RSS
niedziela, 01 października 2017

Bayern Monachium, Carlo Ancelotti

Trzej najznaczniejsi trenerzy ostatniego 15-lecia przeżyli ostatnio najokropniejsze sezony w swoich karierach. Ale przypadek Carlo Ancelottiego jest szczególnie intrygujący. mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

środa, 27 września 2017

Chwyciłem liczydło, żeby sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w wielu przypadkach nie musiałem przesuwać ani jednego koralika – w końcu Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza czy Piast Gliwice rozdawały posady przed chwilą:

ekstraklasa, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Romeo Jozak, Adam Owen

Następnie wymazałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, żeby porachować, ile trwa średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej. Odpowiedź: 206 dni. Odpowiedź byłaby efektowniejsza, gdyby nie wieczność Piotra Stokowca w Lubinie – bez tamtejszej anomalii średnia spada do 127 dni.

Ale nie komplikujmy, pozostańmy przy 206 dniach, czyli niespełna 7 miesiącach. Nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia działa na wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę krócej niż 122 dni. 4 miesiące. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Ledwie czterech szkoleniowców rozpoczęło pracę przed 2017 rokiem (w lidze niemieckiej – 12, w czeskiej – 10, że pozwolę sobie zajrzeć do sąsiadów); firmy z największymi ambicjami prowadzą niemal wyłącznie obcokrajowcy (Legia, Lech, Wisła, Lechia), wśród których coraz częściej zdarzają się kompletni nowicjusze, wcześniej zajmujący się czymś innym; drużyn nie sposób podzielić na silniejsze i słabsze, ponieważ zasadniczo prawie wszystkie zgromadziły tyle samo punktów. No i możemy śledzić wesołe przygody fachowców w typie Macieja Bartoszka, który w ledwie trzy lata zdążył zahaczyć się w Niecieczy, Kielcach, Chojnicach, Bydgoszczy, Legionowie i Łowiczu.

Rzucił dzisiaj redakcyjny kolega Michał Szadkowski pytanie, jak właściwie powinien pokierować karierą polski trener futbolowy. Pytanie beznadziejne, równie dobrze można się zastanawiać, jak otrzepać się po wpadnięciu do szamba, żeby po wyjściu wciąż wyglądać elegancko. Trener nie ma u nas prawa do błędu, trener to często popychadło i ofiara niezależnej od niego nonsensownej polityki transferowej, trenerowi nie wolno wybiegać myślami w przyszłość dalej niż do przyszłego tygodnia, trenera traktuje się tak, by każdy jego podwładny rozumiał, że ten przybłęda to ledwie p.o. szefa, w razie potrzeby pierwszy do odstrzału. Jak tu „kierować” karierą?! Piłkarz szansę ma – nawet w marnej drużynie marnej ligi można się wybić, uciec zagranicę, wślizgiwać do coraz lepszych klubów. Utalentowany i rozważny junior (ewentualnie: szczęściarz) zdoła niekiedy nawet całkiem uniknąć kontaktu z tzw. ekstraklasą, o czym świadczą choćby losy Grzegorza Krychowiaka czy Piotra Zielińskiego. Inaczej trener lub kandydat na trenera. Jego nikt w innym kraju nie przygarnie, on jest skazany na rodzimych prezesów i startuje w sytuacji tragicznej, ze świadomością, że trudno mu będzie zachować nawet godność.

15:07, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 września 2017

Taką bekę – uwielbiam to określenie – wszyscy kręcą z mistrza Polski w piłce nożnej, że poczułem się zobowiązany stanąć w jego obronie. A przy okazji wstawić się za całą naszą ojczyzną, nie wiedzieć czemu opluwaną jako okolica szczególnie bałaganiarska. Kolejny felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 24 września 2017

W styczniu rozmyślałem, czy Arkadiusz Milik jest fizycznym fenomenem, czy to medycyna wykonała kosmiczny skok. Po 97 dniach od zerwania więzadeł w lewym kolanie wznowił pełnowymiarowy trening z Napoli. Po 97 dniach od kontuzji, która dawniej odbierała piłkarzom całe sezony! Tym razem zresztą również prognozowano, że polski napastnik z trudem zdąży na schyłek sezonu ligowego.

Dzisiaj, gdy nasz piłkarz czeka na kolejny zabieg – tym razem uszkodził więzadła w prawym kolanie – tamte niewypowiedziane głośno pytania brzmią inaczej. Nasłuchałem się potem od rozmaitych fachowców wątpliwości, czy aby nie zaciągnięto Milika na boisko zbyt szybko. Nasłuchałem od znawców przedmiotu, którzy oczywiście nie chcieli i nie mogli dzielić się rozterkami publicznie. Wolałem je ignorować, tłumacząc sobie, że w klubie o ambicjach sięgających mistrzostwa Włoch i pucharowej fazy Champions League umieją porządnie zająć się, mówiąc brutalnie, swoimi najcenniejszymi i zarazem najkosztowniejszymi aktywami – członkami napastnika zarabiającego 2,5 mln euro rocznie, pozyskanego za 35 mln. A kiedy wpadła mi w ucho fraza: „chcieli sobie zrobić reklamę, rekordowo szybko postawić go na nogi”, objaśniłem ją zwykłą zawiścią.

Po raz ostatni tezę, że Polak powinien był wracać wolniej, usłyszałem w miniony poniedziałek.

Werbalizuję plączące mi się po łbie myśli nie po to, by kogokolwiek oskarżać – w Napoli na pewno mieli dobre intencje, znają się, zależało im na zdrowiu Milika jak nam. Nęka mnie po prostu typowość scenariusza: obawiasz się o leczone niedawno kolano, podświadomie ją chronisz, nadmiernie obciążasz drugie, ono też nie wytrzymuje. I niepokój o przyszłość piłkarza o nieprzeciętnym talencie, który zdawał się mieć wszystko, by wzbić się na szczyty Ligi Mistrzów.

Przypomnę: snajpersko piękniał nawet szybciej niż Robert Lewandowski. W wieku, w którym jego sławniejszy kolega z reprezentacji dopiero ewakuował się z tzw. ekstraklasy, Milik przeprowadzał się z Ajaxu Amsterdam – nastrzelał tam 47 goli, startował ładniej niż niejaki Luis Suárez – do Napoli. Do ligi włoskiej wtargnął jak na własne podwórko, na którym nikt nie ośmieli się mu podskoczyć, w reprezentacji Polski też narzucił sobie tempo niedostępne dla żadnego z napastników minionych dekad.

Czy zdoła jeszcze je odzyskać? Jak rok temu zastanawiałem się, czy podboju Serie A nie rozpocznie od założenia korony króla strzelców już w inauguracyjnym sezonie, tak teraz zastanawiam się, czy ocali karierę. Oczywiście nie martwię się, że nie wróci do futbolu. Martwię się, czy osiągnie tyle, na ile się zanosiło – biorąc pod uwagę jego profesjonalizm. Dwa kolejne lata bez gry w piłkę na pełnej intensywności to potężna wyrwa, a jeśli chcesz w futbolu zdobyć wszystko, liczy się każdy detal, każdy trening i mecz, każda wykorzystana w odpowiednim momencie szansa. Oby Milikowi się powiodło. Przed nim kolejny potwornie długi sezon, bicie rekordów odłóżmy może na bardziej sprzyjający czas.

18:06, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 21 września 2017

mistrzowie mowy polskiej

Nakryli mnie swego czasu kumple na dziwacznej czynności. Ślęczałem w hotelowym lobby ze znanym piłkarzem, który autoryzował wywiad. Nachylał się nad laptopem, lustrował każde zdanie, co rusz wydzwaniał konsultować się z agentem i generalnie działał tak zamaszyście, że znajomi zgłupieli.

– Kto to był? Prezydent? Rabin? Adwokat oskarżonego o zbrodnię grożącą dożywociem? – pytali, a po usłyszeniu odpowiedzi zaczęli się chichrać. – Co on tam doniosłego wygłosił? Zawsze musisz pucować na połysk każde słówko wypowiedziane przez pana piłkarza?

Rozumiałem ich doskonale, oni akurat też robią za pismaków, tyle że na łamy przelewają raczej pogawędki z artystami, często reprezentującymi sztukę wysoką, i w ogóle ważnymi osobistościami. Rzadko jednak zdarza im się, by przepytywany obracał w palcach każdą wypowiedzianą sylabę.

Dla jasności dodam: nie, tamten piłkarz nie rzekł niczego szczególnego, a jedynym skutkiem proponowanych zmian, który zdołałem rozpoznać, była szkoda dla tekstu. Gorzej się go czytało.

Wkrótce przytrafił mi się incydent jeszcze bardziej męczący i kuriozalny. Rozmawiałem z pracownikiem czołowego polskiego klubu – tym razem nie piłkarzem – a on po autoryzacji odesłał tekst, który chyba w żadnym wersie nie przypominał oryginału. Nie z powodu poprawek merytorycznych, lecz czysto stylistycznych. Nie wiem, czy mój rozmówca chciał brzmieć mądrzej, czy uznał mnie za półanalfabetę, w każdym razie odebrał wywiadowi całą potoczystość, odnosiłem wręcz wrażenie, że każdy zgrabny fragment usiłuje zamienić na fragment koślawy, w jego intencji niemal urzędowy, jak wyjęty z rządowego biuletynu. Oddzwoniłem, możliwie precyzyjnie i bez złośliwości wyłożyłem, co mi leży na wątrobie, po czym postawiłem ultimatum: „Tekst w obecnej formie nie trzyma moich standardów i jest niepublikowalny. Albo drukujemy wersję oryginalną, albo wcale”. Było trudno – musiałem oświadczyć wprost, że rozmówca nie wyznaje się na sensownym składaniu zdań – ale osiągnąłem sukces. Wywiad się ukazał, dał satysfakcję obu stronom.

Przywołuję oba epizody, ponieważ problem (o szczegółach za chwilę) właśnie do mnie wrócił. Problem, czyli polska instytucja autoryzacji – skrajnie oryginalny potworek, niewystępujący w innych znanych mi krajach, a prawdopodobnie niewystępujący nigdzie.

Akceptuję oddawanie do sprawdzenia treści wywiadu, podczas którego tylko notowałem, natomiast zupełnie nie pojmuję, dlaczego mam pozwalać na gmeranie w wywiadzie nagranym na dyktafon. Oczywiście pozwalać na gmeranie zasadnicze. Drobne korekty merytoryczne – tak. Nieścisłości lub rzucone spontanicznie nazbyt śmiałe słówka – pewnie. Wypolerowanie wypowiedzi w kwestii drażliwej, wymagającej subtelności – jak najbardziej. Ale pisanie zupełnie nowego wywiadu, by całość brzmiała „mądrzej”?! Nawiasem mówiąc, zwyczaj to szczególnie dziwaczny w erze wszechobecnych kamer, przed którymi sportowcy chlapią, co im ślina przyniesie. Byłem świadkiem sceny, w którym pewien osobnik chciał wykreślić zdanie podane wcześniej także w rozmowie wideo...

I nie chodzi tu wcale o piarowców, którzy chcieliby kontrolować każdy publiczny gest klienta (czasami tylko po to, by się wykazać, bez rzeczywistego sensu) i retuszują wypowiedzi tak, że te pozytywnie wpływają na jego wizerunek. Nie, regularnie zdarza się, że po prostu wykrzywiają tekst, wstrzykują doń poetykę raportów policyjnych, w których zawsze „trwają określone czynności”. Bełkot. Autoryzacja po polsku do tego stopnia zdemoralizowała przepytywanych, że do przedstawionego materiału nie mają choćby udawanego szacunku, oryginał masakrują, bez żenady dopisują frazy niewypowiedziane, w skrajnych przypadkach poprawiają pytania. Nie zarzucają ci, że coś przekręciłeś, nie usuwają niczego wyszeptanego off the record (zawsze starannie to omijam), oni ewidentnie tłumacząc z mojego na polski. Co więcej, kiedy wydaje im się, że w ten sposób jakoś siebie „chronią” lub dodają sobie błyskotliwości, w istocie brzmią słabiej, nudniej, beztreściowo. I nawet nie zdają sobie sprawy, że obrażają dziennikarza, nierzadko rozwijającego warsztat od dekad.

Dzisiaj zderzyłem się z takim przypadkiem. Dostałem mejlem wywiad z człowiekiem bardzo ważnym dla naszego futbolu, choć działającym raczej w cieniu – był bardzo ciekawy, gęsty, konkretny, a stał się niestrawny, rozrzedzony, ogólnikowy. I właściwie nie wiem, dlaczego został zniszczony, nie umiem wyobrazić sobie żadnego merytorycznego powodu, nie umiem wymyślić, komu lub czemu zmiany miałyby służyć. Przekonywałem bez skutku, aż dotarłem do decyzji, by poinformować rozmówcę, że wywiad się nie ukaże. Bo jest niepublikowalny. Obrażałby i mnie, i czytelnika.

19:30, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
wtorek, 19 września 2017

Paris Saint-Germain, Neymar, PSG, Edinson Cavani

Zapewne już widzieliście uroczą scenkę rodzajową z niedzielnego meczu Paris Saint-Germain z Lyonem. Gospodarze mają wykonać rzut wolny, piłkę chwyta Urugwajczyk Edinson Cavani, wyjmuje mu ją z rąk Brazylijczyk Dani Alves, przekazuje swemu kumplowi i rodakowi Neymarowi.

Kwadrans przed końcem Cavani działa już sprytniej. I z rzutu karnego strzela on, pomimo protestów Neymara. Gola nie ma, znakomicie interweniuje bramkarz rywali.

Nazajutrz „L’Equipe” donosi, że w przerwie tamtego meczu omal nie doszło do rękoczynów. Obu gwiazdorów w ostatniej chwili rozdziela kapitan Thiago Silva.

Dowiadujemy się też, że Neymar przestał obserwować Cavaniego na Instagramie. Brzmi aż nazbyt infantylnie? Media nie powinny zajmować się duperelami? Po pierwsze, kontekst nadaje tej błahostce znaczenie większe niż warte wzmianki w rubryce obyczajowej. Po drugie, przestać dzisiaj kogoś śledzić na portalu społecznościowym to obelga, grubsza nawet niż wywalenie mu w twarz, że ma brzydkiego psa albo głupie dziecko.

Nie zdumiewa mnie ta farsa w najmniejszym stopniu. Nagłe wybuchy niesubordynacji od lat zdarzają się tam notorycznie – zajrzyjcie tutaj – a najnowsza awanturka potwierdza jedynie obserwacje zawarte w felietonie sprzed dwóch miesięcy, w którym przedstawiałem Paris Saint-Germain jako klub w europejskiej czołówce specyficzny, w wyjątkowym stopniu przypominający zimne korpo, które hojnie opłaca wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ale niekoniecznie działa perfekcyjnie, ponieważ wysoko wykwalifikowanych specjalistów, napędzanych osobistymi ambicjami, nie spaja czysto ludzka więź. A pionowa struktura istnieje trochę teoretycznie, ponieważ podwładni, nawet jeśli wykonują polecenia, to przełożonych kontestują, nie szanują, kwestionują ich kompetencje. Od tamtej pory zmieniło się tyle, że wskutek wakacyjnych transferów pojawiła się grupa trzymająca władzę, brazylijski klan złożony z Neymara, Daniego Alvesa, Thiago Silvy, Marquinhosa oraz Lucasa Moury. Według katalońskiego „Sportu” ten pierwszy zażądał już nawet od Nassera Al-Khelaifiego, żeby urugwajski przybłęda został sprzedany.

Tymczasem Cavani próbuje bronić dotychczasowej pozycji. On przez kilka lat musiał znosić rolę giermka krzątającego się przy Zlatanie Ibrahimoviciu, ale po wyprowadzce szwedzkiego wirtuoza do Manchesteru United podniósł głowę, wyrósł ponad wszystkich w szatni, zmonopolizował wykonywanie rzutów wolnych i karnych. Z imponującym efektem, w minionym sezonie nastrzelał we wszystkich rozgrywkach 49 goli. Więcej niż Robert Lewandowski w Bayernie czy Cristiano Ronaldo w Realu Madryt.

Trener Unai Emery mówi, że z karnych umieją kopać obaj gwiazdorzy, więc jeśli nie zawrą dżentelmeńskiej umowy, to strzelającego będzie wybierał on. Wskazując raz jednego, raz drugiego. A ja się zastanawiam, czy w ogóle miałby jakikolwiek ruch, gdyby uznał, że w sporze – niekoniecznie akurat tym konkretnym – racji nie ma (ponosi winę, powinien przeprosić etc.) Neymar. Jaśnie Pan Piłkarz Dwieście Dwadzieścia Dwa Miliony Euro Megagwiazdor Neymar. Czy nie dzieje się właśnie tak, że zawodników, których niełatwo osadzić karnie w rezerwie – lub upomnieć inaczej – zastąpili właśnie zawodnicy, którym nie wolno podskoczyć nigdy i pod żadnym pozorem.

Gwiazdorzenie istniało zawsze, ambicjonalne utarczki w drużynach też. Im bardziej abstrakcyjne kwoty wydaje się jednak na transfery, im więcej ich bohaterowie zarabiają i efektowniejsze spływają na nich epitety, tym więcej próżności, tym pojemniejsze ego, tym większa skłonność do utożsamiania się z pępkiem świata. A trener maleje. Nie szef ma wymagać, to ja wymagam od niego, żeby zrobił mi dobrze. Kiedy zwalnia się fachowca z renomowanego klubu, rzadko kwestionuje się jego kompetencje, coraz częściej słychać za to, że stracił autorytet albo kontrolę nad szatnią.

Pozostaje pytanie, czy wojnom jak ta Neymara z Cavanim w ogóle da się zapobiec. Czy współczesny trener piłkarski, także najwybitniejszy, nie potrzebuje przede wszystkim szczęścia, by nie wdepnąć w rozgwieżdżoną szatnię w najgorszym momencie. Bo jeśli szczęścia zabraknie, będzie stracony. Kto wie zresztą, może i my, polscy kibice, poemocjonujemy się kiedyś podobnymi starciami osobowości. Czy np. Lewandowski, też znakomity specjalista od rzutów wolnych i karnych, dogadałby się z Neymarem w ich sprawie? Czy dogadałby się w Realu z napalonym na wszelkie rekordy Ronaldo?

Tagi: Neymar PSG
15:43, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 17 września 2017

Trochę ostatnio zaniedbałem blogowanie, za co przyzwyczajonych do tutejszej regularności przepraszam, ale miałem trochę perturbacji, mam nadzieję niebawem się poprawić. Na razie wracam z cotygodniowym felietonem do „Gazety”, tym razem poświęconej o zjawisko usportowionej nacji, której zjawiskowości prawie nikt nie chwali, ba, nawet nie zauważa. Tekst przeczytacie tutaj.

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 11 września 2017

Napastnik Bayernu znów się odezwał i znów, jak po poprzednim sezonie, narobił rabanu. Robert Lewandowski właśnie osiągnął najwyższy stopień megagwiazdorskiego wtajemniczenia. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety" przeczytacie tutaj

czwartek, 07 września 2017

Mundial 2018, Syria, Katar, USA, Chiny

„To były boiska na Manhattanie, grały dzieci, patrzyłem osłupiały. Drużyny koedukacyjne, szczera międzypłciowa współpraca, chłopcy wjeżdżają wślizgami w dziewczyny, dziewczyny podkładają nogi chłopcom i w ogóle pełne równouprawnienie. Gdyby zamieszkała tam Magdalena Środa, musiałaby wyruszyć na poszukiwanie nowego celu w życiu.

Mocniej uderzało po oczach co innego - nikt, ani on, ani ona, nie chciał zabawić się w Maradonę. Nie próbował dryblować do zatracenia, nie nurkował z piłką w sam środek tłumu, nie tracił jej głupio, jak przystało na beztroskiego brzdąca. Wszyscy już w wieku szczenięcym rozumieli, że uprawiają sport zespołowy. Biegali, żeby sobie pomagać i się poświęcać, solowych popisów unikali, piłkę brali po to, by zaraz ją oddać. Mourinho też poczułby się niepotrzebny.

Zapamiętałem, bo tamci młodzi wydali mi się przedwcześnie dojrzali. Każdy normalnie rozwijający się szkrab marzy o tym, by okiwać całą ludzkość, dosunąć do bramki, tuż przed linią bramkową położyć się i popchnąć leżącą na trawie piłkę głową. Nie Amerykanie.

Kiedy podziwiam reprezentację USA na mundialu, stają mi przed oczami ich rodacy, sensacyjni mistrzowie olimpijscy w siatkówce. Też fenomenalnie zjednoczeni, waleczni do omdlenia, skrywający wady za niezłomną niezgodą na porażkę. Ale wspominam też juniorów z Manhattanu, którzy nie tyle nie umieli, ile nie zamierzali dryblować. W ich nawykach widzę echo odruchów dorosłych piłkarzy. Atletów ewidentnie wyrosłych z wysokiej kultury sportowej swojego kraju, wierzących w etos pracy, przedkładających na boisku interes grupy nad interes osobisty, wiedzionych przez instynkt gry do końca, ale pozbawionych indywidualności. Niemal wszyscy Amerykanie w boiskowym stylu bycia wyglądają jak bracia, cała drużyna składa się z egzemplarzy do siebie podobnych. Silnych, twardych i wytrzymałych, a zarazem żadnym gestem niezdradzających ochoty, by się wyróżnić. Armia sklonowanych gladiatorów.

Kraje o bogatych futbolowych tradycjach mają swoje specjalizacje. Na znakomitą markę zapracowali brazylijscy ponaddźwiękowi boczni obrońcy, argentyńscy drobni rozgrywający, holenderscy dryblerzy, portugalscy skrzydłowi, włoscy stoperzy etc. USA wychowuje graczy doskonale przeciętnych, jakby zdjętych z jednej sztancy. Jeśli zapadają w pamięć, to dlatego że schodzą z boiska w zakrwawionych koszulkach. Doceniamy ich wysiłek, nie zachwycamy się kunsztem. Doceniamy wydajność rozwijającego się w USA piłkarskiego przemysłu, nie odnajdujemy w jego wyrobach naturalnego, rzucającego na kolana talentu”.

Podaję powyższe akapity pochyłą czcionką, ponieważ wklejam fragmenty własnego felietonu – zniknął z internetu – który spisałem gdzieś w RPA, w czerwcu 2010 roku, jako korespondent gazety. Piłkarze USA właśnie odpadli z turnieju, choć szeroko zakrojona strategia, wcielana w życie od lat 90., zakładała, że założą wówczas złote medale. Analizowałem więc cechy ich stylu, szukałem przyczyn porażki, dzieliłem się publicystycznie wrażeniami.

Medali żadnego koloru nie założyli Amerykanie do dzisiaj. Ale nie to oddaje skalę niepowodzenia – żeby zdobyć szczyt w tak konkurencyjnej dyscyplinie, trzeba pomyślnego splotu różnych okoliczności, olbrzymią rolę do odegrania ma tu nawet łut szczęścia. Ważniejsze, że ów bogaty kraj, bogaty również w tradycje sportowe, wciąż nie wymyślił siebie piłkarsko. Nie ma przyzwoitej ligi, nie wychowuje gwiazd, nie potrafi rządzić nawet na swoim kontynencie (choć stawka tam mizerna). Reprezentacja USA wygląda ostatnio tak beznadziejnie, że poważnie grozi jej pierwsze od 31 lat przegranie eliminacji mundialu, a trener Bruce Arena nie wstydzi się narzekać, że krzywdę wyrządza im Donald Trump. Ściślej – prezydencka retoryka i polityka antyimigrancka. Piszę o tym więcej tutaj.

Amerykańska klapa uzmysławia, jak potwornie trudno zaprojektować sukces w piłce nożnej, nie wspominając o wzniesieniu trwałej potęgi. Uzmysławia to zresztą cały trwający tydzień, bo w zupełnie innych zakątkach globu klęski ponieśli inni napaleni na podbijanie boisk – Chińczycy, o których obszernie pisałem tutaj, i Katarczycy, których manewry jeszcze obszerniej relacjonuję tutaj. Pierwsi zajęli przedostatnie miejsce w grupie azjatyckich kwalifikacji do MŚ, a drudzy zostali wgnieceni na ostatnie. Owszem, oni zaczęli reformować futbol później, ale... Zrekapitulujmy.

USA, czyli pożądający sukcesu w piłce najpotężniejszy kraj świata, wisi w tabeli pod Panamą, klęka u siebie przed Kostaryką, ledwie ratuje remis w Hondurasie.

Chiny, czyli pożądający sukcesu w piłce drugi najpotężniejszy i najludniejszy kraj świata, leży w tabeli pod Uzbekistanem oraz Syrią – zrujnowaną, od sześciu lat pogrążoną w wojnie domowej.

Katar, czyli pożądające sukcesu w piłce najbogatsze społeczeństwo świata, leży w tabeli jeszcze niżej, wyciera jej dno 7 punkcikami uciułanymi w 10 meczach, a Syria wrzuciła mu właśnie trzy gole.

Ta ostatnia reprezentacja to przypadek szczególny. Jej piłkarze – zwyciężający ku radości rodaków, ale i ku radości zbrodniczego prezydenta Baszara al-Asada – na mecze rozgrywane formalnie u siebie wyjeżdżają za granicę, niekiedy odległą, ostatnio polecieli aż do malezyjskiego Kuala Lumpur. Na ich murawach z oczywistych względów nikt korka nie postawi, ze wstrząsających reportaży z tamtej okolicy mocno zapadł mi w pamięć obrazek dzieci rywalizujących w turnieju taekwondo, które tak przywykły do odgłosów wojny, że właściwie nie słyszą huku eksplodujących bomb. Albo opowiastka o służącym w wojsku arbitrze, który po ostatnim gwizdku w ligowym meczu zawsze chwyta AK-47 i wraca na pole bitwy.

Syryjscy piłkarze żyją jak wszyscy. Z przerwami w dostawie prądu, z brakami wody, w lęku o rodziny, milcząc o reżimie albo go chwaląc. Wciąż jednak pozostają w grze o mundial. Niebawem w barażu zmierzą się z Australią, a jeśli jej podołają, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że bój o awans stoczą z drużyną USA.

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 05 września 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski 

FIFA planuje zmienić zasady tworzenia rankingu, by drużyny w typie Polski czy Szwajcarii nie wykorzystywały kruczków sztucznie poprawiających ich pozycję.

Rychłe zrewidowanie reguł zapowiedział już rzecznik futbolowych władz, na które naciskają potentaci. Potentaci niezadowoleni, bo nazbyt nisko sklasyfikowani. I mają swoje racje.

Fałszowanie rzeczywistości ma polegać na tym, że twojemu rankingowemu bilansowi znacząco szkodzi rozgrywanie sparingów. Nie – przegrywanie sparingów, lecz samo wychodzenie na boisko. Za zwycięstwo w meczu towarzyskim FIFA przyznaje tylko 40 proc. punktów, które przyznałaby za zwycięstwo z tym samym przeciwnikiem w meczu o stawkę. A ponieważ w klasyfikacji liczy się średnia punktów na spotkanie, a nie suma wszystkich zgromadzonych punktów, to tracą wszyscy, którzy często umawiają się na sparingi.

Przyjrzyjmy się ostatniemu rokowi. Oto piłkarze czwartej w rankingu Szwajcarii zagrali towarzysko raz, podobnie jak piłkarze piątej Polski. Francuzi? Pięć razy. Włosi i Hiszpanie? Cztery razy. I każdej z wymienionych markowych reprezentacji zasadniczo opłaciłoby się rezygnować nawet ze sparingów, które okazywały się zwycięskie. Co gorsza, wielkie firmy organizują gierki głównie między sobą – by przyciągać kibiców szlagierami, sprawdzić się z równymi sobie, więcej zarobić na reklamach – więc z konieczności dzielą się rankingowymi punktami.

Brytyjski „Times” wskazuje właśnie Szwajcarię (podejmowała ostatnio tylko Białoruś) oraz Polskę (tylko Słowenia) jako uprzywilejowanych (choć oczywiście trener Adam Nawałka nie cwaniakuje, lecz w czasie krótkich zgrupowań przedkłada treningi nad próbne gierki). I wcale nie martwi się prestiżem wynikającym z pozycji w comiesięcznie aktualizowanej w globalnej hierarchii, lecz niewielkimi szansami na rozstawienie w losowaniu mundialowych grup. Rozstawienie, który przy obecnym kształcie klasyfikacji, miałyby i Szwajcaria, i Polska.

To najważniejszy konkret, który implikuje ranking FIFA. Decyduje on o rozstawieniach. Walijczycy, pomimo znakomitego występu na Euro 2016, nie znaleźliby się w najwyższym koszyku w losowaniu kwalifikacji mundialu 2018, gdyby nie 17 miesięcy (!) bez ani jednego rozegranego sparingu. Włosi też skarżą się – zwłaszcza po sobotnim 0:3 w Madrycie – że zostali skazani na grupę z Hiszpanią.

Interweniowali oni, awanturowali się u światowych władz Anglicy, byli też inni zirytowani, a wszystkich wsparła UEFA. I FIFA raczej ulegnie presji, choć dopiero po losowaniu grup mundialu 2018. Korzystajcie więc, Robercie Lewandowski i inni, póki wam pozwalają.

Archiwum
Tagi