RSS
środa, 17 października 2018

 Jasnowidz roku, przyszłość

Wielkie rocznice i wydarzenia historyczne chodzą parami, więc po dzisiejszym świętowaniu 45-lecia remisu na Wembley nastąpi jutrzejsze świętowanie równie doniosłe, 11. urodziny będzie mianowicie obchodził blog „A jednak się kręci”. Radujcie się i świętujcie do upadłego, niech wam kielich nigdy nie wysycha, jako jubilat nie życzę sobie, by ktokolwiek chował się za niskim pressingiem. Dozwolone są tylko przerwy na złożenie życzeń waszemu ulubionemu blogerowi.

A skoro celebrujemy, musimy rozstrzygnąć kultowy konkurs na „Jasnowidza roku” i ogłosić edycję następną. Kto nie czai, o co cały jest ambaras, niech kliknie po wiedzę np. tutaj, tutaj i tutaj (inauguracyjne edycje, łza tak się kręci, że mam w oku karambol), by wystartować w najnowszej odsłonie rywalizacji. I powalczyć o koszulkę przyszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów.

Nowe pytania ogłoszę w świąteczny czwartek, ale najpierw trzeba wyłonić najnowszego Jasnowidza, czyli zwycięzcę dziesiątej edycji naszej arcypoważnej zabawy. Zgodnie z umową każdy uczestnik musi samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i pochwalić się ich liczbą na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie mnożył punktów tam, gdzie należy je dzielić. A w przypadku remisu zarządzę dogrywkę – już ekspresową. Na wasze wyniki czekam do 23.45 w sobotę, 20 października (kto nie zdąży, odpada), ale byłbym wdzięczny, gdybyście wrzucali je już teraz, łatwiej będzie mi zaplanować ewentualną dogrywkę - zorganizujemy ją już na forum. Niżej poprawne odpowiedzi.

Czy do 18 października 2018 roku:

1) Sandecja skończy sezon tzw. ekstraklasy w górnej połowie tabeli? NIE

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa? TAK

3) polski klub awansuje do Champions League? NIE

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej? NIE

5) Michał Pazdan wciąż będzie grał w Legii? TAK

6) Romeo Jozak wciąż będzie prowadził Legię? NIE

7) polski piłkarz będzie w czołowej trójce rankingu strzelców tzw. ekstraklasy? TAK

8) do tzw. ekstraklasy awansuje kolejny klub z miasta liczącego mniej niż 50 tys. mieszkańców? NIE

9) reprezentacja Polski awansuje do ćwierćfinału mundialu? NIE

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola? TAK

11) Damian Kądzior zagra w polskiej kadrze więcej niż raz? NIE

12) Wojciech Szczęsny rozegra na MŚ w Rosji więcej meczów niż Łukasz Fabiański? TAK

13) Jakub Błaszczykowski (95 meczów) będzie miał więcej występów w reprezentacji Polski niż obecny rekordzista Michał Żewłakow (102)? TAK

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA? NIE

15) Polski klub strzeli gola w fazie grupowej Ligi Mistrzów? NIE

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”? TAK

17) Zinedine Zidane nadal będzie prowadził Real Madryt? NIE

18) Ernesto Valverde nadal będzie trenerem Barcelony? TAK

19) Franciszek Smuda nadal będzie prowadził Widzew? NIE

20) Massimiliano Allegri nadal będzie prowadził Juventus? TAK

21) Arkadiusz Milik nadal będzie piłkarzem Napoli? TAK

22) Robert Lewandowski nadal będzie grał w Bayernie? TAK

23) Pierre-Emerick Aubameyang nadal będzie grał w Bundeslidze? NIE

24) Simone Zaza nadal będzie grał w Valencii? NIE

25) Krystian Bielik zagra w oficjalnym, nietowarzyskim meczu Arsenalu? NIE

26) Klub z polskim piłkarzem w kadrze spadnie z włoskiej Serie A? NIE

27) Robert Lewandowski (160 goli) prześcignie Ulfa Kirstena (182 gole) i awansuje na szóste miejsce w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii Bundesligi? TAK

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii? TAK

29) Grzegorz Krychowiak rozegra mecz w europejskich pucharach? TAK

30) Zlatan Ibrahimovic strzeli gola w europejskich pucharach? NIE

31) Arsenal awansuje do europejskich pucharów? TAK

32) zespół z Kosowa przejdzie rundę eliminacji europejskich pucharów? TAK

33) reprezentacja Gibraltaru wygra choć jeden mecz? TAK

34) Paris Saint-Germain pobije swój rekord i zdobędzie więcej niż 96 punktów w lidze francuskiej? NIE

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów? TAK

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy? NIE

38) Kylian Mbappé będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? TAK

39) Neymar (52 goli) doścignie Ronaldo (62) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii? NIE

40) mundial wygra drużyna spoza Europy? NIE

41) afrykańska drużyna awansuje do ćwierćfinału MŚ? NIE

42) Islandia wyjdzie z grupy na mundialu? NIE

43) Panama strzeli na mundialu gola? TAK

44) Leo Messi zostanie królem lub wicekrólem strzelców MŚ? NIE

45) reprezentacja Polski utrzyma się w czołowej „15” rankingu FIFA? NIE

46) Polska awansuje na mistrzostwa Europy U-17 albo U-19? NIE

47) Polak dojedzie na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana? NIE

48) Polska zdobędzie złoto lub srebro na zimowych igrzyskach olimpijskich? TAK

49) Serena Williams zagra w finale turnieju wielkoszlemowego? TAK

50) Tomasz Hajto publicznie wyjaśni, dlaczego zablokował na Twitterze autora bloga „A jednak się kręci”, i publicznie go za to na tym portalu społecznościowym przeprosi? NIE

21:49, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
poniedziałek, 15 października 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Jerzy Brzęczek

Jerzy Brzęczek wystartował w roli selekcjonera niemal identycznie jak Adam Nawałka. Wysłuchuje krytyki niemal identycznej jak poprzednik. Nie widzimy nadziei na lepsze jutro – identycznie jak na tym samym etapie pracy poprzednika.

Co oczywiście nie oznacza, że obecny trener reprezentacji Polski kiedykolwiek doścignie Nawałkę, który w latach 2014-16 inspirował podwładnych do osiągania wyników na granicy lub momentami ponad granicę ich możliwości.

Ale najpierw bardziej odległa analogia. Wśród zatrzęsienia oskarżycielskich porównań polskich piłkarzy, którzy nie umieją, do siatkarzy, którzy wygrywają mundial za mundialem, znalazłem bowiem m.in. wysławianie Vitala Heynena (polecam długi wywiad) jako wzór trenera poszukującego – przeciwstawianego konserwatyzmowi naszego futbolu. Od razu zdawało mi się mylne, ponieważ Belg spędził z drużyną kilka miesięcy, do upadłego manipulował składem w bezliku meczów mniejszej rangi, w trakcie gry może dokonywać zmiany za zmianą, w razie konieczności wraca do zawodników odwołanych z boiska.

O jego komforcie przypomniałem sobie w czwartkowy wieczór, patrząc z trybun Stadionu Śląskiego, jak nasi piłkarze niezdarnie próbują opierać się Portugalii – choć przegrali minimalnie 2:3, to „zasłużyli” raczej na 1:5, różnicę w umiejętnościach ujrzeliśmy gigantyczną. I w niedzielę, gdy również powinni oberwać od Włochów znacznie mocniej niż 0:1. Oba mecze uzmysłowiły też, że Brzęczek konstruuje przyszłość w okolicznościach mniej sprzyjających nie tylko od Heynena, ale i Nawałki.

W czwartek lubiłem zestawienie linii pomocy i ataku reprezentacji, tylko jednym nazwiskiem różniło się od tego, jakie uważałem za maksymalnie wykorzystujące aktualny potencjał, przynajmniej w teorii: z Mateuszem Klichem, Grzegorzem Krychowiakiem i Karolem Linettym w środku pola, z operującym przed nimi Piotrem Zielińskim, z duetem napastników Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem (ewentualnie Arkadiuszem Milikiem). Upchnęlibyśmy wtedy na boisku wszystko, co mamy najlepszego, unikając zarazem zaciągania na boisko słabujących skrzydłowych. W wersji Brzęczka moja wizja została delikatnie skorygowana, Linettego zastąpił mianowicie Rafał Kurzawa (kopie piłkę z rzutów wolnych i rożnych z bezcenną precyzją, zresztą dał asystę przy golu). Skutki zobaczyliśmy oczekiwane: selekcjoner zarządził zbyt radykalną taktyczną woltę, by drużyna mogła działać bez zarzutu. Flankami atakują Polacy od zawsze, od wielu lat nie zdarzył się mecz, w którym zrezygnowalibyśmy ze skrzydłowych. Wielu znawców twierdzi wręcz, że to taktyka wroga DNA nadwiślańskich piłkarzy, zresztą jeden z kadrowiczów po meczu z Portugalią rzucił off the record, że nie bardzo wiedział, jak się poruszać.

Nic dziwnego, skoro czwartkową godzinę próby – zupełnie nowy kształt drużyny plus mistrz Europy w roli rywala – poprzedziły ledwie trzy dni treningowe. Poniedziałek, wtorek i środa. Co więcej, wszystkim zarządzał zupełnie nowy trener, który wcześniej przed nieznajomymi piłkarzami stanął twarzą w twarz ledwie raz, na inauguracyjnym zgrupowaniu we wrześniu.

Jeszcze mniej zaskakująco przebiegał mecz niedzielny, gdy zawieszenia za kartki (Klich) i kontuzje (Krychowiak) skłoniły selekcjonera – wcześniej dostał jeszcze jeden dzień treningowy – do obsadzenia środka pola ludźmi o mikroskopijnym doświadczeniu reprezentacyjnym i niekreatywnych. A Linetty, Jacek Góralski i Damian Szymański stanęli naprzeciw wspaniale dysponowanym Marco Verrattiemu i Jorginho, czyli mózgom Paris Saint-Germain i Chelsea. I z piłką mieli kontakt zasadniczo wyłącznie wzrokowy, zwłaszcza że Włosi zdobyli się na najlepszy mecz od co najmniej od kilkunastu miesięcy.

Na specyficzne warunki pracy selekcjonerów drużyn narodowych zwracamy uwagę już odruchowo, od wielu lat, a teraz znów się pogorszyły, ponieważ z kalendarza wykreślono niemal wszystkie sparingi – w 2019 roku Polacy nie rozegrają żadnego. Wszystko dla nowo powstałej Ligi Narodów, którą niby postanowiliśmy traktować towarzysko, ale sami wiecie, jak jest. Za mecze rozdają punkty, sporządza się tabelę, można awansować, można spaść etc. Nie wypłuczemy z tego realnej rywalizacji, to byłoby wbrew naturze sportu, zresztą wyniki wpływają na rozstawienie przed losowaniem eliminacji Euro 2020. Dlatego niechętnie traktujemy porażki z Portugalią i Włochami jak normalne gierki ćwiczebne, dlatego po degradacji do dywizji B (przepraszam za tę „dywizję”, w kwestii terminologicznej czuję się w Lidze Narodów bezradny jak Jędrzejczyk przy Bernardo Silvie) zrezygnowani wzdychamy, że nasi znów zlecieli tam, gdzie ich miejsce, czyli daleko od europejskiej czołówki. Brzęczek usłyszał od szefa (czyli prezesa PZPN), że tej jesieni gramy towarzysko, a przecież każdy wie, że wcale nie, że za nami najbardziej niesparingowe sparingi w dziejach. Tymczasem żeby w obecnych okolicznościach – eksperymentujemy, wymyślamy reprezentację na nowo – udało się nie przegrać z Portugalią, musiałaby spłynąć na naszych piłkarzy fura szczęścia. Nie spłynęła, więc wynik wreszcie odzwierciedla różnicę między obiema nacjami. Od kilkunastu lat z tym rywalem przynajmniej remisowaliśmy, choć bardziej logicznie wyglądałaby raczej seria porażek. Za każdym razem Portugalczycy uchodzili za faworytów, za każdym razem Polacy osiągali więcej, niż przypuszczał ktokolwiek zorientowany w temacie.

Włosi wyglądali ostatnio inaczej. Fatalnie. Sami nie uważali siebie za faworytów, załamani popisami selekcjonerów i piłkarzy, którzy dotąd dawali z siebie w kadrze narodowej – według szacunków Roberto Manciniego sprzed tygodnia – ledwie 70 proc. Aż wreszcie ożyli, wybiegli na boisko potwornie zdeterminowani, zagrali na miarę możliwości wspomnianych Verrattiego, Jorginho, a także Chielliniego, Bonucciego, Insigne czy Bernardeschiego (ile byśmy oddali za pół takiego skrzydłowego!). I zdominowali Polskę totalnie.

Jerzy Brzęczek pokombinował zatem ze składem oraz taktyką, pozaciągał do kadry graczy ze swojej Wisły Płock, a wyniki osiągnął marne – dwa remisy, dwie porażki. Zaczął identycznie jak Adam Nawałka, który tasował nazwiskami jeszcze intensywniej i sięgał do zasobów kadrowych jeszcze głębiej, sprawdzał zawodników ze swojego Górnika Zabrze, wyruszył w podróż do Euro 2016 przez 0:2 ze Słowacją, 0:0 z Irlandią, 0:1 ze Szkocją i 0:0 z Niemcami (pomijam opędzone rezerwami z tzw. ekstraklasy zimowe zgrupowanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich). Taki sam bilans, choć bez strzelonego gola.

Aktualnie selekcjoner działa w mniejszym komforcie niż poprzedni, ponieważ eksperymentuje nie w prawdziwych, lecz w rzekomych sparingach. I przeciwników napotkał nieporównywalnie silniejszych, więc testowani ligowcy z Płocka zderzyli się z rzeczywistością bardziej przyjazną niż ligowcy z Zabrza – zanim powstała Liga Narodów, seria gier z drużynami klasy Portugalii i Włoch była możliwa właściwie tylko na mistrzostwach Europy lub świata.

poniedziałek, 08 października 2018

Właściwie to zaskakujące, że akcja #metoo sięgnęła piłki nożnej dopiero teraz. Ale gdy już sięgnęła, to uderzyła mocno, w celebrytę kolosa - jak Harvey Weinstein czy Kevin Spacey. I wygląda na to, że będzie się działo, nie mamy tu raczej do czynienia z dętą opowiastką, mamy do czynienia ze sprawą porządnie udokumentowaną. Mój coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

piątek, 05 października 2018

Drodzy rodacy, którzy kochacie wykorzystywać sukcesy polskich sportowców niepiłkarzy, by dokopać polskim piłkarzom – że wstrętne przepłacane nieroby – mam dla was wspaniałą wiadomość. Otóż nie zdążyliśmy się jeszcze oswoić z obronionym złotem mundialu przez siatkarzy, a już fenomenalny wynik na swoim mundialu odnieśli szachiści. Nie trzeba nawet rozpylać bzdur o finansowych premiach dla zawodników (krążyło ich w ostatnich dniach mnóstwo, to zaraza nie do zatrzymania), bo z grubsza wiadomo, że PZSzach nie może konkurować nie tylko z PZPN, ale i PZPS. Gdyby nawet Jan Krzysztof Duda, Radosław Wojtaszek, Kacper Piorun, Jacek Tomczak oraz Kamil Dragun wzięli złoto zakończonej właśnie w gruzińskim Batumi olimpiady szachowej, to jeszcze długo nie pożyją jak czołowi bohaterowie naszego futbolu, którzy „niczego nie osiągnęli”.

Szachiści nie wygłówkowali medalu w żadnym kolorze, zajęli czwarte miejsce. Cenniejsze od wszystkich czwartych miejsc, jakie zdołacie sobie w sporcie wyobrazić – a zarazem szczególnie gorzkie.

To najlepszy polski wynik od 1939 roku, gdy w Buenos Aires na srebrno wystrojona została drużyna na czele z Mieczysławem Najdorfem i Ksawerym Tartakowerem – nazwiska magiczne, najsłynniejsi obok Akiby Rubinsteina arcymistrzowie współtworzący złotą erę naszych szachów, udekorowaną przed wojną na aż sześciu olimpiadach. Ze złotym szczytem w 1930 roku. Jednak nie perspektywa historyczna czyni dokonanie obecnej reprezentacji nadzwyczajnym, lecz styl, okoliczności oraz pozycja, z jakiej przystępowali do rywalizacji.

Primo, musieli zmierzyć się ze wszystkimi naczelnymi potęgami, co do jednej – stanowiącymi czołowy kwintet USA, Rosją, Chinami, Azerbejdżanem, Indiami – w meczach o fundamentalnym znaczeniu dla tabeli. Secundo, minimalnie przegrali nie tyle brąz, ile złoto, o czym za chwilę. Tertio, dla zobrazowania skali wywołanej przez Polaków sensacji nie wystarczy powiedzieć, że średni ranking zawodników dawał im ledwie 11. miejsce w globalnej hierarchii – przeciętną może wszak zafałszować jeden gracz mocno odstający na plus lub minus. Istotniejsze, jaki w poszczególnych meczach był układ sił na poszczególnych szachownicach.

A działo się tak, że w zwycięskich (Rosja, USA) lub zremisowanych (Azerbejdżan, Indie) szlagierach każdy (!) z czterech Polaków grał z przeciwnikiem wyżej sklasyfikowanym, w wielu przypadkach zdecydowanie wyżej. Mimo to nie oddali żadnej partii. Bili się z imponującą determinacją, wychodzili cało z poważnych opresji. Jan Krzysztof Duda – nasz geniusz z rocznika 1998, główny kandydat na gwiazdę rozpoznawalną poza niszą koneserów – zderzył się ze wszystkimi kolosami, wyjąwszy nieobecnego mistrza świata Magnusa Carlsena. W pierwszym tygodniu zremisował Siergiejem Kariakinem (relacjonowałem tutaj jego bój z Norwegiem o globalny prymat), by olimpiadę zwieńczyć morderczą serią – w poniedziałek z Azerem Şəhriyarem Məmmədyarovem (3. na świecie), we wtorek z Ormianinem Levonem Aronianem (5.), w środę z włoskim Amerykaninem Fabiano Caruaną (2., kolejny pretendent, z Carlsenem zagra w listopadzie), w czwartek z Chińczykiem Lirenem Dingiem (4.), wreszcie w piątek z pomnikowym Hindusem Visvanathanem Anandem. Nie dał rady tylko przedostatniemu. A niepokonani Kacper Piorun i Jacek Tomczak (pokonał Władymira Kramnika) wypadli nawet lepiej, rzucając wyzwanie rywalom o teoretycznie jeszcze większej przewadze.

Jeśli zatem wartościować występ sportowca – i to, jak był przygotowany do konkretnej imprezy – według możliwości, jakie przypisywało mu się przed startem, Polacy pograli rewelacyjnie. Idealnie wybrali moment, by zbiorowo spróbować się zbliżyć do perfekcji. I od wybicia się na niebotyczny poziom dzieliło ich mniej niż się pozornie zdaje, gdy spojrzeć na pozycję w tabeli bez wnikania w szczegóły.

Nasi szachiści najdłużej bowiem byli niepokonani. Porażka zdarzyła im się jedna, podobnie jak wszystkim medalistom – z Chin, USA i Rosji. Wreszcie najważniejsze – w ostatniej rundzie wszyscy czterej Polacy zremisowali z rywalami z Indii, a gdyby choć jedną partię wygrali, nie wzięliby brązu, lecz złoto (po punktach decyduje współczynnik w kolumnie TB2 we wklejonej pod notką tabeli, tzw. system Sonneberga-Bergera). Byli tyci-tyci od szczytu, choć oczywiście w szachach nawet jedną wygraną od remisu dzieli sporo.

Emocjonujący finisz przywiódł mnie z powrotem do siatkarzy, stąd pierwszy akapit. Oni rozegrali niemal identyczny turniej jesienią 2015 roku, jeszcze pod trenerem Stéphane’em Antigą – w Pucharze Świata, w którym też każdy tłucze się z każdym, nie istnieje droga na skróty. Pruli wówczas od zwycięstwa do zwycięstwa, w oszałamiającym stylu rozprawili się z USA, do ostatniej kolejki trzymali pozycję lidera. I wtedy ulegli Włochom, co zepchnęło ich na trzecie miejsce – potwornie gorzkie, tylko srebro i złoto premiowano awansem. Michał Kubiak nazwał zdobyty wówcza brąz medalem z buraka.

W kraju tamten wynik również przyjęto jako niepowodzenie, choć Polacy grali znakomicie, wszyscy na podium mieli po ledwie jednej porażce, o kolejności przesądziły sety. Czyli drobiazgi. Jak teraz w przypadku szachistów, którym jednak przynajmniej nikt nie wytknie, że zawalili. Oberwaliby co najwyżej piłkarze – gdyby oczywiście tłumy wiedziały i pojmowały, jak wielkie rzeczy działy się w Batumi.

Olimpiada szachowa 2018, Batumi

Tagi: szachy
19:35, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
czwartek, 04 października 2018

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

W piątkowe popołudnie w Turynie zepsuł się tramwaj. Linii numer 4, na Corso Filippo Turati. Wysiadłem i dwa kilometry do hali, w której mieli grać na siatkarskim mundialu Brazylijczycy z Amerykanami oraz Polacy z Włochami, pokonałem pieszo. Przez całe dwa kilometry byłem wredny.

Szedłem z czterema nastoletnimi, przygodnie spotkanymi Włoszkami – fankami siatkówki – którym z bezlitosną złośliwością wykładałem, dlaczego ich drużyny nikt nie lubi. Opowiadałem, jak gospodarze kombinują albo bezczelnie oszukują, by zaciągnąć swoich na podium. Jak sobie dobrali rywali w I rundzie, jak sfingowali losowanie grup II rundy i inne takie. Najpierw się dziwiły, potem były zszokowane, aż wreszcie przestały mi wierzyć, więc przedstawiłem dowody. Działałem poirytowany i zdegustowany – nie z powodu awarii tramwaju, bo spacerowało się przyjemnie, lecz z powodu regulaminowych idiotyzmów i krętactw, które zatruwały mistrzostwa. Pisałem o nich kilkakrotnie, w gazecie oraz na blogu (jeszcze tutaj) ale włoskie media niczego nie zauważały, więc kibicki nie miały zielonego pojęcia, że dzieje się skandal. Interesowało je, czy Juantorena porządnie odbierze serwis, Giannelli precyzyjnie wystawi, Zaytsev skutecznie zbije. W kwestie pozaboiskowe nie wnikały.

Kiedy się rozstaliśmy, zobaczyłem, jak rezerwowi Brazylii rozbijają 3:0 rezerwowych USA (kazali środkowemu przyjmować zagrywkę...), a Polacy po objęciu gwarantującego awans do strefy medalowej prowadzenia 1:0 również wypuszczają na boisko rezerwy i przegrywają 2:3 z Italią. Z ośmiu piątkowych setów zaledwie jeden (!) był normalny, tylko w jednym obu stronom zależało na zwycięstwie – w przededniu półfinałów! Wyobrażacie sobie, że na futbolowym mundialu ćwierćfinały odbębnia się byle jak i byle kim, bo nikt lub prawie nikt nie potrzebuje już wygrać?!

Miałem się wtedy ambiwalentnie, po jaźni krążyła zarówno satysfakcja z imponującej serii naszych siatkarzy, którzy w rozstrzygających meczach z Serbią oraz Włochami wygrali siedem setów z rzędu, jak wstręt do całego turnieju. Właściwie wszystko, od samiutkiego początku, było w nim złe lub fatalne – sztuczne rozciągnięcie w czasie na początku (w pierwszej rundzie zawodnicy się zwyczajnie nudzili) i nagłe przyspieszenie w końcówce (ostatnie cztery mecze Polaków w cztery dni); nagromadzenie uczestników beznadziejnie słabych (osławione 25:6 Rosji z Tunezji, rekordowa różnica w historii) i przez to beznadziejnie nudnych spotkań (choćby odpstryknięcie przez naszych zespołu Portoryka); wspomniane uprzywilejowanie gospodarzy i natłok meczów pozbawionych stawki, dla obu lub jednego z przeciwników; korekty w interpretacji przepisów gry w trakcie rywalizacji. Nie chce mi się znów wyliczać wszystkich drobnych niedoróbek oraz grubych zwyrodnień, w każdym razie uważałem, że trwa najgorsza sportowa w impreza, z jaką się w życiu zetknąłem. Siatkówka od lat patologiami stała, teraz została przekroczona masa krytyczna. Nie wiedziałem jeszcze, że nazajutrz Bartosz Kurek i spółka ocalą wszystko dzięki swojej klasie, słuchałem za to i czytałem, jak kibice (zwłaszcza kibice innych sportów) z turnieju okrutnie szydzą albo pogardliwie kręcą bekę, używali sobie całkiem słusznie, ten mundial zasłużenie stał się pośmiewiskiem.

Pardon, siatkówka zasłużenie stała się pośmiewiskiem.

Najgorsze, że za kulisami – tam, gdzie nie sięga wzrok kibica wpatrzonego w ekran lub nawet siedzącego na trybunach – wcale nie wrzało. Właściwie wszyscy zgodnie się zgadzali, że dyscyplina „poważnie choruje”, „ma problem” lub wręcz „dotknęła dna”, ale zaraz dodawali, że nic nie da się zrobić. Albo przywykli i zobojętnieli, albo nie wyrywają się do srania we własne gniazdo, albo nie wierzą w jakiekolwiek próby interwencji. Zresztą nawet nie zawsze wiadomo, kto odpowiada za najgłupsze pomysły i najgorsze szachrajstwa, ponieważ działacze FIVB szkodzą schowani. I jeszcze te dołujące reakcje zagadniętych Włochów, którzy zamiast czuć obciach, wzruszają ramionami...

Zanim Polacy wystrzelili ponad wszystkich – w finale zlali Brazylię prawie tak, jak ona zlała ich w 2006 roku, w szczycie swej potęgi wzniesionej przez Bernardo Rezende – zamierzałem na podsumowanie mistrzostw opublikować niniejszy tekst w gazecie, utrzymując go w tonie nekrologu. Zacząłem pisać w nocy z piątku na sobotę, mając świeżo w pamięci scenki ze spaceru do hali Pala Alpitour. Potem uległem nastrojowi, czysty sport znów stał się najważniejszy, nasi siatkarze obrali zbyt efektowną trajektorię swego lotu po złoto, bym zasmradzał wszystkim fetowanie oszałamiającego sukcesu. Wstrzymałem się, ale rzecz siedzi we mnie głęboko, uczciwość nakazuje gęgać.

Dlatego jako intelektualne ćwiczenie proponuję alternatywną historię mundialu. Historię mniej radosną – zakończoną czwartym miejscem. Zmodyfikujmy nieco rzeczywistość i wyobraźmy sobie, że ostatnie rozdziały wyglądają tak:

1) Polacy ulegają 2:3 Argentynie, która nie ma już nic do wygrania, do II rundy telepie się ciągana przez kuriozalny regulamin (tak było).

2) Polacy obrywają 1:3 od Francji (tak było).

3) Polacy niszczą Serbię do zera, ale trochę uwiera nas świadomość, że rywale wyszli na boisko kompletnie zrelaksowani, awansowali wcześniej (tak było).

4) Polacy znów odprawiają Serbię 3:0, ale po pierwszym, wyrównanym secie, przeciwnicy ponownie grają już uspokojeni, właściwie awansowali do półfinału (tak było). I siatkarze z niejakim rozgoryczeniem ironizują w rozmowach z dziennikarzami, że „wszyscy im się podkładają” – ich irytacja jest zrozumiała, ale również internetowe insynuacje kibiców są zrozumiałe, skoro organizatorzy turnieju sami zakwestionowali powagę tylu meczów (tak było).

5) Polacy ulegają Włochom 2:3, ale po urwaniu im jednego seta odfajkowują resztę wieczoru rezerwami (tak było).

6) Polacy przegrywają w półfinale tie-breaka i cały mecz 2:3 z USA (tu pierwsza zmiana w stosunku do faktów, odwracamy wynik decydującego seta), nazajutrz czeka ich bój nie o złoto, lecz o brąz.

7) Polacy tym razem nie wytrzymują serbskiego naporu. Nic zresztą zaskakującego, jak wygrywać seryjnie przy wyrównanych siłach w czołówce?

Zastrzegam: niczego nikomu nie odbieram, drużyna Vitala Heynena zatriumfowała całkowicie zasłużenie. Uruchamiam moją i waszą wyobraźnię, by pokazać, jak absurdalny kształt miał arcyprestiżowy przecież turniej. Otóż przy powyższym scenariuszu:

1) Polacy na dystansie tygodnia, od niedzieli do niedzieli, kopaliby się z Serbią aż trzykrotnie (a regulamin dopuszczał nawet ewentualność czterech spotkań). Umiecie sobie wyfantazjować, że piłkarze Adama Nawałki grają na z Senegalem w fazie grupowej, by następnie zagrać w ćwierćfinale, a na samym końcu zagrać o brąz?

2) Polacy po łatwej, lekkiej i przyjemnej I rundzie przegrywają PIĘĆ z SIEDMIU meczów, ale finiszują w ściśłej czołówce, osiągając sukces niewidziany od jesieni 2015 roku. Co więcej, dwa zwycięstwa odnoszą w okolicznościach szczególnych, podejrzanych, w starciu z rywalem mogącym pozwolić sobie na wpadkę. Podsumowując: żadne z siedmiu spotkań nie daje pełnej satysfakcji, nawet udane zostawiają mnóstwo wątpliwości. Umiecie sobie wyfantazjować, że na mundialu w innym sporcie można stanąć tuż obok podium po oddaniu PIĘCIU z SIEDMIU ostatnich meczów?

3) Polacy wysłuchują od zdezorientowanej publiczności, że umieją wygrać tylko wtedy, gdy po drugiej siatki stoją manekiny. I siatkarze są tutaj niewinni, bo nie oni ustalają regulaminy, i kibice reagują w sposób naturalny, bo dostrzegają rażącą dysproporcję między prawdą boiska a prawdą tablicy wyników. Znów: umiecie sobie wyfantazjować mundial w innej dyscyplinie, którego system tylokrotnie i na tak zaawansowanym etapie rywalizacji podsuwa mecze bez pełnego zaangażowania przynajmniej jednego z przeciwników, czyli wypłukuje sport ze sportu?

Dywaguję z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę z odświętnego charakteru chwili i delikatności kontekstu – co bardziej rozanielony złotem czytelnik może mnie posądzić o zamiar przybrudzenia medalu, ot, typowy wybryk ojkofoba. Ja jednak abstrahuję od rangi sportowego wyczynu Polaków, zwracam jedynie uwagę, jak horrendalnie niedorzeczny jest system rozgrywek, który zaproponowany scenariusz w ogóle umożliwia. Gdyby ów wariant zaistniał, nie zdołalibyśmy w ogóle sklasyfikować występu naszej drużyny, ba, nawet siatkarze i trenerzy nie potrafiliby oszacować, ile dokonali. Czy wypadałoby im przypominać, że skończyli znacznie powyżej celu postawionego przez PZPS (awans do czołowej „szóstki”), czy raczej kajać się, że dotarli do niego przez PIĘĆ porażek w SIEDMIU ostatnich meczach? Nawiasem mówiąc, o Serbach też nie wiadomo, co sądzić – niby wyskakali półfinał, ale przegrali cztery z pięciu ostatnich spotkań, a w sumie aż pięciokrotnie schodzili z boiska pokonani. To ma być czwarty zespół mistrzostw świata?

Awanturuję się do dzisiaj, gdy 99,99 proc. miłośników siatkówki machnęło ręką i zajęło się celebrowaniem polskiej potęgi, ponieważ nie chciałbym, żeby mój ulubiony obok piłki nożnej sport stawał się jeszcze bardziej pośmiewiskiem niż się stał. A jest nim, powtarzam, całkowicie słusznie. Przy biernej postawie środowiska, które narzeka co najwyżej rutynowo, zżyło się z brudnymi regułami gry jak mieszkańcy okolic zbyt przeżartych korupcją, by w ogóle pamiętali, że istnieją inne metody na załatwianie spraw z urzędnikiem niż rozdawanie łapówek. I chwalą tych stosunkowo wstrzemięźliwych łaskawców, którzy z obywatela przynajmniej nie zedrą.

W siatkówce słyszę to dawna – jeśli mamy „tylko” mały przekręt, to już jest dobrze, cieszmy się, że udało się przynajmniej tyle. I nie widać żadnych widoków na poprawę pogody. W 2010 roku, kiedy Włosi wraz z szychami z FIVB poprzednio zatracili się w bezwstydnym szachrajstwie na mundialu, wydawało się, że szefostwo pięknego sportu otrzeźwieje i kolejne afery prędko nie wybuchną. Niestety, ci na górze nadal masakrują dyscyplinę. Minęło osiem lat i prawie doświadczyłem najgorszej sportowej imprezy w życiu. Ocalili ją tylko polscy siatkarze.

Tagi: siatkówka
19:04, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 01 października 2018

Bartosz Kurek. Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

W niedzielę rano przypomniałem sobie grudzień 2006. Wychodziłem w tokijskiego hotelu Keio – w Shinjuku, mieszkałem naprzeciw drapacza chmur o znajomo brzmiącej nazwie STEC Building – i rzuciłem, chyba do fotoreportera Kuby Atysa (jego zdjęcia w notce), że właśnie jedyny raz w życiu byłem na finale mundialu, w którym zagrały Polska i Brazylia. Rozmawiałem wtedy długo z trenerem Raulem Lozano, od którego rozpoczął się powrót naszych siatkarzy do światowej czołówki, i jemu tego nie powiedziałem, ale tak pomyślałem. Bo jak to, do cholery, miało się powtórzyć?! Tutaj nie wystarczy nawet posiadanie kolejnej fantastycznej reprezentacji, potrzeba jeszcze splotu okoliczności umożliwiającego grę o złoto akurat z „Canarinhos”. A Polacy, jak wiadomo, do finałów w grach zespołowych zaglądają raz na kilka stuleci.

Minęło 12 lat i zaczynam się przyzwyczajać. Wczoraj patrzyłem z bliska, jak Polacy tłuką się z Brazylijczykami o mundialowy triumf, po raz trzeci. Po wyprawie do Japonii i wypadzie do Katowic zajechałem do Turynu.

Oczywiście znów tłukli się siatkarze, królowie naszych sportów drużynowych. Wprawili mnie w bezbrzeżne zdumienie (nie tylko mnie, trochę się tu nagadałem z ludźmi z różnych krajów), bo przed turniejem nie miałem specjalnych oczekiwań. Uważałem, że znajdujemy się w okresie przejściowym, że teraz trzeba wykręcić wynik jedynie przyzwoity, czekać na przyszłość – nieuchronnie w kolorach złota, srebra i brązu, wszak nadciąga generacja chyba jeszcze zdolniejsza niż poprzednie. Poza tym w roku 2019 zacznie działać kubański czynnik X, który uruchomi niejaki Wilfredo León. Nie widzę żadnych granic, widzę tylko możliwości.

Tekstami o mundialu zasypałem ostatnio portal „Wyborczej”. Na blog wklejam tylko mały trójpak. Tutaj znajdziecie główną gazetową opowieść o podróży do złota, która wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie niż poprzednia, z francuskimi przewodnikami Stéphane’em Antigą i Philippe’em Blainem. Tutaj przeczytacie coponiedziałkowy felieton, tym razem specyfice współczesnego polskiego siatkarza, którzy w reprezentacji kraju przechodzi samego siebie. Tutaj leżą główne przyczyny sukcesy. A tutaj wkleiłem rzecz o naszym przemyśle wypuszczającym wyczynowca za wyczynowcem, który działa niezależnie od jakości menedżerów aktualnie zarządzających dyscypliną. Machina pracuje, przyszłość rodzimej siatkówki wydaje się dość bezpieczna.

A przyszłość obecnej reprezentacji? Doświadczenia z nieodległej przeszłości muszą skłaniać do zastanawiania się, kiedy wypali się jej związek z Vitalem Heynenem. Na razie podwładni opowiadają o nim z entuzjazmem, ale naoglądałem się już trenerów, których cechy najpierw były zalety, by stopniowo przeradzać się w wady. I to niekoniecznie dlatego, że trenerzy się zmieniali. Po prostu ludzie się ze sobą męczą – zwłaszcza z szefami, ze szczególnym uwzględnieniem szefów działających niestandardowo. (Przykład najświeższy, z innej dyscypliny, nazywa się Adam Nawałka). Belg to osobowość bardzo angażująca, bezdyskusyjnie największy oryginał w korowodzie zagranicznych selekcjonerów reprezentacji Polski, jego osobność dostrzeże każdy, kto choć przez chwilę poobserwuje jego styl. Trzymajmy kciuki, by obecny układ nie zużył się w kluczowym momencie, czyli sezonie olimpijskim. Najwyższy czas uciec od reguły, że nasi importowani trenerzy największe sukcesy osiągają na początku kadencji, a potem następuje nieunikniony, bolesny zjazd. Trzymajmy się tylko tej, że skoro mamy mundial, to Polska naskakuje na Brazylię.

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

Tagi: siatkówka
10:42, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
niedziela, 23 września 2018

 Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

Na halę wchodzi szycha ze światowych władz siatkówki i zanim rozsiądzie się w loży, myśli sobie: „Co by tu jeszcze spieprzyć?”. Tak to z grubsza wygląda.

Bonzowie z FIVB masakrują zwłaszcza mundial, czyli turniej najbardziej prestiżowy po olimpijskim – już w 2010 roku pobili wszelkie rekordy, ich krętactwa wywołały wówczas bunt, Brazylijczycy poddawali mecze ostentacyjnie. Niby wydaje się zatem, że niewiele zostało do zepsucia, ale tzw. działacz wciąż udowadnia, że im więcej zepsuł, tym więcej zdoła jeszcze dopsuć.

Trwający w Bułgarii i Włoszech mundial to tradycyjnie również jeden wielki skandal, inaczej się w tym sporcie nie da.

Rywalizują aż 24 zespoły, choć poza Europą w ledwie kilku krajach siatkówka ma poziom zbliżony do profesjonalnego – stąd biorą się słabeusze, którzy przegrywają wszystko, ciułając na set średnio 16,7 (Dominikana), 18,6 (Tunezja) czy 18,4 (Portoryko) punktów. Kto chce założyć na szyję medal, musi zmęczyć aż 12 meczów, więcej niż w jakimkolwiek rozpoznawalnym sporcie drużynowym. Z powodu zagmatwanych, karkołomnych logicznie zasad jest możliwe, że zagrasz cztery razy (!) z tym samym przeciwnikiem – i w rundzie pierwszej, i w drugiej, i w trzeciej, i w finałowej. We wstępnej fazie dzień przerwy goni dzień przerwy, więc rywalizacja jest rozrzedzona aż do zanudzenia na śmierć wielu siatkarzy, którzy albo odbębniają łatwy mecz, albo czekają. Kibice codziennie wypytują dziennikarzy, jak wyłania się tych, którzy awansują, ale tego nie wiedzą często nawet zawodnicy i trenerzy. Przed turniejem nie wystarczy uważnie wczytać się w regulamin, bo regulamin jest płynny, może zmienić się w każdej chwili – w zależności od potrzeb, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb gospodarzy, uprzywilejowanych w tej dyscyplinie jak nigdzie indziej. Nie wiadomo, czy więcej w tym bałaganie nonsensu, czy krętactw.

I gdy sądziliśmy, że nic już nas nie zaskoczy, ulepszacze rozgrywek z FIVB wzbili się na jeszcze wyższy poziom – tam, gdzie myśl normalnego kibica nie sięga. Znienacka, w samym środku mistrzostw, okazało się, że usunęli z siatkówki jedno od zawsze istniejących w niej z zagrań. W jakim celu, jak zwykle nie wiadomo, tu nie ma zwyczaju z niczego się tłumaczyć.

Na czym polega korekta? Otóż przy walce o sporną piłkę nad siatką, gdy zawodnik nie uderza  jej, lecz próbuje przepchnąć – wykorzystując ręce przeciwnika – wolno mu tylko wykonać ruch do przodu, bez kręcenia nadgarstkiem i skierowywania piłki w bok. Relacjonuję mniej więcej i niepewny, czy obejmuję sprawę rozumem, bo konkretów nigdzie nie opublikowano, przekazano jedynie sędziom, jak mają po nowemu interpretować przepisy. Wyeliminowano zatem odruch wytrenowywany latami, będący głęboko wdrukowanym nawykiem. I to w trakcie mistrzostw.

Wojciech Drzyzga – były siatkarz reprezentacji kraju, obecnie komentator telewizyjny – mówi, że to tak, jakby nakazać piłkarzom strzelać z rzutu karnego wyłącznie z czuba. Ja bym analogię zmodyfikował i porównał wymysł FIVB do zabronienia piłkarzom dryblowania. Pozbywamy się wszak zagrania trudnego, często świadczącego o technicznym zaawansowaniu zawodnika. Dziwactwo nieprawdopodobne, wręcz niekomentowalne. Znikają resztki wątpliwości – siatkówka specjalizuje się w organizowaniu mistrzostw najgorszych, obrażających inteligencję kibica, wyrażających pogardę dla sportowców.

Robi się zarazem coraz mniej zrozumiałe, dlaczego środowisko to akceptuje. Oburzają się zgodnie właściwie wszyscy – zawodnicy i trenerzy aktywni, zawodnicy i trenerzy byli, komentatorzy i eksperci. Oburzenie nie przekłada się jednak na niczyje działanie. Za kuriozalne zmiany jak zwykle odpowiadają jacyś tajemniczy „oni”, choć najlepsi uczestnicy mundialu mają potężną władzę, bez nich nie byłoby niczego. Liczba członków FIVB (ponoć 221, kto by pomyślał, że istnieje aż tyle krajów) to czysta fikcja, wystarczyłby konsensus między potentatami, by wymóc na działaczach wszystko, przecież Włosi, Amerykanie, Brazylijczycy (FIVB szefuje ich rodak Ary Graca!), Serbowie czy Rosjanie są niezbędni, inaczej turniej nie mógłby być kontynuowany.

Owszem, to środki nadzwyczajne, normalny szantaż. Czy jednak sytuacja nie jest nadzwyczajna? Czy sytuacja nie jest nadzwyczajna permanentnie? Czy po awanturze podczas meczu Polski z Argentyną nie stało się jasne, że kolejne skandale – w fazie rozstrzygającej o medalach – wybuchnąć muszą, nowe przepisy gry czynią je nieuniknionymi? Im więcej patologii, tym bardziej nie pojmuję, dlaczego wszyscy ją akceptują. Bo chyba nie dlatego, że każdy czasem jest gospodarzem, więc na przekrętach każdy kiedyś skorzysta?

Tagi: siatkówka
16:53, rafal.stec
Link Komentarze (102) »
wtorek, 18 września 2018

Liga Mistrzów, Champions League, Real Madryt, FC Barcelona

Grono faworytów jak zwykle jest liczne, a stworzyć je powinniśmy według oczywistego, niepodlegającego dyskusji wzoru. Zapraszamy tercet przedstawicieli z wieloletniej liderki rankingu UEFA, a zatem uprzywilejowanej hiszpańskiej La Liga – broniący trofeum Real Madryt, jego sąsiadów z Atlético, FC Barcelonę – by następnie dostawić do niego kwartet przedstawicieli Bundesligi, Premier League, Serie A oraz Ligue 1, czyli wszechpanujących krajowo Bayern Monachium, Manchester City, Juventus, Paris Saint-Germain. Klasyczne 3+4. Siedmioro wspaniałych.

Wakacje minęły w ciszy i spokoju. Piękni i bogaci zachowywali się niestandardowo, znienacka zaniechali mianowicie przelicytowywania się na transferowe rekordy – gdyby nie hałaśliwa ucieczka Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, panowałby między nimi niemal bezruch. Real oraz Bayern kadrowo wręcz traciły (monachijczycy zakończyli handel na plusie przekraczającym 80 mln euro!), a pozostała piątka dokonywała co najwyżej drobnych korekt, uzupełniała podstawowy skład pojedynczym nazwiskiem, nikt nie ściągnął kandydata na gwiazdę numer jeden albo nawet dwa lub trzy. Owszem, Manchester City rzucił fortunę na Riyada Mahreza, ale to drużyny szczególnie nie odmienia, mistrzowska eskadra po prostu przypięła sobie kolejne bardzo mocne skrzydło. W PSG działo się podobnie, wyjęci z Bundesligi obrońcy Thilo Kehrer i Juan Bernat to w najlepszym razie retusz. Nawet w stosunkowo najbardziej rozrzutnym Atlético trener nie musi radykalnie rekonstruować zespołu.

Słowem, na szczytach zapanowała stabilizacja. Niespotykana od wieczności, wręcz zdumiewająca. Huragan rozszalał się natomiast wśród wyższej klasy średniej (w Anglii także jeszcze niżej, oni żyją w enklawie luksusu rządzącej się odrębnymi prawami, w alternatywnej rzeczywistości ekonomicznej), do której zaliczam Liverpool – niby finalista ostatniej edycji Ligi Mistrzów, ale wcześniej jej uczestnik tylko okazjonalny, do wiosennych rund przetrwał poprzednio w sezonie 2008/09. Drużynę Jürgena Kloppa również wypada przykleić do grona faworytów, które rozszerza się w ten sposób do ośmiorga wspaniałych i zachęca mnie, by przynajmniej na obecnym etapie sezonu, przed startem rozgrywek, szanse na zdobycie trofeum rozdzielić między nich po równo. Znaczy każdemu przyznać po 12,5 proc. – nikogo innego wśród triumfatorów nie umiem sobie wyobrazić.

Sylwetka Kloppa uświadamia, że o prymat w Champions League będą się ubiegać głównie ludzie niespełnieni. W sporej mierze z winy Realu Madryt, który zakłócił naturalny porządek rzeczy – nikt nigdy nie broni tytułu, kultywowaliśmy tę tradycję przez ćwierć wieku z okładem – i powygrywał aż cztery z pięciu najnowszych edycji. Biorąc pod uwagę długość kariery piłkarza, zagarnął dla siebie całą epokę zwyciężania. Dlatego siedmioro z ośmiorga wspaniałych to ludzie mniej lub bardziej niespełnieni.

Real Madryt, czyli jedyni nasyceni. Cztery razy w pięć lat. Najwspanialsza seria od prapoczątku rozgrywek, kiedy pięć razy w pięć lat triumfował również królewski klub ze stolicy Hiszpanii. Niewykluczone, że to właśnie stąd bierze się wstrzemięźliwość Florentino Pereza. Owszem, może szykować on spektakularny skok po Kyliana Mbappé czy Neymara w przyszłości i uznać, że chwilowo nie warto tracić energii na pomniejsze cele. Owszem, hiszpański biznesmen jako szef Realu wyewoluował, patologicznego zakupoholika zastąpił w nim jeden z najbardziej stonowanych graczy na rynku transferowym. Czy jednak jako prezes przegrany tak spokojnie – bez praktycznie żadnej reakcji, niczego sobie na osłodę nie sprezentował – zniósłby utratę obu gigantów, Cristiano Ronaldo oraz trenera Zinedine’a Zidane’a?

Pod poprzednim przywództwem madrytczycy nie tyle grali według stałego systemu, ile modyfikowali swoje zachowania w zależności od potrzeb, przystosowywali się do rywala, twórczo wykorzystywali niezmierzony arsenał techniczny jednostek. W obcojęzycznym piśmiennictwie przeczytałem i polubiłem to porównanie, że przypominali krążące wokół piłki neurony, które łączą się w dowolne sieci – ciągle inne, maksymalnie wydajne w zastanych okolicznościach. Można powiedzieć, że nie oni, lecz przeciwnik decydował o ich stylu, choć to oni kontrolowali sytuację.

Dokąd zmierza Julen Lopetegui, dopiero się przekonamy. Na razie widzimy, że nieobecność Ronaldo ponownie wyeksponowała klasę Karima Benzemy. Na początku kariery dostrzegałem w nim znacznie więcej niż świetnego środkowego napastnika, niemal godnego następcę Zidane’a, jednak Francuz od lat pokornie poświęcał się dla portugalskiego supergwiazdora, czasami wysłuchując całkiem serio wygłaszanych zarzutów, że zaniża poziom, odstaje od standardów Realu. Uwolniony od roli giermka Benzema na razie szaleje, a cała drużyna nie wygląda na słabszą, niewykluczone nawet, że wymiana 185 centymetrów świetnego bramkarza w Keylorze Navasie na 199 centymetrów świetnego bramkarza w Thibaucie Courtoisie ją wzmocni – i na przykład zapobiegnie golom traconym po lobie, na jaki porwał się Mario Mandzukić w finale Ligi Mistrzów 2017. Kto wie, czy ta drobna poprawka na tyłach nie będzie miała większego wpływu na siłę zespołu niż ubytek w ataku.

Pozostaje tylko pytanie, ilu bohaterów Santiago Bernabeu służba w królewskiej bieli inspiruje jak dotąd, ile jest prawdy w pogłoskach, że nowych wyzwań chętnie poszukałby zarówno Luka Modrić, jak i Marcelo. To postaci fundamentalne, a pewne znużenie mogli odczuć nie tylko oni, w końcu ich klub rozkwitł na unikalną w kontynentalnej czołówce oazę stabilności. Wyjąwszy nowego bramkarza, podstawowy skład tworzą wyłącznie piłkarze o stażu długim, bardzo długim lub obłędnie długim: Sergio Ramos – w klubie od 13 lat; Marcelo – od 11 lat; Benzema – od 9 lat; Varane – od 7 lat; Bale, Casemiro, Carvajal, Isco – od 5 lat; Asensio, Kroos – od 4 lat. Jeszcze raz: absolutny wyjątek w szeroko rozumianej czołówce.

Manchester City i Paris Saint-Germain, czyli niespełnieni intruzi. Intruzi, bo zanim spłynęła na nich mamona znad Zatoki Perskiej, z kontynentalną czołówką – nawet bardzo szeroko pojętą – nie łączyło ich kompletnie nic. Gdy jednak stały się klubami rządowymi, do prywatnych właścicieli należącymi tylko formalnie (szejk Mansour oraz Nasser al-Khelaifi są zarazem ministrami rządów Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru), wleźli między starą elitę bezceremonialnie, rozsiadając się jak u siebie i kładąc buciory na stół. Bo jak inaczej potraktować zuchwałość, z jaką paryski prezes sprzątnął Florentino Perezowi sprzed nosa i Neymara, i Kyliana Mbappé?

Bukmacherzy wyżej cenią Manchester City, uważają go za głównego faworyta całych rozgrywek. To zwrot akcji niemal sensacyjny – Ligą Mistrzów od lat rządzą kluby hiszpańskie, żaden poważny ekspert ich hegemonii nie kwestionował, a jeśli już, to za zdolnego rzucić wyzwanie madrytczykom i barcelończykom uchodził Bayern. To również zwrot akcji uzmysławiający, że szejk Mansour, choć wciąż nie osiągnął pełnej satysfakcji, zdołał swój klub wykatapultować wyżej niż ktokolwiek gdziekolwiek na najwyższym poziomie rywalizacji w XXI wieku.

Właśnie mija dekada, odkąd zjawił się w Manchesterze. Przejął drużynę z dziewiątego miejsca ligi angielskiej, od sąsiadów z miasta oddaloną o 32 punkty, znoszącą klęski jak 1:8 z Middlesborough, w Pucharze UEFA grającą z rywalami z Wysp Owczych (dostała się tam przez klasyfikację fair play). A dzisiaj dogląda zniewalającej futbolowej orkiestry, która pod Pepem Guardiolą zaczęła grywać koncerty tak nowatorskie i dla wyspiarzy odmienne, że sprawia wrażenie sprowadzonej z innej planety. I jeśli latem mistrzowie Anglii nie zabiegali desperacko o więcej transferów niż wspomniany Mahrez, to nie tylko z powodu finansowego fair play – mają wszystko, czego trzeba, pozostaje tylko urzekające koncertowanie w kraju przenieść na scenę międzynarodową. Inaczej będzie niedosyt, inaczej niektórzy zaczną kwestionować nawet klasę Guardioli, który przecież już w Bayernie zatrzymywał się na półfinale. Zdobywanie Pucharu Europy zyskało rangę warunku koniecznego, by w ogóle kogokolwiek umieszczać w gronie najwybitniejszych trenerów. Choć rozstrzygającą rolę często pełni w tych rozgrywkach przypadek (inni nazywają ów czynnik „szczęściem”), to dotarliśmy do momentu, w którym nawet 10 półfinałów z rzędu byłoby prawdopodobnie oskarżeniem – niby wielki fachowiec, a impotentny, tuż przy celu cała jego moc znika, normalnie hochsztapler, piłkarski doktor Zięba.

Jeszcze bardziej finansowe fair play skrępowało PSG, które pomimo wyprzedaży zawodników odrzuconych (patrz nasz Grzegorz Krychowiak) musiało się na rynku hamować i ligę francuską przynajmniej na razie opędza w sporej mierze nastolatkami o minimalnym lub żadnym doświadczeniu w seniorach, niekiedy nawet spoza opublikowanego na oficjalnej stronie internetowej składu pierwszej drużyny. Grają więc Christopher Nkunku, Moussa Diaby, Antoine Bernède, Timothy Weah (oczywiście syn George’a), Colin Dagba, Stanley N’Soki... Nie wiem, czy już ktoś sławił Thomasa Tuchela za „odwagę lansowania młodzieży” – rzadko sprawdza się w takich przypadkach, czy trenera aby nie zmuszają okoliczności – w każdym razie efekt wygląda budująco, w kraju paryżanie wciąż swobodnie rozprawiają się z kolejnymi rywalami. Niekoniecznie tylko z powodu ich słabości, bo tak się składa, że potentat sięga po talenty z okolic stołecznej francuskiej metropolii, a te słyną z przebogatych zasobów ludzkich. Nie tylko dlatego, że stamtąd wywodzi się Kylian Mbappé. Czy jednak młokosy podołają również w godzinie próby w Champions League? Albo – czy będą musiały podołać? Defensywę mistrzowie Francji zabezpieczyli, lecz w ubogiej drugiej linii pojedyncze kontuzje dorosłych zmuszą Tuchela do grania dziećmi, w napadzie też nie widać zatrzęsienia alternatyw dla zabójczego tercetu złożonego z Mbappé, Neymara i Edinsona Cavaniego. PSG to największa zagadka wśród ośmiorga wspaniałych. Zwłaszcza że losowanie skazało ją na rywalizację z Liverpoolem, gdzie dają po garach heavymetalowcy Jürgena Kloppa.

Juventus i Atlético, czyli niespełnieni totalnie. I pokrzywdzeni bodaj najbardziej, przynajmniej w swoim subiektywnym odczuciu. W niesamowitej królewskiej erze przybywali do czterech z pięciu finałów, zawsze z marnym skutkiem – różni ich tyle, że w decydujących starciach turyńczycy zdrowo obrywali od Barcelony oraz Realu, a madrytczycy w obu przypadkach ostro stawiali się sąsiadom z hiszpańskiej stolicy i zwyczajnie brakowało im łutu szczęścia. Stabilność tych klubów polega przede wszystkim na tym, że zżyły się z trenerami i trzymają ich najdłużej w szeroko pojętej czołówce, choć zarówno Massimiliano Allegriego (w Juve od 2014 roku), jak i Diego Simeone (Atlético, 2011) od dawna pożądają bogatsze firmy angielskie. To prawdopodobnie właściciele najznakomitszych obok Jürgena Kloppa nazwisk w fachu, przy których wciąż nie rozbłyskuje zdobyty Puchar Europy – pod wieloma względami podobni, obaj mianowicie zarządzają zespołami nadzwyczaj zdyscyplinowanymi taktycznie, uprawiającymi futbol pragmatyczny łamane przez cyniczny, w razie potrzeby zdolnymi do zademonstrowania kunsztu defensywnego na poziomie niedostępnym chyba nikomu na kontynencie. Obaj przypominają też niekiedy trochę hersztów gangu, biorąc pod uwagę buzujący w szatni testosteron oraz agresję ucieleśnianą przez kapitanów Giorgio Chielliniego i Diego Godina.

Teraz znów przeprojektowują drużyny. Allegri kombinuje, jak maksymalnie wykorzystać umiejętności podrzuconego mu przez departament marketingu – tak, przesadzam, ale tylko trochę – Cristiano Ronaldo i pomieścić go na boisku obok Paulo Dybali, nie wycinając wartościowych skrzydłowych Federico Bernardeschiego i Douglasa Costy, zaharowanego wojownika Mario Mandzukicia etc. W jego sztabie trwa burza mózgów, a wkoło obłęd biznesowy. Co rusz otrzymujemy aktualizację danych o szaleńczo rosnącej cenie akcji Juve (od wiadomego transferu spuchła o około 60 proc. i osiągnęła historyczny szczyt, choć cała giełda raczej dołuje) i nowych sponsorskich kontraktach, o świetlanej niesportowej przyszłości klubu dziennikowi „Financial Times” opowiada prezes Agnelli, on i współpracownicy snują marzenia o turyńskiej wersji galacticos, obiecując globalną ekspansję komercyjną. A do tego niezbędny jest triumf w Lidze Mistrzów – i oto mamy kolejnych delikwentów, którzy w pucharze z wielkimi uszami widzą sprawę życia i śmierci.

Podobnie jak zakapiory z Atlético, choć oni w rubrykach finansowych nie królują, tam żyją czystym sportem. Simeone usiłuje wpoić podwładnym styl gry nieco zmodyfikowany, wymagający dłuższego utrzymywania się przy piłce i jeszcze bardziej agresywny na połowie przeciwnika. Skutki na razie osiąga skrajnie odmienne niż Allegri, ale dopiero zaczyna, jego podwładni leczyli się lub usiłują wrócić do siebie po mundialu, a w Lidze Mistrzów i tak wszystko rozstrzygnie się wiosną. Trzeba się spieszyć, bo dynamicznie rośnie prawdopodobieństwo, że po sezonie z Madrytu ucieknie zarówno podupadły ostatnio lider defensywy Diego Godin (wygasa mu kontrakt, czy to nie idealny cel dla szukających okazji szefów Juve?), jak i lider ofensywy Antoine Griezmann (czy powabowi klubów w typie Barcelony można opierać się bez końca?). No i finał odbędzie się na lśniąco nowiusieńkim Wanda Metropolitano! Atlético odbierające berło sąsiadom z Realu na własnym stadionie – to jedna z atrakcyjniejszych fabularnie puent, których może dostarczyć Liga Mistrzów 2018/19. Właściwie to chyba hitowa ponad wszystkie. Niech wreszcie rozszczekają się wściekłe psy, niech zatriumfują Tarantino i maczeta Danny’ego Trejo, niech przeniosą transmisję finału na po 23.

Barcelona i Bayern, czyli niespełnieni inaczej. Inaczej, bo w obu drużynach roi się od ludzi, którzy najcenniejsze klubowe trofeum już obcałowywali. Tyle że obie lśnią blaskiem wyjątkowych megagwiazd. Leo Messi to kolekcjoner łupów nienasycony, więc cztery triumfy co najwyżej wzmagają apetyt – zwłaszcza teraz, gdy wielki antagonista Cristiano Ronaldo od trzech lat siedzi na Złotej Piłce. Robert Lewandowski zestarzał się natomiast na jednego z najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie dotknęli Pucharu Europy (Gianluigi Buffon go rozumie), i może wręcz najwybitniejszego wśród wciąż aktywnych, których ponadto nigdy nie udekorowano medalem wielkiego turnieju reprezentacji narodowych, jak mistrzostwa świata czy kontynentu (Zlatan Ibrahimovic?) – wygrywa wyłącznie na poziomie lokalnym, krajowym. Dlatego obaj muszą czuć niesamowite parcie na Ligę Mistrzów.

Oba zespoły dzieli skala przeżywanych zmian. Barcelonie niedawno wycięło wieloletni centralny układ nerwowy, bo opuścili ją Xavi Hernandez i Andrés Iniesta, a ostatnio trener Ernesto Valverde uporczywie testuje ryzykowną konfigurację z Philippe Coutinho wycofanym do środka pola – co pozwala pomieścić na boisku wszystkich hakerów od włamywania się do wrogich linii defensywnych, a zarazem grozi zburzeniem równowagi (i przywołanego Brazylijczyka, i Ousmane Dembélé ciągnie do przodu, Jordiego Albę właściwie też, kto będzie bronił lewej flanki?). W zderzeniu z mocnym przeciwnikiem może się to okazać strategią co najmniej karkołomną.

Bayern też niby od pewnego czasu ewoluuje, jednak ostatecznie zawsze odwołuje się do weteranów Arjena Robbena (w styczniu dodrybluje do 35. urodzin) i Francka Ribery’ego (35. urodziny minął w kwietniu) jako głównych pomysłodawców w ataku. Im bardziej obaj skrzydłowi słyszą, że stetryczeli i niech przepadną, tym mocniej nie schodzą z boiska, ba, złośliwe zrządzenie losu (czytaj: agresja rywala) ścina akurat o dwa stulecia młodszego Kingsleya Comana (znów operowana kostka w lewej nodze, jak w lutym, słabo to wygląda), więc dziadki muszą trzymać fason. Oto kolejny pociągający fabularnie finał: odsyłani do przytułku ramole wołają, że niech znów poniesie nas wiatr, dofruwają do finału, porywają trofeum, tańcom nie ma końca. A wkoło hulają inni piękni trzydziestoletni, od Manuela Neuera, Jerome’a Boatenga (już był na rogatkach Paryża!) i Matsa Hummelsa, przez Javiego Martineza, po Thomasa Mülera i Roberta Lewandowskiego. Niczego sobie obrazek.

Liverpool, czyli niespełniony trener z ludzką twarzą. Z ludzką twarzą, bo piłkarzami nie manipuluje jak technokrata, tylko przytula, kibiców nie pozdrawia zza płotu, tylko idzie z nimi na browar, a drużyny nie wybiera jak firmy, tylko szuka idei – jeśli wolno mi zacytować własnego blurba do ukazującej się właśnie u nas biografii. (Nawiasem mówiąc, szczerze i zupełnie niekomercyjnie zachęcam do lektury, może być początkiem pięknej przyjaźni z panem trenerem). On kieruje już zupełnie inną drużyną niż ta, którą objął:

Liverpool FC, Jurgen Klopp

Minionego lata wydał Jürgen Klopp na transfery więcej i przeobraził zespół bardziej niż wszyscy wyżej wymienieni. Blogowałem przed sezonem, że w Alissonie – wzmocnienie najsłabiej obsadzonej pozycji w podstawowym składzie – widzę pozyskanie najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji Champions League i najważniejszy transfer w czołówce ligi angielskiej. Jak dotąd przewidywania się potwierdzają, Liverpool właściwie nie traci goli, choć Brazylijczyk raz poważnie się wygłupił. Doniosły wymiar ma także wzięcie Naby’ego Keity (lubię jego zwierzenia o ostatnim sezonie w RB Leipzig, gdy po każdym rozegranym meczu Bundesligi analizował do upadłego mecz swojej przyszłej drużyny), Fabinho (wciąż czekamy!) czy nawet rezerwowego Xherdana Shaqiriego. Ekipa, która wiosną umiała m.in. dwukrotnie przeczołgać Manchester City i dotrzeć do finału, jeszcze spotężniała. Średnio sobie wyobrażam, by znów stanęła wiosną 2019 roku do decydującego starcia, ale wizerunek Kloppa jako notorycznego przegrywacza decydujących starć nie może istnieć wiecznie – wypada go wreszcie zamazać Kloppem zwycięskim.

Podsumowanie niekonkluzywne, czyli nie wierzcie ekspertom. Jeśli oczekiwaliście wyraźnej hierarchii faworytów, to serdecznie przepraszam, szukajcie gdzie indziej. Jeśli zaufacie czyjejkolwiek hierarchii faworytów, to wam szczerze współczuję.

Ale jeśli uważacie, że moje rozdanie po 12,5 proc. szans na końcowy triumf każdemu z ośmiorga potentatów za efekciarską przesadę, poniekąd przyznaję wam rację. Roboczo tak rzuciłem, beztrosko i mniej więcej. Być może przy użyciu mikroskopu oraz innych narzędzi dokładniej pomiarowych troszkę bym typy zróżnicował, komuś dał 16 proc., a kogoś bym zostawił z 11 proc. Niestety, wiarygodne metody sprawdzania, który z faworytów waży ciut więcej, nie istnieją, możemy tylko mieszać w czarodziejskim kotle i zgadywać. Nie wiadomo, kto kogo wiosną wylosuje, komu w kluczowym momencie zetnie kluczowego piłkarza lub piłkarzy, kogo skrzywdzi sędziowski błąd (nie wiadomo nawet, czy UEFA zainstaluje na fazę pucharową VAR), komu szlagierowe starcie w Lidze Mistrzów wypadnie po wycieńczającym szlagierowym starciu w rozgrywkach krajowych, kogo ocali rykoszet w doliczonym czasie gry, kogo napędzi, a kogo zablokuje promieniowanie kosmiczne lub układ planet. Potentatów dzielą różnice minimalne, w tym sezonie – po przenosinach Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, wzmocnieniach Liverpoolu etc. – chyba jeszcze bardziej minimalne niż dotychczas. Na szczytach zrobiło się płasko.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 17 września 2018

My ją uwielbiamy i będziemy uwielbiać, inaczej się nie da, a ona robi nas w trąbę. Z każdym sezonem bardziej nas robi. Już jutro startuje Liga Mistrzów, zabawa dla równych i równiejszych, do której Crvena Zvezda Belgrad przekopywała się przez 8 meczów eliminacyjnych i do końca fazy grupowej rozegra aż 14 spotkań - więcej niż Real Madryt dzieliło w poprzednim sezonie od podniesienia trofeum. Felieton o rozgrywkach, których nienawidzę kochać, przeczytacie tutaj.

13:03, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
środa, 12 września 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Hiszpania

Gdyby nie Kazimierz Węgrzyn, pewnie nigdy bym się nie ośmielił wyznać, co mi łazi po wątrobie. Na szczęście ekspert Canal+ kilka dni tygodni temu ze swojej wątroby pociągnął – jeśli wolno mi sięgnąć do słownika ligowych wyjadaczy – i przydzwonił nam wszystkim nokautującą tezą, że wyniki w europejskich pucharach zafałszowują prawdę o tzw. ekstraklasie. Polskie kluby przegrywają z kim popadnie, więc niesłusznie zdaje nam się, że cała liga to paździerz – pozwalamy się wyrolować złośliwym rywalom z innych krajów, którzy specjalnie zasadzają się nad nadwiślański futbol, by go znieważyć.

Dlatego postanowiłem ujawnić i własne wnikliwe przemyślenia: otóż całą futbolową rzeczywistość zafałszowuje przede wszystkim mundial. Mistrzostwa Europy zresztą też.

Zwróćmy np. uwagę, jak oba prestiżowe turnieje pomiatają Hiszpanią. W 2018 roku wykopały ją w 1/8 finału, w 2016 roku – też w 1/8 finału, w 2014 roku – w fazie grupowej. Z buta traktuje się arystokrację, która we wtorek unicestwiła srebrną na mundialu Chorwację (6:0), w sobotę podbiła czwartą tam Anglię (2:1 na Wembley, jedyna na razie wyjazdowa wygrana w całej Lidze Narodów), wiosną wytarmosiła za uszy Argentynę (6:1), nie przegrała żadnego z ostatnich 26 meczów (jako jedyna na planecie), na własnych stadionach pozostaje nietykalna w spotkaniach o stawkę od 2003 roku (znów: unikat w skali globalnej). Tłuką Hiszpanie wszystkich, tymczasem tablica wyników ostatniego mundialu sugeruje, że to ostatnie ciamajdy, klasyfikowane obok Japonii, Szwajcarii czy Meksyku – wszystko przez feralne popołudnie z Rosją, gdy nawet rzuty karne kopali gorzej niż grubo ciosani rywale.

Nie zamierzam oczywiście wam wciskać, iż pokrzywdzeni bohaterowie wtorkowego wieczoru – skosztujcie choć migawek, delicje – zasługują na tytuł nieoficjalnych mistrzów świata. Nie uznałbym ich nawet za nieoficjalnych mistrzów kontynentu. Ale bez sekundy wahania zapisuję ich do triumwiratu trzymającego władzę nad futbolową Europą.

W kolejności alfabetycznej: Francja, Hiszpania, Niemcy – to oni panują w ostatniej dekadzie. Bezdyskusyjnie, nawet jeśli na turniejach zdarza im się sensacyjnie przegrywać, a innym sensacyjnie wygrywać. Trzy potężne przemysły, szczytowo wykwalifikowanych piłkarzy wypuszczające na rynek setkami. Bezkonkurencyjne i dlatego, że stworzyły perfekcyjne systemy edukacji – gwarantujące wysoki poziom wyszkolenia przeciętnemu absolwentowi – i dlatego, że czerpią z rozległych zasobów ludzkich, mierzonych w dziesiątkach milionów głów (w przeciwieństwie do Portugalii, również arcywydajnej). Jakim bogactwem dysponują, docenilibyśmy dopiero, gdyby drużyny musiały składać się z 44, 55 czy 66 zawodników. Zerknijcie na hiszpańskie złoża w środku pola, nad którymi pochyla się analityczny serwis Squawka – trener Luis Enrique wystawiłby supermocną ekipę w każdym okolicznościach, nawet gdyby zaraza skosiła mu wszystkich, co do jednego, zawodników powołanych na ostatnie zgrupowanie.

Identycznie dzieje się u Francuzów i Niemców, którzy ubiegłoroczny Puchar Konfederacji umieli wygrać bez wszystkich czołowych seniorów i wszystkich czołowych młodzieżowców. W minionych dniach nie tylko Jerzy Brzęczek wpuszczał do podstawowego składu piłkarzy uziemionych w klubach, do podobnych kompromisów realia zmusiły także Włocha Roberto Manciniego czy Anglika Garetha Southgate’a. Wszyscy miewają niekiedy przykrość dokonywania selekcji negatywnej – wszyscy poza europejską świętą trójcą.

Wyraźnie za nią plasuje się olbrzymia klasa średnia, którą wprawdzie można podzielić na wyższą i niższą, ale generalnie jej przedstawiciele tasują się, przesuwają w hierarchii wte i wewte. Czegoś brakuje każdemu, nawet najbliższym elicie elit – aspirująca, choć wciąż niezdolna do pokonania jakiegokolwiek potentata Anglia cierpi na przewlekły deficyt klasowych trenerów i dopiero czeka na zgraję młodych zdolnych najnowszej generacji; Belgowie mają kiepską ligę i w ogóle nie wiadomo, jak długo potrwa ich złoty okres; o ograniczeniach Portugalii wspomnieliśmy; Włosi kopią na stadionach straszydłach, wpuszczają do kadry przeciętniaków niegodnych szlachectwa czterokrotnego mistrza świata (jak można wpuścić do ataku spasionego powakacyjnie Maria Balotellego?!) i generalnie borykają się z rozmaitymi patologiami. Nigdzie nie znajdziemy krajobrazu idyllicznego, dopieszczonego w każdym elemencie jak w miłościowie panującym nam triumwiracie.

Jeszcze raz: jeśli wziąć pod uwagę całokształt twórczości  od reprezentacji seniorskiej, przez juniorskie, po mnogość superpiłkarzy – to w futbolu panują złoci medaliści mundialu 2018 (Francja), mundialu 2014 (Niemcy) oraz mundialu 2010 (Hiszpania). Panują miłościwie, ponieważ jednak czasem łaskawie poprzegrywają, w skrajnych przypadkach sromotnie – jak ekipa Joachima Löwa na tegorocznym mundialu. Ale to cywilizacje wyższe, najbardziej zaawansowane, mogące już co najwyżej polerować perfekcję.

Nawet Brazylia – targana aferami, z upadłą infrastrukturą, zdetronizowana nawet na własnym kontynencie – spogląda z zazdrością.

21:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
Archiwum
Tagi