RSS
poniedziałek, 29 września 2008

Milan - Inter. Ronaldinho wyskakuje nad Cambiasso i strzela. Fot. Luca Bruno, AP

Pierwszy piłkarski przebój jesieni - spektakl z nerwem, kipiący od emocji, męskich zwarć i smacznych detali - nakazywałby sądzić, że mediolańscy kibice przeczuli, co się święci. Obu nowo przybyłych osobistości futbolu nie powitali tak samo. Na lądowanie Jose Mourinho ci od Interu nie zareagowali skokiem na kasy i z trudem wypełniają ostatnio trybuny w połowie - rozpoczęli go z najniższą frekwencją od kilku lat. Ci od Milanu po transferze Ronaldinho jęli masowo pochłaniać karnety na cały sezon.

Gdyby oceniać po derbach, wybrali właściwie. Mourinho, mimo ściągnięcia wskazanych przez niego skrzydłowych Manciniego i Quaresmy, nie zdołał na razie wpoić drużynie bogatszego repertuaru ofensywnego niż opracowane przez jego poprzednika. Wczoraj nie zainspirował ich także w przerwie, przy niekorzystnym wyniku, choć w Chelsea zasłynął właśnie z tego, że jeśli jego piłkarze niedomagali w pierwszej połowie, na drugą wybiegali niesamowicie zmotywowani oraz przepełniani pomysłami na wydajniejszą grę. (Przez kilka miesięcy w drugiej połowie nie stracili gola). Ronaldinho natomiast oczarował San Siro i przy znaczącym wsparciu natchnionego tego wieczoru Kaki przesądził o wyniku.

Ale to był tylko jeden mecz. Z perspektywy całego sezonu niemal bez znaczenia. Inter wciąż jest wyżej w tabeli, Inter wciąż pozostaje faworytem rozgrywek. Z prostego powodu - umie ciułać punkty na długim dystansie. Stworzone do superprodukcji gwiazdy Milanu nie umieją.

Dlatego obie mediolańskie potęgi, choć przesunęły się w tabeli, tkwią po derbach w tym samym miejscu.

Mourinho musi sprawić, by gracze Interu wreszcie znosili presję wielkich wyzwań. Oni stanowczo zbyt często tracą głowy, gdy walka toczy się pod wysokim napięciem, by serio myśleć o sukcesie w Lidze Mistrzów. Wczoraj znów tracili (nieczęsto zdarza się, by na ławce rezerwowych zarobić czerwoną kartkę). I nawet błędy sędziowskie - domniemane lub rzeczywiste - ich nie usprawiedliwiają. Pamiętacie, jak odpadali z Champions League wiosną? Po czerwonej kartce dla Materazziego. Pamiętacie, jak odpadali z niej z Valencią? Awantura trwała jeszcze po ostatnim gwizdku, za ówczesne wybryki płacili jeszcze po kilku miesiącach. Wyliczankę mógłbym ciągnąć, generalnie nerazzuri pod nadzwyczajnie wysoką stawką się spalają i zapominają o zdrowym rozsądku.

Dlatego pal licho derbowa porażka, najgorsza wiadomość dla Interu brzmi: choroba postępuje, kuracja wielkogębnego portugalskiego trenera na razie nie działa.

Kłopoty piłkarzy Milanu leżą na rewersie kłopotów Interu. Oni szlagiery uwielbiają, ich drapieżność zamiera, gdy muszą wykończyć skromniejszego przeciwnika. Lista tegorocznych wpadek wygląda zatrważająco: Genoa, Bologna, Atalanta, Sampdoria, Livorno, Catania etc. A przecież oba derbowe mecze wygrali. I co z tego? Nic.

Dlatego pal licho wczorajszy triumf, najlepsza wiadomość dla Milanu brzmi: zaczął zwyciężać notorycznie, w czwartek stanie przed szansą na piątą wygraną z rzędu (biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki). Ostatnio taką serię miał półtora roku temu. Wcześniej - w czerwcu 2006 roku. Wypada raz na sezon, czyli dla klubu o aspiracjach sięgających scudetto szokująco rzadko.

PS 1 Najlepszy na boisku moim zdaniem Kaka, zaraz za nim Ronaldinho, Maicon oraz, mimo przegranego pojedynku powietrznego przed golem, Cambiasso. Najgorszy - Quaresma. Jego ruchy to był czysty sabotaż. Jakim cudem przetrwał na boisku 90 minut? Mourinho chciał udowodnić, że dobrze wybrał?

PS 2 Przypomniało mi się coś a propos grania długodystansowego. Od lata 2005 roku Inter zdobył w lidze 268 punktów, Milan - 192.
08:44, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
sobota, 27 września 2008

Artist’s Drive

Artist's Drive

Artist Palette

Artist's Palette

Badwater Basin

Badwater Basin

Mesquite Dunes

Mesquite Dunes

08:09, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
piątek, 26 września 2008

XXL by Julian Turner/Flickr

Misza zaesemesował entuzjastycznie, że UEFA powiększa turniej finałowy mistrzostw kontynentu do 24 zespołów, więc dokonał się pierwszy akt mojego czerwcowego proroctwa o wiecznej na Euro polskich piłkarzy obecności. Ja na wieści nie zareagowałem entuzjastycznie, lecz jak klasyczny allenowski neurotyk z Nowego Jorku, do którego właśnie wróciłem - nieuchronnymi wątpliwościami, lękliwie, zaniepokojony zbyt pomyślnym przebiegiem zdarzeń. Jak to? Nasi zawsze na mistrzostwach? Bezkresne finałowe spełnienie zupełnie za darmo? Same z reformy zyski, żadnych strat? Nieee, to być nie może.

Zacząłem uprawiać ulubiony żydowski sport - bicie się z myślami zwane też szukaniem dziury w całym -  i zaraz dotarło do mnie, że straty jednak będą.

Załóżmy, że system obowiązywałby już w eliminacjach do Euro 2008, przy równoczesnym utrzymaniu podziału na siedem grup. Wówczas z każdej awans uzyskaliby trzej najlepsi i jeszcze zostałoby jedno finałowe miejsce dla drużyny z czwartego miejsca z najokazalszym dorobkiem. Awansowałaby m.in. Irlandia Płn., Szkocja, Izrael. Piłkarze Beenhakkera mogliby dać się wyprzedzić Portugalii, Serbii oraz Finlandii i wciąż zachować szanse na finały. Tyle z polskiej perspektywy. Zostaje ogólnoeuropejska. Rozochocony rychłym ziszczeniem się wizji czerwcowej chętnie przepowiadam inne najważniejsze konsekwencje rewolucji:

1) Dla kibiców - i, co istotne, piłkarzy - z najmocniejszych krajów eliminacje staną się przeraźliwie nudne, bo prawdopodobieństwo wpadki o nieodwracalnych skutkach spadnie do zera. Faworytom albo wystarczy ledwie trzecie miejsce, albo, gdyby UEFA zmniejszyła grupy i zwiększyła ich liczbę, nie natrafią na żadnego groźnego przeciwnika.

2) Najwybitniejsi piłkarze, którzy już teraz notorycznie symulują choroby, by od Ligi Mistrzów nie odpoczywać w samolocie do Azerbejdżanu, Kazachstanu lub Izraela, będą unikać eliminacyjnej młócki ze zdwojoną energią. Jak awans pewny, to o co się szarpać?

3) Niewykluczone, że tym samym UEFA paradoksalnie zaszkodzi supermocarstwom. Już dziś niełatwo z gwiazd zestawić zwarty gwiazdozbiór, w przyszłości na turnieje finałowe trzeba będzie sklejać drużyny z ludzi, którzy do grania ze sobą nie przywykli. Kadry narodowe potęg staną się tworami efemerycznymi, zgrają skrzykiwaną od święta. Coraz rzadszego święta. Co dostarczy atutów mocnym, poświęcającym się dla reprezentacji średniakom, w typie Chorwacji z Euro 2008, tudzież zgranym, cierpliwie budowanym zespołom w typie Grecji z Euro 2004.

Co stracimy my? Patrz punkt pierwszy. Przyjemności z oglądania odpadnięcia Anglików - z taką samą regularnością leją naszych, z jaką po 1966 roku zdobywają mistrzostwo świata wyłącznie w zarozumialstwie - raczej już nie zaznamy. Nigdy. Gdyby nie rozgrywki, w których polscy piłkarze muszą sobie - i nam - rekompensować klęski we wszystkich innych rozgrywkach, już dziś wrzasnąłbym: zlikwidować te eliminacje.
04:26, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 25 września 2008
środa, 24 września 2008

Zmowa. Photo credit to Flickr/dhammza

Przeczytałem, jak czule żegnają się Raul Lozano z Mariuszem Wlazłym i kilkoma innymi siatkarzami. Znaczy przeczytałem z grubsza. Z Arizony wjechałem właśnie do Nevady, informacje z Polski kapią do mnie w ilościach kropelkowych, więc detali naszych tradycyjnych, swojskich wojen wszystkich ze wszystkimi nie znam i nawet mi się nie chce nurkować głębiej w internet, by je wyłowić. Z oddali widzę ogół.

Były trener reprezentacji siatkarek, Włoch Marco Bonitta, potraktował swego czasu bezceremonialnie, brutalnie nawet, gwiazdę drużyny Dorotę Świeniewicz (usunął ją z kadry). Na igrzyskach olimpijskich potrafił powiedzieć o innej zawodniczce, Annie Barańskiej, że nie może na nią patrzeć, a wiosną pokłócił się w trakcie meczu z rozgrywającą Katarzyną Skorupą, która nie słuchała jego poleceń.

Wciąż aktualny - być może już niedługo - trener reprezentacji piłkarzy, Holender Leo Beenhakker, zawiesił za pijaństwo trzech graczy, w tym gwiazdę Artura Boruca, oskarża ludzi naszego futbolu o najgorsze (niekiedy bez podania dowodów), coraz częściej wpada w furię i zyskuje kolejnych wrogów.

Były trener reprezentacji siatkarzy, Argentyńczyk Raul Lozano, też kiedyś wyrzucał za pijaństwo, potem toczył totalną wojnę ze wszystkimi liczącymi się działaczami, teraz zarzuca gwiazdom kadry, że symulują kontuzje, bo nie chce im się grać w mniej ważnych - ich zdaniem - meczach.

Trzej kompletnie różni ludzie, trzy kompletnie różne historie. Kontrowersje dotyczące Bonitty przyjmowałem obojętnie, bo jego trudny charakter zdemaskowali wcześniej Włosi, a ja nigdy nie podejrzewałem u niego zdolności do osiągnięcia sukcesu z Polkami. Beenhakker niektórymi nieprzemyślanymi ciosami - wyprowadzanymi na oślep - głęboko mnie rozczarował, bo od niego, jak na standardy naszej piłki nożnej człowieka wyższej kultury, wymagałem więcej niż od okolicznych kombinatorów. Lozano mnie nie zaskoczył, bo choć fachowca od siatkówki widzę w nim znakomitego, to wiem również, że miewa poważne kłopoty z akceptowaniem krytyki i reagowaniem z klasą na niepowodzenie. Teraz zszedł na własne dno, przekraczając granice elementarnej przyzwoitości.

Ale, szczerze mówiąc, wszyscy trzej wymienieni obchodzą mnie o tyle, o ile. Obcokrajowcy? Who cares? Wynajęliśmy ich, po dymisji pójdą sobie precz, a my będziemy musieli dotelepać się do następnego meczu, potem do jeszcze jednego etc.

Dlatego wolę skupić się na naszej stronie boiska. Wrzucam zagranicznych najemników do jednego wora, nie wdaję się w odrębną psychoanalizę każdego przypadku, patrzę - jak to z drugiej półkuli - na big picture. I mam wyłącznie wątpliwości.

Dlaczego wszyscy trzej selekcjonerzy obcokrajowcy wykonują - z naszego punktu widzenia - ruchy radykalniejsze niż którykolwiek z ich ostatnich poprzedników, oczywiście polskich poprzedników? Dlaczego wszyscy miotają najcięższymi oskarżeniami w całe środowisko - siatkarskie bądź piłkarskie? Dlaczego wszyscy weszli w zwarcia z megagwiazdami, przyjmując lokalną skalę, swoich drużyn - Świeniewicz, Borucem, Wlazłym? Jeśli ryzykownie wykluczymy, że nasłała ich żydomasoneria w sojuszu z fanatycznymi wrogami oscypka, to o co tutaj chodzi? Gdzie tkwi problem?

Spytałbym jeszcze, czy aby w jakimś - i w jakim - stopniu konfliktowi przyjezdni nie mają racji. Ale powodowany patriotyczną niezłomnością nie spytam.

11:34, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
czwartek, 18 września 2008

Pub Man City, San Francisco

Skoro w San Francisco LM startuje przed południem, to miejsce na oglądanie obrońców trofeum też dobrałem perwersyjne - w knajpie dekorowanej insygniami lokalnego rywala z Manchesteru. Znalazłem ją gdzieś na granicy tutejszego Chinatown i dzielnicy włoskiej, co podaję, by uświadomić wam, że nawet w odległej egzotyce uciec od hegemonii marek Premier League się nie da. Ba, uczucie, że angielskie kluby rozdęły się do gabarytów całego globu, a reszta futbolowego świata sflaczała do rozmiarów przydeptanej piłeczki pingpongowej jest jeszcze bardziej dojmujące. Chcesz Ligi Mistrzów na żywo we wtorek? Wybieraj między Chelsea a Liverpoolem. Chcesz w środę? Serdecznie zapraszamy, Arsenal i Manchester zagrają dla ciebie w każdym pubie, w którym z telewizorów akurat nie wycieka baseball. That’s soccer in America.

Okoliczności konsumowania tylko utwierdziły mnie w przeświadczeniu, że skok wyspiarzy ku totalnej dominacji w klubowej piłce najprawdopodobniej znów okaże się nie do zablokowania. Przypomnijmy: w minionych dwóch sezonach okupowali trzy z czterech miejsc w półfinale, do finału nie dotarli ostatnio w zapomnianym sezonie 2003/2004, wiosną wystrzelili na szczyt rankingu UEFA. Niechętnych inwazji multipleksowego blichtru Premier League zmuszają Anglicy do coraz wymyślniejszej statystycznej ekwilibrystyki, bo niełatwo wyszukać jakiekolwiek dane dowodzące, że Premier League jednak nie rządzi.

Badanie gołym okiem nie zostawia wątpliwości. Badanie zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości. Anglicy znów wystartowali w LM świetnie. Nawet piłkarzy jedynej drużyny nienasyconej wynikiem - właśnie Manchesteru, zremisował z Villarrealem - pociesza pewnie obiecujący powrót megagwiazdora Cristiano Ronaldo (trochę ten rzężący silnik Diabłów rozruszał, hę?). I choć reprezentanci Primera Division również ruszyli z piskiem opon (trzy zwycięstwa plus remis dały im nawet ciut lepszy arytmetycznie dorobek), to wyspiarze pozostają - bez wskazywania konkretnego klubu - głównymi faworytami do ostatecznego triumfu.

Bynajmniej nie dlatego, że angielskie potęgi zebrały wszystkich najlepszych piłkarzy świata. Przeciwnie, gdyby połączonymi siłami zaatakowali ich Hiszpanie czy Włosi, mieliby poważne szanse na zwycięstwo. Sęk w tym, że rywale z kontynentu muszą nacierać w rozproszeniu, a w rozproszeniu ich możliwości są skromniejsze. O ile Inter bądź Real należą jeszcze do pretendentów pełnymi gębami, o tyle ich krajowym przeciwnikom czegoś brakuje - albo właśnie przeszli rewolucję (Barcelona dopiero teraz głosowała nad kapitanem:-)), albo „prawie” debiutują (Atletico, Villarreal, Fiorentina, Juventus), albo wyhamowali wskutek mizernego budżetu transferowego (letnia mitręga Romy, by kupić kogoś powyżej rezerwowego Realu), albo w ogóle do LM się nie doturlali (Milan).

Tylko u Anglików idylla, tylko oni wystawili supermocarstwa supermocne w każdym calu. Jeśli latem nie ruszyli do bulimicznego kupowania, to dlatego, że są wystawnie wyposażeni. (Ewentualnie mają wizję futbolu osobną, jak Arsene Wenger). Zajmowali się drobiazgami, dopieszczali detale. Teraz suną szeroką ławą. Nawet jeśli ktoś z kwartetu się potknie, będą inni. Konkurencja tego luksusu nie ma, bo, powtórzę, pełnogębnych nałogowych wygrywaczy jej brakuje. Niby wszyscy wiemy o dominacji klubów Premier League, ale nikt nie zwraca uwagi na pewien istotny konkret - w minionym sezonie wygrały one wszystkie, co do jednego, pojedynki z resztą świata! Arsenal odpadł, bo wyeliminował go Liverpool. Liverpool odpadł, bo wyeliminowała go Chelsea. Chelsea nie zdobyła trofeum, bo zatrzymał ją Manchester. 100 procent skuteczności! Kto wie, czy przy sprzyjającym losowaniu nie przywłaszczyliby sobie wyspiarze kompletu miejsc w półfinale.

Teraz nie typowałbym raczej, że przywłaszczą sobie choć dwa, ale zdecydowanie typuję, że puchar pozostanie za La Manche. (Nawet jeśli pojedynczego zdecydowanego faworyta nie wskażę. Widzę poczwórnego superfaworyta). W perspektywie całego sezonu powinna im dodatkowo sprzyjać nieobecność Anglii na Euro 2008 oraz turnieju olimpijskim, bo wielu tubylczych gwiazdorów - Gerrard, Terry, Lampard, obaj Cole’owie, Ferdinand, Rooney etc - w przeciwieństwie do bohaterów Serie A i Primera Division wreszcie zaliczyło porządne wakacje. Nie ma wyjścia, wypada wciąż bez zawahania stawiać na nich. Nawet jeśli z żądzy rewanżu na wyspiarzach dyszy niejaki Jose Mourinho...

PS Skoro globalna rozdętość angielska sięgnęła kalifornijskiego wybrzeża Pacyfiku, to może jeszcze przed LA zobaczę w przydrożnej knajpie, jak Tottenham tłucze się z Wisłą? Znajdę, to coś napiszę. Nie znajdę, to dłuższe na razie. U was czwartkowe rano, u nas w Morro Bay - motel jak z klasycznego amerykańskiego horroru, słowo daję - kończy się środa. Dobranoc.

Man City pub logo

09:04, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 14 września 2008

W minioną środę, gdy uwagę kibiców zajął futbol reprezentacyjny, Milan uległ drugoligowemu szwajcarskiemu Lugano 0:2. To był tylko sparing, rossoneri zagrali bez wielu powołanych do drużyn narodowych gwiazd, ale prezes Adriano Galliani wezwał na dywanik trenera Carlo Ancelottiego. Znów. Do spotkania na szczycie doszło już po raz trzeci w sezonie, choć sezon ledwie ruszył.

Nazajutrz włoska prasa obwieściła, że włoski trener otrzymał nieformalne ultimatum, że jeśli dzisiaj mediolańczycy nie wygrają w Genui, on straci posadę. Mediolańczycy przegrali. Też 0:2.

Przywiędły Milan to jedna z najbardziej frapujących zagadek roku. Drużyna, która przez kilka ostatnich lat królowała w Lidze Mistrzów (trzy finały w pięciu sezonach), ni stąd ni zowąd popadła w najgłębszy kryzys pośród wszystkich futbolowych supermocarstw. Wiosną doczłapała w Serie A zaledwie do Pucharu UEFA, wypadała fatalnie w wakacyjnych sparingach, teraz beznadziejnie rozpoczęła nowy sezon. Jej osiągi z minionych tygodni (pomijam miniturnieje złożone z gierek po 45 minut) to jedno zwycięstwo, jeden remis oraz siedem (!) porażek. Przegrała z Sevillą (0:1) , Chelsea (0:5), Manchesterem City (0:1), Sportingiem Gijon (0:2), Bologną (1:2), Lugano (0:2), Genoą (0:2). Po środowym sparingu wściekły Ancelotti po raz pierwszy podczas swojej kadencji w Milanie nie przyszedł na konferencję prasową. Wpadł w furię, długo rugał piłkarzy, przypominał im, że „na boisku trzeba biegać”.

Niewiele zdziałał. Dzisiejszy mecz oglądałem w Nowym Jorku, więc rozpoczął się o 9 rano mojego czasu, ale odnosiłem wrażenie, że piłkarze Milanu wpadli w anomalię jeszcze głębszą, że ktoś zerwał z łóżek i zagonił na stadion grubo przed świtem. Rywale byli energiczniejsi, dojrzalsi i wydajniejsi od pierwszego po ostatnie kopnięcie. Mediolański gwiazdozbiór zdaje się nawet nie tyle zgasły, co półmartwy.

Dlaczego? Czy Ancelotti, zwany przez piłkarzy pieszczotliwie Carletto, po siedmiu latach na San Siro stracił zdolność inspirowania podwładnych?

Czy grupę zasłużonych, ale i obżartych triumfami bohaterów wielu kampanii będzie potrafił zainspirować ktokolwiek inny?

Czy podstawowej jedenastce wystarczy zaledwie jeden futbolista z klasą - Matthieu Flamini - który nie może powiedzieć, że wygrał niemal wszystko?

Czy letnie wietrzenie transferami nie było wietrzeniem stęchlizny stęchlizną, jeśli klub głównie przytulał gwiazdorów upadłych (Ronaldinho, Szewczenko) lub podupadłych (Zambrotta)?

Czy mediolańczykom rzeczywiście najzwyczajniej nie chce się biegać, jeśli testy MilanLabu wykazują, iż są w znakomitej dyspozycji fizycznej?

Czy niezmienny od lat styl gry preferowany przez Ancelottiego - świadomie rezygnującego ze skrzydłowych - nie stał się zbyt przejrzysty dla przeciwników, którzy często (jak Genoa dziś rano) zostawiają pustą przestrzeń na obu flankach, tłoczą się w centrum boiska i tam kneblują rossonerich?

Czy ów taktyczny koncept nie stracił sensu, kiedy Cafu odszedł, Oddo został wypożyczony, a Jankulovski zaczął się szarpać z kontuzjami, więc drużynę opuścili  wszyscy nienasyceni, prący wiecznie do przodu boczni obrońcy?

Czy kilku nietykalnych w Milanie nie potrzebuje wstrząsu, bo ostatnie lata przyzwyczaiły ich, że niezależnie od wszystkiego nie ryzykują ani miejsca w podstawowej jedenastce, ani tym bardziej w klubie?

Czy 40-letni Paolo Maldini nie przekroczył granicy, poza którą pozostaje już tylko wspominanie? Żywy pomnik w mediolańskiej defensywie zachowywał się dzisiaj momentami jak prawdziwy posąg - zastygał, trwał nieruchomy i na końcu akcji rywali stał w tym samym miejscu, w którym stał na jej początku. Zawinił przy obu golach dla Genoi, a niewiele zabrakło, by sprowokował następne.

Czy jeśli szefowie klubu zdecydują podziękować Ancelottiemu, zdołają znaleźć następcę zdolnego tchnąć życie w dostojne mediolańskie posągi (jest ich na San Siro więcej)? Zgodnie ze swoją filozofią szukają tylko pośród byłych piłkarzy Milanu, prasa wymienia nazwiska Roberto Donadoniego, Filippo Galliego, Alessandro Costacurty (jeszcze przedwczoraj był kumplem piłkarzy z boiska), Marco van Bastena (nie opuści Ajaksu) i Franka Rijkaarda. Niestety, ten ostatni, choć najlepszy i teoretycznie wolny, postanowił wziąć rok urlopu po pracy w Barcelonie i większość czasu spędza w Kalifornii, w której jego syn chodzi do college’u.

Ancelotti jednak zostanie? Na mój nos tak, choć prowadzi drużynę bez właściwości, choć od początku roku poniósł już z nią 14 porażek, choć zajmuje ona przedostatnie miejsce w tabeli... A za tydzień Milan podejmuje lidera - rozpędzone Lazio.
18:55, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 12 września 2008

The Sky Above America 

Na wakacje. Tam, gdzie w futbol grają rękami. Przez kilka tygodni będę tutaj zaglądał rzadko, choć nie wykluczam, że czasem coś maznę, bo nałóg nie odpuszcza. Mam nadzieję, że dają tam we wtorkowe i środowe ranki lub popołudnia (zajrzę na oba wybrzeża) Ligę Mistrzów:-) Na razie.

09:28, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 11 września 2008

Photo credit to: Cwithe, Flickr 

Wokół reprezentacji zrobiło się ekstremalnie. Ekstremalnie przebiegał mecz z San Marino, bo przyspawany do dna światowego rankingu FIFA rywal miał po kilkudziesięciu sekundach rzut karny. Ekstremalną decyzję podjął piłkarz promowany na naczelnego snajpera, który w kwiecie wieku zakończył karierę. Ekstremalne rozmiary przybrała epidemia gasząca gwiazdy (Żurawski, Krzynówek, Bąk, Matusiak etc). Ekstremalny ruch wykonał inny napastnik - tymczasowo zrezygnował z gry dla Polski, choć ignorowali go także poprzedni trenerzy reprezentacji. Ekstremalnie nabroił egzotyczny tercet lwowski (Boruc, Dudka, Majewski) i po raz pierwszy od ćwierćwiecza upublicznione zostało oraz surowo ukarane pijaństwo w kadrze. Padły wreszcie ekstremalne oskarżenia - selekcjonerowi wprost zarzuca się z korupcję, a ten ostro odpowiada, zarzucając piłkarskiemu środowisku celowy sabotaż. I momentami też atakuje na oślep, oskarżeń nie podpierając dowodami.

Najmocniejszy fragment wywiadu z Beenhakkerem dotyczy incydentu z meczu ze Słowenią: „Sześciu piłkarzy siedziało na trybunie honorowej we Wrocławiu. A za ich plecami ci, którzy mają ambicje rządzić polską piłką. Zawodnicy słyszeli, jak działacze cieszą się, że gramy gów...ny mecz i że nie wygraliśmy!

Przypomniał mi się felieton Stefana Szczepłka z „Rzeczpospolitej”, opublikowany tuż po zwycięstwie nad Portugalią przed dwoma laty. „Popłoch przed północą” cytuję w całości:

Już wszystko było jasne, role porozpisywane, niektóre czwartkowe gazety gotowe jeszcze przed meczem, a potem Ebi Smolarek strzelił dwie bramki i wszystko legło w gruzach. Radość z powodu zwycięstwa nad Portugalią nie była wcale powszechna. Bo przecież Polacy mieli przegrać, a ośmielili się wygrać. I jeśli pisało się lub mówiło, że Beenhakker musi odejść, to jak tu nagle zmienić front.

Fotoreporterzy niektórych pism jechali do Chorzowa z zadaniem zrobienia zdjęcia holenderskiego trenera z twarzą ukrytą w dłoniach. Reporterzy pewnego dziennika wpadli w popłoch, bo musieli przed północą dużo zmieniać w swoich zaplanowanych wcześniej relacjach. Pisali tygodniami, że trener do niczego, oszukuje za plecami, rozmawia, a to z Trynidadem, a to z Australią, czekając na najbliższą okazję do zwinięcia w Polsce interesu. I nawet zależało mu, żeby zgody na pracę w Polsce formalnie nie mieć, bo dzięki temu mógłby zerwać umowę bez konsekwencji. Takie różne dyrdymały. Egzekucja miała nastąpić w środę.

Poważna telewizja zadzwoniła do mnie w piątek z prośbą o nagranie komentarza do przegranego, a przynajmniej zremisowanego - jak zakładała - meczu z Kazachstanem, który odbywał się w sobotę. Chodziło o to, żeby wszystko było gotowe zawczasu, bo między końcem meczu a głównym wydaniem magazynu informacyjnego było zbyt mało czasu. Delikatnie dałem do zrozumienia, że jeśli o mnie chodzi, to nie jest możliwe. Nie mam zwyczaju komentowania czegoś, co się jeszcze nie wydarzyło. Nie walczyłem o zatrudnienie zagranicznego trenera, bo uważam, że problem polskiego futbolu nie polega na braku trenerów, tylko dobrych piłkarzy. Ale skoro już Beenhakker jest, to trzeba mu pomóc, zrozumieć, dać czas, a nie rzucać kłody pod nogi.

Zwycięstwo popsuło wielu ludziom plany. Nie tylko paru kolegów po fachu nie bardzo wiedziało, jak się znaleźć w nowej rzeczywistości. Radość wśród działaczy PZPN też nie była przesadna. Zwycięstwo umacniało bowiem pozycję Michała Listkiewicza, który Beenhakkera sprowadził do Polski. Przeciwnicy prezesa mieli w środę czarny wieczór. Cała ich nadzieja w tym, że tak jak przedwczoraj Polacy nie będą grać zawsze.

Jeśli już przed dwoma laty spora część środowiska chciała nieszczęścia reprezentacji, byle utopić Beenhakkera w szambie, to jak duża musi chcieć dziś, gdy trwa zajadła, otwarta wojna? Nie pamiętam, żeby za mojego świadomego życia jakikolwiek selekcjoner wywoływał nienawiść o porównywalnej skali - była bezpardonowa krytyka, były bezlitosne szyderstwa i rozdygotana wściekłość, ale nie było oskarżeń na wpół kryminalnych i obietnic masowego wytaczania sobie - po obu stronach - procesów.

Teraz trudniej niż kiedykolwiek będzie o hipokryzję, do której przymusza odwieczne tabu - przecież nie wypada głośno się przyznać, że kibicujesz przeciwnikowi polskiego sportowca. Jak sądzicie, komu ludzie pozostający w sądowych sporach z trenerem kadry - jeśli do procesów istotnie dojdzie - będą kibicować w październikowych meczach z Czechami i Słowacją? O jaki wynik pomodlą się działacze z wrocławskich trybun i ich kumple? Zazdrośni o zarobki polscy koledzy po fachu Beenhakkera? Kandydaci na jego następcę? Dziennikarze i eksperci, którzy nawet skandal wokół pijaństwa piłkarzy zamieniają w grzech śmiertelny Holendra? Agenci nie mający okazji wcisnąć kadrze swoich klientów z ligi? Część zwykłych kibiców, którym również udzielił się nastrój wojny totalnej i aż dyszą od przebierania nogami gotowymi do wykopania Beenhakkera z powrotem na Trynidad?

Czeka nas kolejny miesiąc pod wysokim napięciem. Nas oraz Beenhakkera. Miesiąc ostrej, ze wszech miar zasłużonej po meczach potworkach ze Słowenią i San Marino krytyki merytorycznej. A także miesiąc kolejnych łowów na ludzi, którzy jeszcze selekcjonera nie opluli. Proponowałbym np. negocjacje z Łukaszem Sosinem. Jeśli nastrzelał w lidze cypryjskiej ponad 100 goli, liga cypryjska zdystansowała polską, a Beenhakker mimo wszystko go nie powołuje, to może by Sosin z kadry - oczywiście tymczasowo - zrezygnował?

Jeszcze raz: zrobiło się naprawdę ekstremalnie. Bez ofiar się nie obędzie. Jeśli jakimś cudem reprezentacja w październiku wygra, usłyszymy rozdzierający jęk zawiedzionych i znów, jak pisał Szczepłek, wybuchnie popłoch. Jeśli zgodnie z planem przegra, stracimy szansę na awans na mundial, nastaną nudne trzy z okładem lata sparingów (w eliminacjach do Euro 2012 nie wystąpimy), ale przynajmniej się okaże, że wypędzony Beenhakker to otępiały, stary dziad, który nas okradał i sprowadził na kwitnący polski futbol apokalipsę.

12:32, rafal.stec
Link Komentarze (90) »
środa, 10 września 2008

Alien 

Momenty były. Szokujące. Gdyby ktoś postawił po południu dziesięć złotych na kombinowany zakład, że:  1) San Marino wykona pierwszy rzut rożny; 2)  San Marino wykona po kilkudziesięciu sekundach rzut karny; 3) Łukasz Fabiański tego karnego obroni; zostałby pewnie milionerem.

Bałem się zwłaszcza przed golem na 2:0. Poprzednio tak się trząsłem chyba na „Obcym, ósmym pasażerze Nostromo”. Ale wtedy mały byłem.

Właściwie to dobrze wam tak wszystkim. Wnerwiły mnie podejrzenia - wyrażane bezczelnie, wprost - że we wpisie podnoszącym napięcie przed dzisiejszym bojem Polaków o wszystko robiłem sobie niby z piłkarzy San Marino jaja. Zezłoszczony zanurkowałem w przerwie w statystykę, żeby porównać nieporównywalne i przynajmniej częściowo udowodnić (wymiernie!), że gardzący paką Giampaolo Mazzy tkwią w grubym błędzie.

Znalazłem aż cztery reprezentacje, które nigdy z nikim nie wygrały. Ba, nigdy nawet nie zremisowały.

Timor Wschodni oraz Montserrat proponowałbym usprawiedliwić i talentu tamtejszych gwiazd ostatecznie nie przekreślać. Pierwsi rozegrali dotąd ledwie 6 meczów, drudzy - 12 meczów. A im rzadziej grasz, tym szanse na zwycięstwo jednak mniejsze. Montserrat stoczył zresztą co najmniej jeden heroiczny bój, przegrywając z Antiguą i Barbudą 4:5. (Oficjalna witryna FIFA nie podaje, dlaczego Antigua grała razem z Barbudą, czyli dwóch na jednego to banda łysego, jak mówili moi kumple z dzieciństwa).

Dla Samoa Amerykańskiego oraz Guam żadnego wytłumaczenia już nie znajduję. Podejrzewam, że zwyczajnie szkolenie u nich leży.

Najgorszą reprezentację na planecie ma Guam. Piłkarze z tej wysepki na Pacyfiku ponieśli 27 porażek, na każdą z nich przypadały przeciętnie stracone 8,9 bramki. Najlepszy mecz rozegrali przed pięcioma laty. Wyjazdowy sparing z Mongolią przegrali zaledwie 0:2.

Piłkarze Samoa przegrali tylko 26 meczów - tracą średnio 7,9 gola, w swoim najczarniejszym okresie trzy razy z rzędu musieli znieść porażkę dwucyfrową. To oni jednak ponieśli legendarną, najwyższą w historii oficjalnego futbolu reprezentacyjnego klęskę. Wredni Australijczycy wtłoczyli im 31 bramek:

Wolałbym oglądać przed chwilą takie jaja, nie horror. Nawet gdybym z gry wiedział, że Szwajcaria (z trenerem Ottmarem Hitzfeldem) przegra dzisiaj z Luksemburgiem, Słowacja ze Słowenią, a Czesi zremisują z Irlandią Płn. Jestem wyczerpany, na żadne pohorrorowe refleksje - albo okrzyki: wiwat, wszyscy w grupie już stracili punkty - mnie nie stać.

Ale apeluję, by rewanż z San Marino na wszelki wypadek tylko retransmitować. Po godz. 23.

22:39, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi