RSS
niedziela, 30 września 2012

Ależ oni się wtedy nad naszym piłkarzem rozcmokali! Kiedy kilka lat temu czekałem na Celtic Park na Artura Boruca, gawędziłem ze szkockimi dziennikarzami, nie pamiętam już, dlaczego zeszło na Dariusza Dziekanowskiego, a wtedy tubylcy rozrzewnili mi się niemal do spłakanego rozczulenia. Ten to miał zdrowie! Wszystkie knajpy i nocne kluby w Glasgow zeksplorował! A jak umiał nazajutrz, po harcach ciągnących się po świt, poharcować na boisku! Nie wiadomo, gdzie szusował sprawniej, czy na dyskotekowych parkietach, czy na piłkarskich trawach! Chyba tylko o Bońku słyszałem w obcym świecie podobnie entuzjastyczne recenzje, jakoś nie trafiałem na zbyt wielu cudzoziemców rozkochanych w gigantach polskiego futbolu.

Dziekanowski urodził się z darem większym od Bońkowego, ale determinacji, by przekuć go w wymierny sukces, mu brakowało. Wiódł słodkie życie playboya, zachwycał nieregularnie, w Glasgow został zapamiętany jako Disco King. Co nie znaczy, że fani go nie kochali, przecież wszystkich nas dotyka słabość do utracjuszy trwoniących swój talent, a Brytyjczycy mają w tej kwestii tradycje niewątpliwie bogate.

Spisuję te słowa dosłownie w kilkadziesiąt sekund (szukając równocześnie właściwego linka na jutiubie), bo dopiero przed chwilą znajomy uświadomił mi, że Dariusz Dziekanowski skończył dziś 50 lat. Aż wstyd, że przeoczyłem, jeszcze większy wstyd byłby, gdybym o nim w czas nie nablogował, przecież to postać zajmująca poczesne miejsce w katalogu naszych wielkich zmarnowanych talentów. Słyszeliście o tamtym szalonym wieczorze (znalazłem, ufff), podczas którego dał chyba swój najbardziej porywający show w Glasgow?



sobota, 29 września 2012

Manchester United

Gdybym miał wskazać najefektowniejsze, najbardziej porywające zjawisko we współczesnym angielskim futbolu, to wyróżniłbym wściekłą nawałnicę, którą urządza rywalom przegrywający Manchester United - najchętniej u siebie, najchętniej zraniony kilkoma golami. Często nęka mnie wtedy podejrzenie, że piłkarze „Czerwonych Diabłów” nie nacierają według taktycznego planu, lecz wgniatają przeciwnika w jego bramkę siłą woli, porażeni obsesyjną niezgodą Aleksa Fergusona na porażkę. Tak się w walce zatracają, że wpadają w trans zwyczajnie wykluczający grę metodyczną, prowadzoną w pełnym kontakcie z rozumem.

Kiedy dziś przegrywali najpierw 0:2, a potem 1:3, byłem diabelnie przekonany, że naiwniaki z Tottenhamu wywołały aferę na Old Trafford z chłopięcą nieodpowiedzialnością, skazując się na spore przykrości w końcówce meczu. Gdybym nie gapił się w telewizor w samotności, gotów byłbym pójść na gruby zakład, że gospodarze się odkują i zagarną trzy punkty. Moja pewność siebie brała się ze wspomnień - choć symbolem nadnaturalnej zdolności MU do wygrywania przegranych meczów pozostaje niezapomniany finał Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, ja od dawna kojarzę ją nade wszystko ze znęcaniem się nad Tottenhamem, który dziś zwyciężył na Old Trafford po 23 latach.

Jesienią 2001 roku londyńczycy ośmielili się wbić „Czerwonym Diabłom” trzy gole jeszcze przed przerwą. Zapłacili pięcioma po przerwie:



Wiosną 2009 roku londyńczycy prowadzili na Old Trafford 2:0 po niespełna godzinie gry. Przegrali 2:5, bramki tracąc w 57., 67., 68., 71. i 79. minucie. To było tornado:

Wklejam tamte dreszczowce, bo utkwiły mi w pamięci jako niesłychanie sugestywne ilustracje sławnej never-say-die- attitude (nie tłumaczę, nie umiem zgrabnie, każda polska wersja jakoś niegramotnie mi brzmi), porównywalne z legendarnym półfinałem Ligi Mistrzów z Juventusem (od 0:2 do 3:2 w Turynie). Zarazem dzisiejszy - kolejny - pościg za Tottenhamem, choć tym razem nieudany, paradoksalnie wzmocnił we mnie przeświadczenie, że talent do wstawania z martwych to najpiękniejsza zaleta żołnierzy Fergusona. Mijają lata i całe futbolowe epoki, pokolenia przychodzą i odchodzą, a oni wciąż tym bardziej żyją, im bardziej są nieżywi. W tym sezonie umieli złamać Southampton, który dwukrotnie obejmował prowadzenie (zwycięski cios zadali w doliczonym czasie gry), oraz Liverpool, który obejmował prowadzenie raz (tam okoliczności były osobliwe, przyznajmy). W zeszłym sezonie zremisowali z Chelsea, z którą do 50. minuty przegrywali 0:3, oraz pokonali Manchester City, z którym do 52. minuty przegrywali 0:2 (zwycięski cios w doliczonym czasie gry).

Ciąg dalszy niechybnie nastąpi, Ferguson gwarantuje swoim fanom chroniczne zawroty głowy. A ja rozstaję się z wami z propozycją, byście podzielili się na forum ulubionymi, może wyjątkowo niesamowitymi comebacks (znów brakuje mi polskiego języka). Najchętniej poczytałbym - i kliknął w jutiubowe linki - o meczach mniej znanych, o których nie wiedziałem. Podzielicie się?

PS Dopisuję już po północy. Oto przed chwilą Barcelona dopiero po raz pierwszy w historii wygrała ligowy mecz, który przegrywała do 88. minuty.

środa, 26 września 2012

PZPN

Grzegorz Lato wreszcie przestanie deptać własną legendę, którą budował m.in. na mundialu w 1974 r. - został wtedy królem strzelców, osiągając być może najbardziej spektakularny indywidualny sukces w historii polskiej piłki. Ilekroć jako prezes PZPN był wystawiany na widok publiczny, przynosił wstyd, więc zrozpaczeni doradcy od wizerunku zalecali, by go w miarę możliwości ukrywać - ucywilizować nie umieli. Popełnił tyle szokujących gaf, że niekiedy zasłaniał nimi nieróbstwo lub szkodliwą działalność - jak dalekosiężna w skutkach i nieodwracalna decyzja, by oddać firmie Sportfive prawa telewizyjne i marketingowe związku do 2020 roku. Przy nim jego poprzednik Michał Listkiewicz, prezes również marny, wyrósł niemal na męża stanu, co zresztą przepowiadałem w „Gazecie”, zanim jeszcze związek wpadł w łapy Laty.

Traumatyczną wyborczą klęskę poniósł już ustępujący szef PZPN po raz drugi, w zeszłym roku talenty dyplomatyczne zademonstrował przecież w wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA - choć w materiałach promocyjnych przedstawiał się jako intelektualny kontynuator Jana Pawła II, choć nosił wśród kandydatów najsławniejsze nazwisko, w pierwszej turze wyprzedził jedynie rywala z Malty, a w drugiej uzbierał dwa głosy, w tym własny.

Teraz prezesa poniżyli terenowi działacze polscy. Do wyborów na nowego prezesa PZPN nawet go nie dopuścili, bo zaczęli odczuwać na własnej skórze, jak fatalny wizerunek ma ich organizacja - do futbolu na niższym poziomie przestały płynąć pieniądze, a oni codziennie wysłuchiwali, że ich środowisko stało się synonimem moralnej degrengolady. Drobne synekury, którymi odwdzięczał się Lato - wyjazdy zagraniczne, zaproszenia do lóż VIP na meczach reprezentacji etc - przestały wystarczać. Zrobiło się biednie.

Ale też działacze się podzielili. Mnogość kandydatów wzięła się również stąd, że Lato udowodnił, iż związkiem może kierować każdy, nawet jeśli nie ma śladowych kompetencji menedżerskich i komunikacyjnych ani nie nadaje się do pełnienia funkcji reprezentacyjnych. A jak się dogadasz z zarządem, to przyzna ci jeszcze 50 tys. zł miesięcznej pensji.

Ekstaza kibiców po klęsce prezesa jest poniekąd zrozumiała - naraził im się tyle razy, że już samo oglądanie go znokautowanego daje satysfakcję. Kto jednak entuzjazmuje się z przekonania, że idzie lepsze jutro, tego radość może być przedwczesna. Aż trzech  kandydatów to wszak mentalni bracia Laty. Stefan Antkowiak, Edward Potok i Zdzisław Kręcina popierali go, dopóki to się opłacało, wszyscy są lub byli członkami zarządu PZPN. Mogą prezentować się mniej wulgarnie na zewnątrz, ale jako zarządcy nie dają szans na przełom.

Jeśli się zjednoczą i poprą wybranego ze swego grona kandydata, na szczytach nie zmieni się nic. Jeśli się wzajemnie powyrzynają, wygra były piłkarz reprezentacji - Zbigniew Boniek lub Roman Kosecki. Nazwiska znane, ich właściciele szału nie robią. Pierwszy po zejściu z boiska już się dla polskiej piłki nie zasłużył (za to reprezentację porzucił w zawstydzającym, niegodnym prawdziwego przywódcy stylu), drugi bawi się - to chyba najwłaściwsze określenie - w parlamentarzystę, a jego przynależność partyjna zdecydowanie mi uwiera. Jak szarpanina między PO i PiS obejmie również piłkę nożną, to od merytoryczności sporów uszy nam wszystkim powiędną już po wstępnej wymianie uprzejmości. I jeszcze jeden drobiazg o doniosłym znaczeniu - przyszły zwycięzca będzie musiał negocjować z delegatami, więc w jakimś stopniu stanie się ich zakładnikiem.

Artur Brzozowski w artykule do jutrzejszej „Gazety” (włożę link po wrzuceniu go na portal) sugeruje, że nadciągają nieuchronne zmiany, że nawet terenowi działacze trochę oprzytomnieli, ja pozostaję sceptyczny, z tendencją ku pesymizmowi. Menedżerska niekompetencja to fundamentalny problem całej naszej piłki, także ligowej, zatem gdyby nawet osławionych baronów (kierujących wojewódzkimi strukturami PZPN) odsunęli w cień przedstawiciele klubów, to nadal będą to przedstawiciele firm zarządzanych byle jak. Przedstawiciele tak bardzo brzydzący się korupcją, że Lech Poznań właśnie ubrał w swoje barwy i wypuścił na boisko Piotra Reissa, oskarżonego w procesie „Fryzjera” i zorganizowanej grupy przestępczej ustawiającej mecze. Specjalnego poruszenia nie wywołali, zresztą ubolewałem już, że moi poznańscy koledzy po fachu posuwają się do obwoływania tego transferu „znakomitym ruchem marketingowym”, a także zapowiedzi, że napastnik „będzie żywym przykładem dla dzieci, które jeszcze piłkarzami nie są”.

Nie zareagował też szef Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej Stefan Antkowiak, panujący w królestwie „Fryzjera” i w ogóle okolicach pełnych sędziów oraz obserwatorów wywołujących nadzwyczajne zainteresowanie prokuratury. Jeśli za miesiąc zostanie prezesem lub wiceprezesem PZPN, to trudno będzie uznać, że sporo się zmieniło od pamiętnych wynurzeń zezłoszczonego na intensywne tropienie korupcji Grzegorza Laty, który obawiał się, iż śledczy będą niedługo „ścigać sędziego, który wziął kilogram kiełbasy albo pół litra wódki”.



Tagi: PZPN
23:51, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 25 września 2012

Grzegorz Lato

Jeszcze niby z nami jest, jeszcze do wyborów potrwa, a jednak przeczucie końca już doskwiera. Nic nie będzie takie samo... Pewnie następni prezesi będą gadali biegle po naszemu i w ogóle... Ech, dopiero jak człowiek traci, to rozumie, ile utracone znaczyło. Jestem zbyt wstrząśnięty, by się tutaj teraz dzielić intymnymi refleksjami i rozwlekle wspominać wszystko, co dla nas Grzegorz Lato uczynił, w pogrzebowym nastroju umiem jedynie wesprzeć się na ramieniu poety, który też musiał uporać się z bolesną stratą:

    Wielkieś mi uczynił pustki w futbolu moim,

    Mój drogi prezesie, tym zniknieniem swoim!

    Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

    Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

    Tyś za wszytki mówił, za wszytki śpiewał,

    Wszytkieś w związku kąciki zawżdy pobiegał.

    Nie dopuściłeś nigdy kibicom się frasować

    Ani sobie myśleniem zbytnim głowy psować,

    To tego, to owego wdzięcznie obłapiając

    I onym swym uciesznym rechotem zabawiając.

    Teraz wszytko umilkło, szczere pustki wkoło,

    Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu.

    Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,

    A serce swego prezesa darmo upatruje.

poniedziałek, 24 września 2012

Narcyz, Caravaggio (1597-1599)

Kuba Rzeźniczak zrugał kibolstwo za dewastowanie własnego stadionu, ale się przestraszył (tak przypuszczam) i krytykę z Facebooka usunął. Właściwie trudno się dziwić, to on swego czasu dostał po twarzy od jednego z chuliganów, a Legia spieszyła się wtedy bardzo powoli, by dać mu wsparcie. I właściwie w ogóle mu go nie dała. Teraz wielu zarzuci warszawskiemu obrońcy tchórzostwo, ja piłkarzom przede wszystkim współczuję - choć publicznie z naturalnych względów się do tego nie przyznają, to pomeczowe wyprawy pod kibolską trybunę, by kibolstwu „podziękować”, bywają dla nich upokarzające.

Tymczasem legijny kibol zajmuje się głównie sobą, dokazując w sposób, z którego większość ludzi wyrasta jeszcze w podstawówce. Rzuci na boisko papierki, rzuci mięsem, pobawi się zapałkami, narobi huku i dymu. A kiedy „dopinguje”, wydaje z siebie zazwyczaj jednostajny, zupełnie niezwiązany z przebiegiem meczu ryk, bo ryczy dla siebie. Ot, infantylny narcyz, który wpadłby w ekstazę, gdyby wszystkie kamery wycelować w niego, nie w boisko. Infantylny i wiecznie pokrzywdzony, przecież tylu złych ludzi zmówiło się, by zachwycające show kibolskich niewiniątek zniesławiać.

Współczuję też trenerowi. Kibol szkodził Legii, gdy Jan Urban prowadził ją po raz pierwszy, a teraz, gdy próbuje po raz drugi, ponownie zanosi się na awantury pozaboiskowe, bo wojewoda będzie pewnie zmuszony zamknąć trybunę północną. W walce o mistrzostwo każdy niuans jest ważny, podła atmosfera też może negatywnie wpłynąć na drużynę i przyczynić się do tego, że tytułu i tym razem piłkarze nie zdobędą. Ale co to kogo? Nieważne, czy Legia będzie biedna, czy bogata, byle była kibolska.

17:38, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
niedziela, 23 września 2012

Southampton

Naszym wylatującym w obcy świat piłkarzom niekiedy się powodzi, ale żeby zbudowali w jakiejś specjalności solidną, rozpoznawalną i docenianą na obczyźnie polską markę? Tego dokonali tylko bramkarze. W Anglii. Jedni osiągnęli więcej, inni mniej, w każdym razie płacą im zazwyczaj duże firmy - Jerzy Dudek (Liverpool), Tomasz Kuszczak (WBA, Manchester United), Łukasz Fabiański (Arsenal), Wojtek Szczęsny (Arsenal).

Teraz dołączył do nich Artur Boruc, który podpisał kontrakt z Southampton. Różnica - dla poprzedników posada w Premier League była zawsze awansem, Boruc konsekwentnie na emigracji maleje.

Kiedy zasłaniał całą bramkę Celtiku Glasgow - także niezapomnianymi wieczorami w Lidze Mistrzów - przykuwał uwagę najpotężniejszych firm, zdawał się skazany na przyjemny wybór między Milanem (trener Carlo Ancelotti publicznie mówił, że chce Polaka), Bayernem, potentatami angielskimi. Nic z tego, wylądował we Florencji, gdzie nie marzono o kontynentalnych szczytach, lecz co najwyżej o wślizgnięciu się do europejskich pucharów.

Tam nawet po wydaleniu lokalnego bramkarskiego bożka Sebastiana Freya nikomu nie strzeliło do głowy, by widzieć w Borucu - Serie A nie podbił, acz bronił rzetelnie - przyszłość. Przyszłość importowali florentczycy z Brazylii, potem jeszcze wzięli Włocha.

A kiedy nasz najlepszy gracz na MŚ 2006 i Euro 2008 z Fiorentiną się rozstał, to pracodawcy przed zamknięciem okna transferowego nie znalazł. Testowali go w Evertonie - kontraktu nie dali. Dali dopiero teraz, w Southampton, które nie celuje w międzynarodowe zaszczyty, lecz utrzymanie się w lidze angielskiej. Co więcej, trener Nigel Adkins widzi w nim na razie trzeciego bramkarza.

I do Legii, i do Celtiku, i do Fiorentiny 32-letni Boruc przybywał jako rezerwowy, wszędzie się jednak wybijał, wypychał konkurentów spomiędzy słupków, sam wskakiwał tam na stałe. Czy znów mu się uda? A może po raz pierwszy zleci do drugiej ligi? Albo oczaruje szefów czołowych klubów Premier League i jeszcze wróci na szczyt? Jeśli będzie o siebie dbał, ma szansę grać jeszcze całą wieczność. Edwin van der Sar zachwycał po czterdziestce, wciąż broniący Brad Friedel i Mark Schwarzer też już ją przekroczyli, Jussi Albert Jääskeläinen się do niej zbliża. Aż mi się zachciało wkleić sondaż i zapytać, co sądzicie, wiem, że Boruc to postać wywołująca wyjątkowe emocje:



sobota, 22 września 2012

igrzyska olimpijskie, mundial, mistrzostwa Europy

„Paraolimpijczycy odlecieli z Londynu, nadciąga epoka wielkich, pasjonujących całą planetę imprez sportowych poza euroatlantyckim światem zachodnim. Poprzedni mundial organizowała Republika Południowej Afryki, następny za dwa lata zorganizuje Brazylia. W tym samym 2014 roku zimowe igrzyska odbędą się w Soczi. Letnie w 2016 - w Rio de Janeiro. Zimowe w 2018 - w koreańskim Pjongczang. Kilka miesięcy później piłkarze rozegrają mistrzostwa świata w Rosji, by w 2022 r. palić się pod słońcem Kataru. Kto przyjmie olimpijczyków w roku 2020, na razie nie wiadomo, ale za faworytów konkursu uchodzą Tokio oraz Stambuł. Madrytowi przyznaje się najmniejsze szanse, a przecież nie wiadomo, czy przygnieceni kryzysem Hiszpanie w ogóle nie stracą zapału, by wykosztowywać się na igrzyska, gdy nie wystarcza na chleb.

To będzie dekada absolutnie bezprecedensowa. Mundial wymyślił Francuz Jules Rimet, igrzyska wskrzesił - i nadał im nowożytną formę - jego rodak baron Pierre de Coubertin, miażdżącą większość globalnych spektakli organizowały Europa z Ameryką Północną. Zanim olimpijczycy wyściubili nosy poza ten rewir, bili się o medale w Grecji, Francji, USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Belgii, znów we Francji, w Holandii, Szwajcarii, znów USA, Niemczech, znów Wielkiej Brytanii, znów Szwajcarii, Finlandii i znów Szwecji. Z czasem zmagania atletów rozlały się po świecie, ale zarazem nabierały rozmachu i drożały, więc zdolnych i chętnych podołać wyzwaniu przybywało wolniuteńko - zainteresowanie wyrażały społeczeństwa syte, dysponujące nadmiarem wolnego czasu, z rozwiniętą kulturą sportową. Tych kilka podstawowych warunków spełniał każdy, kto porywał się na igrzyska albo mundiale. Gospodarzy najbliższych imprez nie łączy ze sobą prawie nic”.

To początek mojego felietonu do dzisiejszej „Gazety”. Całość znajdziecie tutaj.

czwartek, 20 września 2012

Liga Europejska, a w niej czarna magia

Uwaga, uwaga, fundamentalistycznych racjonalistów kategorycznie odmawiających wiary w dżudżu, jasnowidzenie i inne gusła uprasza się o wyłączenie odbiorników, uroczyście ogłaszam, że napatoczył mi się przed oczy niepokojąco wiarygodny iluzjonista.

Sądzicie, że umie bronić rzuty karne Diego Alves, sławny z tego powodu na trawach hiszpańskich? Sądzicie, że umie je bronić Samir Handanović, popularny na trawach włoskich? To spójrzcie na Jego Nietykalność Matiasa Omara Degrę, 29-letniego argentyńskiego bramkarza AEL-u Limassol, który od roku z niewielkim okładem traktuje strzelających mu z 11 metrów na dwa sposoby, oba okrutne - albo wyciąga rękawice tam, gdzie frunie piłka, albo zmusza ją, żeby pofrunęła poza bramkę. Od tamtej pory do dzisiejszego wieczoru rozmaici śmiałkowie zasadzali się na niego siedmiokrotnie. I wszyscy kończyli tak samo marnie, chyba pole siłowe wytwarza najemnik przeklętych Cypryjczyków czy inną cholerę. Polecam zwrócić uwagę, że Jego Nietykalność Matias Omar Degra nie zawahał się używać czarnej magii również w ostatnich minutach grania, gdy przeciwnik nie miał już szans wrócić do życia:



Zakładam, że już się domyśliliście, dlaczego wrzucam ten wstrząsający film. Otóż parę chwil temu lewy obrońca Borussii Mönchengladbach Oscar Wendt - zimny Szwed, wszystko jak trzeba - też miał czelność zamachnąć się na bramkę chronioną przez Jego Nietykalność. Był mecz Ligi Europejskiej, samobójca wziął zamach w 96. minucie, choć w minutach wcześniejszych naoglądał się mnóstwa heroicznych parad Jego Nietykalności. Oczywiście przywalił w poprzeczkę, Cypryjczycy urwali rywalom cenny punkt.

To już, psiakrew, osiem KOLEJNYCH rzutów karnych, z których Jego Nietykalność wyszedł cały i zdrowy. Między słupkami Limassol nie puścił jeszcze ANI JEDNEGO.

Stara refleksja Diego Maradony - mawiał, że jedenastki marnują tylko ci, którzy odważą się je wykonywać - nabiera nowego wymiaru.

środa, 19 września 2012

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

Ze zwieńczonymi bramkami polskimi harcami w Borussii już się zżyliśmy, wczorajszy wieczór w Dortmundzie był nikt-nie-spamięta-którym odcinkiem tasiemca z naszymi w rolach bohaterów. A jednak cios zadany Ajaksowi przez Roberta Lewandowskiego był epizodem nadzwyczajnym bardziej niż się zdaje.

On strzelał już w minionej edycji Ligi Mistrzów - ale ugodził Olympiakos w meczu przegranym 1:3. Jego gol był nade wszystko faktem statystycznym.

Strzelał też w zeszłym sezonie Kuba Błaszczykowski. I on zapisał się głównie w statystykach, ugodził Olympique Marsylia w meczu przegranym 2:3.

Wcześniej polskiego gola w Champions League wbił Marcin Żewłakow. Dla APOEL-u Nikozja, w meczu zremisowanym jesienią 2009 roku z Chelsea 2:2. W ostatniej kolejce, gdy jego drużyna już dawno porzuciła ostatnie nadzieje na awans.

Sezon wcześniej polską bramkę zdobył (ze spalonego) Marek Saganowski. Ale Aalborg uległ Villarrealowi 3:6.

Inne trafienia naszych w XXI wieku - tak epizodyczne, że nie wiadomo, czy się nam nie uroiły - też znaczyły niewiele. Jeśli wyjąć pożyczonego od Nigeryjczyków Emmanuela Olisadebe (pomógł kiedyś Panathinaikosowi zremisować z Arsenalem), to bramki bezdyskusyjnie istotne zdobywał jeden Jacek Krzynówek, który przyłożył Romie (3:1) oraz Realowi Madryt (3:0). Co przypomina, że w nędznym krajobrazie polskiego futbolu najnędzniej wyglądają okolice ataku. Oglądamy w Champions League cały tłumek bramkarzy (z bohaterem stambulskiego finału Jerzym Dudkiem na czele), oglądaliśmy solidnych obrońców (Michał Żewłakow, Tomasz Hajto, Tomasz Wałdoch, Jacek Bąk, Tomasz Rząsa), oglądaliśmy rzetelnych defensywnych pomocników (Mariusz Lewandowski, Rafał Murawski). Tylko napastników nie oglądaliśmy niemal wcale, a jeśli nawet dzięki dziwnemu splotowi okoliczności przytrafiło się nam przez momencik oglądać - patrz Maciej Żurawski - to trzeba było odwracać wzrok.

Drapieżników grasujących po polach karnych brakuje, Lewandowski wybił się w specjalności u nas właściwie nieistniejącej. Jego zaskakująca kariera na tle lokalnych konkurentów przypomina trochę - pamiętajmy o zachowaniu proporcji - cudowny odlot Adama Małysza, który wyskoczył spośród chmary nielotów. Nawet polskie Legia i Widzew nie wystawiały w Lidze Mistrzów autentycznych snajperów - najskuteczniejsi uciułali całe dwa gole.

Dotąd Liga Mistrzów znała tylko jednego naszego napastnika - Krzysztofa Warzychę. I to on był w niej do wczoraj ostatnim polskim snajperem, który osobiście rozstrzygnął o zwycięstwie. Nigdy nie zapomnę trajektorii lotu piłki frunącej wiosną 1996 roku do bramki Ajaksu, dającej Panathinaikosowi sensacyjną wygraną w Amsterdamie. W półfinale!

Lewandowski też wbił gola amsterdamczykom. Ale wyczynu niewidzianego od 16 lat dokonał przede wszystkim dlatego, że wbił gola zwycięskiego.



wtorek, 18 września 2012

Liga Mistrzów

Z okazji inauguracji kolejnej edycji Champions League wracam do tematu, o którym już blogowałem, bowiem wschodni uczestnicy rozgrywek wydają się mocniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Felieton z poniedziałkowej „Gazety” znajdziecie tutaj.

19:42, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi