RSS
czwartek, 01 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Od kilku lat przyzwyczajamy się, głównie za sprawą Roberta Lewandowskiego, że należymy - my jako naród, jeśli wolno mi przeszyć powietrze tym niepokojącym słowem - do futbolowej elity elit. Znaczy nasi grają o najambitniejsze cele, po porażkach w półfinałach czy ćwierćfinałach Ligi Mistrzów odczuwają rozczarowanie. Pewnie wielu kibiców zaryzykowałoby nawet tezę, że spotężnieliśmy na czołowe mocarstwo w regionie - czy sklasyfikujemy go jako Słowiańszczyznę, czy jako byłe demoludy, czy, naśladując Ziemowita Szczerka, jako rozmaite Republiki Molwanii i Rzeczpospolite Krakozji. Przeświadczenie o własnej wielkości wzmaga zwłaszcza rzut oka na ranking FIFA, w którym właśnie zdobyliśmy dziesiątą pozycję i prężymy się tam ex aequo z imperialną Hiszpanią.

Dlatego warto czasami, dla psychicznej higieny, pochylić się nad Chorwacją.

Że tamtejsi kibice lewitują mentalnie w innej galaktyce, dla nas wciąż niewyobrażalnie odległej, uzmysłowiłem sobie jakiś czas temu przy okazji El Clásico. Umiecie sobie wyfantazjować, że opowiadamy o nim przez pojedynek Polaka z Polakami? Chorwaci przeżywają to, odkąd Barcelonę reprezentuje 29-letni Ivan Rakitić, a dla Realu Madryt kopią 23-letni Mateo Kovačić oraz 31-letni Luka Modrić, który zdążył już założyć królewskie barwy w 214 meczach.

Migawki z Ligi Mistrzów też mogą porządnie zdzielić po każdym polskim łbie, który rozsadza zadowolenie, jacy my wspaniali i w ogóle najlepsi. Oto Chorwaci już wiedzą, że jeden z nich w sobotę Champions League wygra. Modrić jako elegancki rozgrywający Realu zobaczy wszak w koszulce Juventusu umorusanego, walecznego zakapiora 31-letniego Mario Mandżukicia. A mógłby jeszcze ujrzeć Marko Pjacę, gdyby 22-letniego skrzydłowego, jednego z wielu gwarantujących zastępowalność pokoleń, nie powaliła kontuzja.

Ba, Chorwaci wiedzieli, że trofeum jest pewne, jeszcze przed półfinałami. Wraz z Atlético Madryt odpadał wszak z rozgrywek Šime Vrsaljko, 25-letni prawy obrońca, a wraz z AS Monaco - Danijel Subašić, bramkarz tuż po trzydziestce. Byli zatem jedyną obok Brazylii nacją reprezentowaną na tym etapie rywalizacji we wszystkich klubach. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

A ponieważ w Bayernie pogrywał jeszcze niedawno niejaki Ivica Olić, obecnie napastnik już 37-letni, to w trwającej dekadzie ledwie raz (!) zdarzył się finał Ligi Mistrzów bez żadnego Chorwata na murawie. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

Hołdy bałkańskim piłkarzom, pochodzącym z państw zszytych niegdyś w Jugosławię, składaliśmy wielokrotnie. Gdyby umieszczać ich w rankingach jako wspólne terytorium, byliby globalnymi liderami futbolowego eksportu, konkurującymi ze znacznie ludniejszymi przecież Argentyną oraz Brazylią. Dlaczego im się udaje, właściwie nie wiadomo, choć znawcy sportu zgłębić zagadkę próbują, przerzucając się bezlikiem hipotez. Od wskazywania warunków fizycznych (ludzie urodzeni na terenie dawnej Jugosławii są obok Skandynawów najwyżsi na świecie) po przywoływanie tragicznej historii regionu, dotkniętego wciąż doskonale pamiętaną wojną domową, która także sportowców miała uczynić niezłomnymi, nieustraszonymi, odpornymi na przeciwności losu, a także pełnymi powagi, dzięki której nie tracą w życiu czasu na duperele.

Sam w tę logikę powątpiewam, okolica, w której łatwiej o lej po bombie niż boisko, nie wydaje mi się sprzyjającą dla rozwoju piłki nożnej. Choć np. Modrić, najznakomitszy wśród wyżej wymienionych, to także dziecko wojny - dojrzewał w huku pocisków, na zaminowanej ziemi, słuchając rozmów dorosłych o czystkach etnicznych. Bardzo bliskiego mu dziadka zamordowali Serbowie, śmierć groziła również rodzicom.

I chorwacki rozgrywający rzeczywiście nie przypomina poza boiskiem kumpli z madryckiej szatni. Wysługiwać się innymi nie lubi tak bardzo, że w trakcie przeprowadzki do Madrytu własnoręcznie przenosił sprzęty z samochodu do domu. Potrzebuje tak niewiele, że kiedy wybudował willę w rodzinnych stronach, musiał tłumaczyć zdumionym rodakom, iż nie potrzebuje pięciopokojowej rezydencji, skoro mieszka tylko z żoną, synem i córką. Ktoś niezorientowany nigdy nie podejrzewałby Modricia, że zarabia miliony euro.

Nie wszyscy chorwaccy piłkarze żyją jednak skromnie i po cichu, a podbijają każdą ligę, do której się wybiorą, wspaniała generacja goni tam wspaniałą generację, taśma nigdy się nie zatrzymuje. O czym może wkrótce przekonać się także nasz Piotr Zieliński, z którym o podstawowy skład Napoli będzie konkurował Marko Rog. Rok młodszy, porównywalnie wyszkolony technicznie, niezmordowany, chętniejszy i lepiej predysponowany do wytężonej pracy defensywnej. A Chorwacja nigdy nie odpuszcza.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

poniedziałek, 29 maja 2017

Żegnali go tak intensywnie – Paolo Maldini czy Javier Zanetti mogliby pozazdrościć – że znikają ostatnie wątpliwości. Francesco Totti to kapitan wszystkich kapitanów, gigant z nieoficjalnym tytułem najbardziej lojalnego piłkarza świata. A jednak koniec nie był idealny... Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:38, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 28 maja 2017

Francesco Totti, AS Roma. Fot. Alessandra Tarantino, AP

Stało się. Francesco Totti rozegrał właśnie ostatni mecz w koszulce Romy.

Jeśli akurat zapomnę, ile mam lat – a zapominam coraz częściej, osiągnąłem wiek, w którym chce się, by czas pędził wolniej – to stosuję dwie metody przypominania sobie przykrej prawdy.

Albo rachuję, ile razy w życiu okrążyłem Słońce. Metoda niezawodna, przecież każdy wie, że jedna tura tej podróży zajmuje rok.

Albo przypominam sobie, kiedy urodził się Totti. 27 września 1976 r., niektórych dat nie zapomina się nigdy.

Rzymianin stawał się dla mnie piłkarzem tym ważniejszym czy wręcz bliższym, im szybciej wykruszali się jego rówieśnicy. Wykruszali się, aż zeszli z boiska literalnie wszyscy spośród uczestniczących w wielkim futbolu – wszyscy poza Tottim, choć ten za młodu zastrzegał, że nie należy do zawodników, którzy będą się szwendać po boiskach do czterdziestki. Szanowałem go zawsze (zerknijcie tu, jak wymyślnie podawał!), ale wyjątkowym został dopiero wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni rówieśnik pośród gwiazd. Totti stał się wiekiem Tottiego, rozpaczliwym pragnieniem nieśmiertelności, synonimem przemijania.

W dzisiejszym, pożegnalnym dla Il Capitano meczu z Genoą, obejrzeliśmy zresztą ładny fabularny wywijas. Gola dla gości strzelił Pietro Pellegri, od grudnia najmłodszy debiutant w dziejach ligi włoskiej. Urodził się w marcu 2001 roku – Totti mknął wówczas po jedyny w karierze tytuł mistrza kraju.

Kibic odczuwa przemijanie – a może mi się tylko zdaje? – szczególnie dotkliwie. O metrykach piłkarzy gada się przecież na okrągło, w dodatku już trzydziestoparolatkowie uchodzą za tetryków. Najpierw większość kopiących jest starsza od siebie, potem większość ma mniej więcej tyle samo lat, następnie dynamicznie przybywa młodszych, aż się orientujesz, że osiągnąłeś wiek trenerski.

Ja ustaliłem sam ze sobą, że osiągnę go, gdy z murawy zejdzie Totti.

Na razie wiadomo jedynie, że opuszcza drużynę – w kontrowersyjnych okolicznościach, felieton na ten temat wkleję tu w poniedziałek. Nie wiadomo, czy nie będzie kontynuował kariery gdzie indziej. Mówi, że jego pasja nie wygasła, media donoszą, że ma propozycje z innych kontynentów.

Mnie jednak najbardziej podoba się pomysł – nie pamiętam, gdzie o nim przeczytałem – by wrócił do SMIT Trastevere. To czwartoligowy dzisiaj, amatorski klubik, oczywiście stołeczny, w którym Totti ćwiczył między ósmym a dziesiątym rokiem życia. Lubię harmonijne opowieści, szkoda byłoby mi wymazywać frazę „Piłkarz, który całą karierę spędził w Rzymie”. Tak, Trastevere – mielibyśmy kompozycję idealnie zamkniętą.

Tagi: serie a
20:44, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 maja 2017

ekstraklasa

My, kibice (wpisać potrzebną nazwę klubu), stanowczo potępiamy naszego piłkarza (wpisać potrzebne nazwisko), który w dzisiejszym meczu dopuścił się ordynarnego oszustwa (wpisać, jaki występek), narażając nasze ukochane barwy na wstyd, a może nawet hańbę. I odebrał nam radość ze zwycięstwa.

Zdajemy sobie sprawę, że oszukują wszyscy. Że próbują z premedytacją, kiedy tylko można, orżnąć przeciwnika i sędziego, nawet jeśli grają ze świadomością, że zostaną obnażeni w telewizyjnych powtórkach – gole wyciągniętą ręką wbijają rzadko, ale wyłudzić rzut karny usiłują co mecz, ostentacyjnie domagają się też karania rywali kartkami, w czym również widzimy postawę skrajnie niesportową. Tak, wiemy, że widowisko zapaskudzają wszyscy. Ale chcemy zacząć od siebie. To znaczy – od was, drodzy piłkarze naszej drużyny.

Dlatego apelujemy do (wpisać nazwisko), który dzisiaj zbrukał imię klubu, by publicznie przeprosił przeciwników – krzywd już nie naprawi – i obiecał, że w przyszłości będzie się starał grać fair. Oświadczamy zarazem, że nie życzymy sobie, by jakikolwiek piłkarz naszej drużyny dopuszczał się podobnych wybryków. Od dzisiaj każdego, kto w sposób ewidentny, bez kontaktu z przeciwnikiem, upadnie pod atakowaną bramką, by ukraść jedenastkę, będziemy wygwizdywać, ewentualnie tytułować „złodziejem”, a w razie recydywy – domagać się wychowawczej interwencji trenera, działaczy, właściciela klubu. Oczekujemy też, że zarząd zrezygnuje z przedłużania umów z jednostkami niereformowalnymi. I że zrezygnuje z pozyskiwania zawodników marnej reputacji.

Kilkakrotnie w tym sezonie czuliśmy się oszukani. Przeklinaliśmy sędziego, pałaliśmy nienawiścią do piłkarza, dzięki nieuczciwości którego rywale wygrywali. Uważamy jednak, że nie mamy prawa do oburzania się, dopóki tolerujemy kanciarzy we własnej drużynie. Nie mamy też moralnego prawa zgłaszać pretensji do arbitrów, najpopularniejszych wrogów wszystkich kibiców świata, jeśli będziemy uznawać za normalne, że nasi zawodnicy chcą ich oszukać w każdy dostępny sposób, przy każdej okazji. Protestujemy też przeciw zohydzeniu nam piłki nożnej poprzez czynienie jej sportem patologicznym, pozbawionym jakichkolwiek zasad, zatrutym obłudą i cynizmem, w którym oszustwo nie tylko popłaca, ale nie skutkuje choćby rumieńcem wstydu na twarzy oszusta.

22:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 maja 2017

Fajnie widzieć amsterdamski klub w finale europejskiego pucharu – jutro zagra z Manchesterem United – i fajnie widzieć jego powrót do przeszłości. Pięknej przeszłości. W cotygodniowym felietonie do sławię Ajax nie za kult młodości, lecz za wierność tradycji. Przeczytacie go tutaj.

20:32, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
niedziela, 21 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

Kto by przed dekadą wymyślił, że parę chwil po największej tragedii w dziejach klubu Juventus stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?

Stał się. Wiosną 2007 roku wygramolił się z Serie B, do której został karnie relegowany po aferze Calciopoli, a wiosną 2017 roku zdobył szóste z rzędu mistrzostwo kraju.

Szóste. Z. Rzędu.

W lidze włoskiej nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. W lidze hiszpańskiej też nie. Ani w niemieckiej. Ani w angielskiej. Majestat, jakiego wielki klubowy futbol nie widział.

Oczywiście istnieje pokusa, by umniejszyć turyński sukces utyskiwaniem na marność konkurencji – obaj rywale mediolańscy, tradycyjnie najgroźniejsi, stoczyli się na poziom skandalicznego przeciętniactwa. Ale nie wolno jej ulegać, to byłoby krzyczącą niesprawiedliwością wobec drużyny, która właśnie po raz drugi awansowała do finału Champions League, rozprawia się z ekipami klasy Napoli czy Romy, wiceliderów wyprzedza o kilka lub kilkanaście punktów, własny stadion pozwala zdobyć raz na kilkadziesiąt meczów. Juve to nie jednooki wśród ślepców, Juve to absolutna czołówka w Europie, zresztą od miesięcy prorokowałem turyńczykom zdobycie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Zamiast kwestionować ich przywództwo, proponowałbym namysł nad ewentualną odnowieniem przydomka – niech Starą Damę zastąpi Żelazna Dama, to by brzmiało adekwatniej.

Wiem, radykalna zmiana, ale przecież obecny Juventus to właśnie klub radykalnej zmiany. Nieustającej radykalnej zmiany. Mijają ledwie dwa lata od poprzedniego występu w finale Ligi Mistrzów, a z klubu lub podstawowego składu zniknął cały ówczesny atak (Carlos Tevez i Alvaro Morata wyjechali), cała ówczesna pomoc (Andrea Pirlo, Paul Pogba i Arturo Vidal też wyjechali, Claudio Marchisio pełni rolę drugoplanową), a także boki obrony (Patrice Evra wyjechał, Stephan Lichtsteiner pełni rolę drugoplanową). Ba, porozjeżdżali się nawet ci, którzy w meczu z Barceloną przycupnęli w rezerwie – Marco Storari, Angelo Ogbonna, Simone Padoin, Kingsley Coman, Roberto Pereyra i Fernando Llorente.

To teoretycznie nie powinno działać. Jedna z najbardziej żywotnych prawd o futbolu głosi, że niezbędna jest „stabilizacja”, że ewolucja zamiast rewolucji, że „nawet wybitni potrzebują czasu na zgranie” itd. Zanalizujcie zresztą składy Barcelony, Realu Madryt, Bayernu czy innych potęg, wszędzie tam skład podlega co najwyżej korekcie, wszędzie raczej się retuszuje niż przemalowuje. W Juventusie kombinują inaczej – wymazują, co im się zachce, ale zawsze powstaje pejzaż wart mistrzostwa. Niewykluczone, że zmiany nawet pomagają, redukując niebezpieczeństwo, iż wygrywanie się turyńczykom znuży i z tygodnia na tydzień będzie im trudniej o pełną mobilizację. Przecież Gonzalo Higuaín czy Miralem Pjanic bili się o swój pierwszy tytuł w życiu.

Rywali najbardziej powinno niepokoić to, że Juve nie wyglądało na drużynę, która musi dać z siebie wszystko, by utrzymać panowanie. Przeciwnie, zwłaszcza wiosną wyczuwało się, że maksymalną energię turyńczycy wkładają w Ligę Mistrzów, a mecze krajowe odfajkowują w przerwach między poważnymi europejskimi wyzwaniami. Dlatego tak trudno przypuszczać, że abdykują w najbliższej przyszłości. W normalnych okolicznościach powinniśmy zakładać, że wkrótce utracą władzę absolutną – każdy popełnia kiedyś poważny błąd transferowy, wybiera niewłaściwego trenera, słabnie u niego żądza zwyciężania, przerwaca się z powodu zwykłego pecha. I zderzy się z potężnym rywalem. A w Neapolu trener Maurizio Sarri pracuje nad jednym z najciekawszych projektów w całej europejskiej piłce.

Ja jednak nie umiem sobie nawet wyobrazić, że Juventus maleje. Stać go na plądrowanie szatni najgroźniejszych przeciwników (wspomnianych Higuaína i Pjanicia podprowadził Napoli i Romie); po włoskich trawach biega mnóstwo zdolnych młodzieńców, których albo wypożyczył, albo zarezerwował w inny sposób (nie łudźcie się, że np. Mattia Caldara, rewelacyjny stoper z Atalanty, należy do Atalanty); własny stadion, czyli rzadkość w Italii, daje mu gigantyczną przewagę biznesową nad konkurencją korzystającą z obiektów miejskich; oba kluby mediolańskie, teoretycznie najgroźniejsze, toczy chaos. Znikąd nadziei. Wielokrotnie pisałem tu, że epoki w piłce nożnej trwają krótko, że imperia padają niemal z dnia na dzień, że przewidywanie przyszłości na boisku nie ma sensu. Ale kiedy patrzę na Juve, to nie wierzę samemu sobie. Widzę nieśmiertelność. A przynajmniej – żywotność jak u Gianluigiego Buffona, który prawdopodobnie młodnieje, czasami nawet podejrzewam, że po czterdziestce znów nie będzie musiał się golić.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
środa, 10 maja 2017

Real Madryt - Juventus, finał, Liga Mistrzów

Obaj finaliści są eleganccy, choć Real zakłada nonszalancko rozchełstaną koszulę człowieka, któremu wolno wszystko, a Juventus nosi galowo ułożony garnitur człowieka, który wie, że musi wypaść perfekcyjnie.

Być może dlatego madrytczycy tej wiosny w Lidze Mistrzów wpadali w tarapaty, i to w tarapaty głębokie, więc potrzebowali mieć kilka żyć, by przetrwać. Być może dlatego turyńczycy zadawali szyku w idealnym spokoju – przez 1/8 finału, ćwierćfinały oraz półfinały właściwie przedefilowali, nikt z nimi nawet przez sekundę nie prowadził. Ale pewien nie jestem. Niewykluczone, że Real cierpiał, bo zwyczajnie zderzył się z najsilniejszymi dostępnymi przeciwnikami – Bayernem Monachium oraz sąsiedzkim Atlético.

Tak czy owak mamy obsadę finału, której nikt nie podważy. Jak mawiają kibice, obaj rywale „zasłużyli”.

Różni ich nade wszystko rozmiar garderoby. Jeśli obaj trenerzy mogą wystroić drużynę, jak zechcą, to nie umiem zdecydować, kto wygrywa – porównanie Realu i Juve w podstawowych składach daje remis.

Im bardziej jednak Zinedine Zidane i Massimiliano Allegri muszą sięgać do rezerw, tym bardziej widać, czyja szafa jest obszerniejsza. Pierwszy dysponuje „rezerwowymi”, drugi – rezerwowymi. Realowi po sięgnięciu do „zapasów” nie ubywa, nawet mu przybywa. Juve z każdym takim ruchem ubywa.

Dlatego gdyby obie strony wystawiły na finał wszystko, co najlepsze, to prognozowałbym, że turyńczycy potrzebują rozstrzygnąć sprawę do 90. minuty. W dogrywce i w ogóle z każdą wymianą stroju na świeższy zacznie rosnąć przewaga madrytczyków.

Bo karne, to wiadomo, że Buffon, dziejowej sprawiedliwości musi stać się zadość, tego huraganu historii nie zatrzymałby nikt, każdy futbolowe dziecko wie, dlaczego czeka, aż Gigi odbierze nagrodę za całokształt twórczości.

Taką mam galopadę myśli teraz, gdy muszę czymś zająć czas, bo do samolotu do Cardiff wsiądę dopiero za kilka tygodni.

Jeden z moich ulubionych graczy reprezentacji Polski w półfinale Ligi Mistrzów brutalnie potraktował Gonzalo Higuaína. Nie wiem, czy z pełną świadomością i premedytacją – mógł zatracić się w boju, stracić na moment przytomność umysłu – ale nie ma wątpliwości, że nie walczył o piłkę. To była czysta, nieuzasadniona sportowo agresja. Faul i na czerwoną kartkę, i na wielomeczową dyskwalifikację.

Gdyby Kamil Glik został odesłany do szatni, doznałby tej przykrości w meczu z Juve po raz trzeci w karierze. Dwuznaczność słynnej miłości kibiców Torino do polskiego obrońcy – tam grał przed transferem do AS Monaco – polega na tym, że rozkochał ich sobie dzięki czerwonych kartkom obejrzanym w obu turyńskich derbach sezonu 2012/13 (najpierw również za brutalny faul, w rewanżu za sumę żółtych kartek). Co oczywiście nie było jego jedyną „zasługą”, fanów uwiódł stylem gry ucieleśniającym etos klubu. Tłumaczył Willie Peyote, turyński raper, autor utworu „Glik”, który oprowadzał mnie kiedyś po Turynie: Kamil reprezentuje ducha Torino. Ducha wywodzącego się z lat 60., kiedy największym twardzielem był Giorgio Ferrini. Rywale bali się wchodzić mu w drogę, a dla opisania stylu całej drużyny, który on jej nadał, wymyślono słowo „tremendismo” [w istocie pożyczone z hiszpańskiego – przyp. R.S]. Nas nie obchodzi, czy piłka klei mu się do nogi, my oczekujemy, że włoży w mecz całą swoją pasję, serce, wysiłek. Glik taki jest. Twardy, ale nie brutalny, ostre zagrania wynikają z totalnego zaangażowania, nie ze złego charakteru. Nawet gdy gra źle, gdy ewidentnie mu nie idzie, rzuca się w oczy, że chce. Bardzo chce.

Turyński raper mówi, jak jest, dlatego nigdy nie strzeliłoby mi do głowy, by podejrzewać, że Glik chciał Higuaínowi rozorać mięsień czy rozłupać kolano i uziemić go na kilka miesięcy. Ale też nie wypada udawać, że Polak nie zachował się po chamsku – na miarę czerwonej kartki czerwieńszej niż wszystkie poprzednie zebrane w karierze – tylko dlatego, że jest Polakiem. Zwłaszcza że taki przesycony hipokryzją i moralnością Kalego klimat mamy właśnie w kraju, nie tylko w sporcie. Zwłaszcza że Tomasz Hajto, były piłkarz i telewizyjny komentator będący autorytetem dla kibiców, zdążył już podać na Twitterze:

Tomasz Hajto, Kamil Glik

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy obrońcy Juve „zachowali się identycznie” (choć nie wykluczam, że się zachowali, każdego meczu każdego z nich na dysku pod czaszką nie zakodowałem). Ale to sprawa drugorzędna. Gdyby ktoś podobnie potraktował Roberta Lewandowskiego, nikt rozumny nie będzie wszak usprawiedliwiał agresora przywołaniem niechlubnych wybryków kolegów sfaulowanego Polaka z reprezentacji kraju, np. Glika.

W każdym razie jako kibic naszego obrońcy odetchnąłem z ulgą. I dlatego, że udo/kolano Higuaína ocalało, i dlatego, że nie życzyłbym – nikomu, nie tylko rodakowi – nie musiał radzić sobie z wyrzutami sumienia, którego zapewne gnębiły Axela Witsela po złamaniu nogi Marcinowi Wasilewskiemu.

poniedziałek, 08 maja 2017

lekkoatletyka, doping, rekordy

Ważni ludzie chcą wymazać wszystkie lekkoatletyczne rekordy świata pobite przed 2005 rokiem. Rozwiązanie tak głupie, że aż wspaniale oddające ducha naszych czasów. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” jest tutaj.

czwartek, 04 maja 2017

 Cristiano Ronaldo, Real Madryt. Fot. Francisco Seco, AP

W półfinałach Ligi Mistrzów roztańczyli się atleci dojrzali, niekiedy nawet uważani za stetryczałych lub niezdolnych do wielkiej gry o wielką stawkę. Na chwałę Juventusu najlepiej pracowali 34-letni Dani Alves (o piłkarską demencję zbyt szybko posądzony przez Barcelonę), 39-letni Gianluigi Buffon oraz 29-letni Gonzalo Higuaín (strzelił prawie 300 goli w karierze, ale pamiętają mu głównie niestrzelone w finale mundialu, poza tym jest gruby), natomiast bohaterem Realu Madryt został 32-letni Cristiano Ronaldo (fot. Francisco Seco, AP), który ponoć niedołężnieje od wielu miesięcy. No i – to też znana kibicowska śpiewka – znęca się snajpersko jedynie nad słabymi. (Jego rówieśnik Luka Modrić wpływa na grę fundamentalnie, ale działa ciszej).

Stale przybywa i wiedzy o ludzkim organizmie, i wysiłku sztabu specjalistów doglądających ciał piłkarzy, co znacząco wydłuża ich sportowe życie, ale kto chce naprawdę skutecznie spowolnić upływ czasu, potrzebuje jeszcze własnego pomyślunku. Zdolności do ewoluowania. Wymyślania siebie na nowo. Inteligencji rozumianej jako umiejętność słuchania rad odpowiednich ludzi i wsłuchiwania się w swój organizm.

Ronaldo najwyraźniej ma wszystko. Od dawna obserwujemy – i opisujemy – jak ze skrzydła przesuwa się na pole karne, symptomatyczne zresztą, że w końcówce derbów Madrytu środkowego napastnika Karima Benzemę, spełniającego się w pełnieniu na boisku roli służebnej dla portugalskiego supergwiazdora, nie zastąpił środkowy napastnik Álvaro Morata (sam chciałby strzelać), lecz biegający bliżej flanki Lucas Vázquez. I parę chwil później asystował liderowi Realu przy ostatnim golu.

Równie istotne jednak, że Ronaldo poprzestawiał sobie w głowie. Pojął, że mniej może dać więcej. Częściej omija mecze i częściej przystaje na opuszczenie boiska przed ostatnim gwizdkiem, więc zamiast podpierać się nosem w rozstrzygające wieczory, jak zdarzało się minionej wiosny, w najważniejszych chwilach wybija się na swój atletyczny szczyt – to widać, słychać i czuć, w każdym geście emanuje energią. Dawny Ronaldo nigdy nie zrezygnowałby z podróży do La Corunii, gdzie można natłuc wór goli (Real wyjechał z sześcioma). Nie zrezygnowałby zwłaszcza po porażce w El Clásico, szukałby raczej każdej dostępnej okazji, by zaleczyć frustrację. A nowy Ronaldo zostawia bolid w garażu, żeby podrasować go i wypolerować na wyścigi, które ogląda cały świat.

Zarzucanie mu, że bije głównie słabych, zawsze brzmiało absurdalnie. Owszem, znakomici napastnicy zazwyczaj śrubują snajperskie statystyki w meczach z pomniejszymi rywalami (tacy w ogóle istnieją w Hiszpanii?!) – ale śrubują wszyscy znakomici napastnicy, Portugalczyk nie stanowi żadnego wyjątku, to elementarnie logiczne. Nawiasem mówiąc, w pucharowych rundach LM nazbierał już 52 gole i trzyma absolutny rekord, Leo Messi ma ich tylko 37. Przykra dla krytykantów ironia losu polega na tym, że Ronaldo po liftingu zaczyna być skrajnym przeciwieństwem piłkarza, który znika w chwilach stanowiących największe wyzwanie. Zwłaszcza jako goleador.

W bieżącym sezonie strzela rzadziej, prawdopodobnie zakończy go z najniższą średnią bramek na mecz, odkąd w 2009 roku podpisał kontrakt z Realem. Legii Warszawa nie trafił w dwumeczu ani razu. Wstaje jednak właśnie wtedy, gdy patrzy na niego cały świat. Gdy decydują się losy Złotej Piłki.

W ćwierćfinałach i półfinałach Champions League załadował już osiem goli – a półfinały nadal trwają. Załadował je w szlagierach nad szlagierami, z Bayernem oraz Atlético. Derby Madrytu uświetnił hat-trickiem dwukrotnie, jesienią i wiosną. Trzy ciosy zadał również Kashimie Antlers, który wprawdzie nie robi na nikim w Europie wrażenia, ale znów – ocknął się we właściwym momencie, gdy trwała dogrywka w finale klubowych mistrzostw świata. I jeśli utrzyma poziom z prestiżowych wieczorów, to być może i obroni tytuł króla strzelców w LM (zdobywając piąty z rzędu i szósty w ogóle, byłby absolutnym rekordzistą), i zatriumfuje w klasyfikacji asyst. W obu rankingach zajmuje pozycję wicelidera, minimalnie ustępując – odpowiednio – Messiemu oraz Neymarowi.

Można oczywiście wytknąć Ronaldo, że np. nie ugodził ostatnio Barcelony, bo generalnie każdemu piłkarzowi można coś wytknąć, wszystko zależy od stopnia determinacji wytykającego. Dzisiaj brzmiałoby to już jednak jak upierdliwość, która więcej mówi o podważającym wybitność Portugalczyka nienawistniku, niż o klasie Portugalczyka.

Wyścig o tytuł największego futbolisty XXI wieku trwa. Był już moment, w którym wyglądał na rozstrzygnięty, i wydawało się, że Ronaldo pozostanie „zaledwie” zjawiskowym snajperem, że nie zdoła konkurować z wszechstronniej wirtuozerskim Messim – w „meczu” na Złote Piłki przegrywał 1:4, urodził się dwa lata wcześniej od rywala, jego Real nie umiał dorównać Barcelonie. Tymczasem Ronaldo jako kolekcjoner zaszczytów rozszalał się dopiero po trzydziestce. Już ubiegły rok okazał się najbardziej obfitym w karierze – złoto mistrzostw Europy plus triumf w LM – a w obecnym jakże niewiele dzieli go od równie niezwykłego. Ozdobionego zdetronizowaniem Barcelony w lidze hiszpańskiej oraz wyczynem niewidzianym od ćwierć wieku z okładem, czyli obroną najcenniejszego trofeum w Europie.

Tak blisko, a zarazem tak daleko, w wysoce prawdopodobnym finale Champions League madrycki napastnik wraz z całym Realem potrzebują zdobyć twierdzę nietkniętą od 621 minut. Pomyślcie jednak o ewentualnych nagrodach! To rok, w którym Ronaldo może wyjść na podwójny remis – 5:5 w Złotych Piłkach, 4:4 w Pucharach Europy.

Kibicowski świat pozostanie podzielony jak nigdy, zantagonizowane strony wciąż będziemy łączyć tylko my, entuzjaści monumentalnych sportowych opowieści, którzy nikomu nie sprzyjają bardziej, zanadto są bowiem rozemocjonowani samym pojedynkiem. Nie mam nic przeciwko temu, by potrwał on dłużej niż myślałem, a zarazem jara mnie, że Buffon, Alves i reszta turyńskiej ferajny mają zupełnie inną opinię.

Archiwum
Tagi