RSS
środa, 23 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Kiedy skuteczny środkowy napastnik zmienia klub na znacznie silniejszy, zakładamy, że zacznie strzelać jeszcze więcej goli niż strzelał. Dotyczy to również Krzysztofa Piątka, choć naczytałem się już tu i ówdzie, że w Milanie snajperów nęka jakaś tajemnicza klątwa – nikomu tam od lat nie wychodzi.

Prawda jest nieco bardziej przygnębiająca. Otóż tej drużynie, zasilanej najwyższym po Juventusie budżetem płacowym w lidze włoskiej, od baaardzo dawna dramatycznie brakuje kreatywności, pomysłu na ofensywę, schematów pozwalających regularnie zagrażać bramce rywala. Gdyby nie istniał Manchester United, to ogłosiłbym wręcz, że wśród renomowanych europejskich firm futbolowych nie istnieje żadna, która w minionych latach osiąga tak mało za tak gigantyczne pieniądze (Legia jednak nie jest aż tak renomowana). I napastnik czuje się tam trochę jak żołnierz, któremu rozkazują strzelać, choć trzyma giwerę z pustym magazynkiem.

W bieżącym sezonie Milan zdobywa średnio 1,4 bramki na mecz, plasuje się pod tym względem w połowie tabeli, częściej fetują swoich piłkarzy nawet fani Sassuolo czy Sampdorii. W poprzednich edycjach rozgrywek wyglądało to niemal identycznie – ten sam wskaźnik wynosił, cofając się w czasie, 1,47; 1,5; 1,29 bramki na kolejkę.

Co gorsza, skandaliczne statystyki w żadnym razie nie wynikają z nieporadności piłkarzy odpowiedzialnych za wykańczanie akcji ofensywnych. W tym sezonie mediolańczycy strzelili 28 goli przy liczbie 28,16 tzw. goli oczekiwanych. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie znał: to oparty o analizę gry współczynnik sugerujący, ile razy zespół „powinien” trafić do siatki, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich gracz uderza na bramkę (skąd, nogą czy głową, po dobitce czy podaniu etc.). Polegający na gigantycznej bazie meczowych danych algorytm szacuje prawdopodobieństwo, że w danej sytuacji padnie bramka.

Słowem, liczby oddają poziom ofensywnej aktywności Milanu. Milan zdobywa z grubsza tyle bramek, na ile zasługuje. Owszem, do Gonzalo Híguaina można zgłaszać pretensje, bo zamiast trafiać z efektywnością powyżej średniej, zszedł ciut poniżej (wbił sześć goli, jego xG przekracza minimalnie siedem). Generalnie jednak wkomponował się on w grupę niezdolną do regularnego napadania na wrogie pole karne. Dotąd Argentyńczyk oddawał się intensywnej kanonadzie wszędzie, gdzie grał, od Realu Madryt przez Napoli po Juventus – zablokował się dopiero na San Siro. Tam, gdzie od lat szczytem możliwości wydaje się piłkarska solidność i, mówiąc żargonem tzw. ekstraklasy, rozgrywanie „typowych meczów walki”, natomiast w okresach słabszych uprawia się styl gry wyzuty z idei, kompletnie nieznośny w odbiorze. Tam, gdzie od kilku lat polega się zasadniczo na błyskotliwości Suso, czyli skrzydłowego od indywidualnych zrywów, który potrafi każdego przedryblować i albo podarować asystę, albo samemu uderzyć.

Dlatego w bieżącym sezonie tylko cztery drużyny Serie A mają w składzie najlepszego strzelca z dorobkiem uboższym niż najskuteczniejszy wśród mediolańczyków Híguain – Frosinone, Chievo, Bologna oraz Sassuolo. Dlatego w minionym sezonie główny snajper drużyny, Patrick Cutrone, uciułał ledwie 10 trafień i w ligowym rankingu zajął ex aequo miejsca 19-23. Dlatego kompletnie zawiódł André Silva (kosztował nawet więcej niż Piątek), który gdzie indziej swobodnie bryka sobie po polach karnych. Dlatego żałosne statystyki od lat mają wszyscy środkowi napastnicy (wyjątek stanowi tylko epizod z Carlosem Baccą, zdołał uzbierać 18 bramek w sezonie ligowym), dlatego Milan od lat nie miał nikogo z realnymi szansami na koronę króla strzelców Serie A.

Dlatego wreszcie przed Piątkiem niebagatelne wyzwanie, poważniejsze niż się zdaje. W tekście do gazety napisałem, że na San Siro „gole nie spadają napastnikowi z nieba”, ale ująłem to zbyt łagodnie – tam trzeba je sobie wyszarpać. Teoretycznie Polak znajduje się w sytuacji komfortowej, bo o miejsce w składzie konkuruje tylko z Cutrone – zawodnikiem o zbliżonej charakterystyce, obaj w przeciwieństwie do Híguaina nie nadają się do obmyślania gry kombinacyjnej. Sprzyjać może mu też przylot Lucasa Pacquety, brazylijskiego młodzieńca reklamowanego jako spadkobierca Kaki, który nada mediolańczykom ofensywnego polotu. Generalnie jednak dołącza do grupy z przewlekłym defektem, do środowiska oswojonego z przeciętnością. Znamienne, że obaj pozyskani ostatnio przez Milan właściciele słynnych nazwisk, Híguain i Leonardo Bonucci, błyskawicznie stamtąd uciekli.

I wciąż bardziej prawdopodobne wydaje się, że więcej goli w lidze niż Piątek – nawiasem mówiąc, napastnik harujący jak wół, to jego chyba zbyt rzadko podkreślana zaleta – nastrzela w tym sezonie rozpędzony Arkadiusz Milik, który w niedzielę rozegrał, jak nieśmiało przypuszczam, swój życiowy mecz. W każdym razie zanosi się na wyścig intrygujący, nawet pasjonujący. Wyścig, jakiego polski kibic jeszcze nie widział.

20:40, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 21 stycznia 2019

Najnowsze wieści są takie, że Leo Messi (wkrótce skończy 32 lata), Cristiano Ronaldo (34), Robert Lewandowski (31) i jeszcze paru innych wcale nie zamierzają posłusznie schodzić ze szczytu. Nie, oni prawdopodobnie jeszcze swojego szczytu nie osiągnęli. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

wtorek, 15 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Pozwolę sobie na intymne wyznanie, a co mi tam. Otóż nigdy, przenigdy nie miałem ochoty oglądać polskiego piłkarza w koszulce mojej ulubionej drużyny.

Ilekroć wyobraziłem sobie Lewandowskiego w Milanie, sztywniałem przerażony. To byłby kibicowski koszmar, myślałem, to byłoby wieczne potępienie na samym dnie piekła, rzęziłbym, nie zniósłbym gromadnego, jazgotliwego spoglądania na Milan przez nadwiślański biało-czerwony mikroskop, spoglądania zredukowanego do modlitwy o gola „naszego rodaka”, nie wytrzymałbym tego świętego oburzenia, że skrzydłowy mu nie podał, tylko sam strzelał, tego wrzaskliwego łajania Suso, że zachował się haniebnie jak Robben, egoista zakichany i w ogóle dzban. Bardzo bałem się wreszcie nieustającego ogólnonarodowego gaworzenia o drużynie z San Siro – klub, który nie obchodził u nas prawie nikogo, znienacka zacząłby obchodzić wszystkich, otaczaliby mnie wyłącznie najtężsi znawcy spraw mediolańskich, nie dałoby się od harmidru uciec, nasz chłopak grałby w SŁYNNYM Milanie. Eurowizja na sterydach. Trwająca w kółko, przez okrągły sezon po sezonie.

Lęki wzięły się stąd, że jako indywiduum wybitnie niestadne – tym bardziej: nieplemienne – cierpię na mentalną aberrację. Nie przepadam mianowicie za całodobowym, nachalnym epatowaniem patriotyzmem (poza wyjątkowymi okazjami kochajmy Polskę po cichu, segregując śmieci i zagadując samotnie mieszkających sąsiadów, czy wszystko u nich w porządku) i nie przepadam za kibicowaniem w zbyt gęstej ciżbie ludzi, mainstreamowość Milanu mi przeszkadza, w chwilach desperacji roiłem sobie wręcz, że posiadłem go na własność, jestem jedynym fanem rossonerich w galaktyce, obsadzam sobą zarówno cały sektor rodzinny, jak i sektor ultrasów, niech mi się nikt nie wtrąca. A teraz miałbym jeszcze wysłuchiwać spazmów brzmiących prawie jak tamte z czasów „polskiej Borussii”?! Giń, przepadnij, siło nieczysta.

Perspektywę transferu Krzysztofa Piątka – chyba nieuniknionego, o ile w ostatniej chwili do licytacji nie dołączy Real Madryt – powinienem więc przyjmować zrozpaczony. Nie dość, że biorą Polaka, to jeszcze biorą nawiedzonego goleadora, będzie odpalał fajerwerk za fajerwerkiem, będzie ekstaza i uniesienie, wykończy mnie już pierwsza połówka sezonu. Tymczasem dzieje się inaczej, jestem podekscytowany. Zorientowałem się, że nie widzę w Piątku piłkarza polskiego, lecz napastnika o niesłychanym instynkcie snajperskim. Takiego, co to uwodzi mnie i fabułą (błyskawicznym, niemal bajkowym podbojem Italii), i jesiennymi meczami, w których wyglądał świetniej niż obiecująco nawet wtedy, gdy zderzał się z potentatami Serie A, w ataku sobie nie mógł poszaleć, schodził z boiska bez gola. Bo wyciskał maksimum. Jeśli znajdował między sobą i bramką półcentymetrową lukę, to choćby akurat stał na głowie, oddawał arcygroźny strzał. Predator.

Dziwi mnie nawet, że Piątek przyjmuje ofertę – jeśli ją przyjmie – z klubu tak przeciętnego. Grającego byle jak w bieżącym sezonie, grającego jeszcze marniej w sezonach minionych. Do Ligi Mistrzów nie zajrzał Milan od wiosny 2014 roku (Lewandowski kopał wówczas jeszcze na chwałę Dortmundu!), z Ligi Europy wykopał go w jesiennej fazie grupowej Olympiakos Pireus. Bieda aż piszczy. Spada nam nowy napastnik z nieba, trzeba go fetować bez względu na pochodzenie i nadciągającą paradę januszy. To nic zdrożnego, że ktoś jest Polakiem. Wybaczę wszystkim wszystko, byle Piątek strzelał.

Tagi: AC Milan
20:26, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
wtorek, 08 stycznia 2019

Wisła Kraków nie jest ofiarą, Wisła różni się od reszty naszego krajobrazu w mniejszym stopniu, niż nam się zdaje. Poniekąd każdy sponsor polskiej piłki – dosłownie: każdy – płaci haracz mierzony twardą walutą bądź skalą etycznego kompromisu. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:58, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 stycznia 2019

Walery Łobanowski

Zmarł młodo, w 2002 roku – na udar mózgu. Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 80 lat.

Choć w sporządzanych przez fachowców rankingach wszech czasów plasuje się wysoko, to wśród głównych myślicieli futbolu wymienia się go mimo wszystko stosunkowo rzadko. Wiadomo – pochodzi z dzikiego wschodu, jego refleksje zapisywano głównie cyrylicą, a szyld „Związek Radziecki”, pod którym pracował, nie kojarzy się dobrze. Zresztą dobrej prasy nie miał Walery Łobanowski nawet wśród swoich.

A jednak należy do gigantów, czołowych innowatorów, z jego teorii czerpali najwięksi trenerzy, także znacznie sławniejsi. Był pionierem w traktowaniu najpiękniejszej z gier jako dziedziny nauk ścisłych, twierdził, że nie rozumie konceptu „atrakcyjnego futbolu”, mecz uważa za wojnę, jedynym celem jest pokonanie przeciwnika. Chociaż jego drużyny często grały ładnie.

– Najważniejsza w życiu jest dla mnie piłka, zaraz za nią piłka i na kolejnych dziesięciu pozycjach również piłka, a dopiero później cała reszta – mówił wywodzący się z polskiej szlachty kijowianin, z którego nazwiskiem łączą się wszystkie reprezentacyjne i klubowe sukcesy radzieckiej piłki ostatnich 20 lat istnienia ZSRR. Z kadrą narodową zdobył srebro mistrzostw Europy – pamiętam, że w przeciwieństwie do wszystkich otaczających mnie dorosłych kibicowałem w finale jej, a nie Holandii, jako niespełna dwunastoletni brzdąc na polityce się nie wyznawałem.

Po raz pierwszy o Łobanowskim zrobiło się naprawdę głośno w 1975 roku, kiedy prowadzone przez niego Dynamo Kijów najpierw sięgnęło po Puchar Zdobywców Pucharów, by w walce o Superpuchar Europy dwukrotnie pokonać Bayern Monachium. Ów wielki Bayern – z mistrzami świata Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem czy Karlem-Heinzem Rummenigge.

Łobanowski zawsze i aż do przesady stawiał na grupę, nie znosił nie tylko gwiazdorstwa, ale nawet indywidualizmu. – Tacy gracze jak Ronaldo [brazylijski - przyp. red.] opóźniają rozwój futbolu – powtarzał z przekonaniem. – Dostają pieniądze, na które nie zasługują. Myślą, że rozwijają się we właściwym kierunku, a nie mają pojęcia, czego wymaga nowoczesna piłka nożna. Nigdy nie wziąłbym do swojej drużyny Alana Shearera. Doskonały gracz to 1 procent talentu i 99 proc. ciężkiej pracy – dodawał.

Jednak kiedy w 1996 roku po kilkuletnim pobycie na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Kuwejtu, triumfalnie powrócił do Kijowa i poprowadził Dynamo do półfinału Ligi Mistrzów, nazwiska jego graczy poznał cały kontynent. Silvio Berlusconi jako właściciel AC Milan rzucił fortunę za Andrieja Szewczenkę, którego uhonorowano potem, już po śmierci ukraińskiego trenera, Złotą Piłką, czyli najcenniejszym wyróżnieniem dla boiskowych solistów. Tamten napastnik, mój rówieśnik, był twarzą innej superdrużyny, którą zaliczam do ulubionych – kijowianie potrafili rozbić Barcelonę 4:0 na Camp Nou, potrafili też pokonać 2:0 madrycki Real, i to oni powinni byli stawiać się Manchesterowi United w niezapomnianym finale w 1999 r. Niestety, nie dali rady Bayernowi. Prawie wszystkie gole wbijał wówczas właśnie Szewczenko, wraz z Serhijem Rebrowem tworzący duet napastników, do którego mam sentyment jako chyba do żadnego innego.

Wychował ich autentyczny fanatyk, pasję do futbolu łączący z pasją do obliczania wszystkiego, co się da obliczyć. W dzieciństwie i młodości Łobanowski biegał za piłką przed lekcjami, po lekcjach, a nierzadko również zamiast lekcji, ale nigdy nie miał kłopotów z nauką. Wręcz przeciwnie, jego rówieśnicy wspominali, że często szukali Walerego na miejskich boiskach, szukając pomocy przed wyjątkowo trudnymi testami z algebry. Zdobywał zresztą medale na olimpiadach matematycznych. Całe życie powtarzał, że „wszystko jest cyfrą”, i stąd wziął się jego specyficzny stosunek do futbolu – pragnienie opracowanie idealnego algorytmu gry, o której sensie stanowi relacja między jednostką a współtworzoną przez nią zbiorowością, czyli między elementem systemu i systemem. Jonathan Wilson w „Odwróconej piramidzie”, kanonicznym dziele o historii taktyki piłkarskiej, pisał o Łobanowskim tak: „Dorastał w czasach obsesji na punkcie postępu naukowego. Był zaledwie nastolatkiem, gdy w ZSRR powstała pierwsza elektrownia jądrowa. Wkrótce potem posłano w kosmos Sputnika, a Kijów stał się centrum przemysłu komputerowego”. Tam, gdzie ukraiński – radziecki – trener studiował inżynierię grzewczą, powstał pierwszy instytut cybernetyki, który stał się światowym liderem w dziedzinie zautomatyzowanych systemów kierowania, sztucznej inteligencji oraz modeli matematycznych, to właśnie w Kijowie opracowano prototyp współczesnego komputera osobistego. I właśnie na politechnice Łobanowski zafascynował się możliwościami maszyn obliczeniowych.

Zanim cała Europa poznała efekty jego prekursorskiej myśli szkoleniowej, był zdolnym zawodnikiem, choć nie osiągnął sukcesów na miarę możliwości. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie flegmatyka, nawet leniucha. Biegał po lewym skrzydle, ale zupełnie nie odpowiadał ówczesnym wyobrażeniom o zawodniku grającym na tej pozycji, zwykle niskim, silnym i przede wszystkim piorunująco szybkim. Łobanowski był wysoki i długonogi, poruszał się dość niezgrabnie, tylko nieprawdopodobny drybling pozwalał mu z łatwością mijać obrońców. W latach 1958-68 strzelił 71 goli w lidze, większość bardzo pięknych. Jego popisowym zagraniem był „bananowy strzał” lub „suchy liść”, czyli zawijasowate uderzenie na bramkę rywala z końcowej linii boiska. Radzieccy defensorzy nadali mu przydomek „Sznurek”, zarówno ze względu na smukłą sylwetkę, jak i umiejętność minięcia rywala na bardzo wąskim fragmencie boiska.

Mimo nieprzeciętnego talentu Łobanowski nie zrobił wielkiej kariery – był podatny na kontuzje, a z futbolem próbował godzić naukę. Kiedy po raz pierwszy zdobywał z Dynamem tytuł mistrza kraju (jeszcze jako piłkarz), kończył równocześnie kijowską politechnikę. Sukcesy osiągnął dopiero jako szkoleniowiec.

Już jako piłkarz miał wiele pomysłów dotyczących strategii i taktyki, których nie krył przed klubowym trenerem, co nieuchronnie prowadziło do konfliktu. W 1964 r. po meczu ligowym skrytykował ówczesnego szkoleniowca Dynama Wiktora Masłowa, który przestawał wystawiać go w pierwszym składzie. Po latach już jako trener Łobanowski przyznał, że całkowicie zgadza się z postępowaniem przełożonego Masłowa wobec niesubordynowanego podwładnego Łobanowskiego. Co ładnie oddaje ewolucję słynącego z żelaznej ręki Ukraińca – jako piłkarz nieustannie walczył o swoją niezależność, jako trener u piłkarzy ostro ją zwalczał.

Szkoleniowe sukcesy Łobanowski zaczął odnosić bardzo szybko. Już w 1971 roku (miał ledwie 32 lata) wprowadził do pierwszej ligi prowincjonalne Dnipro, by po dwóch sezonach wrócić do Kijowa i natychmiast zdobyć dublet w rozgrywkach krajowych. Wówczas po raz pierwszy przylgnął do niego pseudonim „Wahadło” ze względu na charakterystyczne ruchy, jakie wykonywał na ławce trenerskiej. Prawdziwą furorę zespół Łobanowskiego zrobił w sezonie 1974/75, wygrywając absolutnie wszystko: ligę, krajowy puchar, PZP i Superpuchar Europy (po wspomnianym triumfie nad Bayernem), a Oleg Błochin został uznany za najlepszego piłkarza kontynentu.

Wtedy też Łobanowski stał się współautorem rekordu, który można wyrównać, ale który nigdy nie zostanie pobity. Reprezentacja ZSRR zagrała dwa mecze w całości złożona z graczy Dynama. Kijowianie w narodowych barwach pokonali w eliminacjach ME Turcję 3:0 oraz Irlandię 2:1. Zawodnik był dla niego tylko elementem systemu, więc po co miał trwonić czas na wmontowywanie w drużynę elementów obcych?

Przełomowym momentem w życiu Łobanowskiego był rok 1968, kiedy poznał Anatolija Zieleńcowa, specjalistę od bioenergetyki, szefa i pomysłodawcę Centrum Naukowego założonego przez Dynamo w latach 70. – Kiedyś Walery powiedział mi na przyjęciu przy świadkach: „Gdyby nie ty, nigdy bym nie zabłysnął jako szkoleniowiec. Zawdzięczam ci całą moją wiedzę, umiejętności i rozumienie futbolu” – chwalił się potem Zieleńcow. To on współtworzył zespół naukowców, który odpowiadał za bazę danych zawierającą informacje o każdym zawodniku klubu. – Staramy się w pełni wykorzystać potencjał graczy. W oparciu o badania tworzymy indywidualne programy treningowe, by maksymalnie wykorzystać ich predyspozycje. W bazie mamy kartoteki wszystkich, którzy przewinęli się przez zespół w ciągu ostatnich dziesięciu lat, niezależnie od tego, na jak długo u nas zostali. Pracujemy nad różnymi modelami gry i treningu. Chcemy znaleźć model idealnych zachowań piłkarza w określonych sytuacjach na boisku – wyjaśniał ukraiński naukowiec. Jeszcze jeden skrócony cytat z księgi Wilsona, podpisany przez obu współpracowników, Łobanowskiego i Zieleńcowa: „Gdy mówimy o ewolucji taktycznej, mamy na myśli opracowywanie ciągle nowych sposobów gry, by utrudnić rywalowi dostosowanie się do naszego stylu. Gdy mu się to uda i stworzy plan przeciwdziałania, należy znaleźć nową strategię. Na tym polega dialektyka futbolu”.

Te koncepcje służyły nie tylko wychowankom kijowskiego potentata. W latach 1978-82 korzystała z nich m.in. reprezentacja Włoch, która na MŚ w Hiszpanii wzięła złoto. Zieleńcowa zapraszały również niemieckie szkoły trenerskie, gdzie jego wykładom przysłuchiwał się m.in. Franz Beckenbauer. A przemawiał w specyficzny sposób, jakby relacjonował eksperymenty przeprowadzone na szczurach laboratoryjnych.

Mimo bezdyskusyjnych osiągnięć Łobanowski nigdy nie miał dobrej prasy. Nawet kiedy wyniki potwierdzały słuszność jego decyzji, krytykowano graniczący z cynizmem pragmatyzm jego myśli szkoleniowej, o której niektórzy mówili nawet, że hamuje rozwój radzieckiego futbolu. Zarzucano mu też, że ściąga najlepszych zawodników z całego kraju, nie mając zamiaru wystawiać ich w pierwszym składzie. – Lepiej, żeby siedzieli obok mnie na ławce, niż strzelali gole mojemu zespołowi – odpowiadał.

Piłkarze też za nim nie przepadali, uważając go za lodowatego technokratę, który odbiera im prawo do posiadania własnej opinii. Ale Łobanowski nigdy nie przejmował się ani porażkami, ani krytyką. – Cierpliwość, cierpliwość, praca, praca – odpowiadał pytany o tajemnicę sukcesów. – Nie zmieniaj niczego, nawet kiedy przegrywasz. Porażki są częścią drogi do zwycięstw. W 1984 zajęliśmy dziesiąte miejsce w lidze. Na szczęście dla klubu nie zostałem zwolniony i w następnym sezonie sięgnęliśmy po tytuł i Puchar Zdobywców Pucharów – perorował trener, który chyba nigdy nie czuł pełnej satysfakcji. Nawet w okresach masowego wygrywania stale zwiększał intensywność ćwiczeń, wywołując bunty wśród podwładnych, którym zdarzało się nawet ogłaszać strajk.

Życiowy sukces miał szansę odnieść na meksykańskim mundialu w 1986 roku. Prowadzona przez niego reprezentacja ZSRR, okrzyknięta rewelacją turnieju, przeszła jak burza fazę grupową, rozbijając Węgry 6:0, by w 1/8 finału pechowo ulec Belgom, którzy zdobyli dwie bramki z ewidentnych spalonych. Jednak prasa nie zostawiła na Łobanowskim suchej nitki dopiero cztery lata później. Na MŚ we Włoszech ZSRR nie wyszedł nawet z grupy i na ukraińskiego szkoleniowca zwaliła się lawina obelg. Małomówny Łobanowski nie miał zamiaru tłumaczyć się z niepowodzeń. Wyjechał na Bliski Wschód, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kuwejtu.

Kiedy wrócił i w Lidze Mistrzów rozszalało się jego Dynamo (w dwumeczu z Barceloną było 7:0!), już nawet adwersarze przyznawali, że wyprzedził epokę. Atletyczną kijowską piłkę, opartą na pełnej wymienności funkcji, perfekcyjnym przygotowaniu fizycznym i różnorodności schematów, opiewali wszyscy znawcy, w ankiecie tygodnika „Kicker” najświetniejsi trenerzy i piłkarze uznali Łobanowskiego za jedną z największych postaci w historii futbolu. Dynamo zajęło ósmą pozycję, lokując się pomiędzy Benficą Lizbona i Juventusem Turyn, a Johan Cruyff umieścił kijowian nawet w pierwszej trójce, obok Ajaksu i Milanu. – Co z tego, że Real dziewięć razy zdobywał europejskie puchary – wyjaśniał Holender. – Łobanowski potrafił zbudować zespół, który utrzymał równą formę przez dwie dekady, mimo że korzystał jedynie z rodzimych zawodników, a ZSRR nie jest przecież kopalnią piłkarskich talentów.

Dla kolegów po fachu ukraiński szkoleniowiec był wówczas wzorem. „Kiedy Arrigo Sacchi osiągał największe sukcesy z Milanem, korzystał z metod Łobanowskiego jak z przewodnika” – pisało „Corriere dello Sport”. – Wiele jego koncepcji zyskało ogromną popularność w Serie A. Bardzo zmienił włoską piłkę, która stała się agresywna i dynamiczna. Wszyscy wiemy, ile zawdzięcza mu futbol – mówił Marcello Lippi, kiedy prowadził jeszcze Juventus. – Spotkałem go kiedyś na międzynarodowym seminarium i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest nie tylko piekielnie inteligentny, ale i niezwykle charyzmatyczny i sprytny.

Chociaż futbolowi Łobanowski poświęcił się bez reszty, podczas meczów na jego twarzy trudno było dostrzec jakiekolwiek oznaki emocji. Niezależnie od tego, czy jego zespół zdobywa, czy traci bramkę, pozostawał tak samo niewzruszony. To najbardziej nieruchomy trener, jakiego widziałem w życiu, skrajne przeciwieństwo rozskakanych furiatów w typie Diego Simeone czy Antonio Conte.

A miał co fetować. Z Dynamem zdobył osiem tytułów mistrza ZSRR i pięć Ukrainy, dziewięć razy wygrywał krajowy puchar, dwukrotnie sięgał po PZP, raz po Superpuchar Europy – spędził w kijowskim klubie z przerwami 20 lat. Wschodnia wersja Alexa Fergusona, tyle że bogatsza o sukcesy reprezentacyjne. Z radziecką kadrą wygrał Łobanowski srebrny medal mistrzostw kontynentu w 1988 roku, a dwa lata wcześniej została ona uznana przez branżowy (i prestiżowy) magazyn „World Soccer” za drugi zespół na planecie, ustępujący jedynie mistrzom świata – Argentynie.

Ambicje Łobanowskiego nie kończyły się jednak na wyniku. Wielokrotnie przytaczano jego reakcję na zdobycie mistrzostwa kraju, gdy wygrywał je jeszcze jako zawodnik. Oświadczył wtedy, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem, pochwały uznał za bezpodstawne, nie chciał ich wręcz przyjąć, zawyrokował, że drużyna grała kiepsko, ale zdobyła więcej punktów niż drużyny grające jeszcze gorzej, a potem wyłożył – pewnie nieświadomy znamienności wypowiadanych zdań – swoje przyszłe trenerskie kredo.

Wyjaśnił mianowicie, że prawdziwego naukowca nie cieszy uzyskanie magisterium, doktoratu ani habilitacji. Że prawdziwy naukowiec chce wpłynąć na rozwój swojej dziedziny. Odcisnąć piętno. Zrewolucjonizować ludzkie myślenie.

Nęka mnie podejrzenie, że Łobanowski nie był w pełni usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami. Chociaż powinien.

20:55, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 05 stycznia 2019

Sportowiec roku 2018. I Umberto Boccioni, czemu nie

Zanim wystartowała impreza, podczas której Kamil Stoch znów zostanie obwołany sportowcem roku (errata: jednak Bartosz Kurek! ale numer!), patrzyłem na mecz na szczycie włoskiej ligi siatkarzy ­– między Trentino a Perugią, dla której zbija Wilfredo León. Kubańczyk z pochodzenia i Polak z wyboru wypadł słabo, ale pozostaje graczem numer jeden na świecie, w skali sezonu nie ma w Serie A konkurencji. Dlatego skłonił mnie do refleksji o kandydatach na kolejnych herosów naszego sportu. Takich, których kariery uważnie śledzę i/lub szczególnie kibicuję. Idoli jutra. Krótki subiektywny wybór podaję w porządku nieprzypadkowym, od urodzonych najpóźniej do najstarszych.

Iga Świątek (rocznik 2001). Jeszcze niczego nie wygrała, juniorski Wimbledon to zachęta, a nie spełnienie, ale seniorską karierę zaczęła właściwie dopiero kilka dni temu. Ciekawe, że raczej odcina się od Agnieszki Radwańskiej – choć naturalnym byłoby szukać natchnienia w polskiej tenisistce wszech czasów, to Świątek wywija rakietą po swojemu, nade wszystko przewyższa sławną poprzedniczkę siłą oraz skłonnością do ofensywy. Lubi też, jak sama przyznaje, robić na korcie show. Na wielkie sceny dopiero wejdzie, w tym roku spróbuje zapoznać się z wielkoszlemowym graniem dla dorosłych.

Jan-Krzysztof Duda (1998). Jeszcze niczego nie wygrał, wicemistrzostwo świata w szachach błyskawicznych to mimo wszystko zaledwie sukcesik, figury na serio przesuwa się po głębszym namyśle. Wcześniej został jednak Duda jednym z bohaterów wrześniowej olimpiady szachowej, podczas której nasza drużyna wypadła najlepiej od przedwojnia. Zajęła czwarte miejsce, do ostatniej rundy miała szansę na złoto, od absolutnego szczytu dzieliła ją wygrana w jednej z czterech zremisowanych partii w kończącym rywalizację meczu z Indiami. Lider polskiej reprezentacji w wywiadzie mówił otwarcie, że mierzy w mistrzostwo świata – podał nawet perspektywę czasową, cel chce osiągnąć przed trzydziestką. Na razie w globalnym rankingu FIDE zajmuje 18. miejsce. Mało kto wie, że rolę sparingpartnera przed meczem o mistrzostwo świata z Fabiano Caruaną proponował mu Magnus Carlsem. Duda musiał odmówić, bo podjął wcześniej inne zobowiązania.

Krzysztof Piątek (1995). Jeszcze niczego nie wygrał, ale ma za sobą najbardziej spektakularny w dziejach debiut polskiego piłkarza w czołowej lidze zagranicznej, jego nazwisko pojawia się w każdej dyskusji o największych objawieniach sezonu w Europie, ewidentnie zanosi się, że latem zostanie naszym najdroższym futbolistą w historii, bo Genoa planuje spieniężyć go za minimum 60 mln euro. Kto powiedział, że po Lewandowskim nie będzie już niczego?

Wilfredo León (1993). Jeszcze niczego dla Polski nie wygrał, ale przecież on całe życie zajmuje się wyłącznie wygrywaniem, a biało-czerwoną koszulkę założy dopiero w lipcu. Od naszych humorzastych kadrowiczów, którzy od lat raz grają tak albo siak – i nie osiągają wiele w wymagających stabilizacji klubach – różni się tym, że jego najgorsze występy są zazwyczaj przynajmniej bardzo dobre. Selekcjoner naszej drużyny narodowej Vital Heynen się do tego nie przyzna, ale to prawdopodobnie sylwetka Kubańczyka sprawia, że nie tyle obiecuje walkę o medal igrzysk w Tokio, ile niejako zapowiada, że medal będziemy fetować. Bo tak się z Leónem „umówił”. A jeśli nasi siatkarze rzeczywiście wystrzelą na olimpijskie podium, to Wilfredo, chłopak urodzony w Santiago de Cuba, powinien należeć do naturalnych faworytów plebiscytu na polskiego sportowca roku 2020. A tego jeszcze u nas nie grali, prawda?

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 stycznia 2019

 Premier League, liga angielska

Patrzyłem na czwartkowy hit Premier League oniemiały, to było jak erupcja wulkanu, widowisko pulsujące obłędną intensywnością gry, które w lepiej urządzonym świecie powinno zakończyć się równorzędnym triumfem obu rywali. Nikt tu nie był lepszy, obie strony ścigały się na popisy arcyfutbolu. Choć Manchesterowi City przyznano wygraną całym golem, to wieczór lepiej podsumowuje 11,2 milimetra, jakich zabrakło do szczęścia Liverpoolowi, gdy piłkę z linii bramkowej wykopywał John Stones – wyższość gospodarzy miała rozmiar gołym okiem nie do wychwycenia, o ile w ogóle wolno nam obrażać gości sugestią, że przegrali.

Dla mnie to był więcej niż pojedynczy mecz, dla mnie to była ostateczna i przepiękna ilustracja przełomu, jaki dokonał się na szczytach ligi angielskiej. Jakościowego. Od lat epatowały nas tamtejsze kluby kwadrylionami euro rozrzucanymi na piłkarzy, ale kiedy potentaci przystępowali do szlagieru, to po kilku minutach dochodziliśmy do wniosku, że prawdziwą high quality oferuje hiszpańskie El Clásico, że na wyspach więcej dymu niż ognia, że luksusy finansowe nijak nie przekładają się na sportowe. Coś drgnęło dopiero w ubiegłym sezonie, gdy Liverpool i inni wreszcie poszaleli w Lidze Mistrzów, a w kraju arcydzieło stworzyli piłkarze Manchesteru City. Nie wiedzieliśmy tylko, czy to nie chwilowe wykrzaczenie w matriksie.

Mijające miesiące składają się jednak z łańcucha dowodów na nieprzypadkowość wydarzeń z wiosny 2018. Nastała era, w której rywalizacja o tytuł mistrzowski toczy się na poziomie, jakiego w Premier League nie pamiętam. Zjawiskowo grywali tam jedynie samotni wszechmistrzowie, jak pamiętni „Niezwyciężeni” z belle epoque Arsenalu, nigdy nie podziwialiśmy galerii z aż dwiema autorskimi superdrużynami – a może i trzema, o czym za chwilę. Liverpool i Manchester City porywają, Liverpool i Manchester City sprawiły, że zapomniałem, iż stoją za nimi gigantyczne pieniądze. Bo one zdają się drugorzędne wobec wizji Jürgena Kloppa i Pepa Guardioli, którzy stworzyli światy na obraz i podobieństwo swoich marzeń, wierzą w potęgę treningu, wcale nie próbują kolekcjonować wszystkiego, co najdroższe na rynku.

Owszem, ich szefowie poprzelewali za transfery fortunę, ale przecież nikt nie skupował tu Messiego, Ronaldo ani Lewandowskiego, nikt nie próbował podprowadzić przewodzących młodszemu pokoleniu Neymara czy Mbappé, nie było skoku na monumentalnych obrońców w typie Chielliniego czy Ramosa. Nie, były ruchy głównie nieoczywiste, wymagające od pozyskiwanych graczy wzbicia się na wyższy, nowy dla nich poziom. Ruchy niekoniecznie skazane na sukces.

Fernandinho nie musiał przecież spotężnieć po trzydziestce na monstrum środka pola; Raheema Sterlinga z łatwością wyobrazilibyśmy sobie jako kolejnego angielskiego jeźdźca bez głowy, skoro niejednego Walcotta już skreślaliśmy jako przypadek beznadziejny; Leroy Sané okazał się przed kilkoma miesiącami niegodny powołania do szerokiej kadry Niemiec na mundial; Kevina de Bruyne’a (w czwartek akurat nie grał) odrzucił sam José Mourinho; Bernardo Silva nieczęsto ganiał wcześniej w opętańczym transie, jak w czwartkowy wieczór, gdy pokonał rekordowy w sezonie ligi angielskiej dystans 13,7 km – aż zdumiewające, że murawa nie zaczęła płonąć mu pod stopami. Nic nie było pewne ani prawie pewne, a jednak dane nam jest podziwiać, jak wszyscy wymienieni rozkwitają, przechodzą samych siebie, spełniają fantazje Guardioli. U Kloppa to samo, tylko bodaj jeszcze bardziej: Virgila van Dijka nie wyniosła na szczyt wśród środkowych obrońców cena, gdyby kosztował 40 mln mniej, też byłby 27-latkiem wyjętym z Southampton dopiero poprzedniej zimy. Nigdy wcześniej nie podbijali świata Mohamed Salah, największy altruista wśród napastników Roberto Firmino czy Sadio Mané, a Alexander-Arnold z Robertsonem to już w ogóle wychynęli znikąd, by rozskrzydlić Liverpool przerzutami z jednego końca świata na drugi. Niesamowite, ile trenerzy kataloński i niemiecki odkryli w swoich piłkarzach sportowej klasy. Zwłaszcza w Fernandinho i van Dijku – zawodnikach, którzy przeżyli na boisku wiele sezonów, ale przed spotkaniem z obecnymi szefami raczej nie przyszło im do głowy, że umieją wyglądać jak herosi, najlepsi na swoich pozycjach na świecie.

To na sylwetki Brazylijczyka oraz Holendra spoglądam jak na emblematy stanowiące o przywódczo-belferskich mocach Guardioli i Kloppa. Trenerów budujących od zera, choć drogo, dzisiaj inaczej się już nie da. Budujących od zera i każdy według swojej idei, pozwalających bezstronnym entuzjastom futbolu wybrać sobie styl, który bardziej odpowiada ich gustom. Ja akurat nigdy nie wybieram, bo nie czuję potrzeby, w piłce wszystko może być bajecznie urzekające, jeśli jest bajecznie skomponowane – nie przedkładam nieskończonej plątaniny podań nad nawałnicę gegenpressingu ani odwrotnie, nie wiem, czy wyrafinowany atak pozycyjny należy cenić wyżej lub niżej od piorunującej kontry, jestem wszystkożerny, pochłonę każdą perfekcję, po rumuńskim społecznym snuju nakręconym nieruchomą kamerą przyjmę w kinie marvelowskie trrrach torpeda razy czarna pantera, bachowską mszę zagłuszę wściekłym metalowym szarpidrutem, zachłannie czerpię z każdego rejestru. I tak właśnie widzę dzisiaj ligę angielską, rozgrywki, które przez szmat czasu mnie nużyły, przeklinałem je za przerost marketingowej formy nad sportową treścią. Widzę ją jako orgię dla wszystkożernych.

Tuż za Liverpoolem i Man City czai się wszak Tottenham, kolejne dzieło wybitnie oryginalne, a Mauricio Pochettino rzeźbi w materiale szczególnie wymagającym. Latem nie wszedł do jego szatni ani jeden nowy zawodnik, zarząd nie wydał ani ćwiartki szylinga, rzecz to dzisiaj niesłychana, co więcej, wśród londyńczyków roi się od medalistów ostatnich mistrzostw świata, którzy po mundialowych eskapadach powinni długo odzyskiwać siły. Argentyński trener wciąż jednak zasadza się na sławniejszych kolegów po fachu, traci do nich tyci-tyci, zresztą całe trio współliderów – pozwólcie troszeczkę naciągnąć rzeczywistość, inaczej nie potrafię – pędzi przez ligę do utraty tchu. Wyspiarscy statystycy wyliczyli już, że o Liverpool, i Manchester, i Tottenham gubią punkty nadnaturalnie rzadko, każdy z nich w niemal każdym innym sezonie miałby miażdżącą przewagę nad resztą stawki, pewne mistrzostwo odbiera im tylko potwornie silna konkurencja. Dość powiedzieć, że ta ostatnia drużyna, sklasyfikowana na miejscu trzecim, po 21 kolejkach uzbierała tylko punkt mniej niż wspominany nieziemski Arsenal z nieskażonego porażką sezonu 2003/04. Ależ mamy ostry zakręt w Anglii! Nie wychodźmy z niego, niechaj chwila trwa, niezależnie od wyników w Champions League.

A jeśli komuś jeszcze mało wyspiarskich atrakcji – jak mnie – to zanęcająco zwracam uwagę, że za tercetem, któremu chętnie przyznałbym mistrzostwo zdobyte ex aequo, skrada się Chelsea. Tam też zjawił się artysta osobny, do swojej futbolowej doktryny przywiązany wręcz obsesyjnie. Tyle że jego konkurenci układają swoje drużyny długo, bo pochylają się nad nimi 39 (Jürgen Klopp), 31 (Pep Guardiola) oraz 54 miesiące (Mauricio Pochettino), tymczasem Maurizio Sarri zstąpił na Stamford Bridge ledwie pół roku temu z okładem. Biorąc pod uwagę, że Włoch również ma gest demiurga i chce zburzyć wszystko, co nie narodziło się w jego jaźni, traci w tabeli niewiele. Teraz trzeba jeszcze tylko poczekać, aż jeszcze uszlachetni tę wyspiarską galerię sztuki nadzwyczaj nowoczesnej, to się po prostu musi ziścić.

Jeszcze raz: wszystkich czterech szefów łączy nade wszystko to, że wierzą w potęgę treningu. A ja wierzę im, gdy obsypują się komplementami, szanują, wyrażają wzajemne uznanie. To nie kurtuazja, to język i emocje najświetniejszej ery w Premier League za mojego świadomego życia.

15:51, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
sobota, 29 grudnia 2018

2018 w piłce nożnej. Faceci w czerni

Im bardziej mam wrażenie, że nasza planeta zrobiła się maleńka, tym bardziej widzę, że jest gigantyczna i nie do ogarnięcia dla ludzkich móżdżków, nikt nie zdoła narysować jej w całości. Dlatego porwałem się tylko na mozaikę, próbę wyłapania drobnych fragmentów czasoprzestrzeni, które utkwiły mi w pamięci.

33 godziny lecieli piłkarze Mamelodi Sundowns z meczu kwalifikacji Ligi Mistrzów z Vegetarianos FC, bo nie dość, że z RPA do Gwinei Równikowej podróżowali przez Etiopię, to jeszcze trochę poczekali na przesiadkę. Ekstremum znamienne dla kontynentu wciąż tak niedorozwiniętego infrastrukturalnie, że przeniesienie się z jednego położonego tam kraju do innego wymaga czasami pokonania trasy prowadzącej przez... Europę. Afrykański futbol boryka się z problemami elementarnymi, dla nas niewyobrażalnymi i uzmysławiającymi, dlaczego na mundialach nie wygląda on coraz lepiej, lecz coraz gorzej. W tym roku żadna z reprezentacji nie przetrwała fazy grupowej, choć od niemal trzech dekad czekamy, aż któraś prześliźnie się do półfinału. Wiecie, ile zespół Mamelodi Sundowns wracał z Gwinei? 39 godzin. Spróbujcie sobie wyfantazjować, że FC Porto potrzebuje tyle czasu, by dotrzeć na mecz z Lokomotiwem Moskwa.

Afrykańska Liga Mistrzów

6 km w linii prostej dzieli najważniejsze stadiony metropolii, która utrzymywany od kilku lat status stolicy europejskiego futbolu potwierdziła kolejnym rokiem totalnej dominacji. Niedawno oglądaliśmy derby Madrytu w finałach Champions League, czyli wydarzenia bez precedensu w dziejach najważniejszych rozgrywek na kontynencie – nigdy wcześniej żadne miasto tego zaszczytu nie dostąpiło. Teraz Real i Atlético się rozdzieliły. Piłkarze klubu z Santiago Bernabeu triumfowali w Lidze Mistrzów, a ich sąsiedzi z Wanda Metropolitano wykończyli wszystkich w Lidze Europy, w obu przypadkach przewaga nad rywalami była bezdyskusyjna, podkreślona trzema golami wbitymi w decydujących starciach. Wysłannicy z Madrytu obsadzili też całe podium plebiscytu Złota Piłka – wziął ją Luka Modrić, za nim w głosowaniu uplasowali się Cristiano Ronaldo oraz Antoine Griezmann. To była okolica o szczytowym stężeniu wspaniałego futbolu, więc harmonijnie się składa, że w 2019 r. finał LM odbędzie się akurat tam, na nowiuteńkim obiekcie Atlético.

9370 km w linii prostej dzieli miasteczko Sunne, w którym urodził Sven-Göran Eriksson, od stolicy Filipin, których kadrę narodową objął jesienią ten szwedzki trener. Jego prawdziwa kariera skończyła się w 2006 r., gdy jako selekcjoner reprezentacji Anglii poobmawiał swoich piłkarzy w rozmowie z reporterem brukowca przebranym za szejka zamierzającego kupić Aston Villę i zatrudnić go za wielką gażę. Potem miał jeszcze epizod z Manchesterem City (pamiętne 1:8 z Middlesbrough) i zaczął ewoluować w kierunku spryciarza bez wyników, który wykazuje się niesłychaną zręcznością w zdobywaniu tłusto płatnych posad na wszystkich krańcach świata. Prowadził kadrę Meksyku i Wybrzeża Kości Słoniowej, zajrzał do Leicester, cumował w aż trzech klubach chińskich, łączono jego nazwisko z dziesiątkami innych zespołów. Nie brzydził się żadnej roboty, pertraktował nawet z północnokoreańskim reżimem, aż wylądował – po nieudanych próbach zaoferowania siebie Kamerunowi oraz Irakowi – właśnie na Filipinach. W styczniu skończy 71 lat.

Ponad 3800 km dzieli w linii prostej Turyn i Mediolan od Jeddah, gdzie piłkarze Juventusu i Milanu rozegrają w styczniu mecz o Superpuchar Włoch. O zmianę lokalizacji apelowali do obu klubów działacze organizacji broniących praw człowieka, w tym Amnesty International, bo światem wstrząsnęło bestialskie zabójstwo dziennikarza Khashoggiego – popełnione w saudyjskim konsulacie w Turcji na zlecenie saudyjskiego króla Salmana. Wyjeżdżać nie chciał też związek zawodowy dziennikarzy w mającej transmitować mecz państwowej telewizji RAI, nazywając wyprawę do Jeddah „absurdalną” i „nieakceptowalną”. Wezwania do bojkotu okazały się bezskuteczne, choć nawet bez szokującej zbrodni znalazłoby się zatrzęsienie powodów, by tam nie grać. W końcu ta mroczna dyktatura, gardząca fundamentalnymi wartościami zachodniego świata, gwałci przede wszystkim prawa kobiet (buntujące się aktywistki są torturowane), a zawodnicy Serie A znów protestowali przeciw wymierzonej w nie przemocy, wychodząc na boisko z symbolicznymi czerwonymi kreskami na twarzach. Konsekwencji szefom włoskiego futbolu jednak brakuje, bo tym razem chodzi o pieniądze – i zarówno Arabia Saudyjska, jak i inne kraje regionu nadal polerują swój wizerunek przez sport, dopadły już nawet szachów. Nawiasem mówiąc, mecz piłkarski Superpuchar Francji odbędzie się w chińskim Shenzen, natomiast Superpuchar Hiszpanii drużyna Barcelona zdobyła marokańskim Tangerze. That’s modern football.

19 minut potrzebował Krzysztof Piątek, by ustrzelić hat-tricka w barwach pierwszego zagranicznego klubu w karierze. I jego kanonada ustała tylko na chwilę, rok kończy z 19 golami w 20 meczach Genoi. Czy to realne, by po Robercie Lewandowskim narodził się nam napastnik jeszcze znakomitszy lub porównywalnie znakomity? W kraju, w którym szkolenie generalnie leży? Czy w przyszłym roku stanie się bohaterem najdroższego transferu w dziejach naszej piłki? Może mnie ponosi, ale przesadzam świadomie – uwodzi Piątek zdolnością do oddania precyzyjnego strzału w każdej sytuacji i natychmiast, we łbie mi mącą komplementy wypowiadane przez włoskich trenerów, z entuzjazmem kupuję nawet gest będący elementem budowania tzw. marki osobistej (po zdobytej bramce krzyżuje przed sobą ręce z wyciągniętymi palcami symulującymi pistolety, jak rewolwerowiec na starym westernie). Najbardziej spektakularny w historii debiut Polaka w czołowej lidze zagranicznej? Który w dodatku urodził się w szczęśliwszym momencie niż Lewandowski?

720 minut, czyli aż osiem meczów, potrzebowali wytrzymać na boisku piłkarze Chorwacji, by odebrać srebrne medale mundialu. Wszystko dlatego, że w fazie pucharowej nie wygrali w normalnym czasie ani jednego meczu. Jeśli wyciąć dogrywki i serie rzutów karnych, to w 1/8 finału było 1:1 z Danią, w ćwierćfinale – 1:1 z Rosją, w półfinale – 1:1 z Anglią, w finale – 2:4 z Francją. Jedyny taki wicemistrz świata. A potem, już w Lidze Narodów, ponieśli Chorwacji swoją najwyższą klęskę w historii (0:6 z Hiszpanią) i spadli do dywizji B rozgrywek. Popaprana fabuła.

Zbliżała się godzina ósma rano, gdy w Soczi Rosjanie i Chorwaci ostrzeliwali się z rzutów karnych w ćwierćfinale mundialu. Zbliżała się w Jużnosachalińsku, bo na stadionie w Soczi, gdzie trwał dreszczowiec, nie było północy i trwał jeszcze dzień poprzedni. Niektórzy kibice gospodarzy dopiero mieli się położyć spać, a niektórzy właśnie musieli wychodzić do pracy, ponieważ turniej odbywał się w kraju wielkim jak kontynent, podróż pociągiem z polskiej bazy w Soczi na mecz z Japonią do Wołgogradu zajęła wysłannikom „Wyborczej” 18 godzin. Paradoks: mistrzostwa obejmowały zaledwie skrawek Rosji, najdalej położony stadion w Jekaterynburgu stoi w zaledwie jednej trzeciej drogi od zachodniej do wschodniej granicy. Cały kontynent obejmą dopiero w 2026 r., gdy podzielą się nimi Kanada, USA i Meksyk. To też idea urzeczywistniona (poprzez głosowanie na obradach FIFA) w mijającym roku – futbol wciąż puchnie od gigantomanii, globalizacji, cynizmu i szmalu.

1826 km drogą powietrzną pokonała delegacja PZPN, która poleciała na losowanie grup eliminacji do Euro 2020. Nasi przedstawiciele podróżowali do Dublina z Warszawy, inni działacze przybyli z miast należących do pozostałych 55 federacji stowarzyszonych w UEFA – wszyscy wsiedli do potężnych smrodzących maszyn transportowych, by pouczestniczyć w wydarzeniu, na którym ich obecność była całkowicie zbędna, wyciąganie kulek można by obejrzeć dzięki transmisji w internecie, dzisiaj nie trzeba już nawet ustalać kalendarza gier, wszak decyduje o nim komputer. Nonsensownych wypraw na rozmaite narady biznesowe i niebiznesowe odbywa się naturalnie mnóstwo, sport nie jest tu dziedziną wyjątkową, ale jeśli debatujemy, jak zredukować emisję gazów cieplarnianych, by ocalić biologię planety, to może wypada oczekiwać chwili refleksji także od środowiska piłkarskiego? Ciekawy byłbym rozmiarów śladu węglowego, jaki zostawia najpiękniejsza z gier. I pomysłów na jego ograniczenie – choćby symboliczne, bez zasadniczego wpływu na wynik końcowy, byle wziąć udział we wspólnym trudzie. Sugerowałbym np. rezygnację z grania o włoskie albo francuskie trofea w Azji. Albo fotowoltaiczne zasilanie jupiterów i reszty stadionowej elektryki.

10 048 km dzieli Buenos Aires od Madrytu, w którym musiały odbyć się derby Buenos Aires, gdy Buenos Aires okazało się niezdolne do zorganizowania finału najważniejszych klubowych rozgrywek w Ameryce Południowej, tamtejszego odpowiednika Ligi Mistrzów. Ślepą furią zapłonęły trybuny, w ogniu stanęły także ulice, rany odnieśli piłkarze. Pomimo ogromnego ryzyka szef FIFA Gianni Infantino i działacze kontynentalni naciskali na rozegranie meczu, oburzony ich chciwością legendarny bramkarz Jose Chilavert nazwał obu „gorszymi niż szczury”. Działo się to, co zazwyczaj w Argentynie, w której wokółfutbolowa przemoc odbija głębokie społeczne problemy i rozkład państwa. Działo się bardziej, bo fanom zarówno River Plate, jak i Boca Juniors przytomność odebrał strach przez porażką w najważniejszych derbach, jakie kiedykolwiek rozegrano.

Ostatecznie finał Copa Libertadores, czyli Pucharu Wyzwolicieli, przeniesiono więc i przemianowano na Copa Conquistadores, czyli Puchar Ciemiężycieli. Dopiero daleko od domu, na madryckim Santiago Bernabéu (patrz także: stolica futbolu), mecz tragiczny zmienił się w magiczny. Zanim River zatriumfowało, jego bramkę w dogrywce oblegali wszyscy rywale z Boca, łącznie z bramkarzem, który na długie minuty wypuścił się pod wrogie pole karne. Argentyna podarowała nam Maradonę, Messiego, i Di Stéfano, Argentyna wkrapla w piłkę najbardziej skrajne emocje.

15 608 km miał od stadionu swojego klubu do rodzinnego Olsztyna Adrian Mierzejewski na początku bieżącego roku, a już tylko 7 036 km ma obecnie. Były piłkarz reprezentacji Polski przeniósł się bowiem latem z australijskiego Sydney FC do chińskiego Changchun Yatai (dziura z ledwie 3,5 mln mieszkańców, dopiero 28. miejsce na liście tamtejszych miast sklasyfikowanych według wielkości populacji), kontynuując międzykontynentalną podróż – wcześniej grał w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, stolicy Arabii Saudyjskiej, Turcji oraz Warszawie, Sosnowcu, Płocku i Olsztynie. Najbardziej egzotyczna kariera piłkarza z naszej zagrody od czasów rozbicia dzielnicowego?

8 130 km dzieli stacjonującego w Pekinie (22,5 mln mieszkańców) trenera Marcello Lippiego od toskańskiego Viareggio (62 tys.). Selekcjoner reprezentacji Chin zarabia 28 mln dol. rocznie i jest ponoć najwyżej opłacany w swojej branży na całym świecie, ale za kilka tygodni, po styczniowym Pucharze Azji, zamierza posadę rzucić. Bo ma za daleko do rodziny, chce nacieszyć się życiem. Drużyny kolosa na glinianych nogach nie natchnął, według krytyków nie dokonał wręcz niczego – jego piłkarze nie awansowali na ostatni mundial, a minionej jesieni umieli pokonać jedynie Syrię, remisując lub przegrywając z Jordanią, Irakiem, Palestyną, Indiami, Bahrajnem oraz Katarem. Od spełnienia marzeń Xi Jinpinga, czyli przewodniczącego partii komunistycznej i przewodnika narodu, który rozkazał wznieść futbolową superpotęgę, Chińczyków dzieli jeszcze więcej niż Lippiego od domu.

Włoch, który skończy w kwietniu 71 lat, w fazie grupowej Pucharu Azji spotka się m.in. z rówieśnikiem Svenem-Göranem Erikssonem. Przypomnijmy: Szwedowi wpadła fucha na Filipinach.

846 km dzieli przedmieścia Porto Alegre, na których urodził się Alisson, od obrzeży Sao Paulo, gdzie urodził się – tylko 10 miesięcy później – Ederson. Obaj Brazylijczycy skaczą między słupkami czołowych klubów ligi angielskiej (Liverpool i Manchester City), obaj kręcą się wokół szczytów tabeli, obaj stopami manipulują niemal tak zręcznie jak rękami, obaj chcą być najlepsi na świecie. Poza Europą nie mają konkurencji, na naszym kontynencie rywalizują ostatnio z Markiem-André Ter Stegenem, Thibautem Courtoisem i Janem Oblakiem (giganci minionych lat Manuel Neuer i David De Gea sprzeciętnieli). Alisson operuje w tyleż bardziej komfortowym środowisku od rodaka, że stoi za drużyną, która w erze totalnego ofensywnego rozpasania broni dostępu do swojego pola karnego z nieprzyzwoitą skrupulatnością. Puści mniej goli niż jakikolwiek golkiper w Premier League?

1,9 mln obywateli liczy Kosowo, którego reprezentacja nie przegrała w tym roku żadnego meczu (na naszym kontynencie dokonali tego jeszcze tylko Rumunii). To państwo pod wieloma względami nie działa, uchodzi wręcz za upadłe, nie uznaje go ONZ. Nie tylko dzięki przykładowi Chorwacji wiemy już jednak, że na terytorium byłej Jugosławii ganiać z sensem za piłką potrafią wszyscy. Kosowo wygrało grupę w dywizji D Ligi Narodów, więc wystąpi przynajmniej w barażach o Euro 2020 – przygotujcie się, że tam awansuje. A tamtejsze kluby, choć Ligi Mistrzów nigdy nie podbiją, zdobyły minionej jesieni więcej punktów do rankingu UEFA niż polskie. FK Pristina i Drita Gnjilane. Zapamiętajmy te nazwy, żeby wiedzieć, kogo należy się bać przed następnym losowaniem.

Nie wiadomo, jaka odległość dzieli nas od królestwo Wakandy, ponieważ położenie Wakandy jest bliżej nieznane, podobnie jak pochodzenie vibranium – metalu o niesamowitych właściwościach, Wakanda zawdzięcza mu niedostępny dla reszty ludzkości poziom rozwoju technologicznego – ale nie ma śladowych wątpliwości, że narodziło się tam nowe sportowe supermocarstwo. Wakanda Forever!

Wakanda Forever

9 916 km dzieli Haiti od Demokratycznej Republiki Konga, w których urodzili się rodzice Presnela Kimpembe, reprezentanta Francji i złotego medalisty mundialu. Mniejsza odległość, ale też znaczna, dzieli Kamerun od Algierii, czyli krajów pochodzenia rodziców jego sławniejszego kolegi Kyliana Mbappé. Mistrzostwo świata zdobyła grupa w najwyższym stopniu postkolonialna. Zawodników silniej lub słabiej związanych z innymi miejscami na Ziemi było 16, stanowili 70 proc. kadry, byli jej liderami. Francja bez nich już nie istnieje. Podobnie zresztą jak brązowa medalistka Belgia, której medal wyrósł na drzewie genealogicznym sięgającym korzeniami kilkunastu państw z trzech kontynentów.

7 lat trwała dominacja Olympiakosu Pireus w lidze greckiej, zanim wiosną wreszcie obalił go AEK Ateny. Co gorsza, ustępujący mistrzowie spadli na najniższy stopień podium i stracili wszelkie szanse bardzo szybko, więc prezes Evangelos Marinakis wrzasnął na początku kwietnia: „Macie wszystko, ale nie macie dla niczego szacunku. Troszczycie się tylko o samochody i domy, klub was nie interesuje, a ja chcę widzieć w szatni tutaj tylko uczciwych ludzi. Chłopcy z akademii chcą bardziej i to oni dograją resztę meczów”. Brzmi jak zwykle, porażkom w futbolu prawie zawsze towarzyszą identyczne oskarżenia, choć słychać je raczej na trybunach. Radykalizm prezesa przyniósł mizerne efekty. Olympiakos w tym sezonie znów ma olbrzymią stratę do lidera.

145 mln osób śledzi na Instagramie profil Cristiano Ronaldo, a mnie zaciekawiło, kim on jest dla ludzi z jego rodzinnych stron. Poleciałem zatem do Funchal, porozglądałem się, popytałem. Efekty znajdziecie tutaj.

251 km trzeba przejechać samochodem, by od przejścia granicznego w Kudowie-Zdroju przedostać się do Pilzna, gdzie rozsądne zarządzanie przedsiębiorstwem futbolowym pozwala Viktorii sezon w sezon zabawiać się w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub Ligi Europy, czasami dopiero w dogrywce poddać walkę o ćwierćfinał (miniona wiosna), w dodatku osiągając to wszystko siłami kadry o szokującej z naszej perspektywy strukturze narodowościowej. Kopią tam mianowicie sami Czesi z niewielkim wsparciem słowackim, dowodzeni przez niejakiego Pavla Vrbę. W lutym piłkarze Viktorii Pilzno wrócą zatem na europejskie boiska, natomiast nam pozostaje przyjrzeć się kalendarium lata i jesieni 2018: oto 7 sierpnia tzw. ekstraklasę wyprzedziła w klasyfikacji UEFA liga białoruska (zlecieliśmy na 21. pozycję), 30 sierpnia – szkocka (22.), 4 października – za jednym zamachem szwedzka i norweska (na 24.), 8 listopada – kazachska (na 25.). To zestawienie obejmuje wyniki z ostatnich pięciu sezonów. Na szczęście, bo przy zliczeniu czterech najnowszych lat polskie kluby zlatują na 27., a przy wzięciu pod uwagę trzech – na 30. miejsce. Wyraźna tendencja, ale o los herosów nadwiślańskiego futbolu nie musimy się martwić, to plemię całkowicie samowystarczalne, wystarczy mu wygrywać we własnym gronie, przed chwilą znów wyciągnęło rekordowe pieniądze za prawa do transmisji, o jego byt postanowiła zadbać nawet telewizja narodowa.

8 728 km mierzy najkrótsza trasa łącząca stolice Szwecji oraz Kambodży, skąd pochodzą biznesmeni Mats Hartling oraz Ly Vanna, którzy ponoć mieli – mają? – ocalić od upadku umoczonej w kryminalne skojarzenia Wisłę Kraków, nasz najbardziej utytułowany klub początku XXI wieku. Prawdopodobne bankructwo takiej marki to skandal, ale skandal zdarzający się wszędzie, jak boiska długie i szerokie, w końcu na dnie lądowały nawet Glasgow Rangers czy Napoli, firmy z europejskimi triumfami w dorobku. Próbujący dobrać się do klubu hochsztaplerzy to też widok znajomy (do Milanu przyssał się niedawno gołodupiec z Chin), ale kazus wiślacki wydawał się jakoś szczególnie żałosny. Osobliwie wyglądał zwłaszcza Ly Vanna, który biegał po Krakowie schowany pod parasolem, łypał jak szpieg z krainy deszczowców, a następnie się rozpłynął. Błagalne wyczekiwania na przelew to adekwatny komentarz do mentalnej kondycji naszego futbolu, który nawet zagranicznego inwestora musiał przyciągnąć kuriozalnego. Jeśli zastanawiacie się, gdzie na Ziemi piłka nożna przybrała najbardziej egzotyczne kształty, to nie szukajcie daleko, mocną kandydaturę macie pod nosem.

18:01, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
wtorek, 18 grudnia 2018

Jose Mourinho

1) José Mourinho – wylany właśnie z Manchesteru United – był kiedyś moim ulubionym trenerem. Pranie mediolańskich mózgów, które wyniosło Inter do triumfu w Lidze Mistrzów w sezonie 2009/10, uważam za absolutne arcydzieło sztuki dowodzenia. I za bardziej niesamowity sukces niż triumf w tych rozgrywkach z FC Porto.

2) José Mourinho miał zawsze krótką datę przydatności, ale widziałem w tym zaletę, nie wadę – wypalał się, bo dawał ognia jak pożar dżungli, piłkarze musieli w końcu pod jego rozkazami spłonąć. Dzisiaj jest trenerem przestarzałym, który podąża drogą Arsene’a Wengera szybciej niż Arsene Wenger. Nie nadąża.

3) José Mourinho zdegradował Manchester United do drużyny najgorszej w stosunku do swoich możliwości w całej europejskiej czołówce. Jako kibic Milanu wiem, co to znaczy zlecieć z kontynentalnego szczytu na piąte albo szóste miejsca w lidze krajowej, ale też wiem, że na San Siro nagle bardzo ubyło pieniędzy, a na Old Trafford – przybyło. Nie dajcie się nabrać na marudzenie, że tam nie ma porządnych piłkarzy. Są. Umieją więcej niż sugeruje punkt przewagi nad Wolverhampton.

4) José Mourinho trochę już w życiu poprzegrywał, ale w moim rankingu bieżący sezon jest/był najgorszym w jego karierze. Manchester United nie ma nawet dodatniego bilansu bramkowego w lidze angielskiej; Manchester United traci więcej punktów do lidera (19) niż ma przewagi (14) nad strefą spadkową; Manchester United ma być zorientowany defensywnie, ale tylko cztery zespoły (!) straciły więcej goli, to Fulham, Burnley, Southampton i Cardiff; Manchester United w prawie każdym meczu z silnym rywalem modli się o przetrwanie, a Alex Ferguson patrzy i cierpi; Manchester United zasługuje na trenera z wizją.

5) José Mourinho nie wierzy w potęgę treningu. Stęka, że mu nie kupili piłkarzy, zamiast uczyć tych, których ma. Patrzyłem w niedzielę na Liverpool i widziałem coś, co stworzył Jürgen Klopp, patrzyłem na Manchester United i widziałem nie wiadomo co. Kiedy to się, do diabła, skończyło?! Dlaczego to się skończyło?! Przecież u ciebie Goran Pandev był bogiem!

6) José Mourinho pozwolił, żeby Manchester United został najbardziej poobijaną drużyną sezonu w Premier League. Liverpool, ten wspaniały nowy Liverpool, oddał na jego bramkę 36 strzałów. Czegoś takiego „Czerwone Diabły” nie doświadczyły od półtorej dekady.

7) José Mourinho jest sprawcą. To on ustalał skład, system gry i taktykę, to on odpowiadał za jakość treningów, to on miał inspirować.

8) José Mourinho jest ofiarą. Pracował w firmie, która świetnie prosperuje niezależnie od wyników i sektor biznesowy absolutnie zdominował sektor sportowy. Paul Pogba zasługuje na burę, i to na brutalną burę, zakazałbym mu fryzjera na dwa, może nawet trzy tygodnie.

9) José Mourinho bardzo chciał brazylijskiego piłkarza Freda. Klub zapłacił za niego 52 mln funtów, piątą najwyższą sumę za transfer w swojej historii. José Mourinho rzadko wpuszcza Freda na boisko.

10) José Mourinho kiedyś kochał swoich piłkarzy na zabój i z wzajemnością, jak nikt inny na świecie. Teraz ich nienawidzi – też ogniście, też z wzajemnością.

11) José Mourinho jest wśród aktywnych trenerów najbardziej utytułowany. Uzbierał 25 trofeów, więcej niż Pep Guardiola (24) i Carlo Ancelotti (19).

12) José Mourinho ma prześladowcę, prześladowca nazywa się Pep Guardiola. José Mourinho przegrywał z nim w Hiszpanii, José Mourinho zdobył przez niego nie mistrzostwo, lecz zaledwie wicemistrzostwo Anglii – a w glorii najlepszego mógłby ten sezon zacząć zupełnie inaczej.

13) José Mourinho dostanie albo nie dostanie zaraz roboty w Realu Madryt, ja bym jako prezes tego klubu jej nie dał.

14) José Mourinho stracił rząd dusz.

15) José Mourinho nie kupił w Manchesterze nawet domu – przez dwa lata z okładem mieszkał w prezydenckim apartamencie w Hotelu Lowry, niemożność wyjścia bez zarzuconego na głowę kaptura na spokojny spacer nazywał „katastrofą”, żona z dziećmi została w oddalonym o 300 km Londynie, przyjeżdżają rzadko. Bąkał José Mourinho, że nie czuje wsparcia w klubie, wyglądał na samotnego. W autokarze jadącym na mecz siedział zazwyczaj obok pustego fotela. Wiosną porzucił go nawet asystent i przyjaciel Rui Faria, który marzył o normalnym życiu z rodziną – współpracowali od 2001 roku, wszędzie, począwszy od prowincjonalnej portugalskiej Leirii, Mourinho często zwierzał się, że tęskni.

16) José Mourinho powinien odpocząć, poczytać.

17) José Mourinho na pewnie nie przyjdzie do Milanu, więc mogę bezpiecznie marzyć, że przyjdzie. Idealne miejsce dla niego – marni piłkarze tam kopią, a on nie lubi bajecznie utalentowanych piłkarzy.

18) José Mourinho, bez urazy, ale czuję, że Manchester United pójdzie teraz do góry.

19) José Mourinho, wróć. Nie lubię historii twojego upadku, paskudnie tabloidowa, polubię opowieść o powrocie na szczyt, to będzie cudownie tabloidowe. Zwycięski José Mourinho pasuje do piłki nożnej jak dupa do wiadra.

14:11, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 17 grudnia 2018

Fundamentalny krok ku nowej wspaniałej przyszłości dokonaliśmy w minionym tygodniu. Teraz brakuje już tylko kroczków, by na zawsze wyeliminować klęski. Napisałem do „Gazety” felieton o najbardziej przyjaznej branży dla pracownika - przeczytacie go tutaj.

16:09, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
Archiwum
Tagi