RSS
środa, 19 grudnia 2007

lZ pomysłem, by za transfer wybitnego piłkarza zapłacili kibice, mógł wystrzelić tylko prezes Milanu Slvio Berlusconi. Łapczywy, obracający w palcach każde euro biznesmen, a zarazem wielki innowator, który propagował likwidację limitów na obcokrajowców w zespołach klubowych, zbudował na odludziu drugi dom dla zawodników (Milanello), inspirował zaprzegnięcie nauki i hi-tech (MilanLab) etc.

„Mam pomysł. Zorganizujmy zrzutkę wśród fanów. W ten sposób zrobią sobie i swojemu prezesowi wspaniały prezent pod choinkę” - wypalił z właściwą mu skromnością w radiu Rtl 102,5. I dodał na zachętę, że z jego informacji wynika, iż Ronaldinho przeżywa teraz w Barcelonie bardzo ciężkie chwile.

Na apel pierwsi zareagowali mediolańscy radni. (Oczywiście nie ci, którzy trzymają z Interem.) Ogłosili, że są gotowi dobrowolnie się opodatkować - oddając tysięczną część rocznych zarobków - jeśli przykład da Berlusconi.

Z pomocą natychmiast przyszli badacze z uniwersytetu Navarry, którzy sobie tylko znanymi metodami szacują rynkową cenę piłkarzy, biorąc pod uwagę ich umiejętności, wiek, aktualny zarobki, długość kontraktu, sytuację w klubie oraz wartość marketingową nazwiska. Ronaldinho ponoć nie kosztuje już 80 mln, lecz 66 mln euro.

I tyle jednak uzbierać nie byłoby łatwo. Berlusconi w zeszłym roku zarobił - przynajmniej oficjalnie - 28,03 mln euro. Promil jego dochodu nie dałby nawet 30 tys. euro, czyli nie starczyłby nawet na tygodniówkę Brazylijczyka. A kibice? Milan ma ich miliony, ale załóżmy, że w zbiórce bierze udział robi 80 tys. tych, którzy wypełniają San Siro na największych szlagierach. Każdy musiałby wyłożyć, bagatela, 825 euro.

A przecież żaden nie miałby pewności, czy za rok lub dwa Ronaldinho znów nie zechce zmienić klubu. Za okaz lojalności przestali go już uważać najbardziej bezkrytyczni kibice... Sprzedać Brazylijczyka mógłby też zechcieć Milan. I gdyby właściciel Chelsea zaoferował, powiedzmy, 100 mln, kto miałby podjąć decyzję o transferze? Czy klub miałby moralny obowiązek przeprowadzić sondaż wśród kibiców?

Możemy się pobawić i poteoretyzować, ale dla mnie całe to wokółronaldiniowe rozdzielanie włosa na czworo przez obrzydliwie bogatego Berlusconiego jest chyba najmocniejszym dotąd sygnałem, że era transferowych rekordów minęła. Jeszcze niedawno ewentualne 66 mln - myślę, że za tyle Barca rzeczywiście by swój skarb oddała - za ledwie 27-letnią megagwiazdę (przede wszystkim pod względem marketingowym) byłoby kwotą absolutnie do przyjęcia.

Zidane, gdy Turyn zamieniał na Madryt, był dwa lata starszy. Ale to było dawno, dawno temu. W ostatnich pięciu sezonach chyba tylko za Szewczenkę i Rooneya trzeba było zapłacić cenę zbliżoną do rekordów wszech czasów.

Teraz na placu gry zostali najpewniej już tylko Abramowicz i Berlusconi. Kibice nowego rekordu raczej nie ustanowią.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
wtorek, 18 grudnia 2007

Odkąd FIFA odebrała selekcjonerom i kapitanom reprezentacji pełną wolność, zawężając pole wyboru najlepszego piłkarza roku na świecie do narzuconej odgórnie listy nominowanych, przedstawiciele egzotycznych państewek nie głosują już na egzotycznych piłkarzy, o których słyszano tylko w egzotycznych państewkach. (W procederze swój udział miał - jako trener Syrii - Janusz Wójcik.) Wnikliwsza analiza rozkładu głosów wciąż jest jednak frapująca.

Oto przyznający „polskie” punkty Leo Beenhakker, który jak wszyscy wskazał trzy nazwiska, nie znalazł na podium miejsca ani dla ostatecznego zwycięzcy Kaki, ani dla wicelidera plebiscytu FIFA Leo Messiego.

Jego werdykt zaskakuje tym bardziej, że jurorzy typowali wyjątkowo jednomyślnie i wspomniany duet zebrał więcej punktów niż cała reszta stawki razem wzięta. Beenhakker był jedynym obok Bułgara Penewa selekcjonerem z Europy, który pominął obu zwycięzców. I jednym z 12 trenerów z całego świata - pomijam tu Dungę, bo on nie mógł głosować na swoich "Canarinhos".

Oryginalnego wyboru dokonali opiekunowe drużyn narodowych z: Antiguy i Barbudy, Komorów, Wysp Cooka, Dominiki, Kenii, Malediwów, Nigru, Pakistanu, Tunezji, Wysp Św. Tomasza i Książęcej oraz Wysp Turks i Caicos. Niezłe towarzystwo, co? (Błagam, nie krzyżujcie mnie, gdybym coś pokręcił w tej ostatniej nazwie, ale mapę świata na pamięć znałem ostatnio w podstawówce. A poza tym, jeśli oni mają głos, to dlaczego nie oddać go trenerowi i kapitanowi Milanu Milanówek? Nazwa brzmi bardziej serio, a i drużyna pewnie nie gorsza.)

Co ciekawe, nasz Leo drugą pozycję oddał Thierry’emu Henry’emu, moim zdaniem najbardziej przecenionemu w plebiscycie. Francuz zajął wysokie, ósme miejsce, choć wiosną w Arsenalu głównie się leczył, a jesienią w Barcelonie nie odzyskał dawnej formy i zabójczej skuteczności. To był jego najgorszy rok od... sam już pewnie nie pamięta, od kiedy.

PS Od siebie dodam, że gdybym mógł głosować, to bym w geście protestu nie zagłosował i dokonał spektakularnego samospalenia pod siedzibą FIFA w Zurychu. Musieli się nagłowić mędrcy, by pośród 30 nominowanych nie zmieścić Zlatana Ibrahimovicia, który zasłużył, by walczyć o podium!

23:25, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 grudnia 2007

lZarobki Fabia Capella, ze wszystkimi premiami mogące sięgnąć nawet sześciu milionów funtów, wywołały na Wyspach niemałe kontrowersje, ale jeden z szefów angielskiej federacji spokojnie odparł ataki, stwierdzając, że byłby w stanie nowemu selekcjonerowi reprezentacji zaoferować dowolną kwotę, bowiem przyszłoroczne przychody jego organizacji szacuje na miliard funtów. Czyli budżet Football Association nawet łączonej gaży Kaki oraz Ibrahimovicia (najlepiej obecnie opłacanych graczy globu) niemal by nie poczuł.

Niewykluczone, że nieostrożne słowa Briana Barwicka osłabią pozycję negocjacyjną FA w rozmowach z następcą Capella (skoro można zażądać dowolnej kwoty...). Wiele jednak nie napsują, bo od kilku tygodni wiadomo, że wyspiarzy można naciągnąć na każdą pensję. Najobficiej opłacanym obok Capello trenerem świata jest przecież Juande Ramos. Fachowiec nie byle jaki, w Sevilli czynił cuda, ale teraz najął go klub bliższy strefy spadkowej niż awansu do europejskich pucharów. Wyobrażacie sobie, że w drużynie o statusie Tottenhamu - mimo aspiracji londyńczyków - gra piłkarz o najwyższych zarobkach na całej planecie? (Tak, wiem, Beckham w LA zarabia nieźle, ale w mojej jaźni dla całego tego amerykańskiego cyrku miejsca nie ma.)

Oto czołowa dziesiątka trenerskich krezusów (podstawowa pensja, bez premii):

1. Fabio Capello – 6,2 mln euro

2. Juande Ramos - 6 mln

3. Roberto Mancini - 5 mln

4. Carlo Ancelotti - 4,5 mln

5. Alex Ferguson - 4 mln

6. Bernd Schuster - 4 mln

7. Arsene Wenger - 4 mln

8. Rafael Benitez - 3,5 mln

9. Sven Goran Eriksson - 3 mln

10. Frank Rijkaard - 3 mln

Czub klasyfikacji byłby jeszcze bardziej zaskakujący, gdyby wziąć pod uwagę Jose Mourinho. Portugalczyk jest obecnie bezrobotny, ale nie stracił ani eurocenta ze swoich 7,5 mln euro rocznej gaży. To on jest symbolem ery, w której najwybitniejsi szkoleniowcy doścignęli na liście płac gwiazdy boiska. W pełnej wielkich piłkarskich osobowości Chelsea długo - przed podwyżkami dla Terry’ego i Lamparda oraz transferami Szewczenki i Ballacka - zarabiał zdecydowanie najwięcej.

Ekstrawagancja? Właściciele Tottenhamów i innych Manchesterów City poupadali na głowy? Odważnie odpowiedziałbym na własne pytania, gdyby mojego spojrzenia na kwestię wynagrodzeń w sporcie nie zaburzył sułtan Brunei. On płaci dwa miliony euro rocznie swojemu nauczycielowi badmintona.

PS Dopiero co napisałem w felietonie do dzisiejszej "Gazety Sport" , że z niecierpliwością wyczekuję słownych potyczek Capella z nowymi znajomymi, którzy są przeświadczeni o nieśmiertelnej wielkości angielskiej filozofii futbolu, a Don Fabio zdążył już w swoim stylu skwitować niedzielne szlagiery Premier League (niniejszy akapit wziąłem z "Guardiana", wytłuszczenie moje):

"Though his 4½-year contract does not come into force until January 7, the Italian said that he effectively began yesterday, when he watched Arsenal beat Chelsea and Manchester United win at Liverpool. Those matches were high on speed and energy, but short on technique and tactical intelligence. When asked if a tendency to play with the heart rather than the brain has been one of the reasons for England's failure at recent tournaments, Capello smiled before breaking back into English to chirp: "Good question!" He then reverted back to Italian to say, "that is something I will work on."

23:37, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 16 grudnia 2007

Pilnie śledzę skład Interu Mediolan, ponieważ w felietonie przed startem Ligi Mistrzów prorokowałem, że jako pierwszy czołowy europejski klub wystawi jedenastkę bez Europejczyków, i teraz chcę się pochwalić swoją przenikliwością, kiedy do tego wreszcie dojdzie. (Projekty w typie wszechbrazylijskiej Pogoni pomijam, bo nie interesują mnie kuriozalne idee fixe, lecz normalne drużyny, do których kaperuje się możliwie najlepszych graczy. Zresztą w Szczecinie zawsze grał jakiś Europejczyk - Pesković lub Fabiniak.) Dzisiaj mediolańczycy zaczęli ligowy mecz z Cagliari w składzie:

Bramkarz: Julio Cesar (Brazylia).

Obrona: Maicon (Brazylia), Cordoba (Kolumbia), Samuel (Argentyna), Maxwell (Brazylia).

Pomoc: Zanetti (Argentyna), Cambiasso (Argentyna), Chivu (Rumunia).

Atak: Suazo (Honduras), Crespo (Argentyna), Cruz (Argentyna).

Gołym okiem widać, że od przejścia do historii dzieliło Inter jedno nazwisko - Rumuna Chivu. Dlatego nie wracałbym przedwcześnie do tematu, gdybym nie przypomniał mi się poranny finał klubowych mistrzostw świata między Milanem i Boca Juniors. Argentyńczycy przegrali zasłużenie, ale na pewno nie wyglądali na postaci z innej - mniej kolorowej - bajki, przez niemal godzinę tocząc wyrównany bój ze zwycięzcą Ligi Mistrzów.

Nie wyglądali na piłkarzy słabszych pod każdym względem, choć logika nakazywałaby oczekiwać, że wyglądali będą. Podobnie zresztą jak gracze ze wszystkich innych klubów z Ameryki Południowej w starciach z europejskimi rywalami. Ich najjaśniejsze gwiazdy emigrują na Stary Kontynent od zawsze, ale dopiero stosunkowo niedawno masowo emigrować jęły także gwiazdy nienajjaśniejsze, mniej jasne i mieniące się blaskiem raczej bladym. W Europie grają już nie setki, lecz tysiące Latynosów - zwłaszcza z Argentyny i Brazylii.

Taki odpływ krwi powinien odbić się na poziomie gry tamtejszych klubów, tymczasem dwie poprzednie edycje klubowych mistrzostw świata wygrali właśnie południowi Amerykanie - brazylijskie Sao Paulo oraz Internacional Porto Alegre pokonały odpowiednio Liverpool i Barcelonę. Wyobrażacie sobie, kto grałby w polskiej pierwszej lidze, gdyby znienacka opuściło ją 1000 najlepszych zawodników?

Ja sobie wolę nie wyobrażać. Lepiej zachwycać się kunsztowną techniką Argentyńczyków z Boca Juniors, którzy bimbają sobie z teorii, że każda populacja dysponuje ograniczonym odsetkiem ludzi utalentowanych sportowo. I proponują własną: wylosuj spośród nas dowolną jedenastkę, a będziesz miał świetną drużynę.

PS. Chętnym proponuję na forum zabawę w zestawianie jedenastek marzeń, które mogłyby wystąpić w meczu Europa - Ameryka Łacińska, gdyby ktoś taki mecz zorganizował. Tylko nie proponujcie doboru losowego :-)  A poniżej macie dowód, że dryblerska fantazja Latynosów nie zna granic. Ciekawe tylko, czy wynalazek Kerlona zadziała w Europie...

22:46, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
sobota, 15 grudnia 2007

Sam tej wróżby nie wymyśliłem, zobaczyłem ją przed chwilą w oczach ślęczącego na ławce rezerwowych Ronaldinho, który nie podrywał się z entuzjazmem po golach strzelanych Valencii przez jego kolegów. Bo niby co miał celebrować? Kolejne dowody, że jest katalońskiej potędze zbędny? Rolę zmienników musiało już ścierpieć wielu wybitnych piłkarzy, ale jego - dopiero co obwoływanego najlepszym graczem globu - boli pewnie specjalnie.

A tuż przed przerwą, kiedy kontuzji doznał Leo Messi, trener Frank Rijkaard zareagował tak, jakby chciał Ronaldinho ostatecznie poniżyć. Pchnął na boisko młokosa Giovaniego dos Santosa.

Nie są to dobre wieści dla Realu Madryt. Jego bramkarz Iker Casillas, który ogłaszał niedawno, że Katalończycy weszli w erę galaktyczną, ewidentnie się pomylił. Dzielił się swoją refleksją z niejaką satysfakcją, bo dla niego przymiotnik „galaktyczny” - zrodzony z podziwu dla gwiazd hurtowo skupowanych kilka lat temu przez madryckiego potentata - ma wydźwięk szyderczy. W stolicy Hiszpanii „galaktyczne” święte krowy zepchnęły sport na dalszy plan, niezależne od formy miejsce w drużynie gwarantowały im względy marketingowe, nietykalności nie odbierała żadna klęska.

I Real - zarabiając gigantyczne pieniądze - odcierpiał najdłuższy okres porażek w dziejach klubu.

Barcelona na miano „galaktycznej” zasługuje na razie z jednego względu - rzeczywiście kolekcjonuje fantastycznych piłkarzy, i to w każdej formacji, po raz pierwszy od lat nie rażąc nierównowagą obrony i ataku. Prowadzi wzorową politykę transferową, luki w składzie - jeśli w ogóle wypada używać takiego terminu - uzupełnia graczami nie zawsze błyszczącymi w telewizyjnych reklamówkach, ale zawsze świetnymi (Abidal, Milito, Yaya Toure, Gudjohnsen etc). Ewentualnie - cudownymi dziećmi własnej receptury (Iniesta, dos Santos, Krkić). Gdyby jakoś skwantyfikować i policzyć futbolowy talent w najpotężniejszych europejskich klubach, okazałaby się pewnie murowanym faworytem Ligi Mistrzów.

Cała reszta z osławioną madrycką „galaktycznością” nie ma dużo wspólnego. Na nic złość sponsorów, trener Rijkaard pozostaje nieugięty i marketingowy skarb Barcelony - Ronaldinho - zsyła na ławkę rezerwowych.

Na tydzień przed batalią z Realem Madryt mogliby zatem być kibice z Katalonii absolutnie pewni siebie, gdyby nie jeden drobiazg - rywale, choć mniej pośród nich pełnokrwistych piłkarskich osobowości, wydają się grupą bardziej zwartą, zdeterminowaną, głodną triumfów. Czyli również nie mającą kompletnie nic wspólnego z erą galaktyczną.

I całe szczęście - przed starciem hiszpańskich potęg znów nie wskazać faworyta. Można za to spodziewać się spektaklu na poziomie tego z wiosny:

23:41, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
piątek, 14 grudnia 2007

l 

Władze Ekstraklasy nałożyły na polski klub, nie po raz pierwszy w bieżącym sezonie, grzywnę za rasistowskie zachowanie kibiców, wyrażające się tym razem imitującym małpie odgłosy pohukiwaniem, które rozbrzmiewało, gdy przy piłce był czarnoskóry zawodnik drużyny gości.

To nie jest na szczęście stały obyczaj na naszych stadionach. Incydent ów przywołuję, bowiem przez dyskusję - bardzo interesującą - na forum po moim wpisie o pewnej fladze przewijało się rozstrząsanie, czy ludzie, którzy ją wywiesili, mają poglądy neonazistowskie, czy jednak nie mają. I czy my - bezstronni obserwatorzy - nie powinniśmy przed potępieniem ich sprawdzić, jakie przy eksponowaniu liczby „88” przyświecały im intencje, czy czasem nie ironizują lub nie próbują nas nauczyć poczucia humoru.

Dlatego teraz, przy okazji epizodu rasistowskiego, od razu zaznaczam: nie obchodzi mnie, czy pohukujący są rasistami. Co więcej, przypuszczam, że rasistami nie są. Chcą zapewne „tylko” w ohydny sposób zdeprymować przeciwnika.

Tyle że przepisy UEFA - i, moim zdaniem, elementarne poczucie przyzwoitości - nakazuje zakazywać nie tyle pewnych poglądów (ich nie sposób sprawdzić), co gestów. Niech sobie każdy myśli, co chce, obowiązkowego prania mózgów demokracja nie przewiduje. Ale ktoś, kto z powodów praktycznych - np. chęci uprzykrzania życia rywalowi - zachowuje się jak rasista, ukarany być powinien. Nawet jeśli rasistą nie jest. (Odsyłam do felietonu sprzed lat, w którym rzuciłem pomysł, jak sobie z tym problemem radzić.)

Z przekonania, że najważniejsze są intencje, wzięła się popularność innego chwytu polemicznego adwersarzy, czyli czytelników oburzonych moim oburzeniem flagą z dwiema ósemkami (już niekoniecznie debatujących akurat na moim blogu). Usiłują oni zredukować problem do absurdu, proponując alternatywne symbole lub napisy, które mogłyby ukłuć takich nadwrażliwców jak ja (np. „43 minuta drugiej połowy”), lub pytając, czy należy również zakazać rozgrywania 88. minuty meczu, numeru 88 na koszulkach etc. Taka metoda uniemożliwia rozsądną debatę, bo przy jej pomocy można uczynić niedorzeczną każdą tezę, nawet nie wywołującą kontrowersji (szlaban na swastykę nie oznacza przecież, że trzeba tropić każdy przedmiot lub np. układ ulic, w który dałoby się swastykę wrysować).

Dlatego swoją konkluzję chciałbym wyprowadzić z minimum, co do którego - mam nadzieję - się zgadzamy: istnieją symbole niepożądane, których na stadionach nie chcemy. A jeśli tak, to ktoś musi decydować, czy dany transparent można wywiesić.

Przekonaliśmy się już, że nie warto dokonywać interpretacji podczas meczu. Najgłośniejszy był incydent z meczu Legia - Jagiellonia, bowiem nadgorliwość delegata PZPN doprowadziła do niepotrzebnego przerwania gry. A pomyłek zdarza się więcej. Sam wiem, że inny przedstawiciel związku kazał niedawno zdjąć z trybun Cracovii flagę bez żadnych żadnych podejrzanych treści, bowiem miała napis po łacinie, a on łaciny nie znał.

Innymi słowy, mój - i, na szczęście, również piłkarskich władz - postulat, by transparenty wcześniej zgłaszać do akceptacji, może w pewnym sensie bronić kibiców przed niekompetencją delegatów. Po zmianie regulaminu nie będą naprędce analizować w trakcie gry każdej flagi, lecz każą zdjąć wyłącznie te, które nie zostały dopuszczone. Nawet jeśli będzie na nich Pies Pluto wyszczekujący serenadę pod balkonem królowej Elżbiety.

Dlatego nie pojmuję, czemu taki opór wśród czytelników wzbudza idea przepisu o zatwierdzaniu transparentów. Opór kiboli przyjmuję ze zrozumieniem, oni by chcieli ocalić te swoje „pozdrowienia do więzienia” i inne wierszydła. Ale normalni kibice?

A wszystkich apelujących ironicznie o usunięcie „88” z koszulek zachęcam do przeczytania historii tureckim prawniku, który żąda walkowera dla Fenerbahce w meczu Ligi Mistrzów z Interem, zarzucając mediolańczykom, że obrazili muzułmanów, bowiem założyli koszulki kojarzące mu się z zakonem Templariuszy.

Powiem szczerze: jego nawet rozumiem. Pewnie nie może przeżyć porażki 0:3, więc desperacko szuka jakiegokolwiek sposobu, by odwrócić losy meczu :-)

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (98) »
czwartek, 13 grudnia 2007

l 

W studiu programu TVP podsumowującego wieczór Ligi Mistrzów czas pędzi jak oszalały, więc nie zdążyłem szczegółowo wyłożyć Jackowi Kurowskiemu wszystkich powodów, dla których na jego pytanie o największą gwiazdę jesieni w tych rozgrywkach odpowiedziałem wymijająco. Na szczęście blogowanie daje możliwości nieograniczone.

A zatem - jak powiedziałby mój ulubiony Adaś Miauczyński - dowyjaśniam.

Początkowo miałem trzy kandydatury - Leo Messiego, Cesca Fabregasa oraz Cristiano Ronaldo. W tej kolejności. Wszyscy bardzo młodo - z różnych przyczyn - zostali liderami słynnych drużyn, które grają pod potworną presją, niejako zobowiązane do zwyciężania zawsze i wszędzie. I olśniewał zwłaszcza Messi, pozwalając fanom Barcelony zapomnieć o rozmaitych perturbacjach trójki megagwiazd - Ronaldinho, Henry'ego oraz Eto'o.

Niestety, żaden z moich faworytów nie wytrwał do ostatniej kolejki. Nie z własnej winy, lecz głównie wskutek swej fantastycznej gry (wyjąwszy kontuzję Fabregasa), która dała błyskawiczny klubowi awans do następnej rundy i pozwoliła trenerom najcenniejsze skarby odsunąć na trybuny, by oszczędzić je na ważniejsze wyzwania.

A ja chciałem znaleźć bohatera wszystkich, co do jednej, kolejek Champions League.

Znalazłem trzech. Ruuda van Nistelrooya, Raula Gonzaleza, Robinho. (Dlatego nazywam swoją odpowiedź wymijającą.)

Ci znakomici atakujący unieważnili zatrzęsienie błędów w defensywie popełnionych przez Real Madryt, którzy jako jedyni wygrali swoją grupę tracąc aż dziewięć bramek. I właśnie dlatego kanonada moich wybrańców musiała trwać po ostatnie tchnienie Ligi Mistrzów tego roku.

Sami strzelili 11 goli. Dwa pozostałe - Balboy oraz Baptisty - padły po podaniach Robinho. Czyli razem wzięci przyłożyli stopy do wszystkich zakończonych powodzeniem natarć „Królewskich”. Takiego tercetu nie miała żadna inna drużyna.

Trafienia van Nistelrooya nie zaskakują, on prawie nigdy nie ustawał w parciu po snajperskie rekordy.

Raul Gonzalez był jedną z ofiar madryckiej ery galaktycznej. Został niemal skreślony, w wieku 28 lat uznano go za gracza wypalonego i - jak się okazało dzięki kolumniście dziennika „Marca” Fabio Capello - zbędnego, bo Real planował go sprzedać. Teraz Raul uzbierał już 11 bramek, najwięcej od pięciu sezonów, i wrócił do najściślejszej elity europejskich gwiazd. W gazetach opowiada, że ocaliło go spanie pod namiotem tlenowym (samemu, bez kobiety, czyli niegrającym w LM nie polecamy), a trener reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones podczas lektury wywiadów pewnie się serio zastanawia, czy wypada mu nie zabrać Raula na Euro 2008.

Wreszcie Robinho. Wymachiwał stopami nad piłką z coraz lepszym skutkiem i jak po Romario przyszedł Ronaldo, po Ronaldo - Ronaldinho, a po Ronaldinho - Kaka, tak po Kace może nadejść era Robinho. Trener dał mu pełną wolność na boisku, a ten, niespętany sztywnymi wytycznymi, rozrabia na obu flankach i w środku pola - zupełnie jak w brazylijskiej kadrze, w której cieszy się już estymą większą nawet niż Kaka i Ronaldinho.

To miała być jesień barcelońskiej „Fantastycznej czwórki”. Messi, Henry, Ronaldinho oraz Eto'o razem jednak nie zagrali.

A nieopodal, w Madrycie, niespodziewanie rozbłysła fantastyczna trójka. Nawet jeśli najpiękniejszego gola jesieni strzelił Zlatan Ibrahimović, który też grał jesienią świetnie i ma wszelkie dane, by zostać bohaterem wiosny:

PS. Gdyby ktoś miał ochotę, to pisałem swego czasu o niektórych wyżej wymienionych: Raulu Gonzalezie (”Geniusz bez właściwości”), Leo Messim (”Żółtodziób”), Cristiano Ronaldo (”Taki król to skarb”) oraz Fabregasie (”Dziecko bez skazy”).

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
środa, 12 grudnia 2007

Intryguje mnie najbliższa przyszłość w Glasgow Artura Boruca, który w wywiadzie dla „Gazety” sugeruje, że jest gotów zaszantażować Celtic, jeśli ten nie będzie chciał go oddać za rozsądną cenę.

Jak zareagują oszalałe na punkcie jego talentu i osobowości trybuny? Odwoływanie się do paragrafu 17 regulaminu FIFA (zwanego też prawem Webstera) uchodzi w świecie futbolu za skrajną nielojalność wobec pracodawcy. Same kluby, zazwyczaj ostro konkurujące na transferowym rynku, tutaj solidaryzują się i niechętnie z tego przepisu korzystają, bo pozwala on piłkarzowi zerwać kontrakt za śmiesznie niską cenę. I nie ma pewności, kto będzie następną ofiarą. Stąd międzyklubowa solidarność.

Choć przepis wprowadzono w 2001 roku, dotychczas bodajże dwóch graczy powołało się nań zmieniając barwy - Morgan de Sanctis (z Udinese przechodził do Sevilli) oraz Andy Webster (z Hearts do Wigan). Inni co najwyżej napomykają o nim, by zmiękczyć prezesów żądających za nich wygórowanych pieniędzy.

Tą drogą idzie zapewne polski bramkarz, udzielając wywołujących medialny harmider wywiadów. Nie sądzę, by istotnie uciekł z Glasgow dzięki paragrafowi 17. Kierują nim prawdopodobnie te same intencje, które nakazują dzielić się sensacyjnymi zwierzeniami wszystkim cenionym graczom duszącym się w swoim klubie i szukającym sposobu, by się z niego wyrwać. A potem - w razie zbyt gwałtownej reakcji pracodawcy lub kibiców - ewentualnie wszystko dementować, zasłaniając się za rzekomym przekręceniem jego słów przez prasę.

Co chciał osiągnąć Boruc?

Wariant pesymistyczny (co nie znaczy, że beznadziejny): nie dostał żadnej oferty z wielkiego europejskiego klubu, ale wie, że zapracował na świetną reputację, więc wysyła jasny sygnał - chcę odejść, jestem zdeterminowany, dla transferu zaryzykuję nawet swoje nienaganne stosunki z klubem i fanami, będę razem z potencjalnym nabywcą negocjował możliwie najniższą cenę.

Wariant optymistyczny: jakiś klub łamie zasady i już z Borucem rozmawia (nie prosząc wpierw Celtiku o zgodę), ale nie pali się do wyłożenia dużej kasy i postawił ultimatum - zmuś swoich szefów, by oddali cię za pół darmo.

Jeśli prawdziwa jest ta pierwsza hipoteza, to pozostaję sceptyczny. Jakoś nie dowierzam w transfer do Manchesteru lub Milanu, o którym mówią rozmówcy „Gazety”, a analiza sytuacji w najpotężniejszych klubach każe przypuszczać, że niełatwo będzie nakłonić ich, by wzięli Boruca. Jeśli natomiast ktoś już tajnie z Polakiem spiskuje, to intuicyjnie stawiałbym na Arsenal.

Tak czy owak czeka nas ekscytujące półrocze. Bramkarz Celticu stanie na głowie, by oczarować Ligę Mistrzów w 1/8 finału, z czego jego klub powinien się cieszyć, bo przy radosnej twórczości swych skandalicznie nieodpowiedzialnych i nieostrożnych obrońców może liczyć tylko na Boruca właśnie i opatrzność. W tej kolejności.

A potem Boruc stanie na głowie, by zadziwić Europę na mistrzostwach kontynentu (do meczów z Niemcami i tak ma już osobisty stosunek, pamiętacie jego łzy po porażce na mundialu?). Choć bowiem kluby nie podejmują dziś decyzji o transferach na podstawie turniejów reprezentacyjnych (po Euro 2004 nie rzucili się na Greków, po MŚ 2002 - na Turków etc), podczas których każdemu partaczowi może się trafić najlepszy miesiąc w karierze, to pojedyncze imprezy mogą niekiedy przesądzić o podjęciu decyzji już gdzieś w głowach trenerów/dyrekotorów sportowych/prezesów kiełkującej.

8 czerwca, Klagenfurt, Boruc zatrzymuje Niemców. Na trybunach siedzi menedżer Bayernu Uli Hoeness i rozmyśla: „A może Rensing jako następca Kahna to przesadne ryzyko? Przecież ten Boruc nie taki drogi... Mieliśmy otwierać się na rynki wschodnie... Ciekawe, ile ci Polacy kupiliby koszulek...”

12:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007

Po napisaniu felietonu o najlepszym piłkarzu świata do dzisiejszej „Gazety Sport” zacząłem się zastanawiać, czy grzeczny chłopiec Kaka kiedykolwiek wywołał jakiekolwiek kontrowersje. I przypomniałem sobie, że wiosną nie wszyscy rodacy życzliwie przyjęli jego decyzję, iż nie zagra w reprezentacji Brazylii w Copa America. Byłem na konferencji prasowej w Atenach przed finałem Ligi Mistrzów, którą zakłócili jego rodacy - wzburzeni, przynudzający powtarzanym w różnych wariantach pytaniem „dlaczego”.

Kaka tłumaczył, że od trzech sezonów praktycznie nie miał wakacji, a ponieważ wcześniej czy później musi uczciwie wypocząć, postanowił wymigać się od tej imprezy reprezentacji, na której będzie go najmniej brakować. Sprawę przemyślał i wybrał mistrzostwa kontynentu. Chyba miał rację, bo rodacy obronili złoto. (W przyszłym roku gwiazdor Milanu chciałby zagrać w turnieju olimpijskim, w którym Brazylia - niewiarygodne, ale prawdziwe - nigdy nie zwyciężyła!)

Rozpisuję się o niespodziewanym urlopie, bowiem organizm Kaki jest fizjologicznym fenomenem - co opisuję w przywoływanym felietonie - i z tego powodu jego nazwiska nigdy nie przywoływano przy okazji narastającego konfliktu między klubami a reprezentacjami narodowymi. Ronaldinho zarzucano, że nie zawsze przykłada się do gry, inni piłkarze spoza Europy płacili kryzysami formy za mecze kadry i wyczerpujące podróże międzykontynentalne. A Kaka regenerował się w mgnieniu oka i po świetnej grze dla ojczyzny jeszcze świetniej wypadał w Milanie.

Dopiero ostatnio jego forma przywiędła. Długimi minutami wije się w desperackich poszukiwaniach okazji do oddania strzału z dystansu, uderza nieprecyzyjnie, nie urządza sobie slalomów między rywalami etc. Małysz powiedziałby, że brakuje mu błysku. W minionym sezonie został Kaka królem strzelców Ligi Mistrzów, a teraz, gdyby nie rzuty karne, we wszystkich rozgrywkach uciułałby ledwie cztery bramki.

Kryzys przyszedł dopiero po pierwszych od lat wakacjach.

Czyżby specjalnie wyposażonym przez naturę za dużo laby szkodziło?

23:28, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
niedziela, 09 grudnia 2007

Jeszcze po południu, tuż przed ostatnim ligowym meczem AD 2007, niósł mnie świetny nastrój i planowałem podzielić się tutaj impresją o napastnikach Brożku i Chinyamie, a przy okazji podać prywatną teorię wyjaśniającą fenomen Zieńczuka. Czy raczej: zaproponować wytłumaczenie faktu, że współliderem klasyfikacji strzelców jest pomocnik. (Przypuszczałem, że Zieńczuk prowadzenia nie odda i się nie pomyliłem. Do tematu jeszcze wrócę.)

Niestety, już na wstępie szlagieru kolejki - starcia lidera i przyszłego mistrza Polski z wciąż aktualnym mistrzem - opadły mi ręce. Na trybunach w Krakowie zobaczyłem gigantyczny transparent:

I

Ani myślę szczegółowo tłumaczyć, dlaczego szlag mnie trafia, kiedy widzę coś takiego na stadionie piłkarskim, bo nie mam zamiaru wdawać się w dysputy, czy moje skojarzenia są słuszne, czy jestem paranoikiem.

Widzę tylko, że pomysłodawcy specjalnie zadbali, by w oczy rzucała się liczba ”88”.

I wiem, że w poprzednim sezonie bywalcy stadionu Wisły 87. urodzin PZPN - obchodzącego jubileusz 20 grudnia - nie świętowali.

Podejrzewam też, że w przyszłym sezonie nie będą świętowali 89. urodzin.

Wreszcie ”życzenia” dla PZPN pozostawały w ostrej sprzeczności z najpopularniejszym songiem naszych stadionów, czyli melodyjnym „jebać, jebać PZPN”. A ten rozbrzmiał natychmiast po rozwinięciu flagi.

Powtarzam: nie będę tu filozofował, nie będę trwonił czasu na egzegezę symboliki, która dociera do tych, do których ma dotrzeć. Zwierzę się tylko z niecierpliwego oczekiwania na chwilę, w której na stadiony będzie można wnosić wyłącznie flagi wcześniej zgłoszone i zaakceptowane przez PZPN lub Ekstraklasę SA. I obiecuję, w imieniu redakcji „Gazety Wyborczej”: będziemy z zaciekle walczyć - stale spoglądając na ręce pezetpeenowskich działaczy - by nowy, rygorystyczny regulamin dotyczący transparentów obowiązywał już w inauguracyjnej kolejce rundy wiosennej.

Rządy kiboli muszą upaść.

23:06, rafal.stec
Link Komentarze (339) »
Archiwum
Tagi