RSS
wtorek, 02 stycznia 2018

mundial 2018, Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Liga Mistrzów, Katar

Wszyscy podsumowują 2017, to ja postanowiłem od razu następny. A było co podsumowywać, 2018 okazał się rokiem pełnym niesamowitości. I przez dziwy finału Ligi Mistrzów, i przez słodko-gorzki popis Polaków na mundialu, i przez rekordowy transfer Michała Kucharczyka, i przez wchodzącą w futbol sztuczną inteligencję. Coponiedziałkowy felieton tym razem przeniesiony na wtorek przeczytacie tutaj.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 grudnia 2017

Arsene Wenger. Alex Ferguson

Od kilku dni kotłuje się w sportowym internecie od hołdów składanych Arsene’owi Wengerowi za wyrównanie, a następnie pobicie rekordowego osiągnięcia Alexa Fergusona, który jako trener prowadził drużynę w 810 meczach Premier League. Wenger po dzisiejszym remisie Arsenalu z West Bromwich uzbierał ich już 811.

Migotają mi te liczby przed oczami bez przerwy, zaraz dostanę kręćka, wokół sypią się jeszcze literki, gratulacje składają wszyscy – kibice, ludzie piłki, dziennikarze. Brakuje w szumie informacyjnym tylko jednego drobnego zastrzeżenia. Otóż Ferguson, owszem, prowadził Manchester United w 810 kolejkach Premier League. Ale zarazem prowadził Manchester United w 1035 kolejkach ligi angielskiej. Rozbieżność bierze się stąd, że przed sezonem 1992/93 rozgrywki nosiły nazwę First Division, więc piewcy rekordu nie biorą pod uwagę 225 pierwszych meczów MU z kadencji szkockiego trenera.

Słowem, Wenger ustanowił rekord jedynie w sensie formalnym, czysto teoretycznym. Nie ma merytorycznego sensu tworzenie rankingu, w którym Fergusonowi zalicza się do dorobku 42 kolejek Premier League z sezonu 92/93, a nie zalicza się 42 kolejek First Division z sezonu 91/92. To była ta sama liga angielska.

Cały ten ambaras idealnie ilustruje współczesność. Bez przerwy musimy trąbić o nowym rekordzie albo wyczynie wszech czasów, więc bez ustanku wymyślamy nowe kategorie, nawet za cenę zdrowego rozsądku czy elementarnej logiki. Raz wrzuconą w obieg „informację” powiela się w nieskończoność, bezkrytycznie, bez ułamka sekundy refleksji. Tu sprawa wydaje się oczywista – Wenger nie mógł wyprzedzić Fergusona, ponieważ zaczął znacznie później – ale jej oczywistość nie tłumi hałasu. Mamy nowego króla, niech żyje nowy król, jest czym zaśmiecać ludzkie głowy, świętujmy.

To bodaj najgroźniejszy gatunek półprawdy, znanej dzisiaj jako postprawda albo fake news. Zdania „Wenger pobił rekord Premier League” nie sposób zakwestionować, przystaje do faktów. Tyle że nie mówi nam absolutnie niczego, nawet wykrzywia rzeczywistość. Bo Ferguson wciąż pozostaje numerem jeden, i to z gigantyczną przewagą – żeby go zdetronizować, francuski trener musiałby trzymać się Arsenalu do 2024 roku.

Czego oczywiście fanom londyńczyków nie życzę. Życzę natomiast – im i kibicom wszystkich innych drużyn – żeby w nowym roku umieli się przed półprawdą i kłamstwem bronić. Danych wiruje wokół nas coraz więcej, coraz więcej wtłacza się nam do mózgów dezinformującej i dezorientującej pulpy, coraz trudniej weryfikować przyjmowane treści. A często dotyczą spraw donioślejszych niż statystyczna sportowa duperela.

Jeszcze raz: przed 2018 rokiem życzę wam, żebyście opracowali własną metodę obrony przed fałszem, potrafili dokonywać racjonalnych wyborów, całkiem od terabajtowego jazgotu nie ogłuchli. I ze szczególną podejrzliwością traktowali słowa wygłaszane przez ludzi, których poglądy podzielacie.

19:28, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
środa, 27 grudnia 2017

podsumowanie roku, 2017, piłka nożna

Dopiero teraz, kiedy prawie minął, uzmysłowiłem sobie, że w piłce nożnej - a może i w całym sporcie -  składał się z mnóstwa gwałtownych wykrzywień czasoprzestrzeni. Ile przeżyliśmy radykalnych wolt, nieoczekiwanych zwrotów akcji, nagłych przełomów! To był niesamowity rok, w którym trzęsienie murawy goniło trzęsienie murawy.

Wstrząs madrycki. Od drużyny, która panuje wszędzie, jak król królów – w kraju i w Europie – do drużyny, która w lidze hiszpańskiej stacza się 14 punktów pod Barcelonę, a w Lidze Mistrzów pozwala sobą pomiatać Tottenhamowi. Od drużyny, która latem w olśniewającym stylu triumfuje w El Clásico i prowokuje prognozy, również moje, że oto nadciąga era Realu Madryt, do drużyny, która zimą zbiera w El Clásico ostre cięgi i poddaje walkę o tytuł zawstydzająco wcześnie, w przededniu Bożego Narodzenia. Od drużyny, która ustanawia strzeleckie rekordy – 73 mecze z rzędu z golem, czyli poprawione najlepsze serie w Hiszpanii (44, Barcelona) oraz Europie (61, Bayern) – do drużyny, która w miesiąc nie umie wydusić z siebie bramki w żadnym z prestiżowych starć (w Bilbao, w derbach Madrytu i w El Clásico) i skutecznością ustępuje Realowi Sociedad. To się zawaliło zbyt szybko, żeby nie zbaranieć. Real zaczął przypominać imperium, które znienacka straciło połowę terytorium.

Wstrząs barceloński. Od drużyny pogrążonej w depresji i pogodzonej z losem, zwłaszcza po ucieczce Neymara gotowej na długie cierpienia, do drużyny, która tłucze ligowe punkty najszybciej w historii, choć aż 27 razy (!) trafiała w słupek lub poprzeczkę. Od lamentów, że transfer Paulinho ściąga na klub hańbę – w końcu wyjęty z wygnania w lidze chińskiej – do wysławiania go jako kluczowego gracza. Nikt nie wierzył, że Barcelona nie zatęskni za błyskotliwym brazylijskim atakującym, nikt nie sądził też, że rozstrzygającą rolę będzie odgrywał niezbyt błyskotliwy brazylijski środkowy pomocnik. A jednak. To piękna opowieść o złożoności mechanizmu, jaką stanowi zespół piłkarski. Odejście megagwiazdora uwolniło Jordiego Albę, który nie musi już harować za niego w defensywie, eksplodował w ofensywie, baraszkuje na lewym skrzydle jak mu się zachce. Czyżby Neymar < Paulinho?

Wstrząs argentyński. Od drużyny, która miesiącami ledwie wydłubuje ćwierć sensownej akcji na mecz i w piątek 6 października wymordowuje u siebie 0:0 z Peru, do drużyny, która w środę 11 października potrzebuje 38 sekund, by rozwałkować na wyjeździe Ekwador i wreszcie zwyciężyć wielobramkowo. Tak ocalała Argentyna. Srebrna medalistka poprzedniego mundialu do ostatniej kolejki eliminacji drżała o awans na następny. A przeżyła dzięki wirtuozowi, którego nazwisko powinno było paść – rozświetlone wszystkimi kolorami futbolu – już w rozdzialiku o wstrząsie barcelońskim. Leo Messi zdobył Ekwador hat-trickiem, po natarciach, które sam inicjował i wieńczył; Leo Messi stanowi jednoosobową wieżę oblężniczą i w reprezentacji kraju, i w klubie, Leo Messi z każdym sezonem, nawet niepopartym trofeami, rozrzuca coraz więcej zagrań pereł nakazujących obwoływać go futbolistą wszech czasów. Także wtedy, gdy Złotą Piłkę odbiera Cristiano Ronaldo. Odbiera zasłużenie, nie zamierzam rozpętywać tu kolejnej wojny katalońsko-madryckiej, zdaję sobie sprawę, że zawsze przegrywają ją wszyscy uczestnicy. Gdyby jednak zsumować całą boiskową działalność, do goli i asyst dokładając dryblingi, wykreowane okazje strzeleckie, natarcia tkane od pierwszego do ostatniego dotknięcia i w ogóle wszystko, do czego Messi przyłożył nogę, nie byłoby żadnych wątpliwości, że jest najbardziej wydajny ze wszystkich. Nawet jeśli dla oszczędzania energii po boisku głównie spaceruje, jak w niedawnym El Clásico. Mamy tu cały tłum wybitnych piłkarzy ukryty w jednym ciele, od natchnionego rozgrywającego po zabójczego środkowego napastnika. Jednoosobowa orkiestra symfoniczna.

Wstrząs transferowy. Piłkarze są już drożsi niż filmowe superprodukcje. Właściciele Paris Saint-Germain wydadzą w sumie na Neymara więcej niż kosztowali przewodzący rankingowi wszech czasów „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach”. Transfer szokujący, przełomowy, być może zasługujący na angielskie określenie „gamechanger”, ostatecznie detronizujący Barcelonę i Real Madryt jako duet, któremu na rynku nie podskoczy nikt na planecie. I po raz pierwszy nikt nawet nie udaje, że zakup piłkarze ma sens finansowy. Nie ma, to posunięcie motywowane względami geopolitycznymi, podobnie jak niewiele tańsze przejęcie Kyliana Mbappé, czyli bodaj najbardziej zjawiskowego nastolatka od czasów Ronaldo („oryginalnego”, brazylijskiego). Symbolem epoki pozostaje jednak Neymar, o czym obszerniej piszę tutaj.

Kto będzie bohaterem kolejnego rekordowego transferu? Kandydat numer jeden nazywa się Harry Kane, któremu wróżyłem kilka tygodni temu, że zatarasuje drogę do Realu Madryt Robertowi Lewandowskiemu. Pytanie, czy królewski klub podoła finansowo i czy w ogóle zamierza wdawać się w szaleńczy wyścig zbrojeń. A może istotnie spróbuje zasadzić się na Neymara?

Wstrząs angielski. Wyspiarze wystrzelili na niebotyczny jak na swoje standardy poziom gry, szalejąc w Lidze Mistrzów, kolekcjonując medale turniejów juniorskich, urzekając świat plejadą talentów z różnych pokoleń, od wspomnianego akapit wyżej napastnika Tottenhamu, przez Raheema Sterlinga, po dzieciaków Phila Fodena (rusza się jak wyrzeźbiony w La Masii) czy Rhiana Brewstera. Znów: zawrócili nam Anglicy w głowach nagle, niemal z dnia na dzień. Owszem, Kane już sezon 2015/16 kończył w glorii króla snajperów ligi angielskiej, ale dopiero z nastaniem kalendarzowego roku 2017 dofrunął tam, gdzie od dekady szybują Messi i Ronaldo. Zaczął kanonadę zaraz po Sylwestrze (jako pierwszy w kraju, około godz. 14.57), prędko dołożył hat-tricka, w lutym miał ich już trzy. Uderza prawą nogą, lewą i głową, technikę strzału opanował jak Michael Owen. Nie pamiętam już, kiedy poprzednio nie chciało mi się rechotać, gdy Anglicy stawiali swojemu piłkarzowi komentarzowe pomniki.

Wstrząs manchesterski. Od drużyny, która wiosną ledwie wskakuje na podium ligi angielskiej i pozwala się okładać w dwumeczu z AS Monaco, do drużyny, która jesienią wygrywa chyba więcej meczów niż rozgrywa, rozpyla ataki rozprzestrzeniające się jak pożar lasu, mknie ku przyćmieniu legendy „Niezwyciężonych” z Arsenalu. Pep Guardiola znów to zrobił. Znów wcielił w życie swoje idee, które od blisko dekady stanowią najbardziej efektywny sposób gry w piłkę nożną (jeśli za kryterium uznamy odsetek odnoszonych zwycięstw) i radykalnie wpływają na kariery zawodników (Sterling! Kevin de Bruyne!). Znów stworzył drużynę osobną, porywającą, przykuwającą uwagę międzynarodowej publiczności. I odniósł bodaj najbardziej spektakularny triumf nad José Mourinho. Jak wśród piłkarzy od dekady rywalizują Messi i Ronaldo, tak wśród trenerów rywalizują oni, ale dopiero teraz pracują w niemal identycznych okolicznościach, umożliwiających uznać warunki gry za w pełni „sprawiedliwe”. Obaj przylecieli do tego samego miasta, objęli kluby w kryzysie i z gigantycznymi ambicjami, wydali setki milionów na transfery. O ile jednak Mourinho przygotował drużynę bardzo dobrą, o tyle Guardiola stworzył dzieło fenomenalne, wygrywające nie tylko suchym wynikiem. Pierwszy proponuje styl gry nużący nawet kibiców Manchesteru United, drugi podarował kibicom Manchesteru City przeżycia, jakich nie doświadczyli nigdy.

Wstrząs mediolański. Od letniej ekstazy, podczas której zubożały ostatnio klub szasta szmalem jak sułtan Brunei, do jesiennej smuty przesyconej niepokojem, że klub zostanie zlicytowany przez agresywny fundusz hedgingowy – znany z tego, że nie bierze jeńców – bo należy do Yonghonga Li, hochsztaplera zdemaskowanego przez „New York Times” jako rzekomy właściciel kopalń, o którego majątku w Chinach nie słyszano. Od drużyny obsadzonej piłkarzami miernotami, którzy w poprzednim sezonie wywoływali ładne wrażenie, wielokrotnie demonstrując, że mają serce i pasję do gry, do drużyny obsadzonej piłkarzami o obiecujących nazwiskach, którzy w trwającym sezonie są rozmemłaną zgrają bez wspólnej wizji, istnieją chyba tylko po to, by beznadziejne, wsmarowane w dno tabeli Benevento miało komu podprowadzić swój jedyny punkcik uciułany w debiutanckim sezonie w Serie A. Od Leonardo Bonucciego jako kandydata na obrońcę numer jeden na świecie, o którego usługach marzy trener Guardiola, do Leonardo Bonucciego jako ostatniego fajtłapy, który zawala wszystkie ważne mecze. Co tu dużo gadać – kibicowanie Milanowi smakuje dzisiaj jak papier ścierny, przynajmniej tak sobie wyobrażam smak papieru ściernego.

Tymczasem po niebiesko-czarnej stronie miasta z dnia na dzień zajaśniało słońce. Wystarczyło, by Luciano Spalletti kilka razy dotknął piłkarzy, a oni spotężnieli indywidualnie i grupowo – Milan Skriniar (gdzie ty się pchasz, chłopie, z takim ładnym imieniem, no chodź do nas!) jako stoper połyka Bonucciego na śniadanie, Mauro Icardi podniósł skuteczność o jakieś 100 proc., Inter pomimo ostatnich wpadek po latach posuchy wrócił na ligowe podium. Zazdrość.

Wstrząs liberyjski. Od pierwszej w Afryce kobiety prezydent do pierwszego na świecie prezydenta piłkarza. Od Ellen Johnson-Sirleaf, która ukończyła ekonomię na Harvardzie, do George’a Weaha, który dorastał w slumsach najbiedniejszej części Monrovii i zaczął nadrabiać edukacyjne braki dopiero po poprzednich przegranych wyborach, gdy wytykano mu, że niewiele wie i rozumie – w 2006 r., jako czterdziestolatek, zdał maturę, w 2011 r. uzyskał licencjat (z zarządzania, na uniwersytecie na Florydzie), w 2013 r. został magistrem (administracja publiczna). Taką podróż odbyła właśnie Liberia, podliczanie wyborczów jest formalnością. Gdy na przełomie wieków niszczyła ją jedna z najkrwawszych i najbardziej bestialskich wojen współczesności (zginęło ponad ćwierć miliona ludzi, jedna dziesiąta ludności, a jedna trzecia stała się bezdomnymi tułaczami i uciekinierami; trzy czwarte kobiet padło ofiarą gwałtu), radość dawał tylko Weah. Najwybitniejszy futbolista w historii Afryki, jedyny laureat Złotej Piłki z kontynentu. Coś w życiu wychodzi przynajmniej byłym graczom Milanu, tutaj Wojciech Jagielski więcej pisze także o Kachaberze Kaładze, sportowym bohaterze Gruzji wybranym niedawno na burmistrza Tbilisi. I niewykluczone, że również przyszłym prezydencie państwa. Ministrem i wicepremierem już był.

Wstrząs kopenhaski. Od drużyny, która miała awansować na mundial jako pierwsza w Europie i z miażdżącą przewagą nad rywalami, do drużyny, która walczyła o awans do ostatnich minut ostatniego meczu kwalifikacji. 1 września 2017 roku reprezentacja Polski zdołowała nas i wprawiła w przykre osłupienie jedyny raz podczas kadencji Adama Nawałki, ale reakcja na 0:4 uzmysławia, jak wiele nasi piłkarze osiągnęli. Zamiast paniki – uspokajająca refleksja, że klęska uchroni ich przed zdeprawowaniem. I wiara w Nawałkę, któremu stuknie wkrótce 4,5 roku na stanowisku, co uczyni go najdłużej zatrudnionym po wojnie selekcjonerem po Antonim Piechniczku.

Wstrząs legijny. Od drużyny, która stawiała się wiosną Ajaxowi Amsterdam, do drużyny, która latem obrywa od Kazachów, Mołdawian, a jesienią od Wisły Płock. Od klubu Bogusława Leśnodorskiego dającego twarz zarządzającemu nim triumwiratowi do klubu Dariusza Mioduskiego, którzy odkrywa wypadające z szafy trupy – np. wysokie kontrakty zbędnych, niesprzedawalnych graczy. Od Legii skazanej na absolutne dominowanie w kraju do Legii podstarzałej, porzucanej przez nielicznych, których można by spieniężyć (Guilherme), która przewodzi tabeli z wprost żałosną średnią goli (1,33) strzelanych na mecz i najniższym wśród liderów w Europie dorobkiem punktowym. Marzenie warszawskich fanów na rok 2018: dość tych wstrząsów.

PS Gdyby ktoś reflektował, to tutaj jeszcze dłuższa analiza wstrząsu w polskiej siatkówce. Przywykliśmy, że Polakom ostatnio w tym sporcie nie idzie, ale 0:3 ze Słowenią w barażu o ćwierćfinał to było jednak mocny cios potylicę. Podobnie jak przepędzenie Ferdinando De Giorgiego. W cztery miesiące z tych, którzy selekcjonera wybierają zawsze z wyczuciem, zawsze na medal i zawsze zagranicznego, przeobraziliśmy się w tych, którzy wyganiają go rekordowo szybko. A nasi czołowi gracze poznikali na peryferiach...

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Prędko nie doścignie, w okresie świątecznym piłkarze Manchesteru City chyba wreszcie powinni potracić punkty, ale temat wypada podjąć. W końcu w Anglii nikt już nie pyta, kto zdobędzie mistrzostwo, ewentualne wątpliwości wyparła debata, czy aktualny lider zawładnie ligą w stylu pozwalającym pasować go na drużynę wszech czasów. Felieton z poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

niedziela, 17 grudnia 2017

klubowe mistrzostwa świata, siatkówka, Skra Bełchatów

Klubowe mistrzostwa świata w wykonaniu siatkarzy Skry Bełchatów podzieliłbym na trzy etapy. Najpierw świętowaliśmy tzw. triumf organizacyjny, czyli zaproszenie do turnieju, które było pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia sportowego. Następnie obejrzeliśmy łatwiutkie zwycięstwa nad słabiutkimi rywalami z Chin oraz Argentyny, których przydzieliło Skrze pomyślne losowanie. Aż dotarliśmy do meczów o poważną stawkę, z realnymi potęgami – Zenitem Kazań, Cucine Lube Civitanovą oraz Sadą Cruzeiro.

Wtedy przerżnęli bełchatowianie wszystko. 0:3 z Rosjanami, 0:3 z Włochami, 0:3 z Brazylijczykami. Aż mi się w trakcie oglądania przypomniało, jak w młodości kumple wołali na mnie przez chwilę „Stecu 09”, bo przekonywałem ich, że Widzew wyeliminuje Eintracht z Pucharu UEFA, a Widzew wziął i na złość mi oberwał we Frankfurcie 0:9.

Siatkarze Skry nie wypadli beznadziejnie. Próbowali się stawiać Zenitowi, w sobotnim w półfinale wszystkie sety przegrali minimalnie, oklapli dopiero dzisiaj. Im jednak dłużej – czy raczej: krócej – na nich patrzyłem, tym bardziej dzwoniło mi w głowie, że na udział w imprezie o szumnej nazwie „klubowe mistrzostwa świata” zwyczajnie nie zasłużyli. Zresztą wepchnęli się tam, starym siatkarskim zwyczajem, dzięki dzikiej karcie.

Doświadczenie mają tu olbrzymie. Zanim w 2015 r. Skra jedyny raz awansowała do turnieju finałowego Ligi Mistrzów rękami swoich siatkarzy, aż trzykrotnie występowała tam jako gospodarz, wyłącznie ze względów pozasportowych – w 2008, 2010 i 2012 r. A teraz jeszcze podarowała sobie KMŚ... To w siatkówce nic niezwykłego, mówimy o dyscyplinie skażonej mnóstwem patologii, ale bełchatowianie przelicytowali wszystkich. Nikt inny nie otrzymał w prezencie zaproszenia do prestiżowych imprez klubowych aż czterokrotnie.

O czym przypominam, bo do programowej pogardy dla sportowych reguł gry w siatkówce przywykliśmy, zobojętniała nam, coraz częściej jej nie zauważamy. A jeśli nawet zauważamy, to stękamy i unosimy się oburzeni, że tę dyscyplinę zatruwają jacyś nieokreśleni „inni”, w domyśle – działacze organizacji międzynarodowych.

Nieprawda. My, Polacy, w niszczycielskim procederze aktywnie uczestniczymy. Siatkówka to nie „oni”, lecz „my”. A kończącej się właśnie w Krakowie imprezie towarzyszy ponury paradoks, stanowiący przykry dowód naszej winy. Oto Polska jako jedyny kraj wystawiła w klubowych MŚ aż dwóch swoich przedstawicieli akurat w momencie, w którym zasługuje na wyróżnienie w jeszcze mniejszym stopniu niż zazwyczaj. Wiosną żaden nasz klub nie doskoczył wszak do turnieju finałowego Ligi Mistrzów – po pięciu latach nieprzerwanego udziału w elicie.

Generalnie nie istnieją żadne sportowe kryteria, według których mielibyśmy prawo zaciągać do KMŚ i Zaksę, i Skrę. Nawet w europejskim rankingu lig nasza ustępuje i rosyjskiej, i włoskiej, i tureckiej. Światowa siatkówka chorowała, choruje i, obawiam się, jeszcze długo pochoruje. Również z powodu zarazków rozpryskiwanych przez Polaków.

Tagi: siatkówka
20:49, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 grudnia 2017

ekstraklasa

Tak, głęboko wierzę, że tzw. ekstraklasa może być jeszcze ciekawsza.

Dlatego niniejszym chciałbym zaproponować autorski projekt reformy, zainspirowany wszystkim, co przeżywaliśmy jesienią – z nadzieją, że pochylą się nad nim podczas zimowej przerwy zarówno szefowie PZPN, jak i szefowie rozgrywek, a może wręcz wszyscy, którym na sercu leży jej przyszłość.

Teraźniejszość jest cudowna, mówimy o lidze wyjątkowej w skali międzynarodowej. Z liderem, który ciuła średnio 1,9 punktu na kolejkę, czyli prawdopodobnie liderem najchudszym w barach w Europie; z liderem, który wyciska z siebie 1,4 gola na mecz, prawdopodobnie najmniej w Europie; z kreatywnymi bywalcami trybun, którzy dzięki zapałowi do prezentowania własnych dzieł artystycznych powodują przerwy w grze właściwie w każdej kolejce, prawdopodobnie najczęściej w Europie; z fantazyjnie zarządzającymi prezesami klubów, którzy zwalniają trenerów częściej niż wynoszą z domu śmieci, czyli prawdopodobnie najczęściej w Europie; wreszcie z twórczym fermentem nakazującym gmerać w regulaminie bez ustanku, prawdopodobnie najchętniej w Europie. Delektujemy się też mnóstwem małych smakołyków, mój ulubiony w tym sezonie podano 17 września – Sandecja, która wynajmuje stadion od Niecieczy, przeszła wówczas do historii jako drużyna, która gola strzelonego u siebie strzeliła na wyjeździe, a Nieciecza przeszła w tym samym momencie do historii jako drużyna, która gola straconego na wyjeździe straciła u siebie. Delicje.

A ponieważ poprawiamy mechanizm, który działa doskonale, postanowiłem ulepszać go ostrożnie, po głębokim namyśle. Proponuję zatem, co następuje:

1) Fotel lidera zastąpić fotelikiem lidera, a tytuł lidera oficjalnie zastąpić tytułem p.o. lidera. Fotelik może być rozkładany, w kształtach bliski krzesełku, proponuję model przydrożny, taki, na którym kucasz, żeby sprzedać grzyby.

2) Przy równej liczbie punktów o kolejności niech decyduje nie stosunek bramkowy, lecz średnie zadymienie stadionu na mecz. To wymaga stałych, precyzyjnych pomiarów, ale stać nas, technologicznie się rozwinęliśmy – zobaczcie, jak hula VAR. Choć kibice nigdy nie byli u nas biernymi uczestnikami wydarzeń, to dzięki drobnej korekcie regulaminowej zaangażują się jeszcze bardziej, poczują się uczestnikami rozgrywek już w pełni równoprawnymi piłkarzom, no i w pewnym sensie sami strzelą kurwom gola, zamiast poprzestawać na frustrującym niekiedy nawoływaniu, by to zawodnicy strzelili kurwom gola.

3) Unormujmy zasady zatrudniania trenerów, bo trochę się tu wkrada chaosu. Rekomendowałbym prezesom dwie opcje. Opcję bezpieczną, oferowaną fachowcom o niepewnej reputacji – kontrakt na najbliższy mecz z opcją przedłużenia na następny. Oraz opcję dla fachowców obdarzanych zaufaniem – kontrakt na najbliższy mecz z OBOWIĄZKIEM przedłużenia na następny w razie zwycięstwa. O szczegółach można dyskutować, nie upieram się, że obligować do przedłużenia umowy nie może również remis, zwłaszcza odniesiony na wyjeździe.

4) Okażmy szkoleniowcom jeszcze więcej szacunku. Skorzystajmy z chwalebnego przykładu amerykańskiej firmy HubSpot, którego szefowie chcą uważać ją za uniwersytet, dlatego wylanych pracowników nazywają „absolwentami”. Dlaczego nie zastosować tej nomenklatury w tzw. ekstraklasie? Zobrazujmy konkretnym przykładem: oto trener Bartoszek nie byłby obecnie po prostu trenerem zagrożonym utratą roboty, lecz absolwentem Zdroju Ciechocinek, Kanii Gostyń, Unii Janikowo, GKS-u Bełchatów, Pelikana Łowicz, Legionovii, Zawiszy Bydgoszcz, Chojniczanki Chojnice oraz Korony Kielce, który niebawem zostanie jeszcze absolwentem Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. Czy nie byłoby wszystkim jeszcze milej?

5) Sklonujmy Michała Probierza, który recenzuje całą resztę świata, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów i trenerów zagranicznych, zdecydowanie najchętniej w całej lidze. Czy jest fachowcem tak fantastycznym, jak sugerują wyniki porzuconej przezeń niedawno Jagiellonii, która w ogóle nie odczuła jego odejścia, czy jednak fachowcem z wadami, jak sugerują wyniki Cracovii, która w ogóle nie zyskała na jego przyjściu? Można to sprawdzić tylko tak, że obsadzimy nim i drużynę białostocką, i krakowską. A w dalszej konieczności – umieśćmy go w każdym klubie, co będzie miało również ten zbawienny skutek, że odetniemy od żłoba  trenerów zagranicznych. Rozpanoszyli się ostatnio.

6) Rozlosowujmy drużyny zgłaszane po sezonie do europejskich pucharów. O kolejności w tabeli i tak decyduje przypadek, a podium od strefy spadkowej dzieli około pół punktu, więc wypada uwolnić piłkarzy od gry w permanentnym stresie, który pęta nogi. Zauważmy, że nasi ligowcy są poddani szczególnej, nieznanej gdzie indziej presji – wszędzie gra się albo o utrzymanie, albo o medale, albo o spokój w środku tabeli, natomiast zatrudnieni w tzw. ekstraklasie grają o wszystko naraz. Wynikom w pucharach też nie zaszkodzimy, ilustruje to minione lato, podczas którego najładniej wśród naszych zespołów eksportowych wyglądała Arka Gdynia. Ta sama Arka, która wiosną ledwie ocalała przed degradacją (zawisnęła dwa punkty nad Łęczną), a teraz krząta się wokół ósmego miejsca w tabeli. Niby ligowy średniak, ale nie przeszkodziło jej to w zachowaniu godności w Europie, zazwyczaj dla Polaków wrogiej.

7) Zlikwidujmy spadki, zostawmy tylko awanse. Właściwie co sezon przybywa poszlak, by podejrzewać, że podział na różne poziomy rozgrywkowe jest niesprawiedliwy. Spójrzmy choćby na Górnika Zabrze – wiosnę pożegnał jako wicelider drugiej ligi, a jesienią nikomu się nie kłaniał w pierwszej, ba, gra mu się nawet swobodniej, przeciętną strzelanych goli poprawił znacząco (z 1,56 do okrągłych dwóch na mecz!), zdobywa też więcej punktów. Ja rozumiem, że piłkarze podnoszą umiejętności na każdym treningu i że procentuje praca trenera Brosza, ale żeby aż tak?! Niech zatem tzw. ekstraklasa się rozrasta, niech co sezon przybywają do niej kolejni chętni, niech rozszerza się dopóki, dopóty będzie się rozszerzał wszechświat, niech nasza najnajsza liga będzie turniejem najbardziej demokratycznym i inkluzywnym, niech wreszcie nastanie nieuniknione, wpuśćmy do niej wszystkich, od tego jest chyba dobro wspólne.

18:51, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017

On triumfował globalnie – w prestiżowym plebiscycie „France Football” na najlepszego gracza roku na boiskach Europy. Ona triumfowała lokalnie – w plebiscycie największego w kraju dziennika „Berlingske” (i jednego z najstarszych na świecie, istnieje od 1749 roku!), ale wybiła się wysoko ponad sport, przyznano jej tytuł Duńczyka Roku. Nie mogłem się oprzeć, żeby złączyć ich felietonowo w „Gazecie” w parę. Efekt przeczytacie tutaj.

sobota, 09 grudnia 2017

Powiedzieć, że wszystko jesienią 2017 roku działo się inaczej niż zwykle, byłoby przesadą, ale odmieniło się sporo, cała faza grupowa Liga Mistrzów – ostatnimi czasy przewidywalna – przebiegała pod znakiem niszczenia naszych przyzwyczajeń. A skoro Europa zyskała nowe kontury... Niedawno zgrywałem kartografa mundialu, czyli najważniejszego turnieju w futbolu reprezentacyjnym, to teraz naszkicuję najważniejsze rozgrywki klubowe.

1) 100 proc. punktów kupionych za majątek znad Zatoki Perskiej. Zanim nadeszła jesień, zapowiadałem w „Gazecie” główny wątek: szturm obu klubów rządowych, o gigantycznym elektoracie negatywnym, należących do egzotycznych multimiliarderów. I szturm nastąpił.

Do ostatniej kolejki piłkarze Manchesteru City (prezesuje wicepremier rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich) oraz Paris Saint-Germain (prezesuje mu minister rządu katarskiego) mieli komplet możliwych do zdobycia punktów, choć mierzyli się z przeciwnikami mocnymi, Napoli i Bayernem. Ze stuprocentowej wydajności zeszli dopiero w tym tygodniu, gdy nie było niczego do przegrania. Zrelaksowane City rzuciło częściowo rezerwowy skład – dwóch nastolatków w obronie – na potwornie zmotywowany Szachtar, a wymowę porażki PSG w Monachium osłabia refleksja, że gwiazdorzy ze stolicy Francji ewidentnie potrzebują czuć pod stopami wysokie napięcie. W poprzedni weekend zgubili też punkty w lidze francuskiej, gdy musieli jechać do beniaminka ze Strasburga.

Zarówno oni, jak i wyspiarze liderują rozgrywkom krajowym z olbrzymią przewagą, co też świadczy o ich możliwościach. Manchester City zachwyca dodatkowo stylem gry, Pep Guardiola nadał mu w tym sezonie zupełnie nową jakość. Prognozować, co się stanie wiosną, nie zamierzam, w każdym razie ich jesień w Lidze Mistrzów była blisko statystycznych rekordów, a ponieważ ostatecznie lepszy bilans osiągnął jedynie Tottenham, to mamy niemal przewrót. Spójrzcie na tabelę z najlepszymi wynikami fazy grupowej, odkąd istnieje obecny system Ligi Mistrzów:

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

2) Hiszpańskie skurcze. Oni z kolei wyglądają jak sportowiec, który narzucił sobie tak opętańcze tempo (patrz tabela wyżej), że z wycieńczenia nie zwolnił, lecz przystanął. Tylko Barcelona na czele grupy?! Real Madryt obrywa od Tottenhamu, który w lidze angielskiej wyprzedza Burnley tylko dzięki korzystniejszemu stosunkowi bramkowemu?! Sevilla połyka 5 (słownie: pięć) goli w Moskwie i nie umie wytruchtać zwycięstwa w Mariborze?! Atlético Madryt nie umie przetrzepać skóry Karabachowi, pomimo dwóch prób, i pokornie przystaje na relegowanie do Ligi Europy?! Tak, słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, by czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, a jesienią nastąpiło istne trzęsienie muraw – z 53 punktów uzbieranych przed rokiem wszechpanujący od lat Hiszpanie zmaleli do 43, i to pomimo sprzyjającego losowania.

3) Angielskie przebudzenie. Oni odbyli lot w przeciwnym kierunku. W ostatniej Lidze Mistrzów reprezentanci Premier League zdobyli w fazie grupowej 60 proc. możliwych do zdobycia punktów. W przedostatniej – 58 proc. A tej jesieni – aż 77 proc. Tylko Chelsea zleciała na finiszu z pozycji lidera (dlatego ma ponadnormalnie wielkie szanse na wylosowanie w 1/8 finału Barcelony), wszyscy inni skakali sobie jak chcieli. Jeszcze raz: tak, już słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, żeby czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, jak udawać, że się nie widzi? Może jednak nadciąga schyłek ery, w której Messi detronizuje Ronaldo, a Ronaldo detronizuje Messiego, ewentualnie wtrącą się Atlético z Bayernem?

Nie wiem, nie znam się, podaję tylko fakty: jak Hiszpania była dotąd jedynym w historii krajem, która miał pięć klubów w Lidze Mistrzów, tak Anglia stała się jedynym w historii krajem, który wprowadził pięć klubów do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Dzieje się.

4) Kanonierzy. Też się dzieje. Na czele klasyfikacji strzelców widzimy wprawdzie Ronaldo, który w kalendarzowym roku 2017 kumulował chyba całą energię na Ligę Mistrzów – do 10 goli w 7 meczach wiosny dorzucił 9 wbitych w 6 meczach jesieni, bilans wprost niewiarygodny. Wokół niego krąży jednak tłum twarzy, do których te rozgrywki nie przywykły. Znów: w przeważającej mierze kopiących na chwałę klubów angielskich.

Gdybyśmy chcieli wyróżnić środkowego napastnika numer jeden fazy grupowej, to musielibyśmy poważnie rozważyć kandydaturę Harry’ego Kane’a, który trafiał co 69 minut (Ronaldo – co 60); z podobną łatwością uderza prawą stopą, lewą i głową; znacząco przyczynił się do zdobycia przez Tottenham nieoficjalnego tytułu mistrza jesieni w Champions League; zaczyna zagrażać marzeniom starszego o pięć wiosen Roberta Lewandowskiego o transferze do Realu Madryt. Gdybyśmy natomiast chcieli nagradzać zbiorowo, musielibyśmy wziąć pod uwagę niesamowity, jakże egzotyczny narodowościowo kwartet z Liverpoolu, tworzony przez Roberto Firmino, Coutinho, Sadio Mané (drżyj, ekipo Nawałki!) i Mohameda Salaha, a także eskadrę z Manchesteru City, której rozmiaru lepiej nie ustalać, bo nawet słowo o kwintecie czy sekstecie mogłoby się okazać określeniem niesprawiedliwie zawężającym, u Guardioli wszyscy zajmują się wszystkim. Ależ bym się pogapił, jak na ten arsenał – nie mylić z Arsenalem – odpowiadają potentaci hiszpańscy!

5) Jesień jak całe życie. Mile Svilar, mój ulubiony bohater. 18-latek najpierw przeszedł do historii Ligi Mistrzów jako jej najmłodszy bramkarz. Potem został antybohaterem. Następnie – bohaterem. Aż wreszcie – skrajnym pechowcem. Niezależnie od tego, jak potoczy się jego zawodowa kariera, początków w Europie nie zapomni do końca życia.

6) Wschód kontratakuje. Od kilku lat piszę o skutkach spisku Zachodu – zawiązanego jawnie – który podzielił Europę, spuszczając futbolową wersję żelaznej kurtyny. I odgrodził się nie tylko od obszaru byłych demoludów. W XXI wieku ani razu nie zdarzyło się ani razu, żeby do półfinału Champions League zajrzała drużyna z miasta położonego na wschód od Monachium. Ba, ostatnio i ćwierćfinał stał się osiągalny, a w poprzedniej edycji nawet w 1/8 finału znaleźli się wyłącznie przedstawiciele Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Francji, Włoch i Portugalii – nikt inny nie przetrwał nawet fazy grupowej.

Aż nastała jesień 2017 i wschód, zamiast ostatecznie zniknąć, hałaśliwie przypomniał, że istnieje. Znienacka, jakby wbrew duchowi dziejów. Piłkarze Besiktasu Stambuł nie dość, że awansowali, to jeszcze byli praktycznie pewni sukcesu już po czterech kolejkach; zajęli pozycję lidera; pozostali niepokonani. Co więcej, wywołali sensację skrajnie niesensacyjną, bo tworzą przedsięwzięcie trochę jak hollywoodzki hit „Niezniszczalni”, w którym spotykają się herosi kina akcji – często już podstarzali, to hołd złożony kasowym przebojom z lat 80. i 90. – by wykonać jeszcze jedną misję. Rambo alias Stallone, Terminator alias Schwarzenegger, Punisher alias Dolph Lundgren czy John McClane alias Bruce Willis i jeszcze kilku innych tym razem działają wspólnie, na tym samym filmowym planie. Szerzej pisałem o stambulskim projekcie tutaj, realizują go prawie sami dobrzy znajomi.

Wygrywał Besiktas, wygrywał też Szachtar, który też stanowi przypadek niestandardowy. Potrafił awansować, choć jako jedyny rozegrał wszystkie mecze na wyjeździe – ze zbombardowanego stadionu w Doniecku uszedł dawno temu, teraz zżywa się z obiektem w Charkowie. I został, jak wynika z moich oględzin, pierwszym uczestnikiem 1/8 finału Ligi Mistrzów, którego zaciągnęły tam gole strzelane wyłącznie przez piłkarzy z Ameryki Południowej (Argentyńczyka Facundo Ferreyrę oraz Brazylijczyków Taisona, Bernarda, Ismaily’ego i Marlosa). Mnie osobiście smucą w tej historii jedynie losy zdyskwalifikowanego za doping Darijo Srny, wieloletniego kapitana w klubie oraz reprezentacji Chorwacji, którego uważałem za najznakomitszego prawego obrońcę wśród wszystkich, którego prawie nikt nie wymieniłby, gdyby go zapytać o najznakomitszego prawego obrońcę w Europie. Więcej blogowałem o nim tutaj.

Mistrzowie Turcji i Ukrainy mieli satysfakcję pełną, ale kibice ze wschodu zaznawali też przyjemności drobnych – Spartak wrzucił pięć goli Sevilli, CSKA do ostatniej kolejki biło się o awans (prowadziło na Old Trafford), Qarabag Agdam dwukrotnie zatrzymał Atlético. Ostatnie podrygi przed zatrzaśnięciem drzwi przez zachodnich oligarchów, konsekwentnie zmierzających ku Superlidze?

7) Polska na peryferiach, Polak zmarginalizowany. Powyższe pytanie wypada uzupełnić o pytanie, czy przedstawiciel tzw. ekstraklasy – to tam, gdzie piłka jest płaska – zdoła jeszcze kiedykolwiek rozegrać z Realem Madryt mecz inny niż pokazowy, stanowiący część wakacyjnych komercyjnych podróży słynnych firm. Eliminacyjny popis Legii Warszawa aż przykro wspominać, a na nadwiślańskich boiskach nie widać żadnych symptomów poprawy zwiastującej kolorowe jutro. Stołecznych obrońców tytułu czeka mozolne odmładzanie kadry niepięknych trzydziestolatków, których niełatwo, przepraszam za wulgaryzm, zmonetyzować na rynku transferowym, natomiast cała krajowa konkurencja to wszechogarniająca średniość. Zamiast lidera na szczycie tabeli oglądamy kolejnych p.o. lidera; przebywający tam akurat zabrzanie przebywają tam z najniższym odsetkiem punktów w skali całego kontynentu (nie gniewaj się, Górniku, też podoba mi się, jak grasz); ligowców właściwie nie sposób podzielić na lepszych i gorszych. Depresyjnie. Nawiasem mówiąc, gdyby piłkarze Lugano. nie wygrali w czwartek w Bukareszcie, ekstraklasa zleciałaby w rankingu UEFA pod ligę rumuńską. Z drugiej dziesiątki do trzeciej .

Ci polscy zawodnicy, których do Ligi Mistrzów 2017/18 wpuszczono (założyli zagraniczne barwy), też nie wpadali w ekstazę. Awansowali nieliczni, rozczarowania przeżyli liczni. Ponieważ Wojciech Szczęsny i Łukasz Skorupski są wiosną skazani na rólki rezerwowych bramkarzy Juventusu i Romy (o ile oczywiście nieszczęścia nie spadną na Gianluigiego Buffona i Alissona), to Robert Lewandowski (nawet on jesień miał bezbarwną) w 1/8 finału i ewentualnie później będzie osamotniony. Nieszczęście goniło nieszczęście, dlatego w środę ogłaszałem w „Gazecie” depolonizację Ligi Mistrzów.

Perspektywa mundialowa, po dolosowaniu nam grupowych rywali? Senegalski obrońca Koulibaly odpadł razem z Zielińskim (Napoli), ale skrzydłowy Sadio Mané zasuwa z Liverpoolem jak opętany; kolumbijski napastnik Radamel Falcao odpadł razem z Glikiem, ale w 1/8 finału będzie dopingować Davinsona Sancheza z Tottenhamu, Jamesa Rodrígueza z Bayernu, Juana Cuadrado z Juventusu czy Luisa Muriela z Sevilli. Mocarstwowe nastroje proponowałbym jednak w sobie zdusić.

Liga Mistrzów, losowanie

22:39, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 grudnia 2017

Benevento, AC Milan

Była sobie piłkarska drużyna z Benevento, która przed tym sezonem nigdy nie grała we włoskiej Serie A; w tym sezonie oddała wszystkie 14 meczów; ustanowiła negatywny rekord czołowych lig w Europie, przelicytowując wyczyn Manchesteru United z międzywojnia (oberwał 12 razy z rzędu); przegrała nawet w Cagliari, gdzie w 94. minucie wyrównała z rzutu karnego; dała sobie wcisnąć decydującego gola w ostatnich sekundach meczu u siebie z lekkopółśmiesznym Sassuolo; nie tyle osiadła na dnie tabeli, ile leżała tam rozsmarowana na zero punktów, rechotała z niej cała Europa, jej istnienie służyło tylko naszej wrednej uciesze, tylko naszemu okrutnemu upodobaniu do szydzenia z cudzego nieszczęścia. Aż trafił jej się Milan. Rywal wymarzony, by zaproponować mu przekazanie roli pośmiewiska.

Krakałem od tygodni, że Benevento wystarczy cierpliwie poczekać na właśnie ten mecz, by wreszcie sobie pofiglować. I wykrakałem – zresztą jak klapę Włochów w eliminacjach mundialu, niewidzianą od 60 lat, tej jesieni doskonale sprawdzam się jako Kasandra. Ale nigdy w życiu nie wyobraziłbym sobie, że nieuniknione nadciągnie akurat tak: w 95. minucie, przy prowadzeniu 2:1, Milan pozwoli, by wysadził go w powietrze – golem wbitym głową – bramkarz.

Jako kibic zniosłem to dzielnie, nawet poczułem coś w rodzaju masochistycznej przyjemności, wolę historyczne sceny nie do zapomnienia niż przeżuwanie meczów jak papier ścierny, o smaku 0:0 z Genoą albo 0:0 z Torino. Najpierw jednak zesztywniałem, w żyłach zabulgotało, szczęka wysunęła się z zawiasów.

– Zamknąłem oczy i rzuciłem się do piłki jak bramkarz, nie jak napastnik – opowiadał bohater popołudnia Alberto Brignoli, przynajmniej przez weekend najsławniejszy przedstawiciel swojej profesji na kontynencie. Żeby jeszcze dodać historii pikanterii: w Benevento przebywa wypożyczony z Juventusu. I jeszcze: pierwszego gola dla gospodarzy strzelił George Puscas wypożyczony z mediolańskiego sąsiada Interu, a piłkarze tegoż Interu kilka chwil później roztańczyli się na San Siro wielobramkowo, kopali pięknie, obskoczyli Chievo na notę 5:0.

I wystrzelili na pozycję ligowego lidera. Ależ oni zachwycają!

Nie sugeruję, że fani Milanu przeżyli traumę ponad traumy, w końcu mówimy tu o plemieniu doświadczonym finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku – sam patrzyłem wtedy z bliska, rzężąc na trybunach, jak podróżują od 3:0 do przerwy, przez 3:3 w drugiej połowie, do kataklizmu w rzutach karnych. Benevento to był raczej bezprecedensowy obciach. Milan od dawna nie jest tortem, którym kibic się delektuje, ale dopiero teraz stał się tortem, którym kibic dostaje w twarz, żeby publika zachichrała się na śmierć. Gdy rzuciłem na Twitterze propozycję tytułu książki do wydania 10 lat po ostatnim triumfie w Champions League – „Od widowiska do pośmiewiska. Krótka historia Milanu 2007-2017” – podświadomie wyrażałem nadzieję, że wybryk w Benevento zamyka pewną epokę, że to idealna puenta wysokobudżetowego kina katastroficznego, wieżowiec już spłonął, Atlandyda zatonęła, asteroida zaraz dotknie powierzchni Ziemi, czas na napisy końcowe, teraz rozpocznie zupełnie inna fabuła, koniecznie heroiczna.

Marzenie ściętej głowy, jeszcze naoglądamy się zniszczeń. Mam nawet pomysł, jeśli Benevento go zrealizuje, dzisiejszy popis dodatkowo zyska na spektakularności: niech mianowicie Benevento, które przed remisem z Milanem przerżnęło 14 razy z rzędu, przerżnie teraz kolejne 14 meczów z rzędu.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 01 grudnia 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski, mś 2018, losowanie mundialu

Kiedy przemierzałem Japonię dzięki swojemu pierwszemu mundialowi przeżywanemu w roli korespondenta, fascynowało mnie wszystko, w sensie sportowym i pozasportowym, poza jednym wieczorem: w trakcie ćwierćfinału senegalsko-tureckiego konałem. Nie działo się nic, emocji było jak przy kiszeniu ogórków, pewnie bym się roztopił z nudów, gdyby nieopodal – w loży honorowej – nie wyprężały się senegalskie boginie, to było najwyższe stężenie kobiecego piękna, jakie widziałem w życiu. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi?

Nic nie poradzę – to moje pierwsze, zwierzęco odruchowe skojarzenie z reprezentacją kraju, o którym nie bardzo wiecie, gdzie leży. Nuda i zachwyt.

Z Japonią mam to podobnie. Nuda i zachwyt. Kraj chłonąłem rozanielony (podczas kilku wizyt zjeździłem wszystkie główne wyspy, odurzające doświadczenie), ale jej piłkarzom też zdarzyło się sprawić, że wyrywałem sobie włosy. Na innych mistrzostwach świata, w 2010 roku, wspólnie z Paragwajczykami postanowili ukatrupić mnie w 1/8 finału. Przeczołgali mnie przez bezbramkowe 120 minut, aż doczłapali do karnych. Pisałem wówczas do „Gazety”: „Przed takimi meczami mundialowy korespondent doświadczony dwoma turniejami czuje się jak skazaniec. Doskonale wie, jak będzie. W 2002 r. w Osace przeraźliwego gniota spłodzili Turcy z Senegalczykami w ćwierćfinale. W 2006 r. podobnie zagrali Szwajcarzy z Ukraińcami w 1/8 finału. Teraz do księgi mundialowych okropieństw weszli - niespiesznie i z przestraszonymi minami - Japończycy oraz Paragwajczycy. Gniota rodzą zawsze te same okoliczności. Piłkarze, którzy niewiele w życiu wygrali, pochodzący z krajów, których reprezentacje też niewiele wygrały, sprawiają niespodzianki, czasem nawet zyskują uznanie publiki spragnionej doznań estetycznych, aż docierają do etapu, do którego nie zaglądali w najodważniejszych snach. I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, że nie wytrzymają”.

Paradoks polega na tym, że dzisiaj, kiedy nasi piłkarze wylosowali Senegal i Japonię jako rywali w fazie grupowej mistrzostw świata, wpadłem w euforię niebezpiecznie bliską ekstazie. Nie ze względów sportowych – w tym sensie ruszamy w podróż w nieznane, o czym szerzej piszę tutaj, przypuszczając, że o zwycięstwa w Moskwie, Kazaniu i Wołgogradzie będzie potwornie trudno. Nie, rozpaliła mnie perspektywa wyprawy – mentalnej, żeby nabyć wiedzę – do krain tak bardzo odległych i obcych. Bo MŚ, oprócz bycia celem samym w sobie, od zawsze służą mi także za pretekst do podróży w nieznane.

Przyznałem się dzisiaj w tekście o mojej wymarzonej grupie, że przed losowaniem mundialu zawsze kombinuję jak skrajny egoista. Nie interesuje mnie interes drużyny, kibiców ani nawet - błagam o możliwie łagodny wymiar kary - narodu polskiego. Chcę tylko, żeby było interesująco. Albo sportowo, albo niesportowo. W wymarzonej grupie umieściłem nawet Senegal, jednego z trzech uczestników przyszłorocznego turnieju, z którym polscy piłkarze nie grali nigdy, nawet towarzysko.

Pozostałe życzenia się nie spełniły, ale i tak czuję pełną satysfakcję. Japonia? Moi ulubieni kosmici, mam na ich punkcie szmergla, sama frajda sprawdzać, co u nich słychać. Kolumbia? Kopaliśmy się z nimi tylko sparingowo, poza tym wystarczyło wyciągnąć ją w kulce, żeby się dowiedzieć od Radka Nawrota o istnieniu tamaryny białoczubej (te jajcary ze zdjęcia na górze, zaraz się będę zapoznawał, moja dziewczyna już zażądała adopcji jednego egzemplarza!). Czysta poezja, gdybym rządził światem, to bym zarządził, żeby mundial zaczynał się już, ależ jestem napalony na mundial, nie wiedziałem, że pół roku przed mundialem można się aż tak jarać mundialem, tę mundialową grupę wykroili chyba specjalnie dla mnie, co do milimetra pod moją mundialową szajbę, chyba zapominam wstawić w tym zdaniu kropkę, wypisuję te jęki mundialowego oszołoma w trakcie hiciora Napoli – Juve, nie umiem się na nim skupić, bo czekam na mundial, niech mnie zahibernują i wybudzą na mundial, niech ten mundial stanie się już.

Archiwum
Tagi