RSS
wtorek, 30 września 2014

Udinese, Antonio di Natale

W 197 golach Antonio Di Natale w lidze nie byłoby nic niezwykłego, gdyby 150 z nich nie strzelił po trzydziestce. Kolejny włoski nieśmiertelny.

Za dwa tygodnie skończy 37 lat. Wiosną obwieścił, że rzuca futbol, ale w Udinese – klubie sławnym przede wszystkim jako fabryka i eksporter talentów, z zaledwie 13. budżetem płacowym w Italii – wybłagali, by wytrzymał kolejny sezon.

Nie tylko wytrzymuje, on jeszcze w sześciu meczach zdobył dziewięć bramek. Wydajność na miarę Ronaldo i Messiego, choć napastnik polegający na szybkości powinien boleśnie odczuwać upływ czasu. Di Natale wciąż rusza się żwawo, ale skuteczność zawdzięcza przede wszystkim „dobrze ułożonej stopie”, czyli precyzji strzału (także z rzutów wolnych). I pasji. W poniedziałek z Parmą miał nie grać, bo z poprzedniej kolejki wyszedł z posiniaczonymi plecami – uparł się, wybiegł na boisko, wbił dwa gole. Ilekroć owija stopą piłkę, wywołuje refleksje o nieodgadnionych zawirowaniach rzeczywistości, przez które jedni wirtuozi uginają się pod odznaczeniami, a inni, o zbliżonej skali talentu, schodzą do szatni w zapomnieniu. Gdybyśmy musieli wytknąć mu jakieś słabości, moglibyśmy zarzucić brak orientacji w terenie – zbyt często zagapia się i nie ucieka z pozycji spalonej – i kompletną nieprzydatność w defensywie, co w jego wieku zrozumiałe.

W 2012 roku zabrakło mu pięciu trafień, by po raz trzeci z rzędu zostać królem strzelców Serie A i powtórzyć pradawne wyczyny Gunnara Nordahla oraz Michela Platiniego. W ligowym rankingu wszech czasów doścignie wkrótce sklasyfikowanego na szóstym miejscu Roberta Baggio, w całej zawodowej karierze uzbierał już okrągłe 300 goli. Gombrowicz mógłby go obwołać pierwszorzędnym piłkarzem drugorzędnym – nigdy nie sprawdził się w wielkiej firmie, najpierw blisko dekadę spędził w Empoli (czasem tułając się po wypożyczeniach po bardzo głębokiej, niskoligowej prowincji), od 2004 rozkochuje w sobie fanów z Udine. Ofertę z Juventusu przed trzema laty odrzucił. Wybrał niższą pensję, by żyć tam, gdzie lubi. A żyje po cichu, z dala od celebryckiego świata Serie A i od wieczności z tą samą żoną – też niepodobną do wirujących wokół piłkarzy wyfiokowanych modelek – którą poznał jako nastolatek. Nawet goli nie dedykuje rodzinie, tłumacząc, że nie znosi publicznego obnoszenia się z życiem prywatnym. A jego żona mówi, że wyszła za człowieka będącego zaprzeczeniem konformisty, który nigdy nie ulega stadnym odruchom.

Włoskie boiska to królestwo długowieczności. Kapitanem Romy wciąż pozostaje jeszcze starszy niż Di Natale, od soboty 38-letni Francesco Totti – z 235 golami w tabeli strzelców Serie A ustępuje jedynie mitycznemu Silvio Pioli, który kanonady urządzał sobie przed wojną i tuż po wojnie. Co więcej, obiecuje, że wytrwa co najmniej do 40. urodzin. Roberto Baggio zakończył karierę jako 37-latek. Filippo Inzaghi zdjął koszulkę Milanu jako 39-latek. Alessandro del Piero został wyproszony z Juventusu jako 38-latek, ale nie zniechęcił się – po przygodzie w australijskim Sydney FC podpisał niedawno kontrakt z indyjskim Delhi Dynamos, czterdziestka stuknie mu w listopadzie. Wszyscy korzystają prawdopodobnie z kultury calcio. We Włoszech trudno źle się odżywiać, nie słychać też o pijackich orgiach piłkarzy, jakże popularnych np. w lidze angielskiej – wino piją zapewne wszyscy, ale w ilościach sprzyjających przedłużaniu młodości. Wystarczy przypomnieć sobie, jak epizod w Fiorentinie wyszczuplił sylwetkę naszego Artura Boruca.

Di Natale reprezentuje jednak zjawisko osobne, mianowicie specyficznie włoski gatunek małomiasteczkowych snajperów rozkwitających dopiero wtedy, gdy inni zazwyczaj godzą się ze schyłkiem kariery – był takich podstarzałych zabójczych napastników legion. Rówieśnik bohatera Udinese, nadal dokazujący w Veronie Luca Toni (20 goli w minionym sezonie!) dopiero w przededniu trzydziestki wychynął na dobre z drugiej ligi. W tym samym wieku królem strzelców Serie A został Cristiano Lucarelli, bohater toskańskiego bastionu skrajnej lewicy – Livorno.

Wszystkich przelicytował Dario Hübner. Ociężały, chropowaty technicznie dryblas znany jako Bizon, zatrudniany tylko w klubach małych lub maleńkich. Miał 25 lat, gdy wygramolił się z trzeciej ligi. Miał 30 lat, gdy zadebiutował w pierwszej. Miał 35 lat, gdy wygrał – w barwach Piacenzy – wyścig strzelców. Miał 43 lata, gdy kończył karierę na poziomie okręgówki. On nie prowadził się jak mnich. W szczycie nałogu wypalał dwie paczki dziennie, papierosa w usta potrafił włożyć nawet podczas meczu, gdy siedział w fotelu rezerwowych Brescii.

Tagi: serie a
17:50, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 28 września 2014

Albert Einstein, Marcelo Bielsa, dr Emmett Brown

Nazywa się Marcelo Bielsa, wielbią go najwięksi trenerzy świata, największe kluby świata nawet na niego nie spojrzą. A jego piłkarze, owszem, pod jego skrzydłami fruwają, ale lądowanie przeżyć im trudno. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:41, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 25 września 2014

Grzegorz Krychowiak, Sevilla, Brudny Harry

Robert Lewandowski został właśnie zdetronizowany, przynajmniej chwilowo, jako najbardziej entuzjastycznie chwalony za granicą – co nie znaczy, że jest słabszy – polski piłkarz. Przez Grzegorza Krychowiaka, w którym Hiszpanie widzą „gracza z tytanu”, „wojownika”, drągala „panującego w powietrzu” i „zastraszającego przeciwników fizyczną siłą”.

Tylko jego trener Unai Emery uważa za niezbędnego, tylko on wystąpił w podstawowym składzie Sevilli w każdym meczu sezonu. Kiedy go oglądałem – nieczęsto, dopiero nadrabiam zaległości po mistrzostwach świata siatkarzy – był bezdyskusyjnie najlepszy w drużynie. I nie poprzestawał na najbanalniejszych robótkach defensywnego pomocnika, który odbiera piłkę i rozdaje maksymalnie pięciometrowe podania, przeciwnie, Krychowiak śmiało kopie do przodu, porywa się nawet na długie przerzuty na skrzydła. Bardzo aktywnie uczestniczy w grze, z rachub Squawka.com wynika, że w pojedynki częściej wdają się w lidze hiszpańskiej tylko Joaquín Larrivey (Celta Vigo) oraz Ignacio Camacho (Málaga). I że naprawdę umie wyskoczyć – wygrywa średnio niemal pięć pojedynków główkowych w meczu, mniej od zaledwie czterech ligowych konkurentów. Buchająca energia, to dzięki jego wysiłkowi osłaniany Denis Suárez (uchodzi za cudowne dziecko hiszpańskiego futbolu) ma tyle wolności bliżej pola karnego rywala. Ba, noty serwisu Whoscored.com klasyfikują Polaka jako dziewiątego najlepszego w sezonie gracza ligi hiszpańskiej. A jeśli okroić klasyfikację do środkowych pomocników, to Polak przewyższa wszystkich!

Krychowiak reprezentuje grupę, którą obwołałem swego czasu „pokoleniem Erasmusa”. Nie zdążył nasiąknąć trującymi nawykami polskiej ligi, bo nigdy w nią nie wdepnął, do Francji uszedł już po 16. urodzinach. I brzmi rozsądnie, gdy opowiada w wywiadzie o powodach, dla których nad oferty z Bundesligi przedłożył propozycję Sevilli – chciał nauczyć się grać „do przodu”, ewoluować na piłkarza bardziej uniwersalnego. Nowoczesny futbol innych na pewnym poziomie nie toleruje.

Jego wspaniały początek na hiszpańskich murawach uzmysłowił mi, że właśnie na jego pozycji na porządnego gracza reprezentacja Polski czeka najdłużej. W Lewandowskim mamy wybitnego napastnika, w Błaszczykowskim – klasowego skrzydłowego, w Piszczku – bocznego obrońcę europejskiego formatu. Między słupkami to już w ogóle bogato, nawet wśród środkowych obrońców trafił się Kamil Glik – pamiętam o jego ograniczeniach, ale to nadal kapitan włoskiego klubu, który przed chwilą awansował do pucharów. Tylko wśród defensywnych pomocników patałach patałachem patałacha pogania, a wszyscy nieodpowiedzialni i niechlujni, czyli skażeni przywarami w środku boiska skrajnie nieakceptowalnymi. W minionej dekadzie wyróżniał się jeden Mariusz Lewandowski (Eugena Polańskiego wychowali Niemcy, zresztą on chwilowo nie istnieje), więc kolejni selekcjonerzy wypróbowywali dziesiątki kandydatów, aż zeszłej jesieni stoczyliśmy się na poziom Mączyńskiego i Pazdana, dysponujących zaledwie jednym atutem, niespecjalnie przydatnym na arenie międzynarodowej – cenionym przez trenera Adama Nawałki zabrzańskim pochodzeniem. Koszmar.

Kiedy zatem patrzę, jak Krychowiak, zamiast onieśmielony ostrożnie stąpać po najsilniejszej lidze świata, wnosi na boisko osobowość, zuchwałość, by nie powiedzieć – bezczelność, i już w debiucie rzuca się do ostrej awantury z gwiazdorami Realu Madryt, to odnoszę wrażenie, że majaczy mi się przed oczami fatamorgana. Doczekaliśmy się swojego piłkarskiego Brudnego Harry’ego?! Nie, to być nie może. Co więcej, usiłuje pomocnik Sevilli podbić rozgrywki wybitnie dla Polaków niesprzyjające, zauważalnej kariery nie zrobił tam nikt od czasów Jana Urbana. Czy uda się nowemu ulubieńcowi sewilczyków, jeszcze nie wiemy, ale mnie jego popisy znów umocniły w przekonaniu, że nasz futbol, pomimo oczywistych kadrowych niedoborów, bezdyskusyjnie dysponuje ludźmi, którzy odpowiednio ustawieni, zgrani i zmotywowani powinni bić w meczach o stawkę także rywali silniejszych niż amatorzy z San Marino i Gibraltaru. Przekonanie to niewesołe, bo wcale nie daje nadziei, że prędko ujrzymy drużynę reprezentującą przynajmniej minimum przyzwoitości. Raczej bałbym się, że atletyczna sylwetka Krychowiaka w biało-czerwonej koszulce rozmyje się do jego własnego portretu pamięciowego.

wtorek, 23 września 2014

Złota drużyna polskich siatkarzy rozpadła się dzień po zwycięskim finale z Brazylią. Reprezentację trzeba budować właściwie od zera.

Porzucają ją atleci, których kariery przebiegały wzorowo, w sposób nie tylko u nas niemal niespotykany - wszyscy z mistrzów świata juniorów wydorośleli na mistrzów świata seniorów. 37-letni Paweł Zagumny jeszcze przed mundialem ogłosił, że opuszcza kadrę; decyzję 31-letniego Mariusza Wlazłego, namówionego do powrotu po kilku sezonach, poznaliśmy tuż przed niedzielną dekoracją; jego rówieśnik Michał Winiarski przygnębił kibiców w poniedziałek rano. Tracimy połowę szóstki, która w rozstrzygających setach finału obalała wszechpanującą Brazylię.

Niestety, połowę tracimy jedynie w sensie arytmetycznym. W istocie wymienieni tworzyli tercet znaczniejszy, wręcz bezcenny.

Wlazły z Winiarskim to nie tylko czołowi w świecie skrzydłowi, którzy podtrzymują - odpowiednio - cały polski atak i przyjęcie, lecz także ci, którzy stanowią o potędze serwisu. W całym turnieju zaserwowali aż 30 z 70 asów drużyny. Zagumny wnosił na boisko najdokładniejsze, sterowane niebanalnym zmysłem rozegrania dłonie. Przyłożył je - on jedyny! - do wszystkich głównych sukcesów minionych lat, od złota i srebra mundiali, przez złota mistrzostw Europy i Ligi Światowej, po srebro Pucharu Świata. To jedyny polski siatkarz, który wystąpił na czterech turniejach olimpijskich. I jedyny, jak możemy wnosić z dorobku, reprezentacji niezbędny. Zagrał dla niej 411 razy, ustępuje pod tym względem jednemu Piotrowi Gruszce (450 meczów). Ile znaczy, zobaczyliśmy w finale. To on wylansował na gwiazdę wieczoru nowicjusza Mateusza Mikę.

Naturalnie nie powinniśmy całkiem wykluczać, że Wlazły z Winiarskim - przyjaźnią się, mieszkają w pokoju na zgrupowaniach - jeszcze swoje decyzje przemyślą. Nie zaraz, lecz w 2016 roku. Czy sportowiec może nie chcieć złota igrzysk? Zwłaszcza sportowiec już obwieszony medalami, świadomy swoich niezmierzonych możliwości, któremu brakuje tylko kruszcu najcenniejszego, właśnie olimpijskiego?

Najpierw jednak trzeba na turniej w Rio de Janeiro awansować, ponieważ siatkówka nie wynagradza mistrzów świata zaproszeniem na igrzyska. I pogodzić w 2015 roku grę o stawkę ze wznoszeniem nowej reprezentacyjnej konstrukcji, być może z zupełnie nowymi punktami podparcia.

Zabijaki zdolnego wyręczyć Wlazłego szukamy bezskutecznie od dawna. Przez dwa minione lata selekcjonerzy przesuwali do ataku przyjmującego Bartmana, powoływali też Jarosza, Boćka i - ostatnio - Konarskiego. Nieustająca żonglerka. I nikogo choćby porównywalnie utalentowanego na horyzoncie.

Wielofunkcyjnego skrzydłowego klasy Winiarskiego też nie widać. A gdyby udało się odzyskać dla reprezentacji Bartosza Kurka - co wydaje się zadaniem coraz pilniejszym - to nie wiadomo, czy skupieni na rzetelnej defensywie francuscy trenerzy chcieliby ustawiać tego 205-centymetrowego drągala obok 206-centymetrowego Miki. Owszem, dysponowalibyśmy najwyższą parą przyjmujących na świecie. Ale ryzykowalibyśmy zarazem niebagatelną obniżkę jakości w odbiorze serwisu. Choć mógłby to być wybór uzasadniony, to wymagałby radykalnej rewizji poglądów selekcjonerów Stéphane'a Antigi i Philippe'a Blaina.

Wreszcie kwestia rozgrywającego. Pocieszające, że na mundialu rozkwitł prawdziwy spadkobierca Zagumnego - Fabian Drzyzga, na niego też czekaliśmy zbyt długo. Jednak na tej pozycji Polacy czerpali moc z przykładnej współpracy tych dwóch siatkarzy różniących się stylem. Złączyła ich jednak twórcza, pozytywna chemia - starszy akceptował w razie konieczności rolę rezerwowego, a młodszy mówił o nim wyłącznie z należnym szacunkiem, trochę jak Antiga zawzięcie podkreślający zasługi Blaina. To też nowość - rozgrywający reprezentacji w minionych latach zazwyczaj albo ledwie się tolerowali, albo za sobą otwarcie nie przepadali. I też kotłowało się tutaj sporo nazwisk. Słowem, o wartościowego partnera dla Drzyzgi również będzie bardzo trudno.

Zanosi się zatem na to, że w przyszłym sezonie francuskich trenerów czeka wyzwanie jeszcze trudniejsze niż w zakończonym. Zwłaszcza jeśli uzmysłowimy sobie, jaka presja będzie towarzyszyć reprezentacji, która po czterech dekadach wróciła na światowy szczyt. Naturalnym faworytem mistrzostw Europy czyni ją zresztą także analiza występów w dłuższym okresie - odkąd w 2006 r. Polska zdobyła srebro mundialu, uzbierała siedem medali różnych imprez. Na naszym kontynencie więcej - 10 - wzięła ich tylko Rosja.

Tagi: siatkówka
12:05, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 22 września 2014

Chyba nie przesadziłem z tytułem, co? Felieton o polskich mistrzach świata do dzisiejszej GW przeczytacie tutaj. A jeszcze przed półfinałami o współczesnej siatkówce porozmawiałem z Raulem Lozano - obszerny wywiad znajdziecie tutaj.

Tagi: siatkówka
02:46, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
sobota, 20 września 2014

Mariusz Wlazły, Polska - Niemcy. Fot. Kuba Atys  Orlen

Rozczulającą naiwność niemieccy siatkarze ujawnili przede wszystkim w ostatnich mgnieniach drugiego seta, którego zapewne by wzięli, gdyby nie przełożone przez siatkę dłonie Maxa Günthora. Oni wyfrunęli na mistrzostwach świata znacznie powyżej swoich przyzwyczajeń i to się czuło, nawet jeśli stawiali bardzo twardy opór i nałykaliśmy się mnóstwo stresu. Umieli nawet dojść do remisu z wyniku 10:17, choć wielu - w tym niżej podpisany - przypuszczało, że Polacy zrobią dziś Niemcom to, co Niemcy zrobili Brazylii w półfinale mundialu piłkarskiego.

Dla Polaków dzisiejszy mecz miał być trochę jak nagroda za wszystkie niebezpieczeństwa, z którymi uporali się dotychczas. Odkąd przed kilkunastu laty wrócili na prestiżowe imprezy, jeszcze nie zdarzyło im się zderzyć ze wszystkimi największymi. Bo jeśli zza siatki naskakują na ciebie Brazylia, Rosja, USA, Włochy, Serbia i Francja, to znaczy, że przeżyłeś wszystko. A nasi ulegli tylko Amerykanom. Bardziej „zasłużyć” na awans do strefy medalowej się nie da.

Jak po takich przygodach mieliśmy obawiać się przeciwnika, który medalu nie zdobył - pomijam zamierzchłą przeszłość enerdowską - nawet na mistrzostwach kontynentu? Którego przyjmujących zatrudniają lub zatrudniły właśnie polskie kluby, i to poza Jastrzębiem bardzo przeciętne? Który pokonanym przez polskich siatkarzy Brazylijczykom, Rosjanom i Francuzom nie potrafił urwać choćby secika? Nawet zwalista postać György’ego Grozera, pomimo onieśmielającej potęgi jego ataku, mogła świadczyć na niekorzyść Niemców w tym sensie, że pokładanie wszelkich nadziei w jednym soliście to w siatkówce raczej cecha drużyn słabych. Z czego Polacy zresztą skwapliwie skorzystali. Z 32 zbić Grozer uciułał ledwie 12 punktów.

Jutro nasi siatkarze odbiorą kolejne nagrody. Po pierwsze, zostaną udekorowani medalami. Po drugie, mają wszystko, by dostąpić zaszczytu zdetronizowania panującej od trzech mundiali Brazylii. We własnej hali. Takiej frajdy nie doświadczyły nawet legendy Huberta Wagnera.

Obwołać Polaków faworytami nie umiem, choć wciąż majaczy mi przed oczami triumf z wtorku. Wieloletnia nietykalność Brazylii nigdy nie oznaczała, że rywale nie byli jej w stanie nawet skaleczyć. Przeciwnie, na każdych złotych MŚ objawiał się ktoś, kto ją rozjuszył. W 2010 r. uległa w pierwszej rundzie Kubie. W 2006 r. – Francji, też w pierwszej rundzie. W 2002 r. - Amerykanom, oczywiście w pierwszej rundzie. Kiedy jednak padała, wzruszaliśmy ramionami, zdając sobie sprawę, że przegrywa z roztargnienia, ewentualnie szuka dodatkowej motywacji, by wzbić się na swój najwyższy poziom. I po drobnym niepowodzeniu już do końca turnieju fruwała jak natchniona, szalejąc zwłaszcza w finałach. W przedostatnim oddała w setach odpowiednio 12, 22 i 17 punktów. W ostatnim - 22, 14, 22. Brazylijczycy nie wygrywali, oni przeciwników wysadzali w powietrze.

Teraz też się potknęli, nogę podstawiła im Polska. Ale wstali błyskawiczne, nazajutrz po wycieńczającym mentalnie 2:3 - pamiętamy pomeczową zadymę - zestrzelili z boiska Rosję. I w półfinale przepchnęli Francję. Walczącą, lecz w rozstrzygających chwilach bezradną. Wszystko razem wygląda na scenariusz typowy. Najpierw Brazylia się zapomni i przegra, następnie rywale nabierają nadziei, aż wreszcie „Canarinhos” gwałtem sprowadzą ich na ziemię.

Okoliczności oczywiście się zmieniły. W kanarkowych strojach oglądamy generację graczy uboższą w talent niż poprzednie, a jej lider Endres Murilo poprzestaje właściwie wyłącznie na uwijaniu się przypodłogowym - w serwisie i obronie - nie zbija niemal wcale. Nie powinniśmy się jednak łudzić, że na niedzielny finał wyjdzie tamta zestresowana Brazylia z wtorku. Wyjdzie inna i personalnie (ze odzyskanymi wspomnianym Murilo oraz atakującym Wallacem), i mentalnie. Dysząca żądzą rewanżu, podekscytowana blaskiem finału, dotykająca już bezprecedensowego w siatkówce czwartego z rzędu tytułu mistrza świata. Z poirytowanym rozgrywającym Rezende juniorem, który obwołał dzisiaj Michałą Kubiaka największym chuliganem, jakiego spotkał na boisku. I z trenerem wszech czasów Rezende seniorem, który idzie po 32. złoto i 52. medal w selekcjonerskiej karierze. Nie zanosi się na powtórkę łatwo oddanego finału sprzed ośmiu lat, zanosi się na wieczór wściekłej awantury o każdą piłkę. Zwłaszcza że Polacy nie wyglądają przy rywalach całkiem na nowicjuszy - tamten mundial mają w dorobku Wlazły, Winiarski i Zagumny, tymczasem wśród Brazylijczyków jedynie Murilo.

Wszystko to nawet logiczne - jeśli chcesz strącić z tronu panującą od wieczności Brazylię, to musisz położyć ją dwukrotnie. Jeszcze jeden mecz dzieli Polaków do przejścia do legendy.

Tagi: siatkówka
22:58, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
czwartek, 18 września 2014

To był wieczór tyleż piękny, co osobliwy. Oglądałem na żywo kilkadziesiąt meczów siatkarzy z Rosją - w tym sporcie to klasyk o tradycjach mierzonych dekadami - ale jeszcze nigdy nie otaczała mnie tak niezachwiana pewność, że Polacy zdmuchną ją z boiska niemal bez wysiłku. Siedziałem na setkach meczów siatkarzy w naszych halach, ale nigdy dotąd nie słyszałem wygwizdanego hymnu.

Poza tym jednak działo się w łódzkiej Atlas Arenie przewidywalnie, długo wręcz nudnawo. Polacy wraz z upływem mistrzostw konsekwentnie upiększają reputację drużyny odpornej na kryzysy, pewnej swojej siły i świadomej celu. Takiej, która nie obraziłaby kibiców ostentacyjną kapitulacją, na jaką rywale pozwolili sobie wczoraj z Brazylią. A Rosja w całym sezonie rusza się niemrawo - dziś długo wyglądała jak ubity niedźwiedź, którego pozostało tylko wypatroszyć. I wieczór przypominał chwilami benefis Mariusza Wlazłego. Rekordowego na MŚ dorobku z meczu z Brazylią - 31 punktów! - nasz atakujący nie poprawił chyba tylko dlatego, że po dwóch setach (miał wtedy 17 pkt. z 25 zbić) walka na poważnie się skończyła. On nadal mknie po nagrodę dla MVP turnieju, z napędu odrzutowego właśnie przeszedł na rakietowy.

Kiedy we wtorek siatkarze przeskakiwali „Canarinhos”, odtrąbialiśmy triumf w XXI wieku bezprecedensowy - pierwszy odniesiony nad Brazylią na imprezie rangi mistrzowskiej. Z Rosją łączy nas relacja znacznie przyjemniejsza. Choć Polacy rzadziej sięgają po medale i czują przed nią respekt, to na najważniejszych turniejach raczej wygrywają niż przegrywają, a jeśli wspomnieć okoliczności, to nad rywalami znęcają się ze szczególnym okrucieństwem. Owszem, na ostatnich igrzyskach przegrali 0:3, ale na przedostatnich było 3:2 (pomimo dwukrotnego prowadzenia Rosjan). Na ostatnim mundialu się nie spotkali, ale na przedostatnim było 3:2 (pomimo prowadzenia Rosjan 0:2). Na ostatnich mistrzostwach kontynentu też się nie spotkali, ale na przedostatnich nasi zwyciężyli w meczu o brąz. Czy to jest bilans pariasa, który powinien odruchowo pokornieć na widok wielkiego pana?

Co więcej, Polacy zapadają rywalom w pamięć jako siatkarze nieśmiertelni, którzy tym bardziej powstają, im bardziej zdają się konać. Tak było także w poprzedzającym trwającym MŚ Memoriale Wagnera, w którym byli górą, choć przegrywali 0:1 i 1:2. Jeśli zatem dzisiejszy triumf mielibyśmy obwołać nadzwyczajnym, to dlatego, że nasi wykańczali Rosję na zimno, aż dotarli do momentu rzeczywiście zdumiewającego - oto po dwóch wygranych partiach mogli sobie pozwolić na odfajkowywanie następnych w kompletnym roztargnieniu. To przeciwnicy mieli powód do walki jakże znajomy dla fana polskiego sportu. Bili się o tzw. honor.

Polacy wygrali czwarty tie-break z rzędu, co każdemu kibicowi nieuchronnie kojarzy się najbardziej dla siatkarzy zaszczytnie - z „mistrzami piątego seta” Huberta Wagnera. Niezwykłe jest jednak przede wszystkim to, że w dwa dni ludzie Stephane’a Antigi uporali się z oboma supermocarstwami współczesnej siatkówki. Takiego turnieju jeszcze nie przeżyliśmy, w nagrodę w sobotę znów będziemy odkrywać nieznany ląd - oto Polacy przystąpią do półfinału MŚ (z Niemcami) jako bezdyskusyjni faworyci.

Zanim jednak od ziemi oderwie się katowicki Spodek, przykry obowiązek rozegrania nikogo nieinteresującego meczu o piąte miejsce wykonają Rosjanie. Dla nich nasi siatkarze stają się powoli dręczycielami, którzy nie tyle wygrywają, ile wściekle ich prześladują.

Tagi: siatkówka
23:08, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
wtorek, 16 września 2014

Nigdy dość powtarzania, że nasi siatkarze - niegdyś oskarżani o mentalną miękkość - imponują na mistrzostwach świata przede wszystkim hartem ducha. Niepowodzenia w ogóle ich nie deprymują, nigdy nie pękają, dziś też potrafili wziąć seta, w którym rywal prowadził 14:9. I podnieść się po partii beznadziejnej, w której rywal rozsmarował ich po boisku. A był to rywal tak wyjątkowy, że zwycięstwo nad nim jest prawdopodobnie najbardziej sensacyjnym współczesnym triumfem Polaków w pojedynczym meczu o stawkę.

Owszem, Brazylia utraciła reputację drużyny nietykalnej - kilka lat temu, gdy odeszło najwybitniejsze chyba pokolenie w historii siatkówki. To wciąż jednak główne supermocarstwo, incydentalnie tylko zatrzymywane przez Rosję lub USA. Polscy siatkarze umieli kilkakrotnie ją pokonać jedynie w towarzyskiej Lidze Światowej, zwłaszcza w latach parzystych traktowanej jako etap przygotowań do ważniejszych turniejów. W imprezach rangi mistrzowskiej w XXI wieku nie skrzywdzili jej do teraz ani razu, ba, generalnie nie potrafili jej choćby zadrasnąć urwanymi setami. W Pucharze Świata było 2:3, na igrzyskach olimpijskich 0:3 i 0:3, na mundialach 0:3 i 0:3, w Pucharze Wielkich Mistrzów też 0:3. Tortury.

Oprawcami za każdym razem kierował Bernardo Rezende, najbardziej utytułowany trener w dziejach siatkówki, który przez dwie dekady zdobył z żeńską (1994-2000) i męską (od 2001) reprezentacją Brazylii 51 medali, w tym 31 złotych. Nie dość, że gigant, to nienasycony i nadpobudliwie zaharowany. Gdy wychodzi z sali treningowej, jest przedsiębiorcą - w Rio de Janeiro otworzył sieć restauracji Tropikalna Gorączka, ma największą w Ameryce Płd. sieć klubów fitness, kieruje pozarządową organizacją wychowującą biedną młodzież przez sport. Od siatkarzy też wymaga coraz więcej i więcej, wychodząc z założenia, że jeśli zdobyli złoto po zgrupowaniu, podczas którego wstawali o ósmej rano, to w kolejnym sezonie powinni wstawać o siódmej - by czuli, że porywają się na coraz wyższe szczyty.

Tak, żółtodziób Stephane Antiga rzucił wyzwanie trenerowi nad trenerami, tak, Polacy obalili pomnik. I nie ma szczątkowego znaczenia, że przewrócili pomnik z mnóstwem rys, że niemal wszyscy fachowcy zgadzają się, iż tak przeciętnej generacji graczy Rezende pod sobą jeszcze nie miał. Tu toczy się gra o mistrzostwo świata, a nasi właśnie zatrzymali obrońców tytułu - dążących do bezprecedensowego czwartego złota z rzędu - i jedynego niepokonanego dotąd uczestnika turnieju. To nie czyni ich faworytami, ale pozwala wierzyć, że niemożliwe nie istnieje. Jeśli wygrywasz z Brazylią - bez kapitana Michała Winiarskiego! - to znaczy, że stać cię na wszystko.

Tagi: siatkówka
23:12, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 15 września 2014

Wrzucam felieton do dzisiejszej „Gazety” z duszą na ramieniu, bo był pisany w przykrych okolicznościach życiowych, dlatego nie brzmi tak, jak powinien brzmieć. Ale wrzucić trzeba, w końcu jutro wraca Liga Mistrzów, czyli trofeum zaczyna bronić Real Madryt. Rzecz przeczytacie tutaj.

piątek, 12 września 2014

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nie wymyślił, że będą się ich obawiać siatkarskie potęgi. Jutro Polska zagra na mundialu z kandydatami na największą sensację dekady. I faworytem czuć się nie powinna.

Resztę świata zaszokowali nie tyle nagłym skokiem po medale (wciąż na nie czekają), ile poziomem gry. W siatkówkę ostatnio umieli grać jedynie Europejczycy oraz kilka nacji z obu Ameryk, Iran właściwie nie istniał. Na igrzyskach olimpijskich nie wystąpił nigdy. Na mundialu, jeśli w ogóle się kwalifikował, doskakiwał do 19. miejsca. W Lidze Światowej zadebiutował w ubiegłym roku. Pustynia.

Jałowy krajobraz ożył z tych samych przyczyn, z których siatkówka rozkwitła w Polsce. Iran otworzył się na świat. Najpierw oddał reprezentacje seniorską i juniorskie fachowcom z Serbii, w tym mistrzowi olimpijskiemu Zoranowi Gajiciowi, by następnie postawić na szkołę włoską. Uchodzący za jednego z najwybitniejszych trenerów w historii Julio Velasco dostał pełną władzę i już przywiózł ze sobą całą armię współpracowników, a na miejscu zastał młodzieńców uzdolnionych atletycznie i motorycznie, w dodatku skłonnych poddać się bezwzględnemu reżimowi treningowemu – podczas gdy np. nasz Grzegorz Ryś narzekał, że w reprezentacji położonego nieopodal Egiptu przede wszystkim nie mógł utrzymać dyscypliny. Zawodnicy nie pamiętali nawet, o której zaczynają się zajęcia.

Irańczycy pracują rzetelnie i w luksusie. Siatkówka jest u nich obłędnie popularna (pełne trybuny, triumfy celebrowane na ulicach do późnej nocy), więc czują się gwiazdami, a w klubach najlepsi zarabiają ponad 300 tys. dolarów rocznie, czyli na poziomie szczytu listy płac w polskiej lidze. Dlatego wszyscy kadrowicze, pomimo mnóstwa zagranicznych ofert, grają na co dzień w kraju. I żaden, oprócz kapitana znającego trochę angielski, nie mówi w obcych językach – z zagranicznymi trenerami porozumiewają się przez tłumaczy. Irańczykom zresztą nie zawsze jest łatwo importować obce know-how, niedawno ich propozycje odrzucali m.in. znani z naszych hal Lorenzo Bernardi, Andrea Anastasi czy Raúl Lozano. Ten ostatni mówi, że nie wziął posady w klubie Shahrdari Urmia, by nie zaciągać żony do kraju, w którym nie spędza się wieczorów w winiarni, a kobiety chodzą okryte od stóp do głów i zabrania się im oglądać z trybun męski sport (niesubordynowanym fankom grozi więzienie).

Velasca, który natchnął Irańczyków do złotych medali w imprezach azjatyckich, też zajadle krytykowano, że ucieka z Iranu w sezonie klubowym, zamiast śledzić rozgrywki ligowe, i w tym roku na stanowisku selekcjonera zastąpił go Slobodan Kovač – kolejny serbski mistrz olimpijski, połowę kariery spędził w Italii. Efekty są oszałamiające. Jego siatkarze awansowali do półfinału LŚ (z Polską dwukrotnie wygrywali w Teheranie i dwukrotnie przegrywali w Gdańsku), a mundial – poprzedzony wyprawą na serię sparingów do USA, państwa wciąż potępianego przez irańskich duchownych jako „Wielki Szatan” – rozpoczęli od sześciu zwycięstw w siedmiu meczach. Dzięki Saeidowi Maroufowi, który zyskał już reputację być może najbardziej błyskotliwego rozgrywającego na świecie, uprawiają siatkówkę urozmaiconą, wręcz wyrafinowaną. A dzięki wybitnej sprawności ogólnej nie cierpią z powodu stosunkowo mizernych warunków fizycznych – choć bezapelacyjnie najskuteczniej blokujący dotąd zawodnik mistrzostw Mohammad Mousavi wyrósł na przeciętne jak na pozycję środkowego 202 cm, to sięga piłki wyżej niż jakikolwiek reprezentant Polski, należącej do najwyższych na turnieju.

Trener Kovač wyznał nawet, że Irańczycy nabierają manier faworytów i w meczach z rywalami, których klasę niespecjalnie szanują, bywają roztargnieni. Albo dochodzą do wniosku, że nie warto się przesadnie wysilać. Na MŚ królują w wielu rankingach statystycznych, w ich grze nie wypatrzymy żadnej skazy technicznej czy taktycznej. Znajdziemy ją natomiast w głowach. Łatwo się deprymują i zaczynają kłócić, niekiedy wystarczy kilka nieudanych zagrań, by zostali całkowicie rozbrojeni mentalnie. Nie wytrzymuje nawet wspomniany lider i kapitan Marouf, który zwyczajnie się na kolegów obraża. Polacy opowiadali, że kiedy przegrali mecze LŚ w Teheranie, w gdańskich rewanżach postanowili rywali poprowokować. Zadziałało.

By jednak przeciwnik znów okazał słabość, trzeba mu się również przeciwstawić w sensie czysto sportowym. To prawdopodobnie oznacza, że trzeba zagrać lepiej – jak niewiarygodnie to brzmi! – niż z USA i Włochami. Zwycięstwo 3:0 lub 3:1 zostanie wynagrodzone osiągnięciem tzw. celu minimum, wówczas bowiem tylko skrajnie nieszczęsna i zarazem mało realna kombinacja wyników odebrałaby Polakom awans do czołowej szóstki. Wygrana 3:2 lub przegrana 2:3 zapowiada mrożącą krew w żyłach niedzielę, natomiast wysoka porażka zepchnie siatkarzy na czwarte miejsce w grupie – zakładając, że Amerykanie równolegle rozprawią się z Australią.

Wówczas Polacy nie będą już zależeć wyłącznie od siebie w ostatniej kolejce gier, w której ruszą na Francję. Sprostać jej w minionych latach nie umieli – ani w LŚ, ani na mistrzostwach Europy – ale wtedy nie prowadzili ich jeszcze Stéphane Antiga oraz Philippe Blain. Ten pierwszy wielu rywali zna jako kolegów z reprezentacyjnej szatni. A ten drugi – przez 12 lat selekcjoner trójkolorowych – wszystkich najważniejszych osobiście powoływał.

Tagi: siatkówka
19:56, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi