RSS
poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

sobota, 11 listopada 2017

Nie wiadomo, czy Włosi ocaleją i mimo wszystko doczołgają się na mundial 2018 – barażowy rewanż ze Szwecją w poniedziałek – na razie wiadomo tylko, że kopią żałośnie słabo, poniżej godności czterokrotnych mistrzów świata, jak drużyna bez tożsamości. W piątek przegrali 0:1, o czym rano napisałem parę akapitów tutaj.

I można oczywiście wzruszyć ramionami, że nie dzieje się nic niezwykłego. Bo płacą za lata zaniedbań. Bo przyzwoicie wyglądają tylko w defensywie, gdzie wciąż odwołują się do przeszłości (39-letni Buffon + 36-letni Barzagli + 30-letni Bonucci + 33-letni Chiellini + 34-letni De Rossi = 522 występy w reprezentacji, czyli 104,4 mecze na głowę). Bo zbyt często wpuszczają na boisko przeciętniaków, których w multimedalowej przeszłości nie wpuściliby nawet na stadion. Zanim jednak zadowolimy się kliszami o upadku włoskiego futbolu, wycieranymi rutynowo od dekady, zwłaszcza po fatalnych mundialach w 2010 i 2014 roku (podczas żadnego nie przetrwali fazy grupowej), proponuję rzut oka na podstawowy skład w piątkowym meczu:

MŚ 2018, Włochy

A teraz proponuję odświeżyć sobie jedenastkę, która w ćwierćfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy wyszła na Niemców. I biła się do upadłego przez 120 minut, najmocniejszej bodaj drużynie narodowej świata w minionych latach uległa dopiero po rzutach karnych:

Euro 2016, Wlochy - Niemcy

Czy ci gracze obiecują więcej niż gracze, którymi Italia dysponuje dzisiaj? Powiedziałbym, że nie, nawet zdecydowanie nie, ba, upierałbym się, że ówczesny selekcjoner Antonio Conte przebierał w uboższych zasobach ludzkich niż obecny selekcjoner Giampiero Ventura. Conte nie powołał właściwie nikogo zorientowanego ofensywnie, kto zachwycałby w klubie, tymczasem Ventura ma choćby luksus rzucenia na Szwecję rewelacyjnego jesienią Lorenzo Insigne.

Skrzydłowego Napoli zostawił jednak włoski trener w rezerwie. Podobnie jak innego zawodnika lidera Serie A, niejakiego Jorginho. Ventura ewidentnie nie zauważył, kto demonstruje obecnie najlepszy futbol w Italii.

Nie zamierzam czepiać się akurat wymienionych nazwisk. Rzucam najbardziej oczywiste przykłady, bo najnowsza historia reprezentacji Włoch to modelowy materiał dowodowy uzmysławiający, ile waży selekcjoner. Ci sami piłkarze, którzy pod szefem Conte wygrywali z Belgią, w fascynujących okolicznościach rozprawiali się z Hiszpanią oraz zatrzymywali Niemców, po przejściu pod władzę Ventury obrywają od Szwecji, oddają punkty (u siebie!) Macedonii, ledwie przepychają Albanię.

I pozwalają się zmiażdżyć Hiszpanii. Poprawka: przede wszystkim dają się zmiażdzyć Hiszpanii.

Kiedy we wrześniu wyprawili się do Madrytu (0:3), nie tyle przegrali, ile zostali zrównani z murawą. Ktoś chyba nawet rzucił, że Ventura nie stracił tam punktów, lecz twarz. Jako poważny trener. Zaszalał z systemem 4-2-4, który to system nie wystarczył kilka dni później nawet na solidne wybatożenie Izraela.

Wspominałem tamtą klęskę Włochów, gdy oglądałem piątkowy sparing Polski z Urugwajem (i zarazem zerkałem, co dzieje się w Sztokholmie). Sparing wypróbowujący sposób gry ostrożny, nawet zachowawczy. Rozmyślałem, siedząc na trybunach Narodowego: „Aha, wracamy do strategii sprzed Euro 2016. Co działało w eliminacjach, niekoniecznie zadziała w turnieju finałowym, musimy przygotować wariant redukowania ryzyka jakichkolwiek strat”. Nasza reprezentacja po liftingu dotrwała na mistrzostwach kontynentu w ćwierćfinału, a wielu kibiców, najwyraźniej rozczarowanych remisami ze Szwajcarią i Portugalią, zarzucało jej postawę nazbyt pasywną, minimalistyczną, wręcz tchórzliwą.

Niewykluczone, że historia się powtórzy, bo tylko jednego jestem pewien – Polacy niezależnie od okoliczności nie popełnią sportowego samobójstwa, do którego sprowokował Italię jej własny trener. Nie wystawią też na rozstrzygający mecz piłkarza ewidentnie nieodzyskanego po kontuzji, jak Andrea Belotti, którego rzucił Szwedom pod korki Ventura (rozpędzony ostatnio Stephan El Shaarawy skończył na trybunach, wrrrr). Bo u nas obowiązują pewne reguły.

Ventura to prawdopodobnie fachowiec kompetentny, lecz pozbawiony atutów ekstra, umożliwiających rywalizowanie na poziomie międzynarodowym. Taki włoski Waldemar Fornalik, który wie, o co chodzi w piłce nożnej – piszę to bez ironii – jednak dla swojego własnego dobra nie powinien próbować przekazywać tej wiedzy poza Chorzowem z przyległościami. Trener na lokalną miarę. Piłkarze z ambicjami i umiejętnościami nie wygrają dzięki niemu, lecz co najwyżej pomimo niego.

Jak Włosi – być może, mam nadzieję, wiecie, że im kibicuję – którzy po nieszczęsnym remisie z Macedonią zebrali się w trybie alarmowym sami, bez selekcjonera, jakby uznając, że oczekiwanie czegokolwiek od Ventury nie ma sensu. Na razie nie osiągnęli wiele, zresztą od kilku dni krakałem w gronie znajomych, że w Sztokholmie padną. Nie dlatego, że umieją mniej niż Szwedzi. Przeciwnie, umieją znacznie więcej. Ale zarządza nimi szef, który czyni drużynę nie bardziej, lecz mniej wartościową niż suma tworzących ją jednostek. Który nie wstydzi się wyrazić po porażce nadziei, że w rewanżu w Mediolanie to jemu będzie sprzyjał sędzia. Któremu wcześniej wypsnęło się, że w ogóle nie bierze pod uwagę, by Włosi mogli nie awansować na mundial.

Muszę przyznać, że wolę już nudziarza od formułek o „koncentrowaniu się tylko na najbliższym meczu” czy „szanowaniu każdego przeciwnika”. Nuda i powściągliwość bywają w piłce nożnej fascynujące.

Tagi: MŚ 2018
19:15, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
środa, 08 listopada 2017

Artur Boruc, reprezentacja Polski

Cieszy się olbrzymią sympatią kibiców, ale niełatwo zmierzyć, czy dokonał więcej czynów chwalebnych, czy więcej nabroił. Artur Boruc, który w piątkowym sparingu z Urugwajem pożegna się z reprezentacją Polski, to modelowy przypadek postaci niejednoznacznej, wywołującej skrajne emocje, obecnej w przestrzeni publicznej bardziej niżby chciał - także wskutek potarganego życia prywatnego.

Albo obskakiwał wszystkie słupki naraz, nawet w pojedynczej robinsonadzie, albo puszczał farfocla jak nieszczęsny w Belfaście, gdy reprezentacja Polski straciła jednego z bardziej kuriozalnych goli w swojej historii. Albo był najbardziej dorosły, bo jako jedyny sprostał wyzwaniu MŚ 2006 i Euro 2008, albo najbardziej niedojrzały, bo infantylnie, po chuligańsku prowokował fanów w rozżarzonym toksycznymi uczuciami Glasgow, lub urządzał sobie mordobicie na treningu. Albo wyglądał na charyzmatycznego wyczynowca, któremu szczególnie zależy - gdy jako jedyny wściekał się po porażkach kadry (słynne „mundial jest raz cztery lata, a my kompletnie go spieprzyliśmy”, wyżej nasza stara okładka), albo na amatora, który chętnie pójdzie w tango na zgrupowaniu. Albo wchodził do bramki puszysty, jak w kryzysowym okresie w Celticu, albo zaskakująco smukły i sprężysty, jak we Florencji, po terapii dietą śródziemnomorską. A trzeba mu oddać, że nie zwykł tracić formy dyskretnie, poprzez drobne, dostrzegalne tylko dla wytrawnych znawców błędy. Jak już nasza bramkarska kolubryna wypaliła, to z naprawdę grubej lufy i we wszystkich kolorach świata - żeby następnie, to też mu należy oddać, podnieść się i podpisywać kolejny kontrakt w mocnej lidze, pomimo eksperckich wrzasków, że upadł nieodwołalnie.

Zataczał się Boruc od ściany do ściany, bohater pozytywny zawsze sąsiadował w nim z negatywnym. James Bond i Szaleniec, Który Chce Zniszczyć Świat, w jednym ciele.

Też zastanawiałem się, jak go podsumować i rozliczyć, ale nie podołałem, odkładam te rachuby do szuflady z równaniami z jedną niewiadomą. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że niespełna 38-letni Boruc ucieleśnia dla mnie nieustające tsunami w polskiej bramce. Marne 64 mecze w reprezentacji wystarczają u nas do rekordu wszech czasów na pozycji, na której wszędzie jest bardzo stabilnie.

Uwaga, teraz wodospad liczb. Gianluigi Buffon zagrał dla Włoch 173 razy. Iker Casillas dla Hiszpanii - 167. Thomas Ravelli dla Szwecji - 143. Shay Given dla Irlandii - 134. Peter Jehle dla Liechtensteinu i Edwin van der Sar dla Holandii - po 130. Peter Schmeichel dla Danii - 129 (Thomas Sorensen - 101). Peter Shilton dla Anglii - 125. Petr Cech dla Czechów - 124. Martin Poom dla Estonii i Recber Rustu dla Turcji - po 120. Pat Jennings dla Irlandii Północnej - 119. Stipe Pletikosa dla Chorwacji - 114. Gabor Kiraly dla Węgier - 108. Borisław Michajłow dla Bułgarii - 102. Erik Thorstvedt dla Norwegii - 97. Sepp Maier dla Niemiec - 95 (Manuel Neuer - 74). Hugo Llloris dla Francji, Roman Berezewski dla Armenii i Aleksandrs Koļinko dla Łotwy - po 94. Neville Southall dla Walii i Ołeksandr Szowkowski dla Ukrainy - po 92. Jim Leighton dla Szkocji - 91. Antonios Nikopolidis dla Grecji i Jonathan Joubert dla Luksemburga - 90...

Dobrze, zakręcę kurek, zanim się potopicie, dodam jeszcze tylko, że z całej Europy wyłowiłem ledwie osiem krajów, w których bramkarz o najdłuższym stażu w reprezentacji uciułał mniej występów niż Boruc. Zasadniczo rekordziści mają ich wszędzie nie tyle więcej, ile znacznie więcej, wylanymi wyżej cyferkami chciałem uzmysłowić, do jakiego stopnia dzieje się między polskimi słupkami nienormalnie. Kto inny zaczynał Euro 2012, a kto inny kończył. Kto inny zaczynał Euro 2016, a kto inny kończył. Nawet u Adama Nawałki, trenera konserwatywnego i wrogiego gwałtownym ruchom, nie sposób ustalić hierarchii - Łukasz Fabiański prowadzi w meczach z Wojciechem Szczęsnym tylko 20:16, obecnie obaj rywalizują o pozycję numer jeden, a biorąc pod uwagę fabularne zawijasy pod poprzeczką, nie należy wykluczać, że podczas mundialu ponad wszystkich wzleci Łukasz Skorupski.

I tak docieramy do paradoksu. Choć w XXI wieku w wychowywaniu golkiperów się specjalizujemy, nigdy nie musimy zastępować ich w reprezentacji atrapami (co zdarzało się na każdej innej pozycji!) i w niektórych krajach próbują nawet odkrywać tajemnicę naszego sukcesu, to wciąż nie wylansowaliśmy nikogo wybitnego. Mit Jana Tomaszewskiego, który na mundialu obronił aż dwa rzuty karne, pozostaje niezagrożony.

niedziela, 05 listopada 2017

Liga angielska, piłka nożna, środki przeciwbólowe, ibuprofen, ketonal

Przyznaję, zbaraniałem, kiedy przeczytałem w porządnym naukowym raporcie, że cała masa piłkarzy – tych z najlepszych lig – łyka przed każdym meczem garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle zagrać. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 02 listopada 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

Real Madryt jest jak śnięty. Anemicznie wyglądają tam niemal wszyscy, od Cristiano Ronaldo, który strzela skandalicznie rzadko, po Toniego Kroosa, któremu zdarza się podawać piłkę ze skandaliczną kilkunastometrową (!) niecelnością. Widzimy uwiąd w grze, widzimy zniechęcenie w mowie ciała zawodników. Są wyzuci i z błyskotliwości, którą mieli w szczytowych momentach – jak fenomenalna druga połowa finału Ligi Mistrzów czy początek bieżącego sezonu – i z zaciekłej, ofiarnej niezgody na porażkę z czasów, gdy ratowali punkty w ostatnich sekundach. Dlatego obrywają od Girony, urywają ledwie punkcik w dwumeczu z Tottenhamem.

Nic dziwnego, już za PRL-owskiego dzieciństwa dzieciństwa Anna Jantar śpiewała mi z radia, że nic nie może wiecznie trwać. A piłkarze Realu wiosną wyrządzili Lidze Mistrzów krzywdę. Ośmielili się, szubrawcy, wygrać ją dwa razy z rzędu.

Jakże wyjątkowymi czyniła te rozgrywki niemożność – ciągnąca się od blisko trzech dekad – obronienia trofeum! W lidze hiszpańskiej, niemieckiej czy angielskiej, w ogóle we wszystkich krajowych, notorycznie ktoś potrafi utrzymać panowanie. Ligą Europy piłkarze Sevilli rządzili trzy sezony z rzędu. Reprezentacja Hiszpanii obroniła złoto mistrzostw kontynentu ledwie pięć lat temu. Ba, rozejrzyjmy się po innych sportach. Koszykarskiej NBA, hokejowej NHL, turniejach siatkarskich, a niech tam, przerzućmy się nawet na sporty indywidualne – tenisowe Szlemy, igrzyska lekkoatletyczne, wyścigi kolarskie. Wszędzie w tym okresie faworyci umieli sprostać roli faworytów na tyle, by wygrywać seryjnie. Tylko nie w Lidze Mistrzów, najbardziej nieprzewidywalnych – z perspektywy finałowej – rozgrywkach w wielkim sporcie.

Przez ćwierć wieku z okładem nikt nie umiał, aż zjawił się Real Madryt. Cristiano Ronaldo, snajper bardzo wyborowy. Szatnia bogatsza w talent niż kiedykolwiek wcześniej w królewskim klubie – jak głosi legenda. Zinedine Zidane, mój ulubiony piłkarz XXI wieku obok Juana Romana Riquelme, w roli trenerskiego superdebiutanta. Podeptali tradycję, odebrali Champions League jej wyjątkowość.

A dzisiaj wygląda na to, że uruchomili lawinę. Lawinę zdarzeń nowych. Bo Liga Mistrzów nieobliczalna była tylko tym jedynym względem – wyłaniała zawsze innego triumfatora. Poza tym żyliśmy w dniu świstaka. Wiadomo było, że wszystkich porozstawiają po kątach Hiszpanie, którzy w fazie grupowej nazdobywają miliony punktów i bramek; że pochichramy się z Anglików, którzy wypadają tym żałośniej, im więcej inwestują w transfery; że Arsenal wyleci z hukiem w 1/8 finału; że za tytułem króla strzelców uganiają się tylko Messi i Ronaldo, ewentualnie próbuje podokazywać Lewandowski; że kluby położone na wschód od Monachium już jesienią co najwyżej statystują.

Aż tu nagle, naprawdę znienacka, obudziliśmy się gdzie indziej. Pętla czasu się zamknęła. Dzień świstaka się skończył.

Real ledwie łazi, manto spuszcza mu nawet Tottenham, czyli drużyna znana jako jamniki schowane pod szafą.

Atlético daje kanonadę, jakiej świat nie widział (35 strzałów w meczu, najwięcej od sezonu 2003/04!), jednak nie umie ani razu złamać oporu mistrzów Azerbejdżanu.

Barcelona ucieka reszcie stawki w lidze hiszpańskiej, ale od wiosny – rozpoczętej odpadnięciem już w ćwierćfinale z Champions League, zakończonej niezdobyciem tytułu w kraju – nie uciekła od nastroju schyłkowego, zresztą bezbramkowe remisowanie w Pireusie to wybryk wybitnie nie w jej stylu.

Hiszpańscy giganci nie tylko gubią punkty, oni atakują ze słomianym zapałem, duet największych strzela liche 1,88 gola na mecz, przy średniej z minionych edycji obracającej się wokół trzech bramek na kolejkę.

Niemieckie kluby też zachowują się niepoważnie, do wiosny ostanie się niemal na pewno jedynie Bayern, który nawet nie awansuje z pozycji lidera.

Gromadnie rozrabiają za to piłkarze klubów angielskich, którzy w ostatnim sezonie zdobyli w fazie grupowej 60 proc. punktów, a w przedostatniej – 58 proc., by tej jesieni uzbierać 82 proc.

Na szczycie rankingu snajperów pręży się Ronaldo, ale za nim czai się Harry Kane (żaden Anglik nie strzelił w tych rozgrywkach pięciu goli od sezonu 2009/10, gdy Anglia wciąż wierzyła w Wayne’a Rooneya!), Mohammed Salah, Wissam Ben Yedder czy Cenk Tosun. Żeby dojrzeć na liście nazwisko Messiego, trzeba się głęboko schylić, a poszukiwanie Lewandowskiego grozi połamaniem kręgosłupa – wyturlał jedną bramkę, z rzutu karnego.

Wreszcie jak banda Schwarzeneggerów i Stallone’ów szaleją – porównanie popkulturowo uzasadnione, o czym napisałem tutaj – niezniszczalni zawodowcy Besiktasu Stambuł, który nigdy dotąd nie wychynął z grupy, a teraz zamierzają ją wygrać.

Trochę się dzieje, prawda? Coś dziwnego się dzieje, prawda? Ktoś narwany krzyczyłby już wniebogłosy, że stara hierarchia się chwieje, wkrótce zastąpi ją nowa, oto idzie przyszłość zupełnie inna niż przeszłość. Ja byłbym tu ostrożny, mam wrażenie, że nastała chwila – nie wiadomo, czy dłuższa, czy krótsza – bezkrólewia. Niby wiadomo, kto prowadzi w jakiej tabeli, ale w ścisłej czołówce trudno wskazać kogokolwiek zasypywanego za poziom gry bajecznymi komplementami, a dziennikarze sportowi, jak wiadomo, potrafią rozrzucać je bez umiaru. Po prostu nikt nie gra dobrze, nawet zwycięzcy. W kryzysie tkwi Bayern, z zapaści jeszcze głębszej muszą się wygramolić Atlético i Real, Barcelona to już w ogóle ma się bezpowrotnie zawalić, Juventus musi sobie radzić ze zdemontowaną defensywą, rozchwiana Chelsea pewnie wkrótce wykopie trenera, Manchester United męczy minimalizmem. A chwalone Napoli – słusznie, pięknie przygrywają! – zaraz z Ligi Mistrzów wypadnie, więc nie ma znaczenia, że chwalone.

Na szarym tle wyróżniają się Paris Saint-Germain, które pomimo wojny domowej imponuje wydajnością i mknie po najlepszy dorobek fazy grupowej w dziejach rozgrywek, oraz Manchester City, który zachwyca stylem. Wielu doda: „o zgrozo”, ponieważ mówimy o klubach rządowych, ich szefowie Nasser al-Khelaifi i szejk Mansour – są zarazem ministrami rządów Kataru oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przed sezonem zastanawiałem się, czy wreszcie rzucą wyzwanie starej oligarchii, a teraz sobie myślę, że finał z przynajmniej jednym z nowobogackich harmonijnie rymowałby się z przyszłorocznym mundialem u Putina, którego gospodarcza broń, Gazprom, sponsoruje Ligę Mistrzów. Zwłaszcza że finał rozegrany zostanie nieopodal rosyjskich włości, na stadionie olimpijskim w Kijowie...

10:46, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 29 października 2017

Cztery złota, jedno srebro, jeden brąz. W mistrzostwach Europy i świata, do lat 17, 18, 19, 20 i 21. I jeszcze okrągły rok bez przegrania choćby jednego meczu. Takiej eksplozji w juniorskim futbolu jeszcze nie było, więc ogłuszony spisałem o młodych Anglikach felieton. Przeczytacie go tutaj.

17:43, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
środa, 25 października 2017

Neymar, PSG

Kiedy patrzę, jak schodzi z boiska w Marsylii – sędzia wlepił mu czerwoną kartkę – odnoszę wrażenie, że słyszę wirujące w jego głowie myśli. „Niech ci będzie, bałwanie, idę sobie, ten śmieszny mecz beze mnie nie ma sensu, żałosne podrygi żałosnego typa z żałosnym gwizdkiem, chcesz sobie wyrobić sławę na moim nazwisku, nic ci to nie da, i tak pozostaniesz zerem”.

Nie mam całkowitej pewności, że dokładnie w te słowa kombinował pan Neymar, ale mam co do tego uzasadnione podejrzenia, pan Neymar jest wszak osobistością nie bardzo ważną, lecz absolutnie najważniejszą. O ile w Barcelonie plątał mu się pod nogami pewien zarozumiały Argentyńczyk – uzurpujący sobie prawo do bycia numerem jeden – o tyle po przenosinach do Paris Saint-Germain właściwa hierarchia i w ogóle harmonia została przywrócona, nawet Wieża Eiffla wygląda na nieco przykurczoną. Ponad wszystkimi góruje pan Neymar, który konsultuje się co najwyżej z panem Neymarem.

Relacjonowałem już tutaj, że panu Neymarowi próbował się stawiać Edinson Cavani, inny gwiazdor, który bez wątpienia również ma o sobie jak najwyższe mniemanie – obaj wyrywali sobie wówczas piłkę, żeby kopnąć ją z rzutu wolnego lub karnego, i na dobrą sprawę wciąż nie wiadomo, jak chryja się skończy, niewykluczone, że rozejm okaże się kruchy. Tak czy owak wokół pana Neymara od tamtej pory nie ucichło nawet na chwilę.

Dowiadywaliśmy się już m.in., że pan Neymar zezłościł się pewnego dnia na trenera Unaia Emery’ego, gdy ten polecił panu Neymarowi trenować w grupie piłkarzy podstawowego składu, czyli ćwiczących lżej – polecił wbrew woli pana Neymara, pan Neymar chciał bowiem ganiać z pełną intensywnością.

Dzisiejsze „Le Parisien” donosi natomiast, że pan Neymar cieszy się w PSG mnóstwem przywilejów wywołujących irytację kolegów z szatni, najwyraźniej nieświadomych, że pan Neymar powinien być traktowany adekwatnie do wielkości pana Neymara, że pan Neymar to nie byle kopacz, że pan Neymar potrzebuje wygód godnych pana Neymara. A zatem: pan Neymar jako jedyny w drużynie ma na boisku totalną swobodę i nie obowiązują go żadne zadania defensywne; pana Neymara nie wolno podczas treningowych gierek powstrzymywać nazbyt agresywnie; pan Neymar dysponuje dwoma masażystami oddelegowanymi do pracy wyłącznie nad ciałem pana Neymara, wszyscy inni piłkarze korzystają ze „wspólnych” fizjoterapuetów; pan Neymar jako jedyny nosi torbę z logiem własnego sponsora, pozostali zawodnicy muszą używać toreb z marką wskazaną przez PSG. Całkiem ładnie to brzmi, choć są i rezerwy, panu Neymarowi mógłby jeszcze gotować osobisty kucharz, panu Neymarowi mógłby podawać do stołu osobisty kelner, pan Neymar mógłby się przebierać w prywatnej garderobie, panu Neymarowi mógłby wiązać sznurówki najlepszy na świecie wiązacz sznurówek, wokół pana Neymara mogliby zamiatać mistrzowie olimpijscy w curlingu, pan Neymar mógłby korzystać z pisuaru z wbudowanymi głośnikami, z których po wszystkim płynęłoby: „Dziękuję, panie Neymarze, to był dla mnie zaszczyt i prawdziwa przyjemność”. Powtarzam: rezerwy są, podrzucam jedynie najbardziej oczywiste rozwiązania.

Piłkarze ponoć się buntują, a mnie donosy z wnętrz PSG niezmiennie fascynują – nie muszę oglądać, jak oni grają, natomiast pasjami potrzebuję wiedzieć, jak ze sobą współżyją, to show chce się podglądać jak pasjonującą telenowelę, to zupełnie inny poziom opowieści o dobrej lub niedobrej atmosferze w szatni, targowisko próżności bardziej złociste niż wszelkie znane mi ekscesy gwiazdorów ekranów i estrad. I aż mnie korci wizja wszechcudownego happy endu: poobrażani na siebie zawodnicy wygrywają Ligę Mistrzów, podkładają sobie nogi w biegu po odbiór trofeum, pan Neymar po wręczeniu mu Złotej Piłki ogłasza, że najbardziej dziękuje panu Neymarowi, pan Neymar mówi o sobie w trzeciej osobie częściej niż Wałęsa, ba, pan Neymar przechodzi w uniesieniu na pluralis maiestatis, pan Neymar ogłasza, że odwieczny spór o to, czy większy był Pele, czy jednak Maradona, został rozstrzygnięty na jego korzyść.

Ale nie zapędzajmy się, na razie największe wrażenie robi statystyka kartek: pan Neymar uzbierał w karierze 8 czerwonych i 138 żółtych, wyraźnie więcej niż niejaki Pepe, znacznie od niego starszy były gracz Realu Madryt z zasłużoną reputacją brutala, którego dorobek kończy się na 6 czerwonych i 114 żółtych. Szokujące, że wciąż nie wszyscy nadążają za geniuszem pana Neymara.

poniedziałek, 23 października 2017

ekstraklasa, Legia Warszawa

Co pewien czas czuję potrzebę, żeby publicznie złożyć hołd tzw. ekstraklasie, to po prostu silniejsze ode mnie. Zwłaszcza w tym roku jest co sławić, bo nasi ligowcy wzniecają rewolucję, zwalczając przesąd, że w sporcie zawsze ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

07:15, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 22 października 2017

Jasnowidz roku, najlepszy blog w historii

Rozstrzygnięcia kultowego konkursu na jasnowidza roku coraz bardziej mnie zdumiewają. Przyznaję, początkowo sądziłem, że odgrywa tu jednak rolę czynnik losowy, że w przewidywaniu piłkarskiej przyszłości czasami lepiej mieć więcej szczęścia niż rozumu.

Aż wśród uczestników ukształtowała się elita elit. Kiedy w 2014 roku triumfował neergeecorg, obwołałem go Profesorem X wśród jasnowidzów – jako pierwszy bowiem wygrał drugą edycję. Ale właśnie teraz pojawił się kolejny wirtuoz – czytelnik o nicku black_spider, który powtórzył sukces z roku 2015. Co bardziej intrygujące, minimalnie wyprzedził gracza nicki678, magika również znanego z listy laureatów (są na niej także michal.uszpulewicz, szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now). Umiecie czytać w przyszłości!

Black_spider otrzyma w nagrodę ufundowaną przez sklep PodStadionem koszulkę najnowszego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którym w tym roku okazał się Real Madryt. Zanim ją prześlę, proszę o przesłanie (rafal.stec@agora.pl) informacji, jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Ale najpierw proszę przyjąć wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

PS Przypominam, że w jubileuszowej dziesiątej edycji konkursu można brać udział do godz. 12.34 w poniedziałek, 23 października.

19:43, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 18 października 2017

Wassily Kandinsky: Studium koloru. Kwadraty z koncentrycznymi okręgami

Jest 18 października 2017 r., wybiła godz. 15.50, więc właśnie teraz, w tej minutce, mija dokładnie 10 lat od opublikowania pierwszej notki na niniejszym blogu. Nigdy bym nie wymyślił, że aż tak się od klawiaturowania tutaj uzależnię – nie macie pojęcia, ile musiałem włożyć niegdyś mentalnego wysiłku, by zrezygnować z pisania codziennie. Czułem się wobec czytelników zobowiązany, ilekroć nie poblogowałem, miałem wrażenie, że nawalam. Mam nawet swoją notkę liderkę prywatnego rankingu wszech czasów, moja faworytka to ta.

Tak, nastał jubileuszy wśród jubileuszy, rocznica okrąglutka jak brazuca, jak buzia Carletta, jak telewizorowe myśli Władysława George’a Engela. I nie planuję przestać, zwłaszcza że bardzo polubiłem blogowe forum, a wśród wiernych czytelników wykryłem nawet takich przedstawicieli środowiska sportowego (i nie tylko), którzy nigdy by się nie przyznali, że kiedykolwiek tu zaglądają. A wielu pilnie studiuje również dyskusje pod wpisami.

Ale do rzeczy. Skoro oblewamy dziesiątą rocznicę, to trzeba odstawić na chwilę wannę z szampanem, by w notce numer 2387 ogłosić pytania do kolejnej edycji „Jasnowidza roku”. Zasady konkursu stali czytelnicy i uczestnicy znają, przypadkowym bądź gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” (wyniki poprzedniej edycji wkrótce, przypominam o policzeniu punktów, na forum przyznaję się też do pewnej pomyłki) i nagrodzony koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którą znów ufunduje sklep PodStadionem. Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum (gdzie można również składać życzenia organizatorowi konkursu!). Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił.

Odpowiedzi przyjmuję do godz. 12.34 w poniedziałek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2018 roku

1) Sandecja skończy sezon tzw. ekstraklasy w górnej połowie tabeli?

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Michał Pazdan wciąż będzie grał w Legii?

6) Romeo Jozak wciąż będzie prowadził Legię?

7) polski piłkarz będzie w czołowej trójce rankingu strzelców tzw. ekstraklasy?

8) do tzw. ekstraklasy awansuje kolejny klub z miasta liczącego mniej niż 50 tys. mieszkańców?

9) reprezentacja Polski awansuje do ćwierćfinału mundialu?

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola?

11) Damian Kądzior zagra w polskiej kadrze więcej niż raz?

12) Wojciech Szczęsny rozegra na MŚ w Rosji więcej meczów niż Łukasz Fabiański?

13) Jakub Błaszczykowski (95 meczów) będzie miał więcej występów w reprezentacji Polski niż obecny rekordzista Michał Żewłakow (102)?

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

15) Polski klub strzeli gola w fazie grupowej Ligi Mistrzów?

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

17) Zinedine Zidane nadal będzie prowadził Real Madryt?

18) Ernesto Valverde nadal będzie trenerem Barcelony?

19) Franciszek Smuda nadal będzie prowadził Widzew?

20) Massimiliano Allegri nadal będzie prowadził Juventus?

21) Arkadiusz Milik nadal będzie piłkarzem Napoli?

22) Robert Lewandowski nadal będzie grał w Bayernie?

23) Pierre-Emerick Aubameyang nadal będzie grał w Bundeslidze?

24) Simone Zaza nadal będzie grał w Valencii?

25) Krystian Bielik zagra w oficjalnym, nietowarzyskim meczu Arsenalu?

26) Klub z polskim piłkarzem w kadrze spadnie z włoskiej Serie A?

27) Robert Lewandowski (160 goli) prześcignie Ulfa Kirstena (182 gole) i awansuje na szóste miejsce w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii Bundesligi?

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii?

29) Grzegorz Krychowiak rozegra mecz w europejskich pucharach?

30) Zlatan Ibrahimovic strzeli gola w europejskich pucharach?

31) Arsenal awansuje do europejskich pucharów?

32) zespół z Kosowa przejdzie rundę eliminacji europejskich pucharów?

33) reprezentacja Gibraltaru wygra choć jeden mecz?

34) Paris Saint-Germain pobije swój rekord i zdobędzie więcej niż 96 punktów w lidze francuskiej?

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy?

38) Kylian Mbappé będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata?

39) Neymar (52 goli) doścignie Ronaldo (62) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii?

40) mundial wygra drużyna spoza Europy?

41) afrykańska drużyna awansuje do ćwierćfinału MŚ?

42) Islandia wyjdzie z grupy na mundialu?

43) Panama strzeli na mundialu gola?

44) Leo Messi zostanie królem lub wicekrólem strzelców MŚ?

45) reprezentacja Polski utrzyma się w czołowej „15” rankingu FIFA?

46) Polska awansuje na mistrzostwa Europy U-17 albo U-19?

47) Polak dojedzie na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana?

48) Polska zdobędzie złoto lub srebro na zimowych igrzyskach olimpijskich?

49) Serena Williams zagra w finale turnieju wielkoszlemowego?

50) Tomasz Hajto publicznie wyjaśni, dlaczego zablokował na Twitterze autora bloga „A jednak się kręci”, i publicznie go za to na tym portalu społecznościowym przeprosi?

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (149) »
Archiwum
Tagi