RSS
środa, 30 września 2009

Andriej Arszawin strzelił wczoraj Olympiakosowi Pireus gola z ewidentnego spalonego, ostatecznie odbierając rywalom nadzieję na remis (przegrali w Londynie 0:2). Brazylijski trener Zico wściekał się później przed mikrofonami BBC, że mecz prowadzili francuscy sędziowie - mecz z Arsenalem, czyli „drużyną francuskiego trenera i 10 francuskich piłkarzy”.

Był wzburzony, więc Francuzi w obozie wroga mu się rozmnożyli, ale dotknął ciekawego, chyba dotąd nie dyskutowanego problemu. Czy wobec zniesienia granic w futbolu UEFA nie powinna dobierać arbitrów ostrożniej, na wszelki wypadek - by także ich samych uwolnić od bezpodstawnych oskarżeń - analizując klubowe kadry pod względem narodowościowym? Czy polscy sędziowie powinni prowadzić mecze Apoelu Nikozja? :-) Czy Hiszpanie powinni gwizdać Liverpoolowi? Zostawiam drobiazg do przemyślenia przed wieczorem w Lidze Mistrzów…

18:59, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 29 września 2009

Jeszcze tego oficjalnie nie ogłaszałem, więc niniejszym ogłaszam - wzorem całej masy mądrzejszych i głupszych od mnie zacząłem stukać na Twitterze. Jak baran poszedłem za masami, teraz np. ćwierkam - raczej leniwie, z rzadka - o wieczorze w Lidze Mistrzów. Kto zainteresowany tymi monosylabami, niech kliknie tutaj. Niekoniecznie teraz.

21:50, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 września 2009

Kliknijcie tutaj, a znajdziecie mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”. Poniżej wklejam grafikę z mojej ulubionej „La Gazzetty”, która rozrysowała przywoływaną w tekście akcję Barcelony. Akcję inspirującą do pytania, czym jest piękno w futbolu. Czy Katalończycy rzeczywiście wyznaczają kanon? Czy są kibice, którzy katalońskiej dłubaniny nie lubią? Sam jestem tylko pewien, że piłkarze Barcelony jako jedyni płodzą obecnie dzieła absolutnie osobne i niepodrabialne, że na ich tle niemal wszyscy konkurenci grają prawie tak samo, wręcz trudno przypisywać im jakikolwiek styl. Przesadzam?

108 dotknięć Barcelony

16:19, rafal.stec
Link Komentarze (74) »
niedziela, 27 września 2009

Rzadko bloguję o Bundeslidze, ale dzisiejsze efektowne zwycięstwo Hoffenheim nad Herthą Berlin (5:1) skłoniło mnie do trzech uwag natury ogólnej.

Po pierwsze, na niemieckich stadionach wciąż dzieją się historie nieodgadnione - wśród rozpoznawalnych rozgrywek ligowych nie znajdziecie bogatszych w sensacyjne, nie znajdujące racjonalnego wytłumaczenia rozstrzygnięcia. Kto by pomyślał, że Hertha - rozwalona na szczycie tabeli przez wiele miesięcy poprzedniego sezonu - zostanie dziś przybita do jej, znaczy tabeli, dna?

Po drugie, sygnalizowany przeze mnie niedawno pomór imigrantów z Polski, niegdyś autentycznych gwiazd Bundesligi chyba wchodzi właśnie w ostatnie stadium. Stadium, by tak rzec, agonalnych drgawek. Z Herthą na dnie tkwią Piszczek i Wichniarek, a Borussia Dortmund Błaszczykowskiego (ostatnio spadł na ławkę rezerwowych, teraz i tam nie usiadł z powodu grypy) oraz Hannover Krzynówka (33 lata) wystają ledwie punkt nad strefę spadkową. Innych rodaków nie ma, chyba że liczyć wychowanego w Niemczech Zdebela (36 lat). Niewykluczone, że w przyszłym sezonie ostanie nam się w niemieckiej elicie jeden (!) Polak. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że w bieżącym sezonie nasi uciułają najmniejszą liczbę goli od upadku PRL-u. Wiecie, kto zajmuje ostatnie - 195. - miejsce w rankingu „Kickera” na piłkarza rozgrywek? Wichniarek. Piszczek jest dziesiąty od końca.

Po trzecie, trwa nalot bośniacki. Kto lubi obserwować ruchy na piłkarskiej mapie, temu zwracam uwagę, że to wschodzący rynek - Bośniacy szaleją w coraz lepszych klubach, reprezentacja prawie na pewno zagra w barażach o mundial. Dziś trzema golami przyłożył Hercie Vedad Ibisevic, który oczarował w Niemców w ubiegłym sezonie - debiutanckim w Bundeslidze! - i gdyby nie zerwał więzadeł, zostałby być może sensacyjnym królem strzelców. Nie został, ale niekwestionowanymi gwiazdami, godnymi miejsca w jedenastce bohaterów sezonu, obwołano tercet jego rodaków - Edina Dzeko (mistrz z Wolfsburgiem, 26 goli, wicekról strzelców, latem chciał go Milan), Zvjezdana Misimovicia (również Wolfsburg, rozgrywający, 19 asyst!) oraz Sejada Salihovicia (Hoffenheim). Żadna inna obca nacja nie wygląda w Bundeslidze piękniej.

Do wymienionych wypadałoby również doliczyć, tylko na moment wychylając się za granicę Niemiec, wspaniale utalentowanego 19-latka Miralema Pjanicia, którego gol dał Lyonowi zwycięstwo w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów. Ale nie bójcie się, nie zamierzam piać o wielkości bośniackiej myśli szkoleniowej - część z wymienionych to potomkowie uciekinierów wojennych, większość uczyła się na piłkarzy poza ojczyzną (tutaj opisywałem interesujące losy Ibisevicia). W każdym razie za najlepszego rozgrywającego naszej ligi uchodzi niejaki Semir Stilic, który ledwie mieści się w bośniackiej kadrze. Szerokiej.

20:54, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
piątek, 25 września 2009

Powołania do reprezentacji Polski ratowanej przez Stefana Majewskiego niespecjalnie mnie zaskoczyły z powodu szajby, do której niechętnie się przyznaję - otóż dość regularnie podziwiam niezłomne starania polskich kopaczy, nie odpuszczających na boiskach pomimo nieustannie majtającej im się między nogami piłki.

A ponieważ ich starania podziwiam, mam prawo kategorycznie zaprotestować przeciw obojętnej na realia skromności trenera rezerw Druteksu-Bytowii. Po dość niespodziewanym zwycięstwie jego drużyny - w szare dni rywalizującej w lidze okręgowej - nad Polonią Bytom (jeszcze tydzień temu wiceliderem Ekstraklasy!) i wyeliminowaniu jej z Pucharu Polski Waldemar Walkusz jakby się sukcesu zawstydził: - Nie uderza nam woda sodowa do głowy. Nie uważamy, że reprezentujemy poziom Ekstraklasy.

Rozumiem, że Walkusz nie chce, by zadowoleni z przyzwoitego wyniku piłkarze spoczęli na laurach. Ale, panie trenerze, bez przesady. Daję panu słowo honoru, że od poziomu Ekstraklasy dzieli pana ambitnych chłopaków nie więcej niż Real od Barcelony. Niech pan przysiądzie przed telewizorem, chwyci ołówek i notuje wszystkie akcje na połowie rywala złożone z trzech kolejnych celnych podań. Dla zachęty podpowiem, że ołówka wystarczy na kilka sezonów owej, jak się pan wyraził, ekstraklasy.

Nasz futbol jest nowoczesny w tym sensie, że najlepszych od prawie najlepszych dzielą niuanse, które z trudem wychwytują selekcjonerzy - wiecznie w rozterkach. Paweł Janas mianował na reprezentantów Polski 89 graczy. Leo Beenhakker - 88. Trenerzy łapali wszystkich, od Tomasza Mazurkiewicza (dziś 28-letni bezrobotny), przez Marcina Radzewicza (lat 29, dziś szaleje w Bytomiu), po mojego osobistego faworyta Pawła Magdonia (lat 30, dziś w Bełchatowie).

W sumie od lutego 2003 roku w drużynie narodowej wystąpiło 140 piłkarzy.

Jeśli się trzymać matematyki klasycznej, wychodzą niemal dwie nowiusieńkie jedenastki na rok. A dołóżcie jeszcze powołanych, którzy nie dostąpili zaszczytu gry, lecz zostali zaszczyceni wstępem na zgrupowanie! Ani chybi nasi futboliści należą do najhojniej obsypywanych zaszczytami przedstawicielami swego fachu w skali europejskiej.

Dlatego Stefan Majewski właściwie nie miał alternatywy, musiał postawić na doświadczenie. Mimo radykalnych zmian w kadrze - od razu widać, z jak silną mamy do czynienia osobowością - nie powołał ani jednego debiutanta, bo debiutanta w wieku seniorskim wytropić niełatwo. By jeszcze wyśrubować reprezentacyjne statystyki, trzeba by prawdopodobnie rozrzucać po ulicach ulotki z powołaniami - kto pierwszy taką dorwie, tego selekcjoner, jak mówią fachowcy, sprawdzi.

Majewski dobierał zatem wyłącznie ze 140 ludzi przetestowanych przez poprzedników - co się chwali, jakaś kontynuacja myśli szkoleniowej musi być. I o ile zrozumiale brzmiały głosy oburzenia na beenhakkerowe powołania dla angielskiego trzecioligowca Marka Saganowskiego, o tyle nie wypada awanturować się z powodu odzyskanego dla kadry polskiego drugoligowca Jarosława Bieniuka. Selekcjoner miał prawo w pojedynczym przypadku kierować się sentymentem, a to przecież z tym obrońcą odnosił jedyne sukcesy - zdobywał Puchar Polski (choć ja nie umiem wyzbyć się podejrzenia, że Amica Wronki niczego nie wygrała uczciwie, nawet jeśli trener i piłkarze pozaboiskowego wsparcia byli nieświadomi). Poza tym reprezentacja z Bieniukiem w składzie - co pewnie odkrył analityczny umysł Majewskiego - nie przegrała żadnego z siedmiu sparingów.

30-letni Bieniuk ma życiorys typowy, czyli niezbyt różniący się od życiorysów innych naszych ligowców. Z Amicą zajrzał do europejskich pucharów, z Antalyasporem spadł do drugiej ligi tureckiej, nie zdołał wytargować kontraktu na Cyprze, ostatnio wypatruje powrotu do Ekstraklasy w łódzkim Widzewie. Szerszej publiczności dał się poznać jako narzeczony aktorki Anny Przybylskiej.

16:14, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi