RSS
sobota, 31 października 2009

W ocenie działalności PZPN zindoktrynowana przez media opinia publiczna bywa niesprawiedliwa, zasług działaczy z premedytacją nie dostrzega, dlatego poczułem się zobowiązany już teraz - na dwa dni przed publikacją wywiadu z Antonim Piechniczkiem w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” - podrzucić wam tutaj jego króciutki (za to wdzięczny!) fragmencik w wersji audio. Wiceprezes związku odpowiada na pytanie, co udało mu się osiągnąć w pierwszym roku wiceprezesowania. Całości zamieścić nie mogę (przeprowadzałem wywiad do papieru, pewne zdania przepytywany wypowiadał off the record lub językiem potocznym, inne wygładzał w autoryzacji), ten wyimek ujawniam z czystym sumieniem, mój dostojny rozmówca go nie retuszował. Przy okazji chcę zaostrzyć wasz apetyt, bo fragment oddaje klimat całego wywiadu i w ogóle powagę sytuacji. Uświadamia, jak mrówcza praca w związku wre, jak zarobieni są szefowie naszej piłki, jak intensywny, obfitujący w przełomowe decyzje rok właśnie przeżyli:

13:07, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
piątek, 30 października 2009

To był czwartek pełen przygód. Rano dwugodzinne tete-a-tete z samym Antoni Piechniczkiem (porywający wywiad w poniedziałkowej „Gazecie Sport”), wieczorem wspólny seans z Pierwszą Damą.

Gdybym nie spotkał w kinie dostojnej pani prezydentowej (tak zwyczajnie między ludzi chodzi? nawet była bezbronna przez kilka minut, bo jej bodyguard poszedł na stronę…) i gdyby ów szczęśliwy traf nie zbiegł się w czasie z rocznicą wyboru na prezesa PZPN Grzegorza Laty, to pewnie bym nie odczuł w bebechach tak dojmująco, jak okropną, pozbawioną śladowych choćby atutów, nieprzystającą do jakiejkolwiek oficjalnej funkcji figurą jest ten ostatni.

Rocznica mija pierwsza, ja właśnie zapaliłem kadzidło w intencji uniknięcia drugiej. Skoro obchodzimy tak znaczący jubileusz, blogerowi od sportu wypada poświęcić mu notkę, najlepiej życzliwą w puencie i wyważoną w poprzedzających ją ocenach. Niestety, na wstrzemięźliwość mnie nie stać. Pamiętacie? W trybie ściśle tajnym Lato oddawał PZPN - do 2020 roku - w ręce Sportfive i jej szefa Andrzeja Placzyńskiego, który jeszcze po następnych trzech mundialach będzie biznesowym reprezentantem związku. W żenującym stylu - przed kamerami telewizji i poza plecami zainteresowanego - zwalniał Lato Beenhakkera. Publicznie kpił ze ścigania futbolowych łapówkarzy. Kompromitował się żałosnymi wypowiedziami na każdy możliwy temat (tutaj się nad nimi znęcałem), w miarę dobrze wypadał tylko wtedy, gdy milczał. Rzecznikiem prasowym związku mianował typa, który w wywiadach nazywa dziennikarzy chujami. Pilotował fikcyjny konkurs na trenera reprezentacji, tracąc bezcenny przed Euro 2012 czas na szopkę z tymczasowym p.o. selekcjonera Stefanem Majewskim. Zagwarantował sobie horrendalną pensję, prawdopodobnie dzięki niepisanej umowie barterowej - akceptujący ją w głosowaniu członkowie zarządu PZPN otrzymywali później gigantyczne pieniądze za nieokreślone doradztwo czy inne nie wiadomo co. Telefony od dziennikarzy odbierał niekiedy bełkotem ewidentnie wskazującym. Właściwie wszystko, co robi lub mówi Lato, wywołuje ostry sprzeciw lub wściekłość, głęboki niesmak lub odrazę. Maniery ma tak reprezentacyjne, jak reprezentacyjnie wyglądałby dresiarz wpuszczony do opery - nawet jeśli nasz futbol z wyższą kulturą łączy tyle, ile oborę z Wersalem. O kwestiach merytorycznych, związanych z ewentualną chęcią wydźwignięcia dyscypliny z dna, szkoda nawet wspominać.

Choć konkurencję ma prezes PZPN mocną, to nie umiem znaleźć w Polsce - nie w sporcie, gdziekolwiek - innej równie niekompetentnej osoby pełniącej tak prestiżową, publiczną funkcję. Nie umiem znaleźć równie niekompetentnej osoby zarabiającej tak dużo za usługi teoretycznie menedżerskie - a Lato zarazem sprawia wrażenie, jakby sobie odbijał czas PRL-u, w którym odniósł sportowy sukces, ale nie został w swoim odczuciu sprawiedliwie wynagrodzony. Cień pocieszenia znajduję tylko w konstatacji, że o ile przed utratą stanowiska przez Listkiewicza spodziewałem się następcy jeszcze gorszego, to teraz mamy niezachwianą pewność - niżej już funkcja szefa polskiej piłki nie upadnie, po Lacie nic podlejszego już jej nie dotknie.

01:31, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
środa, 28 października 2009

Rozpacz, szyderstwo, histeria, próba ogarnięcia całej sprawy rozumem. Reakcje na klęskę Realu w Pucharze Hiszpanii przybierają cztery podstawowe, doskonale nam znane barwy. Rozpaczają kibice, którzy szokujące 0:4 z Alcorconem muszą znosić w erze fenomenalnej gry Barcelony. Szydzą piłkofile Realowi niechętni, którzy wypominają wyłożone latem ćwierć miliarda euro na transfery i sadystycznie zliczają występy w reprezentacjach swoich krajów piłkarzy (uzbierali ich grający we wtorek „Królewscy” w sumie 465!) pokonanych przez trzecioligowców. Histeryzuje madrycka prasa, która tradycyjnie - można już chyba rzec: w odruchu bezwarunkowym - żąda wykopania z klubu trenera. Racjonalnych wytłumaczeń próbują szukać emocjonalnie niezaangażowani, którym w głowach się nie mieści, dlaczego świetni gracze - profesjonaliści - nie byli w stanie zmobilizować się choćby dopiero w przerwie, kiedy przegrywali 0:3. Czy w drugiej połowie nie powinni byli umierać na boisku za częściowe choćby odrobienie strat, żeby do rewanżu przystąpić jako murowani faworyci?

Meczu nie oglądałem (poza ostatnim kwadransem), więc co do szczegółów mądrzył się nie będę. Uważam też, że wciąż zbyt wcześnie na rozstrzyganie, czy projekt Galacticos 2.0 ma szansę się powieść. Manuel Pellegrini nie zaczął budowy drużyny od setek milionów, jak chcą sprowadzający sport do kwot transferowych, lecz od zera - instalowanie siedmiu nowych graczy w wyjściowej jedenastce samo w sobie stanowi wyzwanie, a chilijski trener instaluje ich, konsekwentnie stosując tak dzisiaj modną, jak niezbędną rotację w składzie. Sądzę wreszcie, że hipoteza o zlekceważeniu przez faworytów potwornie zdeterminowanych rywali wystarcza, by uzasadnić sensacyjny wynik.

Do mojej wyobraźni przemawia jednak przede wszystkim wspomnienie, jak piłkarze Realu spisywali się w Copa del Rey w przeszłości. Przemawia, szokuje nie mniej niż wtorkowa klęska i bardziej niż wtorkowa klęska ośmiela ku generalnym tezom. Oto „Królewscy” nie zdobyli Pucharu Hiszpanii od 1993 roku, do finału dotarli przez te 16 lat zaledwie dwukrotnie, a w minionych sezonach wypadali żenująco lub nędznie. W edycji 2008/2009 już w pierwszej rundzie przegrali z również trzecioligowym Realem Union. W edycji 2007/2008 w 1/8 finału dwukrotnie pokonała ich Mallorca. W edycji 2006/2007 również w 1/8 finału wyeliminował ich Betis Sewilla (potem ledwie uniknął spadku do drugiej ligi). W edycji 2005/2006 dotarli do półfinału, by tam przegrać w Saragossie 1:6. W edycji 2004/2005 znów w 1/8 finału silniejszy okazał się Valladolid, wówczas drugoligowy. Oczywiście żaden z wymienionych przeciwników nie zdobył później trofeum.

Owszem, krajowe rozgrywki pucharowe niemal wszędzie straciły blask, niemal wszędzie traktuje się je półserio, niemal wszędzie służą za okazję, by trochę piłkę pokopali również rezerwowi lub/i młodzi, niemal wszędzie faworyci miewają sensacyjne wpadki. Inni europejscy giganci co pewien czas je jednak wygrywają. A jeśli nie, odpadają znacznie później. Wygrywa je Barcelona, wygrywa je Manchester, Arsenal, Chelsea albo Liverpool (w Anglii są prestiżowe, ale zerknijmy na Puchar Ligi Angielskiej), wygrywa je Inter, Roma albo Milan, wygrywa je Bayern.

Zmierzam do sformułowania teorii, że problem Realu może tkwić znacznie głębiej niż nam się zdaje - w klubowym DNA, w podupadłym etosie, w demoralizującym poczuciu przynależności do futbolowych wyższych sfer, które występuje także w innych wielkich firmach, lecz - być może - w nieco niższym stężeniu. Gram na Santiago Bernabeu, więc stworzono mnie do wyzwań największych, pewne zadania są poniżej mojej godności, zwycięstwa nad anonimowymi prowincjuszami nikt nie doceni, tytuł „Królewscy” zobowiązuje. Takie frazy oczywiście nigdy nie padły, piszę o imponderabiliach, krążących po Madrycie memach, sprawach niewypowiedzianych, może też niepomyślanych. Jak Florentino Perez dąży ku Pucharowi Europy na skróty, epatując cały świat transferową bulimią, tak i piłkarze najchętniej uniknęliby wczesnorundowego odrabiania pańszczyzny, by z miejsca przystąpić do gier transmitowanych przez wszystkie telewizje galaktyki. Real to przecież sam blichtr, sportowy olimp, salon arystokratów.

Inaczej notorycznych pucharowych fiask wytłumaczyć sobie nie umiem, wyobrażam sobie natomiast, że wtorkowy wstyd stanie się traumą ozdrowieńczą, że zamiesza w madryckich głowach. Wyobrażam sobie, przyznaję, z trudem (w końcu rok temu odpadł Real z trzecioligowcem), ale jednak. Czy w rewanżu swoją obecnością na boisku zaszczycą Alcorcon wszystkie lśniące megagwiazdy? Czy zdołają wziąć odwet o mocy pięciu goli i awansują? Tym razem mecz będzie tym, co lubią. Wydarzeniem.

15:33, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
wtorek, 27 października 2009

Zazwyczaj nie wklejam tutaj ruchomych obrazków z golami, ale życzliwość względem waszych estetycznych potrzeb nakazuje mi zrobić wyjątek. Jedną z robótek nożnych Pablo Hernandeza rekomendowałem już swego czasu na twitterze jako dzieło weekendu, teraz zasłużył on, by uhonorować go blogowym wydaniem dzieł zebranych. 24-letni skrzydłowy Valencii należy bowiem do szczególnego gatunku graczy ofensywnych, którzy nie strzelają zatrzęsienia goli, ale jeśli strzelają, to piękne lub - w najgorszym razie - bardzo ładne. Co docierało do mnie powoli, z miesiąca na miesiąc lub raczej - z bramki na bramkę. Że w lidze hiszpańskiej Pablo nigdy nie trafia byle jak, uświadomiłem sobie w miniony weekend, kiedy ugodził Almerię:

Wcześniej (26 września) w efektowny sposób - przypominający ciut niezapomniane mundialowe arcydzieło Dennisa Bergkampa - strzelił Hiszpan gola Atletico Madryt:

A jeszcze wcześniej (30 sierpnia) kopnął Pablo do bramki Sevilli. Podejrzewam, że urodę akurat tego uderzenia nie wszyscy docenią - to są zresztą zawsze kwestie sporne - mnie zapadło ono w pamięć dlatego, że zdradza wyjątkową zdolność błyskawicznego i trafnego podejmowania decyzji u piłkarza, który ewidentnie nie musi nawet zerkać na piłkę, by ją celnie potraktować - spogląda hen daleko i dostrzega rzeczy ważniejsze (udowodnił to też na boisku Almerii, co widzieliście wyżej):

Zobaczyliście wszystkie trzy jego bramki z bieżącego sezonu Primera Division, teraz cofnijmy się do poprzedniego, też ozdobionego trzema golami. Ostatniego strzelił Barcelonie (25 kwietnia), tym razem w kompletnie inny sposób:

Tydzień wcześniej trafił do bramki Sevilli, ale tego epizodu nie sobie ciekawi szukają sami, bo ja klasyfikuję go jako stosunkowo przeciętny. Wolę pokazać wam, jak wyglądała jego debiutancka bramka w Valencii (marzec, mecz z Recreativo Huelva):

I jeszcze debiutancka bramka w Valencii, a zarazem w europejskich rozgrywkach. Padła niespełna rok temu, w spotkaniu Pucharu UEFA z Rosenborgiem:

To by było na tyle, Pablo Hernandez wbiegł do wielkiego futbolu jesienią 2008 roku - choć dorastał w Valencii (między juniorami był napastnikiem), to wcześniejsze lata spędził na wypożyczeniach. Nie będę tutaj śpiewał o jego zaletach (zmęczyło mnie przebieranie w jutiubowym skarbcu), powiem tylko, że wybitnego futbolistę wyczuwam w nim nie tyle ze względu na klasycznie po hiszpańsku zachwycającą technikę, co wartki umysł. Mózg mu pracuje żwawo - do mojego zawrotu głowy - i mam nadzieję, że nie skończy Hiszpan jak inni zdolni skrzydłowi z Mestalla - Vicente i Joaquin. Czy będzie wielki, nie wiem - ledwie wystartował. Na razie wpadł mi w oko i nie chce wyleźć.

01:19, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 26 października 2009

Maciej Iwański. Fot. Wojciech Dobrzyński

Taki tytuł ma mój dzisiejszy felieton w „Gazecie Sport.pl”, ale natura internetu zamiast tytułów lepszych, preferuje gorsze, więc tutaj znajdziecie rzecz z zupełnie innym nagłówkiem. Od razu zaznaczam, że choć wychodzę od konkretnego brzucha, to traktujcie go tylko jako egzemplifikację zjawiska obszerniejszego - ligowego brzucha polskiego.

13:34, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
sobota, 24 października 2009

Kiedy się wstuka nazwisko Smolarek w holenderską wersję google.news, wyszukiwarka wysypuje informacje o Włodzimierzu, który przed dwoma tygodniami przestał być trenerem młodzieży w Feyennoordzie Rotterdam (myślicie, że decyzję podjął dyrektor Beenhakker?). Ostatnia wzmianka o Ebim pochodzi z 6 października - czytamy, że kontraktu z polskim napastnikiem nie podpisze HSV Hamburg.

O Smolarku juniorze ani nie zająknie się też prasa niemiecko-, włosko-, angielsko-, hiszpańskojęzyczna. Po nieudanych testach w Bundeslidze nawet w polskojęzycznej coraz trudniej znaleźć choćby cuchnące zmyśleniem plotki, że piłkarz ma szansę złapać gdzieś robotę. Smolarek zniknął. Swojej strony internetowej nie aktualizował od przeszło miesiąca, nie odbiera telefonu, bez skutku próbował się do niego dodzwonić mój redakcyjny kolega Robert Błoński.

Na normalnym rynku pracy zazwyczaj dzieje się tak, że jeśli nie dostajesz posady wymarzonej, to rozglądasz się za dobrą. Jeśli nie znajdujesz dobrej - za przyzwoitą. Jeśli nie znajdujesz przyzwoitej - za jakąkolwiek. Stopniowo obniżasz wymagania (finansowe i ambicjonalne), oczywiście pod warunkiem, że nie stać cię na luksus przewlekłego wyczekiwania lepszych czasów.

Piłkarze bywają wybredni, bo nawet delikwenci o kompetencjach Ebiego Smolarka na długo przed końcem kariery mogliby rzucić futbol, a do końca życia mieliby czym chleb posmarować. Odrzucają oferty, które uważają za uwłaczające ich godności, z trudem akceptują swoją spadającą pozycję na rynku. Do czasu. Kariera trwa krótko, każda dłuższa przerwa zawodowcowi szkodzi.

Smolarkowi czasu zostało dramatycznie mało. Precyzyjnie wyliczając - czasu już nie ma nasz bohater eliminacji Euro 2008 wcale. Gdyby na zgrupowania nie przygarnęła go kilkakrotnie reprezentacja Polski, nie rozegrałby jedynego w 2009 roku pełnego meczu (w kwietniu poznęcał się nad listonoszami i mechanikami samochodowymi z San Marino). W Boltonie wiosną uzbierał w sumie 89 minuty gry. Ubiegłej jesieni - 148 minut. W ostatnich miesiącach kopie sobie towarzysko, jak mówił na zgrupowaniu, „z dobrymi ludźmi”.

Reasumując - od mistrzostw Europy, czyli przez blisko półtora roku, w podstawowym składzie drużyny klubowej znalazł się raz. Jeszcze kilka miesięcy, a będzie go wypadało przedstawiać jako „byłego piłkarza”. Przecież nowy selekcjoner Franciszek Smuda będzie miał ważniejsze zadania niż ratowanie mu kariery, więc wolno zakładać, że Ebi nie pocieszy się nawet w kadrze. Jego historia jest niesłychana - choć czasy nastały ciężkie, zdrowi gracze tej klasy na bezrobociu wegetują rzadko. Christian Vieri co prawda karierę skończył, ale wcześniej skończył też 36 lat.

Nie wiemy, co Smolarek przeżywa, czy nie wysysa z niego sił regularna depresja, zresztą zawsze uchodził raczej za introwertyka. W każdym razie wpadł w takie tarapaty, że rozsądnie byłoby wręcz zgłosić do Wisły, Legii czy Lecha albo słabego zespołu Bundesligi czy Eredivisie i zaproponować swoje zasługi za płacę minimalną, gwarantowaną przez prawo. Z opcją - ktoś złoży atrakcyjną ofertę, to odchodzę. Niestety, Smolarek nie tyle nie może znaleźć pracy, co zbyt wiele żąda - oczekuje zarobków z Racingu Santander (ponad milion euro rocznie), tymczasem średniacy ligi greckiej oferowali 300 tys.

Jeszcze trochę bezrobocia, a propozycji nie złoży już nikt. Nikt w zawodowym futbolu. Na razie Smolarek traci najlepsze lata - jest w kwiecie wieku, w styczniu skończy 29 lat. Ale coraz częściej pcha mi się do głowy myśl, że kariery może już nie wznowić.

17:39, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 23 października 2009

PZPN miotał się między parciem ku wyświęceniu przedstawiciela rodzimej myśli szkoleniowej a chęcią uspokojenia nastrojów wśród radykalizującej się opinii publicznej, która w sporej części lepsze jutro reprezentacji wciąż utożsamia z trenerem zagranicznym. Wybrali działacze rozwiązanie pośrednie. Franciszek Smuda nie jest protegowanym Antoniego Piechniczka, zyskał opinię niezależnego i kształcił się w Niemczech, ale przynajmniej mówi po polsku, a wśród tubylczych kandydatur jego kandydatura cieszy się największą popularnością. Znów dowiedzieliśmy się, że prezesem Grzegorzem Latą i jego świtą nie kierują względy merytoryczne - nowego selekcjonera kadry wyłoniły sondaże, potrzeba obłaskawienia mas planujących marsz na siedzibę PZPN. Szkoda tylko, że związkowi bossowie nie podążą za głosem ludu także we sprawie własnej przyszłości.

Smuda jest kandydatem naturalnym w tym sensie, że najbardziej prestiżową trenerską posadą w polskiej piłce wieńczy karierę bogatszą w sukcesy klubowe niż kariery wszystkich aktywnych kolegów po fachu (zupełnie inaczej niż tymczasowy selekcjoner Stefan Majewski). Tylko jego zatrudniali wszyscy ligowi potentaci po 1989 roku - Wisła, Legia, Widzew i Lech. Tylko jego drużyny, choć w europejskich pucharach oczywiście ponosiły porażki, nigdy nie wypadły w nich zawstydzająco, a przyzwoite wyniki osiągały w konfrontacjach z mocnymi firmami - Broendby Kopenhaga, Borussią Dortmund, Steauą Bukareszt, Udinese, Parmą, Hajdukiem Split, Interem Mediolan, Deportivo La Coruna, Feyenoordem. Tylko on nie brzmi groteskowo, kiedy wmawia, że polscy piłkarze przegrywają wskutek kompleksów, a nie haniebnie miernych umiejętności - choć moim zdaniem się myli, to tezę podpiera własnymi dokonaniami.

Wyróżnia Smudę już to, że wciąż mu się chce. Skończył 61 lat, a uznani polscy trenerzy zwykli wylegiwać się na cieplejszych posadkach bez żadnej odpowiedzialności - z pocieszającym wyjątkiem Oresta Lenczyka - od znacznie młodszego wieku. Co więcej, choć Smuda demonstracyjnie obśmiewa modę na nowoczesność (słynne frazy o wsłuchiwaniu się w głos z nieba i używaniu laptopa jako podstawki pod herbatę), to jego piłkarze nie grają w sposób archaiczny. Ten bezkompromisowy trener wpaja futbol z przygodami i pociągający dla kibica, wymaga od swoich ludzi totalnego poświęcenia i awanturowania się o dobry wynik po ostatnią sekundę gry, w kadrze nie będzie raczej tolerował ani wałkoni, ani balang. Po defiladzie typów zastygłych (Engel, Janas i Beenhakker, Majewskiego z Bońkiem staram się wyprzeć z pamięci) przy linii bocznej rozgestykuluje się i rozskacze choleryczny pasjonat, który w swojej mowie (czy raczej wrzasku) ciała przypomina, przepraszam za odważne skojarzenie, Luisa Felipe Scolariego.

Sprawdzi się Smuda w warunkach niecodziennych, historia futbolu zna zaledwie kilkudziesięciu trenerów, którzy przez ponad dwa lata pracowaliby bez meczów o stawkę (dwa już zostały przez dyletantów z PZPN zmarnowane). Co zadanie mu utrudnia - bo po towarzyskich wprawkach nie sposób miarodajnie ocenić siły drużyny, a zarazem daje trochę spokoju - sparingi rywale traktują pół serio, ich wynikami łatwiej się pocieszać, ewentualne niepowodzenia wolno usprawiedliwić dążeniem ku celom długofalowym.

Nowemu selekcjonerowi życzę zbliżonej popularności w sondażu przeprowadzonym po Euro 2012, która oznaczałaby, że stał się on bezdyskusyjnie najwybitniejszym polskim przedstawicielem zawodu po upadku komuny. Może spełniłby wówczas Smuda jeszcze jedno swoje marzenie i wreszcie otrzymał propozycję pracy w Bundeslidze? Trener par excellence spełniony to fenomen, jakiego polski futbol nie doświadczył od ćwierć wieku.

15:55, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
czwartek, 22 października 2009

Rzadko się zdarzają, ale się zdarzają. Te cudowne chwile, w których bloger czuje się naprawdę potrzebny, w których blogowanie nabiera wyższego sensu. Mnie wniebowzięło dzisiaj.

Engel chyba nas czyta. Nas, czyli mnie i was, komentatorów. Kilka dni temu ogłosiłem tradycyjny już i coraz bardziej prestiżowy konkurs na Jasnowidza roku, w którym ostatnie pytanie brzmiało: „Czy 18 października 2010 roku w CV na jego stronie internetowej wciąż będzie figurował Władysław George Engel?” Pytanie zasadne, bo Władysław George figurował od bardzo dawna i nie tylko wśród bywalców tego bloga zyskał liczne rzesze sympatyków. W odpowiedziach byliście zdumiewająco jednomyślni, po pobieżnych oględzinach szacuję, że zaledwie co piętnasty konkursowicz typował, iż Trener dokona zmian w swoim imieniu i nazwisku.

A jednak. Stało się. Dotąd tamten arkusz wyglądał tak:

Władysław George Engel

Od dzisiaj - co jako pierwszy przytomnie dostrzegł irek16lfc - czytamy już:

Władysław Jerzy Engel

Dlaczego Władysław George (zostańmy przy wersji, do której przywykliśmy i którą pokochaliśmy) zdecydował się na ten nieznaczny retusz, a zarazem ostry zwrot w autopromocyjnej strategii? Pewności nie mam, ale jakoś mi się nie widzi, by czasowa koincydencja - poprawka nastąpiła zaledwie cztery dni po ogłoszeniu konkursu - była przypadkiem, zresztą słyszałem plotki, że Engel lubi tutaj zajrzeć i pobaraszkować w dyskusjach na forum, zwłaszcza jeśli analizujecie jego eksperckie wpisy, doceniane przecież także za wartość literacką i dowcip. Teraz w podejrzeniach się utwierdziłem, pozostając zarazem pod wrażeniem taktu Władysława George'a, którego nieprzypadkowo wyróżniano tytułem dżentelmena roku (w CV tłumaczy niezorientowanym, dlaczego tylko raz) - nie zareagował natychmiast, lecz kilka chwil odczekał, by radykalnymi posunięciami nie wywoływać zamieszania.

I tak je wywołał, bo nieliczni autorzy trafnych odpowiedzi stali się znienacka zdecydowanymi faworytami konkursu (wśród nich był obrońca tytułu, rambocyc). Nawiasem mówiąc - wierzcie bądź nie - ja zmianę w CV przeczuwałem, choć stawiałem raczej na wersję Vladislav George Engel, ewentualnie Ladislav George Engel. Przeczuwałem, że zmotywujecie Trenera wyrażoną w odpowiedziach niewiarą w jego zapał do zmian, że da wam odpór, że niezręczną plątaninę dwóch języków wreszcie rozsupła, że otworzy nową erę w historii witryny www.jerzyengel.pl.

Engel zaryzykował, imię brzmiące światowo wymieniając na bardziej przytulne, lecz zarazem brawurowo swojskie, być może zbyt trudne dla potencjalnych pracodawców z zagranicy, mniej ofensywne na wymagającym bezwzględnego rozpychania się łokciami rynku pracy (a Trener zawsze grał na tak!). Engel zademonstrował też imponującą pracowitość, jeśli w nawale zajęć wciąż znajduje czas, by studiować „A jednak się kręci”, sumiennie aktualizować swoją stronę, pochylać się nad każdym detalem. I nie matwcie się, Trener na pewno nie czuje żalu do tych, którzy w niego nie wierzyli - robiliście to dla jego dobra, efekt tych działań to nasz wspólny sukces, tak jak naszym wspólnym sukcesem była kampania propagująca engelową twórczość.

Udowodnił wreszcie Engel, że ma żyłkę reformatora. A skoro on reformuje, to reformować gotowy jest też prawdopodobnie PZPN.

Wdzięczność umiem wyrazić tylko w jeden sposób. Przyspieszam realizację własnych planów i wśród odnośników na prawym skrzydle mojego bloga uroczyście umieszczam - oczywiście w osobnej, specjalnej kategorii - link do www.jerzyengel.pl.

20:55, rafal.stec
Link Komentarze (58) »
środa, 21 października 2009

Przed szlagierem najbardziej utytułowanych międzynarodowo klubów na kontynencie - podupadłych ostatnio Realu Madryt i Milanu - trąbiło się przede wszystkim o rekordach. Filippo Inzaghi (niesłychane, ale nigdy wcześniej nie zagrał na Santiago Bernabeu!) miał strzelić 69. gola w europejskich pucharach i wyrównać Gerda Muellera (według Włochów, UEFA zalicza Niemcowi "tylko" 62 trafienia). W drużynie Realu miał natomiast snajpersko poszaleć Raul Gonzalez, który ściga Inzaghiego (Włosi dawali mu 66 bramek, UEFA jedną więcej) i na pewno go zdystansuje, bo urodził się cztery wiosny później.

Poławiaczy rekordów usatysfakcjonował tylko Hiszpan, na boisku rekordowo było od kardynalnych błędów (począwszy od sędziowskich - na korzyść obu stron). Ani piłkarze Realu, ani piłkarze Milanu nie sprawiali wrażenia zdolnych przetrwać w rozgrywkach do późnej wiosny, doskonale za to podsumowali zadziwiającą kolejkę Champions League, w której najsławniejsi gracze niezrozumiale często okazywali słabość, podobnie zresztą jak ci trochę mniej sławni - siedem goli samobójczych i trzy niewykorzystane rzuty karne to również musi być, nie będę nawet sprawdzał, rekord LM.

Wracając do Madrytu - liczne wpadki Ikera Casillasa zaskakują, wpadkę Didy można wręcz uznać za wpadkę oczekiwaną. Brazylijczyk to - skoro już jesteśmy przy niewyjaśnionych zdarzeniach z Archiwum X i nagłych przemianach herosów w zwykłych ludzi - jeden z najbardziej tajemniczych przypadków we współczesnym futbolu. Należał niegdyś do ścisłej czołówki najznakomitszych bramkarzy na planecie (zdaniem wielu był wręcz najznakomitszym), aż tu pewnego dnia dostał w głowę racą - w trakcie przerwanych derbów Mediolanu w LM - i od tamtego incydentu powoli, acz konsekwentnie stawał się piłkołapem beznadziejnym. Coraz chętniej popełniał kuriozalne błędy, został osadzony w rezerwie, potem odsunięty jeszcze dalej od boiska, bo na trybuny. Kiedy wracał, działy się dziwne rzeczy, pewnego razu w trakcie meczu doznał urazu kręgosłupa, choć oglądał go z ławki (zrobił sobie krzywdę wstając). Dziś raczej nikogo nie wprawił w zdumienie, gdy wypuszczał piłkę z rąk po leciutkim strzale Granero i podarował gola Realowi - zresztą w czasach świetności zachowywał się podobnie, manifestował pewność siebie także w ten sposób, że futbolówki często nie łapał, lecz ją po uderzeniach rywala niedbale odbijał. Tyle że wówczas nie tracił nad nią kontroli.

Przywołuję postać Didy, mimo że jego wybryk nie przeszkodził drużynie niespodziewanie wygrać (3:2), bo na Santiago Bernabeu obiecywano nam orgię rekordów. Do obietnic się przywiązałem i zwracam uwagę na grupkę bramkarzy zatrudnianych obecnie przez Milan - są nimi Dida (36 lat), Christian Abbiati (32), Marco Storari (32) i Flavio Roma (35). Dzięki pozyskaniu latem tego ostatniego rossoneri odmłodzili kadrę, bo do ligi greckiej wyniósł się Zeljko Kalac (37). W klubie został natomiast (jako trener) Valerio Fiori, który rok temu zakończył karierę (miał 39 lat).

Gdzie tutaj rekord? Otóż aż pięciu z nich stało w minionych dwóch latach w bramce Milanu w oficjalnych meczach o stawkę. I przez te dwa sezony Milan nie znalazł zasługującego na tytuł - w pełnym tego słowa znaczeniu - podstawowego. Najbliżej był Abbiati, który jednak wiosną zerwał więzadła. Oczywiście zerwał je, co podaję a propos serii dziwnych zdarzeń, po zderzeniu z kolegą z drużyny Giuseppe Favallim.

Znacie inny w miarę klasowy klub przez dwa sezony wstawiający między słupki pięciu ludzi i pozbawiony numeru jeden? Znacie inny, który nawet czwartym w klubowej hierarchii bramkarzem nie mianuje zdolnego młodzieńca, lecz daje przyjemną fuchę ambitnemu 35-latkowi? I wcale nie awanturuję się ze względu na odesłanego do Chievo Werona Michała Miśkiewicza...

23:57, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 20 października 2009

Ależ niesamowity wieczór w Lidze Mistrzów! Nie pamiętam tylu sensacji na jedno posiedzenie, nie pamiętam, kiedy poprzednio tak bardzo pragnąłem transformacji swojej mózgownicy w odbiornik obrazu wielokanałowy, przeklinając zarazem UEFA, że wciąż nie poszła po rozum do głowy i nie rozdzieliła meczów na dwie pory - choćby godz. 19 i 21. Eeech, aż nie wiadomo, o czym blogować. Chciałoby się namazać o koszmarze czterech kolejnych porażek Liverpoolu, dramacie Stevena Gerrarda i pomyłkach Rafy Beniteza (oglądałem głównie pierwszą połowę); o osobliwym rozdźwięku między imponującą serią trenera Jose Mourinho w meczach ligowych (u siebie poniósł zaledwie jedną porażkę w karierze, biorąc pod uwagę Porto, Chelsea i Inter) a serią w Lidze Mistrzów (mediolańczycy nie wygrali ósmego kolejnego spotkania, dziś oglądałem drugą połowę); o niemal szokującej wpadce Barcelony z debiutującym w elicie Rubinem Kazań; o trzech samobójach w Glasgow (czy to się kiedykolwiek zdarzyło?); wreszcie o dziwnym dniu z jedną zaledwie wygraną gospodarzy (czy to się kiedykolwiek zdarzyło?) lub trzech rozstrzygających golach wbitych w doliczonym czasie gry (zdarzyło się na pewno).

Tematów zatrzęsienie, ale ja śledziłem ligomistrzowie fajerwerki naznaczony polskością - skażony toksycznym czasem wyborów nowego selekcjonera, buntem rozjuszonych mas, planami marszu na siedzibę PZPN. I znów, choć psyche broniła się bohatersko jak kijowianie na San Siro, dopadły mnie smętne skojarzenia. Zwróciłem uwagę na wspaniały wieczór drużyn z krajów pokomunistycznych - remis Ukraińców w Mediolanie, triumf Rosjan w Barcelonie, triumf Rumunów w Glasgow. Przypomniałem sobie, że tych ostatnich prowadzi niejaki Dan Petrescu, swego czasu przepędzony z Wisły Kraków. Przepędzony, bo krakowskie gwiazdy go nie zaakceptowały. Nie zaakceptowały, bo surowy był. I wymagający, i wycieńczającymi treningami się naprzykrzał, i wmawiał, że kopanie piłki to poważna sprawa jest, wyrzeczeń żądał od panów piłkarzy. Akurat prywatnie znam pewnego bukareszteńczyka (świetnie po polsku mówi, pomieszkiwał u nas), który mi zeznawał, jak tam było, a wiedział z detalami, bo trochę wspierał Dana Petrescu w roli tłumacza. Ponure opowiastki, zwłaszcza z perspektywy wieczoru, w którym klubik z Urziceni - 17 tys. ludzi, najmniejsze miasteczko w historii LM, taka rumuńska odmiana grodziskiej Dyskobolii - wychłostał na wyjeździe rangersów. 4:1 w Glasgow! W Krakowie rumuński trener przetrwał dziewięć miesięcy, z Unireą zdobył pierwsze w dziejach klubu mistrzostwo kraju. A teraz rozbija się po Champions League, na półmetku rundy grupowej rozsiadł się na pozycji wicelidera.

Niewykluczone, że Rumuni mimo wszystko nie awansują, ale co z tego? Polscy kibice lubią stękać, że jesienią LM przynudza, bo wciąż wygrywają ci sami. Bujda na resorach. Nudzą się co najwyżej ci, których w elicie nie ma. Triumf w Glasgow da Rumunom - nie tylko mieszkańcom Urziceni – piękne wspomnienia, niezależnie od kolejnych wyników, dla takiej jednej nocy warto bić się o LM. Ba, nawet fani z Debreczyna, których piłkarze objęli dzisiaj prowadzenie po kilkudziesięciu sekundach meczu z Fiorentiną, by ostatecznie przegrać 3:4, mieli pewnie nie lada frajdę i jakoś zerowy dorobek punktowy po trzech kolejkach ulubieńcom przebaczą.

W minionych latach już bywało blisko wielkich sensacji w pierwszej rundzie LM, ale ostatecznie faworyci się sprężali i z tarapatów wydobywali. Piłkarze Liverpoolu się wręcz w uciekaniu spod gilotyny wyspecjalizowali. Czy znów umkną? A może polegnie mediolański Inter? Milan? Może jednak wychynie do 1/8 finału Unirea? Czy jesteśmy blisko największej sensacji od 2002 roku? Wtedy poszaleli chłopcy ze szwajcarskiego Basel. Wyeliminowali Liverpool…

23:57, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi