RSS
sobota, 31 października 2009

W ocenie działalności PZPN zindoktrynowana przez media opinia publiczna bywa niesprawiedliwa, zasług działaczy z premedytacją nie dostrzega, dlatego poczułem się zobowiązany już teraz - na dwa dni przed publikacją wywiadu z Antonim Piechniczkiem w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” - podrzucić wam tutaj jego króciutki (za to wdzięczny!) fragmencik w wersji audio. Wiceprezes związku odpowiada na pytanie, co udało mu się osiągnąć w pierwszym roku wiceprezesowania. Całości zamieścić nie mogę (przeprowadzałem wywiad do papieru, pewne zdania przepytywany wypowiadał off the record lub językiem potocznym, inne wygładzał w autoryzacji), ten wyimek ujawniam z czystym sumieniem, mój dostojny rozmówca go nie retuszował. Przy okazji chcę zaostrzyć wasz apetyt, bo fragment oddaje klimat całego wywiadu i w ogóle powagę sytuacji. Uświadamia, jak mrówcza praca w związku wre, jak zarobieni są szefowie naszej piłki, jak intensywny, obfitujący w przełomowe decyzje rok właśnie przeżyli:

13:07, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
piątek, 30 października 2009

To był czwartek pełen przygód. Rano dwugodzinne tete-a-tete z samym Antoni Piechniczkiem (porywający wywiad w poniedziałkowej „Gazecie Sport”), wieczorem wspólny seans z Pierwszą Damą.

Gdybym nie spotkał w kinie dostojnej pani prezydentowej (tak zwyczajnie między ludzi chodzi? nawet była bezbronna przez kilka minut, bo jej bodyguard poszedł na stronę…) i gdyby ów szczęśliwy traf nie zbiegł się w czasie z rocznicą wyboru na prezesa PZPN Grzegorza Laty, to pewnie bym nie odczuł w bebechach tak dojmująco, jak okropną, pozbawioną śladowych choćby atutów, nieprzystającą do jakiejkolwiek oficjalnej funkcji figurą jest ten ostatni.

Rocznica mija pierwsza, ja właśnie zapaliłem kadzidło w intencji uniknięcia drugiej. Skoro obchodzimy tak znaczący jubileusz, blogerowi od sportu wypada poświęcić mu notkę, najlepiej życzliwą w puencie i wyważoną w poprzedzających ją ocenach. Niestety, na wstrzemięźliwość mnie nie stać. Pamiętacie? W trybie ściśle tajnym Lato oddawał PZPN - do 2020 roku - w ręce Sportfive i jej szefa Andrzeja Placzyńskiego, który jeszcze po następnych trzech mundialach będzie biznesowym reprezentantem związku. W żenującym stylu - przed kamerami telewizji i poza plecami zainteresowanego - zwalniał Lato Beenhakkera. Publicznie kpił ze ścigania futbolowych łapówkarzy. Kompromitował się żałosnymi wypowiedziami na każdy możliwy temat (tutaj się nad nimi znęcałem), w miarę dobrze wypadał tylko wtedy, gdy milczał. Rzecznikiem prasowym związku mianował typa, który w wywiadach nazywa dziennikarzy chujami. Pilotował fikcyjny konkurs na trenera reprezentacji, tracąc bezcenny przed Euro 2012 czas na szopkę z tymczasowym p.o. selekcjonera Stefanem Majewskim. Zagwarantował sobie horrendalną pensję, prawdopodobnie dzięki niepisanej umowie barterowej - akceptujący ją w głosowaniu członkowie zarządu PZPN otrzymywali później gigantyczne pieniądze za nieokreślone doradztwo czy inne nie wiadomo co. Telefony od dziennikarzy odbierał niekiedy bełkotem ewidentnie wskazującym. Właściwie wszystko, co robi lub mówi Lato, wywołuje ostry sprzeciw lub wściekłość, głęboki niesmak lub odrazę. Maniery ma tak reprezentacyjne, jak reprezentacyjnie wyglądałby dresiarz wpuszczony do opery - nawet jeśli nasz futbol z wyższą kulturą łączy tyle, ile oborę z Wersalem. O kwestiach merytorycznych, związanych z ewentualną chęcią wydźwignięcia dyscypliny z dna, szkoda nawet wspominać.

Choć konkurencję ma prezes PZPN mocną, to nie umiem znaleźć w Polsce - nie w sporcie, gdziekolwiek - innej równie niekompetentnej osoby pełniącej tak prestiżową, publiczną funkcję. Nie umiem znaleźć równie niekompetentnej osoby zarabiającej tak dużo za usługi teoretycznie menedżerskie - a Lato zarazem sprawia wrażenie, jakby sobie odbijał czas PRL-u, w którym odniósł sportowy sukces, ale nie został w swoim odczuciu sprawiedliwie wynagrodzony. Cień pocieszenia znajduję tylko w konstatacji, że o ile przed utratą stanowiska przez Listkiewicza spodziewałem się następcy jeszcze gorszego, to teraz mamy niezachwianą pewność - niżej już funkcja szefa polskiej piłki nie upadnie, po Lacie nic podlejszego już jej nie dotknie.

01:31, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
środa, 28 października 2009

Rozpacz, szyderstwo, histeria, próba ogarnięcia całej sprawy rozumem. Reakcje na klęskę Realu w Pucharze Hiszpanii przybierają cztery podstawowe, doskonale nam znane barwy. Rozpaczają kibice, którzy szokujące 0:4 z Alcorconem muszą znosić w erze fenomenalnej gry Barcelony. Szydzą piłkofile Realowi niechętni, którzy wypominają wyłożone latem ćwierć miliarda euro na transfery i sadystycznie zliczają występy w reprezentacjach swoich krajów piłkarzy (uzbierali ich grający we wtorek „Królewscy” w sumie 465!) pokonanych przez trzecioligowców. Histeryzuje madrycka prasa, która tradycyjnie - można już chyba rzec: w odruchu bezwarunkowym - żąda wykopania z klubu trenera. Racjonalnych wytłumaczeń próbują szukać emocjonalnie niezaangażowani, którym w głowach się nie mieści, dlaczego świetni gracze - profesjonaliści - nie byli w stanie zmobilizować się choćby dopiero w przerwie, kiedy przegrywali 0:3. Czy w drugiej połowie nie powinni byli umierać na boisku za częściowe choćby odrobienie strat, żeby do rewanżu przystąpić jako murowani faworyci?

Meczu nie oglądałem (poza ostatnim kwadransem), więc co do szczegółów mądrzył się nie będę. Uważam też, że wciąż zbyt wcześnie na rozstrzyganie, czy projekt Galacticos 2.0 ma szansę się powieść. Manuel Pellegrini nie zaczął budowy drużyny od setek milionów, jak chcą sprowadzający sport do kwot transferowych, lecz od zera - instalowanie siedmiu nowych graczy w wyjściowej jedenastce samo w sobie stanowi wyzwanie, a chilijski trener instaluje ich, konsekwentnie stosując tak dzisiaj modną, jak niezbędną rotację w składzie. Sądzę wreszcie, że hipoteza o zlekceważeniu przez faworytów potwornie zdeterminowanych rywali wystarcza, by uzasadnić sensacyjny wynik.

Do mojej wyobraźni przemawia jednak przede wszystkim wspomnienie, jak piłkarze Realu spisywali się w Copa del Rey w przeszłości. Przemawia, szokuje nie mniej niż wtorkowa klęska i bardziej niż wtorkowa klęska ośmiela ku generalnym tezom. Oto „Królewscy” nie zdobyli Pucharu Hiszpanii od 1993 roku, do finału dotarli przez te 16 lat zaledwie dwukrotnie, a w minionych sezonach wypadali żenująco lub nędznie. W edycji 2008/2009 już w pierwszej rundzie przegrali z również trzecioligowym Realem Union. W edycji 2007/2008 w 1/8 finału dwukrotnie pokonała ich Mallorca. W edycji 2006/2007 również w 1/8 finału wyeliminował ich Betis Sewilla (potem ledwie uniknął spadku do drugiej ligi). W edycji 2005/2006 dotarli do półfinału, by tam przegrać w Saragossie 1:6. W edycji 2004/2005 znów w 1/8 finału silniejszy okazał się Valladolid, wówczas drugoligowy. Oczywiście żaden z wymienionych przeciwników nie zdobył później trofeum.

Owszem, krajowe rozgrywki pucharowe niemal wszędzie straciły blask, niemal wszędzie traktuje się je półserio, niemal wszędzie służą za okazję, by trochę piłkę pokopali również rezerwowi lub/i młodzi, niemal wszędzie faworyci miewają sensacyjne wpadki. Inni europejscy giganci co pewien czas je jednak wygrywają. A jeśli nie, odpadają znacznie później. Wygrywa je Barcelona, wygrywa je Manchester, Arsenal, Chelsea albo Liverpool (w Anglii są prestiżowe, ale zerknijmy na Puchar Ligi Angielskiej), wygrywa je Inter, Roma albo Milan, wygrywa je Bayern.

Zmierzam do sformułowania teorii, że problem Realu może tkwić znacznie głębiej niż nam się zdaje - w klubowym DNA, w podupadłym etosie, w demoralizującym poczuciu przynależności do futbolowych wyższych sfer, które występuje także w innych wielkich firmach, lecz - być może - w nieco niższym stężeniu. Gram na Santiago Bernabeu, więc stworzono mnie do wyzwań największych, pewne zadania są poniżej mojej godności, zwycięstwa nad anonimowymi prowincjuszami nikt nie doceni, tytuł „Królewscy” zobowiązuje. Takie frazy oczywiście nigdy nie padły, piszę o imponderabiliach, krążących po Madrycie memach, sprawach niewypowiedzianych, może też niepomyślanych. Jak Florentino Perez dąży ku Pucharowi Europy na skróty, epatując cały świat transferową bulimią, tak i piłkarze najchętniej uniknęliby wczesnorundowego odrabiania pańszczyzny, by z miejsca przystąpić do gier transmitowanych przez wszystkie telewizje galaktyki. Real to przecież sam blichtr, sportowy olimp, salon arystokratów.

Inaczej notorycznych pucharowych fiask wytłumaczyć sobie nie umiem, wyobrażam sobie natomiast, że wtorkowy wstyd stanie się traumą ozdrowieńczą, że zamiesza w madryckich głowach. Wyobrażam sobie, przyznaję, z trudem (w końcu rok temu odpadł Real z trzecioligowcem), ale jednak. Czy w rewanżu swoją obecnością na boisku zaszczycą Alcorcon wszystkie lśniące megagwiazdy? Czy zdołają wziąć odwet o mocy pięciu goli i awansują? Tym razem mecz będzie tym, co lubią. Wydarzeniem.

15:33, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
wtorek, 27 października 2009

Zazwyczaj nie wklejam tutaj ruchomych obrazków z golami, ale życzliwość względem waszych estetycznych potrzeb nakazuje mi zrobić wyjątek. Jedną z robótek nożnych Pablo Hernandeza rekomendowałem już swego czasu na twitterze jako dzieło weekendu, teraz zasłużył on, by uhonorować go blogowym wydaniem dzieł zebranych. 24-letni skrzydłowy Valencii należy bowiem do szczególnego gatunku graczy ofensywnych, którzy nie strzelają zatrzęsienia goli, ale jeśli strzelają, to piękne lub - w najgorszym razie - bardzo ładne. Co docierało do mnie powoli, z miesiąca na miesiąc lub raczej - z bramki na bramkę. Że w lidze hiszpańskiej Pablo nigdy nie trafia byle jak, uświadomiłem sobie w miniony weekend, kiedy ugodził Almerię:

Wcześniej (26 września) w efektowny sposób - przypominający ciut niezapomniane mundialowe arcydzieło Dennisa Bergkampa - strzelił Hiszpan gola Atletico Madryt:

A jeszcze wcześniej (30 sierpnia) kopnął Pablo do bramki Sevilli. Podejrzewam, że urodę akurat tego uderzenia nie wszyscy docenią - to są zresztą zawsze kwestie sporne - mnie zapadło ono w pamięć dlatego, że zdradza wyjątkową zdolność błyskawicznego i trafnego podejmowania decyzji u piłkarza, który ewidentnie nie musi nawet zerkać na piłkę, by ją celnie potraktować - spogląda hen daleko i dostrzega rzeczy ważniejsze (udowodnił to też na boisku Almerii, co widzieliście wyżej):

Zobaczyliście wszystkie trzy jego bramki z bieżącego sezonu Primera Division, teraz cofnijmy się do poprzedniego, też ozdobionego trzema golami. Ostatniego strzelił Barcelonie (25 kwietnia), tym razem w kompletnie inny sposób:

Tydzień wcześniej trafił do bramki Sevilli, ale tego epizodu nie sobie ciekawi szukają sami, bo ja klasyfikuję go jako stosunkowo przeciętny. Wolę pokazać wam, jak wyglądała jego debiutancka bramka w Valencii (marzec, mecz z Recreativo Huelva):

I jeszcze debiutancka bramka w Valencii, a zarazem w europejskich rozgrywkach. Padła niespełna rok temu, w spotkaniu Pucharu UEFA z Rosenborgiem:

To by było na tyle, Pablo Hernandez wbiegł do wielkiego futbolu jesienią 2008 roku - choć dorastał w Valencii (między juniorami był napastnikiem), to wcześniejsze lata spędził na wypożyczeniach. Nie będę tutaj śpiewał o jego zaletach (zmęczyło mnie przebieranie w jutiubowym skarbcu), powiem tylko, że wybitnego futbolistę wyczuwam w nim nie tyle ze względu na klasycznie po hiszpańsku zachwycającą technikę, co wartki umysł. Mózg mu pracuje żwawo - do mojego zawrotu głowy - i mam nadzieję, że nie skończy Hiszpan jak inni zdolni skrzydłowi z Mestalla - Vicente i Joaquin. Czy będzie wielki, nie wiem - ledwie wystartował. Na razie wpadł mi w oko i nie chce wyleźć.

01:19, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 26 października 2009

Maciej Iwański. Fot. Wojciech Dobrzyński

Taki tytuł ma mój dzisiejszy felieton w „Gazecie Sport.pl”, ale natura internetu zamiast tytułów lepszych, preferuje gorsze, więc tutaj znajdziecie rzecz z zupełnie innym nagłówkiem. Od razu zaznaczam, że choć wychodzę od konkretnego brzucha, to traktujcie go tylko jako egzemplifikację zjawiska obszerniejszego - ligowego brzucha polskiego.

13:34, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi