RSS
czwartek, 30 października 2014

United Passions, FIFA, Sepp Blatter

Gwiazdorsko obsadzony film o historii FIFA miał poprawić jej fatalną, zniszczoną przez afery korupcyjne reputację. Dlatego sama go sfinansowała, a prezes Sepp Blatter doglądał scenariusza. Niestety, nikt nie chce go oglądać.

FIFA musiała wyłożyć pieniądze, bo nikt inny nie wyrzuciłby 25 mln dol. na realizację pomysłu już w zaraniu absurdalnego – opowieści o działaczach sportowych. Do współudziału w produkcji „United Passions” („Unia namiętności”) udało się doprosić jeszcze jedynie kapitał z Azerbejdżanu, oskarżanego o łamanie praw człowieka reżimu, który usiłuje upiększać swój wizerunek poprzez piłkę nożną. Płaci za reklamę na koszulkach Atletico Madryt, współpracuje biznesowo z Manchesterem Utd.

FIFA musiała zapłacić także po to, by na ekranie jej prezes ujrzał w sobie – i w całej organizacji – samo dobro. Jak wiadomo, mainstreamowe media z całego świata widzą w niej raczej samo zło. Kiedy działacze wybierają gospodarza swojej sztandarowej imprezy – mundialu – to mają głosować wyłącznie pod wpływem wyłudzonych łapówek. Kiedy już gospodarza wybiorą, to mają wymuszać na nim ustępstwa, które sprawią, że na turnieju nie zarabia nikt poza FIFA. A kiedy Sepp Blatter odezwie się publicznie, to komentatorzy albo płoną z oburzenia, albo szydzą. W oczach opinii publicznej futbolem rządzi mafia.

Reżyser Frédéric Auburtin daje temu odpór, choć sam utrzymuje, że próbował „być sprytny” i przemycić „sceny ironiczne”. Chciał ponoć stworzyć dzieło znajdujące się w pół drogi między propagandowymi nazistowskimi dokumentami Leni Riefenstahl (wybitnymi formalnie) a demaskatorskimi filmami Michaela Moore’a.

Efekt jest kuriozalny, choć główne role przyjęli renomowani aktorzy. Blattera gra Tim Roth, znany m.in. z filmów Tarantino i Greenewaya; poprzedniego szefa FIFA Joao Havelange’a – Sam Neill, rozpoznawany ponad granicami od sukcesu „Fortepianu” Jane Campion; inicjatora zorganizowania mundialu – Gérard Depardieu, skompromitowany romansem z Putinem i przyjęciem rosyjskiego obywatelstwa dla ucieczki przed francuskimi podatkami. Auburtin próbuje nadać dramaturgię służbowym spotkaniom, kolacjom i negocjacjom działaczy – z takich scen składa się film - więc atakuje nas patetyczną muzyką, gdy np. zapada decyzja, że futbolowe federacje krajowe zrzeszą się w międzynarodową. Albo raczy mającymi szarpać emocje wzniosłymi dialogami, jak ten po przedstawionym jako rewolucyjny pomyśle Rimeta, by zorganizować MŚ: – Ten człowiek jest szalony. – Nie, on jest wizjonerem.

Wizjonerem jest także Blatter. Wizjonerem, a także zaangażowanym ideowcem, który marzy o naprawianiu świata. Grać mają wszyscy bez względu na kolor skóry. Ludzie potrzebują nadziei i dają im ją herosi w typie Pele-go. Futbol pociesza tych, których dotknęła tragedia. Blatter wzrusza się etiopskimi dziećmi kopiącymi piłkę w strojach Adidasa i gaszącymi pragnienie Coca-Colą – oto siła pozyskanych przez niego sponsorów! Blatter wypłaca pensje podwładnym z własnej kieszeni, gdy w kasie FIFA brakuje pieniędzy. Wreszcie Blatter ostrzega współpracowników, że nie będzie tolerował „najdrobniejszych naruszeń zasad etycznych”.

Świątobliwym działaczom FIFA przeciwstawieni są Anglicy, których prasa w realnym świecie najradykalniej krytykuje szefa światowej piłki. Jeśli pojawiają się na ekranie, to widz się wzdryga. Są albo wyniosłymi lordami – wulgarnymi, o Francuzach mówiącymi „cholerne żabojady” – którzy gardzą wszystkim, co się dzieje za kanałem La Manche, albo rasistami, którzy nie pojmują, jakim cudem Zulusi – „głupi” i „niezdyscyplinowani” jak wszyscy Afrykanie – mieliby umieć grać w piłkę, „subtelny sport wynaleziony przez białych”. Co koresponduje z niedawnymi słowami Blattera oskarżającego wyspiarzy o rasizm, gdy krytykowali oddanie Kataru organizacji MŚ w 2022 r. Film pomija zresztą dwie dekady rządów obu powojennych angielskich szefów FIFA ­– Arthura Drewry’ego i Stanleya Rousa.

„Guardian” pisał, że Blatter osobiście poprawiał scenariusz. Reżyser przyznaje tylko, że wielokrotnie konsultował ze Szwajcarem jego treść. A Tim Roth mówił w „Timesie”, że pytał, dlaczego nie ma w nim słowa o korupcji, i że potem grą aktorską starał się pewne rzeczy „zasugerować” – „na tyle, na ile się dało”. Natomiast FIFA reklamowała dzieło jako „próbę bezpośredniej komunikacji z fanami, by ci lepiej zrozumieli jej pracę”.

Kosztował ją ten hagiograficzny projekt tyle, ile wydaje rocznie na „Gol”, program wspierający rozwój futbolu w najbiedniejszym krajach. Zawiedli tylko dystrybutorzy i widzowie. Choć film miał premierę podczas festiwalu w Cannes, udało się go sprzedać tylko do kin w Rosji, Azerbejdżanie, Słowenii, Serbii, Szwajcarii, na Ukrainie i Węgrzech. Zarobił niespełna 200 tys. dol., czyli nie zwrócił się nawet w jednym procencie. Nawet całkiem darmowy zwiastun na YouTubie zebrał jedynie 173 tys. wyświetleń.

PS Specjalne podziękowania za pomoc w przygotowywaniu tekstu dla małego misia.

Tagi: fifa
20:19, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 października 2014

Messi, Neymar i Suárez, czyli 900 goli w jednym ataku. Niczego podobnego nie ma w żadnym innym klubie. Felieton o wyzwaniach związanych z argentyńsko-brazylijsko-urugwajskim tercetem w Barcelonie przeczytacie tutaj.

A tutaj Ryszard Bosek opowiada – z okazji 40. rocznicy pierwszego mistrzostwa świata polskich siatkarzy – opowiada mi, jak to było być sportową supergwiazdą w latach 70. Smacznie opowiada!

sobota, 25 października 2014

Luis Suárez wtargnął na boisko i zaczął działać tak, jakby chciał wywrzeszczeć światu, że to wszystko dyrdymały – opowieści, że po przerwie w grze trzeba „odzyskać czucie piłki” i na powrót przyzwyczajać się do intensywności meczu o niebagatelną stawkę, że z nową drużyną trzeba się długo zapoznawać, by nauczyć się współpracy z partnerami. Owszem, jego bezczynność była nietypowa. Nie uziemiła go kontuzja, mógł normalnie trenować, oswajać się z barcelońskim stylem. Ale i tak swoboda, z jaką po czterech miesiącach odsiedzianych na trybunach odnalazł się w szlagierze nad szlagierami, meczu obsadzonym wyłącznie piłkarzami wybitnymi lub znakomitymi, była imponująca. Jak ćwierkałem na Twitterze – Suárez to zwierzę, futbol to najwyraźniej jego natura, czynność niemal fizjologiczna, której nie sposób „zapomnieć”.

Może dlatego wszędzie, gdzie podpisywał kontrakt, już w debiucie strzelał gola. Może dlatego wczoraj potrzebował ledwie czterech minut, by dać Barcelonie inauguracyjną asystę. I kilku następnych, by zaserwować kolejne świetne podanie, które nie stało się asystą tylko przez nieporadność Messiego. To on w nowym ofensywnym supertercecie katalońskim wyglądał najlepiej, ba, moim zdaniem wyglądał najlepiej w całej jedenastce – bez piłki, szukając wolnej przestrzeni między obrońcami, biegał więcej niż Neymar i Messi razem wzięci, wymyślił najwięcej podań kluczowych (choć grał trochę ponad godzinę), jako jedyny wśród gości dwukrotnie odzyskiwał piłkę. Wrócił do futbolu wygłodniały i dał kibicom nadzieję.

Nadzieję chyba jednak niezbyt wielką, bo Barcelona wciąż wygląda na drużynę w fazie rekonstrukcji, poszukującą nowej tożsamości. Co z tego, że przez osiem kolejek krajowej ligi była nietykalna, skoro Paris Saint Germain i Real Madryt wtłukły jej sześć goli? Dziś zgodnie z przewidywaniami kardynalne, rozstrzygające błędy w obronie popełniał Pique, co prowokuje do pytania, dlaczego trener Luis Enrique znienacka, w najważniejszym meczu jesieni, wyrzucił na kraniec defensywy Mathieu (a Albę zesłał do rezerwy). Nie wiadomo też, dlaczego umieścił w podstawowym składzie coraz wolniej tuptającego Xaviego Hernandeza, a nie twardszego, bardziej nadającego się do gwałtownej walki w środku pola Rakiticia.

Im dłużej trwał mecz – który się przecież wspaniale dla Barcelony, jak mawiają nasi trenerzy, „ułożył” – tym bardziej doceniałem prowadzącego rywali Carlo Ancelottiego. Katalończycy nie umieją wygramolić się z fazy rekonstruowania drużyny całą wieczność, on swoją rekonstruuje rok w rok, bo do kombinowania zmuszają go transferowe szaleństwa prezesa. I w inauguracyjnym sezonie zrekonstruował ją na miarę triumfu w Lidze Mistrzów (poprzedzonego wychłostaniem broniącego trofeum Bayernu Monachium), a w bieżącym – na razie – na miarę 9 zwycięstw z rzędu ozdobionych 38 golami. Dzisiaj nie miało nawet znaczenia, że słabował Cristiano Ronaldo – podawał ze skandaliczną, 60-procentową celnością, wszyscy inni uczestnicy El Clásico osiągnęli przynajmniej 75-procentową. Real Madryt to znów drużyna świetnie współpracująca, uprawiająca futbol, by tak rzec, wielowymiarowy, bo potrafiąca zadusić przeciwnika na wiele sposobów. Kiedy przychodzi ważny wieczór, to po stałym fragmencie gry wysoko nad murawą unoszą się obrońcy (Ramos w finale Ligi Mistrzów, Pepe w El Clásico). Kiedy zaniemoże Gareth Bale, to rozkwita – i to jak! – Isco. I kiedy stawka rośnie, to swoje temperamenty poskramiają nawet obaj stoperzy, znani z, eufemizując, wybuchowości. To niesamowite, że Pepe i Ramos przetrwali dzisiejszy mecz bez kartki, podczas gdy oglądali je wirtuzoi – Messi, Neymar, Iniesta i Ronaldo.

Słowem, Real gra po królewsku. Kiedy rozglądam się po Europie – po boiskach, nie tabelach – widzę go wśród trzech superdrużyn górujących ponad wszystkimi innymi, obok Chelsea i Bayernu Monachium. Szkoda, że zderzyć się ze sobą mogą dopiero wiosną.

piątek, 24 października 2014

El Clasico, Gran Derbi, Real Madryt, FC Barcelona

Barcelona uparcie upodabniała się do Realu, aż pozyskała czarny charakter współczesnego futbolu. Luis Suárez zadebiutuje dziś w największym szlagierze klubowej piłki.

Kiedy katalońsko-madrycka wojna - militarna metafora jest tu uprawniona jak nigdy - osiągnęła szczytowe natężenie, czyli w czasach rywalizacji nadtrenerów Guardioli i Mourinho, rywali umieszczano na przeciwległych biegunach. Upraszczając: imperium światła kontra imperium ciemności.

Jasną stronę mocy miała reprezentować Barcelona, komplementowana za futbolowy uniwersytet La Masia, który pozwolił jej nawet rozgrywać ligowy mecz jedenastką złożoną wyłącznie z wychowanków - tę strategię przeciwstawiano nachalnemu zakupoholizmowi kosmopolitycznego Realu, bijącego transferowy rekord za rekordem. Barcelona miała być też orędownikiem stylu zorientowanego na dostarczanie estetycznej przyjemności kibicom - znów w przeciwieństwie do rywala, zorientowanego na osławione „zabijanie gry”. Wreszcie miniaturowi katalońscy wirtuozi w typie Iniesty czy Xaviego ucieleśniali siły dobra, podczas gdy emanację zła stanowili brutal Pepe czy cyniczny trener Mourinho.

Manichejski podział świata El Clásico przestał mieć jednak sens. Kiedy Katalończycy poczuli, że La Masia może być fabryką piłkarzy znakomitych, ale nie będzie fabryką geniuszy, wrócili do masowego importu. W ubiegłym roku wzięli uchodzącego za czołowy południowoamerykański talent Neymara, ustanawiając transferowy rekord lub się do niego zbliżając - właściwie nie wiemy, wszystko zależy od interpretacji transakcji, którą musiał się zająć wymiar sprawiedliwości. A minionego lata wydali więcej niż kiedykolwiek wcześniej (160 mln euro) i zaprosili m.in. Suáreza, pierwszego złoczyńcę boisk, który właśnie odbywał karę dyskwalifikacji za ugryzienie rywala - trzecie w karierze! - podczas mundialu. To ruch raczej w duchu Mourinho, wielbiciela futbolowych gangsterów, niż klubu pielęgnującego niegdyś wizerunek romantycznego, brzydzącego się nihilistycznym pragmatyzmem.

Na murawie Barcelona też wygląda tak, że baranieją i fani, i bezstronni komentatorzy. Jako jedyna na kontynencie nie straciła gola w rozgrywkach krajowych (i uczyniła bramkarza Claudio Bravo niepokonanym przez rekordowy czas w historii klubu), w dodatku porządek na tyłach zachowuje niezależnie od składu obrony. A przecież to m.in. dzięki jej notorycznemu roztargnieniu defensywnemu w 33. El Clásico minionej dekady padało średnio 3,5 gola. Ba, bezbramkowe nie zdarzyło się od 12 lat!

Dziś też trudno takiego oczekiwać. Piłkarze Realu zatracają się w futbolu radośnie beztroskim - wrogie pole karne ostrzeliwują z bezprecedensową gwałtownością (gdyby skuteczność utrzymali, skończyliby sezon z niewyobrażalnymi 142 golami!), natomiast we własnym nieporadnie bronią się przed rzutami rożnymi i wolnymi, a także natarciami skrzydłami, dlatego aż sześć drużyn traci bramki rzadziej niż oni. Przesunięcie akcentów ucieleśniają zmiany w środku pola, z którego Samiego Khedirę i Xabiego Alonso - zawsze byli żywymi tarczami osłaniającymi defensywę - wyparli Toni Kroos oraz Luka Modrić - w poprzednich klubach biegający bliżej ataku.

Gdybyśmy bazowali na wrażeniach z minionych tygodni, musielibyśmy faworytów upatrywać w gospodarzach z Madrytu. Choć na początku sezonu znów krwawo i skutecznie opierało się im sąsiednie Atlético, to potem zwyciężali pewniej. Także w Lidze Mistrzów, w której Barcelona uległa pozbawionemu schorowanych liderów Paris Saint Germain.

Doświadczenie uczy jednak, że nie warto prognozować przebiegu El Clásico na podstawie przebiegu innych meczów. To gatunek osobny, kulminacja wywołująca osobne emocje i wymuszająca osobne plany gry. A teraz czynnik dodatkowo rozmazujący rzeczywistość stanowi Suárez. Według trenera Luisa Enrique zagra na pewno, nie wiemy tylko, czy w podstawowym składzie. W tym, że odsiadywać wyrok kończy w przededniu hitu, kibice widzą znak - oni z definicji ulegają pokusie myślenia magicznego, a urugwajski napastnik zdobywał bramkę w debiucie w każdym swoim klubie. Jednak Suárez przez cztery miesiące wpadł na boisko tylko na kwadrans sparingu Barcelony z meksykańskim Leon i towarzyskie gierki Urugwaju z Arabią Saudyjską (sprowokował samobója rywali) oraz Omanem (wbił dwa gole). Poza tym - jak sam opowiadał - załamany na długo zamknął się w domu, trenował, szukał wsparcia u psychologa. Jego spotkania z madryckimi obrońcami - lubiącym stracić w walce przytomność umysłu Pepe czy zajadłym kolekcjonerze żółtych i czerwonych kartek Ramosie - mogą otworzyć zupełnie nowy rozdział brudnych wojen katalońsko-madryckich. I skutkować incydentami o nieodwracalnych skutkach.

W Realu niepewność spowija bramkę, Iker Casillas trzyma się słupków raczej siłą legendy niż aktualną dyspozycją godną największego klubu świata. Uraz Garetha Bale’a znieść Madrytowi łatwiej, jeśli z rezerwy wgryza się w murawę wściekły pies Isco - w środę w Liverpoolu tak ofiarny w defensywie. Jego pasja będzie dziś niezbędna, bo jedno się nie zmieniło i pewnie nie zmieni nigdy - choć El Clásico waży zwykłe trzy punkty, to od jego wyniku zależy, kto przez następne tygodnie pogra w idylli, a u kogo zostanie ogłoszony stan wyjątkowy.

czwartek, 23 października 2014

To najbardziej niezwykła na razie edycja konkursu na Jasnowidza roku, choć o zwycięstwie znów zdecydowała dogrywka. Ogłosiłem ją po cichu, na forum pod notką z poprawnymi odpowiedziami, by obaj zainteresowani mogli porywalizować bez presji. I badanie fotokomórką wykazało, że najlepiej przewidywał czytelnik neergrecorg – w dodatkowej rozgrywce przeczuł, co zdarzy się na Anfield Road – że Real wygra, że nie będzie miał 55 proc. czasu posiadania piłki, że Gerrard będzie podawał z co najmniej 90-procentową skutecznością – w przeciwieństwie do swego finałowego rywala, posługującego się nickiem mwojczyszyn.

Tegoroczny laureat konkursu jest laureatem wyjątkowym, wygrywa bowiem po raz drugi! Poprzednio triumfował w roku 2012, więc otrzymał koszulkę Chelsea, teraz wzbogaci garderobę o strój Realu Madryt, ufundowany przez sklep PodStadionem. Tu już nie ma mowy o przypadku, neergrecorg niewątpliwie włada mocami nadludzkimi. Jeśli elitę elit czytających w przyszłości – na naszej liście chwały widnieją także szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now oraz nicki678 – uznamy za lokalnych X-menów, to lidera klasyfikacji wszech czasów musimy obwołać naszym Profesorem X! Doprawdy, jestem poruszony.

Zanim prześlę nagrodę, wirtuoza jasnowidzenia proszę o mejlowe przypomnienie (rafal.stec@agora.pl), jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Jeszcze raz – wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

15:01, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 października 2014

Cristiano Ronaldo, Leo Messi

Tak, trwa epoka wyjątkowa, pełna komiksowej przesady – rekord rekordem rekord pogania, kto nie ustanowi żadnego, ten gapa i skończony patałach. Ale nie zawsze je zauważamy, bo wszystkich zasłaniają Messi i Ronaldo. W lidze hiszpańskiej panują snajpersko od sezonu 2009/10, a w Lidze Mistrzów – od sezonu 2007/08. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdziecie tutaj.

sobota, 18 października 2014

Siedem lat

Siódma rocznica istnienia bloga „A jednak się kręci” trwa, oblewajcie ją bez umiaru i do upadłego, człowiek czasem zdrowo poświętować musi, bo inaczej się udusi, a kiedy się zapomnieć, jeśli nie w tak uroczystym dniu?

Ale zabawa zabawą, pogimnastykować się umysłowo też trzeba. Zasady kultowego konkursu na Jasnowidza roku stali czytelnicy i uczestnicy znają (od tego się zaczęło, łza w oku mi się turla), przypadkowym i gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” (wyniki poprzedniej edycji niebawem, przypominam o podliczaniu punktów!) i nagrodzony koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów, ufundowaną przez sklep PodStadionem. Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił.

Odpowiedzi przyjmuję do godz. 23.59 w środę (decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2015 roku

1) Podbeskidzie utrzyma się w tzw. ekstraklasie?

2) mistrzostwo Polski obroni Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Ondrej Duda wciąż będzie grał w polskim klubie?

6) Franciszek Smuda wciąż będzie prowadził Wisłę?

7) Mateusz Piątkowski zostanie królem strzelców tzw. ekstraklasy?

8) reprezentacja Polski będzie liderem lub wiceliderem grupy w eliminacjach do Euro 2016? (Czy będzie nim tego dnia, 18 października - ta zasada obowiązuje przy następnych podobnie dwuznacznych pytaniach)

9) Sebastian Mila strzeli dla niej swojego ósmego gola?

10) Krzysztof Mączyński strzeli dla niej swojego drugiego gola?

11) zadebiutuje w niej kolejny gracz bez przeszłości - nawet jednomeczowej - w naszej tzw. ekstraklasie?

12) Robert Lewandowski (23 bramki) wyprzedzi Gerarda Cieślika (27 bramek) w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach naszej kadry?

13) Robert Lewandowski po raz drugi zostanie królem strzelców Bundesligi?

14) liga polska będzie w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

15) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

16) Jan Urban wprowadzi Osasunę do pierwszej ligi hiszpańskiej?

17) Henryk Kasperczak zdobędzie z Mali medal Pucharu Narodów Afryki?

18) Wayne Rooney (43 gole) prześcignie Bobby’ego Charltona (49) i zostanie samotnym liderem rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w historii reprezentacji Anglii?

19) RB Lipsk awansuje do Bundesligi?

20) Paul Pogba nadal będzie grał w Juventusie? 

21) Marco Reus nadal będzie grał w Borussii?

22) Martin Ødegaard nadal będzie grał w lidze norweskiej?

23) Carlo Ancelotti nadal będzie prowadził Real Madryt?

24) Filippo Inzaghi nadal będzie prowadził Milan?

25) Ajax Amsterdam zdobędzie mistrzostwo Holandii piąty raz z rzędu?

26) Claudio Ranieri nadal będzie prowadził reprezentację Grecji?

27) mistrzem Szkocji wciąż będzie Celtic Glasgow?

28) Ligę Mistrzów znów wygra klub z Hiszpanii?

30) Manchester Utd awansuje do Ligi Mistrzów?

31) awansuje do niej mistrz Czech?

32) włoski klub dotrwa do ćwierćfinału Champions League?

33) Benfica będzie zajmowała co najmniej piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA?

34) Juventus obroni mistrzostwo Włoch?

35) klub z miasta położonego na wschód od Moskwy awansuje do Ligi Mistrzów?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europejskiej lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) królem strzelców Ligi Mistrzów zostanie piłkarz spoza Europy?

38) Lewandowski będzie w czołowej siódemce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata?

39) Cristiano Ronaldo dostanie po raz trzeci Złotą Piłkę?

40) polski piłkarz z pola zagra w lidze angielskiej?

41) Polak strzeli gola w młodzieżowej Lidze Mistrzów?

42) Polska zagra na mistrzostwach Europy do lat 17 albo 19?

43) Islandia będzie liderem swojej grupy w eliminacjach Euro 2016?

44) Urugwaj wygra Copa América drugi raz z rzędu?

45) Królem strzelców Copa América zostanie Neymar albo Leo Messi?

46) Brazylia będzie w trójce mistrzostw Ameryki Południowej do lat 20 albo 17?

47) Katar zagra w ćwierćfinale Pucharu Azji?

48) Kobiecy mundial wygra drużyna z Europy albo Ameryki Południowej?

49) Real Madryt kupi kolejnego piłkarza z ligi angielskiej?

50) Władysław George Engel ogłosi na swojej stronie internetowej, że „A jednak się kręci” to jego ulubiony blog?

PS Przypominam, żebyście podliczali i podawali pod tą notką swoje wyniki w poprzedniej edycji Jasnowidza. Termin mija w niedzielę 19 października o 23.59.

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (269) »
środa, 15 października 2014

Jasnowidz roku, Rafał Stec

Wczoraj minęło 20 lat od premiery filmu-rewolucji, a w piątek minie siedem lat od założenia bloga „A jednak się kręci”, kultowe rocznice najwyraźniej chodzą parami, zabawa tradycyjnie zapowiada się do utraty przytomności, a ja przy jej okazji ogłoszę kolejną edycję Waszego ulubionego konkursu, uprzednio rozstrzygając ubiegłorocznego „Jasnowidza roku”. Kto nie czai, o co cały jest ambaras, niech kliknie po wiedzę np. tutaj, tutaj i tutaj, by wystartować w najnowszej odsłonie rywalizacji. I powalczyć o koszulkę przyszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów.

Pytania ogłoszę najpewniej w piątek, ale trzeba też wyłonić najnowszego Jasnowidza. Zgodnie z umową każdy uczestnik musi samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i pochwalić się ich liczbą na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie użył matematyki nieklasycznej. A w przypadku remisu zarządzę dogrywkę - już ekspresową. Na wasze wyniki czekam do 23.59 w niedzielę, 19 października (kto nie zdąży, odpada), ale byłbym wdzięczny, gdybyście wrzucali je już teraz, łatwiej będzie mi zaplanować ewentualną dogrywkę i w ogóle przygotowywać kolejne konkursowe notki. Niżej poprawne odpowiedzi.

Czy do 18 października 2014 roku

1) Podbeskidzie utrzyma się w tzw. ekstraklasie? TAK

2) mistrzostwo Polski obroni Legia Warszawa? TAK

3) polski klub awansuje do Champions League? NIE

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej? TAK

5) Jakub Kosecki wciąż będzie grał w polskim klubie? TAK

6) Jan Urban wciąż będzie prowadził Legię? NIE

7) Paweł Brożek znów zostanie królem strzelców tzw. ekstraklasy? NIE

8) reprezentacja Polski będzie liderem lub wiceliderem grupy w eliminacjach do Euro 2016? (Czy będzie nim tego dnia, 18 października - ta zasada obowiązuje przy następnych podobnie dwuznacznych pytaniach) TAK

9) zagra w niej Ludovic Obraniak? TAK

10) zagra w niej Mariusz Lewandowski? NIE

11) zadebiutuje w niej kolejny gracz bez przeszłości - nawet jednomeczowej - w naszej tzw. ekstraklasie? TAK

12) Robert Lewandowski (18 bramek) doścignie Zbigniewa Bońka (24 bramki) i będzie co najmniej siódmy w rankingu najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach naszej kadry? NIE

13) trenerem reprezentacji Polski będzie Adam Nawałka? TAK

14) polska młodzieżówka awansuje na ME? NIE

15) liga polska awansuje do czołowej dwudziestki rankingu UEFA? NIE

16) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”? TAK

17) Adnan Januzaj zagra w seniorskiej reprezentacji jakiegoś kraju? TAK

18) Francesco Totti zagra w reprezentacji Włoch? NIE

19) Iker Casillas nadal będzie grał w Realu? TAK

20) Andrea Pirlo nadal będzie grał w Juventusie? TAK

21) Mats Hummels nadal będzie grał w Borussii? TAK

22) José Mourinho nadal będzie prowadził Chelsea? TAK

23) rezerwy Barcelony i Realu utrzymają się w drugiej lidze hiszpańskiej? NIE

24) Luciano Spalletti nadal będzie prowadził Zenit St. Petersburg? NIE

26) Gerardo Martino nadal będzie prowadził Barcelonę? NIE

27) Carlo Ancelotti nadal będzie prowadził Real Madryt? TAK

28) Tottenham awansuje do Ligi Mistrzów? NIE

29) awansuje do niej mistrz Czech? NIE

30) włoski klub dotrwa do ćwierćfinału Champions League? NIE

31) Benfica będzie zajmowała co najmniej piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA? TAK

32) mistrzem Włoch zostanie drużyna spoza Mediolanu i Turynu? NIE

33) Glasgow Rangers nie przegra meczu w trzeciej lidze szkockiej? TAK

34) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europejskiej lub półfinału Ligi Mistrzów? NIE

35) królem strzelców Ligi Mistrzów zostanie piłkarz spoza Europy? NIE

36) Lewandowski będzie w czołowej piątce plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? NIE

37) Cristiano Ronaldo będzie na podium plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata? TAK

38) polski piłkarz z pola zagra w lidze angielskiej? NIE

39) Diego Costa nadal będzie grał w lidze hiszpańskiej? NIE

40) Grzegorz Krychowiak nadal będzie grał w Reims? NIE

41) Claudio Ranieri wreszcie wygra rozgrywki ligowe? NIE

42) drużyna z Ameryki Płd. wygra mundial w Brazylii? NIE

43) Hiszpanie znów zagrają w półfinale mundialu? NIE

44) Argentyna będzie na podium MŚ? TAK

45) Leo Messi zostanie królem strzelców MŚ? NIE

46) Miroslav Klose (14 goli) prześcignie Ronaldo (15) i zostanie samodzielnym liderem rankingu strzelców na MŚ? TAK

47) drużyna z Azji awansuje do ćwierćfinału MŚ? NIE

48) Belgia awansuje do ćwierćfinału MŚ? TAK

49) drużyna z Afryki awansuje do ćwierćfinału MŚ? NIE

50) debiutujący w rozgrywkach UEFA Gibraltar zdobędzie choć punkt w eliminacjach ME - seniorskich lub juniorskich? TAK

20:11, rafal.stec
Link Komentarze (98) »
wtorek, 14 października 2014

Triumf nad Niemcami przypomniał nam tylko, że futbol to najbardziej przypadkowa z gier zespołowych. Remis ze Szkocją dał nadzieję, że mamy - pełną wad, ale jednak - drużynę.

Nie minął kwadrans, gdy zaczęliśmy się zastanawiać, jaki cyrograf podpisał Adam Nawałka. Niemców ostrzeliwali przepędzony z Bundesligi Arkadiusz Milik oraz szary ligowiec Sebastian Mila, który ledwie zgubił grubą nadwagę, teraz kardynalny błąd Szkotów wykorzystał niejaki Krzysztof Mączyński - wykopalisko z Górnika Zabrze, niedawno wyeksportowane do Guizhou Renhe, średniego klubiku ze słabowitej ligi chińskiej. I Polacy byli w tamtej chwili najlepszą drużyną eliminacji na całym kontynencie - z kompletem punktów oraz imponującym stosunkiem bramkowym 10-0. Gdyby prowadzenie utrzymali, po raz pierwszy od 33 lat rozpoczęliby kwalifikacje do ME lub MŚ od trzech zwycięstw. Bajka.

Niestety, na prowadzeniu wytrwali ledwie kilka minut. Z przygnębieniem patrzyliśmy przede wszystkim, jak przeraźliwie biedzą się sami z sobą, gdy przejmują piłkę i muszą wykombinować, do czego ją wykorzystać. Za Niemcami biegali i wodzili oczami w pełnym komforcie, Niemcy chętnie trzymali inicjatywę przez pełne 90 minut. A tym razem znów odnosiliśmy wrażenie, że nasza reprezentacja w ataku pozycyjnym to opowieść bez głównego wątku, złożona z nieprzystającym do siebie epizodów. I że jej głównym rozgrywającym pozostaje przypadek.

Na szczęście ze statystyk wiemy, że futbol to najbardziej przypadkowa z gier zespołowych. Czasami niewyjaśniony splot okoliczności przynosi nawet zwycięstwo nad mistrzami świata. Dziś sprawdzaliśmy coś istotniejszego - czy mamy drużynę.

Dotąd nie mieliśmy jej w każdym możliwym sensie. Minionej zimy usłyszałem od jednego z piłkarzy, że choć pragnąłby sukcesu dla Polski, to z ciężkim sercem wyrusza na zgrupowania reprezentacji, bo to psychiczna mitręga – kojarzy mu się z bezradnością, nieuniknioną klęską, kibicowskim szyderstwem. A redakcyjnemu koledze inny piłkarz rzucił – na szczęście półserio – że nigdy nie wie, czy przyjąć powołanie od Adama Nawałki, bo kolejnymi porażkami rujnuje sobie reputację. Wspominałem tamte wyznania, gdy próbowałem ochłonąć po cudzie z Niemcami. O ile bowiem sobotni wieczór nie przekonał mnie, że Polacy znienacka nauczyli się grać, to przynajmniej pozwalał wierzyć, że będzie miał olbrzymią wartość drużynotwórczą. Że jeśli nawet nie rozpali w zniechęconych piłkarzach dzikiego entuzjazmu, to wleje w ich głowy nieco optymizmu, da im poczucie sensu bycia członkiem reprezentacji. Jak niezapomniany triumf sprzed kilku lat nad Portugalią, który natchnął drużynę Leo Beenhakkera. I reprezentacja trwała w uniesieniu aż po awans na Euro 2008.

Wówczas zaraz po sensacyjnym zwycięstwie przyszło następne, odniesione w diametralnie innych okolicznościach – połowę podstawowego składu skosiły kontuzje, Polacy lecieli do Belgii, by po poetyckim wieczorze z Portugalią sprawdzić, jak zniosą prozę eliminacyjnego znoju. To w takich meczach, wymagających hartu ducha i wygrywania wbrew wszystkiemu wykuwa się awanse na turnieje mistrzowskie. I piłkarze w Brukseli podołali, wdusili tego jedynego zwycięskiego gola.

Dziś wymordowali ledwie remis, w dodatku z rywalem ponad połowę składu obsadzającym drugoligowcami. To wynik niesatysfakcjonujący. I uzmysławiający, ile wysiłku, kibicowskich nerwów i bólu piłkarzy będzie trzeba znieść, by dostać się na Euro 2016. Ból był tym razem wręcz namacalny - w rozerwanych getrach brutalnie traktowanego przez rywali Roberta Lewandowskiego, w jatce w środku pola, gdzie zawodnicy tak często jak na piłkę, polowali na nogi przeciwnika. Tak będą wyglądały te eliminacje.

A Polacy wreszcie wyglądają jak grupa, która pomimo ewidentnych - chwilami wręcz krzyczących - słabości nie zamierza się poddawać, dopóki nie osiągnie celu. W poprzednich eliminacjach porażki przyjmowała jak wyroki, teraz wściekle dąży - jeszcze raz: nawet jeśli czasami nieudolnie - do odrobienia strat, a po odzyskaniu remisu awanturuje się o wygraną. I jeszcze dzielą ją szczegóły od rozstrzygnięcia meczu po błyskotliwym manewrze Mili, który wyczarował akcję jak rozgrywający światowej klasy. To chyba jeszcze cenniejsze niż cztery punkty w dwumeczu ze Niemcami oraz Szkocją - piłkarze mają powody, żeby na następne zgrupowanie przylatywać z przyjemnością.

Kamil Glik wzdychał swego czasu, że polscy piłkarze zdają sobie sprawę, iż w klubach grają znacznie lepiej niż w reprezentacji, sam zresztą przykre zjawisko ucieleśniał – w Torino niezawodny, pasowany na kapitana i niemal czczony przez kibiców, a w biało-czerwonej koszulce notorycznie popełniający kardynalne błędy, które przesądzały o wynikach. To on ponosił bezpośrednią odpowiedzialność za mnóstwo kluczowych goli straconych w eliminacjach do mundialu, to on dał się przechytrzyć Szkocji – przez co Polacy przegrali sparing 0:1.

Aż przyszła ta niesamowita sobota. I właśnie tego wieczoru, kiedy na nasze pole karne najechali mistrzowie świata, Glik zapanował nad sytuacją na ziemi i w powietrzu. Co szczególnie pocieszające, nie imponował wyłącznie walecznością i skłonnością do zamieniania futbolu w krwawy sport, z czego doskonale go znamy, lecz ze zdumiewającym znawstwem czytał grę. Wiedział, kiedy ruszyć do wbiegającego ze środka pola rywala, a kiedy na niego poczekać, dopadał piłki we właściwym momencie (dziewięć skutecznych wybić), słowem, reagował z wyczuciem, podejmował zazwyczaj mądre decyzje i chronił przedpola tym pewniej, im dłużej trwał mecz. I w razie potrzeby przypominał, że jest przykrym w zwarciu chłopem na schwał – jak wtedy, gdy szturchnął Thomasa Müllera, czyli zawodnika unikającego fizycznych konfrontacji, który najchętniej uprawiałby futbol bezdotykowy.

Wreszcie w skupieniu Glik operował piłką. We włoskiej Serie A od kilkunastu miesięcy utrzymuje się w ścisłej czołówce najprecyzyjniej podających, a w meczu z Niemcami miał celność wyższą (90,5 proc.) nie tylko od biegającego obok Łukasza Szukały (75,9), ale także od niemieckich stoperów Matsa Hummelsa (87,1) oraz Jérôme’a Boatenga (85,7). To był pełną gębą przywódca defensywy, za jakim polska kadra tęskni od lat. Nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej po YouTubie krążyły zmontowane interwencje obronne piłkarza naszej reprezentacji.

Mistrzowie świata już się o Glika rozbili, dziś Glikowi pozostaje jeszcze udowodnić, że sobota nie była przypadkiem, osobnym splotem okoliczności, który już się nie powtórzy. A im bardziej na boisku przybędzie graczy bez śladowego doświadczenia w grze o wysoką stawkę (Mączyński), tym bardziej bezcenne może okazać się jego opanowanie. Bukmacherzy widzą w Polakach wyraźnych faworytów meczu ze Szkotami, ja widzę rywali równorzędnych, nakazujących mi obawiać się starcia zaciętego, niewykluczone, że rozstrzygniętego pojedynczym epizodem. Piłkarze Adama Nawałki wspaniale wykorzystali w sobotę nadarzającą się okazję, by wywołać sensację, ale nadal nigdy nie zasugerowali, że stać ich na więcej niż bronienie Częstochowy – dlatego nie wiemy, czy sobota nie pozostanie wyrwanym z kontekstu cudem. Autentycznymi objawieniami eliminacji mamy prawo obwołać dziś jedynie Słowację oraz Islandię, czyli drużyny, które nie poprzestały na zatrzymaniu medalistów mundialu (2:1 z Hiszpanią oraz 2:0 z Holandią), one jeszcze powygrywały inne mecze – nie z amatorami! – i przewodzą swoim grupom z kompletem trzech zwycięstw. Polacy przypomnieli na razie tylko o tym, co już dawno odkryli statystycy – że pośród wszystkich gier zespołowych to właśnie piłka nożna oferuje najwięcej wyników przeczących logice.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi