RSS
poniedziałek, 30 września 2013

Unia Europejska, piłka nożna, Mały Europejczyk

A może naszą futbolową reprezentację wyrwą z beznadziei Europejczycy? Poświęcony im felieton – z poniedziałkowego magazynu, więc tradycyjnie ułożony za płatną ścianą – przeczytacie tutaj.

sobota, 28 września 2013

Serie A, Juventus, Milan, Inter, calcio

Premier Enrico Letta to milanista od dziecka, jako idoli wskazuje Kakę i El Shaarawy’ego; były minister obrony Ignazio La Russa przewodzi posłom związanym emocjonalnie z Interem; przewodniczący obu izb parlamentu wariują za Romą, deklarując miłość do Tottiego, ale i tęskniąc za mitycznymi Cerezo i Falcao; minister od reform Gaetano Quagliarello narzeka, że odkąd został politykiem, nie obnosi się ze swoim ołtarzykiem uskładanym z relikwi w barwach Napoli, bo uznał, że nie wypada.

Oni są naprawdę szurnięci, ci Włosi. Wklejone wyżej zdjęcie ilustruje artykuł, który powstał, gdy reporterzy postanowili partyjny podział parlamentu zastąpić kibicowskim. Przepytali/przepytują z szajb wszystkich, wyliczankę mógłbym ciągnąć. Miażdżącą większość stanowią oczywiście fani Juventusu, bezapelacyjnie najpopularniejszego klubu w kraju, ale o zabawie wspominam tutaj dlatego, że w ankiecie nie wyczuwam fałszu, ankietowani serio czają, kto w ich klubie biega na lewej obronie, a kto stoi w środku pola, nierzadko mają całosezonowe abonamenty, przy okazji ważnych meczów umieją dać sensowną uwagę merytoryczną. Gdybyśmy my przesłuchali swoich posłów, też byśmy się pewnie nasłuchali, że bez futbolu żyć nie potrafią, dla wydębienia kilku głosów w regionie gotowi byliby nawet wkuć na pamięć, co w ich murawach piszczy, ale wyglądałoby to autentycznie jak Napieralski czy Błaszczak na Twitterze albo Kłopotek w roli telewizorowego męża stanu.

Mam z włoskim obłędem niejaki kłopot, gdy bowiem włoscy znajomi rozpaczają, że ojczyzna przeżywa czas dekadencji, to często prychają, że politycy poza załatwieniem prywaty zajmują się głównie piłką nożną, a w niesłabnącej pomimo coraz bardziej obrzydliwych afer popularności właściciela Milanu dostrzegają wymiar symboliczny. Im się upajanie calcio rymuje (choć sami są fanami...) z cywilizacyjnym regresem, ja Italii zazdroszczę, ilekroć tam ląduję, natychmiast zlatuję w stan euforyczny, właściwego bzika pobieram wraz z azotem i tlenem, czuję się bardziej u siebie niż na Mokotowie, zresztą tak było i na innych lądach odległych, o czym kiedy indziej. A wy, gdzie spotkaliście ciężkie przypadki futbolum tremens, które wryły się wam w pamięć, niekoniecznie przyjemne w odbiorze? Może w przerwach między gapieniem się na dzisiejsze derby Londynu czy Madrytu zeznacie na forum?

środa, 25 września 2013

Andrea Anastasi, siatkówka, reprezentacja Polski, mistrzostwa Europy, mundial 2014

Trzech pokazowo przerżniętych turniejów z rzędu nie przetrwałby selekcjoner żadnej reprezentacji z medalowymi ambicjami. Ale znaleźć następcę Andrei Anastasiego jest wyjątkowo trudno.

Kapitan rywali Todor Aleksiew niepowodzenie Polaków, którzy w barażu o ćwierćfinał przegrali wygrany mecz z Bułgarią, tłumaczył przerwą po drugim secie. Według niego wybiła ich z uderzenia, uniemożliwiła to, o czym wspominał mistrz olimpijski z Montrealu Ryszard Bosek - "zamiast nadepnąć na rurkę z tlenem, pozwolili Bułgarom oddychać". To jedyna dłuższa przerwa, w siatkówce wręcz nienaturalna, bo obie drużyny schodzą do szatni.

Akurat Polacy do wyrwy w grze jednak przywykli. Japończycy wymyślili ją, by w telewizyjnej transmisji upchnąć więcej reklam, a my przejęliśmy, gdy obłędną popularność zyskała Liga Światowa. I nasza reprezentacja od dawna po drugim secie znika w szatni na sześć minut. Hipoteza Aleksiewa brzmi wątpliwie, w każdym razie nie zdołamy jej zweryfikować, ale posiada nośność symboliczną. Przerwę zrodziły wymogi komercyjne, a nam coraz częściej powinno przemykać przez głowę, że rozbuchane organizacyjno-marketingowe opakowanie siatkówki okrywa stosunkowo wątłą zawartość merytoryczną.

Owszem, ta dyscyplina wykonała niekwestionowany sportowy postęp, zwłaszcza jeśli wspomnieć ponure lata 90. Czy jednak ostatnio dorównuje on rozmachem rozwojowi widowiskowo-finansowej nadbudowy? Czy jedyny kraj na kontynencie, w którym nie brakuje jej niczego, nie powinien zrewidować perspektyw i oczekiwać, że reprezentacja będzie kolekcjonowała medale bez wytchnienia?

Że jeśli turniej nie wyjdzie, to na miarę sąsiedztwa pod podium, a nie miejsc 9-12? Anastasi rozpoczął pracę z naszą kadrą właśnie tak, jakby zamierzał wynieść ją na wyższy poziom. Od ery sukcesów incydentalnych przeprowadzić do ery masowego wygrywania. Wziął brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Imponujące, czterech medalowych imprez z rzędu nie przeżyli nawet bohaterowie Wagnera.

Być może dlatego włoski selekcjoner dostał od szefów PZPS najwięcej szans. Trwał na stanowisku mimo marnych wyników, symptomów utraty kontroli nad drużyną, postępującej niechęci konsultowania się z kimkolwiek poza samym sobą. Ci, którzy mieli dostęp do wyników badań fizjologicznych przeprowadzonych przed igrzyskami, mówią, że jasno z nich wynikało, iż siatkarze polecieli na londyński turniej przetrenowani. Trenerzy i działacze odpowiedzialni za kwestie sportowe opowiadają też, że wraz z upływem czasu Anastasi coraz rzadziej cokolwiek wyjaśniał, zbywając pytania przypomnieniem, że jako jedyny trener zdobył medale ME z trzema różnymi reprezentacjami. I wykrzykiwanymi zapewnieniami, że nad wszystkim panuje.

Fakty temu przeczyły. Zwłaszcza te najnowsze. Grzegorz Bociek, który wspaniale zbijał w barażu Bułgarów, spadł mu z nieba - wczoraj nie mieścił się w bardzo szerokiej, 22-osobowej kadrze, dziś miał prowadzić ofensywę w meczu o życie. Niewiele bardziej doświadczony Fabian Drzyzga nie mógł wypolerować wystaw do kolegów, bo zastygł wśród rezerwowych, czyniąc coraz częściej drętwiejącego w krytycznych chwilach Łukasza Żygadłę najbardziej samotnym rozgrywającym świata. W ogóle cała drużyna wyglądała na rozchwianą, po raz pierwszy ujrzeliśmy w reprezentacji kaleczącego seriami odbiór serwisu Michała Winiarskiego.

Mecz z Bułgarami wypadł wręcz znakomicie, jeśli pomyśleć, że w przededniu zdawało się nierealne, że Polacy w ogóle zdołają wznieść się na szczytowy poziom gry. Niestety, kto wznosi się raz w roku, musi liczyć się z ryzykiem, że i tak nie da rady.

Kiedy działacze podejmowali decyzje o rozstaniach z poprzednimi zagranicznymi trenerami, były wątpliwości. Raúl Lozano skłócił się ze środowiskiem (z winy obu stron) i współpraca stawała się nie do zniesienia, ale na pożegnalny turniej - olimpijski, milimetry dzieliły Polaków od pierwszego od 28 lat półfinału - przygotował drużynę dobrze. Daniel Castellani podpisał klęskę na mundialu w 2010 roku, ale posadę stracił zaskakująco szybko - to była jego pierwsza wpadka, odebrano mu prawo do jakiegokolwiek błędu. Anastasi właściwie nie pozostawił zwierzchnikom alternatywy.

Przerżnął trzy kolejne turnieje. W szokującym stylu. Na igrzyskach Polacy ulegli nawet Australii. Ligę Światową skończyli na 11. miejscu, najniższym od 1998 roku. Na mistrzostwach Europy jedyne zwycięstwa odnieśli - po nielekkich przeprawach - nad Turcją i Słowacją. To seria ciosów, jakiej nasza siatkówka pod obcymi selekcjonerami nie przyjęła. Zaufanie zawodników do szefa poważnie naruszyła już klapa londyńska, potem ochłodzenie w jego relacjach z działaczami zaczęło przechodzić w zlodowacenie. I zwolenników nierozwiązywania wygasającego po przyszłorocznym mundialu kontraktu nie ma.

Co dalej? Włoska szkoła trzyma się mocno, jej absolwenci nadal projektują współczesną siatkówkę. Na trwającym turnieju Italię reprezentują czterej selekcjonerzy - Anastasi, Camillo Placi od Bułgarów, Emanuele Zanini od Turków oraz kierujący rodakami Mauro Berruto. A jeśli zajrzymy głębiej, to u Rosjan, Finów, Holendrów i Słoweńców odkryjemy importowanych z Półwyspu Apenińskiego drugich trenerów. Czyli połowa finalistów ME czerpie z włoskiego know-how.

Co nie oznacza, że i nasza reprezentacja utrzyma kierunek. Po głowach działaczy krążą najrozmaitsze opcje - od Kanadyjczyka Glenna Hoaga, zasłużonego w Lidze Mistrzów z klubami o ograniczonym potencjale, po kandydatury ze wschodu (mistrz olimpijski z Londynu Władimir Alekno). Sytuacja jest skomplikowana. Na rynku płytko, a cały świat zdaje sobie sprawę, iż organizujący za rok mundial Polacy znaleźli się w potrzebie, co podnosi żądania finansowe. Dlatego całkiem wykluczyć nie wolno nawet pozostawienia Anastasiego, który po wypadzie do Włoch w przyszłym tygodniu ma przekonywać do siebie w PZPS (on sam nie uważa, by musiał przekonywać). Gdyby ocalał, to nie dlatego, że jego przełożeni chcą, lecz dlatego, że muszą. Trenerski węzeł gordyjski, tyle że byle tasakiem go nie rozetniemy.

Szefowie siatkówki tym razem zarzucają myślenie o dłuższej perspektywie, jak przy zatrudnianiu Lozano, Castellaniego i Anastasiego. Przeciwnie, niebezpiecznie bliski cel trzeba osiągnąć za wszelką cenę i wszelkimi dostępnymi siłami, być może po ponownym zaciągnięciu do reprezentacji notorycznie niesubordynowanego atakującego Mariusza Wlazłego oraz pomnikowego rozgrywającego Pawła Zagumnego, z obecnym selekcjonerem żyjących źle lub średnio. Niezbędna jest totalna mobilizacja, entuzjastyczna współpraca wszystkich ze wszystkimi, sterylnie czyste powietrze w szatni. Klęska na mundialu w Polsce byłaby klęską śmiertelnie bolesną, więc już dziś wiadomo, że siatkarze zderzą się na nim z jednym ze swoich najgroźniejszych rywali - potworną presją.

wtorek, 24 września 2013

Inter Mediolan, Erik Thohir

Negocjacje ciągną się od miesięcy, niekoniecznie z powodów biznesowych. Ale Massimo Moratti już postanowił, że wyrwie sobie ogromny płat serca i odda - ponoć za ćwierć miliarda euro - Erickowi Thohirowi, od zaraz chyba najbardziej egzotycznemu właścicielowi wielkiej futbolowej firmy w Europie.

Według „La Gazzetta dello Sport” 50 mln zasili osobisty majątek włoskiego potentata paliwowego, reszta przepłynie do jego klubu, dzięki czemu Inter pozbędzie się zadłużenia. Ma w 70 procentach należeć do indonezyjskiego magnata medialnego, współwłaściciela kilku koncernów samochodowych i mnóstwa innych przedsiębiorstw, a także prezesa Koszykarskiej Unii Azji Południowowschodniej, który posiada już udziały w sporcie amerykańskim - koszykarskiej Philadelphia 76ers oraz piłkarskim DC United - oraz indonezyjskim. Do ustalenia pozostały tylko drobiazgi, by za dwa miesiące nowa maszyneria, jak mówi z Moratti, działała już płynnie. 68-letni Włoch chce zagwarantować sobie prawo do zawetowania niektórych decyzji, zobowiązać kontrahenta do inwestycji w drużynę, być może nawet zarezerwować sobie możliwość odkupienia akcji, gdyby sytuacja rozwijała się nie po jego myśli.

Operacja niby przebiega typowo dla nowoczesnego futbolu, zwłaszcza brytyjscy fani przyzwyczaili się, że zrośnięte z regionem kluby wpadają w ręce właścicieli z innych planet, o których albo nigdy nie słyszeli, albo słyszeli co najwyżej w doniesieniach ze świata wielkiej finansjery. Ale w Mediolanie wszystko jest jednak bardziej.

I wszystko, znaczy rozdzieranie czarno-niebieskich serc, odbywa się jawnie, przy wielomilionowej publiczności. - Kiedy pozbywałem się Genoi, płakałem 15 dni - zwierza się Aldo Spinelli, jedna z wielu rozgoryczonych osobistości włoskiej piłki. - Massimo, nie sprzedawaj Interu, pomogę ci - błagał Ernesto Pellegrini, prezes klubu w latach 80. i 90. Przysięgał, że zwoła grupę krajowych biznesmenów, którzy dokapitalizują pogrążoną w zapaści drużynę, przestrzegał, że Indonezyjczyk planuje najzwyklejszy interes, tymczasem klubami powinno zarządzać się z miłości. Morattiemu nie musiał tego tłumaczyć, Moratti wyniósł interismo z domu - kiedy mediolańscy piłkarze zdobywali w 2010 roku Puchar Europy, to powtarzali osiągnięcie z lat 60., ery jego ojca Angelo, czyli spełniali wielką życiową misję swojego szefa. Ciepłego człowieka, zbyt gorącego prezesa. Zawsze reagował z porywczą pasją fana, któremu wystarczy pojedynczy mecz albo wręcz odosobnione zagranie, by piłkarza wykląć czy też przeciwnie, pokochać go jak własnego syna. Odkąd w 1995 roku przejął klub, utopił w nim 1,2 miliarda euro, również dlatego, że długo wydawał na transfery bez umiaru, bez dbałości o spójność polityki kadrowej, beztrosko przepłacając tam, gdzie wpadał na naciągaczy świadomych jego słabości.

Aż jako prezes się spełnił (dorównał ojcu), a ponieważ jego interesy podupadły, Inter biedniał w oczach, w trzy sezony 235-milionowy (brutto) budżet płacowy okroił o blisko połowę. I Moratti postanowił odstąpić kawałek klubu, by zrzucić z siebie część kosztów. Już w styczniu włoskie gazety plotkowały, że chińskim inwestorom odsprzeda 15 procent akcji, by spłacić długi i przyspieszyć przygotowania do budowy nowego stadionu. Początkowo zamierzał rozstać się jedynie z pakietem mniejszościowym, nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie znajdzie poważnego strategicznego partnera, który wyłoży znaczne pieniądze, lecz zrzeknie się znacznego wpływu na zarządzanie zakupem. Kiedy zaakceptował rzeczywistość, zaczął tłumaczyć Pellegriniemu - i innym apelującym o rezygnację z transakcji - że nastał czas na podróż w przyszłość. „Klub musi stać się naprawdę internazionale [międzynarodowy, od pełnej nazwy klubu - red.], konieczna jest ekspansja marki na skalę globalną”. „Na boisku zwyciężałem międzynarodowo, ale finansowo grałem wyłącznie w kraju. I przegrałem”. „Otworzymy się na świat, postawimy na innowacje: azjatycki wspólnik to nowe rynki i nowe kompetencje menedżerskie”.

Thohir, znany przede wszystkim jako fanatyk koszykówki, ponoć od dawna marzył o sławnej futbolowej firmie. Interem osobiście kierował nie będzie, lecz wyśle przyjaciół i zarazem zaufanych partnerów - stacjonującego w Pittsburghu, działającego dotąd w branży energetycznej Handy’ego Soetedjo, który reklamuje się jako znawca piłki, oraz Rosana Roeslaniego, który zajmie się finansami. Według indonezyjskiej prasy ten drugi już w styczniu przekaże 80 mln euro na transfery.

Azjatycka inwazja na europejskie boiska trwa, recesja jeszcze ją nasiliła. Interem zawładnie właściciel chyba najbardziej egzotyczny, pochodzący z kraju gigantycznego (237 mln obywateli, więcej mieszka tylko w Chinach, Indiach i USA), lecz dla naszej części świata tajemniczego. Kto słyszał o również należących do Thohira koszykarskich klubach Satria Muda BritAma Jakarta oraz Indonesia Warriors? Kto słyszał o indonezyjskim piłkarzu, emerytowanym lub aktywnym? Albo innym sportowcu? Tamtejszej narodowej pasji, sztuce walki pencak silat? Polityku? Aktorze? Włoska prasa rozpacza nad schyłkiem romantycznego calcio, a mediolańscy fani obawiają się aż tak nieznanego, zwłaszcza że Italia ma bogatą tradycję futbolowych właścicieli, którzy traktują kluby z czułością, jak rodzinne skarby, i kierują się porywami serca typowymi dla trybun - stąd w Serie A tyle posunięć spontanicznie nieprzemyślanych, nierzadko wręcz wariackich, zazwyczaj w dłuższej perspektywie szkodliwych.

Ale Inter jeszcze przed nawiązaniem kontaktów z Thohirem najliczniejszą, aż 11-milionową kibicowską bazę miał właśnie w Indonezji...

poniedziałek, 23 września 2013

Siatkarzy walczących o mistrzostwo Europy przyjmujemy po raz pierwszy, lista dotychczasowych organizatorów uświadamia, do jakiego stopnia robiliśmy przez dekady za dziurę zabitą dechami - nawet wśród bratnich narodów z bloku radzieckiego. A dziś? Rok 2009: mistrzostwa Europy siatkarek. Ten sam 2009: mistrzostwa Europy koszykarzy. 2011: mistrzostwa Europy koszykarek. 2012: mistrzostwa Europy piłkarzy. 2013: mistrzostwa Europy siatkarzy. 2014: mistrzostwa świata siatkarzy. 2016: mistrzostwa Europy piłkarzy ręcznych.

Felieton z dzisiejszej „Gazety”, jak każdy z poniedziałkowego magazynu leżący za płatną ścianą, przeczytacie tutaj.

10:31, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi