RSS
wtorek, 08 stycznia 2008

PAP, Adam Ciereszko

Kiedy w meczu z Hiszpanią Raul Lozano konsekwentnie - i długo - trzymał na boisku Bartosza Kurka a w tie-breaku posłał do walki żółtodziobów, targały mną mieszane uczucia. Miałem wątpliwości, czy nie przedobrza, a zarazem zaimponował mi odwagą.

Gdyby przywrócił do gry kapitana, doświadczonego przeszło dekadą nieprzerwanej obecności w kadrze Piotra Gruszkę, nikt by się do niego przyczepił. On jednak ryzykował, uparcie trzymając się ustawienia z nastolatkiem, który na dobrą sprawę nigdy nie wystąpił w ważnym meczu.

Przegrał, a ja wspominałem kilku byłych selekcjonerów reprezentacji, którzy często reagowali na tarapaty w najbardziej oczywisty sposób, byle nie narazić się na krytykę. Lozano nie szukał alibi, lecz nie oglądając się na konsekwencje trwał przy swojej koncepcji.

Podczas meczu z Włochami żadne rozterki już mnie nie nękały. Wszyscy w gronie kilku dziennikarzy, którzy siedzieli po sąsiedzku, byliśmy pod wrażeniem wyczucia manipulującego składem Lozano. Argentyńczyk prawdopodobnie już do samego końca turnieju będzie musiał ostrożnie szafować siłami zawodników, bo - jak sam przyznał - właściwie żaden nie jest w stanie przetrwać walki bez wytchnienia po ostatni set ostatniego meczu. (O powodach pisałem tutaj.)

Nie wiem, czy mu się uda, czy w niedzielę siatkarze wywalczą olimpijski awans. Ale całe życie wysłuchiwałem od większych i mniejszych fachowców, że w siatkówce nie mają racji bytu drużyny sklecone naprędce, złożone z ludzi debiutujących, prawie debiutujących, zmieniających pozycje na boisku lub schorowanych. Ta dyscyplina - zgodnie z zasadą tak żelazną, że zmieniła się w banał - drogi na skróty nie toleruje.

Lozano wyjścia nie miał. Na skróty pójść musiał. I jeśli wygra, odniesie sukces wyjątkowy. Po niepowodzeniu na mistrzostwach Europy wiara w jego nieomylność przygasła, gdzieniegdzie ustępując ostrożnemu zaufaniu, gdzieniegdzie - otwartej nieufności, a jeszcze gdzie indziej - wrzaskom o dymisję.

Gdyby teraz Polacy awansowali na igrzyska, Argentyńczyk znów na pewien czas stałby się bożyszczem tłumów. I znów - absolutnie zasłużenie.

20:49, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

Spytałem wczoraj wieczorem Daniela Plińskiego, czy nie obawia się powtórki scenariusza z mistrzostw Europy w Moskwie, które siatkarze rozpoczęli od porażki z Belgią, spuścili głowy i nie podnieśli ich już do końca turnieju, popadając w coraz głębszą depresję. - I co mam powiedzieć? - rozłożył ręce Pliński. - Że się nie poddamy, że nastawialiśmy się na codzienne granie o wszystko, a później na boisku będzie zupełnie inaczej? Wtedy w Moskwie też sądziłem, że się odbudujemy.

Środkowy reprezentacji na tle kolegów i tak tryskał optymizmem, bo chyba jako jedyny uznał występ przeciw Hiszpanii za dobry, nawet jeśli zakończył się nieszczęściem. Piotr Gruszka podsumowywał wieczór tak grobowym głosem, że po kilku urwanych zdaniach my, znaczy dziennikarze, mu odpuściliśmy. Żal było na niego patrzeć, on pewnie był rozczarowany samym sobą, bo bardzo chciał zostać na izmirskim turnieju przywódcą pchającym całą grupę do sukcesu, a temu wyzwaniu w inauguracyjnym spotkaniu nie podołał. Co zresztą poniekąd zrozumiałe - na pozycję atakującego rzuciły go znienacka okoliczności, czyli pomór w drużynie, a niewykluczone, że również rejterada Grzegorza Szymańskiego (przeczuwam, że tego zawodnika Raul Lozano już nigdy do kadry nie powoła).

Snuję tę impresję, bo „pod kreską” czytelnicy pytali mnie o nastroje w kadrze, a te niełatwo rozszyfrować. Dzisiaj zawodników nie widziałem, bo argentyński selekcjoner wścieka się, gdy po hotelu siatkarzy wałęsają się dziennikarze, a wczoraj odniosłem wrażenie, że w tej drużynie wielu graczy nie czuje, że są właściwymi ludźmi na właściwym miejscu. Murek dziwił się, że natychmiast po powrocie do kadry trafił do podstawowej szóstki - spodziewał się wchodzenia na boisku z rezerwy, w chwilach kryzysowych. Kurek też wyznał, że był zaskoczony, iż grał tak długo.

Pytanie nasuwa się samo: jak w takich okolicznościach pokonać mistrza Europy?

Forumowicze analizowali statystyki i szukali przyczyn porażki, co w siatkówce trudne, bo zwłaszcza w zaciętych, pełnych zaskakujących zwrotów pięciosetowych bojach o wyniku przesądzają niuanse, czasem gołym okiem niedostrzegalne. Dlatego nasi siatkarze wygłaszali wczoraj opinie ze sobą sprzeczne - prawdę pokazuje niekiedy dopiero szczegółowa pomeczowa analiza.

Pewne dane są jednak uderzające. Spytałem przed chwilą statystyka reprezentacji, ile punktów zdobył wczoraj Guillermo Falasca, czyli główny kanonier Hiszpanów. I usłyszałem, że uzbierał ich aż 29. Tymczasem nasz najskuteczniejszy zbijający Dawid Murek - 14. W dodatku on trudów spotkania nie wytrzymał kondycyjnie.

Słowem, boisko potwierdziło przedturniejowe obawy - Polakom zabrakło siły ognia. Czy dzisiaj ją odzyskają? Odsyłam do wypowiedzi cytowanego Plińskiego. Nawet on wie, że nic nie wie.

14:36, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Lecąc do Izmiru na olimpijskie kwalifikacje siatkarzy zastanawiałem się, czy reprezentacja Polski kiedykolwiek jeszcze wyśle na arcyważne zawody skład wymarzony przez selekcjonera, a nie grupę ludzi oszczędzonych przez epidemię kontuzji i rozmaitych choróbsk. Nie tylko zresztą reprezentacja Polski. My troskamy się o rodaków, ale rywale - nade wszystko Włosi - również przystąpią do tureckiego turnieju zdziesiątkowani.

Siatkarze zabawiają kibiców w rytmie szaleńczym. Piłkarze, koszykarze, hokeiści, rugbyści etc miewają chwile wytchnienia, ich terminarze przewidują sezon ogórkowy. Odpoczywają nie tylko mięśnie, ścięgna oraz stawy, ale i głowy. Jedynie atleci odbijający piłkę rękami - ci najlepsi - fruwają nad siatką okrągły rok. Latem dopada ich Liga Światowa, jesienią inne imprezy rangi mistrzowskiej, zimą biją się o igrzyska, kiedy indziej tkwią w kieracie rozgrywek ligowych. Zdarzają się sezony, w których organizowane są aż trzy turnieje globalne. A przecież w tym akurat sporcie trenerzy specjalnie sobie cenią długie zgrupowania, bo pod siatką improwizacja nie zastąpi cierpliwie wykuwanej, perfekcyjnej współpracy całej drużyny. Dwutygodniowy urlop? Szczyt nieróbstwa, o którym wstyd nawet pomyśleć.

Problem potęguje właśnie specyfika dyscypliny. Na innych boiskach wszystko opiera się na bieganiu, do którego my, ludzie, przyzwyczajaliśmy się od wczesnych stadiów półmałpich, tutaj trzeba skakać - niemal w pionie, na twardej powierzchni - do czego ewolucja już nas tysiącleciami nie przystosowywała. Słowem, siatkówka wymaga zachowań wybitnie nienaturalnych, najbardziej wymagających dla anatomii i najbardziej grożących deformacjami.

Działacze tego nie widzą bądź widzieć nie chcą.

Polscy nie skrócą np. rozgrywek ligowych w sezonie przedolimpijskim (co uczynili Włosi i Rosjanie), by najbardziej eksploatowani gracze choć raz wzięli głębszy oddech.

A światowi wymyślają horrendalnie rozdęty system eliminacji do igrzysk, w innych grach niespotykany. W tym roku gęstość imprez sprawia, że nie opłaca się awansować do turnieju finałowego LŚ, bo z niego trzeba będzie niemal bezpośrednio lecieć do Pekinu. (A jak Polacy mają nie awansować, skoro grają z Egiptem, Japonią i Chinami?)

Wszystkim chodzi o to samo - liczą zyski z każdego turnieju lub meczu więcej, z każdej dodatkowej transmisji.

A ja marudzę, zdając sobie sprawę, że blogowym utyskiwaniem rewolucji nie wzniecę, że działacze nie pójdą po rozum do głowy, że sportowcy się nie zbuntują. I wygrywać wciąż będą niekoniecznie najlepsi, lecz ci, których pech akurat nie zbiegł się z ważnym turniejem. Problem w żadnym razie nie sprowadza się bowiem do współczucia dla wyżętych do ostatniej kropli potu graczy. Przeładowany kalendarz imprez nade wszystko fałszuje wyniki, pozwalając decydować przypadkowi. Kto wie, może z tych właśnie względów mistrzostwa Europy przebiegały aż tak sensacyjnie?

Dlatego dziś, przed turniejem w Izmirze, o osłabieniach kadry Raula Lozano szkoda w ogóle gadać. Najsilniejsza reprezentacja Polski istnieje tylko w teorii. W realu grają ci, którzy przetrwają.

14:39, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 06 stycznia 2008

Joanna.30.ch zagadnęła mnie pod jedną z notek o pogląd na problem sportowców, którzy odmawiają występów reprezentacji kraju - niekiedy latami - by nagle, np. przed  igrzyskami olimpijskimi, zgłosić chęć powrotu. Pytanie na czasie, bo dotyczy odzyskanego właśnie przez kadrę siatkarzy Krzysztofa Gierczyńskiego. Obiecałem temat podjąć, więc odpowiadam, najpierw krótko: nie mam nic przeciwko, by do kadry dezerterów powoływać.

Słowa „dezerter” używam zresztą w pośpiechu, z typowo blogerską beztroską. Niewykluczone, że na łamach „Gazety” wypowiadałbym się ostrożniej, unikając epitetu jednoznacznie negatywnego. Szanuję bowiem zawodników i zawodniczki, którzy sport traktują jak każdą inną profesję, czyli sposób na zarabianie pieniędzy, ewentualnie realizację własnych ambicji. Cieszę się, jeśli do kadry pcha ich patriotyzm, ale rozumiem myślących inaczej. Sam nigdy nie miałem okazji akceptować lub odrzucać powołań do reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w dziennikarstwie - poprzedzone długim zgrupowaniem, koniecznością przebywania poza domem i rozłąką z najbliższymi. Nie miałem i nie będę miał, bo one nie istnieją. Podobne dylematy nie dotyczą także kibiców, którzy, wolni od trudnych decyzji, chętnie by rejterujących przed reprezentacyjnym obowiązkiem sportowców ukrzyżowali.

Oburzeni prawie nigdy nie znają zresztą całej prawdy i nie są w stanie ocenić wszystkich intencji lub powodów kryjących się za odmową reprezentowania ojczyzny. A te bywają ważne, w wyjątkowych przypadkach świadczące o odpowiedzialności sportowca, który jest np. świadomy, że psychicznie nie zniesie presji i kadrze zaszkodzi lub pomoże mniej niż pomógłby jej ktoś ciut mniej utalentowany, lecz mocny mentalnie. Tchórzostwo? Niekoniecznie czy raczej - nie zawsze. Bliźniaczych hipotez lub historii z życia wziętych (żona zołza, zaborczy mąż tyran etc) można by przytoczyć mnóstwo, dlatego wolę postawę wstrzemięźliwą: nie potępiam w czambuł uciekinierów, specjalną estymą darząc zarazem tych, którzy dla reprezentacji - i radości fanów - potrafią wiele poświęcić.

Powyższe rozważania mógłbym jednak na dobrą sprawę umieścić w nawiasie - gdybym bowiem nawet bezwarunkowo piętnował każdy reprezentacyjny unik, to wciąż nie skazywałbym syna marnotrawnego na dożywocie, lecz dawał mu prawo do skruchy, nawrócenia i powrotu. Zwłaszcza że wartość nadrzędną widzę w interesie kadry. Jeśli powołanie iksa, choćby całymi latami gardzącego graniem dla kraju, da jej medal, to powołujmy go i basta.

Poza teorią istnieje oczywiście jeszcze praktyka, a ta czyni życie selekcjonera bardziej skomplikowanym. On dba o atmosferę w szatni, odpowiednią chemię w drużynie etc. I jeśli wyczuje, że zastąpienie kadrowicza weterana nawróconym - niech będzie, trzymajmy się już tego słowa - dezerterem zburzy równowagę grupy, powodując niesnaski lub jej rozpad, to pewnie pozostanie nieugięty. A chcący wrócić sportowiec zapłaci za wcześniejszą niesubordynację. Wyłącznie jednak przez wzgląd na interes kadry.

Powtarzam: jej interes jest dla mnie nadrzędny. Wyżej jako zatwardziały liberał umieszczam tylko jedno: wolność wyboru.

Dlatego właśnie kategorycznie sprzeciwiam się sposobowi, w jaki do kadry siatkarek szefowie PZPS kaperowali odmawiającą gry Annę Barańską. Grozili jej odebraniem licencji, czyli zastosowali regularny szantaż. I dzisiaj nie mamy pewności, co skłoniło zawodniczkę do ostatecznego przyjęcia powołania trenera Marco Bonitty. Czy ponownie sprawę przemyślała, czy zwyczajnie przestraszyła się, że nie zostanie dopuszczona do gry.

Żałuję, że Barańska nie wytoczyła PZPS procesu, bo przypuszczam, że sąd rozstrzygnąłby problem raz na zawsze - w Polsce nie można zakazać nikomu wykonywania zawodu. Zawarty w ustawie o sporcie kwalifikowanym obowiązek reprezentowania kraju jest moim zdaniem - choć, zaznaczam, prawnikiem nie jestem - sprzeczny z konstytucją. A działacze kompromitują tezę, notorycznie powtarzaną zresztą przez nich samych, że gra dla ojczyzny przynosi zaszczyt. Albo przynosi, albo trzeba do niej przymuszać szantażem.

Reasumując: Gierczyński w kadrze - tak (a niech zostanie gwiazdą turnieju w Izmirze!), Barańska w kadrze - mam same wątpliwości. Analizując jej perypetie zastanawiam się, dlaczego reprezentacyjne obowiązki narzucać wyłącznie sportowcom, dlaczego nie zagonić siłą na stadiony i do hal również kibiców. Niech i oni spełniają patriotyczny obowiązek - wypełnianiem trybun oraz ogłuszającym dopingiem.

00:08, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
sobota, 05 stycznia 2008

l 

Jeśli Artur Boruc zanurkował dziś w angielskie portale sportowe, pewnie dostał zawrotu głowy. Zdaniem najpoważniejszych - jak wirtualne wariacje opiniotwórczych dzienników - latem stoczą o niego bitwę Arsenal i Tottenham, zdaniem wszystkich innych rozpęta się wokół niego wojna wręcz ogólnoangielska - jako zainteresowanych najęciem Polaka wymienia się Manchester United, Manchester City, a nawet Chelsea. I wszyscy sądzą, że chętni są skłonni zapłacić nawet 10 mln funtów, co byłoby absolutnym transferowym rekordem Polski. (Co ciekawe, według niektórych źródeł w bramce Celtiku mógłby za pół roku stanąć... Jerzy Dudek.)

Tyle ciekawostkowo, osobiście cały ten zgiełk staram się zagłuszać zdrowym rozsądkiem, a on podpowiada, że jest jeden arcymocny klub w Europie, który rzeczywiście klasowego bramkarza pilnie potrzebuje - AC Milan. I kandydaturę Boruca umieszcza bliska samego czuba listy życzeń. Rozmawiałem z Carlo Laudisą, czołowym włoskim ekspertem od mercato - jego zdaniem Polak zauroczył trenerski sztab mediolańczyków wiosną ubiegłego roku, a jesienią jeszcze umocnił ich uczucia. (Czterema meczami Celtiku z Milanem zapracował zresztą Boruc na świetną opinię w całej Italii, „La Gazzetta Sport” uznała go wręcz za trzeciego bramkarza świata AD 2007.)

Dlatego poniżej daję garść danych pomagających, jak mi się wydaje, śledzić fakty mogące transfer Boruca na San Siro - latem, teraz jest niemożliwy - urealnić lub uczynić nieaktualną spekulacją.

1) Dida, który stracił bramkarską moc po pamiętnych derbach Mediolanu w Lidze Mistrzów, kiedy dostał w głowę rzuconą z trybunem racą, musiałby - dla pchnięcia Boruca w kierunku San Siro - wciąż rujnować wysiłek kolegów z drużyny. W piątek trener Carlo Ancelotti po raz pierwszy wystosował coś w rodzaju ultimatum wobec Brazylijczyka, oświadczając, że jego cierpliwość i zaufanie zna granice, więc następna wpadka zepchnie chimerycznego golkipera na ławkę rezerwowych. Przyszłotygodniowy mecz z Napoli ma być ostatecznym testem, podobnie jak... każde następne spotkanie w tym sezonie. W rezerwie czeka 35-letni Australijczyk Zeljko Kalac, który również wirtuozem nie jest.

2)  Fiorentina musiałaby twardo obstawać przy swoim projekcie powrotu do ścisłej europejskiej czołówki. Nie Boruc bowiem jest wymarzonym bramkarzem dla ludzi z San Siro, lecz stojący między florenckimi słupkami Sebastian Frey. Francuz przyjechał do Włoch jako nastolatek, w Serie A debiutował jeszcze w poprzednim stuleciu, w CV ma już pracę w Interze Mediolan. No i rewelacyjnie broni. To absolutny faworyt Ancelottiego i jego przybocznych, ale Fiorentina na razie nie chce Freya oddać za żadną cenę. A właściciel Milanu Silvio Berlusconi od jakiegoś czasu obraca w palcach każde euro. Niedawno poskąpił nawet na bramkarza nad bramkarzami, Gianluigiego Buffona.

3) Szefowie Celtiku musieliby się okazać negocjatorami może i twardymi, ale w żadnym razie nie jak skała. Milan bowiem oczekuje, że Boruc nie będzie kosztował więcej niż 7-8 mln euro. Pokaźniejszej kwoty wydać nie chce także z powodu wysokiej pensji Didy, zarabiającego od zeszłego roku 4 mln euro rocznie (a to jest pensja netto, bez płaconych przez klub podatków).

Podsumowując: Dida zostaje w bramce rossonerich; pierwszy błąd wpycha do bramki Kalaca; główny cel Milanu - Frey - wydaje się raczej nieosiągalny; następni na liście życzeń są na dziś: Boruc i Gomes z PSV Eindhoven, a za nimi Bruno Fernandes z Flamengo.

00:55, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
piątek, 04 stycznia 2008

Ani myślałem bawić się dziś w rankingi kinowych arcydzieł, ale koledzy ze Zczuba tak mnie zeźlili, że nie pozostawili mi alternatywy. Zerknąłem na zachwalaną przez nich superkolekcję i w pierwszej chwili uznałem, że sporządzili dość przypadkowy spis filmów, które im się podobały, po czym beztrosko - jak to Zczubaki - obwołali je najlepszymi w historii. Ale nie, o przypadku nie mam mowy, bo na liście wyróżnionych tytułów tych rzeczywiście najlepszych nie ma właściwie w ogóle. („Właściwie”, bo dwa najlepsze - „Wściekły Byk” i „Rydwany ognia" - jakoś się uchowały.)

Złośliwie usiłowali wyprowadzić was w pole zamiast przywieść do ziemi obiecanej? Zazdrośnie zataili pozycje szczególnie smaczne? Nie mam pojęcia, zgadywał nie będę, z poczucia obowiązku rzucę tylko garstką tytułów istotnie najlepszych, nie klasyfikując ich, lecz ustawiając chronologicznie. W nawiasie zaś dodam, że niemal wszystkie łączy pewna cecha: traktują o sporcie i o czymś daleko więcej niż sport równocześnie.

„BILARDZISTA” (1961, reż Robert Rossen)

Zczubaki nie wiedzieć czemu napomykają o ćwierć wieku późniejszym „Kolorze pieniędzy”, czyli - przepraszam za dosadność, ale się nie powstrzymam - popłuczynach po pierwowzorze, a o samym pierwowzorze milczą. Tymczasem tutaj to Paul Newman jest młodym aroganckim mistrzem - wpierw lekceważącym rywali i niewystarczająco głodnym zwycięstwa, a potem doświadczającym niszczycielskiej siły dążenia do sukcesu za wszelką cenę oraz niewłaściwego wykorzystywania fantastycznego talentu.

„SAMOTNOŚĆ DŁUGODYSTANSOWCA” (1962, reż. Tony Richardson)

Uczciwie zaznaczam, że sport jest w tym klasyku tłem dla ostrej krytyki społecznej i historii o buncie, którego nie zgasi nawet obietnica sukcesu i wynikających zeń nagród. Ale przy okazji można poznać poznać odpowiedź na zawsze intrygujące pytanie, kiedy warto zniweczyć własny wysiłek i na mecie oddać zwycięstwo rywalowi.

„ROCKY” (1976, John. G. Avildsen)

Tak dobry, jak złe są następne części - z wieńczącą cykl, która staje się niezamierzoną autoparodią. Nic więcej nie dodaję, wszyscy wszystko wiedzą.

„KIEDY BYLIŚMY KRÓLAMI” (1996, reż. Leon Gast)

O legendarnej walce Muhammada Alego z Georgem Foremanem. Oskar dla najlepszego dokumentu.

„FUTBOLOWA GORĄCZKA” (1997, reż. David Evans)

Luźno oparty na książce Nicka Hornby’ego. Z życia wzięte, czyli jak nie zdradzić piłki dla kobiety. (Radzę trzymać się z dala od amerykańskiego remake’u sprzed kilku lat.)

„DZIECI NIEBIOS” (1998, Majid Majidi)

Tak, irański, nie bójcie się, poza Hollywood też istnieje kino. W tym wypadku - oryginalne, poruszające, odwołujące się do najprostszych emocji. Wszystko zaczyna się od pary trampek, a kończy - znów - na wyzwaniu najtrudniejszym: jak pobiec możliwie najszybciej, by dobiec do trzeciego miejsca, a zarazem nieprzesadnie szybko, by nie ponieść klęski, zajmując miejsce drugie lub pierwsze?

„O JEDNEGO WIĘCEJ” (2001, reż. Paolo Sorrentino)

Inspirowany prawdziwą, tragiczną historią włoskiego piłkarza Agostino di Bartolomei, który kilkanaście lat temu popełnił samobójstwo. Ukazujący futbol z innej strony, o której zazwyczaj nie myślimy- usłiłujący choćby analizować związek charakteru i osobowości z pozycją na boisku. (Ten film będzie wam najtrudniej zobaczyć, dla chcących szukać wydanych za granicą DVD oryginalny tytuł „L’uomo in piu”).

„CUD Z BERNA” (2003, reż. Sonke Woertmann)

Przebój w niemieckich kinach. Opowieść o drużynie Seppa Herbergera, która w 1954 roku w najbardziej sensacyjnym finale mistrzostw świata pobiła węgierską „złotą jedenastkę”, przywracając narodową dumę cierpiącym na powojenną traumę Niemcom. (Dla koneserów film składający się z samych wad, ale oferujący dużo wstydliwych przyjemności. No i dający do myślenia - dlaczego nikt jeszcze nie sfabularyzował na ekranie losów podbijającej świat reprezentacji Górskiego???)

„MILLION DOLLAR BABY” (2004, reż. Clint Eastwood)

Wykraczającą daleko poza sport opowieść o prozie bokerskiego życia i ciemnej stronie ringu sławiłem już tutaj.

„MURDERBALL- GRA O ŻYCIE” (2005, reż. H. A. Rubin, D. A. Shapiro)

Rugbyści na wózkach inwalidzkich przygotowują się do igrzysk paraolimpijskich. Sportu powrót do źródeł - z dala od komercji, jako trudu służącego przezwyciężaniu samego siebie.

Ufff, to był chyba mój najdłuższy wpis. Kto nie widział, niech szuka i ogląda. Najlepiej zaraz, bo tych najlepszych sportowych filmów uzbierałoby się drugie tyle i jeszcze trochę. Ale o nich innym razem.

13:54, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 03 stycznia 2008

Polscy siatkarze na niemal każdy prestiżowy turniej wyruszają osłabieni lub obolali. Rok 2002: na mistrzostwa świata lecą bez Pawła Zagumnego. 2004: na igrzyskach olimpijskich dochodzącego do siebie po kontuzji Zagumnego, naszego najwybitniejszego rozgrywającego, stać tylko na rolę rezerwowego. 2005: na mistrzostwa Europy nie jadą Kadziewicz, Ignaczak, Stelmach i Zagumny. 2007: ten sam turniej kadra musi przemęczyć bez Wlazłego i Gruszki.

Pełną swobodę wyboru selekcjoner reprezentacji miał tylko raz - podczas mundialu w 2006 roku, który w dodatku poprzedziło bezprecedensowo długie zgrupowanie. Polacy byli wówczas perfekcyjnie przygotowani, prowadzeni przez imponującego intuicją Raula Lozano, a grając w odległej Japonii, presję oczekiwań całej Polski odczuwali mniej niż zwykle. I odnieśli najwspanialszy sukces od 30 lat - przywieźli srebrny medal.

Wniosek zdaje się oczywisty - zwyciężyli tylko wtedy, gdy absolutnie wszystko układało się po ich myśli. Kiedy natrafiali na przeciwności losu, wypadali co najwyżej przyzwoicie. A czasem beznadziejnie.

Wyprowadzać kolejne wnioski aż strach. Do olimpijskich kwalifikacji w Izmirze Polacy przystąpią zdziesiątkowani jak nigdy. Padły dwa z trzech fundamentów reprezentacji (Wlazły i Winiarski, ostał się tylko Zagumny); nie wyleczył się specjalnie ceniony przez Raula Lozano za atuty mentalne Kadziewicz; na zdrowie narzeka Świderski; newralgiczne zadania atakującego będzie być może wypełniał Gruszka, który na tej pozycji występował dwie epoki temu; odbierać serwisy rywali musi reprezentacyjny żółtodziób Gierczyński. Ci ludzie nigdy w takim zestawieniu nie grali i prawdopodobnie nigdy - po powrocie z Turcji - nie zagrają. A od poniedziałku mają starać się o triumfy w najbardziej zespołowej spośród gier, w której sukces wykuwa się miesiącami (latami?) wspólnych ćwiczeń i w której do klęski wystarczą niedokładności mierzone w milimetrach.

Pociesza jedno - w tak dramatycznych okolicznościach szaleństwem byłoby obarczać siatkarzy metką faworytów turnieju, której serdecznie nie znoszą, a ewentualne niepowodzenie nie będzie końcem świata. Oba poprzednie awanse na igrzyska olimpijskie Polacy zdobywali przecież w ostatniej chwili, w słabiej obsadzonych kwalifikacjach interkontynentalnych. Dlatego do Izmiru nie powinni jechać jak na skazanie, ale z poczuciem, mają o niebo więcej do zyskania niż stracenia - po rozpadzie kadry awans do Pekinu byłby fantastyczną niespodzianką.

19:23, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
środa, 02 stycznia 2008

l 

Wczoraj pisałem o transferowych rekordach w skali globalnej, które moim zdaniem w tym roku nie padną, dzisiaj chciałbym posmędzić o naszej - polskiego futbolu - skromnej rólce w transferowym show.

Wciąż bowiem nie mieści mi się w głowie, że Polak nie potrafi. Jego obezwładniającą niemoc w ubiegłym roku symbolizowały dla mnie losy Radosława Matusiaka (na zdjęciu), o którym nie wystarczy powiedzieć, że skok na ligę włoską mu się nie powiódł. Nie, stało się coś smutniejszego - on poddał się po zaledwie kilku miesiącach, zrejterował z Palermo do Heerenveen, by ligi holenderskiej również nie podbić. A my mogliśmy skonfrontować Matusiaka klęskę z karierą np. niejakiego Marka Hamsika. Ten 20-latek pochodzi ze Słowacji, uczył się kopać piłkę w prowincjonalnym klubiku pod Bańską Bystrzycą, w lutym zadebiutował - w sparingu z Polską - w reprezentacji kraju.

Wiosną Hamsik grał w drugiej lidze włoskiej, jesienią trafił do pierwszej. I wziął ją szturmem. Jeśli przyjąć za kryterium średnią not przyznawanych przez dziennikarzy, w 2007 roku lepsi od niego wśród pomocników byli tylko Luis Figo, Cristiano Doni, Esteban Cambiasso i Pavel Nedved.

Przywołuję postać Hamsika, bowiem wywodzi się on z bliskich nam okolic, z kraju niemocniejszego od Polski ekonomicznie, o podobnym klimacie, bez sukcesów w międzynarodowej piłce. Porównywać nasze realia do tych wszystkich Holandii, Francji czy Hiszpanii, gdzie świetnych zawodników masowo produkuje niezwykle efektywny system szkolenia, nie ma sensu. Nawet o Czechach zmilczę, bo oni w know-how zachodnim potęgom nie ustępują.

Hamsik należy jednak do idących szeroką ławą piłkarzy z krajów pokomunistycznych, których w europejskiej czołówce rozpleniły się tabuny. Widziałem to podczas świąt podczas transmisji niezmordowanej ligi angielskiej: Serba Vidicia jako fundament defensywy Manchesteru United, Białorusina Hleba czarującego w koszulce Arsenalu, Bułgara Petrowa napędzającego natarcia Manchesteru City, innego Bułgara Berbatowa ostrzeliwującego rywali Tottenhamu. A wcześniej oglądałem w Lidze Mistrzów: młodziutkiego Chorwata Rakiticia w Schalke, trafiającego do bramki Realu Macedończyka Pandeva z Lazio, Rumuna Chivu i Serba Stankovicia bijącego rekordy z Interem, Gruzina Kaładze w sercu defensywy broniącego trofeum Milanu etc.

Wyliczankę można ciągnąć, by po jej zakończeniu - co nastąpiłoby pewnie gdzieś w okolicach zatrzaśnięcia styczniowego okna transferowego - przypomnieć nagie polskie fakty. O rozdziale w naszym futbolu osobnym, czyli ratujących jego beznadziejną reputację bramkarzach; o Żurawskich, Rasiakach, Saganowskich i innych Matusiakach, którzy albo właśnie szukają jakiegokolwiek pracodawcy dającego im grać, albo nie szukają, bo na ławce im dobrze; o niepojętej i bezwyjątkowej niezdolności do spędzenia przez naszego rodaka wieloletniej kariery w mocnym zachodnim w klubie, z którego go nie przepędzą, lecz pożegnają na uroczystej gali. (Po raz wtóry zaznaczam: pomijam futbolową konkurencję indywidualną, czyli golkiperów.)

Tak, wiem, teraz należałoby odprawić inny nieśmiertelny obrzęd. Podać tradycyjną litanię o braku boisk, o nieoduczeniu trenerów, o indolencji i lenistwie pezetpeenowskich darmozjadów, o selekcyjnym chaosie zamiast zorganizowanego odsiewania jednostek utalentowanych z tłumu nieutalentowanych.

Wszystko święta prawda, ale święta prawda nie musi nas przekonywać i pozbawiać nadziei. Ślepego trafu mamy prawa wypatrywać jak każda liczna nacja na planecie, jeden Małysz nie mógł wyczerpać całego limitu. Kiedyś, do cholery, i nam się trafi cud. Do normalności - o ile w ogóle do niej zaczniemy zmierzać - dotrzemy za mniej więcej milion lat, ale transferowy megahit zwyczajnie powinien wreszcie spaść nam z nieba. Z tych samych względów, dla których udało się tej dziewczynie:

20:54, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
wtorek, 01 stycznia 2008

l 

Myślę o megahicie w sensie stricte ekonomicznym, czyli pobiciu lub choćby zbliżeniu się do rekordu wszech czasów, który sześć lat ze sporym okładem temu ustanowił Real Madryt, płacąc za Zinedine’a Zidane około 76 mln euro.

Pytanie jest na czasie, bowiem od północy znów można handlować żywym piłkarskim towarem (do końca stycznia), więc wkrótce znów zasypią nas plotki, bzdury i kompletne bzdury rozsiewane z tym okazalszą metką wiadomości „absolutnie pewnej”, im mniejsze szanse będzie miała znaleźć potwierdzenie w rzeczywistości. Sygnał dał już - któżby inny - Ramon Calderon, prezes Realu właśnie. Bąknął, jak bardzo marzy o pozyskaniu Cristiano Ronaldo, przyznając zarazem, iż uważnie monitoruje - cokolwiek miałoby to znaczyć - sytuację Portugalczyka w Manchesterze United. I naraził się nawet na gniew trenera Aleksa Fergusona.

Rozstrząsając, czy ustanowienie kolejnego transferowego rekordu jest możliwe, trzeba najuważniej spoglądać właśnie na Madryt, bowiem Real wciąż wydaje najwięcej. A kiedy przestał pokonywać kolejne finansowe bariery - w pamiętnym roku 2001 - nikt inny forsować już ich nie chciał. Po wyprowadzce z Juventusu Turyn Zidane’a rozpoczął się schyłek ery totalnego szaleństwa nieodpowiedzialnych prezesów, którzy doprowadzili do bankructwa lub prawie do bankructwa mnóstwo klubów, od Lazio i Parmy począwszy, a na Leeds i Borussii Dortmund skończywszy.To oni - wyższa klasa średnia w piłce klubowej - wyznaczali wówczas trendy. Skoro płacili kilkadziesiąt milionów za piłkarzy bardzo dobrych, elita musiała płacić jeszcze więcej za piłkarzy wybitnych.

Kiedy rzekome wschodzące potęgi - czy raczej: bogaci z aspiracjami odpowiadającymi możliwościom bardzo bogatych - padły, przestały padać rekordy. Od 2002 roku już tylko jeden zawodnik - Andrij Szewczenko - kosztował niemal 50 mln euro.

I tak raczej pozostanie. Przynajmniej w najbliższej przyszłości. Dziś rekordowych pułapów mógłby sięgnąć wyłącznie transfer zawodnika, który spełniałby mnóstwo warunków - nie tylko genialnie kopał piłkę, ale był stosunkowo młody, pełnił na boisku rolę ofensywną, już teraz miał markę gwarantującą bajeczne marketingowe zyski oraz już teraz grał w jednym z najsłynniejszych klubów.

Wszystkie warunki spełnia zaledwie kilku ludzi. Moim zdaniem czterech: Cristiano Ronaldo, Kaka, Lionel Messi oraz Zlatan Ibrahimović. Choć ten ostatni spełnia je w najmniejszych stopniu, bo jego wizerunek - arcymocny we Włoszech - nie czyni go jeszcze bohaterem masowej wyobraźni w skali globalnej.

Żadnego z nich obecny klub - Manchester Utd, Milan, Barcelona oraz Inter - jednak sprzedać nie zamierza, zwłaszcza że żadnego nie byłby w stanie zastąpić także w sensie marketingowym. Dlatego szlagierem sezonu - choć raczej letniego, nie zimowego - będzie prawdopodobnie sprzedaż Ronaldinho. On też podane kryteria spełnia, ale rekordu Zidane'a nie pobije, bo aż dwie z trzech stron ewentualnej transakcji - zawodnik i jego aktualny pracodawca Barcelona - bardzo chcą rozstania.

20:48, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Niech wasze ulubione drużyny przegrywają, ale tylko czasem, rzadziutko, najwyżej raz, by nieustające sukcesy wam nie spowszedniały.

Niech wasze ulubione drużyny zagrają niekiedy byle jak albo nawet upiornie brzydko, byście w pełni docenili te niezapomniane wieczory, w których wypadną oszałamiająco.

Niech sportowcy - wszyscy, nie tylko wasi ulubieni - nawet jeśli polegną w boju o złoto lub wręcz wylądują na okropnym czwartym miejscu, znajdą pocieszenie w uczuciu satysfakcji, że zrobili ciut więcej niż mogli, więc wygrali bez względu na wynik.

A wy, stali i przypadkowi bywalcy tego bloga, wygrywajcie zawsze. Oczywiście poza tymi chwilami, w których pokona was ktoś, kogo radością ze zwycięstwa będziecie się cieszyć mocniej niż swoim własnym triumfem.

Albo prościej - niech następny rok będzie jeszcze lepszy.

Teraz - przed ogólnoświatowym terrorem obowiązkowego balowania uciekając jak zwykle do kina - zostawiam was z kawałkiem futbolowej poezji śpiewanej w stylu punk. Do zobaczenia (przeczytania?) w Nowym Roku, czyli - mam nadzieję - do jutra.

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
Archiwum
Tagi