RSS
niedziela, 11 listopada 2007

Kiedy w czwartek na forum własnego bloga dyskutowałem z Michałem Polem o sensacjach na Euro 2004, jeden z czytelników zdiagnozował u nas zaawansowanego fioła (zanim zorientował się, że i jemu daleko do odporności na tę zarazę). Tamtemu czytelnikowi oraz innym zaniepokojonym, czy aby na pewno nic nie zagraża ich psychicznej równowadze, dedykuję wczorajsze słowa Arsene'a Wengera, który zamartwia się, co pocznie po poniedziałkowym meczu z Reading.

Francuski trener rozpocznie wtedy przeraźliwie długi - 12-dniowy, spowodowany rywalizacją reprezentacji narodowych - post. Następne spotkanie jego Arsenal rozegra dopiero 24 listopada. Wenger zaplanował co prawda, że każdego wieczoru odpali sobie na DVD jakiś mecz, że odwali trochę roboty papierkowej etc, ale co zrobić z resztą dnia? Czym ma zapchać dobę pozbawiony drużyny trener, który twierdzi, iż najgorzej znosi wakacje, bo czuje się na nich kompletnie zagubiony?

Osobiście radziłbym jednak Wengerowi odpocząć, bo wcześniej czy później skończy jak inny nieuleczalny maniak - Rafael Benitez. Ten przypadek jest nawet groźniejszy - Hiszpanowi nie wystarczy bowiem tkwić we własnym świecie, on zaciągnął doń nawet żonę. Jego ukochana Montse po przylocie do Liverpoolu studiowała historię nowego klubu męża, by Benitez łatwiej wczuł się w klimat. On sam gmerał wówczas w zagadnieniach taktycznych. Od świtu do zmierzchu, od zmierzchu do świtu. I ponoć niedługo potem okoliczne koty zaczęły łazić wyłącznie w ustawieniu 4-4-2, sumiennie dbając o zachowanie właściwych odległości między formacjami.

Opisuję benitezowego fioła, bo - jak wspominałem - Benitez źle skończył. Oszalał. W sobotnim spotkaniu z Fulham kazał grać dokładnie tej samej jedenastce, która w wtorek pokonała Besiktas 8:0.

I nikt nie wie, dlaczego. Poprzednio wyciął taki numer piłkarzom przeszło rok temu. Potem poszedł w rotacyjną orgię, czasem zmieniając niemal cały zespół, a czasem, kiedy był w nastroju mniej perwersyjnym selekcyjnie, poprzestawał na wymianie pojedynczej formacji. W sumie facet ze stażem 200 meczów na ławce ”The Reds” ledwie sześciokrotnie posłał do gry ten sam zestaw piłkarzy, który wybiegł na boisko w poprzednim meczu. Dziennikarze coraz częściej odmawiali typowania prawdopodobnego składu Liverpoolu, bo wykrywać algorytmu sterującego personalną polityką hiszpańskiego trenera nikt nawet nie próbował.

Aż Benitez - kondycyjnie? intelektualnie? psychicznie? - nie wytrzymał. Wystawił tych samych ludzi, choć we wtorek nie był z nich w pełni zadowolony. Pamiętacie? Jeszcze w 89. minucie, kiedy Peter Crouch strzelał Besiktasowi ósmego gola, trener ściągał brwi i zawzięcie gestykulował, dokonując korekty taktycznego ustawienia drużyny.

Tak, skład Liverpoolu to była największa sensacja piłkarskiego weekendu w Europie. Co tam porażka Barcelony, co tam porażka Bayernu, one zdarzają się co kilka tygodni/miesięcy, a nie raz na rok.

Piłkarze Liverpoolu byli wstrząśnięci. Gole strzelili dopiero, gdy Benitez sięgnął do ławki rezerwowych i zamieszał w składzie.

20:53, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
sobota, 10 listopada 2007

Niezależnie od kolejnych decyzji władz piłkarskich uważam, że symboliki z flagi ultrasów Jagiellonii wiszącej w piątek na trybunie stadionu Legii nie sposób zaklasyfikować jako rasistowskiej. Wzniesioną zaciśniętą pięść można znaleźć na logo wielu organizacji - od propagujących ideologię faszystowską po propagujące idee radykalnie odmienne.

Mój błąd wziął się z nadmiernego zaufania, którego udzieliłem delegatowi PZPN, oraz znajomości naszych stadionowych obyczajów. Znam surową politykę UEFA chcącą wykopać rasizm ze stadionów, znam jej twardą dyrektywę nakazującą nie rozpoczynać gry przed usunięciem zabronionych transparentów, wiem, że Andrzej Tomaszewski miał ze sobą listę zakazanych znaków, więc sprawa uznałem za wybitnie klarowną i bezdyskusyjną. Nie rozpoznaję całej, zapewne bogatej, symboliki ruchów faszyzujących i ksenofobicznych, dlatego oparłem się na autorytecie człowieka, który miał dysponować pełną wiedzą. Pełną wiedzą, czyli zestawem zakazanych obrazków. Może delegat okazał się nadgorliwy, może zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Na mój pochopny osąd wpłynęła też znajomość ligowych realiów. Na stadionach od lat wiszą transparenty o treści zakazanej lub utrzymanej w poetyce kryminalnej. Dlatego rasistowski symbol na trybunach jakoś szczególnie by mnie nie zdziwił. Zaskoczony byłbym, gdyby projektanci flagi wzorowali się na logo ruchów ekologicznych lub pacyfistycznych, które również używały symbolu zaciśniętej pięści.

To wszystko gwoli wyjaśnienia, okoliczności mnie bowiem nie usprawiedliwiają. Jeśli komuś zarzucasz rasizm, potrzebujesz twardych dowodów. Ja ich nie mam. Jeszcze raz przepraszam.

Przepraszam, choć podtrzymuję opinię o triumfie kibolstwa. Kibolstwa, którego organizatorzy nie są w stanie zmusić do usunięcia niepożądanej flagi (rozmawiamy tutaj o momencie, w którym obowiązuje diagnoza delegata - transparent łamie prawo). Kibolstwa, które nie zgodzi się na zasłonięcie flagi, nawet jeśli proszą o to piłkarz i prezes klubu, nawet jeśli obserwator grozi niedokończeniem meczu. Futbolem się przecież niespecjalnie interesują. Wolą palić szaliki. Rozumiem wściekłość trenera Jana Urbana, który na konferencji prasowej nie potrafił zrozumieć (video), dlaczego w innych krajach potrzebują minuty, by skonfiskować niechciany transparent, a u nas jest to niemożliwe.

Podtrzymuję też opinię o kompletnie nieodpowiedzialnej postawie Kazimierza Węgrzyna. Komentator Canal+ przyjął wersję delegata PZPN, nie kwestionował orzekniętej przez niego nielegalności flagi, a mimo to atakował go - wielokrotnie - za trzymanie się regulaminu. Apelował o „przymykanie oka”, czyli tolerowanie niegroźnego jego zdaniem łamania prawa.

Zdaję sobie sprawę, że wrogowie kampanii „Gazety” o oczyszczenie stadionów z kibolskiej mentalności wpadli w ekstazę, że wypominaniem mojej wpadki będą starali się zastąpić wszelkie merytoryczne argumenty. Dostali wspaniały prezent.

Ale my nie zrezygnujemy. Kibole wpadek zaliczyli znacznie więcej, bo chuliganić lubią na masową skalę (wracający pociągiem do Białegostoku szarpnęli za hamulec bezpieczeństwa i wyskoczyli na peron, by zaatakować policję). Dlatego nie modyfikujemy naszej definicji kibolstwa, nie porzucamy marzeń o lepszym jutrze na stadionach. Wciąż będziemy apelować, przekonywać, zachęcać do walki o mentalnościowy, obyczajowy i estetyczny przełom.
12:56, rafal.stec
Link Komentarze (124) »
piątek, 09 listopada 2007

Z półgodzinnym opóźnieniem rozpoczęła się druga połowa meczu Legia - Jagiellonia. Przedstawiciel PZPN nie pozwalał wznowić gry, bowiem w sektorze białostockich kiboli wisiał transparent z symbolem ideologii rasistowskiej. Pod trybuną próbował negocjować kapitan drużyny gości Jacek Banaszyński. Nic nie wskórał. Kibol znów był górą. Naszą wspólną - fanów futbolu - kapitulację zobaczyliśmy, gdy rozpoczęła się żenująca szopka z przesuwaniem obwieszonej jakąś szmatą bramki, która miała zasłonić transparent.

Równocześnie nadzwyczaj klarowną sytuację zaciemniał Kazimierz Węgrzyn. Komentator Canal+ jął zrzędzić na nadgorliwego rzekomo delegata PZPN, który jego zdaniem ”musiał się bardzo rozglądać”, by znaleźć zakazaną flagę. I nie było to przejęzyczenie! Węgrzyn, telewizyjny autorytet od polskiej ligi, jeszcze kilka razy pomarudził, że przecież na takie drobiazgi ”można przymknąć oko”.

Sytuacja była nadzwyczaj klarowna, bowiem bezkompromisową walkę z rasizmem na stadionach podjęły międzynarodowe władze piłkarskie i to ich dyrektyw trzyma się PZPN. Delegat nie miał czego interpretować, w ręku trzymał listę zakazanych symboli. Przepisy są jasne: albo rasistowski znak zniknie, albo meczu nie będzie.

Węgrzyn usiłował uczynić incydent niejednoznacznym, zdradzając, że cierpi na chorobę od lat toczącą polski futbol: pogardę dla prawa, tolerowanie ”pomniejszych” nieprawidłowości, których nagminność osiąga później swą kulminację w wielkich skandalach, często głośnych w całej Europie.

Znów przekonaliśmy się też, że sformułowana niedawno na łamach ”Gazety” definicja ”kibola” jest trafna. Kibola nie obchodzi sport, kibol nie zdejmie zabronionego transparentu, nawet jeśli poprosi go o to piłkarz, nawet jeśli ryzykuje, iż mecz nie zostanie wznowiony.

Kibol nie tyle wygrał, co odniósł wielki triumf. Transparent został zawieszony wyżej i tak wyeksponowany straszył do ostatniego gwizdka. A po nim piłkarze podbiegli do kiboli i przybijali z nimi piątki.

PS. Dzwoniłem po meczu do Michała Listkiewicza. Wysiadał właśnie z samolotu, nie wiedział, co się działo na stadionie w Warszawie przy Łazienkowskiej. Po mojej relacji rzucił, że PZPN będzie rozważał, czy od rundy wiosennej za wywieszanie flag z hasłami lub symbolami o treści rasistowskiej (lub innej zakazanej) nie karać klubów walkowerem. Oczywiście klubów, których kibice je wywieszą.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (209) »

Dzisiaj w sprawie kibicowsko-kibolskiej nie będę podejmował nowych wątków (zapraszam do poniedziałkowej „Gazety Sport” na długi wywiad z fanem, który na Żylecie zdziera gardło od 13 lat), przedstawię tylko obiecaną statystykę kibicowskiej niesubordynacji, za które od 2002 roku była karana Legia Warszawa.

Klub na oficjalnej stronie internetowej opublikował jedynie suche liczby (choć listę meczów z listą wybryków rozesłał do mediów), więc od siebie dodaję subiektywny przegląd kibolskiego repertuaru:

Kamieniami w piłkarzy kibole rzucali podczas meczów: z Wisłą Kraków (2002) i Schalke (2002). Rzucali też podczas spotkania z Jagiellonią (2004), ale w tym przypadku klub nie podał, czy również mierzyli w zawodników.

Butelkami kibole rzucali podczas meczów: z Odrą Wodzisław (2002) i Jagiellonią (2004).

Racami, petardami lub inną pirotechniką w piłkarzy lub kibiców przeciwnika kibole rzucali podczas meczów: z Odrą Wodzisław (2002), Utrechtem (2002), Lechem Poznań (2005), Lechem Poznań (2005, w rewanżu za to poprzednie spotkanie), FC Zurich (2005), Widzewem Łódź (2007, zraniony został fotoreporter), Lechem Poznań (2007) i Vetrą Wilno (2007).

Race na boisko kibole wrzucali podczas meczów: z Wisłą Kraków (2002), Górnikiem Zabrze (2002), KSZO Ostrowiec (2002), Odrą Wodzisław (2002), GKS Katowice (2002), Widzewem (2002), Mazowszem Grójec (2004), Polonią Warszawa (2004), Górnikiem Łęczna (2005), Polonią Warszawa (2005), Austrią Wiedeń (2006), Górnikiem Łęczna (2007).

Demolowali stadion (wyrywali krzesełka, wybijali szyby w budynkach klubowych, dewastowali toalety, niszczyli aparaturę do monitoringu etc.) kibole podczas meczów: z KSZO Ostrowiec (2002), Jagiellonią (2004), Wisłą Płock (2005), Górnikiem Łęczna (2005), FC Zurich (2005), Wisłą Płock (2006), Arką Gdynia (2006) i Vetrą Wilno (2007).

A były jeszcze wielokrotne wtargnięcia na boisko (co czasem wymagało sforsowania lub zniszczenia ogrodzenia), wulgarne transparenty obrażające rywali, palenie flag kibiców przeciwnika (w tym roku Polonii Warszawa i Odry Wodzisław) oraz ich szalików, i najróżniejsze wybryki, które zmuszały sędziów do przerywania meczów. I na koniec jeszcze ciekawostka zoologiczna z meczu Pucharu UEFA w Tbilisi: otóż tam jeden z „kibiców” obnażył się przed kibicami drużyny gospodarzy...

Ogółem Legia od 2002 roku była karana 104 razy za naruszenia porządku. Karały ją PZPN, władze ligi lub UEFA. Kto chce dokładniejszych statystyk, zliczonych sezon po sezonie z wskazaniem rodzaju przewinienia, niech zajrzy tutaj. Dla porządku zaznaczam: nie wytykam Legii jako wzorca kibolskiego chuligaństwa, być może inni ligowcy zapracowali na jeszcze bogatsze statystyki. Po prostu stołeczny klub jako pierwszy dokonał takiego podsumowania i je upublicznił.

PS. Przy okazji pytanie: wie ktoś, co obnażył ów striptizer z Tbilisi? Mam swoje podejrzenia, ale pewności - żadnej. Aha, jak ktoś wytrzyma kondycyjnie, to może porachować, co ile meczów Legia była w tych latach karana.

 

20:49, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 listopada 2007

Refleksjami po wtorkowo-środowych spektaklach dzielę się z opóźnieniem, bo robiłem obiecany wywiad z przedstawicielem legijnej Żylety (a raczej: on robił ze mną, szczegóły niebawem), ale podzielić się muszę, bo Liga Mistrzów wciąż wprawia w ekstazę. Średnia trzy gole na mecz, rekordowe zwycięstwo grającego zazwyczaj w rytmie jednostajnie nużącym Liverpoolu, bramkowe arcydzieła Ibrahimovicia i Liedsona - ktoś kiedyś smęcił, że coroczne pojedynki tych samych gigantów się nam opatrzą i Champions League skończy jako ładnie obmalowana marketingiem wydmuszka?

Strachy na lachy, wciąż jest pięknie, a zanosi się, że będzie jeszcze piękniej. Jedną wadę krytycy wytykali bowiem LM słusznie: za mało było w elicie niespodzianek, „za mało” to zresztą eufemizm, bo w minionych latach nie było ich wcale. Myślę tu nie o triumfach sztucznie kreowanych kopciuszków, jak popisy bardzo bogatego Porto eliminującego obrzydliwie bogaty Manchester Utd, lecz drużyn ewidentnie na tle elity trzecioligowych. Ostatnią supersensację, jaką sobie przypominam, sprawili jesienią 2002 roku piłkarze FC Basel. Wyeliminowali Liverpool, a potem - w nieistniejącej już drugiej fazie grupowej - minimalnie wyprzedził ich Juventus. Włosi awansowali do ćwierćfinału, choć nazbierali tyle samo punktów, co Szwajcarzy.

Potem nastąpiło niemal pięć chudych lat, aż wreszcie się doczekaliśmy. Mamy Rosenborg.

Dwa zwycięstwa nad Valencią i wyjazdowy remis w Chelsea to już nie jest incydentalny wybryk, to rozróba na całego. I właśnie Norwegowie dają mi tej jesieni frajdę największą. Oby awansowali, obyśmy wiosną znów się zastanawiali, dlaczego oni potrafią, a my, Polacy, nie potrafimy. Choć bowiem w Lidze Mistrzów widzę produkt niemal skończony, mocno tęskniłem za niespodziankami.

Tęskniłem, mimo że daleko mi do radykała, który w sporcie szuka wyłącznie widoku znokautowanych gwiazd. Moja prywatna ogólna teoria sensacji w turniejach piłkarskich brzmi: są niezbędne, byle nie za dużo. Jak się namnożą, jak mali zaczynają bić się z małymi, istnieje ogromne niebezpieczeństwo nudy. Pamiętam moją pierwszą widzianą na żywo wielką imprezę - mundial w Japonii - i ówczesny ćwierćfinał Senegal - Turcja. Pustka. Nie działo się nic, żadnych emocji, pewnie bym się od tamtego nudziarstwa roztopił, gdyby nieopodal - w loży honorowej - nie wyprężały się senegalskie boginie. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi? Do dziś nie wiem, kim były, ale nogi miały aż do nieba, a o reszcie zamilczę, bo miało być o sporcie.

W każdym razie piłkarze przynudzali, a przecież gdyby Senegal grał z Anglią czy Niemcami, pewnie wszyscy bylibyśmy Senegalczykami. Dawid potrzebuje kolejnych Goliatów, bo Dawid szarpiący się z Dawidem kręci jakoś mniej. Dlatego trzymam z bohaterami z Trondheim, pilnie śledzę doniesienia o ich kontuzjach odniesionych oraz wyleczonych, wypatruję awansu, a także strachu w oczach gwiazdorów Realu lub Milanu, którzy wylosują Rosenborg w następnej rundzie. Będzie nie tylko smacznie, ale i pikantnie.

Gorzko zabrzmi tylko odwieczne pytanie: dlaczego nie u nas? Norwegów jest niewielu, zimno u nich jak diabli, sezon mają krótki (od kwietnia do listopada), kluby sprofesjonalizowały się ledwie kilkanaście lat temu, budżet całej ligi ciut przewyższa budżet naszej ekstraklasy. Dlaczego, u licha, nie u nas!?

PS. Michał Pol zachwyca się golem Ibrahimovicia, istotnie fantastycznym, a ja długo nie zapomnę również ”szczupaka” Brazylijczyka Liedsona w meczu Sporting Roma:

20:04, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
środa, 07 listopada 2007

Dziś nie polemizuję, bo wyszperane w sieci cytaty mówią o oczywistych oczywistościach, więc nie da się ich obalić. Ujęły mnie jednak tyleż wartością merytoryczną, co powabem środków wyrazu i porównań. Po prostu świetnie się czyta, do tego poruszają, dlatego się nimi dzielę. Pycha! Oto te delicje (zachowuję pisownię oryginalną):

„nie wiem czy zdaje sobie pan sprawę ile złego wyrządził pan tymi swoimi felietonami. otóż wczoraj pojechałem odebrać mój szalik Legii od dziewczyny. w środku dnia, w centrum miasta wsiadam w autobus, barwy mego klubu dumnie wiszą na szyji. wchodząc czuje wzrok niemal każdego pasażera, coś jakby każdy zaczął się obawiać o swój portfel. nie tylko starsi ludzie, też młodsi, 40latkowi, wszyscy niemal. siadam. starsza pani się przysiada, zauważa szalik, wstaje i idzie poszukać innego miejsca. przykre. w klatce w moim bloku mam opinie chuligana i pijaka, część sąsiadów nie mówi mi "dzien dobry", chociaż ile razy pomogłem nieść zakupy, czy pomóc wnieść wózek sąsiadce z dzieckiem... no nic to, takie życie kibica.”

komentarz pod moim poprzednim wpisem, autor: mistrzempolskijestlegiunia

„Oto bowiem kibole Legii postanowili w proteście wobec polityki klubu najpierw nieco pomilczeć. Już te barbarzyńskie metody, nieudolnie kopiowane choćby z takich chuliganów jak Mahatma Gandhi, były pierwszą iskrą, która zapaliła lampkę w głowie Rafała Steca.”

„Milczącą wściekłość kibiców wywołało wydanie zakazu stadionowego wobec jednego z ważniejszych kibiców, za to, że na meczu odpalił świetlną rację. A przecież już kazus dziennikarzy Gazety Polskiej pokazał, że tylko liberalizm w szeroko rozumianej polityce karnej, daje jakiś efekty, bo w przeciwnym razie niestety wpadamy w odmęty stalinowskiego terroru.”

z bloga Galopującego Majora na Salonie 24 

PS. Ten ostatni bloger (ciekawe, o ile jest mniej ważnym kibicem od owego „jednego z ważniejszych”, ukaranego przez Legię) podziękował też „Gazecie”, że walczyła o import obcej myśli szkoleniowej do polskiego sportu. Mądrzejsi koledzy podpowiadają mi co prawda, że ironizował, ale nie uwierzyłem. Cieszę się z podziękowań, choć zarazem trochę żałuję, że nie wsparł naszej kampanii zainicjowanej w 2002 roku. Może z jego wsparciem mielibyśmy Beenhakkera już wtedy, reprezentacja wymordowałaby zwycięstwo nad Łotwą i awansowała do poprzednich mistrzostw Europy? Tak czy owak czuję się naprawdę doceniony. Dotychczas podziękowanie usłyszałem tylko od pewnego pracownika PZPS, który po zatrudnieniu Lozano rzucił do mnie: „Masz, czego chciałeś.”

16:02, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 05 listopada 2007

Niezadowolonych, że „Gazeta” ignoruje punkt widzenia uczestników akcji protestacyjnej na stadionie Legii informuję, iż wreszcie umówiłem się na wywiad z oburzonym czytelnikiem z Warszawy, w listach do redakcji reklamującym się jako bywalec „Żylety” z 15-letnim stażem, i mam nadzieję naszą rozmowę niebawem opublikować. Próbowałem zorganizować podobne spotkanie wcześniej, ale oburzeni - tak hałaśliwi i odważni w wirtualnej przestrzeni - nie odpowiadali na moje propozycje.

A ponieważ „kwestia kibolska” zdaje mi się niezwykle ważna, postanowiłem też być anielsko cierpliwy i możliwie detalicznie doprecyzowywać mój pogląd na kwestię kibolską, który wciąż wielu z was odbiera jako frontalny atak na wszystkich szalikowców. Życzliwie zakładam, że to ja popełniam grzech niewystarczająco klarownego formułowania myśli, więc będę wracał tutaj do różnych spraw, nawet gdybym miał się niekiedy powtarzać.

Dziś dwa tematy, które podejmowałem w swych felietonach („Kibol beznadziejnie głupi jest”, „Kibol i fajne dziewczyny” oraz „Szalik zobowiązuje”), wywołując ogromne kontrowersje. Pierwszy to ukochane przez wielu race - bez nich część kibiców nie wyobraża sobie meczu, nie rozumie więc, jak można za ich użycie karać zakazem wstępu na stadion.

Niestety, Ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych w art. 14 rozdz. 1 brzmi: „Osobom obecnym na imprezie masowej zabrania się w szczególności wnoszenia na imprezę masową broni lub innych niebezpiecznych przedmiotów (narzędzi) oraz materiałów wybuchowych i wyrobów pirotechnicznych, napojów alkoholowych, środków odurzających lub substancji psychotropowych.”  Słowem, prawo zabrania nie tylko odpalania, ale i wnoszenia rac na stadion. Sprawdźcie sami, tekst znajdziecie tutaj.

Gdyby ktoś zatem chciał ozdabiać mecze racami, musiałby namówić polityków do zmiany ustawy. (Inicjatywę ustawodawczą mogą też zgłosić obywatele, ale musi ją podpisać co najmniej 100 tys. osób, więc będzie trudno.) Na razie wnoszenie rac to łamanie prawa, więc wszelka dyskusja jest wykluczona: nie wolno i basta.

Niestety, zrozumienia dla miłośników pirotechniki nie wykazują też szefowie UEFA, którzy identycznym zakazem obłożyli wszystkie mecze reprezentacji i europejskich pucharów. Zapomnijcie więc o ognistych zabawach w Lidze Mistrzów, o której przecież wszyscy marzymy.

Drugi kontrowersyjny temat również podejmuje wspomniana ustawa, która po nowelizacji z 9 maja 2007 roku mówi: „Organizator masowej imprezy sportowej zapewnia również identyfikację osób biorących udział w masowej imprezie sportowej o podwyższonym ryzyku organizowanej na stadionie lub w hali sportowej.”  Dalej przepis nakazuje spisywać imię i nazwisko oraz numer PESEL każdego nabywcy biletu.

Kiedy swego czasu apelowałem, by nie wpuszczać na mecze anonimowych kibiców, wielu czytelników grzmiało, że żądam totalnej inwigilacji i w ogóle marzę o iście orwellowskiej kontroli każdego kroku każdego kibica. Tymczasem chciałem jedynie, by polskie kluby na masową skalę nie łamały prawa.

Łamią. Notorycznie, na większości stadionów. Meczów „o podwyższonym ryzyku” (ten status nadaje policja) jest mnóstwo, więc wszystkie kluby powinni albo wprowadzić identyfikatory ze zdjęciem, albo spisywać numer PESEL, a potem - wpuszczając kibiców na stadion - każdego legitymować. Niestety, to wciąż w lidze rzadkość.

Dlatego godząc się na debatę o kibicowaniu mam prośbę: nie wracajmy już do spraw, o których nie ma sensu rozmawiać, bo reguluje je polskie prawo. Chętnie natomiast przeczytałbym pod tym postem o zjawiskach, które was na stadionie waszego klubu szczególnie irytują lub przeciwnie, bardzo was cieszą i są warte propagowania. (Tylko błagam o konkrety, które da się wprowadzić w życie, a nie nierealistyczne marzenia, by np. „kibice mniej przeklinali”.) Obiecuję, że wszystkie konstruktywne, ciekawe refleksje przekażę szefom Ekstraklasy SA.

PS. A stąd wzięliśmy list fanki z Krakowa, którego bezskutecznie szukaliście na naszym forum.
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (155) »
niedziela, 04 listopada 2007

Zaniepokoiły mnie ostatnie wpisy sąsiada z redakcji Michała Pola. Zaniepokoiła mnie nie tyle jednak wieszczona przez niego inwazja porno na piłkę nożną, co troska o przyszłość naszej ulubionej dyscypliny sportu. Już drugi jego post na ten temat, więc sprawa musi być poważna. Czyżby piłka miała zostać splugawiona i zbeszczeszczona? Czyżby chodzenie na stadion miało wkrótce oznaczać wspieranie prostytucji lub pornobranży? Czyżby czekały nas, prostodusznych kibiców, nierozwiązywalne dylematy moralne?

Pobrzmiewa mi w tym alarmistycznym tonie prastare ludzkie poczucie, że kiedyś to było lepiej, że dopiero teraz przyzwoitość robi się niemodna, że świat generalnie schodzi na psy etc. Owszem, było lepiej - bo byliśmy młodsi. Owszem, było lepiej - bo dziś pamiętamy tylko dobre, przykrą resztę wymazaliśmy z pamięci. Ale osobista perspektywa mocno zafałszowuje rzeczywistość. Np. porno na ekranie, ponoć przeżywające dziś niebywały rozkwit, jeszcze pokaźniejszy odsetek globalnej produkcji filmowej stanowiło już w okresie międzywojennym.

Ale do rzeczy. Otóż chcemy bić na alarm, bo jakieś kluby - mimo wszystko prowincjonalne - będą finansowane przez zyski z agencji towarzyskiej lub pornoli, jako odtrutkę poleciłbym nałożenie etycznego filtru na fortuny stojące za potęgą największych piłkarskich korporacji. Począwszy od Milanu, którego dobroczyńca Berlusconi wziął sobie prawie całe Włochy na własność, a jeśli przy okazji łamał prawo, to je jako premier zmieniał, byle uniknąć wyroku (a przynajmniej - uczciwego procesu). Przez Szachtar, którego dobroczyńca Rinat Achmetow to przywódca tzw. klanu donieckiego, uchodzącego za organizację na poły mafijną, i Atletico Madryt, którego nieżyjący już dobroczyńca Jesus Gil trafił nawet na pewien czas do kryminału. Po Manchester City, którego dobroczyńca Thaksin Shinawatra musiał ewakuować się z Tajlandii, bo jego rodacy oskarżają swego byłego premiera m.in. o korupcję, a Amnesty International - łamanie praw człowieka.

Rzucam tylko kilka najpopularniejszych futbolowych marek, bo nie chciałbym, żeby emblematami ogólnej - domniemanej czy nie - degrengolady etycznej piłki czynić akurat szwedzkie AIK Sztokholm lub włoskie Trentino 1921. Podejrzanego kapitału wokół boisk leży mnóstwo, nawet w Lidze Mistrzów.

Wpis Michała, choć ciut nazbyt alarmistyczny, bardzo mi się jednak podobał. Po pierwsze, zdjęcia - każdy powód jest dobry, by popatrzeć na to, co przyrodzie najpiękniejsze. Po drugie, moralnej czujności nigdy dość. Skoro mój redakcyjny kolega wspomniał świetne ”Boogie Nights”, ja polecam inny film tego samego reżysera. W ”Magnolii”, moim zdaniem jednym z najznakomitszych dzieł lat 90., Paul Thomas Anderson napomina, by żyć przyzwoicie, bo wzburzone niebo może na nasze głowy zesłać deszcz niczym zwiastun apokalipsy. Od razu zaznaczam: lepiej tego kawałka nie uruchamiać, lepiej przeżyć szok oglądając rzecz w całości. Lojalnie ostrzegam, ale nie mogłem się powstrzymać przed włożeniem tutaj jednego z finałowych fragmentów filmu. W końcu to jeden z najoryginalniejszych scenariuszowych pomysłów w historii kina w ogóle:

21:41, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 listopada 2007

Kiedyś porywające spektakle zaszczycaliśmy porównaniem do przebojów made in Hollywood, dziś, gdy stolica kina wypluwa głównie infantylne gnioty dla przedszkolaków, fabuły z ligi angielskiej nie mają już konkurencji. I nie chodzi nawet o poziom gry, lecz owo niesamowite spiętrzenie atrakcji oraz rosnący wraz z upływającym czasem ładunek emocji, które razem wzięte  są w dzisiejszej piłce czymś absolutnie niepowtarzalnym.

Takie właśnie cudo wyprodukowały dziś Arsenal i Manchester.

Trwa doliczony czas gry, pole karne gości rozrywa kotłowanina i kanonada, jakiej świat nie widział. Kiedy sędzia ogłasza, że padł gol, nawet jego autor nie wie, że został bohaterem. Dopiero Adebayor woła do zdezorientowanego Gallasa: to ty, to ty strzeliłeś! Z 1:2 robi się 2:2. Gospodarzy ocalił ten, który jako pierwszy sprowadził na nich nieszczęście, zdobywając bramkę samobójczą. Czy można chcieć czegoś więcej? Jaki fabularny zwrot jeszcze można wynaleźć? Czy istnieje dreszczowiec doskonalszy?

Wyspiarze to uwielbiają. Zwłaszcza dziennikarze. Oni nie relacjonują rozgrywek, lecz opowiadają pasjonujące historie, wynajdując je za wszelką cenę, nawet jeśli trzeba rzeczywistość przekłamać, nadinterpretować, podkoloryzować, nawet zmyślić. Bez ich pogoni za superfajnymi fabułami pewnie nie byłoby zajadłej rywalizacji trenerów Wengera i Fergusona, którzy prą do zwycięstwa po ostatnią sekundę walki, których nieustępliwość i żądza triumfu zdają się pchać całe drużyny.

Nie potrafię tego udowodnić, ale jestem głęboko przekonany, że wieloletnia rywalizacja trenerskich legend Arsenalu i Manchesteru przenosi się na piłkarzy. Także tych piłkarzy, którzy czasem przebywają w klubie kilka lat, a czasem ledwie kilkanaście miesięcy, więc sami z siebie pewnie nie zawsze poczuliby, w czym biorą udział. Ale patrzą w oczy żywym pomnikom, poddają się oddziaływaniu dwóch cholernie zdeterminowanych dziadków z jajami, co to zmierzyli się ze sobą blisko 40 razy, ale wciąż nie mają dość udowadniania, kto jest lepszy.

Chciałbym przeżyć kiedyś coś takiego u nas. Poziom gry na angielskich boiskach długo jeszcze pozostanie dla naszej ligi nieosiągalny. Ale tę niesamowitą łapczywość na triumfy, jaka napędza gwiazdy Arsenali i Manchesterów, można wykrzesać z siebie niezależnie od umiejętności. Za naszymi hitami muszą jednak stać prawdziwe ludzkie historie, dla kogoś zwycięstwo muszą bywać niekiedy kwestią honoru, a porażka osobistą zniewagą.

Wenger pracuje w Londynie ponad 10 lat i może śmiało powiedzieć: Arsenal to ja. Ferguson utrzymuje stanowisko ponad 20 lat i jeszcze śmielej może krzyknąć: Manchester to ja. Obaj nie tylko planują treningi i dobierają skład na najbliższy mecz. Oni budują całą filozofię klubu.

W naszej lidze Orestowi Lenczykowi - trenerowi o najdłuższym stażu - stuknęły niedawno dwa lata na ławce GKS Bełchatów. Reszta na dobrą sprawę rozpoczęła pracę przedwczoraj. A jeśli spojrzeć na kilkanaście ostatnich sezonów, to rekordziści - Smuda w Widzewie czy Kasperczak w Wiśle - nie wytrwali na jednej ławce nawet czterech lat... Nawet Wojciechowi Stawowemu, któremu jako jedynemu obiecywano znacznie więcej, paskudny numer wyciął ostatecznie właścicel Cracovii. Podpisał z trenerem ponoć historyczny kontrakt - dziesięcioletni - by miesiąc później pożegnać się z najbardziej absurdalnego powodu pod słońcem - po sporze o to, czy piłkarze mają dopłacać do zgrupowania.

Patrzę na nową falę - Skorżę, Urbana, Zielińskiego, Michniewicza etc - i tak sobie marzę: a może i nam trafi się kiedyś prezes, który będzie konsekwentnie trwał przy swoim wybrańcu, choćby po to, żeby dowieść, iż zatrudniając go podjął właściwą decyzję?

PS. Jeśli ktoś pamięta kogoś ze sporym stażem pracy w jednym polskim klubie, a przeze pominiętego, proszę przypomnieć. Chętnie zbiorę burę.

17:44, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
piątek, 02 listopada 2007

Wracam do tematu z poprzedniego postu, bowiem żywiołowo zareagowali nań niepocieszeni kibice Manchesteru, wedle których nie doceniłem piłkarzy pozyskanych latem przez United, uznając ich za transferowe niewypały.

Odpowiadam tym chętniej, że Wasze oburzenie wynika poniekąd z nieporozumienia, a odpowiedź pozwala pogłębić problem. Otóż dając wpis o prowokacyjnym (prawo blogera) tytule ”Rok transferowych niewypałów?”, wcale nie zamierzałem oceniać skali talentu zawodników, którzy zmienili ostatnio kluby. Zwracam tylko uwagę na interesujące moim zdaniem zjawisko w handlu futbolowym żywym towarem.

Jeszcze niedawno ci, którzy kosztowali najwięcej, albo byli już megagwiazdami, albo oczekiwano, że się nimi natychmiast staną. Pamiętacie Szewczenkę, bohatera najwyższego transferu w roku 2006? Miał z dnia na dzień rzucić Anglię na kolana (zresztą w debiucie strzelił gola Liverpoolowi). Pamiętacie Rio Ferdinanda? Kosztował w 2002 roku najwięcej, bo przychodził w glorii potencjalnie najlepszego obrońcy świata. Nawet inny wasz idol Rooney, choć przychodził do MU jako dzieciak, zdążył wcześniej zachwycić na mistrzostwach Europy. Wymieniać nazwiska można w nieskończoność. Zidane, Figo, Buffon, Crespo, Vieri, Ronaldo, Veron, Ronaldinho, Drogba - wszyscy kosztowali fortunę, która miała się natychmiast zwrócić. Co oczywiście nie zawsze się udawało, wystarczy wspomnieć Verona czy Gaizkę Mendietę (Lazio, późniejszy bankrut, wydało na niego 45 mln euro!).

Dziś jest inaczej. Można się spierać o pozycję w Manchesterze Andersona i Naniego, ale daleko im do filarów drużyny, choć w sumie kosztowali blisko 50 mln euro, a jeśli wziąć pod uwagę ich kontrakty, to nawet więcej. Najbardziej symptomatyczna zdaje się jednak postać Portugalczyka Pepe. Real zapłacił horrendalne 30 mln euro za obrońcę cenionego, lecz czy aż tak cenionego, by czynić z niego trzeciego po Ferdinandzie i Thuramie najdroższego defensora w historii? Inne przykłady podałem w poprzednim wpisie, mnie osobiście szczególnie uderza jeszcze przypadek Szachtara Donieck - ten klub awansował do czołówki najrozrzutniejszych, wydając aż 36 mln euro na duet rezerwowych - Castillo i Williana. To wszystko nie znaczy, że wymienieni są pozbawieni talentu. To znaczy tylko tyle, że bogatych stać dziś, by za inwestycje długoterminowe płacić gigantyczne sumy, a nie - jak kiedyś - bardzo duże.

PS. Przy okazji chciałbym nieśmiało zaapelować do czytelników, byśmy w polemikach wyzbyli się używania argumentów typu ”rozumiem, że wielbi pan Arsenal, ale...” Po pierwsze, to niesamowicie nużące dla dziennikarza, który usłyszał już wszystko: że nienawidzi Liverpoolu i Chelsea, że nie znosi Realu i Barcelony, że ma uraz do piłki włoskiej i niemieckiej etc. Wszystko zależy od tego, co akurat napisałem. Po drugie (ważniejsze), chciałbym, byśmy toczyli rozmowy (inspirujące będę chętnie podejmował) na poziomie. Moi adwersarze mają wartościowe argumenty, więc po co wyrzucać sobie nawzajem, że ktoś manipuluje faktami, bo kibicuje nie tym, co trzeba? I ja mogę się mylić, pewnie się nawet mylę często, ale nie dlatego, że kogoś lubię, a kogoś nie. Zresztą sami odpowiedzcie sobie na pytanie: lepszy ten, co nie kibicuje Manchesterowi, ale pisze z sensem, czy ten, co mu kibicuje, ale pisze bez sensu?

A co do Naniego, to też typuję, że wraz z Cristiano Ronaldo mogą wkrótce stworzyć duet najgroźniejszych skrzydłowych w Europie...

14:22, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
Archiwum
Tagi