RSS
wtorek, 30 października 2012

River Plate - Boca Juniors

Argentyńczycy mają futbol we krwi w każdym możliwym sensie. Z okazji wczorajszego Superclásico zapraszam do podróży tam, gdzie piłka nożna bez przemocy nie istnieje. Stos trupów rośnie, liczy już 271 ciał. Felieton z wczorajszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

11:36, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 29 października 2012

PZPN, Zbigniew Boniek

Kiedy nasi wielcy piłkarze schodzą z boiska, karleją. Wyprzedają legendę za gruby szmal – jak kuriozalny eksprezes Lato, pajacują w mediach – jak Tomaszewski, nie dochrapują się znaczących funkcji – jak inni superbohaterowie medalowych mundiali, wyjąwszy Deynę, który zasłużyć się nie zdążył, bo młodo i na emigracji zginął w wypadku.

I Boniek po rzuceniu sportu zajmował się nade wszystko robieniem dobrego wrażenia. Teraz staje przed szansą, by zostać pierwszym polskim wybitnym piłkarzem, który przeobraził się w wybitnego działacza. Jego wyborczy triumf przyjęto ze zdumiewającym entuzjazmem, zwłaszcza ludzie oddaleni od futbolowej rzeczywistości żyją w przekonaniu, że będzie leczył samym dotykiem, choć choroby zdiagnozować w zasadzie nie umieją. Nie mówią, co właściwie sławny „Zibi” ma zrobić, słychać głównie zwyczajowe komunały o „kruszeniu betonu”.

Gdybym sam miał hierarchizować zadania prezesa, ich ogromną większość odsunąłbym jako drugorzędne.

Średnio mnie interesuje, gdzie działacze ulokują siedzibę, jaką pensję dla prezesa uchwalą, czy będą zmieniać wizerunek, gdzie zorganizują mecze reprezentacji, ile komu porozdają biletów, a ile zarobi na interesach z nimi handlująca prawami telewizyjnymi Sportfive. To sprawy ważne lub ważniejsze, ale znaczenie naprawdę doniosłe ma jedna – zbanalizowana deklamowanym przez lata komunałem o „szkoleniu młodzieży”.

Za powtarzanym bezrefleksyjnie sloganem kryje się precyzyjny cel wpływający na życie dziesiątek tysięcy ludzi, którzy podejmują decyzję, by poświęcić je wyczynowemu uprawianiu futbolu. Dziś mamy niemal pewność, że zostaną wyedukowani na graczy niezdolnych do konkurowania na międzynarodowym rynku pracy pod każdym względem – technicznym, taktycznym, fizycznym, mentalnym. Jutro musimy mieć niemal pewność, że talent nie zostanie zmarnowany, że nie zabijemy piłkarza w piłkarzu, jeszcze zanim wydorośleje.

Do osiągnięcia precyzyjnego celu prowadzi precyzyjnie wytyczona droga. Trzypasmowa. Jej budowa to najważniejsza misja nowego prezesa.

Po pierwsze, PZPN musi rygorystycznymi przepisami licencyjnymi skłonić kluby (nie tylko należące do tzw. ekstraklasy) do sumiennego prowadzenia rozbudowanych, obejmujących wszystkie kategorie wiekowe akademii dla młodzieży. Po drugie, musi wyselekcjonowanych młodych wciągnąć w tryby centralnego szkolenia – nieważne, czy splagiatuje pomysły hiszpańskie, niemieckie, holenderskie lub francuskie, czy pożyczy drobiazgi od wszystkich, byle powstał system spójny i efektywny. Po trzecie, PZPN musi zastąpić archaiczną, wyszydzaną przez absolwentów szkołę trenera przy AWF w nowoczesny uniwersytet, wypuszczający nauczycieli tak wykształconych, by ci od juniorów nie zabijali piłkarza w piłkarzu, a ci od seniorów wchłonęli wiedzę niezbędną do rywalizacji na poziomie międzynarodowym. (Może nawiązać współpracę z Coverciano, sławną włoską fabryką trenerów, oddaloną niespełna 300 km od rzymskiego domu Bońka?).

W nowym prezesie widziałbym wariację ministra edukacji, którego misja polega na dbaniu o poziom szkół zarówno państwowych, jak i prywatnych, by wychowywały absolwentów o kompetencjach adekwatnych do wymagań rynku pracy. To nie zadanie dla urzędnika, lecz niemal wizjonera, bowiem wymierne efekty przyjdą w następnym pokoleniu. Ale to również obowiązek przywódcy, który odniósł spektakularny wyborczy triumf, samodzielnie dobrał sobie przybocznych, cieszy się kolosalnym zaufaniem opinii publicznej.

Nowego szefa PZPN wciąż pamiętam jako sportowca imponującego ambicją, pasją i bezkompromisowością, dla którego zwycięstwo zdawało się kwestią honoru. Marzy mi się, by Boniek prezes potraktował nowe wyzwanie w stylu Bońka piłkarza – jak sprawę osobistą.

sobota, 27 października 2012

Zbigniew Boniek, PZPN

Gdyby powodzenie polskiej piłki nożnej zależało od sportowej klasy prezesa PZPN, zaraz bronilibyśmy mistrzostwa świata. Rządził król strzelców mundialu Grzegorz Lato, porządzi nasz najsłynniejszy gracz Zbigniew Boniek. To się nie zdarza niemal nigdzie.

Wizerunkowo związek z ligi okręgowej przeskoczył do ekstraklasy. Szefa przynoszącego wstyd przy każdym wystawieniu go na widok publiczny zdetronizował celebryta, który kumpluje się z samym prezesem UEFA Michelem Platinim. Szefa nieznającego biegle żadnego języka zastąpił salonowiec mieszkający od ćwierćwiecza w Rzymie, popularny także we włoskich telewizyjnych show. Szefa wyszydzanego i zarazem nienawidzonego przez kibiców – bohater tłumów, bezdyskusyjny lider przedwyborczych internetowych sond.

Futbolowi działacze, znani ze swojej betonowej trwałości poglądów, dojrzeli do zmian? Zainspirowała ich dodatkowo rewolucja technologiczna (używali maszynek do głosowania z kolorowymi przyciskami, co poważnie zdestabilizowało przebieg obrad)? Bońkowy powab skłania raczej do postawienia hipotezy, że zwyczajnie mieli dość. Przez lata zdawali się na krytykę impregnowani, ale ostatnio robiło się coraz duszniej. Wrogość ludu, w naszych rozinternetyzowanych czasach namacalna jak pejcz, narastała. Nawet szeregowi pracownicy centralnego i regionalnych związków skarżyli się, że odstraszają samym ujawnieniem miejsca zatrudnienia, sponsorzy brzydzili się kontaktu z piłką nożną nawet na poziomie lokalnym. PZPN stał się chyba najwstrętniejszą dla opinii publiczną polską instytucją, choć konkurencję ma bardzo mocną.

Było nieprzyjemnie, robiło się też, z powodu owej niechęci świata biznesu, niebezpiecznie finansowo. Z Bońkiem PZPN z dnia na dzień zyskuje przyjazną, dającą nadzieję twarz. Nawet politycy, i to politycy z pułapów Grzegorza Schetyny, go lubią.

Były gwiazdor Juventusu Turyn zmądrzał jako polityk. Za czasów swojej wiceprezesury przed dekadą nie ukrywał pogardy dla działaczy, teraz złagodniał, przemawiał albo koncyliacyjnie, albo starając się szarpnąć za emocje głosujących.

Przekonał ich, tak jak zdołał przez lata utrzymać sympatię fanów, choć po zejściu z boiska znacząco się od środowiska nie różnił. Ani jako zarządca w Widzewie (bez sukcesów), ani postawą etyczną (kręcił w imię interesu łódzkiego klubu), ani jako selekcjoner reprezentacji (zdezerterował po kilku nieudanych miesiącach), ani jako trener (pasmo klęsk we włoskich klubach).

Ale jako wiceprezes PZPN swoje zasługi miał. I od dawna marzył, by zajść jeszcze wyżej, na sam związkowy szczyt. Wtargnął tam niespodziewanie, po dryblingu jak z boiska. Odniósł największy sukces po zakończeniu kariery zawodnika.

Najpierw, w przedwyborczym wystąpieniu, sporo mówił o szkoleniu młodzieży. Wyjaśniał nawet, dlaczego jego zdaniem nadwiślański system edukacji kształci wyroby piłkarzopodobne – graczy bez właściwości, którzy więdną, zanim rozkwitną. To fundamentalny problem naszego futbolu, wszystkie inne kurczą się przy nim do problemików.

Jeśli Boniek go rozwiąże, jeśli nie skupi się wyłącznie na fetyszu działaczy, czyli „naprawianiu wizerunku PZPN”, wybuduje sobie pomnik największy. Jako gracz, choć sławą przysłania wszystkich, ma konkurentów – trochę wirtuozów się jednak dochowaliśmy. Niestety, wszyscy giganci boiska, to już u nas tradycja, poza boiskiem maleli. Dlatego po ozdobieniu wielkiej kariery przełomową prezesurą Boniek rywalom ucieknie – stanie się największą osobistością w dziejach polskiego futbolu.

piątek, 26 października 2012

wybory w PZPN

Zbigniew Boniek, pozujący na światowca wyrastającego ponad prowincjonalizm naszych działaczy, odmówił polsatowskiemu Cafe Futbol udziału w debacie kandydatów na szefa polskiej piłki, wymawiając się bąknięciami o niechęci do publicznych kłótni. Postanowiliśmy wówczas w redakcji zaprosić wszystkich pretendentów do najwyższego pezetpeenowskiego stołka do wypełnienia kwestionariusza na wzór używanych w trakcie igrzysk parlamentarnych oraz prezydenckich, zwanego popularnie latarnikiem wyborczym. Mieli odpowiadać na pytania prostym „tak” lub „nie”, a obok ewentualnie lapidarnie doprecyzować, co mają na myśli.

Czy PZPN powinien nakładać zakaz gry w lidze na piłkarzy oskarżonych o korupcję w sporcie? Czy zatrudni pan człowieka nienależącego dziś do władz PZPN, który dostanie zadanie zorganizowania centralnego systemu szkolenia młodzieży? Czy zarząd PZPN powinien liczyć mniej niż 10 członków? Czy podoba się panu, że PZPN oddał firmie Sportfive prawa marketingowe i telewizyjne do 2020 roku? Czy spróbuje pan renegocjować tę umowę? Czy zrobi pan wszystko, by siedzibę Związku przenieść na Stadion Narodowy? Czy zmusi pan przepisami licencyjnymi kluby ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi do prowadzenia określonej, większej niż obecnie liczby drużyn juniorskich? Czy selekcjoner reprezentacji musi być Polakiem? Czy zmniejszy pan liczbę biletów na mecze kadry rozdawanych regionalnym działaczom PZPN? Czy zamierza pan pełnić funkcję prezesa społecznie, rezygnując z wynagrodzenia?

Zadaliśmy dziesięć pytań, by kibic miał choćby pobieżną orientację w poglądach kandydatów, zwłaszcza że z ich medialnych wypowiedzi wynika, iż głównym celem PZPN będzie poprawa wizerunku.

Wywołaliśmy popłoch. „Latarnika” opublikować nie możemy. Bez wahania i precyzyjnie odpowiedział Roman Kosecki. Rozcieńczającymi konkret uzasadnieniami podparł się Edward Potok. Pozostali kluczyli, wykręcali się, aż solidarnie zaniemówili. - Uważam pana za przeporządnego człowieka, ale muszę postąpić zgodnie ze swoim sumieniem - tłumaczył Robertowi Błońskiemu Zdzisław Kręcina, który lamentuje, że „Gazeta” niewłaściwie relacjonuje jego zmagania z wymiarem sprawiedliwości. Stefan Antkowiak najpierw odmawiał zeznań kategorycznie, a potem też utyskiwał, że źle traktujemy go na łamach. Boniek po wstępnym wiciu się rzucił, iż rozważy zmierzenie się z pytaniami tylko wtedy, gdy odpowiedzi udzielą wszyscy konkurenci. Ostatnią turę negocjacji uciął triumfalnym: „A ja rozmawiałem z Antkowiakiem i wiem, że nie wypełni!”.

Politycy gromadnie pchają się pod mikrofony, by ich głos dopłynął do maksymalnej liczby odbiorców, piłkarscy działacze tarzają się tylko w swojej kałuży, więc spowiadać nie muszą się przed nikim. Są bezgranicznie niezależni i nietykalni, wspólne dobro, którym zarządzają, dawno zawłaszczyli, opinię publiczną trzymają w głębokiej pogardzie. Nawet Boniek, celebryta o wizerunku szokująco rozbieżnym z rzeczywistością - w kibicowskich sondach prowadzi zdecydowanie, jakby Puchar Europy zdobył wczoraj, nie ćwierć wieku temu.

Przygnębiający dowód na nienaruszalność układu dostajemy w pertraktacjach Koseckiego z Potokiem. Oto poseł Platformy Obywatelskiej, partii ponoć wściekle zwalczającej osławiony działaczowski beton i próbującej skruszyć go wciśnięciem do Związku kuratora, współpracuje z reprezentantem tego betonu modelowym. I jeśli zwycięży, to wokół niego ujrzymy zapewne tłum pezetpeenowskich niezatapialnych, chętnie wiosłujących i z Michałem Listkiewiczem (prezes poprzedni), i z Grzegorzem Latą (prezes ustępujący), i w ogóle z każdym, kto odwdzięczy się synekurami. A jeśli Kosecki w pierwszej turze zbierze mniej głosów niż Potok i poprze sojusznika w następnych turach, dojdzie do paradoksu jeszcze efektowniejszego, ukazującego bezsilność PO - po przegranej wojnie totalnej (kurator) i niepowodzeniu aksamitnej rewolucji (przejęcie prezesury przez jedną z byłych gwiazd reprezentacji) nastąpi ostateczna polityczna kapitulacja, jej przedstawiciel pomoże betonowemu działaczowi wygrać wybory.

To wariant najbardziej prawdopodobny, jednak z powodu bublowatej ordynacji wyborczej prezesa może wyłonić przypadek. Co znaczenie ma o tyle niewielkie, że każdy triumfator staje się zakładnikiem tych, którzy go poparli. W kwestiach fundamentalnych bezpieczniej milczeć także dlatego, że w sensie realnych powyborczych skutków konkurentów dzieli znacznie mniej, niż nam się zdaje.

Tagi: PZPN
10:57, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
środa, 24 października 2012

Borussia Dortmund - Real Madryt

Akurat teraz, w najgłębszym kryzysie od lat, Borussia Dortmund zderzy się z mierzącym w dziesiąty Puchar Europy Realem Madryt. A reprezentanci Polski - z Cristiano Ronaldo i Pepe, przeciwnikami najsilniejszymi z możliwych.

To najgorszy czas na chorobowe. Pechowiec Kuba Błaszczykowski skręcił kostkę nie tylko przed arcyprestiżowym przebojem Bundesligi z Schalke Gelsenkirchen, ale i świętem w Lidze Mistrzów - na dortmundzki stadion przylatuje drużyna wyładowana megagwiazdami obficiej niż jakakolwiek w świecie poza Barceloną.

Wokół Łukasza Piszczka - od dwóch sezonów najlepszego bocznego obrońcy niemieckich boisk - wirował będzie Ronaldo. Atletyczne monstrum, gracz snajpersko nienasycony, wieczory w Champions League traktujący ze specjalną atencją. Groźniejszego lewoskrzydłowego nasz reprezentant w Europie nie spotka.

Robert Lewandowski wejdzie natomiast w zwarcie z Pepe, defensorem wybitnie nieprzyjemnym, który zapada w pamięć chyba każdemu napastnikowi. A ponieważ Polak też lubi wypowiadać rywalom wojnę na łokcie, zanosi się na intensywną fizyczną pracę i pasjonujący pojedynek.

Zanosiłoby się też na zacięty mecz, gdyby nie wysoce niepokojące dla gospodarzy okoliczności. Oni wystartowali w Lidze Mistrzów znakomicie, wygrywając z Ajaxem Amsterdam i remisując w Manchesterze z City, lecz Real przyjmują zdołowani. W ośmiu kolejkach Bundesligi uciułali ledwie 12 punktów (lidera stracili już z oczu, Bayern prowadzi z kompletem zwycięstw), w sobotę ponieśli bolesną klęskę z Schalke, w dodatku Jürgen Klopp, trener znany dotąd ze starannego planowania taktycznego, stracił głowę. Ustawił piłkarzy w systemie 3-5-2, którego nigdy nie ćwiczyli nawet na treningach. Do winy sam się po meczu przyznał, jedną z jego ofiar był Piszczek, w trakcie gry dodatkowo przerzucony na lewą flankę, gdzie miotał się jak skrępowany kaftanem bezpieczeństwa.

Klopp kombinował, bowiem jego stabilną budowlę zburzyły kontuzje. Nie było ani wracającego ostatnio do wysokiej formy rozgrywającego Mario Götzego, ani lewego obrońcy Marcela Schmelzera, ani defensywnego pomocnika Ilkaya Gündogana, ani wspomnianego Błaszczykowskiego. I być może nieobecność tego ostatniego w największym stopniu skłoniła trenera do szukania kwadratury koła - zmiennika nie miał, zabójczy polski trójkąt został rozerwany, więc próbował przysunąć Piszczka bliżej Lewandowskiego.

Dortmundczycy w normalnej formie uprawiają futbol, jaki ceni i chce wpajać swoim podwładnym trener Realu José Mourinho - inteligentny taktycznie, bazujący na agresywnym pressingu, nieustającym ruchu wszystkich graczy i błyskawicznym przechodzeniu z obrony do ataku. Widzieliśmy to tamtego wieczoru w Manchesterze, kiedy goście krócej trzymali piłkę, lecz wyprowadzali znacznie więcej ciosów i po remisie, wyniku przecież okazałym, czuli niedosyt.

Jako snajper zawiódł tam Lewandowski. Jego wielofunkcyjność jest dla drużyny bezcenna, o czym świadczą wybory Kloppa. W ubiegłym sezonie Polak grał zawsze i wszędzie, gdyby nie był oszczędzany przed poprzednią kolejką LM, to trwałaby właśnie niesamowita passa - dziś wieczorem rozegrałby w Borussii 60. mecz z rzędu. Skuteczności naszemu stachanowcowi wciąż jednak brakuje. W dogodnych okolicznościach zbyt często pudłuje (City zostałoby pokonane, gdyby nie zmarnował dośrodkowania Gündogana), a napastnicy w starciach wagi superciężkiej - z rywalami klasy Realu - okazję do strzelenia gola miewają rzadko.

Madrycka defensywa, ostatnio zaskakująco niepewna, też jednak straszy sporymi wyrwami. Kontuzje skosiły wszystkich bocznych obrońców (Marcelo, Fabio Coentrao, Alvaro Arbeloę) i trener Mourinho upycha na lewej flance defensywnego pomocnika Michaela Essiena. Na lewej flance, czyli tam, gdzie fruwać ma Piszczek. I jeden z bohaterów wieczoru w Manchesterze Götze, który powinien wrócić do składu. Z czasem walczą również Schmelzer i Gündogan. Jeśli zdołają wydobrzeć, wzrośnie prawdopodobieństwo, że Borussia nie będzie w niczym przypominać bezhołowia z soboty.

Nie może przypominać, jeśli marzy choćby o urwaniu Realowi punktu. Królewscy zniosą w bieżącym sezonie wszelkie niepowodzenia krajowe, jeśli tylko od zwycięstwa do zwycięstwa mknąć będą w Lidze Mistrzów. Wzięcie trofeum po raz dziesiąty traktują jak wielką misję dziejową, Mourinho wynajęli właśnie w tym konkretnym celu, w rundzie grupowej nie zwykli nawet remisować. Wygrali oba mecze w tej edycji, wygrali wszystkie sześć w poprzedniej. I jeszcze wbijali rywalom średnio ponad trzy gole.

wtorek, 23 października 2012

Szachtar Donieck

Sezonowcem - pożyczając pogardliwe określenie z forów internetowych - bywam pasjami. Kiedy mnie jakaś futbolowa drużyna zauroczy, nawet drugorzędna w perspektywie kontynentalnej, to angażuję się w romans bez wahania, a zarazem z pełną świadomością, że nic ponad przelotny związek mnie nie czeka. W sezonie 2010/2011 flirtowałem z włoskim Udinese, w sezonie 2011/2012 - z baskijskim Athletikiem Bilbao, w sezonie 2012/2013 lubię ukraiński Szachtar.

Kiedy z powodu Euro 2012 eksplorowałem przyciężkawy w odbiorze Donieck i urzekający ośrodek treningowy - wyrzucony daleko poza miasto, ultranowoczesny, zazieleniony - lokalnego klubu, nie przypuszczałem jeszcze, że wkrótce będzie nam tak dobrze razem. Szachtar przykuwał moją uwagę od lat (w czasach dwumeczu z Legią zachwycałem się powszechnym w tej drużynie drygiem do uderzania z dystansu, odpalała wtedy dalekiego zasięgu pocisk za pociskiem), ale dopiero w minionych tygodniach zacząłem, wiedziony niesamowitymi wynikami, polować na jego gole, skróty, w miarę możliwości pełne mecze. I jako wielbiciel perfekcyjnej współpracy drużynowej zadurzyłem się beznadziejnie, bo każdy doniecki manewr przypomina, że Mircea Lucescu (rocznik 1945, w LM więcej przeżył tylko Alex Ferguson) utrzymuje posadę trenera niesłychane w naszych okolicach osiem lat. Rosyjscy oligarchowie wydają na futbolowe fanaberie wielokrotnie więcej, ale to zaskakująco cierpliwy Ukrainiec Rinat Achmetow rozwija projekt najbardziej spójny, przemyślany, o wyrazistej tożsamości.

Szachtar, po naszemu „Górnik”, talent ofensywny wydobywa w Brazylii, a defensywę napędza paliwem wschodnioeuropejskim - w kadrze nie ma nikogo spoza tych regionów. Ufa tej strategii od lat, zmieniają się wyłącznie nazwiska. Zmieniają się powoli, Achmetow zawieruchy w szatni nie lubi, choć rumuński trener co rusz powtarza, że wszyscy jego podwładni są na sprzedaż. Owszem, są, ale oligarcha widzi w nich kruszec luksusowy, odrzuca nawet oferty wcale atrakcyjne. Chelsea, która przyjeżdża dziś na Donbass Arenę, machała 27 milionami funtów, jednak Williana nie przejęła. Nawiasem mówiąc, przyjrzyjcie się temu kanarkowemu diabłowi - technicznie nieskazitelny, szybko myśli, podaniem podstemplowuje każde natarcie. W pełni zasługuje na wczorajszą przestrogę trenera Lucescu: „Chelsea pożałuje, że tak nisko go wyceniła”.

Szachtar płaci obecnie 10 Brazylijczykom, wszyscy biegają w ataku albo nieopodal ataku, niemal wszyscy kosztowali przyzwoite pieniądze - od kilku do kilkunastu milionów euro, wszystkim daleko jeszcze do końca karier (Willian - 24 lata, Luiz Adriano - 25, Douglas Costa - 22, Alex Teixeira - 22, Ilsinho - 27, Dentinho - 23, Fernandinho - 27). To oni od dawna decydowali o donieckiej sile ognia, dopiero ostatnio porozpychał ich Ormianin Henrich Mchitarjan. I został mistrzem ceremonii, w 16 meczach tego sezonu dał 16 goli. Na tyłach jest już po sąsiedzku, tłoczą się tam Ukraincy, a ponad nich wyrastają chorwacki kapitan Darijo Srna oraz czeski zawodowiec od brudnej roboty Tomáš Hübschman. Całością zarządza wspomniany Lucescu, który do ćwierćfinałów, półfinałów lub finału europejskich pucharów docierał już z Dinamem Bukareszt, Interem Mediolan, Galatasaray Stambuł, Besiktasem Stambuł i Szachtarem.

Doniecki klub jest najskuteczniejszym wschodnioeuropejskim XXI wieku. Wygrał Puchar UEFA, przed dwoma laty dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów - w grupie wyprzedził Arsenal, potem wyeliminował Romę (3:0 i 3:2), uległ dopiero późniejszej triumfatorce Barcelonie. Teraz zdaje się jednak silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Europa zwróciła uwagę, że mistrzowie Ukrainy wygrywali we wszystkich kolejkach trwającego sezonu ligowego, ale ich niesamowita passa zaczęła się w końcu listopada zeszłego roku. Od tamtej pory w obu rozgrywkach krajowych rozegrali 30 mecze, odnosząc 29 zwycięstw i raz remisując. W Champions League wystartowali rewelacyjnie - najpierw planowo pokonali duńskich debiutantów z Nordsjælland, potem nastraszyli Juventus, który w kraju również uprawia wygrywanie masowego rażenia. W Turynie zremisowali, jednak wyglądali bezapelacyjnie lepiej, dłużej trzymali piłkę, w 93. minuty centymetry dzieliły ich od pełnego triumfu - trafili w poprzeczkę. Wszyscy inni na nowym stadionie Juve w bieżącym sezonie przegrali.

Przed startem Ligi Mistrzów ćwierkałem na Twitterze, że kandydatów na wywołanie sensacji widzę właśnie u naszych sąsiadów, ale zdaję sobie sprawę, iż Szachtar musi sforsować przeszkody niebotycznie wysokie - broniącego Pucharu Europy aktualnego lidera ligi angielskiej (niepokonana w kraju Chelsea) i mistrza oraz aktualnego lidera ligi włoskiej (niepokonany w kraju Juventus). Dzisiejszy wieczór zapowiada się intrygująco, kiedy słucham Lucescu przekonującego, że dowodzi grupą znakomitszą niż pokonany w weekend przez londyńczyków 4:2 Tottenham, nie słyszę przechwałek, lecz rzetelną ocenę sytuacji. Będzie się działo!

PS Przypominam, że jeszcze tylko do 23.59 we wtorek możecie wziąć udział w waszym ulubionym konkursie na jasnowidza roku.

14:15, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 21 października 2012

Messi rekordzista

W styczniowym meczu Copa del Rey z Osasuną miał nie grać, ówczesny trener Pep Guardiola zamierzał oszczędzać jego siły na ważniejsze wieczory. Wszystko było ustalone, ale niedługo przed gwizdkiem barceloński gwiazdor zadzwonił do szefa i powiedział, że nieróbstwa nie zniesie psychicznie, że aż go skręca z ochoty na pokopanie piłki. Dojechał na stadion, usiadł w rezerwie, po godzinie wtruchtał na murawę. I huknął dwa gole. Od niechcenia, jak zwykle.

Leo Messi nie jest już tamtym wiotkim chłopcem, który musi ostrożnie stąpać, bo każdym bardziej zamaszystym wymachem nogą ryzykuje naderwanie, zwichnięcie albo inne boleści. Klubowi lekarze znaleźli idealną uodparniającą miksturę, idealną dietę czy jakiego tam jeszcze ideału trzeba? Iluminację przeżyli spece od przygotowania fizycznego? Sam piłkarz nauczył się wsłuchiwać we własny organizm i postępować z nim perfekcyjnie? Nie wiemy, w każdym razie Argentyńczyk przepoczwarzył się w wiecznie nienasyconego, niezniszczalnego gladiatora, który choruje, gdy musi zejść z boiska. Dlatego z niego nie schodzi. Wystąpił w 51 z 53 ostatnich meczów ligowych (raz odpoczywał przed finałem Ligi Mistrzów, raz musiał odcierpieć dyskwalifikację za żółte kartki), nie opuszcza nawet mniej istotnych gier europejskich, posłusznie lata na wszystkie mecze reprezentacji kraju, a tam nie zaraża się szalejącym dziś wirusem FIFA - zamiast po międzykontynentalnej podróży ledwie łazić, drybluje z normalną dla siebie werwą i ładuje gola za golem. Jak w sobotę na stadionie Deportivo La Coruña, któremu wbił trzy, choć znów miał odpoczywać, jak wtedy w Pampelunie. Ten facet chyba nigdy nie ma nawet chandry, on właściwie już bramek nie zdobywa, one same wypadają mu z butów.

Owa nadludzka regularność zyskała na znaczeniu, odkąd zrozumieliśmy, że Messi mknie nie tylko po tytuł futbolisty wszech czasów, ale także po tytuł snajpera wszech czasów. Podnosi wydajność i podnosi, a kiedy już nam - osłupiałym - się widzi, że dotknął granicy swych możliwości, przesuwa je poza horyzont. Miał być niepowtarzalnym sezon 2010/2011 (53 bramki w klubie), to Argentyńczyk przyłożył sceptykom rekordowymi w skali całej historii futbolu 73 bramkami w sezonie minionym. Miał być niepowtarzalny miniony, to w bieżącym Argentyńczyk jeszcze dołożył skuteczności. I ta stale rośnie: 2007/2008 – 0,40 gola na mecz; 2008/2009 – 0,75; 2009/2010 – 0,89; 2010/2011 – 0,96; 2011/2012 – 1,22; 2012/2013 – 1,25. Nie widać żadnych powodów, by sądzić, że trend się odwróci, przeciwnie, Messi systematycznie wzbogaca arsenał środków wyrazu. Powoli pięknieje na głównego w świecie wirtuoza od kopnięć z rzutów wolnych, bramkami szczodrze obdarowuje już również kadrę narodową - przed rokiem bieżącym uciułał 19 bramek w 67 meczach, czyli miał taką sobie przeciętną 0,28, w roku bieżącym przeciętna skoczyła do imponującego 1,5. A ponieważ należy, jak ustaliliśmy, do ścisłej czołówki najwięcej grających i zawsze wytrzymuje pełne 90 minut...

Na razie wbijał piłkę do siatki 299 razy (stronniczo i na jego niekorzyść pomijam mecze reprezentacji olimpijskiej, rezerwy Barcelony etc). Przy wyczynach statystycznych rekordzistów to dorobek skromny - Josef Bican nastrzelał goli 805, Romario 772, Pelé 767, Ferenc Puskás 746, Gerd Müller 735 (autorzy rankingu wliczają im wszelkie możliwe rozgrywki). Tyle że Messi skończył ledwie 25 lat, nie zostawił za sobą nawet połowy kariery. Pohipotetyzujmy ostrożnie - niech do trzydziestki zasuwa w dzisiejszym tempie (73 mecze w klubie i kadrze na sezon), niech potem na pięć sezonów gwałtownie zwolni (znaczy 40 meczów na sezon). Wtedy wystarczy mu zachować do końca kariery średnią 0,89 bramki na mecz, by prześcignąć Bicana. A to średnia - przesuńcie wzrok do akapitu wyżej - poniżej jego standardów z dziś, wczoraj i przedwczoraj. Gdyby miał utrzymać aktualne tempo snajperskie, wybiłby się ponad wszystkich łowców goli niedługo po trzydziestce. Duch dziejów mu sprzyja, ogłaszałem niedawno wystrzałową erę futbolu oraz upadek sztuki defensywnej, która rodzi szaleństwa jak sobotnie dziewięciogolowe w La Coruñii.

Oczywiście nieszczęścia chodzą po ludziach, kariery niszczą rywale łamiący kości albo kobiety łamiące serca, w ciężką depresję wpędzić może ulubiony chomik, który zdechnie, albo zwykłe wypalenie zawodowe. Jeśli jednak Argentyńczyk - sprawiający wrażenie humanoida zaprogramowanego wyłącznie na strzelanie goli, niezainteresowanego niczym, czego nie można przesuwać stopą nad trawą - uniknie poważniejszych dramatów, to znacznie bardziej prawdopodobnie wydaje się, że zostanie rekordzistą, niż że nie zostanie. Jeszcze raz: nie mam pojęcia, czy urośnie na gracza wszech czasów, ale nabieram poważnych podejrzeń, że zejdzie z boiska jako snajper wszech czasów.

PS Przypominam, że jeszcze tylko do 23.59 we wtorek możecie wziąć udział w waszym ulubionym konkursie na jasnowidza roku.

sobota, 20 października 2012

Jasnowidz roku

Zasady konkursu stali czytelnicy i uczestnicy znają, przypadkowym i gapowatym wyjaśniam, że chodzi o czytanie w przyszłości. Kto ją przewidzi najlepiej, przy okazji następnej rocznicy istnienia „A jednak się kręci” zostanie ogłoszony zaszczytnym tytułem „Jasnowidza roku” i nagrodzony historyczną koszulką ostatniego zwycięzcy Ligi Mistrzów. Znów wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli za 12 miesięcy samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki zweryfikuję, by mieć pewność, że nikt z sobie tylko wiadomych powodów nie użył matematyki nieklasycznej.

Znów poprosiłem o wasze propozycje pytań i skorzystałem z pomysłów właścicieli następujących nicków: mattoi011, ytuch, gustav_adolf, nadir9, carles5, antropoid, patxi, madbringer (telefonicznie konsultowałem pytania z Miszą). Niektóre pomysły modyfikowałem, inne musiałem odrzucić z przyczyn technicznych - były niekonkretne, uniemożliwiające znalezienie odpowiedzi polegającej na twardych faktach.

Odpowiedzi przyjmuję do godz. 23.59 we wtorek (decyduje czas opublikowania komentarza), a jeśli rywalizacja wyłoni więcej niż jednego zwycięzcę, za rok zarządzę dogrywkę (już ekspresową). Do dzieła!

Czy do 18 października 2013 roku

1) Podbeskidzie utrzyma się w tzw. ekstraklasie?

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Legia Warszawa?

3) polski klub awansuje do Champions League?

4) polski klub awansuje do Ligi Europejskiej?

5) Arkadiusz Milik wciąż będzie grał w polskim klubie?

6) Franciszek Smuda dostanie posadę w polskim klubie?

7) polski piłkarz znów zostanie królem strzelców tzw. ekstraklasy?

8) reprezentacja Polski zakwalifikuje się na mundial w Brazylii lub zachowa szanse na awans?

9) zagra w niej Artur Boruc?

10) zadebiutuje w niej kolejny gracz bez przeszłości - nawet jednomeczowej - w naszej tzw. ekstraklasie?

11) Marcin Wasilewski będzie jej kapitanem w co najmniej jednym meczu?

12) Robert Lewandowski (15 bramek) doścignie Dariusza Dziekanowskiego oraz Ebiego Smolarka (20 bramek) i wejdzie do czołowej dziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach naszej kadry?

13) Tomasz Frankowski (163 gole) prześcignie Gerarda Cieślika (167 goli) w klasyfikacji najlepszych ligowych snajperów wszech czasów?

14) drużyna z Ameryki Płd. wygra mundial U-20?

15) Hiszpanie po raz trzeci z rzędu zdobędą mistrzostwo Europy U-19?

16) prezesem PZPN zostanie były piłkarz reprezentacji Polski?

17) felietony z cyklu „A jednak się kręci” będą nadal publikowane w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”?

18) liga polska utrzyma się w czołowej dwudziestce rankingu UEFA?

19) Łukasz Piszczek będzie nadal grał dla Borussii Dortmund?

20) Tomasz Kuszczak wróci do angielskiej Premier League?  

21) Roy Hodgson nadal będzie prowadził reprezentację Anglii?

22) Neymar zagra w Barcelonie albo Realu Madryt?

23) rezerwy Barcelony i Realu skończą drugą ligę hiszpańską w czołowej szóstce?

24) Luciano Spalletti nadal będzie prowadził Zenit St. Petersburg?

25) Jose Mourinho nadal będzie prowadził Real Madryt?

26) Tito Vilanova nadal będzie prowadził Barcelonę?

27) Roberto Mancini nadal będzie prowadził Manchester City?

28) Everton awansuje do Ligi Mistrzów?

29) BATE Borysów awansuje do niej po raz czwarty?

30) włoski klub dotrwa do ćwierćfinału Champions League?

31) oba kluby mediolańskie zagrają w sezonie 2013/14 Ligi Europejskiej?

32) Bayern utrzyma się na podium klubowego rankingu UEFA?

33) mistrzem Włoch zostanie drużyna spoza Mediolanu i Turynu?

34) Szachtar Donieck skończy sezon ligi ukraińskiej bez porażki?

35) Glasgow Rangers awansuje bez baraży do trzeciej ligi szkockiej?

36) klub z miasta położonego na wschód od Monachium awansuje do finału Ligi Europejskiej lub półfinału Ligi Mistrzów?

37) królem strzelców Ligi Mistrzów zostanie piłkarz spoza Europy?

38) Iker Casillas będzie na podium plebiscytu FIFA na najlepszego piłkarza świata?

39) Leo Messi wyrówna lub pobije swój klubowy rekord strzelecki (73 gole) ustanowiony w minionym sezonie?

40) polski piłkarz zdobędzie bramkę we włoskiej Serie A?

41) Radamel Falcao nadal będzie grał w lidze hiszpańskiej?

42) Edinson Cavani nadal będzie grał w Napoli?

43) Grzegorz Krychowiak nadal będzie grał w Reims?

44) Kaka nadal będzie grał w Europie?  

45) Marcelo Bielsa nadal będzie pracował w Europie?

46) Mano Menezes będzie selekcjonerem reprezentacji Brazylii?

47) reprezentacja Wybrzeża Kości Słoniowej wygra Puchar Narodów Afryki?

48) Belgia awansuje na mundial?

49) chiński lub japoński klub awansuje do półfinału azjatyckiej Ligi Mistrzów?

50) Władysław Jerzy Engel przyzna się na swojej stronie internetowej do regularnego czytania blogu „A jednak się kręci”?

17:13, rafal.stec
Link Komentarze (476) »
czwartek, 18 października 2012

Nie zdołam zorganizować dogrywki, bo spędzam teraz dni w festiwalowych ciemnościach, więc ogłaszam, że kultowy już, mam nadzieję, i coraz sławniejszy w całej Europie środkowej konkurs wróżbiarski wygrali czytelnicy posługujący się nickami neergrecorg oraz future-is-now. Laureaci dołączają do elity elit czytających w przyszłości, czyli triumfatorów poprzednich edycji „Jasnowidza roku” (na liście chwały widnieją jeszcze szewed, sexi.meri, pajac_kultury i rambocyc). Zanim prześlę nagrodę, czyli koszulkę tegorocznego zdobywcy Pucharu Europy, proszę o mejlową informację, jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

A teraz o tytułowej puencie. Pamiętacie być może, że przed rokiem zastanawialiśmy się, czy na wyniki konkursu nie spróbuje wpłynąć nieoficjalny patron blogu, znany m.in. z cudownie orzeźwiającego otoczenie poczucia humoru. Możliwości dostał ogromne, bowiem w ostatnim pytaniu, w zamiarze trochę retorycznym, chciałem, byście wyprognozowali, czy Władysław Jerzy Engel napisze choć jeden tekst na swojej stronie internetowej, w którym nie zrobi błędu ortograficznego ani interpunkcyjnego. I wyobraźcie sobie, że nasz zwany pieszczotliwie Władysławem Georgem bohater, który przez cały rok z imponującą konsekwencją i fantazją sadził byka za bykiem (czasem nawet w tytułach!), opublikował wczoraj przed północą „wpis” absolutnie pusty, pozbawiony choćby jednej litery!

Zwlekałem ze spisywaniem tej notki, bowiem nie miałem pewności, czy Władysław George Engel spłatał nam sympatycznego figla, czy zwyczajnie się pomylił. Na szczęście wątpliwości zostały rozwiane. Oto na witrynie pojawił się kolejny „wpis”, pod tradycyjnie dla tej rubryki odjazdowym tytułem „Dobry mecz”, a poprzedni - znaczy ów pusty - nie został usunięty:

Jerzy Engel

Doprawdy, nie mógł cichy przyjaciel „A jednak się kręci” piękniej uczcić okrągłej, piątej rocznicy istnienia mojego skromnego bloga. Po pierwsze, zadziałał tuż przed zamknięciem konkursu, czyli chciał nas zaskoczyć (a w dobrym psikusie bez zaskoczenia ani rusz). Po drugie, wysłał jasny sygnał, że nas nie porzucił, nadal czuwa, zagląda tutaj pasjami (podobnie jak my na www.jerzyengel.pl), prawdopodobnie gotów do pomocy w razie potrzeby. Po trzecie wreszcie, w wyrafinowany, szczery i oczywiście dowcipny sposób wyznał Władysław George, jak głęboko jest świadomy własnych słabości - nie poszedł na łatwiznę i nie wstukał jakiejkolwiek dupereli, którą oddał do adjustacji wyczynowcowi, lecz zaproponował dzieło niestandardowe, subtelnie sugerujące, iż jego autor nie popełni błędu, tylko jeśli nie napisze ani jednego zdania. To się nazywa taktyka absolutnie skuteczna! Czyż nie z takiej przebiegłości znaliśmy go jako trenera?

Ja tę przebiegłość w każdym razie pamiętałem, więc od razu wietrzyłem nieunikniony podstęp i zeszłoroczne pytanie formułowałem starannie. Zabezpieczyłem się użyciem słowa „tekst”. „Wpis” pozbawiony słów tekstem nie jest.

To była piękna walka na zasadzki, nie będę ukrywał wzruszenia, przynajmniej wy nie przesadzajcie na forum z okolicznościowymi życzeniami, podziękowaniami i hołdami, bo się całkiem rozkleję. Prosiłbym za to, podobnie jak w zeszłym roku, o propozycje pytań do kolejnej edycji „Jasnowidza”. Niektóre wykorzystam, dołożę swoje, całość opublikuję jutro lub - jeśli wydobędę się w ciemności zbyt późno - pojutrze. Główkujcie, głoście dobrą nowinę o wspaniałej puencie, namawiajcie do czytania przyszłości przyjaciół i wrogów. Przedstawienie musi i będzie trwać.

23:58, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
środa, 17 października 2012

Skandalu tym razem nie było, choć Anglicy zdawali się w zasięgu. Jak zwykle. Najważniejsze: sytuację w grupie mają Polacy taką, za jaką latem dalibyśmy się pokroić.

Okoliczności były wybitnie mitotwórcze. Potop z nieba, potraktowanie dachu jako tarczy antysłonecznej, a nie antydeszczowej, przełożenie meczu na 17 października, czyli w dokładną rocznicę Wembley... „Najważniejszy jest dla nas skandal” - tłumaczył dziesiątki lat temu Andre Breton, o co chodzi surrealistom. Gdyby dożył cudactw na Stadionie Narodowym, byłby wniebowzięty.

Piłkarzom pozostało tylko kontynuować surrealistyczny spektakl, czyli wreszcie zrównać Anglików z murawą. By ich przynajmniej sprowadzić na ziemię, naprawdę nie trzeba płodzić futbolowych arcydzieł. Kto zdjął wczoraj okulary z kompleksami, ujrzał w reprezentacji Anglii to samo, co zwykle w minionych latach. Drużynę torturującą bezstronnych kibiców prymitywnym stylem gry, godną naszych boisk mordęgę w tkaniu sensownych natarć pozycyjnych, poleganie na dłuuugich przerzutach lub rzutach wolnych i rożnych. Często kopali rywale koślawo, żadnym zachowaniem nie zasugerowali, że należą do światowej czołówki. Punkt dali im przywódcy. Steven Gerrard i Wayne Rooney aktywnie uczestniczyli w niemal każdej akcji defensywnej i ofensywnej.

Naszego szefa - spajającego tercet dortmundzki kapitana Błaszczykowskiego - brakowało, ale wiele drobiazgów naszym sprzyjało. Wszyscy kluczowi atakujący relaksowali się bezmeczowo półtora tygodnia, bo w piątkowy sparing z RPA tylko oglądali (Piszczek i Lewandowski, Obraniak chwilę potruchtał), a we wtorek dostali jeszcze dobę niespodziewanego wolnego. Niestety, największy polski gwiazdor znów wyglądał trochę jak podczas tamtego wieczoru Ligi Mistrzów w Manchesterze City - bezcenny jako piłkarz rozszarpujący defensywę przeciwnika, nie spełnił się jako snajper. Gola dla kadry nie wbił już od 612 minut. To będzie temat, bohater Borussii będzie musiał się z nim zmagać.

Anglia pozostała nietykalna, więc pozostanie dla nas przeciwnikiem z innego wymiaru, ale ja opuszczałem trybuny z przeświadczeniem, że gdyby nasi wygrali, to wywołaliby skandal głównie w sensie historycznym. Że znów potrzebowali całej połowy meczu, by porzucić patrzenie na rywali jak na niezniszczalne zjawy. Że rzucony na wyspiarzy cały nasz potencjał to akurat tyle, ile trzeba, by ich co pewien czas pokonać. Wczoraj za niemowlaka Wszołka, który jeszcze przed miesiącem nie marzył nawet o miejscu na skraju reprezentacyjnej ławki rezerwowych, wbiegał na murawę Mierzejewski, któremu miejsca na skraju ławki rezerwowych nie dają nawet w tureckim Trabzonsporze. A jednak udało się gości przygnieść do pola karnego.

Nad drobiazgami się nie pochylam, bo pochylił się Michał Szadkowski (tutaj), nie umiem natomiast nie wyrazić zdumienia, że zrobiło się tak dobrze. Jeszcze w połowie sierpnia wywołujący niedosyt remis z Anglią wydawał się przecież snem z gatunku właśnie surrealistycznych. Naszych pobili sparingowo Estończycy, zdezintegrowaną po klapie na Euro 2012 szatnię miał zmieniać w zwartą grupę Waldemar Fornalik, trener dotąd prowincjonalny.

Tymczasem polscy piłkarze wystartowali w kwalifikacjach mundialowych bardzo obiecująco, oczywiście jeśli za racjonalnie zdefiniowany cel uważamy dającą awans do baraży pozycję wicelidera grupy. Punkt zdobyty w Podgoricy znacznie się powiększył we wtorek, kiedy Czarnogórcy zwyciężyli w Kijowie, wartość trzech punktów zebranych w miernym meczu z Mołdawią wzrosła po remisie z Mołdawią Ukraińców, remis z Anglią wobec naszego nieuleczalnego kompleksu bezcenny jest zawsze. Mundial w Brazylii wciąż daleko, ale zobaczyliśmy przynajmniej delikatny zarys jego konturów. Jeszcze przed chwilą istniał tylko tam, skąd czerpali natchnienie surrealiści - w snach.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi