RSS
czwartek, 30 września 2010

Porażka - poniesiona we właściwym momencie, na wczesnym etapie rywalizacji - bywa w sporcie bezcenna. Prawdziwych mistrzów motywuje, pozwala wyraźniej dostrzec własne słabości, zachęca do podjęcia trudnych, odkładanych na później, lecz niezbędnych decyzji. O czym przypomnieli nam właśnie piłkarze Interu.

W sobotę oberwali w lidze włoskiej do Romy i w ogóle przeżyli wieczór bardzo przykry - telewizyjne kamery wychwyciły wrzask Cristiana Chivu, który zagroził trenerowi, że zejdzie z boiska, jeśli jego koledzy nie zaczną uczciwie pracować na zwycięstwo. W szatni za wyskok przeprosił, ale klimat wokół mediolańczyków zrobił się podły. Wielu Włochów odczytało incydent jako niezamierzone podważenie kompetencji Rafaela Beniteza, któremu brakuje osobowości poprzednika, Jose Mourinho, więc nie umie nakłonić podwładnych do zaciekłej walki.

Inter wyskoczył z dołka we wspaniałym stylu, a ofiarą jego wściekłej żądzy triumfu padł Werder Brema. We wtorkowy wieczór triumfatorzy Ligi Mistrzów rozegrali mecz perfekcyjny, zwłaszcza w pierwszej połowie wdeptali rywali w murawę. Przy okazji dowiedzieli się, że istnieje życie - piękne życie - bez Milito i Zanettiego (kontuzje osłabiły zresztą każdą formację). Że jeśli Eto’o niesie fenomenalna forma, to wyganianie go z pozycji środkowego napastnika jest zbrodnią na futbolu. Że 18-letniego Coutinho oraz 22-letniego Biabiany’ego wolno już wypuścić w podstawowej jedenastce (obu naraz!), co dla nieufnego wobec młodości calcio może być odkryciem sensacyjnym.

Kiedy oglądałem zgniatających Werder mediolańczyków, pomyślałem o brazylijskich siatkarzach. Ich też nękają poważne kłopoty kadrowe, oni też na mundialu właśnie przegrali - z Kubą. Dwie godziny wcześniej Andrea Zorzi, którego spotkałem na hali w Ankonie, zaskoczył mnie zdaniem: „Po porażce Brazylii jej szanse na złoto znacząco wzrosły”. Dwukrotny mistrz świata z lat 90. utrzymuje, że wpadka da „Canarinhos” niesłychanego kopa, że poczucie zagrożenia tylko wyostrzy im zmysły, że brazylijska gorycz po niepowodzeniu błyskawicznie zamienia się w rozsadzającą ich energię, dzięki której wznoszą nad siatkę jeszcze wyżej. A już poziom meczu Brazylia - Kuba, jak zrozumiałem z jego westchnień, uznał za podniebny.

Inter zareagował jak triumfator Ligi Mistrzów, Brazylijczycy chcą zareagować jak mistrzowie świata. Dla nas pocieszające, że polskim siatkarzom znacznie bliżej do światowego szczytu niż bremeńskim piłkarzom, rozniesionym we wtorek 4:0. I jeszcze jedno: jak usłyszałem w hotelu naszej reprezentacji, trener Rezende obiecał trenerowi Castellaniemu (znają się dziesiątki lat), że niezależnie od wyników meczów w grupie, Brazylia zagra w sobotę z Bułgarią prawdziwy mecz - wykluczył manipulowanie wynikiem dla wyrzucenia z turnieju biało-czerwonych i zapaskudzenie mundialu kolejną farsą.

PS Tutaj znajdziecie moją zapowiedź dzisiejszego hitu do „Gazety”. Spisywałem ją nieopodal Porto Recanati, w którym natknąłem się na Fiorenza Castellaniego. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. To z tego miasteczka dziadek naszego selekcjonera wyemigrował 88 lat temu do Argentyny. Wujek Fiorenza - Luigi - jest kuzynem Daniela:-)

13:55, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
środa, 29 września 2010

W drodze z Triestu do Ankony spisałem dla jutrzejszej „Gazety” artykuł podsumowujący mundialowy rozgardiasz, którym ostatnio zajmowałem się na blogu, wzbogacony o rozbiór tego, co może polskich siatkarzy jeszcze w Italii spotkać. Tekst znajdziecie tutaj. Nie wszystko ważne i/lub interesujące tam pomieściłem, choć gdyby zebrać do kupy więcej szczegółów, musielibyśmy uznać, że cała rzeczywistość MŚ tak się wygina, by kadrze Castellaniego drogę po sukces maksymalnie skomplikować - zupełnie odwrotnie niż na ubiegłorocznych mistrzostwach Europy. Nawet terminarz drugiej rundy najmniej naszym sprzyja, bo z Bułgarią sprawdzą się niespełna 20 - albo i kilkanaście - godzin po batalii z Brazylią, tymczasem obaj rywale będą odpoczywali między meczami dłużej. A kiedy na boisku rozstrzygają milimetry, poza boiskiem miewają znaczenie minuty.

Wyhamowuję, dalszych drobiazgów wam oszczędzę, zwłaszcza że siatkarzom ewentualnego niepowodzenia żadne wymówki nie osłodzą, a i kibice za wynajdywaniem okoliczności łagodzących nie przepadają. Moje myśli podążają w kompletnie odmiennym kierunku - gdyby Polakom się powiodło, gdyby wskoczyli wysoko pomimo krętactw konkurencji i w ogóle niedorzecznej formuły turnieju, osiągnęliby sukces jeszcze smaczniejszy. Cenniejszy i bardziej niezapomniany niż medale, których wykuwanie podziwiałem z bliska w latach 2006 i 2009. Inna sprawa, że w mistrzostwach tak się poplątało, że nie byłbym bardzo zaskoczony, gdyby srebro z poprzedniego turnieju obronił tylko Raul Lozano...

00:33, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 28 września 2010

Skandalem cuchnęło jeszcze przed siatkarskimi mistrzostwami świata i skandal wybuchł, regulamin turnieju zachęcał do kombinowania, więc niektórzy kombinowali bez skrupułów, waląc w twarz kibica na odlew. Serbowie nie próbowali pokonać Polski, choć nie wolno wykluczyć, że były między nimi podziały. Kiedy Michał Winiarski rzucił po meczu, że wierzy w uczciwość Nikoli Grbicia i wiarygodność jego złości okazywanej na boisku, a sam Grbić wyznał na konferencji prasowej, że ma moralnego kaca, przemknęło mi przez głowę, że niektórzy rywale chcieli walczyć bardziej, inni mniej, jeszcze inni wcale. Najbardziej ponure jest to, że w ogóle musimy się takimi dywagacjami zajmować.

Serbowie dzięki porażce uniknęli grupy złożonej wyłącznie z medalistów poprzedniego mundialu - złotych siatkarzy brazylijskich, naszych srebrnych, brązowych bułgarskich. A Włochom, którzy właśnie powygrywali sobie z Egiptem, Iranem i Japonią, za chwilę zmierzą się z zawsze groźnym Portoryko.

Co chwilę tutaj słyszę, że gospodarze muszą zwyciężać, bo ich siatkówka przechodzi kryzys, a bez zwycięstw reprezentacji nie odzyska popularności, nie podniesie się, ludzie kompletnie o niej zapomną. W gazetach też jest żałośnie, Włosi opiewają swoje małe sukcesiki jak epokowe triumfy, trzeźwą ocenę sytuacji trudno tu nawet wytropić między wersami.

W siatkówce nic nowego, o zabijaniu sportu w tym sporcie pisałem nie raz (tutaj, tutaj, tutaj i tutaj), czasem korzystaliśmy na krętactwie i my. Dlatego dziś serio boję się, że jeszcze większe zażenowanie i niesmak poczuję za cztery lata, na następnych MŚ. Zorganizuje je Polska. A doświadczenie nie daje wielkiej nadziei, że nasi działacze - jako mający wiele do powiedzenia  gospodarze - zachowają się przyzwoiciej...

01:42, rafal.stec
Link Komentarze (66) »
poniedziałek, 27 września 2010

To jest możliwe tylko na mundialu siatkarskim. Tutaj nie wystarczą zaskakujące wyniki, tu jest niezbędne jeszcze specyficzne siatkarskie rozstawianie, które nie premiuje najlepszych, lecz robi wszystko, by gospodarzy na podium nawet nie popchnąć, a zanieść. I oto do dzisiejszego meczu z Serbią polscy siatkarze przystąpią wiedząc - my dowiedzieliśmy się teraz - że jeśli znów wygrają i zakończą pierwszą rundę z kompletem zwycięstw, w następnej wpadną albo na Brazylię oraz Bułgarię albo na Kubę oraz Bułgarię. Jeśli przegrają, czeka ich to samo.

Gdyby spełnił się ten pierwszy scenriusz, w jednej grupie zagraliby wszyscy medaliści poprzednich MŚ! A przecież nie dobrnęliśmy nawet do etapu, który odpowiada ćwierćfinałom! A przecież dziś zagramy z czwartym półfinalistą ostatniego mundialu!

Włosi? Rozjechali już Japonię oraz Egipt, dzisiaj najadą na zawsze groźny Iran, w następnej rundzie zmierzą się prawdopodobnie z Portoryko i Niemcami. Żadna z tych reprezentacji o medalach na wielkich imprezach nawet nie ośmiela się marzyć.

Polacy oczywiście mogą wygrać, zresztą chcą złota, więc muszą być gotowi zbić każdego, a Bułgarzy napytali sobie biedy wskutek własnej słabości. Ale męczy mnie jedno pytanie, może lepsi znawcy sportu udzielą odpowiedzi - znacie inną dyscyplinę, w której podobne dziwactwa się zdarzają? Jakieś przykłady?

19:17, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
niedziela, 26 września 2010

Nie samymi mistrzostwami świata w siatkówce człowiek żyje, więc między meczami z Kanadą i Niemcami rąbnąłem felietonik do jutrzejszej Gazety futbolowy. Zapraszam do lektury.

20:57, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 września 2010

Takim odlotowym tytulikiem opatrzyliśmy mój tekst do „Gazety” zapowiadający siatkarskie mistrzostwa świata z polskiej perspektywy. Krajobraz przed bitwą widziany moimi oczyma znajdziecie tutaj. Zapraszam do przeczytania go wraz z wywiadem z Danielem Castellanim, który przykleiłem do poprzedniej notki. Ja za kilka godzin ruszam do Italii. Nareszcie!

00:40, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
czwartek, 23 września 2010

Na mistrzostwa świata siatkarzy ruszam jutro o świcie podekscytowany, nie umiem inaczej zwłaszcza po rozmowie z rozentuzjazmowanym trenerem Daniel Castellanim (obszerny wywiad z wczorajszej dla „Gazety” znajdziecie tutaj), który czuje, że z jego drużyną jest dobrze. Ta reprezentacja to fenomen w naszym sporcie zespołowym - po raz pierwszy jadę na poważny turniej, przed którym poważni ludzie poważnym wskazują Polskę jako bardzo poważnego pretendenta do złota.

Tylko moi ulubieni działacze siatkarscy jak zwykle wyszli z siebie, by wielkiej imprezie odebrać tyle powagi, ile się da. Znamy to doskonale: pomysł na mistrzostwa nie podoba się nikomu, kto w nich rywalizuje, ale to nie ma żadnego znaczenia. O kuriozalnym systemie rozgrywek mówi również nasz selekcjoner, opowiada, że trenerzy się buntowali, ale w FIVB oczywiście nic nie wskórali.

W pierwszej rundzie z czterozespołowych grup wyjdą po trzy najsilniejsze, w drugiej rundzie z trzyzespołowych grup wyjdą po dwie najsilniejsze. Dopiero trzecia runda premiuje awansem do półfinałów tylko zwycięzców grup - znów trzyzespołowych. Co zdrowy rozsądek jeszcze by jakoś zniósł, gdyby nie istotne drobiazgi. Primo, po każdej fazie dotychczasowy dorobek punktowy się likwiduje, wszyscy zaczynają rywalizację od zera. Secundo, wyższej pozycji w grupie regulamin nie wynagradza teoretycznie słabszymi rywalami w następnych meczach. Przeciwnie, przegrywanie się często opłaca, bo pozwala uniknąć faworytów. Wszystko przez oryginalne siatkarskie rozstawianie, dzięki któremu Włosi rozpoczną walkę od przyjemnej egzotyki - Japonii, Iranu i Egiptu. Jeśli okażą się w tej stawce najlepsi, następna runda też zapowiada się stosunkowo komfortowo.

Inaczej mówiąc, przez połowę turnieju możesz skakać byle jak - przegrać aż cztery z siedmiu meczów i awansować do półfinału, a później wziąć złoto. Albo odwrotnie - wygrywać wszystko, by pojedynczą, odosobnioną wpadką zniweczyć cały wysiłek.

Działacze wyssali z mistrzostw esencję wielkiego sportu - wysoką stawkę. Nawet jeśli siatkarze będą starali się grać serio, to w głębi duszy będą czuli, że grają o nic. Trenerzy oszczędzą każdego ze swoich ludzi, który złapie katar. Z przebiegu meczów będziemy mieli prawo wyciągać wnioski tylko wtedy, gdy zbadamy sprawę głębiej i wytropimy, czy drużyna X nie wyszła na boisko po porannej sesji na siłowni - wynik dzisiejszy nie miał znaczenia, więc trzeba przygotować się do spotkania za trzy dni.

Formalnie turniej rozpoczyna się w sobotę, w istocie rozpocznie się dopiero 4 października (potrwa do 10). FIVB okroiła mundial do niespełna tygodnia. Siatkówka ma pecha, wpadła w łapy typów twardogłowych, cynicznych, obojętnych na urok prawdziwego sport. Szczęście w nieszczęściu, że Polacy z nimi grać nie muszą.

18:17, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
środa, 22 września 2010

Mnie zawieść można tylko dwa razy: pierwszy i ostatni - tak Franciszek Smuda ogłaszał, że wypowie wojnę prawom natury i nie będzie tolerował wódczanych libacji w reprezentacji piłkarzy, zwłaszcza tajnych, organizowanych poza jego plecami (fundamentalisty nie zgrywa, wspólne pomeczowe piwo dopuszcza). Słowa selekcjoner dotrzymał, wczoraj wyrzucił z kadry Macieja Iwańskiego i Sławomira Peszkę, którzy napruci spływali hotelowymi korytarzami po przegranym sparingu z Australią. Spływ zakończył się konwersacją - ponoć mało wytworną w treści, acz bujną w decybelach - z asystentem Smudy, który usłyszał od panów piłkarzy, że się nie nadaje.

Nic nowego, Leo Beenhakker też oczyszczał kadrę z balangowiczów. I selekcjoner siatkarzy Raul Lozano, dla którego zetknięcie z naszym nabożnym stosunkiem do flaszki w ogóle było - co wiem z wielu prywatnych rozmów - przeżyciem niemal traumatycznym. Widać, że o obyczajach plemion słowiańskich wiedzę zebrał przed przyjazdem skromną.

Trener każdej polskiej drużyny, który ogłasza surowe reguły antyalkoholowe i jeszcze później chce je egzekwować, zawsze ryzykuje. Pół biedy, jeśli wyłowi z kielicha dwóch-trzech graczy. Ich usunięcie - o ile nie są megagwiazdami, a megagwiazd nie mamy - drużyny nie oszpeci. (Nawiasem mówiąc, teraz akurat padło na dwóch piłkarzy, których przydatności dla kadry nijak nie potrafiłem dostrzec). Ale co, jeśli schleje się cała jedenastka lub wręcz jedenastka z połową ławki rezerwowych? Wyrzucić wszystkich, choć np. futbolową reprezentację lepimy z takiej nędzy, że doklejamy do niej każdego obcokrajowca, który przyznaje się do polskich przodków?

To są już dylematy iście antygońskie, usidlające Smudę w klasycznym konflikcie tragicznym. Albo selekcjoner zatka nos, uda, że niczego czuje, zapomni o własnych zasadach i straci autorytet, albo okaże się nieprzejednany, wytnie skacowanych i przywiedzie reprezentację do nieuchronnej klęski.

Znam bardzo dobrego trenera, który najpierw zareagował stanowczo (bo nawaliły jednostki), a potem, tuż przed arcyważnymi meczami, odwrócił się od popijawy plecami (bo nawaliła cała grupa). Na boisku przegrał, ale gdyby w stanowczości wytrwał, przegrałby walkowerem. Od przeznaczenia nikt nie ucieknie, wóda zwana pieszczotliwie wódeczką to przecież nie tylko u nas najpowszechniej uprawiany sport amatorski, a zarazem arcypopularna rozrywka i technika relaksacyjna, którą wyprzedza co najwyżej obmacywanie pilota od telewizora.

Jeśli przybici przegraną lub uradowani wygraną piłkarze chcą się alkoholowo sponiewierać, a mają nad sobą oszołoma usiłującego zatrzymać gorzałę kijem, muszą tylko pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa: zwołać na konsumpcję liczną grupę; pilnować, by nikt nie wytaczał się na hotelowy korytarz sam i nie narażał się przez to bardziej; dbać, by nikt nie wychylał mniej. Zgodnie ze staropolskim „kto nie pije, ten kabluje” muszą postawić na integrację totalną - wykluczającą czyjąkolwiek abstynencję (pomijam posiadaczy ważnych zwolnień lekarskich), angażującą wszystkich członków grupy, opartą na pełnej synchronizacji ruchów. Jeśli smutek po porażce z Australią rzeczywiście topiło 8-12 kadrowiczów, to Peszko z Iwańskim popełnili błąd, rzekłbym, juniorski i zdradzający ich niezrozumienie ducha gry zespołowej. Wyszli na występy solowe, zamiast śpiewać chórem.

13:10, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
wtorek, 21 września 2010

Aferka skarpetkowa w reprezentacji siatkarzy przypomniała mi, jak siatkarze mają dobrze. W połowie lat 90. widziałem ówczesnego selekcjonera Wiktora Kreboka rzucającego się na Okęciu do gardeł działaczy, którzy chcieli uroczyście powitać drużynę po zwycięskich kwalifikacjach olimpijskich w Patras. Polacy osiągnęli nadzwyczajny sukces (awansowali na igrzyska po 16 latach posuchy), ale na meczach i treningach wyglądali na łachmaniarzy - zakładali koszulki nawet na wpół potargane, kadrze brakowało wszystkiego. A ja transmisji z porywającego tie-breaka w meczu z Grecją słuchałem w radiu. Telewizyjnej - wyobrażacie sobie!? - nie było.

Pamiętam też, jak na mistrzowskich imprezach już w erze siatkarskiego prosperity Krzysztof Kowalczyk co noc ślęczał nad statystykami do bladego świtu, bo PZPS nie dał mu asystenta do pomocy. Dziś kadrę wspierają nie tylko dwaj analitycy, dziś wysyłamy na mundial najliczniejszą być może - na pewno jedną z najliczniejszych - ekipę, oprócz sztabu współpracowników selekcjonera pojadą do Włoch i trenerzy, którzy będą patrzeć i się uczyć. Kiedyś oszczędzaliśmy na teraźniejszości, teraz inwestujemy w przyszłość.

Stać nas także, by reprezentacja poleciała do Brazylii - albo Brazylia przylatywała na organizowane w Polsce turnieje - i przygotowywali się do MŚ poprzez sparingi z bezdyskusyjnie najmocniejszą drużyną dekady. Tymczasem niektórych konkurentów - o biedzie u Kubańczyków pisze dzisiejszy „PS” - nie wystarcza, by posłać na MŚ pełną, 14-osobową kadrę.

Można by jeszcze powspominać, jak mecze siatkarzy przenosiły się z obskurnych sal gimnastycznych do nowoczesnych hal, choć nie ma to większego sensu. Skok cywilizacyjny wykonaliśmy przed chwilą, gwiazdy z pokolenia Gruszki czy Zagumnego przeżyli go na własnych skórach.

Dlatego dziś, nawet jeśli narzekający na problemy ze sprzętem gracze mają cząstkową rację, ich skargi brzmią trochę jak pojękiwania książąt obolałych od ziarnka grochu, które pod toną aksamitnych poduszek zostawił niedbały działacz. (Działacz sportowy to, jak wiadomo, gatunek specyficzny - zawsze da się mu coś słusznie wypomnieć). Oni żyją w pałacach, i to w czasach polskich rekordzistek świata, które trenują, jak młociarka Włodarczyk, pod mostem, albo wybitnych pływaczek, które trenują po ciemku, bo potem wyganiają je z basenu (Otylia Jędrzejczak). W grach zespołowych to już w ogóle nikt nie ma tak dobrze jak siatkarz. Piłkarz nożny kopie pokracznie i publika z niego szydzi; ręczny przegrywa na popularność i premię; koszykarza działacze wkładają w łapy selekcjonerów dyletantów, a obcokrajowcy odbierają mu miejsce pracy; hokeista wywija kijem w próżni, nikt nie zdaje sobie sprawy, że on w ogóle istnieje.

Tak, siatkarze podskakują w błogim luksusie, ale przecież z łatwością zgodzimy się, że irytować się drobiazgami mają prawo. Arystokratyczne prawo. Księżniczka naprawdę była obolała od leżenia na ziarnku grochu, im też detale naprawdę mogą przeszkadzać. Wicemistrzowie świata i mistrzowie Europy zasługują, żeby śniadania podawać im do łóżka, a kawior donosić wiadrami. Byle trenowali i walczyli o zwycięstwa do omdlenia.

Obowiązki mają też jako współcześni przedstawiciele wyższych sfer, zwani potocznie celebrytami, wobec wielomilionowej publiczności - co pewien czas wypada im mianowicie wywlec z komnat trochę brudów, by dać ludowi uciechę intymnego obcowania ze sławami. Jeśli potem siatkarz zaatakuje w aut i nie przywiezie medalu, to jego kibic - też rozpieszczony na skalę w naszym sporcie niespotykaną - od razu będzie wiedział, co się stało. Jego idol opadł sił, bo musiał sam wyprać skarpetki.

14:24, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 20 września 2010

Napisałem do dzisiejszej „Gazety” o piłkarzu, który rozstrzygnął mnóstwo meczów dla kilku słynnych klubów, ale wszędzie wydaje się ciałem obcym, nie wtopił się jeszcze w żadną drużynę. Kto chce przeczytać, niech kliknie tutaj.

13:16, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi