RSS
środa, 30 września 2015

Napoli

Na pożegnanie z Warszawą trener Henning Berg i piłkarze Legii podejmą w Lidze Europy najsilniejszego rywala, z jakim mierzyli się podczas jego kadencji. Przynajmniej teoretycznie.

Ubiegłosezonowi półfinaliści LE zajmują dopiero dziesiąte miejsce w Serie A, ponieważ wystartowali fatalnie. Kibice przestraszyli się nawet, że eksperyment właściciela klubu, producenta filmowego Aurelio de Laurentiisa – zatrudnienie trenera przez całą karierę prowincjonalnego – zakończy się totalną klapą.

Maurizio Sarri prędko jednak opanował sytuację. I ostatnie tygodnie to już rzęsiste goleady – 5:0 z Club Brugge, 5:0 z Lazio – oraz sobotni triumf nad Juventusem 2:1. A przede wszystkim efektowna gra, oparta na błyskawicznym przedostawaniu się pod wrogie pole karne, agresji w odbiorze piłki oraz ruchliwości wszechstronnych pomocników, którzy potrafią kontrolować olbrzymie połacie środka pola. Do Warszawy przylatuje drużyna rozentuzjazmowana, pewna siebie, mierząca w mistrzostwo Włoch.

Podejmą ją piłkarze zrezygnowani, którzy każdego ranka sprawdzają, czy aby nie zobaczą zaraz nowego szefa. Prezes Bogusław Leśnodorski nie wylał jeszcze trenera Henninga Berga, ale publicznie ogłosił, że od dawna szuka następcy. Wzgardził niepisaną uniwersalną regułą nakazującą władzom klubu oficjalnie wspierać szkoleniowca tak długo, jak długo musi on kierować drużyną. Norweg przeżył mniej więcej to, co były selekcjoner reprezentacji Polski Leo Beenhakker, który o tym, że został zwolniony przez ówczesnego szefa PZPN Grzegorza Latę, dowiedział się z telewizji.

Pucharowy bilans Berga jest, biorąc pod uwagę nadwiślańskie standardy, rewelacyjny. Minionego lata wyreżyserował spektakularne 4:1 nad Celtikiem Glasgow w eliminacjach Ligi Mistrzów, potem awansował do 1/16 finału LE, teraz znów dotarł do fazy grupowej tych rozgrywek. 16 zwycięstw w 21 meczach. Wrażenie popsuło dopiero niedawne wyjazdowe 0:1 z FC Midtjylland, choć brzydota meczu nie powinna nas zwodzić – nikomu nie będzie łatwo znaleźć sposobu na prymitywny, lecz konsekwentny sposób gry Duńczyków, o czym przekonał się w sierpniu Southampton.

Napoli reprezentuje zupełnie inny wymiar futbolu. Biorąc pod uwagę aktualną formę oraz klasę piłkarzy, to najsilniejszy przeciwnik Legii nie tylko za kadencji Berga – odkąd istnieje nowy stadion, wyższe umiejętności przywiózł tylko Arsenal, zaproszony na sparing z okazji otwarcia obiektu. W ataku grasuje główny kandydat na króla strzelców ligi włoskiej Gonzalo Higuaín – 58 goli w 109 spotkaniach Napoli, wcześniej 122 gole w 264 spotkaniach Realu Madryt – który ostatnio, gdy tylko nabierze pędu, zabawia się nawet z obrońcami formatu Leonardo Bonucciego. Wspierają go ponaddźwiękowi skrzydłowi w postaciach José Callejóna oraz Lorenza Insigne. Ten ostatni z powodu urazu kolana został wprawdzie w Neapolu, ale Dries Mertens zawraca w głowach obrońców równie skutecznie – w Brugii przed dwoma tygodniami wbił dwa gole.

Neapolitańczycy prędko przerzucają piłkę pod pole karne rywala i dzięki kontratakom z udziałem wspomnianych skrzydłowych, i dzięki przeszywającym defensywę prostopadłym podaniom wszechstronnych, kreatywnych środkowych pomocników, których trener Sarri częściowo wymyślił na nowo. Wycofany z ofensywnych pozycji Marek Hamsik też do Warszawy nie przyleciał, ale zagrają obaj jego partnerzy, wpływający na grę chyba jeszcze silniej. Allan w Udinese uchodził za wybitnego tylko wtedy, gdy nie dotykał piłki, teraz ujawnił zmysł rozgrywającego, a nawet snajpera. Jorginho to natomiast piłkarz orkiestra – operuje jako żywa tarcza chroniąca stoperów, przerywa akcje rywali (i odbiory, i przechwyty), a zarazem sam inteligentnie podaje na mniejszą i większą odległość. Obaj młodzi Brazylijczycy asystowali przy trzech golach z pięciu strzelonych Club Brugge. I nikt się nie zdziwi, jeśli obsadzą w przyszłości środek pola reprezentacji swojego kraju. Zwłaszcza Allan.

Dowodzący całością trener Sarri to kolejny przedstawiciel coraz popularniejszego gatunku trenerów, którzy nigdy nie uprawiali profesjonalnie futbolu (z wykształcenia ekonomista, gdy debiutował w szóstej lidze, pracował w banku). Jajogłowy pracoholik zdolny wtłoczyć do głów podwładnych 33 warianty rozegrania rzutu rożnego. W Neapolu okazał się jednak przede wszystkim fachowcem elastycznym, chętnie modyfikującym swoje pomysły, jeśli te nie wypalą. Z Empoli zabrał ze sobą Mirko Valdifioriego (cofniętego rozgrywającego, uboższa wersja Andrei Pirlo), któremu chciał podporządkować drużynę. Nie wyszło, więc osadził ulubieńca w rezerwie. I wszystkie mecze bez niego w podstawowym składzie wygrał. Właściciel klubu tytułuje go już „profesorem”, tymczasem jeszcze przed chwilą Sarriego gwałtownie kontestował sam Diego Maradona, w Neapolu mający status półboga.

Gdybyśmy szacowali szanse na podstawie stanu, w jakim znajdują się obie drużyny, musielibyśmy się lękać, że Legia zostanie rozszarpana na strzępy. Niewykluczone jednak, że trener rywali wystawi głębsze rezerwy, niż przypuszczamy. Trzeba bowiem pamiętać, że Legia podejmuje neapolitańczyków w idealnym momencie. Choć oni naturalnie pożądają sukcesu w Europie, to dzisiejszy mecz jest dla nich jak kamyk w bucie – wrzucony między wspomniany hit z Juventusem i niedzielny hit z Milanem. To mecze prestiżowe z wielorakich przyczyn, także pozasportowych, neapolitańczycy przeżywają je jako wojny biednego, zaniedbanego przez centralę Południa z bogatą, arogancką Północą.

A ponieważ przeżywają mecze głęboko, stadion San Paolo czynią ogromnym atutem piłkarzy. Tu też warszawscy kibice mogą szukać nadziei – o ile neapolitańczycy u siebie są w LE niepokonani od początku 2014 r., o tyle na wyjazdach wygrali w tym okresie ledwie trzy z dziesięciu meczów.

Pytanie, ile wykrzesają z siebie legioniści, którzy żyją w niepewności. Usłyszeli, że wyrok na ich szefa zapadł – zostanie ścięty („na 100 proc.”) najpóźniej po niedzielnym meczu z Górnikiem Zabrze. I że być może zastąpi go sadystyczny tyran serwujący sesje treningowe, które dla co wrażliwszych jednostek kończą się wymiotami. Gdyby im się jednak powiodło, mielibyśmy pożegnanie z Bergiem paradoksalne. Oto trener wynajęty, by uczynił z Legii europejską markę, zostaje z klubu wykopany pomimo wspaniałego europejskiego bilansu i po efektownym europejskim triumfie.

22:57, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 29 września 2015

Robert Lewandowski

Dinamu Zagrzeb polski napastnik strzelił właśnie 24., 25. i 26. gola w Lidze Mistrzów. Regularniejsi od niego są w tych rozgrywkach już tylko dwaj aktywni piłkarze – Messi i Ronaldo.

Supergwiazdor Barcelony zdobywa średnio 0,77 bramki na wieczór w Champions League. Supergwiazdor Realu Madryt – 0,69. Przeciętna Roberta Lewandowskiego sięgnęła właśnie 0,62 gola na mecz. W rankingu wciąż grających w piłkę wyprzedził Karima Benzemę (0,58), jeszcze niżej są Sergio Agüero (0,51), Thomas Müller (0,43), Zlatan Ibrahimovic (0,39) oraz Wayne Rooney (0,36).

Zalety Polaka – gracza coraz wszechstronniejszego, wydajnego także w defensywie – moglibyśmy wyliczać akapitami, ale nade wszystko stał się on morderczo regularnym snajperem. Po dzisiejszym meczu jest liderem klasyfikacji strzelców i w Lidze Mistrzów, i w Bundeslidze, i w eliminacjach Euro 2016. Ilekroć pomyślimy, że osiągnął swój szczyt, że tym razem już na pewno nie zdoła wyewoluować na drapieżnika jeszcze groźniejszego, tylekroć Lewandowski udowadnia, że krępuje nas ubóstwo wyobraźni, przytłumionej dekadami oczekiwania na kogokolwiek zdolnego podbijać najsłynniejsze stadiony świata. Zabawia się z nami trochę jak – zachowując proporcje – Messi i Ronaldo, którzy śrubują snajperskie rekordy zawsze, gdy krzykniemy, że dotarli do granic możliwości.

Zanosi się, że Lewandowski też będzie je poszerzał. Dzięki sobie, bo stale się rozwija, piękniejąc na napastnika kompletnego – wszystko mu jedno, czy strzela lewą, czy prawą nogą, z pola karnego czy spoza pola karnego, z ziemi czy z powietrza etc. A także dzięki okolicznościom, bo sprzyjają mu taktyczne korekty trenera Pepa Guardioli (chce szybszego przerzucania piłki pod bramkę rywala) oraz charakterystyka pozyskanych latem przez Bayern zawodników.

Monachijczycy od lat słyną ze skrzydłowych znakomitych, ale zarazem specyficznych. 31-letni Arjen Robben to samolub, który uwielbia zbiegać z piłką do środka, by osobiście zakończyć akcję strzałem. 32-letni Franck Ribéry myśli o partnerach chętniej, jednak również chętnie ucieka od linii bocznej, odbierając sobie możliwość dośrodkowania. Obaj z oczywistych względów ograniczali snajperskie zapędy Lewandowskiego, tymczasem ich wpływy w Bayernie będą stopniowo maleć. Stąd transfery Douglasa Costy oraz Kingsleya Comana, skrzydłowych zdecydowanie bardziej tradycyjnych. Zwłaszcza gdy spojrzymy na tego pierwszego – 10 asyst w siedmiu kolejkach Bundesligi! – możemy dojść do wniosku, że w Monachium wybuchła kulturowa rewolucja. Skrajny egoizm został wyparty przez skrajny altruizm.

Lewandowskiemu służy też – o czym sam wspominał – sąsiedztwo przesuniętego w jego pobliże Müllera. Dzięki przyciągającemu uwagę rywali wsparciu rzadziej wpada w klatkę złożoną ze stoperów oraz defensywnych pomocników przeciwnika, którzy uwieszają mu się na plecach, szarpią, podkładają nogi etc, a wszystko oczywiście grupowo, bo uziemić napastnika Bayernu niełatwo. I Polak rozpoczął sezon najlepiej w karierze. Nie dość, że wbił 14 goli w 10 meczach, to w każdym spotkaniu Bundesligi oddaje średnio 5,33 strzału, przy ledwie 3,39 w minionych sezonie. Co więcej, odsetek uderzeń celnych z ubiegłorocznych 53 proc. wzrósł do 81 proc. Bilans imponujący nie tylko w porównaniu z Ronaldo (49 proc.) czy Messim (63 proc.), ale wręcz najokazalszy wśród wszystkich napastników czołowych lig Europy, którzy oddali dwucyfrową liczbę strzałów.

Właściwie z każdym tygodniem przybywa powodów – wyrażanych nie tylko twardym statystycznym konkretem – by obwoływać monachijczyka najlepszym środkowym napastnikiem świata. Zwłaszcza wobec słabszego roku kilku konkurentów, w typie Ibrahimovicia czy Rooneya, oraz przewlekłych kłopotów zdrowotnych innych, np. Agüero. Przybywa również barier do pokonania lub rekordów do pobicia, które wizerunek Polaka jeszcze by udoskonaliły. Nie tylko w Champions League.

W klasyfikacji zagranicznych strzelców Bundesligi ze 101 golami zajmuje piąte miejsce – o ile lidera Claudio Pizarro (176) oraz wicelidera Giovanne Elbera (133) prędko nie doścignie, o tyle Ailtona oraz Stephane’a Chapuisata (obaj po 106) z podium powinien zepchnąć już niebawem. A zamiast pytać, czy Polak zostanie królem strzelców w bieżącym sezonie, wypada już chyba pytać, czy pobije rekord mitycznego Gerda Müllera, który w 1972 r. koronę zakładał po zdobyciu 40 bramek. To oczywiście cel potwornie trudny do zrealizowania – trzeba niemal utrzymać dotychczasową skuteczność, prawie nie odpoczywać – ale ustaliliśmy już, że im bardziej nam się zdaje, że Lewandowski osiągnął granicę swoich możliwości, tym bardziej on je przekracza.

poniedziałek, 28 września 2015

To opowieść coraz bardziej intrygująca. Dlaczego szefowie Manchesteru City dbają, by każdy skrawek klubu wyposażyć możliwie najbardziej luksusowo, ale jedno stanowisko – absolutnie newralgiczne – obsadzają nie najwyższą, lecz zaledwie wysoką jakością? I to pomimo niepowodzeń? Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 27 września 2015

To nie jest jego drużyna, kibice nie skandują na meczach reprezentacji jego nazwiska – jak skandowali choćby nazwisko Beenhakkera – to raczej drużyna Lewandowskiego, w mniejszym stopniu Krychowiaka czy Glika. Zachwyty usłyszałem, dopiero gdy wraz z Michałem Szadkowskim odwiedziliśmy we wtorek Sebastiana Milę, którego poprosiliśmy, by opowiedział o reprezentacji Polski.

„Na odprawie trener Nawałka zaczyna przemawiać. Niesamowitym głosem, który zapowiada święto. Wprowadza podniosły nastrój. Masz wrażenie, że będziesz w stanie roznieść wszystko” – relacjonuje nam w wywiadzie rozgrywający Lechii. Nie wiem, czy inni kadrowicze czują to samo, w każdym razie Mila generalnie mówi o Nawałce głównie w uniesieniu, przedstawia go w sposób, w jaki polscy piłkarze zasadniczo nie przedstawiają polskich trenerów. Całość znajdziecie tutaj, zapraszam do lektury.

środa, 23 września 2015

Robert Lewandowski, Bayern, 5 goli

I co tu napisać po snajperskiej eksplozji w Monachium, gdy po zwojach mózgowych krążą wyłącznie myśli potargane, z internetów wylewa się raczej  ekstaza niż chłodne analizy, a żadne słowo nie wyrazi więcej niż zdjęcie osłupiałego Pepa Guardioli, któremu dotychczas tylko się zdawało, że przeżył już w futbolu wszystko?

Można zadumać się nad irracjonalnością kibicowskich reakcji. Zwróćcie uwagę, że hitem wieczoru było nie tyle pięć goli Roberta Lewandowskiego, ile fakt, że załadował je w mgnieniu oka. A właściwie w czymże „lepsze” jest pięć goli wbite w dziewięć minut od goli wbitych w 20 albo 45 minut? Czy bramki zyskują dzięki temu na urodzie, czy silniej wpływają na wynik, świadczą o jeszcze większym kunszcie snajpera?

Można też zauważyć, że Lewandowski szczerze nienawidzi – zupełnie jak, przepraszam za skojarzenie, Leo Messi – nawet incydentalnego osadzania go w rezerwie, jest drapieżnikiem maniakalnie żarłocznym, chce grać zawsze. Gdy w lutym został uziemiony przez Pepa Guardiolę w wyjazdowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Szachtarem (co Bayern przypłacił bezbramkowym remisem), to kilka dni później w Bundeslidze prędko wsunął dwa gole i sprawił, że trener publicznie go „przeprosił”, przyznając, iż popełnił selekcyjny błąd. Teraz teoretycznie był poważny powód, by kończyny Lewandowskiego oszczędzać – obolały po skręceniu staw skokowy – ale Polak najwyraźniej uważał inaczej.

Można przypomnieć, że nasz nadnapastnik nie śrubuje statystyk w byle meczach z byle kim – choć strzela zawsze i wszędzie – lecz z upodobaniem zasadza się na największe firmy i nadzwyczaj prestiżowe okazje. Realowi Madryt wbił już pięć goli, Bayernowi Monachium też pięć, Borussii Dortmund – trzy, Schalke – pięć, Bayerowi Leverkusen – dwa. A teraz przyłożył pięciokrotnie Wolfsburgowi, czyli aktualnemu wicemistrzowi kraju, który przed monachijczykami nie klęka – minionego wieczoru prowadził 1:0, w sierpniu triumfował w Superpucharze, w styczniu wygrał 4:1. Rozrabiał, dopóki za uszy nie wytargał go Lewandowski.

Można ogłosić, że Polak właśnie awansował do czołowej pięćdziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach Bundesligi (99 trafień, jedno dzieli go od trenera Lechii Gdańsk Thomasa von Heesena). Że wśród obcokrajowców ustępuje jedynie Ailtonowi (106), Chapuisat (106), Elberowi (133) i Pizarro (176). Że jeśli setce najlepszych strzelców rozgrywek zmierzyć średnią goli na mecz, to snajper Bayernu będzie wręcz piąty (!) w historii, jego wynik – 0,59 – jest niższy tylko od wyników Makaaya, Heynckesa (0,60), Hrubescha (0,61) oraz mitycznego Gerda Müllera (0,85).

Można też wyrazić przypuszczenie, że wszystkich niemieckich rekordów polski nadnapastnik nie pobije, i to wcale nie przez deficyt talentu. Licznik stanie, gdy do licytacji staną przeróżne Reale i Manchestery, klasę naszego piłkarza uwznioślą niezbędne dzisiaj dziesiątki – a może więcej? – milionów rzucone przez krezusów na transfer, a my zreflektujemy się, że choć Lewandowski nie jest najwybitniejszym polskim sportowcem w historii, to prawdopodobnie stał się, w wymiarze globalnym, najbardziej rozpoznawalnym.

Przede wszystkim jednak wypada zawyrokować, że w Monachium namalował sobie nasz piłkarz jeden z tych plakatów – plakatów ery nowoczesnej, zniewalających multimedialnie i widocznych z każdego skrawka planety – które wkrótce uczynią go twarzą Bayernu numer jeden. Kiedy ten klub wygrywał Ligę Mistrzów, to nie wiedzieliśmy, czyja gwiazda świeci najjaśniej, zasługi rozdzielaliśmy między kilku liderów, lansowany przez Bawarczyków na laureata Złotej Piłki Franck Ribery był marketingowym wyborem kontrowersyjnym, przez wielu kibiców kontestowanym. Konkurenci w rywalizacji o nagrodę mieli tę przewagę, że nikt nie wątpi(ł), że Real to Ronaldo, a Barcelona to Messi.

Lewandowski ma olbrzymią szansę ów egalitarny krajobraz odmienić. Zasłonić wszystkich. Nie tyle zostać najwybitniejszym graczem drużyny, ile jej najbardziej spektakularnym solistą. Do tego potrzeba właśnie widowisk nie z tej Ziemi, zapadających głęboko w pamięć pojedynczych meczów ikon, których nie zastąpi seria pośledniejszych obrazków, tak jak dwa „zwyczajne” hat-tricki nie zastąpią pięciobramkowej erupcji rozsadzającej ekrany przez 8 minut i 57 sekund. A jeśli Polak zdoła stać się – już się staje – twarzą monachijskiego klubu, to swojej marki nie będzie już upiększał sam, będą na nią w coraz większym stopniu pracować koledzy. Ewentualny triumf w Lidze Mistrzów uczyniłby wówczas Lewandowskiego naturalnym, promowanym przez cały Bayern pretendentem do Złotej Piłki.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi