RSS
czwartek, 24 stycznia 2008

l 

Nie wiadomo, czy francuski trener reprezentacji Ghany Claude Le Roy wyznaje starą piłkarską prawdę, że gospodarzom pomagają ściany, ale na pewno nie wierzy, że pomaga im własne boisko. - Od ponad 20 lat mieszkam w Afryce i jeszcze nigdy nie widziałem murawy w tak beznadziejnym stanie. To o niej trzeba myśleć, a nie o tym, czy fotel w pokoju dla VIP-ów jest wygodny - wściekał się po inaugurującym mistrzostwa kontynentu meczu z Gwineą.

Wściekał się także dlatego, że jego zdaniem w lepszych warunkach piłkarz John Pantsil nie narzekałby po ostatnim gwizdku na zawroty głowy i nie musiał zostać odwieziony do szpitala. A w przerwie nie zwierzałby się: nie pamiętam niczego z pierwszej połowy. Zawodnicy bowiem upadaliby i zderzali się ze sobą rzadziej. (To znów opinia Le Roya.)

Pantsil został zniesiony z boiska na noszach. Na pierwszy rzut oka widać było tylko, że, by tak rzec, obluzowała mu się szczęka. W szpitalu przeleżał dobę, zanim lekarze uradzili, że należy go zbadać rezonansem magnetycznym. Ruszyły poszukiwania. Jedyna aparatura w całej Ghanie okazała się zepsuta.

Poszukiwania przeniesiono do sąsiedniego Togo. Togo też ma jeden aparat. Też nie działający.

Na szczęście ten z nigeryjskiej stolicy Lagos (nie wiem, czy jedyny) działał. Pantsila zbadano i mógł wrócić do reprezentacji.

Działacze z piłkarskiej federacji Ghany również mieli pecha. Kiedy przyjechali do hotelu, usłyszeli, że ich marokańscy koledzy - znaczy też działacze - byli szybsi. Zapytali, ile płacą ci z Ghany. Po czym zaproponowali podwójną cenę. Rezerwacja została anulowana dwie sekundy później.

Niestety, nie przeżywam tego wszystkiego na własne oczy i uszy, Puchar Narodów Afryki śledzę z Warszawy. I dojrzewam do solennego postanowienia, że na następny turniej polecieć muszę. Niezależnie od okoliczności, choćby w każdym hotelu uprzedzali mnie działacze z Maroka i przejmowali mój pokój. Widziałem już mnóstwo beznadziejnie przygotowanych imprez sportowych, ale PNA to unikat, którego trzeba skosztować czym prędzej, zanim i tam dotrze nuda nienagannie zorganizowanych turniejów a la Europa. Na razie tamtego świata liznąłem tylko przez szybę: np. poznając dziennikarzy z Beninu, którzy na mundialu w Niemczech próbowali wciągać europejskich kolegów po fachu w biznes polegający na upłynnianiu prasowych wejściówek na mecze. (Bo po co samemu pchać się na trybuny, jak w biurze prasowym są telewizory?)

Aż strach pomyśleć, jak fantastyczny interes z biletami i zaproszeniami rozkręcili Benińczycy na mistrzostwach w Ghanie. Na stadionie w Akrze widzów podzielono na więcej kategorii niż gdziekolwiek w świecie. Są tam m.in. loże dla VVIP-ów, czyli Bardzo Bardzo Ważnych Osób, które wprowadzono dla odróżnienia ich od VIP-ów, czyli zwykłych Bardzo Ważnych Osób. VVIP-y? Ci to dopiero muszą mieć wygodne siedziska.

A z wygodą w Ghanie bywa różnie. Cztery reprezentacje uczestniczące w PNA musiały stanąć przed zarezerwowanym hotelem, by zorientować się, że hotel, owszem, stoi, ale jeszcze nie cały. Dwie z nich zawieziono na boiska treningowe, na których, by posłużyć się poetyką Leo Beenhakkera, nawet spacerujący pies zwichnąłby sobie łapę. Wreszcie Nigeryjczycy dowiedzieli się już na lotnisku, tuż przed przesiadką, że samolot (linii krajowych) nie pomieści całej ekipy. Poproszono ich, by poczekali, bo większy na pewno się znajdzie. Nigeryjczycy wytrzymali dwie godziny czekania. Pojechali autokarem.

Ich trener, Niemiec Berti Vogts mówi: Gdyby Nigeria miała tak zorganizowany futbol jak Niemcy, byłaby niepokonana. Nawet Brazylia musiałaby uważać.

Pił do swoich przybranych rodaków. Ciekawe, co powie po wyjeździe z turnieju w Ghanie, który stali bywalcy obwołali już - i to śmiertelnie serio - najlepiej zorganizowanym w historii.

l

22:09, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
środa, 23 stycznia 2008

Zdzisław Ambroziak. Fot. Sławomir Kamiński

Gdyby wciąż żył, i tak byłby dziś wniebowzięty.

Siatkówkę i tenis kochał przecież ponad wszystkie inne sporty, tymczasem polskie sukcesy musiał wyławiać wspomnieniami z lat 70. Teraz obie dyscypliny przeżywają u nas rozkwit lub przynajmniej - to dotyczy kortów - dają rozkwitu obietnicę.

Ambroży tej chwili nie dotrwał, choć chyba każdy, kto go poznał, pomyślał, że jest nieśmiertelny. Tak jak każdy, komu zmiażdżył dłoń swoimi wielkimi łapskami, nie uwierzyłby, że spod nich mogą spływać na klawiaturę subtelne zdania.

Na kilkadziesiąt minut przed meczem Agnieszki Radwańskiej brakuje go specjalnie. Każda runda Australian Open, każdy triumf siatkarek bądź siatkarzy inspirowałby Ambrożego do refleksji ubranej w słowa co najmniej tak smaczne jak sukces sportowca rodaka. A wszyscy my - piszący o sporcie - uczylibyśmy się pokory. Bo choć wiemy, że trzeba się starać i przeć do przodu, to wiemy też, że nikt z nas najlepszy nie będzie. Najlepszy był - i jest - Ambroży. (Najhojniejszy komplement, jaki od Niego usłyszałem: „Z sensem to napisałeś.” Do dziś pamiętam, gdzie, kiedy i za co padł.)

Muszę uciec w cytaty. Muszę, bo żeby napisać „z sensem” o Ambrożym, trzeba by pisać jak Ambroży. Ja nie umiem.

Ten kawałek wyciągnąłem z arcydzieła literatury. (Jeden z jego bohaterów postanawia nigdy się nie zestarzeć i popełnić samobójstwo, gdy skończy 60 lat. Kończy je 23 stycznia…) Opisuje postać z zupełnie innej planety i wyrwany z kontekstu razi trochę patosem, ale moim zdaniem jakąś prawdę o Ambrożym mówi, a On sam patosu się nie wstydził:

„Sam siebie definiował jako urodzonego pacyfistę, zwolennika ostatecznej ugody między liberałami i konserwatystami dla dobra ojczyzny. Mimo to jego publiczne wystąpienia cechowała tak dalece idąca niezależność, że nikt nie uważał go za swojego: liberałowie mieli go za jaskiniowego wstecznika, konserwatyści mawiali, że brakuje mu jedynie tego, by wstąpił do masonerii, masoni zaś odrzucali go jako zakonspirowanego klechę Watykanu.”

Jak mówiłem - trochę od czapy, ale m.in. właśnie niezależność, prócz innych, czysto dziennikarskich zalet, czyniła Ambrożego wyjątkowym.

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 stycznia 2008

Michał Pol w bardzo ciekawym wpisie rozważa, czy wokół naszej tenisistki wybuchnie w Polsce szaleństwo o skali małyszomanii i porównuje ją z innymi okolicznymi bohaterami narodowymi. Rozważa wszechstronnie, choć moim zdaniem jeden drobiazg jednak pomija. Otóż dla kibiców niezwykle istotne jest, czy oferowany im sportowy spektakl jest łatwy, czy trudny w odbiorze.

A lubią oczywiście przede wszystkim sporty proste.

Dwaj atleci zawładnęli masową wyobraźnią Polaków po 1989 roku. Andrzej Gołota i Adam Małysz. Postaci z zupełnie innych bajek. Zwalisty bokser o chropowatych manierach, bywający niekiedy na bakier z prawem, oraz wiotki, skromny skoczek, który długo przezwyciężał swoją nieśmiałość.

Obu łączy jedno: rywalizują w zmaganiach lekkostrawnych dla widza, niewymagających wytężonej koncentracji i zagłębianiu się w fachowe niuanse. Gołota wchodzi na ring i leje po mordzie, a wygrywa ten, kto mordobicie przetrwa i jeszcze rozkwasi rywala (ewentualnie nie ucieknie z ringu). Małysz zjeżdża po zeskoku, a wygrywa ten, kto wyląduje najdalej. Niczego prostszego nie sposób sobie wyobrazić. To trochę jak z kinem, książką i całą resztą rozrywek. Masowy widz nie kupuje biletów na egzystencjalne dramaty z bohaterem cierpiętnikiem, który zastanawia się, czy być, czy jednak nie być, ewentualnie rozstrząsa filozoficzne konsekwencje nieistnienia obiektywnej rzeczywistości. Woli szarpiący za emocje fajerwerk, który nie męczy głowy.

Wiecie, jak to było - jest? - z Małyszem. Niedzielne popołudnie, rodzinny obiadek, są i dziadkowie, i wnuczkowie, w tle telewizor z trochę leniwym, stonowanym komentarzem Szaranowicza. Niby cały czas ktoś tam skacze, ale generalnie chodzi o to, by nie przegapić momentu, w którym gogle poprawi Małysz.

Z Gołotą jest inaczej, rzecz dzieje się zazwyczaj w nocy. Nierzadko suto zakrapianej, bo jego walka, odbywająca się przeważnie w weekend, to świetna okazja do małego lub całkiem dużego party.

Jeszcze raz podkreślam: mówię tu kibicu masowym, a nie wytrawnym koneserze sportu.

Radwańska będzie miała trudniej, bo tenis jako takiego skupienia jednak wymaga. No i trzeba słuchać gadaniny w językach obcych, o tych wszystkich bekhendach i smeczach. A najtrudniej ma Robert Kubica - jak zjedzie do pitstopu, to nie wiadomo, które właściwie zajmuje miejsce, najciekawsze są kwalifikacje (generalnie mało w tym ściganiu wyprzedzania), gadka o bolidach tonie w technologicznych detalach, tak samo ważni jak kierowcy są jajogłowi konstruktorzy czy zmieniacze opon. Tego, cholera, bez dwóch fakultetów nie przełkniesz.

Czyżby Małyszowi mógł dorównać jedynie - poprzestając na sportach indywidualnych - bijący rekordy świata polski sprinter?

11:49, rafal.stec
Link Komentarze (77) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008

Casus Oscara Pistoriusa - sprintera z RPA z protezami zamiast amputowanych stóp i łydek, któremu zakazano występu na igrzyskach - mnie fascynuje, więc swój ubiegłotygodniowy wpis rozbudowałem do głębiej analizującego problem felietonu, do którego zapraszam. Tutaj chciałem tylko uzupełnić temat trzema dodatkami.

1) Dokopałem się do trzech niepełnosprawnych, którzy rywalizowali już na igrzyskach olimpijskich ze zdrowymi. W 1904 roku Amerykanin George Eyser zdobył sześć medali w gimnastyce (we wspinaniu się linie, ćwiczeniach na drążku i poręczach, skoku przez konia i wieloboju), choć miał drewnianą nogę. W 1984 roku w zawodach łuczniczych wystąpiła Nowozelandka Neroli Fairhall, którą po wypadku samochodowym sparaliżowało od pasa w dół. Wreszcie w 2000 roku na 1500 m pobiegła niewidoma Amerykanka Marla Runyan.

2) Tutaj macie artykuł z „Newsweeka”, który gorąco polecam (trzeba się zarejestrować i zalogować, ale za darmo). Przeczytacie o tym, jak będzie wyglądał udoskonalony przez bioinżynierów człowiek następnej generacji - syntetyczny garnitur umożliwi poruszanie się nawet osobom ze sparaliżowanym kręgosłupem, amputowane kończyny zaczną nam odrastać, a dzięki odpowiedniej szczepionce przestaniemy odczuwać ból. Jeśli połowa proroctw z tego tekstu się ziści, wyczynowy sport umrze jeszcze za naszego życia. I to niedługo. (Zdaniem futurysty Raya Kurzweila za 20 lat nie będzie już ludzi fizycznie upośledzonych. Trzeba będzie zamknąć ogromny biznes - paraolimpiady.)

3) A tutaj macie filmik, który dodatkowo wzmacnia przekonanie, że protez Pistoriusa nie można zaakceptować. Następne mogłyby przypominać to:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 stycznia 2008

Wszystkich tajemnic szatni kibice czasem nie poznają nigdy, a czasem poznają je bardzo późno, całe lata po zakończeniu karier sportowców, których owe tajemnice dotyczą. Dziennikarze też, nawet gdy co nieco wiedzą, często milczą - jeśli np. informacje pozyskali kanałami prywatnymi, a nie oficjalnymi.

Dlatego dziś musimy poruszać się po omacku, deliberując, co stało się z reprezentacją polskich siatkarek, które kwalifikacji olimpijskich w Halle niby nie wygrały, a zarazem wygrały. Wygrały, bo poczuły swoją moc. Jeśli utrzymają formę oraz ducha walki, to na majowym turnieju interkontynentalnym na pewno awansują na igrzyska w Pekinie.

Trener Marco Bonitta niemal w przeddzień zawodów w Halle wykonał ruch potwornie ryzykancki. Przynajmniej z pozoru. Usunął z drużyny Dorotę Świeniewicz - jej gwiazdę, siatkarkę instytucję, jeden z symboli epoki „Złotek”, czyli epoki wyznaczonej podwójnym tytułem mistrza Europy.

Włoski selekcjoner tłumaczył wszystko względami czysto merytorycznymi, sugerował, że Świeniewicz przegrała sportową rywalizację, ale za jego decyzją musiało kryć się coś więcej. Zawodniczki tego formatu nie traktuje się tak brutalnie, jej odejście odbywa się z fanfarami, w atmosferze święta. Dlatego użyłem słowa „usunął”. Żywe pomniki trzyma się niekiedy nawet wówczas, gdy nie są w stanie podołać trudowi całych spotkań. W męskiej w siatkówce było tak np. z podstarzałymi Vladimirem Grbiciem czy Rafaelem Pascualem, którzy także stojąc pośród rezerwowych wzmacniali mentalnie reprezentacje Serbii oraz Hiszpanii.

Świeniewicz odeszła nagle. A w Halle było widać - nawet okiem nieuzbrojonym, siedząc przed telewizorem w Warszawie - że kadra nie przeżyła wstrząsu. Nie wpadła w depresję. Przeciwnie, zdawała się pękać od nadmiaru pozytywnej energii. I w fantastycznym stylu eksplodowała na boisku.

Świeniewicz zastąpiła Anna Barańska. Z nią też wszystko potoczyło się na opak. Dla Polski grać nie chciała, PZPS zmuszał ją do tego szantażem (grożąc odebraniem licencji na występy w klubie), wróciła do niej po długich negocjacjach z trenerem Bonittą. Sekretów tych negocjacji też nie znamy. Ale w minionym tygodniu zobaczyliśmy narodziny gwiazdy. Siatkarkę naładowującą wigorem całą grupę, bezkompromisową w ataku, serwisem wprost zestrzeliwującą przeciwniczki. Kusi mnie, by obwołać ją wręcz ładniejszą wersją Mariusza Wlazłego, gwiazdora męskiej kadry.

Jej potencjał, a także potencjał Skowrońskiej czy Glinki - w finale świetnej, ją wciąż stymulują największe wyzwania! - nie pozwala serio obawiać się, że Polki nie pojadą do Pekinu. Pojadą. Po 40 latach znów zobaczymy na igrzyskach siatkarki. (Ja zobaczę po raz pierwszy, urodziłem się osiem lat po olimpiadzie w Meksyku).

Dziś aż strach pomyśleć, jaki entuzjazm w kraju wywołałoby zwycięstwo nad mistrzyniami świata Rosjankami. Musielibyśmy chyba zawołać - nawet jeśli wiele potęg żeńskiej siatkówki wywodzi się spoza Europy - że Polki powinny w Chinach mierzyć w medal.

Czy to sobie powiedziały po meczu? Cóż, tajemnica szatni.

19:13, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 19 stycznia 2008

Puchar Narodów Afryki ruszy dopiero za kilkanaście godzin, ale szefów europejskich klubów do furii doprowadził już kilkanaście dni temu, kiedy piłkarze uciekli na zgrupowania. Aż 203 spośród 368 powołanych na turniej zawodników zarabia pieniądze na naszym kontynencie (najwięcej - 58 - we Francji, 42 w Anglii), a Drogby, Eto’o czy Essiena nie sposób namówić, by zachowali się jak latynoskie megagwiazdy - od Kaki po Ronaldinho - które masowo rezygnują z udziału w Copa America. Afrykańscy kibice widzą w mistrzostwach swojego kontynentu imprezę niebywale prestiżową, o randze, by tak rzec, małego mundialu.

Do pomysłu Seppa Blattera, który już pospieszył z pomocą futbolowym korporacjom i zaapelował o przesunięcie turnieju na lato, jeszcze wrócę. Teraz chciałbym tylko pokrótce przedstawić bohaterów, bo wiem, że w piłkarskiej kwestii afrykańskiej panuje totalny terminologiczny bałagan.

W grupie A zagrają: Czarne Gwiazdy (gospodarze), Narodowe Słonie, Dzielni Wojownicy oraz Lwy Atlasu.

W grupie B: Super Orły, Słonie, Orły (nie mylić z Super Orłami), Wiewiórki.

W grupie C: Faraonowie, Nieposkromione Lwy, Pustynne Jastrzębie, Miedziane Pociski (czyli Chipolopolo).

Wreszcie o awans z grupy D będą się bić: Orły Kartaginy, Lwy Terangi, Bafana Bafana, Czarne Pantery.

Moim faworytem są - nie będę oryginalny - Słonie, choć trafiły do istnej grupy śmierci, w której intrygująco zapowiadają się m.in. orle derby. Kciuki trzymam jednak za outsiderów w tym gronie, startujące dopiero po raz drugi w turnieju finałowym Wiewiórki. (Powodują mną względy osobiste - z sentymentem wspominam zawartą podczas mundialu znajomość z dziennikarzami z tego kraju.)

A wy na kogo stawiacie?

21:21, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 18 stycznia 2008

Bobby Fischer rządzi

Zanim nauczyłem się czytać, grałem maniacko w szachy. Jak nauczyłem się czytać, zacząłem pożerać historie o szachowych geniuszach. Przede wszystkim radzieckich, bo oni mieli przez dziesiątki lat absolutny monopol na niekwestionowane arcymistrzostwo i globalną hegemonię.

Monopol przełamał właśnie Bobby Fischer, najbardziej tajemniczy i kontrowersyjny wśród wszystkich szachowych tytanów.

Grać zaczął jako sześciolatek. Nie miał nauczyciela, po prostu przeczytał instrukcję. Kiedy dopadł do szachownicy, nie umiał się już od niej oderwać. Na szkołę brakowało mu czasu. Uczył się beznadziejnie, ledwie prześlizgiwał się z klasy do klasy. Zapamiętywał za to wszystkie, nie tylko swoje partie. Został pierwszym nastoletnim arcymistrzem. W drodze po globalny prymat nokautował rywali w stylu niespotykanym nigdy wcześniej ani później.

W 1972 roku pokonał w meczu stulecia ówczesnego mistrza świata Borysa Spasskiego, co Amerykanie wykorzystywali w propagandowej wojnie ze Związkiem Radzieckim - wcześniej niemal wszystkie najwybitniejsze szachowe mózgi pracowały na chwałę systemu sowieckiego. Pojedynek miał porywający przebieg. W inauguracyjnej partii Fischer popełnił banalny błąd i przegrał. Na drugą w ogóle nie przyszedł. Radziecka federacja chciała, by Spasski zażądał walkowera, ale ten wolał bić się na szachownicy. I przegrał.

Fischer stał się w Ameryce - dotąd kompletnie obojętnej na urok szachów - medialną megagwiazdą, a ze swoją retoryką idealnie wpisywał się w konfrontację supermocarstw. - Szachy to wojna. Celem jest zniszczenie umysłu przeciwnika - mawiał.

Ze Spasskim rozegrał ostatnią oficjalną partię. Trzy lata później nie bronił tytułu w pojedynku z Anatolijem Karpowem, bo organizatorzy nie spełnili jednego (!) z 64 stawianych przez niego warunków. A domagał się np., by każdy wchodzący do sali, w której toczy gra, zdejmował nakrycie głowy. Został pozbawiony tytułu, choć sam do końca życia uważał się za mistrza. - Nikt mnie nie zdetronizował - tłumaczył.

Zdaniem niektórych dopiero w tamtej dekadzie - lat 70. - zaczął dziwaczeć, dla innych od zawsze był szaleńcem. Wyczekiwał końca świata; wygłaszał gniewne tyrady wymierzone w winnych całego dotykającego ludzkość zła komunistów i Żydów (choć jego matka i prawdopodobnie ojciec też byli Żydami); kiedy do apokalipsy nie doszło, zamknął się w domu w Pasadenie i wychodził z niego tylko po zmroku; znikał, przez całe miesiące nikt nie wiedział, gdzie się podziewa.

Do publicznego życia wrócił w 1992 roku, by rozegrać rewanż - zwycięski - ze Spasskim. Mecz odbył się w Belgradzie, co było złamaniem sankcji nałożonych na Jugosławię podczas wojny domowej w Bośni. Fischerowi groziło 10 lat więzienia. Do ojczyzny już nie wrócił, zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa.

Jego umysłem zawładnęły obsesje i spiskowe teorie inspirujące go do coraz radykalniejszych wypowiedzi. Publicznie cieszył się z ataku na WTC, zwierzając się, że chciałby, żeby Stany Zjednoczone zniknęły z powierzchni ziemi. W 2004 roku został zatrzymany na tokijskim lotnisku Narita i wylądował w areszcie. Przed ekstradycją do USA ocalił go rząd islandzki, który co prawda nie przystał na jego prośbę o przyznanie obywatelstwa, lecz dał mu dokument dla bezpaństwowców pozwalający na pobyt na wyspie. W przybranej ojczyźnie spędził resztę życia.

Z doniesień prasowych wiadomo jedno - po wycofaniu się z życia publicznego w połowie lat 70. wciąż, do swoich ostatnich dni, żył szachami. Arcymistrzowie zwierzali się, że co pewien czas jakiś tajemniczy, anonimowy szachista prosił ich o grę przez internet. Domyślali się, że był nim Fischer.

Amerykanin zaczął też grać sam ze sobą. Jego losy zawsze śledziłem z uczuciami bliskimi lękowi. Sam po wieczorze z szachami nie potrafię się od nich uwolnić, śnią mi się całą noc. Pasjonują mnie i przerażają jednocześnie. Co dzieje się w głowach tych, którzy poświęcają im życie?

Przeczytajcie genialną „Nowelę szachową". Stefan Zweig fantastycznie opisuje, jak zniewolić i sponiewierać jaźń mogą szachy. A potem zajrzyjcie tutaj i zobaczcie, jak Fischer rozprawiał się ze Spasskim.

Fischer był chory. Lekarze ze szpitala w Reykjavíku, w którym zmarł na niewydolność nerek, zdiagnozowali u niego ostrą paranoję.

Ale nade wszystko Fischer był graczem wszech czasów, wygrywającym dzięki rewolucyjnemu stylowi, zasłużonym dla przekonania całej planety, że na planszy z 64 polami w dwóch kolorach dzieją się fascynujące historie.

Zmarł w wieku 64 lat. To dopełnia legendy.

14:01, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 17 stycznia 2008

Oscar Pistorius 

Oscar Pistorius urodził się bez kości strzałkowych nóg i bez stóp. Jeszcze jako niemowlak przeszedł amputację nóg do wysokości kolan. Miał spędzić życie na wózku inwalidzkim.

Dzięki protezom z włókna węglowego uprawiał kilka dyscyplin sportu, m.in. popularne w jego ojczyźnie - RPA - rugby. Odkąd zaczął biegać, pobił rekordy świata niepełnosprawnych na trzech dystansach, uzyskując wyniki zbliżone do osiąganych przez zdrowych sprinterów (10,91 s na 100 m; 21,58 s na 200 m; 46,34 s na 400 m).

Pistorius zamarzył o występie na igrzyskach w Pekinie. Nie igrzyskach paraolimpijskich, lecz olimpijskich. Chciał stać się „normalnym", pełnosprawnym sportowcem. I rywalizować z najlepszymi na świecie. (Już mu się to zdarzało, patrz film pod wpisem.)

Naukowcy przeprowadzili testy, by sprawdzić, czy protezy nie nie dają mu - jakkolwiek karkołomnie i szokująco to brzmi - przewagi nad atletami biegającymi na własnych nogach. I okazało się, że dają: jego organizm zużywa podczas biegu mniej energii, proteza krócej opiera się na ziemi niż stopa, stawia mniejszy opór powietrzu etc. (Są też straty: Pistorius chciał ze zdrowymi rywalizować tylko na 400 m, bo największe problemy na przy starcie - dłużej się rozpędza.)

W poniedziałek członkowie Komitetu Wykonawczego Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF) jednogłośnie zdecydowali, że sprinter w ogóle nie może ścigać się z pełnosprawnymi.

Dla mnie to wyrok - chyba najwłaściwsze słowo? - zrozumiały, a zarazem poruszająca i przygnębiająca historia.

Wyrok jest zrozumiały, bo każdy inny naruszyłby elementarną zasadę równości szans, której upadek zauważylibyśmy być może dopiero za pewien czas, gdyby podobne protezy założył jeszcze bardziej utalentowany atletycznie sprinter niż Pistorius. (Poza tym chyba wszyscy zgadzamy się, żeby nie wpuszczać na ring jednorękiego boksera, który sprawiłby sobie drugą dłoń ze stali?) Nietrudno zresztą przewidzieć, że precedens sprowokowałby błyskawiczny rozwój technologii i protezy następnej generacji pozwalałyby na bieżni wykonywać kangurze skoki, tyle że sześć razy szybciej.

Zarazem jednak losy biegacza z RPA wywołują współczucie i mnóstwo sprzecznych uczuć, bo jest on nade wszystko ponadprzeciętnym lekkotletą, który - jak każdy sportowiec - sukces okupił potwornym treningowym znojem i wyrzeczeniami, zawdzięczając go wyjątkowej samodyscyplinie, determinacji i sile woli. Teraz przegrał, bo pragnął nieosiągalnego, czyli dołączenia - w pewnym sensie - do zdrowej reszty ludzkości. I skazał działaczy - a także nas, kibiców - na dylemat beznadziejny, uniemożliwiający właściwy werdykt, tragiczny.

Kto wie, czy bardziej w zgodzie z pierwotnym olimpijskim duchem nie pozostawałoby dopuszczenie go do startu. Niestety, musielibyśmy liczyć się z konsekwencjami, a i bez tego procedensu nie wolno nam wykluczyć, że już jutro sportowcy nie zaczną poprawiać swojej anatomii cudami hi-tech - oczywiście ukrytymi, więc na bieżnię będą musieli wchodzić przez bramkę wykrywającą metal.

A może schodzić? W końcu kontrolę dopingową przeprowadza się po zawodach...

W każdym razie historii Pistoriusa grozi jeszcze bardziej ponuty epilog - niewykluczone, że działacze zakażą mu również udziału w paraolimpiadzie.

18:32, rafal.stec
Link Komentarze (9) »

Przed Bożym Narodzeniem zadałem tutaj tyleż dramatycznie brzmiące, co w zamiarze nieco prowokacyjne pytanie, czy mundial straci sens. Piłem do dość odległej przyszłości - lub raczej jej hipotetycznej wizji - w której granice międzypaństwowe, zwłaszcza w Europie, jeszcze bardziej się zatrą, każdy piłkarz będzie sobie wybierał reprezentację kraju wedle własnego widzimisię, a najbogatsze federacje narodowe będą - zupełnie jak teraz kluby - kusić sutymi kontraktami najzdolniejszych.

Całej dyskusji nie chcę wznawiać, dziś wracam tylko do tezy Michała Pola i wielu innych komentatorów, także zagranicznych, którzy wieszczyli wówczas rewolucję, bowiem hiszpański bramkarz Manuel Almunia zadeklarował, że byłby gotów - po otrzymaniu brytyjskiego obywatelstwa - zagrać dla reprezentacji Anglii.

Ja protestowałem, dla mnie rewolucja była i jest niemożliwa, bowiem dawno temu już się odbyła - choć w tempie raczej ewolucyjnym. Harmider wybuchł z jednego tylko powodu: historia dotyczyła wyspiarskiej piłki, a ta ma nieprawdopodobną moc kreowania medialnych megahitów z niczego.

I oto mamy tego dowód. Włosi wyliczyli właśnie, że ich reprezentacyjni napastnicy nie imponują ostatnio taką skutecznością, jaką zadziwiali przed mundialem w 2006 roku, na którym sięgnęli po złoto. Spytali więc Brazylijczyka Amauriego, niepowoływanego do swojej kadry, czy nie zechciałby zagrać dla Italii.

Amauri

Piłkarz Palermo początkowo się wzdragał, manifestował przywiązanie do ojczyzny. Ale w końcu zmienił zdanie. I nie będzie musiał nawet szukać przodków, którzy wyemigrowali kiedyś do Ameryki Płd. Wystarczy, że jego żona - i rodaczka zarazem - Cynthia mieszka na Półwyspie Apenińskim od 12 lat.

Jeśli Amauri zdąży przebrnąć przez biurokratyczne procedury - a medialna kampania wspomagająca już trwa - w czerwcu prawdopodobnie pojedzie na Euro 2008. Operacja przeprowadzana jest jednak po cichu, w końcu rzecz nie dotyczy Anglików. Kiedy Argentyńczyk Mauro Camoranesi stawał się Włochem, też nie huczało w całej Europie. A mistrzostwo świata z przybraną ojczyzną zdobył.

Na rewolucję zatem za późno, ale kolejne bariery będą padać. Ostatecznie wcale nie doszłoby do supersensacji, gdyby królem strzelców Euro 2008 został chorwacki Brazylijczyk Eduardo lub włoski Brazylijczyk Amauri.

01:39, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
środa, 16 stycznia 2008

Gianluigi Buffon 

Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) powstała - według jej własnej witryny internetowej - niemal 24 lata temu, ale rozpanoszyła się dopiero w ubiegłej dekadzie, kiedy jęła uzurpować sobie prawo do tworzenia najrozmaitszych rankingów hierarchizujących piłkę nożną, a media z całego świata ochoczo jej wysiłki wsparły. (Choć podejrzane powinno wydać się już to, że została założona w NRD.)

Kim są jej szefowie - Niemiec Alfredo W. Poge, Duńczyk Jorgen Nielsen oraz Hiszpan Jose del Olmo - nie do końca wiadomo, ale niektóre ich pomysły, jak np. comiesięczne notowania w rankingu najsilniejszych klubów świata, zdobyły sobie wcale okazałą popularność. Nawet jeśli wywołują, delikatnie mówiąc, kontrowersje. (Aktualną klasyfikację - umieszczającą Santos wyżej od Interu Mediolan, a Defensor Club de Montevideo - nad Realem Madryt, znajdziecie tutaj.)

Ostatnie wyróżnienia IFFHS dotyczą najlepszych bramkarzy 2007, ocenianych ponoć przez jakieś tajemnicze grono ekspertów z 89 krajów. Oto efekty ich typowania:

1) G. Buffon           Juventus/Włochy

2) P. Cech             Chelsea/Czechy

3) Casillas             Real/Hiszpania

4) E. van der Sar   MU/Holandia

5) Rogerio Ceni     Sao Paulo/Brazylia

6) Dida                 Milan/Brazylia

    J. Reina            Liverpool/Hiszpania

8) A. Palop           Sevilla/Hiszpania

9) Julio Cesar        Inter/Brazylia

10) J. Lehmann      Arsenal/Niemcy

Dodam jeszcze, że na 16. pozycji uplasował się nasz Artur Boruc, choć mnie uderza co innego. Otóż nie potrafię sobie wyobrazić, że istnieją jakiekolwiek kryteria ściśle związane z bramkarskim fachem, które mogły dać szóste miejsce Didzie.

Ponieważ ranking publikowany jest od 1987 roku, IFFHS sumuje wszystkie jego wydania i podaje wyniki zbiorcze, nazywając je - nie wiedzieć czemu - klasyfikacją wszech czasów. Oto jej aktualny stan:

1) P. Schmeichel      Dania         69 pkt

    G. Buffon             Włochy       69

3) O. Kahn               Niemcy        62

4) J. Chilavert          Paragwaj    58

5) W. Zenga            Włochy       55

6) I. Casillas            Hiszpania    53

7) E. van der Sar      Holandia     45

8) M. Preud'homme  Belgia        43

9) C. Taffarel           Brazylia      40

10) D. Seaman         Anglia        38

...

28) J. Dudek             Polska        12

62) J. Młynarczyk      Polska         2.

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
Archiwum
Tagi