RSS
niedziela, 21 października 2007

Od pamiętnego wieczoru, kiedy Kaczor przegrał debatę z Tuskiem, po czym na konferencji prasowej ogłosił, że ją wygrał, za wart rozważenia uważam mój własny - nie chwaląc się - pomysł, by zrobić go trenerem piłkarskim. Może nie trenerem reprezentacji, bo ta ostatnio zwycięża, ale np. jednej z drużyn klubowych, które przegrywają, ile wlezie, w europejskich pucharach. Piłkarze jak zwykle oberwaliby od potęg z Białorusi lub Łotwy, ale Kaczor szybko uspokoiłby nastroje, informując, że wcale nie oberwali. Jakieś 31 procent narodu, sądząc po przewidywanych wynikach wyborów, by mu uwierzyło.

Ewentualne podchwytliwe pytania, skąd Kaczora pogląd, że wygrał, skoro przegrał, też byłyby niegroźne. Pewne rzeczy są przecież w oczywisty sposób oczywiste. Gdyby natomiast Białorusini lub Łotysze nastrzelali tyle goli, że ich porażka byłaby jednak ciut mniej oczywista, można by obwieścić, że mecz został sfałszowany.

Brudzę paluchy smędzeniem o polityce, bo od czekania na wyniki wyborów człowiek głupieje, zwłaszcza jeśli powód opóźnień jest tak idiotyczny jak cisza wyborcza. (Dlaczego niby nie mogłem dzisiaj agitować, nie mogę ni cholery zrozumieć, choć gdybym mógł, to i tak bym nie agitował, wyjąwszy oczywiście odruchowe pomruki antykaczorowe. Teraz - o godz. 22.14 w niedzielę - czuję się, jakby mi przesunęli finał Ligi Mistrzów, bo medialni fachowcy zbyt jednomyślnie typowali faworyta.) Tymczasem z punktu widzenia blogera sportowego te wybory nie były nie tylko najważniejsze od 1989 roku, ale właściwie w ogóle się nie odbyły, bo żadna partia o sporcie nie wspomniała nawet przez pomyłkę. Pozornie jest inaczej, pozornie nastąpiła właśnie zmiana przełomowa. Kaczor to był przecież najbardziej antysportowy premier pośród wszystkich premierów, których pamiętam, i trudno sobie wyobrazić nie tylko to, jak wsadza piłkę do kosza, ale nawet podbiega z kotem do autobusu. A Tusk sport - ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej - lubi, więc moglibyśmy podejrzewać, że mu pomoże.

Niestety, obojętność na sprawy sportu jest w Polsce bezwyjątkowo ponadpartyjna, więc pewnie będzie, jak było. Ministerstwo Sportu pozostanie w najbliższych latach biurem do spraw organizacji Euro 2012, a myśleniem dalekowzrocznym i strategicznym urzędasy wciąż się będą brzydzić.

Na wszelki wypadek jednak podsuwam trzy idee, nad którymi politycy powinni się moim zdaniem zająć. Gdyby ktoś jakiegoś polityka spotkał, proszę mu przekazać.

Po pierwsze, wciąż niezrealizowana pozostaje koncepcja Zbigniewa Drzymały, by zachęcać do inwestowania w sport przychylnymi mu przepisami podatkowymi (bo jest on biznesem społecznie pożytecznym), ewentualnie stworzyć specjalny fundusz, by wpływy z podatków związanych ze sportem wracały do sportu. Brzmi bardzo nudno, ale jest tak samo bardzo ważne.

Po drugie, parlament powinien samorządy ustawowo zobowiązać do wydawania pieniędzy na sport a nie tylko dopuszczać taką możliwość.

Po trzecie, władza mogłaby ruszyć z wielką akcją propagującą sport, np. wykorzystując media publiczne (Notabene zauważyliście, że w wieczór wyborczy sztab PiS wpatrywał się w telebim z TVN24, a nie odzyskaną TVP?). Mieszać w głowach politycy lubią i umieją, a ludzi da się zmusić do ruchu, o czym świadczy m.in. sukces akcji ”Gazety” zachęcającej do biegania. Prostowanie krzywych kręgosłupów można by połączyć z koncepcją wymienioną w poprzednim akapicie - jestem przekonany, że rozrost ścieżek rowerowych wymiótłby z samochodów sporo osób, które z powodu korków wchodzą do pracy wściekłe.

Potrzeb jest pewnie więcej, ale teraz przyszły mi do głowy akurat te trzy pomysły. I tak pewnie za dużo jak na możliwości potwornie zapracowanych parlamentarzystów. A co do trenerskiej kariery Kaczora, to jak ulałby leżałby na nim strój Zagłębia Lubin. Jedyny klub zamieszany w aferę korupcyjną, którego wydział dyscypliny PZPN nie ukarał, bo nie dostał dokumentów z prokuratury, co nie pozostaje w żadnym związku z tym, że jego prezes był kiedyś szefem opolskiej młodzieżówki PiS, a jego właścicielem jest spółka skarbu państwa KGHM. Z trenerem Kaczorem byłoby jeszcze piękniej. Zagłębie przegrywałoby wyłącznie mecze sfałszowane.

 

23:08, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2007

Zwierzenia Didiera Drogby, jakoby od dawna chciał odejść z Chelsea, to takie same dyrdymały, jak przysięgi innych piłkarzy, że od dziecka marzyli, by grać w tym właśnie klubie, od którego akurat wyszarpali - albo zamierzali wyszarpać - suty kontrakt. Nie wierzę mu w ani jedno słowo. On po prostu kochał wyrzuconego z klubu Jose Mourinho, teraz mu smutno i czuje wszechogarniającą pustkę, a w tej wszechogarniającej pustce wyraźnie widać, że Stamford Bridge to nie futbolowa katedra w typie Camp Nou czy Santiago Bernabeu, lecz byle rudera zaludniana przez parweniuszy zasypanych szmalem Romana Abramowicza.

Z jego postawy wnioski powinni jednak wyciągnąć wszyscy trenerzy świata. Chcesz, żeby piłkarze rzeczywiście poszli za tobą nie tylko w ogień, ale zrobili coś znacznie bardziej spektakularnego - pokazali język szefom klubu o potencjale Chelsea? Wystarczy naśladować Mourinho. Piłkarzom się nie chciało i przegrali haniebnie mecz, to mówisz: zawiodłem jako trener, zupełnie nie udało mi się ich zmotywować. Twój obrońca zasłużył na czerwoną kartkę, bo połamał rywalowi obie nogi i odgryzł mu ucho, to rozkładasz ramiona: incydentu nie zauważyłem, akurat zawiązywałem sznurówki. Twój napastnik strzelił gola z ewidentnego spalonego, to uderzasz: widziałem wszystko ze szczegółami, bramka była w stu procentach prawidłowa. Ktoś cię pyta o klasę twoich zawodników, to wymieniasz: mam najlepszego bramkarza na świecie, najlepszego lewego obrońcę na świecie, najlepszego prawego obrońcę, najlepszego środkowego obrońcę, najlepszego lewoskrzydłowego itd. No chyba, że do ataku prezesi ci wcisną kiepszczaka Szewczenkę, wtedy wyhamowujesz.

Piłkarze Chelsea pokochali trenera Mourinho na zabój, bo stawał w ich obronie zawsze (nawet kiedy wychodził na idiotę), a przed ważnymi meczami ściągał całą presję na siebie, byle ich odciążyć. Zazwyczaj musiał kłamać, ale dla niego cel uświęcał środki, więc ściemniał, ile wlezie. I to działało. Działa do dziś. Chelsea się rozpada (typuję, że następny po Drogbie będzie Lampard), a kolejny pracodawca będzie wiedział, że po zwolnieniu Portugalczyka czeka go już tylko potop.

Mourinho to atrakcja także dla dziennikarzy, ale akurat z nimi - czy raczej: z nami - jest tak, że lubimy też tych trenerów, którzy zawsze szukają winy poza sobą. Obejrzyjcie sobie największego trenerskiego nerwusa wszech czasów, niejakiego Trapattoniego. Dla mnie ta konferencja prasowa Bayernu Monachium to absolutny futbolowy megahit, choć jego głównego bohatera piłkarze - przynajmniej niektórzy - raczej nie kochali:

23:58, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Piłkarzy jak Szetela mamy w Polsce dwustu - słynna już fraza byłego selekcjonera reprezentacji brzmi skandalicznie głupio nie dlatego, że Paweł Janas pomylił się co do skali talentu młodego Amerykanina polskiego pochodzenia, który właśnie zadebiutował w kadrze USA, a kiedyś rzekomo nie nadawał się do polskiej. Ślepi na talent bywali nasi najwięksi trenerzy - nawet ostatni triumfator Ligi Mistrzów Carlo Ancelotti nie dostrzegł kiedyś w Juventusie możliwości Thierry'ego Henry'ego. Zdarza się.

Ale nie powinno się zdarzać, by selekcjonerzy traktowali zawodników niepowoływanych pogardliwie, zwłaszcza jeśli nie mają pewności, czy ci nie będą w przyszłości potrzebni. Janas mógł powiedzieć, że „Szetela jest zdolny, ale na debiut wśród seniorów musi poczekać”. Mógł powiedzieć, że „będzie postępy Szeteli pilnie śledził”. Mógł użyć każdej z miliona powszechnie stosowanych dyplomatycznych formułek. Mógł wreszcie milczeć i Szeteli po prostu nie powoływać.

Fot. Jose Ramon Gonzalez Fernandez

Nie zamierzam płakać po Szeteli. Dla mnie jest piłkarzem amerykańskim, bo Amerykanie go wyszkolili i z amerykańskimi kolegami rozegrał kilkadziesiąt meczów w reprezentacjach juniorskich (siatkarz włoskiej kadry Michał Lasko tłumaczył mi kiedyś: „jestem Polakiem, ale jako siatkarz - Włochem”). Szantażowanie go emocjonalnym związkiem z ojczyzną rodziców uważam wręcz za wątpliwe etycznie. Irytuję się tylko patrząc, jak nasza piłka - biedna i ułomna - z najgłupszych powodów marnuje swoje szanse. Nawet te najdrobniejsze.

Dziś Szetela w prywatnych rozmowach przyznaje, że po słowach Janasa było mu przykro, że nie potrafił zrozumieć, dlaczego trener zniechęcał go i obrażał. A nie potrafił pewnie dlatego, że pochodzi z innego świata, gdzie fachowcy z aspiracjami myślą o niuansach i dalekowzrocznie, a umiejętność publicznego wypowiadania się to jeden z fundamentów ich warsztatu. Szetela miał dylemat, a Janas nie mógł być pewny, że piłkarz się kiedyś kadrze nie przyda. A jednak trener palnął, co palnął.

Dziś wszystkie federacje piłkarskie swoich emigrantów wypróbowują, nęcą, negocjują z nimi. Czasem powołują tylko „na wszelki wypadek”. Także federacje znacznie mocniejsze niż Polska. Gole dla Niemców na ostatnim mundialu strzelali Mirek Klose i Łukasz Podolski, a bohaterem tych eliminacji mistrzostw Europy jest Piotr Trochowski. Kilka lat temu rozmawiałem z mamą tego ostatniego, panią Alicją (dla działaczy PZPN: numer znalazłem normalnie, w książce telefonicznej), która opowiadała, że dzwoniła i słała listy do polskiej federacji, bo chciała, by syn grał dla Polski. Niestety, Polska nie była zainteresowana. PZPN się nie odezwał.

A Janas dwustu lepszych od Szeteli powołać nie zdążył, ale 84 kadrowiczów pełną gębą jednak wynalazł. Wśród nich byli: Bieniuk, Dawidowski, Jarzębowski, Kaczmarek, Kowalczyk (Jacek), Lasocki, Madej, Majewski, Mazurkiewicz, Mowlik, Nowacki, Piechniak, Przyrowski, Rachwał, Radzewicz, Scherfchen, Sosin, Stasiak, Surma, Sznaucner.

PS. Inny kuriozalny pomysł to rzekome negocjacje Michała Listkiewicza z II trenerem kadry USA Piotrem Nowakiem, który miał o sprawie występów dla Polski „porozmawiać” z Szetelą, czyli działać wbrew interesowi swojego pracodawcy...

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
1 ... 231 , 232 , 233
 
Archiwum
Tagi