RSS
środa, 31 października 2007

Darek Wołowski zastanawia się, czy Valencia nie jest klubem poniżej aspiracji Jose Mourinho, a ja mam wątpliwości, czy w ogóle powinna brać pod uwagę jego nazwisko, czy jej wyznawcy znieśliby cynicznego i wyrachowanego pragmatyka, który delektuje się krępowaniem stylu gry przeciwnika, a w uwielbieniu futbolu spontanicznego i ładnego dla oka widzi w najlepszym razie nieszkodliwą perwersję.

Hiszpańscy kibice to gatunek specyficzny. Kiedy kilka tygodni temu byłem w Madrycie, dziennik "Marca" pytał w sondażu czytelników, czy Real ma drużynę jeszcze gorszą niż w zeszłym roku. "Jeszcze" gorszą, zatem zdaniem gazety już poprzednio było źle, a teraz - jak sugerowała - zrobiło się beznadziejnie. I nieważne, że w owych złych czasach Real odzyskał po latach mistrzostwo Hiszpanii, a w obecnych - beznadziejnych - utrzymywał pozycję lidera w lidze.

W Walencji też zawsze wybrzydzali. Przed kilkoma laty i tamtejsi piłkarze mogli sobie królować na pierwszym miejscu w Primera Division, co wcale nie wpędzało w konfuzję fanów koczujących pod posiadłością prezesa klubu. Żądali natychmiastowego wydalenia trenera Hectora Cupera, którego wizja futbolu nie satysfakcjonowała estetycznie niezaspokojonych trybun. Nic tam, że Argentyńczyk doprowadził zespół do dwóch finałów Ligi Mistrzów, jedynych w historii klubu.

Tej jesieni kibicowskiego buntu przeciw Quique Sanchezowi Floresowi również nie zainicjowały porażki. A przynajmniej: nie tylko one. Lud powstał, bo piłkarze kopali niewystarczająco ładnie. Gwałtowne demonstracje trwały nawet, gdy Valencia miała za sobą passę siedmiu kolejnych zwycięstw, w tym wyjazowe w Lidze Mistrzów z Schalke. Flores stracił posadę przez wyniki, ale fani odwrócili się od niego wcześniej.

Jest coś fascynującego w tym rozdwojeniu jaźni hiszpańskiego konesera, w jego niezależnym od wyników poczuciu nienasycenia, donkiszotowskim pościgu za ideałem. To typ tak skrajnie wymagający, że właściwie skazany na wieczne niespełnienie. (Co uderzające, polscy fani tamtejszych klubów, którzy piszą do "Gazety", są zazwyczaj zupełnie inni - swoich idoli traktują szczególnie nabożnie, w każdym niewystarczająco entuzjastycznym artykule doszukują się ataku wymierzonego w nich osobiście.)

Jak w tym idealistycznym świecie odnalazłby się realista Mourinho? Czy fani, nawet gdyby jego lodowate kalkulacje dały zwycięstwa, nie uznaliby go pewnego dnia za potwora profanującego ich relikwię? Właściwie szkoda, że się tego nie dowiemy, bo jeszcze dziś - przed meczem z Realem - Valencia zatrudni pewnie Ronalda Koemana. Jej przyszłe rozstanie z Mourinho mogłoby być naprawdę spektakularne.

17:28, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 października 2007

Przed zbyt pochopnym zainfekowaniem futbolu wszelkimi możliwymi technologicznymi ulepszeniami czuję instynktowny lęk, choć w pewnych okolicznościach korzystanie z wideo zdaje się tak niezbędne, że w ogóle nie chce mi się o tym debatować. Kiedy po raz kolejny oglądam kłamczucha Roya Carrolla, który bezczelnie oszukuje rywali na oczach całego świata, a potem się jeszcze tego nie wstydzi, wątpliwości nie mam żadnych:

Inna sprawa, że im głębiej zaanalizujemy problem, tym bardziej oczywiste staje się, że rewolucji nie wolno wprowadzać z dnia na dzień, że trzeba dłuuugich testów i ścisłego określenia, w jaki sposób i w jakich okolicznościach wzywać na pomoc technikę. W przywołanej wyżej sytuacji sędzia, który - jak wówczas zeznał - nie miał wątpliwości, iż piłka nie wpadła do siatki Manchesteru, musiałby poczekać na sygnał od asystenta, dopiero wtedy podbiec do linii bocznej, obejrzeć powtórkę, wrócić na boisko i gwizdnąć. Gol zostałby uznany - z punktu widzenia kibica - trochę więcej niż cała wieczność po chwili, w której padł. A przecież to incydent ewidentny, te wymagające głębszego namysłu mogłyby wydłużyć mecz do nieskończoności. Może więc lepiej, by arbiter nie biegał do linii, lecz pozostawał tylko w stałej łączności z asystentem władnym również podejmować decyzje?

Praktycznych kłopotów rewolucja przysporzyłaby wielu, ale jakoś jestem przekonany, że nieprędko nadejdzie.

O przeciąganie sprawy zadba z entuzjazmem International Board, czyli ośmioosobowa rada mędrców, jako jedyna władna zmieniać przepisy. Połowę jej składu stanowią przedstawiciele szeroko pojętej ojczyzny futbolu (po jednym z federacji angielskiej, szkockiej, walijskiej i północnoirlandzkiej), w komplecie uchodzący za osobników specyficznych - twardogłowych futbolowych konserwatystów, którzy szybciej wysłaliby królową angielską na wybory miss mokrego podkoszulka niż poszerzyli pole karne o półtora milimetra. Oj, będą oni obradować i obradować, co z tym wideo zrobić, choć obradowali już nieraz. Wszystko oczywiście przebiegnie pod klauzulą sakramencko ścisłej tajności, bo tajność rozmyślań International Board też jest święta, a tajność to daleko tajniejsza niż wszelkim masonom i szpiegom z Krainy Deszczowców mogło się kiedykolwiek wyśnić. Dlatego moja prognoza na przyszłość naszej planety wygląda tak: najpierw ocieplenie klimatu zniszczy narciarstwo, następnie wyginą ludzie, potem umrze pamięć o polskiej myśli szkoleniowej, a na samym finiszu - zaraz po końcu świata - International Board dojdzie do wniosku, że to wideo nie jest jednak aż takie groźne.

I wiecie, co? Choć sam optuję za wideo, to myślę sobie, że mędrcom mimo wszystko sporo zawdzięczamy. Nie ma nic gorszego niż pozwolić działaczom gmerać w przepisach. Będą psuli na potęgę. Znam to z siatkówki, w której zmienia się wszystko z maniackim zapałem i kompletnie bez sensu. W miniony weekend siatkarze z Olsztyna odpadli z europejskich pucharów, choć pierwszy mecz wygrali 3:1, a rewanż przegrali tylko 2:3. Jakiś geniusz wymyślił sobie bowiem - by zapobiec nudzie - że przy równym bilansie zwycięstw i porażek o awansie decyduje dodatkowy "złoty set".

Wyobrażacie sobie takie jaja w piłkarskiej Lidze Mistrzów? 7:0 u siebie, 0:1 na wyjeździe, więc dogrywka?

Niech więc lepiej działacze rewolucjonizują mniej niż więcej. Zwłaszcza, że wideo można czasem użyć cichcem. Pamiętacie ten obrazek?

 

Kiedy wyjeżdżałem z ubiegłorocznego mundialu, cały Berlin huczał, że "czwarty" sędzia Luis Medina Cantalejo tylko dlatego poinformował głównego Horacio Elizondo o konieczności wyrzucenia Zidane'a z boiska, że zobaczył incydent w monitorze...

21:48, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 października 2007

Bronienie Leo Beenhakkera przed ujadaniem zakutych działaczowskich łbów to chyba najłatwiejsze dziennikarskie zadanie pod słońcem. Po pierwsze, wokółpezetpeenowscy krytycy strzelają sobie samobója, bo sami są zazwyczaj nieudacznikami, a sensownymi argumentami nie dysponują. Po drugie, wspierać holenderskiego trenera to iść w idealnej zgodzie z koniunkturą - jego popularność wśród kibiców sięga pewnie 99 proc.

A jednak mikroskopijna mniejszość czytelników przytomnie pyta: czy Leo jest nietykalny? Czy w ogóle wolno krytykować Leo bez narażenia się na atak np. gospodarza tego bloga?

Odpowiadam: oczywiście krytykować nie wolno. Kto Beenhakkera zaatakuje, tego natychmiast zaatakuję ja. Frontalnie i wściekle, nie stukając w klawiaturę, lecz waląc w nią pięściami.

Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich te srogie sankcje wystraszą, śpieszę wyjaśnić, dlaczego często instynktownie mam ochotę otaczać Holendra - w miarę skromnych możliwości - specjalną opieką. I nie ma to nic wspólnego z moją opinią w sprawie przedłużenia jego kontraktu. Wielu czytelników sądzi, że każdy, kto obśmiewa dyrdymały wygadywane przez Grzegorza Latę, automatycznie chce, by nową umowę z naszym selekcjonerem podpisać za pięć minut. Bzdura. Latę my, dziennikarze "Gazety", obśmiewamy tylko dlatego, że opowiada głupstwa, głupstwa tym bardziej niepokojące, im bardziej oddają odczucia wielu ludzi polskiej piłki.

Ale do rzeczy. Otóż z dwóch powodów rzeczywiście często korci mnie, by Beenhakkera traktować z ciut większą życzliwością. Pierwszy - on jest tu sam przeciw wszystkim, bo nawet wielu trenerów czy działaczy, którzy przed kamerami napychają sobie usta pochlebstwami, w istocie marzy o jego klęsce. Drugi - mam pewność, że Beenhakker chce sukcesu reprezentacji, więc nasze interesy - mój i jego - są wspólne.

Tymczasem dla wielu ważnych osobistości naszego futbolu ani reprezentacja, ani w ogóle cała dyscyplina, nie jest celem nadrzędnym. Oni załatwiają od groma swoich małych geszefcików, a jeśli przeszkadza im interes polskiej piłki nożnej, tym gorzej dla piłki. Widać to także podczas wyborów na prezesa PZPN. Oto blisko 100 proc. głosów poparcia zbiera w nich kandydat (Michał Listkiewicz), który w kibicowskiej braci ma blisko 100 proc. elektoratu negatywnego. Znajdziecie liczby, które dobitniej wyrażałyby rozbieżność waszych - kibicowskich - interesów z interesami działaczowskimi?

17:35, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
Generalnie nie zamierzam tutaj wrzucać regularnych artykułów popełnionych dla "Gazety Wyborczej" i portalu Sport.pl, ale jeden wyjątek będę robił - felietony z "Gazety Sport" pochodzą w końcu z rubryki "A jednak się kręci", która dała nazwę temu blogowi. (Z prawej strony, wśród zakładek, umieściłem też link do archiwum, niestety, niepełnego, w którym będę zbierał kolejne odcinki swojej coponiedziałkowej twórczości.)
Dziś kawałek o brawurowej i absolutnie unikalnej trenerskiej filozofii Arsene'a Wengera.
17:26, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 października 2007

Wynurzenia Grzegorza Laty, który jak dotąd nie dostrzegł żadnych zasług Leo Beenhakkera dla reprezentacji Polski, szkoda w ogóle komentować, ale jego kolejny werbalny wybryk przypomniał mi o tym, jak bardzo naszej piłce brakuje - obok klubów, stadionów, piłkarzy i trenerów z klasą - prawdziwych autorytetów. Postaci szanowanych przez niemal wszystkich, czczonych za osiągnięcia z przeszłości, docenianych za aktualną działalność, dających przykład uczciwością intelektualną i osobistą, oświecających trafnością sądu. Takiego, jeśli mogę sobie pozwolić na pewną przesadę, Władysława Bartoszewskiego polskiego futbolu.

O problemie wspominałem już w książce ”Piłka sss... kopana”, ale ten brak doskwiera coraz mocniej. Ostatni niekwestionowany autorytet straciliśmy, gdy odszedł Kazimierz Górski. Inne pomniki okolicznego futbolu w najlepszym razie wzbudzają spore kontrowersje, w najgorszym - wywołują poczucie wstydu i zażenowania. Ewentualnie są nieobecne w życiu publicznym, jak np. Włodzimierz Lubański, który zresztą zajął się chyba najmniej prestiżowym piłkarskim fachem, czyli menedżerką.

Wizerunek Zbigniewa Bońka ucierpiał, gdy był on selekcjonerem - tyleż ze względu na wyniki reprezentacji, co rejteradę ze stanowiska i brak cywilnej odwagi, by przyznać się do klęski. Jan Tomaszewski uchodzi gdzieniegdzie za postrzelonego awanturnika, a gdzieniegdzie za koniunkturalistę ze skłonnością do popadania w paranoję. Wspomniany Grzegorz Lato sprawdzał górny - czy raczej: dolny - pułap parlamentarnego nieróbstwa (polecam pasjonujące stenogramy z posiedzeń Komisji Edukacji, Nauki i Sportu). Antoni Piechniczek, podobnie jak większość lokalnych gigantów trenerskich, swój zapał i determinację pożytkował przede wszystkim na uchronienie nas przed importem zagranicznej myśli szkoleniowej. Robert Gadocha pracował w Locie i prowadził piłkarską reprezentację lotników. Wreszcie nasz najsłynniejszy sędzia Michał Listkiewicz... i wszystko jasne.

Nie wymieniłem oczywiście wszystkich futbolowych osobistości, zresztą niektórym fachowcom zbyt łatwo pozwoliliśmy uciec - np. kiedy już Henryk Kasperczak okazał się trenerem zdolnym wpoić polskim graczom styl efektowny i efektywny, to zaraz podebrał go Senegal. Czy gdybym jednak wyliczankę ciągnął, to taki niekwestionowany autorytet bym znalazł?

A może właśnie, co sugeruję trochę nieśmiało, Leo Beenhakker? Kiedy słyszę te jego nieustające napomnienia, by spoglądać na jasną stronę życia, mam wrażenie, że przyjechał z przesłaniem do nas wszystkich, nie tylko piłkarzy reprezentacji...

 

16:30, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 26 października 2007

Z intensywności reakcji internetowo-telefoniczno-mejlowych oraz komentarza okolicznego kolegi blogera wnioskuję, że mój krytyczny stosunek do wyczynów - niebramkarskich - Artura Boruca wywołał niemałe kontrowersje. Nie będę wracał do sprawy szczegółowo (problem jest bardzo złożony, nie na objętościową wytrzymałość bloga), ale wymienionego wyżej polemistę uspokajam, że różnimy się mniej niż przypuszcza.

Otóż ja też za niepodanie ręki rywalom z Glasgow Rangers nie chcę naszego bramkarza ani kamienować, ani nawet łaskotać po piętach (choć mi się to nie podoba, tak jak nie akceptuję identycznych fochów u czołowych trenerów Premier League). Nie szukam świętszych od papieża, pojedynczy incydent ledwie bym zauważył. Złości mnie całokształt dokonań - powtarzam: niebramkarskich - Boruca, który notorycznie roznieca złe emocje na stadionie, a jako bożyszcze tłumów winien zachowywać się szczególnie odpowiedzialnie. Nawiasem mówiąc, do naszej redakcji zadzwonił szkocki dziennikarz, który cytował trenerowi Celtiku kawałki z wywiadu Polaka dla ”Gazety” o wrogach z Rangers. Gordon Strachan skomentował je w te słowa: nie wierzę, że Artur to powiedział.

Obiecuję, że do tematu jeszcze wrócę, zwłaszcza do tematu gestów religijnych, ale teraz chciałem o czymś innym. Oto Boruc broni tak, że chce mu się wybaczyć wszystko, nawet zbrodnie i wykroczenia, które dopiero popełni. Jego notowania rosną błyskawicznie, bo zachwyca przede wszystkim w Lidze Mistrzów, a szybszego wehikułu promocyjnego futbol nie wymyślił. Boruc był jednym z trzech najlepszych - moi zdaniem - golkiperów poprzedniej edycji, a forma w obecnym każe się zastanowić, ilu oglądamy w tych rozgrywkach na pewno lepszych od niego fachowców od bronienia.

Mnie przychodzą do głowy tylko cztery nazwiska, które podaję w kolejności alfabetycznej - długo ostatnio kontuzjowany Igor Akinfiejew, Iker Casillas, Petr Cech oraz - mocno się waham - Pepe Reina. A gdyby rozejrzeć się poza LM, dorzuciłbym jeszcze Gianluigiego Buffona i - znów się waham - Sebastiena Freya. Słowem, jeśli jakiś nasz rodak ma prawo w ogóle myśleć o nominacji do nagrody dla najlepszego gracza świata od FIFA lub ”France Football” w roku 2008, to tylko Boruc.

Dopiero jednak po transferze do naprawdę wielkiego klubu będziemy wiedzieć, czy Polak wedrze się do elity elit. Tam bramkarzy czeka najtrudniejsze wyzwanie - szczelna defensywa, długie minuty kompletnej nudy i konieczność zachowania najwyższej koncentracji dwa razy lub raz w meczu, a czasem nawet rzadziej. Na razie wiemy, że Boruc lubi wpadać w trans, wtedy robi się większy niż bramka i szybszy niż frunąca piłka. Celtic do LM w wielu meczach nie dorasta, więc dopuszcza do kanonady na własną bramkę. W lidze szkockiej natomiast - i reprezentacji kraju, gdy gra z taką np. Armenią - Polak niekiedy nie potrafi uniknąć rozkojarzenia i miewa okropne wpadki. Czy zrobi ten ostatni, najtrudniejszy w bramkarskiej karierze, krok? Czy tytuł poniższej składanki borucowych hitów stanie się kiedyś świętą prawdą?

01:05, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 października 2007

Trzecia kolejka Ligi Mistrzów uświadomiła mi, że nowe piłkarskie mocarstwo narodziło się w regionie, który oczywiście z czymś tam kojarzymy (kakao, słonie, były selekcjoner Kasperczak etc), ale jego wkład w rozwój futbolu kończył się długo na zaklęciach czarowników usiłujących zamienić rywali w żaby. Zwycięstwo Chelsea dał Didier Drogba (gola i asysta), dla Werderu strzelał Boubacar Sanogo, w olśniewającym pokazie Arsenalu udział wzięli Kolo Toure i Emmanuel Eboue. Wybrzeże Kości Słoniowej - państewko z blisko połową społeczeństwa żyjącą poniżej progu ubóstwa i przez lata podzielone wojną domową - coraz zuchwalej rozpycha się w światowej piłce.

W felietonie ”Europa robi się malutka” pisałem już o geograficznej rewolucji w Lidze Mistrzów, ale wówczas nie miałem jeszcze pełnych składów uczestników LM, więc dopiero teraz przedstawiam ranking krajów spoza naszego kontynentu według liczby graczy zgłoszonych do tych rozgrywek:

1) Brazylia                                  - 98 piłkarzy;

2) Argentyna                               - 32;

3) Wybrzeże Kości Słoniowej        - 14;

4-5) Nigeria, Urugwaj                   - 7;

6) Meksyk                                    - 6;

7) Kamerun                                  - 5;

8-10) Australia, Kolumbia, Meksyk  - 4;

Europejczyków pomijam, bo oni z oczywistych względów muszą dominować, nawet jeśli żadna pojedyncza nacja nie może się równać z Brazylią. Tak czy owak rynkowa pozycja piłkarzy WKS wywiera ogromne wrażenie, i to nie tylko poprzez czystą statystykę, która czasem zafałszowuje rzeczywistość (Polaków teoretycznie mamy w LM aż dziesięciu, co jest rekordem, ale regularnie grają tylko Boruc, Lewandowski i ewentualnie Żewłakow). Imponuje lista przede wszystkim pracodawców graczy z Wybrzeża i status, jaki mają w swoich klubach. Obok wymienionych gwiazd Arsenalu, Chelsea i Werderu, w Champions League podziwiamy jeszcze Salomona Kalou (znów Chelsea), Yaya Toure (Barcelona), Arounę Konego (Sevilla), poza nią mamy Didiera Zokorę (Tottenham), a belgijski Beveren na imporcie utalentowanej młodzieży z Wybrzeża oparł wręcz filozofię funkcjonowania klubu i trzyma ich u siebie kilkunastu. Towar zrobił się tak chodliwy, że w WKS próbują na nim zarobić - jak to zwykle bywa - rozmaitej maści cwaniacy, którzy np. wyłudzają 600 dolarów od odejmujących sobie z ust rodziców za ”gwarantowany ” transfer do Europy, po czym znikają.

To jednak tylko patologiczny margines, nie przyćmiewa on wspaniałych karier chłopców, którzy bez piłki skończyliby na ulicy. Dlatego niech pan, panie Blatter, przestanie wreszcie opowiadać głupstwa o obronie tożsamości europejskiej piłki i konieczności postawienia szlabanu dla piłkarzy z innych części świata. Niech i oni zapracują na lepszy los, zwłaszcza kiedy brzmią tak sympatycznie jak Kolo Toure (najfajniejszy jest chyba fragment o Playstation):

02:30, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 24 października 2007

W studiu TVP czas płynie szybciej i nie sposób skończyć żadnej myśli, więc nie zdołałem wczoraj wieczorem odpowiedzieć na pytanie Jacka Kurowskiego, co sądzę o pomyśle - Arsene Wenger następnym selekcjonerem reprezentacji Anglii. Odpowiem teraz: to czysta fantazja, bez iluzorycznych nawet szans na spełnienie.

Gdyby Wenger poprowadził kadrę Wyspiarzy, byłby to niebywały wręcz paradoks i wybryk w stylu polityka, który w poniedziałek nazywa kogoś - słusznie - typem marnej reputacji, by we wtorek zawiązać z nim reklamowany niepohamowanymi pochlebstwami sojusz. Francuz wielokrotnie wypowiadał się przecież lekceważąco (by nie powiedzieć - z pogardą) o całej piłce reprezentacyjnej, kwestionując jej poziom i uznając ją za przeżytek w dobie świata bez granic. Wzywał też do natychmiastowej likwidacji sparingów, którego nikogo nie obchodzą, a rujnują zdrowie piłkarzy niezdolnych potem do gry o niebagatelną stawkę w klubach.

Francuski trener wymyślił sobie własną, absolutnie unikalną, koncepcję pracy. Szuka po całym świecie zdolnych młokosów, bez zbędnego hamletyzowania usuwa z drużyny gwiazdy, i jest ślepy na narodowość, spoglądając wyłącznie na umiejętności piłkarzy. Wtorkowe, fantastyczne zwycięstwo nad Slavią (7:0) było pierwszym meczem tej edycji LM, w którym Wenger wystawił w podstawowej jedenastce Anglika.

W ostatnich latach Arsenal chętnie oddawał idoli swoich kibiców. Vieirę, czyli lidera pomocy, Campbella, czyli lidera obrony, wreszcie Henry'ego, czyli lidera całej drużyny, uchodzącego za najlepszego napastnika świata. I Slavii gole strzelali Walcott (18 lat), Bendtner (19), Fabregas (20) oraz Hleb - w tym towarzystwie istny weteran, bo gracz 26-letni. Wyobrażacie to sobie w kadrze? Po pierwsze, rezygnacja z Gerrarda czy Lamparda wznieciłaby powstanie całego narodu. Po drugie, stawianie na gołowąsów jest możliwe tylko wtedy, gdy przebierasz wśród cudownych dzieci z całego świata, a nie musisz ograniczać się do angielskich.

I jeszcze jedno - prawdziwy prestiż to dziś dla trenera praca w czołowym klubie. Legendy ławki rywalizują w Lidze Mistrzów, natomiast selekcjonerami reprezentacji, nawet tych najmocniejszych, zostają nierzadko szokleniowcy bez budzącej respekt przeszłości (McClaren w Anglii, Loew w Niemczech, Donadoni we Włoszech, van Basten w Holandii).

A zatem - łapy precz od Wengera, jego potrzebujemy dla fascynujących wieczorów w Lidze Mistrzów!

10:42, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 października 2007

Wielu kibiców, a kibiców siatkarskich w szczególności, ma tendencje do zaklinania rzeczywistości. Jeśli ślepo wielbią swoich idoli, to nie przyjmą do wiadomości, że idole też miewają wady. Jeśli ślepo wierzą, że idole będą zawsze wygrywać, to nie przyjmą wiadomości, że w drużynie źle się dzieje.

W reprezentacji Polski naprawdę dzieje się źle, o czym napisałem wczoraj, a reakcje sporej części czytelników są jakże symptomatyczne - pismaki znów próbują mącić, znów realizują swą naczelną misję pogoni za sensacją i dewastowania ogólnie wszystkiego, co im się nawinie pod klawiaturę.

Siatkarze szaleją na mundialu w Japonii

Nie chcę jeszcze raz przekonywać do swoich racji wyrażonych w artykule, interesuje mnie co innego. Oto kibice zaskakująco często sądzą, że ich interes jest całkowicie sprzeczny z interesem dziennikarza, że tego drugiego rozlicza się głównie za wywoływanie zadym. To teza nonsensowna, ale baaaardzo popularna.

Jest wręcz przeciwnie. (Pomijam tutaj pracujących w brukowcach, oni istotnie mają inne cele.) Może nie wypada mi się do tego przyznawać, bo dziennikarz powinien na zimno opisywać i analizować rzeczywistość, ale my też jesteśmy kibicami. Kibicami, którzy popadają w depresję, musząc opisywać notoryczne niepowodzenia - sam to przeżywałem, przez osiem lat jeździłem na niemal wszystkie możliwe turnieje kadry siatkarzy, a oni ponosili wyłącznie porażki lub klęski. Nie macie pojęcia, jak się wtedy człowiekowi okropnie nie chce. W ogóle niczego, nie tylko pisania.

Co więcej, my w sukcesach sportowców mamy swój własny, bezwstydnie partykularny interes, do czego chyba tym bardziej nie powinienem się przyznawać. Oto ich awanse na mistrzostwa, udział w największych turniejach, pozwala nam szaleć po całej planecie. Jak siatkarz awansuje na mundial w Argentynie, lecę do Argentyny. Jak go wezmą na Puchar Świata, lecę do Japonii, na której mam kompletnego bzika (w Japonii wszystko jest fajne albo intrygujące). To wtedy czujesz, że nie ma nic lepszego niż być dziennikarzem.

Mnie - dziennikarza - od Was - kibiców - różni tylko jedno: wy możecie udawać, że świat jest zawsze piękny, ja muszę pisać prawdę.

PS. Poza tym my, niestety, często wiemy znacznie więcej niż możemy napisać.

 

12:56, rafal.stec
Link Komentarze (8) »

Przeglądam zaległe numery ”La Gazzetta dello Sport” i patrzę na infografikę z piątku, na której dziennikarze oceniają szanse na awans reprezentacji walczących o Euro 2008. Patrzę i nic nie rozumiem. Ich zdaniem prawdopodobieństwo, że Polacy wystąpią na turnieju w Austrii i Szwajcarii, wynosi ledwie 65 procent. Wyżej wyceniają akcje Portugalii, która przecież w tabeli jest niżej, a ludziom Beenhakkera urwała ledwie punkt.

W głowie się nie mieści, jak fatalną reputację mają nasi piłkarze za granicą. ”La Gazzetta” to nie jest przecież byle piśmidło wypisujące byle co, lecz najważniejszy obok francuskiego ”L'Equipe” sportowy dziennik w Europie, a mimo to jej eksperci nie chcą widzieć oczywistych argumentów:

1) Polakom wystarczy jedno zwycięstwo w dwóch meczach.

2) Najbliższymi rywalami są Belgowie, którzy w eliminacjach grają bardzo słabo i dawno stracili wszelkie szanse na awans.

3) Belgów nasi piłkarze podejmują u siebie, a pokonali ich już na wyjeździe.

Prosta analiza faktów i najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiada, że w takich okolicznościach kibice - i fachowcy też! - mają pełne prawo zakładać, iż awans jest tuż tuż. Włosi tymczasem wyżej szacują szanse Norwegów, którym w następnym meczu swojej grupy wystarczy co prawda remis (przy późniejszym zwycięstwie nad Maltą), lecz nie zmierzą się z przegranymi Belgami, lecz wciąż bijącą się o Euro 2008 Turcją. Drużyną pełną świetnych piłkarzy, pochodzącą z kraju z dwoma klubami w Lidze Mistrzów...

O awans jestem dziwnie spokojny, póki co to nie Włosi dobierają finalistów, ale jednak męczy mnie pytanie: ile musiałaby sprawić niespodzianek reprezentacja Polski, by świat uwierzył, że umie grać w piłkę?

01:07, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi