RSS
niedziela, 31 października 2010

Kiedy piłkarze padają jeden za drugim, kiedy gromadnie zmieniają się w chronicznych pacjentów, kibice zazwyczaj psioczą na pecha, ewentualnie tłumaczą pomór nadwrażliwością członków swoich idoli. Trenerowi czasem pomór wręcz sprzyja, bo pozwala usprawiedliwić niepowodzenia lub dodaje chwały po zwycięstwach.

On zostaje uznany za winnego plagi rzadziej. A winny bywa - wyniszczać zdrowie piłkarzy mogą jego metody treningowe. Minionego lata natknąłem się - przypadkiem, w zaskakujących okolicznościach - na jednego z lekarzy Interu, który powiedział mi, że mediolański klub zanalizował swoją dokumentację medyczną z ostatnich kilkunastu lat, by zbadać, pod czyim przywództwem kadra cieszyła się dobrym zdrowiem, a pod czyim szatnię toczyły choróbska.

Wyszło, że piłkarze najłagodniej znosili ćwiczenia Jose Mourinho. A najciężej znoszą ćwiczenia Rafaela Beniteza - co rusz dopadają ich mniejsze lub większe urazy. Był początek sezonu, mój rozmówca nie umiał jeszcze rozstrzygnąć, czy podupadli na zdrowiu wskutek zmiany metod, czy wskutek niewłaściwych metod. A może cierpią po wycieńczającej wiośnie, podczas której musieli przetrwać do finałów wszystkich rozgrywek?

Mijają tygodnie, gracze Interu wciąż padają. Najczęściej nie wytrzymują im mięśnie (przede wszystkim dwugłowy uda, także podczas zgrupowań reprezentacji narodowych), mechaniczne uszkodzenia wywołane starciami z rywalem prawie się nie zdarzają. Położyło ich już blisko 30 kontuzji przeciążeniowych, ponad miesiąc leczył się Diego Milito, jako ostatni nie wytrzymali bramkarz Julio Cesar oraz Esteban Cambiasso. Wśród ofiar był nawet uchodzący za niezniszczalnego Javier Zanetti.

Benitez lubi zagonić ludzi do siłowni, każe im też biegać. Wywrócił sportowe życie mediolańczyków do góry nogami, bo jego poprzednik wierzył tylko w trening z piłką. Ze swojego fundamentalizmu w tej kwestii Mourinho słynie, zawodnicy uwielbiają jego zajęcia, bo właściwie zawsze w coś grają. Stały asystent Portugalczyka - współpracujący z nim w Porto, Chelsea, Interze i Realu Madryt specjalista od przygotowania fizycznego Rui Farias - tłumaczy, że mięśnie muszą się adaptować tylko do zachowań boiskowych, więc poza boiskiem szarpać nimi nie ma sensu. „Widział ktoś pianistę, który biega wokół fortepianu zamiast uderzać w klawisze?

Teoria sprawdzała się na San Siro i na razie sprawdza się na Santiago Bernabeu, w Realu leczy się zawodników niewielu i leczą się raczej drugorzędni, wyjąwszy rzecz jasna Kakę, zmagającego się z problemem starym i przewlekłym.

Sezon ledwie się rozpoczął, więc nie wiadomo, jak długo „Królewscy” w zdrowiu wytrwają. Nie wiadomo też, czy metody Beniteza nie okażą się skuteczne na dłuższym dystansie - piłkarze go bronią, także ustami Zanettiego, który pewnie nie pamięta, kiedy poprzednio kurował się tygodniami. Niewykluczone, że mediolańskie organizmy przywykną do nowego i Inter w odpowiedniej chwili odetchnie pełną piersią.

Hipotezę o niesprzyjającej muskułom technologii treningu Beniteza i sprzyjającej muskułom technologii Mourinho uprawdopodobnia jednak analiza ich strategii personalnych.

Hiszpański trener lubi rozrośniętą kadrę i tzw. rotację w składzie. W Liverpoolu zarzucano mu, że zamiast wydać pieniądze na kilku supergraczy, rekrutuje tabun przeciętniaków. I udowadniano, że boje rekordy w manipulowaniu podstawową jedenastką. Jakby obawiał się, że minuta więcej na murawie powali najwyższą górę mięśni.

Na San Siro tasować nazwiskami Benitez może niespecjalnie, bo drużynę odziedziczył po Mourinho. Transferów nie było, a portugalski trener jako jeden z nielicznych w tym fachu woli kadrę stosunkowo wąską - uważa, że wraz z rosnącą liczbą rezerwowych przybywa kłopotu z utrzymaniem wszystkich w dobrym humorze.

On na pewnym etapie pracy lubi wyznaczyć wyraźne kontury podstawowej jedenastki. Tak było ostatnio w Interze, tak jest w Realu. Tyle że w Mediolanie wszystko działo się dość wolno (Mourinho popełnił tam kilka grubych błędów transferowych), a w Madrycie wszystko przebiega szokująco szybko. Po kilku zaledwie meczach prób Mourinho wyselekcjonował podstawową jedenastkę, od pięciu kolejek ligowych zmienia co najwyżej prawego obrońcę, niemal od początku sezonu proponuje niemal niezmienne linie pomocy i ataku - z Xabim Alonso i Khedirą, przed nimi di Marią, Ozilem i Ronaldo, przed nimi Higuainem.

Stabilniejszej drużyny nie wystawia żaden czołowy klub w Europie, choć w trakcie gry Mourinho umie porwać się na ruch radykalny - jak sobotnie zdjęcie obrońcy Pepe, by Herculesa spróbował ugodzić napastnik Benzema. A im częściej gang Portugalczyka będzie doskonalił się w ostrzeliwaniu wrogów tą samą plątaniną nóg, tym prędzej posłuchamy zapewne jego kanonady w półfinale Ligi Mistrzów (nie było tam Realu od 2003 roku), finale Copa del Rey (nie było tam Realu od od 2004 roku) albo szlagierze nad szlagierami (Barcelona wygrywała cztery ostatnie Gran Derbi). O ile oczywiście kończyny Królewskich wytrzymają. Oni pod jeszcze jednym względem nie mają w europejskiej czołówce konkurencji - są nie tylko najzdrowsi, ale i najmłodsi.

15:16, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
piątek, 29 października 2010

PZPN rozesłał po redakcjach zaskakującego mejla. Tytułuje go szumnie „Podsumowaniem roku pracy Franciszka Smudy”, ale wypełnia nagim statystycznym zestawieniem, w którym czytamy np., że reprezentacja za kadencji obecnego selekcjonera cztery mecze wygrała, pięć zremisowała i pięć przegrała. Co zgodnie z wolą samego szefa całego bałaganu - inaczej naszej kadry nazwać nie sposób - nie powinno mieć żadnego znaczenia, bo na razie nie organizujemy sparingów w poszukiwaniu zwycięstw, lecz w poszukiwaniu wojaków, z których zlepimy oddział bitny, zdolny walczyć ku chwale ojczyzny podczas Euro 2012.

Jeśli jednak PZPN proponuje zadumać się przez chwilę nad wynikami, to ja proponuję ich własną interpretację. Przeciwników Polaków dzielę na tych, którzy prezentują poziom odległy od niezbędnego, by wystąpić na mistrzostwach naszego kontynentu, oraz na tych, którzy wedle mojej oceny kopią lub są w stanie kopać na poziomie turnieju finałowego. Do pierwszej kategorii zaliczam Kanadę, Tajlandię, Singapur, Bułgarię, Finlandię oraz Ekwador - w starciach z nimi podwładni Smuda uzbierali aż cztery zwycięstwa. Do drugiej kategorii wrzucam Serbię, Ukrainę, USA, Rumunię (mimo poważnego kryzysu), Danię, Hiszpanię, Kamerun oraz Australię. Tutaj bilans wygląda beznadziejnie - trzy remisy, pięć porażek, stosunek bramek 4-17.

Jeszcze raz: nie chcę znęcać się nad kadrą za miesiące nędznej kopaniny, rozumiem, że porażek Smuda potrzebuje dla osiągnięcia wyższego celu. Swoje małe statystyczne podsumowanko rzucam tylko z kronikarskiego obowiązku i w odpowiedzi na zagajenie PZPN-u.

Inni wyzłośliwiają się chętniej, dlatego selekcjoner ogłosił w wywiadzie dla „Piłki Nożnej”, że dziennikarze już go nie denerwują, a wkur... Czym zawinili? Przede wszystkim odwoływaniem się do rankingu FIFA, w którym Polacy leżą pod Panamą, Ugandą czy Albanią.

Rzeczywiście, niemądre to namolne odwoływanie się. Skoro zwolnionio nas z eliminacji do Euro 2012 i rozgrywamy tylko sparingi, to i rankingowych punktów nie ma jak zdobywać - co sam zapowiadałem i tłumaczyłem.

Furię Smudy nie całkiem jednak rozumiem. Sądzę, że szeroko pojmowana opinia publiczna - i lud ujadający w mediach, i lud ujadający na ulicach - traktuje go wyjątkowo łagodnie. Owszem, wytykamy mu, że wyprawy za ocean są bezsensowne, bowiem w trakcie latania po USA i Kanadzie dałoby się przeprowadzić kilka dodatkowych, bezcennych treningów. Ale wytykamy mu delikatnie, bez przesadnego awanturowania się.

Zaledwie półgębkiem wypominamy też trenerowi, że ciąga po Amerykach zaawansowanego wiekiem napastnika Niedzielana, by potem osadzić go w rezerwie na 160 ze 180 minut gierek z USA i Ekwadorem. Zamiast dramatyzować, że Smudę opętało, bo chce przymuszać piłkarzy do gry brawurowej i szuka natchnienia w stylu reprezentacji Niemiec, lekko tylko się uśmiechamy, że kadrę wreszcie przejął uroczy, nieszkodliwy wariatuńcio, więc nasz kopacz wreszcie dostał to, na co zasługuje.

Ze zrozumieniem przyjmujemy podstawową aktywność selekcjonera - uprawianą nawet na drugoligowych zagranicznych stadionach żebraninę u obcokrajowców z nadwiślańskim obciążeniem genetycznym, która ma wzbogacić kadrę o jakichkolwiek piłkarzy nieskażonych dorastaniem pod nadzorem polskiej myśli szkoleniowej. Ba, nikt nie oskarża Smudy - przynajmniej publicznie - o łapówkarskie konszachty z menedżerami, mimo że Smuda również, jak jego poprzednik, ignoruje atuty różnych Gancarczyków czy Piotrów Brożków. Gdy obu uparcie nie powoływał Beenhakker, był zbrodniarzem tym bezczelniejszym, że talenty obu promowanych lewych obrońców - dziś ślęczących na ławce nawet w klubach - ubijał ostentacyjnie, na oczach całej Polski i wbrew napomnieniom autorytetów.

Smudzie wybaczają najbardziej bezlitośni recenzenci, Smuda ma prawo szczebiotać bez umiaru i sensu - niedawno znienacka palnął, że czas wesprzeć defensywę kadry na Arkadiuszu Głowackim, którego nie wystawił dotąd w żadnym sparingu, który przez całą karierę zawodził w najważniejszych meczach Polski i krakowskiej Wisły, który w lidze tureckiej głównie się leczy. A dziś dowiadujemy się, że nieodwołalną w zapowiedziach reprezentacyjną banicję dla Peszki (za nocną libację) nasz ulubiony trener postanowił jednak odwołać. Ułaskawił moczymordę od razu, nie wytrwał w postanowieniu o karze nawet jednego zgrupowania. I też nie słyszę, by lud ponownie planował bojkotować mecze. Przywykliśmy, że Smuda lubi wycofywać się z obietnic, zapominać o własnych groźbach, pleść trzy po trzy.

Skąd ta gromadna, niemal bezwyjątkowa wyrozumiałość i tolerancja dla selekcjonera? Chyba z ostatecznej rezygnacji i dojrzałości kibica, który pojął, że okrucieństwem byłoby żądać od sportowych inwalidów, by rywalizowali z piłkarzami pełnosprawnymi. Pogodziliśmy się z losem, reprezentacja stała się drużyną, od której nikt już niczego nie wymaga. Na kolejne zwycięstwo w sparingu czekamy z takim samym zniecierpliwieniem, z jakim zwycięstw w meczach o punkty wypatrują szalikowcy z Luksemburga. Z podglądania, jak nasi kopacze partaczą, niektórzy czerpią wręcz perwersyjną przyjemność, przybywa podglądaczy, którym do pełnej satysfakcji brakuje efektownej, dwucyfrowej porażki - nikt przytomny nie mówi już o klęskach - z nacją peryferyjną, Mołdawią albo inną Maltą. W końcu po raz pierwszy nasza reprezentacja w międzynarodowych rankingach plasuje się niżej (na 36. miejscu w Europie) niż nasze kluby (na 27. miejscu w Europie). Dotąd było odwrotnie.

Moc mentalnościowego przełomu uświadomiłem sobie po meczu z Australią. Nasi przerżnęli, ale na wyścigi wynajdywaliśmy powody do optymizmu. Reagowaliśmy jak wspomniany szalikowiec z Luksemburga, który wypina się z dumą, gdy do 64. minuty jego piłkarze postraszą potężnego rywala utrzymywaniem bezbramkowego remisu.

Zdajemy sobie sprawę, że dzisiaj nie jesteśmy bliżej sukcesiku na Euro 2012 niż wczoraj, dlatego mamy szansę, by podczas wielkiej futbolowej imprezy wreszcie nie wpaść w depresję. Jeśli nikt nie będzie kolportował dyrdymałów o wychodzeniu z grupy, ucieszy nas każdy ewentualny punkcik. A w zdobycie punkcika wierzyć wolno, nie takie cuda na boiskach się zdarzały.

Smuda, uprawiający fach wyjątkowo niewdzięczny w okresach niepowodzeń, jest niesłychanym szczęściarzem. Zwierza się, że jako selekcjoner cierpi, a naród nie chce go linczować. Raczej przytula, głaszcze, pociesza. To pierwszy selekcjoner, któremu po serii porażek tłum przede wszystkim współczuje. Jeśli Brazylijczycy i Anglicy kierowanie swoimi reprezentacjami futbolowymi lubią nazywać najgorszą pracą na świecie, to my powinniśmy obwołać dłubaninę przy naszej kadrze robotą najprzyjemniejszą.

środa, 27 października 2010

Wiem, miotał się po polach karnych dosłownie przed chwilą, wszystkie jego szaleństwa doskonale pamiętamy, ale dziś zwyczajnie wypada, by przypominać je sobie ponownie. Wysilcie mózgownice albo odpalcie jutiuba, wejrzyjcie w każdy mecz z osobna jeszcze raz, a nawet nie zdążycie zauważyć, kiedy zaczęliście jęczeć z podziwu, osuwać się na kolana, obcałowywać go po korkach.

Bywali snajperzy, którzy strzelali jeszcze częściej on. Bywali snajperzy, którzy strzelali efektowniej. Bywali snajperzy, którzy również strzelali akurat wtedy, kiedy gole potrzebne były najbardziej. Nie pamiętam tylko innego, który by rozstrzygnął swoimi bramkami wszystkie, co do jednego, najważniejsze i najbardziej prestiżowe mecze klubowego sezonu.

W finale Ligi Mistrzów Diego Milito ugodził dwukrotnie Bayern. W półfinale Barcelonę ugodził raz, wyprowadzenie dwóch pozostałych ciosów umożliwiając kolegom asystami. W ćwierćfinale pokonał bramkarza CSKA Moskwa, w 1/8 finale przyłożył londyńskiej Chelsea. Oczywiście zdobył Milito wraz z całym Interem Mediolan trofeum.

Puchar Włoch? Wbił gola w finale - Romie. Wbił gola w półfinale - Fiorentinie. I oczywiście zdobył wraz z Interem trofeum.

Serie A? Wbił gola rzymskiemu wicemistrzowi. Wbił gola w derbach Mediolanu, trzeciemu na finiszu sezonu Milanowi. Oczywiście zdobył trofeum. Czego więcej wymagać od środkowego napastnika?

Bayern, Barcelona, CSKA Moskwa, Chelsea, Roma, Fiorentina, znów Roma, Milan. Dobrałem tych przeciwników jako najważniejszych stronniczo, ale nie musiałem być stronniczy, nie musiałem bronić się przed pokusą publicystycznego naciągania faktów pod ulubioną tezę. Milito eksplodował zawsze wtedy, gdy fajerwerki oglądała cała planeta. Zagarnął wszystkie niezapomniane momenty. We wszystkich rundach fazy pucharowej Champions League, rozstrzygających meczach krajowego pucharu, najbardziej prestiżowych szlagierach krajowej ligi.

I wszystko, co nie bez znaczenia, działo się już w kalendarzowym roku 2010.

Na pewno już wiecie, dlaczego postanowiłem się pożołądkować. „France Football” z FIFA połączyły siły i dwie najcenniejsze indywidualne nagrody w futbolu - dla gracza roku na świecie - zlały w jedną, ale intelektualnych mocy im nie wystarczyło, by dostrzec to, co uderzało po oczach. Wśród 23 nominowanych nazwisk Milito nie ma.

O futbolowe plebiscyty wykłócamy się każdego roku, tak jak chętnie awanturujemy się, że Oskara nie dostał Kubrick, a Nobla Kundera ani Bernhard. Planowałem nawet tę jałową pisaninę porzucić. Nie umiem, tym razem wybryk nominujących wydaje mi się szczególnie bulwersujący, niemal dyskwalifikujący całą zabawę. Zabawę dla piłkarzy, jak sądzę, bardzo prestiżową. Zwłaszcza dla piłkarzy przez całą karierę drugoplanowych, którzy zaproszenia do wielkiego klubu dochrapują się jako trzydziestolatkowie.

Rozumiem, że jurorzy wyżej niż rywalizację klubów wyceniają mundial, na którym Milito statystował. Ale skąd w takim razie wśród wyróżnionych - by trzymać się napastników - Drogba czy Eto’o?

Afrykę w ogóle wyciągano z przeciętności za uszy, o czym świadczy przede wszystkim nominacja dla Asamoaha Gyana. Napastnik Ghany w przeciętnych klubach uciułał od początku roku siedem goli, a na mundialu dwa z trzech strzelił z rzutów karnych, by zawieść - i rodaków, i cały kontynent - w momencie najistotniejszym. Gdyby nie przestrzelił z jedenastu metrów w ostatnich sekundach horroru z Urugwajem, przeżylibyśmy chwile historyczne - z pierwszą afrykańską drużyną w półfinale MŚ.

Gyan był wszystkim, czym nie był Milito. Stracił głowę w momencie, w którym stracić nie miał prawa. Argentyński snajper w takich momentach analizował sytuację wyostrzonymi zmysłami i kopał z bezlitosną precyzją, dlatego historyczne chwile przeżyli kibice mediolańscy. Nigdy wcześniej włoski klub w potrójnej koronie sezonu nie kończył.

Jeszcze niedawno plebiscyt FIFA był otwarty, każdy uprawniony (trenerzy i kapitanowie reprezentacji narodowych) mógł głosować na dowolnego gracza. Domyślam się, że wstępną selekcję wprowadzono, by uniemożliwić wybory kuriozalne - jak słynny epizod z Ahmedem Hassanem docenionym przez byłego selekcjonera kadry syryjskiej Janusza Wójcika. Niestety, skrępowano również tych, którzy mogliby naprawić kardynalne błędy nominujących.

A jednak błąd najnowszy łatwo byłoby naprawić, od ceremonii wręczenia nagrody dzielą nas przeszło dwa miesiące. Pozwolę sobie na uwagę straceńczą - otóż gdyby jutro lub pojutrze FIFA obwieściła, że jej fachowcy przeanalizowali rok jeszcze raz i uznali, iż się pomylili, oburzonych by nie było. Raczej po raz pierwszy jednogłośnie uznalibyśmy, że przedstawiciele najważniejszej futbolowej instytucji zachowali się oryginalnie, ale z klasą.

20:21, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
wtorek, 26 października 2010

W znakomite kompetencje Raula Lozano nie wątpiłem nigdy, podczas jego selekcjonerskiej kadencji nasi siatkarze wzlecieli ze pułapów przyziemnych (wieczne zadowolenie z wyników średnich, które nie przynoszą wstydu) na podniebne (srebro mundialu oraz dwukrotnie półfinał Ligi Światowej). Pomimo wpadek, które miewał, całokształt jego dokonań musimy ocenić bardzo wysoko. Od ćwierćwiecza nikt nie wygrał więcej.

W trakcie o połowę krótszego panowania Daniela Castellaniego Polacy przeżyli jeden odosobniony odlot - na złotych mistrzostwach Europy. Gdzie indziej nie tyle przegrywali, co byli przybijani do boiska. Wypocili najsłabsze wyniki w historii występów w LŚ (pamiętajmy o okolicznościach łagodzących), w beznadziejnym stylu padli na mundialu. Dlatego Castellaniego podsumować trudniej. W modnym dziś utyskiwaniu, że był on zbyt łagodny i uległy wobec kadrowiczów, słyszę głównie rozpaczliwe doszywanie jakiejkolwiek teorii do nieodgadnionego niż wiarygodną próbę wyjaśnienia, co spowodowało katastrofę w Ankonie. PZPS swojej decyzji sensownie też uzasadnić nie zdołał, a podjął ją typowy dla okolicznych związków sportowych zarząd tak horrendalnie rozrośnięty, jak merytorycznie upośledzony - głosowało 21 osób, więc każda ponosi odpowiedzialność ułamkową, czyli dążącą do zera.

Najpierw dowiemy się , jak oceniają naszego drugiego argentyńskiego selekcjonera inni. Gdy działacze w fatalnym stylu rozstali się z Lozano, natychmiast dorwali go Niemcy. Czy teraz, gdy działacze prawdopodobnie znów w żenującym stylu - informując go o decyzji SMS-em albo nie informując wcale - rozstali się z Castellanim, ten ostatni również prędko dostanie atrakcyjną ofertę?

Tak czy owak szefowie PZPS wykonali właśnie skok w tył. Zanim przyleciał do nas Lozano, wielokrotnie apelowałem, by zaprzestali notorycznych zmian na stanowisku selekcjonera, bowiem w siatkówce, najbardziej zespołowej pośród gier, ciągłość pracy ma szczególne znaczenie. Nawiasem mówiąc, rozszalałym zatrudnianiem i wyrzucaniem demaskowali własną nieudolność - dyskwalifikowali przecież swoje wybory. Aż wreszcie udało się, Lozano okazał się pierwszym od 35 lat trenerem, który przetrwał pełny cykl olimpijski.

Castellani doczłapał ledwie do półmetka, choć jemu sami działacze prorokowali rządy wręcz do 2014 roku, czyli do MŚ w Polsce, a siatkówka generalnie premiuje stabilność. Najpotężniejszą Brazylię Bernardo Rezende prowadzi już blisko dekadę; sensacyjnym złotem USA na igrzyskach w Pekinie cały cykl olimpijski zwieńczył Hugh McCutcheon (wcześniej sromotnie przegrał mundial); teraz niespodziewane wicemistrzostwo świata Kubańczycy zdobyli w czwartym roku pracy Orlando Samuelsa Blackwooda; o jeden sezon dłużej Igor Kolaković kieruje Serbami, czyli najlepszą ostatnio drużyną z Europy... I zarazem ostatnimi europejskimi mistrzami olimpijskimi, którzy pamiętny turniej w Sydney wygrali po pięciu latach przygotowań z Zoranem Gajiciem. Jeszcze raz: nad siatką królują zazwyczaj reprezentacje z silnym, trwałym przywództwem, gdzie nie spojrzeć, tam najcenniejsze medale zdobywają ci, którzy długo wspólnie pracowali nad sukcesem.

Szefowie PZPS wybrali inaczej. Uznali, że w zeszłym roku się pomylili i postawili na niewłaściwego człowieka, w jego wczorajszych zaletach - jak koncyliacyjna natura - dzisiaj zaczęli dostrzegać wady. (Wadą okazało się nawet, co osobliwe, zaufanie siatkarzy, którzy gromadnie poparli selekcjonera). Odwlekając wskazanie następcy na nieokreśloną przyszłość, być może nawet przyszły rok, działacze przyznali też, że na razie nie mają żadnego planu.

Jeśli pasują na selekcjonera powolną im kukłę - słychać, że chcieliby „mieć wpływ” na kadrę - lub zastąpią go rozbudowaną radą mędrców o rozmytej odpowiedzialności, grożą nam czasy rechotu przez łzy.

Jeśli ponownie oddadzą reprezentację polskiemu trenerowi, postąpią wbrew aktualnym trendom. Prezesi naszych czołowych klubów rodakom nie ufają i wyjąwszy Jacka Nawrockiego (ucznia Castellaniego, sterującego gwiazdozbiorem z Bełchatowa), zatrudniają ostatnio niemal wyłącznie szkoleniowców zagranicznych. Ewentualnie wyedukowanego we Włoszech Krzysztofa Stelmacha, który akurat PZPS podpadł - jako bierny asystent zwolnionego selekcjonera.

Jeśli natomiast działacze ściągną w nowym roku kolejnego fachowca z innego świata, zabiorą mu mnóstwo bezcennego czasu na rozeznanie się w sytuacji. Specyficznej sytuacji. I bezprecedensowej.

Jedna z głównych dyskusji w naszej siatkówce toczy się bowiem wokół pytania: grają polscy gwiazdorzy zbyt dużo czy wręcz przeciwnie, tylko się mazgają? Istotnie eksploatujemy ich ponad miarę czy raczej mamy do czynienia z leniami, którzy umiaru nie znają jedynie przy negocjowaniu kontraktów?

Sam nie podzielam opinii, że skoro czołowi gracze zarabiają miliony, to nie mają prawa się skarżyć. Gigantycznych pensji z reguły nie płaci się za ilość pracy, lecz jej jakość. A żeby jakość była wysoka, nie wolno przesadzić z ilością. Zwłaszcza w pracy tak nienaturalnej dla ludzkich członków jak siatkówka.

Działacze myślą inaczej, właśnie rozciągnęli sezon ligowy o kolejne mecze. Zbędne mecze. Co więcej, kadrowicze ze Skry Bełchatów znów polecą w grudniu na tzw. klubowe mistrzostwa świata - imprezę trzeciorzędną, która udaje pierwszorzędną. A im skuteczniej będą potem skakali w Lidze Mistrzów, tym trudniej u schyłku sezonu będzie ustać na nogach Winiarskiemu, Możdżonkowi, Wlazłemu, Kurkowi, Bąkiewiczowi czy Plińskiemu. Ten ostatni nie przetrwał zresztą już sezonu minionego.

Wyliczam czekające siatkarzy wyzwania, bo po sezonie klubowym bardziej wyczerpującym niż dotychczasowe - jeśli PlusLiga rzeczywiście urosła w siłę, to każda kolejka wyciśnie z nich więcej niż dotychczas - przyjdzie wyjątkowy sezon reprezentacyjny. Sezon, w którym każdy turniej będzie arcyważny. I LŚ, i ME, i ewentualny Puchar Świata, i (prawdopodobnie) kwalifikacje olimpijskie - nie wiadomo, z ilu etapów złożone, wiadomo, że rozgrywane już podczas kolejnych rozgrywek ligowych.

Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna, za błąd przy wyborze selekcjonera możemy płacić latami. Nadciąga czas ekstremalny. Najlepsi siatkarze spędzą na boiskach więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej, niewykluczone, że część się zbuntuje, przegra z chorobami albo nie wytrzyma kondycyjnie. Kiedy czytamy wściekłe słowa Wlazłego, kiedy nawet wyważony zwykle Możdżonek przebąkuje o kadrze skazanej na juniorów, mamy powody obawiać się, że grozi nam chaos.

Czy ewentualny trener obcokrajowiec zdąży nad nim zapanować, skoro już na starcie odbieramy mu wiele miesięcy? Czy ewentualnemu trenerowi Polakowi wystarczy autorytetu, by nad nim zapanować? Na igrzyskach zazwyczaj triumfują ci, którzy budują grupę na medal przez wiele lat, a my poznamy nazwisko szefa całej misji być może dopiero półtora roku przed turniejem olimpijskim w Londynie...

00:08, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
niedziela, 24 października 2010

Wyczerpujące urlopowe trzymanie się z dala od klawiatury na szczęście dobiega końca, niebawem wrócę do regularnego blogowania, choć tematów uzbierało się tyle, że od samego ustalania z samym z sobą, od czego zacząć, pewnie zakręci się we łbie... Teraz wpadam tylko na chwilunię, by wreszcie ogłosić zwycięzcę waszego ulubionego internetowego konkursu. Na jedno dogrywkowe pytanie co prawda odpowiedzi jeszcze nie znamy (trzecie, Władysław George coś się ociąga z obdarzaniem nas kolejnymi arcydzielnymi miniaturkami literatury szkoleniowej), ale aktualny lider osiągnął wystarczającą przewagę nad konkurentami, by na dłużej z rozstrzygnięciem nie zwlekać. Co najmniej siedmiu poprawnych odpowiedzi w rundzie dodatkowej udzielił czytelnik sexi.meri, który detronizuje ubiegłorocznych triumfatorów quizu - pajaca_kultury oraz rambocyca - i którego niniejszym ogłaszam Jasnowidzem Roku. Zanim prześlę nagrodę, czyli koszulkę mistrzów świata, proszę zwycięzcę o mejlową informację, w jakim rozmiarze stroju sobie życzy i gdzie ją wykopać (znaczy adres potrzebuję). Serdecznie gratuluję!

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 18 października 2010

Od północy świętujemy trzecią rocznicę istnienia blogu „A jednak się kręci” - oby wszędzie hucznie, nie żałujcie sobie miodu ani mięsiwa - więc powinienem teraz ogłosić zwycięzcę drugiej edycji konkursu na Jasnowidza roku. Niestety, najlepszy wynik (17 poprawnych odpowiedzi na 21 pytań) uzyskało aż pięciu uczestników: barbaraguzik, houdinios, lazarinio29, pawlaczek.afc oraz sexi.meri. A skoro najlepszych jest więcej niż dwóch, to zgodnie z regulaminem muszę zarządzić dogrywkę. Ekspresową, obejmującą tylko zdarzenia z bieżącego tygodnia. Odpowiedzi proszę zamieszczać na forum do godziny 19 jutro - kto się spóźni, przegrywa. No i mam nadzieję, że nowy zestaw pytań wyłoni najwyżej dwóch zwycięzców, którym już bez zarządzania kolejnej dogrywki wyślę koszulki mistrzów świata...

1) Czy Lech Poznań strzeli w czwartek gola Manchesterowi City?

2) Czy Korona Kielce pokona w piątek Legię Warszawa?

3) Czy między najbliższą środą a poniedziałkiem na witrynie Jerzego Engela (może zaproponować mu patronat nad konkursem?) pojawią się więcej niż dwa nowe utwory literackie jego autorstwa?

4) Czy polski piłkarz strzeli w tym tygodniu gola dla Borussii Dortmund (rozegra dwa mecze)?

5) Czy Wayne Rooney zagra w tym tygodniu dla Manchesteru United (też czekają go dwa mecze)?

6) Czy w jutrzejszym meczu Real Madryt - Milan choć jedna drużyna nie straci bramki?

7) Czy hiszpańskie kluby zdobędą w najbliższej kolejce LM co najmniej siedem punktów?

8) Czy angielskie kluby wygrają w najbliższej kolejce LM co najmniej trzy z czterech meczów?

9) Czy bramkę w tejże kolejce zdobędzie choć jeden angielski piłkarz?

10) Czy sobotnie derby Belgradu między Crveną Zvezdą a Partizanem zostaną odwołane lub rozegrane przy pustych trybunach?

Dotychczasowe wyniki poznaliśmy dzięki wsparciu kilku czytelników, którzy wsparcie obiecali rok temu i słowa dotrzymali, a ja uniknąłem żmudnych obliczeń w trakcie wakacyjnego nicnierobienia. Zasłużeni to: asecond17, sz_ypul, zeal123. Z wdzięczności ogłaszam, że jeśli w tegorocznej edycji konkursu zajmą pierwsze miejsce ex aequo z innym uczestnikiem/ami, przyznam im dodatkowy punkt - i rywala/i z równym dorobkiem wyprzedzą, tak jak w tabelach ligowych decyduje stosunek bramkowy lub bilans meczów bezpośrednich.

Wasz ulubiony quiz w ogóle przeobraził się w dzieło zbiorowe, bo gromadnie odpowiedzieliście również na apel z poprzedniej notki i zaproponowaliście mnóstwo własnych pytań do trzeciej edycji Jasnowidza, a ja obficie z inspiracji czerpałem. Odrzuciłem przede wszystkim pytania zbyt łatwe (np. „czy Barca i Real zostaną mistrzem i wicemistrzem Hiszpanii?”) lub uniemożliwiające ustalenie właściwej odpowiedzi (kto niby miałby egzaminować prezesa PZPN, by sprawdzić, czy zdołał „opanować podstawy angielskiego”?). Część pomysłów wyjęliście wprost z mojej głowy, inne zmodyfikowałem, by zadanie utrudnić - ich autorzy sami się zorientują, gdzie nabroiłem. W mniejszym lub większym stopniu skorzystałem z pomysłów użytkowników: antropoid, sprzedammorde, ytuch, sebinho85, adrian.suvalkai, iambeautiful, hellme, jasie3k, jakubbialek, mitrel, gary76, baandzior, tomassino-1, lady_in_redd, logos84, uleslaw, piopry.wordpress, sstachman, chemik1978, sexi.meri, masterfragak. Dlatego pytań w stosunku do poprzednich edycji dwukrotnie przybyło, a skala trudności znacząco wzrosła. To jest turniej dla twardych zawodników, nie pseudojasnowidzów czy przypadkowych szczęściarzy, którzy odpowiedzi wyciągali z maszyny losującej. Gotowi? Nagrodą będzie historyczna koszulka najbliższego triumfatora Ligi Mistrzów, przepowiadanie przyszłości kończymy w środę o 23.55, dla spóźnionych nawet o minutę nie robię wyjątku.

Czy (do) 18 października 2011 roku...

1) Podbeskidzie Bielsko-Biała zadebiutuje w tzw. ekstraklasie?

2) mistrzostwo Polski zdobędzie Jagiellonia?

3) mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski zdobędą kluby, który nigdy dotąd nie zdobyły tytułu?

4) broniący tytułu Lech zakwalifikuje się do kolejnej edycji europejskich pucharów?

5) polski klub zagra w Lidze Mistrzów?

6) polski piłkarz strzeli gola w LM?

7) posadę trenera Polonii Warszawa stracą Paweł Janas, a także jego następca?

8) Euzebiusz Smolarek wciąż będzie grał w Warszawie?

9) Paweł Brożek wciąż będzie grał w Krakowie?

10) Semir Stilić wciąż będzie grał w Poznaniu?

11) portugalski skrzydłowy Manu strzeli więcej niż jednego gola w naszej lidze?

12) Tomasz Frankowski (139 gole) doścignie Kazimierza Kmiecika (153 gole) w klasyfikacji najlepszych ligowych snajperów wszech czasów?

13) Maciej Skorża będzie pierwszym trenerem innej drużyny niż Legia Warszawa?

14) Władysław George Engel i Krzysztof Paluszek wciąż będą członkami Wydziału Szkolenia?

15) rozpocznie się największy proces w futbolowej aferze korupcyjnej (przeciwko zogranizowanej grupie przestępczej ustawiającej mecze), w którym na ławie oskarżonych zasiądą m.in. „Fryzjer”, były selekcjoner Janusz W., były (?) bohater Lecha Poznań Piotr R., uznany sędzia Grzegorz G?

16) Franciszek Smuda powoła do kadry Sławomira Peszkę, którego nieodwołalnie usunął po niedawnej aferze alkoholowej?

17) Franciszek Smuda wbrew zapowiedziom powoła do kadry naturalizowanego obcokrajowca, który nie ma polskich korzeni?

18) w reprezentacji Polski zadebiutuje więcej niż jeden piłkarz, który dopiero otrzyma nasz paszport (obcokrajowiec z polskimi bądź bez polskich korzeni)?

19) reprezentacja Polski wygra choć jeden sparing?

20) Republika Zielonego Przylądka wyprzedzi Polskę w rankingu FIFA?

21) Robert Lewandowski będzie miał w dorobku co najmniej 10 goli w Bundeslidze?

22) Artur Boruc nadal będzie zatrudniony w klubie włoskiej Serie A?

23) W Serie A zadebiutuje Kamil Glik?

24) Wojtek Szczęsny nadal będzie bramkarzem Arsenalu?

25) Cesc Fabregas zostanie graczem Barcelony?

26) Atletico Madryt utrzyma w klubie Sergio Aguero?

27) Kaka opuści ligę hiszpańską?

28) Neymar zagra w lidze angielskiej?

29) Anderlecht Bruksela utrzyma Romelu Lukaku?

30) Inter Mediolan obroni mistrzostwo Włoch?

31) Manchester City przebije się do czołowej trójki na finiszu Premier League?

32) Juventus Turyn awansuje do LM?

33) Mainz awansuje do LM?

34) Real Madryt dotrze do półfinału LM?

35) do ćwierćfinału LM dotrze klub z miasta położonego na wschód od Monachium?

36) królem strzelców LM zostanie piłkarz spoza Europy?

37) Portugalia będzie już pewna występu na Euro 2012?

38) Hiszpanie wygrają wszystkie mecze w eliminacjach Euro 2012?

39) piłkarzem roku na świecie w plebiscycie FIFA zostanie Hiszpan?

40) Copa America znów wygra Brazylia?

41) Katarowi zostanie przyznana organizacja mundialu?

42) w cv Jerzego Engela na jego stronie internetowej syn trenera wciąż będzie figurował jako „George”?

15:45, rafal.stec
Link Komentarze (331) »
piątek, 15 października 2010

Trzecia rocznica założenia blogu „A jednak się kręci”, a zarazem rozstrzygnięcie drugiej edycji - wraz z ogłoszeniem trzeciej - konkursu na Jasnowidza roku nadciągają w momencie niewygodnym, bo szwendam się właśnie wakacyjnie po Ligurii i komputerów próbuję unikać. Na szczęście w zeszłym roku kilku czytelników zaofiarowało pomoc w zliczaniu poprawnych odpowiedzi. Dlatego niniejszym wzywam właścicieli wdzięcznych nicków asecond17, ojebejbe, szy_pul i zeal123 - oraz wszystkich innych mających ochotę popełnić dobry uczynek - by wsparli wypoczywającego blogera, sporządzili swoje klasyfikacje, zamieścili je na forum i w ten sposób wzajemnie się zweryfikowali. Co i ja uczynię, by mieć pewność, że nagrodę wyślę czytelnikowi rzeczywiście widzącemu przyszłość. Skontroluję oczywiście tylko czołówkę, ewentualne pomyłki w siódmej albo siedemnastej dziesiątce klasyfikacji generalnej wielkiej szkody nikomu nie wyrządzą. (Pamiętajmy o dedlajnie, niektórzy się spóźnili).

Kto nie wie, o co się rozchodzi, bo zagląda tutaj od niedawna, niech kliknie tutaj, tutaj i tutaj. Ja wrócę na blog w poniedziałek lub wtorek, oficjalnie ogłoszę zwycięzcę (jeśli nikt nie pomoże, sam wszystko zliczę), a także wleję pytania trzeciej edycji Jasnowidza roku, nad którymi pomyślę przez weekend. Skala trudności znów musi wzrosnąć, dlatego chciałbym też, byście zaproponowali na forum własne pytania. Trzy najciekawsze włożę między własne. Oczywiście najciekawsze pośród odpowiadających konstrukcją tradycyjnym zasadom konkursu, czyli rozpoczynające się od słów „Czy do 18 października 2011 roku...”

A teraz właściwie odpowiedzi na pytania z zeszłego sezonu.

Czy do 18 października 2010 roku:

1) prokuratora postawi zarzuty aktualnemu członkowi zarządu PZPN? NIE (co się chyba nie zmieni, w weekend śledczy nie pracują, został im tylko poniedziałek)

2) selekcjonerem lub asystentem selekcjonera reprezentacji Polski będzie Stefan Majewski? NIE

3) w kadrze zadebiutuje kolejny piłkarz, który dopiero otrzyma nasz paszport (obcokrajowiec z polskimi bądź bez polskich korzeni)? TAK (Sebastian Boenisch)

4) reprezentacja wróci do czołowej "50" rankingu FIFA? NIE

5) Błaszczykowski wciąż będzie w Borussii Dortmund? TAK

6) Kuszczak wciąż będzie w MU? TAK

7) Lewandowski wciąż będzie w Lechu Poznań? NIE

8) Paweł Brożek wciąż będzie w Wiśle Kraków? TAK

9) Skorża wciąż będzie trenował Wisłę? NIE

10) polski klub zagra w Lidze Mistrzów? NIE

11) polski piłkarz strzeli gola w LM? TAK (Marcin Żewłakow)

12) hiszpański klub znów będzie bronił trofeum w LM? NIE

13) do czołowej czwórki na finiszu Premier League przebije się ktoś poza MU, Chelsea, Arsenalem i Liverpoolem? TAK

14) Inter zdobędzie kolejne mistrzostwo Włoch? TAK

15) trenerem Realu wciąż będzie Manuel Pellegrini? NIE

16) David Silva wciąż będzie w Valencii? NIE

17) mistrzostwo Rumunii znów zdobędzie klub spoza Bukaresztu? TAK

18) mistrzem świata zostanie drużyna z Europy? TAK

19) do półfinału MŚ awansuje drużyna z Afryki? NIE

20) królem strzelców mundialu zostanie piłkarz z Europy? TAK

21) w cv Jerzego Engela na jego stronie wciąż będzie figurował Władysław George Engel? NIE (Niestety, on na pewno pracuje w weekend dla dobra swojej witryny internetowej - sam zazdroszczę trenerowi pisarskiej płodności - więc istnieje ryzyko, że zrobi nam wszystkim dowcip i w poniedziałek George do CV znienacka wróci. Ale nie martwmy się na zapas, jeśli George wróci, wtedy wspólnie ustalimy strategię obronną).

12:22, rafal.stec
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 11 października 2010

Do dzisiejszej Gazety napisałem jeszcze raz - ostatni - o tej tandecie, którą wcisnęli nam zamiast mundialu. I żebyśmy nie pływali w hipokryzji, osnułem rzecz na wątku polskim i naszym udziale w mordowaniu siatkówki. Zapraszam do lektury.

00:44, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 10 października 2010

Zazwyczaj bloguję wielogodzinnie o futbolu, dziś spróbuję o siatkówce - choć od razu lojalnie zaznaczam, że mam inne zajęcia, więc będę dopisywał akapiciki nieregularnie i ze zmienną intensywnością. Okazja jest doskonała, bo za kilka godzin obejrzymy pasjonująco zapowiadający się finał mundialu, a zarazem przykra, bo ów mundial był druzgocącą klęską sportu.

Jeszcze raz o zbrodni na siatkówce, który popełnili działacze  - także polscy - napisałem w obszernym felietonie do jutrzejszej „Gazety” (jak zwykle wkleję link jutro, gdy tekst wpadnie do portalu). Teraz będzie tylko o sporcie. O dzisiejszym finale, o gospodarzach turnieju, o występie Polaków etc.

16.15. Najpierw wróćmy jeszcze do naszych siatkarzy. Im więcej czasu od brazylijskich i bułgarskich klęsk upływa, tym bardziej korci mnie, by oceniać ich surowiej. Pełnego rankingu - ze szczegółowym rozpisaniem wszystkich miejsc - FIVB jeszcze nie sporządziła, ale suche fakty wyglądają z naszego punktu widzenia okropnie. Wszystkie europejskie reprezentacje zaszły wyżej, bo doskoczyły do trzeciej rundy; nasi siatkarze wypracowali najskromniejszy bilans w drugiej rundzie, stłukła ich zaledwie siódma w mistrzostwach Bułgaria, więc ze statystycznego punktu widzenia wypada Polaków sklasyfikować na 18. miejscu, także pod Kamerunem czy Meksykiem. A jeśli tak, to wyprzedzili wyłącznie egzotykę: Australię, Chiny, Iran, Kanadę, Tunezję i Wenezuelę. Katastrofa, jakiej na prestiżowej imprezie nie przeżyliśmy od lat 90.

16.30. Co teraz? Działacze PZPS nadal rozmyślają, czy zostawić Castellaniego, czy nie zostawić. Decyzję odwlekli o dwa tygodnie, by dać sobie czas na rozejrzeniem się za kandydatem na następcę. W mediach - również zagranicznych - najczęściej pada nazwisko Glenna Hoaga, co świadczy o tradycyjnym polskim chaosie. Wszyscy się Kanadyjczykiem zachwycają i wciskają nam do kadry, bo ten trener ładnie pracował i z francuskim Paris Volley (triumf w Lidze Mistrzów), i ze słoweńskim Bledem (sensacyjny awans do turnieju finałowego LM), i z reprezentacją swojego kraju (ich zwycięski mecz z Serbią chłonąłem, aż mi się uszy trzęsły. Tylko nikt nie zwrócił uwagi, że Hoeg ze swoją kadrą związał się do 2017 roku, a niedawno podpisał dodatkowo dwuletni kontrakt z tureckim Arkassporem...

16.47. Z moich wyliczeń wynika, że mimo fatalnego występu Polacy nie wypadną na razie z czołowej dziesiątki rankingu FIVB - na pewno zsuną się tylko za Bułgarię i Kubę. Jeśli jednak nie wypadną nieźle w przyszłorocznej LŚ i nie zdobędą medalu ME, o awans na igrzyska będzie im niezwykle trudno. Naszym nie sprzyja ogólny trend, bo im więcej zespołów spoza Europy wywalczy olimpijską kwalifikację na Pucharze Świata, tym trudniej będzie awansować potem biało-czerwonym. A Kuba doskoczyła już do pułapów brazylijskich...

17.10. Zaczął się mecz o brąz. Sytuacja jest o tyle nadzwyczajna, że wbrew swojemu zwyczajowi chętnie przyznam się, komu kibicuję. Czy raczej - przeciw komu. Włosi pobili na MŚ wszelkie rekordy bezczelności. Przed półfinałem nie zagrali z nikim, kto wyprzedził ich w tegorocznej LŚ (Brazylia, Rosja, Serbia, Kuba, Argentyna), ani żadnym medalistą poprzedniego mundialu (Brazylia, Polska, Bułgaria). I kiedy wreszcie - pierwszy raz, wczoraj - zderzyli się z potęgą, przegrali sromotnie. Inna sprawa, że w Serbach trudno mi widzieć murowanego faworyta - oni zawsze sprawiają wrażenie, jakby po utracie szans na złoto tracili też trzy czwarte entuzjazmu do gry.

17.33. Inauguracyjny set dla Serbów. Lubiłem ich zawsze, choć to szczególne typy, a do niekórych mam osobisty żal;-) Rozgrywający Nikola Grbić jest jedynym sportowcem, z którym przeprowadzałem wywiad w nikotynowych cumulusach - odpalał jednego peta od drugiego, jarał od pierwszego do ostatniego pytania. (Gdy w 2005 r. mieszkałem z tą reprezentacją w belgradzkim hotelu, Serbowie wieczorami popijali browar, a nazajutrz lali naszych). Bojan Janić rozwalił mi kiedyś laptopa. Ivan Miljković zaczynał skakać dla kadry, gdy ja zaczynałem bywać siatkarskim korespondentem „Gazety”, więc z turnieju na turniej obserwowałem niesamowity przyrost jego muskulatury - kiedyś wyglądał chuderlawo jak Wlazły, teraz zmienił się w monstrum. Ostatnio specjalnie doceniam styl gry Marko Podrascanina - niezwykle sprawnego (te obrony!), wszechstronnego środkowego, który jeszcze nie blokuje (za punkt) najczęściej, ale niemal zawsze zdąży dofrunąć do zbijającego, więc nadrabia w tzw. wybloku.

18.53. Serbowie z brązem. Oni powinni być dla nas wzorem - jest ich ledwie 10 mln, siatkarzy nie topią w luksusie, ale zmiany pokoleniowe znoszą stosunkowo łagodnie i rzadko schodzą z podium ważnych imprez, w najgorszym razie dobijając do półfinału. Nad pełną świecidełek formę przedkładają soczystą sportową treść. Antyteza siatkówki po polsku.

Włosi przegrali z nimi 1:3, czwartą drużyną globu są prawdopodobnie tylko we własnych oczach. Na dwóch poprzednich mundialach zajmowali piąte miejsca, ME skończyli na miejscu 10., w LŚ od 2004 r. nie wychylili się ponad szóstą pozycję. Ich siatkówka niknie w oczach, coraz silniej kojarzy się z podupadłym calcio. Gwiazdy z Italii pouciekały i Serie A nie zatrudnia już wszystkich najlepszych, reprezentacja siwieje. Rozgrywający Vermiglio ma 34 lata, czołowy środkowy Mastrangelo 35 lat, atakujący Fei 33 lata. W podstawowej szóstce tylko przyjmujący nie dobili do trzydziestki, ale nawet ich w najtrudniejszych momentach musiał wyręczać 32-letni Cernić. Konanie.

19.13. A teraz finał. Wyczynowi kilerzy z Brazylii kontra młodziutcy - chciałoby się rzec: niewinni - giganci z Kuby. Gdyby nie ci ostatni, włoskie mistrzostwa byłyby w całości do zapomnienia. Tylko oni wśród półfinalistów nie są umoczeni w żadną machloję. Zawsze grali serio i nie usiłowali żadnego rywala uniknąć, za co zapłacili dreszczowcami z Brazylią, Serbią i Bułgarią oraz aż czterema maratonami rozciągniętymi na pięć setów. Wyjmijcie z turnieju ich mecze, a z mundialu zostanie sam szwindel. Wszyscy jesteśmy dziś Kubańczykami?

19.45. Kuba to potęga natury, instynktu trudnego do stłumienia przez taktykę, ucieleśnianego przez zjawiskowego Wilfredo Leona. Mama siatkarka nauczyła go serwować, gdy miał sześć lat. Do kadry seniorów został zaproszony jako 13-latek (!), rok później debiutował w Lidze Światowej, w lipcu skończył wiosen 17. Wołają nań Król Lew, kiedy zaczyna opowiadać, wszyscy go lubią: „Zawsze dużo ćwiczyłem, w moim kraju nie ma ligi i prywatnych klubów, więc trenujemy po osiem godzin dziennie. Rywalizują regiony. Mój mnie nie chciał, bo uznał za zbyt młodego, to zagrałem dla sąsiedniego. I zdobyliśmy mistrzostwo Kuby. We Włoszech wiele dziewczyn prosi mnie po meczu o koszulkę, ale muszę odmawiać - jedna musi mi wystarczyć do końca turnieju”. Brzmi to wszystko jak szczenięce szczebiotanie, ale kiedy Leon ryknie z pola serwisowego albo znad siatki, najwięksi twardziele kładą uszy i ani kwikną...

20.09. Brazylijczykom natura darów również nie żałowała, ale ich nie wolno redukować do jednego czy dwóch atutów, oni uprawiają siatkówkę totalną. Dziś zwieńczą złotem lub srebrem dekadę wprost nierealną, w której sławi się ich niemal wyłącznie przy użyciu metafor o zasięgu kosmicznym - że wynieśli grę na inny poziom, odlecieli na daleką planetę, wykonali skok w nadprzestrzeń etc. I rzeczywiście, jeśli dziś Brazylia zdobędzie po tytuł po raz trzeci z rzędu (powtarzając wyczyn Włochów), reszta siatkarskiego globu będzie z jej punktu widzenia pyłkiem do strzepnięcia gestem od niechcenia, o ile strzepujący ów pyłek w ogóle dostrzeże. W XXI wieku „Canarinhos” wystąpili w 25 głównych międzynarodowych turniejach - MŚ, turniejach olimpijskich, Pucharze Świata, Pucharze Wielkich Mistrzów, Lidze Światowej, mistrzostwach Ameryki Południowej. Na podium nie wskoczyli tylko raz (!), w LŚ w 2008 r. Złoto wzięli 20-krotnie (dziś mają szansę na kolejne), pozostałe turnieje kończyli ze srebrem. Nie-wia-ry-god-ne.

20.35. Że Brazylia przestała być magiczna i niedostępna, powtarzają wszyscy. Na włoskich MŚ przegrała już dwukrotnie (raz z premedytacją), co chwilę walczy sama ze sobą, po kłopotach z jelitami rozgrywającego Marlona kłopoty spadły na rozgrywającego Bruno (urazu doznał wczoraj, kolega wylądował na jego stopie). Ale „Canarinhos”, jak wiadomo, stają się tym bardziej niebezpieczni, w im poważniejsze tarapaty - jak się łudzi konkurencja - wpadają. Poziom gry dostosowują do okoliczności, co ładnie oddaje półfinałowa eksplozja Vissotto - ten atakujący podrygiwał przez cały turniej nieprzekonująco, by Włochów pozbijać z 75-procentową skutecznością (21 ataków udanych na 28 wykonanych), ani razu nie wyrzucając piłki w aut i ani razu nie pozwalając się zablokować na wagę punktu!

20.57. Kto wygra? Kubańczycy już na MŚ - nawet po zwycięstwie nad "Canarinhos" - przypominali, że mierzą w miejsce w czołowej ósemce. Tymczasem Brazylijczykom każdy kolor poza złotym jest wstrętny, kiedy z igrzysk wrócili ze srebrem, na lotnisku nie witał ich pies z kulawą nogą. I mimo porażki sprzed tygodnia są zdecydowanymi faworytami.

21.41. Set do 22, spodziewane 1:0 dla obrońców tytułu. Faworyci rozpoczęli od takiej łomotaniny, przede wszystkim serwisowej, że bałem się scenariusza meczów z Brazylią "polskiego" - słabsi zostają wgnieceni w boisko, tracą kontakt z rzeczywistością, do ludzkich kształtów już nie wracają. Na szczęście z czasem Kubańczycy przenieśli grę na ostatnie piętro i jako tako się mistrzom opierali. Stąd moja nadzieja, że boisko jeszcze zaskwierczy od emocji. Mundial podły, ale to jest, do cholery, finał!

22.07. Tym razem 25:14, nawet Polacy odbierali kanarkowym więcej punktów... Taktyka prosta jak antenka, ale ścięła Kubańczyków z nóg. Zaczyna największy rębajło serwisowy Murilo, rąbie do stanu 4:0 i znów już w połowie seta wiadomo, kto go wygra. Powoli oczywista staje się nie tylko sprawa złota, ale i MVP mundialu. Giba ma następcę.

Miażdżąca przewaga Brazylii w grze defensywnej - oni zawsze stoją na skraju boiska, by wyłapywać kubańskie pociski, rywale zachowują się, jakby obrona była zadaniem poniżej ich godności. A z rozwojem wydarzeń kompletnie tracą głowy. Nuuuda.

22.35. Wygląda na to, że Kubańczykom ubliżałoby też bicie w blok - zawsze chcą go ominąć, więc piłka hula po autach. Na początku tego seta udawali, że chcą podjąć walkę, by w połowie wrócić do zachowań sabotażowych. Niestety. Tu trzeba było wypowiedzieć wojnę, a na wojnę dzieci się nie posyła. 3:0 w setach, 25-22 w ostatnim, Kuba wyrwała wrogowi o dwa małe punkty więcej niż kilka dni temu drużyna Castellaniego..

Marny finał marnego mundialu, zresztą z Brazylią zawsze ryzykujesz, że Brazylia osuszy mecz z jakichkolwiek emocji. Pościg za Włochami zakończony, jest trzeci tytuł z rzędu, od MŚ w 2002 r. przetrwali Giba i Dante, trener Rezende cieszy się jakoś spokojniej. Jeszcze raz: Brazylia dekadę zamyka niemożliwym bilansem, w 25 głównych międzynarodowych turniejach 21 razy brała złoto, 3 razy srebro, raz wypadła poza podium. Czy ludzie PZPS-ou wreszcie ruszą przez ocean, by sprawdzić, jak oni to robią? Nie po to, by usiłować bezmyślnie kopiować całość - raczej upolować drobiazgi, które mogą się przydać, poszerzyć horyzonty, znaleźć inspirację.

16:06, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 08 października 2010

Przestańcie zrzędzić, że rozpieszczony polski kopacz ma w życiu za dobrze, oceńcie sytuację uczciwie, przejrzyjcie wreszcie na oczy - futbolowa reprezentacja Polski to nie jest niedzielna szkółka na milusiej zielonej trawce, reprezentacja to wyzwanie dla najwytrzymalszych twardzieli. Tutaj nie ma ani prostych rozwiązań, ani aksamitnych wygód, ani błogiego poczucia, że wszystko, co robimy, robimy z sensem. Jest tylko zaciekła batalia o przetrwanie.

Sobotni sparing z Amerykanami - bandą graczy niebłyskotliwych, lecz szerokich w barach i stalowych w kościach - wymordują polscy bohaterowie akurat w czwartym dniu od lądowania na wrogiej ziemi, a zatem w najgorszym momencie dla organizmów wrzuconych w odmienną strefę czasową. Normalny homo sapiens nadaje się wówczas głównie do przyjęcia pozycji tapczanowej, a nasi będą tańczyć na murawie w rytm zawołań trenera Franciszka Smudy, który żąda wyłącznie zabaw na Order Uśmiechu. Znaczy gry wesołej, fantazyjnej, optymistycznej.

Minie kilka króciutkich dni, a upojeni radosnym stylem kopania smudowi podkomendni rzucą się do gardeł Ekwadorczyków. Niby Ekwadorczyków rezerwowych, niby i my wystawimy kilku rezerwowych, ale mecz nadal zapowiada się krwawo. Nikt nie będzie miał blisko do domu, skoro Polska gra z Ekwadorem, to jesteśmy w Kanadzie, wciąż się w tym względzie rozwijamy, nieuchronnie nadciągający sparing z Madagaskarem urządzimy na Alasce, żadne logistyczne łamigłówki nie są nam straszne, przećwiczymy Madagaskarczyków, że popamiętają.

Wesoło, fantazyjnie i optymistycznie było już przy ustalaniu składu grupy zdolnej ewentualną kolejną sparingową klapę przeżyć.

Jako boczni obrońcy najadą na USA byli napastnicy Mierzejewski i Piszczek, co w drużynie grającej wesoło, fantazyjnie i optymistycznie dość naturalne. Wesprze ich, przynajmniej na treningach, niejaki Artur Jędrzejczyk, który postanowił z całą Legią przerżnąć w tym sezonie niemal wszystko, co da się na boisku przerżnąć, ale zwerbowany do kadry został, bo - jak usłyszeliśmy od selekcjonera - w przeciwieństwie do wielu mniej przezornych ligowców dysponuje bezcennym atutem - amerykańską wizą. Szansę poświęcenia się dla chwały narodu dostał również niejaki Bartosz Salamon, którego wredna Brescia spuściła właśnie na wypożyczenie do trzeciej ligi, choć sama - to już wyjątkowa perfidia - awansowała do pierwszej.

Najważniejszą misją wyprawy za ocean będzie chyba jednak ubłaganie niejakiego Erika Lichaja - genetycznego nowotarżanina, który nie potrzebuje wizy do USA - by zachował się patriotycznie i walczył dla Polski. Na razie co prawda zaciągnął się do reprezentacji USA i nawet zamierza w sobotę ruszyć przeciw naszym, ale któż za młodu nie błądzi? Przed meczem można by przekazać mu kilka podarków od narodu polskiego. W trakcie gry nasi ruszą już po konkretnej prośbie, próbując nęcić Lichaja - wołajmy nań Eryk, niech od razu poczuje się nasz - dobrym słowem, reklamą smudowego futbolu wesołego, fantazyjnego i optymistycznego, a także snuciem opowieści o urokach wspólnych zgrupowań, w tym wieczornych imprez integracyjnych przy whisky z colą (dla niezorientowanych: ten wykwintny napój łączy u nas przedstawicieli różnych dyscyplin sportu).

Ja tam w każdym razie napięcie poczuję dopiero w przerwie. Wyjdzie Eryk na drugą połowę w obcych barwach amerykańskich czy swojskich biało-czerwonych? Da szansę temu, co tli mu się na samym spodzie duszy, zechce sprawdzić, po czyjej stronie czuje się lepiej? FIFA niby transferów przeprowadzanych w szatni nie dopuszcza, ale też nikt nie próbował, a w sobotę gramy zaledwie sparing, więc na pewne ustępstwa mamy prawo liczyć. Że nie mam zielonego pojęcia, jak Lichaj gra? Pal licho, przesadnych wymagań przed pragnącymi wrócić pod skrzydła orła białego braćmi nie stawiamy, o również czekającym na powołanie sfrancuziałym polskim obrońcy Perquisie trener Zieliński powiedział, że „na przeciwnika grającego prymitywnego futbol, dalekimi podaniami do napastników, się nadaje”. Na mój nos Eryk też się nadaje.

Do przedsięwzięcia nazywanego dumnie reprezentacją Polski w ogóle nadaje się każdy. To struktura tak nieskończenie różnobarwna, spontaniczna w ruchach i ideach, a także z ducha wesoła, fantazyjna i optymistyczna, że nawet wieloryb na łyżwach nie wyglądałby w niej obco. Od lat przybywa w kadrze drugo- i trzecioligowców, nikt już niczego od niej nie wymaga, ale uciechę daje nie z tej Ziemi. Czy inaczej pchaliby się do Ameryki nasi trzej herosi z Borussii Dortmund (tam się walczy o przetrwanie w każdej kolejce), których nazajutrz po powrocie do Europy czeka mecz Bundesligi?

13:14, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi