RSS
środa, 30 września 2009

Andriej Arszawin strzelił wczoraj Olympiakosowi Pireus gola z ewidentnego spalonego, ostatecznie odbierając rywalom nadzieję na remis (przegrali w Londynie 0:2). Brazylijski trener Zico wściekał się później przed mikrofonami BBC, że mecz prowadzili francuscy sędziowie - mecz z Arsenalem, czyli „drużyną francuskiego trenera i 10 francuskich piłkarzy”.

Był wzburzony, więc Francuzi w obozie wroga mu się rozmnożyli, ale dotknął ciekawego, chyba dotąd nie dyskutowanego problemu. Czy wobec zniesienia granic w futbolu UEFA nie powinna dobierać arbitrów ostrożniej, na wszelki wypadek - by także ich samych uwolnić od bezpodstawnych oskarżeń - analizując klubowe kadry pod względem narodowościowym? Czy polscy sędziowie powinni prowadzić mecze Apoelu Nikozja? :-) Czy Hiszpanie powinni gwizdać Liverpoolowi? Zostawiam drobiazg do przemyślenia przed wieczorem w Lidze Mistrzów…

18:59, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 29 września 2009

Jeszcze tego oficjalnie nie ogłaszałem, więc niniejszym ogłaszam - wzorem całej masy mądrzejszych i głupszych od mnie zacząłem stukać na Twitterze. Jak baran poszedłem za masami, teraz np. ćwierkam - raczej leniwie, z rzadka - o wieczorze w Lidze Mistrzów. Kto zainteresowany tymi monosylabami, niech kliknie tutaj. Niekoniecznie teraz.

21:50, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 września 2009

Kliknijcie tutaj, a znajdziecie mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”. Poniżej wklejam grafikę z mojej ulubionej „La Gazzetty”, która rozrysowała przywoływaną w tekście akcję Barcelony. Akcję inspirującą do pytania, czym jest piękno w futbolu. Czy Katalończycy rzeczywiście wyznaczają kanon? Czy są kibice, którzy katalońskiej dłubaniny nie lubią? Sam jestem tylko pewien, że piłkarze Barcelony jako jedyni płodzą obecnie dzieła absolutnie osobne i niepodrabialne, że na ich tle niemal wszyscy konkurenci grają prawie tak samo, wręcz trudno przypisywać im jakikolwiek styl. Przesadzam?

108 dotknięć Barcelony

16:19, rafal.stec
Link Komentarze (74) »
niedziela, 27 września 2009

Rzadko bloguję o Bundeslidze, ale dzisiejsze efektowne zwycięstwo Hoffenheim nad Herthą Berlin (5:1) skłoniło mnie do trzech uwag natury ogólnej.

Po pierwsze, na niemieckich stadionach wciąż dzieją się historie nieodgadnione - wśród rozpoznawalnych rozgrywek ligowych nie znajdziecie bogatszych w sensacyjne, nie znajdujące racjonalnego wytłumaczenia rozstrzygnięcia. Kto by pomyślał, że Hertha - rozwalona na szczycie tabeli przez wiele miesięcy poprzedniego sezonu - zostanie dziś przybita do jej, znaczy tabeli, dna?

Po drugie, sygnalizowany przeze mnie niedawno pomór imigrantów z Polski, niegdyś autentycznych gwiazd Bundesligi chyba wchodzi właśnie w ostatnie stadium. Stadium, by tak rzec, agonalnych drgawek. Z Herthą na dnie tkwią Piszczek i Wichniarek, a Borussia Dortmund Błaszczykowskiego (ostatnio spadł na ławkę rezerwowych, teraz i tam nie usiadł z powodu grypy) oraz Hannover Krzynówka (33 lata) wystają ledwie punkt nad strefę spadkową. Innych rodaków nie ma, chyba że liczyć wychowanego w Niemczech Zdebela (36 lat). Niewykluczone, że w przyszłym sezonie ostanie nam się w niemieckiej elicie jeden (!) Polak. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że w bieżącym sezonie nasi uciułają najmniejszą liczbę goli od upadku PRL-u. Wiecie, kto zajmuje ostatnie - 195. - miejsce w rankingu „Kickera” na piłkarza rozgrywek? Wichniarek. Piszczek jest dziesiąty od końca.

Po trzecie, trwa nalot bośniacki. Kto lubi obserwować ruchy na piłkarskiej mapie, temu zwracam uwagę, że to wschodzący rynek - Bośniacy szaleją w coraz lepszych klubach, reprezentacja prawie na pewno zagra w barażach o mundial. Dziś trzema golami przyłożył Hercie Vedad Ibisevic, który oczarował w Niemców w ubiegłym sezonie - debiutanckim w Bundeslidze! - i gdyby nie zerwał więzadeł, zostałby być może sensacyjnym królem strzelców. Nie został, ale niekwestionowanymi gwiazdami, godnymi miejsca w jedenastce bohaterów sezonu, obwołano tercet jego rodaków - Edina Dzeko (mistrz z Wolfsburgiem, 26 goli, wicekról strzelców, latem chciał go Milan), Zvjezdana Misimovicia (również Wolfsburg, rozgrywający, 19 asyst!) oraz Sejada Salihovicia (Hoffenheim). Żadna inna obca nacja nie wygląda w Bundeslidze piękniej.

Do wymienionych wypadałoby również doliczyć, tylko na moment wychylając się za granicę Niemiec, wspaniale utalentowanego 19-latka Miralema Pjanicia, którego gol dał Lyonowi zwycięstwo w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów. Ale nie bójcie się, nie zamierzam piać o wielkości bośniackiej myśli szkoleniowej - część z wymienionych to potomkowie uciekinierów wojennych, większość uczyła się na piłkarzy poza ojczyzną (tutaj opisywałem interesujące losy Ibisevicia). W każdym razie za najlepszego rozgrywającego naszej ligi uchodzi niejaki Semir Stilic, który ledwie mieści się w bośniackiej kadrze. Szerokiej.

20:54, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
piątek, 25 września 2009

Powołania do reprezentacji Polski ratowanej przez Stefana Majewskiego niespecjalnie mnie zaskoczyły z powodu szajby, do której niechętnie się przyznaję - otóż dość regularnie podziwiam niezłomne starania polskich kopaczy, nie odpuszczających na boiskach pomimo nieustannie majtającej im się między nogami piłki.

A ponieważ ich starania podziwiam, mam prawo kategorycznie zaprotestować przeciw obojętnej na realia skromności trenera rezerw Druteksu-Bytowii. Po dość niespodziewanym zwycięstwie jego drużyny - w szare dni rywalizującej w lidze okręgowej - nad Polonią Bytom (jeszcze tydzień temu wiceliderem Ekstraklasy!) i wyeliminowaniu jej z Pucharu Polski Waldemar Walkusz jakby się sukcesu zawstydził: - Nie uderza nam woda sodowa do głowy. Nie uważamy, że reprezentujemy poziom Ekstraklasy.

Rozumiem, że Walkusz nie chce, by zadowoleni z przyzwoitego wyniku piłkarze spoczęli na laurach. Ale, panie trenerze, bez przesady. Daję panu słowo honoru, że od poziomu Ekstraklasy dzieli pana ambitnych chłopaków nie więcej niż Real od Barcelony. Niech pan przysiądzie przed telewizorem, chwyci ołówek i notuje wszystkie akcje na połowie rywala złożone z trzech kolejnych celnych podań. Dla zachęty podpowiem, że ołówka wystarczy na kilka sezonów owej, jak się pan wyraził, ekstraklasy.

Nasz futbol jest nowoczesny w tym sensie, że najlepszych od prawie najlepszych dzielą niuanse, które z trudem wychwytują selekcjonerzy - wiecznie w rozterkach. Paweł Janas mianował na reprezentantów Polski 89 graczy. Leo Beenhakker - 88. Trenerzy łapali wszystkich, od Tomasza Mazurkiewicza (dziś 28-letni bezrobotny), przez Marcina Radzewicza (lat 29, dziś szaleje w Bytomiu), po mojego osobistego faworyta Pawła Magdonia (lat 30, dziś w Bełchatowie).

W sumie od lutego 2003 roku w drużynie narodowej wystąpiło 140 piłkarzy.

Jeśli się trzymać matematyki klasycznej, wychodzą niemal dwie nowiusieńkie jedenastki na rok. A dołóżcie jeszcze powołanych, którzy nie dostąpili zaszczytu gry, lecz zostali zaszczyceni wstępem na zgrupowanie! Ani chybi nasi futboliści należą do najhojniej obsypywanych zaszczytami przedstawicielami swego fachu w skali europejskiej.

Dlatego Stefan Majewski właściwie nie miał alternatywy, musiał postawić na doświadczenie. Mimo radykalnych zmian w kadrze - od razu widać, z jak silną mamy do czynienia osobowością - nie powołał ani jednego debiutanta, bo debiutanta w wieku seniorskim wytropić niełatwo. By jeszcze wyśrubować reprezentacyjne statystyki, trzeba by prawdopodobnie rozrzucać po ulicach ulotki z powołaniami - kto pierwszy taką dorwie, tego selekcjoner, jak mówią fachowcy, sprawdzi.

Majewski dobierał zatem wyłącznie ze 140 ludzi przetestowanych przez poprzedników - co się chwali, jakaś kontynuacja myśli szkoleniowej musi być. I o ile zrozumiale brzmiały głosy oburzenia na beenhakkerowe powołania dla angielskiego trzecioligowca Marka Saganowskiego, o tyle nie wypada awanturować się z powodu odzyskanego dla kadry polskiego drugoligowca Jarosława Bieniuka. Selekcjoner miał prawo w pojedynczym przypadku kierować się sentymentem, a to przecież z tym obrońcą odnosił jedyne sukcesy - zdobywał Puchar Polski (choć ja nie umiem wyzbyć się podejrzenia, że Amica Wronki niczego nie wygrała uczciwie, nawet jeśli trener i piłkarze pozaboiskowego wsparcia byli nieświadomi). Poza tym reprezentacja z Bieniukiem w składzie - co pewnie odkrył analityczny umysł Majewskiego - nie przegrała żadnego z siedmiu sparingów.

30-letni Bieniuk ma życiorys typowy, czyli niezbyt różniący się od życiorysów innych naszych ligowców. Z Amicą zajrzał do europejskich pucharów, z Antalyasporem spadł do drugiej ligi tureckiej, nie zdołał wytargować kontraktu na Cyprze, ostatnio wypatruje powrotu do Ekstraklasy w łódzkim Widzewie. Szerszej publiczności dał się poznać jako narzeczony aktorki Anny Przybylskiej.

16:14, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
czwartek, 24 września 2009

Grzegorz Lato zazwyczaj wykorzystuje nadarzającą się okazję, by milczeć. Przycupnął za frazą „nie komentuję” i usiłuje w miarę możliwości podążać za zaleceniami dbających o jego wizerunek specjalistów, którzy postawili na strategię knebla - im rzadziej prezes PZPN się publicznie odzywa, tym lepiej. Kiedy w lipcu temu zadzwoniłem do niego, by półserio zapytać, czy nie warto by zaproponować sparingu Gabonowi (właśnie wyprzedził Polskę w rankingu FIFA), niemal wpadł w panikę. Wykręcał się, kluczył i wciąż powtarzał, że musi zapoznać się ze sprawą, zanim uciął rozmowę bezlitosnym „nie będę tego komentował”.

Niestety, szef potężnej organizacji musi czasem wyjść do ludzi.

Tuż po wygraniu wyborów Lato palnął w audycji Moniki Olejnik, że skoro Ukraina nie nadąża z przygotowaniami do Euro 2012, to możemy je zorganizować z Niemcami. Wybuchł dyplomatyczny skandal, nazajutrz prezes ze wszystkiego się wycofywał i przepraszał.

Miesiąc później zrugał prokuraturę ścigającą korupcję w piłce. - Jestem ciekaw, kiedy to w końcu zamkniemy. Wkrótce będziemy ścigać sędziego, który wziął kilogram kiełbasy. Albo pół litra wódki. Powoli dochodzimy do absurdu - powiedział. Wybuchł skandalik, nazajutrz prezes się wycofywał i przepraszał.

Dwa tygodnie temu zwolnił z pracy Leo Beenhakkera przed kamerą TVN 24, wcześniej o dymisji nie informując selekcjonera. Znów wyszło głupio, nazajutrz prezes znów przepraszał.

Bywało też, że rozluźniał atmosferę dowcipem. Cytuję dziennik „Polska”: „Jeśli ktoś bije żonę i z tego powodu prokuratura postawi mu zarzuty, to też będzie zawieszony - interpretował mecenas Andrzej Wach [...] - Jednak tylko cudzą żonę. Bo swoją można - żartował Lato.”

Wreszcie we wtorek prezes zapowiedział cywilizowane pożegnanie z Beenhakkerem. - Podamy sobie na koniec ręce jak biali ludzie - ujawnił swój plan.

Nie podejrzewam szefa PZPN o rasizm. Przeciwnie, przypuszczam, że w razie konieczności mężnie by czarnego wpuścił do sieni i poczęstował nawet bananem. W wywiadzie użył tylko zwrotu mocno wrośniętego w język, nad którego sensem nigdy się nie zastanawiał. Tak jak nie posądzam go o rasizm, tak nie posądzam go o nadmierną skłonność do bicia się z myślami. A że nie ma naturalnego daru rozpoznawania fraz, których nie wypada używać publicznie (także wśród białych ludzi), wywołuje zażenowanie zawsze, kiedy zawiedzie go instynkt samozachowawczy i przegapi okazję, by milczeć.

Prezes nie wyróżnia się specjalnie wśród osób pełniających w Polsce funkcje publiczne. Doradcą Polskiego Radia został właśnie były poseł, którego były minister rolnictwa przedstawiał słowami „kurdupel Filipek zgwałcił moją sekretarkę”. Minister rozmawiał jednak prywatnie, nie wiedział, że go nagrywają. Lato gaworzy do mikrofonów.

Niedawno wydało się, że pod chropawą powierzchownością kryje wrażliwą duszę. Zażądał przeprosin od Moniki Olejnik, która nazwała ludzi związanymi z PZPN prostakami. I zagroził, że o dobre imię (nie tylko swoje) będzie walczył w sądzie. Olejnik niepotrzebnie uogólniła. Gdyby epitetem opatrzyła wyłącznie prezesa, mielibyśmy szansę na pasjonującą łamigłówkę - ustalanie, czy Lato prostakiem jest, czy mimo wszystko nie.

16:27, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
środa, 23 września 2009

Duch w narodzie jednak zginął. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak tegoroczne katastrofy futbolowe - reprezentacji, klubów, naszych emigrantów usiłujących podbić Europę - wytarmosiły kibicowskie mózgi i jak bezprecedensowy mentalny przełom wywołały.

Oto polscy piłkarze muszą wygrać z Czechami i liczyć na zwycięstwo Słowacji nad Słowenią, co jest rozstrzygnięciem spodziewanym, by w ostatniej kolejce stanąć przed szansą na barażową walkę o występ na mistrzostwach świata. Przyjadą wówczas do nas południowi sąsiedzi - przyjadą tuż po historycznym awansie na mistrzostwach świata, więc jeśli będą oblewać go z fantazją godną prawdziwych Słowian, mamy prawo serio zakładać, że nie wszyscy zdołają utrzymać się w pionie. A w poziomie, jak wiadomo, piłkę kopać niewygodnie.

Nie chcę przypominać wszystkich zawiłości (pisał o nich Jacek Sarzało), istotny jest wniosek końcowy - gdyby Polacy znienacka zaczęli grać dobrze i zwyciężać, istniałoby spore, nawet kilkudziesięcioprocentowe, prawdopodobieństwo, że na innych stadionach padną sprzyjające wyniki, dające im pozycję wicelidera, czyli listopadową dogrywkę o mundial.

Pamiętacie, jak naród reagował na tzw. matematyczne szanse jeszcze wczoraj czy przedwczoraj? Jak śladowe by szanse nie były, jawiły się jako ogromne. Czy musieliśmy wierzyć w ośmiobramkową wygraną Mongolii z Argentyną i co najmniej remisu Wichra Kobyłki na Santiago Bernabeu, czy potrzebowaliśmy nagłej eksplozji formy futbolu marsjańskiego, oddychaliśmy głębokim przekonaniem, że cała galaktyka gotowa jest poukładać atomy w możliwie najabsurdalniejsze kształty, byle nie skazywać się na MŚ bez biało-czerwonych bohaterów. Bywało w tabeli nieporównanie bardziej beznadziejnie niż dzisiaj, a kibicowski tłum płonął wiarą w ostateczny, zwycięski zryw.

Wzywam ducha przeszłości, bo Antoni Piechniczek ma rację. Ma rację, kiedy przypomina, że dopóki szansa na awans jest, trzeba zrobić wszystko, by ją wykorzystać. Ma też rację - choć zarzut kieruje pod niewłaściwy adres - kiedy sugeruje, że niektórym zależy, by Polska przegrała w Pradze 0:5. Po raz pierwszy w życiu odnoszę wrażenie, że większość ludzi wokół mnie - nie dziennikarzy, lecz zwykłych fanów - autentycznie życzy kadrze klęski. Niedawno źle życzyły jej pezetpeenowskie darmozjady, by wykurzyć Beenhakkera, teraz życzy jej źle kibocowskie masy, by wykurzyć Majewskiego.

Ba, miałbym ochotę przyznać słuszność nawet piechniczkowej opinii, że warto przełożyć jedną ligową kolejkę, by nowemu selekcjonerowi i nowej reprezentacji dać ciut więcej czasu na obmyślenie sposobu na Czechów. Też wyczuwam w tej idei głównie mentalny anachronizm i nostalgię za latami 80., ale w mundialu widzę cel w futbolu najwyższy, dla którego wolno poświęcić bardzo dużo. Skoro dodatkowe treningi miałyby pomóc zmontować defensywę zdolną zatrzymać Czechów, to dlaczego nie? I szefowie Ekstraklasy chyba zdają sobie sprawę, że wraz z poprawianiem wizerunku reprezentacji (czytaj: jej dobrymi wynikami) rośnie marketingowa wartość ligi.

Niestety, szefom Ekstraklasy nie mieści się w głowach, że destabilizowanie rozgrywek mogłoby cokolwiek zmienić. Tak jak w głowach kibiców nie mieści się przypuszczenie, że na mundial da się jeszcze awansować. Piechniczek nie dokłada bowiem osobliwego pomysłu odwoływania ligowych meczów do całej serii mądrych posunięć, które dawałyby nadzieję. On serię mądrych posunięć usiłuje tym jednym pomysłem zastąpić.

Jego autorstwo przypisuję Piechniczkowi, bo choć oficjalnie rzucił go Majewski, to szóstym zmysłem wciąż rysuję sobie w wyobraźni nieustające konsultacje obu panów. Sądzę wręcz, że ten pierwszy pełni po nominacji tymczasowego selekcjonera funkcję nadtrenera - mentora, służącego doświadczeniem doradcy, nazwijcie relację, jak chcecie - której orędownikiem jest od dawna, swego czasu próbował ją instalować w polskich klubach. - Kadra Majewskiego w ponad połowie będzie się składać z piłkarzy Ekstraklasy - oznajmił w wywiadzie dla „Gazety” Piechniczek. Skąd to wie, skoro selekcjoner zapowiadał, że najpierw poduma nad taktyką, że selekcja będzie go kosztować mnóstwo intelektualnej pracy?

By udanie finiszować w eliminacjach, nasi piłkarze potrzebowaliby wstrząsu, charyzmatycznej trenerskiej osobowości, kogoś zdolnego zarazić ich entuzjazmem i naładować wysokim napięciem. Nikt ich nie nauczy grać, przed ostatnimi meczami można co najwyżej przewrócić im w głowach. Franciszek Smuda byłby kandydatem naturalnym i idealnym, to jedyny znany nam polski fachowiec, który od lat umie natchnąć polskich kopaczy, by grali lepiej, niż umieją. Jestem pewien, że gdyby on zechciał kilku treningów więcej, to lud zaoferowałby mu kilkanaście.

PZPN postawił jednak na trenera, który ma kiepską opinię u wielu piłkarzy, do którego wrogo nastawieni są kibice, który dorobek wypracował skromniejszy niż kilkunastu (co najmniej kilkunastu) jego rodaków, którego nigdy nie zatrudnił czołowy polski klub. Zamiast dać nadzieję - choćby wynikającą z naiwności i myślenia magicznego, działaczowskie darmozjady ostatecznie ją odebrały. Żałobne nastroje wzmagają z każdym dniem, każdym pomysłem Majewskiego, każdą wypowiedzią Piechniczka czy Laty. Jeśli piłkarze słuchają o planach bojkotowania kadry i czytają internetowe fora - a czytają, wielu sportowców wprost je pochłania - pojadą do Pragi jak na skazanie, czując, że pogrzeb już się właściwie odbył, teraz została jeszcze stypa.

Powinni jechać zainspirowani - selekcjonerską zmianą, ogniem w jego oczach, perspektywą boju ostatniej szansy z przeciwnikiem mocnym, ale rok temu pokonanym po wspaniałym meczu. Dziś brzmi to groteskowo, jeszcze przed chwilą było normą w kraju arytmetycznie rozpasanych kibicowskich oszołomów, którzy rewolucjonizowali rachunek prawdopodobieństwa i w ogóle całą matematykę, bo niezależnie od okoliczności nie umieli przyjąć do wiadomości, że nie istnieje już żadna kombinacja wyników dających szansę na awans.

14:57, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 21 września 2009

Tutaj znajdziecie mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport”. Przy okazji zagajenie - myślicie, że to w ogóle realne, by piłka nożna kiedykolwiek straciła pozycję sportu numer jeden w Polsce? Ile lat klęsk musiałby naród strawić, żeby zaczęło go kręcić coś innego? A może wyniki mają znaczenie drugorzędne, mentalny przełom byłyby w stanie wywołać zupełnie inne przyczyny?

14:39, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
niedziela, 20 września 2009

Moi piłkarze muszą pamiętać, że koszulkami wymieniamy się dopiero po ostatnim gwizdku - streszczał swój plan na wtorkowy mecz z Realem Madryt trener FC Zurich Bernard Challandes. Plan, trzeba przyznać, ambitny.

Cytat dla lepszego efektu trochę przekręcam, ale nie za bardzo. Piłkarze mistrza Szwajcarii byli - jak opowiadał trener - wizytą „Królewskich” autentycznie rozpłomienieni, jeden śnił o przepoconym t-shircie Kaki, inny zasypiał w marzeniach o szmacie Ronaldo. Na szczęście wszyscy dali radę, trzymali fason. Nie rzucili się na idoli w trakcie gry, po jej zakończeniu nie było bójek o co cenniejsze fanty. Może objedli się piłkarze z Zurychu sławą rywali jeszcze przed meczem? Prasa donosi, że nie przepuścili okazji, wykorzystali bliskość oddanej Realowi szatni i zebrali mnóstwo autografów.

Naiwny jestem albo patologicznie nieczuły na urok megagwiazd (choć John Malkovich zamroził mnie kiedyś od stóp do głów, prosząc o długopis), ale cała historia jednak mnie zdumiała. Sądziłem, że jak już ktoś dochrapie się Ligi Mistrzów, to nie zwraca się do Messiego czy Rooneya per „Wasza Wysokość”. Że jednak między nimi zawodowcami układy są nieco inne.

W każdym razie po zapoznaniu się z okolicznościami przyrody pojąłem, że stosunkowo niską porażkę Zurychu (2:5) wypada docenić. Dotarło do mnie też, że piłka po petardach z rzutów wolnych odpalanych przez Ronaldo niekoniecznie mknęła za szybko, by zdołał ją zatrzymać bramkarz Johnny Leoni. Może nie zawiódł go refleks, lecz poddańczo drżące nogi i ogólne rozdygotanie organizmu rozanielonego urodą chwili - oto załadować z kopa zamierzał mu sam Ciociu-Nie-Uwierzysz-Cristiano-Ronaldo. Załadował skutecznie, za dwa gole.

OK, chłopaki z Zurychu mogły podniecenia nie pohamować, na boiskach ligi szwajcarskiej jest pewnie mniej cudnie. Ale dlaczego, u licha, Barcelonie i Realowi nie umieją się postawić rywale z Primera Division? Dlaczego już teraz, po trzeciej kolejce, dają mi do zrozumienia, że kolejny sezon z katalońsko-madryckim duopolem jest nieuchronny? Czy historia walki o mistrzostwo i wicemistrzostwo Hiszpanii znów musi okazać się najbardziej monotematyczną wśród analogicznych historii w czołowych ligach europejskich? Od pięciu sezonów wciąż oglądamy to samo, raz tylko, zapewne popełniając nieumyślne faux-pas, między wielkich wepchnął się Villarreal. Jeszcze chwila, a nawet w Turcji zrobi się ciekawiej - tam stambulski triumwirat przynajmniej na chwilę rozpędzili Sivasspor z Trabzonsporem.

Wiem, za wcześnie na wyroki skazujące, wiem, trupa Guardioli może stracić siły, wiem, trupa Pellegriniego wciąż czeka na prawdziwy test. I mimo całej tej oczywistej wiedzy nie potrafię uwierzyć, że cokolwiek innego niż tradycyjna obsada pozycji mistrza i wicemistrza się w La Liga wydarzy. Barca wytuptała (w sobotę tuptała zniewalająco, aż podłamana bezbronnością przeciwnika postanowiła strzelać gole również do własnej bramki) na razie wyniki 3:0, 2:0, 5:2, Real wypracował 3:2, 3:0, 5:0. Załatwione, serdecznie dziękujemy za przybycie, żadne pojedyncze wpadki przeznaczenia nie odmienią, reszta wirtuozów popląsa do upadłego w konkurach o miejsce trzecie albo wręcz czwarte.

Właśnie - wirtuozów. Primera Division uchodzi za ligę tak nieskończenie bogatą w talent, że wystarcza go nawet drużynom środka i dołów tabeli, za ligę z tłumem graczy tylko ciut ustępującym najsławniejszym na planecie, za ligę o być może największym potencjale realnych niespodzianek. Ble ble ble, wystarczy kilka tygodni, by jak zwykle całe to bajanie zweryfikować. Znów nikt kolosom nie podskoczy, nawet Valencii - jako jedyna w tym stuleciu przełamała ich hegemonię, teraz jak na złość upiera się, żeby nie wygrać u siebie ze Sportingiem Gijon, regularne samobójstwo popełnia właściwie - zaufać nie umiem.

Są bożyszcza katalońskie i madryckie tak wyraźnie sprawniejsze w kopaniu od ligowego plebsu? Staliby się David Villa i/albo Juan Mata lepszymi piłkarzami natychmiast po założeniu koszulki Barcy, bo trudniej byłoby im godzić się z porażką lub remisem, bo porażka lub remis zdawałyby im się bardziej nienaturalne niż dziś, w barwach Valencii? A może gracze Zurichu jednak oceniali klasę przeciwnika realniej niż my, którym czasem wydaje się, że gwiazdę Realu od gwiazdy Villarrealu dzieli zbyt mało, by w ogóle uznać, że cokolwiek ich dzieli?

23:02, rafal.stec
Link Komentarze (93) »
sobota, 19 września 2009

Właśnie przeczytałem wywiad z Michelem Platinim (moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport”, dzisiejsze wydanie), który nie ustaje w naprawianiu europejskiego futbolu, czyli dziedziny - sądząc po jego reformatorskim zapale - toczonej przez jakąś śmiertelną chorobę. Szef UEFA zapowiada, że w 2012 roku uzależni wydatki klubów na transfery i płace od przychodów. - Będziesz mógł wydać tyle, ile zarobisz - mówi Platini i nazywa swoją wizję „finansowym fair play”. Precz z zadłużaniem się, precz z bogaczami, którzy zapragnęli pobawić się w futbol i z dnia na dzień czynią przejęty klub wschodzącą potęgą. Francuzowi nie podoba się, że Real Madryt zapłacił 94 mln za Cristiano Ronaldo.

Ja nie mam nic przeciwko transferowym rekordom. Nie mam też nic przeciwko bankrutującym klubom. Przyzwyczaiłem się, że w kapitalizmie kiepsko zarządzane firmy upadają.

Boję się za to, że Platini - jego pomysły aprobują, niestety, działacze UEFA - znów przysłuży się, być może nieświadomie, utrwalaniu i tak już zastygłej hierarchii w klubowym futbolu. Znów, bo pierwszym prezentem dla supermocarstw była niedawna reforma Ligi Mistrzów, zachwalana w dodatku jako koło ratunkowe dla biedaków.

Jeśli kluby rzeczywiście nie będą mogły zainwestować więcej niż zarobiły na prawach telewizyjnych, umowach sponsorskich, marketingu, nagrodach za występy w pucharach i sprzedaży biletów, efekty mogą być następujące:

1) Real Madryt pewnie nie zapłaci za nikogo 94 mln, ale na zawsze (prawie zawsze?) utrzyma przewagę nad konkurencją pozbawioną potężnej nadbudowy marketingowo-komercyjnej. Valencia nie zdystansuje go nawet z ewentualnym wsparciem Carlosa Slima (gdyby ten wymyślił sobie filantropijnie zaszaleć na Mestalla), a włoskie Bari nie doścignie czołówki Serie A nawet pomimo ambitnych planów teksańskiego inwestora Timothy'ego Bartona. Ostatnim klubem z szansami na historyczny przełom będzie Manchester City (jutro derby z United!), który dzięki fortunie szejków poczuł szansę, by po raz pierwszy od 1991 roku skończyć sezon wyżej niż lokalny rywal z Old Trafford. Po reformie Platiniego niech się Everton albo Torino nie łudzą, że kiedykolwek rzucą wyzwanie Liverpoolowi albo Juventusowi. Francuz sprawi przyjemność tym, którym ponoć chce zaszkodzić - Realom i Barcelonom.

2) Uczciwi przegrają z nieuczciwymi. W jaki sposób UEFA miałaby kontrolować wydatki klubów bez przejrzystych finansów, a zarazem coraz bogatszych - jak parweniusze z ligi rosyjskiej?

3) Jeśli polski klub wreszcie awansuje do Champions League, zyska znienacka przygniatającą przewagę nad krajowymi rywalami. W ostatniej edycji najmniej na udziale w rozgrywkach zarobiły Steaua Bukareszt (5,899 mln funtów) oraz BATE Borysow (5,437 mln funtów), czyli niewiele mniej niż wynoszą roczne budżety naszych najbogatszych klubów. Gdyby do kasy Legii lub Lecha wpłynęły takie kwoty, Wisła nie mogłaby nawet marzyć o podjęciu wyścigu transferowych zbrojeń, niezależnie od aktualnego nastroju Bogusława Cupiała. A gdyby Legia lub Lech jakimś cudem dobiłyby się do LM dwa razy z rzędu?!

21:08, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi