FC Zurich.

O nadchodzącej rewolucji uprzejmie donoszę, bo jej losy rozstrzygają się w cieniu niedzielnego losowania grup Euro 2008 (w tym samym miejscu - Lucernie), więc mniej uważni kibice mogliby sprawę przeoczyć.

Wszystko zaczęło się przed wyborami prezesa UEFA. „Precz z dyktaturą pieniądza, precz z oligopolem najbogatszych klubów, trzeba wrócić do korzeni i przywrócić piłce nożnej jej romantyczny wymiar” - nawoływał w kampanii wyborczej kandydat Michel Platini. Brzmiał jak nawołujący lud do przewrotu polityk, który nawet stawia całkiem sensowne diagnozy, lecz proponowane terapie nie mają żadnego związku z rzeczywistością, więc obiecuje gruszki na wierzbie. I wygrał.

Platini kreślił wizję przewrotu w Lidze Mistrzów. Chciał zabrać bogatym, by oddać biednym. Okroić rozgrywki z potęg angielskich, hiszpańskich, włoskich etc, by zaprosić kluby z drugiego europejskiego szeregu.

Stopniowo jednak rewolucyjny zapał Francuza gasł. Krezusi stawiali twardy opór, a pójść na ustępstwa byli gotowi pod jednym warunkiem - jeśli zyskają coś w zamian.

Dlatego zamiast rewolucji Champions League czeka rewolucyjka. (Szczegóły tutaj. Po włosku, ale to najczytelniejsza grafika, jaką znalazłem.) Owszem, o pięć miejsc w fazie grupowej będą się bili - w trzech rundach wstępnych - mistrzowie z lig sklasyfikowanych między 16. a 53. pozycją w rankingu UEFA. Ale zyskają też potentaci, bo nawet trzecie miejsce w kraju wystarczy im, by zakwalifikować się do LM bezpośrednio, bez konieczności mordowania się w eliminacjach. Sezon rozpoczną później, będą mieli dłuższe wakacje. Gdyby nowy system obowiązywał już w bieżącym sezonie, latem kwalifikacje ominęłyby Sevillę, Liverpool oraz Lazio. Bezpośredni awans uzyskałyby już nie 16, lecz 22 drużyny.

Zmiany, o ile UEFA w ogóle je zaakceptuje, wejdą w życie w 2009 roku. Straci na nich nie kasta najbogatszych, lecz wyższa klasa średnia. Rosja, Ukraina, Czechy, Portugalia, Holandia, Grecja, Turcja. No i czwarte drużyny z najsilniejszych lig.

Ale mistrz Polski zyska ogromnie. Z naszego punktu widzenia byłaby to nie rewolucyjka, lecz rewolucja.

Nasz mistrz nigdy nie wpadłby na Barcelonę, Juventus czy Arsenal. Ba, nigdy nie wpadłby na wymienionych dwa akapity temu rywali z wyższej klasy średniej. Byłby dolosowywany do grupy mistrzów z lig sklasyfikowanych na miejscach 16-53 w rankingu UEFA.

W tym roku byłyby to m.in. FC Zurich, Lewski Sofia, Beitar Jerozolima, Rosenborg, Salzburg, Crvena Zvezda, FC Kopenhaga, Elfsborg, Dinamo Zagrzeb. Z drużynami tej klasy Zagłębie Lubin biłoby się o pięć miejsc w Lidze Mistrzów.

Przegłosują?

Ja nie dowierzam, zresztą nikt tak naprawdę nie zna detali trzech projektów, które ma rzucić na stół Platini. Ale może jednak?

PS. Z ostatniej chwili: przegłosowali!!!

14:04, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 29 listopada 2007

Lojalnie uprzedzam: to będzie smutny kawałek. Kto nie lubi klimatów siatkarskich melancholijno-przynudzających, niech kliknie gdzie indziej.

Kilka dni temu zadzwoniłem do trenera Raula Lozano, a ten chyba po raz pierwszy od przyjazdu do Polski wyznał, że martwi się formą siatkarzy. Wczoraj Sebastian Świderski powiedział kolegom po fachu z „Przeglądu Sportowego”, że czuje się zmęczony, że drużynie brakuje entuzjazmu, więc na preeliminacje olimpijskie wyrusza „pełen obaw”. Ja w tym czasie jechałem do węgierskiego Szombathely, gdzie ów turniej się odbywa.

I entuzjazmu też nie potrafiłem z siebie wykrzesać.

Czytelnicy często zazdroszczą dziennikarzom oglądania z bliska wszystkich najważniejszych imprez. Mają rację, ten fantastyczny zawód daje fantastyczne możliwości. I w naszej pracy bywają jednak momenty, gdy raczej odrabiasz pańszczyznę niż pracujesz podfruwając, niesiony adrenaliną i emocjami. Tak jest właśnie z turniejem w Szombathely.

Siatkarze niewiele mogą tutaj wygrać, bo to tylko wstęp do prawdziwych kwalifikacji olimpijskich, natomiast przegrać mogą wszystko - ewentualna klęska byłaby katastrofą. Drużyna wysyła sygnały niepokojące, sprawia wrażenie pogrążonej w depresji. W dodatku w najbliższy weekend cała Polska będzie się pasjonować powrotem na skocznię Małysza i losowaniem grup Euro 2008, a nie jakąś podrzędną siatkarską imprezką ze słabeuszami pokroju Danii. I wreszcie - tutaj, na Węgrzech, odbijanie piłki rękami mało kogo obchodzi, więc już teraz - na chwilę przed wyjazdem na halę - boję się przygnębiącej pustki na trybunach.

Moje zwierzenia pewnie brzmią nieco ryzykownie, ale nie spisuję ich na blogu, by skarżyć się na własny los. Opisując swój stan ducha usiłuję raczej wyobrazić sobie - wspólnie z Wami - jak trudny moment przechodzą siatkarze. Oni wejdą do tej samej hali i zobaczą tę samą głuchą pustkę na trybunach. Zobaczą ją dzisiaj, w piątek, sobotę i niedzielę. Oni bardziej niż my uświadamiają sobie, że konieczność grania z Danią czy Węgrami jest dla nich sportową degradacją. Są wściekli, bo sezon mieliby wyczerpujący nawet bez tych meczów. Ich bardziej boli wspominanie, że jeszcze pół roku temu myśleli wyłącznie o pokonaniu Brazylii a igrzyska olimpijskie utożsamiali z wyścigiem po medal. Im trudniej nie popaść w rozpacz, jeśli czują, że jest źle, ale nie mają pojęcia, dlaczego.

Wiem: siatkarze sporo zarabiają, są sławni i lubiani, wiodą słodkie pozaboiskowe życie, więc nie ma co się nad nimi użalać, że muszą rzetelnie wykonywać swój zawód. Wypada raczej oczekiwać hartu ducha i umiejętności przezwyciężania własnej słabości.

Ale to też są ludzie. Ludzie, którzy wpadli w poważne tarapaty.

Dlatego dzisiaj serio obawiam się o ich najbliższą sportową przyszłość, a zarazem myślę sobie, że gdyby się jednak podnieśli, wygrali turniej w Szombathely, a w styczniu awansowali na igrzyska, to - biorąc pod uwagę okoliczności - odnieśliby naprawdę niebylejaki sukces.

Nawet jeśli jeszcze przedwczoraj nie interesowało ich nic niż poniżej medalu.

13:31, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
wtorek, 27 listopada 2007

Pech - a może ciut niewystarczające umiejętności? - Tomasza Kuszczaka zepsuł mi dzisiejszy wieczór z Ligą Mistrzów.

I nieważne, czy bramkarz Manchesteru United popełnił koszmarny błąd, czy „tylko” zaliczył przykrą wpadkę. Dyskusja w tym duchu rozgorzała w studiu telewizji nSport, tymczasem niuanse terminologiczne mają tutaj znaczenie drugorzędne. Kuszczak nie musi przecież udowadniać, że jest bramkarzem dobrym. On musi przekonać trenera Aleksa Fergusona, że jest bramkarzem wybitnym. Manchester dobiera ludzi z najwyższej półki.

Niestety, dzisiejszy występ Polaka długo składał się z drobnych wpadek i grubego błędu. Najpierw kiepsko wykopał piłkę - zbyt płasko, wprost pod nogi piłkarzy Sportingu Lizbona. Potem zagapił się i puścił gola, który nie powinien był puścić. Wreszcie piąstkował futbolówkę w okolicznościach, w których należało ją łapać. To była jego niemal cała aktywność w pierwszej połowie.

Mam nadzieję, że Ferguson mu przebaczy, choć wiem, że wieczory jak dzisiejszy miewają dla bramkarzy znaczenie rozstrzygające. Kuszczak dostaje szansę gry rzadko, więc musi wykorzystać każdą sekundę na boisku. Zwłaszcza że na jego pozycję - na razie zmiennika dla van der Sara, w przyszłości podstawowego golkipera MU - czyha Ben Foster. I plejada innych zdolnych, którzy marzą o transferze na Old Trafford.

Bramkarskie wpadki w Champions League na długo zapadają w pamięć. Zwłaszcza w pamięć angielskich dziennikarzy, którzy są wybitnie złośliwi, bezlitośni, konsekwentni w wypominaniu najdawniejszych nawet grzechów. Dlatego szczęście w nieszczęściu, że Manchester meczu ze Sportingiem nie przegrał. Błąd Kuszczaka stanie się pojedynczym incydentem, a nie wydarzeniem wieczoru.

Na dziś sytuacja Kuszczaka wygląda właśnie tak: to golkiper zapadający w pamięć. Nie pozwala o sobie zapomnieć albo genialnymi interwencjami, które zawdzięcza fantastycznemu refleksowi i stylowi gry, albo spektakularnymi wpadkami. Jak tamta ze sparingu z Kolumbią, kiedy gola strzelił mu bramkarz rywali.

Jeśli dodać do tego jeszcze niepokorny charakter Polaka, mamy bramkarza kontrowersyjnego.

W Manchesterze już kiedyś taki był. Nazywał się Fabien Barthez.

Na szczęście, i to jest najprzyjemniejsza refleksja dzisiejszego wieczoru, Ferguson kontrowersyjność Francuza tolerował bardzo długo.

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (32) »

Ponieważ zapowiadałem, że będę tutaj umieszczał swoje cotygodniowe felietony z „Gazety Sport”, zapraszam do najnowszego - poświęconego zaprzęganiu zaawansowanej technologii do służby futbolowi, próbom zredukowania go ciągu cyfr i objęcia kontrolą każdej sekundy gry. Zainspirowało mnie ubiegłotygodniowe spotkanie z Arsenem Wengerem, który w żadnym stopniu nie spełnia definicji trenera piłki nożnej, jaką można sobie upichcić obserwując nasze realia - czyli magistra od fikołków (termin ukuty przez Zdzisława Ambroziaka) tym różniącego się do zwykłego nauczyciela WF, że częściej występuje w telewizji.

Po kilku godzinach z Francuzem łatwiej pojąć, czym w tradycji anglosaskiej różni się „manager” od „coacha”. I utwierdzić się w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach szkoleniowiec chcący wstąpić do absolutnej elity w zawodzie coraz częściej musi być interdyscyplinarnym omnibusem, innowatorem zdolnym bazować na czymś więcej niż trenerski „nos”.

Najciekawszej rzeczy podczas pobytu w Londynie dowiedziałem się od pracowników firmy Castrol, która będzie jednym ze sponsorów Euro 2008, a Wengera namówiła do roli ambasadora marki. Otóż jej przedstawiciele tak zachwycili się menedżerskimi zdolnościami trenera Arsenalu, że postanowili zaproponować mu rolę doradcy od - przepraszam za obcy wtręt, ale te słowa powtarzano mi setki razy - „team building” i „man managament”. I w ten sposób Wenger zaczął prowadzić coś w rodzaju szkoleń dla kadry kierowniczej koncernu.

Słuchając tego wszystkiego przypomniałem sobie, jak łatwo jest zostać w Polsce trenerem i jak niewiele oferują kursy przy AWF. By zaliczyć poziom podstawowy i zostać instruktorem sportu ze specjalizacją piłka nożna, wystarczy świadectwo o niekaralności i kilka weekendów zajęć, a do wspięcia się na następny szczebel - trenera II i I klasy - tylko ciut wysiłku więcej. Nie ma chyba innego zawodu, który opanowuje się - formalnie - równie niewielkim nakładem pracy i czasu.

Tymczasem np. w Hiszpanii trzeba zdać 15 egzaminów, by w ogóle być dopuszczonym do pracy z 15-latkami. W Niemczech po pierwszych zaliczonych kursach wolno pełnić co najwyżej funkcję asystenta i przyglądać się pracy doświadczonych fachowców. By uzyskać samodzielną pracę, trzeba wystarać się o trzy licencje. A Włosi mają swoje centrum Coverciano, gdzie trwa nieustanna burza trenerskich mózgów, bo zjeżdżają się tam fachowcy z całego kraju.

W Polsce nie ma nic. Ani uniwersytetu, ani forum wymiany myśli. PZPN świętuje awans na jedno Euro, czujemy się już prawie futbolową potęgą, ale szara codzienność jest naprawdę szara. 

I właściwie odechciewa mi się wykpiwać się naszych trenerów, zwłaszcza tych starszego pokolenia - nieobytych z technicznymi nowinkami.

Bo jak wymagać wynalazków na miarę Nobla od ludzi, którym nie pozwolono skończyć nawet zawodówki?

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 listopada 2007

Z losowania grup mundialowych zadowolony jestem średnio. Kręcą mnie wielkie, podniecające cały kraj, historyczne batalie z Angliami i Niemcami, a tych w eliminacjach nie będzie co najmniej do 2012 roku, bo przecież w następnych - jako organizatorzy ME - udziału nie weźmiemy. O niezapomniane szlagiery z Czechami jest jakoś trudniej. No, chyba że podszkolimy się w hokeju na lodzie.

Dlatego południowych sąsiadów uważam za przeciwników wybitnie nieprzyjemnych.

Przegrać z nimi przecież nad wyraz łatwo, bo drużynę mają - moim zdaniem - lepszą niż Anglicy, Holendrzy czy Niemcy, a szczęściem z ewentualnego triumfu naród nie spije się dokumentnie. Pokonać Czechów? Phi, też mi wyczyn. Ten sposób myślenia - tym popularniejszy, im mniej meczów rywali ktoś widział - robił dzisiaj karierę we wszystkich telewizjach. Można odnieść wrażenie, że Polacy są zdecydowanym faworytem grupy.

Takie właśnie odniosłem wrażenie, będąc przed chwilą gościem "Sportowej Niedzieli". Czekałem tylko, aż zostanie obwieszczone, że na mundial właściwie zostaliśmy już zaproszeni. (Nie zostało. Zwycięstwo ogłosił na razie tylko mój redakcyjny kolega Michał Pol.)

Uspokaja mnie tylko, że wynikami losowania nie zachłyśnie się prawdopodobnie Leo Beenhakker. To nie w jego stylu, zresztą w dzisiejszej rozmowie z "Gazetą" nazwał Czechów drugą najsilniejszą drużyną Europy.

Wsłuchajmy się w słowa Holendra, tym bardziej, że czeskie gwiazdy mają jeszcze jedną niewygodną dla nas cechę. Otóż w przeciwieństwie do bożyszczy tłumów z potężniejszych krajów, takich jak - by nie szukać daleko - Anglia, nie zaniedbują reprezentacji. Są bezlitośnie solidni, a czasem wręcz urzekający. Eliminacje do Euro 2008 przefrunęli, choć na początku przydarzyła im się wpadka z Niemcami.

Dlatego przesylabizujmy: zdecydowanymi faworytami są Czesi; trzeba uważać na Irlandię Płn. oraz Słowację. I nie wolno martwić się ewentualnymi niepowodzeniami, bo w razie drugiego miejsca w grupie szczęście można mieć też w losowaniu baraży :-)

Ja się martwił nie będę, w awans głęboko wierzę.

Ale dziś trochę żałuję, że nie trafiliśmy do grupy z Niemcami. To byłoby dla mnie losowanie rewelacyjne.

Fajnie byłoby zagrać przeciw tercetowi Trochowski-Klose-Podolski, a jeszcze fajniej byłoby wygrać. W końcu Niemcy nie mają takich piłkarzy:

 Ale tak czy owak będzie ciekawie. Być może czekają nas takie pojedynki:

22:31, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
Archiwum
Tagi