RSS
sobota, 31 października 2015

Chelsea, Jose Mourinho

I znów kopniaka, po którym José Mourinho chyba już nie wstanie, wymierzył Jürgen Klopp.

Wiosną 2013 roku stało się jasne, że najgłośniejszy trener naszych czasów opuści Madryt, gdy jego Real został wychłostany przez Borussię – z Robertem Lewandowskim w roli głównego oprawcy, nasz napastnik wbił faworytom cztery gole.

Dortmundczykami dowodził wówczas Klopp, który dzisiaj dowodzi Liverpoolem. Ale wtedy Real odpadał w półfinale Ligi Mistrzów, a w rewanżu bił się o przetrwanie do ostatniego tchu, od awansu dzieliły go centymetry. Wielki trener wielkiej drużyny przegrywał z wielką drużyną, więc dowiadywaliśmy się tylko, że ten wielki trener tym razem nie zdobędzie wielkiego trofeum. Teraz okoliczności są drastycznie odmienne – wielka drużyna (inne nie zdobywają mistrzostwa Anglii) znienacka skurczyła się do małej, nie umie wygramolić się z dołów ligowej tabeli, w dzisiejszym meczu z przeciwnikiem poddawanym właśnie rekonstrukcji wyglądała jak banda zagubionych, zahukanych prowincjuszy. Błyskawicznie strzeliła gola, by przez następną godzinę nie oddać ani jednego strzału. By w całym meczu uderzać dwa razy rzadziej niż Liverpool. By wydłubać ledwie jeden rzut rożny, przy siedmiu gości.

Nemanja Matić i Cesc Fabregas, bohaterowie bodaj najtrafniejszych transferów Mourinho podczas drugiej kadencji w Londynie, rozpoczęli w rezerwie. Eden Hazard, jedyny wirtuoz w drużynie i bohater mistrzowskiego sezonu, zszedł do rezerwy w 58. minucie. Tak wygląda Chelsea w ruinie. Tak wygląda chyba najbardziej szokujący upadek trenerski we współczesnym futbolu. Przecież Mourinho przez całą karierę nie zleciał z ligowego podium. Przecież wytykaliśmy mu raczej, że nie wygrał wszystkiego, on wydawał się wprost niezdolny do tego, by wszystko przegrywać.

Portugalczyk ma rację, gdy skarży się, że mnóstwo ludzi życzy(ło) mu klęski i czerpie z jego niepowodzeń radość. Reagują tak nie tylko z powodu jego ryzykanckiej strategii, czyli brutalnego wyszydzania rywali, zamieniania sportowej rywalizacji w wojnę i wiary w cel uświęcający środki. To normalna fabuła z tabloidowej rzeczywistości: Im wyżej idola wyniesiemy, tym z większą uciechą gawiedź będzie delektowała się jego upadkiem. A Mourinho wzleciał daleko ponad jakiegokolwiek innego szkoleniowca, najgorętsi wyznawcy jeszcze w tym sezonie upierali się, że jeśli palnął coś głupiego, to wyłącznie dlatego, że tak sobie zaplanował.

Mourinho myli się jednak, gdy obśmiewa tezę o „syndromie trzeciego sezonu”. Fakt, w Porto czy w Interze przepracował ledwie dwa, a odchodził w glorii wszechzwycięzcy. Ale wystarczy hipotezę nieco zmodyfikować, by była nie do obalenia – to trener, który po dwóch latach albo zmienia otoczenie, albo traci swój urok. I właśnie dostaliśmy najtwardsze dowody na jej słuszność, bo od samego Mourinho wiemy, że w Londynie po raz pierwszy w życiu pragnął zostać na dłużej i zbudować coś trwałego.

Jeśli zostanie wylany, pozostawi w szatni piłkarzy skonanych. I nieważne, czy zadziałał jak wampir wysysający z podwładnych energię psychiczną (u niego zawsze grasz pod wysokim napięciem), czy wycieńczył ich fizycznie (w minionym sezonie eksploatował podstawowych graczy bardziej niż ktokolwiek w europejskiej czołówce). Choć zostaniemy wkrótce zasypani analizami i teoriami, to prawdy nigdy nie poznamy, pełne intelektualne zapanowanie nad alchemią drużyny piłkarskiej przekracza możliwości naszych mózgów. Ja po wyrównującym golu Coutinho pomyślałem, że nie doceniamy wpływu na wyniki Chelsea kontuzji Thibauta Courtoisa – jego macki mogłyby sięgnąć piłki, i wcale nie chodzi o to, że Asmir Begović popełnił błąd, strzał był znakomity. To wszystko nie do sprawdzenia, pewne jest tylko to, że jeśli Mourinho straci robotę, to po jego odejściu podwładni ZNÓW, jak w Madrycie, nie wpadną rozpacz. Jego – mającego niegdyś reputację guru rozkochującego w sobie zawodników na zabój.

Bloguję na szybko w tonie pożegnalnym, bo nie wierzę, by Roman Abramowicz dłużej znosił udrękę piłkarzy i swoją, zresztą odkąd przyleciał na Stamford Bridge, uczynił stołek trenera Chelsea wyjątkowo chybotliwym. Gdyby jednak pożałował 30 mln funtów odszkodowania, które musiałby wypłacić zwalnianemu przedwcześnie trenerowi, losy ocalałego Mourinho śledziłbym zafascynowany bardziej niż kiedykolwiek w jego karierze. I stale odświeżał wspomnienie, że nie byłoby niesamowitej historii Alexa Fergusona w Manchesterze United bez decyzji właścicieli klubu wprost absurdalnej – by dać mu kolejną szansę, choć po kilku latach pracy drużyna wisiała tuż nad strefą spadkową.

środa, 28 października 2015

Rozbłysnął w lidze włoskiej jako nastolatek, ale gdy zgasł, to na dwa sezony niemal zniknął. Aż w miniony weekend został bohaterem Empoli. Czy Polacy polecą na Euro z rozgrywającym z wizją?

Czekamy na niego wieczność. Zdarzali się nam ostatnio bramkarze, obrońcy, defensywni pomocnicy czy skrzydłowi wysokiej klasy europejskiej, ostatnio objawił się nawet wybitny napastnik. Porządnego rozgrywającego reprezentacja nie miała jednak od czasów Mirosława Szymkowiaka, który kopał dla kraju przed dekadą. We wrześniowym meczu z Gibraltarem symboliczną „10” miał na plecach żółtodziób Bartosz Kapustka.

Nadzieja zatliła się, gdy wiosną 2013 r. w Udinese zadebiutował – przed 19. urodzinami! – Piotr Zieliński. Błyskawicznie wtargnął do podstawowego składu, miewał asysty, sprowokował trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że drużyna cierpiąca na brak klasycznego rozgrywającego odkryła we własnej szatni następcę Alexisa Sáncheza. Kariera Zielińskiego przebiegała modelowo – wysłannicy z Udine wypatrzyli go w Zagłębiu Lubin jako juniora, nigdy więc nie zagrał w polskiej lidze, za to trafił do renomowanej wytwórni talentów, która umie i wydobywać diamenty, i szlifować je na brylanty, i obławiać się na aukcjach. Za wspomnianego Chilijczyka wyciągnęli od Barcelony 38 mln euro.

Kiedy jednak w następnym sezonie Polak zgasł, niemal całkiem zniknął. Siedział albo w rezerwie, albo na trybunach (uciułał raptem 125 minut w Serie A!), latem ubiegłego roku został wypożyczony do prowincjonalnego Empoli i tam też nie umiał się wyrwać z rólki piłkarza wchodzącego na boisko w końcówkach, który gra bezbarwnie, zbyt często bywa wręcz bezużyteczny. Dwie asysty w sezonie to nędzny bilans dla rozgrywającego.

Ożył Zieliński dopiero po letniej zmianie trenera. Marco Giampaolo ewidentnie na niego stawia, niedawno znalazł mu też nową pozycję – w środku pola – na której częściej dotyka piłki, najczęściej w drużynie wprowadza ją w strefę ataku, kreuje najwięcej szans bramkowych. Widać, że odzyskał śmiałość, pod nieobecność zdyskwalifikowanego Riccardo Saponary chętnie wchodzi w korki lidera. Akcje ofensywne nie tylko rozpoczyna (różnorako, ucieka także na skrzydło, by dośrodkować), ale też finalizuje strzałem. W sobotę strzelił Genoi gola i miał asystę, obwołano go bohaterem meczu.

– Nowa rola mu się przysłuży, bo on musi się wzmocnić fizycznie, poprawić wydolność – mówi Zbigniew Boniek. – Najważniejsze jednak, że zaczął regularnie grać, bo przypomnę, że trener Nawałka powoływał Zielińskiego, gdy ten prawie w ogóle nie wchodził na boisko. Wierzę w niego, bo jemu w głowie tylko piłka, nie ma tu zagrożenia, że za bardzo lubi dyskoteki albo inne przyjemności. Niczego nie zawalił przez słabą mentalność, ten gorszy okres uważam za typowy dla chłopaka tak młodego. Przecież to rocznik 1994, on wciąż mógłby wystąpić na młodzieżowym Euro 2017, które odbędzie się w Polsce! Szkoda tylko, że już drugi rok spędza na wypożyczeniu, o rozwój takich zawodników kluby nie dbają, bo to nie ich kapitał. A we Włoszech są setki zawodników przerzucanych z adresu pod adres. To załamuje kariery.

Prezes PZPN ma rację, Zieliński rozegrał już w silnej lidze włoskiej 54 mecze. To dorobek imponujący, nawet jeśli Polak ponad połowę z nich rozpoczynał jako rezerwowy. Grzegorz Krychowiak, który przebył identyczną drogę – nigdy nie grał w naszej ekstraklasie, jako dzieciak wyjechał do Bordeaux – w jego wieku przyzwyczajał się dopiero do dorosłego futbolu na wypożyczeniach w drugoligowych francuskich Stade Reims i Nantes. A Jakub Błaszczykowski miał za sobą 30 meczów w barwach Wisły Kraków. U Zielińskiego pomimo kłopotów wszystko dzieje się szybciej.

Był też naturalnym kandydatem na rozgrywającego przyszłości w reprezentacji kraju. Dla Polski grał we wszystkich kategoriach juniorskich, zaraz po debiucie w seniorach – wtedy gdy rozbłysnął w Udinese – obiecująco wypadł w sparingu z Danią, który uświetnił zwycięskim golem. To o nim, dobrym dryblerze z umiejętnością podania przeszywającego defensywę, myśleliśmy jako przyszłym dostarczającym piłkę Robertowi Lewandowskiego, zanim stałym partnerem naszego supergwiazdora został Arkadiusz Milik. W eliminacjach Euro 2016 Zieliński jednak nie zaistniał. Cały jego udział sprowadza się do 24-minutowego epizodu w meczu z Gibraltarem, nie ukończył też tegorocznych sparingów z Grecją i Szwajcarią (został zmieniony w przerwie). W klubie nie grał lub grał mało, a trener Adam Nawałka nie lubi zmieniać składu, jeśli nie musi. Zależy mu, by wyselekcjonowana grupa grała ze sobą maksymalnie często i szlifowała na połysk schematy rozegrania akcji.

Piłkarza Empoli jednak powoływał, ten więc zgrupowań nie opuszczał, współtworzy kadrę. I gdyby selekcjoner znów chciał wystawić trzech środkowych pomocników – jak w rozstrzygającym awansie na Euro meczu z Irlandią, gdy urazu doznał Milik – to w Zielińskim znalazłby idealne rozwiązanie. Oczywiście w Zielińskim w formie z ostatnich tygodni. On przyzwyczaja się do gry właśnie na tej pozycji. I wszechstronnieje. Jeśli okaże się pojętny, będzie umiał odnaleźć się w większej liczbie sytuacji boiskowych. To mógłby być brakujący element Nawałki, którego drużyna cierpi czasami na niedostatek podań do przodu wykonywanych przez środkowych pomocników. Cały polski futbol tęskni za rozgrywającym z prawdziwego zdarzenia.

poniedziałek, 26 października 2015

Sobotnie zwycięstwo Realu nad Celtą było pod pewnymi względami wyjątkowe, ale wielkiego odrodzenia madryckiego uniwersytetu dla piłkarzy jeszcze nie ogłoszono. Ogłaszano już natomiast niejednokrotnie, że La Masia w ruinie. Czy słusznie? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

sobota, 24 października 2015

Przepraszam za opieszałość w rozstrzygnięciu waszego ulubionego konkursu, przycupnąłem na małym urlopie i obiecałem sobie nie zaglądać na blog. Ale o sprawach najważniejszych oczywiście pamiętałem i niniejszym ogłaszam, że zwycięzcą siódmej edycji zawodów został czytelnik z niepokojącym nickiem black_spider. Dołącza on do elity czytających w przyszłości – są na niej już neergeecorg (jedyny dwukrotny triumfator), szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now i nicki678 – oraz otrzyma obiecaną koszulkę najnowszego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którym w tym roku okazała się FC Barcelona. Strój ufundował sklep PodStadionem.

Zanim prześlę nagrodę, wirtuoza jasnowidzenia proszę o mejlowe przypomnienie (rafal.stec@agora.pl), jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Ale najpierw proszę przyjąć wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

13:39, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
środa, 21 października 2015

Arsenal, Arsene Wenger, Liga Mistrzów, liga angielska

Przesadnej stałości poglądów nigdy nie uważałem za cnotę – u każdego, kto stale aktualizuje swoją wiedzę o świecie, muszą ewoluować – a u trenera piłkarskiego wydaje mi się już cechą wybitnie niebezpieczną. On powinien raczej pielęgnować w sobie zdolność do nieustającego kwestionowania wszystkiego, w co wierzy, modyfikowania preferowanego stylu, udoskonalania metod szkoleniowych, może wręcz zaprzeczania samemu sobie. I po to, by rywale go nie przejrzeli i nie nauczyli się przeciw niemu grać, i dlatego, że w futbolu często ten, kto porwie się na coś nowego, zyskuje przewagę tylko z tego powodu, że był pierwszy.

Arsene Wenger długimi latami ewoluować nie umiał lub nie chciał, wielokrotnie pomstowałem tu na jego ortodoksyjną wierność swemu przekonaniu, jak powinno się grać w piłkę, by zadowolić publikę. Inny długowieczny menedżer z ligi angielskiej, Alex Ferguson, notorycznie się przepoczwarzał, tymczasem francuski trener upierał się, że im bardziej rzeczywistość kompromituje jego pomysły, tym gorzej dla rzeczywistości. Zderzał się na przykład Arsenal z Bayernem, to szef wydawał rozkaz, by londyńczycy awanturowali się o dłuższe posiadania piłki z lepiej do tego przygotowanymi technicznie monachijczykami, zsyłając na nich pewną katastrofę. Albo przy każdej możliwej okazji dawał się wyrolować cynicznemu José Mourinho, podarowując jego podwładnym pełny komfort na boisku – nie potrzebowali podejmować żadnej inicjatywy, wystarczało im czekać, kiedy naiwny Arsenal pozwoli się skontratakować.

Być może był Wenger więźniem swego największego dokonania. Arcydzieła z sezonu 2003/04, nie poplamionego ani jedną porażką. Najbardziej porywającego stylu gry, jaki widziałem w lidze angielskiej. Stylu bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną. I kiedy tamta drużyna się rozpadła, pragnął stworzyć jej kopię.

Zrezygnował chyba w połowie ubiegłego sezonu. To wtedy zaczęliśmy gdzieniegdzie oglądać Arsenal przyczajony, cierpliwy, nawet zabijający grę. A kulminacja trendu nastąpiła we wtorek, gdy londyńczycy stanęli na swojej połowie i oddali piłkę Bayernu na 69 proc. czasu gry. Oni wciąż potrafią zachwycić wariacką wymianą podań w ofensywie – również dzięki zmianie polityki transferowej, brzydzący się kosztownymi transferami Wenger przestał fantazjować o jedenastce wychowanków, a zaczął płacić, przynajmniej niekiedy, po 50 czy 42 mln za wirtuozów z Realu Madryt czy Barcelony. Ale mają też alternatywę. Także „brzydką”, jak sposób przechytrzenia Bayernu, któremu pierwszego gola Olivier Giroud wepchnął ręką. Znów ujrzeliśmy klasyczny sposób na drużyny Pepa Guardioli, do których nie zniżają się trenerzy zbyt dumni, ewentualnie niewystarczająco pokorni, czyli skupienie się na kontrolowaniu przestrzeni. Tak z barcelończykami i monachijczykami wygrywały w Lidze Mistrzów Rubin Kazań, Chelsea czy nawet Real Madryt (w obu zwycięskich półfinałach półtora roku temu trzymał piłkę przez zaledwie 36 proc. czasu gry, a zwyciężył w dwumeczu 5:0).

Biorąc pod uwagę zwyczaje Wengera, w jego głowie odbyła się rewolucja. Trener o fanatycznej wręcz sztywności myślenia miesiącami się rozluźniał, aż stał się trenerem elastycznym. Wykonał umysłowy szpagat.

I zanim piłkarze Arsenalu pokonali Bayern – w chwili najwyższego napięcia, porażka praktycznie wyrzucałaby go z LM! – zaczęli być przeciwnikami bardzo przykrymi w odbiorze w hitach ligi angielskiej. Czyli tam, gdzie rozczarowywali zawsze, zyskując reputację mięczaków albo chłopców, w każdym razie atletów upośledzonych mentalnie.

Passy meczów bez zwycięstwa są stopniowo wypierane przez passy meczów bez porażki. Manchester United? Niedawne spektakularne 3:0 poprzedziły wyjazdowe 1:1 w maju oraz wyjazdowe 2:1 w marcu. Chelsea? Owszem, ostatnio Arsenal sąsiadom uległ, ale w sporej mierze przez błąd sędziego oszukanego przez Diego Costę, a w poprzednich tegorocznych meczach wygrywał 1:0 oraz remisował 0:0. Manchester City? W styczniu londyńczycy zwyciężyli na boisku rywala 2:0, w ubiegłym roku też dawali radę (2:2, 3:0, 1:1). Liverpool? 0:0 w sierpniu i 4:1 w kwietniu.

Wiele tych meczów to były nudy na pudy, ale kibice nie płaczą – Arsenal zawalił w bieżącym roku kalendarzowym ledwie jeden szlagier, lutowe derby z Tottenhamem. Wpadki miewa wyłącznie zaskakujące, z Olympiakosami czy Dinamami Zagrzeb (Wenger ewidentnie rywali zlekceważył), bo w ogóle przegrywa wyłącznie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy, zamiast jak dotychczas przegrywać zawsze, gdy się tego spodziewamy. Jest drużyną bardzo doświadczoną (najbliżej bramki stali we wtorek 33-letni Cech, 31-letni Mertesacker, 30-letni Koscielny), niemal zamkniętą na młodzież (kolejna wolta szkoleniowca!), najmocniejszą w Anglii w roku 2015, znów zdolną bić się o mistrzostwo kraju.

Pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu awans w hierarchii londyńczycy zawdzięczają ewolucji Wengera, a w jakim – zapaści czołowych angielskich klubów, wyglądających tym przeciętniej, im więcej wydają na transfery. Bo w czasie, gdy francuski trener, coraz częściej oskarżany o nieodwracalne stetryczenie, wyenergiczniał i wynalazł Arsenal na nowo, odrętwieli niektórzy jego główni konkurenci. Dzisiaj na pierwszego niereformowalnego, który stosuje wciąż te same chwyty – ostatnio pierwszy usłyszałem od kibica Chelsea, że „przynudza” – wygląda José Mourinho.

PS Przypominam, że trwa ósma edycja konkursu na Jasnowidz roku. Pytania są tutaj, odpowiadać można do godz. 23.59 w piątek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi