RSS
poniedziałek, 30 września 2013

Unia Europejska, piłka nożna, Mały Europejczyk

A może naszą futbolową reprezentację wyrwą z beznadziei Europejczycy? Poświęcony im felieton – z poniedziałkowego magazynu, więc tradycyjnie ułożony za płatną ścianą – przeczytacie tutaj.

sobota, 28 września 2013

Serie A, Juventus, Milan, Inter, calcio

Premier Enrico Letta to milanista od dziecka, jako idoli wskazuje Kakę i El Shaarawy’ego; były minister obrony Ignazio La Russa przewodzi posłom związanym emocjonalnie z Interem; przewodniczący obu izb parlamentu wariują za Romą, deklarując miłość do Tottiego, ale i tęskniąc za mitycznymi Cerezo i Falcao; minister od reform Gaetano Quagliarello narzeka, że odkąd został politykiem, nie obnosi się ze swoim ołtarzykiem uskładanym z relikwi w barwach Napoli, bo uznał, że nie wypada.

Oni są naprawdę szurnięci, ci Włosi. Wklejone wyżej zdjęcie ilustruje artykuł, który powstał, gdy reporterzy postanowili partyjny podział parlamentu zastąpić kibicowskim. Przepytali/przepytują z szajb wszystkich, wyliczankę mógłbym ciągnąć. Miażdżącą większość stanowią oczywiście fani Juventusu, bezapelacyjnie najpopularniejszego klubu w kraju, ale o zabawie wspominam tutaj dlatego, że w ankiecie nie wyczuwam fałszu, ankietowani serio czają, kto w ich klubie biega na lewej obronie, a kto stoi w środku pola, nierzadko mają całosezonowe abonamenty, przy okazji ważnych meczów umieją dać sensowną uwagę merytoryczną. Gdybyśmy my przesłuchali swoich posłów, też byśmy się pewnie nasłuchali, że bez futbolu żyć nie potrafią, dla wydębienia kilku głosów w regionie gotowi byliby nawet wkuć na pamięć, co w ich murawach piszczy, ale wyglądałoby to autentycznie jak Napieralski czy Błaszczak na Twitterze albo Kłopotek w roli telewizorowego męża stanu.

Mam z włoskim obłędem niejaki kłopot, gdy bowiem włoscy znajomi rozpaczają, że ojczyzna przeżywa czas dekadencji, to często prychają, że politycy poza załatwieniem prywaty zajmują się głównie piłką nożną, a w niesłabnącej pomimo coraz bardziej obrzydliwych afer popularności właściciela Milanu dostrzegają wymiar symboliczny. Im się upajanie calcio rymuje (choć sami są fanami...) z cywilizacyjnym regresem, ja Italii zazdroszczę, ilekroć tam ląduję, natychmiast zlatuję w stan euforyczny, właściwego bzika pobieram wraz z azotem i tlenem, czuję się bardziej u siebie niż na Mokotowie, zresztą tak było i na innych lądach odległych, o czym kiedy indziej. A wy, gdzie spotkaliście ciężkie przypadki futbolum tremens, które wryły się wam w pamięć, niekoniecznie przyjemne w odbiorze? Może w przerwach między gapieniem się na dzisiejsze derby Londynu czy Madrytu zeznacie na forum?

środa, 25 września 2013

Andrea Anastasi, siatkówka, reprezentacja Polski, mistrzostwa Europy, mundial 2014

Trzech pokazowo przerżniętych turniejów z rzędu nie przetrwałby selekcjoner żadnej reprezentacji z medalowymi ambicjami. Ale znaleźć następcę Andrei Anastasiego jest wyjątkowo trudno.

Kapitan rywali Todor Aleksiew niepowodzenie Polaków, którzy w barażu o ćwierćfinał przegrali wygrany mecz z Bułgarią, tłumaczył przerwą po drugim secie. Według niego wybiła ich z uderzenia, uniemożliwiła to, o czym wspominał mistrz olimpijski z Montrealu Ryszard Bosek - "zamiast nadepnąć na rurkę z tlenem, pozwolili Bułgarom oddychać". To jedyna dłuższa przerwa, w siatkówce wręcz nienaturalna, bo obie drużyny schodzą do szatni.

Akurat Polacy do wyrwy w grze jednak przywykli. Japończycy wymyślili ją, by w telewizyjnej transmisji upchnąć więcej reklam, a my przejęliśmy, gdy obłędną popularność zyskała Liga Światowa. I nasza reprezentacja od dawna po drugim secie znika w szatni na sześć minut. Hipoteza Aleksiewa brzmi wątpliwie, w każdym razie nie zdołamy jej zweryfikować, ale posiada nośność symboliczną. Przerwę zrodziły wymogi komercyjne, a nam coraz częściej powinno przemykać przez głowę, że rozbuchane organizacyjno-marketingowe opakowanie siatkówki okrywa stosunkowo wątłą zawartość merytoryczną.

Owszem, ta dyscyplina wykonała niekwestionowany sportowy postęp, zwłaszcza jeśli wspomnieć ponure lata 90. Czy jednak ostatnio dorównuje on rozmachem rozwojowi widowiskowo-finansowej nadbudowy? Czy jedyny kraj na kontynencie, w którym nie brakuje jej niczego, nie powinien zrewidować perspektyw i oczekiwać, że reprezentacja będzie kolekcjonowała medale bez wytchnienia?

Że jeśli turniej nie wyjdzie, to na miarę sąsiedztwa pod podium, a nie miejsc 9-12? Anastasi rozpoczął pracę z naszą kadrą właśnie tak, jakby zamierzał wynieść ją na wyższy poziom. Od ery sukcesów incydentalnych przeprowadzić do ery masowego wygrywania. Wziął brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Imponujące, czterech medalowych imprez z rzędu nie przeżyli nawet bohaterowie Wagnera.

Być może dlatego włoski selekcjoner dostał od szefów PZPS najwięcej szans. Trwał na stanowisku mimo marnych wyników, symptomów utraty kontroli nad drużyną, postępującej niechęci konsultowania się z kimkolwiek poza samym sobą. Ci, którzy mieli dostęp do wyników badań fizjologicznych przeprowadzonych przed igrzyskami, mówią, że jasno z nich wynikało, iż siatkarze polecieli na londyński turniej przetrenowani. Trenerzy i działacze odpowiedzialni za kwestie sportowe opowiadają też, że wraz z upływem czasu Anastasi coraz rzadziej cokolwiek wyjaśniał, zbywając pytania przypomnieniem, że jako jedyny trener zdobył medale ME z trzema różnymi reprezentacjami. I wykrzykiwanymi zapewnieniami, że nad wszystkim panuje.

Fakty temu przeczyły. Zwłaszcza te najnowsze. Grzegorz Bociek, który wspaniale zbijał w barażu Bułgarów, spadł mu z nieba - wczoraj nie mieścił się w bardzo szerokiej, 22-osobowej kadrze, dziś miał prowadzić ofensywę w meczu o życie. Niewiele bardziej doświadczony Fabian Drzyzga nie mógł wypolerować wystaw do kolegów, bo zastygł wśród rezerwowych, czyniąc coraz częściej drętwiejącego w krytycznych chwilach Łukasza Żygadłę najbardziej samotnym rozgrywającym świata. W ogóle cała drużyna wyglądała na rozchwianą, po raz pierwszy ujrzeliśmy w reprezentacji kaleczącego seriami odbiór serwisu Michała Winiarskiego.

Mecz z Bułgarami wypadł wręcz znakomicie, jeśli pomyśleć, że w przededniu zdawało się nierealne, że Polacy w ogóle zdołają wznieść się na szczytowy poziom gry. Niestety, kto wznosi się raz w roku, musi liczyć się z ryzykiem, że i tak nie da rady.

Kiedy działacze podejmowali decyzje o rozstaniach z poprzednimi zagranicznymi trenerami, były wątpliwości. Raúl Lozano skłócił się ze środowiskiem (z winy obu stron) i współpraca stawała się nie do zniesienia, ale na pożegnalny turniej - olimpijski, milimetry dzieliły Polaków od pierwszego od 28 lat półfinału - przygotował drużynę dobrze. Daniel Castellani podpisał klęskę na mundialu w 2010 roku, ale posadę stracił zaskakująco szybko - to była jego pierwsza wpadka, odebrano mu prawo do jakiegokolwiek błędu. Anastasi właściwie nie pozostawił zwierzchnikom alternatywy.

Przerżnął trzy kolejne turnieje. W szokującym stylu. Na igrzyskach Polacy ulegli nawet Australii. Ligę Światową skończyli na 11. miejscu, najniższym od 1998 roku. Na mistrzostwach Europy jedyne zwycięstwa odnieśli - po nielekkich przeprawach - nad Turcją i Słowacją. To seria ciosów, jakiej nasza siatkówka pod obcymi selekcjonerami nie przyjęła. Zaufanie zawodników do szefa poważnie naruszyła już klapa londyńska, potem ochłodzenie w jego relacjach z działaczami zaczęło przechodzić w zlodowacenie. I zwolenników nierozwiązywania wygasającego po przyszłorocznym mundialu kontraktu nie ma.

Co dalej? Włoska szkoła trzyma się mocno, jej absolwenci nadal projektują współczesną siatkówkę. Na trwającym turnieju Italię reprezentują czterej selekcjonerzy - Anastasi, Camillo Placi od Bułgarów, Emanuele Zanini od Turków oraz kierujący rodakami Mauro Berruto. A jeśli zajrzymy głębiej, to u Rosjan, Finów, Holendrów i Słoweńców odkryjemy importowanych z Półwyspu Apenińskiego drugich trenerów. Czyli połowa finalistów ME czerpie z włoskiego know-how.

Co nie oznacza, że i nasza reprezentacja utrzyma kierunek. Po głowach działaczy krążą najrozmaitsze opcje - od Kanadyjczyka Glenna Hoaga, zasłużonego w Lidze Mistrzów z klubami o ograniczonym potencjale, po kandydatury ze wschodu (mistrz olimpijski z Londynu Władimir Alekno). Sytuacja jest skomplikowana. Na rynku płytko, a cały świat zdaje sobie sprawę, iż organizujący za rok mundial Polacy znaleźli się w potrzebie, co podnosi żądania finansowe. Dlatego całkiem wykluczyć nie wolno nawet pozostawienia Anastasiego, który po wypadzie do Włoch w przyszłym tygodniu ma przekonywać do siebie w PZPS (on sam nie uważa, by musiał przekonywać). Gdyby ocalał, to nie dlatego, że jego przełożeni chcą, lecz dlatego, że muszą. Trenerski węzeł gordyjski, tyle że byle tasakiem go nie rozetniemy.

Szefowie siatkówki tym razem zarzucają myślenie o dłuższej perspektywie, jak przy zatrudnianiu Lozano, Castellaniego i Anastasiego. Przeciwnie, niebezpiecznie bliski cel trzeba osiągnąć za wszelką cenę i wszelkimi dostępnymi siłami, być może po ponownym zaciągnięciu do reprezentacji notorycznie niesubordynowanego atakującego Mariusza Wlazłego oraz pomnikowego rozgrywającego Pawła Zagumnego, z obecnym selekcjonerem żyjących źle lub średnio. Niezbędna jest totalna mobilizacja, entuzjastyczna współpraca wszystkich ze wszystkimi, sterylnie czyste powietrze w szatni. Klęska na mundialu w Polsce byłaby klęską śmiertelnie bolesną, więc już dziś wiadomo, że siatkarze zderzą się na nim z jednym ze swoich najgroźniejszych rywali - potworną presją.

wtorek, 24 września 2013

Inter Mediolan, Erik Thohir

Negocjacje ciągną się od miesięcy, niekoniecznie z powodów biznesowych. Ale Massimo Moratti już postanowił, że wyrwie sobie ogromny płat serca i odda - ponoć za ćwierć miliarda euro - Erickowi Thohirowi, od zaraz chyba najbardziej egzotycznemu właścicielowi wielkiej futbolowej firmy w Europie.

Według „La Gazzetta dello Sport” 50 mln zasili osobisty majątek włoskiego potentata paliwowego, reszta przepłynie do jego klubu, dzięki czemu Inter pozbędzie się zadłużenia. Ma w 70 procentach należeć do indonezyjskiego magnata medialnego, współwłaściciela kilku koncernów samochodowych i mnóstwa innych przedsiębiorstw, a także prezesa Koszykarskiej Unii Azji Południowowschodniej, który posiada już udziały w sporcie amerykańskim - koszykarskiej Philadelphia 76ers oraz piłkarskim DC United - oraz indonezyjskim. Do ustalenia pozostały tylko drobiazgi, by za dwa miesiące nowa maszyneria, jak mówi z Moratti, działała już płynnie. 68-letni Włoch chce zagwarantować sobie prawo do zawetowania niektórych decyzji, zobowiązać kontrahenta do inwestycji w drużynę, być może nawet zarezerwować sobie możliwość odkupienia akcji, gdyby sytuacja rozwijała się nie po jego myśli.

Operacja niby przebiega typowo dla nowoczesnego futbolu, zwłaszcza brytyjscy fani przyzwyczaili się, że zrośnięte z regionem kluby wpadają w ręce właścicieli z innych planet, o których albo nigdy nie słyszeli, albo słyszeli co najwyżej w doniesieniach ze świata wielkiej finansjery. Ale w Mediolanie wszystko jest jednak bardziej.

I wszystko, znaczy rozdzieranie czarno-niebieskich serc, odbywa się jawnie, przy wielomilionowej publiczności. - Kiedy pozbywałem się Genoi, płakałem 15 dni - zwierza się Aldo Spinelli, jedna z wielu rozgoryczonych osobistości włoskiej piłki. - Massimo, nie sprzedawaj Interu, pomogę ci - błagał Ernesto Pellegrini, prezes klubu w latach 80. i 90. Przysięgał, że zwoła grupę krajowych biznesmenów, którzy dokapitalizują pogrążoną w zapaści drużynę, przestrzegał, że Indonezyjczyk planuje najzwyklejszy interes, tymczasem klubami powinno zarządzać się z miłości. Morattiemu nie musiał tego tłumaczyć, Moratti wyniósł interismo z domu - kiedy mediolańscy piłkarze zdobywali w 2010 roku Puchar Europy, to powtarzali osiągnięcie z lat 60., ery jego ojca Angelo, czyli spełniali wielką życiową misję swojego szefa. Ciepłego człowieka, zbyt gorącego prezesa. Zawsze reagował z porywczą pasją fana, któremu wystarczy pojedynczy mecz albo wręcz odosobnione zagranie, by piłkarza wykląć czy też przeciwnie, pokochać go jak własnego syna. Odkąd w 1995 roku przejął klub, utopił w nim 1,2 miliarda euro, również dlatego, że długo wydawał na transfery bez umiaru, bez dbałości o spójność polityki kadrowej, beztrosko przepłacając tam, gdzie wpadał na naciągaczy świadomych jego słabości.

Aż jako prezes się spełnił (dorównał ojcu), a ponieważ jego interesy podupadły, Inter biedniał w oczach, w trzy sezony 235-milionowy (brutto) budżet płacowy okroił o blisko połowę. I Moratti postanowił odstąpić kawałek klubu, by zrzucić z siebie część kosztów. Już w styczniu włoskie gazety plotkowały, że chińskim inwestorom odsprzeda 15 procent akcji, by spłacić długi i przyspieszyć przygotowania do budowy nowego stadionu. Początkowo zamierzał rozstać się jedynie z pakietem mniejszościowym, nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie znajdzie poważnego strategicznego partnera, który wyłoży znaczne pieniądze, lecz zrzeknie się znacznego wpływu na zarządzanie zakupem. Kiedy zaakceptował rzeczywistość, zaczął tłumaczyć Pellegriniemu - i innym apelującym o rezygnację z transakcji - że nastał czas na podróż w przyszłość. „Klub musi stać się naprawdę internazionale [międzynarodowy, od pełnej nazwy klubu - red.], konieczna jest ekspansja marki na skalę globalną”. „Na boisku zwyciężałem międzynarodowo, ale finansowo grałem wyłącznie w kraju. I przegrałem”. „Otworzymy się na świat, postawimy na innowacje: azjatycki wspólnik to nowe rynki i nowe kompetencje menedżerskie”.

Thohir, znany przede wszystkim jako fanatyk koszykówki, ponoć od dawna marzył o sławnej futbolowej firmie. Interem osobiście kierował nie będzie, lecz wyśle przyjaciół i zarazem zaufanych partnerów - stacjonującego w Pittsburghu, działającego dotąd w branży energetycznej Handy’ego Soetedjo, który reklamuje się jako znawca piłki, oraz Rosana Roeslaniego, który zajmie się finansami. Według indonezyjskiej prasy ten drugi już w styczniu przekaże 80 mln euro na transfery.

Azjatycka inwazja na europejskie boiska trwa, recesja jeszcze ją nasiliła. Interem zawładnie właściciel chyba najbardziej egzotyczny, pochodzący z kraju gigantycznego (237 mln obywateli, więcej mieszka tylko w Chinach, Indiach i USA), lecz dla naszej części świata tajemniczego. Kto słyszał o również należących do Thohira koszykarskich klubach Satria Muda BritAma Jakarta oraz Indonesia Warriors? Kto słyszał o indonezyjskim piłkarzu, emerytowanym lub aktywnym? Albo innym sportowcu? Tamtejszej narodowej pasji, sztuce walki pencak silat? Polityku? Aktorze? Włoska prasa rozpacza nad schyłkiem romantycznego calcio, a mediolańscy fani obawiają się aż tak nieznanego, zwłaszcza że Italia ma bogatą tradycję futbolowych właścicieli, którzy traktują kluby z czułością, jak rodzinne skarby, i kierują się porywami serca typowymi dla trybun - stąd w Serie A tyle posunięć spontanicznie nieprzemyślanych, nierzadko wręcz wariackich, zazwyczaj w dłuższej perspektywie szkodliwych.

Ale Inter jeszcze przed nawiązaniem kontaktów z Thohirem najliczniejszą, aż 11-milionową kibicowską bazę miał właśnie w Indonezji...

poniedziałek, 23 września 2013

Siatkarzy walczących o mistrzostwo Europy przyjmujemy po raz pierwszy, lista dotychczasowych organizatorów uświadamia, do jakiego stopnia robiliśmy przez dekady za dziurę zabitą dechami - nawet wśród bratnich narodów z bloku radzieckiego. A dziś? Rok 2009: mistrzostwa Europy siatkarek. Ten sam 2009: mistrzostwa Europy koszykarzy. 2011: mistrzostwa Europy koszykarek. 2012: mistrzostwa Europy piłkarzy. 2013: mistrzostwa Europy siatkarzy. 2014: mistrzostwa świata siatkarzy. 2016: mistrzostwa Europy piłkarzy ręcznych.

Felieton z dzisiejszej „Gazety”, jak każdy z poniedziałkowego magazynu leżący za płatną ścianą, przeczytacie tutaj.

10:31, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 września 2013

Zbigniew Bartman, siatkarz odrzucony ostatnio przez trenera reprezentacji, odwiedził gdańską strefę kibica. Chwali mu się, sławni polscy sportowcy niekoniecznie pasjami wynajdują czas na osobiste dopieszczanie publiki, zwłaszcza megagwiazdy naszej ligi kopanej niekoniecznie rozumieją, że ich poczucie obowiązku powinno wykraczać poza boisko.

A potem był mecz. Siedziałem przy boisku, patrzyłem na Polaków uwijających się w żywiole tureckim, stukałem w klawiaturę, aż tu nagle, bodaj w trzecim secie, klepnęła mnie w plecy dziewczyna i zaczęła coś mówić, z harmidru w hali wyłowiłem tylko słowo „Okocim”. Prosiłem o nieprzeszkadzanie w pracy, ale dziewczyna nalegała. - Zibi Bartman. Zibi Bartman zaprasza. Może wywiad? Proszę tylko zadzwonić - usłyszałem. I dostałem wizytówkę piarowej agencji Multi Communications, na odwrocie był jeszcze dopisany kontakt do przedstawicielki Okocimia.

Zbaraniałem. Nie zdarzyło mi się, żeby ktoś namawiał mnie w trakcie meczu do wywiadu ze sportowcem, który w dodatku w tym meczu nie uczestniczy. W turnieju też nie.

Ale Okocim nie ma alternatywy. Musi działać radykalnie, skoro brutal Andrea Anastasi wyciął z reprezentacji twarz jego kampanii reklamowej. A może wyciął ambasadora marki? Nie jestem biegły w marketingowym narzeczu, wszystko jedno, w każdym razie browar liczył na swój aktywny udział w mistrzostwach, a Polska postanowiła radzić sobie bez niego. Totalna klapa.

Relacjonuję ten drobiazg, bo ładnie ilustruje mechanizm, którego ofiarą coraz częściej padają czytelnicy, telewidzowie czy słuchacze. Nie są w stanie ocenić, czy mają do czynienia z materiałem reklamowym lub inspirowanym przez sponsora, czy materiałem dziennikarskim. Kogoś lub czegoś jest dużo, bo ktoś za to płaci - firmy już nie chcą nachalnej reklamy, firmy wsączają się do świadomości bardziej wyrafinowanymi metodami. A ulegają im chyba wszystkie - podkreślam: wszystkie - media.

Teraz zapewne rozpanoszy się Bartman. Skoro jest wpychany dziennikarzom nawet podczas meczów, to znaczy, że jest dostępny w wymiarze niemal nieograniczonym. Nie twierdzę, że nie ma nic do powiedzenia, to zupełnie inna sprawa. Zwracam tylko uwagę, dlaczego będzie sporo mówił, nie tylko w strefie kibica. Nie powołał go na mistrzostwa Anastasi, ale powołał go Okocim.

czwartek, 19 września 2013

mistrzostwa Europy siatkarzy 2013

Na pierwsze u nas mistrzostwa Europy siatkarzy wystawiamy drużynę po przejściach. Po ostrych przejściach. Ale nastał taki czas, że na tej imprezie zawsze, bez względu na aktualne okoliczności, wypada skakać po medal.

O męskiej reprezentacji nader często piszemy, że jest po przejściach, bo nie umie się zdecydować, gdzie jej miejsce – albo dotyka gwiazd, albo szoruje po dnie. Nikt poważnie aspirujący do światowej czołówki nie popada w porównywalne skrajności.

Tym razem Polacy zsunęli się wyjątkowo nisko i na wyjątkowo długo. Od lat popisy ładne przeplatali z paskudnymi, teraz najpierw przerżnęli igrzyska w Londynie – ulegli Australii, co skazało ich na późniejszych mistrzów Rosjan już w ćwierćfinale – a następnie sromotnie przegrali Ligę Światową. Dali najsłabszy występ obrońców tytułu w historii tych rozgrywek.

Chyba jeszcze bardziej sugestywnie wygląda najprostszy statystyczny bilans, mecze o stawkę łączący z towarzyskimi. W roku bieżącym wygrali zaledwie siedem z rozegranych 18. A gdybyśmy rozciągnęli obliczenia na ciut bardziej odległą przeszłość, o nieszczęsny finisz turnieju olimpijskiego, to czarna seria składałaby się z dziewięciu zwycięstw odniesionych w 21 ostatnich próbach. Tak ponuro pod reprezentacyjną siatką nie było od blisko dekady.

Nic dziwnego, że Andrea Anastasi zareagował. I to zadziałał drastycznie, zwłaszcza ze swojej perspektywy. Zanim wyciął z kadry Zbigniewa Bartmana, zapewne bił się z myślami nie dlatego, że deliberował nad graczem dotąd absolutnie kluczowym, dźwigającym ofensywę, lecz dlatego, że niszczył własne dzieło. Kiedy trenerzy zaczynają pracę, łatwo im wykonywać nawet zamaszyste ruchy personalne – zazwyczaj powszechnie oklaskiwane jako odważne – bo jeszcze działają na zimno, nie zdążyli się do nikogo (lub niczego, gdy chodzi o koncepcję) przywiązać ani zrazić. Z czasem praca staje się bardziej sprawą osobistą. A włoski selekcjoner sam Bartmana – jako przyjmującego przesuniętego na pozycję atakującego – wymyślił i stworzył. Ze skutkiem mieniącym się wszystkimi kolorami medali, brązowym w Lidze Światowej i ME, srebrnym w Pucharze Świata, złotym w LŚ.

Anastasi postanowił też, że najstarszego w kadrze, mającego w dorobku imponujące 313 gier dla kraju Krzysztofa Ignaczaka (rocznik 1978) będzie wyręczał najmłodszy po Grzegorzu Boćku (1991) Paweł Zatorski (1990). Postanowił brawurowo, pokazując, że ma istotną trenerską cnotę – elastyczność, gotowość do porzucenia metod, które już przywiodły go do sukcesu. Czy wybrał słusznie, nie wiemy. Czekamy na mistrzostwa.

W każdym razie znów przybyło uznanych nazwisk, które z rozmaitych względów wypadły poza reprezentację. Pomyślmy o złożonej z nich drużynie – z rozgrywającym Pawłem Zagumnym, atakującym Mariuszem Wlazłym, libero Ignaczakiem, środkowymi Danielem Plińskim i np. powoływanym jeszcze niedawno Grzegorzem Kosokiem, przyjmującymi Bartmanem i jeszcze kimś, niech będzie to Wojciech Włodarczyk, z którego trener zrezygnował w ostatniej chwili. Czy ta siódemka nie byłaby zdolna wyskoczyć wręcz wyżej niż podstawowa siódemka wyselekcjonowana przez Anastasiego? To ćwiczenie wyobraźni uświadamia, że grupą po przejściach możemy Polaków obwołać nie tylko z powodu szokująco słabych ostatnio wyników, i przede wszystkim przypomina, że przynajmniej teoretycznie w męskiej siatkówce dysponujemy już całkiem rozległymi zasobami ludzkimi. Na tyle rozległymi, by także ubytki pokaźniejsze niż pojedyncze, nawet obwieszone medalami, nie wywoływały powszechnego defetyzmu.

Dopiero gdy siatkarze Anastasiego przeskoczą rywali z grupy, czyli nieprzyzwyczajone do marzeń o medalach Turcję, Słowację i Francję, stoczą mecz lub mecze (patrz ramka), które oddzielają kolejną bolesną klęskę od nadziei na sukces, czyli podróży na półfinały do Kopenhagi. Bukmacherzy zgodnie – i krajowi, i zagraniczni – w rankingu faworytów mistrzostw kontynentu umieszczają Polskę tylko pod Rosją, ale jej aktualnej formy nie znamy. Na Memoriale Wagnera widzieliśmy, że osowiali w trakcie Ligi Światowej siatkarze ożyli, w każdym razie sprawiali wrażenie ludzi, którzy znów czerpią frajdę z gry. I Holendrów oraz Niemców pokonali dość swobodnie. Na jedyną próbę miarodajną w perspektywie walki o medale ME – 1:3 z Rosją – porwali się jednak bez Bartosza Kurka, gracza wciąż newralgicznego, jeśli chcemy zaatakować rywali szeroką – i wysoką! – ścianą ognia. Czyli nadal wiemy tyle, że świetną formą wybrańcy Anastasiego po raz ostatni błysnęli w przedostatniej LŚ. Blisko 30 meczów temu.

Od dzisiejszej inauguracji z Turcją zaczną napływać odpowiedzi na mnóstwo pytań. Jak odpowiedzialność pierwszego atakującego zniesie debiutujący w tej roli na poważnej imprezie Jakub Jarosz? A może śmiało wesprze go żółtodzioby, międzynarodowo przećwiczony wyłącznie na uniwersjadzie Bociek, który do seniorskiej reprezentacji nie tyle awansował, ile się w niej zjawił – znikąd – bo jeszcze wiosną trenerowi nie wpadło do głowy, by upchnąć go w mocno wstępnej i tłumnej, 22-osobowej kadrze na LŚ? Czy nadmiernym ryzykiem nie okaże się strategia totalnego zawierzenia rozgrywającemu Łukaszowi Żygadle, który nie ustępuje miejsca Fabianowi Drzyzdze właściwie nigdy, trener nie stosuje nawet powszechnej w końcówkach setów podwójnej zmiany – wraz z wymianą atakującego? Czy wreszcie wróci Kurek w dawnej postaci, na poprzednich ME najgroźniej serwujący, a w zwycięskiej LŚ 2012 wręcz główny bohater turnieju finałowego, uhonorowany nagrodą MVP? Czy reprezentacji nie zaszkodzi to, że znów nie przetykała treningów sparingami, w przeciwieństwie do intensywnie uwijających się towarzysko rywali?

Zanim poznamy odpowiedzi, pozostaje ufać Anastasiemu, który przeżył już przecież wszystko. Ostatnio trochę – a nawet więcej niż trochę – poprzegrywał, ale to wciąż jedyny w dziejach siatkówki trener, który zdobywał medale mistrzostw Europy z trzema różnymi reprezentacjami. I to w diametralnie odmiennych okolicznościach – złoto i brąz dla Włoch wziął, gdy szefował m.in. byłym kumplom z boiska, wśród nich multimedalistom; złoto dla Hiszpanii wyczarował z nacją w tej dyscyplinie trzeciorzędną, wywołując sensację wszech czasów; wreszcie przed dwoma laty po brąz zaciągnął biało-czerwonych. Każdą porażkę musi odcierpieć jak dotkliwą fizyczną dolegliwość, a teraz potrzebuje zaleczyć rany po niepowodzeniach tym bardziej przykrych, że poprzedzonych passą w naszej reprezentacji bezprecedensową – skokom na podium w czterech turniejach z rzędu.

Kiedy Włoch rozmawia z dziennikarzami ze swojego kraju, to zaraz po przyznaniu, że w tegorocznej LŚ jego drużyna została „zmasakrowana”, zachwyca się, że w Polsce po klęsce siatkarzy nadal otacza ich bezgraniczny entuzjazm. I to również go napędza. Pozostaje mu tylko zdobyć paliwo, by pofrunąć z biało-czerwonymi na imprezę, jakiej nie przeżyliśmy nigdy – siatkarski mundial w Polsce. Najłatwiej zdobyć je w następny weekend w Kopenhadze, gdzie będą rozdawać medale ME.

wtorek, 17 września 2013

Finalistom poprzedniej Ligi Mistrzów znów nikt nie ufa. I niewykluczone, że nieufni znów srogo się zawiodą.

Niszczącą energią buchnęli w weekend. Rywali z Hamburga roznieśli sześcioma golami, na bramkę gości oddali 32 strzały, w piątej kolejce Bundesligi odnieśli piąte zwycięstwo. To najefektowniejszy start w całej historii klubu. Machina oblężnicza trenera Jürgena Kloppa miała się rozpaść, a na razie rozpadają się wszyscy, których zaatakuje. Na dzisiejszą inaugurację Ligi Mistrzów dortmundzcy piłkarze polecieli do Neapolu w formie, jak się zdaje, rewelacyjnej.

Ile by się jednak nie nawygrywali, reakcją zawsze jest niedowierzanie. I westchnienia, że następnym razem już na pewno się nie uda, że teraz pozostanie im już tylko słabnąć.

Kiedy w 2011 r. po długiej beznadziei finansowej i sportowej odzyskiwali mistrzostwo Bundesligi, nie mieli prawa go obronić – tradycją stało się wszak, że Bayern zrzeka się panowania najwyżej na sezon, potem rozdrażniony rozszarpuje rywali na strzępy.

Kiedy w 2012 r. mistrzostwo jednak obronili – i dołożyli Puchar Niemiec! – monachijscy faworyci wypominali im, że jesienią w LM rozłożyli się na dnie grupy, więc pozostają drużyną prowincjonalną, zdolną podrygiwać wyłącznie w kraju, gdzie im, monachijskim panom, zdarza się niekiedy zagapić.

Aż wiosną 2013 r. dortmundczycy pomknęli do finału Champions League, wywołując sensację o skali niewidzianej w tych rozgrywkach od blisko dekady. Ostatecznie przekonali wątpiących, wtargnęli do ścisłej europejskiej czołówki? W żadnym razie, wystarczy zerknąć na najświeższe notowania bukmacherów. Ci od Williama Hilla wyżej wyceniają możliwości nie tylko broniącego trofeum Bayernu, nie tylko Barcelony i Realu Madryt, nie tylko obu Manchesterów, Chelsea i Juventusu, oni więcej szans na majowy triumf przyznają nawet Paris Saint-Germain.

Powody do zwątpienia w Borussię były. Długo wyławiała z rynku wyłącznie piłkarzy dostępnych za drobne – nawet 4 mln euro z okładem za Roberta Lewandowskiego wyglądały przy jej standardach ekstrawagancko – zatem stale rosło ryzyko, że się wreszcie pomyli, i to grubo. Co sezon traci kluczowe postaci, najpierw był to najlepszy ligowy pomocnik Nuri Sahin, następnie główny procesor ofensywy Shinji Kagawa, wreszcie jeszcze w trakcie minionego sezonu wyszło na jaw, że Bayern podbierze jej Mario Götzego, zdaniem samych Niemców najcudowniejszego dzieciaka ich futbolu. No i dysponowała wąziutką kadrą, pojedyncze urazy mogły zniweczyć jej wysiłek. Takie kluby w elicie już się nie zdarzają.

Dlatego w Borussię wielką nie tylko incydentalnie nikt nie umiał – nie umie? – uwierzyć. Dlatego że różniła się od konkurencji totalnie. Jej trener gimnastykował się, by na szlagierowe wieczory wypuszczać zawsze tych samych ludzi, gdzie indziej trenerzy zniosą niemal dowolną liczbę kontuzji, bo w rezerwie przebierają wśród graczy za kilkadziesiąt milionów. Ba, niekiedy wypadki losowe sprzyjają utrzymaniu w dobrym samopoczuciu tych, którzy tężeli od przymusowej bezczynności.

Dortmundczycy tego lata też wreszcie mieli do wydania cięższy pieniądz, bowiem do przychodów z Ligi Mistrzów dołożyli 43 mln euro wyciągnięte z Götzego. I rzeczywiście, nie dusili grosza, jednak nade wszystko Klopp znów błysnął intuicją w doborze piłkarzy niby wyjętych z kompletnie innych światów, a idealnie – co się okazało – na boisku kompatybilnych. Jak przed dwoma laty zaprosił japońskiego drugoligowca Kagawę i pochodzącego z krainy napastników wyłącznie pokracznych Lewandowskiego, tak teraz pożenił Ormianina z ligi ukraińskiej Henricha Mchitarjana z gabońskim wicekrólem strzelców ligi francuskiej Pierre’em Aubameyangiem. I zupełnie nie widać, by dortmundzcy atakujący musieli się siebie wzajemnie uczyć.

Przeciwnie, sprawiają wrażenie, jakby współdziałali jeszcze sprawniej, na jeszcze wyższym poziomie energetycznym, na wyższej prędkości niż wiosną. Jeśli Aubameyang rozpędza się do 35 km/godz., to znaczy, że atak zyskał napęd rakietowy.

Europa skupiona na podglądaniu awantury o Lewandowskiego chyba przeoczyła, że skazywana na rozbiórkę Borussia nie tyle się nie osłabiła, ile wzmocniła. Właściciel Napoli przed dzisiejszym meczem nazywa ją z respektem „potworem z trzema głowami” i wcale nie przesadza, jego metafora brzmi raczej zbyt skromnie. W dortmundzkim kwartecie ofensywnym każdy – poza wspomnianymi Lewandowskim, Aubameyangiem i Mchitarjanem także Marco Reus – ma albo świetnie ułożoną stopę, albo snajperski instynkt, więc nie obowiązuje tam sztywny podział na strzelających i podających, wystrzału musisz się spodziewać wszędzie, to są przynajmniej cztery ziejące ogniem głowy. A przecież do zdrowia wraca Kuba Błaszczykowski, przecież coraz pazerniejszy na kontrolowanie środka pola jest przygarnięty po nieudanej emigracji Sahin, który w tym sezonie wcale nie schodzi z boiska...

Klopp rozszerzył sobie pole manewru, co może okazać się niezbędne, jeśli jego kariera ma rozwijać się według planu: najpierw nauczyłem się wygrywać Bundesligę, potem awansowałem na pułap Champions League, teraz wypada poszaleć na obu piętrach. Zwłaszcza że losowanie wtrąciło go do chyba najsilniej obsadzonej grupy, z Napoli przejętym przez wybitnego specjalistę od europejskich pucharów Rafę Beniteza oraz Arsenalem natchnionym pozyskaniem Mesuta Özila. Nad konkurentami ma tę istotną przewagę, że u wszystkich faworytów rozgrywek – jeden niemiecki, dwóch hiszpańskich, trzej angielscy – swoje porządki wprowadzają nowi trenerzy. I ów okres przejściowy widać na boisku.

A w Borussii widać mniej więcej to samo, tylko lepiej. Teza być może do obalenia (może obali ją rozpędzone Napoli), ale niekoniecznie – nikt na kontynencie nie zasuwa obecnie w jej tempie.

poniedziałek, 16 września 2013

Do dzisiejszej „Gazety” popełniłem felieton o Realu – naturalnym faworycie Ligi Mistrzów, ale jednak nie całkiem faworycie;-) Leży za płatną ścianą, przeczytacie go tutaj.

niedziela, 15 września 2013

Saturn pożerający własne dzieci, Francisco Goya

Nałożyłem sobie na uszy hiszpańskie szkice Milesa Davisa, zrelaksowany wstukiwałem felieton do jutrzejszej „Gazety”, z nadzieją łypałem na telewizor, w którym Łukasz Kubot prowadził w drugim secie z Bernardem Tomiciem aż 5:1, niedziela rozwijała się pomyślnie. Aż łypnąłem po dłuższej przerwie. Pociemniało mi przed oczami. Nasz chłopak zasunął całą serią przegranych gemów, nie dał rady w tie-breaku tamtego praktycznie wygranego seta, Australia ostatecznie zatarasowała Polsce drogę do Grupy Światowej Pucharu Davisa, a ja z lękiem pomyślałem o innej reprezentacji, tej, która w piątek rozskacze się w mistrzostwach Europy.

Spokojnie, siatka tenisowa nie poplątała mi się z siatkarską, po prostu mam nawrót choroby u kibiców sportowych chyba dość powszechnej – myślenia magicznego, w tym wypadku przeświadczenia, że nieszczęścia łażą stadami, że klęska to wirus cholernie zaraźliwy, że polskich sportowców lubi kłaść pokotem.

Pamiętacie jeszcze tamten niesamowity czas, gdzieś na styku wiosny i lata 2013? Z trzema Polakami w finale Ligi Mistrzów, dwojgiem Polaków w półfinałach Wimbledonu, co najmniej jednym, a w porywach dwoma Polakami dokazującymi w czołówce Tour de France? To był splot okolicznościowy absolutnie bezprecedensowy, i to bezprecedensowy nie za mojego życia, lecz w historii polskiego sportu – nie dlatego, że nasi atleci osiągnęli więcej niż kiedykolwiek, bo wcale nie osiągnęli, ale dlatego, że rozbrykali się w najbardziej prestiżowych turniejach dyscyplin globalnie popularnych, wyłożonych gigantycznymi pieniędzmi, w których jeszcze przed chwilą Polska nie istniała. Rozbrykali się wszyscy naraz.

Spoglądałem na tamte cuda tyleż z radością, co podejrzliwie, nieee, to się dziać nie może, obyśmy słono nie zapłacili za dziwaczne zagięcie czasoprzestrzeni, to było zwątpienie zakompleksionego Polaczka, który nie wierzy, że zwycięstwo mu się należy, zżeranego przerażeniem, że jak natura dała, to zaraz w dwójnasób odbierze. I właśnie słono płacimy. Wyładowany dużymi imprezami wrzesień to pełzająca katastrofa, niemal wszystko, czego dotkną nasi, obraca się w ruinę. Piłkarze nie wykorzystali bylejakości Czarnogórców, a następnie wywołali eksplozję radości Sanmaryńczyków. Tenisowe skarby narodowe utraciły blask w US Open. Koszykarze kucnęli na dnie w mistrzostwach Europy. Siatkarki na takim samym turnieju nie doskoczyły ćwierćfinałów. A dziś jeszcze runęli nasi drużynowo na kortach, znów w podłych okolicznościach...

Właśnie nad okolicznościami rozpaczam, Polacy nie przegrywają, lecz ponoszą klęski, odpadają jak rażeni gromem, odpadają przedwcześnie lub w karygodnym stylu, dają ciała wbrew oczekiwaniom uzasadnionym siłą rywala lub prognozom fachowców i bukmacherów. Kroczymy ku czarnej polskiej jesieni, ostali nam się jeno siatkarze, tylko oni mogą jeszcze poprawić pogodę, a przecież nie wolno tego zbyt głośno powtarzać, w żadnym razie nie objuczajmy ich rolą naszej ostatniej nadziei, być może wywołalibyśmy wówczas z lasu najgroźniejszego upiora, prześladującego polskiego sportowca od lat, wywołalibyśmy mianowicie osławioną presję. A zapewne się zorientowaliście, że szczególnie podatni na presję są właśnie siatkarze. Uparli się wygrywać wyłącznie przyczajeni, gdy nikt na nich nie liczy, ewentualnie niech ich opinia publiczna skazuje na totalną zgubę, jak przed złotymi mistrzostwami Europy w 2009 roku, dopiero wtedy fruwają leciuteńcy jak piórka, kładą się w obronie jak tarcze przeciwrakietowe, ścinają jak maczety.

Nie będzie puenty, znaczy puentę wymyślą siatkarze, ja właściwie nie wiem, po co tę notkę przed wyjściem z redakcji spisałem, same mi się literki wyturlały spod paluchów, to było silniejsze ode mnie.

PS Przypominam o zaproszeniu z poprzedniej notki. Czas ucieka!

21:59, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi