RSS
piątek, 04 stycznia 2019

 Premier League, liga angielska

Patrzyłem na czwartkowy hit Premier League oniemiały, to było jak erupcja wulkanu, widowisko pulsujące obłędną intensywnością gry, które w lepiej urządzonym świecie powinno zakończyć się równorzędnym triumfem obu rywali. Nikt tu nie był lepszy, obie strony ścigały się na popisy arcyfutbolu. Choć Manchesterowi City przyznano wygraną całym golem, to wieczór lepiej podsumowuje 11,2 milimetra, jakich zabrakło do szczęścia Liverpoolowi, gdy piłkę z linii bramkowej wykopywał John Stones – wyższość gospodarzy miała rozmiar gołym okiem nie do wychwycenia, o ile w ogóle wolno nam obrażać gości sugestią, że przegrali.

Dla mnie to był więcej niż pojedynczy mecz, dla mnie to była ostateczna i przepiękna ilustracja przełomu, jaki dokonał się na szczytach ligi angielskiej. Jakościowego. Od lat epatowały nas tamtejsze kluby kwadrylionami euro rozrzucanymi na piłkarzy, ale kiedy potentaci przystępowali do szlagieru, to po kilku minutach dochodziliśmy do wniosku, że prawdziwą high quality oferuje hiszpańskie El Clásico, że na wyspach więcej dymu niż ognia, że luksusy finansowe nijak nie przekładają się na sportowe. Coś drgnęło dopiero w ubiegłym sezonie, gdy Liverpool i inni wreszcie poszaleli w Lidze Mistrzów, a w kraju arcydzieło stworzyli piłkarze Manchesteru City. Nie wiedzieliśmy tylko, czy to nie chwilowe wykrzaczenie w matriksie.

Mijające miesiące składają się jednak z łańcucha dowodów na nieprzypadkowość wydarzeń z wiosny 2018. Nastała era, w której rywalizacja o tytuł mistrzowski toczy się na poziomie, jakiego w Premier League nie pamiętam. Zjawiskowo grywali tam jedynie samotni wszechmistrzowie, jak pamiętni „Niezwyciężeni” z belle epoque Arsenalu, nigdy nie podziwialiśmy galerii z aż dwiema autorskimi superdrużynami – a może i trzema, o czym za chwilę. Liverpool i Manchester City porywają, Liverpool i Manchester City sprawiły, że zapomniałem, iż stoją za nimi gigantyczne pieniądze. Bo one zdają się drugorzędne wobec wizji Jürgena Kloppa i Pepa Guardioli, którzy stworzyli światy na obraz i podobieństwo swoich marzeń, wierzą w potęgę treningu, wcale nie próbują kolekcjonować wszystkiego, co najdroższe na rynku.

Owszem, ich szefowie poprzelewali za transfery fortunę, ale przecież nikt nie skupował tu Messiego, Ronaldo ani Lewandowskiego, nikt nie próbował podprowadzić przewodzących młodszemu pokoleniu Neymara czy Mbappé, nie było skoku na monumentalnych obrońców w typie Chielliniego czy Ramosa. Nie, były ruchy głównie nieoczywiste, wymagające od pozyskiwanych graczy wzbicia się na wyższy, nowy dla nich poziom. Ruchy niekoniecznie skazane na sukces.

Fernandinho nie musiał przecież spotężnieć po trzydziestce na monstrum środka pola; Raheema Sterlinga z łatwością wyobrazilibyśmy sobie jako kolejnego angielskiego jeźdźca bez głowy, skoro niejednego Walcotta już skreślaliśmy jako przypadek beznadziejny; Leroy Sané okazał się przed kilkoma miesiącami niegodny powołania do szerokiej kadry Niemiec na mundial; Kevina de Bruyne’a (w czwartek akurat nie grał) odrzucił sam José Mourinho; Bernardo Silva nieczęsto ganiał wcześniej w opętańczym transie, jak w czwartkowy wieczór, gdy pokonał rekordowy w sezonie ligi angielskiej dystans 13,7 km – aż zdumiewające, że murawa nie zaczęła płonąć mu pod stopami. Nic nie było pewne ani prawie pewne, a jednak dane nam jest podziwiać, jak wszyscy wymienieni rozkwitają, przechodzą samych siebie, spełniają fantazje Guardioli. U Kloppa to samo, tylko bodaj jeszcze bardziej: Virgila van Dijka nie wyniosła na szczyt wśród środkowych obrońców cena, gdyby kosztował 40 mln mniej, też byłby 27-latkiem wyjętym z Southampton dopiero poprzedniej zimy. Nigdy wcześniej nie podbijali świata Mohamed Salah, największy altruista wśród napastników Roberto Firmino czy Sadio Mané, a Alexander-Arnold z Robertsonem to już w ogóle wychynęli znikąd, by rozskrzydlić Liverpool przerzutami z jednego końca świata na drugi. Niesamowite, ile trenerzy kataloński i niemiecki odkryli w swoich piłkarzach sportowej klasy. Zwłaszcza w Fernandinho i van Dijku – zawodnikach, którzy przeżyli na boisku wiele sezonów, ale przed spotkaniem z obecnymi szefami raczej nie przyszło im do głowy, że umieją wyglądać jak herosi, najlepsi na swoich pozycjach na świecie.

To na sylwetki Brazylijczyka oraz Holendra spoglądam jak na emblematy stanowiące o przywódczo-belferskich mocach Guardioli i Kloppa. Trenerów budujących od zera, choć drogo, dzisiaj inaczej się już nie da. Budujących od zera i każdy według swojej idei, pozwalających bezstronnym entuzjastom futbolu wybrać sobie styl, który bardziej odpowiada ich gustom. Ja akurat nigdy nie wybieram, bo nie czuję potrzeby, w piłce wszystko może być bajecznie urzekające, jeśli jest bajecznie skomponowane – nie przedkładam nieskończonej plątaniny podań nad nawałnicę gegenpressingu ani odwrotnie, nie wiem, czy wyrafinowany atak pozycyjny należy cenić wyżej lub niżej od piorunującej kontry, jestem wszystkożerny, pochłonę każdą perfekcję, po rumuńskim społecznym snuju nakręconym nieruchomą kamerą przyjmę w kinie marvelowskie trrrach torpeda razy czarna pantera, bachowską mszę zagłuszę wściekłym metalowym szarpidrutem, zachłannie czerpię z każdego rejestru. I tak właśnie widzę dzisiaj ligę angielską, rozgrywki, które przez szmat czasu mnie nużyły, przeklinałem je za przerost marketingowej formy nad sportową treścią. Widzę ją jako orgię dla wszystkożernych.

Tuż za Liverpoolem i Man City czai się wszak Tottenham, kolejne dzieło wybitnie oryginalne, a Mauricio Pochettino rzeźbi w materiale szczególnie wymagającym. Latem nie wszedł do jego szatni ani jeden nowy zawodnik, zarząd nie wydał ani ćwiartki szylinga, rzecz to dzisiaj niesłychana, co więcej, wśród londyńczyków roi się od medalistów ostatnich mistrzostw świata, którzy po mundialowych eskapadach powinni długo odzyskiwać siły. Argentyński trener wciąż jednak zasadza się na sławniejszych kolegów po fachu, traci do nich tyci-tyci, zresztą całe trio współliderów – pozwólcie troszeczkę naciągnąć rzeczywistość, inaczej nie potrafię – pędzi przez ligę do utraty tchu. Wyspiarscy statystycy wyliczyli już, że o Liverpool, i Manchester, i Tottenham gubią punkty nadnaturalnie rzadko, każdy z nich w niemal każdym innym sezonie miałby miażdżącą przewagę nad resztą stawki, pewne mistrzostwo odbiera im tylko potwornie silna konkurencja. Dość powiedzieć, że ta ostatnia drużyna, sklasyfikowana na miejscu trzecim, po 21 kolejkach uzbierała tylko punkt mniej niż wspominany nieziemski Arsenal z nieskażonego porażką sezonu 2003/04. Ależ mamy ostry zakręt w Anglii! Nie wychodźmy z niego, niechaj chwila trwa, niezależnie od wyników w Champions League.

A jeśli komuś jeszcze mało wyspiarskich atrakcji – jak mnie – to zanęcająco zwracam uwagę, że za tercetem, któremu chętnie przyznałbym mistrzostwo zdobyte ex aequo, skrada się Chelsea. Tam też zjawił się artysta osobny, do swojej futbolowej doktryny przywiązany wręcz obsesyjnie. Tyle że jego konkurenci układają swoje drużyny długo, bo pochylają się nad nimi 39 (Jürgen Klopp), 31 (Pep Guardiola) oraz 54 miesiące (Mauricio Pochettino), tymczasem Maurizio Sarri zstąpił na Stamford Bridge ledwie pół roku temu z okładem. Biorąc pod uwagę, że Włoch również ma gest demiurga i chce zburzyć wszystko, co nie narodziło się w jego jaźni, traci w tabeli niewiele. Teraz trzeba jeszcze tylko poczekać, aż jeszcze uszlachetni tę wyspiarską galerię sztuki nadzwyczaj nowoczesnej, to się po prostu musi ziścić.

Jeszcze raz: wszystkich czterech szefów łączy nade wszystko to, że wierzą w potęgę treningu. A ja wierzę im, gdy obsypują się komplementami, szanują, wyrażają wzajemne uznanie. To nie kurtuazja, to język i emocje najświetniejszej ery w Premier League za mojego świadomego życia.

15:51, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
sobota, 29 grudnia 2018

2018 w piłce nożnej. Faceci w czerni

Im bardziej mam wrażenie, że nasza planeta zrobiła się maleńka, tym bardziej widzę, że jest gigantyczna i nie do ogarnięcia dla ludzkich móżdżków, nikt nie zdoła narysować jej w całości. Dlatego porwałem się tylko na mozaikę, próbę wyłapania drobnych fragmentów czasoprzestrzeni, które utkwiły mi w pamięci.

33 godziny lecieli piłkarze Mamelodi Sundowns z meczu kwalifikacji Ligi Mistrzów z Vegetarianos FC, bo nie dość, że z RPA do Gwinei Równikowej podróżowali przez Etiopię, to jeszcze trochę poczekali na przesiadkę. Ekstremum znamienne dla kontynentu wciąż tak niedorozwiniętego infrastrukturalnie, że przeniesienie się z jednego położonego tam kraju do innego wymaga czasami pokonania trasy prowadzącej przez... Europę. Afrykański futbol boryka się z problemami elementarnymi, dla nas niewyobrażalnymi i uzmysławiającymi, dlaczego na mundialach nie wygląda on coraz lepiej, lecz coraz gorzej. W tym roku żadna z reprezentacji nie przetrwała fazy grupowej, choć od niemal trzech dekad czekamy, aż któraś prześliźnie się do półfinału. Wiecie, ile zespół Mamelodi Sundowns wracał z Gwinei? 39 godzin. Spróbujcie sobie wyfantazjować, że FC Porto potrzebuje tyle czasu, by dotrzeć na mecz z Lokomotiwem Moskwa.

Afrykańska Liga Mistrzów

6 km w linii prostej dzieli najważniejsze stadiony metropolii, która utrzymywany od kilku lat status stolicy europejskiego futbolu potwierdziła kolejnym rokiem totalnej dominacji. Niedawno oglądaliśmy derby Madrytu w finałach Champions League, czyli wydarzenia bez precedensu w dziejach najważniejszych rozgrywek na kontynencie – nigdy wcześniej żadne miasto tego zaszczytu nie dostąpiło. Teraz Real i Atlético się rozdzieliły. Piłkarze klubu z Santiago Bernabeu triumfowali w Lidze Mistrzów, a ich sąsiedzi z Wanda Metropolitano wykończyli wszystkich w Lidze Europy, w obu przypadkach przewaga nad rywalami była bezdyskusyjna, podkreślona trzema golami wbitymi w decydujących starciach. Wysłannicy z Madrytu obsadzili też całe podium plebiscytu Złota Piłka – wziął ją Luka Modrić, za nim w głosowaniu uplasowali się Cristiano Ronaldo oraz Antoine Griezmann. To była okolica o szczytowym stężeniu wspaniałego futbolu, więc harmonijnie się składa, że w 2019 r. finał LM odbędzie się akurat tam, na nowiuteńkim obiekcie Atlético.

9370 km w linii prostej dzieli miasteczko Sunne, w którym urodził Sven-Göran Eriksson, od stolicy Filipin, których kadrę narodową objął jesienią ten szwedzki trener. Jego prawdziwa kariera skończyła się w 2006 r., gdy jako selekcjoner reprezentacji Anglii poobmawiał swoich piłkarzy w rozmowie z reporterem brukowca przebranym za szejka zamierzającego kupić Aston Villę i zatrudnić go za wielką gażę. Potem miał jeszcze epizod z Manchesterem City (pamiętne 1:8 z Middlesbrough) i zaczął ewoluować w kierunku spryciarza bez wyników, który wykazuje się niesłychaną zręcznością w zdobywaniu tłusto płatnych posad na wszystkich krańcach świata. Prowadził kadrę Meksyku i Wybrzeża Kości Słoniowej, zajrzał do Leicester, cumował w aż trzech klubach chińskich, łączono jego nazwisko z dziesiątkami innych zespołów. Nie brzydził się żadnej roboty, pertraktował nawet z północnokoreańskim reżimem, aż wylądował – po nieudanych próbach zaoferowania siebie Kamerunowi oraz Irakowi – właśnie na Filipinach. W styczniu skończy 71 lat.

Ponad 3800 km dzieli w linii prostej Turyn i Mediolan od Jeddah, gdzie piłkarze Juventusu i Milanu rozegrają w styczniu mecz o Superpuchar Włoch. O zmianę lokalizacji apelowali do obu klubów działacze organizacji broniących praw człowieka, w tym Amnesty International, bo światem wstrząsnęło bestialskie zabójstwo dziennikarza Khashoggiego – popełnione w saudyjskim konsulacie w Turcji na zlecenie saudyjskiego króla Salmana. Wyjeżdżać nie chciał też związek zawodowy dziennikarzy w mającej transmitować mecz państwowej telewizji RAI, nazywając wyprawę do Jeddah „absurdalną” i „nieakceptowalną”. Wezwania do bojkotu okazały się bezskuteczne, choć nawet bez szokującej zbrodni znalazłoby się zatrzęsienie powodów, by tam nie grać. W końcu ta mroczna dyktatura, gardząca fundamentalnymi wartościami zachodniego świata, gwałci przede wszystkim prawa kobiet (buntujące się aktywistki są torturowane), a zawodnicy Serie A znów protestowali przeciw wymierzonej w nie przemocy, wychodząc na boisko z symbolicznymi czerwonymi kreskami na twarzach. Konsekwencji szefom włoskiego futbolu jednak brakuje, bo tym razem chodzi o pieniądze – i zarówno Arabia Saudyjska, jak i inne kraje regionu nadal polerują swój wizerunek przez sport, dopadły już nawet szachów. Nawiasem mówiąc, mecz piłkarski Superpuchar Francji odbędzie się w chińskim Shenzen, natomiast Superpuchar Hiszpanii drużyna Barcelona zdobyła marokańskim Tangerze. That’s modern football.

19 minut potrzebował Krzysztof Piątek, by ustrzelić hat-tricka w barwach pierwszego zagranicznego klubu w karierze. I jego kanonada ustała tylko na chwilę, rok kończy z 19 golami w 20 meczach Genoi. Czy to realne, by po Robercie Lewandowskim narodził się nam napastnik jeszcze znakomitszy lub porównywalnie znakomity? W kraju, w którym szkolenie generalnie leży? Czy w przyszłym roku stanie się bohaterem najdroższego transferu w dziejach naszej piłki? Może mnie ponosi, ale przesadzam świadomie – uwodzi Piątek zdolnością do oddania precyzyjnego strzału w każdej sytuacji i natychmiast, we łbie mi mącą komplementy wypowiadane przez włoskich trenerów, z entuzjazmem kupuję nawet gest będący elementem budowania tzw. marki osobistej (po zdobytej bramce krzyżuje przed sobą ręce z wyciągniętymi palcami symulującymi pistolety, jak rewolwerowiec na starym westernie). Najbardziej spektakularny w historii debiut Polaka w czołowej lidze zagranicznej? Który w dodatku urodził się w szczęśliwszym momencie niż Lewandowski?

720 minut, czyli aż osiem meczów, potrzebowali wytrzymać na boisku piłkarze Chorwacji, by odebrać srebrne medale mundialu. Wszystko dlatego, że w fazie pucharowej nie wygrali w normalnym czasie ani jednego meczu. Jeśli wyciąć dogrywki i serie rzutów karnych, to w 1/8 finału było 1:1 z Danią, w ćwierćfinale – 1:1 z Rosją, w półfinale – 1:1 z Anglią, w finale – 2:4 z Francją. Jedyny taki wicemistrz świata. A potem, już w Lidze Narodów, ponieśli Chorwacji swoją najwyższą klęskę w historii (0:6 z Hiszpanią) i spadli do dywizji B rozgrywek. Popaprana fabuła.

Zbliżała się godzina ósma rano, gdy w Soczi Rosjanie i Chorwaci ostrzeliwali się z rzutów karnych w ćwierćfinale mundialu. Zbliżała się w Jużnosachalińsku, bo na stadionie w Soczi, gdzie trwał dreszczowiec, nie było północy i trwał jeszcze dzień poprzedni. Niektórzy kibice gospodarzy dopiero mieli się położyć spać, a niektórzy właśnie musieli wychodzić do pracy, ponieważ turniej odbywał się w kraju wielkim jak kontynent, podróż pociągiem z polskiej bazy w Soczi na mecz z Japonią do Wołgogradu zajęła wysłannikom „Wyborczej” 18 godzin. Paradoks: mistrzostwa obejmowały zaledwie skrawek Rosji, najdalej położony stadion w Jekaterynburgu stoi w zaledwie jednej trzeciej drogi od zachodniej do wschodniej granicy. Cały kontynent obejmą dopiero w 2026 r., gdy podzielą się nimi Kanada, USA i Meksyk. To też idea urzeczywistniona (poprzez głosowanie na obradach FIFA) w mijającym roku – futbol wciąż puchnie od gigantomanii, globalizacji, cynizmu i szmalu.

1826 km drogą powietrzną pokonała delegacja PZPN, która poleciała na losowanie grup eliminacji do Euro 2020. Nasi przedstawiciele podróżowali do Dublina z Warszawy, inni działacze przybyli z miast należących do pozostałych 55 federacji stowarzyszonych w UEFA – wszyscy wsiedli do potężnych smrodzących maszyn transportowych, by pouczestniczyć w wydarzeniu, na którym ich obecność była całkowicie zbędna, wyciąganie kulek można by obejrzeć dzięki transmisji w internecie, dzisiaj nie trzeba już nawet ustalać kalendarza gier, wszak decyduje o nim komputer. Nonsensownych wypraw na rozmaite narady biznesowe i niebiznesowe odbywa się naturalnie mnóstwo, sport nie jest tu dziedziną wyjątkową, ale jeśli debatujemy, jak zredukować emisję gazów cieplarnianych, by ocalić biologię planety, to może wypada oczekiwać chwili refleksji także od środowiska piłkarskiego? Ciekawy byłbym rozmiarów śladu węglowego, jaki zostawia najpiękniejsza z gier. I pomysłów na jego ograniczenie – choćby symboliczne, bez zasadniczego wpływu na wynik końcowy, byle wziąć udział we wspólnym trudzie. Sugerowałbym np. rezygnację z grania o włoskie albo francuskie trofea w Azji. Albo fotowoltaiczne zasilanie jupiterów i reszty stadionowej elektryki.

10 048 km dzieli Buenos Aires od Madrytu, w którym musiały odbyć się derby Buenos Aires, gdy Buenos Aires okazało się niezdolne do zorganizowania finału najważniejszych klubowych rozgrywek w Ameryce Południowej, tamtejszego odpowiednika Ligi Mistrzów. Ślepą furią zapłonęły trybuny, w ogniu stanęły także ulice, rany odnieśli piłkarze. Pomimo ogromnego ryzyka szef FIFA Gianni Infantino i działacze kontynentalni naciskali na rozegranie meczu, oburzony ich chciwością legendarny bramkarz Jose Chilavert nazwał obu „gorszymi niż szczury”. Działo się to, co zazwyczaj w Argentynie, w której wokółfutbolowa przemoc odbija głębokie społeczne problemy i rozkład państwa. Działo się bardziej, bo fanom zarówno River Plate, jak i Boca Juniors przytomność odebrał strach przez porażką w najważniejszych derbach, jakie kiedykolwiek rozegrano.

Ostatecznie finał Copa Libertadores, czyli Pucharu Wyzwolicieli, przeniesiono więc i przemianowano na Copa Conquistadores, czyli Puchar Ciemiężycieli. Dopiero daleko od domu, na madryckim Santiago Bernabéu (patrz także: stolica futbolu), mecz tragiczny zmienił się w magiczny. Zanim River zatriumfowało, jego bramkę w dogrywce oblegali wszyscy rywale z Boca, łącznie z bramkarzem, który na długie minuty wypuścił się pod wrogie pole karne. Argentyna podarowała nam Maradonę, Messiego, i Di Stéfano, Argentyna wkrapla w piłkę najbardziej skrajne emocje.

15 608 km miał od stadionu swojego klubu do rodzinnego Olsztyna Adrian Mierzejewski na początku bieżącego roku, a już tylko 7 036 km ma obecnie. Były piłkarz reprezentacji Polski przeniósł się bowiem latem z australijskiego Sydney FC do chińskiego Changchun Yatai (dziura z ledwie 3,5 mln mieszkańców, dopiero 28. miejsce na liście tamtejszych miast sklasyfikowanych według wielkości populacji), kontynuując międzykontynentalną podróż – wcześniej grał w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, stolicy Arabii Saudyjskiej, Turcji oraz Warszawie, Sosnowcu, Płocku i Olsztynie. Najbardziej egzotyczna kariera piłkarza z naszej zagrody od czasów rozbicia dzielnicowego?

8 130 km dzieli stacjonującego w Pekinie (22,5 mln mieszkańców) trenera Marcello Lippiego od toskańskiego Viareggio (62 tys.). Selekcjoner reprezentacji Chin zarabia 28 mln dol. rocznie i jest ponoć najwyżej opłacany w swojej branży na całym świecie, ale za kilka tygodni, po styczniowym Pucharze Azji, zamierza posadę rzucić. Bo ma za daleko do rodziny, chce nacieszyć się życiem. Drużyny kolosa na glinianych nogach nie natchnął, według krytyków nie dokonał wręcz niczego – jego piłkarze nie awansowali na ostatni mundial, a minionej jesieni umieli pokonać jedynie Syrię, remisując lub przegrywając z Jordanią, Irakiem, Palestyną, Indiami, Bahrajnem oraz Katarem. Od spełnienia marzeń Xi Jinpinga, czyli przewodniczącego partii komunistycznej i przewodnika narodu, który rozkazał wznieść futbolową superpotęgę, Chińczyków dzieli jeszcze więcej niż Lippiego od domu.

Włoch, który skończy w kwietniu 71 lat, w fazie grupowej Pucharu Azji spotka się m.in. z rówieśnikiem Svenem-Göranem Erikssonem. Przypomnijmy: Szwedowi wpadła fucha na Filipinach.

846 km dzieli przedmieścia Porto Alegre, na których urodził się Alisson, od obrzeży Sao Paulo, gdzie urodził się – tylko 10 miesięcy później – Ederson. Obaj Brazylijczycy skaczą między słupkami czołowych klubów ligi angielskiej (Liverpool i Manchester City), obaj kręcą się wokół szczytów tabeli, obaj stopami manipulują niemal tak zręcznie jak rękami, obaj chcą być najlepsi na świecie. Poza Europą nie mają konkurencji, na naszym kontynencie rywalizują ostatnio z Markiem-André Ter Stegenem, Thibautem Courtoisem i Janem Oblakiem (giganci minionych lat Manuel Neuer i David De Gea sprzeciętnieli). Alisson operuje w tyleż bardziej komfortowym środowisku od rodaka, że stoi za drużyną, która w erze totalnego ofensywnego rozpasania broni dostępu do swojego pola karnego z nieprzyzwoitą skrupulatnością. Puści mniej goli niż jakikolwiek golkiper w Premier League?

1,9 mln obywateli liczy Kosowo, którego reprezentacja nie przegrała w tym roku żadnego meczu (na naszym kontynencie dokonali tego jeszcze tylko Rumunii). To państwo pod wieloma względami nie działa, uchodzi wręcz za upadłe, nie uznaje go ONZ. Nie tylko dzięki przykładowi Chorwacji wiemy już jednak, że na terytorium byłej Jugosławii ganiać z sensem za piłką potrafią wszyscy. Kosowo wygrało grupę w dywizji D Ligi Narodów, więc wystąpi przynajmniej w barażach o Euro 2020 – przygotujcie się, że tam awansuje. A tamtejsze kluby, choć Ligi Mistrzów nigdy nie podbiją, zdobyły minionej jesieni więcej punktów do rankingu UEFA niż polskie. FK Pristina i Drita Gnjilane. Zapamiętajmy te nazwy, żeby wiedzieć, kogo należy się bać przed następnym losowaniem.

Nie wiadomo, jaka odległość dzieli nas od królestwo Wakandy, ponieważ położenie Wakandy jest bliżej nieznane, podobnie jak pochodzenie vibranium – metalu o niesamowitych właściwościach, Wakanda zawdzięcza mu niedostępny dla reszty ludzkości poziom rozwoju technologicznego – ale nie ma śladowych wątpliwości, że narodziło się tam nowe sportowe supermocarstwo. Wakanda Forever!

Wakanda Forever

9 916 km dzieli Haiti od Demokratycznej Republiki Konga, w których urodzili się rodzice Presnela Kimpembe, reprezentanta Francji i złotego medalisty mundialu. Mniejsza odległość, ale też znaczna, dzieli Kamerun od Algierii, czyli krajów pochodzenia rodziców jego sławniejszego kolegi Kyliana Mbappé. Mistrzostwo świata zdobyła grupa w najwyższym stopniu postkolonialna. Zawodników silniej lub słabiej związanych z innymi miejscami na Ziemi było 16, stanowili 70 proc. kadry, byli jej liderami. Francja bez nich już nie istnieje. Podobnie zresztą jak brązowa medalistka Belgia, której medal wyrósł na drzewie genealogicznym sięgającym korzeniami kilkunastu państw z trzech kontynentów.

7 lat trwała dominacja Olympiakosu Pireus w lidze greckiej, zanim wiosną wreszcie obalił go AEK Ateny. Co gorsza, ustępujący mistrzowie spadli na najniższy stopień podium i stracili wszelkie szanse bardzo szybko, więc prezes Evangelos Marinakis wrzasnął na początku kwietnia: „Macie wszystko, ale nie macie dla niczego szacunku. Troszczycie się tylko o samochody i domy, klub was nie interesuje, a ja chcę widzieć w szatni tutaj tylko uczciwych ludzi. Chłopcy z akademii chcą bardziej i to oni dograją resztę meczów”. Brzmi jak zwykle, porażkom w futbolu prawie zawsze towarzyszą identyczne oskarżenia, choć słychać je raczej na trybunach. Radykalizm prezesa przyniósł mizerne efekty. Olympiakos w tym sezonie znów ma olbrzymią stratę do lidera.

145 mln osób śledzi na Instagramie profil Cristiano Ronaldo, a mnie zaciekawiło, kim on jest dla ludzi z jego rodzinnych stron. Poleciałem zatem do Funchal, porozglądałem się, popytałem. Efekty znajdziecie tutaj.

251 km trzeba przejechać samochodem, by od przejścia granicznego w Kudowie-Zdroju przedostać się do Pilzna, gdzie rozsądne zarządzanie przedsiębiorstwem futbolowym pozwala Viktorii sezon w sezon zabawiać się w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub Ligi Europy, czasami dopiero w dogrywce poddać walkę o ćwierćfinał (miniona wiosna), w dodatku osiągając to wszystko siłami kadry o szokującej z naszej perspektywy strukturze narodowościowej. Kopią tam mianowicie sami Czesi z niewielkim wsparciem słowackim, dowodzeni przez niejakiego Pavla Vrbę. W lutym piłkarze Viktorii Pilzno wrócą zatem na europejskie boiska, natomiast nam pozostaje przyjrzeć się kalendarium lata i jesieni 2018: oto 7 sierpnia tzw. ekstraklasę wyprzedziła w klasyfikacji UEFA liga białoruska (zlecieliśmy na 21. pozycję), 30 sierpnia – szkocka (22.), 4 października – za jednym zamachem szwedzka i norweska (na 24.), 8 listopada – kazachska (na 25.). To zestawienie obejmuje wyniki z ostatnich pięciu sezonów. Na szczęście, bo przy zliczeniu czterech najnowszych lat polskie kluby zlatują na 27., a przy wzięciu pod uwagę trzech – na 30. miejsce. Wyraźna tendencja, ale o los herosów nadwiślańskiego futbolu nie musimy się martwić, to plemię całkowicie samowystarczalne, wystarczy mu wygrywać we własnym gronie, przed chwilą znów wyciągnęło rekordowe pieniądze za prawa do transmisji, o jego byt postanowiła zadbać nawet telewizja narodowa.

8 728 km mierzy najkrótsza trasa łącząca stolice Szwecji oraz Kambodży, skąd pochodzą biznesmeni Mats Hartling oraz Ly Vanna, którzy ponoć mieli – mają? – ocalić od upadku umoczonej w kryminalne skojarzenia Wisłę Kraków, nasz najbardziej utytułowany klub początku XXI wieku. Prawdopodobne bankructwo takiej marki to skandal, ale skandal zdarzający się wszędzie, jak boiska długie i szerokie, w końcu na dnie lądowały nawet Glasgow Rangers czy Napoli, firmy z europejskimi triumfami w dorobku. Próbujący dobrać się do klubu hochsztaplerzy to też widok znajomy (do Milanu przyssał się niedawno gołodupiec z Chin), ale kazus wiślacki wydawał się jakoś szczególnie żałosny. Osobliwie wyglądał zwłaszcza Ly Vanna, który biegał po Krakowie schowany pod parasolem, łypał jak szpieg z krainy deszczowców, a następnie się rozpłynął. Błagalne wyczekiwania na przelew to adekwatny komentarz do mentalnej kondycji naszego futbolu, który nawet zagranicznego inwestora musiał przyciągnąć kuriozalnego. Jeśli zastanawiacie się, gdzie na Ziemi piłka nożna przybrała najbardziej egzotyczne kształty, to nie szukajcie daleko, mocną kandydaturę macie pod nosem.

18:01, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
wtorek, 18 grudnia 2018

Jose Mourinho

1) José Mourinho – wylany właśnie z Manchesteru United – był kiedyś moim ulubionym trenerem. Pranie mediolańskich mózgów, które wyniosło Inter do triumfu w Lidze Mistrzów w sezonie 2009/10, uważam za absolutne arcydzieło sztuki dowodzenia. I za bardziej niesamowity sukces niż triumf w tych rozgrywkach z FC Porto.

2) José Mourinho miał zawsze krótką datę przydatności, ale widziałem w tym zaletę, nie wadę – wypalał się, bo dawał ognia jak pożar dżungli, piłkarze musieli w końcu pod jego rozkazami spłonąć. Dzisiaj jest trenerem przestarzałym, który podąża drogą Arsene’a Wengera szybciej niż Arsene Wenger. Nie nadąża.

3) José Mourinho zdegradował Manchester United do drużyny najgorszej w stosunku do swoich możliwości w całej europejskiej czołówce. Jako kibic Milanu wiem, co to znaczy zlecieć z kontynentalnego szczytu na piąte albo szóste miejsca w lidze krajowej, ale też wiem, że na San Siro nagle bardzo ubyło pieniędzy, a na Old Trafford – przybyło. Nie dajcie się nabrać na marudzenie, że tam nie ma porządnych piłkarzy. Są. Umieją więcej niż sugeruje punkt przewagi nad Wolverhampton.

4) José Mourinho trochę już w życiu poprzegrywał, ale w moim rankingu bieżący sezon jest/był najgorszym w jego karierze. Manchester United nie ma nawet dodatniego bilansu bramkowego w lidze angielskiej; Manchester United traci więcej punktów do lidera (19) niż ma przewagi (14) nad strefą spadkową; Manchester United ma być zorientowany defensywnie, ale tylko cztery zespoły (!) straciły więcej goli, to Fulham, Burnley, Southampton i Cardiff; Manchester United w prawie każdym meczu z silnym rywalem modli się o przetrwanie, a Alex Ferguson patrzy i cierpi; Manchester United zasługuje na trenera z wizją.

5) José Mourinho nie wierzy w potęgę treningu. Stęka, że mu nie kupili piłkarzy, zamiast uczyć tych, których ma. Patrzyłem w niedzielę na Liverpool i widziałem coś, co stworzył Jürgen Klopp, patrzyłem na Manchester United i widziałem nie wiadomo co. Kiedy to się, do diabła, skończyło?! Dlaczego to się skończyło?! Przecież u ciebie Goran Pandev był bogiem!

6) José Mourinho pozwolił, żeby Manchester United został najbardziej poobijaną drużyną sezonu w Premier League. Liverpool, ten wspaniały nowy Liverpool, oddał na jego bramkę 36 strzałów. Czegoś takiego „Czerwone Diabły” nie doświadczyły od półtorej dekady.

7) José Mourinho jest sprawcą. To on ustalał skład, system gry i taktykę, to on odpowiadał za jakość treningów, to on miał inspirować.

8) José Mourinho jest ofiarą. Pracował w firmie, która świetnie prosperuje niezależnie od wyników i sektor biznesowy absolutnie zdominował sektor sportowy. Paul Pogba zasługuje na burę, i to na brutalną burę, zakazałbym mu fryzjera na dwa, może nawet trzy tygodnie.

9) José Mourinho bardzo chciał brazylijskiego piłkarza Freda. Klub zapłacił za niego 52 mln funtów, piątą najwyższą sumę za transfer w swojej historii. José Mourinho rzadko wpuszcza Freda na boisko.

10) José Mourinho kiedyś kochał swoich piłkarzy na zabój i z wzajemnością, jak nikt inny na świecie. Teraz ich nienawidzi – też ogniście, też z wzajemnością.

11) José Mourinho jest wśród aktywnych trenerów najbardziej utytułowany. Uzbierał 25 trofeów, więcej niż Pep Guardiola (24) i Carlo Ancelotti (19).

12) José Mourinho ma prześladowcę, prześladowca nazywa się Pep Guardiola. José Mourinho przegrywał z nim w Hiszpanii, José Mourinho zdobył przez niego nie mistrzostwo, lecz zaledwie wicemistrzostwo Anglii – a w glorii najlepszego mógłby ten sezon zacząć zupełnie inaczej.

13) José Mourinho dostanie albo nie dostanie zaraz roboty w Realu Madryt, ja bym jako prezes tego klubu jej nie dał.

14) José Mourinho stracił rząd dusz.

15) José Mourinho nie kupił w Manchesterze nawet domu – przez dwa lata z okładem mieszkał w prezydenckim apartamencie w Hotelu Lowry, niemożność wyjścia bez zarzuconego na głowę kaptura na spokojny spacer nazywał „katastrofą”, żona z dziećmi została w oddalonym o 300 km Londynie, przyjeżdżają rzadko. Bąkał José Mourinho, że nie czuje wsparcia w klubie, wyglądał na samotnego. W autokarze jadącym na mecz siedział zazwyczaj obok pustego fotela. Wiosną porzucił go nawet asystent i przyjaciel Rui Faria, który marzył o normalnym życiu z rodziną – współpracowali od 2001 roku, wszędzie, począwszy od prowincjonalnej portugalskiej Leirii, Mourinho często zwierzał się, że tęskni.

16) José Mourinho powinien odpocząć, poczytać.

17) José Mourinho na pewnie nie przyjdzie do Milanu, więc mogę bezpiecznie marzyć, że przyjdzie. Idealne miejsce dla niego – marni piłkarze tam kopią, a on nie lubi bajecznie utalentowanych piłkarzy.

18) José Mourinho, bez urazy, ale czuję, że Manchester United pójdzie teraz do góry.

19) José Mourinho, wróć. Nie lubię historii twojego upadku, paskudnie tabloidowa, polubię opowieść o powrocie na szczyt, to będzie cudownie tabloidowe. Zwycięski José Mourinho pasuje do piłki nożnej jak dupa do wiadra.

14:11, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 17 grudnia 2018

Fundamentalny krok ku nowej wspaniałej przyszłości dokonaliśmy w minionym tygodniu. Teraz brakuje już tylko kroczków, by na zawsze wyeliminować klęski. Napisałem do „Gazety” felieton o najbardziej przyjaznej branży dla pracownika - przeczytacie go tutaj.

16:09, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 grudnia 2018

Nie będę ściemniał: w pewnych sprawach spojrzenie na rzeczywistość mam wykrzywione jak antyszczepionkowiec, dla mnie piłkarze Juventusu nie stracili – wbrew informacjom zawartym w oficjalnej tabeli – aż tylu goli w zakończonej fazie grupowej Ligi Mistrzów, może nawet nie stracili ani jednego. Uzbierali komplet punktów, wygrali wszystkie mecze. Widziałem wprawdzie, jak krzywdę wyrządza im pewnego dziwnego wieczoru Manchester United, z 0:1 wychodząc znienacka na 2:1, oraz w ostatniej kolejce z Young Boys Berno, ale oba epizody wyparłem. Kolidowały z moją wizją świata, skandalicznie nie pasowały do krajobrazu.

Sami się zresztą przyjrzyjcie – turyńczycy dominowali nad MU bezdyskusyjnie, dominowali na wyjeździe i u siebie, do minimalnego zwycięstwa poza domem zamierzali dołożyć minimalne zwycięstwo w domu, zmierzali do celu ze spokojem i pewnością ruchów człowieka idącego na pocztę. Jest parafka, jest przesyłka. Gdyby nie tamto nieszczęsne 150 sekund, gdyby nie zaskakujące odrętwienie między 86. a 89. minutą gry, mieliby szanse na bilans należący do ścisłej czołówki najlepszych jesiennych bilansów w obecnej formule Champions League, która wygląda obecnie tak:

Juventus, Liga Mistrzów

Powyższa tabelka niby niewiele wnosi, w końcu rozgrywki rozstrzygają się wiosną i wtedy powstają prawdziwe hierarchie. Zarazem jednak zestawienie z oryginalnej perspektywy potwierdza, że żyliśmy (żyjemy?) w erze Madrytu i Barcelony – ich prymat widać zarówno w gablotach z trofeami (triumfowały w 7 z ostatnich 10 edycji LM), jak i tam, gdzie nie trzeba się wysilać, czyli przy odfajkowywaniu fazy grupowej. Znów: rutynowa wizyta na poczcie. Wirtuozi spod szyldu El Clásico nawet przy prozaicznych czynnościach zachowywali wdzięk.

Juventus rzadko mizdrzy się do widza. Uprawia futbol skrajnie zrównoważony, pragmatyczny, obojętny na ozdobniki. Kojarzy mi się z przywołanym hiszpańskim duetem, bo również na bardzo długim dystansie czasu sugeruje – niezmiennie, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, sezon w sezon – że zasługuje na najcenniejszy laur w Europie, krząta się wokół trofeum, ma je na wyciągnięcie nogi Mario Mandżukicia. A bieżącej jesieni jeszcze silniej niż dotychczas kontroluje grę absolutnie, niezależnie od rywala.

No chyba że turyńczyków trafi nagła utrata przytomności. Jak w tajemniczym rewanżu z MU – gdyby nie zaćmienie po 86 minutach pełnej jasności umysłu, to chyba bym się wtedy pozakładał ze wszystkimi belzebubami świata, że pofetujemy ich jako jedyną drużynę w dziejach Ligi Mistrzów, począwszy od dziewiczego początku lat 90., która zakończyła rozgrywki w grupie z czystym kontem. Po tamtym wieczorze Wojciech Szczęsny gola nie puścił przez 450 minut gry – w Serie A, m.in. z Interem u siebie i Milanem na wyjeździe, oraz z Valencią w LM – by przyjąć ciosy dopiero po w środowe ostatki w Europie z zespołem Young Boys, na które też trudno spoglądać z miną serio, skoro zrelaksowane Juve opędzało je byle jak, m.in. bez swoich trzech superobrońców.

W Italii piłkarze Juve właściwie się już nie mieszczą, bezbłędni wydają nawet wtedy, gdy popełnią błąd, obserwuję to weekend w weekend. Szczególne wrażenie wywarli, gdy siedziałem na ich stadionie podczas wrześniowego szlagieru z Napoli (3:1) – chwycili wtedy rywali za twarz i z każdą akcją ściskali mocniej; Cristiano Ronaldo dał popis dla siebie nietypowy, ale imponujący, wszechistniał (na miarę czarów Leo Messiego z minionej soboty, obaj wcale nie zamierzają zrzec się władzy nad futbolem); Joao Cancelo połknął naszego Piotra Zielińskiego w całości, bez rozgryzania ani przeżuwania. To nie było kolosalne starcie lidera z wiceliderem, goście z Neapolu zgrywali raczej kogoś ponad swój rozmiar, a bramkę zawdzięczają głównie chwilowemu roztargnieniu gospodarzy, zdobywając ją, jedynie Juventus rozsierdzili.

Tamtej bramki Driesa Mertensa też właściwie nie miałem ochoty potraktować poważnie, podobnie jak obu manchesterskich. Słabo komponuje mi się z całokształtem twórczości turyńczyków, którzy moim zdaniem grają rozważniej i mądrzej niż ktokolwiek na kontynencie, każdego przeciwnika umiejętnie trzymają na dystans, podarowują Szczęsnemu luksus wielominutowej bezczynności, zasobami kadrowymi dysponują zbyt głębokimi, żeby nietykalność odebrała im jakakolwiek epidemia kontuzji. W dodatku Massimiliano Allegri manipuluje nimi perfekcyjnie, ostatnio niemożliwych komplementów dosłużył się nawet od jaśniepaństwa Cristiano Ronaldo, który zresztą również wygląda na odmienionego – jakby przestawił głowę na zespołowość, pogodnie znosi kluczowe gole wbijane przez Mandżukicia, może wykalkulował sobie, że triumf w Lidze Mistrzów z trzecim klubem zbliży go do kolejnej Złotej Piłki bardziej niż tytuł króla strzelców tych rozgrywek. Jesienią uciułał całego jednego, historia niesłychana.

Nic dziwnego: w Turynie dzieje się wyłącznie niesłychane. Właśnie teraz, po kolejnej wpadce, z przyjemnością ogłaszam, że to dla mnie drużyna jesieni w Europie, która byłaby jedyną niepokonaną… Tfu, jest jedyną niepokonaną w Europie – feralne sekundy z Manchesterem United i feralne minuty bez znaczenia z Young Boys Berno uważam, jako się rzekło, za fatamorganę.

Juventus, Liga Mistrzów

05:26, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 07 grudnia 2018

Szachy, AlphaZero

Wielkim odkryciem mijającego roku był dla mnie efekt pisania o szachach. Zająłem się tematem znienacka, natchniony wspaniałym popisem Polaków na olimpiadzie w Batumi, i okazało się, że ludzie chcą o nim czytać. Mamy w redakcji twarde dane – lgnęli i do długiego wywiadu z młodym arcymistrzem z Krakowa, i do trailera meczu o mistrzostwo świata, i do opowieści o triumfie Magnusa Carlsena nad Fabiano Caruaną, zassali nawet podsumowanie o fenomenie królewskiej gry w Norwegii oraz jej kondycji u schyłku drugiej dekady XXI wieku. Frajdę czerpałem z obstukiwania szachownicy klawiaturą niesłychaną, czułem do czytelników autentyczną wdzięczność. I wyrzucałem sobie: dlaczego, łachudro, nie poruszałeś się po łamach ruchem skoczka wcześniej? Dlaczego usiłowałeś zataić przed ludźmi, co jest dobre?

Odkrycie, że szachy intrygują stada homo sapiens, ładnie wpisało się w cały sportowy rok 2018, w którym notorycznie zdarzały się rzeczy teoretycznie nie mające prawa się wydarzyć. Weźmy chociaż znaleziska mundialowe, z dwóch szczególnie mnie interesujących dyscyplin zespołowych.

Oto nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy uparli się udowodnić, że futbol to jest taka gra, w której 22 facetów gania za piłką, a na końcu zawsze przegrywają Niemcy. Przerżnęli wszystko, co było do przerżnięcia, nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie unicestwią ludzkości, gwałcąc prawa przyrody. Dokonali niemożliwego, wyczynu niepodobnego do niczego z przeszłości, ja właściwie do teraz łapię się na tym, że uważam ich za aktualnych mistrzów świata. W siatkówce natomiast obalili wszystkie prawdy o samych sobie Polacy. Okazało się, że to nasze skłócone, bałaganiarskie nadwiślańskie plemię jest w stanie obronić złoto mundialu. Znów: nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło, w żadnej grze drużynowej. Ja wiem, że akurat przez siatkę przeskakiwaliśmy na szczyt podium wcześniej, ale co innego wpaść tam pojedynczo, tym może zarządzić przypadek, a co innego podwójnie, to już wymaga grubszego planowania, sprawnie działającego systemu, może nawet strategii. Sensacyjny wniosek: na środkowym wschodzie musi być jakaś cywilizacja!

Mógłbym usypać wam cały stos incydentów zbyt nieprawdopodobnych, żeby uwierzyć w ich zaistnienie, ale nie mam cierpliwości, muszę biec do meritum, do odkrycia z samego szczytu piramidy nieprawdopodobieństwa. Otóż magazyn „Science” ujawnił całą prawdę o AlphaZero, czyli sztucznej inteligencji, która sama nauczyła się grać w szachy i pojęła je nie tylko lepiej niż ludzkość – to łatwizna – ale też nieporównywalnie lepiej od wszelkich istniejących dotychczas programów. A one nieźle przesuwają figury, Carlsen może im co najwyżej procesory czyścić. Dlatego rywalizują między sobą, w mistrzostwach świata komputerów. Dopiero w zetknięciu z AlphaZero zrobiły się malutkie – najpotężniejszy Stockfish8 wygrał ledwie 6 partii, a przegrał aż 155 (reszta zakończyła się remisem).

Wyczyny inżynierów z Deep Mind śledzę zafascynowany od dawna, bo szachy spotykają się tu z najważniejszym obok zmiany klimatycznej procesem współczesności – rozwijaniem oraz implementowaniem do rzeczywistości sztucznej inteligencji, która coraz przemożniej wpływa na nasze życie, a my niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, że zakrada się wszędzie, wkrótce nie będziemy bez niej umieli samodzielnie wybrać płatków śniadaniowych ani rozumieć, dlaczego coś się dzieje tak, a nie siak. Ale w kwestie ogólne nie wnikam, obsługuje mnie zbyt tępy mózg nieelektronowy. Wracajmy do szachów: otóż dzięki AlphaZero wiemy, że one są zupełnie inne, niż sądziliśmy, nasze około 1500 lat analiz i udoskonalania metod wygrywania wygląda tylko trochę bardziej przydatnie niż budka telefoniczna w głównej kwaterze Apple’a.

Upraszczając, software mądrali z Deep Mind tym się różni od tradycyjnych programów szachowych, że tamtym wdrukowaliśmy algorytmy, czyli zdefiniowane czynności prowadzące do celu (wygrania partii), natomiast AlphaZero otrzymała tylko neuronową sieć zdolną się „uczyć”. Tamtych w pewnym sensie zatruliśmy ludzkimi uprzedzeniami i schematami myślenia, a AlphaZero podsunęliśmy szachownice, podaliśmy reguły gry, i pozwoliliśmy samej dochodzić do prawdy. (Proces nazywa się uczenie „reinforcement learning”, opiera się ponoć na systemie „kar” i „nagród”, ale nawet jego twórcy nie wiedzą, co się dzieje i jak to przełożyć na ludzki język).

Skutek jest zniewalający. Wraz z materiałem w „Science” opublikowano kolejne partie rozegrane przez AlphaZero – partie przepiękne, obezwładniające oryginalnością, o przebiegu kwestionującym klasyczne spojrzenie na istotę gry. Każdy może sobie je obejrzeć i posłuchać komentarza ludzkiego arcymistrza, ale uprzedzam, że ciarki oblezą was od stóp do głów, każdy włos stanie na baczność, dotknięcie Tajemnicy, zafundujecie sobie ostatnią scenę „Interstellar” przy własnym biurku. AlphaZero zdaje się mieć w głębokiej pogardzie straty materialne (ewidentnie nie wie, że małpy nadały każdej figurze liczbową wartość), potrafi poświęcić masę pionów dla dalekosiężnego celu, atakuje z totalną elastycznością i nieprzewidywalnością. Ja już ją uczłowieczyłem, myślę o nowej królowej szachów „ona”, choć to raczej wykraczający poza nasz horyzont poznawczy Pan Bóg, tfu, Pani Bogini, zachwyca i przeraża, na pierwszej randce bałbym się wydukać słowo.

Jej bezczelność nie zna zresztą granic. Jak powszechnie wiadomo, wysiłkiem wszystkich pochylonych nad szachownicą pokoleń ustaliliśmy, że wybitnie sensownym ruchem otwierającym partię jest przesunięcie stojącego przed królem piona o dwa pola do przodu. Jest bezdyskusyjnie najpopularniejsze na każdym poziomie, tak zaczęło się 10 z 15 partii rozegranych niedawno przez Carlsena i Caruanę, od ruchu e4.

Gdy AlphaZero gra białymi, nie zaczyna tak nigdy. Jakby wymazywała całą historię królewskiej gry i ogłaszała, że schrzaniliśmy wszystko. Nawet pierwszy ruch trzeba przemyśleć jeszcze raz. To w moim mikrokosmosie najważniejsze odkrycie 2018 roku.

17:53, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
wtorek, 27 listopada 2018

Ależ piękna to para: dziewczyna z Krakowa i chłopak z Krakowa. Ją wzruszony świat właśnie żegnał, jego wzruszony znów witał – co wzmagało również nasze emocje, bo przecież nie istnieje nic ważniejszego niż legendarny „wizerunek Polski za granicą”. Nowy felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 25 listopada 2018

River Plate - Boca Juniors, Superclasico, Copa Libertadores. Fot. Gustavo Garello (AP)

Miał być finałem wszech czasów, okazał się wydarzeniem dla futbolu haniebnym. I, niestety, dość logiczną puentą historii derbów Buenos Aires – reklamowanych zazwyczaj jako najgorętsze na świecie, ale przede wszystkim najkrwawszych.

Podstawowe fakty chyba wszyscy znają. Rewanżowy mecz River Plate z Boca Juniors, czyli największymi argentyńskimi klubami, w finale Copa Libertadores, czyli południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów, zaplanowano na sobotę. Ale na autokar wiozący piłkarzy gości spadły kamienie, butelki, kije. I obejrzeliśmy przygnębiające sceny: nagraną smartfonem panikę wewnątrz pojazdu, wybite szyby, opatrywanych w szatni zawodników, policję rozpylającą gaz pieprzowy. Przerażony kierowca zemdlał i gdyby wiceprezes klubu Horacio Paolini nie chwycił kierownicy, doszłoby do wypadku. Niektórzy gracze po przybyciu na stadion wymiotowali, zapłakany kapitan drużyny Pablo Pérez i jego kolega z zespołu Gonzalo Lamardo zostali odesłani do szpitala z uszkodzonym szkłem okiem.

Początek meczu opóźniano. O godzinę, dwie, trzy. Gdy postanowiono przesunąć go na niedzielny wieczór, wokół stadionu trwały już regularne zamieszki – gaz nie wystarczył, policja strzelała gumowymi kulami. Obie drużyny nie chciały grać, nalegać miały jednak władze Conmebol i zaproszony na mecz prezes FIFA Gianni Infantino.

Nazajutrz wciąż trwały negocjacje, a równocześnie dowiadywaliśmy się, że np. wspomniany Pablo Perez częściowo nie widzi na jedno oko i do składu wpisano go wbrew zaleceniom lekarzy. Aż wreszcie mecz przełożono na nie wiadomo kiedy. Na pewno nie odbędzie się przez następne 10 dni – w czwartek stolica Argentyny gości szczyt G20, a już wcześniej uzgodniono, że w czasie jego trwania wszelkie imprezy sportowe zostaną odwołane.

Tymczasem sprowadzanie derbów Buenos Aires do „imprezy sportowej” byłoby skandalicznym zawężaniem tematu.

Wszyscy od dawna czuli przed tym dwumeczem obezwładniający lęk. Zdarzy się raz i już się nie powtórzy. Nigdy. Okazji do zemsty nie będzie, pokonany jest skazany na wieczne potępienie. W sobotni wieczór w Buenos miał nastąpić sąd ostateczny.

I nie myślcie sobie, że wciskam wam typową dla pisania o sporcie mieszaninę przesady i patosu wzmocnioną jeszcze przez wokółfinałowy zamęt. Akurat w tym przypadku, niezależnie od wypadków z weekendu, każda hiperbola jest uzasadniona. Ewentualnie – za mała.

Kiedy Boca i River rywalizowały w półfinałach Copa Libertadores z Palmeiras i Gremio, to prezydent kraju Mauricio Macri otwarcie przyznawał, że kibicuje brazylijskim rywalom. Żeby tylko uniknąć finałowej wojny domowej. Wojny rozciągniętej w czasie, ponieważ trofeum zdobywa się tam, inaczej niż w europejskiej Champions League, w systemie mecz i rewanż. Mówił Macri o trzech tygodniach bezsenności, nieuniknionym paraliżu miasta i strachu przed kibicowskim amokiem, którego stolica nie wytrzyma. Buenos Aires wielokrotnie stawało w ogniu z powodu derbów – przesyconych przemocą jak żadna futbolowa rywalizacja na świecie, z setkami ofiar śmiertelnych w porachunkach gangów związanych z oboma klubami. Gdy w 2015 r. giganci zderzyli się w 1/8 finału Copa Libertadores, rewanż odwołano i przyznano walkower River Plate, bo w przerwie rewanżu na stadionie Boca Juniors piłkarze gości zostali zaatakowani w tunelu gazem pieprzowym, czterech wylądowało w szpitalu, wcześniej w trakcie gry obrzucano ich z trybun przedmiotami.

Nazywają ów szlagier Superclasico i obwołują najgorętszym na planecie, ale nie ze względów sportowych, lecz właśnie przez ekstremalną temperaturę wokół boiska. Można powiedzieć, że stadiony Bombonera i Monumental leżą nie tyle w Buenos Aires, co tam, gdzie miłość do futbolu wyrodziła się w patologię.

Teraz ciągnęli w ich kierunku fanatycy ze wszystkich stron świata. „W ich kierunku”, ponieważ biletów oczywiście nie wystarczyło dla wszystkich chętnych (spłynęło ponad milion zgłoszeń, obu klubom kibicuje 65 proc. ludzi w liczącej 44 mln mieszkańców Argentynie), a kibiców gości na oba stołeczne obiekty od lat się nie wpuszcza. Agencja Reuters cytuje 33-letniego Byrona Stuardo Alquijaya, który przyleciał z Gwatemali: „River Plate to moje życie. Musiałem sprzedać samochód, żeby tu przyjechać. W przyszłości mogę kupić sobie inny, a powtórki tego meczu już nigdy nie będzie”.

Ma więcej niż rację: od przyszłego sezonu z Copa Libertadores znika finałowy dwumecz, o triumfie będzie decydowało pojedyncze spotkanie na neutralnym terenie. Dlatego Argentyńczycy krzyczeli o Finale Świata (La Final del Mundo) oraz Finale Wszech Czasów (La Final de Todos los Tiempos), dlatego pokonany nigdy nie zdoła wziąć odwetu, dlatego prezydent Macri (prezesował Boca w latach 1995-2008) szacował, że lizanie ran potrwa co najmniej 20 lat. A jeśli zanurzycie się w kibicowskie fora internetowe, odkryjecie, że żądza zwycięstwa ustępowała strachowi przed klęską. Drżeli zwłaszcza zwolennicy River Plate, które po wyjazdowym remisie 2:2 (gole na wyjeździe nie mają tam znaczenia) podejmowało Boca Juniors w rewanżu u siebie – niepowodzenie miało być niewysłowionym poniżeniem, bo rywale fetowaliby na stadionie Monumental! Apokalipsa. A mówimy o kulturze piłkarskiej szczególnej, w której rozkosz wywołana obserwowaniem cierpienia przeciwnika liczy się nawet bardziej niż ekstaza spowodowana własnym sukcesem. W czwartkowym minireportażu Reutersa wypowiada się także Maria de Faz, którego ojciec miał podczas derbów atak serca: „Nie lubię meczów River – Boca. Wykańczają mnie. Nie chciałem, by do tego finału doszło. I nie wiem, jak poradzę sobie ze sobą do sobotniego wieczoru”. A Vicente Zucala, niewidomy 29-latek uzależniony od River Plate, dodaje: „Jeśli przegramy, jesteśmy skończeni. Będzie po wszystkim”.

Dlatego wielu co bardziej przytomnych fanów nawoływało przed rewanżem, by ze względu na wyjątkowość chwili pozawierać pakty o nieagresji przynajmniej wewnątrz rodzin i grup znajomych. Było o co apelować, bo co rusz słyszeliśmy o ponurych incydentach – pewną awanturę między serdecznymi kumplami podzielonymi właśnie w kwestii kibicowskiej zwieńczyło podpalenie domu. W żyłach mieszkańców Buenos Aires bulgotały tak silne emocje, że gigantyczna mobilizacja sił policyjnych nie mogła niczemu zapobiec – brutalna bójka mogła wybuchnąć w każdej knajpie, na każdym podwórku, w każdym domu. Gdy przed siedmioma laty River jedyny raz w historii spadło do drugiej ligi, dzielnica, w której stoi Monumental, eksplodowała wandalizmem i ślepą nienawiścią. Zniszczone samochody, koktajle Mołotowa, gaz łzawiący... Efekty reagowania na piłkę nożną, które ponurą kulminację miało w 1968 roku, gdy derby rozpoczęte od palenia wrogich flag i rzucania workami z moczem zamieniły się w masakrę. Zginęło 71 osób, 150 było rannych.

Teraz jeszcze przed pierwszym meczem służby publiczne przypominały w mediach, by fani z problemami zdrowotnymi poumawiali wizyty u lekarzy, upewnili się, że mają wystarczającą ilość leków, w dniu wydarzenia nie objadali się i porządnie nawodnili, poćwiczyli fizycznie, a najlepiej – zrezygnowali z oglądania. Instytut Kardiologii przestrzegał stacje radiowe i telewizyjne, by podczas transmisji raczej tonowali nastroje, bo istnieje olbrzymie ryzyko tragedii – i np. Radio AM550 obiecało ściszyć odgłosy z trybun, puścić w tle muzykę relaksacyjną, rozkazać komentatorom, by wyrzucali z siebie słowa wolniej niż zazwyczaj, a przede wszystkim poprzestali na suchym relacjonowaniu faktów i unikaniu mogących wyzwalać skrajne emocje przymiotników. – Gdy w doliczonym czasie pierwszej połowy pierwszego spotkania gol Dario Benedetto dał prowadzenie Boca, opisałem tylko poprzedzającą go akcję. Nie wspomniałem ani słowem, że to katastrofa dla River – opowiadał „New York Timesowi” radiowiec Leonardo Uranga, który przed transmisją rozmawiał na antenie z kardiologiem, a w jej trakcie powstrzymał instynkty i najważniejszego meczu w karierze nie relacjonował w typowym dla siebie (i w ogóle wszystkich południowych Amerykanów) opętańczym tempie. Obłęd. Obłęd o rozmiarach nie do objęcia rozumem dla nikogo z naszej strefy klimatycznej, nawet znawców derbowych piekieł w Glasgow czy Stambule, nie mówiąc o piekiełkach w Sewilli czy tlących się nad El Clásico. Kiedy w ubiegłym tygodniu Boca zorganizowało otwarty trening, trybuny były nabite ponad granice bezpieczeństwa, roztańczone i rozśpiewane już godzinę przed wyjściem piłkarzy na boisko. Aż zaniepokojone władze miejsce obiekt zamknęły.

Weekendowy chaos zapewne odbija również głębokie społeczne problemy Argentyny, kraju pogrążonego w permanentnym kryzysie – z gigantycznym długiem publicznym, galopującą inflacją, bezrobociem i masowo uciekającymi inwestorami. O tym nie chcę się wymądrzać, ale tamtejszego bzika derbowego, czysto piłkarskiego, trochę zaznałem. Nie na Bombonerze i Monumental (choć oba wizytowałem), lecz w Santa Fe. Jechałem na nie z uzbrojoną eskortą, przez miasto zamarłe jak w stanie wojennym po godzinie policyjnej, murawę z obu dłuższych boków oddzielała od trybun fosa, za bramkami dostęp do boiska miał uniemożliwiać wysoki na dziesięć metrów parkan zwieńczony kłębami drutu kolczastego. I ten jednak był niestraszny śmiałkom, którzy wspinaczkę rozpoczęli tuż po rozpoczęciu meczu. Gdy najwytrwalsi docierali do szczytu, arbiter przerwał grę, bo kibice ryzykowali śmiertelnie, upadkiem na beton – wyściełany tylko papierami, które porywisty wiatr zatrzymał, gdy frunęły w kierunku murawy. Policjanci przyglądali się wspinającym się obojętnie, do powrotu na trybuny namówili ich dopiero piłkarze.

Widziałem tam mnóstwo niepełnosprawnych, większość siedziała w wózkach przy murku odgradzającym widownię od fosy. Czy raczej – miotała się w totalnym delirium. Przy każdym groźniejszym ataku, agresywniejszym faulu lub kontrowersyjnej (znaczy każdej) decyzji sędziowskiej wraz z całym stadionem wpadali w taki szał, że wielu zsuwało się na ziemię. Siedzący w najniższych rzędach podbiegali, wciągali ich z powrotem na wózki, wracali na swoje miejsca. Mijało kilka minut, inwalidzi znów wchodzili w niekontrolowany ruch wirowy, znów lądowali na podłodze, znów podnosili ich sąsiedzi etc. I tak po ostatni gwizdek.

W pamięci najmocniej utkwiła mi siedząca obok młoda matka. Uczucia kibicowskie toczyły w niej wewnętrzną walkę z macierzyńskimi, kobieta zerkała na oszołomioną hałasem i zziębniętą kilkuletnią córkę, po czym efektowny przerzut piłkarza przykuwał jej uwagę do boiska. Chciała poprawić dziecku kaptur i pewnie zrobiłaby to natychmiast, gdyby nie udany drybling prawoskrzydłowego. Gra pochłaniała ją do granic przytomności, to wówczas pierwszy raz pomyślałem, że futbolowa mania może osiągnąć stadium ciężkiej choroby. A po meczu ulżyło mi, że nie dostałem w głowę kubkiem wypełnionym moczem, pociskiem bardzo tam popularnym.

Kto zagląda na argentyńskie stadiony – nie tylko, piłka na całym kontynencie płonie – przywykł, że gra toczy się tam pod wysokim napięciem i zawodnicy, trenerzy oraz sędziowie opuszczają boisko osłaniani tarczami. Korespondent hiszpańskiego „El Pais” zżymał się wczoraj, że w Europie romantyzujemy tamtejszy futbol, dla własnej wygody zamykając oczy na fakt, że skolonizowały go hordy barbarzyńców, przed którymi normalni ludzie się ukrywają. (Mógłby dodać: koloryzujemy egzotykę znużeni monotonną estetyką korporacji barcelońskich, madryckich, paryskich itd.). Teraz w Buenos Aires ofiary fizycznej napaści wśród graczy mieliśmy jeszcze przed gwizdkiem, więc szefowie Boca żądają walkowera, a niedzielną decyzję o kolejnym przełożeniu meczu uzasadniono troską o równość szans. Nie wiadomo, gdzie i kiedy zostanie ostatecznie rozegrany, może nawet nie wiadomo, czy w ogóle się odbędzie. I czy powinien się odbyć. Finał i tak właściwie już rozstrzygnięto. Zatriumfowała nienawiść.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 22 listopada 2018

Robert Kubica, Williams

Tak się złożyło, że w grudniu 1999 roku z bliska patrzyłem, jak Robert Kubica pierwszy raz w życiu siada za kierownicą samochodu/bolidu wyścigowego. Na słynnym torze w Le Mans, gdzie został zaproszony na testy Formuły Campus. On był dzieckiem, które nie mogło jeszcze nawet zdawać na prawo jazdy, ja byłem studentem, który dopiero od roku pisał dla „Gazety”. Z tamtego wspólnego podróżowania po Francji najbardziej zapadło mi w pamięć to, jak Robert wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby dopaść kierownicy – ilekroć jego ojciec wysiadał, by np. zatankować, syn natychmiast wskakiwał na jego fotel, by kółko chociaż potrzymać.

Spłodziłem wówczas reportaż, ale to była era przedinternetowała, nigdzie w sieci nie ma. Dlatego postanowiłem przekleić go z archiwum tutaj.

Muzyka silnika

W co wsiądzie, zasuwa jak rakieta. Czy to jest najwyższej klasy sprzęt we Włoszech, czy zdezelowany wózek na amatorskim torze na ulicy Wawrzyńca w Krakowie – mówią fachowcy o 15-letnim Robercie Kubicy, okrzyczanym „geniuszem kartingu”, pierwszym Polaku, który ma usiąść za kierownicą Formuły 1.

Zawody kartingowe z cyklu Elf Masters w paryskiej hali Bercy. Na starcie Robert Kubica, zaproszony jako pierwszy Polak w historii imprezy. Wcześniej wygrał czasówkę, więc startuje z pole position. W pierwszy zakręt wchodzi jednak nie jako lider, ale na przedostatnim miejscu. Zmiany w regulaminie spowodowały, że nie zareagował na podniesienie flagi. Ruszyli wszyscy oprócz niego. Robert czekał na zielone światło. Czekał bardzo długo. Przekonany, że sędziowie ogłoszą falstart, nie ruszył nawet wtedy, gdy mijali go kolejni zawodnicy... Wreszcie jedzie. Na trasie szybko nadrabia stracony dystans. Mija kilkunastu kierowców i linię mety przejeżdża jako piąty. – Pewnie bym wygrał, gdyby wyścig miał normalną długość – mówił. – Zwykle trasa liczy 20-30 kilometrów, ta miała pięć.

Następnego dnia zwycięża bezdyskusyjnie. Zostawia w tyle czołówkę europejskiego kartingu, z mistrzem kontynentu Reinhardem Koflerem na czele.

Rzadko z tak młodym sportowcem wiąże się tak wielkie nadzieje. Robert dorasta wśród ludzi nieustannie powtarzających mu, że będzie pierwszym Polakiem, który usiądzie w bolidzie Formuły 1. – Nie odczuwam presji. Przyzwyczaiłem się do tych proroctw. Marzę, żeby się spełniły, ale zdaję sobie sprawę, że jest zbyt wcześnie, by być czegokolwiek pewnym i snuć jakieś konkretne plany.

Pierwszy samochód dostał od ojca, kiedy miał niespełna cztery lata. Miniaturę z trzyipółkonnym silnikiem spalinowym opanował błyskawicznie. Już po kilku tygodniach z łatwością pokonywał ustawiane przez ojca slalomy. – Tradycji rodzinnych w tym sporcie nie mamy – opowiada Artur Kubica. – Nikt się nie ścigał. Przynajmniej pięć pokoleń wstecz. Auto kupiliśmy mu w prezencie, jak zwykłą zabawkę. Przez myśl mi nie przeszło, że w przyszłości mógłby jeździć profesjonalnie.

Robert ćwiczył na małym placu niedaleko domu. Tata zaczął wytyczać mu coraz trudniejsze trasy. – Pokonywał je perfekcyjnie – wspomina. – Nie mogłem uwierzyć, że samochód można poznać na wylot tak szybko. I to w tym wieku.

– Tym samochodzikiem bawił się dwa lata. W końcu przestało to mieć sens. Kiedy syn skończył siedem lat, przesiadł się na gokarta z silnikiem dwusuwowym, dziewięciokonnym. Trafiliśmy do automobilklubu i zaczęliśmy regularnie jeździć na treningi. Do Kielc i Częstochowy, bo w Krakowie nie ma toru z prawdziwego zdarzenia.

Przez następne trzy lata Robert tylko ćwiczył. W zawodach startować nie mógł, bo w Polsce licencję sportową można otrzymać dopiero po ukończeniu dziesiątego roku życia. –Nie ścigał się, ale trenowaliśmy bardzo dużo. Syn należy do tych dzieciaków, które nigdy nie mają dość.

To nienasycenie widać bez przerwy. Robert nieustannie mówi o samochodach, a gdy tylko może, siada za kierownicą. Robi wszystko, by choćby potrzymać kółko, bo prowadzić jeszcze nie może. Kiedy w grudniu jechał na zawody do Francji, wykorzystywał każdy moment - na stacji benzynowej czy podczas postoju - by usiąść na miejscu kierowcy. Podskakiwał niecierpliwie na siedzeniu, zapalał silnik. Kiedyś, we Włoszech, usiadł za kierownicą forda mondeo. Po kilkunastu minutach szaleńczych wywijasów na torze, na którym odbywały się zawody kartingowe, w samochodzie trzeba było wymienić opony. – Po raz pierwszy usiadł za kierownicą w wieku jedenastu lat i przyznaję, że choć uważam się za dobrego kierowcę, już wtedy potrafił przejechać tor szybciej ode mnie – wspomina ojciec. – Kiedy siedziałem obok niego na siedzeniu pasażera, kilkakrotnie dreszcz przeszedł mi po plecach. Spytałem go, czy wie, że właśnie idzie w poślizgu na cztery koła, i czy wie, co się stanie, jak zahamuje. Pokiwał spokojnie głową. Teraz, kiedy prowadzę samochód, a on siedzi na miejscu pasażera, czuję się jak na egzaminie. Cały czas mnie instruuje. Bez przerwy słyszę uwagi w rodzaju „Weź, dociągnij tę trójkę” albo „Wrzuć już tę trójkę”.

– Kiedy w szkole pani od muzyki spytała uczniów, jakiej muzyki słuchają, nie wiedziałem, co powiedzieć – mówi Robert. – Nie byłem pewny, czy potrafi zrozumieć, że uwielbiam ryk silnika, że to mój ulubiony gatunek.

Pierwsze trzy sezony ścigał się w Polsce. Z miejsca stał się postrachem kartingowych torów. Ile razy zdobywał wtedy mistrzostwo kraju, nikt już nie pamięta. – Chyba sześć – z trudem próbuje przypomnieć sobie Artur Kubica. - Pierwszy tytuł wywalczył już w debiutanckim sezonie. Później go obronił i zaczął wygrywać w innych kategoriach. Od 10 do 15 lat.

Rodzice Roberta nie byli jeszcze wtedy pewni, czy ściganiem ma się zająć na poważnie. Ta decyzja zapadła przed kilkunastoma miesiącami, kiedy zaczął odnosić sukcesy za granicą. – Dopóki się jeździ tylko w Polsce i nawet wygrywa, nie wiadomo, ile kierowca jest wart – twierdzi Artur Kubica.

Kartingową Europę Robert zachwycił, kiedy skończył 13 lat. Dopiero wówczas mógł uzyskać licencję międzynarodową, która umożliwia start w mistrzostwach Europy i w imprezach pucharowych. Zadebiutował w otwartych mistrzostwach Włoch. Mimo że Półwysep Apeniński to najsilniejszy ośrodek kartingowy (stąd pochodzi 80 procent dobrych teamów i sprzętu), już w pierwszym starcie zajął drugie miejsce. – Zaprocentowały treningi w tym kraju, na które jeździliśmy wcześniej – w zimie, kiedy w Polsce sezon jest martwy – opowiada Artur Kubica. – Robert znał już rywali i byłem przekonany, że przyjedzie w czołówce. W głębi duszy nie miałem wątpliwości, że pojedzie bardzo szybko.

Kariera Roberta nabrała rozpędu. Po kilku startach pojawił się sponsor – przedstawiciele firmy CRG zaproponowali, by Polak jeździł w ich teamie fabrycznym. – Robert nie zarabiał na tych startach pieniędzy i nadal nie zarabia. Ale od tej chwili nie musiałem już do tej zabawy dokładać. A karting to drogi sport. Sezon w Polsce, czyli osiem eliminacji mistrzostw Polski plus kilka sesji treningowych, to koszt minimum stu tysięcy złotych.

Teraz Kubica reprezentuje barwy zespołu Opel Kart Team Holzer. Komfortowe warunki treningów i startów zaowocowały lawiną tytułów. – Puchary układałem na półkach – opowiada. – Po jakimś czasie trzeba było dorobić nowe. Teraz trofea stawiam na podłodze. Mam ich już około 120. – Jak nie dostanie większego pokoju, niedługo nie będzie mógł do niego wejść – śmieje się ojciec.

W 1998 roku jako pierwszy obcokrajowiec w 40-letniej historii włoskiego kartingu wywalczył międzynarodowe mistrzostwo tego kraju juniorów. A na Półwyspie Apenińskim ściga się cała europejska czołówka. W tym roku obronił tytuł. Nie musiał nawet startować we wszystkich sześciu eliminacjach. Wygrywając cztery, zapewnił sobie triumf w klasyfikacji generalnej. Do tego dołożył mistrzostwo Niemiec i piąte miejsce w mistrzostwach Europy.

– Widziałem go kilka razy w akcji i jestem pod wrażeniem. W co wsiądzie, zasuwa jak rakieta – mówi wicemistrz Polski w rajdach samochodowych Janusz Kulig. – Czy to jest najwyższej klasy sprzęt we Włoszech, czy zdezelowany wózek na amatorskim torze na ulicy Wawrzyńca w Krakowie. To zaleta, która pozwala przypuszczać, że nie będzie miał problemów z żadnym pojazdem, do jakiego wsiądzie. Skupia w sobie wiele cech idealnego kierowcy. Nawet w krytycznych sytuacjach zachowuje zimną krew, nie daje się ponieść emocjom. No i w ściganie się wkłada serce. Walczy jak lew w każdych okolicznościach.

– Potrafi kalkulować i, co jest cechą raczej zawodników doświadczonych, zdaje sobie sprawę, że nie zawsze warto wyprzedzać, czasami lepiej poczekać – mówi Artur Kubica. – Bardzo dobrze „czuje” i słyszy silnik, a w kartingu można regulować gaźnik. Wśród juniorów niewielu to potrafi.

Zawodowy kierowca ma dwie drogi do wyboru – jedna prowadzi do wyścigów Formuły 1, druga do rajdów samochodowych. – Lubię bezpośrednią rywalizację, a ta jest możliwa tylko na torze – mówi Robert. – Dlatego o pójściu w ślady Tommiego Makinena raczej nie myślę.

Po znakomitym występie podczas zawodów Elf Masters Kubicą zainteresował się dyrektor renomowanej szkoły kierowców wyścigowych La Filiere Henri Pescarolo, czterokrotny triumfator 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Zaprosił go na słynny tor, by wziął udział w testach Formuły Campus.

Na pierwszych kilometrach nic nie wskazywało na to, że Robert osiągnie znakomity wynik. Po raz pierwszy usiadł za kierownicą nie tylko Formuły Campus, lecz także w ogóle samochodu wyścigowego. A rywali miał doświadczonych. Wszyscy byli o kilka lat starsi i wcześniej spędzili sporo czasu w podobnych bolidach. Polak musiał też przyzwyczaić się do tego, że w Formule Campus hamuje się prawą nogą, a nie – jak w gokarcie – lewą. A ponieważ prawo jazdy otrzyma najwcześniej za dwa lata, braku doświadczenia nawet w części nie mogły zrekompensować mu kilometry spędzone w normalnym samochodzie.

Robert zaczął w swoim stylu – bezkompromisowo i na granicy ryzyka. Już na trzecim okrążeniu spróbował wejść w jeden z zakrętów – jak później tłumaczył – trochę szybciej. Zbyt mocno nacisnął hamulec, jedno z kół znieruchomiało, a bolid wypadł z drogi i wylądował na bandzie. Uszkodzenie okazało się poważne i dla młodego Polaka trzeba było przygotować nowy pojazd. Po kilkunastu minutach ruszył po raz drugi. Z trasy wypadł już na pierwszym okrążeniu.

W polskiej ekipie zapanowała konsternacja. Francuzi ponownie „oprowadzili” Roberta po torze, dając wskazówki, jak dojechać bezpiecznie do mety. Zaczęli patrzeć na niego wilkiem. – Od razu chciał się ścigać - wyjaśniał niepowodzenia były kierowca rajdowy Błażej Krupa. - Musiał być najlepszy. A tutaj chodziło o to, żeby zapoznać się z całkowicie nowym dla niego pojazdem. Uczyć się, uczyć się, uczyć się – powtarzał jak zaklęcie.

Kolejny start towarzyszący synowi Artur Kubica obserwował z niepokojem. Polak pojechał rozważniej, przyśpieszał dopiero wtedy, gdy lepiej poczuł bolid i trasę. Uzyskał najlepszy czas okrążenia. A przed zakończeniem testów kilkakrotnie zdążył jeszcze wyprzedzić rywali, mimo że kierowcy startowali w sporych odstępach czasowych.

– Zaczęło się pechowo, ale nie mogło być inaczej – mówił Robert. – Taki bolid to całkiem inna bajka niż gokarty. Musiałem się nauczyć jego reakcji. Tutaj, jeśli na wirażu naciśnie się hamulec za szybko i zbyt mocno, nie ma szans utrzymać się na trasie. Potrzeba więcej precyzji. No i to hamowanie. Minęło trochę czasu, zanim nauczyłem prawą nogę tego, co wcześniej bezbłędnie robiła lewa.

– Wykręcił świetny czas w momencie, kiedy całym jego doświadczeniem była godzina w bolidzie – mówił w zamyśleniu prowadzący testy. Był bardzo zdziwiony wynikiem młodego Polaka, na którego po pierwszych niepowodzeniach narzekali wszyscy. Zakłócił przecież precyzyjnie zaplanowany przebieg testów.

Testy zorganizowała szkoła La Filiere, która w ten sposób dokonuje selekcji wśród największych talentów w Europie. Choć zrobił duże wrażenie we Francji, nie może jako pierwszy Polak zostać w Le Mans na dłużej. Dolna granica wieku przyjmowanych kierowców to 16 lat.

– Jeszcze przez co najmniej rok chcę pojeździć gokartem. Zdaję sobie sprawę z wieku i konieczności zdobywania doświadczeń, zanim wypłynę na szerokie wody. Ale mam nadzieję, że częściej będę miał okazję wsiadać do samochodów wyścigowych. To zaprocentuje w przyszłości – mówił na mecie Robert Kubica.

Na torach kartingowych Robert będzie się ścigał jeszcze rok, góra dwa. Potem przesiądzie się do większego bolidu. – Będzie to jakaś formuła młodzieżowa, ma zamiar pojeździć w niej rok, później spróbować sił w Formule 3. To wariant optymistyczny – mówi Artur Kubica. – Tak zaczynali wszyscy wielcy, z Michaelem Schumacherem na czele.

21:05, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 listopada 2018

Liga Narodów, UEFA

Poprosiła mnie niedawno redakcja turyńskiego „Tuttosport”, żebym wytypował pięciu kandydatów – zhierarchizowanych – do nagrody Złoty Chłopiec (Golden Boy) przyznawanej rok w rok najlepszemu piłkarzowi do lat 21 grającemu w Europie. Na pozycji lidera umieściłem Matthijsa De Ligta (Kylian Mbappé jest spalony, wygrał poprzednią edycję), a na pozycji wicelidera – Jadona Sancho (nie przyjęli, bo wziąłem go spoza listy nominowanych...), i właśnie pokojarzyłem, że obaj reprezentują nacje, które w mijającym roku 2018 dokonały w rywalizacji międzypaństwowej bodaj najbardziej imponującego postępu.

19-letni obrońca, który kapitanuje Ajaxowi Amsterdam z miną tak pewną siebie, jakby zaznał setek meczów o wysoką stawkę, gra dla Holandii, czyli upadłej potęgi usiłującej wygramolić się z zapaści wręcz poniżającej. Nie wpuścili jej na Euro 2016, nie doczołgała się do mundialu, klękała nawet przed odwołującą się do kopaczy tzw. ekstraklasy Bułgarią. Aż wreszcie wypuściła eskadrę młodych, którzy znienacka rozprawili się z aktualnymi i poprzednimi mistrzami świata (2:0 z Francją, 3:0 z Niemcami). A fachowcy jęli rozprawiać, czy wspomniany Matthijs De Ligt, 21-letni Steven Bergwijn albo jego rówieśnik Frenkie De Jong przywrócą krajowi status futbolowego mocarstwa. Zwłaszcza ten ostatni to klejnot. Środkowy pomocnik o oryginalnym, brawurowym stylu gry, który nie zamierza wyrzekać się ryzykanckich odruchów, bo „ufa swojej intuicji” i nie chce być „piłkarzem jak tysiące innych”, więc nawet gdy kiwa głową, że zrozumiał trenera, to potem i tak działa na boisku po swojemu. Powrót pomarańczowej fantazji.

Jadon Sancho (rocznik 2000) czaruje jeszcze efektowniej, a reprezentuje kraj, który po dekadach borykania się z aspiracjami pociesznie rozbieżnymi z możliwościami z każdym miesiącem zdaje się bardziej skazany na kolorowe jutro. O juniorskich nawałnicy Anglików już pisałem, seniorom aż tak nie ufałem – w półfinale mundialu widziałem raczej splot sprzyjających okoliczności niż przełom mentalny, o którym śpiewały wyspiarskie media. Jesienią nastały jednak sensacyjne wygrane drużyna Garetha Southgate’a nad Hiszpanią oraz Chorwacją, urzekający wzlot wspomnianego Sancho, a także cała łańcuch większych i mniejszych drobiazgów sugerujących, że nadciąga pokolenie zupełnie nowe, inne niż wszystkie poprzednie. I że dojrzeje szybciej niż sądzimy. Trent-Alexander Arnold, Phil Foden, Raheem Sterling, Marcus Rashford i inni tworzą watahę młodych lub nieprzyzwoicie młodych zbyt liczną, by zakładać, że przepadną wszyscy. Tam ewidentnie rodzi się jakaś cywilizacja.

Skoku Holendrów i Anglików byśmy nie fetowali, gdyby nie Liga Narodów. To dzięki niej mogli oni wyrządzić realną krzywdę finalistom ostatniego mundialu (Francja, Chorwacja) i triumfatorom obu poprzednich z XXI wieku (Niemcy, Hiszpania), zatarasowując faworytom wstęp do miniturnieju rozgrywek bądź co bądź nietowarzyskich.

Nowy wynalazek UEFA przyjmowałem z rezerwą, nawet sceptycznie, broniąc na łamach „Gazety” sparingów – jako realizacji naszego prawa do nudy, do nicsieniedziania, do odpoczynku między kolejnymi intergalaktycznymi superekstrahipermegahitami. Kto jednak chce balować zawsze, Ligę Narodów musi błogosławić. Dotąd po imprezie mistrzowskiej zanurzaliśmy się w kwalifikacje do następnej imprezy mistrzowskiej, które potentaci leniwie odfajkowywali. Przykładowi Niemcy mogli się na starcie zagapić, jak podczas pamiętnego wieczoru na Narodowym we wrześniu 2014 roku, ale w ostatecznym rozrachunku nie miało to śladowego znaczenia, a częściej jednak wystukiwali komplet lub prawie komplet punktów. Żadnych emocji. Dopiero Liga Narodów pokojarzyła ze sobą rywali o zbliżonej sile, obarczając ich w dodatku wymiernymi celami – w każdej dywizji zwycięzcy grup gdzieś awansują, a przegrani grup gdzieś spadają, więc mecze bez stawki niemal zniknęły. Esencja wyczynowego sportu.

Jeszcze wyraźniej atrakcyjność zmiany widać na dołach. Przed laty dzieliłem się na blogu lub w „Gazecie” ideą (nie mogę znaleźć linka, jak znajdę, to wkleję) zorganizowania „małych” mistrzostw kontynentu, które pozwoliłyby pożyć piłkarzom z państewek skazanych na wieczne potępienie – jak byłeś Andorą, to usiłowałeś wymodlić coś znośniejszego niż 0:6, a jak spłodzili cię Luksemburczycy, to mierzyłeś najwyżej w przedostatnie miejsce w tabeli. Tortury, o jakich nie zamarzyłby najbardziej martyrologicznie zorientowany Polak. Aż tu nagle odświeżony system wciągnął notorycznych przegrywaczy w realną rywalizację. Taki Luksemburg, który zresztą niezależnie od regulaminowego wsparcia rozwinął się piłkarsko, do ostatniej kolejki marzył o awansie i generalnie ma za sobą rok z najładniejszym bilansem w historii. Do końca o wydostanie się z dywizji D do dywizji C walczyły też Armenia i Azerbejdżan. Ba, dwumeczową zwycięską serię fetował Gibraltar! Ten sam safandułowaty Gibraltar, który w eliminacjach Euro i MŚ hojnie rozdawał przyjemności, obrywając kolejno 0:7, 0:7, 0:3, 0:4, 1:6, 0:7, 0:4, 1:8, 0:4, 0:6, 1:4, 0:4, 0:6, 1:3, 0:5, 1:2, 0:9, 0:4, 0:6 i 0:4! Doprawdy, czystego tlenu dostarczyliśmy nieborakom, którzy dotąd w każdym meczu musieli czuć się jak w maskach gazowych. I w kaftanie bezpieczeństwa. Na niereformowalnych wyglądają tylko piłkarze San Marino, których absolutna niezdolność do wturlania komukolwiek choć ćwiartki gola to jeszcze większy obciach niż polskie wykopki.

Najwspanialszy triumf odniesie natomiast ktoś z kwartetu: Gruzja, Białoruś, Kosowo, Macedonia. Zwycięzcy grup Dywizji D, którzy w 2018 roku również czerpali z futbolu więcej frajdy i wygranych meczów niż kiedykolwiek wcześniej, rozegrają półfinały i finał o awans do Euro 2020 (o ile oczywiście nie przebiją się do nich przez regularne kwalifikacje). Znaczy już wiadomo, że wystąpi tam debiutant – prawdopodobnie zaniżający poziom rywalizacji, to jednak razi.

Nie wiem więc, czy plusy przesłaniają tutaj minusy, a już na pewno nie zawiwatuję na cześć UEFA, którą pcha wyłącznie chciwość. Zarazem nie mam jednak wątpliwości, że gdyby zmierzyć ilość emocji –  kibiców, piłkarzy, trenerów etc. – wywoływanych przez Europę z Ligą Narodów i Europę bez Ligi Narodów, to przeszłość nie miałaby z teraźniejszością szans. 

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
Archiwum
Tagi