RSS
czwartek, 30 października 2014

United Passions, FIFA, Sepp Blatter

Gwiazdorsko obsadzony film o historii FIFA miał poprawić jej fatalną, zniszczoną przez afery korupcyjne reputację. Dlatego sama go sfinansowała, a prezes Sepp Blatter doglądał scenariusza. Niestety, nikt nie chce go oglądać.

FIFA musiała wyłożyć pieniądze, bo nikt inny nie wyrzuciłby 25 mln dol. na realizację pomysłu już w zaraniu absurdalnego – opowieści o działaczach sportowych. Do współudziału w produkcji „United Passions” („Unia namiętności”) udało się doprosić jeszcze jedynie kapitał z Azerbejdżanu, oskarżanego o łamanie praw człowieka reżimu, który usiłuje upiększać swój wizerunek poprzez piłkę nożną. Płaci za reklamę na koszulkach Atletico Madryt, współpracuje biznesowo z Manchesterem Utd.

FIFA musiała zapłacić także po to, by na ekranie jej prezes ujrzał w sobie – i w całej organizacji – samo dobro. Jak wiadomo, mainstreamowe media z całego świata widzą w niej raczej samo zło. Kiedy działacze wybierają gospodarza swojej sztandarowej imprezy – mundialu – to mają głosować wyłącznie pod wpływem wyłudzonych łapówek. Kiedy już gospodarza wybiorą, to mają wymuszać na nim ustępstwa, które sprawią, że na turnieju nie zarabia nikt poza FIFA. A kiedy Sepp Blatter odezwie się publicznie, to komentatorzy albo płoną z oburzenia, albo szydzą. W oczach opinii publicznej futbolem rządzi mafia.

Reżyser Frédéric Auburtin daje temu odpór, choć sam utrzymuje, że próbował „być sprytny” i przemycić „sceny ironiczne”. Chciał ponoć stworzyć dzieło znajdujące się w pół drogi między propagandowymi nazistowskimi dokumentami Leni Riefenstahl (wybitnymi formalnie) a demaskatorskimi filmami Michaela Moore’a.

Efekt jest kuriozalny, choć główne role przyjęli renomowani aktorzy. Blattera gra Tim Roth, znany m.in. z filmów Tarantino i Greenewaya; poprzedniego szefa FIFA Joao Havelange’a – Sam Neill, rozpoznawany ponad granicami od sukcesu „Fortepianu” Jane Campion; inicjatora zorganizowania mundialu – Gérard Depardieu, skompromitowany romansem z Putinem i przyjęciem rosyjskiego obywatelstwa dla ucieczki przed francuskimi podatkami. Auburtin próbuje nadać dramaturgię służbowym spotkaniom, kolacjom i negocjacjom działaczy – z takich scen składa się film - więc atakuje nas patetyczną muzyką, gdy np. zapada decyzja, że futbolowe federacje krajowe zrzeszą się w międzynarodową. Albo raczy mającymi szarpać emocje wzniosłymi dialogami, jak ten po przedstawionym jako rewolucyjny pomyśle Rimeta, by zorganizować MŚ: – Ten człowiek jest szalony. – Nie, on jest wizjonerem.

Wizjonerem jest także Blatter. Wizjonerem, a także zaangażowanym ideowcem, który marzy o naprawianiu świata. Grać mają wszyscy bez względu na kolor skóry. Ludzie potrzebują nadziei i dają im ją herosi w typie Pele-go. Futbol pociesza tych, których dotknęła tragedia. Blatter wzrusza się etiopskimi dziećmi kopiącymi piłkę w strojach Adidasa i gaszącymi pragnienie Coca-Colą – oto siła pozyskanych przez niego sponsorów! Blatter wypłaca pensje podwładnym z własnej kieszeni, gdy w kasie FIFA brakuje pieniędzy. Wreszcie Blatter ostrzega współpracowników, że nie będzie tolerował „najdrobniejszych naruszeń zasad etycznych”.

Świątobliwym działaczom FIFA przeciwstawieni są Anglicy, których prasa w realnym świecie najradykalniej krytykuje szefa światowej piłki. Jeśli pojawiają się na ekranie, to widz się wzdryga. Są albo wyniosłymi lordami – wulgarnymi, o Francuzach mówiącymi „cholerne żabojady” – którzy gardzą wszystkim, co się dzieje za kanałem La Manche, albo rasistami, którzy nie pojmują, jakim cudem Zulusi – „głupi” i „niezdyscyplinowani” jak wszyscy Afrykanie – mieliby umieć grać w piłkę, „subtelny sport wynaleziony przez białych”. Co koresponduje z niedawnymi słowami Blattera oskarżającego wyspiarzy o rasizm, gdy krytykowali oddanie Kataru organizacji MŚ w 2022 r. Film pomija zresztą dwie dekady rządów obu powojennych angielskich szefów FIFA ­– Arthura Drewry’ego i Stanleya Rousa.

„Guardian” pisał, że Blatter osobiście poprawiał scenariusz. Reżyser przyznaje tylko, że wielokrotnie konsultował ze Szwajcarem jego treść. A Tim Roth mówił w „Timesie”, że pytał, dlaczego nie ma w nim słowa o korupcji, i że potem grą aktorską starał się pewne rzeczy „zasugerować” – „na tyle, na ile się dało”. Natomiast FIFA reklamowała dzieło jako „próbę bezpośredniej komunikacji z fanami, by ci lepiej zrozumieli jej pracę”.

Kosztował ją ten hagiograficzny projekt tyle, ile wydaje rocznie na „Gol”, program wspierający rozwój futbolu w najbiedniejszym krajach. Zawiedli tylko dystrybutorzy i widzowie. Choć film miał premierę podczas festiwalu w Cannes, udało się go sprzedać tylko do kin w Rosji, Azerbejdżanie, Słowenii, Serbii, Szwajcarii, na Ukrainie i Węgrzech. Zarobił niespełna 200 tys. dol., czyli nie zwrócił się nawet w jednym procencie. Nawet całkiem darmowy zwiastun na YouTubie zebrał jedynie 173 tys. wyświetleń.

PS Specjalne podziękowania za pomoc w przygotowywaniu tekstu dla małego misia.

Tagi: fifa
20:19, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 października 2014

Messi, Neymar i Suárez, czyli 900 goli w jednym ataku. Niczego podobnego nie ma w żadnym innym klubie. Felieton o wyzwaniach związanych z argentyńsko-brazylijsko-urugwajskim tercetem w Barcelonie przeczytacie tutaj.

A tutaj Ryszard Bosek opowiada – z okazji 40. rocznicy pierwszego mistrzostwa świata polskich siatkarzy – opowiada mi, jak to było być sportową supergwiazdą w latach 70. Smacznie opowiada!

sobota, 25 października 2014

Luis Suárez wtargnął na boisko i zaczął działać tak, jakby chciał wywrzeszczeć światu, że to wszystko dyrdymały – opowieści, że po przerwie w grze trzeba „odzyskać czucie piłki” i na powrót przyzwyczajać się do intensywności meczu o niebagatelną stawkę, że z nową drużyną trzeba się długo zapoznawać, by nauczyć się współpracy z partnerami. Owszem, jego bezczynność była nietypowa. Nie uziemiła go kontuzja, mógł normalnie trenować, oswajać się z barcelońskim stylem. Ale i tak swoboda, z jaką po czterech miesiącach odsiedzianych na trybunach odnalazł się w szlagierze nad szlagierami, meczu obsadzonym wyłącznie piłkarzami wybitnymi lub znakomitymi, była imponująca. Jak ćwierkałem na Twitterze – Suárez to zwierzę, futbol to najwyraźniej jego natura, czynność niemal fizjologiczna, której nie sposób „zapomnieć”.

Może dlatego wszędzie, gdzie podpisywał kontrakt, już w debiucie strzelał gola. Może dlatego wczoraj potrzebował ledwie czterech minut, by dać Barcelonie inauguracyjną asystę. I kilku następnych, by zaserwować kolejne świetne podanie, które nie stało się asystą tylko przez nieporadność Messiego. To on w nowym ofensywnym supertercecie katalońskim wyglądał najlepiej, ba, moim zdaniem wyglądał najlepiej w całej jedenastce – bez piłki, szukając wolnej przestrzeni między obrońcami, biegał więcej niż Neymar i Messi razem wzięci, wymyślił najwięcej podań kluczowych (choć grał trochę ponad godzinę), jako jedyny wśród gości dwukrotnie odzyskiwał piłkę. Wrócił do futbolu wygłodniały i dał kibicom nadzieję.

Nadzieję chyba jednak niezbyt wielką, bo Barcelona wciąż wygląda na drużynę w fazie rekonstrukcji, poszukującą nowej tożsamości. Co z tego, że przez osiem kolejek krajowej ligi była nietykalna, skoro Paris Saint Germain i Real Madryt wtłukły jej sześć goli? Dziś zgodnie z przewidywaniami kardynalne, rozstrzygające błędy w obronie popełniał Pique, co prowokuje do pytania, dlaczego trener Luis Enrique znienacka, w najważniejszym meczu jesieni, wyrzucił na kraniec defensywy Mathieu (a Albę zesłał do rezerwy). Nie wiadomo też, dlaczego umieścił w podstawowym składzie coraz wolniej tuptającego Xaviego Hernandeza, a nie twardszego, bardziej nadającego się do gwałtownej walki w środku pola Rakiticia.

Im dłużej trwał mecz – który się przecież wspaniale dla Barcelony, jak mawiają nasi trenerzy, „ułożył” – tym bardziej doceniałem prowadzącego rywali Carlo Ancelottiego. Katalończycy nie umieją wygramolić się z fazy rekonstruowania drużyny całą wieczność, on swoją rekonstruuje rok w rok, bo do kombinowania zmuszają go transferowe szaleństwa prezesa. I w inauguracyjnym sezonie zrekonstruował ją na miarę triumfu w Lidze Mistrzów (poprzedzonego wychłostaniem broniącego trofeum Bayernu Monachium), a w bieżącym – na razie – na miarę 9 zwycięstw z rzędu ozdobionych 38 golami. Dzisiaj nie miało nawet znaczenia, że słabował Cristiano Ronaldo – podawał ze skandaliczną, 60-procentową celnością, wszyscy inni uczestnicy El Clásico osiągnęli przynajmniej 75-procentową. Real Madryt to znów drużyna świetnie współpracująca, uprawiająca futbol, by tak rzec, wielowymiarowy, bo potrafiąca zadusić przeciwnika na wiele sposobów. Kiedy przychodzi ważny wieczór, to po stałym fragmencie gry wysoko nad murawą unoszą się obrońcy (Ramos w finale Ligi Mistrzów, Pepe w El Clásico). Kiedy zaniemoże Gareth Bale, to rozkwita – i to jak! – Isco. I kiedy stawka rośnie, to swoje temperamenty poskramiają nawet obaj stoperzy, znani z, eufemizując, wybuchowości. To niesamowite, że Pepe i Ramos przetrwali dzisiejszy mecz bez kartki, podczas gdy oglądali je wirtuzoi – Messi, Neymar, Iniesta i Ronaldo.

Słowem, Real gra po królewsku. Kiedy rozglądam się po Europie – po boiskach, nie tabelach – widzę go wśród trzech superdrużyn górujących ponad wszystkimi innymi, obok Chelsea i Bayernu Monachium. Szkoda, że zderzyć się ze sobą mogą dopiero wiosną.

piątek, 24 października 2014

El Clasico, Gran Derbi, Real Madryt, FC Barcelona

Barcelona uparcie upodabniała się do Realu, aż pozyskała czarny charakter współczesnego futbolu. Luis Suárez zadebiutuje dziś w największym szlagierze klubowej piłki.

Kiedy katalońsko-madrycka wojna - militarna metafora jest tu uprawniona jak nigdy - osiągnęła szczytowe natężenie, czyli w czasach rywalizacji nadtrenerów Guardioli i Mourinho, rywali umieszczano na przeciwległych biegunach. Upraszczając: imperium światła kontra imperium ciemności.

Jasną stronę mocy miała reprezentować Barcelona, komplementowana za futbolowy uniwersytet La Masia, który pozwolił jej nawet rozgrywać ligowy mecz jedenastką złożoną wyłącznie z wychowanków - tę strategię przeciwstawiano nachalnemu zakupoholizmowi kosmopolitycznego Realu, bijącego transferowy rekord za rekordem. Barcelona miała być też orędownikiem stylu zorientowanego na dostarczanie estetycznej przyjemności kibicom - znów w przeciwieństwie do rywala, zorientowanego na osławione „zabijanie gry”. Wreszcie miniaturowi katalońscy wirtuozi w typie Iniesty czy Xaviego ucieleśniali siły dobra, podczas gdy emanację zła stanowili brutal Pepe czy cyniczny trener Mourinho.

Manichejski podział świata El Clásico przestał mieć jednak sens. Kiedy Katalończycy poczuli, że La Masia może być fabryką piłkarzy znakomitych, ale nie będzie fabryką geniuszy, wrócili do masowego importu. W ubiegłym roku wzięli uchodzącego za czołowy południowoamerykański talent Neymara, ustanawiając transferowy rekord lub się do niego zbliżając - właściwie nie wiemy, wszystko zależy od interpretacji transakcji, którą musiał się zająć wymiar sprawiedliwości. A minionego lata wydali więcej niż kiedykolwiek wcześniej (160 mln euro) i zaprosili m.in. Suáreza, pierwszego złoczyńcę boisk, który właśnie odbywał karę dyskwalifikacji za ugryzienie rywala - trzecie w karierze! - podczas mundialu. To ruch raczej w duchu Mourinho, wielbiciela futbolowych gangsterów, niż klubu pielęgnującego niegdyś wizerunek romantycznego, brzydzącego się nihilistycznym pragmatyzmem.

Na murawie Barcelona też wygląda tak, że baranieją i fani, i bezstronni komentatorzy. Jako jedyna na kontynencie nie straciła gola w rozgrywkach krajowych (i uczyniła bramkarza Claudio Bravo niepokonanym przez rekordowy czas w historii klubu), w dodatku porządek na tyłach zachowuje niezależnie od składu obrony. A przecież to m.in. dzięki jej notorycznemu roztargnieniu defensywnemu w 33. El Clásico minionej dekady padało średnio 3,5 gola. Ba, bezbramkowe nie zdarzyło się od 12 lat!

Dziś też trudno takiego oczekiwać. Piłkarze Realu zatracają się w futbolu radośnie beztroskim - wrogie pole karne ostrzeliwują z bezprecedensową gwałtownością (gdyby skuteczność utrzymali, skończyliby sezon z niewyobrażalnymi 142 golami!), natomiast we własnym nieporadnie bronią się przed rzutami rożnymi i wolnymi, a także natarciami skrzydłami, dlatego aż sześć drużyn traci bramki rzadziej niż oni. Przesunięcie akcentów ucieleśniają zmiany w środku pola, z którego Samiego Khedirę i Xabiego Alonso - zawsze byli żywymi tarczami osłaniającymi defensywę - wyparli Toni Kroos oraz Luka Modrić - w poprzednich klubach biegający bliżej ataku.

Gdybyśmy bazowali na wrażeniach z minionych tygodni, musielibyśmy faworytów upatrywać w gospodarzach z Madrytu. Choć na początku sezonu znów krwawo i skutecznie opierało się im sąsiednie Atlético, to potem zwyciężali pewniej. Także w Lidze Mistrzów, w której Barcelona uległa pozbawionemu schorowanych liderów Paris Saint Germain.

Doświadczenie uczy jednak, że nie warto prognozować przebiegu El Clásico na podstawie przebiegu innych meczów. To gatunek osobny, kulminacja wywołująca osobne emocje i wymuszająca osobne plany gry. A teraz czynnik dodatkowo rozmazujący rzeczywistość stanowi Suárez. Według trenera Luisa Enrique zagra na pewno, nie wiemy tylko, czy w podstawowym składzie. W tym, że odsiadywać wyrok kończy w przededniu hitu, kibice widzą znak - oni z definicji ulegają pokusie myślenia magicznego, a urugwajski napastnik zdobywał bramkę w debiucie w każdym swoim klubie. Jednak Suárez przez cztery miesiące wpadł na boisko tylko na kwadrans sparingu Barcelony z meksykańskim Leon i towarzyskie gierki Urugwaju z Arabią Saudyjską (sprowokował samobója rywali) oraz Omanem (wbił dwa gole). Poza tym - jak sam opowiadał - załamany na długo zamknął się w domu, trenował, szukał wsparcia u psychologa. Jego spotkania z madryckimi obrońcami - lubiącym stracić w walce przytomność umysłu Pepe czy zajadłym kolekcjonerze żółtych i czerwonych kartek Ramosie - mogą otworzyć zupełnie nowy rozdział brudnych wojen katalońsko-madryckich. I skutkować incydentami o nieodwracalnych skutkach.

W Realu niepewność spowija bramkę, Iker Casillas trzyma się słupków raczej siłą legendy niż aktualną dyspozycją godną największego klubu świata. Uraz Garetha Bale’a znieść Madrytowi łatwiej, jeśli z rezerwy wgryza się w murawę wściekły pies Isco - w środę w Liverpoolu tak ofiarny w defensywie. Jego pasja będzie dziś niezbędna, bo jedno się nie zmieniło i pewnie nie zmieni nigdy - choć El Clásico waży zwykłe trzy punkty, to od jego wyniku zależy, kto przez następne tygodnie pogra w idylli, a u kogo zostanie ogłoszony stan wyjątkowy.

czwartek, 23 października 2014

To najbardziej niezwykła na razie edycja konkursu na Jasnowidza roku, choć o zwycięstwie znów zdecydowała dogrywka. Ogłosiłem ją po cichu, na forum pod notką z poprawnymi odpowiedziami, by obaj zainteresowani mogli porywalizować bez presji. I badanie fotokomórką wykazało, że najlepiej przewidywał czytelnik neergrecorg – w dodatkowej rozgrywce przeczuł, co zdarzy się na Anfield Road – że Real wygra, że nie będzie miał 55 proc. czasu posiadania piłki, że Gerrard będzie podawał z co najmniej 90-procentową skutecznością – w przeciwieństwie do swego finałowego rywala, posługującego się nickiem mwojczyszyn.

Tegoroczny laureat konkursu jest laureatem wyjątkowym, wygrywa bowiem po raz drugi! Poprzednio triumfował w roku 2012, więc otrzymał koszulkę Chelsea, teraz wzbogaci garderobę o strój Realu Madryt, ufundowany przez sklep PodStadionem. Tu już nie ma mowy o przypadku, neergrecorg niewątpliwie włada mocami nadludzkimi. Jeśli elitę elit czytających w przyszłości – na naszej liście chwały widnieją także szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now oraz nicki678 – uznamy za lokalnych X-menów, to lidera klasyfikacji wszech czasów musimy obwołać naszym Profesorem X! Doprawdy, jestem poruszony.

Zanim prześlę nagrodę, wirtuoza jasnowidzenia proszę o mejlowe przypomnienie (rafal.stec@agora.pl), jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Jeszcze raz – wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

15:01, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi