RSS
wtorek, 30 października 2018

José Mourinho nie jest oprawcą, bez przesady – on co najwyżej uwięził piłkarzy w złotej klatce. A Manchester United konsekwentnie poleruje wizerunek najbardziej klęskowego klubu w finansowej elicie futbolowej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 28 października 2018

El Clasico, Barcelona - Real Madryt

Kuszące: zawrzeć wszystko w postaci Julena Lopeteguiego. Ponatrząsać się z pajaca, co to w przededniu mundialu zdemontował reprezentację Hiszpanii, by uciec do Realu Madryt, który następnie również zdemontował. Trener mem. W swoim gatunku wybryk roku, może nawet dekady.

Byłaby to konkluzja na czasie, w rytmie wszechobecnego populizmu, który oferuje proste rozwiązania skomplikowanych problemów, równoważnikiem zdania potrafi objaśnić cały świat. Byłaby to jednak zarazem konkluzja kompletnie bez sensu.

Bo drużynę Realu opuścił madrycki goleador wszech czasów Cristiano Ronaldo, którego wielkość w pełni widać dopiero teraz, gdy zachwyca w Juventusie. Bo w tym samym momencie zrejterował Zinédine Zidane, jeden z trenerskich debiutantów wszech czasów. Bo nie wiadomo, czy po ubytkach tak fundamentalnych zapaści zapobiegłby jakikolwiek szkoleniowiec na świecie. Bo już ubiegłą jesień piłkarze królewskich mieli mocno niewyraźną – naznaczoną fatalną serią meczów u siebie, złożoną z ledwie uratowanego remisu z Valencią, urwanego punktu z Levante i porażki z Betisem. Bo już poprzedni sezon zakończyli z nędznymi 76 punktami – najmarniejszym dorobkiem od sezonu 2006/07. Bo nie tylko Zidane miał prawo poczuć wypalenie – niewykluczone, że on jeszcze przed finałem Ligi Mistrzów dostrzegał trend i wiedział, że jutra nie będzie. Bo wypada zauważyć, że w wielu przegranych meczach (jak te z CSKA Moskwa czy Alaves) madrytczycy wielokrotnie uderzali w słupek bądź poprzeczkę – prześladował ich pech, co prawdopodobnie wpłynęło na kolejne mecze, drużynę w tarapatach spychając w czarną rozpacz. Bo przybywa drobiazgów świadczących o tym, że w szatni coś pękło, coś się skończyło – Włosi wciąż upierają się, że Interowi Mediolan może się wkrótce udać przejęcie Luki Modricia; Marcelo ponoć rozważa dołączenie do Ronaldo w Turynie; Dani Carvajal głośno przyznaje się do marzeń o lidze angielskiej. Bo prezes Florentino Perez, niegdyś bezrefleksyjny zakupoholik, być może przedobrzył w drugą stronę – całkiem zrezygnował z wielkich, inspirujących transferów, aż Real zaczął kadrowo wyłącznie tracić.

Madrytu nie podpalił zatem Lopetegui. Pożar wywołał długi łańcuch decyzji i obiektywnych okoliczności, prawdopodobnie w sporej części nieuniknionych. Zdarza się. Mnie jednak intryguje, czy we współczesnym futbolu prawdziwy kryzys Realu Madryt jest jeszcze w ogóle możliwy. Na razie jego sytuacja wygląda, biorąc pod uwagę królewskie standardy, tragicznie – dziewiąte miejsce w lidze hiszpańskiej, punkcik uciułany w pięciu ostatnich kolejkach (najgorsza seria w całych rozgrywkach!), wstrząsający stosunek bramek 14:14, pięć goli przyjęte w El Clásico, wpadka w Lidze Mistrzów w fazie grupowej niespotykana co najmniej od dekady. Ale zaraz przyleci Antonio Conte lub inny trenerski guru, wstrzyknie w szatnię nową energię i idee, od czołówki wcale nie dzielą madrytczyków kilometry. Czy dzisiaj wciąż realne jest, by madrytczycy zlecieli, jak drzewiej bywało, z podium Primera Division? Czy kryzys zaistnieje, tylko gdy wmówimy sobie, że kryzys dla królewskiego klubu oznacza wszystko, co poniżej mistrzostwa kraju i półfinału Champions League?

Dzisiejsze El Clásico zapowiadano jako pierwsze od 2007 roku, w którym nie wystąpi ani Leo Messi, ani Ronaldo – przede wszystkim rozegrano je jednak w momencie, również niespotykanym od blisko dekady, gdy ani Barcelona, ani Real nie wydają się naturalnym faworytem Ligi Mistrzów. Kanon estetyczny wyznacza dzisiaj Manchester City, kolosalne możliwości zdradza Juve, wróciła moda na liverpoolskie „You’ll Never Walk Alone”… Na starcie sezonu bukmacherzy nie wynosili już na europejski szczyt uczestników El Clásico, które straciło rząd dusz. Straciło, choć władzę miało olbrzymią – Barcelona bądź Real wygrały 7 z 10 ostatnich edycji Ligi Mistrzów, a jeśli akurat nie wygrywały, to zaglądały do półfinału.

Teraz Madryt płonie, natomiast siłę Katalończyków trudno oszacować – niedzielny hit nie pomoże, skoro gospodarze trafili gości pogrążonych w beznadziei i zwłaszcza w końcówce rozluźnieni unosili się już nad murawą. Dlatego widowisko znów więcej niż usatysfakcjonowało. Wygląda na to, że El Clásico wciąż się trzyma, oferuje doznania wyjątkowe, gwarantuje rozrywkę na absolutnie najwyższym poziomie sportowym. Upada niekiedy Barcelona i upada Real Madryt, ale już się nie zdarza, by runęły oba kolosy.

wtorek, 23 października 2018

 Jasnowidz roku

Zaczyna mi brakować języka w gębie. Na klawiaturze zresztą też. Bo znów przybyło dowodów, że najbardziej oświeceni uczestnicy konkursu na jasnowidza roku nie zgadują ani nie typują, lecz zwyczajnie widzą przyszłość.

W 2014 roku triumfował neergeecorg, więc obwołałem go Profesorem X wśród jasnowidzów – jako pierwszy bowiem wygrał po raz drugi. W ubiegłym roku objawił się kolejny wirtuoz jasnowdza – czytelnik o nicku black_spider, który powtórzył sukces z roku 2015. Aż nastał rok 2018, jeszcze bardziej historyczny niż poprzednie – Jego Nostramadusowatość neergeecorg zatriumfował po raz trzeci! Szczerze wyznam, napełnia mnie to niemal lękiem. Na uspokojenie tłumaczę sobie, że zdolności jasnowidzenia nabiera się pod wpływem lektury bloga „A jednak się kręci”.

Tyle samo punktów zdobył yarhen i wygrał ex aequo, ale to Neergeecorg wystrzelił na pozycję lidera rankingu wszech czasów, wyprzedzając wspomnianego Czarnego Pająka oraz laureatów pojedynczych, właścicieli nicki678, michal.uszpulewicz, szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now. Jest Realem Madryt wśród jasnowidzów. Multimedalistę aż głupio pytać ponownie, ale muszę obu triumfatorów: zanim zamówię nagrody, czyli koszulki Realu Madryt, potrzebuję informacji (rafal.stec@agora.pl), jakie mają mieć rozmiary i pod jakie adres je posłać. Serdeczne gratulacje!

19:46, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 21 października 2018

45 lat minęło od jednego z najważniejszych wydarzeń w historii Polski XX wieku, które nieodwracalnie zatruło nasze umysły. Za jego skutki - ciągnące się przez bitą dekadę - słono płacimy do dzisiaj. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

PS Przypominam, że w kolejnej edycji „Jasnowidza roku” można wziąć udział tylko do godz. 17.34 we wtorek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

czwartek, 18 października 2018

 Jasnowidz roku

Trwają urodziny bloga – o godz. 15.50 minęło dokładnie 11 lat od opublikowania inauguracyjnej notki, niniejsza ma numer 2508 – więc jak zwykle czuję zazdrość. Wy chlapiecie się w szampanie, odstawiacie dzikie tańce i ekstatycznie dziękujecie Wielkiemu Manitou, że żyjecie w epoce istnienia „A jednak się kręci”, a ja znów musiałem się naharować, coby obmyślić pytanie do kolejnej edycji kultowego konkursu (przypominam, że trwa rozstrzyganie wydanie ubiegłorocznego).

Zasady stali czytelnicy i uczestnicy znają, przypadkowym i gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy istnienia „A jednak się kręci” zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” i nagrodzony historyczną koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów. Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie użył matematyki nieklasycznej.

Odpowiedzi przyjmuję do godz. 17.34 we wtorek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2019 roku:

1) reprezentacja Polski awansuje do Euro 2020?

2) mistrzostwo kraju zdobędzie Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Sebastian Szymański wciąż będzie grał w Legii?

6) Ricardo Sá Pinto wciąż będzie prowadził Legię?

7) polski piłkarz będzie w czołowej trójce klasyfikacji strzelców na zakończenie sezonu tzw. ekstraklasy?

8) do tzw. ekstraklasy awansuje kolejny klub z miasta liczącego mniej niż 50 tys. mieszkańców?

9) Zagłębie Sosnowiec utrzyma się w tzw. ekstraklasie?

10) Karol Linetty strzeli swojego drugiego gola w reprezentacji?

11) Thiago Cionek zagra kolejny (21.) mecz w polskiej kadrze?

12) Wojciech Szczęsny rozegra w eliminacjach Euro 2020 więcej meczów niż Łukasz Fabiański?

13) Robert Lewandowski (101 meczów) w rankingu piłkarzy z największą liczbą występów w reprezentacji Polski doścignie obecnego lidera Jakuba Błaszczykowskiego (104 mecze)?

14) Jerzy Brzęczek wciąż będzie trenerem reprezentacji Polski?

15) reprezentacja Polski wróci do czołowej „15” rankingu FIFA?

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

17) Luka Modrić nadal będzie grał w Realu Madryt?

18) Ernesto Valverde nadal będzie trenerem Barcelony?

19) Clarence Seedorf nadal będzie prowadził reprezentację Kamerunu?

20) Massimiliano Allegri nadal będzie prowadził Juventus?

21) Bartosz Bereszyński nadal będzie piłkarzem Sampdorii?

22) Robert Lewandowski nadal będzie grał Bayernie?

23) Thierry Henry nadal będzie trenerem AS Monaco?

24) Diego Simeone nadal będzie trenerem Atlético Madryt?

25) Arkadiusz Reca zagra w przynajmniej siedmiu meczach Serie A?

26) Kamil Grosicki wciąż będzie grał w klubie z drugiej ligi angielskiej (Championship)?

27) Robert Lewandowski (183 gole) doścignie Manfreda Burgsmüllera (213 goli) i awansuje na czwarte miejsce w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii Bundesligi?

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii?

29) Krzysztof Piątek zostanie królem lub wicekrólem strzelców ligi włoskiej?

30) Krzysztof Piątek zdobędzie bramkę w europejskich pucharach?

31) Arsenal awansuje do Ligi Mistrzów?

32) Gruzja lub Kosowo awansuje na Euro 2020?

33) reprezentacja San Marino strzeli przynajmniej jednego gola?

34) Paris Saint-Germain, które w swoim rekordowym sezonie ligi francuskiej uzbierało 96 punktów, zdobędzie ich więcej niż 100?

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy?

38) Kylian Mbappé będzie w czołowej trójce plebiscytu Złota Piłka?

39) Madagaskar wyjdzie z grupy na Pucharze Narodów Afryki?

40) Brazylia zagra w finale Copa América?

41) Katar zdobędzie punkt na Copa América?

42) Leo Messi zostanie królem lub wicekrólem strzelców Copa América?

43) Polacy wyjdą z grupy na rozgrywanym u nas mundialu do lat 20?

44) mundial do lat 20 wygra drużyna z Europy?

45) Jan Krzysztof Duda (22. miejsce) awansuje do czołowej „15” światowego rankingu szachistów?

46) Polscy siatkarze zdobędą złoto lub srebro mistrzostw Europy?

47) Polak dojedzie na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana?

48) Iga Świątek wygra mecz w turnieju głównym Australian Open, Roland Garros, Wimbledonu lub US Open?

49) Agnieszka Radwańska będzie wciąż najwyżej sklasyfikowaną Polką w rankingu WTA?

50) „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego zdobędzie Oscara?

PS Jeszcze raz przypominam uczestnikom poprzedniej edycji: policzcie punkty, żebyście nie przegapili, że przegraliście.

17:48, rafal.stec
Link Komentarze (110) »
środa, 17 października 2018

 Jasnowidz roku, przyszłość

Wielkie rocznice i wydarzenia historyczne chodzą parami, więc po dzisiejszym świętowaniu 45-lecia remisu na Wembley nastąpi jutrzejsze świętowanie równie doniosłe, 11. urodziny będzie mianowicie obchodził blog „A jednak się kręci”. Radujcie się i świętujcie do upadłego, niech wam kielich nigdy nie wysycha, jako jubilat nie życzę sobie, by ktokolwiek chował się za niskim pressingiem. Dozwolone są tylko przerwy na złożenie życzeń waszemu ulubionemu blogerowi.

A skoro celebrujemy, musimy rozstrzygnąć kultowy konkurs na „Jasnowidza roku” i ogłosić edycję następną. Kto nie czai, o co cały jest ambaras, niech kliknie po wiedzę np. tutaj, tutaj i tutaj (inauguracyjne edycje, łza tak się kręci, że mam w oku karambol), by wystartować w najnowszej odsłonie rywalizacji. I powalczyć o koszulkę przyszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów.

Nowe pytania ogłoszę w świąteczny czwartek, ale najpierw trzeba wyłonić najnowszego Jasnowidza, czyli zwycięzcę dziesiątej edycji naszej arcypoważnej zabawy. Zgodnie z umową każdy uczestnik musi samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i pochwalić się ich liczbą na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie mnożył punktów tam, gdzie należy je dzielić. A w przypadku remisu zarządzę dogrywkę – już ekspresową. Na wasze wyniki czekam do 23.45 w sobotę, 20 października (kto nie zdąży, odpada), ale byłbym wdzięczny, gdybyście wrzucali je już teraz, łatwiej będzie mi zaplanować ewentualną dogrywkę - zorganizujemy ją już na forum. Niżej poprawne odpowiedzi.

Czy do 18 października 2018 roku:

1) Sandecja skończy sezon tzw. ekstraklasy w górnej połowie tabeli? NIE

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa? TAK

3) polski klub awansuje do Champions League? NIE

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej? NIE

5) Michał Pazdan wciąż będzie grał w Legii? TAK

6) Romeo Jozak wciąż będzie prowadził Legię? NIE

7) polski piłkarz będzie w czołowej trójce rankingu strzelców tzw. ekstraklasy? TAK

8) do tzw. ekstraklasy awansuje kolejny klub z miasta liczącego mniej niż 50 tys. mieszkańców? NIE

9) reprezentacja Polski awansuje do ćwierćfinału mundialu? NIE

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola? TAK

11) Damian Kądzior zagra w polskiej kadrze więcej niż raz? NIE

12) Wojciech Szczęsny rozegra na MŚ w Rosji więcej meczów niż Łukasz Fabiański? TAK

13) Jakub Błaszczykowski (95 meczów) będzie miał więcej występów w reprezentacji Polski niż obecny rekordzista Michał Żewłakow (102)? TAK

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA? NIE

15) Polski klub strzeli gola w fazie grupowej Ligi Mistrzów? NIE

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”? TAK

17) Zinedine Zidane nadal będzie prowadził Real Madryt? NIE

18) Ernesto Valverde nadal będzie trenerem Barcelony? TAK

19) Franciszek Smuda nadal będzie prowadził Widzew? NIE

20) Massimiliano Allegri nadal będzie prowadził Juventus? TAK

21) Arkadiusz Milik nadal będzie piłkarzem Napoli? TAK

22) Robert Lewandowski nadal będzie grał w Bayernie? TAK

23) Pierre-Emerick Aubameyang nadal będzie grał w Bundeslidze? NIE

24) Simone Zaza nadal będzie grał w Valencii? NIE

25) Krystian Bielik zagra w oficjalnym, nietowarzyskim meczu Arsenalu? NIE

26) Klub z polskim piłkarzem w kadrze spadnie z włoskiej Serie A? NIE

27) Robert Lewandowski (160 goli) prześcignie Ulfa Kirstena (182 gole) i awansuje na szóste miejsce w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii Bundesligi? TAK

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii? TAK

29) Grzegorz Krychowiak rozegra mecz w europejskich pucharach? TAK

30) Zlatan Ibrahimovic strzeli gola w europejskich pucharach? NIE

31) Arsenal awansuje do europejskich pucharów? TAK

32) zespół z Kosowa przejdzie rundę eliminacji europejskich pucharów? TAK

33) reprezentacja Gibraltaru wygra choć jeden mecz? TAK

34) Paris Saint-Germain pobije swój rekord i zdobędzie więcej niż 96 punktów w lidze francuskiej? NIE

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów? TAK

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy? NIE

38) Kylian Mbappé będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? TAK

39) Neymar (52 goli) doścignie Ronaldo (62) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii? NIE

40) mundial wygra drużyna spoza Europy? NIE

41) afrykańska drużyna awansuje do ćwierćfinału MŚ? NIE

42) Islandia wyjdzie z grupy na mundialu? NIE

43) Panama strzeli na mundialu gola? TAK

44) Leo Messi zostanie królem lub wicekrólem strzelców MŚ? NIE

45) reprezentacja Polski utrzyma się w czołowej „15” rankingu FIFA? NIE

46) Polska awansuje na mistrzostwa Europy U-17 albo U-19? NIE

47) Polak dojedzie na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana? NIE

48) Polska zdobędzie złoto lub srebro na zimowych igrzyskach olimpijskich? TAK

49) Serena Williams zagra w finale turnieju wielkoszlemowego? TAK

50) Tomasz Hajto publicznie wyjaśni, dlaczego zablokował na Twitterze autora bloga „A jednak się kręci”, i publicznie go za to na tym portalu społecznościowym przeprosi? NIE

21:49, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
poniedziałek, 15 października 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Jerzy Brzęczek

Jerzy Brzęczek wystartował w roli selekcjonera niemal identycznie jak Adam Nawałka. Wysłuchuje krytyki niemal identycznej jak poprzednik. Nie widzimy nadziei na lepsze jutro – identycznie jak na tym samym etapie pracy poprzednika.

Co oczywiście nie oznacza, że obecny trener reprezentacji Polski kiedykolwiek doścignie Nawałkę, który w latach 2014-16 inspirował podwładnych do osiągania wyników na granicy lub momentami ponad granicę ich możliwości.

Ale najpierw bardziej odległa analogia. Wśród zatrzęsienia oskarżycielskich porównań polskich piłkarzy, którzy nie umieją, do siatkarzy, którzy wygrywają mundial za mundialem, znalazłem bowiem m.in. wysławianie Vitala Heynena (polecam długi wywiad) jako wzór trenera poszukującego – przeciwstawianego konserwatyzmowi naszego futbolu. Od razu zdawało mi się mylne, ponieważ Belg spędził z drużyną kilka miesięcy, do upadłego manipulował składem w bezliku meczów mniejszej rangi, w trakcie gry może dokonywać zmiany za zmianą, w razie konieczności wraca do zawodników odwołanych z boiska.

O jego komforcie przypomniałem sobie w czwartkowy wieczór, patrząc z trybun Stadionu Śląskiego, jak nasi piłkarze niezdarnie próbują opierać się Portugalii – choć przegrali minimalnie 2:3, to „zasłużyli” raczej na 1:5, różnicę w umiejętnościach ujrzeliśmy gigantyczną. I w niedzielę, gdy również powinni oberwać od Włochów znacznie mocniej niż 0:1. Oba mecze uzmysłowiły też, że Brzęczek konstruuje przyszłość w okolicznościach mniej sprzyjających nie tylko od Heynena, ale i Nawałki.

W czwartek lubiłem zestawienie linii pomocy i ataku reprezentacji, tylko jednym nazwiskiem różniło się od tego, jakie uważałem za maksymalnie wykorzystujące aktualny potencjał, przynajmniej w teorii: z Mateuszem Klichem, Grzegorzem Krychowiakiem i Karolem Linettym w środku pola, z operującym przed nimi Piotrem Zielińskim, z duetem napastników Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem (ewentualnie Arkadiuszem Milikiem). Upchnęlibyśmy wtedy na boisku wszystko, co mamy najlepszego, unikając zarazem zaciągania na boisko słabujących skrzydłowych. W wersji Brzęczka moja wizja została delikatnie skorygowana, Linettego zastąpił mianowicie Rafał Kurzawa (kopie piłkę z rzutów wolnych i rożnych z bezcenną precyzją, zresztą dał asystę przy golu). Skutki zobaczyliśmy oczekiwane: selekcjoner zarządził zbyt radykalną taktyczną woltę, by drużyna mogła działać bez zarzutu. Flankami atakują Polacy od zawsze, od wielu lat nie zdarzył się mecz, w którym zrezygnowalibyśmy ze skrzydłowych. Wielu znawców twierdzi wręcz, że to taktyka wroga DNA nadwiślańskich piłkarzy, zresztą jeden z kadrowiczów po meczu z Portugalią rzucił off the record, że nie bardzo wiedział, jak się poruszać.

Nic dziwnego, skoro czwartkową godzinę próby – zupełnie nowy kształt drużyny plus mistrz Europy w roli rywala – poprzedziły ledwie trzy dni treningowe. Poniedziałek, wtorek i środa. Co więcej, wszystkim zarządzał zupełnie nowy trener, który wcześniej przed nieznajomymi piłkarzami stanął twarzą w twarz ledwie raz, na inauguracyjnym zgrupowaniu we wrześniu.

Jeszcze mniej zaskakująco przebiegał mecz niedzielny, gdy zawieszenia za kartki (Klich) i kontuzje (Krychowiak) skłoniły selekcjonera – wcześniej dostał jeszcze jeden dzień treningowy – do obsadzenia środka pola ludźmi o mikroskopijnym doświadczeniu reprezentacyjnym i niekreatywnych. A Linetty, Jacek Góralski i Damian Szymański stanęli naprzeciw wspaniale dysponowanym Marco Verrattiemu i Jorginho, czyli mózgom Paris Saint-Germain i Chelsea. I z piłką mieli kontakt zasadniczo wyłącznie wzrokowy, zwłaszcza że Włosi zdobyli się na najlepszy mecz od co najmniej od kilkunastu miesięcy.

Na specyficzne warunki pracy selekcjonerów drużyn narodowych zwracamy uwagę już odruchowo, od wielu lat, a teraz znów się pogorszyły, ponieważ z kalendarza wykreślono niemal wszystkie sparingi – w 2019 roku Polacy nie rozegrają żadnego. Wszystko dla nowo powstałej Ligi Narodów, którą niby postanowiliśmy traktować towarzysko, ale sami wiecie, jak jest. Za mecze rozdają punkty, sporządza się tabelę, można awansować, można spaść etc. Nie wypłuczemy z tego realnej rywalizacji, to byłoby wbrew naturze sportu, zresztą wyniki wpływają na rozstawienie przed losowaniem eliminacji Euro 2020. Dlatego niechętnie traktujemy porażki z Portugalią i Włochami jak normalne gierki ćwiczebne, dlatego po degradacji do dywizji B (przepraszam za tę „dywizję”, w kwestii terminologicznej czuję się w Lidze Narodów bezradny jak Jędrzejczyk przy Bernardo Silvie) zrezygnowani wzdychamy, że nasi znów zlecieli tam, gdzie ich miejsce, czyli daleko od europejskiej czołówki. Brzęczek usłyszał od szefa (czyli prezesa PZPN), że tej jesieni gramy towarzysko, a przecież każdy wie, że wcale nie, że za nami najbardziej niesparingowe sparingi w dziejach. Tymczasem żeby w obecnych okolicznościach – eksperymentujemy, wymyślamy reprezentację na nowo – udało się nie przegrać z Portugalią, musiałaby spłynąć na naszych piłkarzy fura szczęścia. Nie spłynęła, więc wynik wreszcie odzwierciedla różnicę między obiema nacjami. Od kilkunastu lat z tym rywalem przynajmniej remisowaliśmy, choć bardziej logicznie wyglądałaby raczej seria porażek. Za każdym razem Portugalczycy uchodzili za faworytów, za każdym razem Polacy osiągali więcej, niż przypuszczał ktokolwiek zorientowany w temacie.

Włosi wyglądali ostatnio inaczej. Fatalnie. Sami nie uważali siebie za faworytów, załamani popisami selekcjonerów i piłkarzy, którzy dotąd dawali z siebie w kadrze narodowej – według szacunków Roberto Manciniego sprzed tygodnia – ledwie 70 proc. Aż wreszcie ożyli, wybiegli na boisko potwornie zdeterminowani, zagrali na miarę możliwości wspomnianych Verrattiego, Jorginho, a także Chielliniego, Bonucciego, Insigne czy Bernardeschiego (ile byśmy oddali za pół takiego skrzydłowego!). I zdominowali Polskę totalnie.

Jerzy Brzęczek pokombinował zatem ze składem oraz taktyką, pozaciągał do kadry graczy ze swojej Wisły Płock, a wyniki osiągnął marne – dwa remisy, dwie porażki. Zaczął identycznie jak Adam Nawałka, który tasował nazwiskami jeszcze intensywniej i sięgał do zasobów kadrowych jeszcze głębiej, sprawdzał zawodników ze swojego Górnika Zabrze, wyruszył w podróż do Euro 2016 przez 0:2 ze Słowacją, 0:0 z Irlandią, 0:1 ze Szkocją i 0:0 z Niemcami (pomijam opędzone rezerwami z tzw. ekstraklasy zimowe zgrupowanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich). Taki sam bilans, choć bez strzelonego gola.

Aktualnie selekcjoner działa w mniejszym komforcie niż poprzedni, ponieważ eksperymentuje nie w prawdziwych, lecz w rzekomych sparingach. I przeciwników napotkał nieporównywalnie silniejszych, więc testowani ligowcy z Płocka zderzyli się z rzeczywistością bardziej przyjazną niż ligowcy z Zabrza – zanim powstała Liga Narodów, seria gier z drużynami klasy Portugalii i Włoch była możliwa właściwie tylko na mistrzostwach Europy lub świata.

poniedziałek, 08 października 2018

Właściwie to zaskakujące, że akcja #metoo sięgnęła piłki nożnej dopiero teraz. Ale gdy już sięgnęła, to uderzyła mocno, w celebrytę kolosa - jak Harvey Weinstein czy Kevin Spacey. I wygląda na to, że będzie się działo, nie mamy tu raczej do czynienia z dętą opowiastką, mamy do czynienia ze sprawą porządnie udokumentowaną. Mój coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

piątek, 05 października 2018

Drodzy rodacy, którzy kochacie wykorzystywać sukcesy polskich sportowców niepiłkarzy, by dokopać polskim piłkarzom – że wstrętne przepłacane nieroby – mam dla was wspaniałą wiadomość. Otóż nie zdążyliśmy się jeszcze oswoić z obronionym złotem mundialu przez siatkarzy, a już fenomenalny wynik na swoim mundialu odnieśli szachiści. Nie trzeba nawet rozpylać bzdur o finansowych premiach dla zawodników (krążyło ich w ostatnich dniach mnóstwo, to zaraza nie do zatrzymania), bo z grubsza wiadomo, że PZSzach nie może konkurować nie tylko z PZPN, ale i PZPS. Gdyby nawet Jan Krzysztof Duda, Radosław Wojtaszek, Kacper Piorun, Jacek Tomczak oraz Kamil Dragun wzięli złoto zakończonej właśnie w gruzińskim Batumi olimpiady szachowej, to jeszcze długo nie pożyją jak czołowi bohaterowie naszego futbolu, którzy „niczego nie osiągnęli”.

Szachiści nie wygłówkowali medalu w żadnym kolorze, zajęli czwarte miejsce. Cenniejsze od wszystkich czwartych miejsc, jakie zdołacie sobie w sporcie wyobrazić – a zarazem szczególnie gorzkie.

To najlepszy polski wynik od 1939 roku, gdy w Buenos Aires na srebrno wystrojona została drużyna na czele z Mieczysławem Najdorfem i Ksawerym Tartakowerem – nazwiska magiczne, najsłynniejsi obok Akiby Rubinsteina arcymistrzowie współtworzący złotą erę naszych szachów, udekorowaną przed wojną na aż sześciu olimpiadach. Ze złotym szczytem w 1930 roku. Jednak nie perspektywa historyczna czyni dokonanie obecnej reprezentacji nadzwyczajnym, lecz styl, okoliczności oraz pozycja, z jakiej przystępowali do rywalizacji.

Primo, musieli zmierzyć się ze wszystkimi naczelnymi potęgami, co do jednej – stanowiącymi czołowy kwintet USA, Rosją, Chinami, Azerbejdżanem, Indiami – w meczach o fundamentalnym znaczeniu dla tabeli. Secundo, minimalnie przegrali nie tyle brąz, ile złoto, o czym za chwilę. Tertio, dla zobrazowania skali wywołanej przez Polaków sensacji nie wystarczy powiedzieć, że średni ranking zawodników dawał im ledwie 11. miejsce w globalnej hierarchii – przeciętną może wszak zafałszować jeden gracz mocno odstający na plus lub minus. Istotniejsze, jaki w poszczególnych meczach był układ sił na poszczególnych szachownicach.

A działo się tak, że w zwycięskich (Rosja, USA) lub zremisowanych (Azerbejdżan, Indie) szlagierach każdy (!) z czterech Polaków grał z przeciwnikiem wyżej sklasyfikowanym, w wielu przypadkach zdecydowanie wyżej. Mimo to nie oddali żadnej partii. Bili się z imponującą determinacją, wychodzili cało z poważnych opresji. Jan Krzysztof Duda – nasz geniusz z rocznika 1998, główny kandydat na gwiazdę rozpoznawalną poza niszą koneserów – zderzył się ze wszystkimi kolosami, wyjąwszy nieobecnego mistrza świata Magnusa Carlsena. W pierwszym tygodniu zremisował Siergiejem Kariakinem (relacjonowałem tutaj jego bój z Norwegiem o globalny prymat), by olimpiadę zwieńczyć morderczą serią – w poniedziałek z Azerem Şəhriyarem Məmmədyarovem (3. na świecie), we wtorek z Ormianinem Levonem Aronianem (5.), w środę z włoskim Amerykaninem Fabiano Caruaną (2., kolejny pretendent, z Carlsenem zagra w listopadzie), w czwartek z Chińczykiem Lirenem Dingiem (4.), wreszcie w piątek z pomnikowym Hindusem Visvanathanem Anandem. Nie dał rady tylko przedostatniemu. A niepokonani Kacper Piorun i Jacek Tomczak (pokonał Władymira Kramnika) wypadli nawet lepiej, rzucając wyzwanie rywalom o teoretycznie jeszcze większej przewadze.

Jeśli zatem wartościować występ sportowca – i to, jak był przygotowany do konkretnej imprezy – według możliwości, jakie przypisywało mu się przed startem, Polacy pograli rewelacyjnie. Idealnie wybrali moment, by zbiorowo spróbować się zbliżyć do perfekcji. I od wybicia się na niebotyczny poziom dzieliło ich mniej niż się pozornie zdaje, gdy spojrzeć na pozycję w tabeli bez wnikania w szczegóły.

Nasi szachiści najdłużej bowiem byli niepokonani. Porażka zdarzyła im się jedna, podobnie jak wszystkim medalistom – z Chin, USA i Rosji. Wreszcie najważniejsze – w ostatniej rundzie wszyscy czterej Polacy zremisowali z rywalami z Indii, a gdyby choć jedną partię wygrali, nie wzięliby brązu, lecz złoto (po punktach decyduje współczynnik w kolumnie TB2 we wklejonej pod notką tabeli, tzw. system Sonneberga-Bergera). Byli tyci-tyci od szczytu, choć oczywiście w szachach nawet jedną wygraną od remisu dzieli sporo.

Emocjonujący finisz przywiódł mnie z powrotem do siatkarzy, stąd pierwszy akapit. Oni rozegrali niemal identyczny turniej jesienią 2015 roku, jeszcze pod trenerem Stéphane’em Antigą – w Pucharze Świata, w którym też każdy tłucze się z każdym, nie istnieje droga na skróty. Pruli wówczas od zwycięstwa do zwycięstwa, w oszałamiającym stylu rozprawili się z USA, do ostatniej kolejki trzymali pozycję lidera. I wtedy ulegli Włochom, co zepchnęło ich na trzecie miejsce – potwornie gorzkie, tylko srebro i złoto premiowano awansem. Michał Kubiak nazwał zdobyty wówcza brąz medalem z buraka.

W kraju tamten wynik również przyjęto jako niepowodzenie, choć Polacy grali znakomicie, wszyscy na podium mieli po ledwie jednej porażce, o kolejności przesądziły sety. Czyli drobiazgi. Jak teraz w przypadku szachistów, którym jednak przynajmniej nikt nie wytknie, że zawalili. Oberwaliby co najwyżej piłkarze – gdyby oczywiście tłumy wiedziały i pojmowały, jak wielkie rzeczy działy się w Batumi.

Olimpiada szachowa 2018, Batumi

Tagi: szachy
19:35, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
czwartek, 04 października 2018

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

W piątkowe popołudnie w Turynie zepsuł się tramwaj. Linii numer 4, na Corso Filippo Turati. Wysiadłem i dwa kilometry do hali, w której mieli grać na siatkarskim mundialu Brazylijczycy z Amerykanami oraz Polacy z Włochami, pokonałem pieszo. Przez całe dwa kilometry byłem wredny.

Szedłem z czterema nastoletnimi, przygodnie spotkanymi Włoszkami – fankami siatkówki – którym z bezlitosną złośliwością wykładałem, dlaczego ich drużyny nikt nie lubi. Opowiadałem, jak gospodarze kombinują albo bezczelnie oszukują, by zaciągnąć swoich na podium. Jak sobie dobrali rywali w I rundzie, jak sfingowali losowanie grup II rundy i inne takie. Najpierw się dziwiły, potem były zszokowane, aż wreszcie przestały mi wierzyć, więc przedstawiłem dowody. Działałem poirytowany i zdegustowany – nie z powodu awarii tramwaju, bo spacerowało się przyjemnie, lecz z powodu regulaminowych idiotyzmów i krętactw, które zatruwały mistrzostwa. Pisałem o nich kilkakrotnie, w gazecie oraz na blogu (jeszcze tutaj) ale włoskie media niczego nie zauważały, więc kibicki nie miały zielonego pojęcia, że dzieje się skandal. Interesowało je, czy Juantorena porządnie odbierze serwis, Giannelli precyzyjnie wystawi, Zaytsev skutecznie zbije. W kwestie pozaboiskowe nie wnikały.

Kiedy się rozstaliśmy, zobaczyłem, jak rezerwowi Brazylii rozbijają 3:0 rezerwowych USA (kazali środkowemu przyjmować zagrywkę...), a Polacy po objęciu gwarantującego awans do strefy medalowej prowadzenia 1:0 również wypuszczają na boisko rezerwy i przegrywają 2:3 z Italią. Z ośmiu piątkowych setów zaledwie jeden (!) był normalny, tylko w jednym obu stronom zależało na zwycięstwie – w przededniu półfinałów! Wyobrażacie sobie, że na futbolowym mundialu ćwierćfinały odbębnia się byle jak i byle kim, bo nikt lub prawie nikt nie potrzebuje już wygrać?!

Miałem się wtedy ambiwalentnie, po jaźni krążyła zarówno satysfakcja z imponującej serii naszych siatkarzy, którzy w rozstrzygających meczach z Serbią oraz Włochami wygrali siedem setów z rzędu, jak wstręt do całego turnieju. Właściwie wszystko, od samiutkiego początku, było w nim złe lub fatalne – sztuczne rozciągnięcie w czasie na początku (w pierwszej rundzie zawodnicy się zwyczajnie nudzili) i nagłe przyspieszenie w końcówce (ostatnie cztery mecze Polaków w cztery dni); nagromadzenie uczestników beznadziejnie słabych (osławione 25:6 Rosji z Tunezji, rekordowa różnica w historii) i przez to beznadziejnie nudnych spotkań (choćby odpstryknięcie przez naszych zespołu Portoryka); wspomniane uprzywilejowanie gospodarzy i natłok meczów pozbawionych stawki, dla obu lub jednego z przeciwników; korekty w interpretacji przepisów gry w trakcie rywalizacji. Nie chce mi się znów wyliczać wszystkich drobnych niedoróbek oraz grubych zwyrodnień, w każdym razie uważałem, że trwa najgorsza sportowa w impreza, z jaką się w życiu zetknąłem. Siatkówka od lat patologiami stała, teraz została przekroczona masa krytyczna. Nie wiedziałem jeszcze, że nazajutrz Bartosz Kurek i spółka ocalą wszystko dzięki swojej klasie, słuchałem za to i czytałem, jak kibice (zwłaszcza kibice innych sportów) z turnieju okrutnie szydzą albo pogardliwie kręcą bekę, używali sobie całkiem słusznie, ten mundial zasłużenie stał się pośmiewiskiem.

Pardon, siatkówka zasłużenie stała się pośmiewiskiem.

Najgorsze, że za kulisami – tam, gdzie nie sięga wzrok kibica wpatrzonego w ekran lub nawet siedzącego na trybunach – wcale nie wrzało. Właściwie wszyscy zgodnie się zgadzali, że dyscyplina „poważnie choruje”, „ma problem” lub wręcz „dotknęła dna”, ale zaraz dodawali, że nic nie da się zrobić. Albo przywykli i zobojętnieli, albo nie wyrywają się do srania we własne gniazdo, albo nie wierzą w jakiekolwiek próby interwencji. Zresztą nawet nie zawsze wiadomo, kto odpowiada za najgłupsze pomysły i najgorsze szachrajstwa, ponieważ działacze FIVB szkodzą schowani. I jeszcze te dołujące reakcje zagadniętych Włochów, którzy zamiast czuć obciach, wzruszają ramionami...

Zanim Polacy wystrzelili ponad wszystkich – w finale zlali Brazylię prawie tak, jak ona zlała ich w 2006 roku, w szczycie swej potęgi wzniesionej przez Bernardo Rezende – zamierzałem na podsumowanie mistrzostw opublikować niniejszy tekst w gazecie, utrzymując go w tonie nekrologu. Zacząłem pisać w nocy z piątku na sobotę, mając świeżo w pamięci scenki ze spaceru do hali Pala Alpitour. Potem uległem nastrojowi, czysty sport znów stał się najważniejszy, nasi siatkarze obrali zbyt efektowną trajektorię swego lotu po złoto, bym zasmradzał wszystkim fetowanie oszałamiającego sukcesu. Wstrzymałem się, ale rzecz siedzi we mnie głęboko, uczciwość nakazuje gęgać.

Dlatego jako intelektualne ćwiczenie proponuję alternatywną historię mundialu. Historię mniej radosną – zakończoną czwartym miejscem. Zmodyfikujmy nieco rzeczywistość i wyobraźmy sobie, że ostatnie rozdziały wyglądają tak:

1) Polacy ulegają 2:3 Argentynie, która nie ma już nic do wygrania, do II rundy telepie się ciągana przez kuriozalny regulamin (tak było).

2) Polacy obrywają 1:3 od Francji (tak było).

3) Polacy niszczą Serbię do zera, ale trochę uwiera nas świadomość, że rywale wyszli na boisko kompletnie zrelaksowani, awansowali wcześniej (tak było).

4) Polacy znów odprawiają Serbię 3:0, ale po pierwszym, wyrównanym secie, przeciwnicy ponownie grają już uspokojeni, właściwie awansowali do półfinału (tak było). I siatkarze z niejakim rozgoryczeniem ironizują w rozmowach z dziennikarzami, że „wszyscy im się podkładają” – ich irytacja jest zrozumiała, ale również internetowe insynuacje kibiców są zrozumiałe, skoro organizatorzy turnieju sami zakwestionowali powagę tylu meczów (tak było).

5) Polacy ulegają Włochom 2:3, ale po urwaniu im jednego seta odfajkowują resztę wieczoru rezerwami (tak było).

6) Polacy przegrywają w półfinale tie-breaka i cały mecz 2:3 z USA (tu pierwsza zmiana w stosunku do faktów, odwracamy wynik decydującego seta), nazajutrz czeka ich bój nie o złoto, lecz o brąz.

7) Polacy tym razem nie wytrzymują serbskiego naporu. Nic zresztą zaskakującego, jak wygrywać seryjnie przy wyrównanych siłach w czołówce?

Zastrzegam: niczego nikomu nie odbieram, drużyna Vitala Heynena zatriumfowała całkowicie zasłużenie. Uruchamiam moją i waszą wyobraźnię, by pokazać, jak absurdalny kształt miał arcyprestiżowy przecież turniej. Otóż przy powyższym scenariuszu:

1) Polacy na dystansie tygodnia, od niedzieli do niedzieli, kopaliby się z Serbią aż trzykrotnie (a regulamin dopuszczał nawet ewentualność czterech spotkań). Umiecie sobie wyfantazjować, że piłkarze Adama Nawałki grają na z Senegalem w fazie grupowej, by następnie zagrać w ćwierćfinale, a na samym końcu zagrać o brąz?

2) Polacy po łatwej, lekkiej i przyjemnej I rundzie przegrywają PIĘĆ z SIEDMIU meczów, ale finiszują w ściśłej czołówce, osiągając sukces niewidziany od jesieni 2015 roku. Co więcej, dwa zwycięstwa odnoszą w okolicznościach szczególnych, podejrzanych, w starciu z rywalem mogącym pozwolić sobie na wpadkę. Podsumowując: żadne z siedmiu spotkań nie daje pełnej satysfakcji, nawet udane zostawiają mnóstwo wątpliwości. Umiecie sobie wyfantazjować, że na mundialu w innym sporcie można stanąć tuż obok podium po oddaniu PIĘCIU z SIEDMIU ostatnich meczów?

3) Polacy wysłuchują od zdezorientowanej publiczności, że umieją wygrać tylko wtedy, gdy po drugiej siatki stoją manekiny. I siatkarze są tutaj niewinni, bo nie oni ustalają regulaminy, i kibice reagują w sposób naturalny, bo dostrzegają rażącą dysproporcję między prawdą boiska a prawdą tablicy wyników. Znów: umiecie sobie wyfantazjować mundial w innej dyscyplinie, którego system tylokrotnie i na tak zaawansowanym etapie rywalizacji podsuwa mecze bez pełnego zaangażowania przynajmniej jednego z przeciwników, czyli wypłukuje sport ze sportu?

Dywaguję z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę z odświętnego charakteru chwili i delikatności kontekstu – co bardziej rozanielony złotem czytelnik może mnie posądzić o zamiar przybrudzenia medalu, ot, typowy wybryk ojkofoba. Ja jednak abstrahuję od rangi sportowego wyczynu Polaków, zwracam jedynie uwagę, jak horrendalnie niedorzeczny jest system rozgrywek, który zaproponowany scenariusz w ogóle umożliwia. Gdyby ów wariant zaistniał, nie zdołalibyśmy w ogóle sklasyfikować występu naszej drużyny, ba, nawet siatkarze i trenerzy nie potrafiliby oszacować, ile dokonali. Czy wypadałoby im przypominać, że skończyli znacznie powyżej celu postawionego przez PZPS (awans do czołowej „szóstki”), czy raczej kajać się, że dotarli do niego przez PIĘĆ porażek w SIEDMIU ostatnich meczach? Nawiasem mówiąc, o Serbach też nie wiadomo, co sądzić – niby wyskakali półfinał, ale przegrali cztery z pięciu ostatnich spotkań, a w sumie aż pięciokrotnie schodzili z boiska pokonani. To ma być czwarty zespół mistrzostw świata?

Awanturuję się do dzisiaj, gdy 99,99 proc. miłośników siatkówki machnęło ręką i zajęło się celebrowaniem polskiej potęgi, ponieważ nie chciałbym, żeby mój ulubiony obok piłki nożnej sport stawał się jeszcze bardziej pośmiewiskiem niż się stał. A jest nim, powtarzam, całkowicie słusznie. Przy biernej postawie środowiska, które narzeka co najwyżej rutynowo, zżyło się z brudnymi regułami gry jak mieszkańcy okolic zbyt przeżartych korupcją, by w ogóle pamiętali, że istnieją inne metody na załatwianie spraw z urzędnikiem niż rozdawanie łapówek. I chwalą tych stosunkowo wstrzemięźliwych łaskawców, którzy z obywatela przynajmniej nie zedrą.

W siatkówce słyszę to dawna – jeśli mamy „tylko” mały przekręt, to już jest dobrze, cieszmy się, że udało się przynajmniej tyle. I nie widać żadnych widoków na poprawę pogody. W 2010 roku, kiedy Włosi wraz z szychami z FIVB poprzednio zatracili się w bezwstydnym szachrajstwie na mundialu, wydawało się, że szefostwo pięknego sportu otrzeźwieje i kolejne afery prędko nie wybuchną. Niestety, ci na górze nadal masakrują dyscyplinę. Minęło osiem lat i prawie doświadczyłem najgorszej sportowej imprezy w życiu. Ocalili ją tylko polscy siatkarze.

Tagi: siatkówka
19:04, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
Archiwum
Tagi