RSS
poniedziałek, 03 lipca 2017

 Niemcy, piłka nożna, Joachim Low

Wygrywają albo prawie wygrywają zawsze i wszędzie, innych wyników nawet nie biorą pod uwagę. A ich futbol jest jak cały kraj – najlepiej wymyślony w Europie. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

12:29, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
niedziela, 02 lipca 2017

siatkówk, mistrzostwa świata juniorów. Fot. FIVB

Wszyscy znamy ponurą legendę o sportowcach młodych zdolnych, którzy nie dojrzewają na spełnionych dorosłych, ale akurat mistrzostwo świata juniorów zdobyte przez polskich siatkarzy rokuje doskonale.

Kiedy wzięli je w 1997 r. w Bahrajnie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Piotr Gruszka, Paweł Zagumny – przeżyło swój szczyt w 2006 r., zdobywając srebro prawdziwego mundialu. A kiedy wzięli je w 2003 r. w Teheranie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Michał Winiarski, Mariusz Wlazły – wzbiło się na szczyt w 2014 r. zdobywając złoto prawdziwego mundialu. (Oczywiście wszyscy wymienieni grali także razem i nasza reprezentacja, będąca w sporej mierze miksem przedstawicieli obu generacji, uzbierała jeszcze trochę innych medali).

Skoro zatem dzisiaj Polacy wygrali w Brnie juniorskie MŚ 2017, to mamy powody oczekiwać, że w następnej dekadzie pooklaskujemy kolejny skok na podium prawdziwego mundialu. Przyzwyczailiśmy się, że nasze siatkarskie pisklęta pięknieją z czasem na skrzydlatych mistrzów.

Grupa, która rozbiła przed chwilą Kubę, jest jednak szczególna. Nie dlatego, że tworzą ją młodzieńcy charakterni, czupurni – czasem aż nazbyt – i generalnie nakazujący podejrzewać, że wyrosną na sukinsynów, których wolałbyś mieć po swojej stronie siatki. I nie dlatego, że  jej liderem został akurat Jakub Kochanowski – jak na pozycję środkowego konusowaty (199 cm), a jednak rozstrzygający o wynikach, zdolny uzbierać najwięcej punktów w zespole (patrz sobotni półfinał z Brazylią). Nie, reprezentację z rocznika 1997 (z niewielką domieszką rocznika 1998) wyróżnia to, że nie przegrywa nigdy. W sensie ścisłym – nigdy.

Ponoć dzisiejszy finał był 50. meczem, jaki rozegrała. Piszę „ponoć”, bo w siatkówce niełatwo ustalić podstawowe fakty, archiwa porównywalne z piłkarskimi czy koszykarskimi nie istnieją, granice między towarzyskimi meczami oficjalnymi a nieoficjalnymi bywają płynne. Polegam więc na ludziach, którzy doliczyli się właśnie 50. spotkań. W komplecie zwycięskich.

Do fundamentalnych danych mamy jednak dostęp. Otóż Polacy zdobywali kolejno mistrzostwo Europy kadetów, mistrzostwo świata kadetów, mistrzostwo Europy juniorów oraz mistrzostwo świata juniorów, a także triumfowali w turnieju na olimpijskich festiwalu młodzieży Europy. I te mecze, finałowe oraz eliminacyjne, są już udokumentowane, zresztą niektóre zdołałem nawet obejrzeć.

3:0 z Białorusią, 3:0 ze Słowacją, 3:2 z Włochami, 3:0 z Danią, 3:1 z Rosją, 3:0 z Francją, 3:0 z Serbią, 3:0 z Turcją, 3:1 z Włochami, 3:1 z Bułgarią, 3:1 z Iranem, 3:0 z Chile, 3:0 z Chińskim Tajpej, 3:1 z Japonią, 3:0 z Chinami, 3:1 z Iranem, 3:2 z Argentyną, 3:0 z Czechami, 3:0 z Bułgarią, 3:0 z Danią, 3:0 z Węgrami, 3:0 z Niemcami, 3:2 z Francją, 3:0 z Ukrainą, 3:0 z Niemcami, 3:1 ze Słowenią, 3:0 z Bułgarią, 3:1 z Rosją, 3:1 z Ukrainą, 3:0 z Marokiem, 3:0 z Czechami, 3:0 z Kanadą, 3:2 z Chinami, 3:0 z Kubą, 3:2 z Iranem, 3:2 z Brazylią, 3:0 z Kubą – oto trwająca trzy lata podróż naszych młodych siatkarzy przez 37 zwycięstw w meczach o stawkę. To się nie zdarza nie tylko w polskim sporcie, to wyczyn na skalę globalną.

Nigdy się nie zagapili, nie ulegli zmęczeniu, nie dopadła ich skazująca na porażkę chandra. W akcji wyglądają nie tyle na pewnych siebie, ile na bezczelnych. Kiedy w sobotę patrzyłem, jak pomimo prowadzenia 2:0 w setach pozwalają Brazylii wydłużyć walkę o tie-breaka, nawet przez ułamek sekundę nie wątpiłem, że wypełnią misję. A dzisiaj, kiedy w drugiej partii urządzili sobie demolkę chyba nie dość sugestywnie odzwierciedloną wynikiem 25:10, zrobiło mi się Kubańczyków zwyczajnie szkoda.

Oglądałem już taki finał mundialu. Dorosłego mundialu – przed 11 laty w tokijskiej hali Yoyogi Polacy też nie odebrali Brazylii nawet seta, a w drugim uciułali 12 punktów. Byliśmy dla nich wyrozumiali, w końcu zderzyli się z supergrupą uchodzącą za najwspanialszą w dziejach dyscypliny. A tamten turniej był jej opus magnum, odleciała wówczas na swój szczyt.

Nie chcę porównywać siatkarskich dzieciaków do gigantów sportu, ale zdaje mi się bardzo budujące, że trafiło nam się pokolenie, które nie wie, co to znaczy przegrać. Któremu starcia z potęgami, Brazylijczykami czy Rosjanami, kojarzą się wyłącznie przyjemnie. Które finał właściwie odfajkowuje. I które na czterech imprezach mistrzowskich bierze cztery złota.

Znawcy wyczynowego sportu często podkreślają, jak ważne bywa przyzwyczajenie do wygrywania. Poczucie, że wygrywanie to stan naturalny. Jeśli się nie mylą, to mamy juniorów zbratanych ze zwyciężaniem tak bardzo, że bardziej się już nie da.

Tagi: siatkówka
19:48, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
wtorek, 27 czerwca 2017

Gianluigi Donnarumma, Antonio Donnarumma

Kogo wzruszała wielokrotnie deklarowana przez bramkarza Milanu miłość do klubu, temu być może zadrży serce na wieść, że Gianluigi Donnarumma bardzo kocha także starszego brata. I okazuje uczucie nie tylko słowem, ale i czynem.

Antonio Donnarumma skończy w przyszłym tygodniu 27 lat, również jest bramkarzem, w Milanie zjawił się już w 2005 roku. I uczynił młodszego brata, wówczas brzdąca, kibicem rossonerich. Gigio zaczął oglądać ich wszystkie mecze, zafascynował się bronieniem bramki, już jako pięciolatek zakładał rękawice (produkują sprzęt na takie drobne rączki?) i pchał się między słupki, zbierał przysyłane przez Antonia koszulki w mediolańskich barwach.

Ten nigdy w Milanie nie zadebiutował. Spędził pięć sezonów w juniorach, potem tułał się po wypożyczeniach w drugoligowych Piacenzie i Gubbio, nie powiodło mu się w Genoi (gdzie jedyny raz zagrał w Serie A, w spotkaniu bez znaczenia w ostatniej kolejce), zajrzał jeszcze do Bari, aż minionego lata wyemigrował do greckiego klubu o poetyckiej nazwie Asteras Trypolis.

Znaczy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że do wielkiego futbolu się nie nadaje. Średniak, nie dla niego stadiony świata. I ten wiek, chłopakowi trudno już zgrywać perspektywicznego.

Dlatego ożywiły mnie doniesienia włoskich mediów, że Antonio Donnarumma prawdopodobnie wróci do Milanu. Klubu, jak się zdawało, zdecydowanie powyżej jego możliwości. Zażyczył sobie tego Gianluigi, transfer brata ma być jednym z warunków przedłużenia przezeń kontraktu z klubem – nawiasem mówiąc, trwające właśnie pojednawcze rozmowy to sprawa wybitnie familijna, zwaśnione strony godzą m.in. zaprzyjaźnieni tata bramkarza (Alfonso Donnarumma) i trener Vincenzo Montella.

Rozdzieleni bracia tęsknią, Alfonso opowiadał w marcu, że codziennie do siebie wydzwaniają i grają w FIFĘ przez internet. Nic dziwnego, że Gigio poprosił klub o wsparcie. Powrót brata go uszczęśliwi, a im będzie szczęśliwszy, tym łatwiej mu będzie utrzymywać wysoką formę – odzyskanie starszego Donnarummy leży więc w interesie wszystkich stron.

Nie wiem, czy w przyszłości bramkarz Milanu zdoła wykatapultować brata również do Realu Madryt, gdy już się tam przeniesie, ale pociąga mnie wizja klubu piłkarskiego, który kupuje zawodników w pakiecie z ich bliskimi. Siostrę bierzemy do drużyny kobiecej (jeśli taką utrzymujemy), oferujemy własne biurko matce, ojca zatrudniamy jako elektryka etc. Precz z klubem jako zimnym korpo, niech żyją firmy ogrzewane ciepłem domowego ogniska. Milan położył tu już zresztą niemałe zasługi. W 2003 roku sprowadził Kakę – ileż on razy przysięgał wierność ukochanym barwom, zanim uszedł do Realu! – a w 2005 przygarnął jego młodszego brata Digão. Środkowego obrońcę (przynajmniej teoretycznie), kopacza na tyle niewydarzonego, że dosłużył się ledwie 45 minut w lidze włoskiej.

Utrzymał się jednak na liście płac mediolańczyków bite sześć sezonów. Wypożyczali go do Rimini, Standardu Liège, Lecce, Crotone oraz drugoligowego portugalskiego Penafielu, a Brazylijczyk nigdzie się nie sprawdzał – niesłychane, jak długo można się utrzymać na tym rynku – i wyciągał z uprawiania piłki nożnej milion euro rocznie. Płacono mu zresztą głównie za trenowanie, bo grywał rzadko, w najsłabszych sezonach uciułał po trzy, dwa albo wręcz jeden mecz. Kiedy Milan wreszcie się go pozbył – dbający o interes brata Kaká wiódł już życie jak w Madrycie – Digão poleciał do Nowego Jorku, gdzie podpisał kontrakt z drużyną Red Bull.

Ponownie osiadł w rezerwie, po roku rozwiązano z nim umowę. W całej karierze rozegrał 45 meczów, zakończył ją jako 27-latek. Jego jedyną zaletą był posiadanie brata, laureata Złotej Piłki.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Leo Messi, Barcelona. Fot. Manu Fernandez, AP

Skończył w sobotę 30 lat, więc wypadało złożyć życzenia okolicznościowym felietonem. Ale jak piszesz „Messi”, to zaraz myślisz też „Ronaldo”, więc skręciło moje gderanie do pisania o obu, a nawet prognozowania, że ich wyścig na szczytach potrwa jeszcze całą wieczność. Tekst znajdziecie tutaj.

10:38, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
sobota, 24 czerwca 2017

Donnarumma, AC Milan

Musieliście słyszeć o wichurze rozpętanej przez bramkarza Gianluigiego Donnarummę, wszyscy słyszeli. Utalentowany drągal najpierw obcałowywał herb Milanu, marzył w wywiadach o zostaniu jego symbolem i generalnie w kółko powtarzał, że Bóg, honor, mediolańska ojczyzna, a potem postanowił nie przedłużać kontraktu. Umowy opiewającej na pięć baniek rocznie, która czyniłaby go jednym z najbogatszych osiemnastolatków świata (wśród utrzymujących się z pracy własnych rąk, pomijam spadkobierców saudyjskich królów i innych wszechszlachetnie urodzonych) oraz pozwoliłaby klubowi zarobić na transferze. Przynajmniej tyle miałby Milan, ponoć leżący bramkarzowi na sercu.

Sam pisałem o aferze tutaj, od tamtej pory trochę się zmieniło – strony wznowiły negocjacje, zaangażowała się rodzina Donnarummy, prognozuję pomyślny finał rozmów, a w przyszłości skok do Realu Madryt czy Manchesteru United. Rozwój wypadków we współczesnym futbolu standardowy, rosną tylko kupy krążących nad takimi historiami pieniędzy.

Donnarummą zajmować się teraz nie chcę, bardziej zajmuje mnie rola agenta, osławionego Mino Raioli, intryganta posądzanego o bycie spiritus movens całego ambarasu. Każdy kibicowskie dziecko wie, gdzie leży jego interes – zarabia tym więcej, im taniej klub sprzedaje piłkarza, i tym więcej, im częściej piłkarz zmienia firmę. Bo z każdego transferu spływa prowizja dla pośrednika.

Prowizja coraz tłustsza, o czym świadczą liczne oficjalne raporty i nieoficjalne przecieki z rynku handlu piłkarzami. Ze stu baniek wyłożonych przez Manchester United na Paula Pogbę, jeszcze przez kilka chwil najdroższego gracza na świecie, połowę (!) miał zgarnąć właśnie Raiola, agent o reputacji najbardziej obrotnego w środowisku obok Jorge Mendesa. Obaj wyciągają już z futbolowego biznesu więcej niż najwybitniejsi goleadorzy, rozgrywający, bramkarze czy trenerzy.

Czy to oznacza, że system działa? Jest sprawiedliwy? Zdrowy? Wiedzie ku lepszemu czy gorszemu?

To dzisiaj popularne pytania nie tylko w piłce, zwłaszcza po wybuchu kryzysu zadawane przez mnóstwo mądrych ludzi zaniepokojonych tym, jak świat rozdziela wytwarzane przez siebie dobra. Nie jestem kompetentny, by się odzywać, nie będę nikogo obrażał uproszczeniami, zdaję sobie sprawę, że nawet satysfakcjonujące zdefiniowanie „sprawiedliwości” może przekraczać wytrzymałość niszowego bloga o sporcie i przyległościach.

Ale piłkę nożnę obserwuję zbyt długo, by udawać niewidomego.

Pośredniczący w transferach agenci są łatwym celem – nigdy nie mieli ani dobrej prasy (choć dziennikarze chętnie z nimi knują), ani sympatii kibiców. Ot, przykry skutek uboczny tzw. idealnego ustawienia się w życiu, wielu zwyczajnie im zazdrości. Jednak dopiero ostatnio agenci awansowali do globalnej elity producentów pieniędzy – tytanów finansjery, którzy nie wytwarzają niczego lub prawie niczego, a zarabiają wszystko.

Zobaczmy, jak zorganizowany jest futbol, biznes na razie daleki od najbardziej rozwiniętych w branży rozrywkowej. Kogo tu potrzeba, żeby się kręcił?

Przede wszystkim piłkarzy. Oni biegają, dryblują, strzelają – są esencją zabawy. Ale nie wystarczą.

Trenerzy wymyślają i uczą, jak grać – bez nich nie byłoby odlotowego poziomu Ligi Mistrzów.

Asystenci szkoleniowców, od specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne po analityków, też dbają o zawodników oraz jakość widowiska.

Sędziowie pilnują, żeby na murawie nie było chaosu.

Działacze klubów zakładają akademie dla młodzieży, budują boiska i stadiony, na tysiące innych sposobów utrzymują drużynę przy życiu.

Skauci przeczesują murawy wszystkich kontynentów, by nie przegapić nikogo, kto rokuje.

UEFA czy związki krajowe organizują rozgrywki.

Media transmitują je, czynią grę widzialną w coraz mniejszym detalu, pomagają fanom w kontakcie z idolami.

Mógłbym kontynuować, demontować świat piłki nożnej na coraz drobniejsze trybiki. Wszyscy wymienieni mają konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania zasługi – bez nich mecze albo by się nie odbyły, albo wyglądałyby znacząco gorzej. Wymiernie podnoszą wartość spektaklu.

Agenci nie podnoszą. Naturalnie nonsensem byłoby krzyczeć, że są całkiem zbędni. Pomagają klientom zarabiać więcej (tej cnoty nie wolno lekceważyć nigdy), wbrew powszechnej opinii niekoniecznie myślą tylko o własnym portfelu, czasami z sensem doradzą wybrać klub. Ale gdyby zniknęli, przemysł raczej by się nie zawalił. Nawet jeśli przesadą byłoby oskarżenie, że nie wytwarzają niczego, to wytwarzają na tyle niewiele, że wynaturzeniem jest, gdy wyciągają z futbolu najwięcej.

Choć na jego kulturę pewnie wpłynęli zasadniczo. Kiedy czytam o migających się od płacenia fiskusowi José Mourinho czy innym Cristiano Ronaldo, nie pojmuję, dlaczego kogokolwiek to dziwi – przecież reprezentujący ich interesy Jorge Mendes również rejestruje spółki w rajach podatkowych. Taki obyczaj w wyższych piłkarskich sferach, tam po prostu wypada optymalizować zyski. Cytując uwielbiającego nauczać wzniośle Raiolę: „Lepiej umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach”.

Tagi: transfery
19:16, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przyzwoitej gry na razie nie pokazali, przypominają raczej dyskusyjny klub futbolowy, którego członków – dość przypadkowy tłum – nie łączy żaden wspólny cel. Felieton o młodzieżowej reprezentacji Polski i jej najgłośniejszym gwiazdorze, Krystianie Bieliku, przeczytacie tutaj.

11:20, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 11 czerwca 2017

Wielu uważa, że selekcjoner reprezentacji Polski to to typ zachowawczy, lękający się zmian, prawie wycofany. Ja uważam inaczej. O czym świadczą m.in. rezerwowi Łukasz Fabiański, Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

sobota, 10 czerwca 2017

Byliście trochę rozczarowani, że Polacy nie zasypali Rumunii workiem goli już w inauguracyjnym kwadransie? Że nie fruwali jak natchnieni i długo dobierali się do rywala, zamiast czym prędzej zafundować wam paradę atrakcji?

Wybaczcie im, oni tworzą reprezentację kraju, z którego piłkarzom przez całe dekady wpajano, że są stworzeni do kontrataku. I przez dekady nigdy nie zetknęliśmy się - także my, kibice - ze zjawiskiem z sobotniego wieczoru: oto nawiedza nas rywal z zasłużoną renomą solidnego europejskiego średniaka, by zasłaniać bramkę pięcioma obrońcami, otoczyć pole karnego gęstymi zasiekami, przetrwać i może jakimś cudem samemu wymodlić pojedynczą udaną akcję.

Tak zachowywali się Rumuni. Z ich planu gry ewidentnie wynikało, że wizytę na Stadionie Narodowym traktują jak wyprawę na Santiago Bernabéu, Camp Nou czy do innej - język futbolu jest przepojony patosem - katedry piłki nożnej.

Istnieją w Europie obiekty, na które kibice przychodzą zazwyczaj nie tyle dla emocji – napięcie wywołuje niepewność o wynik meczu – ile dla czystego relaksu, delektowania się widowiskiem z gwarantowanym pomyślnym zakończeniem. Bo sprzyjają drużynom zbyt mocnym, niemal nietykalnym zwłaszcza na własnym boisku. Wygraną masz właściwie w cenie biletu.

Do przywołanych kolosów upodabnia się Narodowy. Obiekt nie klubu, lecz reprezentacji kraju, która rozgrywa w Warszawie wszystkie najważniejsze mecze. I od startu eliminacji Euro 2016 zabawia się tu na całego. 2:0 z Niemcami, 2:2 ze Szkocją, 4:0 z Gruzją, 8:1 z Gibraltarem, 2:1 z Irlandią, 4:2 z Islandią (jedyny towarzyski), 3:2 z Danią, 2:1 z Armenią, 3:1 z Rumunią. Zwycięska seria przybrudzona tylko jednym remisem, z oszałamiającą średnią 3,33 gola na mecz.

Oszałamiającą dla nas, przytłaczającą i onieśmielającą dla przyjezdnych. Do utraty bramki Rumuni każdym wykonanym na boisku gestem okazywali Polakom respekt. Albo nawet strach. Obawiali się zwłaszcza Roberta Lewandowskiego, który powoli przejmuje Narodowy na własność. Rządzi tam jak na podwórku, hasa pod ulubionym trzepakiem, grający przeciw niemu kumple potrafią go co najwyżej kopnąć w kostkę. W ostatnich siedmiu rozegranych tu meczach strzelił 15 goli.

Tym razem dawał początkowo występ dość bezbarwny, cała drużyna też. Jego szturchali, drapali i szarpali, wszystkich Polaków trzymali w gęstym ścisku. Im dłużej jednak trwał mecz, tym częściej paliło się na rumuńskim polu karnym. A groźnie podawał nie tylko Piotr Zieliński, od lat lansowany na nowego Deynę, ale również Krzysztof Mączyński, bodaj najładniej ilustrujący doskonałą pracę Adama Nawałki - średniak z tzw. ekstraklasy tak perfekcyjnie wmontowany w reprezentację, że w sobotę, zanim uziemiła go kontuzja, szukał w sobie wewnętrznego Toniego Kroosa.

Wiem, przesadzam, zresztą Polak gra inaczej. W trakcie pisania ujrzałem w wyobraźni piłkarza Realu Madrytu, bo rozum mąci mi zbitka „Narodowy jako Santiago Bernabeu”. Zbyt często chadzam na stadion, na którym kibic nie czuje stresu, lecz spokojnie czeka, aż rozpocznie się goleada. Satysfakcja gwarantowana.

Aha, ze wstępnych szacunków wynika, że w rankingu FIFA reprezentacja Polski wkrótce wystrzeli na siódme miejsce. Na Narodowym strach będzie miał jeszcze większe oczy.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

Archiwum
Tagi