RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Mój typ to, z grubsza licząc, okrąglutkie zero. Żaden Roger, o którego udziale w mistrzostwach trąbi dziś „Przegląd Sportowy”, nigdzie nie pojedzie, cała sprawa jest klasyką strategii koncernu Axel Springer: wymyślamy coś, robimy harmider, jakaś rozświergotana dziennikarka TVN24 na pewno się rozochoci, rozegzaltuje i będzie pod domem brazylijskiego piłkarza Legii czatować od zmierzchu do świtu, a potem jeszcze od świtu do zmierzchu. Będą nas cytować, staniemy się najbardziej opiniotwórczym pismem w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Niemal rok temu powiedział Pan (tamten wywiad zainspirował „PS” - przyp. RS), że dla Polski by chętnie zagrał. Mówił Pan serio? Byłby Pan tak miły?” Roger nie będzie miał wyjścia. Z rozanielonym uśmiechem odpowie dobroczynnym „tak”.

Teoretycznie wszystko oczywiście jest możliwe. Ogólnoświatowym trendem naturalizowania każdego obcokrajowca, który akurat prosto kopnął piłkę i przydałby się kadrze przybranej ojczyzny, już się na tym blogu zajmowałem (Typowałem nawet tutaj, że jakiś Brazylijczyk zostanie królem strzelców Euro 2008.). Większość spośród Was, czytelników, widzi w tym groźny proceder i żąda surowych ograniczeń, ja też instynktownie się buntuję, choć wiem, że to reakcja straceńcza - zacierania się granic nie powstrzymamy, kupowania sobie piłkarzy do reprezentacji kraju też nie. Ale tym razem zadaję sobie inne pytanie: dlaczego prosić o pomoc akurat Rogera?

Dlaczego, skoro dziurą na lewym skrzydle kadra nas nie straszy, a są palące problemy istotnie nakazujące bić na alarm?

Dlaczego nie ubłagać Ediego Andradiny, jeśli poza Smolarkiem nie mamy ani jednego regularnego snajpera? Dlaczego nie sprawdzić jako zmiennika dla Błaszczykowskiego Radovicia? Dlaczego nie pożebrać u każdego Brazylijczyka? „A może jednak by Pan nas wsparł? Przecież dobrze Panu tu, w Polsce? Nie zakochał się Pan jeszcze w Central Station zwanej u nas zwyczajnie Centralnym i w legendarnym Palace of the Culture and Science? Dlaczego nie sprawdzić, czy przodków z naszym paszportem nie ma Dudu, były król strzelców ligi indyjskiej? Jego sprawą trzeba się zająć bezzwłocznie, bo niektóre źródła podają, że grał w nigeryskiej młodzieżówce. Czym prędzej sprawdźmy te podejrzane źródła, z Afrykanami nigdy nic nie wiadomo.

Dlaczego nie przypuścić zmasowanego szturmu na najlepszych ligowych obrońców, którymi są niemal w komplecie obcokrajowcy? Cleberowi co prawda lat nie ubywa, ale ostatecznie można by go wziąć na jeden turniej, nic wielkiego, a Jacek Bąk na pewno czułby się raźniej. „No niech Pan zagra, ledwie kilka meczów, nowa ojczyzna Panu tego nie zapomni, a chłopaków z kadry na pewno Pan polubi, to świetna paka jest.”

A Inaki Astiz? Czy jemu moralnego prawa do biegania po boiskach Euro 2008 nie daje już to, że zjeździł naszą ziemię od południa do północy, że zwiedza najstarsze nasze grody, poprzestając nie tylko - jak się zwierzał - na rutynowym wypadzie do Krakowa? A Hernani?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewny: świetny defensor Arboleda, który kasę bierze w Zagłębiu Lubin a bezczelnie zagrał cztery razy dla Kolumbii, zwyczajnie nas zdradził.

13:16, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 27 stycznia 2008

Wyobrażacie sobie, jak wyglądałby dziś Real, gdyby piłkarzy rekrutował wyłącznie z Madrytu i okolic? Wyobrażacie sobie, że naczelny kosmopolita futbolu Arsene Wenger szuka gwiazd dla Arsenalu wyłącznie w Londynie? Wyobrażacie sobie Milan ograniczający zasięg transferowych łowów do Lombardii?

Athletic BilbaoSzefowie Athletic Bilbao podobny eksperyment prowadzą od 109 lat. Zatrudniają wyłącznie graczy baskijskiego pochodzenia, preferując w dodatku - by skrępować się jeszcze mocniej - tych, którzy znają baskijski (o czym przekonał się swego czasu pochodzący z drugiej strony Pirenejów Bixente Lizarazu). Są do bólu konsekwentni, choć nawet sąsiedzi z Realu Sociedad, niegdyś również wierni polityce narodowościowego zamknięcia, poddali się już 19 lat temu i wobec postępującej globalizacji futbolu wzięli Johna Aldrigde’a. Tymczasem w Bilbao wciąż mają stadion - ostatni już pośród monumentalnych katedr piłki kopanej - na którym kibice rzeczywiście utożsamiają się z drużyną, bo tę tworzą ich krewni, sąsiedzi, rodacy. Nawet jeśli nazwa „Athletic” brzmi obco, bo klub założyli, podobnie jak mnóstwo innych na wszystkich kontynentach, Brytyjczycy.

A my raz po raz oglądamy - ostatnio kilkadziesiąt minut temu - megagwiazdy przyjeżdżające do Bilbao i z trudem wywożące stamtąd remis. Ba, dziś piłkarze Athleticu mogli Barcelonę nawet pokonać. Mogli, bo w końcówce niosło ich chyba coś więcej niż zwykłe pragnienie ligowego triumfu. Straceńczo parli na katalońską bramkę po ostatnią sekundę gry, choć ryzykowali sporo - jeden zabójczy kontratak wystarczyłby do odebrania im dobrego przecież wyniku, remisu 1:1.

Nie, wcale nie chcę tutaj ani uprawiać taniej egzaltacji, ani rozczulać się nad nieśmiertelnością baskijskiej tradycji. Zwłaszcza że nigdy nie wiadomo gdzie przebiega granica między romantycznymi ideałami a mrocznym nacjonalizmem (pamiętacie, jak ETA szantażowała Lizarazu, żądając – jak to nazwała – podatku rewolucyjnego?). Ponownie wyrażam tylko - spontanicznie, pozostając pod wrażeniem dzisiejszego meczu - zdumienie, że ten eksperyment daje tak niesamowite rezultaty.

Przecież Athletic Bilbao nigdy nie spadło z Primera Division (jako jedyny klub obok Barcelony i Realu!), choć zachowuje się jak maratończyk, który przed startem knebluje sobie usta, by tylko rywale oddychali pełną piersią. Przecież Athletic dobiera piłkarzy spośród ledwie 3 milionów osób, a robi to w teraz, gdy kluby nie tylko najmocniejszych lig przefiltrowują wszystkie podwórka świata, czyli przebierają wśród 7 miliardów ludzi. I z tymi ostatnimi Baskowie wcale nie tak rzadko wygrywają, przez co ich zapewnienia, że nawet spadając do drugiej ligi nie zmieniliby personalnej polityki, brzmią niemal kokieteryjnie.

Jakim cudem? Jaki cudem w supersilnej lidze hiszpańskiej utrzymuje się najbardziej ekskluzywna, bo żądająca od graczy odpowiedniego pochodzenia, drużyna globu? Czyżby Baskowie wiedzieli o piłce coś, czego nie wiedzą nawet Brazylijczycy?

21:55, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 25 stycznia 2008

Spieraliśmy się wczoraj w redakcji, czy 13-letniego chłopca wolno posyłać do poważnej sportowej rywalizacji z dorosłymi. Spieraliśmy się jeszcze przed doniesieniami o wybuchu ojca Klimka Murańki - który zagroził, że jego syn nigdy nie wystąpi w reprezentacji Polski, jeśli nie zostanie dopuszczony do kwalifikacji - i dyskusja była raczej ogólna, nie dotyczyła tego konkretnego przypadku.

Sam uważam, że nie ma żadnych powodów, by dzieciom zabraniać startów w poważnych zawodach. Tak jak nie widzę nic zdrożnego w programowaniu kilkulatka na wielkiego tenisistę, szachistę czy kierowcę i sterowaniu jego karierą od wieku szczenięcego. Robert Kubica, który będąc szkrabem wsiadł po raz pierwszy do małego pojazdu napędzanego silnikiem i już nigdy nie chciał z niego wysiąść, nie zgłasza pewnie pretensji do taty, że ten wywiózł go w młodzieńczym wieku do Włoch i tam pomagał mu piąć się w wyścigowej hierarchii. (Z nim to historia w ogóle osobna, trochę jak z genialnymi niemowlakami, co to jeszcze seplenią, ale już wybrzdąkują na fortepianie Poloneza As-dur.)

Cała operacja musi się jednak odbywać pod pewnymi warunkami, a jednym z fundamentalnych jest zadbanie, by dziecko się sportem bawiło, by podążało za fascynacjami, a nie działało wbrew sobie, dla dogodzenia mamusi czy tatusiowi. Każdy psycholog poda przykłady toksycznych rodziców, którzy poprzez dziecko realizują własne niespełnione ambicje (lub ubijają interes) i skazują go na życie pod stałą presją, pełne strachu przed porażką, pozbawione dzieciństwa etc. Stoi taki tatuś obok boiska z kopiącymi piłkę brzdącami, napięcie rozsadza mu żyły, gdy syn biegnie sam naprzeciw bramkarza, wpada z furią na boisko, gdy sędzia podyktuje karnego dla przeciwników, a po meczu okłada wściekłością dziecko, bo słabo grało. Słowem, dziecku szkodzić można niezależnie od tego, czy rywalizuje ono z rówieśnikami, czy z dorosłymi.

Sytuacji Klimka Murańki z detalami nie znam, ale po jego debiucie w Pucharze Świata przed wyrażeniem znacznie ostrzejszego stanowiska niż Darek Wołowski nie powstrzymują mnie żadne wątpliwości.

Otóż jeśli Klimek natychmiast nie wróci między rówieśników i szczenięcej frajdy ze skakania dla samego skakania, to sprowokujemy ogromne ryzyko wyrządzenia mu krzywdy. On już teraz walczy na skoczni na śmierć i życie, zamiast się cieszyć z fruwania między dorosłymi opłakuje po nieudanym skoku klęskę, a ojciec widzi w nim gwiazdę mogącą stawiać warunki. (Oczywiście sam je stawia w jego imieniu. I właściwie nie wiadomo, z jakiej racji Murańka senior grozi, że junior nigdy nie wystąpi w reprezentacji. Za dorosłego też będzie podejmował decyzje? Czy może już z małym przeprowadził głęboką analizę i tamten dokonał dojrzałego wyboru?)

Konsekwencji nie da się przewidzieć na pewno, bo wiele zależy od indywidualnych predyspozycji, ale można - więcej: trzeba - zakładać najgorsze: że Klimek będzie psychicznym wrakiem jeszcze zanim dojrzeje, że popadnie w patologiczny narcyzm, że zamiast klasowym skoczkiem zostanie frustratem. Albo że pozycja „klasowego” skoczka będzie dla niego nieszczęściem, bo los ponoć skazał go na wybitność.

Kiedy Austriacy mówią, że mają u siebie dziesięciu malców z talentem Murańki, ale chronią ich na razie przed światłami wielkiego sportu, to nie sądzę, by się tylko przechwalali.

PS Z tym Polonezem As-dur lekko przesadziłem, ale popatrzcie, co smarkacze wyprawiają z Chopinem:

12:01, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
czwartek, 24 stycznia 2008

l 

Nie wiadomo, czy francuski trener reprezentacji Ghany Claude Le Roy wyznaje starą piłkarską prawdę, że gospodarzom pomagają ściany, ale na pewno nie wierzy, że pomaga im własne boisko. - Od ponad 20 lat mieszkam w Afryce i jeszcze nigdy nie widziałem murawy w tak beznadziejnym stanie. To o niej trzeba myśleć, a nie o tym, czy fotel w pokoju dla VIP-ów jest wygodny - wściekał się po inaugurującym mistrzostwa kontynentu meczu z Gwineą.

Wściekał się także dlatego, że jego zdaniem w lepszych warunkach piłkarz John Pantsil nie narzekałby po ostatnim gwizdku na zawroty głowy i nie musiał zostać odwieziony do szpitala. A w przerwie nie zwierzałby się: nie pamiętam niczego z pierwszej połowy. Zawodnicy bowiem upadaliby i zderzali się ze sobą rzadziej. (To znów opinia Le Roya.)

Pantsil został zniesiony z boiska na noszach. Na pierwszy rzut oka widać było tylko, że, by tak rzec, obluzowała mu się szczęka. W szpitalu przeleżał dobę, zanim lekarze uradzili, że należy go zbadać rezonansem magnetycznym. Ruszyły poszukiwania. Jedyna aparatura w całej Ghanie okazała się zepsuta.

Poszukiwania przeniesiono do sąsiedniego Togo. Togo też ma jeden aparat. Też nie działający.

Na szczęście ten z nigeryjskiej stolicy Lagos (nie wiem, czy jedyny) działał. Pantsila zbadano i mógł wrócić do reprezentacji.

Działacze z piłkarskiej federacji Ghany również mieli pecha. Kiedy przyjechali do hotelu, usłyszeli, że ich marokańscy koledzy - znaczy też działacze - byli szybsi. Zapytali, ile płacą ci z Ghany. Po czym zaproponowali podwójną cenę. Rezerwacja została anulowana dwie sekundy później.

Niestety, nie przeżywam tego wszystkiego na własne oczy i uszy, Puchar Narodów Afryki śledzę z Warszawy. I dojrzewam do solennego postanowienia, że na następny turniej polecieć muszę. Niezależnie od okoliczności, choćby w każdym hotelu uprzedzali mnie działacze z Maroka i przejmowali mój pokój. Widziałem już mnóstwo beznadziejnie przygotowanych imprez sportowych, ale PNA to unikat, którego trzeba skosztować czym prędzej, zanim i tam dotrze nuda nienagannie zorganizowanych turniejów a la Europa. Na razie tamtego świata liznąłem tylko przez szybę: np. poznając dziennikarzy z Beninu, którzy na mundialu w Niemczech próbowali wciągać europejskich kolegów po fachu w biznes polegający na upłynnianiu prasowych wejściówek na mecze. (Bo po co samemu pchać się na trybuny, jak w biurze prasowym są telewizory?)

Aż strach pomyśleć, jak fantastyczny interes z biletami i zaproszeniami rozkręcili Benińczycy na mistrzostwach w Ghanie. Na stadionie w Akrze widzów podzielono na więcej kategorii niż gdziekolwiek w świecie. Są tam m.in. loże dla VVIP-ów, czyli Bardzo Bardzo Ważnych Osób, które wprowadzono dla odróżnienia ich od VIP-ów, czyli zwykłych Bardzo Ważnych Osób. VVIP-y? Ci to dopiero muszą mieć wygodne siedziska.

A z wygodą w Ghanie bywa różnie. Cztery reprezentacje uczestniczące w PNA musiały stanąć przed zarezerwowanym hotelem, by zorientować się, że hotel, owszem, stoi, ale jeszcze nie cały. Dwie z nich zawieziono na boiska treningowe, na których, by posłużyć się poetyką Leo Beenhakkera, nawet spacerujący pies zwichnąłby sobie łapę. Wreszcie Nigeryjczycy dowiedzieli się już na lotnisku, tuż przed przesiadką, że samolot (linii krajowych) nie pomieści całej ekipy. Poproszono ich, by poczekali, bo większy na pewno się znajdzie. Nigeryjczycy wytrzymali dwie godziny czekania. Pojechali autokarem.

Ich trener, Niemiec Berti Vogts mówi: Gdyby Nigeria miała tak zorganizowany futbol jak Niemcy, byłaby niepokonana. Nawet Brazylia musiałaby uważać.

Pił do swoich przybranych rodaków. Ciekawe, co powie po wyjeździe z turnieju w Ghanie, który stali bywalcy obwołali już - i to śmiertelnie serio - najlepiej zorganizowanym w historii.

l

22:09, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
środa, 23 stycznia 2008

Zdzisław Ambroziak. Fot. Sławomir Kamiński

Gdyby wciąż żył, i tak byłby dziś wniebowzięty.

Siatkówkę i tenis kochał przecież ponad wszystkie inne sporty, tymczasem polskie sukcesy musiał wyławiać wspomnieniami z lat 70. Teraz obie dyscypliny przeżywają u nas rozkwit lub przynajmniej - to dotyczy kortów - dają rozkwitu obietnicę.

Ambroży tej chwili nie dotrwał, choć chyba każdy, kto go poznał, pomyślał, że jest nieśmiertelny. Tak jak każdy, komu zmiażdżył dłoń swoimi wielkimi łapskami, nie uwierzyłby, że spod nich mogą spływać na klawiaturę subtelne zdania.

Na kilkadziesiąt minut przed meczem Agnieszki Radwańskiej brakuje go specjalnie. Każda runda Australian Open, każdy triumf siatkarek bądź siatkarzy inspirowałby Ambrożego do refleksji ubranej w słowa co najmniej tak smaczne jak sukces sportowca rodaka. A wszyscy my - piszący o sporcie - uczylibyśmy się pokory. Bo choć wiemy, że trzeba się starać i przeć do przodu, to wiemy też, że nikt z nas najlepszy nie będzie. Najlepszy był - i jest - Ambroży. (Najhojniejszy komplement, jaki od Niego usłyszałem: „Z sensem to napisałeś.” Do dziś pamiętam, gdzie, kiedy i za co padł.)

Muszę uciec w cytaty. Muszę, bo żeby napisać „z sensem” o Ambrożym, trzeba by pisać jak Ambroży. Ja nie umiem.

Ten kawałek wyciągnąłem z arcydzieła literatury. (Jeden z jego bohaterów postanawia nigdy się nie zestarzeć i popełnić samobójstwo, gdy skończy 60 lat. Kończy je 23 stycznia…) Opisuje postać z zupełnie innej planety i wyrwany z kontekstu razi trochę patosem, ale moim zdaniem jakąś prawdę o Ambrożym mówi, a On sam patosu się nie wstydził:

„Sam siebie definiował jako urodzonego pacyfistę, zwolennika ostatecznej ugody między liberałami i konserwatystami dla dobra ojczyzny. Mimo to jego publiczne wystąpienia cechowała tak dalece idąca niezależność, że nikt nie uważał go za swojego: liberałowie mieli go za jaskiniowego wstecznika, konserwatyści mawiali, że brakuje mu jedynie tego, by wstąpił do masonerii, masoni zaś odrzucali go jako zakonspirowanego klechę Watykanu.”

Jak mówiłem - trochę od czapy, ale m.in. właśnie niezależność, prócz innych, czysto dziennikarskich zalet, czyniła Ambrożego wyjątkowym.

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 stycznia 2008

Michał Pol w bardzo ciekawym wpisie rozważa, czy wokół naszej tenisistki wybuchnie w Polsce szaleństwo o skali małyszomanii i porównuje ją z innymi okolicznymi bohaterami narodowymi. Rozważa wszechstronnie, choć moim zdaniem jeden drobiazg jednak pomija. Otóż dla kibiców niezwykle istotne jest, czy oferowany im sportowy spektakl jest łatwy, czy trudny w odbiorze.

A lubią oczywiście przede wszystkim sporty proste.

Dwaj atleci zawładnęli masową wyobraźnią Polaków po 1989 roku. Andrzej Gołota i Adam Małysz. Postaci z zupełnie innych bajek. Zwalisty bokser o chropowatych manierach, bywający niekiedy na bakier z prawem, oraz wiotki, skromny skoczek, który długo przezwyciężał swoją nieśmiałość.

Obu łączy jedno: rywalizują w zmaganiach lekkostrawnych dla widza, niewymagających wytężonej koncentracji i zagłębianiu się w fachowe niuanse. Gołota wchodzi na ring i leje po mordzie, a wygrywa ten, kto mordobicie przetrwa i jeszcze rozkwasi rywala (ewentualnie nie ucieknie z ringu). Małysz zjeżdża po zeskoku, a wygrywa ten, kto wyląduje najdalej. Niczego prostszego nie sposób sobie wyobrazić. To trochę jak z kinem, książką i całą resztą rozrywek. Masowy widz nie kupuje biletów na egzystencjalne dramaty z bohaterem cierpiętnikiem, który zastanawia się, czy być, czy jednak nie być, ewentualnie rozstrząsa filozoficzne konsekwencje nieistnienia obiektywnej rzeczywistości. Woli szarpiący za emocje fajerwerk, który nie męczy głowy.

Wiecie, jak to było - jest? - z Małyszem. Niedzielne popołudnie, rodzinny obiadek, są i dziadkowie, i wnuczkowie, w tle telewizor z trochę leniwym, stonowanym komentarzem Szaranowicza. Niby cały czas ktoś tam skacze, ale generalnie chodzi o to, by nie przegapić momentu, w którym gogle poprawi Małysz.

Z Gołotą jest inaczej, rzecz dzieje się zazwyczaj w nocy. Nierzadko suto zakrapianej, bo jego walka, odbywająca się przeważnie w weekend, to świetna okazja do małego lub całkiem dużego party.

Jeszcze raz podkreślam: mówię tu kibicu masowym, a nie wytrawnym koneserze sportu.

Radwańska będzie miała trudniej, bo tenis jako takiego skupienia jednak wymaga. No i trzeba słuchać gadaniny w językach obcych, o tych wszystkich bekhendach i smeczach. A najtrudniej ma Robert Kubica - jak zjedzie do pitstopu, to nie wiadomo, które właściwie zajmuje miejsce, najciekawsze są kwalifikacje (generalnie mało w tym ściganiu wyprzedzania), gadka o bolidach tonie w technologicznych detalach, tak samo ważni jak kierowcy są jajogłowi konstruktorzy czy zmieniacze opon. Tego, cholera, bez dwóch fakultetów nie przełkniesz.

Czyżby Małyszowi mógł dorównać jedynie - poprzestając na sportach indywidualnych - bijący rekordy świata polski sprinter?

11:49, rafal.stec
Link Komentarze (77) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008

Casus Oscara Pistoriusa - sprintera z RPA z protezami zamiast amputowanych stóp i łydek, któremu zakazano występu na igrzyskach - mnie fascynuje, więc swój ubiegłotygodniowy wpis rozbudowałem do głębiej analizującego problem felietonu, do którego zapraszam. Tutaj chciałem tylko uzupełnić temat trzema dodatkami.

1) Dokopałem się do trzech niepełnosprawnych, którzy rywalizowali już na igrzyskach olimpijskich ze zdrowymi. W 1904 roku Amerykanin George Eyser zdobył sześć medali w gimnastyce (we wspinaniu się linie, ćwiczeniach na drążku i poręczach, skoku przez konia i wieloboju), choć miał drewnianą nogę. W 1984 roku w zawodach łuczniczych wystąpiła Nowozelandka Neroli Fairhall, którą po wypadku samochodowym sparaliżowało od pasa w dół. Wreszcie w 2000 roku na 1500 m pobiegła niewidoma Amerykanka Marla Runyan.

2) Tutaj macie artykuł z „Newsweeka”, który gorąco polecam (trzeba się zarejestrować i zalogować, ale za darmo). Przeczytacie o tym, jak będzie wyglądał udoskonalony przez bioinżynierów człowiek następnej generacji - syntetyczny garnitur umożliwi poruszanie się nawet osobom ze sparaliżowanym kręgosłupem, amputowane kończyny zaczną nam odrastać, a dzięki odpowiedniej szczepionce przestaniemy odczuwać ból. Jeśli połowa proroctw z tego tekstu się ziści, wyczynowy sport umrze jeszcze za naszego życia. I to niedługo. (Zdaniem futurysty Raya Kurzweila za 20 lat nie będzie już ludzi fizycznie upośledzonych. Trzeba będzie zamknąć ogromny biznes - paraolimpiady.)

3) A tutaj macie filmik, który dodatkowo wzmacnia przekonanie, że protez Pistoriusa nie można zaakceptować. Następne mogłyby przypominać to:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 stycznia 2008

Wszystkich tajemnic szatni kibice czasem nie poznają nigdy, a czasem poznają je bardzo późno, całe lata po zakończeniu karier sportowców, których owe tajemnice dotyczą. Dziennikarze też, nawet gdy co nieco wiedzą, często milczą - jeśli np. informacje pozyskali kanałami prywatnymi, a nie oficjalnymi.

Dlatego dziś musimy poruszać się po omacku, deliberując, co stało się z reprezentacją polskich siatkarek, które kwalifikacji olimpijskich w Halle niby nie wygrały, a zarazem wygrały. Wygrały, bo poczuły swoją moc. Jeśli utrzymają formę oraz ducha walki, to na majowym turnieju interkontynentalnym na pewno awansują na igrzyska w Pekinie.

Trener Marco Bonitta niemal w przeddzień zawodów w Halle wykonał ruch potwornie ryzykancki. Przynajmniej z pozoru. Usunął z drużyny Dorotę Świeniewicz - jej gwiazdę, siatkarkę instytucję, jeden z symboli epoki „Złotek”, czyli epoki wyznaczonej podwójnym tytułem mistrza Europy.

Włoski selekcjoner tłumaczył wszystko względami czysto merytorycznymi, sugerował, że Świeniewicz przegrała sportową rywalizację, ale za jego decyzją musiało kryć się coś więcej. Zawodniczki tego formatu nie traktuje się tak brutalnie, jej odejście odbywa się z fanfarami, w atmosferze święta. Dlatego użyłem słowa „usunął”. Żywe pomniki trzyma się niekiedy nawet wówczas, gdy nie są w stanie podołać trudowi całych spotkań. W męskiej w siatkówce było tak np. z podstarzałymi Vladimirem Grbiciem czy Rafaelem Pascualem, którzy także stojąc pośród rezerwowych wzmacniali mentalnie reprezentacje Serbii oraz Hiszpanii.

Świeniewicz odeszła nagle. A w Halle było widać - nawet okiem nieuzbrojonym, siedząc przed telewizorem w Warszawie - że kadra nie przeżyła wstrząsu. Nie wpadła w depresję. Przeciwnie, zdawała się pękać od nadmiaru pozytywnej energii. I w fantastycznym stylu eksplodowała na boisku.

Świeniewicz zastąpiła Anna Barańska. Z nią też wszystko potoczyło się na opak. Dla Polski grać nie chciała, PZPS zmuszał ją do tego szantażem (grożąc odebraniem licencji na występy w klubie), wróciła do niej po długich negocjacjach z trenerem Bonittą. Sekretów tych negocjacji też nie znamy. Ale w minionym tygodniu zobaczyliśmy narodziny gwiazdy. Siatkarkę naładowującą wigorem całą grupę, bezkompromisową w ataku, serwisem wprost zestrzeliwującą przeciwniczki. Kusi mnie, by obwołać ją wręcz ładniejszą wersją Mariusza Wlazłego, gwiazdora męskiej kadry.

Jej potencjał, a także potencjał Skowrońskiej czy Glinki - w finale świetnej, ją wciąż stymulują największe wyzwania! - nie pozwala serio obawiać się, że Polki nie pojadą do Pekinu. Pojadą. Po 40 latach znów zobaczymy na igrzyskach siatkarki. (Ja zobaczę po raz pierwszy, urodziłem się osiem lat po olimpiadzie w Meksyku).

Dziś aż strach pomyśleć, jaki entuzjazm w kraju wywołałoby zwycięstwo nad mistrzyniami świata Rosjankami. Musielibyśmy chyba zawołać - nawet jeśli wiele potęg żeńskiej siatkówki wywodzi się spoza Europy - że Polki powinny w Chinach mierzyć w medal.

Czy to sobie powiedziały po meczu? Cóż, tajemnica szatni.

19:13, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 19 stycznia 2008

Puchar Narodów Afryki ruszy dopiero za kilkanaście godzin, ale szefów europejskich klubów do furii doprowadził już kilkanaście dni temu, kiedy piłkarze uciekli na zgrupowania. Aż 203 spośród 368 powołanych na turniej zawodników zarabia pieniądze na naszym kontynencie (najwięcej - 58 - we Francji, 42 w Anglii), a Drogby, Eto’o czy Essiena nie sposób namówić, by zachowali się jak latynoskie megagwiazdy - od Kaki po Ronaldinho - które masowo rezygnują z udziału w Copa America. Afrykańscy kibice widzą w mistrzostwach swojego kontynentu imprezę niebywale prestiżową, o randze, by tak rzec, małego mundialu.

Do pomysłu Seppa Blattera, który już pospieszył z pomocą futbolowym korporacjom i zaapelował o przesunięcie turnieju na lato, jeszcze wrócę. Teraz chciałbym tylko pokrótce przedstawić bohaterów, bo wiem, że w piłkarskiej kwestii afrykańskiej panuje totalny terminologiczny bałagan.

W grupie A zagrają: Czarne Gwiazdy (gospodarze), Narodowe Słonie, Dzielni Wojownicy oraz Lwy Atlasu.

W grupie B: Super Orły, Słonie, Orły (nie mylić z Super Orłami), Wiewiórki.

W grupie C: Faraonowie, Nieposkromione Lwy, Pustynne Jastrzębie, Miedziane Pociski (czyli Chipolopolo).

Wreszcie o awans z grupy D będą się bić: Orły Kartaginy, Lwy Terangi, Bafana Bafana, Czarne Pantery.

Moim faworytem są - nie będę oryginalny - Słonie, choć trafiły do istnej grupy śmierci, w której intrygująco zapowiadają się m.in. orle derby. Kciuki trzymam jednak za outsiderów w tym gronie, startujące dopiero po raz drugi w turnieju finałowym Wiewiórki. (Powodują mną względy osobiste - z sentymentem wspominam zawartą podczas mundialu znajomość z dziennikarzami z tego kraju.)

A wy na kogo stawiacie?

21:21, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 18 stycznia 2008

Bobby Fischer rządzi

Zanim nauczyłem się czytać, grałem maniacko w szachy. Jak nauczyłem się czytać, zacząłem pożerać historie o szachowych geniuszach. Przede wszystkim radzieckich, bo oni mieli przez dziesiątki lat absolutny monopol na niekwestionowane arcymistrzostwo i globalną hegemonię.

Monopol przełamał właśnie Bobby Fischer, najbardziej tajemniczy i kontrowersyjny wśród wszystkich szachowych tytanów.

Grać zaczął jako sześciolatek. Nie miał nauczyciela, po prostu przeczytał instrukcję. Kiedy dopadł do szachownicy, nie umiał się już od niej oderwać. Na szkołę brakowało mu czasu. Uczył się beznadziejnie, ledwie prześlizgiwał się z klasy do klasy. Zapamiętywał za to wszystkie, nie tylko swoje partie. Został pierwszym nastoletnim arcymistrzem. W drodze po globalny prymat nokautował rywali w stylu niespotykanym nigdy wcześniej ani później.

W 1972 roku pokonał w meczu stulecia ówczesnego mistrza świata Borysa Spasskiego, co Amerykanie wykorzystywali w propagandowej wojnie ze Związkiem Radzieckim - wcześniej niemal wszystkie najwybitniejsze szachowe mózgi pracowały na chwałę systemu sowieckiego. Pojedynek miał porywający przebieg. W inauguracyjnej partii Fischer popełnił banalny błąd i przegrał. Na drugą w ogóle nie przyszedł. Radziecka federacja chciała, by Spasski zażądał walkowera, ale ten wolał bić się na szachownicy. I przegrał.

Fischer stał się w Ameryce - dotąd kompletnie obojętnej na urok szachów - medialną megagwiazdą, a ze swoją retoryką idealnie wpisywał się w konfrontację supermocarstw. - Szachy to wojna. Celem jest zniszczenie umysłu przeciwnika - mawiał.

Ze Spasskim rozegrał ostatnią oficjalną partię. Trzy lata później nie bronił tytułu w pojedynku z Anatolijem Karpowem, bo organizatorzy nie spełnili jednego (!) z 64 stawianych przez niego warunków. A domagał się np., by każdy wchodzący do sali, w której toczy gra, zdejmował nakrycie głowy. Został pozbawiony tytułu, choć sam do końca życia uważał się za mistrza. - Nikt mnie nie zdetronizował - tłumaczył.

Zdaniem niektórych dopiero w tamtej dekadzie - lat 70. - zaczął dziwaczeć, dla innych od zawsze był szaleńcem. Wyczekiwał końca świata; wygłaszał gniewne tyrady wymierzone w winnych całego dotykającego ludzkość zła komunistów i Żydów (choć jego matka i prawdopodobnie ojciec też byli Żydami); kiedy do apokalipsy nie doszło, zamknął się w domu w Pasadenie i wychodził z niego tylko po zmroku; znikał, przez całe miesiące nikt nie wiedział, gdzie się podziewa.

Do publicznego życia wrócił w 1992 roku, by rozegrać rewanż - zwycięski - ze Spasskim. Mecz odbył się w Belgradzie, co było złamaniem sankcji nałożonych na Jugosławię podczas wojny domowej w Bośni. Fischerowi groziło 10 lat więzienia. Do ojczyzny już nie wrócił, zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa.

Jego umysłem zawładnęły obsesje i spiskowe teorie inspirujące go do coraz radykalniejszych wypowiedzi. Publicznie cieszył się z ataku na WTC, zwierzając się, że chciałby, żeby Stany Zjednoczone zniknęły z powierzchni ziemi. W 2004 roku został zatrzymany na tokijskim lotnisku Narita i wylądował w areszcie. Przed ekstradycją do USA ocalił go rząd islandzki, który co prawda nie przystał na jego prośbę o przyznanie obywatelstwa, lecz dał mu dokument dla bezpaństwowców pozwalający na pobyt na wyspie. W przybranej ojczyźnie spędził resztę życia.

Z doniesień prasowych wiadomo jedno - po wycofaniu się z życia publicznego w połowie lat 70. wciąż, do swoich ostatnich dni, żył szachami. Arcymistrzowie zwierzali się, że co pewien czas jakiś tajemniczy, anonimowy szachista prosił ich o grę przez internet. Domyślali się, że był nim Fischer.

Amerykanin zaczął też grać sam ze sobą. Jego losy zawsze śledziłem z uczuciami bliskimi lękowi. Sam po wieczorze z szachami nie potrafię się od nich uwolnić, śnią mi się całą noc. Pasjonują mnie i przerażają jednocześnie. Co dzieje się w głowach tych, którzy poświęcają im życie?

Przeczytajcie genialną „Nowelę szachową". Stefan Zweig fantastycznie opisuje, jak zniewolić i sponiewierać jaźń mogą szachy. A potem zajrzyjcie tutaj i zobaczcie, jak Fischer rozprawiał się ze Spasskim.

Fischer był chory. Lekarze ze szpitala w Reykjavíku, w którym zmarł na niewydolność nerek, zdiagnozowali u niego ostrą paranoję.

Ale nade wszystko Fischer był graczem wszech czasów, wygrywającym dzięki rewolucyjnemu stylowi, zasłużonym dla przekonania całej planety, że na planszy z 64 polami w dwóch kolorach dzieją się fascynujące historie.

Zmarł w wieku 64 lat. To dopełnia legendy.

14:01, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
Archiwum
Tagi