RSS
piątek, 30 września 2011

W jutrzejszej „Gazecie” opublikujemy artykuł „Legia gra z Wisłą, a kibic zostaje w domu”, w którym Robert Błoński pisze o tym, że nasz futbol nie dochował się ani jednego ligowego klasyka tak rozpalającego fanów, by za każdym razem wypełniali trybuny po ostatnie krzesełko. Zachęcam do lektury, teraz wyjmuję z niego tylko dwa cytaty, bo jak je czytałem, to zbaraniałem.

- Niczego się nie spodziewam po tym meczu. Wiele razy spodziewałem się świetnego widowiska, a zawsze wychodził „pasztet”. Dlatego teraz nie będę nakręcał koniunktury, żeby się nie skompromitować - wzdycha przed niedzielnym szlagierem na Łazienkowskiej Grzegorz Mielcarski, stały ekspert stacji Canal+, która wydaje grube miliony za ligowe transmisje. - Też nie spodziewam się wiele. Choć zachowawcza gra czołowych klubów dostarczyłaby kolejnych argumentów, że ligi nie warto oglądać - dodaje Andrzej Juskowiak, stały ekspert Polsatu, który też wydaje ciężkie miliony za ligowe transmisje.

Trzeba obu ekspiłkarzom oddać, że promują produkt oferowany przez ich telewizje z biglem, szefowie Canal+ i Polsatu będą pewnie pod wrażeniem. A może powinniśmy szczerość Mielcarskiego i Juskowiaka specjalnie docenić, bo skoro mówią, co myślą, nie dbając o interes płacących im stacji, to są ekspertami naprawdę niezależnymi i godnymi zaufania, którzy nigdy nie będą nam wmawiać, że papier ścierny smakuje im jak konfitury?

19:22, rafal.stec
Link Komentarze (31) »

W startującej właśnie lidze siatkarzy rozbłyskują kolejne zagraniczne gwiazdy, ale faworytem pozostaje broniąca tytułu, panująca w kraju od siedmiu sezonów Skra Bełchatów, która na rynku transferowym nie szaleje.

Finansowo PlusLiga nadal ustępuje ligom włoskiej i rosyjskiej, a także czołowym klubom tureckim, ale dysponuje atutami czyniącymi ją fenomenem osobnym w całym naszym sporcie - po Europie roznosi się sława Polski jako krainy nadzwyczaj przyjaznej siatkówce, więc obcokrajowcy lgną do naszych pełnych hal także dlatego, że mogą tutaj poczuć się idolami roztańczonych tłumów. Sprzyja nam w dodatku ogólnoeuropejska recesja, poważni konkurenci polskich drużyn zbiednieli m.in. przez zapaść Grecji. A niewykluczone, że przez kłopoty Włoch zbiednieją wkrótce jeszcze rywale z Serie A.

By docenić potężniejącą ligę polską, wystarczy uświadomić sobie, ile siły ognia przybyło podczas wakacji faworytom. Bohaterowi poprzedniego sezonu Mariuszowi Wlazłemu ze Skry oraz rzeszowskiemu kanonierowi Gyorgy'emu Grozerowi wyzwania rzucą atakujący reprezentacji Włoch Michał Łasko (Jastrzębie) i atakujący reprezentacji Francji Antonin Rouzier (Zaksa Kędzierzyn-Koźle). Nie są to jeszcze siatkarze formatu Miljkovicia czy Michajłowa, ale przewyższają ich już tylko najlepsi na swojej pozycji gracze na świecie.

Zatrudnia ich kwartet firm, które tworzą lokalną elitę - o wyraźnie okazalszych od reszty stawki budżetach, mniej lub bardziej otwarcie mierzących w mistrzostwo kraju. I popierających swoje aspiracje coraz śmielszymi posunięciami transferowymi. W Resovii piłkę Grozerowi będzie wystawiał jego dawny znajomy z Friedrichshafen, były triumfator Ligi Mistrzów Lukáš Ticháček; Zaksę uskrzydli wracający do Polski Guillaume Samica; do Jastrzębia zlecieli reprezentanci USA Russell Holmes i Brian Thornton, Holender Rob Bontje oraz podebrani warszawskiej Politechnice, wypromowani przez Andreę Anastasiego kadrowicze - Michał Kubiak ze Zbigniewem Bartmanem.

Ale siatkarze o rozpoznawalnych nazwiskach przyjmują już również zaproszenia z uboższych klubów. Jeśli gdański beniaminek zdołał przyciągnąć fińskiego atakującego Mikko Oivanena, Fart Kielce - francuskiego rozgrywającego Pierre'a Pujola, AZS Indykpol Olsztyn - bułgarskiego przyjmującego Metodiego Ananiewa, a Delecta Bydgoszcz - zwolnionego przez Skrę Stephane'a Antigę, to mamy prawo oczekiwać, że poziom całych rozgrywek się podniesie. Mecze nabiorą intensywności, zdobywanie punktów będzie kosztowało więcej wysiłku, nasi siatkarze przywykną do gry wymagającej pełniejszej koncentracji i pełniejszego zaangażowania. Tych ostatnich, dodajmy, wciąż chronią przepisy zezwalające na przebywanie na boisku maksymalnie trzech obcokrajowców jednocześnie. Przepisy prawdopodobnie sprzeczne z prawem unijnym, lecz błogosławione z punktu widzenia interesu polskich graczy.

Przy zamaszystych transferowych ruchach miażdżącej większości klubów, złota od 2005 roku, zazwyczaj pewnie zwyciężająca w finale Skra ledwie drgnęła. Jej szefowie ewidentnie widzą w niej perfekcyjnie pracujący bolid, którego przed kolejnym wyścigiem wystarczy wypolerować. O ile doświadczony Holender Wytze Kooistra (najlepiej punktujący środkowy w minionym sezonie Serie A) będzie chciał wtargnąć do podstawowej szóstki, o tyle młodzi Serbowie Konstantin Cupković (24 lata) i Aleksandar Atanasijević (20 lat) konkurencji z reprezentantami Polski - odpowiednio Bartoszem Kurkiem i Mariuszem Wlazłym - raczej na razie nie wytrzymają. Co nie oznacza, że nie doczekają wspaniałej przyszłości. Zwłaszcza Atanasijević, najskuteczniejszy siatkarz juniorskiego mundialu, uchodzi za bajecznie zdolnego.

Skry nadal nie sposób traktować inaczej jak absolutnego faworyta rozgrywek. Przeciwnicy znów przeprowadzali czystki w szatni i sprowadzali nowych ludzi na newralgiczne pozycje, bełchatowianom służy błoga stabilizacja. I długie, relaksujące wakacje wielu z nich. Wlazły, Winiarski i Pliński zrezygnowali w tym sezonie z gry w reprezentacji, dla Hiszpanii nie skakał wystawiający Miguel Falasca. Powinni być wypoczęci i głodni walki, a dwaj pierwsi - zepchnięci ostatnio w cień przez polskich brązowych medalistów mistrzostw Europy - także zdeterminowani, by przypomnieć, że to oni są najjaśniejszymi gwiazdami naszej siatkówki. Jaśniejszymi nawet od nadlatujących stadami renomowanych obcokrajowców.

Tagi: siatkówka
11:41, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 września 2011

Kiedy przed sześcioma laty na Old Trafford wpłynęła rodzina amerykańskich rekinów finansjery, fani witali ją, delikatnie mówiąc, nieprzychylnie. Buntowali się i wobec gwałtownie rosnących cen biletów, i wobec rosnącego zadłużenia klubu, i wobec rosnącej komercjalizacji klubu. Najbardziej radykalni odwrócili się od Manchesteru United i założyli konkurencyjny FC United of Manchester (nawiasem pytając, śledzicie ich losy?).

Glazerowie tymczasem korzystali ze swoich doświadczeń z NFL i konsekwentnie rozwijali marketingową nadbudowę, bo byli przekonani, że poprzednicy - choć uchodzili za światowych liderów w futbolowym biznesie - nie zdawali sobie sprawy, jak gigantyczny potencjał marnują. Liczba marketingowców pracujących poza siedzibą klubu wzrosła od chwili ich przybycia z 2 do 45, w przyszłym roku otwarte zostanie biuro w Hongkongu.

Dziś MU związany jest kontraktami reklamowymi z 20 wielkimi korporacjami i kilkudziesięcioma mniejszymi firmami. Prekursorskim majstersztykiem menedżerowie błysnęli w sierpniu, gdy sprzedali DHL-owi miejsce na koszulkach... treningowych. Nikt wcześniej na to nie wpadł, oni wynegocjowali 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I w czasach globalnej recesji dynamicznie zwiększają przychody. Są tak skuteczni, że kupujący prawa do Premier League medialni magnaci już powinni się bać, gdy Alex Ferguson grzmi w wywiadzie dla BBC, że angielski futbol zaprzedał duszę telewizyjnemu diabłu - oddając im np. władzę nad terminarzem rozgrywek - a skoro zaprzedał, to belzebuby płacą klubom haniebnie mało. (Tylko brytyjski Sky za lata 2010-2013 dał całej lidze 1,6 mld funtów).

Najbardziej zdumiewająco wygląda jednak przytaczany przez „Timesa” raport agencji Brand Finance, według której Manchester United stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na świecie. Wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook. Innych angielskich klubów piłkarskich trzeba szukać niziutko - Chelsea leży na 54. miejscu w rankingu, Arsenal na 160., a Liverpool na 171. Gdzie plasują się Barcelona i Real Madryt, wyspiarze nie podali (pełen raport jest niedostępny), wiemy tylko, że obaj potentaci MU ustępują, choć to dla nich grają Messi, C. Ronaldo i tabun hiszpańskich mistrzów świata. I to oni czerpią wizerunkowe zyski z najsłynniejszego klubowego meczu, czyli El Clasico.

W sezonie 2006/2007 Manchester United zlecił TNS Sport, by zbadała, ilu kibiców - choć to nieprecyzyjne tłumaczenie rzeczownika „followers”, chodzi generalnie śledzących mecze i losy klubu - ma w skali całej planety. Firma przepytała 28 tysięcy osób z 21 krajów rozrzuconych po sześciu kontynentach. I oszacowała, że „Czerwonym Diabłom” kibicuje 333 mln osób (192 mln w Azji). Obecnie ponawia gigantyczną sondę, wyniki dostarczy za kilka miesięcy.

Inna firma - Futures Sports and Entertainment - wyliczyła, że w ubiegłym sezonie transmisje meczów MU przyciągnęły 4,2-miliardową widownię. Większą niż wszystkie wyścigi Formuły 1 razem wzięte.

Kiedy patrzę na te wielkie liczby, staje się dla mnie jasne, że dla właścicieli MU pojedynczy kibic na Old Trafford traci znaczenie. W perspektywie globalnej jest przecież niewidoczny.

A komercjalizowanie i globalizowanie futbolu wcale nie osiągnęło masy krytycznej. Malcolm Glazer powiedziałby raczej, że dopiero się rozpoczęło. Potwór już kłapnął, ale jeszcze nie rozdziawił paszczy.

niedziela, 25 września 2011

Pomysł na ten felieton wkopał mi do głowy David Silva - patrzyłem wczoraj, jak popycha stopą piłkę, przypomniałem sobie o jego zawijasowatych akcjach zmajstrowanych z Sergio Aguero i… samo się napisało. Do przeczytania w poniedziałkowej „Gazecie” albo tutaj.

sobota, 24 września 2011

5:0 z Villarrealem, 8:0 z Osasuną Pampeluna, 5:0 z Atletico Madryt. Przed chwilą chyba po raz pierwszy poczułem, że to już przestaje być sportem. W sporcie przynajmniej teoretyczna równość szans na początku zawodów jest niezbędna, warto też odczuwać jakiekolwiek emocje i śladową choćby niepewność co do wyniku. A kiedy Barcelona rozgrywa ligowy mecz na Camp Nou, daje widzowi satysfakcję wyłącznie estetyczną. Uczestnik Ligi Mistrzów Villarreal przetrwał tam bez strat 25 minut, Osasuna utrzymała się przy życiu 5 minut, uchodzące za krajowego potentata Atletico wyzionęło ducha w minucie 9.

Po niedawnym nokaucie na pampeluńczykach znajomy entuzjasta futbolu - niezwiązany emocjonalnie ani z Barcą, ani z Realem - zadzwonił do mnie i powiedział, że w trakcie transmisji po raz pierwszy miał wrażenie, iż Katalończycy grają chwilami nieczysto, bo tak się z rywalem zabawiają, jakby go chcieli poniżyć. Brzmi na pozór nonsensownie - gospodarze grzeszą głównie tym, że obchodzić się z piłką w fenomenalnie, w sposób niedościgniony dla całej reszty ludzkości. Ale przecież zdarza się, że ludzie sportu świadomie powstrzymują się przed wyrządzaniem przeciwnikowi przesadnej krzywdy. Kiedy w minionym sezonie włoskiej Serie A Udinese wbiło w Palermo siódmego gola, trener Francesco Guidolin nie wytrzymał i rozkazał swoim ludziom, by następnych nie strzelali. Mijała wtedy zaledwie 60. minuta gry...

A może właśnie taka postawa - świadome, powodowane litością oszczędzanie pokonanego - oznacza brak szacunku dla niego?

Ja w każdym razie nie zaobserwowałem, by wirtuozi z Camp Nou z premedytacją upokarzali rywali. Na blog wpadłem na kilkuakapitowy momencik, bo chciałem podzielić się refleksją, że wkrótce prawdopodobnie zacznę spoglądać na ligowe mecze Barcy na własnym stadionie jak na widowiska sportopodobne - upstrzone atrakcjami show z gatunku, który uprawiają koszykarscy kuglarze z Harlem Globetrotters.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi