RSS
niedziela, 19 marca 2017

AS Monaco, Liga Mistrzów

AS Monaco pozostaje osobliwością na skalę europejską, przypadkiem w Lidze Mistrzów ekstremalnym. Tak tam bogato, że aż biednie. Cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

20:42, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 marca 2017

Liga Mistrzów

Czysta piłka nożna, jak wiadomo, kibicowi nie wystarcza. Nie wystarcza nam oglądanie porywającego meczu, nie wystarcza śledzenie najbardziej fascynującej opowieści o budowaniu lub ewoluowaniu drużyny, nie wystarcza przyglądanie się, jak rozwijają się zawodnicy, choćby wirtuozerscy. Kibice pożądają jeszcze szczególnego motywu fabularnego. Motywu będącego kombinacją pojedynku Dawida z Goliatem oraz opowieści o jeźdźcu znikąd, który pojawia się znienacka i zostaje bohaterem.

Szukamy go zawsze i wszędzie, nawet jeśli dla osiągnięcia celu musimy nagiąć rzeczywistość.

Tej wiosny w Lidze Mistrzów urzekły nas historie Leicester i AS Monaco. Biedniejszych, słabszych, skazanych na zagładę, bezbronnych jak niemowlęta. No, może z tymi bobasami nieco przesadziłem, chroniący tam pola karnego Wes Morgan, Robert Huth czy nasz Kamil Glik mogliby dokonać wyrębu lasu gołymi rękami.

O Leicester jako ściemie pisałem już poprzedniej wiosny, gdy drużyna Claudio Ranieriego pruła po mistrzostwo Anglii. Owszem, sensacyjne. Ale nie zdobyli go, wbrew potocznemu przeświadczeniu – lub powszechnej intuicji – gołodupcy. Tam nędza nie występuje, tam bardzo bogaci tłuką się z obrzydliwie bogatymi. I jeśli kryterium ma być kondycja finansowa klubu, to w Lidze Mistrzów piłkarze Leicester po prostu robią, co do nich należy. Jako przedstawiciele futbolowej firmy o 20. najwyższych przychodach na świecie, pokonali wyłącznie uboższych – FC Porto, Copenhagen, Club Brugge oraz Sevillę. Tę ostatnią przepchnęli zresztą dość szczęśliwie, m.in. dzięki rzutom karnym obronionym przez Kaspera Schmeichela w obu meczach.

Wprawdzie obecnie Leicester ledwie wystaje ponad strefę spadkową, ale to punkt odniesienia mylący, skoro piłkarze właśnie uwolnili się od Ranieriego, z którym ewidentnie się poróżnili. Odkąd władzę nad nimi przejął trener Craig Shakespeare, wyłącznie wygrywają, a we wtorek wygrali z Sevillą w składzie identycznym, jak ten z ubiegłego sezonu, poza jednym wyjątkiem –N’Golo Kanté zastąpił Wilfred Ndidi, pozyskany zimą za, bagatela, 17 mln funtów. Czy zatem ekipa, która w ubiegłym sezonie pogoniła wszystkich w lidze angielskiej, a przed chwilą rozbiła Liverpool, miała położyć się przed Sevillą?

Młodzieńców reprezentujących księstwo Monako, choć z ich twarzami dopiero się w bieżącym sezonie zaznajamiamy, też nie sposób uznać za jeźdźców znikąd. Czołowa drużyna z czołowej ligi europejskiej, która czerpie z fantastycznie wydajnych fabryk francuskiej (Kylian Mbappé został przećwiczony w słynnym Clairefontaine) czy portugalskiej (Bernard Silva znany w szatni jako „guma do żucia”), w każdej chwili może wyskoczyć na poziom ćwierćfinałów LM. Nawet jeśli zderzy się z Manchesterem City – to ostatecznie przedstawiciele angielskiej Premier League, czyli rozgrywek, który w minionych trzech sezonach miały na tym poziomie ledwie dwa kluby, przy dziewięciu hiszpańskich, pięciu niemieckich oraz czterech francuskich.

Słowem, Liga Mistrzów 2016/17 to edycja rozgrywek pozbawiona jakichkolwiek sensacji, do ćwierćfinałów przetrwał kwartet najsilniejszych w minionych latach – Atlético, Barcelona, Bayern, Real – a otaczają go inni potentaci. Z czego nie czynię zresztą zarzutu. Przeciwnie, kibicom, którzy stękają, że „wygrywają ciągle ci sami”, pomieszało języki, w ten sposób można zdezawuować wszystkie turnieje świata, od Bundesligi, w której rządzi Bayern, Hiszpanię z tasiemcem El Clásico, przez ekstraklasę z Legią i podskakującym jej od czasu do czasu Lechem, po mundiale, na których panuje kilka potęg z Ameryki Płd. i Europy. Futbol i tak pozostaje grą zespołową najbardziej nieprzewidywalną, to rzecz zbadana przez statystyków.

Bez niespodzianek też jednak dzieje się pasjonująco, tej wiosny Liga Mistrzów, że się tak poetycko wyrażę, urywa jaja. A jeśli koniecznie chcecie urokliwych historyjek, to proponuję życiorys dwóch obrońców, którzy wiosną 2011 roku spuścili do drugiej ligi włoskiej Bari. Jeden był wtedy w 24. roku życia, drugi zbliżał się do 27. urodzin, obaj wylądowali w prowincjonalnym klubiku na wypożyczenie, wykopani z drużyn też raczej średnich – Palermo oraz Bologny. Wydawało się, że owszem, może trochę na sporcie zarobią, ale wielu ekscytujących doświadczeń nie zbiorą. Szaraczki.

Nazywali się Kamil Glik i Andrea Raggi. Od środy dumni ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów. Wraz z całym cesarstwem Monaco.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 marca 2017

AC Milan

Nie ma ich prawie wcale, choć czarnych piłkarzy biega po europejskich biega tłum, i to nie od wczoraj ani przedwczoraj. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

18:35, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
czwartek, 09 marca 2017

Barcelona - PSG, spisek

Ilekroć sędzia popełni błąd w ważnym meczu piłkarskim, rozbrzmiewają insynuacje, że się nie pomylił, lecz oszukał. Ilekroć popełni błąd na korzyść Barcelony lub Realu Madryt, towarzyszy im jeszcze szersza teza – o ukrytych siłach sprzyjających obu potęgom, np. wywodzących się z UEFA, która chroni gwiazdorskie supergrupy dla atrakcyjności sprzedawanego produktu.

Opinii publicznej nie wystarcza nawet teza o swoistej, podświadomej uległości psychologicznej arbitrów, nakazującej im w razie wątpliwości wyrokować na korzyść faworytów. Nie, tu musi być pełna łajdacka premedytacja.

I tak było w środowy wieczór, gdy Barcelona wyrzucała z Ligi Mistrzów drużynę Paris Saint-Germain. Rozbój w biały dzień. Znaczy w biały, rozświetlony jupiterami wieczór. O „złodziejstwie” czytałem nawet u szacownych filozofów, którzy nieodurzeni piłką nożną piszą teksty wyważone, uczące intelektualnej dyscypliny.

Dla jasności: też zaobserwowałem w środę błędy na korzyść gospodarzy, choć wykryłem ich mniej niż wielu internetowych komentatorów. Roboczo, na potrzeby niniejszej notki, przystaję jednak na tezę, że pomyłek było sporo.

Jeśli sędzia popełniał je celowo, to istnieją, z grubsza licząc, dwie możliwości. Albo skorumpowała go Barcelona, albo dostał zlecenie od UEFA.

Wariantem pierwszym nie zamierzam się zajmować, ponieważ uważam, że tak poważne oskarżenie – o sportową zbrodnię – wolno brać pod uwagę, tylko jeśli istnieją jakiekolwiek poszlaki świadczące o popełnieniu przestępstwa. Prokuratura też nie wszczyna śledztwa po każdym donosie.

Wariant drugi uważam za nonsensowny. W środę nie zderzył się Dawid z Goliatem, wręcz pociesznie wydaje mi się podejrzenie, że skromny katarski interesik z Paryża nie ma szans z wielkim biznesem Barcelony. Gdyby istniał prokataloński spisek, to nie sposób byłoby go ukryć w tajemnicy przed resztą futbolowej oligarchii w Europie, z oczywistych względów niezbyt zainteresowanej promowaniem konkurencji. Tu biją się sami giganci, zmowa barcelońsko-madrycka miałaby twardą opozycję. Charakterystyczne zresztą, że nawet ludzie PSG, choć wspominają o krzywdzących błędach sędziego, upierają się, że przegrali z własnej winy.

Znów: załóżmy na chwilę roboczo, że na stadionie Camp Nou arbiter świadomie „okradał” gości.

Otóż gdyby rzeczywiście był Szpiegiem z Krainy Deszczowców, to wykonywałby misję jak skończony patałach. Ewentualnie, wybaczcie język, jak ciężki idiota. Między 62. minutą, czyli golem paryżan na 1:3, a 88. minutą, czyli golem Barcelony na 4:1, bezczynnie gapi się, jak gospodarze toną? Zwleka do ostatnich sekund, choć wie, że faworytom brakuje do awansu TRZECH bramek? I jeszcze ryzykuje reputacją dopiero w okolicznościach, które i tak czynią prawdopodobieństwo osiągnięcia celu minimalnym? Przecież nikt przytomny nie zakłada, że ekipa na poziomie Paris Saint-Germain skuli się w sobie i pozwoli Barcelonie na wszystko, co się Barcelonie zachce – nawet Barcelonie popychanej przez arbitra!

Reasumując, dla mnie teoria spiskowa zwyczajnie nie trzyma się kupy. A przebieg wtorkowych (i nie tylko) wydarzeń tłumaczę sobie banalnie. Otóż sędzia, podobnie jak piłkarz, popełnia w trakcie gry mnóstwo błędów lub błędzików, a drużyna, która przez cały mecz przesiaduje na wrogim polu karnym lub pod wrogim polem karnym, daje mu mnóstwo okazji, żeby pomylił się na jej korzyść i w sposób fundamentalnie wpływający na wynik. Jeśli piłkarze PSG między 85. a 96. minutą meczu wykonują CZTERY celne podania, w tym TRZY będące wznowieniem gry po utracie gola (!), to arbiter nie gwizdnie im karnego, nawet gdyby przez słuchawki zaoferowano mu przejęcie Kataru na własność. Oni przerżnęli ten mecz w sposób skandaliczny.

Skandalicznie zachowują się też zawodnicy, którzy notorycznie usiłują oszukiwać sędziów. To jedna z okropniejszych chorób współczesnego futbolu, wszechobecna, zapadają na nią nawet wirtuozi. I to właśnie na boiskowych kanciarzach, na seryjnych (i nie tylko seryjnych) wyłudzaczach rzutów karnych, a nie na sędziach, powinien się skupiać gniew tłumu. Miałbym nawet propozycję dla kibiców brzydzących się szwindlem – niech zareagują solidarnie, najgłośniej potępiają go u piłkarzy swoich drużyn. Może nawet oficjalne oświadczenia oficjalnych stowarzyszeń? „Wstydzimy się za naszego napastnika i przepraszamy przeciwników, że zostali okradzeni”.

No dobrze, wiem, że aż tak kibice oszustwem się nie brzydzą.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (139) »

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

Archiwum
Tagi