RSS
czwartek, 30 października 2008

Były prezes PZPN rozegrał wszystko subtelnie, po cichu, ładnie dramaturgicznie. I odniósł kolejny efektowny sukces.

Przecież Hryhorij Surkis raczej nie zaapelował o głosowanie na Zbigniewa Bońka sam z siebie. Albo go poproszono, albo przynajmniej spytał, którego kandydata powinien poprzeć.

Kogo miał spytać, jeśli nie swego kompana od Euro 2012 Michała Listkiewicza? A kogo miał polecić Listkiewicz, jeśli nie Zbigniewa Bońka? Ustępujący prezes wiedział, że ingerencja ukraińskiego intruza rozzłości delegatów. Że zrobią mu wbrew. Nie będzie im obcy przybłęda wystawiał etycznych cenzurek i rozkazywał, na kogo głosować.

Boniek stanowił dla Listkiewicza realne zagrożenie. Popularny, też światowiec, też ze znajomościami w UEFA, i to sięgającymi samego szczytu - przyjaźni się z jej szefem Michelem Platinim.

W interesie Listkiewicza leżała nominacja dla kandydata możliwie najgorszego. Im słabiej będzie nowy przywódca PZPN prezesował, tym szybciej ludzie zatęsknią za poprzednikiem.

Grzegorz Lato nadaje się idealnie. Chropowaty w obejściu, nieelokwentny, bez doświadczenia międzynarodowego i znajomości języków. Dyplomacją zdążył już błysnąć w TVN24. Palnął, że jak Ukraina nie da rady, to mistrzostwa Europy zorganizujemy z Niemcami. Za chwilę zacytują go wszystkie agencje prasowe świata.

Nowy szef PZPN odwdzięczył się za poparcie wiceprezesurą dla Adama Olkowicza, przewodniczącego związkowego zespołu ds. organizacji ME.

Przy niezgrabnym Lacie Listkiewicz wyda się wkrótce dystyngowanym mężem stanu. Będzie niezbędny w kontaktach z UEFA, wizerunkowo zyska na każdej wpadce Laty. Niewykluczone, że za cztery lata - już po sukcesie Euro 2012 - znów wystartuje w wyborach na szefa PZPN. I wygra.

PS Pamiętacie jeszcze, że Lato już występował w zagranicznych telewizjach? Popatrzcie:

21:31, rafal.stec
Link Komentarze (51) »

Zdarzyło się na konferencji prasowej latem 2006 roku. Rozjuszony wyborem obcokrajowca na selekcjonera reprezentacji Polski Grzegorz Lato wstał i rzucił do dziennikarzy. - Macie, co chcieliście! A teraz my będziemy was jeb...!

Nowy prezes - i ówczesny członek zarządu - PZPN miał nadzieję, że Leo Beenhakker okaże się dennym trenerem i nasi piłkarze będą przegrywać. Co tam kadra, ważne, by wyszło na moje. Mentalność okolicznego działacza piłkarskiego oddana w zgrabnym, jakże wymownym skrócie.

Przypomniałem sobie tamten incydent, zastanawiając się, co dalej. O ustępującego szefa PZPN, na razie nie wyświęconego dziś na prezesa honorowego, się nie martwię. Wieczorem wylatuje w atrakcyjną podróż do Nowej Zelandii, potem czeka go - o czym pisałem w felietonie do poniedziałkowej „Gazety” - pasmo sukcesów i piękna kariera. Podtrzymuję wróżbę: ludzie mają krótką pamięć, wielu za Listkiewiczem jeszcze zatęskni, nawet jeśli dziś uzna mnie za wariata.

Co do szumnie zapowiadanych zmian strukturalnych, moralnego oczyszczenia oraz kompetencji nowego prezesa też nie mam złudzeń, choć oczywiście Grzegorzowi Lacie będę z całego serca kibicował. Niestety, powiedzieć, że jego dorobek po zakończeniu kariery na boisku jest lichy, to powiedzieć zbyt dużo. Wspominałem o nim w dzisiejszej „Gazecie” - Lato zawodził jako trener, działacz i senator, pracował za to w Amice Wronki w szczytowej fazie jej kwitnącej współpracy z niejakim „Fryzjerem”. W nagrodę został prezesem PZPN. Klasyczna kariera w naszym futbolu.

Na zmiany gruntowne się nie zanosi, zostaje reprezentacja Polski. Lato nie znosi Beenhakkera (niewykluczone, że z wzajemnością), czemu dawał wielokrotnie wyraz i co grozi poważniejszymi zawirowaniami dopiero teraz, gdy został jego zwierzchnikiem.

Kto wie, czy z punktu widzenia interesu reprezentacji najlepiej nie byłoby, żeby prezes jutro zwolnił Holendra. Albo żeby Holender sam zrezygnował. W najczarniejszym scenariuszu nowy prezes pozuje na przychylnego selekcjonerowi, za kulisami utrudniając mu pracę i podtruwając atmosferę w kadrze.

Nie chcę a priori ogłaszać, że nowy prezes PZPN zachowa się brzydko. Po prostu z analizy jego reakcji w przeszłości i mojej aktualnej wiedzy o nastrojach w środowisku wnioskuję, że podjazdowa wojna między pracodawcą Latą a pracownikiem Beenhakkerem jest co najmniej wysoce prawdopodobna. W wariancie smutniejszym - nieunikniona.

Chyba, że król strzelców mundialu z 1974 roku nagle, przejęty zaszczytną funkcją, całkowicie zmieni poglądy i mentalność. To w ogóle jedyna nadzieja na najbliższe lata - że nowi starzy szefowie PZPN z dnia na dzień staną się innymi ludźmi.
17:30, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
środa, 29 października 2008

Boska światłość 

El Diego zstąpił (prawie) na ławkę trenera reprezentacji Argentyny. A ludzie, którzy go do zstąpienia zaprosili, wykonali ruch karkołomnie niekonwencjonalny i ryzykancki. Powiedziałbym nawet, że z ducha awanturniczy.

To pierwszy bóg obejmujący piłkarską drużynę narodową. I zarazem pierwszy na selekcjonerskim stołku były ćpun, który lata poprzedzające nominację poświęcił na zatargi z prawem, zbijanie monstrualnej nadwagi, wizyty w klinice psychiatrycznej oraz zaprzyjaźnianie się z oszołomami o subtelności Ahmadineżada czy Chaveza.

Każdy człowiek zasługuje na drugą szansę, bóg zasługuje na szans nieskończenie wiele. Zwłaszcza jeśli dostaje je od samego siebie. Moja prywatna teoria brzmi: szefowie argentyńskiej federacji mianują Maradonę nie dlatego, że Maradona zechciał, a bogu się nie odmawia. Oni tylko pozornie dokonali wyboru samodzielnie. W istocie Maradona wyznaczył sam siebie, zsyłając na wiernych oświecającą łaskę, która pozwoliła im podjąć jedynie słuszną decyzję.

O trenerskich talentach piłkarza wszech czasów wiemy niewiele, obie jego wprawki sprzed kilkunastu lat - na ławkach Racingu i Textiles Mandiyu - wypadły bladziutko i trwały króciutko. Tym bardziej nie wiemy, kiedy rodacy zaczną bluźnić a kiedy ruszą, by Maradonę ukrzyżować. Pewne tylko, że zwłaszcza wśród młodych reprezentantów Argentyny będzie miał nowy selekcjoner autorytet i posłuch.

O jego bożych atrybutach i ludzkich cnotach już pisałem tutaj (polecam, mogliście nie czytać, publikowane było w akurat dziale kulturalnym „Gazety”). Dziś, poruszony początkiem nowej, niebiańskiej ery reprezentacji Albicelestes, nie potrafię sobie odmówić autocytatu z tamtego artykułu, w którym dałem ulubiony passus z autobiografii El Diego:

Wizytę u Papieża wspomina [Maradona] jako wielkie rozczarowanie, bo podarowany mu różaniec, który Jan Paweł II nazwał wyjątkowym, niczym nie różnił się od podarowanych jego matce i żonie: „Zbliżyłem się więc do niego i zapytałem: - Przepraszam, Wasza Świątobliwość, jaka jest różnica między moim i mojej matki? Nie odpowiedział... Tylko spojrzał, poklepał mnie, uśmiechnął się i poszliśmy dalej. Kompletny brak szacunku, poklepał mnie i uśmiechnął się, nic więcej! Diego, daj se spokój i spadaj już, bo inni ludzie na mnie czekają - to mi powiedział tym klepaniem po plecach. Czy zrozumiałe jest, dlaczego się na niego wkurzyłem?”.

Ale za bardzo się z Argentyńczyków nie śmiejcie. Oni mają selekcjonera Maradonę, my zaraz możemy dostać prezesa PZPN Grzegorza Latę.

01:44, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
wtorek, 28 października 2008

Hernan Crespo, Julio Cruz, Santiago Scolari 

Odpowiedzialny zawsze jest trener, ale piłkarze mają na boisku robić, co im każę. W drugiej połowie nie robili. Widocznie nie wszyscy zdążyli mnie poznać. Poznają we wtorek, gdy ogłoszę powołania na mecz z Fiorentiną. I nie chcę słyszeć o żadnym zmęczeniu Ligą Mistrzów. Zmęczony to bywa ojciec rodziny, który wraca do domu po 15 godzinach kiepsko opłacanej pracy - perorował rozjuszony trener Jose Mourinho po niedzielnym remisie Interu z Genoą.

Dotrzymał słowa. Dzisiaj poinformował, że na jutrzejszy szlagier ligi włoskiej nie pojadą Adriano (nie dlatego, że znów baluje w dyskotekach, choć baluje) oraz Julio Cruz.

Jeśli wierzyć doniesieniom z Włoch, ten ostatni zniewagi nie daruje. Jego konflikt z trenerem jest ponoć głębszy i Argentyńczyk nie planuje przedłużenia wygasającego w czerwcu kontraktu z klubem. Natychmiast rozeszły się pogłoski, że złożenie mu oferty rozważają dwaj giganci Serie A, Milan oraz Roma.

Kto zagląda na tamtejsze boiska okazjonalnie i nie zwykł wpatrywać się w ślęczące przy boisku rezerwy, może nie rozumieć, o co tyle hałasu. Napastnik, który skończył właśnie 34 lata? Który od 2003 roku nie zdążył przebić się do podstawowej jedenastki Interu?

Właśnie dlatego, że się nie przebił, zachciało mi się o nim napisać. Gdyby grał co tydzień i gdyby jego nazwisko znał każdy niedzielny kibic w Europie, byłby Julio Cruz najzwyczajniejszym jeszcze jednym rewelacyjnym argentyńskim łowcą goli. Wyjątkowym czyni go potulność, z jaką znosi nieustające ugniatanie ławki. On, snajper bezlitośnie regularny i niezawodny niezależnie od klasy przeciwnika oraz rangi meczu. Nie, wcale nie nabierał odwagi, gdy - to przypadłość wielu notorycznych rezerwowych - miał strzelać gole byle komu. Strzelał je każdemu, jeśli tylko dostąpił trenerskiej łaski. Bywał bohaterem w Lidze Mistrzów, przesądzał o zwycięstwach w derbach Mediolanu, Milanowi wtłoczył piłkę do bramki 10 sekund po wejściu na boisko. I nic, zawsze wracał między zmienników. Jego los zależał od pecha kolegów, musieli się rozchorować albo połamać. Inaczej zaczynał mecz na siedząco.

Julio Cruz, doskonale grający głową 192-centymetrowy dryblas, to spełnienie marzeń trenerów futbolowych supermocarstw, którzy futbolistów światowej klasy potrzebują nawet na samym końcu ławki rezerwowych. Nie płacze, nie awanturuje się, nie skarży, nie obraża, nie szantażuje, choć właściwie nie wiadomo, dlaczego miałby pogodzić się z funkcją snajpera zaledwie zapasowego. Jego osiągi w Interze - 73 gole w 173 meczach - są imponujące. Oprócz Christiana Vieriego żaden z tłumu królewsko opłacanych napastników tego klubu nie wypracował w ostatnich latach choćby zbliżonych. I chyba żaden z wiecznych rezerwowych w największych europejskich klubach. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, ostatnim, który mógłby z nim konkurować, był przywoływany niedawno przez Michała Pola Ole Gunnar Solskjaer.

A przecież trzeba by zanurzyć się w cyfry głębiej, by dojrzeć Cruza jeszcze większego. 173 występy? Brzmi całkiem okazale. Dopóki nie dasz nura w detale i nie przekonasz się, że połowę stanowią epizody trwające kwadrans albo i mniej.

Wkrótce pewnie rzeczywiście będzie do wzięcia za darmo, bo nawet gdyby zawarł pokój z trenerem, to Mourinho odmładza podstarzałą kadrę Interu. Znacie w Lidze Mistrzów ławkę, do której by nie dorastał?

19:47, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 27 października 2008

1923 FA Cup Final 

Spektakularna awantura wokół PZPN sprawiła, że debatować o piłce nożnej jęli politycy i publicyści od wszystkiego, którzy nie mają o sprawie zielonego pojęcia. I nie pojmują, jak jest ważna.

Telewizyjne dyskusje dzielą się z grubsza na dwie grupy. Czasem wypełniają je merytoryczne błędy i nieprostowane przez nikogo kłamstwa - kolportowane np. przez domniemanego herszta mafii piłkarskiej Ryszarda F. albo udających niewiniątka działaczy PZPN. Częściej wysłuchujemy żarcików ubawionych aferą komentatorów, którzy zachwycają się idealnym dla potencjalnego szefa związku nazwiskiem „Kręcina” albo zgadują, kiedy, buahahaha, prokuratura aresztuje tysięcznego podejrzanego lub oskarżonego. Takich jaj to przecież nigdzie nie ma, żeby wszyscy łapówki rozdawali, śmieszniej chyba jeszcze u nas nie było. Na szczyt subtelnego dowcipu wspięła się Magdalena Środa. Na łamach „Gazety” żałowała, że Polska nie straciła organizacji Euro 2012, wspominając z wdziękiem o „nikomu nie potrzebnych stadionach w kształcie kupy”.

Wszystkich przekonanych, że aferę futbolową traktować serio może tylko grupka wariatów uzależnionych od widoku biegających po trawie spoconych półgłówków, dedykuję pewną statystykę. Otóż środowisko piłkarskie liczy - biorąc pod uwagę zawodników, trenerów, sędziów, działaczy związkowych i klubowych etc - milion osób ze sporym układem. Ów milion ze sporym okładem działa w świecie, w którym korupcja nie była (jest?) patologicznym marginesem, lecz podstawową metodą załatawiania czegokolwiek. W którym co tydzień, podczas każdej kolejki ligowej, łamie się prawo. I w którym ponure realia wyhodowały taką znieczulicę, że nawet kryminalista nie może stracić twarzy.

Spójrzmy tylko na miniony weekend: skazany za ustawianie meczów trener Wąsikiewicz dostaje pracę w A-klasowej Concordii; podejrzany o korupcję Janusz W. ogląda z loży honorowej na trybunach Legii Warszawa ligowy hit z Wisłą Kraków; mecz w Katowicach zostaje przerwany, bo przytomność traci sędzia zaatakowany przez królujących na naszych stadionach chuliganów; bardzo szanowany były prezes Groclinu Grodzisk Wielkopolski Zbigniew Drzymała mówi w wywiadzie dla „Dużego Formatu” niemal wprost, że kupował mecze, bo musiał, i drwi ze wszystkich, którzy twierdzą, że nigdy nie kupowali.

I ostatni weekendowy incydent, spoza wspomnianego miliona osób najsilniej związanych z piłką. Córka znajomego z poważną miną opowiada rodzicom, że przegrała mecz w mistrzostwach warszawskiej podstawówki, bo przeciwnicy „kupili”. - Jak to kupili? - pyta zdezorientowany tata. - No sędzię kupili. Nie wiesz? Za pieniądze - odpowiada zdumione dziecko. Naiwny ten tata.

Powtórzę jeszcze raz, powoli, sylabizując: afera futbolowa nie dotyczy getta wariatów. Dotyczy ponad miliona Polaków (są jeszcze kibice, niedzielny mecz oglądało dalsze 2,5 mln osób), jest poważnym problemem społecznym, stanowi triumf powszechnej łapówkarskiej mentalności i daje szansę, by tę mentalność zacząć zwalczać.
15:55, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi