RSS
wtorek, 27 listopada 2007

Ponieważ zapowiadałem, że będę tutaj umieszczał swoje cotygodniowe felietony z „Gazety Sport”, zapraszam do najnowszego - poświęconego zaprzęganiu zaawansowanej technologii do służby futbolowi, próbom zredukowania go ciągu cyfr i objęcia kontrolą każdej sekundy gry. Zainspirowało mnie ubiegłotygodniowe spotkanie z Arsenem Wengerem, który w żadnym stopniu nie spełnia definicji trenera piłki nożnej, jaką można sobie upichcić obserwując nasze realia - czyli magistra od fikołków (termin ukuty przez Zdzisława Ambroziaka) tym różniącego się do zwykłego nauczyciela WF, że częściej występuje w telewizji.

Po kilku godzinach z Francuzem łatwiej pojąć, czym w tradycji anglosaskiej różni się „manager” od „coacha”. I utwierdzić się w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach szkoleniowiec chcący wstąpić do absolutnej elity w zawodzie coraz częściej musi być interdyscyplinarnym omnibusem, innowatorem zdolnym bazować na czymś więcej niż trenerski „nos”.

Najciekawszej rzeczy podczas pobytu w Londynie dowiedziałem się od pracowników firmy Castrol, która będzie jednym ze sponsorów Euro 2008, a Wengera namówiła do roli ambasadora marki. Otóż jej przedstawiciele tak zachwycili się menedżerskimi zdolnościami trenera Arsenalu, że postanowili zaproponować mu rolę doradcy od - przepraszam za obcy wtręt, ale te słowa powtarzano mi setki razy - „team building” i „man managament”. I w ten sposób Wenger zaczął prowadzić coś w rodzaju szkoleń dla kadry kierowniczej koncernu.

Słuchając tego wszystkiego przypomniałem sobie, jak łatwo jest zostać w Polsce trenerem i jak niewiele oferują kursy przy AWF. By zaliczyć poziom podstawowy i zostać instruktorem sportu ze specjalizacją piłka nożna, wystarczy świadectwo o niekaralności i kilka weekendów zajęć, a do wspięcia się na następny szczebel - trenera II i I klasy - tylko ciut wysiłku więcej. Nie ma chyba innego zawodu, który opanowuje się - formalnie - równie niewielkim nakładem pracy i czasu.

Tymczasem np. w Hiszpanii trzeba zdać 15 egzaminów, by w ogóle być dopuszczonym do pracy z 15-latkami. W Niemczech po pierwszych zaliczonych kursach wolno pełnić co najwyżej funkcję asystenta i przyglądać się pracy doświadczonych fachowców. By uzyskać samodzielną pracę, trzeba wystarać się o trzy licencje. A Włosi mają swoje centrum Coverciano, gdzie trwa nieustanna burza trenerskich mózgów, bo zjeżdżają się tam fachowcy z całego kraju.

W Polsce nie ma nic. Ani uniwersytetu, ani forum wymiany myśli. PZPN świętuje awans na jedno Euro, czujemy się już prawie futbolową potęgą, ale szara codzienność jest naprawdę szara. 

I właściwie odechciewa mi się wykpiwać się naszych trenerów, zwłaszcza tych starszego pokolenia - nieobytych z technicznymi nowinkami.

Bo jak wymagać wynalazków na miarę Nobla od ludzi, którym nie pozwolono skończyć nawet zawodówki?

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 listopada 2007

Z losowania grup mundialowych zadowolony jestem średnio. Kręcą mnie wielkie, podniecające cały kraj, historyczne batalie z Angliami i Niemcami, a tych w eliminacjach nie będzie co najmniej do 2012 roku, bo przecież w następnych - jako organizatorzy ME - udziału nie weźmiemy. O niezapomniane szlagiery z Czechami jest jakoś trudniej. No, chyba że podszkolimy się w hokeju na lodzie.

Dlatego południowych sąsiadów uważam za przeciwników wybitnie nieprzyjemnych.

Przegrać z nimi przecież nad wyraz łatwo, bo drużynę mają - moim zdaniem - lepszą niż Anglicy, Holendrzy czy Niemcy, a szczęściem z ewentualnego triumfu naród nie spije się dokumentnie. Pokonać Czechów? Phi, też mi wyczyn. Ten sposób myślenia - tym popularniejszy, im mniej meczów rywali ktoś widział - robił dzisiaj karierę we wszystkich telewizjach. Można odnieść wrażenie, że Polacy są zdecydowanym faworytem grupy.

Takie właśnie odniosłem wrażenie, będąc przed chwilą gościem "Sportowej Niedzieli". Czekałem tylko, aż zostanie obwieszczone, że na mundial właściwie zostaliśmy już zaproszeni. (Nie zostało. Zwycięstwo ogłosił na razie tylko mój redakcyjny kolega Michał Pol.)

Uspokaja mnie tylko, że wynikami losowania nie zachłyśnie się prawdopodobnie Leo Beenhakker. To nie w jego stylu, zresztą w dzisiejszej rozmowie z "Gazetą" nazwał Czechów drugą najsilniejszą drużyną Europy.

Wsłuchajmy się w słowa Holendra, tym bardziej, że czeskie gwiazdy mają jeszcze jedną niewygodną dla nas cechę. Otóż w przeciwieństwie do bożyszczy tłumów z potężniejszych krajów, takich jak - by nie szukać daleko - Anglia, nie zaniedbują reprezentacji. Są bezlitośnie solidni, a czasem wręcz urzekający. Eliminacje do Euro 2008 przefrunęli, choć na początku przydarzyła im się wpadka z Niemcami.

Dlatego przesylabizujmy: zdecydowanymi faworytami są Czesi; trzeba uważać na Irlandię Płn. oraz Słowację. I nie wolno martwić się ewentualnymi niepowodzeniami, bo w razie drugiego miejsca w grupie szczęście można mieć też w losowaniu baraży :-)

Ja się martwił nie będę, w awans głęboko wierzę.

Ale dziś trochę żałuję, że nie trafiliśmy do grupy z Niemcami. To byłoby dla mnie losowanie rewelacyjne.

Fajnie byłoby zagrać przeciw tercetowi Trochowski-Klose-Podolski, a jeszcze fajniej byłoby wygrać. W końcu Niemcy nie mają takich piłkarzy:

 Ale tak czy owak będzie ciekawie. Być może czekają nas takie pojedynki:

22:31, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
piątek, 23 listopada 2007

Poczułem święte oburzenie bombardowany masą kpin z angielskich piłkarzy, których mściwa i sfrustrowana prasa z Wysp sprowadza do bandy zdemoralizowanych gwiazdorów bez ambicji i patriotycznej pasji do gryzienia trawy ku chwale ojczyzny. Od dawna śledzę wszechstronność zainteresowań Beckhamów czy innych Rooneyów, i ostatnie, co ośmieliłbym się im wytknąć, to brak aspiracji. Oni są potwornie zajęci.

Niemal wszyscy co sławniejsi futboliści z Anglii mają np. ambicje literackie.

Co więcej, nie marnują czasu na jakieś tam błahe próbki debiutantów, lecz zaczynają od wyzwań, które nawet doświadczeni pisarze podejmują raczej u schyłku karier. (Zbiorczą recenzję ich wysiłków znalazłem w artykule "Observera" z października 2006 r.)

Otóż megagwiazdy Premier League współczesną literaturę wzbogacają o autobiografie, niemałe wrażenie robiąc już tytułami - zdradzającymi szerokość spojrzenia autora. Rio Ferdinand, najstarszy (29 lat) w klubie piszących, wydał coś takiego:

I

Wiek Ferdinanda przywołuję nieprzypadkowo. Wysiłek jego i kolegów wypada przecież specjalnie cenić właśnie dlatego, że na wczesnym etapie życia ten gatunek literacki stanowi jednak niebagatelną próbę dla talentu. Tymczasem również kilka miesięcy młodszy Frank Lampard zdobył się już na opasłe dzieło:

I

Co tam zresztą staruszkowie dobijający trzydziestki. Swoje napisali też zaledwie 27-letni Steven Gerrard...

I

...oraz pół roku młodszy Ashley Cole.

I

Ze wstydem przyznaję, że żadnej z tych lektur jeszcze nie przerobiłem, nie wydłubałem nawet w sieci bryków, więc nie wiem, ile autorzy poświęcają roleksom, ile wybitym w dzieciństwie szybom, a ile rozważaniom nad możliwością zainstalowania demokracji w Iranie. Wciąż tkwię za to w niemym zachwycie dla Wayne'a Rooneya (22 lata!), który opublikował na razie ledwie jeden wolumin...

I

... ale podpisał już kontrakt na kolejne cztery tomy. I dam głowę, że wypoci je przed czterdziestką. To jest facet z ewidentnym drygiem do eksperymentów językowych, co podczas transmisji z ligi angielskiej da się wyczytać nawet z ruchu jego warg.

Dlatego ma szansę na bicie rekordów nie tylko boiskowych. Niewykluczone przecież, że będzie pierwszym człowiekiem, który więcej książek napisze niż przeczyta.

PS. Uprzedzam pytanie: tak, dzieł Beckhama nie wymieniłem celowo, bo o jego bogatym życiu wewnętrznym i bez nich wiemy całkiem dużo, pamiętamy nawet jego wszystkie 12 tatuaży. Mam za to pytanie własne. Który tytuł porwał was najbardziej? Bo ja waham się międzY "Gerrard " (za prostotę) i "My Story So Far" Rooneya (bo obiecuje, że będzie więcej).

Aha, jeszcze tytułowe: co Anglicy będą robić podczas Euro 2008. Oczywiście czytać.

 

23:38, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 22 listopada 2007

Spotkałem na mistrzostwach Europy w 2004 roku kibiców ze Szkocji. Bardzo fajnych kibiców. Jechaliśmy razem autobusem, nie pamiętam na jaki mecz, wiem tylko, że na mecz Anglików. Tyle muszę pamiętać, bo podróż trwała długo, więc Szkoci szczegółowo zrelacjonowali mi swoją filozofię kibicowania.

Otóż jeździli oni od lat - i pewnie do teraz jeżdżą - za reprezentacją Anglii, by zaciekle dopingować jej przeciwnika. Dowolnego, ktokolwiek by akurat nim nie był.

Szkoci tłumaczyli: „Nasi na wielkich turniejach nie grają często, więc musieliśmy znaleźć jakiś rozsądny powód, by na nie jeździć i jeszcze przeżywać autentyczne emocje. Ten uznaliśmy za rozsądny. Właściwie był oczywisty. Przecież i tak zawsze życzyliśmy im jak najgorzej.”

Potem słuchałem opowieści - często przezabawnych anegdot, niestety, pozapominałem - o latach kibicowania przeciw Anglikom.

Ostatnio moi dawni znajomi mogli rozważyć retusz swej kibicowskiej filozofii. Kończąca się jesień była dla szkockiego futbolu wspaniała. Celtic pokonał w Lidze Mistrzów broniący trofeum Milan, Rangers rozbili na wyjeździe znacznie bardziej renomowany Olympique Lyon. Reprezentacja też szokowała, między innymi wygrywając z Francją. Zatrzymali ją dopiero mistrzowie świata Włosi. Ale Szkocja i tak awansowała na najwyższe w swej historii miejsce (13.) w rankingu FIFA i kto wie, czy w następnym notowaniu nie wyprzedzi - po raz pierwszy od czerwca 1995 roku - Anglii, która przecież straciła sporo punktów, przegrywając z Chorwacją.

Piszę o tym wszystkim, by przypomnieć, że na angielski kompleks cierpimy nie tylko my. Ale też dlatego, że choć klęska Anglików sprawia mi dziką satysfakcję, to jednak z jednego powodu będę za nimi tęsknił.

Boję się, że nie spotkam już tamtych Szkotów.

I pozostanie mi pocieszać się tym świetnym kawałkiem, podprowadzonym Robertowi Sankowskiemu, który twierdzi, że Anglicy piszą najlepsze piosenki futbolowe na świecie:

PS. Do stałego komentatora Mikimikuli: dzięki za motywację, bo opowiadałem o tym kolegom z redakcji, ale dopiero po wpisie na blogowym forum zebrałem się, żeby napisać :-) Pozdrawiam.

17:19, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Doświadczeni blogerzy niezmordowanie pouczają mnie, bym wykorzystywał osobisty charakter gatunku i pozwalał sobie tutaj na więcej - znacznie więcej - niż w „Gazecie”, dlatego wyznaję bez skrępowania: wreszcie jestem, do cholery, w ekstazie z powodu polskiej piłki. Ekstazie, której pewnie bym tu z siebie nie wylewał, gdyby nie szokujący dla mnie tytuł relacji kolegów zczuba: „Remis Polski z Serbami po nudnym meczu”. Nudnym!?

W sobotę, gdy przeżuwaliśmy w Chorzowie belgijskiego gniota, w ekstazie jakoś nie byłem. Niby z goli Smolarka się cieszyłem, niby fruwający nad głowami piłkarzy Beenhakker mnie poruszał, ale ogólnie raczej czułem, że reprezentacja dopełniła czystej formalności. Dopiero dziś, gdy ekipa głęboko rezerwowa ledwie chwytała równowagę na poharatanej przez pogodę murawie w Belgradzie, jej okupiony potwornym wysiłkiem występ prawie mnie porwał. No, może nie tyle jej ostatni występ, co razem z nim wzięta refleksja, jak piękne były całe te eliminacje.

Po losowaniu grup machnęliśmy rękami. Byliśmy nie tyle zrozpaczeni, co smętnie zrezygnowani. Pewne rzeczy zwyczajnie nie mieściły się w głowach, nawet tych zakażonych beznadziejnym optymizmem. Nie przegrać ani razu z Serbią!? Z Serbią, która wystawia ludzi z Manchesterów i Interów Mediolan (dziś nie grał), za innych Valencia płaci 20 mln euro, a o jeszcze innych bije się pół ligi włoskiej!? Wygrać i zremisować z Portugalią!? Wygrać tak mocną grupę!? Będę się upierał: to największa sensacja sprawiona przez naszą reprezentację od legendarnego remisu na Wembley. A wczoraj oglądanie - już na spokojnie - takiego sobie ligowca Wawrzyniaka, który niekiedy potrafił pod wywieraną przez rywala presją przyjąć piłkę, umiejętnie się zastawić, odwrócić i celnie podać, sprawiało mi niewysłowioną przyjemność. Przed przerwą się trząsł i radził sobie średnio, ale potem - jak to u Beenhakkera - postępy robił błyskawiczne. (O 100 sekundach, w których Serbowie dwukrotnie wepchnęli piłkę do naszej bramki, szczerze mówiąc już zapomniałem.)

Mityczny październik '73 przywołuję nieprzypadkowo, bowiem właśnie na Wembley - już innym, nowiusieńkim, lśniącym - wyścig o mistrzostwa Europy z kretesem przegrała przed chwilą Anglia. Anglia pełna megagwiazd, które wcale nie musiały pobić przeciwników mocniejszych niż Polacy. Przeciwnie, duet ich pogromców (Chorwacja i Rosja) uważam nawet za o co najmniej jedno piekło mniej straszny niż gwiazdy portugalskie i serbskie, które w światowym futbolu zapracowały na reputację bezsprzecznie okazalszą.

A jednak wyspiarze, chyba najbardziej wyniosła i zarozumiała nacja w świecie futbolu, prawdopodobnie właśnie opijają klęskę ponurymi wspominkami sprzed 34 lat. I wyłapują różnice: wtedy Polska grała o epokowy triumf, dziś Chorwacja grała dla frajdy, bo awansowała już wcześniej. Mimo to zwyciężyła.

Chorwacja, Polska, Rosja. Niemal wszyscy inni finaliści widzieli w przebrnięciu eliminacji żmudny obowiązek. My - wraz z Chorwatami i Rosjanami - osiągnęliśmy fantastyczny sukces.

PS. Anglicy, jak pewnie sami się zorientowaliście, to pod względem sportowych fascynacji lud dość specyficzny. Kiedy w sobotę Izrael wygrał z Rosją i podarował im ostatnią - nawet zdaniem wyspiarskich mediów niezasłużoną - szansę na awans do Euro, internetowy portal BBC miał na czołówce relację z meczu krykieta Sri Lanka - Australia. Dlatego już wiem, czego przyjaciołom z Anglii życzyć na czas ME. Udanych krykietowych bojów ze Sri Lanką.

00:04, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
środa, 21 listopada 2007

Nie sądziłem, że kiedykolwiek jakiemukolwiek prezesowi wskażę za przykład winnego wieloletnich zaniechań Michała Listkiewicza, ale cóż, tym razem nie mam wyjścia.

Szef PZPN przedłużył kontrakt z Leo Beenhakkerem, zanim polscy piłkarze awansowali na Euro 2008. Nie chcę znów wszczynać dyskusji, czy podjął decyzję słuszną, czy powinien był trochę poczekać. Poprzestanę na jednej tylko, bezsprzecznej zalecie tamtej decyzji - otóż Listkiewicz w absolutnie kluczowej chwili dał selekcjonerowi mocne wsparcie.

Tymczasem pracujący z siatkarzami Raul Lozano usłyszał właśnie od zwierzchnika, prezesa Mirosława Przedpełskiego złożoną publicznie deklarację, że PZPS rozmawia z jego potencjalnymi następcami. Dla jasności: reprezentacja jest w sytuacji delikatnej, miotają nią najrozmaitsze kłopoty, niedawno poniosła klęskę na mistrzostwach Europy, a za tydzień czekają ją arcyważne preeliminacje olimpijskie. Ewentualna przegrana nie odebrałaby jej definitywnie udziału w igrzyskach, ale dla morale grupy mogłaby okazać się niszcząca.

Zdaję sobię sprawę, że argentyński selekcjoner nie należy do partnerów łatwych we współpracy, że jako twardy negocjator zalazł działaczom za skórę wielokrotnie, np. zaciekle walcząc o o dłuższą przerwę w rozgrywkach, by solidniej popracować z kadrą. Nic jednak nie usprawiedliwia ogłaszania światu, że Lozano zasługuje na ledwie ograniczone zaufanie, więc właściwie szukamy już kogoś innego, nic nie usprawiedliwia kwestionowania autorytetu i lojalności trenera, który rzekomo opowiada włoskiej prasie, iż negocjuje z innymi federacjami.

Fakty są takie: prezes cytatów nie przytacza, nie wskazuje nawet tytułów, a trener wszystkiemu zaprzecza, co kilka tygodni przysięgając, iż wszystkie oferty odrzuca w jego imieniu agent, a on sam jest zdeterminowany, by pracować dla Polski co najmniej do igrzysk w Pekinie. Ja sam, choć stale przeglądam włoską prasę, a „La Gazzetta dello Sport” wręcz prenumeruję, w żadnym artykule nie znalazłem słowa o Lozano.

Teoretycznie oczywiście można - choć nie wypada - założyć, że Argentyńczyk kłamie. Wyobrażam sobie nawet, jak zaniepokojony PZPS istotnie negocjuje po cichu z innymi trenerami. Wyobrażam sobie też, że wzmacnia swoją pozycję przed ewentualnym negocjowaniem nowej umowy z Lozano. Ale podważać autorytet trenera publicznie? Otwarcie sabotować reprezentację, której nie brakuje wewnętrznych kłopotów - od kontuzji po nadszarpnięte na ME zaufanie do własnych możliwości?

Nie ma nic gorszego niż niepewność, czy następnego dnia drużyna się nie rozpadnie. Albo - nie utraci przywódcy. Przedpełski po raz kolejny w krótkim czasie pokazał, że nie cierpi na nadmiar cechy w przypadku prezesa elementarnej - odpowiedzialności, także słowa. Najpierw uderzył w wizerunek związku skandaliczną reakcją na chorobę Agaty Mróz, teraz sieje zamęt kopiąc dołki pod drużyną potrzebującą raczej wsparcia.

Nie byłem pewien, czy Lozano ma rację, czyniąc sprawą życia i śmierci spór o długość zgrupowania reprezentacji. Ale przynajmniej wiedzieliśmy, że jego intencją jest dobro kadry. Nie szarpał się o własny interes, lecz chciał więcej pracować. To nie jest w przypadku trenera grzech najcięższy.

Jakie intencje kierują natomiast szefem PZPS uderzającym publicznie w swego podwładnego, nie mam pojęcia. Coraz częściej odnoszę tylko wrażenie, że z jakichś tajemniczych przyczyn wielu ludzi chce go z Polski wykopać.

11:59, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 listopada 2007

Tym razem nie chcę dzielić się własnymi dywagacjami, lecz zachęcić do przeczytania dwugłosu o kibicach z "Tygodnika Powszechnego", do którego - jak podejrzewam - niekoniecznie wszyscy musieliście dotrzeć. Sam nie zgadzam się z żadnym punktem widzenia, bo jeden sprowadza ludzi chadzających na stadion do masy brutalnych troglodytów, a drugi kreśli wizję nazbyt idealistyczną (choć z dwojga zaproponowanych mi bliższą), ale oba uważam za niezmiernie interesujące.

Wywołanie stosunkowo głośnej dyskusji okazało się ważnym - choć niezamierzonym - skutkiem opublikowania w "Gazecie" kilku tekstów o problemie kibolsko-kibicowskim. Niełatwo przecież nakłonić katolickie pismo społeczno-kulturalne do rozważań nad duszą fanatyków piłki kopanej. I nawet jeśli pogląd Przemysława Dula, filozofa i specjalisty od mistyki chrześcijańskiej może się wam wydać spojrzeniem z innej planety, to warto go poznać. Sam zresztą zawsze marzyłem o zamieszkaniu w kraju, w którym o piłce nożnej dyskutuje się na okrągło i w każdym towarzystwie, a nieodróżnianie Ronaldinho od Ronaldo przynosi takim sam wstyd, jak mylenie Dostojewskiego z Majakowskim. Marzenie nigdy się nie spełni, ale każdą próbę walki z futbolową ignorancją trzeba docenić...

23:25, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 listopada 2007

Czuję się trochę niezręcznie, bo realizację mojej wizji uniemożliwiłoby - jeśli spojrzeć na wyliczenia Michała Szadkowskiego - zwycięstwo Polaków w Serbii, ale co tam, nie takie zwycięskie remisy jakoś znosiliśmy. Wyznaję szczerze: chciałbym zobaczyć naszych piłkarzy w czwartym, teoretycznie najsłabszym koszyku. Słówko „teoretycznie” jest tutaj absolutnie kluczowe, bowiem rozstawienie przed losowaniem grup Euro 2008 będzie chyba najosobliwsze w historii, nie mając nic wspólnego z hierarchią na kontynencie:

Koszyk 1: Austria, Szwajcaria, Grecja, Holandia;

Koszyk 2: Chorwacja, Niemcy, Włochy, Czechy;

Koszyk 3: Anglia, Portugalia, Szwecja, Rumunia;

Koszyk 4: Polska, Hiszpania, Francja, Turcja.

I co wy na to? Duet organizatorów oraz sensacyjne złoto Grecji na poprzednich ME sprawia, że koszyk pierwszy wygląda na najsłabszy. Ja takiego cudactwa nie pamiętam.

Spośród kwartetu rozstawionych bez wahania wybrałbym Austrię. Gospodarze sami wiedzą, że ich reprezentacja ledwie zipie. Niedawno ruszyła internetowa kampania wzywająca federację do wycofania się z mistrzostw, by oszczędzić narodowi wstydu. Austriacy zajmują 85. miejsce w rankingu FIFA, przez rok wygrali ledwie jeden sparing, nie umieli zlać nawet Malty. Popadli w najgłębszy kryzys od trzech dekad. Tego przeciwnika  życzę Polakom, by stosunkowo spokojnie oczekiwać zwycięstwa.

Z drugiego koszyka biorę Niemców lub Włochów. To byłyby szlagiery, które rozpalają cały kraj, a kryteriów czysto sportowych tym razem pod uwagę nie biorę,  bo uważam, że każda drużyna z tego zestawu byłaby bezwzględnym faworytem meczu z Polską. Wybieram więc emocje starcia z sąsiadami lub aktualnymi mistrzami świata. Na triumf - przepraszam, że jestem słabej wiary - nie liczę, zakładając jednak, że ewentualna porażka nie przekreśliłaby szans na wyjście z grupy.

Wreszcie koszyk trzeci. I znów nie waham się ani sekundy. Portugalia. Jakoś polubiłem te mecze… Narodziłby się nam taki mały klasyk, a ludzie Beenhakkera już dwukrotnie zdążyli nauczyć moresu ronaldowatych elegancików i makiawelicznego spryciarza Scolariego. Nauczyliby po raz trzeci, w najgorszym razie wymordowując zwycięski remis. Zapomnijcie o beznadziei z Belgią, prawdę o naszej reprezentacji mówi również ten wspominkowy filmik:

21:18, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
piątek, 16 listopada 2007

Chyba mało kto zakłada, że się da. W moim otoczeniu wyczuwam beztrosko niecierpliwe wyczekiwanie fety, która musi nastąpić niechybnie, bo cały ten sobotni ambaras na Stadionie Śląskim nie jest niczym więcej niż czystą formalnością. Nowe Wembley to mieliśmy w tych eliminacjach już z Portugalią, w dodatku dwukrotnie, bo nasi nie dali się ograć ani u siebie, ani na wyjeździe.

Polski piłkarz niby jest zdolny wyciąć każdy numer, ale i mnie jakoś nie mieści mi się w głowie, że ten mecz można przegrać. Mecz Polaków - zdeterminowanych, napędzanych oszałamiającą perspektywą wyjazdu na mistrzostwa - z Belgami - skazanymi na uciążliwe dokańczanie eliminacji z kretesem przegranych. Rywale masowo zapadają na chorobę wywołaną tzw. wirusem FIFA, czyli wymigują się metodą dobrze nam znaną z czasów szkolnych - trefnymi zwolnieniami lekarskimi. A ci, co dojadą, pewnie będą wściekli, że po Chorzowie czeka ich jeszcze telepanie się na ostatni mecz do Azerbejdżanu. To realia współczesnej piłki reprezentacyjnej. Nieee, im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewny - tego przegrać się nie da. Poza tym rozmawiam z ludźmi i tylko nieliczni przyznają, że głęboko, na dnie duszy, jakiś niepokój się jednak tli.

By się ostatecznie uspokoić, próbowałem sobie przypomnieć, jak często drużyny w obecnej sytuacji Polski ponosiły klęskę. W obecnej sytuacji, czyli będąc faworytem (bo wyżej w rankingu FIFA, bo wygrana na wyjeździe, bo rywale zdziesiątkowani etc), walcząc o najwyższy z najwyższych celów i mierząc się z zespołem kompletnie zdemotywowanym. Nie znalazłem - co wyznaję poniekąd ze wstydem - żadnego. Łaziłem wspomnieniami po najróżniejszych prestiżowych rozgrywkach, od klubowych po reprezentacyjnych. Bez skutku. Nawet kiedy Hiszpania ćwierćwieku temu musiała wygrać ostatni mecz kwalifikacji 11 golami, to stłukła Maltę 12:1. Nawet kiedy mizerniutka Łotwa musiała wygrać na wyjeździe z teoretycznie po wielokroć silniejszą Szwecją, by awansować na poprzednie ME, to wygrała i wyeliminowała Polskę. Wyeliminowała, bo Szwedzi zapracowali na udział w finałach wcześniej i biegać chciało im się niespecjalnie.

Tak, motywacja bywa w sporcie czynnikiem absolutnie kluczowym. Dlatego rzucam pytanie w wirtualną przestrzeń: czy znacie z historii przypadek, który każe nam się sobotniego wieczoru bać? Powtórzę: nie chodzi mi o przywoływanie sensacyjnych porażek faworytów, tych oglądaliśmy bez liku. Chcę wiedzieć, kto kiedy przegrał taki mecz jak sobotni Polski z Belgią. Kto bijący się o życiowy triumf uległ zgrai odbębniającej pańszczyznę?

PS. Sorry, że dopiero tutaj o tym piszę, ale znajomy właśnie przywołał jesień 1999 roku. Gramy w Sztokholmie ze Szwecją, która już awansowała do ME. Walczymy o baraże. I przegrywamy 0:2...

22:17, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

"Piknik" jest w stadionowym slangu pojęciem pogardliwym, opisującym kibica okazjonalnego, mniej zagorzałego i mniej lojalnego, nieskorego do uporczywego zdzierania gardła w trakcie meczu, ewentualnie przesadnie przywiązanego do kultury osobistej, które to przywiązanie utrudnia mu (lub uniemożliwia) uczestniczenie w co rubaszniejszych zachowaniach stadionowego tłumu. Przepraszam, jeśli definicja wyda się wam nieprecyzyjna, ale na dobrą sprawę jej przecież nie potrzebujecie. Piknik jaki jest, każdy widzi.

Czy zatem piknik może się tym określeniem szczycić czy wręcz manifestować światu, że jest piknikiem? Wątpiłem, dopóki nie dostałem pewnego listu i pewnego zdjęcia. Oto list (skrócony przeze mnie za zgodą autora):

"Jestem kibicem drugoligowego Tura Turek - drużyny będącej dumą całego regionu. Awans spowodował, że ruch kibicowski, który nie miał większych tradycji ruszył z rozmachem. Sektor gości na wyjazdowych meczach Tura rzadko bywa pusty, nasz stadion jest zawsze wypełniony po brzegi. Mam 19 lat i wraz z grupką przyjaciół postanowiliśmy pokazać nowy styl - tzw. „nowoczesnych pikników”. Dlatego zrobiliśmy zrzutkę i zaprojektowaliśmy flagę, która pokazuje nasz stosunek do kibicowania. Flaga robi furorę i myślę, że właśnie my - kibice Tura Turek - pokazujemy, jaką drogą powinno iść polskie kibicostwo. Nie dążymy do żadnych podziałów, uczestniczymy w dopingu wraz z innymi fanami, a nasza flaga zwiedziła już wiele drugoligowych stadionów. Sądzę, że takie podejście spowoduje, że stadiony będą bezpieczne - żaden chuligan nie tknie gościa z flagą „pikniki”, bo to dla niego dyshonor."

A oto wspomniana flaga:

I

Cieszy mnie, że padł stereotyp piknika zbyt leniwego, by jeździć za drużyną po Polsce, ale nie mam dość. Dlatego wołam: pikniki z całego kraju łączcie się, zalejcie stadiony, miejsca wystarczy dla wszystkich. Od dziś będę wypatrywał waszej inwazji, a gdyby ktoś się chciał pochwalić dokumentacją - zdjęciami, plikami audio etc - to serdecznie zapraszam na forum mojego bloga.

Przy okazji: list przypomniał mi wiązankę przyśpiewek "Jestem z innej planety", która również wyrosła z alternatywnego - jak wskazuje sam tytuł - stylu kibicowania. Kto zna, niech sobie przypomni, innym zazdroszczę, że zobaczą po raz pierwszy. Proszę tylko o ciut cierpliwości, bo właściwy repertuar zaczyna się dopiero w 2 minucie i 28 sekundzie nagrania:

 

11:15, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
Archiwum
Tagi