RSS
wtorek, 30 października 2012

River Plate - Boca Juniors

Argentyńczycy mają futbol we krwi w każdym możliwym sensie. Z okazji wczorajszego Superclásico zapraszam do podróży tam, gdzie piłka nożna bez przemocy nie istnieje. Stos trupów rośnie, liczy już 271 ciał. Felieton z wczorajszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

11:36, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 29 października 2012

PZPN, Zbigniew Boniek

Kiedy nasi wielcy piłkarze schodzą z boiska, karleją. Wyprzedają legendę za gruby szmal – jak kuriozalny eksprezes Lato, pajacują w mediach – jak Tomaszewski, nie dochrapują się znaczących funkcji – jak inni superbohaterowie medalowych mundiali, wyjąwszy Deynę, który zasłużyć się nie zdążył, bo młodo i na emigracji zginął w wypadku.

I Boniek po rzuceniu sportu zajmował się nade wszystko robieniem dobrego wrażenia. Teraz staje przed szansą, by zostać pierwszym polskim wybitnym piłkarzem, który przeobraził się w wybitnego działacza. Jego wyborczy triumf przyjęto ze zdumiewającym entuzjazmem, zwłaszcza ludzie oddaleni od futbolowej rzeczywistości żyją w przekonaniu, że będzie leczył samym dotykiem, choć choroby zdiagnozować w zasadzie nie umieją. Nie mówią, co właściwie sławny „Zibi” ma zrobić, słychać głównie zwyczajowe komunały o „kruszeniu betonu”.

Gdybym sam miał hierarchizować zadania prezesa, ich ogromną większość odsunąłbym jako drugorzędne.

Średnio mnie interesuje, gdzie działacze ulokują siedzibę, jaką pensję dla prezesa uchwalą, czy będą zmieniać wizerunek, gdzie zorganizują mecze reprezentacji, ile komu porozdają biletów, a ile zarobi na interesach z nimi handlująca prawami telewizyjnymi Sportfive. To sprawy ważne lub ważniejsze, ale znaczenie naprawdę doniosłe ma jedna – zbanalizowana deklamowanym przez lata komunałem o „szkoleniu młodzieży”.

Za powtarzanym bezrefleksyjnie sloganem kryje się precyzyjny cel wpływający na życie dziesiątek tysięcy ludzi, którzy podejmują decyzję, by poświęcić je wyczynowemu uprawianiu futbolu. Dziś mamy niemal pewność, że zostaną wyedukowani na graczy niezdolnych do konkurowania na międzynarodowym rynku pracy pod każdym względem – technicznym, taktycznym, fizycznym, mentalnym. Jutro musimy mieć niemal pewność, że talent nie zostanie zmarnowany, że nie zabijemy piłkarza w piłkarzu, jeszcze zanim wydorośleje.

Do osiągnięcia precyzyjnego celu prowadzi precyzyjnie wytyczona droga. Trzypasmowa. Jej budowa to najważniejsza misja nowego prezesa.

Po pierwsze, PZPN musi rygorystycznymi przepisami licencyjnymi skłonić kluby (nie tylko należące do tzw. ekstraklasy) do sumiennego prowadzenia rozbudowanych, obejmujących wszystkie kategorie wiekowe akademii dla młodzieży. Po drugie, musi wyselekcjonowanych młodych wciągnąć w tryby centralnego szkolenia – nieważne, czy splagiatuje pomysły hiszpańskie, niemieckie, holenderskie lub francuskie, czy pożyczy drobiazgi od wszystkich, byle powstał system spójny i efektywny. Po trzecie, PZPN musi zastąpić archaiczną, wyszydzaną przez absolwentów szkołę trenera przy AWF w nowoczesny uniwersytet, wypuszczający nauczycieli tak wykształconych, by ci od juniorów nie zabijali piłkarza w piłkarzu, a ci od seniorów wchłonęli wiedzę niezbędną do rywalizacji na poziomie międzynarodowym. (Może nawiązać współpracę z Coverciano, sławną włoską fabryką trenerów, oddaloną niespełna 300 km od rzymskiego domu Bońka?).

W nowym prezesie widziałbym wariację ministra edukacji, którego misja polega na dbaniu o poziom szkół zarówno państwowych, jak i prywatnych, by wychowywały absolwentów o kompetencjach adekwatnych do wymagań rynku pracy. To nie zadanie dla urzędnika, lecz niemal wizjonera, bowiem wymierne efekty przyjdą w następnym pokoleniu. Ale to również obowiązek przywódcy, który odniósł spektakularny wyborczy triumf, samodzielnie dobrał sobie przybocznych, cieszy się kolosalnym zaufaniem opinii publicznej.

Nowego szefa PZPN wciąż pamiętam jako sportowca imponującego ambicją, pasją i bezkompromisowością, dla którego zwycięstwo zdawało się kwestią honoru. Marzy mi się, by Boniek prezes potraktował nowe wyzwanie w stylu Bońka piłkarza – jak sprawę osobistą.

sobota, 27 października 2012

Zbigniew Boniek, PZPN

Gdyby powodzenie polskiej piłki nożnej zależało od sportowej klasy prezesa PZPN, zaraz bronilibyśmy mistrzostwa świata. Rządził król strzelców mundialu Grzegorz Lato, porządzi nasz najsłynniejszy gracz Zbigniew Boniek. To się nie zdarza niemal nigdzie.

Wizerunkowo związek z ligi okręgowej przeskoczył do ekstraklasy. Szefa przynoszącego wstyd przy każdym wystawieniu go na widok publiczny zdetronizował celebryta, który kumpluje się z samym prezesem UEFA Michelem Platinim. Szefa nieznającego biegle żadnego języka zastąpił salonowiec mieszkający od ćwierćwiecza w Rzymie, popularny także we włoskich telewizyjnych show. Szefa wyszydzanego i zarazem nienawidzonego przez kibiców – bohater tłumów, bezdyskusyjny lider przedwyborczych internetowych sond.

Futbolowi działacze, znani ze swojej betonowej trwałości poglądów, dojrzeli do zmian? Zainspirowała ich dodatkowo rewolucja technologiczna (używali maszynek do głosowania z kolorowymi przyciskami, co poważnie zdestabilizowało przebieg obrad)? Bońkowy powab skłania raczej do postawienia hipotezy, że zwyczajnie mieli dość. Przez lata zdawali się na krytykę impregnowani, ale ostatnio robiło się coraz duszniej. Wrogość ludu, w naszych rozinternetyzowanych czasach namacalna jak pejcz, narastała. Nawet szeregowi pracownicy centralnego i regionalnych związków skarżyli się, że odstraszają samym ujawnieniem miejsca zatrudnienia, sponsorzy brzydzili się kontaktu z piłką nożną nawet na poziomie lokalnym. PZPN stał się chyba najwstrętniejszą dla opinii publiczną polską instytucją, choć konkurencję ma bardzo mocną.

Było nieprzyjemnie, robiło się też, z powodu owej niechęci świata biznesu, niebezpiecznie finansowo. Z Bońkiem PZPN z dnia na dzień zyskuje przyjazną, dającą nadzieję twarz. Nawet politycy, i to politycy z pułapów Grzegorza Schetyny, go lubią.

Były gwiazdor Juventusu Turyn zmądrzał jako polityk. Za czasów swojej wiceprezesury przed dekadą nie ukrywał pogardy dla działaczy, teraz złagodniał, przemawiał albo koncyliacyjnie, albo starając się szarpnąć za emocje głosujących.

Przekonał ich, tak jak zdołał przez lata utrzymać sympatię fanów, choć po zejściu z boiska znacząco się od środowiska nie różnił. Ani jako zarządca w Widzewie (bez sukcesów), ani postawą etyczną (kręcił w imię interesu łódzkiego klubu), ani jako selekcjoner reprezentacji (zdezerterował po kilku nieudanych miesiącach), ani jako trener (pasmo klęsk we włoskich klubach).

Ale jako wiceprezes PZPN swoje zasługi miał. I od dawna marzył, by zajść jeszcze wyżej, na sam związkowy szczyt. Wtargnął tam niespodziewanie, po dryblingu jak z boiska. Odniósł największy sukces po zakończeniu kariery zawodnika.

Najpierw, w przedwyborczym wystąpieniu, sporo mówił o szkoleniu młodzieży. Wyjaśniał nawet, dlaczego jego zdaniem nadwiślański system edukacji kształci wyroby piłkarzopodobne – graczy bez właściwości, którzy więdną, zanim rozkwitną. To fundamentalny problem naszego futbolu, wszystkie inne kurczą się przy nim do problemików.

Jeśli Boniek go rozwiąże, jeśli nie skupi się wyłącznie na fetyszu działaczy, czyli „naprawianiu wizerunku PZPN”, wybuduje sobie pomnik największy. Jako gracz, choć sławą przysłania wszystkich, ma konkurentów – trochę wirtuozów się jednak dochowaliśmy. Niestety, wszyscy giganci boiska, to już u nas tradycja, poza boiskiem maleli. Dlatego po ozdobieniu wielkiej kariery przełomową prezesurą Boniek rywalom ucieknie – stanie się największą osobistością w dziejach polskiego futbolu.

piątek, 26 października 2012

wybory w PZPN

Zbigniew Boniek, pozujący na światowca wyrastającego ponad prowincjonalizm naszych działaczy, odmówił polsatowskiemu Cafe Futbol udziału w debacie kandydatów na szefa polskiej piłki, wymawiając się bąknięciami o niechęci do publicznych kłótni. Postanowiliśmy wówczas w redakcji zaprosić wszystkich pretendentów do najwyższego pezetpeenowskiego stołka do wypełnienia kwestionariusza na wzór używanych w trakcie igrzysk parlamentarnych oraz prezydenckich, zwanego popularnie latarnikiem wyborczym. Mieli odpowiadać na pytania prostym „tak” lub „nie”, a obok ewentualnie lapidarnie doprecyzować, co mają na myśli.

Czy PZPN powinien nakładać zakaz gry w lidze na piłkarzy oskarżonych o korupcję w sporcie? Czy zatrudni pan człowieka nienależącego dziś do władz PZPN, który dostanie zadanie zorganizowania centralnego systemu szkolenia młodzieży? Czy zarząd PZPN powinien liczyć mniej niż 10 członków? Czy podoba się panu, że PZPN oddał firmie Sportfive prawa marketingowe i telewizyjne do 2020 roku? Czy spróbuje pan renegocjować tę umowę? Czy zrobi pan wszystko, by siedzibę Związku przenieść na Stadion Narodowy? Czy zmusi pan przepisami licencyjnymi kluby ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi do prowadzenia określonej, większej niż obecnie liczby drużyn juniorskich? Czy selekcjoner reprezentacji musi być Polakiem? Czy zmniejszy pan liczbę biletów na mecze kadry rozdawanych regionalnym działaczom PZPN? Czy zamierza pan pełnić funkcję prezesa społecznie, rezygnując z wynagrodzenia?

Zadaliśmy dziesięć pytań, by kibic miał choćby pobieżną orientację w poglądach kandydatów, zwłaszcza że z ich medialnych wypowiedzi wynika, iż głównym celem PZPN będzie poprawa wizerunku.

Wywołaliśmy popłoch. „Latarnika” opublikować nie możemy. Bez wahania i precyzyjnie odpowiedział Roman Kosecki. Rozcieńczającymi konkret uzasadnieniami podparł się Edward Potok. Pozostali kluczyli, wykręcali się, aż solidarnie zaniemówili. - Uważam pana za przeporządnego człowieka, ale muszę postąpić zgodnie ze swoim sumieniem - tłumaczył Robertowi Błońskiemu Zdzisław Kręcina, który lamentuje, że „Gazeta” niewłaściwie relacjonuje jego zmagania z wymiarem sprawiedliwości. Stefan Antkowiak najpierw odmawiał zeznań kategorycznie, a potem też utyskiwał, że źle traktujemy go na łamach. Boniek po wstępnym wiciu się rzucił, iż rozważy zmierzenie się z pytaniami tylko wtedy, gdy odpowiedzi udzielą wszyscy konkurenci. Ostatnią turę negocjacji uciął triumfalnym: „A ja rozmawiałem z Antkowiakiem i wiem, że nie wypełni!”.

Politycy gromadnie pchają się pod mikrofony, by ich głos dopłynął do maksymalnej liczby odbiorców, piłkarscy działacze tarzają się tylko w swojej kałuży, więc spowiadać nie muszą się przed nikim. Są bezgranicznie niezależni i nietykalni, wspólne dobro, którym zarządzają, dawno zawłaszczyli, opinię publiczną trzymają w głębokiej pogardzie. Nawet Boniek, celebryta o wizerunku szokująco rozbieżnym z rzeczywistością - w kibicowskich sondach prowadzi zdecydowanie, jakby Puchar Europy zdobył wczoraj, nie ćwierć wieku temu.

Przygnębiający dowód na nienaruszalność układu dostajemy w pertraktacjach Koseckiego z Potokiem. Oto poseł Platformy Obywatelskiej, partii ponoć wściekle zwalczającej osławiony działaczowski beton i próbującej skruszyć go wciśnięciem do Związku kuratora, współpracuje z reprezentantem tego betonu modelowym. I jeśli zwycięży, to wokół niego ujrzymy zapewne tłum pezetpeenowskich niezatapialnych, chętnie wiosłujących i z Michałem Listkiewiczem (prezes poprzedni), i z Grzegorzem Latą (prezes ustępujący), i w ogóle z każdym, kto odwdzięczy się synekurami. A jeśli Kosecki w pierwszej turze zbierze mniej głosów niż Potok i poprze sojusznika w następnych turach, dojdzie do paradoksu jeszcze efektowniejszego, ukazującego bezsilność PO - po przegranej wojnie totalnej (kurator) i niepowodzeniu aksamitnej rewolucji (przejęcie prezesury przez jedną z byłych gwiazd reprezentacji) nastąpi ostateczna polityczna kapitulacja, jej przedstawiciel pomoże betonowemu działaczowi wygrać wybory.

To wariant najbardziej prawdopodobny, jednak z powodu bublowatej ordynacji wyborczej prezesa może wyłonić przypadek. Co znaczenie ma o tyle niewielkie, że każdy triumfator staje się zakładnikiem tych, którzy go poparli. W kwestiach fundamentalnych bezpieczniej milczeć także dlatego, że w sensie realnych powyborczych skutków konkurentów dzieli znacznie mniej, niż nam się zdaje.

Tagi: PZPN
10:57, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
środa, 24 października 2012

Borussia Dortmund - Real Madryt

Akurat teraz, w najgłębszym kryzysie od lat, Borussia Dortmund zderzy się z mierzącym w dziesiąty Puchar Europy Realem Madryt. A reprezentanci Polski - z Cristiano Ronaldo i Pepe, przeciwnikami najsilniejszymi z możliwych.

To najgorszy czas na chorobowe. Pechowiec Kuba Błaszczykowski skręcił kostkę nie tylko przed arcyprestiżowym przebojem Bundesligi z Schalke Gelsenkirchen, ale i świętem w Lidze Mistrzów - na dortmundzki stadion przylatuje drużyna wyładowana megagwiazdami obficiej niż jakakolwiek w świecie poza Barceloną.

Wokół Łukasza Piszczka - od dwóch sezonów najlepszego bocznego obrońcy niemieckich boisk - wirował będzie Ronaldo. Atletyczne monstrum, gracz snajpersko nienasycony, wieczory w Champions League traktujący ze specjalną atencją. Groźniejszego lewoskrzydłowego nasz reprezentant w Europie nie spotka.

Robert Lewandowski wejdzie natomiast w zwarcie z Pepe, defensorem wybitnie nieprzyjemnym, który zapada w pamięć chyba każdemu napastnikowi. A ponieważ Polak też lubi wypowiadać rywalom wojnę na łokcie, zanosi się na intensywną fizyczną pracę i pasjonujący pojedynek.

Zanosiłoby się też na zacięty mecz, gdyby nie wysoce niepokojące dla gospodarzy okoliczności. Oni wystartowali w Lidze Mistrzów znakomicie, wygrywając z Ajaxem Amsterdam i remisując w Manchesterze z City, lecz Real przyjmują zdołowani. W ośmiu kolejkach Bundesligi uciułali ledwie 12 punktów (lidera stracili już z oczu, Bayern prowadzi z kompletem zwycięstw), w sobotę ponieśli bolesną klęskę z Schalke, w dodatku Jürgen Klopp, trener znany dotąd ze starannego planowania taktycznego, stracił głowę. Ustawił piłkarzy w systemie 3-5-2, którego nigdy nie ćwiczyli nawet na treningach. Do winy sam się po meczu przyznał, jedną z jego ofiar był Piszczek, w trakcie gry dodatkowo przerzucony na lewą flankę, gdzie miotał się jak skrępowany kaftanem bezpieczeństwa.

Klopp kombinował, bowiem jego stabilną budowlę zburzyły kontuzje. Nie było ani wracającego ostatnio do wysokiej formy rozgrywającego Mario Götzego, ani lewego obrońcy Marcela Schmelzera, ani defensywnego pomocnika Ilkaya Gündogana, ani wspomnianego Błaszczykowskiego. I być może nieobecność tego ostatniego w największym stopniu skłoniła trenera do szukania kwadratury koła - zmiennika nie miał, zabójczy polski trójkąt został rozerwany, więc próbował przysunąć Piszczka bliżej Lewandowskiego.

Dortmundczycy w normalnej formie uprawiają futbol, jaki ceni i chce wpajać swoim podwładnym trener Realu José Mourinho - inteligentny taktycznie, bazujący na agresywnym pressingu, nieustającym ruchu wszystkich graczy i błyskawicznym przechodzeniu z obrony do ataku. Widzieliśmy to tamtego wieczoru w Manchesterze, kiedy goście krócej trzymali piłkę, lecz wyprowadzali znacznie więcej ciosów i po remisie, wyniku przecież okazałym, czuli niedosyt.

Jako snajper zawiódł tam Lewandowski. Jego wielofunkcyjność jest dla drużyny bezcenna, o czym świadczą wybory Kloppa. W ubiegłym sezonie Polak grał zawsze i wszędzie, gdyby nie był oszczędzany przed poprzednią kolejką LM, to trwałaby właśnie niesamowita passa - dziś wieczorem rozegrałby w Borussii 60. mecz z rzędu. Skuteczności naszemu stachanowcowi wciąż jednak brakuje. W dogodnych okolicznościach zbyt często pudłuje (City zostałoby pokonane, gdyby nie zmarnował dośrodkowania Gündogana), a napastnicy w starciach wagi superciężkiej - z rywalami klasy Realu - okazję do strzelenia gola miewają rzadko.

Madrycka defensywa, ostatnio zaskakująco niepewna, też jednak straszy sporymi wyrwami. Kontuzje skosiły wszystkich bocznych obrońców (Marcelo, Fabio Coentrao, Alvaro Arbeloę) i trener Mourinho upycha na lewej flance defensywnego pomocnika Michaela Essiena. Na lewej flance, czyli tam, gdzie fruwać ma Piszczek. I jeden z bohaterów wieczoru w Manchesterze Götze, który powinien wrócić do składu. Z czasem walczą również Schmelzer i Gündogan. Jeśli zdołają wydobrzeć, wzrośnie prawdopodobieństwo, że Borussia nie będzie w niczym przypominać bezhołowia z soboty.

Nie może przypominać, jeśli marzy choćby o urwaniu Realowi punktu. Królewscy zniosą w bieżącym sezonie wszelkie niepowodzenia krajowe, jeśli tylko od zwycięstwa do zwycięstwa mknąć będą w Lidze Mistrzów. Wzięcie trofeum po raz dziesiąty traktują jak wielką misję dziejową, Mourinho wynajęli właśnie w tym konkretnym celu, w rundzie grupowej nie zwykli nawet remisować. Wygrali oba mecze w tej edycji, wygrali wszystkie sześć w poprzedniej. I jeszcze wbijali rywalom średnio ponad trzy gole.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi