RSS
poniedziałek, 05 listopada 2007

Niezadowolonych, że „Gazeta” ignoruje punkt widzenia uczestników akcji protestacyjnej na stadionie Legii informuję, iż wreszcie umówiłem się na wywiad z oburzonym czytelnikiem z Warszawy, w listach do redakcji reklamującym się jako bywalec „Żylety” z 15-letnim stażem, i mam nadzieję naszą rozmowę niebawem opublikować. Próbowałem zorganizować podobne spotkanie wcześniej, ale oburzeni - tak hałaśliwi i odważni w wirtualnej przestrzeni - nie odpowiadali na moje propozycje.

A ponieważ „kwestia kibolska” zdaje mi się niezwykle ważna, postanowiłem też być anielsko cierpliwy i możliwie detalicznie doprecyzowywać mój pogląd na kwestię kibolską, który wciąż wielu z was odbiera jako frontalny atak na wszystkich szalikowców. Życzliwie zakładam, że to ja popełniam grzech niewystarczająco klarownego formułowania myśli, więc będę wracał tutaj do różnych spraw, nawet gdybym miał się niekiedy powtarzać.

Dziś dwa tematy, które podejmowałem w swych felietonach („Kibol beznadziejnie głupi jest”, „Kibol i fajne dziewczyny” oraz „Szalik zobowiązuje”), wywołując ogromne kontrowersje. Pierwszy to ukochane przez wielu race - bez nich część kibiców nie wyobraża sobie meczu, nie rozumie więc, jak można za ich użycie karać zakazem wstępu na stadion.

Niestety, Ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych w art. 14 rozdz. 1 brzmi: „Osobom obecnym na imprezie masowej zabrania się w szczególności wnoszenia na imprezę masową broni lub innych niebezpiecznych przedmiotów (narzędzi) oraz materiałów wybuchowych i wyrobów pirotechnicznych, napojów alkoholowych, środków odurzających lub substancji psychotropowych.”  Słowem, prawo zabrania nie tylko odpalania, ale i wnoszenia rac na stadion. Sprawdźcie sami, tekst znajdziecie tutaj.

Gdyby ktoś zatem chciał ozdabiać mecze racami, musiałby namówić polityków do zmiany ustawy. (Inicjatywę ustawodawczą mogą też zgłosić obywatele, ale musi ją podpisać co najmniej 100 tys. osób, więc będzie trudno.) Na razie wnoszenie rac to łamanie prawa, więc wszelka dyskusja jest wykluczona: nie wolno i basta.

Niestety, zrozumienia dla miłośników pirotechniki nie wykazują też szefowie UEFA, którzy identycznym zakazem obłożyli wszystkie mecze reprezentacji i europejskich pucharów. Zapomnijcie więc o ognistych zabawach w Lidze Mistrzów, o której przecież wszyscy marzymy.

Drugi kontrowersyjny temat również podejmuje wspomniana ustawa, która po nowelizacji z 9 maja 2007 roku mówi: „Organizator masowej imprezy sportowej zapewnia również identyfikację osób biorących udział w masowej imprezie sportowej o podwyższonym ryzyku organizowanej na stadionie lub w hali sportowej.”  Dalej przepis nakazuje spisywać imię i nazwisko oraz numer PESEL każdego nabywcy biletu.

Kiedy swego czasu apelowałem, by nie wpuszczać na mecze anonimowych kibiców, wielu czytelników grzmiało, że żądam totalnej inwigilacji i w ogóle marzę o iście orwellowskiej kontroli każdego kroku każdego kibica. Tymczasem chciałem jedynie, by polskie kluby na masową skalę nie łamały prawa.

Łamią. Notorycznie, na większości stadionów. Meczów „o podwyższonym ryzyku” (ten status nadaje policja) jest mnóstwo, więc wszystkie kluby powinni albo wprowadzić identyfikatory ze zdjęciem, albo spisywać numer PESEL, a potem - wpuszczając kibiców na stadion - każdego legitymować. Niestety, to wciąż w lidze rzadkość.

Dlatego godząc się na debatę o kibicowaniu mam prośbę: nie wracajmy już do spraw, o których nie ma sensu rozmawiać, bo reguluje je polskie prawo. Chętnie natomiast przeczytałbym pod tym postem o zjawiskach, które was na stadionie waszego klubu szczególnie irytują lub przeciwnie, bardzo was cieszą i są warte propagowania. (Tylko błagam o konkrety, które da się wprowadzić w życie, a nie nierealistyczne marzenia, by np. „kibice mniej przeklinali”.) Obiecuję, że wszystkie konstruktywne, ciekawe refleksje przekażę szefom Ekstraklasy SA.

PS. A stąd wzięliśmy list fanki z Krakowa, którego bezskutecznie szukaliście na naszym forum.
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (155) »
niedziela, 04 listopada 2007

Zaniepokoiły mnie ostatnie wpisy sąsiada z redakcji Michała Pola. Zaniepokoiła mnie nie tyle jednak wieszczona przez niego inwazja porno na piłkę nożną, co troska o przyszłość naszej ulubionej dyscypliny sportu. Już drugi jego post na ten temat, więc sprawa musi być poważna. Czyżby piłka miała zostać splugawiona i zbeszczeszczona? Czyżby chodzenie na stadion miało wkrótce oznaczać wspieranie prostytucji lub pornobranży? Czyżby czekały nas, prostodusznych kibiców, nierozwiązywalne dylematy moralne?

Pobrzmiewa mi w tym alarmistycznym tonie prastare ludzkie poczucie, że kiedyś to było lepiej, że dopiero teraz przyzwoitość robi się niemodna, że świat generalnie schodzi na psy etc. Owszem, było lepiej - bo byliśmy młodsi. Owszem, było lepiej - bo dziś pamiętamy tylko dobre, przykrą resztę wymazaliśmy z pamięci. Ale osobista perspektywa mocno zafałszowuje rzeczywistość. Np. porno na ekranie, ponoć przeżywające dziś niebywały rozkwit, jeszcze pokaźniejszy odsetek globalnej produkcji filmowej stanowiło już w okresie międzywojennym.

Ale do rzeczy. Otóż chcemy bić na alarm, bo jakieś kluby - mimo wszystko prowincjonalne - będą finansowane przez zyski z agencji towarzyskiej lub pornoli, jako odtrutkę poleciłbym nałożenie etycznego filtru na fortuny stojące za potęgą największych piłkarskich korporacji. Począwszy od Milanu, którego dobroczyńca Berlusconi wziął sobie prawie całe Włochy na własność, a jeśli przy okazji łamał prawo, to je jako premier zmieniał, byle uniknąć wyroku (a przynajmniej - uczciwego procesu). Przez Szachtar, którego dobroczyńca Rinat Achmetow to przywódca tzw. klanu donieckiego, uchodzącego za organizację na poły mafijną, i Atletico Madryt, którego nieżyjący już dobroczyńca Jesus Gil trafił nawet na pewien czas do kryminału. Po Manchester City, którego dobroczyńca Thaksin Shinawatra musiał ewakuować się z Tajlandii, bo jego rodacy oskarżają swego byłego premiera m.in. o korupcję, a Amnesty International - łamanie praw człowieka.

Rzucam tylko kilka najpopularniejszych futbolowych marek, bo nie chciałbym, żeby emblematami ogólnej - domniemanej czy nie - degrengolady etycznej piłki czynić akurat szwedzkie AIK Sztokholm lub włoskie Trentino 1921. Podejrzanego kapitału wokół boisk leży mnóstwo, nawet w Lidze Mistrzów.

Wpis Michała, choć ciut nazbyt alarmistyczny, bardzo mi się jednak podobał. Po pierwsze, zdjęcia - każdy powód jest dobry, by popatrzeć na to, co przyrodzie najpiękniejsze. Po drugie, moralnej czujności nigdy dość. Skoro mój redakcyjny kolega wspomniał świetne ”Boogie Nights”, ja polecam inny film tego samego reżysera. W ”Magnolii”, moim zdaniem jednym z najznakomitszych dzieł lat 90., Paul Thomas Anderson napomina, by żyć przyzwoicie, bo wzburzone niebo może na nasze głowy zesłać deszcz niczym zwiastun apokalipsy. Od razu zaznaczam: lepiej tego kawałka nie uruchamiać, lepiej przeżyć szok oglądając rzecz w całości. Lojalnie ostrzegam, ale nie mogłem się powstrzymać przed włożeniem tutaj jednego z finałowych fragmentów filmu. W końcu to jeden z najoryginalniejszych scenariuszowych pomysłów w historii kina w ogóle:

21:41, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 listopada 2007

Kiedyś porywające spektakle zaszczycaliśmy porównaniem do przebojów made in Hollywood, dziś, gdy stolica kina wypluwa głównie infantylne gnioty dla przedszkolaków, fabuły z ligi angielskiej nie mają już konkurencji. I nie chodzi nawet o poziom gry, lecz owo niesamowite spiętrzenie atrakcji oraz rosnący wraz z upływającym czasem ładunek emocji, które razem wzięte  są w dzisiejszej piłce czymś absolutnie niepowtarzalnym.

Takie właśnie cudo wyprodukowały dziś Arsenal i Manchester.

Trwa doliczony czas gry, pole karne gości rozrywa kotłowanina i kanonada, jakiej świat nie widział. Kiedy sędzia ogłasza, że padł gol, nawet jego autor nie wie, że został bohaterem. Dopiero Adebayor woła do zdezorientowanego Gallasa: to ty, to ty strzeliłeś! Z 1:2 robi się 2:2. Gospodarzy ocalił ten, który jako pierwszy sprowadził na nich nieszczęście, zdobywając bramkę samobójczą. Czy można chcieć czegoś więcej? Jaki fabularny zwrot jeszcze można wynaleźć? Czy istnieje dreszczowiec doskonalszy?

Wyspiarze to uwielbiają. Zwłaszcza dziennikarze. Oni nie relacjonują rozgrywek, lecz opowiadają pasjonujące historie, wynajdując je za wszelką cenę, nawet jeśli trzeba rzeczywistość przekłamać, nadinterpretować, podkoloryzować, nawet zmyślić. Bez ich pogoni za superfajnymi fabułami pewnie nie byłoby zajadłej rywalizacji trenerów Wengera i Fergusona, którzy prą do zwycięstwa po ostatnią sekundę walki, których nieustępliwość i żądza triumfu zdają się pchać całe drużyny.

Nie potrafię tego udowodnić, ale jestem głęboko przekonany, że wieloletnia rywalizacja trenerskich legend Arsenalu i Manchesteru przenosi się na piłkarzy. Także tych piłkarzy, którzy czasem przebywają w klubie kilka lat, a czasem ledwie kilkanaście miesięcy, więc sami z siebie pewnie nie zawsze poczuliby, w czym biorą udział. Ale patrzą w oczy żywym pomnikom, poddają się oddziaływaniu dwóch cholernie zdeterminowanych dziadków z jajami, co to zmierzyli się ze sobą blisko 40 razy, ale wciąż nie mają dość udowadniania, kto jest lepszy.

Chciałbym przeżyć kiedyś coś takiego u nas. Poziom gry na angielskich boiskach długo jeszcze pozostanie dla naszej ligi nieosiągalny. Ale tę niesamowitą łapczywość na triumfy, jaka napędza gwiazdy Arsenali i Manchesterów, można wykrzesać z siebie niezależnie od umiejętności. Za naszymi hitami muszą jednak stać prawdziwe ludzkie historie, dla kogoś zwycięstwo muszą bywać niekiedy kwestią honoru, a porażka osobistą zniewagą.

Wenger pracuje w Londynie ponad 10 lat i może śmiało powiedzieć: Arsenal to ja. Ferguson utrzymuje stanowisko ponad 20 lat i jeszcze śmielej może krzyknąć: Manchester to ja. Obaj nie tylko planują treningi i dobierają skład na najbliższy mecz. Oni budują całą filozofię klubu.

W naszej lidze Orestowi Lenczykowi - trenerowi o najdłuższym stażu - stuknęły niedawno dwa lata na ławce GKS Bełchatów. Reszta na dobrą sprawę rozpoczęła pracę przedwczoraj. A jeśli spojrzeć na kilkanaście ostatnich sezonów, to rekordziści - Smuda w Widzewie czy Kasperczak w Wiśle - nie wytrwali na jednej ławce nawet czterech lat... Nawet Wojciechowi Stawowemu, któremu jako jedynemu obiecywano znacznie więcej, paskudny numer wyciął ostatecznie właścicel Cracovii. Podpisał z trenerem ponoć historyczny kontrakt - dziesięcioletni - by miesiąc później pożegnać się z najbardziej absurdalnego powodu pod słońcem - po sporze o to, czy piłkarze mają dopłacać do zgrupowania.

Patrzę na nową falę - Skorżę, Urbana, Zielińskiego, Michniewicza etc - i tak sobie marzę: a może i nam trafi się kiedyś prezes, który będzie konsekwentnie trwał przy swoim wybrańcu, choćby po to, żeby dowieść, iż zatrudniając go podjął właściwą decyzję?

PS. Jeśli ktoś pamięta kogoś ze sporym stażem pracy w jednym polskim klubie, a przeze pominiętego, proszę przypomnieć. Chętnie zbiorę burę.

17:44, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
piątek, 02 listopada 2007

Wracam do tematu z poprzedniego postu, bowiem żywiołowo zareagowali nań niepocieszeni kibice Manchesteru, wedle których nie doceniłem piłkarzy pozyskanych latem przez United, uznając ich za transferowe niewypały.

Odpowiadam tym chętniej, że Wasze oburzenie wynika poniekąd z nieporozumienia, a odpowiedź pozwala pogłębić problem. Otóż dając wpis o prowokacyjnym (prawo blogera) tytule ”Rok transferowych niewypałów?”, wcale nie zamierzałem oceniać skali talentu zawodników, którzy zmienili ostatnio kluby. Zwracam tylko uwagę na interesujące moim zdaniem zjawisko w handlu futbolowym żywym towarem.

Jeszcze niedawno ci, którzy kosztowali najwięcej, albo byli już megagwiazdami, albo oczekiwano, że się nimi natychmiast staną. Pamiętacie Szewczenkę, bohatera najwyższego transferu w roku 2006? Miał z dnia na dzień rzucić Anglię na kolana (zresztą w debiucie strzelił gola Liverpoolowi). Pamiętacie Rio Ferdinanda? Kosztował w 2002 roku najwięcej, bo przychodził w glorii potencjalnie najlepszego obrońcy świata. Nawet inny wasz idol Rooney, choć przychodził do MU jako dzieciak, zdążył wcześniej zachwycić na mistrzostwach Europy. Wymieniać nazwiska można w nieskończoność. Zidane, Figo, Buffon, Crespo, Vieri, Ronaldo, Veron, Ronaldinho, Drogba - wszyscy kosztowali fortunę, która miała się natychmiast zwrócić. Co oczywiście nie zawsze się udawało, wystarczy wspomnieć Verona czy Gaizkę Mendietę (Lazio, późniejszy bankrut, wydało na niego 45 mln euro!).

Dziś jest inaczej. Można się spierać o pozycję w Manchesterze Andersona i Naniego, ale daleko im do filarów drużyny, choć w sumie kosztowali blisko 50 mln euro, a jeśli wziąć pod uwagę ich kontrakty, to nawet więcej. Najbardziej symptomatyczna zdaje się jednak postać Portugalczyka Pepe. Real zapłacił horrendalne 30 mln euro za obrońcę cenionego, lecz czy aż tak cenionego, by czynić z niego trzeciego po Ferdinandzie i Thuramie najdroższego defensora w historii? Inne przykłady podałem w poprzednim wpisie, mnie osobiście szczególnie uderza jeszcze przypadek Szachtara Donieck - ten klub awansował do czołówki najrozrzutniejszych, wydając aż 36 mln euro na duet rezerwowych - Castillo i Williana. To wszystko nie znaczy, że wymienieni są pozbawieni talentu. To znaczy tylko tyle, że bogatych stać dziś, by za inwestycje długoterminowe płacić gigantyczne sumy, a nie - jak kiedyś - bardzo duże.

PS. Przy okazji chciałbym nieśmiało zaapelować do czytelników, byśmy w polemikach wyzbyli się używania argumentów typu ”rozumiem, że wielbi pan Arsenal, ale...” Po pierwsze, to niesamowicie nużące dla dziennikarza, który usłyszał już wszystko: że nienawidzi Liverpoolu i Chelsea, że nie znosi Realu i Barcelony, że ma uraz do piłki włoskiej i niemieckiej etc. Wszystko zależy od tego, co akurat napisałem. Po drugie (ważniejsze), chciałbym, byśmy toczyli rozmowy (inspirujące będę chętnie podejmował) na poziomie. Moi adwersarze mają wartościowe argumenty, więc po co wyrzucać sobie nawzajem, że ktoś manipuluje faktami, bo kibicuje nie tym, co trzeba? I ja mogę się mylić, pewnie się nawet mylę często, ale nie dlatego, że kogoś lubię, a kogoś nie. Zresztą sami odpowiedzcie sobie na pytanie: lepszy ten, co nie kibicuje Manchesterowi, ale pisze z sensem, czy ten, co mu kibicuje, ale pisze bez sensu?

A co do Naniego, to też typuję, że wraz z Cristiano Ronaldo mogą wkrótce stworzyć duet najgroźniejszych skrzydłowych w Europie...

14:22, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
czwartek, 01 listopada 2007

Oglądając kilka godzin temu oszałamiający popis Realu Madryt w Walencji (5:1), uświadomiłem sobie, że mistrzowie Hiszpanii kompletnie nie korzystają z piłkarzy, przez których ostatniego lata byli najbardziej rozrzutnym klubem świata. 82,67 mln funtów wydali przede wszystkim na Arjena Robbena, Pepe, Wesleya Sneijdera, Gabriela Heinzego oraz Roystona Drenthe. Żaden z nich nie zagrał jednak od pierwszego gwizdka, jeden Heinze wszedł w końcówce, a ostatni z wymienionych zdaniem trenera Schustera w ogóle nie zasłużył, by zabrać go do Valencii.

Dwaj inni pozyskani - Saviola oraz Dudek - również wysiadywali ławkę rezerwowych. Gdyby nie obecność na środku obrony Metzeldera, to można by powiedzieć, że historyczny, najwyższy na stadionie Mestalla triumf odniosła ta sama drużyna, którą Fabio Capello poprowadził w zeszłym sezonie do tytułu. Zresztą ta grupa przesądza o wynikach przez cały sezon. Najnowsi wybrańcy - wyjąwszy skazanych od początku na rolę zmienników Dudka i Saviolę - albo się najczęściej leczą (Robben, Heinze), albo grają kiepsko (Drenthe i Sneijder, choć on miał akurat wyśmienity start), albo jedno i drugie (Pepe).

Ten ostatni zdążył już stać się symbolem narwanej i lekkomyślnej polityki transferowej, ale trwonienie fortuny na graczy rezerwowych, "tylko" perspektywicznych lub zwyczajnie rozczarowujących stało się ostatnio w Europie niemal regułą. Spójrzmy na listę 12 klubów, których prezesi obdarowywali latem trenerów najhojniej (kwoty w funtach, klasyfikacja magazynu "World Soccer"):

1) Real Madryt            82,67 mln

2) Manchester Utd       60 mln

3) Atletico Madryt        54,1 mln

4) Liverpool                 51,7 mln

5) Barcelona               48,5 mln

6) Bayern Monachium  47,3 mln

7) Szachtar Donieck     41,5 mln

8) Tottenham              39,9 mln

9) Manchester City       38 mln

10) Sunderland            35,87 mln

11) Juventus                34,38 mln

12) Valencia                32,96 mln

W tej grupie tylko Bayern, Barcelona, Atletico i Sunderland mogą być usatysfakcjonowane formą zawodników, za których zapłacili najwięcej. A inni? Zanim przejdę do rzeczy, zaznaczam: nie chodzi mi o wszystkie zakupy, ale właśnie najbardziej luksusowe, czyli teoretycznie szczególnie obiecujące.

Man Utd słono kosztowało zwłaszcza pozyskanie Naniego, Andersona oraz Hargreavesa, ale tylko ostatni zapracował na niepodważalną pozycję w podstawowej jedenastce (zresztą jak na złość leczył ostatnio kontuzję).

Liverpool - Fernando Torres gra przyzwoicie w lidze angielskiej, a w Lidze Mistrzów źle jak cały zespół (zero goli, zero asyst); Ryan Babel i Yossi Benayoun to raczej rezerwowi, choć w przypadku Rafy Beniteza przypinanie podobnych łatek wiąże się ze sporym ryzykiem (to taki trenerski oryginał, co w trzech meczach wystawia cztery różne jedenastki).

Szachtar Donieck - Nery Castillo (kosztował Rinata Achmetowa 14 mln funtów!) pojawia się epizodycznie w Champions League (zebrał godzinę gry w trzech meczach); Willian nawet w niej nie zadebiutował.

Tottenham - napastnik Darren Bent (rekordowe dla klubu 16,5 mln funtów) strzelił ledwie jednego gola w Premiership, trzy razy zasłużył na podstawowy skład.

Manchester City - Elano, Petrow czy Corluka grają znakomicie lub dobrze, ale bohater najwyższego transferu - Rolando Bianchi - i tutaj zawodzi. Włoch czasami jest zsyłany na ławkę, a czasami na trybuny. I grozi, że odejdzie.

Juventus - ściągnięcie Tiago to kompletna klapa, jedna z największych transferowych wpadek w całej Serie A. Klub już ponoć wystawił go na sprzedaż.

Valencia - serbski wieżowiec Nikola Zigić najpierw się leczył, a jak już miesiąc temu zadebiutował w nowej drużynie, to nie zachwycił. Na razie w klubowym rankingu napastników daleko za Davidem Villą i Morientesem. Mecz z Realem obejrzał z ławki rezerwowych.

Prezesi, trenerzy, dyrektorzy sportowi i skauci stracili wyczucie? Rynek się zmienia i nawet za młodziana trzeba płacić krocie? A może piłkarzom coraz trudniej się adaptować do nowych warunków i zwyczajnie potrzebują czasu? W każdym razie chyba nikt, kto minionego lata kosztował kilkanaście milionów funtów, nie zyskał statusu megagwiazdy. Najbardziej udane transfery to prawdopodobnie pozyskanie Elano przez Manchester City oraz Abidala przez Barcelonę, a także łupy Bayernu (Klose, Toni, Ribery). A reguła "najdroższy znaczy rezerwowy" obowiązuje także w innych słynnych firmach, które wydawałyo ostrożniej. Furory nie zrobili ani David Suazo w Interze Mediolan, ani Eduardo w Arsenalu - ten ostatni gra właściwie wyłącznie w mniej wymagających meczach.

A może najbliższa prawdy jest trzecia hipoteza - najbogatsi mają już tak mocne, rozbudowane kadry i tak rozdęte budżety, że nadszedł czas obijania klejnotami ławek rezerwowych?

02:43, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
środa, 31 października 2007

Darek Wołowski zastanawia się, czy Valencia nie jest klubem poniżej aspiracji Jose Mourinho, a ja mam wątpliwości, czy w ogóle powinna brać pod uwagę jego nazwisko, czy jej wyznawcy znieśliby cynicznego i wyrachowanego pragmatyka, który delektuje się krępowaniem stylu gry przeciwnika, a w uwielbieniu futbolu spontanicznego i ładnego dla oka widzi w najlepszym razie nieszkodliwą perwersję.

Hiszpańscy kibice to gatunek specyficzny. Kiedy kilka tygodni temu byłem w Madrycie, dziennik "Marca" pytał w sondażu czytelników, czy Real ma drużynę jeszcze gorszą niż w zeszłym roku. "Jeszcze" gorszą, zatem zdaniem gazety już poprzednio było źle, a teraz - jak sugerowała - zrobiło się beznadziejnie. I nieważne, że w owych złych czasach Real odzyskał po latach mistrzostwo Hiszpanii, a w obecnych - beznadziejnych - utrzymywał pozycję lidera w lidze.

W Walencji też zawsze wybrzydzali. Przed kilkoma laty i tamtejsi piłkarze mogli sobie królować na pierwszym miejscu w Primera Division, co wcale nie wpędzało w konfuzję fanów koczujących pod posiadłością prezesa klubu. Żądali natychmiastowego wydalenia trenera Hectora Cupera, którego wizja futbolu nie satysfakcjonowała estetycznie niezaspokojonych trybun. Nic tam, że Argentyńczyk doprowadził zespół do dwóch finałów Ligi Mistrzów, jedynych w historii klubu.

Tej jesieni kibicowskiego buntu przeciw Quique Sanchezowi Floresowi również nie zainicjowały porażki. A przynajmniej: nie tylko one. Lud powstał, bo piłkarze kopali niewystarczająco ładnie. Gwałtowne demonstracje trwały nawet, gdy Valencia miała za sobą passę siedmiu kolejnych zwycięstw, w tym wyjazowe w Lidze Mistrzów z Schalke. Flores stracił posadę przez wyniki, ale fani odwrócili się od niego wcześniej.

Jest coś fascynującego w tym rozdwojeniu jaźni hiszpańskiego konesera, w jego niezależnym od wyników poczuciu nienasycenia, donkiszotowskim pościgu za ideałem. To typ tak skrajnie wymagający, że właściwie skazany na wieczne niespełnienie. (Co uderzające, polscy fani tamtejszych klubów, którzy piszą do "Gazety", są zazwyczaj zupełnie inni - swoich idoli traktują szczególnie nabożnie, w każdym niewystarczająco entuzjastycznym artykule doszukują się ataku wymierzonego w nich osobiście.)

Jak w tym idealistycznym świecie odnalazłby się realista Mourinho? Czy fani, nawet gdyby jego lodowate kalkulacje dały zwycięstwa, nie uznaliby go pewnego dnia za potwora profanującego ich relikwię? Właściwie szkoda, że się tego nie dowiemy, bo jeszcze dziś - przed meczem z Realem - Valencia zatrudni pewnie Ronalda Koemana. Jej przyszłe rozstanie z Mourinho mogłoby być naprawdę spektakularne.

17:28, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 października 2007

Przed zbyt pochopnym zainfekowaniem futbolu wszelkimi możliwymi technologicznymi ulepszeniami czuję instynktowny lęk, choć w pewnych okolicznościach korzystanie z wideo zdaje się tak niezbędne, że w ogóle nie chce mi się o tym debatować. Kiedy po raz kolejny oglądam kłamczucha Roya Carrolla, który bezczelnie oszukuje rywali na oczach całego świata, a potem się jeszcze tego nie wstydzi, wątpliwości nie mam żadnych:

Inna sprawa, że im głębiej zaanalizujemy problem, tym bardziej oczywiste staje się, że rewolucji nie wolno wprowadzać z dnia na dzień, że trzeba dłuuugich testów i ścisłego określenia, w jaki sposób i w jakich okolicznościach wzywać na pomoc technikę. W przywołanej wyżej sytuacji sędzia, który - jak wówczas zeznał - nie miał wątpliwości, iż piłka nie wpadła do siatki Manchesteru, musiałby poczekać na sygnał od asystenta, dopiero wtedy podbiec do linii bocznej, obejrzeć powtórkę, wrócić na boisko i gwizdnąć. Gol zostałby uznany - z punktu widzenia kibica - trochę więcej niż cała wieczność po chwili, w której padł. A przecież to incydent ewidentny, te wymagające głębszego namysłu mogłyby wydłużyć mecz do nieskończoności. Może więc lepiej, by arbiter nie biegał do linii, lecz pozostawał tylko w stałej łączności z asystentem władnym również podejmować decyzje?

Praktycznych kłopotów rewolucja przysporzyłaby wielu, ale jakoś jestem przekonany, że nieprędko nadejdzie.

O przeciąganie sprawy zadba z entuzjazmem International Board, czyli ośmioosobowa rada mędrców, jako jedyna władna zmieniać przepisy. Połowę jej składu stanowią przedstawiciele szeroko pojętej ojczyzny futbolu (po jednym z federacji angielskiej, szkockiej, walijskiej i północnoirlandzkiej), w komplecie uchodzący za osobników specyficznych - twardogłowych futbolowych konserwatystów, którzy szybciej wysłaliby królową angielską na wybory miss mokrego podkoszulka niż poszerzyli pole karne o półtora milimetra. Oj, będą oni obradować i obradować, co z tym wideo zrobić, choć obradowali już nieraz. Wszystko oczywiście przebiegnie pod klauzulą sakramencko ścisłej tajności, bo tajność rozmyślań International Board też jest święta, a tajność to daleko tajniejsza niż wszelkim masonom i szpiegom z Krainy Deszczowców mogło się kiedykolwiek wyśnić. Dlatego moja prognoza na przyszłość naszej planety wygląda tak: najpierw ocieplenie klimatu zniszczy narciarstwo, następnie wyginą ludzie, potem umrze pamięć o polskiej myśli szkoleniowej, a na samym finiszu - zaraz po końcu świata - International Board dojdzie do wniosku, że to wideo nie jest jednak aż takie groźne.

I wiecie, co? Choć sam optuję za wideo, to myślę sobie, że mędrcom mimo wszystko sporo zawdzięczamy. Nie ma nic gorszego niż pozwolić działaczom gmerać w przepisach. Będą psuli na potęgę. Znam to z siatkówki, w której zmienia się wszystko z maniackim zapałem i kompletnie bez sensu. W miniony weekend siatkarze z Olsztyna odpadli z europejskich pucharów, choć pierwszy mecz wygrali 3:1, a rewanż przegrali tylko 2:3. Jakiś geniusz wymyślił sobie bowiem - by zapobiec nudzie - że przy równym bilansie zwycięstw i porażek o awansie decyduje dodatkowy "złoty set".

Wyobrażacie sobie takie jaja w piłkarskiej Lidze Mistrzów? 7:0 u siebie, 0:1 na wyjeździe, więc dogrywka?

Niech więc lepiej działacze rewolucjonizują mniej niż więcej. Zwłaszcza, że wideo można czasem użyć cichcem. Pamiętacie ten obrazek?

 

Kiedy wyjeżdżałem z ubiegłorocznego mundialu, cały Berlin huczał, że "czwarty" sędzia Luis Medina Cantalejo tylko dlatego poinformował głównego Horacio Elizondo o konieczności wyrzucenia Zidane'a z boiska, że zobaczył incydent w monitorze...

21:48, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 października 2007

Bronienie Leo Beenhakkera przed ujadaniem zakutych działaczowskich łbów to chyba najłatwiejsze dziennikarskie zadanie pod słońcem. Po pierwsze, wokółpezetpeenowscy krytycy strzelają sobie samobója, bo sami są zazwyczaj nieudacznikami, a sensownymi argumentami nie dysponują. Po drugie, wspierać holenderskiego trenera to iść w idealnej zgodzie z koniunkturą - jego popularność wśród kibiców sięga pewnie 99 proc.

A jednak mikroskopijna mniejszość czytelników przytomnie pyta: czy Leo jest nietykalny? Czy w ogóle wolno krytykować Leo bez narażenia się na atak np. gospodarza tego bloga?

Odpowiadam: oczywiście krytykować nie wolno. Kto Beenhakkera zaatakuje, tego natychmiast zaatakuję ja. Frontalnie i wściekle, nie stukając w klawiaturę, lecz waląc w nią pięściami.

Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich te srogie sankcje wystraszą, śpieszę wyjaśnić, dlaczego często instynktownie mam ochotę otaczać Holendra - w miarę skromnych możliwości - specjalną opieką. I nie ma to nic wspólnego z moją opinią w sprawie przedłużenia jego kontraktu. Wielu czytelników sądzi, że każdy, kto obśmiewa dyrdymały wygadywane przez Grzegorza Latę, automatycznie chce, by nową umowę z naszym selekcjonerem podpisać za pięć minut. Bzdura. Latę my, dziennikarze "Gazety", obśmiewamy tylko dlatego, że opowiada głupstwa, głupstwa tym bardziej niepokojące, im bardziej oddają odczucia wielu ludzi polskiej piłki.

Ale do rzeczy. Otóż z dwóch powodów rzeczywiście często korci mnie, by Beenhakkera traktować z ciut większą życzliwością. Pierwszy - on jest tu sam przeciw wszystkim, bo nawet wielu trenerów czy działaczy, którzy przed kamerami napychają sobie usta pochlebstwami, w istocie marzy o jego klęsce. Drugi - mam pewność, że Beenhakker chce sukcesu reprezentacji, więc nasze interesy - mój i jego - są wspólne.

Tymczasem dla wielu ważnych osobistości naszego futbolu ani reprezentacja, ani w ogóle cała dyscyplina, nie jest celem nadrzędnym. Oni załatwiają od groma swoich małych geszefcików, a jeśli przeszkadza im interes polskiej piłki nożnej, tym gorzej dla piłki. Widać to także podczas wyborów na prezesa PZPN. Oto blisko 100 proc. głosów poparcia zbiera w nich kandydat (Michał Listkiewicz), który w kibicowskiej braci ma blisko 100 proc. elektoratu negatywnego. Znajdziecie liczby, które dobitniej wyrażałyby rozbieżność waszych - kibicowskich - interesów z interesami działaczowskimi?

17:35, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
Generalnie nie zamierzam tutaj wrzucać regularnych artykułów popełnionych dla "Gazety Wyborczej" i portalu Sport.pl, ale jeden wyjątek będę robił - felietony z "Gazety Sport" pochodzą w końcu z rubryki "A jednak się kręci", która dała nazwę temu blogowi. (Z prawej strony, wśród zakładek, umieściłem też link do archiwum, niestety, niepełnego, w którym będę zbierał kolejne odcinki swojej coponiedziałkowej twórczości.)
Dziś kawałek o brawurowej i absolutnie unikalnej trenerskiej filozofii Arsene'a Wengera.
17:26, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 października 2007

Wynurzenia Grzegorza Laty, który jak dotąd nie dostrzegł żadnych zasług Leo Beenhakkera dla reprezentacji Polski, szkoda w ogóle komentować, ale jego kolejny werbalny wybryk przypomniał mi o tym, jak bardzo naszej piłce brakuje - obok klubów, stadionów, piłkarzy i trenerów z klasą - prawdziwych autorytetów. Postaci szanowanych przez niemal wszystkich, czczonych za osiągnięcia z przeszłości, docenianych za aktualną działalność, dających przykład uczciwością intelektualną i osobistą, oświecających trafnością sądu. Takiego, jeśli mogę sobie pozwolić na pewną przesadę, Władysława Bartoszewskiego polskiego futbolu.

O problemie wspominałem już w książce ”Piłka sss... kopana”, ale ten brak doskwiera coraz mocniej. Ostatni niekwestionowany autorytet straciliśmy, gdy odszedł Kazimierz Górski. Inne pomniki okolicznego futbolu w najlepszym razie wzbudzają spore kontrowersje, w najgorszym - wywołują poczucie wstydu i zażenowania. Ewentualnie są nieobecne w życiu publicznym, jak np. Włodzimierz Lubański, który zresztą zajął się chyba najmniej prestiżowym piłkarskim fachem, czyli menedżerką.

Wizerunek Zbigniewa Bońka ucierpiał, gdy był on selekcjonerem - tyleż ze względu na wyniki reprezentacji, co rejteradę ze stanowiska i brak cywilnej odwagi, by przyznać się do klęski. Jan Tomaszewski uchodzi gdzieniegdzie za postrzelonego awanturnika, a gdzieniegdzie za koniunkturalistę ze skłonnością do popadania w paranoję. Wspomniany Grzegorz Lato sprawdzał górny - czy raczej: dolny - pułap parlamentarnego nieróbstwa (polecam pasjonujące stenogramy z posiedzeń Komisji Edukacji, Nauki i Sportu). Antoni Piechniczek, podobnie jak większość lokalnych gigantów trenerskich, swój zapał i determinację pożytkował przede wszystkim na uchronienie nas przed importem zagranicznej myśli szkoleniowej. Robert Gadocha pracował w Locie i prowadził piłkarską reprezentację lotników. Wreszcie nasz najsłynniejszy sędzia Michał Listkiewicz... i wszystko jasne.

Nie wymieniłem oczywiście wszystkich futbolowych osobistości, zresztą niektórym fachowcom zbyt łatwo pozwoliliśmy uciec - np. kiedy już Henryk Kasperczak okazał się trenerem zdolnym wpoić polskim graczom styl efektowny i efektywny, to zaraz podebrał go Senegal. Czy gdybym jednak wyliczankę ciągnął, to taki niekwestionowany autorytet bym znalazł?

A może właśnie, co sugeruję trochę nieśmiało, Leo Beenhakker? Kiedy słyszę te jego nieustające napomnienia, by spoglądać na jasną stronę życia, mam wrażenie, że przyjechał z przesłaniem do nas wszystkich, nie tylko piłkarzy reprezentacji...

 

16:30, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
Archiwum
Tagi