RSS
piątek, 30 września 2011

W jutrzejszej „Gazecie” opublikujemy artykuł „Legia gra z Wisłą, a kibic zostaje w domu”, w którym Robert Błoński pisze o tym, że nasz futbol nie dochował się ani jednego ligowego klasyka tak rozpalającego fanów, by za każdym razem wypełniali trybuny po ostatnie krzesełko. Zachęcam do lektury, teraz wyjmuję z niego tylko dwa cytaty, bo jak je czytałem, to zbaraniałem.

- Niczego się nie spodziewam po tym meczu. Wiele razy spodziewałem się świetnego widowiska, a zawsze wychodził „pasztet”. Dlatego teraz nie będę nakręcał koniunktury, żeby się nie skompromitować - wzdycha przed niedzielnym szlagierem na Łazienkowskiej Grzegorz Mielcarski, stały ekspert stacji Canal+, która wydaje grube miliony za ligowe transmisje. - Też nie spodziewam się wiele. Choć zachowawcza gra czołowych klubów dostarczyłaby kolejnych argumentów, że ligi nie warto oglądać - dodaje Andrzej Juskowiak, stały ekspert Polsatu, który też wydaje ciężkie miliony za ligowe transmisje.

Trzeba obu ekspiłkarzom oddać, że promują produkt oferowany przez ich telewizje z biglem, szefowie Canal+ i Polsatu będą pewnie pod wrażeniem. A może powinniśmy szczerość Mielcarskiego i Juskowiaka specjalnie docenić, bo skoro mówią, co myślą, nie dbając o interes płacących im stacji, to są ekspertami naprawdę niezależnymi i godnymi zaufania, którzy nigdy nie będą nam wmawiać, że papier ścierny smakuje im jak konfitury?

19:22, rafal.stec
Link Komentarze (31) »

W startującej właśnie lidze siatkarzy rozbłyskują kolejne zagraniczne gwiazdy, ale faworytem pozostaje broniąca tytułu, panująca w kraju od siedmiu sezonów Skra Bełchatów, która na rynku transferowym nie szaleje.

Finansowo PlusLiga nadal ustępuje ligom włoskiej i rosyjskiej, a także czołowym klubom tureckim, ale dysponuje atutami czyniącymi ją fenomenem osobnym w całym naszym sporcie - po Europie roznosi się sława Polski jako krainy nadzwyczaj przyjaznej siatkówce, więc obcokrajowcy lgną do naszych pełnych hal także dlatego, że mogą tutaj poczuć się idolami roztańczonych tłumów. Sprzyja nam w dodatku ogólnoeuropejska recesja, poważni konkurenci polskich drużyn zbiednieli m.in. przez zapaść Grecji. A niewykluczone, że przez kłopoty Włoch zbiednieją wkrótce jeszcze rywale z Serie A.

By docenić potężniejącą ligę polską, wystarczy uświadomić sobie, ile siły ognia przybyło podczas wakacji faworytom. Bohaterowi poprzedniego sezonu Mariuszowi Wlazłemu ze Skry oraz rzeszowskiemu kanonierowi Gyorgy'emu Grozerowi wyzwania rzucą atakujący reprezentacji Włoch Michał Łasko (Jastrzębie) i atakujący reprezentacji Francji Antonin Rouzier (Zaksa Kędzierzyn-Koźle). Nie są to jeszcze siatkarze formatu Miljkovicia czy Michajłowa, ale przewyższają ich już tylko najlepsi na swojej pozycji gracze na świecie.

Zatrudnia ich kwartet firm, które tworzą lokalną elitę - o wyraźnie okazalszych od reszty stawki budżetach, mniej lub bardziej otwarcie mierzących w mistrzostwo kraju. I popierających swoje aspiracje coraz śmielszymi posunięciami transferowymi. W Resovii piłkę Grozerowi będzie wystawiał jego dawny znajomy z Friedrichshafen, były triumfator Ligi Mistrzów Lukáš Ticháček; Zaksę uskrzydli wracający do Polski Guillaume Samica; do Jastrzębia zlecieli reprezentanci USA Russell Holmes i Brian Thornton, Holender Rob Bontje oraz podebrani warszawskiej Politechnice, wypromowani przez Andreę Anastasiego kadrowicze - Michał Kubiak ze Zbigniewem Bartmanem.

Ale siatkarze o rozpoznawalnych nazwiskach przyjmują już również zaproszenia z uboższych klubów. Jeśli gdański beniaminek zdołał przyciągnąć fińskiego atakującego Mikko Oivanena, Fart Kielce - francuskiego rozgrywającego Pierre'a Pujola, AZS Indykpol Olsztyn - bułgarskiego przyjmującego Metodiego Ananiewa, a Delecta Bydgoszcz - zwolnionego przez Skrę Stephane'a Antigę, to mamy prawo oczekiwać, że poziom całych rozgrywek się podniesie. Mecze nabiorą intensywności, zdobywanie punktów będzie kosztowało więcej wysiłku, nasi siatkarze przywykną do gry wymagającej pełniejszej koncentracji i pełniejszego zaangażowania. Tych ostatnich, dodajmy, wciąż chronią przepisy zezwalające na przebywanie na boisku maksymalnie trzech obcokrajowców jednocześnie. Przepisy prawdopodobnie sprzeczne z prawem unijnym, lecz błogosławione z punktu widzenia interesu polskich graczy.

Przy zamaszystych transferowych ruchach miażdżącej większości klubów, złota od 2005 roku, zazwyczaj pewnie zwyciężająca w finale Skra ledwie drgnęła. Jej szefowie ewidentnie widzą w niej perfekcyjnie pracujący bolid, którego przed kolejnym wyścigiem wystarczy wypolerować. O ile doświadczony Holender Wytze Kooistra (najlepiej punktujący środkowy w minionym sezonie Serie A) będzie chciał wtargnąć do podstawowej szóstki, o tyle młodzi Serbowie Konstantin Cupković (24 lata) i Aleksandar Atanasijević (20 lat) konkurencji z reprezentantami Polski - odpowiednio Bartoszem Kurkiem i Mariuszem Wlazłym - raczej na razie nie wytrzymają. Co nie oznacza, że nie doczekają wspaniałej przyszłości. Zwłaszcza Atanasijević, najskuteczniejszy siatkarz juniorskiego mundialu, uchodzi za bajecznie zdolnego.

Skry nadal nie sposób traktować inaczej jak absolutnego faworyta rozgrywek. Przeciwnicy znów przeprowadzali czystki w szatni i sprowadzali nowych ludzi na newralgiczne pozycje, bełchatowianom służy błoga stabilizacja. I długie, relaksujące wakacje wielu z nich. Wlazły, Winiarski i Pliński zrezygnowali w tym sezonie z gry w reprezentacji, dla Hiszpanii nie skakał wystawiający Miguel Falasca. Powinni być wypoczęci i głodni walki, a dwaj pierwsi - zepchnięci ostatnio w cień przez polskich brązowych medalistów mistrzostw Europy - także zdeterminowani, by przypomnieć, że to oni są najjaśniejszymi gwiazdami naszej siatkówki. Jaśniejszymi nawet od nadlatujących stadami renomowanych obcokrajowców.

Tagi: siatkówka
11:41, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 września 2011

Kiedy przed sześcioma laty na Old Trafford wpłynęła rodzina amerykańskich rekinów finansjery, fani witali ją, delikatnie mówiąc, nieprzychylnie. Buntowali się i wobec gwałtownie rosnących cen biletów, i wobec rosnącego zadłużenia klubu, i wobec rosnącej komercjalizacji klubu. Najbardziej radykalni odwrócili się od Manchesteru United i założyli konkurencyjny FC United of Manchester (nawiasem pytając, śledzicie ich losy?).

Glazerowie tymczasem korzystali ze swoich doświadczeń z NFL i konsekwentnie rozwijali marketingową nadbudowę, bo byli przekonani, że poprzednicy - choć uchodzili za światowych liderów w futbolowym biznesie - nie zdawali sobie sprawy, jak gigantyczny potencjał marnują. Liczba marketingowców pracujących poza siedzibą klubu wzrosła od chwili ich przybycia z 2 do 45, w przyszłym roku otwarte zostanie biuro w Hongkongu.

Dziś MU związany jest kontraktami reklamowymi z 20 wielkimi korporacjami i kilkudziesięcioma mniejszymi firmami. Prekursorskim majstersztykiem menedżerowie błysnęli w sierpniu, gdy sprzedali DHL-owi miejsce na koszulkach... treningowych. Nikt wcześniej na to nie wpadł, oni wynegocjowali 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I w czasach globalnej recesji dynamicznie zwiększają przychody. Są tak skuteczni, że kupujący prawa do Premier League medialni magnaci już powinni się bać, gdy Alex Ferguson grzmi w wywiadzie dla BBC, że angielski futbol zaprzedał duszę telewizyjnemu diabłu - oddając im np. władzę nad terminarzem rozgrywek - a skoro zaprzedał, to belzebuby płacą klubom haniebnie mało. (Tylko brytyjski Sky za lata 2010-2013 dał całej lidze 1,6 mld funtów).

Najbardziej zdumiewająco wygląda jednak przytaczany przez „Timesa” raport agencji Brand Finance, według której Manchester United stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na świecie. Wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook. Innych angielskich klubów piłkarskich trzeba szukać niziutko - Chelsea leży na 54. miejscu w rankingu, Arsenal na 160., a Liverpool na 171. Gdzie plasują się Barcelona i Real Madryt, wyspiarze nie podali (pełen raport jest niedostępny), wiemy tylko, że obaj potentaci MU ustępują, choć to dla nich grają Messi, C. Ronaldo i tabun hiszpańskich mistrzów świata. I to oni czerpią wizerunkowe zyski z najsłynniejszego klubowego meczu, czyli El Clasico.

W sezonie 2006/2007 Manchester United zlecił TNS Sport, by zbadała, ilu kibiców - choć to nieprecyzyjne tłumaczenie rzeczownika „followers”, chodzi generalnie śledzących mecze i losy klubu - ma w skali całej planety. Firma przepytała 28 tysięcy osób z 21 krajów rozrzuconych po sześciu kontynentach. I oszacowała, że „Czerwonym Diabłom” kibicuje 333 mln osób (192 mln w Azji). Obecnie ponawia gigantyczną sondę, wyniki dostarczy za kilka miesięcy.

Inna firma - Futures Sports and Entertainment - wyliczyła, że w ubiegłym sezonie transmisje meczów MU przyciągnęły 4,2-miliardową widownię. Większą niż wszystkie wyścigi Formuły 1 razem wzięte.

Kiedy patrzę na te wielkie liczby, staje się dla mnie jasne, że dla właścicieli MU pojedynczy kibic na Old Trafford traci znaczenie. W perspektywie globalnej jest przecież niewidoczny.

A komercjalizowanie i globalizowanie futbolu wcale nie osiągnęło masy krytycznej. Malcolm Glazer powiedziałby raczej, że dopiero się rozpoczęło. Potwór już kłapnął, ale jeszcze nie rozdziawił paszczy.

niedziela, 25 września 2011

Pomysł na ten felieton wkopał mi do głowy David Silva - patrzyłem wczoraj, jak popycha stopą piłkę, przypomniałem sobie o jego zawijasowatych akcjach zmajstrowanych z Sergio Aguero i… samo się napisało. Do przeczytania w poniedziałkowej „Gazecie” albo tutaj.

sobota, 24 września 2011

5:0 z Villarrealem, 8:0 z Osasuną Pampeluna, 5:0 z Atletico Madryt. Przed chwilą chyba po raz pierwszy poczułem, że to już przestaje być sportem. W sporcie przynajmniej teoretyczna równość szans na początku zawodów jest niezbędna, warto też odczuwać jakiekolwiek emocje i śladową choćby niepewność co do wyniku. A kiedy Barcelona rozgrywa ligowy mecz na Camp Nou, daje widzowi satysfakcję wyłącznie estetyczną. Uczestnik Ligi Mistrzów Villarreal przetrwał tam bez strat 25 minut, Osasuna utrzymała się przy życiu 5 minut, uchodzące za krajowego potentata Atletico wyzionęło ducha w minucie 9.

Po niedawnym nokaucie na pampeluńczykach znajomy entuzjasta futbolu - niezwiązany emocjonalnie ani z Barcą, ani z Realem - zadzwonił do mnie i powiedział, że w trakcie transmisji po raz pierwszy miał wrażenie, iż Katalończycy grają chwilami nieczysto, bo tak się z rywalem zabawiają, jakby go chcieli poniżyć. Brzmi na pozór nonsensownie - gospodarze grzeszą głównie tym, że obchodzić się z piłką w fenomenalnie, w sposób niedościgniony dla całej reszty ludzkości. Ale przecież zdarza się, że ludzie sportu świadomie powstrzymują się przed wyrządzaniem przeciwnikowi przesadnej krzywdy. Kiedy w minionym sezonie włoskiej Serie A Udinese wbiło w Palermo siódmego gola, trener Francesco Guidolin nie wytrzymał i rozkazał swoim ludziom, by następnych nie strzelali. Mijała wtedy zaledwie 60. minuta gry...

A może właśnie taka postawa - świadome, powodowane litością oszczędzanie pokonanego - oznacza brak szacunku dla niego?

Ja w każdym razie nie zaobserwowałem, by wirtuozi z Camp Nou z premedytacją upokarzali rywali. Na blog wpadłem na kilkuakapitowy momencik, bo chciałem podzielić się refleksją, że wkrótce prawdopodobnie zacznę spoglądać na ligowe mecze Barcy na własnym stadionie jak na widowiska sportopodobne - upstrzone atrakcjami show z gatunku, który uprawiają koszykarscy kuglarze z Harlem Globetrotters.

piątek, 23 września 2011

Dragan Travica, rozgrywający włoskich wicemistrzów Europy w siatkówce, opowiedział, że tuż przed niedzielnym finałem wzruszył się jak rzadko w życiu, bo trener Mauro Berruto - z wykształcenia filozof - przemawiał w szatni tak przejmująco i sugestywnie, że mógłby konkurować z Tonym d’Amato perorującym w finale „Any Given Sunday”. Co sprowokowało mnie, bym wreszcie poruszył blogowo temat, który nurtuje mnie od dawna, lecz nie znajdowałem pretekstu, by się nim zająć.

Dzięki szaleńczemu rozrastaniu się medialnej wszechmaszynerii oraz wyrafinowanej, wciskającej się nie tylko na boiska technologii wielki sport obserwujemy z coraz drobniejszymi szczegółami. Podglądamy wygibasy graczy z niespotykanych wcześniej punktów widzenia; analizujemy powtórki tak zwolnione, że niemal rozbite na poszczególne klatki; podsłuchujemy trenerów siatkarskich czy koszykarskich, którzy proszą o przerwę; zerkamy na diagramy z rozrysowanymi przez nich taktycznymi planami; specjaliści od czytania z ruchu warg opowiadają nam, o czym mówią na ławkach trenerzy piłkarscy; jesteśmy widzami teatru konferencji prasowych i spontanicznych komentarzy tużpomeczowych; poznajemy treść SMS-ów rozsyłanych zawodnikom przez szkoleniowców; patrzymy na treningi, zajeżdżające na stadion autokary z drużyną oraz obwieszonych biżuterią i okablowanych iPodami piłkarzy, którzy zmierzają do szatni.

Ale kiedy do szatni już wejdą, światła gasną.

Ciemność zapada, kiedy robi się najciekawiej. Gdybym miał wskazać tę jedną najbardziej intrygującą część sportowego spektaklu, za poznanie której dałbym się pokroić, nabić na rożen i osmalić do popiołu, wybrałbym właśnie tajemnicę szatni. Szatni rozżarzonej emocjami w przerwie albo rozsadzanej głosem przemawiającego trenera przed meczem. To byłoby coś - zobaczyć, jak zachowują się skopani trzema golami piłkarze Liverpoolu po 45 minutach stambulskiego finału Ligi Mistrzów. Zobaczyć, jak rozjuszony Alex Ferguson legendarną „suszarką” budzi do życia swoich ludzi z Manchesteru, którzy ośmielili się przegrywać. Jak Mourinho wbija pod hełmy swoich żołnierzy przeświadczenie, że wychodzą wojować z całym światem, więc muszą wroga okładać do pogruchotania kończyn i ostatniej kropli potu. Jak Smuda celowo upraszcza swój wokabulariusz, by rozjaśnić kadrowiczom zawiłości oryginalnej smudowej koncepcji taktycznej, i przypomina, że dzisiejszy sparing jest w istocie wojną na śmierć i życie, którą trzeba wygrać za wszelką cenę, nawet cenę zwlekania do ostatnich minut z wpuszczeniem na murawę rezerwowych, by ich towarzysko przetestować.

Owszem, niekiedy sportowcy po zakończeniu karier ujawniają - w autobiografiach albo wywiadach - co działo się w chwilach najważniejszych bądź krytycznych. Ale co innego relacja nawet bezpośredniego świadka (po latach zawsze zniekształcająca rzeczywistość), a co innego zapis wideo lub audio.

Właściwie to nie rozumiem, dlaczego jeszcze nic nie wypłynęło i szatnia pozostała ostatnim miejscem dla mas bezwyjątkowo niedostępnym. Dlaczego żaden zawodnik siedzący w szatni nie włączył po cichu minisprzętu, nie wpuścił nagrania do sieci (oczywiście anonimowo), nie ofiarował ludzkości naszego wspólnego dziedzictwa - skoro wydaje się intymne listy genialnych artystów do swoich przyjaciół, żon i nałożnic, to czy nie powinniśmy zadbać, by potomni wiedzieli, jak przemawiał genialny trener?

Wiem, sportowiec przed finałem skupia się na kwestiach donioślejszych, czyli na drodze do zwycięstwa. Wierzyłem jednak, że w czasach całodobowego, publicznego obnażania się na fejsbukach, portalach fejsbukopodobnych i w ogóle kompulsywnego ekshibicjonizmu, rejestrowanie sekretów szatni stanie się odruchem, któremu objuczony elektroniką zawodnik nie zdoła się oprzeć. I który w żadnym razie go nie zdekoncentruje.

A może sportowcy nie nagrywają z tego prozaicznego powodu, że nikt im tego świetnego pomysłu nie podsunął? W każdym razie dziś możemy sobie tylko przypominać, jak swoich ludzi motywował mały wielki Al Pacino (169 centymetrów wzrostu i prawie tyle znakomitych ról), czyli wspomniany przez Travicę Tony d’Amato:



Tagi: siatkówka
15:52, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
środa, 21 września 2011

Bez śladowych wątpliwości: izraelski rozgrywający ma oczywiste prawo pocić się w reprezentacji Polski, a selekcjoner Franciszek Smuda ma oczywiste prawo go powoływać. Maora Meliksona łączą bezdyskusyjne więzi z naszym krajem (urodzona w Legnicy matka); o nasz paszport nie musiał się specjalnie starać, uzyskanie go było formalnością; a przede wszystkim jako obywatelowi RP przysługuje mu wszystko to, co pozostałym obywatelom RP.

Nigdy dość podkreślania, że nikomu z polskim obywatelstwem nie wolno odmawiać gry dla Polski - zaniechanie może wpędzić w mimowolny sojusz z oszołomstwem lustrującym piłkarzy według pochodzenia, analizujących ich kolor skóry, szukającym „prawdziwych Polaków”. W przeddzień nieuchronnej zadymy wokół kazusu Meliksona już się boję, że głos zabiorą politycy, resentymenty wykorzystujący bez skrupułów, jeśli tylko dzięki temu zbliżą się o kilka głosów do poselskich diet.

Zarazem jednak nie umiem nie dostrzec, że wychowanych za granicą piłkarzy werbujemy - rozpaczliwie zabiegając o uniknięcie klęski na Euro 2012 - w sposób coraz bardziej zawstydzający i polski futbol ośmieszający. Oj, będą miały obce media przed mistrzostwami używanie.

Oto agent Meliksona podpytywał w PZPN o możliwość powołania jego klienta do polskiej kadry w czasie, gdy jego klient - uwaga! - ćwiczył na zgrupowaniu kadry izraelskiej. Ba, piłkarz Wisły wcześniej już dla niej zagrał i być może zagrałby ponownie, gdyby nie kontuzja. Następnie jego poprzednia reprezentacja - chyba można już ją tak nazywać? - poprzegrywała mecze z Grecją oraz Chorwacją, praktycznie tracąc szansę na awans do Euro 2012. Co więcej, dziennikarze z Izraela oceniają, że wobec silnej konkurencji w kadrze Melikson raczej nie dochrapałby się występów w podstawowej jedenastce, a brat piłkarza rezolutnie zwraca uwagę, że Maor wchodzi w wiek dojrzały i młodniał nie będzie. Dlatego nawet pobieżna znajomość środowiskowych realiów wystarcza, by zastanawiać się, czy rozgrywający z Krakowa zwyczajnie nie potrzebuje pobiegać w salonie wystawowym (do którego podczas mistrzostw kontynentu zajrzy cała Europa), żeby przed dobiciem do trzydziestki wynegocjować ostatni w karierze tłusty kontrakt.

Jeszcze raz: krępujące jest już to, że Melikson zaledwie miesiąc temu (!) wybrał Izrael. Nie pięć lat temu, nie rok temu. Miesiąc. Ba, strzelił dla Izraela dwa gole. Takiej chorągiewki jeszcze do naszej reprezentacji nie wetknęliśmy.

Naprawdę żałośnie sytuacja wygląda jednak w planie ogólnym. Smuda powoływał już lub nadal powołuje sześciu piłkarzy zagranicznych, czyli gdzie indziej wyedukowanych - Boenischa, Perquisa, Matuszczyka, Polanskiego, Rogera i Obraniaka. Próbował też przeciągnąć pod naszą flagę trzech innych, ale nie zdołał - Acquafresca zwyczajnie odmówił (pomimo mamy z domu Murkowskiej), Kościelny dodatkowo niegrzecznie się na trenera wypiął, antypatycznego boiskowego prowokatora Arboledy nie życzyli sobie inni kadrowicze.

Melikson zamyka na liście pierwszą dziesiątkę. Gdyby zatem wszyscy oferty od Polski przyjęli, moglibyśmy już wystawić w polu wyłącznie piłkarzy importowanych. W obronie stanęliby Kolumbijczyk Arboleda, Francuz Perquis, Francuz Kościelny i Niemiec Boenisch, w pomocy osłanialiby ich Niemcy Polanski i Matuszczyk, przed nimi wymienialiby się pozycjami Francuz Obraniak, Izraelczyk Melikson i Brazylijczyk Roger, rywali ostrzeliwałby napastnik Włoch Acquafresca.

I niczego tutaj nie naginam, powyższej układanki nie wyjąłem z czystej fantazji, wszyscy wymienieni albo mieliby pewne miejsce w podstawowej jedenastce, albo poważnie do niej aspirowali. (No, może jeden Guerreiro by nie aspirował).

Jeszcze przed chwilą chciałem się ucieszyć, że niektórzy nam odmówili, bo dzięki nim nie wystawimy na Euro najbardziej kuriozalnej drużyny w dziejach mistrzostw - niemal w całości „pożyczonej”, sklejonej z kopaczy, którymi wzgardzili konkurenci. Niestety, już za późno. Kuriozalną drużynę wystawimy.

W wielu krajach zdarzało się, że piłkarzy naturalizowano, nawet nieskończenie bogaci w talent Hiszpanie zaprosili do swojej szatni Brazylijczyka Marcosa Sennę - i zdobyli mistrzostwo kontynentu. Nigdzie w Europie nie importowano jednak kadrowiczów na skalę masową, nigdzie nie uczyniono z tego procederu podstawowej metody budowania reprezentacji. Wszędzie drużyna narodowa jakoś odzwierciedla piłkarską rzeczywistość kraju - Anglicy notorycznie rozczarowują na wielkich turniejach, bo o potędze ich klubów stanowią obcokrajowcy; Włosi przeżyli upokorzenie na mundialu, bo całe calcio popadło w kryzys; wspomniani Hiszpanie zawdzięczają złote medale fantastycznym futbolowym uniwersytetom (nie tylko barcelońskiemu i madryckiemu); wreszcie obcobrzmiące nazwiska w kadrze Niemiec są naturalną konsekwencją przemian demograficznych, niemal wszystkie należą do graczy przez naszych zachodnich sąsiadów szkolonych od brzdąca. Tłum naturalizowanych cudzoziemców upychają w szatni tylko kraje leżące na peryferiach poważnego futbolu, jak np. Katar.

Tymczasem nasza reprezentacja coraz bardziej się od naszych realiów odrywa. Kiedy spolszczaliśmy Emmanuela Olisadebe, Nigeryjczyk dodawał drużynie uroku i świadczył o naszej otwartości. Sprawa Rogera Guerreiro budziła już kontrowersje, bo spolszczaliśmy go w trybie nadzwyczajnym, byle zdążyć przed Euro 2008, ale Brazylijczyk wciąż był jedynakiem, przypadkiem osobnym.

Teraz przyspieszyliśmy, łamiąc niepisaną międzynarodową umowę, by reprezentacji nie zamieniać w handlujący piłkarzami klub, jeśli nie chcemy odebrać reprezentacyjnej rywalizacji sensu. I ryzykując, że kibice przestaną się z drużyną narodową utożsamiać. Nie tylko z powodu bariery językowej (Melikson nie mówi po polsku) - kadra Smudy przeobraża się w twór sztuczny, całkowicie wykorzeniony z naszych muraw. Jej kształty przypominają co najwyżej, że zajmujący się piłką Polak cwany jest, obrotny i potrafi kombinować.

wtorek, 20 września 2011

Nasz wybitny przed laty bramkarz postanowił zostać politykiem i parlamentarzystą. Wszystkie niezbędne atuty posiada, dzięki tym samym zaletom od lat ciągają go przecież po telewizjach - jest chyba najbardziej wulgarnym komentatorem naszej rzeczywistości futbolowej (ze szczególnym upodobaniem zabawia masy metaforami o kiblach i burdelach), umie splunąć słowem na dowolną odległość, gardzi logiką i merytoryką wypowiedzi, składane przez niego zawiadomienia o przestępstwach rzekomo popełnianych przez działaczy prokuratura konsekwentnie odrzuca.

Wczoraj Jan Tomaszewski skomentował m.in. powołanie do reprezentacji kraju piłkarza Damiena Perquisa, francuskiego potomka emigrantów z Polski: „Jakiś śmieć francuski, taki śmieć futbolowy, który u siebie się nie załapał, gra u nas. Brzydzę się też takiej reprezentacji. Że on gra w koszulce z orłem, w której my, prawdziwi Polacy, zdobywaliśmy medale dla Polski!”

Sam wielokrotnie zgłaszałem zastrzeżenia do masowego importu wykopanych na cudzych boiskach, mających jakiekolwiek związki z naszych krajem obcokrajowców, którzy są zbyt słabi, by kopać dla swoich krajów, więc przygarniamy ich do siebie, by ukryć beznadzieję własnego systemu szkolenia. Ale publicznie wyzywać od „śmieci”? Publicznie się „brzydzić”? Czy Tomaszewski byłby w stanie napluć na Perquisa także wtedy, gdyby stanął z nim twarzą w twarz?

Wiem, nic nowego pod słońcem, Tomaszewski kompromituje się od lat, ilekroć otworzy usta. Jeśli reaguję blogowo na jego kolejny wybryk, to ze względu na zbieg okoliczności - właśnie wróciłem z zagranicy, w Karlovych Varach musiałem o nim jednemu tubylcowi opowiadać. Znów. Poza Polską zdarza mi się to dość często.

Superbohaterem niemieckich mistrzów świata z 1974 roku był Franz Beckenbauer - wszyscy wiedzą, czym się dziś zajmuje, to w światowym futbolu wciąż wielka osobistość. Superbohaterem ówczesnych holenderskich wicemistrzów świata był Johan Cruyff - też wszyscy wiedzą, czym się zajmował potem, to jego wizjonerstwo stoi za wielopodaniowymi arcydziełami tkanymi przez Barcelonę i reprezentację Hiszpanii.

Spośród naszych superbohaterów tamtej ery reszcie świata najbardziej zapadli w pamięć bramkarz (w eliminacjach zatrzymał Anglię, w finałach obronił dwa rzuty karne) oraz prawoskrzydłowy (został królem strzelców). A ja nienawidzę dziś wysłuchiwać za granicą regularnie padających pytań: „Co dziś porabia Tomaszewski? Telewizja? O czym tam opowiada? A co porabia Lato? Prezes PZPN? A jak się spisuje na czele związku”

Odpowiadam szczerze, więc wolę nie przyznawać się, co mówię o najbardziej rozpoznawalnych Orłach Górskiego. Tomaszewski musiałby mnie opluć za to, że psuję nam, Polakom, opinię.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 19 września 2011

Właśnie dojechałem z Wiednia do Warszawy, w trasie napisało mi się jeszcze jedno dziełko po kolejnych szczęśliwych dla nas mistrzostwach Europy siatkarzy. Jest tutaj. Równocześnie Przemek Iwańczyk pracował nad tekstem o drodze wiodącej Polaków do turnieju olimpijskiego w Londynie.

A teraz trzeba ponadrabiać zaniedbane sprawy futbolowe;)

Dwa lata temu w Izmirze noc była złota, ale teraz też jest pięknie. Ja w ogóle wolę, pomimo oczywistej przewagi srebra nad brązem, nadawać ostatnie turniejowe korespondencje z trzeciego miejsca, a nie z drugiego, bo wtedy mistrzostwa kończą się triumfem, a nie porażką. I mój ulubiony fotoreporter Kuba Atys zamraża rzeczywistość rozsadzaną przez dziką radość:

Jakub Jarosz i Michał Kubiak, radość po brązie ME. Fot. Kuba Atys

Siatkarzom jestem specjalnie wdzięczny za skok na podium, bo zabrali mi temat na interwencyjną publicystykę, którą musiałbym napisać, choć wcale by mi to nie sprawiło przyjemności. W razie porażki z Rosją apelowałbym mianowicie - ze świadomością bezcelowości swojej próby - do prezesa PZPS, by nie zabiegał o dziką kartę na Puchar Świata dla Polski. A zabiegałby o nią naturalnie z powodzeniem, choć nie miałby żadnych argumentów sportowych - Rosjanie zajęliby wyższą od naszych pozycję w ME, wyprzedzaliby naszych w rankingu FIVB, wygraliby z naszymi wszystkie trzy tegoroczne mecze etc. Na szczęście to już tylko jałowe spekulacje, wreszcie nie musimy też wnikać w szczegóły, by sprawdzić, czy Polaków nie wciągnęli na podium obrotni działacze. Na zaproszenie do PŚ zasłużyła reprezentacja na boisku, bo rosyjski blok został dziś skruszony przez tych m.in. panów:

Andrea Anastasi, Bartosz Kurek. Fot. Kuba Atys

A potem złoto wyszarpali Serbowie, jak zwykle napędzani przez Ivana Miljkovicia, który został MVP turnieju i teraz, i 10 lat temu, kiedy mistrzostwo kontynentu zdobywała jeszcze Jugosławia. To jeden z moich ulubionych sportowców. Wygrał wszystko - jako 21-letni młokos zostawał już mistrzem olimpijskim - ale nadal uprawia siatkówkę, by „spełniać marzenia”. W tym roku spełnił, jak twierdzi, swoje największe - kupił dom w Nowym Jorku.

Na stałe planuje jednak zamieszkać w Italii („mentalnie jestem bardziej Włochem niż Serbem”), a triumfy swego niewielkiego, siedmiomilionowego kraju w grach drużynowych tłumaczy tak: „Od tysięcy lat wszelkie problemy umiemy rozwiązywać wyłącznie poprzez wojnę. I mamy pewien sekret. Otóż wystarczy, że ktoś nam powie, że czegoś nie da się zrobić albo gdzieś się nie da dotrzeć, a my na pewno to zrobimy albo tam dotrzemy”.

Ivan Miljkovic. Fot. Kuba Atys

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi