RSS
środa, 30 września 2015

Napoli

Na pożegnanie z Warszawą trener Henning Berg i piłkarze Legii podejmą w Lidze Europy najsilniejszego rywala, z jakim mierzyli się podczas jego kadencji. Przynajmniej teoretycznie.

Ubiegłosezonowi półfinaliści LE zajmują dopiero dziesiąte miejsce w Serie A, ponieważ wystartowali fatalnie. Kibice przestraszyli się nawet, że eksperyment właściciela klubu, producenta filmowego Aurelio de Laurentiisa – zatrudnienie trenera przez całą karierę prowincjonalnego – zakończy się totalną klapą.

Maurizio Sarri prędko jednak opanował sytuację. I ostatnie tygodnie to już rzęsiste goleady – 5:0 z Club Brugge, 5:0 z Lazio – oraz sobotni triumf nad Juventusem 2:1. A przede wszystkim efektowna gra, oparta na błyskawicznym przedostawaniu się pod wrogie pole karne, agresji w odbiorze piłki oraz ruchliwości wszechstronnych pomocników, którzy potrafią kontrolować olbrzymie połacie środka pola. Do Warszawy przylatuje drużyna rozentuzjazmowana, pewna siebie, mierząca w mistrzostwo Włoch.

Podejmą ją piłkarze zrezygnowani, którzy każdego ranka sprawdzają, czy aby nie zobaczą zaraz nowego szefa. Prezes Bogusław Leśnodorski nie wylał jeszcze trenera Henninga Berga, ale publicznie ogłosił, że od dawna szuka następcy. Wzgardził niepisaną uniwersalną regułą nakazującą władzom klubu oficjalnie wspierać szkoleniowca tak długo, jak długo musi on kierować drużyną. Norweg przeżył mniej więcej to, co były selekcjoner reprezentacji Polski Leo Beenhakker, który o tym, że został zwolniony przez ówczesnego szefa PZPN Grzegorza Latę, dowiedział się z telewizji.

Pucharowy bilans Berga jest, biorąc pod uwagę nadwiślańskie standardy, rewelacyjny. Minionego lata wyreżyserował spektakularne 4:1 nad Celtikiem Glasgow w eliminacjach Ligi Mistrzów, potem awansował do 1/16 finału LE, teraz znów dotarł do fazy grupowej tych rozgrywek. 16 zwycięstw w 21 meczach. Wrażenie popsuło dopiero niedawne wyjazdowe 0:1 z FC Midtjylland, choć brzydota meczu nie powinna nas zwodzić – nikomu nie będzie łatwo znaleźć sposobu na prymitywny, lecz konsekwentny sposób gry Duńczyków, o czym przekonał się w sierpniu Southampton.

Napoli reprezentuje zupełnie inny wymiar futbolu. Biorąc pod uwagę aktualną formę oraz klasę piłkarzy, to najsilniejszy przeciwnik Legii nie tylko za kadencji Berga – odkąd istnieje nowy stadion, wyższe umiejętności przywiózł tylko Arsenal, zaproszony na sparing z okazji otwarcia obiektu. W ataku grasuje główny kandydat na króla strzelców ligi włoskiej Gonzalo Higuaín – 58 goli w 109 spotkaniach Napoli, wcześniej 122 gole w 264 spotkaniach Realu Madryt – który ostatnio, gdy tylko nabierze pędu, zabawia się nawet z obrońcami formatu Leonardo Bonucciego. Wspierają go ponaddźwiękowi skrzydłowi w postaciach José Callejóna oraz Lorenza Insigne. Ten ostatni z powodu urazu kolana został wprawdzie w Neapolu, ale Dries Mertens zawraca w głowach obrońców równie skutecznie – w Brugii przed dwoma tygodniami wbił dwa gole.

Neapolitańczycy prędko przerzucają piłkę pod pole karne rywala i dzięki kontratakom z udziałem wspomnianych skrzydłowych, i dzięki przeszywającym defensywę prostopadłym podaniom wszechstronnych, kreatywnych środkowych pomocników, których trener Sarri częściowo wymyślił na nowo. Wycofany z ofensywnych pozycji Marek Hamsik też do Warszawy nie przyleciał, ale zagrają obaj jego partnerzy, wpływający na grę chyba jeszcze silniej. Allan w Udinese uchodził za wybitnego tylko wtedy, gdy nie dotykał piłki, teraz ujawnił zmysł rozgrywającego, a nawet snajpera. Jorginho to natomiast piłkarz orkiestra – operuje jako żywa tarcza chroniąca stoperów, przerywa akcje rywali (i odbiory, i przechwyty), a zarazem sam inteligentnie podaje na mniejszą i większą odległość. Obaj młodzi Brazylijczycy asystowali przy trzech golach z pięciu strzelonych Club Brugge. I nikt się nie zdziwi, jeśli obsadzą w przyszłości środek pola reprezentacji swojego kraju. Zwłaszcza Allan.

Dowodzący całością trener Sarri to kolejny przedstawiciel coraz popularniejszego gatunku trenerów, którzy nigdy nie uprawiali profesjonalnie futbolu (z wykształcenia ekonomista, gdy debiutował w szóstej lidze, pracował w banku). Jajogłowy pracoholik zdolny wtłoczyć do głów podwładnych 33 warianty rozegrania rzutu rożnego. W Neapolu okazał się jednak przede wszystkim fachowcem elastycznym, chętnie modyfikującym swoje pomysły, jeśli te nie wypalą. Z Empoli zabrał ze sobą Mirko Valdifioriego (cofniętego rozgrywającego, uboższa wersja Andrei Pirlo), któremu chciał podporządkować drużynę. Nie wyszło, więc osadził ulubieńca w rezerwie. I wszystkie mecze bez niego w podstawowym składzie wygrał. Właściciel klubu tytułuje go już „profesorem”, tymczasem jeszcze przed chwilą Sarriego gwałtownie kontestował sam Diego Maradona, w Neapolu mający status półboga.

Gdybyśmy szacowali szanse na podstawie stanu, w jakim znajdują się obie drużyny, musielibyśmy się lękać, że Legia zostanie rozszarpana na strzępy. Niewykluczone jednak, że trener rywali wystawi głębsze rezerwy, niż przypuszczamy. Trzeba bowiem pamiętać, że Legia podejmuje neapolitańczyków w idealnym momencie. Choć oni naturalnie pożądają sukcesu w Europie, to dzisiejszy mecz jest dla nich jak kamyk w bucie – wrzucony między wspomniany hit z Juventusem i niedzielny hit z Milanem. To mecze prestiżowe z wielorakich przyczyn, także pozasportowych, neapolitańczycy przeżywają je jako wojny biednego, zaniedbanego przez centralę Południa z bogatą, arogancką Północą.

A ponieważ przeżywają mecze głęboko, stadion San Paolo czynią ogromnym atutem piłkarzy. Tu też warszawscy kibice mogą szukać nadziei – o ile neapolitańczycy u siebie są w LE niepokonani od początku 2014 r., o tyle na wyjazdach wygrali w tym okresie ledwie trzy z dziesięciu meczów.

Pytanie, ile wykrzesają z siebie legioniści, którzy żyją w niepewności. Usłyszeli, że wyrok na ich szefa zapadł – zostanie ścięty („na 100 proc.”) najpóźniej po niedzielnym meczu z Górnikiem Zabrze. I że być może zastąpi go sadystyczny tyran serwujący sesje treningowe, które dla co wrażliwszych jednostek kończą się wymiotami. Gdyby im się jednak powiodło, mielibyśmy pożegnanie z Bergiem paradoksalne. Oto trener wynajęty, by uczynił z Legii europejską markę, zostaje z klubu wykopany pomimo wspaniałego europejskiego bilansu i po efektownym europejskim triumfie.

22:57, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 29 września 2015

Robert Lewandowski

Dinamu Zagrzeb polski napastnik strzelił właśnie 24., 25. i 26. gola w Lidze Mistrzów. Regularniejsi od niego są w tych rozgrywkach już tylko dwaj aktywni piłkarze – Messi i Ronaldo.

Supergwiazdor Barcelony zdobywa średnio 0,77 bramki na wieczór w Champions League. Supergwiazdor Realu Madryt – 0,69. Przeciętna Roberta Lewandowskiego sięgnęła właśnie 0,62 gola na mecz. W rankingu wciąż grających w piłkę wyprzedził Karima Benzemę (0,58), jeszcze niżej są Sergio Agüero (0,51), Thomas Müller (0,43), Zlatan Ibrahimovic (0,39) oraz Wayne Rooney (0,36).

Zalety Polaka – gracza coraz wszechstronniejszego, wydajnego także w defensywie – moglibyśmy wyliczać akapitami, ale nade wszystko stał się on morderczo regularnym snajperem. Po dzisiejszym meczu jest liderem klasyfikacji strzelców i w Lidze Mistrzów, i w Bundeslidze, i w eliminacjach Euro 2016. Ilekroć pomyślimy, że osiągnął swój szczyt, że tym razem już na pewno nie zdoła wyewoluować na drapieżnika jeszcze groźniejszego, tylekroć Lewandowski udowadnia, że krępuje nas ubóstwo wyobraźni, przytłumionej dekadami oczekiwania na kogokolwiek zdolnego podbijać najsłynniejsze stadiony świata. Zabawia się z nami trochę jak – zachowując proporcje – Messi i Ronaldo, którzy śrubują snajperskie rekordy zawsze, gdy krzykniemy, że dotarli do granic możliwości.

Zanosi się, że Lewandowski też będzie je poszerzał. Dzięki sobie, bo stale się rozwija, piękniejąc na napastnika kompletnego – wszystko mu jedno, czy strzela lewą, czy prawą nogą, z pola karnego czy spoza pola karnego, z ziemi czy z powietrza etc. A także dzięki okolicznościom, bo sprzyjają mu taktyczne korekty trenera Pepa Guardioli (chce szybszego przerzucania piłki pod bramkę rywala) oraz charakterystyka pozyskanych latem przez Bayern zawodników.

Monachijczycy od lat słyną ze skrzydłowych znakomitych, ale zarazem specyficznych. 31-letni Arjen Robben to samolub, który uwielbia zbiegać z piłką do środka, by osobiście zakończyć akcję strzałem. 32-letni Franck Ribéry myśli o partnerach chętniej, jednak również chętnie ucieka od linii bocznej, odbierając sobie możliwość dośrodkowania. Obaj z oczywistych względów ograniczali snajperskie zapędy Lewandowskiego, tymczasem ich wpływy w Bayernie będą stopniowo maleć. Stąd transfery Douglasa Costy oraz Kingsleya Comana, skrzydłowych zdecydowanie bardziej tradycyjnych. Zwłaszcza gdy spojrzymy na tego pierwszego – 10 asyst w siedmiu kolejkach Bundesligi! – możemy dojść do wniosku, że w Monachium wybuchła kulturowa rewolucja. Skrajny egoizm został wyparty przez skrajny altruizm.

Lewandowskiemu służy też – o czym sam wspominał – sąsiedztwo przesuniętego w jego pobliże Müllera. Dzięki przyciągającemu uwagę rywali wsparciu rzadziej wpada w klatkę złożoną ze stoperów oraz defensywnych pomocników przeciwnika, którzy uwieszają mu się na plecach, szarpią, podkładają nogi etc, a wszystko oczywiście grupowo, bo uziemić napastnika Bayernu niełatwo. I Polak rozpoczął sezon najlepiej w karierze. Nie dość, że wbił 14 goli w 10 meczach, to w każdym spotkaniu Bundesligi oddaje średnio 5,33 strzału, przy ledwie 3,39 w minionych sezonie. Co więcej, odsetek uderzeń celnych z ubiegłorocznych 53 proc. wzrósł do 81 proc. Bilans imponujący nie tylko w porównaniu z Ronaldo (49 proc.) czy Messim (63 proc.), ale wręcz najokazalszy wśród wszystkich napastników czołowych lig Europy, którzy oddali dwucyfrową liczbę strzałów.

Właściwie z każdym tygodniem przybywa powodów – wyrażanych nie tylko twardym statystycznym konkretem – by obwoływać monachijczyka najlepszym środkowym napastnikiem świata. Zwłaszcza wobec słabszego roku kilku konkurentów, w typie Ibrahimovicia czy Rooneya, oraz przewlekłych kłopotów zdrowotnych innych, np. Agüero. Przybywa również barier do pokonania lub rekordów do pobicia, które wizerunek Polaka jeszcze by udoskonaliły. Nie tylko w Champions League.

W klasyfikacji zagranicznych strzelców Bundesligi ze 101 golami zajmuje piąte miejsce – o ile lidera Claudio Pizarro (176) oraz wicelidera Giovanne Elbera (133) prędko nie doścignie, o tyle Ailtona oraz Stephane’a Chapuisata (obaj po 106) z podium powinien zepchnąć już niebawem. A zamiast pytać, czy Polak zostanie królem strzelców w bieżącym sezonie, wypada już chyba pytać, czy pobije rekord mitycznego Gerda Müllera, który w 1972 r. koronę zakładał po zdobyciu 40 bramek. To oczywiście cel potwornie trudny do zrealizowania – trzeba niemal utrzymać dotychczasową skuteczność, prawie nie odpoczywać – ale ustaliliśmy już, że im bardziej nam się zdaje, że Lewandowski osiągnął granicę swoich możliwości, tym bardziej on je przekracza.

poniedziałek, 28 września 2015

To opowieść coraz bardziej intrygująca. Dlaczego szefowie Manchesteru City dbają, by każdy skrawek klubu wyposażyć możliwie najbardziej luksusowo, ale jedno stanowisko – absolutnie newralgiczne – obsadzają nie najwyższą, lecz zaledwie wysoką jakością? I to pomimo niepowodzeń? Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 27 września 2015

To nie jest jego drużyna, kibice nie skandują na meczach reprezentacji jego nazwiska – jak skandowali choćby nazwisko Beenhakkera – to raczej drużyna Lewandowskiego, w mniejszym stopniu Krychowiaka czy Glika. Zachwyty usłyszałem, dopiero gdy wraz z Michałem Szadkowskim odwiedziliśmy we wtorek Sebastiana Milę, którego poprosiliśmy, by opowiedział o reprezentacji Polski.

„Na odprawie trener Nawałka zaczyna przemawiać. Niesamowitym głosem, który zapowiada święto. Wprowadza podniosły nastrój. Masz wrażenie, że będziesz w stanie roznieść wszystko” – relacjonuje nam w wywiadzie rozgrywający Lechii. Nie wiem, czy inni kadrowicze czują to samo, w każdym razie Mila generalnie mówi o Nawałce głównie w uniesieniu, przedstawia go w sposób, w jaki polscy piłkarze zasadniczo nie przedstawiają polskich trenerów. Całość znajdziecie tutaj, zapraszam do lektury.

środa, 23 września 2015

Robert Lewandowski, Bayern, 5 goli

I co tu napisać po snajperskiej eksplozji w Monachium, gdy po zwojach mózgowych krążą wyłącznie myśli potargane, z internetów wylewa się raczej  ekstaza niż chłodne analizy, a żadne słowo nie wyrazi więcej niż zdjęcie osłupiałego Pepa Guardioli, któremu dotychczas tylko się zdawało, że przeżył już w futbolu wszystko?

Można zadumać się nad irracjonalnością kibicowskich reakcji. Zwróćcie uwagę, że hitem wieczoru było nie tyle pięć goli Roberta Lewandowskiego, ile fakt, że załadował je w mgnieniu oka. A właściwie w czymże „lepsze” jest pięć goli wbite w dziewięć minut od goli wbitych w 20 albo 45 minut? Czy bramki zyskują dzięki temu na urodzie, czy silniej wpływają na wynik, świadczą o jeszcze większym kunszcie snajpera?

Można też zauważyć, że Lewandowski szczerze nienawidzi – zupełnie jak, przepraszam za skojarzenie, Leo Messi – nawet incydentalnego osadzania go w rezerwie, jest drapieżnikiem maniakalnie żarłocznym, chce grać zawsze. Gdy w lutym został uziemiony przez Pepa Guardiolę w wyjazdowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Szachtarem (co Bayern przypłacił bezbramkowym remisem), to kilka dni później w Bundeslidze prędko wsunął dwa gole i sprawił, że trener publicznie go „przeprosił”, przyznając, iż popełnił selekcyjny błąd. Teraz teoretycznie był poważny powód, by kończyny Lewandowskiego oszczędzać – obolały po skręceniu staw skokowy – ale Polak najwyraźniej uważał inaczej.

Można przypomnieć, że nasz nadnapastnik nie śrubuje statystyk w byle meczach z byle kim – choć strzela zawsze i wszędzie – lecz z upodobaniem zasadza się na największe firmy i nadzwyczaj prestiżowe okazje. Realowi Madryt wbił już pięć goli, Bayernowi Monachium też pięć, Borussii Dortmund – trzy, Schalke – pięć, Bayerowi Leverkusen – dwa. A teraz przyłożył pięciokrotnie Wolfsburgowi, czyli aktualnemu wicemistrzowi kraju, który przed monachijczykami nie klęka – minionego wieczoru prowadził 1:0, w sierpniu triumfował w Superpucharze, w styczniu wygrał 4:1. Rozrabiał, dopóki za uszy nie wytargał go Lewandowski.

Można ogłosić, że Polak właśnie awansował do czołowej pięćdziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach Bundesligi (99 trafień, jedno dzieli go od trenera Lechii Gdańsk Thomasa von Heesena). Że wśród obcokrajowców ustępuje jedynie Ailtonowi (106), Chapuisat (106), Elberowi (133) i Pizarro (176). Że jeśli setce najlepszych strzelców rozgrywek zmierzyć średnią goli na mecz, to snajper Bayernu będzie wręcz piąty (!) w historii, jego wynik – 0,59 – jest niższy tylko od wyników Makaaya, Heynckesa (0,60), Hrubescha (0,61) oraz mitycznego Gerda Müllera (0,85).

Można też wyrazić przypuszczenie, że wszystkich niemieckich rekordów polski nadnapastnik nie pobije, i to wcale nie przez deficyt talentu. Licznik stanie, gdy do licytacji staną przeróżne Reale i Manchestery, klasę naszego piłkarza uwznioślą niezbędne dzisiaj dziesiątki – a może więcej? – milionów rzucone przez krezusów na transfer, a my zreflektujemy się, że choć Lewandowski nie jest najwybitniejszym polskim sportowcem w historii, to prawdopodobnie stał się, w wymiarze globalnym, najbardziej rozpoznawalnym.

Przede wszystkim jednak wypada zawyrokować, że w Monachium namalował sobie nasz piłkarz jeden z tych plakatów – plakatów ery nowoczesnej, zniewalających multimedialnie i widocznych z każdego skrawka planety – które wkrótce uczynią go twarzą Bayernu numer jeden. Kiedy ten klub wygrywał Ligę Mistrzów, to nie wiedzieliśmy, czyja gwiazda świeci najjaśniej, zasługi rozdzielaliśmy między kilku liderów, lansowany przez Bawarczyków na laureata Złotej Piłki Franck Ribery był marketingowym wyborem kontrowersyjnym, przez wielu kibiców kontestowanym. Konkurenci w rywalizacji o nagrodę mieli tę przewagę, że nikt nie wątpi(ł), że Real to Ronaldo, a Barcelona to Messi.

Lewandowski ma olbrzymią szansę ów egalitarny krajobraz odmienić. Zasłonić wszystkich. Nie tyle zostać najwybitniejszym graczem drużyny, ile jej najbardziej spektakularnym solistą. Do tego potrzeba właśnie widowisk nie z tej Ziemi, zapadających głęboko w pamięć pojedynczych meczów ikon, których nie zastąpi seria pośledniejszych obrazków, tak jak dwa „zwyczajne” hat-tricki nie zastąpią pięciobramkowej erupcji rozsadzającej ekrany przez 8 minut i 57 sekund. A jeśli Polak zdoła stać się – już się staje – twarzą monachijskiego klubu, to swojej marki nie będzie już upiększał sam, będą na nią w coraz większym stopniu pracować koledzy. Ewentualny triumf w Lidze Mistrzów uczyniłby wówczas Lewandowskiego naturalnym, promowanym przez cały Bayern pretendentem do Złotej Piłki.

poniedziałek, 21 września 2015

Jeszcze nie zdobyli Pucharu Świata, ba, nie zagwarantowali sobie nawet drugiego miejsca, które daje awans na igrzyska w Rio de Janeiro. Oni zaledwie skopali tyłki Amerykanom, dotąd na turnieju niepokonanym. Rozstrzygnęła chyba serwisowa strzelanina w trzecim secie, w którym rywali trafiali kolejno rewolwerowiec Bieniek, rewolwerowiec Drzyzga, rewolwerowiec Kubiak oraz – on akurat pociągał za cyngiel delikatnie – Nowakowski. I na kolejną partię Amerykanie wyszli już poturbowani, prawdopodobnie z silnymi zawrotami głowy.

W polskiej drużynie lubię szczególnie to, że kiedy o niej mówimy, możemy używać największych przymiotników i najbardziej ryzykownych porównań, wcale nie ryzykując, że cokolwiek zabrzmi śmiesznie. Gdzie nie spojrzeć, dzieje się historia. Weźmy dzisiejszy mecz z USA.

1) Miał być kulminacją PŚ, więc odbył się w pierwszą rocznicę zdobycia przez Polaków złota mundialu. Idealny moment, by przypomnieć, kto panuje nad siatką.

2) Trzeba było zwyciężyć, ale naszych taka skromna robótka nie zadowoliła, oni musieli jeszcze przywalić przeciwnikom setem koszmarem. Do 15 Amerykanie nie przegrywają właściwie nigdy – nie przytrafiło im się to ani w 8 wcześniejszych meczach PŚ, ani w żadnych z 16 meczów ostatniej Ligi Światowej, ani w żadnym z 16 meczów ubiegłorocznej LŚ. Równie mocno oberwali tylko w jednym secie jednego z 9 meczów ostatniego mundialu - z Francją. Wystarczy, by nabrać pewności, że znokautowani Amerykanie zobaczyli dzisiaj po ostatniej akcji gwiazdy?

3) Hubert Wagner prowadził reprezentację Polski w 56 oficjalnych meczach, wygrał 41. Traf chciał, że po raz 56. prowadził dziś naszą kadrę również Stephane Antiga. Zgadnijcie, ile odniósł zwycięstw? Tak, 41.

4) Trofeum na razie nie ma, awansu olimpijskiego też nie, ale przebieg turnieju pozwala nam mierzyć najwyżej, inaczej zwyczajnie nie wypada: w zdobycie PŚ po odniesieniu 11 zwycięstw. Dokonywali tego wyłącznie najwięksi: wszechpanująca w pierwszej dekadzie XXI wieku Brazylia według Bernardo Rezende (2003), a także wszechpanujący w ostatniej dekadzie XX wieku Włosi znani jako „Generazione di Fenomeni”. Czy dorównać im to nie jedynie słuszny cel reprezentacji, która chciałaby zapanować w dekadzie właśnie trwającej?

Tagi: siatkówka
12:48, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
niedziela, 20 września 2015

My się natrząsamy, a Legia idzie łeb w łeb z Barceloną, ba, zaraz za nimi kroczy Lech. Tradycyjny felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

czwartek, 17 września 2015

Niepojęte. Dwa lata temu – tylko jedna drużyna w półfinale. Rok temu – żadnej drużyny w ćwierćfinale, rzecz niespotykana od ćwierćwiecza. A teraz trzy porażki w czterech inauguracyjnych meczach.

Najbogatsza liga świata. A nawet – nie tyle najbogatsza, ile coraz bardziej najbogatsza, z każdym kolejnym kontraktem telewizyjnym Premier League ucieka finansowo konkurencji. Z jej liderami na rynku transferowym mogą rywalizować jedynie Barcelona, Real Madryt, Bayern, Paris Saint Germain.

Oczywiście w tytule notki zawarłem, wbrew pozorom, nieprawdę. Anglicy nie obrywają w LM. Anglików tam prawie nie ma. Upychają wyspiarskie kluby dwóch-trzech rodzimych piłkarzy w jedenastce, w dodatku często leciwych, co sugeruje, że niebawem jeszcze ich ubędzie. Gdyby Anglików trzymały więcej, tytuł byłby prawdziwszy, ale pytanie nie miałoby sensu – to najbardziej przeceniana nacja w futbolu, znęcałem się nad jej wrodzonym niedołęstwem wielokrotnie, na mundialach zdobyła mniej medali niż łamagi znad Wisły.

Polskie internety piłkarskie to ekosystem osobliwy, toczą w nim nieustającą wojnę klany walczące o honor swoich ulubionych lig zagranicznych. Najbardziej zajadle naparzają się wyznawcy hiszpańskiej i angielskiej, a ponieważ ta pierwsza ostatnio triumfuje – czy raczej: wszechpanuje – to jej zwolennicy szydzą ze zwolenników Premier League, nie zauważając, że Premier League tym bardziej przegrywa w Champions League, im bardziej skupuje gwiazdy La Liga.

Bo klub piłkarski nie ma narodowości. Może sobie wybrać dowolną tożsamość, a klasa zwerbowanych piłkarzy zależy wyłącznie – no, prawie wyłącznie, ale to jest maluteńkie „prawie” – od posiadanego budżetu. Taki Manchester City, który zdołał wygrać ledwie dwa z ostatnich 11 meczów Ligi Mistrzów i staje się powoli największym pośmiewiskiem w jej dziejach – ma w sobie już angielskość śladową. Zanim zaprosił przereklamowanego młodzieńca Raheema Sterlinga, wpuszczał Anglika jedynie do bramki. Mnóstwo ról w drużynie oddał ludziom ściągniętym z Hiszpanii – Sergio Agüero, Yaya Touré, Davidowi Silvie, Jesúsowi Navasowi etc. Trenerem mianował wyjętego z Malagi Manuela Pellegriniego, który z Malagą w LM radził sobie doskonale. Wziął też stamtąd jego asystenta, Argentyńczyka Rubéna Cubillasa. I hiszpańskiego opiekuna bramkarzy Xabiera Mancisidora. I hiszpańskiego specjalistę od przygotowania fizycznego Jose Cabello. Ba, nawet wychowywaniem młodzieży zarządzają tam Hiszpanie – proweniencji katalońskiej, mają zbudować w Manchesterze drugą Barcelonę.

Każdą porażkę z osobna objaśnić łatwo. Wskazać błędy piłkarzy, zaniechania trenerskie, nieszczęśliwe sploty boiskowych okoliczności, pomyłki sędziów, osłabiające drużynę kontuzje. Ale tu wypada zadać pytanie ogólniejsze. Jak to możliwe, że przedstawiciele najbogatszej ligi świata wygrali ledwie 17 z ostatnich 51 spotkań Champions League (33 proc.)? Jak to możliwe, że w rankingu UEFA Anglię coraz śmielej ścigają Włochy i jeśli im się powiedzie, odbiorą jej jedno miejsce w rozgrywkach?

Wspólnego mianownika dla klęsk Premier League nie znajdziesz. Są tu kluby po transferowej rewolucji, jak Manchester Utd, i są poddane tylko lekkiemu transferowemu retuszowi, jak Arsenal. Są drużyny z powszechnie przypisywanymi im słabościami kadrowymi, jak tenże Arsenal, i drużyny kadrowo arcyzamożne, jak Manchester City. Owszem, piłkarzy najlepszych z najlepszych kolekcjonują Barcelona i Real. Ale wyspiarze nie obrywają tylko od Barcelony i Realu. Obrywają od pokiereszowanego po letniej rejteradzie kluczowych graczy Juventusu, od PSV Eindhoven, nawet od Dinama Zagrzeb, które w LM służyło dotąd rywalom za worek treningowy, zwycięstwa nie odniosło od 1999 r. Obrywają od AS Monaco, Basel i pogrążonej w ubiegłym roku w kryzysie Borussii Dortmund. Albo ledwie sobie radzą z Olympiakosem.

I wygląda na to, że dzieje się coraz marniej. Nie można nawet odruchowo ponatrząsać się, że Arsenal skompromitował się w środę „jak zwykle”, że Arsenalątko jest skazane na wieczne internetowe szyderstwo wrogów i wieczną frustrację fanów, że przegrywa zawsze i wszędzie. Bzdura – londyńczycy nigdy nie przegrywali w fazie grupowej w Zagrzebiach, słabeuszy tłukli zazwyczaj nawet w rezerwowym składzie.

Wiem, od publicysty wymaga się, by objaśnił, pomógł pojąć, przedstawił teorię. Najlepiej, żeby trzymała się kupy – znaczy: nie obalała podstawowych zasad logiki – ale jeśli publicysta akurat takiej nie posiada, niech napisze, co mu się wydaje.

Niestety, mnie się kwestii angielskiego fiaska prawie nic nie wydaje. Maluję krajobraz, którego nie rozumiem. Co najwyżej przeczuwam, że absurdalnie nieograniczone fundusze Anglików zdemoralizowały i rozleniwiły. Zanim Hiszpan kupi piłkarza, obejrzy go ze wszystkich stron, zanalizuje każde wykonane przez niego kopnięcie, zeskanuje i sprawdzi oddech. A nadziani szefowie Manchesteru Utd w ostatniej sekundzie okna transferowego wyrzucą bimbalion euro na dzieciaka, którego nazwisko mniej zorientowani kibice muszą sprawdzać w Google – wyrzucą, bo ich stać. Bimbalion wyrzucony na Anthony’ego Martiala nie czyni go oczywiście piłkarzem za bimbalion, tutaj cena nie opisuje jego klasy, tutaj cena opisuje wyłącznie mentalność kupujących rozrzutników. Tak jak 62,5 mln za Sterlinga nie uczyni go lepszym skrzydłowym od Douglasa Costy, za którego Bayern zapłacił 30 mln. Po prostu gdyby pozyskiwanymi przez wyspiarzy piłkarzami handlowano w innych krajach, kosztowaliby ułamek kwoty oferowanej przez odklejonych od rzeczywistości krezusów z Premier League.

To wszystko nie tłumaczy jednak, dlaczego przyzwoite wyniki w Europie – choć też: szału nie ma – osiągała ostatnio jedynie Chelsea. Dlaczego angielskie kluby upadają sportowo coraz niżej akurat teraz, gdy finansowo wzlatują coraz wyżej. Wszyscy znamy nieweryfikowalne hipotezy o Premier League, która jest ponoć swoim największym wrogiem – ma potwornie wyniszczać fizycznie i nie wyhamowuje zimą, więc na LM nie wystarcza piłkarzom energii. Ale to przecież teoria bardzo stara, tymczasem jeszcze przed chwilą kluby z Manchesteru, Londynu czy Liverpoolu obsadzały trzy z czterech miejsc w europejskich półfinałach.

14:57, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 14 września 2015

Manchester City i Paris Saint Germain. Czy jedyne kluby piłkarskie świata, które stać na wszystko, wreszcie podbiją Ligę Mistrzów?

Gdyby sądzić po przebiegu ostatniej dekady, bezdyskusyjnym faworytem byłaby Barcelona. Najcenniejsze klubowe trofeum zdobywała w tym okresie czterokrotnie, tymczasem jej konkurenci triumfowali najwyżej raz.

Gdyby natomiast hierarchizować faworytów na podstawie historii najnowszej, obok Barcelony trzeba by postawić Real Madryt i Bayern. Wszyscy wymienieni wystąpili w półfinałach pięciu z sześciu ostatnich edycji LM. Jeśli odpadają, to zazwyczaj dlatego, że zderzyli się ze sobą. Inni wpychali się na pułap półfinału incydentalnie, nikt nie umiał utrzymać się tam z roku na rok.

Najwięksi panują również w swoich krajach. Panowali zawsze, ale teraz osiągnęli przewagę bezprecedensową. Barcelona z Realem wymieniają się mistrzostwem i wicemistrzostwem, po 2004 roku pozwoliły jedynie na odosobnione wyskoki Villarrealowi oraz Atlético Madryt. Bayern zdobywa tytuł kilka tygodni przed końcem sezonu.

Dlatego znów uchodzą za faworytów LM – i według fachowców, i według bukmacherów. Przewodzą rankingowi UEFA, a ponieważ stworzyły drużyny wręcz perfekcyjne, to latem tylko je retuszowały. I po raz pierwszy od lat nie odpowiadają za żaden z najkosztowniejszych transferów, choć oczywiście uzupełniały kadry zakupami luksusowymi. Real wyrzucił 35 mln euro za rezerwowego środkowego pomocnika Mateo Kovacicia oraz 31,5 mln za prawego obrońcę Danilo; Barcelona dołożyła mięśni i agresji do środka pola w osobie Ardy Turana (34 mln) i również uzupełniła prawą obronę Aleixem Vidalem (17 mln, obaj zadebiutują dopiero wiosną z powodu kary nałożonej na klub przez FIFA); Bayern wziął wojownika Arturo Vidala (37 mln) oraz skrzydłowego Douglasa Costę (30 mln). Żaden nie przejmie czołowych ról na boisku, żaden nie wpłynie też znacząco na styl gry – nawet ostatni z przywołanych, w Bundeslidze na razie oszałamiający, wyręcza po prostu schorowanego Francka Ribery’ego.

Tercet wspaniałych nie ustanawia nowych transferowych rekordów, bo nie musi. Gdyby nie fiasko transferu bramkarza Davida De Gei do Madrytu, moglibyśmy postawić tylko minimalnie ryzykowną tezę, że na rynku nie ma prawie nikogo, kto mógłby faworytów wzmocnić. Wyjąwszy może kilku wirtuozów wiekowych (Zlatan Ibrahimović) czy przewlekle kontuzjowanych (Sergio Agüero).

Spełnia się koszmar kibiców niechętnych nowoczesnemu futbolowi, przerażonych wizją podzielenia go między kilka globalnych korporacji. Żyjemy w epoce superklubów – określenie coraz częściej stosowane w europejskiej publicystyce – które nie dość, że wygrywają, to jeszcze wywołują wrażenie, że są za duże, by kiedykolwiek upaść. Doprecyzowując: będą przegrywały pojedyncze mecze, przytrafi im się nawet nieudany sezon, ale natychmiast się podniosą. Stały się marketingowymi perpetuum mobile, ergo utrzymają gigantyczne przychody, ergo zaleczą kryzys gigantycznymi transferami. A z rachub analityków wiemy, że budżety – zwłaszcza płacowe – wpływają na wyniki nawet w 80 proc.

Za superklub w przejściowych tarapatach uchodzi Manchester United, którego szanse w LM szacować wyjątkowo trudno – wraca do elity po rocznej absencji, a trener Louis van Gaal zburzył tam wszystko, by wszystko stwarzać od nowa (oczywiście za wydane w rok setki milionów). Ale są też superkluby potencjalne. Jeszcze ubogie w ponadlokalne zaszczyty (bez żadnych europejskich trofeów), już równe finansowo Barcelonie, Realowi i Bayernowi.

A nawet potężniejsze. Manchester City i Paris Saint Germain dysponują budżetami w zasadzie nieograniczonymi, bo pierwszy należy do szejka Mansoura, czyli członka rodziny królewskiej Abu Dhabi (jeden ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, monarchia dziedziczna), a drugi do Nassera Al-Khelaifiego, czyli ministra katarskiego rządu. To na dobrą sprawę kluby państwowe, w dodatku inwestują w nie najbogatsze kraje świata. I traktują zaangażowanie w futbol strategicznie. Jeśli nie przejęły jeszcze Messiego (marzą o nim wicemistrzowie Anglii) czy Ronaldo (marzą o nim mistrzowie Francji), to tylko dlatego, że Barca oraz Real nie chcą w ogóle zasiadać do negocjacji, odrzucając wszelkie, nawet absurdalnie wysokie oferty. A piłkarze wciąż czują, że superkluby „stare”, mające za sobą dekady zwycięskich tradycji, przydają więcej prestiżu niż superkluby „nowe”, wyniesione na szczyt z dnia na dzień wskutek szczęśliwego zrządzenia losu.

Inwazję tych ostatnich miało wyhamować Finansowe Fair Play, ale UEFA właśnie uchyliła kary nałożone na MC i PSG (miały wydawać za dużo w stosunku do przychodów), a prezes Michel Platini powoli się z projektu wycofuje. Dlatego oba kluby dokonały tego lata najdroższych transferów (odpowiednio: Kevin De Bruyne za 74 mln oraz Ángel Di Maria za 63 mln) i chcą wreszcie przełamać się w LM.

Francuzi, którzy podejmą dzisiaj Malmö, mają w składzie najwybitniejszych piłkarzy bez tego trofeum (Ibrahimovic, Thiago Silva) i od trzech sezonów odpadają w ćwierćfinale. Najpierw po remisach w dwumeczach – 3:3 z Barceloną, 3:3 z Chelsea – a ostatnio po porażce z Barceloną, która następnie w olśniewającym stylu zdobyła potrójną koronę. Oni zaczynają przypominać Chelsea, która była pionierem wśród drużyn ozłoconych przez zagranicznego właściciela. Zbudowana na fortunie Romana Abramowicza zebrała fantastycznych piłkarzy, którzy co sezon przegrywali minimalnie, by zatriumfować dziewięć lat po przybyciu Rosjanina, gdy jej liderzy przekroczyli trzydziestkę. PSG też wygląda dziś na uśpioną bestię zdolną rozszarpać każdego.

Piłkarze Manchesteru City (podejmą dziś Juventus), gdy wysuwali nosy poza Anglię, nigdy tak nie wyglądali. W Champions League nie dotknęli ćwierćfinału – za to zdarzało im się odpadać już jesienią – więc jako najhojniej opłacana drużyna w całym sporcie zasługują zarazem na niesławę beneficjentów najgłupiej wydanych pieniędzy w historii futbolu. Jednak w ubiegłym sezonie po tradycyjnie beznadziejnym starcie zaimponowali finiszem w fazie grupowej (byli ostatni w tabeli, w meczach o przetrwanie pokonali Bayern i na wyjeździe Romę), a potem mieli pecha wpaść pod korki natchnionej Barcelony. Zostawili już lepsze wrażenie niż w latach wcześniejszych.

Oni mają kadrę najszerszą i najbliższą ideału w Anglii, w której w tym sezonie wyłącznie wygrywają i nigdy nie tracą gola, choć wciąż czekają na wkomponowanie do drużyny De Bruyne’a, w Bundeslidze rewelacyjnego. Im – podobnie jak PSG – opierają się wyłącznie piłkarze Barcelony, Realu i Bayernu. I są – podobnie jak PSG – skazani na sukces. Abramowicz czekał dziewięć lat, Mansour czeka siedem, a Al-Khelaifi – cztery. Rosjanin już się nasycił i wydaje wstrzemięźliwie, oni są zdeterminowani. Niewykluczone, że wkrótce pojmiemy, dlaczego Florentino Perez właśnie ogłosił, że chętny na przejęcie Ronaldo musiałby wyłożyć zapisany w klauzuli wykupu miliard euro.

23:45, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 września 2015

Był Manchester United oświeconą dyktaturą pod Alexem Fergusonem i jest pod Louisem van Gaalem, ale teraz poddanym żyje się ciężej. Dzielą się zasadniczo na tych, którzy pod Jego Nieomylnością cierpieli, więc zostali wykopani lub sami zwiali, oraz na tych, którzy cierpią, bo wciąż w drużynie trwają. Klub uciśnionych. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi