RSS
sobota, 31 października 2015

Chelsea, Jose Mourinho

I znów kopniaka, po którym José Mourinho chyba już nie wstanie, wymierzył Jürgen Klopp.

Wiosną 2013 roku stało się jasne, że najgłośniejszy trener naszych czasów opuści Madryt, gdy jego Real został wychłostany przez Borussię – z Robertem Lewandowskim w roli głównego oprawcy, nasz napastnik wbił faworytom cztery gole.

Dortmundczykami dowodził wówczas Klopp, który dzisiaj dowodzi Liverpoolem. Ale wtedy Real odpadał w półfinale Ligi Mistrzów, a w rewanżu bił się o przetrwanie do ostatniego tchu, od awansu dzieliły go centymetry. Wielki trener wielkiej drużyny przegrywał z wielką drużyną, więc dowiadywaliśmy się tylko, że ten wielki trener tym razem nie zdobędzie wielkiego trofeum. Teraz okoliczności są drastycznie odmienne – wielka drużyna (inne nie zdobywają mistrzostwa Anglii) znienacka skurczyła się do małej, nie umie wygramolić się z dołów ligowej tabeli, w dzisiejszym meczu z przeciwnikiem poddawanym właśnie rekonstrukcji wyglądała jak banda zagubionych, zahukanych prowincjuszy. Błyskawicznie strzeliła gola, by przez następną godzinę nie oddać ani jednego strzału. By w całym meczu uderzać dwa razy rzadziej niż Liverpool. By wydłubać ledwie jeden rzut rożny, przy siedmiu gości.

Nemanja Matić i Cesc Fabregas, bohaterowie bodaj najtrafniejszych transferów Mourinho podczas drugiej kadencji w Londynie, rozpoczęli w rezerwie. Eden Hazard, jedyny wirtuoz w drużynie i bohater mistrzowskiego sezonu, zszedł do rezerwy w 58. minucie. Tak wygląda Chelsea w ruinie. Tak wygląda chyba najbardziej szokujący upadek trenerski we współczesnym futbolu. Przecież Mourinho przez całą karierę nie zleciał z ligowego podium. Przecież wytykaliśmy mu raczej, że nie wygrał wszystkiego, on wydawał się wprost niezdolny do tego, by wszystko przegrywać.

Portugalczyk ma rację, gdy skarży się, że mnóstwo ludzi życzy(ło) mu klęski i czerpie z jego niepowodzeń radość. Reagują tak nie tylko z powodu jego ryzykanckiej strategii, czyli brutalnego wyszydzania rywali, zamieniania sportowej rywalizacji w wojnę i wiary w cel uświęcający środki. To normalna fabuła z tabloidowej rzeczywistości: Im wyżej idola wyniesiemy, tym z większą uciechą gawiedź będzie delektowała się jego upadkiem. A Mourinho wzleciał daleko ponad jakiegokolwiek innego szkoleniowca, najgorętsi wyznawcy jeszcze w tym sezonie upierali się, że jeśli palnął coś głupiego, to wyłącznie dlatego, że tak sobie zaplanował.

Mourinho myli się jednak, gdy obśmiewa tezę o „syndromie trzeciego sezonu”. Fakt, w Porto czy w Interze przepracował ledwie dwa, a odchodził w glorii wszechzwycięzcy. Ale wystarczy hipotezę nieco zmodyfikować, by była nie do obalenia – to trener, który po dwóch latach albo zmienia otoczenie, albo traci swój urok. I właśnie dostaliśmy najtwardsze dowody na jej słuszność, bo od samego Mourinho wiemy, że w Londynie po raz pierwszy w życiu pragnął zostać na dłużej i zbudować coś trwałego.

Jeśli zostanie wylany, pozostawi w szatni piłkarzy skonanych. I nieważne, czy zadziałał jak wampir wysysający z podwładnych energię psychiczną (u niego zawsze grasz pod wysokim napięciem), czy wycieńczył ich fizycznie (w minionym sezonie eksploatował podstawowych graczy bardziej niż ktokolwiek w europejskiej czołówce). Choć zostaniemy wkrótce zasypani analizami i teoriami, to prawdy nigdy nie poznamy, pełne intelektualne zapanowanie nad alchemią drużyny piłkarskiej przekracza możliwości naszych mózgów. Ja po wyrównującym golu Coutinho pomyślałem, że nie doceniamy wpływu na wyniki Chelsea kontuzji Thibauta Courtoisa – jego macki mogłyby sięgnąć piłki, i wcale nie chodzi o to, że Asmir Begović popełnił błąd, strzał był znakomity. To wszystko nie do sprawdzenia, pewne jest tylko to, że jeśli Mourinho straci robotę, to po jego odejściu podwładni ZNÓW, jak w Madrycie, nie wpadną rozpacz. Jego – mającego niegdyś reputację guru rozkochującego w sobie zawodników na zabój.

Bloguję na szybko w tonie pożegnalnym, bo nie wierzę, by Roman Abramowicz dłużej znosił udrękę piłkarzy i swoją, zresztą odkąd przyleciał na Stamford Bridge, uczynił stołek trenera Chelsea wyjątkowo chybotliwym. Gdyby jednak pożałował 30 mln funtów odszkodowania, które musiałby wypłacić zwalnianemu przedwcześnie trenerowi, losy ocalałego Mourinho śledziłbym zafascynowany bardziej niż kiedykolwiek w jego karierze. I stale odświeżał wspomnienie, że nie byłoby niesamowitej historii Alexa Fergusona w Manchesterze United bez decyzji właścicieli klubu wprost absurdalnej – by dać mu kolejną szansę, choć po kilku latach pracy drużyna wisiała tuż nad strefą spadkową.

środa, 28 października 2015

Rozbłysnął w lidze włoskiej jako nastolatek, ale gdy zgasł, to na dwa sezony niemal zniknął. Aż w miniony weekend został bohaterem Empoli. Czy Polacy polecą na Euro z rozgrywającym z wizją?

Czekamy na niego wieczność. Zdarzali się nam ostatnio bramkarze, obrońcy, defensywni pomocnicy czy skrzydłowi wysokiej klasy europejskiej, ostatnio objawił się nawet wybitny napastnik. Porządnego rozgrywającego reprezentacja nie miała jednak od czasów Mirosława Szymkowiaka, który kopał dla kraju przed dekadą. We wrześniowym meczu z Gibraltarem symboliczną „10” miał na plecach żółtodziób Bartosz Kapustka.

Nadzieja zatliła się, gdy wiosną 2013 r. w Udinese zadebiutował – przed 19. urodzinami! – Piotr Zieliński. Błyskawicznie wtargnął do podstawowego składu, miewał asysty, sprowokował trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że drużyna cierpiąca na brak klasycznego rozgrywającego odkryła we własnej szatni następcę Alexisa Sáncheza. Kariera Zielińskiego przebiegała modelowo – wysłannicy z Udine wypatrzyli go w Zagłębiu Lubin jako juniora, nigdy więc nie zagrał w polskiej lidze, za to trafił do renomowanej wytwórni talentów, która umie i wydobywać diamenty, i szlifować je na brylanty, i obławiać się na aukcjach. Za wspomnianego Chilijczyka wyciągnęli od Barcelony 38 mln euro.

Kiedy jednak w następnym sezonie Polak zgasł, niemal całkiem zniknął. Siedział albo w rezerwie, albo na trybunach (uciułał raptem 125 minut w Serie A!), latem ubiegłego roku został wypożyczony do prowincjonalnego Empoli i tam też nie umiał się wyrwać z rólki piłkarza wchodzącego na boisko w końcówkach, który gra bezbarwnie, zbyt często bywa wręcz bezużyteczny. Dwie asysty w sezonie to nędzny bilans dla rozgrywającego.

Ożył Zieliński dopiero po letniej zmianie trenera. Marco Giampaolo ewidentnie na niego stawia, niedawno znalazł mu też nową pozycję – w środku pola – na której częściej dotyka piłki, najczęściej w drużynie wprowadza ją w strefę ataku, kreuje najwięcej szans bramkowych. Widać, że odzyskał śmiałość, pod nieobecność zdyskwalifikowanego Riccardo Saponary chętnie wchodzi w korki lidera. Akcje ofensywne nie tylko rozpoczyna (różnorako, ucieka także na skrzydło, by dośrodkować), ale też finalizuje strzałem. W sobotę strzelił Genoi gola i miał asystę, obwołano go bohaterem meczu.

– Nowa rola mu się przysłuży, bo on musi się wzmocnić fizycznie, poprawić wydolność – mówi Zbigniew Boniek. – Najważniejsze jednak, że zaczął regularnie grać, bo przypomnę, że trener Nawałka powoływał Zielińskiego, gdy ten prawie w ogóle nie wchodził na boisko. Wierzę w niego, bo jemu w głowie tylko piłka, nie ma tu zagrożenia, że za bardzo lubi dyskoteki albo inne przyjemności. Niczego nie zawalił przez słabą mentalność, ten gorszy okres uważam za typowy dla chłopaka tak młodego. Przecież to rocznik 1994, on wciąż mógłby wystąpić na młodzieżowym Euro 2017, które odbędzie się w Polsce! Szkoda tylko, że już drugi rok spędza na wypożyczeniu, o rozwój takich zawodników kluby nie dbają, bo to nie ich kapitał. A we Włoszech są setki zawodników przerzucanych z adresu pod adres. To załamuje kariery.

Prezes PZPN ma rację, Zieliński rozegrał już w silnej lidze włoskiej 54 mecze. To dorobek imponujący, nawet jeśli Polak ponad połowę z nich rozpoczynał jako rezerwowy. Grzegorz Krychowiak, który przebył identyczną drogę – nigdy nie grał w naszej ekstraklasie, jako dzieciak wyjechał do Bordeaux – w jego wieku przyzwyczajał się dopiero do dorosłego futbolu na wypożyczeniach w drugoligowych francuskich Stade Reims i Nantes. A Jakub Błaszczykowski miał za sobą 30 meczów w barwach Wisły Kraków. U Zielińskiego pomimo kłopotów wszystko dzieje się szybciej.

Był też naturalnym kandydatem na rozgrywającego przyszłości w reprezentacji kraju. Dla Polski grał we wszystkich kategoriach juniorskich, zaraz po debiucie w seniorach – wtedy gdy rozbłysnął w Udinese – obiecująco wypadł w sparingu z Danią, który uświetnił zwycięskim golem. To o nim, dobrym dryblerze z umiejętnością podania przeszywającego defensywę, myśleliśmy jako przyszłym dostarczającym piłkę Robertowi Lewandowskiego, zanim stałym partnerem naszego supergwiazdora został Arkadiusz Milik. W eliminacjach Euro 2016 Zieliński jednak nie zaistniał. Cały jego udział sprowadza się do 24-minutowego epizodu w meczu z Gibraltarem, nie ukończył też tegorocznych sparingów z Grecją i Szwajcarią (został zmieniony w przerwie). W klubie nie grał lub grał mało, a trener Adam Nawałka nie lubi zmieniać składu, jeśli nie musi. Zależy mu, by wyselekcjonowana grupa grała ze sobą maksymalnie często i szlifowała na połysk schematy rozegrania akcji.

Piłkarza Empoli jednak powoływał, ten więc zgrupowań nie opuszczał, współtworzy kadrę. I gdyby selekcjoner znów chciał wystawić trzech środkowych pomocników – jak w rozstrzygającym awansie na Euro meczu z Irlandią, gdy urazu doznał Milik – to w Zielińskim znalazłby idealne rozwiązanie. Oczywiście w Zielińskim w formie z ostatnich tygodni. On przyzwyczaja się do gry właśnie na tej pozycji. I wszechstronnieje. Jeśli okaże się pojętny, będzie umiał odnaleźć się w większej liczbie sytuacji boiskowych. To mógłby być brakujący element Nawałki, którego drużyna cierpi czasami na niedostatek podań do przodu wykonywanych przez środkowych pomocników. Cały polski futbol tęskni za rozgrywającym z prawdziwego zdarzenia.

poniedziałek, 26 października 2015

Sobotnie zwycięstwo Realu nad Celtą było pod pewnymi względami wyjątkowe, ale wielkiego odrodzenia madryckiego uniwersytetu dla piłkarzy jeszcze nie ogłoszono. Ogłaszano już natomiast niejednokrotnie, że La Masia w ruinie. Czy słusznie? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

sobota, 24 października 2015

Przepraszam za opieszałość w rozstrzygnięciu waszego ulubionego konkursu, przycupnąłem na małym urlopie i obiecałem sobie nie zaglądać na blog. Ale o sprawach najważniejszych oczywiście pamiętałem i niniejszym ogłaszam, że zwycięzcą siódmej edycji zawodów został czytelnik z niepokojącym nickiem black_spider. Dołącza on do elity czytających w przyszłości – są na niej już neergeecorg (jedyny dwukrotny triumfator), szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now i nicki678 – oraz otrzyma obiecaną koszulkę najnowszego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którym w tym roku okazała się FC Barcelona. Strój ufundował sklep PodStadionem.

Zanim prześlę nagrodę, wirtuoza jasnowidzenia proszę o mejlowe przypomnienie (rafal.stec@agora.pl), jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Ale najpierw proszę przyjąć wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

13:39, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
środa, 21 października 2015

Arsenal, Arsene Wenger, Liga Mistrzów, liga angielska

Przesadnej stałości poglądów nigdy nie uważałem za cnotę – u każdego, kto stale aktualizuje swoją wiedzę o świecie, muszą ewoluować – a u trenera piłkarskiego wydaje mi się już cechą wybitnie niebezpieczną. On powinien raczej pielęgnować w sobie zdolność do nieustającego kwestionowania wszystkiego, w co wierzy, modyfikowania preferowanego stylu, udoskonalania metod szkoleniowych, może wręcz zaprzeczania samemu sobie. I po to, by rywale go nie przejrzeli i nie nauczyli się przeciw niemu grać, i dlatego, że w futbolu często ten, kto porwie się na coś nowego, zyskuje przewagę tylko z tego powodu, że był pierwszy.

Arsene Wenger długimi latami ewoluować nie umiał lub nie chciał, wielokrotnie pomstowałem tu na jego ortodoksyjną wierność swemu przekonaniu, jak powinno się grać w piłkę, by zadowolić publikę. Inny długowieczny menedżer z ligi angielskiej, Alex Ferguson, notorycznie się przepoczwarzał, tymczasem francuski trener upierał się, że im bardziej rzeczywistość kompromituje jego pomysły, tym gorzej dla rzeczywistości. Zderzał się na przykład Arsenal z Bayernem, to szef wydawał rozkaz, by londyńczycy awanturowali się o dłuższe posiadania piłki z lepiej do tego przygotowanymi technicznie monachijczykami, zsyłając na nich pewną katastrofę. Albo przy każdej możliwej okazji dawał się wyrolować cynicznemu José Mourinho, podarowując jego podwładnym pełny komfort na boisku – nie potrzebowali podejmować żadnej inicjatywy, wystarczało im czekać, kiedy naiwny Arsenal pozwoli się skontratakować.

Być może był Wenger więźniem swego największego dokonania. Arcydzieła z sezonu 2003/04, nie poplamionego ani jedną porażką. Najbardziej porywającego stylu gry, jaki widziałem w lidze angielskiej. Stylu bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną. I kiedy tamta drużyna się rozpadła, pragnął stworzyć jej kopię.

Zrezygnował chyba w połowie ubiegłego sezonu. To wtedy zaczęliśmy gdzieniegdzie oglądać Arsenal przyczajony, cierpliwy, nawet zabijający grę. A kulminacja trendu nastąpiła we wtorek, gdy londyńczycy stanęli na swojej połowie i oddali piłkę Bayernu na 69 proc. czasu gry. Oni wciąż potrafią zachwycić wariacką wymianą podań w ofensywie – również dzięki zmianie polityki transferowej, brzydzący się kosztownymi transferami Wenger przestał fantazjować o jedenastce wychowanków, a zaczął płacić, przynajmniej niekiedy, po 50 czy 42 mln za wirtuozów z Realu Madryt czy Barcelony. Ale mają też alternatywę. Także „brzydką”, jak sposób przechytrzenia Bayernu, któremu pierwszego gola Olivier Giroud wepchnął ręką. Znów ujrzeliśmy klasyczny sposób na drużyny Pepa Guardioli, do których nie zniżają się trenerzy zbyt dumni, ewentualnie niewystarczająco pokorni, czyli skupienie się na kontrolowaniu przestrzeni. Tak z barcelończykami i monachijczykami wygrywały w Lidze Mistrzów Rubin Kazań, Chelsea czy nawet Real Madryt (w obu zwycięskich półfinałach półtora roku temu trzymał piłkę przez zaledwie 36 proc. czasu gry, a zwyciężył w dwumeczu 5:0).

Biorąc pod uwagę zwyczaje Wengera, w jego głowie odbyła się rewolucja. Trener o fanatycznej wręcz sztywności myślenia miesiącami się rozluźniał, aż stał się trenerem elastycznym. Wykonał umysłowy szpagat.

I zanim piłkarze Arsenalu pokonali Bayern – w chwili najwyższego napięcia, porażka praktycznie wyrzucałaby go z LM! – zaczęli być przeciwnikami bardzo przykrymi w odbiorze w hitach ligi angielskiej. Czyli tam, gdzie rozczarowywali zawsze, zyskując reputację mięczaków albo chłopców, w każdym razie atletów upośledzonych mentalnie.

Passy meczów bez zwycięstwa są stopniowo wypierane przez passy meczów bez porażki. Manchester United? Niedawne spektakularne 3:0 poprzedziły wyjazdowe 1:1 w maju oraz wyjazdowe 2:1 w marcu. Chelsea? Owszem, ostatnio Arsenal sąsiadom uległ, ale w sporej mierze przez błąd sędziego oszukanego przez Diego Costę, a w poprzednich tegorocznych meczach wygrywał 1:0 oraz remisował 0:0. Manchester City? W styczniu londyńczycy zwyciężyli na boisku rywala 2:0, w ubiegłym roku też dawali radę (2:2, 3:0, 1:1). Liverpool? 0:0 w sierpniu i 4:1 w kwietniu.

Wiele tych meczów to były nudy na pudy, ale kibice nie płaczą – Arsenal zawalił w bieżącym roku kalendarzowym ledwie jeden szlagier, lutowe derby z Tottenhamem. Wpadki miewa wyłącznie zaskakujące, z Olympiakosami czy Dinamami Zagrzeb (Wenger ewidentnie rywali zlekceważył), bo w ogóle przegrywa wyłącznie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy, zamiast jak dotychczas przegrywać zawsze, gdy się tego spodziewamy. Jest drużyną bardzo doświadczoną (najbliżej bramki stali we wtorek 33-letni Cech, 31-letni Mertesacker, 30-letni Koscielny), niemal zamkniętą na młodzież (kolejna wolta szkoleniowca!), najmocniejszą w Anglii w roku 2015, znów zdolną bić się o mistrzostwo kraju.

Pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu awans w hierarchii londyńczycy zawdzięczają ewolucji Wengera, a w jakim – zapaści czołowych angielskich klubów, wyglądających tym przeciętniej, im więcej wydają na transfery. Bo w czasie, gdy francuski trener, coraz częściej oskarżany o nieodwracalne stetryczenie, wyenergiczniał i wynalazł Arsenal na nowo, odrętwieli niektórzy jego główni konkurenci. Dzisiaj na pierwszego niereformowalnego, który stosuje wciąż te same chwyty – ostatnio pierwszy usłyszałem od kibica Chelsea, że „przynudza” – wygląda José Mourinho.

PS Przypominam, że trwa ósma edycja konkursu na Jasnowidz roku. Pytania są tutaj, odpowiadać można do godz. 23.59 w piątek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

poniedziałek, 19 października 2015

Jasnowidz roku

Ósma rocznica istnienia bloga „A jednak się kręci” minęła wczoraj w oka mgnieniu, ale mam nadzieję, że zatańcowaliście się do wykrętu kręgosłupów i jeszcze zdążyliście mieć refleksję, jak byłoby pusto, gdyby przestało się kręcić.

Ale zabawa zabawą, pogimnastykować się umysłowo też trzeba. Zasady kultowego konkursu na Jasnowidza roku stali czytelnicy i uczestnicy znają (od tego się zaczęło, łza w oku mi się turla), przypadkowym i gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” (wyniki poprzedniej edycji niebawem, przypominam o podliczaniu punktów, czas się kończy!) i nagrodzony koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów, ufundowaną przez sklep PodStadionem (w tym roku będzie to strój Barcelony). Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił.

Pytania pomagał mi układać Michał Szadkowski. Odpowiedzi przyjmuję do godz. 23.59 w piątek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2016 roku

1) Podbeskidzie utrzyma się w tzw. ekstraklasie?

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Ondrej Duda wciąż będzie grał w polskim klubie?

6) Stanisław Czerczesow wciąż będzie prowadził Legię?

7) polski piłkarz zostanie królem lub wicekrólem strzelców tzw. ekstraklasy?

8) reprezentacja Polski awansuje do 1/8 finału mistrzostw Europy?

9) w kadrze na te mistrzostwa znajdzie się więcej niż jeden piłkarz z Lechii Gdańsk?

10) Grzegorz Krychowiak strzeli dla niej swojego trzeciego gola?

11) Krzysztof Mączyński strzeli dla niej swojego drugiego gola?

12) Robert Lewandowski (32 bramki) doścignie Kazimierza Deynę (41 bramek) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach naszej kadry?

13) Robert Lewandowski strzeli w sezonie Bundesligi 40 goli?

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

15) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

16) Lech Poznań awansuje do tzw. grupy mistrzowskiej tzw. ekstraklasy?

17) Ryszard Orłowski nadal będzie prowadzi reprezentację Anguilli?

18) Henryk Kasperczak nadal będzie prowadził Tunezję?

19) Adam Nawałka nadal będzie prowadził reprezentację Polski?

20) Paul Pogba nadal będzie grał w Juventusie?

21) Wojciech Szczęsny nadal będzie grał w Romie?

22) Arkadiusz Milik nadal będzie grał w Ajaxie?

23) Gabriel Barbosa (Gabigol) nadal będzie grał w lidze brazylijskiej?

24) Rafa Benitez nadal będzie prowadził Real Madryt?

25) Sinisza Mihajlovic nadal będzie prowadził Milan?

26) RB Lipsk awansuje do Bundesligi?

27) Real Madryt kupi kolejnego piłkarza z ligi angielskiej?

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii?

30) Chelsea awansuje do Ligi Mistrzów?

31) awansuje do niej mistrz Cypru?

32) angielski klub dotrwa do półfinału Champions League?

33) FC Basel nadal będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

34) Napoli zostanie mistrzem lub wicemistrzem Włoch?

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europejskiej lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) królem strzelców Ligi Mistrzów zostanie piłkarz spoza Europy?

38) Lewandowski będzie na podium plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata?

39) Neymar (46 goli) prześcignie Romario (55) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach reprezentacji Brazylii?

40) Brazylia zdobędzie swoje pierwsze złoto w turnieju piłkarskim na igrzyskach olimpijskich?

41) Drużyna z Afryki zdobędzie w tym turnieju medal?

42) Islandia wyjdzie z grupy na Euro 2016?

43) Argentyna zagra w finale Copa América?

44) Królem strzelców Copa América zostanie Neymar albo Leo Messi?

45) Amerykańskie piłkarki wygrają igrzyska po raz piąty?

46) Reprezentacja Polski kobiet zakwalifikuje się na mistrzostwa Europy?

47) Mongolia awansuje do drugiej setki rankingu FIFA?

48) Reprezentacja Kosowa zagra mecz o punkty?

49) Prezesem FIFA będzie Europejczyk?

50) Władysław George Engel zapyta na swojej stronie internetowej, czy mógłby udzielić wywiadu blogowi „A jednak się kręci”?

PS Przypominam, żebyście podliczali i podawali pod tą notką swoje wyniki w poprzedniej edycji Jasnowidza. Termin mija w dzisiaj (poniedziałek, 19 października) o 23.59.

20:41, rafal.stec
Link Komentarze (149) »
niedziela, 18 października 2015

Najbardziej zwycięska i najbardziej innowacyjna nacja w dziejach futbolu. Zdychają od miesięcy, a może i lat, nawet jeśli pewne wydarzenia mydliły nam – a przede wszystkim im – oczy. Mój felieton z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdziecie tutaj.

PS Przypominam o podliczaniu punktów w konkursie na jasnowidza roku, została jeszcze doba.

Tagi: felieton
22:00, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 października 2015

Nadciąga ósma rocznica założenia bloga „A jednak się kręci”, pewnie naszykowaliście już szampany, konfetti, race i petardy, a ja to doskonale rozumiem – też się wzruszam – choć sam tym razem pocelebruję skromnie. Nie mam wyjścia, jutrzejsze święto zastanie mnie w stolicy Bułgarii, mieścinie zbyt ponuroszaroburej, by bawić się tu do utraty przytomności. Ale oczywiście nie zapomniałem o rozstrzygnięciu Waszego ulubionego konkursu na „Jasnowidza roku” i ogłoszeniu pytań edycji następnej. Kto nie czai, o co cały jest ambaras, niech kliknie po wiedzę np. tutaj, tutaj i tutaj, by wystartować w najnowszej odsłonie rywalizacji. I powalczyć o koszulkę przyszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów, znów ufundowaną przez sklep PodStadionem.

Pytania ogłoszę w niedzielę lub poniedziałek, ale trzeba też wyłonić najnowszego Jasnowidza. Zgodnie z umową każdy uczestnik musi samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i pochwalić się ich liczbą na blogowym forum, gdzie można również składać życzenia założycielowi konkursu. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie mnożył punktów tam, gdzie należy je dzielić. A w przypadku remisu zarządzę dogrywkę - już ekspresową. Na wasze wyniki czekam do 23.59 w poniedziałek, 19 października (kto nie zdąży, odpada), ale byłbym wdzięczny, gdybyście wrzucali je już teraz, łatwiej będzie mi zaplanować ewentualną dogrywkę i w ogóle przygotowywać kolejne konkursowe notki. Niżej poprawne odpowiedzi.

Czy do 18 października 2015 roku

1) Podbeskidzie utrzyma się w tzw. ekstraklasie? TAK

2) mistrzostwo Polski obroni Legia Warszawa? NIE

3) polski klub awansuje do Champions League? NIE

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej? TAK

5) Ondrej Duda wciąż będzie grał w polskim klubie? TAK

6) Franciszek Smuda wciąż będzie prowadził Wisłę? NIE

7) Mateusz Piątkowski zostanie królem strzelców tzw. ekstraklasy? NIE

8) reprezentacja Polski będzie liderem lub wiceliderem grupy w eliminacjach do Euro 2016? (Czy będzie nim tego dnia, 18 października - ta zasada obowiązuje przy następnych podobnie dwuznacznych pytaniach) TAK

9) Sebastian Mila strzeli dla niej swojego ósmego gola? TAK

10) Krzysztof Mączyński strzeli dla niej swojego drugiego gola? NIE

11) zadebiutuje w niej kolejny gracz bez przeszłości - nawet jednomeczowej - w naszej tzw. ekstraklasie? NIE

12) Robert Lewandowski (23 bramki) wyprzedzi Gerarda Cieślika (27 bramek) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach naszej kadry? TAK

13) Robert Lewandowski po raz drugi zostanie królem strzelców Bundesligi? NIE

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA? TAK

15) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”? TAK

16) Jan Urban wprowadzi Osasunę do pierwszej ligi hiszpańskiej? NIE

17) Henryk Kasperczak zdobędzie z Mali medal Pucharu Narodów Afryki? NIE

18) Wayne Rooney (43 gole) prześcignie Bobby’ego Charltona (49) i zostanie samotnym liderem rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii reprezentacji Anglii? TAK

19) RB Lipsk awansuje do Bundesligi? NIE

20) Paul Pogba nadal będzie grał w Juventusie? TAK

21) Marco Reus nadal będzie grał w Borussii? TAK

22) Martin Ødegaard nadal będzie grał w lidze norweskiej? NIE

23) Carlo Ancelotti nadal będzie prowadził Real Madryt? NIE

24) Filippo Inzaghi nadal będzie prowadził Milan? NIE

25) Ajax Amsterdam zdobędzie mistrzostwo Holandii piąty raz z rzędu? NIE

26) Claudio Ranieri nadal będzie prowadził reprezentację Grecji? NIE

27) mistrzem Szkocji wciąż będzie Celtic Glasgow? TAK

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii? TAK

30) Manchester Utd awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

31) awansuje do niej mistrz Czech? NIE

32) włoski klub dotrwa do ćwierćfinału Champions League? TAK

33) Benfica będzie zajmowała co najmniej piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA? NIE

34) Juventus obroni mistrzostwo Włoch? TAK

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów? TAK

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europejskiej lub półfinału Ligi Mistrzów? TAK

37) królem strzelców Ligi Mistrzów zostanie piłkarz spoza Europy? TAK

38) Lewandowski będzie w czołowej siódemce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? NIE

39) Cristiano Ronaldo dostanie po raz trzeci Złotą Piłkę? TAK

40) polski piłkarz z pola zagra w lidze angielskiej? TAK

41) Polak strzeli gola w młodzieżowej Lidze Mistrzów? TAK

42) Polska zagra na mistrzostwach Europy do lat 17 albo 19? NIE

43) Islandia będzie liderem swojej grupy w eliminacjach Euro 2016? NIE

44) Urugwaj wygra Copa América drugi raz z rzędu? NIE

45) Królem strzelców Copa América zostanie Neymar albo Leo Messi? NIE

46) Brazylia będzie w trójce mistrzostw Ameryki Południowej do lat 20 albo 17? TAK

47) Katar zagra w ćwierćfinale Pucharu Azji? NIE

48) Kobiecy mundial wygra drużyna z Europy albo Ameryki Południowej? NIE

49) Real Madryt kupi kolejnego piłkarza z ligi angielskiej? NIE

50) Władysław George Engel ogłosi na swojej stronie internetowej, że „A jednak się kręci” to jego ulubiony blog? NIE (Ech, chyba nigdy nie wyżebram)

10:52, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
czwartek, 15 października 2015

Bliżej im do poziomu mistrzów świata czy drużyny, która w ćwierćfinale mistrzostw Europy obrywa od Słowenii? Odpowiedź brzmi pocieszająco, ale moment jest krytyczny.

Nazajutrz po porażce 2:3 nastroje w hotelu Vitosha Park najlepiej oddał, choć wcale nie miał takiej intencji, rzecznik reprezentacji i jej były rozgrywający Mariusz Szyszko, który poinformował, że trwa „akcja ewakuacyjna”. Jakby upychani pojedynczo w różnych samolotach siatkarze nie tyle wracali do domów, ile uciekali z terenu zakażonego, niebezpiecznego dla życia lub zdrowia.

A wysiłek, jaki włożyli Polacy w sezon reprezentacyjny, idealnie zilustrował Włodzimierz Sadalski. Mistrz olimpijski z Montrealu, dziś szef szkolenia w PZPS, rzucił, by zwrócić uwagę na ich sylwetki. Michał Kubiak miał stracić pięć kilogramów ze swojej dotychczasowej, „ligowej” wagi. A libero Paweł Zatorski nawet sześć. – W Sofii byli już potwornie zmęczeni, więc w ostatnim secie ćwierćfinału decydowała grawitacja. Słoweńcy mieli więcej mocy, by się jej opierać, frunęli dłużej i wyżej – wzdychał Sadalski.

„Zmęczenie” to najpopularniejsze pojęcie opisujące tegoroczne zmagania siatkarzy. Zmagania poprzedzone majowym zgrupowaniem w Spale, otwarte międzykontynentalnym podróżowaniem po Lidze Światowej, z kulminacją w morderczym Pucharze Świata w Japonii, zwieńczone mistrzostwami Europy. Złowrogie słowo rozbrzmiewało tak często, że nawet gdyby siatkarze nie czuli zmęczenia, to prawdopodobnie wmówilibyśmy im, że czują.

Czy redukowanie przyczyn porażki do kondycji fizycznej siatkarzy – która „musiała” spaść – jest uprawnione?

Można mieć wątpliwości, gdy spojrzymy na Włochów. Ich sezon wyglądał identycznie, a w środę rozbili do zera Rosję i wytrzymali do półfinału ME. Wątpliwości jednak maleją, gdy przyjrzymy się detalom. Gdy dostrzeżemy Osmany’ego Juantorenę, naturalizowanego Kubańczyka, który debiutował w nowej reprezentacji dopiero na PŚ i natychmiast jął odgrywać kluczową rolę. Gdy przypomnimy sobie, że po konflikcie w kadrze kierować grą zaczął znienacka młodziutki Simone Giannelli, w fazie eliminacyjnej LŚ wpuszczany na boisko tylko epizodycznie. On znużenie musi odczuwać później, bo wszystko jest dla niego nowym, ekscytującym doświadczeniem, tak jak dla Mateusza Bieńka, który jako jedyny wśród Polaków wytrwał w podstawowej szóstce bez żadnej przerwy od inauguracji sezonu z Rosją w Gdańsku do zakończenia w Sofii ze Słowenią. Tyle że on pełni funkcję mniej newralgiczną niż Giannelli.

I najważniejsze: Włosi awansowali na igrzyska, zatem wystartowali w ME (są współgospodarzami, grali u siebie) spełnieni, zrelaksowani i świadomi, że przedolimpijski stres się skończył. Tymczasem Polakom stanął przed oczami cel ponad wszystkie, czyli kwalifikacje w Berlinie (5-10 stycznia). I sami nazywali mistrzostwa Europy towarzyskimi.

Gdyby Stéphane Antiga zabrał tu kilku rezerwowych, przyjęlibyśmy to ze zrozumieniem, zresztą trener przyznał wczoraj, że taki wariant rozważał. W istocie jednak wybór miał pozorny, skoro sami siatkarze rwali się do kontynuowania walki w kolejnym turnieju. Zdawali sobie sprawę, że jego ranga zmalała, a zarazem chcieli czym prędzej zrekompensować sobie niepowodzenie w Japonii. Prawdopodobnie zakładali nawet – czego się nigdy głośno nie deklaruje – że poprawią sobie humory stosunkowo niewielkim wysiłkiem, bo grupę w pierwszej rundzie wylosowali słabszą niż kiedykolwiek w jakichkolwiek rozgrywkach mistrzowskich (z Belgią, Słowenią i Białorusią). Porównywalną mieli chyba tylko w eliminacjach LŚ w 2008 r., gdy ówczesny selekcjoner Raul Lozano zażyczył sobie przed igrzyskami Chin, Japonii oraz Egiptu.

Wyżęte do granic organizmy siatkarze odbudują, pozostaje pytanie, czy wyleczą głowy. O ile bowiem po PŚ mieli prawo czuć się arcymocni (odnieśli 10 zwycięstw, podobnie jak lepsi o pojedyncze sety Amerykanie oraz Włosi), o tyle teraz ponieśli bezdyskusyjną sportową klęskę. Ona mogła zachwiać ich przekonaniem o własnej wartości, w krytycznych momentach bezcennym. Antiga wskazał zresztą wczoraj na konkretny aspekt techniczny gry wymagający wyraźnej poprawy. Nie wymieniał nazwisk, lecz powiedział, że zbijający potrzebują precyzyjniej wystawianej piłki, a na pytanie o powrót Pawła Zagumnego odparł, że „jest możliwy”. Fabian Drzyzga, który doskonale rozgrywał przy 38-letnim już koledze, usłyszał podany między wierszami komunikat, że bez wsparcia weterana wygląda gorzej.

Selekcjoner już namawiał Zagumnego na powrót. Wczoraj nie protestował też, gdy pytaliśmy go o ewentualne negocjacje z Mariuszem Wlazłym i Michałem Winiarskim, choć podkreślał, że każdego zawodnika niezaangażowanego w długodystansowe przygotowania trudno wszczepić do drużyny, niezależnie od jego klasy. Ich powroty są raczej nierealne, ale dyskusja wróci, więc siatkarze będą słyszeli, że zaufanie do ich umiejętności jest ograniczone. Antiga musi działać ostrożnie, by nie naruszyć tej trudnej do zdefiniowania równowagi – chemii? – w szatni, która przesądza o sukcesach w sportach zespołowych.

On wciąż karierę trenerską rozpoczyna, jednak obok stoi Philippe Blain. Więcej niż asystent, doświadczony 12 latami prowadzenia reprezentacji Francji. A popisy Polaków w roku 2015, pomimo słoweńskiej klapy, i tak zasługują na duży plus. Po mundialu ogłaszałem w „Wyborczej”, że złota reprezentacja przestaje istnieć, a jej następczyni już w LŚ wypadła bardzo dobrze. Gra na PŚ wyglądała jeszcze lepiej, zrecenzować można ją nawet jako „fantastyczną”. I paradoksalnie to tam siatkarze ponieśli jedyną porażkę, do ME na dobrą sprawę w ogóle się nie przygotowywali.

Bo to były ME towarzyskie, właściwe odbędą się w styczniu. Tam Polacy zagrają z Niemcami, Serbią, Słowacją (stworzą prawdopodobnie grupę A), Rosją, Bułgarią, Francją i Finlandią (prawdopodobna grupa B). Triumfator otrzyma zaproszenie na igrzyska, druga i trzecia drużyna poleci w maju na interkontynentalne eliminacje do Japonii, skąd awansować będzie stosunkowo łatwo. Nawet jeśli środowy wypadek uczy, że przysłówka „łatwo” najbezpieczniej używać w siatkówce dopiero po ostatniej akcji.

Tagi: siatkówka
22:58, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2015

To chyba najbardziej szokujący popis Polaków na mistrzostwach Europy w XXI wieku. Długo grali jak śnięci, ożyli, ale piątego seta nie wytrzymali. Z turnieju wyrzucili ich debiutujący w ćwierćfinale Słoweńcy.

Takiej katastrofy siatkarskiej jeszcze nie przeżyłem. Także dlatego, że do Sofii przyleciałem niespełna dobę przed meczem, po wyprawach do Glasgow i Stadion Narodowy, gdzie oklaskiwałem awans piłkarzy na Euro 2016. Spokojnie oczekiwałem na weekend rozstrzygający o medalach...

Siatkarze jeszcze nie opuścili hali, gdy PZPS desperacko szukał biletów lotniczych, by czym prędzej wyprawić ich do kraju. Tego scenariusza działacze mieli prawo nie przewidzieć, a oblatujący Ziemię od ponad pięciu miesięcy Polacy potrzebują wszystkiego, tylko nie ślęczenia w miejscu, które już zawsze będą kojarzyć ze sportową traumą.

– Nigdy nie powiem, że mam dość siatkówki, bo ją kocham. Ale tęsknię za domem, rodziną, zwykłym dniem – mówił Michał Kubiak w przeżartej rozpaczą strefie wywiadów, w której padło nawet pytanie, czy trener Stéphane Antiga powinien stracić pracę. Karol Kłos zbaraniał i tylko się żachnął, rzucając, że to siatkarze zawalili.

Odkąd naszą reprezentacją zawładnęli zagraniczni selekcjonerzy, na każdego spadała sportowa tragedia. Raul Lozano bezsilnie przyglądał się, jak jego podwładni przegrywają na ME z Belgią. Daniel Castellani podpisał swoim nazwiskiem miejsca 13-18 na mundialu. Andrea Anastasi współodpowiada za feralną, nieodwracalną w skutkach klęskę z Australią na igrzyskach olimpijskich.

Ale wtedy Polacy nie przylatywali na turnieje w glorii aktualnych mistrzów świata. Nie przylatywali do tego stopnia przyzwyczajeni do seryjnego wygrywania ze wszystkimi i wszędzie, że przygnębia ich brąz na Pucharze Świata. Nie byli takim postrachem, że rywale z premedytacją oddają mecz, by wyminąć naszych na trasie do medalu – jak w Sofii uczynili Niemcy.

To było popołudnie niemal surrealistyczne. Pochodzić z kraju oszalałego na punkcie siatkówki i cierpieć na ćwierćfinale ME rozgrywanym przy ledwie kilkuset kibicach, oraz po rozmowach z gospodarzami, którzy modlą się, by atmosferę w hali ocalił najazd kibiców z Polski. Dopingować siatkarzy przekonanych, że wypada im mierzyć wyłącznie w złoto, a chwilami rozczulająco bezradnych.

Mateusz Mika czego nie dotknął, zamieniał w bubel. Gdy rywale w jego kierunku serwowali, to brali asa. Gdy wyciągali wysoko ręce, to naszego przyjmującego blokowali. Gdy szykowali się do odbioru zagrywki, to zdarzało się, że Polak trafiał w głowę Michała Kubiaka. Fabian Drzyzga podejmował kontrowersyjne decyzje albo rozgrywał nieprecyzyjnie. Bartosz Kurek po beznadziejnym drugim secie (dwa z dziewięciu udanych ataków) musiał na trochę ustąpić miejsca Dawidowi Konarskiemu – a przecież wszyscy zdają sobie sprawę, że jako jedyny nie ma pełnowartościowego zmiennika, dlatego był w tym wyniszczającym sezonie reprezentacyjnym eksploatowany do upadłego.

Ale wytykanie pojedynczych winnych nie ma sensu. Nasi siatkarze długimi okresami wyglądali na kompletnie wyzutych z energii, wreszcie ciałem stawały się ich słowa – wypowiadane niechętnie, ale jednak wypowiadane – o wycieńczeniu i zwykłym znużeniu morderczym sezonem reprezentacyjnym. Sezonem upływającym w rytmie: zgrupowanie w Spale i mecze w Polsce, wyprawy do USA, Rosji, Iranu i Brazylii, zgrupowanie w Arłamowie, wyprawa do Japonii, zgrupowanie w Spale, wyprawa do Bułgarii. Skoro Kurek wzdycha, że nie obejrzy piłkarzy walczących z Irlandią o Euro 2016, bo musi odpocząć nie tylko od siatkówki, ale w ogóle od sportu, to znaczy, że dzieje się naprawdę źle. Nawet jeśli trenerzy spoglądają w regularnie przeprowadzane badania krwi i sprawdzają, komu ile wolno trenować. Istnieje jeszcze zmęczenie psychiczne, trudniejsze lub wręcz niemożliwe do zmierzenia.

Polacy walczyli, w trzecim secie ewidentnie ożyli. Nawet wówczas jednak widzieliśmy, że płacą za wyszarpywane punkty potwornym wysiłkiem. I że pomaga im głównie doświadczenie zdobyte w grach pod wysokim napięciem. Im dłużej trwały wymiany, tym częściej Polacy kończyli jej szczęśliwie. Czasem sprytnie trącał piłkę Kubiak, czasem przepchnął ją w zwarciu Karol Kłos, najlepszy środkowy mundialu – i jedyny wypoczęty, miesiącami leczył uraz.

Końcówki faworyci jednak nie wytrzymali. Rywale spodziewali się, że nasz rozgrywający unika już współpracy z Kurkiem i obstawiali przeciwległe skrzydło. Skutecznie. Przechytrzyli przeciwnika, którego na ostatnim mundialu obwołano mistrzami piątego seta.

Szokujący paradoks: akurat teraz, gdy trwa era świetności naszej siatkówki, Polacy nie zdobędą medalu na ME, na których sunęli po teoretycznie najszerszej możliwej autostradzie do półfinału. Belgia, Słowenia, Białoruś, znów Słowenia. Ta ostatnia na poprzednim turnieju zajęła 13. miejsce. Na mundial ani igrzyska jeszcze nie awansowała. Do Ligi Światowej nie jest w ogóle zapraszana, więc rywalizuje – ostatnio zwycięsko – w jej uboższej siostrze Lidze Europejskiej.

Owszem, reprezentacja Polski uległa Słowenii na początku kadencji Antigi, w eliminacjach do przegranych ME. Tyle że wówczas wystarczyło jej urwać dwa inauguracyjne sety, by zagwarantować sobie awans – i to uczyniła. W normalnych okolicznościach już takich wpadek nie miewała. Nigdy.

Rywale fruwali nad siatką. Czuli się fantastycznie fizycznie, co oczywiste, oni rozgrywają najważniejszą imprezę sezonu, podporządkowali jej wszystko. A zarazem z każdą kolejną akcją czuli, że niezależnie od finału zbiorą za ten ćwierćfinał wyłącznie pochwały. I że przechodzą do historii.

Przeszli. A Polacy, którzy nie chcieli słyszeć o odpoczynku po PŚ, bo chcieli rewanżu za niepowodzenie w Japonii – wzięty tam medal z brązu nazywali medalem z buraka – oberwali po głowach jeszcze mocniej niż poprzednio. Zamiast zażyć lekarstwo na chandrę, połknęli przetrącającą psychikę truciznę. Miał być czwarty z rzędu turniej z co najmniej półfinałem, jest spektakularna katastrofa. I znów obleciał nas strach. Bo stycznione kwalifikacje olimpijskie w Berlinie, czyli cel absolutnie fundamentalny, są obsadzone znacznie mocniej.

Tagi: siatkówka
20:52, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi