RSS
poniedziałek, 23 października 2017

ekstraklasa, Legia Warszawa

Co pewien czas czuję potrzebę, żeby publicznie złożyć hołd tzw. ekstraklasie, to po prostu silniejsze ode mnie. Zwłaszcza w tym roku jest co sławić, bo nasi ligowcy wzniecają rewolucję, zwalczając przesąd, że w sporcie zawsze ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

07:15, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 22 października 2017

Jasnowidz roku, najlepszy blog w historii

Rozstrzygnięcia kultowego konkursu na jasnowidza roku coraz bardziej mnie zdumiewają. Przyznaję, początkowo sądziłem, że odgrywa tu jednak rolę czynnik losowy, że w przewidywaniu piłkarskiej przyszłości czasami lepiej mieć więcej szczęścia niż rozumu.

Aż wśród uczestników ukształtowała się elita elit. Kiedy w 2014 roku triumfował neergeecorg, obwołałem go Profesorem X wśród jasnowidzów – jako pierwszy bowiem wygrał drugą edycję. Ale właśnie teraz pojawił się kolejny wirtuoz – czytelnik o nicku black_spider, który powtórzył sukces z roku 2015. Co bardziej intrygujące, minimalnie wyprzedził gracza nicki678, magika również znanego z listy laureatów (są na niej także michal.uszpulewicz, szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now). Umiecie czytać w przyszłości!

Black_spider otrzyma w nagrodę ufundowaną przez sklep PodStadionem koszulkę najnowszego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którym w tym roku okazał się Real Madryt. Zanim ją prześlę, proszę o przesłanie (rafal.stec@agora.pl) informacji, jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Ale najpierw proszę przyjąć wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

PS Przypominam, że w jubileuszowej dziesiątej edycji konkursu można brać udział do godz. 12.34 w poniedziałek, 23 października.

19:43, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 18 października 2017

Wassily Kandinsky: Studium koloru. Kwadraty z koncentrycznymi okręgami

Jest 18 października 2017 r., wybiła godz. 15.50, więc właśnie teraz, w tej minutce, mija dokładnie 10 lat od opublikowania pierwszej notki na niniejszym blogu. Nigdy bym nie wymyślił, że aż tak się od klawiaturowania tutaj uzależnię – nie macie pojęcia, ile musiałem włożyć niegdyś mentalnego wysiłku, by zrezygnować z pisania codziennie. Czułem się wobec czytelników zobowiązany, ilekroć nie poblogowałem, miałem wrażenie, że nawalam. Mam nawet swoją notkę liderkę prywatnego rankingu wszech czasów, moja faworytka to ta.

Tak, nastał jubileuszy wśród jubileuszy, rocznica okrąglutka jak brazuca, jak buzia Carletta, jak telewizorowe myśli Władysława George’a Engela. I nie planuję przestać, zwłaszcza że bardzo polubiłem blogowe forum, a wśród wiernych czytelników wykryłem nawet takich przedstawicieli środowiska sportowego (i nie tylko), którzy nigdy by się nie przyznali, że kiedykolwiek tu zaglądają. A wielu pilnie studiuje również dyskusje pod wpisami.

Ale do rzeczy. Skoro oblewamy dziesiątą rocznicę, to trzeba odstawić na chwilę wannę z szampanem, by w notce numer 2387 ogłosić pytania do kolejnej edycji „Jasnowidza roku”. Zasady konkursu stali czytelnicy i uczestnicy znają, przypadkowym bądź gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” (wyniki poprzedniej edycji wkrótce, przypominam o policzeniu punktów, na forum przyznaję się też do pewnej pomyłki) i nagrodzony koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którą znów ufunduje sklep PodStadionem. Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum (gdzie można również składać życzenia organizatorowi konkursu!). Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił.

Odpowiedzi przyjmuję do godz. 12.34 w poniedziałek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2018 roku

1) Sandecja skończy sezon tzw. ekstraklasy w górnej połowie tabeli?

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Michał Pazdan wciąż będzie grał w Legii?

6) Romeo Jozak wciąż będzie prowadził Legię?

7) polski piłkarz będzie w czołowej trójce rankingu strzelców tzw. ekstraklasy?

8) do tzw. ekstraklasy awansuje kolejny klub z miasta liczącego mniej niż 50 tys. mieszkańców?

9) reprezentacja Polski awansuje do ćwierćfinału mundialu?

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola?

11) Damian Kądzior zagra w polskiej kadrze więcej niż raz?

12) Wojciech Szczęsny rozegra na MŚ w Rosji więcej meczów niż Łukasz Fabiański?

13) Jakub Błaszczykowski (95 meczów) będzie miał więcej występów w reprezentacji Polski niż obecny rekordzista Michał Żewłakow (102)?

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

15) Polski klub strzeli gola w fazie grupowej Ligi Mistrzów?

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

17) Zinedine Zidane nadal będzie prowadził Real Madryt?

18) Ernesto Valverde nadal będzie trenerem Barcelony?

19) Franciszek Smuda nadal będzie prowadził Widzew?

20) Massimiliano Allegri nadal będzie prowadził Juventus?

21) Arkadiusz Milik nadal będzie piłkarzem Napoli?

22) Robert Lewandowski nadal będzie grał w Bayernie?

23) Pierre-Emerick Aubameyang nadal będzie grał w Bundeslidze?

24) Simone Zaza nadal będzie grał w Valencii?

25) Krystian Bielik zagra w oficjalnym, nietowarzyskim meczu Arsenalu?

26) Klub z polskim piłkarzem w kadrze spadnie z włoskiej Serie A?

27) Robert Lewandowski (160 goli) prześcignie Ulfa Kirstena (182 gole) i awansuje na szóste miejsce w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii Bundesligi?

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii?

29) Grzegorz Krychowiak rozegra mecz w europejskich pucharach?

30) Zlatan Ibrahimovic strzeli gola w europejskich pucharach?

31) Arsenal awansuje do europejskich pucharów?

32) zespół z Kosowa przejdzie rundę eliminacji europejskich pucharów?

33) reprezentacja Gibraltaru wygra choć jeden mecz?

34) Paris Saint-Germain pobije swój rekord i zdobędzie więcej niż 96 punktów w lidze francuskiej?

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy?

38) Kylian Mbappé będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata?

39) Neymar (52 goli) doścignie Ronaldo (62) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii?

40) mundial wygra drużyna spoza Europy?

41) afrykańska drużyna awansuje do ćwierćfinału MŚ?

42) Islandia wyjdzie z grupy na mundialu?

43) Panama strzeli na mundialu gola?

44) Leo Messi zostanie królem lub wicekrólem strzelców MŚ?

45) reprezentacja Polski utrzyma się w czołowej „15” rankingu FIFA?

46) Polska awansuje na mistrzostwa Europy U-17 albo U-19?

47) Polak dojedzie na podium klasyfikacji generalnej Tour de France, Giro d’Italia lub Vuelta a Espana?

48) Polska zdobędzie złoto lub srebro na zimowych igrzyskach olimpijskich?

49) Serena Williams zagra w finale turnieju wielkoszlemowego?

50) Tomasz Hajto publicznie wyjaśni, dlaczego zablokował na Twitterze autora bloga „A jednak się kręci”, i publicznie go za to na tym portalu społecznościowym przeprosi?

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (148) »
wtorek, 17 października 2017

Jasnowidz roku, A jednak się kręci, najlepszy blog w historii

Już za momencik, w środę 18 października będziemy obchodzili wyjątkową, okrąglutko dziesiątą rocznicę założenia bloga „A jednak się kręci”, więc tym razem nie będę – w przeciwieństwie do lat minionych – apelował, byście świętowali ostrożnie. Przeciwnie, oczekuję szalonych tanecznych kung-fu wygibasów, wielkiego żarcia, bąbelkowania aż po wyporność wanny, wznoszenia okrzyków sławiących wirtuozerię Riquelme, może nawet wyfryzowania się na Pazdana i wykucia na blachę konferencyjnych fraz Nawałki. Słowem, oczekuję, że na jubileuszowe 24 godziny kompletnie postradacie zmysły.

Przede wszystkim musimy jednak rozstrzygnąć wasz i mój ulubiony konkurs na „Jasnowidza roku” i ogłosić edycję następną. Z przedstawieniem odpowiedzi na ubiegłoroczne pytania musiałem zwlekać do opublikowania kolejnego rankingu FIFA – dopiero wtedy bowiem, czyli wczoraj, okazało się, że reprezentacja Kajmanów zleci z drugiej do trzeciej setki w tabeli. Kto wie, może to przesunięcie przesądzi o zwycięstwie w konkursie?

Kto nie czai, o co cały jest ambaras, niech kliknie po wiedzę np. tutaj, tutaj i tutaj (inauguracyjne edycje, łza tak się kręci, że mam w oku karambol), by wystartować w najnowszej odsłonie rywalizacji. I powalczyć o koszulkę przyszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów, którą od pewnego czasu funduje - powoli robi się z tego tradycja - sklep PodStadionem.

Nowe pytania ogłoszę w świąteczną środę, ale najpierw trzeba wyłonić najnowszego Jasnowidza, czyli zwycięzcę dziewiątej edycji naszej arcypoważnej zabawy. Zgodnie z umową każdy uczestnik musi samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i pochwalić się ich liczbą na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie mnożył punktów tam, gdzie należy je dzielić. A w przypadku remisu zarządzę dogrywkę – już ekspresową. Na wasze wyniki czekam do 23.59 w sobotę, 21 października (kto nie zdąży, odpada), ale byłbym wdzięczny, gdybyście wrzucali je już teraz, łatwiej będzie mi zaplanować ewentualną dogrywkę - zorganizujemy ją już na forum. Niżej poprawne odpowiedzi.

Czy do 18 października 2017 roku

1) Nieciecza skończy sezon tzw. Ekstraklasy w w czołowej piątce? NIE

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa? TAK

3) polski klub awansuje do Champions League? NIE

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej? NIE

5) Michał Pazdan wciąż będzie grał w Legii? TAK

6) Jacek Magiera wciąż będzie prowadził Legię? NIE

7) polski piłkarz zostanie królem lub wicekrólem strzelców tzw. ekstraklasy? TAK

8) Wisła Kraków awansuje do tzw. Grupy mistrzowskiej tzw. ekstraklasy? TAK

9) reprezentacja Polski awansuje na mundial 2018? TAK

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola? NIE

11) Łukasz Teodorczyk zagra w polskiej kadrze choć minutę? TAK

12) Robert Lewandowski (40 bramek) prześcignie Włodzimierza Lubańskiego (48 bramek) i zostanie liderem rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii reprezentacji Polski? TAK

13) Robert Lewandowski nadal będzie grał w Bayernie? TAK

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA? TAK

15) Polski klub strzeli gola w fazie grupowej Ligi Mistrzów? TAK

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”? TAK

17) Zinedine Zidane nadal będzie prowadził Real Madryt? TAK

18) Antonio Conte nadal będzie trenerem Chelsea? TAK

19) Henryk Kasperczak nadal będzie prowadził Tunezję? NIE

20) Vincenzo Montella nadal będzie prowadził Milan? TAK

21) Bartosz Kapustka nadal będzie piłkarzem Leicester? TAK/NIE (obie odpowiedzi poprawne)

22) Leonardo Bonucci nadal będzie grał w Juventusie? NIE

23) Pierre-Emerick Aubameyang nadal będzie grał w Bundeslidze? TAK

24) Saul Niguez nadal będzie grał w Atlético Madryt? TAK

25) Igor Łasicki zagra w oficjalnym, nietowarzyskim meczu Napoli? NIE

26) Klub z polskim piłkarzem w kadrze spadnie z włoskiej Serie A? TAK

27) RB Lipsk awansuje do Ligi Europy lub Ligi Mistrzów? TAK

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii? TAK

29) Kamil Grosicki rozegra mecz w europejskich pucharach? NIE

30) Manchester United awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

31) awansuje do niej mistrz Cypru? TAK

32) angielski klub dotrwa do półfinału Champions League? NIE

33) FC Basel nadal będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA? NIE

34) Milan będzie na podium ligi włoskiej? NIE

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europy lub półfinału Ligi Mistrzów? NIE

37) polski piłkarz zagra w finale Ligi Mistrzów lub finale Ligi Europy? NIE

38) Antoine Griezmann będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? TAK

39) Neymar (49 goli) prześcignie Romario (55) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii? NIE

40) Czy reprezentacja kraju znad Morza Śródziemnego awansuje do półfinału Pucharu Narodów Afryki? TAK

41) Chiny wygrają więcej niż jeden mecz w eliminacjach mundialu 2018? TAK

42) Kosowo wygra mecz w eliminacjach mundialu 2018? NIE

43) Wyspy Owcze zajmą miejsce wyższe niż przedostatnie w grupie tych eliminacji? TAK

44) Królem strzelców tych eliminacji zostanie Cristiano Ronaldo? NIE

45) Czy drużyna ze Skandynawii zagra w finale mistrzostw Europy kobiet? TAK

46) reprezentacja trenera Marcina Dorny zdobędzie medal młodzieżowych mistrzostw Europy? NIE

47) Piotr Zieliński strzeli na tym turnieju gola? NIE

48) Gola w jakimkolwiek meczu strzeli Gibraltar? TAK

49) Kajmany spadną z drugiej do trzeciej setki rankingu FIFA? TAK

50) Władysław George Engel ogłosi na swojej stronie internetowej, że przed występami w telewizji inspiruje się lekturą bloga „A jednak się kręci”? NIE

13:50, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
poniedziałek, 16 października 2017

Najdroższy piłkarz w historii klubu. Witany w przyklęku, jako obrońca numer jeden na świecie. Autorytet obdarzony takim zaufaniem, że jeszcze przed wejściem do szatni został pasowany na kapitana. Tarcza antyrakietowa i guru w jednym ciele.

Takie były marzenia, realia wyglądają ciut skromniej, Milan wciąż pozostaje bezbronny, ilekroć zderzy się z porządnym przeciwnikiem (1:4 z Lazio, 0:2 z Sampdorią, 0:2 z Romą, 2:3 z Interem).

Przy pierwszym golu straconym w niedzielnych derbach można znaleźć dla Leonardo Bonucciego okoliczności łagodzące – Antonio Candreva dośrodkował perfekcyjnie, piłka przeszywała powietrze jak strzała, trzeba było ratować sytuację w biegu, wślizgiem.

Przy drugim Leonardo Bonucci zawinił już ewidentnie. Wlepił wzrok w piłkę, gapił się w nią jak w najpiękniejszy przedmiot na świecie, ani nie zerknął za to na Mauro Icardiego, który w polu karnym oddychał pełną piersią, we własnym ogrodzie nie czułby się swobodniej:

Leonardo Bonucci, AC Milan

Wreszcie za trzeciego gola Interu nikt raczej Bonucciego nie obwini, ale również do tej straty – rozstrzygającej o wyniku meczu – kapitan drużyny się przyczynił. Na wcześniejszym etapie ataku rywali, gdy ruszył powstrzymywać pędzącego Matiasa Vecino i interweniował nieporadnie.

Nie, wcale nie uważam, że Milan przegrał przez swego najsłynniejszego obecnie gracza. Mnóstwu piłkarzy można postawić mnóstwo zarzutów, i to nie tylko za niedzielny wieczór. Strata siedmiu punktów do Lazio (trzecie w tabeli) i Juventusu (czwarty) zdaje się dzisiaj nie do zniwelowania, a jeśli nie zostanie zniwelowana, to rossoneri nie awansują do Ligi Mistrzów, a jeśli nie awansują, to się nie obłowią, a jeśli się nie obłowią, to będziemy z niepokojem obserwować, jak chiński właściciel Li Yonghong szuka sposobu na spłaty pożyczki – wziętej od amerykańskiego funduszu hedgingowego na lichwiarski procent.

Jeszcze raz: Milan nie przegrał przez swego kapitana. Od lidera, którym i sam się obwołuje, i jest chóralnie obwoływany, wymagałbym jednak, by czymkolwiek się zasłużył. Tymczasem Bonucci od tygodni należy do najsłabszych piłkarzy drużyny. Zanim pozwolił roztańczyć się Mauro Icardiemu, biernie patrzył, jak wiruje wokół niego Ciro Immobile z Lazio. Mimo że wszystko urządzono dla jego komfortu, stąd forsowanie przez trenera Vincenzo Montellę ustawienia 3-5-2, stąd powtarzanie zaklęć, że ambitny Leonardo najwyraźniej wziął na siebie zbyt wiele, musi oczyścić głowę, niechybnie odzyska spokój mistrza.

30-letni Włoch zatracił na boisku zdolność przewidywania, co będzie; nie przesuwa się z wyczuciem; cała defensywa, którą powinien dowodzić, to bezhołowie zostawiające przeciwnikom tyle wolnego miejsca, że tworzący ją piłkarze rzadko wchodzą w bezpośredni kontakt z wrogiem. Brutalnie recenzując: Bonucci gra z powodu nazwiska, przeszłości, może również 7,5-milionowej, rekordowej w Serie A pensji. Ktoś inny wyleciałby z jedenastki przynajmniej na chwilę – żeby ochłonąć – on nie opuścił ani sekundy gry w lidze.

Po transferze z Juventusu też kłaniałem mu się powitalnie z entuzjazmem: tutaj znajdziecie dowody na piśmie. A zarazem niepokoiłem się, czy król pozbawiony turyńskiej obstawy – wykidajłów Giorgio Chielliniego oraz Andrei Barzaglego – nie okaże się nagi. Nigdy nie jest łatwo zsynchronizować defensywnych ruchów z nieznajomymi, a od Bonucciego jeszcze oczekiwano, że samym władczym spojrzeniem unieruchomi rywali, dotknięciem uczyni partnerów bezbłędnymi, długimi podaniami do napastników zastąpi rozgrywającego.

Nie podołał, przynajmniej na razie. Na razie to jeden z najgorszych drogich transferów 2017 roku w Europie. I transfer paradoksalny: ucieczką do Mediolanu turyńskiej defensywie Bonucci zaszkodził, mediolańskiej nie ocalił. Coś zburzył, niczego nie zbudował. Ale podróż dopiero się zaczyna, a Milan wyruszał z punktu bardzo odległego od celu. Zresztą Leonardo sam wytatuował sobie przy bicepsie łacińskie: „Per aspera ad astra”.

niedziela, 15 października 2017

Common Goal, Juan Mata, Giorgio Chiellini, Mats Hummels, Julian Nagelsmann

Precyzyjniej – marzy Juan Mata, znaczy od niego się zaczęło. I Giorgio Chiellini, czyli człowiek zupełnie inny, niżbyście sądzili, oglądając go na boisku. I jeszcze paru piłkarzy marzy o utopii. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

18:57, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 11 października 2017

MŚ 2018, mundial 2018, reprezentacja Polski, Adam Nawałka

Jak powszechnie wiadomo, ilekroć piłkarze reprezentacji Polski obejmą prowadzenie – niższe lub wyższe – zagapiają się, napraszają o stratę gola, rywal z uprzejmości korzysta. Właściwie każdy, niezależnie od klasy. Gdy w eliminacjach mundialu było: 2:0 w Kazachstanie, 3:0 z Danią, 1:0 z Armenią, 1:0 w Czarnogórze, 3:0 z Rumunią, 3:0 w Armenii oraz 2:0 z Czarnogórą – to przeciwnik zawsze zdołał odpowiedzieć celnym ciosem. I prawie zawsze przeżywaliśmy mocno stresujące chwile.

Trzeba jednak rozejrzeć się po wszystkich kontynentach, żeby pojąć, z jaką beztroską Polacy potrafią pozwalają się bić. Uprzedzam: mniej odporne jednostki poczują grozę.

Nasi piłkarze tracili w kwalifikacjach przeciętnie 1,4 gola na mecz. Więcej niż wszyscy inni liderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy wiceliderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy finaliści mundialu z Ameryki Południowej, więcej niż wszyscy finaliści z Ameryki Północnej, więcej niż wszyscy finaliści z Azji, więcej niż obaj wyłonieni dotychczas finaliści z Afryki. Słowem, więcej niż wszystkie 23 reprezentacje, które awansowały już na MŚ 2018.

I na dzisiaj realne wydaje się, że tylko jeden uczestnik przyszłorocznego turnieju dotrze do niego pomimo jeszcze marniejszych popisów defensywnych – Honduras. O ile oczywiście przeżyje baraż z Australią, faworytem nie jest.

To nie koniec. W strefie europejskiej również żadna drużyna z trzeciego miejsca w grupie nie traciła goli częściej niż ekipa Adama Nawałki. Ani Węgry, ani Albania, ani Gruzja. Gdyby sporządzić kontynentalną hierarchię według skuteczności obrony w eliminacjach, Polacy zajęliby 31. miejsce na kontynencie. A gdyby sporządzić hierarchię globalną, to zlecieliby na 64.

Wiem, porównywanie Aborygenów do Słowian i Ujgurów do Szawanezów nie ma sensu, w każdym regionie rozgrywki są zupełnie inne. Jeśli jednak stale obżeramy się rankingiem FIFA – metodą poznawczą również niedoskonałą – to dla higieny warto skosztować również innych klasyfikacji.

Nie zachęcam do panikowania ani czarnowidztwa, nie lubię tego tak samo, jak bajdurzenia, że medal jest tuż tuż, wystarczy wysunąć język i można go polizać. Dzisiaj prognozowanie czegokolwiek to ssanie z palucha, bo drużyny narodowe są wyjątkowo nietrwałe, zależne od aktualnej dyspozycji – zdrowotnej, sportowej etc. – rozrzuconych po całym świecie piłkarzy. Mundial nie ciągnie się miesiącami, lecz trwa kilka tygodni, a o sukcesie decyduje czasem wręcz kilkanaście dni. No i rywalizację reprezentacji niewiele łączy z klubową, spójrzcie choćby na Chorwatów, którym Real Madryt razy Barcelona plus Atlético do potęgi Juventus nie wystarcza, żeby uporać się z Islandią, której trener nie powołuje nikogo z poziomu Ligi Mistrzów.

Uspokaja mnie to, że kadra Nawałki w podobnej sytuacji znajdowała się po eliminacjach do Euro 2016. Też traciła gole zawsze i wszędzie, serwowała nam dreszczowce, ratowały ją zrywy ostatniej szansy Roberta Lewandowskiego (Glasgow!). Jeśli teraz działo się jeszcze ekstremalniej, to dlatego, że radykalnie przybyło kłopotów personalnych – zniknęli Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik, z przewlekłą legijną frustracją boryka się Michał Pazdan, Kamilowi Glikowi wariackość stylu Monaco pozwala na roztargnienie we własnym polu karnym, jeśli tylko skutecznie zaatakuje we wrogim.

Turniej w Rosji, podobnie jak turniej we Francji, zostanie jednak poprzedzony zgrupowaniem, na którym znów można przesterować piłkarzy mentalnie oraz taktycznie. Poprzednio się udało – podczas Euro 2016 polscy piłkarze minimalizowali ryzyko, grali z ostrożnością bliską lękliwości. To na turniejach, inaczej niż w kwalifikacjach, strategia skuteczniejsza, o czym ładnie świadczy choćby przykład złotej Portugalii, która do półfinału doczołgała się po czterech remisach w pięciu meczach, a w 1/8 finału, zanim przepchnęła w dogrywce Chorwatów, do tego stopnia symulowała aktywność, że groziło mi zapadnięcie w śpiączkę.

Dlatego mamy powody sądzić, że Polacy znów zdołają się zmienić. Jedną przyjemną zaletę utrzymują od początku kadencji Nawałki – prawie nigdy nie pozwalają, by rywal prowadził. W eliminacjach Euro przegrywali przez 125 ze 900 minut gry. Na turnieju finałowym – przez 0 z 510 minut gry. W wyścigu o mundial – przez 75 z 900 minut gry. Doceńmy to, nawet jeśli grupa z Rumunią, Danią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią, która przed spróbowaniem uchodziła za wymagającą (popularne „wszyscy potracą tu sporo punktów”), dzisiaj wedle wielu komentatorów zmarniała do bandy patałachów.

niedziela, 08 października 2017

W awansie naszych piłkarzy na drugą z rzędu imprezę mistrzowską szczególnie podoba mi się to, że okolicznościowy felieton mogłem spisać jeszcze przed ostatnim meczem. W trakcie poprawiłem tylko kilka cyferek. Znaczy - kontrolowali sytuację, nie nękały mnie żadne wątpliwości. Tekst do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 07 października 2017

reprezentacja Polski, Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek, mundial 2018

Podczas meczów reprezentacji wzrok skupiamy naturalnie na Robercie Lewandowskim, najbardziej rzucającym się w oczy soliście w dziejach polskiego futbolu – kiedy zachwycali jego wybitni poprzednicy, od Kazimierza Deyny po Zbigniewa Bońka, otaczał ich tłum innych wybitnych, a on działa jak Guliwer wśród Liliputów, to przy całym szacunku dla pozostałych kadrowiczów gracz wyższej generacji.

Frajdę sprawia też jednak podziwianie współpracy Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, grasującego po prawej flance czteronogiego monstrum, w którym od dawna panuje równouprawnienie w podziale obowiązków i trudno właściwie odróżnić, kto współtworzy linię obronną, a kto – linię pomocy. Obaj angażują się, jakby powiedział selekcjoner, „zarówno w defensywę, jak i ofensywę”, a na diagramach ilustrujących średnią pozycję na boisku stoją obok siebie. Ba, w mundialowych eliminacjach Błaszczykowski, czyli nominalny skrzydłowy, częściej próbuje wślizgu, natomiast Piszczek ma ciut więcej wymiernych zasług w ataku (gol, cztery asysty).

Ich wspólnej akcji zawdzięczamy pomyślny początek meczu w Erywaniu. Zanim Piszczek wyłożył tam piłkę Kamilowi Grosickiemu (przywalił na 1:0), otrzymał błyskawiczne, sprytnie pomyślane prostopadłe podanie od Błaszczykowskiego.

Takich scen oglądamy mnóstwo. Scen uzmysławiających, ile znaczą dla reprezentacji Polski trzej piłkarze, którzy dojrzewali i stawali się wyczynowcami klasy europejskiej w Borussii, pod nadzorem Jürgena Kloppa. W smętnych czasach selekcjonera Waldemara Fornalika zależeliśmy wyłącznie od tego, ile w Dortmundzie wyćwiczyli Lewandowski i Błaszczykowski (on przestał być u niemieckiego trenera atletą ze szkła), zresztą obaj przyłożyli nogę do wszystkich (!) bramek zdobytych na ostatnich turniejach – podczas Euro 2012 oraz Euro 2016 pierwszy wbił dwa gole, drugi strzelił trzy i miał asystę przy trafieniu Arkadiusza Milika. Zdarzało się zresztą, że finalizowali natarcie wspólnie, jak przy objęciu prowadzeniu z Grecją, gdy Błaszczykowski dośrodkowywał na głowę Lewandowskiego.

Nasz napastnik mądrze wybrał przed siedmioma laty klub, ale też poszczęściło mu się, że wpadł w oko Kloppowi. Nasz skrzydłowy całe życie uczciwie harował na sportowy sukces, ale też poszczęściło mu się, że spotkał Kloppa. Naszemu prawemu obrońcy również się poszczęściło, choć Herthę Berlin opuszczał niechętnie (przywiązuje się do miejsc). Właściwie to poszczęściło się każdemu, kto dopinguje reprezentację Polski. Przeanalizowałem wszystkie bramki, jakie zdobyła w minionych dwóch latach w meczach o stawkę, by sprawdzić, przy ilu bezpośrednio zasłużyli się „dortmundczycy”. Efekty są jeszcze bardziej sugestywne, niż przypuszczałem:

6:1 z Armenią – asysta

5:1 z Armenią – gol

4:1 z Armenią – gol, asysta

3:0 z Armenią – gol

2:0 z Armenią – gol

1:0 z Armenią – asysta

3:0 z Kazachstanem – gol

2:0 z Kazachstanem - nic

1:0 z Kazachstanem - nic

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – gol

2:1 z Czarnogórą – gol

1:0 z Czarnogórą – gol

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – nic

2:1 z Armenią – gol, asysta

1:0 z Armenią – „asysta” przy samobóju rywali

3:0 z Danią – gol

2:0 z Danią – gol

1:0 z Danią – gol

2:0 z Kazachstanem – gol

1:0 z Kazachstanem – asysta

1:1 z Portugalią – gol

1:1 ze Szwajcarią – gol

1:0 z Ukrainą – gol

1:0 z Irlandią Płn. – asysta

2:1 z Irlandią – gol

1:0 z Irlandią – nic

2:2 ze Szkocją – gol

1:0 ze Szkocją – gol

Słowem, zdarzyły się w tym okresie ledwie dwa mecze, w których trójkąt dortmundzki nie zadziałał. Przegrany 0:4 w Kopenhadze oraz zremisowany 0:0 z Niemcami podczas ubiegłorocznego Euro. Dla wszystkich innych rywali był jak trójkąt bermudzki – kto weń wleciał, ginął.

Nie sądzę, by Jürgen Klopp zdawał sobie z tego sprawę, więc jeśli na niego wpadnę, na pewno mu powiem. Zasłużył, by wiedzieć, że jak Adam Nawałka jest dla naszego futbolu najważniejszym w XXI wieku trenerem polskim, tak on jest najważniejszym dla naszego futbolu trenerem zagranicznym. Aż mnie korci, by krzyknąć, że nasza reprezentacja w obecnym kształcie to ich wspólne osiągnięcie.

poniedziałek, 02 października 2017

FC Barcelona, Katalonia, niepodległość, referendum. El Clasico

Od razu zastrzegam, że nie zamierzam wymądrzać się w kwestii (nie)legalności niedzielnego referendum, ani wyrokować, czy Katalonia „ma prawo” lub „powinna” oderwać się od Hiszpanii. Choć żywo mnie to wszystko interesuje, uważam, że jest zbyt złożone jak na wyporność niszowego bloga poświęconego zasadniczo sprawom sportowym.

Temat jednak podejmuję, ponieważ od pięciu lat nie zastanawiam się, czy Katalonia się usamodzielni, lecz – kiedy Katalonia się usamodzielni. W październiku 2012 roku zaproponowałem nawet sobotniemu magazynowi „Gazety” felieton z tezą, że secesja jest nieunikniona. Natchnęło mnie El Clásico, podczas którego, dokładnie po 17 minutach i 14 sekundach gry, blisko 100 tysięcy fanów na stadionie Camp Nou zaczęło ryczeć: „Independencia!”. Oglądały ich na wszystkich kontynentach miliony wyznawców Barcelony i Realu Madryt, którzy jeszcze przed meczem mogli przyjrzeć się, jak wyglądają narodowe barwy regionu. Zazwyczaj na trybunach królowały blaugrana, czyli granatowo-bordowe kolory klubu, tamtego wieczoru rozświetliły je czerwone pręgi na złotym tle, czyli senyera, katalońska flaga.

I naprawdę cały świat usłyszał, że Katalonia chce się oderwać od Hiszpanii. Temat bywał obecny na stadionie wcześniej, ale wtedy stał się obecny bardziej, na tyle hałaśliwie, że nikogo nigdzie nie mógł komunikat ominąć.

Kibice rozkrzyczeli się akurat po 17 minutach i 14 sekundach hitowego meczu na wspomnienie 1714 roku, w którym Katalończycy ostatecznie utracili samodzielność i stali się poddanymi hiszpańskiego króla Filipa V. A skoro oni się rozkrzyczeli, to sprawa zrobiła się poważna śmiertelnie. Dlatego zachciało mi się felietonowo wrzasnąć, że secesja staje się nieunikniona.

Moje przekonanie nie brało się wówczas z sondaży – wybaczcie, że trochę pocytuję samego siebie – wedle których 55 proc. autochtonów (po raz pierwszy zyskali większość) domagało się rozstania z Madrytem. Ani z sugestywności wzmacnianych dodatkowo przez kryzys wskaźników ekonomicznych, z których wynikało, że jeden z najbogatszych regionów Hiszpanii oddaje stolicy ponaddwukrotnie więcej, niż odzyskuje w inwestycjach publicznych. Tym bardziej nie przekonywały mnie okrzyki nacjonalistycznie zorientowanych polityków. Nie, działała wyłącznie magia Camp Nou, jedynego w świecie stadionu będącego sanktuarium narodowej tożsamości. I magia Barcelony, klubu będącego owej tożsamości symbolem, wehikułem, największą dumą.

Muzea sławnych futbolowych firm wyglądają niemal identycznie, umeblowane są trofeami, wielkoformatowymi zdjęciami meczów i drużyn, a także koszulkami, spodenkami, korkami i innymi relikwiami zdjętymi ze sławnych graczy. Barcelońskie radykalnie różni się klimatem – ze ścian możesz tam godzinami sczytywać kronikę uciśnionej nacji, którą spod buta hiszpańskich oprawców, ze specjalnym uwzględnieniem generała Franco, umieli wykopywać jedynie bohaterowie boiska. Historia klubu jest z historią regionu zrośnięta, w obu dominuje martyrologia, z przełomowym rokiem 1936 - datą zamordowania przez Falangę Josepa Sunyola, uważanego dziś za męczennika prezesa Barcelony, ale też polityka proniepodległościowej partii. Tuż po wojnie domowej klub został zmuszony do usunięcia z herbu katalońskiej flagi i zmiany nazwy na hiszpańskobrzmiącą, a wcześniej faszyści zrzucili na jego siedzibę bomby. Ale w czasach dyktatury stadion – przez dekady największy w Europie – był jedynym miejscem, gdzie Katalończykom zdarzało się poczuć wolnymi lub wręcz zwycięskimi. Przemycali na trybuny flagi, skandowali antymadryckie hasła, pokonywali Real. Barcelona stała się „Més que un club”, czyli „Więcej niż klubem”, pisarz Manuel Vázquez Montalbán obwołał ją „nieuzbrojoną armią Katalonii”. Po śmierci Franco pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent regionu krzyczał na stadionie do 100 tys. ludzi: – Nasz klub jest wielki, bo zawsze był wierny Katalonii. Niech żyje Barca! Niech żyje Katalonia!

Kiedy Woody Allen – nieświadomy europejskiego bzika futbolowego – nakręcił „Vicky Cristina Barcelona”, grubo się pomylił, bo sfilmował Sagrada Familia, Park Güell, arcydzieła Gaudiego i inne oczywiste symbole okolicy, jednak zapomniał pokazać na ekranie tego, co najważniejsze – stadionu. To na Camp Nou bije puls katalońskości, to tam w erze futbolowego kosmopolityzmu, zdominowanego przez szatnie rozbrzmiewające wszystkimi językami świata, nie tylko pielęgnuje się tradycje, ale też z lokalnego patriotyzmu czyni fundament strategii.

Kiedy 11 września tamtego roku – święto narodowe, data zdobycia miasta przez wojska Burbonów we wspomnianym 1714 roku – na ulicach miasta ponad 1,5 mln ludzi demonstrowało pod hasłem „Katalonia: nowe państwo w Europie”, najdonioślej wybrzmiało przesłanie Josepa Guardioli. Były trener Barcelony pomieszkiwał wtedy chwilowo w Nowym Jorku (wziął sobie urlop od futbolu) i stamtąd krzyknął (na telebimie), że jego rodacy mają jeden głos więcej, że czuje się jednym z nich ­– żądających niepodległości. Na stronach politycznych gazet jego nazwisko niemal nie padało, tymczasem Guardiola siłą oddziaływania na masową katalońską wyobraźnię po wielekroć przebijał i przebija wielu tamtejszych polityków. To żywy pomnik, być może bardziej zasłużony dla rozbudzania separatystycznych nastrojów, niż sam podejrzewa.

Teraz też się odzywał. Przed niedzielnym referendum, w którym oddał głos za pośrednictwem poczty, oraz w trakcie feralnego dnia, gdy potępił centralną władzę, na której polecenie policja pacyfikowała, często brutalnie, manifestujących i usiłujących dotrzeć do urn. Wtórował mu m.in. Gerard Pique – też polityczne uświadomiony, od zawsze demonstrujący katalońskość, wyróżniający się osobowością do tego stopnia, że wszyscy wiedzą, iż w przyszłości zostanie prezesem FC Barcelony. A jeśli jej obecni szefowie wypowiadali się stosunkowo wstrzemięźliwie, to tylko dlatego, że klub z regionalnego urósł do globalnego, ze względów marketingowych zależy mu na kibicach z innych części Hiszpanii i z zagranicy (w mediach społecznościowych „śledzi” go absolutnie rekordowe 145 mln osób ze wszystkich kontynentów!) – jak każda maksymalizująca zasięg korporacja stara się nikogo nie urazić. Co może być trudniejsze do osiągnięcia niż się zdaje. Czy np. Chińczycy, rynek w przemyśle futbolowym coraz istotniejszy, z entuzjazmem przyjmą niepodległościowe zapędy regionu, skoro zasadniczo sprzeciwiają im się, kiedy tylko mogą, bo sami borykają się z separatystycznymi ciągotami Tybetańczyków i Ujgurów?

Niewykluczone, że sukces sportowy wpłynął na nastroje w Katalonii. Dzieje FC Barcelony były zawsze przede wszystkim opowieścią o udręce. Cierpiał naród, cierpieli kibice i piłkarze, niesprawiedliwie traktowani w rywalizacji ze wspieranym przez frankistowski reżim Realem Madryt (historia nieco zmitologizowana, o czym blogowałem tutaj). Aż tu nagle, w ubiegłej dekadzie, uwielbiana drużyna nie tylko zaczęła zdobywać najcenniejsze puchary seryjnie, nie tylko została najlepszą na planecie, ale jeszcze obwołano ją futbolowym arcydziełem wszech czasów. Katalończycy już wraz z nastaniem ery Messiego i spółki w pewnym sensie wybili się na niepodległość – poczuli się najlepsi w świecie w czymś, co dla nich najważniejsze lub bardzo ważne, zyskali światową rozpoznawalność o bezprecedensowej skali, dostali mnóstwo powodów do pęknięcia z narodowej dumy. To nie przypadek, że akurat wtedy, gdy trwa belle époque, klub zaczął częściej wystrajać piłkarzy w koszulki w barwach senyery.

Nie przeceniam znaczenia piłki nożnej, raczej doceniam znaczenie Camp Nou dla regionu, w którym od zawsze tliła się potrzeba walki o odrębność. I o ile gospodarcza zapaść mogła zadziałać jak iskra, która gaśnie jutro albo pojutrze, o tyle sportowa potęga Barcy, plemienny charakter otaczających ją emocji, a także sprzyjająca podtrzymywaniu nastrojów nieustająca ciągłość rozgrywek mogły długo dostarczać paliwa. „Pozwólcie nam głosować” – skandował od tygodni tłum na stadionie.

Na stadionie, który w niedzielę był pusty. Piłkarze pokonali Las Palmas w głuchej ciszy, bez wsparcia kibiców, co miało wyrażać protest klubu przeciw zachowaniu mundurowych uniemożliwiających z rozkazu władz centralnych przeprowadzenie referendum. Jego szefowie chcieli mecz odwołać, ale zarządzający rozgrywkami Javier Tebas, zresztą zaprzysięgły fan Realu Madryt, groził im walkowerem i karnym odbieraniem punktów.

Napięcie jeszcze wzrosło, poruszony Pique ogłosił potem, że jest gotów nawet zrezygnować z występów w reprezentancji Hiszpanii. Reprezentacji, która niedawno uchodziła za arcysilny czynnik jednoczący kraj. Kiedy przez dekady musiała znosić niemal wyłącznie klęski, to przyczyn szukano m.in. w zatruwającym szatnię podziale na Kastylijczyków, Katalończyków, Basków, Galisyjczyków - zjawiskowo utalentowani gwiazdorzy gotowi bić się do upadłego na chwałę Realu lub Barcelony pod wspólnym sztandarem tracili ponoć pęd do zwycięstw. Ale w latach 2008, 2010 i 2012 piłkarze pozdobywali złoto najbardziej prestiżowych imprez mistrzowskich, a kibice ze wszystkich regionów świętowali wspólnie, wybuchła nawet dyskusja, czy aby nie wypada wreszcie napisać słów do hiszpańskiego hymnu.

To już przeszłość, użycie przeciw Katalończykom siły – niezależnie od tego, czy uzasadnione, czy nie – zapewnie rozmnoży zwolenników rozwodu z Madrytem. Dla mnie nieuniknionego, dzisiaj czuję to jeszcze mocniej niż przed pięcioma laty.

Jeśli rozstanie nastąpi, poskutkuje niebłahymi dylematami oraz problemami praktycznymi. Także dla nas, kibiców piłki nożnej. Ekonomiści dostrzegą w ustanowieniu nowego państwa nową silną gospodarkę, napędzaną przez 7,5 milionów ludzi, społeczeństwo liczniejsze niż Dania, Irlandia, Finlandia i jeszcze dziewięć innych członków Unii. My zastanawiamy się nad sprawami donioślejszymi – czy mianowicie ewentualne stworzenie osobnej ligi krajowej zakończy futbolową wojnę katalońsko-madrycką, czym groził przywoływany wyżej Tebas.

Ja w to zupełnie nie wierzę, akurat ten rozwód nie opłacałby się nikomu. Mecze Barcelony z Realem to najsłynniejsza, marketingowo bezcenna rywalizacja w piłce nożnej – tym bardziej dochodowa, że udało się ją wyeksportować, widzimy to nawet w Polsce, w której wyznawcy obu klubów naparzają się, jakby byli związani z nimi z dziada pradziada, emanując szowinizmem, nienawiścią, pogardą dla wroga. Madryccy szefowie całym sercem będą sprzyjać katalońskim, wszak zaciekła wrogość między oboma rywalami to w istocie symbioza, każda ze stron w samotności, pozbawiona punktu odniesienia zwątpiłaby w sens swojego istnienia. A względy formalne to drobiazg, w razie potrzeby można pożyczyć wariant stosowany w księstwie Monako (tamtejsi piłkarze rywalizują w lidze francuskiej) czy Andorze (tamtejsze kluby należą do lig hiszpańskich).

Co więcej, El Clásico po secesji zostałoby rozciągnięte na rywalizację drużyn narodowych – pomyślcie, jakie emocje wywołałyby mecze Hiszpanii z Katalonią, która przecież nazajutrz po wejściu do UEFA wtargnęłaby do grona reprezentacji bardzo silnych. Niepokojące z naszej, polskiej perspektywy byłoby tylko to, że przybyłby poważny konkurent w eliminacjach do mistrzostw Europy i świata. Wicie, rozumicie – dla nas każdy jest poważny.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi