RSS
wtorek, 30 września 2014

Udinese, Antonio di Natale

W 197 golach Antonio Di Natale w lidze nie byłoby nic niezwykłego, gdyby 150 z nich nie strzelił po trzydziestce. Kolejny włoski nieśmiertelny.

Za dwa tygodnie skończy 37 lat. Wiosną obwieścił, że rzuca futbol, ale w Udinese – klubie sławnym przede wszystkim jako fabryka i eksporter talentów, z zaledwie 13. budżetem płacowym w Italii – wybłagali, by wytrzymał kolejny sezon.

Nie tylko wytrzymuje, on jeszcze w sześciu meczach zdobył dziewięć bramek. Wydajność na miarę Ronaldo i Messiego, choć napastnik polegający na szybkości powinien boleśnie odczuwać upływ czasu. Di Natale wciąż rusza się żwawo, ale skuteczność zawdzięcza przede wszystkim „dobrze ułożonej stopie”, czyli precyzji strzału (także z rzutów wolnych). I pasji. W poniedziałek z Parmą miał nie grać, bo z poprzedniej kolejki wyszedł z posiniaczonymi plecami – uparł się, wybiegł na boisko, wbił dwa gole. Ilekroć owija stopą piłkę, wywołuje refleksje o nieodgadnionych zawirowaniach rzeczywistości, przez które jedni wirtuozi uginają się pod odznaczeniami, a inni, o zbliżonej skali talentu, schodzą do szatni w zapomnieniu. Gdybyśmy musieli wytknąć mu jakieś słabości, moglibyśmy zarzucić brak orientacji w terenie – zbyt często zagapia się i nie ucieka z pozycji spalonej – i kompletną nieprzydatność w defensywie, co w jego wieku zrozumiałe.

W 2012 roku zabrakło mu pięciu trafień, by po raz trzeci z rzędu zostać królem strzelców Serie A i powtórzyć pradawne wyczyny Gunnara Nordahla oraz Michela Platiniego. W ligowym rankingu wszech czasów doścignie wkrótce sklasyfikowanego na szóstym miejscu Roberta Baggio, w całej zawodowej karierze uzbierał już okrągłe 300 goli. Gombrowicz mógłby go obwołać pierwszorzędnym piłkarzem drugorzędnym – nigdy nie sprawdził się w wielkiej firmie, najpierw blisko dekadę spędził w Empoli (czasem tułając się po wypożyczeniach po bardzo głębokiej, niskoligowej prowincji), od 2004 rozkochuje w sobie fanów z Udine. Ofertę z Juventusu przed trzema laty odrzucił. Wybrał niższą pensję, by żyć tam, gdzie lubi. A żyje po cichu, z dala od celebryckiego świata Serie A i od wieczności z tą samą żoną – też niepodobną do wirujących wokół piłkarzy wyfiokowanych modelek – którą poznał jako nastolatek. Nawet goli nie dedykuje rodzinie, tłumacząc, że nie znosi publicznego obnoszenia się z życiem prywatnym. A jego żona mówi, że wyszła za człowieka będącego zaprzeczeniem konformisty, który nigdy nie ulega stadnym odruchom.

Włoskie boiska to królestwo długowieczności. Kapitanem Romy wciąż pozostaje jeszcze starszy niż Di Natale, od soboty 38-letni Francesco Totti – z 235 golami w tabeli strzelców Serie A ustępuje jedynie mitycznemu Silvio Pioli, który kanonady urządzał sobie przed wojną i tuż po wojnie. Co więcej, obiecuje, że wytrwa co najmniej do 40. urodzin. Roberto Baggio zakończył karierę jako 37-latek. Filippo Inzaghi zdjął koszulkę Milanu jako 39-latek. Alessandro del Piero został wyproszony z Juventusu jako 38-latek, ale nie zniechęcił się – po przygodzie w australijskim Sydney FC podpisał niedawno kontrakt z indyjskim Delhi Dynamos, czterdziestka stuknie mu w listopadzie. Wszyscy korzystają prawdopodobnie z kultury calcio. We Włoszech trudno źle się odżywiać, nie słychać też o pijackich orgiach piłkarzy, jakże popularnych np. w lidze angielskiej – wino piją zapewne wszyscy, ale w ilościach sprzyjających przedłużaniu młodości. Wystarczy przypomnieć sobie, jak epizod w Fiorentinie wyszczuplił sylwetkę naszego Artura Boruca.

Di Natale reprezentuje jednak zjawisko osobne, mianowicie specyficznie włoski gatunek małomiasteczkowych snajperów rozkwitających dopiero wtedy, gdy inni zazwyczaj godzą się ze schyłkiem kariery – był takich podstarzałych zabójczych napastników legion. Rówieśnik bohatera Udinese, nadal dokazujący w Veronie Luca Toni (20 goli w minionym sezonie!) dopiero w przededniu trzydziestki wychynął na dobre z drugiej ligi. W tym samym wieku królem strzelców Serie A został Cristiano Lucarelli, bohater toskańskiego bastionu skrajnej lewicy – Livorno.

Wszystkich przelicytował Dario Hübner. Ociężały, chropowaty technicznie dryblas znany jako Bizon, zatrudniany tylko w klubach małych lub maleńkich. Miał 25 lat, gdy wygramolił się z trzeciej ligi. Miał 30 lat, gdy zadebiutował w pierwszej. Miał 35 lat, gdy wygrał – w barwach Piacenzy – wyścig strzelców. Miał 43 lata, gdy kończył karierę na poziomie okręgówki. On nie prowadził się jak mnich. W szczycie nałogu wypalał dwie paczki dziennie, papierosa w usta potrafił włożyć nawet podczas meczu, gdy siedział w fotelu rezerwowych Brescii.

Tagi: serie a
17:50, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 28 września 2014

Albert Einstein, Marcelo Bielsa, dr Emmett Brown

Nazywa się Marcelo Bielsa, wielbią go najwięksi trenerzy świata, największe kluby świata nawet na niego nie spojrzą. A jego piłkarze, owszem, pod jego skrzydłami fruwają, ale lądowanie przeżyć im trudno. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:41, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 25 września 2014

Grzegorz Krychowiak, Sevilla, Brudny Harry

Robert Lewandowski został właśnie zdetronizowany, przynajmniej chwilowo, jako najbardziej entuzjastycznie chwalony za granicą – co nie znaczy, że jest słabszy – polski piłkarz. Przez Grzegorza Krychowiaka, w którym Hiszpanie widzą „gracza z tytanu”, „wojownika”, drągala „panującego w powietrzu” i „zastraszającego przeciwników fizyczną siłą”.

Tylko jego trener Unai Emery uważa za niezbędnego, tylko on wystąpił w podstawowym składzie Sevilli w każdym meczu sezonu. Kiedy go oglądałem – nieczęsto, dopiero nadrabiam zaległości po mistrzostwach świata siatkarzy – był bezdyskusyjnie najlepszy w drużynie. I nie poprzestawał na najbanalniejszych robótkach defensywnego pomocnika, który odbiera piłkę i rozdaje maksymalnie pięciometrowe podania, przeciwnie, Krychowiak śmiało kopie do przodu, porywa się nawet na długie przerzuty na skrzydła. Bardzo aktywnie uczestniczy w grze, z rachub Squawka.com wynika, że w pojedynki częściej wdają się w lidze hiszpańskiej tylko Joaquín Larrivey (Celta Vigo) oraz Ignacio Camacho (Málaga). I że naprawdę umie wyskoczyć – wygrywa średnio niemal pięć pojedynków główkowych w meczu, mniej od zaledwie czterech ligowych konkurentów. Buchająca energia, to dzięki jego wysiłkowi osłaniany Denis Suárez (uchodzi za cudowne dziecko hiszpańskiego futbolu) ma tyle wolności bliżej pola karnego rywala. Ba, noty serwisu Whoscored.com klasyfikują Polaka jako dziewiątego najlepszego w sezonie gracza ligi hiszpańskiej. A jeśli okroić klasyfikację do środkowych pomocników, to Polak przewyższa wszystkich!

Krychowiak reprezentuje grupę, którą obwołałem swego czasu „pokoleniem Erasmusa”. Nie zdążył nasiąknąć trującymi nawykami polskiej ligi, bo nigdy w nią nie wdepnął, do Francji uszedł już po 16. urodzinach. I brzmi rozsądnie, gdy opowiada w wywiadzie o powodach, dla których nad oferty z Bundesligi przedłożył propozycję Sevilli – chciał nauczyć się grać „do przodu”, ewoluować na piłkarza bardziej uniwersalnego. Nowoczesny futbol innych na pewnym poziomie nie toleruje.

Jego wspaniały początek na hiszpańskich murawach uzmysłowił mi, że właśnie na jego pozycji na porządnego gracza reprezentacja Polski czeka najdłużej. W Lewandowskim mamy wybitnego napastnika, w Błaszczykowskim – klasowego skrzydłowego, w Piszczku – bocznego obrońcę europejskiego formatu. Między słupkami to już w ogóle bogato, nawet wśród środkowych obrońców trafił się Kamil Glik – pamiętam o jego ograniczeniach, ale to nadal kapitan włoskiego klubu, który przed chwilą awansował do pucharów. Tylko wśród defensywnych pomocników patałach patałachem patałacha pogania, a wszyscy nieodpowiedzialni i niechlujni, czyli skażeni przywarami w środku boiska skrajnie nieakceptowalnymi. W minionej dekadzie wyróżniał się jeden Mariusz Lewandowski (Eugena Polańskiego wychowali Niemcy, zresztą on chwilowo nie istnieje), więc kolejni selekcjonerzy wypróbowywali dziesiątki kandydatów, aż zeszłej jesieni stoczyliśmy się na poziom Mączyńskiego i Pazdana, dysponujących zaledwie jednym atutem, niespecjalnie przydatnym na arenie międzynarodowej – cenionym przez trenera Adama Nawałki zabrzańskim pochodzeniem. Koszmar.

Kiedy zatem patrzę, jak Krychowiak, zamiast onieśmielony ostrożnie stąpać po najsilniejszej lidze świata, wnosi na boisko osobowość, zuchwałość, by nie powiedzieć – bezczelność, i już w debiucie rzuca się do ostrej awantury z gwiazdorami Realu Madryt, to odnoszę wrażenie, że majaczy mi się przed oczami fatamorgana. Doczekaliśmy się swojego piłkarskiego Brudnego Harry’ego?! Nie, to być nie może. Co więcej, usiłuje pomocnik Sevilli podbić rozgrywki wybitnie dla Polaków niesprzyjające, zauważalnej kariery nie zrobił tam nikt od czasów Jana Urbana. Czy uda się nowemu ulubieńcowi sewilczyków, jeszcze nie wiemy, ale mnie jego popisy znów umocniły w przekonaniu, że nasz futbol, pomimo oczywistych kadrowych niedoborów, bezdyskusyjnie dysponuje ludźmi, którzy odpowiednio ustawieni, zgrani i zmotywowani powinni bić w meczach o stawkę także rywali silniejszych niż amatorzy z San Marino i Gibraltaru. Przekonanie to niewesołe, bo wcale nie daje nadziei, że prędko ujrzymy drużynę reprezentującą przynajmniej minimum przyzwoitości. Raczej bałbym się, że atletyczna sylwetka Krychowiaka w biało-czerwonej koszulce rozmyje się do jego własnego portretu pamięciowego.

wtorek, 23 września 2014

Złota drużyna polskich siatkarzy rozpadła się dzień po zwycięskim finale z Brazylią. Reprezentację trzeba budować właściwie od zera.

Porzucają ją atleci, których kariery przebiegały wzorowo, w sposób nie tylko u nas niemal niespotykany - wszyscy z mistrzów świata juniorów wydorośleli na mistrzów świata seniorów. 37-letni Paweł Zagumny jeszcze przed mundialem ogłosił, że opuszcza kadrę; decyzję 31-letniego Mariusza Wlazłego, namówionego do powrotu po kilku sezonach, poznaliśmy tuż przed niedzielną dekoracją; jego rówieśnik Michał Winiarski przygnębił kibiców w poniedziałek rano. Tracimy połowę szóstki, która w rozstrzygających setach finału obalała wszechpanującą Brazylię.

Niestety, połowę tracimy jedynie w sensie arytmetycznym. W istocie wymienieni tworzyli tercet znaczniejszy, wręcz bezcenny.

Wlazły z Winiarskim to nie tylko czołowi w świecie skrzydłowi, którzy podtrzymują - odpowiednio - cały polski atak i przyjęcie, lecz także ci, którzy stanowią o potędze serwisu. W całym turnieju zaserwowali aż 30 z 70 asów drużyny. Zagumny wnosił na boisko najdokładniejsze, sterowane niebanalnym zmysłem rozegrania dłonie. Przyłożył je - on jedyny! - do wszystkich głównych sukcesów minionych lat, od złota i srebra mundiali, przez złota mistrzostw Europy i Ligi Światowej, po srebro Pucharu Świata. To jedyny polski siatkarz, który wystąpił na czterech turniejach olimpijskich. I jedyny, jak możemy wnosić z dorobku, reprezentacji niezbędny. Zagrał dla niej 411 razy, ustępuje pod tym względem jednemu Piotrowi Gruszce (450 meczów). Ile znaczy, zobaczyliśmy w finale. To on wylansował na gwiazdę wieczoru nowicjusza Mateusza Mikę.

Naturalnie nie powinniśmy całkiem wykluczać, że Wlazły z Winiarskim - przyjaźnią się, mieszkają w pokoju na zgrupowaniach - jeszcze swoje decyzje przemyślą. Nie zaraz, lecz w 2016 roku. Czy sportowiec może nie chcieć złota igrzysk? Zwłaszcza sportowiec już obwieszony medalami, świadomy swoich niezmierzonych możliwości, któremu brakuje tylko kruszcu najcenniejszego, właśnie olimpijskiego?

Najpierw jednak trzeba na turniej w Rio de Janeiro awansować, ponieważ siatkówka nie wynagradza mistrzów świata zaproszeniem na igrzyska. I pogodzić w 2015 roku grę o stawkę ze wznoszeniem nowej reprezentacyjnej konstrukcji, być może z zupełnie nowymi punktami podparcia.

Zabijaki zdolnego wyręczyć Wlazłego szukamy bezskutecznie od dawna. Przez dwa minione lata selekcjonerzy przesuwali do ataku przyjmującego Bartmana, powoływali też Jarosza, Boćka i - ostatnio - Konarskiego. Nieustająca żonglerka. I nikogo choćby porównywalnie utalentowanego na horyzoncie.

Wielofunkcyjnego skrzydłowego klasy Winiarskiego też nie widać. A gdyby udało się odzyskać dla reprezentacji Bartosza Kurka - co wydaje się zadaniem coraz pilniejszym - to nie wiadomo, czy skupieni na rzetelnej defensywie francuscy trenerzy chcieliby ustawiać tego 205-centymetrowego drągala obok 206-centymetrowego Miki. Owszem, dysponowalibyśmy najwyższą parą przyjmujących na świecie. Ale ryzykowalibyśmy zarazem niebagatelną obniżkę jakości w odbiorze serwisu. Choć mógłby to być wybór uzasadniony, to wymagałby radykalnej rewizji poglądów selekcjonerów Stéphane'a Antigi i Philippe'a Blaina.

Wreszcie kwestia rozgrywającego. Pocieszające, że na mundialu rozkwitł prawdziwy spadkobierca Zagumnego - Fabian Drzyzga, na niego też czekaliśmy zbyt długo. Jednak na tej pozycji Polacy czerpali moc z przykładnej współpracy tych dwóch siatkarzy różniących się stylem. Złączyła ich jednak twórcza, pozytywna chemia - starszy akceptował w razie konieczności rolę rezerwowego, a młodszy mówił o nim wyłącznie z należnym szacunkiem, trochę jak Antiga zawzięcie podkreślający zasługi Blaina. To też nowość - rozgrywający reprezentacji w minionych latach zazwyczaj albo ledwie się tolerowali, albo za sobą otwarcie nie przepadali. I też kotłowało się tutaj sporo nazwisk. Słowem, o wartościowego partnera dla Drzyzgi również będzie bardzo trudno.

Zanosi się zatem na to, że w przyszłym sezonie francuskich trenerów czeka wyzwanie jeszcze trudniejsze niż w zakończonym. Zwłaszcza jeśli uzmysłowimy sobie, jaka presja będzie towarzyszyć reprezentacji, która po czterech dekadach wróciła na światowy szczyt. Naturalnym faworytem mistrzostw Europy czyni ją zresztą także analiza występów w dłuższym okresie - odkąd w 2006 r. Polska zdobyła srebro mundialu, uzbierała siedem medali różnych imprez. Na naszym kontynencie więcej - 10 - wzięła ich tylko Rosja.

Tagi: siatkówka
12:05, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 22 września 2014

Chyba nie przesadziłem z tytułem, co? Felieton o polskich mistrzach świata do dzisiejszej GW przeczytacie tutaj. A jeszcze przed półfinałami o współczesnej siatkówce porozmawiałem z Raulem Lozano - obszerny wywiad znajdziecie tutaj.

Tagi: siatkówka
02:46, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi