RSS
czwartek, 29 września 2016

Legia Warszawa a wyrak upiór

Polski wkład w najbardziej ekskluzywne futbolowe rozgrywki jest już tak bogaty, że wypada go uporządkować. Przyjrzyjmy się zatem podstawowym elementom, z których składa się klub piłkarski.

Wyniki. W Lidze Mistrzów: dwie porażki i 0-8 w bramkach, czyli najgorszy dorobek w rozgrywkach, i jeśli tendencja się utrzyma, Legia pobije negatywny rekord Dinama Zagrzeb. W lidze krajowej: dwa punkty nad strefą spadkową, żaden inny uczestnik Champions League tak beznadziejnie u siebie nie wygląda. Ogółem: ledwie 25 proc. wygranych meczów w sezonie, bilans również w elicie unikatowy.

Piłkarze. Podstawowy skład należy do najstarszych w LM, we wtorek średnia dobijała do 29 lat. Za to średni staż w klubie króciuteńki, najlepiej mierzyć go w miesiącach. Co symbolicznie podsumował niejaki Waleri Kazaiszwili, o którym trener żartował, że nie może grać, bo nie zna imion kolegów.

Trenerzy. W 12 miesięcy klub zatrudniał czterech. Ostatni zadebiutował w Lizbonie w LM kilka dni po porzuceniu Zagłębia Sosnowiec, z którym w drugiej lidze – wyżej nigdy nie pracował – jeździł po Chojnicach i Pruszkowach.

Kibice. Wytęskniony, niemal wymodlony powrót do europejskiej elity uświetnili szturmem na sektor gości z Dortmundu i potraktowaniem gazem pieprzowym służb porządkowych.

Stadion. Zamknięty przez UEFA na szlagier z Realem Madryt, broniącą trofeum największą obecnie drużyną klubową świata.

Podsumowanie. Można by wzruszyć ramionami, gdyby na Legii zaistniała jedna z przywołanych okoliczności. Przeżylibyśmy, gdyby zaszły dwie – zdarza się, nieszczęścia chodzą po klubach. Gdy jednak wszystkie te okoliczności zachodzą naraz, to podziwiamy wybryk natury, jakiego Liga Mistrzów bez naszej pomocy nie zdołałaby wymyślić. I jeśli z Europy nie słychać rechotu, to tylko dlatego, że Europa ma naszą tandetę w głębokim poważaniu.

14:16, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
wtorek, 27 września 2016

DeLorean, Francesco Totti

Dzisiaj skończył 40 lat, ale wciąż truchta po włoskich trawach. Żeby uruchomić wyobraźnię: w tym samym wieku są m.in. Andrij Szewczenko, który 40. urodziny będzie obchodził w czwartek, oraz Ronaldo, który świętował je w ubiegłym tygodniu. A nowy trener Legii Jacek Magiera jest wręcz młodszy.

Oni dawno zeszli z boiska, Francesco Totti wbił w niedzielę Torino swojego 250. gola w lidze włoskiej, więc w strzeleckim rankingu wszech czasów ustępuje już jedynie Silvio Pioli, grasującemu po polach karnych przed i po wojnie.

249. ligową bramkę zdobył przed dwoma tygodniami. Sampdorii, zwycięskiego, w doliczonym czasie gry. „Pierwszy raz w życiu bałem się, że zmarnuję karnego. Ale nie mogłem tego zrobić pod tą trybuną” – mówił wtedy.

W lutym wydawał się skończony. Przesiadywał w rezerwie, sfrustrowany marginalną rólką w drużynie pokłócił się z trenerem Luciano Spallettim, którego oskarżył o brak szacunku, został za ten wybryk wyproszony z ośrodka treningowego, a także ukarany odsunięciem od kadry na mecz z Palermo. On, wychowanek, symbol, krew i kość Romy. Wrócił jednak w niezwykłym jak na jego wiek stylu. Ostatnie 10 ligowych spotkań ozdobił 6 golami i 4 asystami. A ponieważ gra niewiele, dla nogę do gola przykłada co 29 minut!

Wybacza mu się więcej. W styczniu ubiegłego roku, po wyrównującym golu w derbach Rzymu – pięknym, strzelonym w akrobatycznej pozie, drugim tego popołudnia – zrobił na boisku chyba najsłynniejsze piłkarskie selfie, z fanami na Curva Sud za plecami.

Debiutował jako 16-latek wiosną 1993 roku, biegał wtedy w drużynie obok Siniszy Mihajlovicia, dzisiaj trenera z całkiem okazałym już doświadczeniem (to on w niedzielę prowadził Torino). Od tamtej pory strzelił 17 procent z 1450 ligowych goli Romy. Jest też najstarszym zdobywcą bramki w historii Ligi Mistrzów, dokonał tego, gdy miał 38 lat i 59 dni. Trener Spalletti pytany, jaki prezent powinien otrzymać na urodziny kapitan drużyny, zaproponował wehikuł czasu. Konkretnie – kultowego DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”.

Kiedy przyszłego lata kontrakt Tottiego wygaśnie, Francesco będzie miał za sobą 25 sezonów w Romie. Czyli 28 proc. czasu istnienia stołecznego klubu. Jeśli Alex Ferguson, który jako trener spędził w Manchesterze United 26 i pół roku, panował tam ponoć całą wieczność, to jak nazwać wyczyn Tottiego, który jako piłkarz reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – już 27 lat?

Tagi: serie a
17:52, rafal.stec
Link Komentarze (4) »

Karol Linetty, Sampdoria

To zdumiewające, że natychmiast, właściwie z dnia na dzień, wrósł w zawodowy zachodni futbol akurat on. A mamy prawo sądzić, że wrósł, i to nie tylko dlatego, że właśnie dobrze wypadł – i dał swoją pierwszą w lidze włoskiej asystę – w meczu Sampdorii z Cagliari.

W tle twitterowego profilu Karol Linetty jeszcze przed wylotem z Lecha Poznań wymalował sobie wielkimi kulfonami słowo „FEARLESS” („Nieustraszony”), ale zdawało się trochę nieadekwatne do jego reputacji. Uchodził za nadwrażliwego i wątłego, nie wiedzieliśmy tylko, czy bardziej dlatego, że zbyt często chorował, czy dlatego, że wyglądał na miękkiego psychicznie. Nawet w klubie wołali nań „Karolek”. Wyglądał na przypadek wręcz modelowy – dołująco modelowy – na idealnego kandydata na kolejnego polskiego ligowca, który w zderzeniu z bezwzględnością wyczynowego futbolu na emigracji poniesie druzgocącą klęskę.

Nasz niepokój wzrósł podczas przygotowań do sezonu, gdy publicznie skarżył się na byłego lechitę trener Sampdorii. – Linetty może jest lepszy niż ci, którzy odeszli, ale nie zna włoskiego. Tam, gdzie inni potrzebują 30 dni, żeby się poprawić, on będzie potrzebował 130 dni. W debiucie [sparingowym] bardzo mu się chciało, ale grał sam. Ja mówię, a on słyszy hałas – zżymał się Marco Giampaolo na początku sierpnia.

Po tamtej reprymendzie genueński trener natychmiast zainstalował Polaka w podstawowym składzie. Na stałe. Najpierw w sparingach z Malagą i Barceloną, co jeszcze o niczym nie świadczyło, potem w meczu Pucharu Włoch z trzecioligowym Bassano Virtus – to też o niczym nie świadczyło – a następnie w ligowych spotkaniach z Empoli, Atalantą, Romą, Milanem, Bologną i Cagliari. Linetty początkowo zachowywał się na boisku, jak to określili Włosi, „trochę nieśmiało”, czyli zdradzał nieprzeciętne możliwości, a zarazem unikał ryzyka, ograniczał się do najprostszych zagrań, grał na alibi. Szybko jednak nabrał odwagi. Bardzo szybko. Nie tylko gania jak opętany i walczy o piłkę, ale też próbuje sensownie ją rozdawać, przyspiesza akcję po przejściu Sampdorii z defensywy do ofensywy, pcha grę do przodu. Wbrew obawom trenera błyskawicznie wkomponował się w jego system, wyróżnia się dynamiką, zdecydowaniem, agresywnością. Zamiast tremy demonstruje pewność siebie wyczynowca, który ma w nogach setki meczów na tym poziomie. I atletycznością wielu rywali wręcz przewyższa, jakby pochodził z ligi o intensywności znacznie większej niż polska liga.

Tak, Linetty to złota nóżka, fachura, na którym można polegać. I na razie nie schodzi z boiska nigdy. Pełny mecz w pucharze, sześć pełnych meczów w lidze. Bite 630 minut gry. Jedyny pomocnik Sampdorii pewny gry, jedyny obok bramkarza Viviano oraz obrońców Reginiego i Silvestre obecny na boisku zawsze. I jedyny obok Lewandowskiego reprezentant Polski tak niezbędny w swojej drużynie klubowej, że trener wyciska z niego 100 procent. Karolek, który stał się Karolem.

Tagi: serie a
00:24, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
niedziela, 25 września 2016

Ligi angielskiej nie tylko nie podbił, ale nawet nie dotknął. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” o najdroższym nastolatku w historii naszego futbolu przeczytacie tutaj.

21:02, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

niedziela, 18 września 2016

Władze mistrzów Polski zachowały się po meczu z Borussią Dortmund tak pięknie, że po prostu musiałem złożyć im hołd. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 17 września 2016

Dawniej nie ośmieliłbym się publicznie postawić tytułowego pytania, ba, nie nie zdołałbym go nawet pomyśleć, przywykliśmy wszak, że polskiego kopacza zagranicą głodzą i poniżają, a im bardziej wyjdzie mu początek, tym prędzej wyląduje na zmywaku. To już przeszłość, dzisiaj sugestia, że Arkadiusz Milik powinien ubiegać się o tytuł króla strzelców ligi włoskiej, brzmi naturalnie. Oczywisty cel dla napastnika Napoli. Napastnika, który wszedł na stadion San Paolo razem z bramą.

I nie piszę pod wpływem chwili, odurzony imponującym wieczorem Polaka, który zaczął dzisiejszy mecz z Bologną jako rezerwowy, by po wejściu na boisko już w pierwszym kontakcie z piłką strzelić gola dającego prowadzenie 2:1. A kilka chwil później perfekcyjnym ruchem lewej stopy podwyższył na 3:1. Przeciwnie, opieram się na analizie wszystkich okoliczności:

1) I w inaugurującym sezon meczu w Pescarze, i w następnym Milik wydawał się momentami poza drużyną, a jednak bezzwłocznie błysnął morderczą wydajnością, co pozwala sądzić, że najlepsze dopiero przed nim – kiedy zsynchronizuje ruchy z kolegami. Ale już jest rewelacyjnie. Nawet tydzień temu w Palermo Polak, choć nie zdobył bramki, zręcznie przesuwał się po boisku i pojawiał się wszędzie tam, gdzie była szansa na snajperski łup. To napastnik z krwi i kości, drapieżnik z urodzenia. Nie marnował czasu na aklimatyzowanie się, lecz natychmiast obalił obowiązującą podczas wakacyjnych sparingów hierarchię w ataku, spychając do rezerwy Manolo Gabbiadiniego, wcześniej głównego snajpera, który potrafił nawet strzelić cztery gole AS Monaco. Dlatego zaskoczeni włoscy komentatorzy obwołali naszego piłkarza „taranem”.

2) Jeśli Milik utrzyma swój status, to prawdopodobnie będzie grał niemal bez przerwy. Trener Maurizio Sarri nie lubi gmerać w podstawowej jedenastce, nade wszystko zależy mu bowiem na polerowaniu wyćwiczonych na treningach schematów gry. By nadać im maksymalną szybkość, płynność, dokładność. Wprawdzie teraz zrewidował swoją strategię po starcie Ligi Mistrzów (w poprzednim sezonie miał Ligę Europy, zwłaszcza jesienią opędzał ją głębokimi rezerwami), ale tu neapolitańczykom dość sprzyja szczęśliwe losowanie, które przydzieliło ich do grupy z Dynamem Kijów, Benficą i Besiktasem. A Gabbiadini na środku ataku wyglądał dzisiaj wręcz bezradnie.

3) Gdyby nawet okazało się, że Sarri inwestuje w Champions League kosztem rozgrywek krajowych, to wiadomo, że w Juventusie każdy dylemat zostanie rozstrzygnięty na korzyść Champions League. Turyńczycy, usatysfakcjonowani czteroletniem panowaniem w Serie A, otwarcie deklarują, że za cel ponad wszystkie obrali sobie zdobycie najcenniejszego europejskiego trofeum. I wypada się spodziewać, że w LM będą wytracać energię dłużej, może do bardzo późnej wiosny. A to tam występuje Gonzalo Higuain, teoretycznie główny faworyt snajperskiego wyścigu, który tytułu króla strzelców broni.

4) Higuain nacierał w minionym sezonie jak nawiedzony, 36 golami wyrównał ustanowiony jeszcze przed wojną ligowy rekord wszech czasów Gino Rossettiego. Trudno jednak przypuszczać, by utrzymał tempo. Nie dlatego, że potrzebuje się pozbyć zgromadzonego latem nadmiaru tkanki tłuszczowej i w ogóle odzyskać formę, ale dlatego, że snajperskim dorobkiem podzieli się z partnerami z zespołu. W Neapolu był jedynym napastnikiem operującym między duetem skrzydłowych (tę rolę odziedziczył Milik) i właściwie pozbawionym zmiennika, tymczasem w Turynie biega obok innego Argentyńczyka, wicekróla strzelców poprzedniego sezonu Paulo Dybali. No i sporo minut gry odda zapewne Mario Mandżukiciowi.

5) Neapolitańczycy wystartowali wolno, ale tak samo było przed rokiem, a kiedy się już rozpędzili, to mknęli przez sezon jako najbardziej skupiona na ofensywie, najbardziej bramkostrzelna drużyna w lidze. I wszystko wskazuje na to, że historia się powtórzy, znów zdobywają najwięcej bramek w Serie A.

6) Tłumu wybitnych łowców goli na włoskich boiskach nie widać. Rodzimi wyginęli – stąd naturalizowany brazylijski przeciętniak Eder w podstawowych składzie reprezentacji, stąd po raz pierwszy w historii atak Juve tworzą wyłącznie obcokrajowcy – a na zagranicznych nikogo w Italii nie stać. Z Milikiem konkurować powinni zresztą napastnicy, którzy grają albo dla klubów słabszych, albo pogrążonych w kryzysie, jak mediolańczycy Carlos Bacca i Mauro Icardi. A Polak na razie nokautuje ich wydajnością, gola dla Napoli wbija co 51 minut gry.

środa, 14 września 2016

To był niezapomniany wieczór. Miało być święto i już przed meczem czuło się święto, choć podszyte lękiem, że piłkarze i kibice uciekną ze stadionu jak zbite psy. A ci, których wizja chłosty nie przerażała, oczekiwali śmierci ze śmiechu. Nie pamiętam, by jakikolwiek turniej czy choćby mecz z udziałem polskich piłkarzy - w klubach czy reprezentacji - poprzedzał porównywalny defetyzm. Pierwszy raz czułem się jak pomiędzy Sanmaryńczykami czy innymi Luksemburczykami, którzy modlą się, by ich drużyna oberwała tylko trochę.

I rzeczywiście, stało się. Przeżyliśmy jedną z najbardziej oczekiwanych klęsk polskiego futbolu. Legii wystarczył kwadrans z okładem, by ustanowić rekord - zostać jedyną drużyną w historii Ligi Mistrzów, która zdołała tak szybko przegrywać u siebie trzema golami. A to, że natychmiast nie posypały się następne rekordy, gospodarze zawdzięczają wyłącznie odprężeniu piłkarzy Borussii, którzy polubili zbędne, inspirowane egoizmem strzały z dystansu.

Czy w ogóle warto ten mecz analizować? Mam grube wątpliwości, Legii wypada co najwyżej oddać, że obrała strategię wybitnie innowacyjną. Nikt inny nie wypuszcza na Ligę Mistrzów środkowych obrońców, którzy przed chwilą zobaczyli się na oczy i nikt inny nie wypuszcza aż tylu piłkarzy o stażu w klubie mierzonym miesiącami lub wręcz tygodniami. A Besnik Hasi zesłał jeszcze Guilherme, znanego z walorów ofensywnych, na lewą obronę. Trener od tygodni bezlitośnie wyszydzany zachował się, jakby chciał zostać oskarżony o niepoczytalność. W dodatku znów publicznie przyznał, że gdyby mógł wybierać, to nad wygraną z Borussią przedłożyłby wygraną w najbliższy weekend z Zagłębiem Lubin.

Trener oczywiście ma prawo tak myśleć. Ale nie wolno mu tego mówić - zwłaszcza przed meczem, i to meczem doniosłym. Przynajmniej jeśli chce uniknąć symbolicznego linczu i pogorszenia relacji z kibicami, przecież już beznadziejnych. Dalszej pracy mu to nie ułatwi.

Gdybym miał zrecenzować to wydarzenie jednym zdaniem, napisałbym, że dla dortmundczyków czas płynął wolniej. Szybciej przyjmowali piłkę, szybciej podawali, szybciej ją prowadzili, szybciej się przemieszczali, a przede wszystkim - szybciej myśleli. Momentami odnosiłem wrażenie, że gdyby zechcieli, to legioniści nie byliby w stanie ich ani zadrasnąć, ani musnąć wyciągniętą dłonią. Widok dołował tym bardziej, że dziwacznemu warszawskiemu eksperymentowi Borussia przeciwstawiła środek pola wprost nieprzyzwoity, najmłodszy w całych rozgrywkach - z Christianem Pulisiciem (17 lat), Ousmane Dembele (19), Julianem Weiglem (21) i Raphaëlem Guerreiro (22). Legia wystawiła wyłącznie piłkarzy starszych, a wymienieni dortmundczycy wirowali wokół Mario Götzego, ledwie 24-latka...

Polski klub podejmował w środę najsilniejszego przeciwnika – pomijam płatne wakacyjne sparingi, obwoływane kuriozalnie „Supermeczami” – od lata 2008 roku, gdy Wisła Kraków mierzyła się z Barceloną, przejętą właśnie przez Pepa Guardiolę. Potem jeszcze przylatywał do nas Juventus, ale to był Juventus przygnieciony najgłębszym od dekad kryzysem, a obecna Borussia to nie tylko wicemistrz Bundesligi, to jeszcze synonim nowoczesnego futbolu. Dlatego seans tortur na Łazienkowskiej być może znieślibyśmy łagodniej, gdyby nie atrakcje dodatkowe, w LM oferowane nad wyraz rzadko. Kibolskie wejście na sektor kibiców przyjezdnych, gryzący gardło gaz, wyrykiwane z trybun obrzydliwości. Niech utrzymają formę piłkarze, niech na pomroczność jasną nadal cierpi trener, niech UEFA rozkaże podejmować Real Madryt przy pustych trybunach. Wcale nie trzeba aż tak wiele, by za kilka miesięcy okazało się, że Legia zaserwowała nam w Lidze Mistrzów obciach wszech czasów.

wtorek, 13 września 2016

Przywykliśmy do jednego polskiego goleadora w Lidze Mistrzów, zaczynamy przyzwyczajać się do drugiego. Bramka Roberta Lewandowskiego przyczyniła się do zwycięstwa Bayernu nad Rostowem, bramkom Arkadiusza Milika wygraną w Kijowie zawdzięcza Napoli.

Istnieją kibice, którzy czują znużenie na wieść – bo chyba niekoniecznie na widok – kolejnych goli wypadających spod butów Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Fenomenalni snajperzy, których można podejrzewać o wzajemne inspirowanie się, są tak morderczo regularni, że wydarzeniem byłby wieczór bez bramki żadnego z nich.

Jak oni toczą pojedynek na skalę globalną, tak polscy napastnicy zaczynają toczyć pojedynek na skalę lokalną. O ile oczywiście wolno nam nieco pomniejszyć Champions League.

Lewandowski przeżył w Monachium wieczór jak zwykle. Rosyjscy rywale marzyli wyłącznie o przetrwaniu, więc stłoczyli się pod własną bramką. A ponieważ szczególnie obawiali się rozpędzonego Polaka, to uciekali się do każdego dostępnego sposobu – dozwolonego czy nie – by go uziemić. Aż sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go sam Lewandowski, który podniósł swoją przeciętną w LM do 0,65 gola strzelanego na mecz. Wśród aktywnych graczy wyższą mają jedynie wspomniani Messi (0,79) oraz Ronaldo (0,73). I Polak, już dwukrotny wicekról strzelców rozgrywek, znów powinien ścigać się z nimi o koronę dla najskuteczniejszego snajpera. Od początku sezonu atakuje jak opętany, w pięciu meczach Bayernu nastrzelał już osiem goli.

Zanim Lewandowski wyszedł na boisko, w wywiadzie dla „La Gazzetta dello Sport” najwybitniejszych współczesnych napastników zrecenzował Filippo Inzaghi. I ogłosił, że specjalistą ponad wszystkich od gry głową jest właśnie gwiazdor z Monachium. Tymczasem wieczorem głowę do piłki z sensem przykładał inny Polak. Milik.

Ale najpierw neapolitańczycy z Dynamem przegrywali. Oni są drużyną naznaczoną traumą w Lidze Mistrzów, i to zbyt świeżą, żeby wyleczył ją czas. Jesienią 2013 roku nie przetrwali fazy grupowej, choć uzbierali aż 12 punktów – nigdy wcześniej ani później nie zdarzyło się, by ledwie trzecie miejsce zajął zespół z tak okazałym dorobkiem.

Teraz właściciel Aurelio de Laurentis intensywnie inwestował, by perfekcyjnie przygotować klub na rywalizację i w kraju, i w Europie. O ile w minionym sezonie trener Maurizio Sarri w ważnych spotkaniach nawet nie retuszował starannie wyselekcjonowanego podstawowego składu, o tyle w bieżącym ma dysponować – przynajmniej teoretycznie – dwiema silnymi jedenastkami.

W Kijowie na środku ataku postawił na Milika między innymi dlatego, że ten, w przeciwieństwie do Manolo Gabbiadiniego, zapoznawał się już z LM. Strzelił nawet dla Ajaxu Amsterdam gola.

I Sarri się nie zawiódł. Męczących się neapolitańczyków ocalił właśnie Milik, który dwukrotnie wbijał piłkę do siatki głową. W tym raz po idealnym wybiciu się w powietrzu do dośrodkowania, jak w meczu z Milanem przed kilkunastoma dniami. Jego występ Włosi znów zapowiadali jako okazję do ucieczki spod cienia rzucanego przez Gonzalo Higuaina – snajpera rekordzistę, którego kibice kochali na zabój (oczywiście przed jego „zdradzieckim” transferem do Juventusu). Polak konsekwentnie powtarza, że nie czuje żadnej presji i o poprzedniku w ogóle nie myśli, ale nikt go nie słucha. Pytanie, czy zdoła Argentyńczyka godnie zastąpić, pada bez przerwy.

Milik odpowiada mądrze i coraz donośniej. W czterech inaguracyjnych meczach Napoli wbił cztery gole, trafia średnio co 69 minut. Higuain rozpędzał się wolniej.

22:48, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 12 września 2016

Rewolucja wybuchła znienacka. Koniec z rólkami statystów, w startujących wlaśnie elitarnych rozgrywkach klubowych jeszcze nigdy nie było tylu Polaków.

Lubimy oglądać Messiego i Ronaldo, ale przede wszystkim uwielbiamy oglądać swoich rodaków. To zasada uniwersalna, nie zdołała jej zniszczyć absolutna kosmopolityzacja futbolu – wszak w Lidze Mistrzów coraz trudniej znaleźć drużyny, w których obcokrajowcy nie stanowiliby większości.

Ale polscy kibice przez cały XXI wiek musieli mocno wytężać wzrok, by dostrzec w Champions League jakiekolwiek polskie okruchy. Czasami błysnął bramkarz, czasami solidnie zagrał obrońca, czasami pojedynczy gol wyśliznął się spod buta napastnika (wystarczy przypomnieć sobie, jak celebrowaliśmy bramkę Marka Saganowskiego w barwach Aalborga). Były to zasadniczo epizody o znikomym znaczeniu, kontakt z wielkim futbolem odzyskaliśmy dopiero dzięki sławnemu tercetowi dortmundzkiemu.

Aż nastał niezwykły rok 2016, bodaj dla naszej piłki najszczęśliwszy od upadku komuny. Polacy rozbiegli się po całej LM, tylko w jednej grupie – tej z Barceloną, Manchesterem City, Borussią Mönchengladbach i Celtikiem – nie znajdziemy ani jednego. A w sumie zostało ich zgłoszonych do rozgrywek aż 22, czyli ledwie dwóch mniej niż np. Anglików. I niemal na pewno przynajmniej kilku przetrwa do fazy pucharowej. Można dostać oczopląsu.

To doświadczenie będzie tym bardziej specyficzne, że prawdopodobnie wielokrotnie przeżyjemy dysonans poznawczy. Jednego wieczoru zobaczymy, jak daleko polskiemu futbolowi do choćby średniej europejskiej, a drugiego – że polski gracz to ścisła czołówka.

Od Legii wymagamy tylko tyle, by nie narobiła obciachu. Jej paradoks polega na tym, że awansowała akurat teraz, gdy gra koszmarnie. W tzw. ekstraklasie zajmuje 13. miejsce i byłaby najniżej sklasyfikowanym w lidze krajowej uczestnikiem LM, gdyby nie Leicester, w angielskiej Premier League – jednak ciut silniejszej, prawda? – leżące na 16. pozycji. W bieżącym sezonie wygrywa ledwie 31 proc. meczów, na naszych trawach zdołała pokonać jedynie Wisłę Płock i Ruch Chorzów, wciąż wygląda na drużynę bez tożsamości. I po kontuzji najlepszego zawodnika Michała Pazdana sytuacja w obronie stała się dramatyczna.

Na drugim końcu skali znajduje się Robert Lewandowski. Bayern, który z charyzmatycznym trenerem Pepem Guardiolą sezon w sezon odpadał w półfinale, chce LM wreszcie wygrać. A władzę w monachijskiej szatni wziął Carlo Ancelotti, który już podobną misję wypełnił – przejął Real, który z charyzmatycznym trenerem José Mourinho również przez trzy lata z rzędu przegrywał w półfinale. I pod nowym przywództwem madrytczycy natychmiast zdobyli trofeum.

Włoch to teoretycznie szkoleniowiec idealny. Chętnie czerpie z pracy poprzedników – jego Real perfekcyjnie wykorzystał wyćwiczoną pod okiem Mourinho zdolność do piorunujących kontrataków – a zarazem wnosi do szatni luz i ciepło, nakazuje piłkarzom wyrażać siebie, pozwala im odetchnąć po wymagającym psychicznie czasie silnego przywództwa. I w napastniku lubi mieć klasycznego napastnika skupionego przede wszystkim na strzelaniu goli.

Skutki już widać. Lewandowski ma najbardziej wystrzałowy początek sezonu w karierze, w czterech meczach Bayernu zdobył już siedem bramek. On będzie zmierzał nie tylko do celu zbiorowego, ale także osobistego – nie brakuje mu niczego, by wreszcie zostać najskuteczniejszym piłkarzem LM. W minionym roku był wicekrólem strzelców. Po raz drugi, wcześniej dokonał tego w barwach Borussii. W tych rozgrywkach trafia do siatki średnio 0,64 razy na mecz, ustępując tylko dwóm aktywnym piłkarzom – Messiemu (0,78) oraz Ronaldo (0,73). A w Bundeslidze albo zostaje królem (dwukrotnie), albo wicekrólem strzelców (też dwukrotnie). Oto 28-letni snajper, który wchodzi w najlepszy wiek dla napastnika. Jeszcze utrzymuje atletyczny szczyt, już jest arcydoświadczony, obeznany ze wszelkimi istniejącymi okolicznościami boiskowymi.

Legia i Lewandowski to skrajności, pomiędzy nimi ujrzymy tłum rodaków, którzy grają wszędzie, tylko nie w klubach skazanych na klęski. Ambicje sięgające finału ma Paris Saint-Germain (Grzegorz Krychowiak wreszcie zadebiutował), bukmacherzy za faworytów swojej grupy uważają również Napoli (Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński), a za kandydatów na wiceliderów – Borussię Dortmund (Łukasz Piszczek), Leicester (czy do boiska w końcu zbliżą się Bartosz Kapustka i Marcin Wasilewski?) oraz Arsenal (dla Krystiana Bielika jedyną szansą zdaje się szybki awans londyńczyków do 1/8 finału). Trudniej przetrwać jesień będzie AS Monaco (Kamil Glik, to jego debiut w LM) oraz Lyonowi (Marcin Rybus, też debiutuje), ale też nie wykluczymy, że do wiosny dociągną wszyscy nasi ludzie spoza Legii. Odkąd Champions League przybrała obecny kształt, tak bogato w Polskę nie było nigdy.

22:36, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi