RSS
czwartek, 30 października 2008

Były prezes PZPN rozegrał wszystko subtelnie, po cichu, ładnie dramaturgicznie. I odniósł kolejny efektowny sukces.

Przecież Hryhorij Surkis raczej nie zaapelował o głosowanie na Zbigniewa Bońka sam z siebie. Albo go poproszono, albo przynajmniej spytał, którego kandydata powinien poprzeć.

Kogo miał spytać, jeśli nie swego kompana od Euro 2012 Michała Listkiewicza? A kogo miał polecić Listkiewicz, jeśli nie Zbigniewa Bońka? Ustępujący prezes wiedział, że ingerencja ukraińskiego intruza rozzłości delegatów. Że zrobią mu wbrew. Nie będzie im obcy przybłęda wystawiał etycznych cenzurek i rozkazywał, na kogo głosować.

Boniek stanowił dla Listkiewicza realne zagrożenie. Popularny, też światowiec, też ze znajomościami w UEFA, i to sięgającymi samego szczytu - przyjaźni się z jej szefem Michelem Platinim.

W interesie Listkiewicza leżała nominacja dla kandydata możliwie najgorszego. Im słabiej będzie nowy przywódca PZPN prezesował, tym szybciej ludzie zatęsknią za poprzednikiem.

Grzegorz Lato nadaje się idealnie. Chropowaty w obejściu, nieelokwentny, bez doświadczenia międzynarodowego i znajomości języków. Dyplomacją zdążył już błysnąć w TVN24. Palnął, że jak Ukraina nie da rady, to mistrzostwa Europy zorganizujemy z Niemcami. Za chwilę zacytują go wszystkie agencje prasowe świata.

Nowy szef PZPN odwdzięczył się za poparcie wiceprezesurą dla Adama Olkowicza, przewodniczącego związkowego zespołu ds. organizacji ME.

Przy niezgrabnym Lacie Listkiewicz wyda się wkrótce dystyngowanym mężem stanu. Będzie niezbędny w kontaktach z UEFA, wizerunkowo zyska na każdej wpadce Laty. Niewykluczone, że za cztery lata - już po sukcesie Euro 2012 - znów wystartuje w wyborach na szefa PZPN. I wygra.

PS Pamiętacie jeszcze, że Lato już występował w zagranicznych telewizjach? Popatrzcie:

21:31, rafal.stec
Link Komentarze (51) »

Zdarzyło się na konferencji prasowej latem 2006 roku. Rozjuszony wyborem obcokrajowca na selekcjonera reprezentacji Polski Grzegorz Lato wstał i rzucił do dziennikarzy. - Macie, co chcieliście! A teraz my będziemy was jeb...!

Nowy prezes - i ówczesny członek zarządu - PZPN miał nadzieję, że Leo Beenhakker okaże się dennym trenerem i nasi piłkarze będą przegrywać. Co tam kadra, ważne, by wyszło na moje. Mentalność okolicznego działacza piłkarskiego oddana w zgrabnym, jakże wymownym skrócie.

Przypomniałem sobie tamten incydent, zastanawiając się, co dalej. O ustępującego szefa PZPN, na razie nie wyświęconego dziś na prezesa honorowego, się nie martwię. Wieczorem wylatuje w atrakcyjną podróż do Nowej Zelandii, potem czeka go - o czym pisałem w felietonie do poniedziałkowej „Gazety” - pasmo sukcesów i piękna kariera. Podtrzymuję wróżbę: ludzie mają krótką pamięć, wielu za Listkiewiczem jeszcze zatęskni, nawet jeśli dziś uzna mnie za wariata.

Co do szumnie zapowiadanych zmian strukturalnych, moralnego oczyszczenia oraz kompetencji nowego prezesa też nie mam złudzeń, choć oczywiście Grzegorzowi Lacie będę z całego serca kibicował. Niestety, powiedzieć, że jego dorobek po zakończeniu kariery na boisku jest lichy, to powiedzieć zbyt dużo. Wspominałem o nim w dzisiejszej „Gazecie” - Lato zawodził jako trener, działacz i senator, pracował za to w Amice Wronki w szczytowej fazie jej kwitnącej współpracy z niejakim „Fryzjerem”. W nagrodę został prezesem PZPN. Klasyczna kariera w naszym futbolu.

Na zmiany gruntowne się nie zanosi, zostaje reprezentacja Polski. Lato nie znosi Beenhakkera (niewykluczone, że z wzajemnością), czemu dawał wielokrotnie wyraz i co grozi poważniejszymi zawirowaniami dopiero teraz, gdy został jego zwierzchnikiem.

Kto wie, czy z punktu widzenia interesu reprezentacji najlepiej nie byłoby, żeby prezes jutro zwolnił Holendra. Albo żeby Holender sam zrezygnował. W najczarniejszym scenariuszu nowy prezes pozuje na przychylnego selekcjonerowi, za kulisami utrudniając mu pracę i podtruwając atmosferę w kadrze.

Nie chcę a priori ogłaszać, że nowy prezes PZPN zachowa się brzydko. Po prostu z analizy jego reakcji w przeszłości i mojej aktualnej wiedzy o nastrojach w środowisku wnioskuję, że podjazdowa wojna między pracodawcą Latą a pracownikiem Beenhakkerem jest co najmniej wysoce prawdopodobna. W wariancie smutniejszym - nieunikniona.

Chyba, że król strzelców mundialu z 1974 roku nagle, przejęty zaszczytną funkcją, całkowicie zmieni poglądy i mentalność. To w ogóle jedyna nadzieja na najbliższe lata - że nowi starzy szefowie PZPN z dnia na dzień staną się innymi ludźmi.
17:30, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
środa, 29 października 2008

Boska światłość 

El Diego zstąpił (prawie) na ławkę trenera reprezentacji Argentyny. A ludzie, którzy go do zstąpienia zaprosili, wykonali ruch karkołomnie niekonwencjonalny i ryzykancki. Powiedziałbym nawet, że z ducha awanturniczy.

To pierwszy bóg obejmujący piłkarską drużynę narodową. I zarazem pierwszy na selekcjonerskim stołku były ćpun, który lata poprzedzające nominację poświęcił na zatargi z prawem, zbijanie monstrualnej nadwagi, wizyty w klinice psychiatrycznej oraz zaprzyjaźnianie się z oszołomami o subtelności Ahmadineżada czy Chaveza.

Każdy człowiek zasługuje na drugą szansę, bóg zasługuje na szans nieskończenie wiele. Zwłaszcza jeśli dostaje je od samego siebie. Moja prywatna teoria brzmi: szefowie argentyńskiej federacji mianują Maradonę nie dlatego, że Maradona zechciał, a bogu się nie odmawia. Oni tylko pozornie dokonali wyboru samodzielnie. W istocie Maradona wyznaczył sam siebie, zsyłając na wiernych oświecającą łaskę, która pozwoliła im podjąć jedynie słuszną decyzję.

O trenerskich talentach piłkarza wszech czasów wiemy niewiele, obie jego wprawki sprzed kilkunastu lat - na ławkach Racingu i Textiles Mandiyu - wypadły bladziutko i trwały króciutko. Tym bardziej nie wiemy, kiedy rodacy zaczną bluźnić a kiedy ruszą, by Maradonę ukrzyżować. Pewne tylko, że zwłaszcza wśród młodych reprezentantów Argentyny będzie miał nowy selekcjoner autorytet i posłuch.

O jego bożych atrybutach i ludzkich cnotach już pisałem tutaj (polecam, mogliście nie czytać, publikowane było w akurat dziale kulturalnym „Gazety”). Dziś, poruszony początkiem nowej, niebiańskiej ery reprezentacji Albicelestes, nie potrafię sobie odmówić autocytatu z tamtego artykułu, w którym dałem ulubiony passus z autobiografii El Diego:

Wizytę u Papieża wspomina [Maradona] jako wielkie rozczarowanie, bo podarowany mu różaniec, który Jan Paweł II nazwał wyjątkowym, niczym nie różnił się od podarowanych jego matce i żonie: „Zbliżyłem się więc do niego i zapytałem: - Przepraszam, Wasza Świątobliwość, jaka jest różnica między moim i mojej matki? Nie odpowiedział... Tylko spojrzał, poklepał mnie, uśmiechnął się i poszliśmy dalej. Kompletny brak szacunku, poklepał mnie i uśmiechnął się, nic więcej! Diego, daj se spokój i spadaj już, bo inni ludzie na mnie czekają - to mi powiedział tym klepaniem po plecach. Czy zrozumiałe jest, dlaczego się na niego wkurzyłem?”.

Ale za bardzo się z Argentyńczyków nie śmiejcie. Oni mają selekcjonera Maradonę, my zaraz możemy dostać prezesa PZPN Grzegorza Latę.

01:44, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
wtorek, 28 października 2008

Hernan Crespo, Julio Cruz, Santiago Scolari 

Odpowiedzialny zawsze jest trener, ale piłkarze mają na boisku robić, co im każę. W drugiej połowie nie robili. Widocznie nie wszyscy zdążyli mnie poznać. Poznają we wtorek, gdy ogłoszę powołania na mecz z Fiorentiną. I nie chcę słyszeć o żadnym zmęczeniu Ligą Mistrzów. Zmęczony to bywa ojciec rodziny, który wraca do domu po 15 godzinach kiepsko opłacanej pracy - perorował rozjuszony trener Jose Mourinho po niedzielnym remisie Interu z Genoą.

Dotrzymał słowa. Dzisiaj poinformował, że na jutrzejszy szlagier ligi włoskiej nie pojadą Adriano (nie dlatego, że znów baluje w dyskotekach, choć baluje) oraz Julio Cruz.

Jeśli wierzyć doniesieniom z Włoch, ten ostatni zniewagi nie daruje. Jego konflikt z trenerem jest ponoć głębszy i Argentyńczyk nie planuje przedłużenia wygasającego w czerwcu kontraktu z klubem. Natychmiast rozeszły się pogłoski, że złożenie mu oferty rozważają dwaj giganci Serie A, Milan oraz Roma.

Kto zagląda na tamtejsze boiska okazjonalnie i nie zwykł wpatrywać się w ślęczące przy boisku rezerwy, może nie rozumieć, o co tyle hałasu. Napastnik, który skończył właśnie 34 lata? Który od 2003 roku nie zdążył przebić się do podstawowej jedenastki Interu?

Właśnie dlatego, że się nie przebił, zachciało mi się o nim napisać. Gdyby grał co tydzień i gdyby jego nazwisko znał każdy niedzielny kibic w Europie, byłby Julio Cruz najzwyczajniejszym jeszcze jednym rewelacyjnym argentyńskim łowcą goli. Wyjątkowym czyni go potulność, z jaką znosi nieustające ugniatanie ławki. On, snajper bezlitośnie regularny i niezawodny niezależnie od klasy przeciwnika oraz rangi meczu. Nie, wcale nie nabierał odwagi, gdy - to przypadłość wielu notorycznych rezerwowych - miał strzelać gole byle komu. Strzelał je każdemu, jeśli tylko dostąpił trenerskiej łaski. Bywał bohaterem w Lidze Mistrzów, przesądzał o zwycięstwach w derbach Mediolanu, Milanowi wtłoczył piłkę do bramki 10 sekund po wejściu na boisko. I nic, zawsze wracał między zmienników. Jego los zależał od pecha kolegów, musieli się rozchorować albo połamać. Inaczej zaczynał mecz na siedząco.

Julio Cruz, doskonale grający głową 192-centymetrowy dryblas, to spełnienie marzeń trenerów futbolowych supermocarstw, którzy futbolistów światowej klasy potrzebują nawet na samym końcu ławki rezerwowych. Nie płacze, nie awanturuje się, nie skarży, nie obraża, nie szantażuje, choć właściwie nie wiadomo, dlaczego miałby pogodzić się z funkcją snajpera zaledwie zapasowego. Jego osiągi w Interze - 73 gole w 173 meczach - są imponujące. Oprócz Christiana Vieriego żaden z tłumu królewsko opłacanych napastników tego klubu nie wypracował w ostatnich latach choćby zbliżonych. I chyba żaden z wiecznych rezerwowych w największych europejskich klubach. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, ostatnim, który mógłby z nim konkurować, był przywoływany niedawno przez Michała Pola Ole Gunnar Solskjaer.

A przecież trzeba by zanurzyć się w cyfry głębiej, by dojrzeć Cruza jeszcze większego. 173 występy? Brzmi całkiem okazale. Dopóki nie dasz nura w detale i nie przekonasz się, że połowę stanowią epizody trwające kwadrans albo i mniej.

Wkrótce pewnie rzeczywiście będzie do wzięcia za darmo, bo nawet gdyby zawarł pokój z trenerem, to Mourinho odmładza podstarzałą kadrę Interu. Znacie w Lidze Mistrzów ławkę, do której by nie dorastał?

19:47, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 27 października 2008

1923 FA Cup Final 

Spektakularna awantura wokół PZPN sprawiła, że debatować o piłce nożnej jęli politycy i publicyści od wszystkiego, którzy nie mają o sprawie zielonego pojęcia. I nie pojmują, jak jest ważna.

Telewizyjne dyskusje dzielą się z grubsza na dwie grupy. Czasem wypełniają je merytoryczne błędy i nieprostowane przez nikogo kłamstwa - kolportowane np. przez domniemanego herszta mafii piłkarskiej Ryszarda F. albo udających niewiniątka działaczy PZPN. Częściej wysłuchujemy żarcików ubawionych aferą komentatorów, którzy zachwycają się idealnym dla potencjalnego szefa związku nazwiskiem „Kręcina” albo zgadują, kiedy, buahahaha, prokuratura aresztuje tysięcznego podejrzanego lub oskarżonego. Takich jaj to przecież nigdzie nie ma, żeby wszyscy łapówki rozdawali, śmieszniej chyba jeszcze u nas nie było. Na szczyt subtelnego dowcipu wspięła się Magdalena Środa. Na łamach „Gazety” żałowała, że Polska nie straciła organizacji Euro 2012, wspominając z wdziękiem o „nikomu nie potrzebnych stadionach w kształcie kupy”.

Wszystkich przekonanych, że aferę futbolową traktować serio może tylko grupka wariatów uzależnionych od widoku biegających po trawie spoconych półgłówków, dedykuję pewną statystykę. Otóż środowisko piłkarskie liczy - biorąc pod uwagę zawodników, trenerów, sędziów, działaczy związkowych i klubowych etc - milion osób ze sporym układem. Ów milion ze sporym okładem działa w świecie, w którym korupcja nie była (jest?) patologicznym marginesem, lecz podstawową metodą załatawiania czegokolwiek. W którym co tydzień, podczas każdej kolejki ligowej, łamie się prawo. I w którym ponure realia wyhodowały taką znieczulicę, że nawet kryminalista nie może stracić twarzy.

Spójrzmy tylko na miniony weekend: skazany za ustawianie meczów trener Wąsikiewicz dostaje pracę w A-klasowej Concordii; podejrzany o korupcję Janusz W. ogląda z loży honorowej na trybunach Legii Warszawa ligowy hit z Wisłą Kraków; mecz w Katowicach zostaje przerwany, bo przytomność traci sędzia zaatakowany przez królujących na naszych stadionach chuliganów; bardzo szanowany były prezes Groclinu Grodzisk Wielkopolski Zbigniew Drzymała mówi w wywiadzie dla „Dużego Formatu” niemal wprost, że kupował mecze, bo musiał, i drwi ze wszystkich, którzy twierdzą, że nigdy nie kupowali.

I ostatni weekendowy incydent, spoza wspomnianego miliona osób najsilniej związanych z piłką. Córka znajomego z poważną miną opowiada rodzicom, że przegrała mecz w mistrzostwach warszawskiej podstawówki, bo przeciwnicy „kupili”. - Jak to kupili? - pyta zdezorientowany tata. - No sędzię kupili. Nie wiesz? Za pieniądze - odpowiada zdumione dziecko. Naiwny ten tata.

Powtórzę jeszcze raz, powoli, sylabizując: afera futbolowa nie dotyczy getta wariatów. Dotyczy ponad miliona Polaków (są jeszcze kibice, niedzielny mecz oglądało dalsze 2,5 mln osób), jest poważnym problemem społecznym, stanowi triumf powszechnej łapówkarskiej mentalności i daje szansę, by tę mentalność zacząć zwalczać.
15:55, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 26 października 2008

Wybrali piłkarze dwóch supermocarstw polskiej ligi idealny moment, by rozegrać porywający spektakl - po raz pierwszy w tym stuleciu podziwiali ich widzowie otwartej telewizji, czyli prawdopodobnie kilka milionów ludzi.

Podziwiali z zapartym tchem. Już rzut oka na składy sugerował, że zobaczymy raczej bezkompromisową wymianę ciosów niż delikatne obmacywanie się drużyn onieśmielonych klasą przeciwnika. Jan Urban nie znalazł w jedenastce Legii miejsca dla ani jednego defensywnego pomocnika. Nigdy tak brawurowo zespołu nie ustawia, wariant wybitnie zaczepny zastosował akurat w meczu z mistrzem Polski, Wisłą Kraków.

Opłaciło się i jemu, i nam. Przeżyliśmy wieczór napastników, choć mnie najbardziej utkwiły incydenty bez gola. Była np. taka perełka w pierwszej połowie - świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego Iwańskiego, świetne uderzenie głową Grzelaka, świetne akrobatyczne dostawienie nogi przez Chinyamę, świetna obrona Pawełka. Cztery idealne zagrania z rzędu, w naszej lidze unikat.

Ale dzięki napastnikom padały też gole. Pierwszego strzelił Paweł Brożek, bezwzględnie najlepszy dzisiaj ligowiec i bohater wielu innych akcji perełek. Niesamowicie wydajny (z każdego jego zetknięcia z piłką wynika coś sensownego), pomysłowy daleko od bramki i błyskawicznie reagujący pod bramką, inteligentny i podejmujący wyłącznie słuszne decyzje. Przez ostatni rok uzbierał więcej goli niż wcześniej w całym seniorskim życiu, gdyby został w Wiśle do końca kariery, przebiłby wszystkich najskuteczniejszych polskich snajperów naszych czasów, od Podbrożnego i Reissa, przez Śrutwę i Koniarka, po Frankowskiego i Żurawskiego.

Wyrównał na Łazienkowskiej Bartłomiej Grzelak. Niesamowicie zmotywowany, szarpiący do utraty tchu, bohater obu rozstrzygających o triumfie Legii akcji. Napastnik, którego także z powodu kruchego zdrowia nie sposób do Brożka w ogóle porównywać. On marzy, by regularność utrzymywaną przez Wiślaka miesiącami utrzymać choćby dwa tygodnie.

Decydujący cios zadał Chinyama. O nim z uznaniem pisać mi najtrudniej, bo choć gole kolekcjonuje, to zbyt często sabotuje natarcia Legii. Gdyby napastnik z Zimbabwe częściej na boisku używał rozumu, pewnie zaraz wzięliby go do naprawdę mocnej ligi. Niestety, nie używa, w każdym razie myśl mu się po zwojach mózgowych wlecze niemiłosiernie długo. Dlatego gwiazdą będzie co najwyżej u nas. On jest świetny, gdy trzeba zareagować instynktownie i bezzwłocznie uderzyć albo pognać przez pustą przestrzeń. Stojąc tyłem do bramki potrafi opóźnić każdą akcję. Sprawia wrażenia, jakby po przyjęciu piłki potrzebował stopklatki - zatrzymania gry i czasu na zastanowienie, co robić.

Chinyama i Grzelak mają poważne wady, Brożek to w naszych warunkach snajper idealny. Gdyby nie trafił na natchnionego dzisiaj bramkarza Jana Muchę, krakowianie pewnie wywieźliby ze stolicy trzy punkty. Ich porażka jeszcze ubarwi wyścig o tytuł. Co do jednego przecież wątpliwości nie ma - mistrzem będzie, zwłaszcza wobec obowiązków w Pucharze UEFA Lecha Poznań, albo Legia, albo Wisła.

Na koniec - a co tam, przyznam się - zaryzykuję herezję. Megahit polskiej ligi wydał mi się dzisiaj nawet bardziej interesujący - nie znaczy, że lepszy - niż popołudniowy bój na szczycie Premier League między Chelsea i Liverpoolem.

20:16, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
sobota, 25 października 2008

Barrels of Money, 1890, Victor Dubreuil 

Nie mogę napisać, że w światowym, bo poza jakąkolwiek konkurencją pozostaje David Beckham, który wynegocjował wariacki kontrakt w Los Angeles Galaxy, kontrakt zresztą należący do innej kategorii, bo nie wynikający wyłącznie ze sportowej klasy piłkarza. Ale europejski rekord padł na pewno. Sportmediaset poinformował dzisiaj, że Inter Mediolan będzie do 2013 roku płacił Zlatanowi Ibrahimoviciowi 12 milionów euro za sezon (w sumie, wliczając wszystkie podatki, wyda na niego przez ten czas ponad 120 mln!).

Szwed przebije tym samym najlepiej opłacanych w ostatnich latach Kakę, Cristiano Ronaldo, Leo Messiego oraz Ronaldinho (zgodził się na obniżkę w Milanie). I stanie się zarazem piłkarzem, biorąc pod uwagę jego osiągnięcia, najbardziej przepłacanym. Cała czwórka wymienionych prowadziła swoje kluby do wspaniałych sukcesów międzynarodowych - triumfu w Lidze Mistrzów. Ibrahimovic bywał królem tylko we Włoszech, w Champions League nie doczłapał z Interem nawet do ćwierćfinału, a w wielkich meczach ten humorzasty i chimeryczny napastnik ma zwyczaj - o czym pisałem w zeszłym tygodniu - niemal znikać z pola widzenia.

Właściciel Interu Massimo Moratti go jednak uwielbia, bo w ostatnich latach - mimo fenomenalnej passy całej drużyny w Serie A - miał w nim chyba jedynego gwiazdora zdolnego zachwycać bajecznymi zagraniami. Zakochał się też w Szwedzie nowy trener mediolańczyków Jose Mourinho. W Chelsea „nietykalnymi” mianował dziewięciu graczy, w Interze nie umie się obejść tylko bez Ibrahimovicia. Jego jedynego wystawiał w podstawowym składzie we wszystkich 11 oficjalnych meczach sezonu. Widać, że to w nim chciałby znaleźć swoje boiskowe alter ego - charyzmatycznego lidera inspirującego drużynę do spektakularnych triumfów. Czy Szwed, który nigdy nie dopchał się nawet do czołowej piątki plebiscytów FIFA i „France Football” na najlepszych piłkarzy świata, wreszcie podoła wyzwaniu?

14:46, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
piątek, 24 października 2008

Logo czasopisma Trener 

Poznaliśmy je dzięki wrześniowo-październikowemu numerowi wydawanego przez PZPN „Trenera”, w którym Władysław Żmuda wraz ze Zbigniewem Witkowskim publikują swoją pracę pod efektownym tytułem „Analiza czynników warunkujących sukcesy najlepszych zespołów w ME 2008 w piłce nożnej”. Ich celem, jak czytamy we wstępie, jest charakterystyka sposobu gry najlepszych drużyn oraz zawodników, jak również wskazanie tych czynników, które powodują, iż jedne drużyny wyróżniają się zdecydowanie na korzyść w porównaniu z innymi zespołami. Analiza - kontynuują autorzy – pod kątem wybranego celu zostanie dokonana w punktach, co umożliwi bardziej poglądowe przedstawienie materiału dla czytelnika.*

Najpierw Żmuda z Witkowskim spoglądają na czerwcowy turniej z lotu ptaka: Mecze w fazie pucharowej w ćwierćfinałach stały na wysokim poziomie, dostarczyły widzom wiele emocji. W tej fazie gry kalkulacja nie popłaca. Włosi liczyli na rzuty karne w meczu z Hiszpanią i się przeliczyli. Bramkarz van der Sar okazał się lepszy od Buffona.

Potem autorzy przechodzą do szczegółowej analizy czynników, które umożliwiają zespołom odnoszenie sukcesów na imprezach najwyższej rangi.

W punkcie „Trener” czytamy: Rozegrane mistrzostwa udowodniły, że drużyna chcąca osiągnąć sukcesy w największych imprezach międzynarodowych powinna posiadać wysoko wykwalifikowanego trenera-selekcjonera. Jego głównym zadaniem jest optymalne ustawienie zespołu, znalezienie dla każdego zawodnika pozycji na boisku z przydzieleniem mu zadań w ataku i w obronie na miarę jego predyspozycji psychofizycznych i aktualnej formy. Wyraźnym potwierdzeniem tej tezy jest Luis Aragones trener zespołu Hiszpanii – mistrza Europy. Następnie autorzy przybliżają przebieg karier Aragonesa, Loewa, Hiddinka i Terima, by zaanalizować wiek selekcjonerów obecnych na mistrzostwach. Rozdział kończy tabelka z nazwiskami trenerów sklasyfikowanych od najstarszego do najmłodszego, w ostatnim akapicie nad nią autorzy konkludują: Dwaj najmłodsi trenerzy mistrzostw Marco van Basten i Slaven Bilić nie wykorzystali potencjału swych utytułowanych zawodników. Problem kierowania zespołem szczególnie po zwycięskich meczach jest trudny u wymaga żelaznej ręki, w tej materii zabrakło im doświadczenia. Niemniej ich dokonania są godne szacunku.

Najważniejsze tezy z rozdziału „Wybitne indywidualności w zespole”: Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważną rolę w każdym zespole pełnią wybitnie uzdolnieni gracze. Tego rodzaju zawodnicy o wielkich indywidualnych umiejętnościach potrafią przesądzać czasami wyniki meczów. Ich rola jest szczególnie znacząca wówczas, gdy cały zespół gra przeciętnie i gdy niekonwencjonalne, nieprzeciętne zagranie czy akcja wybitnego gracza pozwala osiągnąć sukces drużynie.

Tezy z rozdziału „Posiadanie wyróżniających się graczy w każdej formacji zespołu”: Analiza składów najlepszych zespołów ME 2008 pokazała, że niezależnie od jednej czy dwóch wybitnych indywidualności jakie posiadały w swoich składach te zespoły dysponowały one ponadto w każdej formacji przynajmniej wyróżniającymi się zawodnikami. To właśnie ci zawodnocy stanowią szkielet zespołu i w oparciu o ten szkielet buduje się kolejne ogniwa drużyny.

Tezy z rozdziału „Silna ławka rezerwowych”: Aby zwyciężyć w turnieju najwyższej rangi, takim jakim są mistrzostwa Europy czy mistrzostwa świata, zespół musi rozegrać kilka meczów i we wszystkich utrzymać stabilną formę. Konieczność rozegrania kilku meczów powoduje jednak, że trakcie turnieju niektórzy gracze muszą być zastąpieni graczami rezerwowymi z powodu pojawiających się kontuzji, czy wykluczeń za żółte i czerwone kartki. Bardzo ważne jest aby gracze rezerwowi nie odstawali poziomem od graczy podstawowego składu. Powinni to być gracze pełnowartościowi. Ich wejście na boisko nie powinno osłabiać składu, lecz dzięki wprowadzeniu nowych sił zwiększać możliwości zespołu.

Dalej napotykamy punkty: „Taktyka”, „Wyszkolenie techniczne”, „Brak słabych punktów w zespole”, „Przygotowanie psychiczne: mentalność zwycięzców i przekonanie o własnej wartości” (mój ulubiony) i „Przygotowanie motoryczne”. Więcej cytować nie dam rady ze względów kondycyjnych, a wersja elektroniczna forum wymiany polskiej myśli trenerskiej – o ile istnieje - nie jest powszechnie dostępna. Zainteresowanym polecam zajrzeć do papieru – tutaj potrzebne info wraz ze składem redakcji kierowanej przez Jerzego Talagę (biuletyn kosztuje marne 10 złotych). Ja sam, choć oczywiście jestem pod wrażeniem przytoczonej pracy, nie doznałem już olśnienia, które przeżyją ewentualni nowi czytelnicy całości, bo pismo pochłaniam pasjami od dawna – najciekawsze numery odkładam sobie nawet na kupkę w szufladzie – więc generalnie się orientuję.

* We wszystkich cytatach zachowuję pisownię i gramatykę oryginalną.

15:35, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 23 października 2008

Galactic Highland by Garret Moore 

Włosi wzięli niedawno upadłych Ronaldinho i Szewczenko, zimą dostawią do nich jeszcze Beckhama, więc skojarzenia same pchają się do głów. Oto rusza następny projekt drużyny galaktycznej (pełnej medialnych supergwiazd, zorientowanej na sukces komercyjny), po doświadczeniach Realu Madryt skazany na niepowodzenie, które już dziś przeczuwa mój redakcyjny kolega Darek Wołowski.

Wyników Milanowi wróżył nie będę, ale najprostszych skojarzeń - z fiaskiem madryckim - nie kupuję. Ruchy Silvio Berlusconiego nie mają nic wspólnego ze strategią Florentino Pereza, w teorii zmierzającą ku zebraniu w Madrycie jedenastki wszech czasów, w praktyce spychającą drużynę w głęboki kryzys. Były prezes Realu wydawał kosmiczne pieniądze na nieliczne transfery - Zidane, Figo oraz Ronaldo razem wzięci kosztowali około 180 mln euro - i kompletnie zaniedbał rezerwę. Kupował jedną megagwiazdę rocznie, poza tym nakazywał trenerom promować wychowanków, a osobliwy koncept nazwał „Zidanes y Pavones” (od nazwiska młodego obrońcy, dzisiaj wegetującego w drugiej lidze hiszpańskiej). Poniósł klęskę totalną, Real przeżył najczarniejszy okres od półwiecza.

Milan nie rozrzuca pieniędzy. Jego decyzje transferowe wynikają poniekąd z finansowej zapaści włoskiego calcio, próbuje kupować klasowych graczy okazyjnie. Za byłego najlepszego piłkarza świata Ronaldinho zapłacił zaledwie 21 mln euro, Szewczenkę z Chelsea wypożyczył, Beckhama wypożyczyć zamierza. Nie wiadomo, ile z tego tercetu mediolańczycy zdołają jeszcze wycisnąć, ale równolegle wzięli również Zambrottę czy Flaminiego i dążą ku szerokiej, bardzo konkurencyjnej kadrze, ścigając od kilku sezonów świetnie wyposażony Inter. Dlatego Milan nie będzie galaktyczny z jeszcze jednego względu - Carlo Ancelottiemu nikt nie wskaże nietykalnych, których nie wolno usadzić na ławce rezerwowych. W Realu gwiazdorzy ze względów komercyjnych grać musieli, Ronaldinho mecze na San Siro na razie często ogląda z ławki rezerwowych.

Co do samego powrotu do Europy Beckhama, to cieszy mnie tak samo, jak cieszyłby mnie powrót mojego ulubionego futbolisty w ogóle - argentyńskiego oryginała Juana Romana Riquelme. Obu zwyczajnie chciałbym oglądać częściej.

Anglika, do czego się już przyznawałem, bardzo cenię, a stosunkowo dużą liczbę jego przeciwników tłumaczę nieporozumieniem, które wywołuje kompletna niespójność jego pozaboiskowego wizerunku do prawdy o nim jako piłkarzu. Jest Beckham zawodowcem bez skazy, stachanowcem tyrającym na treningu, i podczas gry, twardzielem nigdy nie odpuszczającym w walce. Dopiero po ostatnim gwizdku wdzięczy się do nastoletnich podlotków, podlizuje gejom i przytula do żony piosenkarki. Teraz do transferu zachęca Anglika selekcjoner reprezentacji Fabio Capello, który w Realu Madryt podejrzewał go o gwiazdorkowate ciągoty i traktował z rezerwą, by przekonać się, że Beckham nawet dyskryminowany potrafi pracować z determinacją i pokorą.

Dziś ma już za sobą 33 lata, ale włoski trener wciąż powołuje go do kadry. A o Capello jedno wiadomo na pewno - galacticos serdecznie nie znosi.

16:23, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
środa, 22 października 2008

l 

Nie słychać, by pan prezydent profesor głowa państwa Lech Kaczyński wysłał depeszę gratulacyjną do Marka Saganowskiego, który w środę strzelił gola w Lidze Mistrzów. Trochę zaskakujące, choć za jego wytrawnym znawstwem i łaskawością nigdy nie nadążysz - gdy piłkarze Lecha wygrywali z Austrią Wiedeń, pan prezydent profesor głowa państwa dzwonił do Poznania, by z wdzięczności pogłaskać zwycięzców prezydenckim majestatem; gdy reprezentacja pokonała Czechów, udawał, że w ogóle nic nie wie o żadnym meczu.

Nie musiał od razu pan prezydent profesor głowa państwa ogłaszać dnia wolnego od pracy czy ustanawiać nowego święta narodowego, ale jakoś zareagować wypadało. Gest, choćby nieznaczny, pana prezydenta profesora głowy państwa zmusiłby do zajęcia jasnego stanowiska resztę Europy, która jak dotąd historyczny wieczór w polskim futbolu złośliwie przemilcza. Przejrzałem mnóstwo internetowych witryn i nic. Nigdzie ani słowa, że po trzech latach z półrocznym okładem nasz rodak znów wtłukł piłkę do bramki w Lidze Mistrzów. Na szczęście obcy przynajmniej nie kpią, że jak pada dziewięć goli w meczu i rekordowe 36 przez cały wieczór, to nawet ślepemu znad Wisły się trafi.

Duńskiego nie znam, ale dochodzą mnie słuchy, że nawet Duńczycy zachowują się jak gdyby nigdy nic. Pochlipują nad porażką swojego Aalborga 3:6, zauważają jego jeden nędzny punkt w tabeli etc. O niezwykłym występie polskiego napastnika nie wspominają, ich ignorancja jest, jak to się dzisiaj mówi, porażająca. Gol i asysta, a także kilka pomniejszych kopnięć Saganowskiego składają się na popis, jakim żaden polski napastnik - z wyjątkiem urodzonych w Nigerii - w tym stuleciu w Champions League nie błysnął.

Optymistyczne, że błysnął akurat Saganowski. Gdyby błysnął człowiek, który dopiero wielką karierę rozpoczyna i uchodzi za talent nie z tej ziemi, wtorkowego rodzynka skonsumowalibyśmy na chłodno. Skoro zdolny, to i strzela, robi swoje, nie róbmy z igły wideł. Ale przecież Saganowski tylko zaczął podejrzanie szybko, debiutując w reprezentacji w wieku 17 lat. Potem był już polskim napastnikiem takim, jak inni. Tuła się po prowincjonalnej Europie, odkopują go sobie z Guimaraes do Troyes albo z Southampton do Aalborga, teraz też pewnie czuje się trochę jak w akademiku, mocno tymczasowo, po Duńczycy pożyczyli go sobie tylko do grudnia. (A ja im wróżę - bez Saganowskiego w Lidze Mistrzów nie zagrają, lekko licząc, co najmniej przez następne ćwierć wieku).

Wniosek jest oczywisty - jeśli najzwyklejszy polski snajper wpada do Ligi Mistrzów i z miejsca, prawie od niechcenia, przywala golem przystrojonym asystą, to znaczy, że inni też potrafią. Pojedynek trenerskich tytanów Michał Globisz - Jerzy Engel wygrał ten ostatni. Pierwszy, guru naszego piłkarstwa młodzieżowego, ponoć przejrzał na oczy i wypowiadał się dla „Gazety” dramatycznie: Dopiero w 2020 roku polski piłkarz prosto kopnie piłkę. Engel, nawiasem mówiąc zwierzchnik Globisza, proroczo umieścił nasz futbol w samym czubie, na pytanie dziennika „Polska” o sytuację reprezentacji odpowiadając następująco: W naszej grupie (eliminacji do mundialu - red.) jest najlepsza. I śmiem twierdzić, że należy do najlepszych w Europie. Mamy trzech świetnych rozgrywających: Rogera, Gargułę, Błaszczykowskiego. Dwóch skrzydłowych światowej klasy: Smolarka i Błaszczykowskiego. Bramkarze: to samo. No i Brożek. Nie widzę dziś nawet kilku drużyn z większym potencjałem.

Zwróćcie uwagę, że Engel wyliczając nasze gwiazdy Saganowskiego pominął, uznając go najwyraźniej za co najwyżej gwiazdkę. I ta gwiazdka rozbija się po Lidze Mistrzów! Ja od początku w sporze trenerów instynktownie trzymałem stronę Engela, zresztą dawno temu - tutaj właściwa notka - udowodniłem, że aż 11 krajów europejskich krajów wychowuje napastników mniej groźnych niż polscy. Lista zawierająca Armenię, Azerbejdżan, Estonię, Kazachstan, Mołdawię, Słowenią (pośród tych z co najmniej milionem obywateli), Andorrą, Luksemburgiem, Maltą, San Marino i Wyspami Owczymi (pośród tych mniej ludnych) wciąż się zresztą nie zmieniła.

Tak jak nie zmieniła się agresywna postawa reszty Europy, która kolejny sukces polskiego snajpera sprowadziła do nie wartego jakiegokolwiek wyróżnienia statystycznego detalu.

* Wpis powstał z inspiracji listem, który dostałem do czytelnika zaintrygowanego, czy „Gazeta Wyborcza” jak zwykle będzie się starała ze wszystkich sił umniejszyć sukces polskiego futbolu. Mnie to nawet przez myśl przez przeszło, raczej oburza mnie pomijanie niewygodnych faktów przez zagraniczne redakcje, czemu dałem wyraz powyżej.

18:40, rafal.stec
Link Komentarze (62) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi