RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Wszyscy się radowali radością Levante, to i ja nie mogę? Cierpliwie czekałem, aż się zsuną - rzecz jasna już bezpowrotnie – z pozycji lidera i prędko spisałem o nich felieton. Jest tutaj.



niedziela, 30 października 2011

Piłkarze z Turynu wygrali 2:1 szlagier w Mediolanie, a wcześniej wystrzelili na pozycję lidera ligi włoskiej. Akurat teraz, gdy znienawidzeni rywale sięgnęli dna - na razie przeżywają najsmutniejszy czas od sezonu 1946/1947.

Słowa łagodniejszego niż „nienawiść” użyć nie sposób, bo niechęć między oboma włoskimi potentatami zintensyfikowały wciąż niezabliźnione rany po korupcyjnym skandalu Calciopoli. Kibice i działacze Juventusu pozbawieni dwóch tytułów mistrzowskich i zdegradowani kilka lat temu do Serie B uważają, że także Inter powinien zostać ukarany, jego przedstawiciele również bowiem wpływali lub usiłowali wpływać na obsadę sędziowską meczów.

Tamta afera otworzyła najpiękniejszą od półwiecza erę mediolańczyków i najbardziej ponurą od półwiecza erę turyńczyków. Pierwsi jęli taśmowo zdobywać mistrzostwo Włoch, triumfowali w Lidze Mistrzów, w sumie ustrzelili 12 trofeów. Drudzy co prawda natychmiast wydostali się z drugoligowego czyśćca, ale ostatnio dwukrotnie kończyli ligę na siódmym miejscu. Właściciele usuwali prezesów i dyrektorów, wymieniali trenerów, co pół roku kupowali tabun piłkarzy. Zamęt.

Równowagę turyńczycy odzyskali dopiero teraz. Idealnie wycelowali z transferem niechcianego w Milanie, oddanego za darmo Andrei Pirlo, a drużynę oparli na całym bloku reprezentantów Włoch - prócz wspomnianego rozgrywającego wystawiają rewelacyjnego pomocnika Marchisio, defensorów Barzaglego, Bonucciego i Chielliniego, bramkarza Buffona. Więcej rodzimych graczy zatrudniają tylko Siena i Atalanta, a Juve chętnie obstawia ich obcokrajowcami świetnie obeznanymi z Serie A - jak błyskotliwy napastnik Vucinić (wyjęty z Romy) czy zabójczo niebezpieczny w ofensywnych wypadach prawy obrońca Lichtsteiner (Lazio).

Rządzi nimi Antonio Conte, też swój chłop. Zanim został trenerem, był kapitanem turyńczyków - oddał opaskę będącemu dziś u schyłku kariery Alessandrowi del Piero. On zdaje sobie sprawę, że nie dowodzi wirtuozami, więc zmusza ich do ciężkiej pracy - zagonił piłkarzy do siłowni (ćwiczenia ordynuje Hiszpan Julio Tous, który współpracował z Barceloną i tenisistą Rafaelem Nadalem), wytrzymałość nadaje im Paolo Bertelli (wybierany już na najlepszego specjalistę od przygotowania fizycznego w Serie A), zdrowie monitoruje i redukuje ryzyko kontuzji prof. Roberto Sassi (doświadczenia zbierał wszędzie - od Valencii, przez Chelsea, po Dynamo Moskwa). Grupa kooperuje znakomicie, mimo ogromnych obciążeń turyńscy piłkarze rzeczywiście wytrzymują w zdrowiu, choć w minionych sezonach rozmaite choróbska kładły ich pokotem.

Lato było mordercze, zawodnicy opowiadali, że biegają jak szaleni, ale teraz nie żałują. Im dłużej trwa mecz, tym wyraźniejszą przewagę atletyczną zyskują. Conte czuwa, by nikt się nie ociągał - ani na treningu, ani w trakcie gry. O swoim prawoskrzydłowym potrafi powiedzieć: „Jeśli Pepe spada intensywność, wyciągam kij z nabitymi na niego gwoździami. To mój sekret”. Sam też angażuje się totalnie, po meczach traci głos, po sobotnim zwycięstwie usłyszał od arbitra, że jak się nie uspokoi, nie dociągnie do sześćdziesiątki.

Trener Conte żąda, by jego ludzie bez wytchnienia biegali, wykorzystywali do gry całe boisko, poświęcali się dla siebie nawzajem, wywierali na przeciwników ciągłą presję. - Kiedy przyszedłem do klubu, wszyscy byli dla wszystkich bardzo mili. Ja chciałem, byśmy stali się nieprzyjemni tak szybko, jak to możliwe. Zwycięzcy są zawsze nieprzyjemni - mówi. Ma taki autorytet i posłuch, że teraz musi uczyć piłkarzy odpoczywać. - Trzeba czasem pobawić się piłką, nie da się grać na sto procent przez godzinę bez przerwy - wzdycha.

Rywalom nie pomógł nawet José Mourinho, który dwukrotnie dzwonił do trenera Claudio Ranieriego (kiedyś go wyszydzał), by podpowiedzieć mu, jak pobić Juventus. Odkąd w zeszłym roku Portugalczyk uciekł z Mediolanu do Madrytu, Inter staczał się w chaos. Zdążył nająć już czterech trenerów, ale żaden nie umiał zjednać sobie piłkarzy - chyba nasyconych sukcesami, czujących, że zamknęli, jak mówią Włosi, pewien cykl.

Nowego nie otworzyli. O ile Juventus, inspirowany jeszcze najnowocześniejszym stadionem w Italii, wreszcie rozwija spójny projekt, o tyle właściciel Inter znów reaguje porywczo i dokonuje przypadkowych wyborów transferowych. Turyńczycy 30-latków wśród kluczowych graczy nie mają niemal wcale, mediolańczycy niemal nie mają młodszych. Ci ostatni wyeksportowali bezcennego Samuela Eto’o, a następcy prędko nie znajdą, jeśli chcą sprostać wymogom wprowadzanego przez UEFA finansowego fair play (poprzedni sezon przyniósł 87 mln euro strat). Skoro dziś wystają ledwie punkcik ponad strefę spadkową, coraz realniejszy staje się scenariusz już przeze mnie na blogu zapowiadany - ani Inter, ani Roma nie awansują do Ligi Mistrzów, co nie zdarzyło się od 1997 r.

W każdym razie tak koszmarnie jak teraz mediolańczycy sezonu nie rozpoczynało ostatnio nawet rozbite Juve.

sobota, 29 października 2011

Do publicystycznej paplaniny o nowym aspekcie komercjalizacji futbolu - jej wpływie na język prezesów i trenerów - skłoniła mnie reakcja szefa Borussii Dortmund na niepowodzenia w Lidze Mistrzów. I napisałem. Przeczytacie po kliknięciu tutaj.

Money, money, money

czwartek, 27 października 2011

Spojrzałem, jak piłkarze Realu zawładnęli wczoraj przedpolem Villarrealu, jak przywarli do przeciwników, jak znów rozstrzygali mecz, zanim na dobre się rozpoczął, i już nie wiedziałem, czy patrzę na wściekłe psy, tornado, nalot dywanowy czy ożywione, powiększone cząstki elementarne, które udowadniają w praktyce, że włoscy naukowcy mają rację - materia może poruszać się szybciej niż światło. Inauguracyjny kwadrans to była istna stroboskopowa orgia, goście błąkali się otumanieni, kto nie dostał oczopląsu, ten bohater. Trener chyba dostał, skoro w drugiej połowie (przy stanie 0:3!), napastników Rossiego i Rubena zastąpił obrońcą Mario oraz defensywnym pomocnikiem Senną. Nie walczył, błagał o zmiłowanie.

Misja Jose Mourinho weszła w trzecią fazę. Jesienią 2010 r. poznawał ludzi i testował granice ich możliwości, co znalazło ponury finał w najcięższej klęsce w jego karierze - pięciobramkowej chłoście w El Clasico. Wiosną 2011 r. nadał drużynie osobowość. Teraz, jesienią 2011 r., nadał grze niespotykane chyba w całym współczesnym futbolu tempo.

Madrycki styl gry ewoluuje tak, jakby Mourinho chciał maksymalnie odróżnić się od Barcelony. Jakby obaj potentaci mieli stanąć na przeciwległych biegunach planety piłka nożna. Im bardziej Katalończycy rozciągają w czasie swoje wielopodaniowe łańcuszki, tym uparciej skracają i upraszczają natarcia piłkarze Realu. Kontratak poprzedzający wczoraj trzeciego gola przebiegał jak perfekcyjna sprinterska sztafeta, w której przekazywanie pałeczki nie opóźnia biegu ani o ułamek sekundy.

Nie umiem ocenić, czy piłkarze Mourinho zbliżają się do Barcy. Zdążyłem już pojąć, że mecz z nią jest wyzwaniem osobnym, że przed meczem z nią nie ma sensu wyciągać wniosków z żadnych innych gierek. Na pewno to przede wszystkim gwiazdorów z Madrytu rozsadza energia pozwalająca w razie potrzeby ustrzelić przez 90 minut dowolną liczbę goli. Katalończycy stają się szacowną, niedoścignioną klasyką, a Królewscy - niesioną młodzieńczym entuzjazmem nową falą. Jeśli zresztą wyjąć słabszy tydzień z połowy września, kiedy na boiskach się krztusili, przeciwników z ligi hiszpańskiej i Ligi Mistrzów wyłącznie rozgniatają: wygrywali kolejno 6:0, 4:2, 6:2, 3:0, 4:0, 4:1, 4:0, 4:0, 3:0.

Wczoraj naszło mnie wspomnienie z głębokiego dzieciństwa - Hiszpanie potrzebowali swego czasu wygrać mecz jedenastoma bramkami, by w ostatniej kolejce eliminacji awansować na mistrzostwa Europy. I znokautowali Maltę 12:1. Nie wiem, czy wszystko odbyło się wówczas całkiem czysto (dziewięć goli padło po przerwie...), ale chętnie wrzuciłbym dzisiejszy Real w futbol ekstremalny, czyli wynagradzał dodatkowym ligowym punktem zwycięstwa dwucyfrowe. To mogłoby przenieść wyścig supermocarstw w zupełnie inny wymiar;-)

środa, 26 października 2011

Andrzej Olejniczak przestał być szefem działu sportowego „Gazety”. Czytelnikom niewiele to powie, ale my, byli już podwładni, poczuliśmy, że kończy się epoka. I to nie ze względu na jego staż - imponujący, Andrzej kierował działem od 1994 roku.

Osobiście jestem mu winien dośmiertną wdzięczność za to, że nie wylał mnie z pracy.

Kiedy w listopadzie 1998 roku, po wygraniu konkursu na dziennikarza działu sportowego „Gazety”, wchodziłem do redakcji, wnosiłem ze sobą determinację, żeby przy pierwszej okazji uciec. Sportem pasjonowałem się od zawsze, ale nie sądziłem, by pisaniem o nim warto było zajmować się na poważnie. Planowałem prędką ewakuację do działu kulturalnego.

Minął rok, fotoreporter Kuba Atys stanął obok Olejniczaka, a ten wskazał na mnie i westchnął: „Stec to moja największa pomyłka”.

Gdyby mnie wówczas wyrzucił, miałby rację. Na szczęście nie wyrzucił, lecz pomógł stopniowo dojrzeć do oczywistego dziś wniosku, że bycie dziennikarzem od sportu może być inspirujące. Zaczął mnie wysyłać na mundiale i igrzyska; pozwolił podglądać zza pleców, jak się redaguje; pewnego dnia rozkazał pisać felietony; wymyślił świetną nazwę dla stałej rubryki („A jednak się kręci”, przeszczepiłem ją później na blog) i zatrzęsienie tytułów do tekstów. Mój ulubiony to „Antek policmajster” - do akapitów o trenerze Piechniczku, który nie zezwalał ligowym prezesom zatrudniać trenerów bez licencji.

Andrzej wymyślał nam tytuły, wymyślał tematy, pod którymi podpisywali się inni, wymyślał niezapomniane okładki „Gazety Sport” (kultowi „Piłkarze do zupy”, o kopaczach, którzy przerżnęli mundial w kompromitującym stylu, ale i obłowili się na reklamach zupek w proszku), pilnował, byśmy konsekwentnie trzymali się na łamach głównych wątków, które postrzegaliśmy jako misyjne - od prania działaczowskich mózgów, by importowali zagraniczną myśl szkoleniową, przez tępienie ich rujnującej nasz sport niekompetencji, po wojnę z korupcją w futbolu. To on był współautorem przełomowego wywiadu, w którym Piotr Dziurowicz wyśpiewał (prawie) wszystko o procederze trwającym dziesięciolecia. Razem zmienialiśmy rzeczywistość, wpływaliśmy na cały polski sport.

Od swoich ludzi oczekuje przede wszystkim pasji, entuzjazmu, fascynacji sportem. Wie, że wtedy wciągające artykuły piszą się same. Nie znosi, gdy ktoś widzi w dziennikarstwie zawód jak każdy. „Nie jesteś urzędnikiem poczty” - mówi.

Taki niewdzięczny los redaktorów, że nawet wybitni pozostają anonimowi. Niezasłużenie, co niniejszym na swoją skromną, blogową miarę próbowałem zmienić.

Dzięki, Andrzej.

00:16, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi