RSS
środa, 29 sierpnia 2018

Cristiano Ronaldo, Juventus

W koszulce Juventusu nie wyczarował jeszcze niczego szczególnego, ale i tak patrzę zafascynowany, trochę okiem prymatologa odkrywającego zupełnie nowy gatunek małp. Bo show trwa w najlepsze. Włosi mdleli, mdleją i chyba nie zamierzają przestać mdleć na widok idola, nie ocuciły ich nawet wstępne boiskowe podrygi Cristiano Ronaldo – przeciętne, ewentualnie ociupeńkę więcej niż przeciętne.

Najpierw witali go z pompą i uniżeniem, jakich w tamtejszym futbolu jeszcze nie doświadczyłem. Czerwony dywan, obcałowywanie stóp, wpatrywanie się w każdy gest idola i interpretowanie każdego gestu, nadawanie każdemu słowu nadmiernego znaczenia, wyolbrzymianie spraw, które owszem, zasługują na szacunek, ale znaj proporcje, mocium panie – gdy opowiadano, jak Portugalczyk nawet po powrocie z wyjazdowych meczów Ligi Mistrzów, o drugiej w nocy, zwykł poddawać się jeszcze krioterapii oraz innym zabiegom regeneracyjnym, jak robi się w siłowni na bóstwo, jak zasuwa zawsze i wszędzie, to miałem wrażenie, że w Italii codzienny wysiłek fizyczny nie jest dla piłkarza nawykiem.

Potem Ronaldo zagrał z Chievo oraz Lazio. Aktywnie, acz bez fundamentalnego wpływu na przebieg meczów – znać, że trzyma atletyczną formę i cholernie mu zależy, i znać też, że pozostaje na razie niekompatybilny z resztą drużyny, a trener Massimiliano Allegri nawytęża rozum, zanim znajdzie odpowiednią formułę. Przypisywanie Portugalczykowi asysty przy golu Mario Mandżukicia to niemal manipulacja (choć w sensie czysto statystycznym uzasadniona), ponieważ piłki w ogóle nie kontrolował, nie zdawał sobie sprawy, że odbija mu się od pięty. Recenzje zebrał jednak przyjazne, poszukiwano wszelkich drobiazgów świadczących na jego korzyść. Aż rozbawiony (zirytowany?) Fabrizio Bocca z „La Repubblica” zapytał, czy „to zabronione dać Ronaldo notę 5 (w dziesięciostopniowej skali)”, czy zawsze, niezależnie od okoliczności, należy wyciągać go do szóstki. I użył pojęcia „psychologiczna uległość” – zazwyczaj używanego w stosunku do niedoświadczonych sędziów, którzy podświadomie, onieśmieleni nazwą wielkiego klubu lub nazwiskiem wielkiego piłkarza, obawiają się faworytom zaszkodzić. Dlatego mniej chętnie odgwizdują rzut karny lub wlepiają żółtą kartkę.

Kilka zdań Bocca wręcz wyjął mi z ust, choć w żadnym razie nie uważam, by Ronaldo należało rugać za dwa średnie mecze – on wkomponowuje się w nowy klub po blisko dekadzie spędzonej tam, gdzie wszystko podporządkowano jego komfortowi. Nie sądzę również, by turyńczycy powinni się niepokoić, że megagwiazdor nagle przestanie strzelać gole. Przeciwnie, liga włoska wydaje się dla niego środowiskiem idealnym, zresztą w przeszłości paru snajperów kanonadę swojego życia urządzało sobie tam dopiero po trzydziestce.

Co innego jednak Ronaldo, a co innego reakcje na Ronaldo. Te eskalują, im bardziej szału na boisku nie ma, tym bardziej jest szał na wynajdywanie powodów, by szał trwał. Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” opublikowała wczoraj artykuł pt. tytułem „Ronaldo na szczycie: nikt nie strzela więcej od niego”, w którym obwołuje go – znów cytat – „królem kończenia akcji w całej Europie”. Wszystko w oparciu o statystykę, która kiedy indziej mogłaby służyć za akt oskarżenia, turyński heros uderza mianowicie na bramkę częściej niż ktokolwiek w czołowych ligach na kontynencie. Próbował już 15 razy. A że ani razu nie osiągnął celu? Że obok dwóch strzałów, które zmusiły bramkarzy Stefano Sorrentino i Thomasa Strakoshę do najwyższego wysiłku, były również (jak to u Ronaldo) strzały zbędne, oddane w sytuacjach wymagających raczej podania do kolegi? Że inni kopali na bramkę rzadziej, lecz trafiali do siatki? Nieważne, teraz za wszelką cenę kombinujemy, by sportowiec ubóstwiany nie zdradzał żadnych ludzkich wad. Za bardzo pragniemy go wielbić, by przeszkodziła nam rzeczywistość.

Dzisiaj redaktorzy największego włoskiego dziennika odlecieli jeszcze wyżej. Okładkę (zdjęcie nad notką) oraz dwie następne kolumny poświęcili plebiscytowi UEFA na gola roku (!), ponieważ kibice uhonorowali niezapomnianą przewrotkę Ronaldo z wiosennego ćwierćfinału Ligi Mistrzów w Turynie. Wówczas bramka bolała, ponieważ rozbiła piłkarzy Juventusu, w następstwie dała awans Realowi Madryt. Obecnie wywołuje ekstazę – przypomina się, że turyńscy fani fetowali ją wówczas owacją na stojąco, ponoć zyskując przychylność piłkarza i wpływając na jego decyzję o transferze. W Italii wylądował gracz pozaziemski. Stąd okładkowy tytuł: „Ten gol przewrócił futbol do góry nogami”.

Ja bym raczej powiedział, że pewien transfer przewrócił im w głowach, i aż zazdroszczę, podejrzewam ich o niezwykłe stany psychiczne, boję się pomyśleć, co będzie, gdy Portugalczyk naprawdę zagra fantastycznie. Intrygujący robi się też scenariusz – choć ani go nikomu nie życzę, ani nie przewiduję – w którym Ronaldo nie odpala dłużej, kopie zaledwie przyzwoicie, proces adaptacji się przeciąga. Kiedy oprzytomnieją? Czy mechanizm wyparcia przestanie działać? Zdołają zaakceptować Ronaldo jako istotę z tego świata? Ilu ludzi poniesie mentalność tabloidowa, która czołobitność zastępuje ślepą furią, gdy celebryta nie sprosta oczekiwaniom?

niedziela, 26 sierpnia 2018

Piłkarski nistrz Polski w ruinie, a ja z pogodną beztroską – i gotowością na drwiny – przyrównuję jego sytuację do sytuacji Realu Madryt sprzed ponad dekady. Felieton do poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

środa, 22 sierpnia 2018

ekstraklasa

Do pokracznych wygibasów piłkarzy się przyzwyczaiłem, do następujących potem „analiz” sytuacji przywyknąć nie umiem – wnerwiają mnie niemożebnie.

I wcale nie wściekam się na anegdotyczne wyziewy od popularnych ekspertów telewizyjnych, które robią furorę jak memy – jeden guru ogłasza, że europejskie puchary fałszują rzeczywistość (nasza liga nie aż taka zła), a inny chce życzyć trenerowi Jerzemu Brzęczkowi powodzenia, więc rzuca „niech mu ziemia lekką będzie”. Na nie też zobojętniałem, stanowią po prostu element paskudnego krajobrazu naszej piłki, w której nie trzeba logicznie myśleć ani znać podstaw języka polskiego, żeby objaśniać publice świat. Wściekam się na całą poklęskową kakofonię, na niemal wszystko, co wybrzmiewa po każdym kolejnym gniocie zaserwowanym przez Legię, Lecha czy Górnika.

Przed chwilą wdepnąłem w wywiad z Orestem Lenczykiem, krążącym po łączach jako świetny. Emerytowany trener atakuje dwiema tezami. Stwierdza, że reprezentacja Polski grała najgorzej na mundialu i wyjaśnia niepowodzenia wszelkich naszych drużyn – również klubowych – fatalnym przygotowaniem fizycznym piłkarzy. Nie wiem, dlaczego uważa, że nasi kopali marniej niż Arabia Saudyjska albo Panama, bo przepytywany nie czuje potrzeby uzasadniania czegokolwiek, chlapnąć można wszystko, byle brzmiało efektownie. Opinii redukującej problem naszej piłki do słabej kondycji też nie rozwija, choć diagnoza kompletnie niczego nie wyjaśnia, wszak naszych ligowych prezesów stać na import specjalistów od przygotowania atletycznego, którzy wytrenują kopaczy tak, by nie umarli z wycieńczenia w bataliach z Luksemburczykami, Słowakami, Mołdawianami czy innym Trapezfikiem.

Ale wywiad cieszy się powodzeniem. Dobrze ten Lenczyk powiedział, nie wstrzymuje języka, wreszcie ktoś mówi, jak jest.

Dla jasności: nie czepiam się tego konkretnego trenera, zresztą akurat do niego czuję instynktowną sympatię (rozmawiałem z nim tylko raz w życiu, przez telefon). Czepiam się poziomu całej publicznej debaty. Niechlujnej, przesyconej wielokrotnie przemielonymi komunałami, które nie tyle znamy na pamięć i zanudzają, ile fruwają bardzo daleko od minimum zdrowego rozsądku. Obłędną popularność ma np. chwyt retoryczny polegający na wyliczaniu, że w Niemczech dzieje się tak, w Hiszpanii – siak, a w Anglii – jeszcze inaczej. Dlaczego nie można zrobić tego samego u nas i w ogóle. Wtedy byśmy wygrywali.

Bez sensu. Nasi piłkarze dostają po tyłkach od Luksemburgów, a nie od mistrzów wszechświata. Wszystkie zdania zawierające słowa „Niemcy”, „Hiszpania” oraz „Anglia” wymazałbym z rozmowy, ponieważ niczego nie wnoszą. Kompletnie niczego. Traktowałbym je jak reductio ad hitlerum, zagranie wykluczające z gry. Jeśli są powszechnie tolerowane, to wskutek – moja obsesja, nęka mnie od  zawsze – programowego antyintelektualizmu polskiej piłki, który sprawia, że wielu dyskusji nie sposób zrozumieć. W każdym razie ja nie rozumiem. Czasami żadnego zdania w snutym wywodzie. Literalnie – żadnego.

Sam też czuję się bezsilny, gdy patrzę, co wyprawiają gracze zatrudnieni w tzw. ekstraklasie. Nie zaoferuję łatwego wyjaśnienia, dlaczego przegrywają z jeszcze nędzniej wyszkolonymi od siebie, dlaczego w klubach z innych krajów wyrzuconym z naszej ligi wiedzie się lepiej, dlaczego naszymi klubami się tak fatalnie zarządza – szczegółowo przyznawałem się do winy w artykule z soboty. Im bardziej głupi się jednak czuję, tym bardziej przeraża mnie umysłowa tandeta, jaka patronuje próbom opisywania naszego futbolu.

Króluje w niej podział na Polaków i obcokrajowców. To dlatego zacząłem spisywać niniejszą notkę – nie mogę słuchać nieustającego ględzenia o tym, że wypuszczamy na boiska tzw. ekstraklasy zbyt wielu cudzoziemców, wrzasków, że blokują miejsce rodzimej młodzieży, postulatów, by nakładać limity na obcych albo finansowo premiować lansowanie juniorów, pogardliwych prychnięć o importowanym „szrocie”. Identycznie bzdurna dychotomia jak ciążąca nad poszukiwaniami kolejnych selekcjonerów reprezentacji kraju, którym zawsze towarzyszy doniosłe pytanie o paszport. Polski czy zagraniczny?

Nie jestem za masowym sprowadzaniem cudzoziemców. Nie jestem też przeciw. To dylemat sztuczny, trele-morele odciągające uwagę od meritum, tik umysłowy anachroniczny, prowadzący donikąd. (Też już było: można grać lepiej niż polskie kluby siłami własnymi, jak uczy przykład białoruskiego BATE Borysów, i można siłami zapożyczonymi, jak uczą drużyny cypryjskie). Jak z wyjaśnianiem klęsk porównaniami do Niemców i innych potęg: niczego nie wnosi. Gdy Odidja-Ofoe, Nikolic czy Prijovic wygrywają ze Sportingiem, to nikt nie zagląda im w dokumenty, a gdy ich następcy obrywają od nie wiadomo kogo, to pochodzenie zaczyna być kluczowe.

Dlatego uwieszania się w debacie na kwestiach narodowościowych też całkowicie bym zakazał jako jałowego, prowadzącego donikąd. Nie wolno porównywać do Niemców, nie wolno apelować o promowanie polskiej młodzieży. Osiągnęlibyśmy wówczas przynajmniej jeden sukces – eksperci nie mieliby nic do powiedzenia, zrobiłoby się nad tą trumną ciszej.

14:57, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Wystartowała moja ulubiona liga piłkarska. Liga, w której trenerzy, prezesi i dyrektorzy sportowi nie zorientowali się jeszcze, że polskie piłkarstwo jest na dnie – skupują coraz więcej naszych graczy, uzbierali ich już 16, prawie wszystkich powystawiają w podstawowych składach. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” znajdziecie tutaj.

Przy okazji wklejam też dłuższy piątkowy kawałek o tajemnicy pucharowych klęsk Legii, Lecha i reszty – o tym, dlaczego Polska leży w Europie. Bo żadne rytualnie powtarzane przyczyny zapaści polskiego futbolu (niezależnie od ich słuszności) niczego w tym przypadku nie wyjaśniają. Tekst przeczytacie tutaj.

20:53, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 sierpnia 2018

Legia Warszawa

Za siedemdziesięcioma meczami i siedemdziesięcioma klęskami, w niesławnym roku 2011, zastanawiałem się na blogu, czy Jagiellonia, która akurat przerżnęła z Irtyszem Pawłodar, zaserwowała nam najgrubszy obciach w dziejach polskich popisów w europejskich pucharach. Kandydatura była mocna, przeciwnik reprezentował ligę Kazachstanu - sklasyfikowaną na 42. miejscu w rankingu UEFA. Po błyskawicznym riserczu ją jednak zdyskwalifikowałem. Wszak dwa lata wcześniej obyta w rywalizacji międzynarodowej Wisła Kraków oberwała od Levadii, drużynki pochodzącej z leżącej w rankingu jeszcze niżej (43.) ligi estońskiej.

Od tamtej pory eksportowi kopacze z tzw. ekstraklasy rozsmakowali się w podróżach w nieznane, by przegrywać - nastała epoka wielkich odkryć geograficznych, moje ulubione łyki egzotyki to chyba macedońska Shkëndija Tetowo oraz islandzki Ungmennafélagið Stjarnan. Dlatego pogubiłem się, przestałem nasze futbolowe gnioty hierarchizować.

Dzisiaj nie mam wątpliwości. Legię w kategorii „obciach wszech czasów” nominuję nawet nie z tego powodu, że Dudelange reprezentuje 47. ligę w rankingu UEFA (przestańcie mi chrzanić, że luksemburski futbol wstał z kolan). Nie, chodzi raczej o to, że nowe regulaminy rozgrywek dały jej drugie życie. Legia po klęsce w eliminacjach Ligi Mistrzów ze słowackim Spartakiem Trnava, czyli klubem również wielokrotnie biedniejszym, mogła się jeszcze odkuć w kwalifikacjach Ligi Europy. Nie pomogło, całe lato knot knota knotem poganiał, wszystkie knoty należy przez siebie przemnożyć.

No i ten budżet. W Warszawie naprawdę zebrali na piłkę przyzwoite pieniądze.

Jeszcze raz: legijne lato 2018 to obciach wszech czasów, legioniści wyglądają chwilowo jak aktorzy na planie u Eda Wooda, jak wąsy Borata, jak skarpetki w sandałach. Dziurawe skarpetki.

A ponieważ dzisiaj poodpadali i poprzegrywali także pozostali bohaterowie tzw. ekstraklasy, to mamy generalnie pucharowy obciach wszech czasów po polsku. Aż mnie natchnęło, aż wezbrałem optymizmem. Nabrałem mianowicie przekonania - piszę to całkiem serio - że nasze drużyny niżej w Europie nie upadną. Już nigdy.

Zapamiętajcie moje słowa: już nigdy. Zapamiętajcie je tak, jak ja zapamiętałem brawurową obietnicę Arkadiusza Malarza, który po 1:2 z Luksemburczykami u siebie oznajmił wojowniczo, że Legia awansuje.

piątek, 10 sierpnia 2018

Premier League, liga angielska

Kanał La Manche się nie poszerza, ale liga angielska stale się od reszty kontynentu oddala. Nie tyle jej ucieka – trudno byłoby uzasadnić tezę, że to rozgrywki w sensie sportowym najlepsze – ile z każdym rokiem staje się coraz bardziej osobna, kolorowa, inna niż wszystkie. Poniżej pięć dowodów na jej wyjątkowość, popartych twardymi liczbami (spisuję naprędce, podczas urlopu muszę się kryć z blogowaniem).

2008/09 – od tego sezonu nikt w Premier League nie zdołał obronić tytułu. To jedyna taka liga w całej Europie (!), a od trzech lat aktualnym mistrzom żyje się coraz ciężej – żaden nie utrzymał się nawet na podium, zajmowali miejsca 10., 12. oraz 5. Tu nigdy nie wiesz, co się zdarzy, a zdarzają się historie nieprawdopodobne, jak sensacyjny triumf Leicester. Teraz panowanie objęła jednak drużyna szczególna, oszałamiająca stylem gry i morderczo regularna, w minionym sezonie odleciała wiceliderowi na odległość 19 punktów. Czy piłkarze Manchesteru City wciąż będą grali jak natchnieni i Pep Guardiola zostanie pierwszym od czasów Alexa Fergusona trenerem, który obroni tytuł?

16 z 20 szkoleniowców Anglicy importowali, rodzimi fachowcy uchowali się już tylko w klubach słabszych (Bournemouth, Burnley, Cardiff City, Crystal Palace). Na szczycie tabeli rywalizowali w poprzednim sezonie właściciele chyba najsłynniejszych nazwisk minionych kilkunastu lat, czyli Pep Guardiola i José Mourinho (ucieleśniający wielką wojnę idei, reprezentujący wiarę w futbol proaktywny i reaktywny), naciska na nich heavymetalowiec Jürgen Klopp, a właśnie dołączył do tego elitarnego towarzystwa Maurizio Sarri – kolejny orędownik autorskiego, niepodrabialnego stylu gry, który jeszcze wzbogaci burzę trenerskich mózgów ekscytującą jak w żadnych innych rozgrywkach. Dołączą też ciekawi fachowcyz dalszego planu, którzy właśnie awansowali z drugiej ligi (Portugalczyk Nuno Espírito Santo i Serb Slaviša Jokanović), gdzie również widać olbrzymią siłę przyciągania na angielskie boiska – niedawno zgodził się tam pracować wybitny technokrata Rafa Benitez (przecież triumfator Champions League!), teraz Leeds zaszczycił szalony argentyński radykał Marcelo Bielsa. Ależ tam się dzieje! I pomyśleć, że ktoś w tym gronie będzie musiał przegrywać... Najtęższe trenerskie umysły wyspiarze jęli kolekcjonować przed kilku laty i już w ubiegłym sezonie poczuli przyjemne skutki rewolucji, bo wszystkie ich kluby osiągnęły ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Liverpool dofrunął wręcz do finału. Czy w najbliższej edycji wzbiją się jeszcze wyżej?

80 mln euro kosztował najdroższy bramkarz w historii, 62,5 mln – drugi najdroższy. Na takie ekstrawagancje stać tylko wyspiarzy, więc powyższe kwoty rzuciły przed chwilą Chelsea (na Kepę) oraz Liverpool (na Alissona), które działały jednak w skrajnie odmiennych okolicznościach. Pierwszych zmusił do inwestycji szantaż Thibauta Courtoisa (uciekł do Realu Madryt), natomiast drudzy wzmacniali najsłabiej obsadzoną pozycję w zespole, pozyskując najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji LM i finalizując najważniejszy transfer w czołówce. Generalnie bowiem Anglicy kupowali stosunkowo wstrzemięźliwie (zainwestowali o blisko pół miliarda euro mniej niż przed rokiem) i – znów, o tym traktuje ta notka! – inaczej niż wszyscy. Sami nałożyli sobie ograniczenia, zatrzaskując okno transferowe już dziewiątego sierpnia, co teoretycznie daje przewagę konkurentom z Europy – oni mogą manewrować jeszcze kilka tygodni, tymczasem wyspiarze mogą piłkarzy jedynie tracić. Przede wszystkim jednak na szczycie tabeli panował transferowy bezruch. Mistrz i wicemistrz z Manchesteru tylko retuszowali składy, natomiast trzeci Tottenham, rzecz w dzisiejszych czasach niesłychana, nie wydał ani szylinga. Jeszcze raz, literami o rozmiarze adekwatnym do doniosłości wydarzenia: londyńczycy NIE POZYSKALI NIKOGO. Nikogo też nie stracili, ja takiego przypadku na tym poziomie nie pamiętam. Anglicy też nie zarejestrowali żadnego, odkąd w 2003 r. zamontowano tzw. letnie okno transferowe.

Już tylko 6 z 20 klubów Premier League należy do Brytyjczyków. Pozostali właściciele pochodzą z Chin, Iranu, Malezji, Rosji, Tajlandii, USA, Włoch i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zatem rozgrywki tracą tożsamość nie tylko rodzimą, ale i europejską, tworzące je firmy w coraz większym przejmują ludzie z kultur egzotycznych. I niewykluczone, że wpłyną na system bardziej niżbyśmy chcieli – myślę zwłaszcza o biznesmenach amerykańskich, których jest wśród posiadaczy pakietów kontrolnych najwięcej, którzy mają w portfolio również wielkie sportowe przedsiębiorstwa w swoim kraju i sądzą, że z piłki nożnej można wycisnąć finansowo znacznie więcej niż się wyciska. Do Stana Kroenke, który położył właśnie łapę na 100 procentach udziałów w Arsenalu (stracili je m.in. kibice, więc stracą nawet znikomy wpływ na klub), należą także Los Angeles Rams (futbol amerykański, NFL), Denver Nuggets (koszykówka, NBA), Colorado Avalanche (hokej na lodzie, NHL), Colorado Rapids (piłka nożna, MLS), Colorado Mammoth (lacrosse, NLL) oraz Los Angeles Gladiators (e-sport, Overwatch League). Publicysta Matthew Syed widzi w nim i jego pobratymcach ludzi, którzy doprowadzą do stworzenia kontynentalnej superligi – zamkniętej, pozbawionej spadków i awansów – a ja mu wierzę. I jako przeciwnik tej idei uważam ich za główne zagrożenie dla futbolu, większe niż bonzowie z Kataru czy ZEA, którzy przynajmniej nie chcą nam urządzać świata po swojemu.

18 z 20 klubów wpuściło już sponsorów nie tylko na klaty piłkarzy, ale również na rękawy. To też czyni ligę angielską zjawiskiem niepospolitym, łatwo odróżnialnym od wszystkich innych rozgrywek, i być może zwiastuje erę, w której po boiskach będą biegali zawodnicy obklejeni mnóstwem marek, w strojach pstrokatych jak kombinezony kierowców Formuły 1. Na razie nawet na ramionach zawodników dostrzeżemy dowody na niesamowitą wielobarwność rozgrywek, do których chcą się przytulić wszyscy. Everton od wiosny gra z fińskim Angry Birds, Crystal Palace z chińskim Dongqiudi, Leicester z tajskim browarem, a Arsenal – z logiem Visit Rwanda, dzięki któremu rząd tego afrykańskiego kraju chce ściągać turystów z całego świata, zresztą tamtejszy prezydent Paul Kagame od lat kibicuje londyńskiemu klubowi i wielokrotnie jego szefom publicznie „doradzał” (ruch wywołał słuszne kontrowersje).

Słowem, Premier League to nie Anglia, to kolorowy zawrót głowy.

20:33, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 09 sierpnia 2018

Legia Warszawa - Dudelange

W trakcie spożywania dzisiejszego gniota z Łazienkowskiej - wakacje mam, po jaką cholerę na to patrzę?! - przypomniało mi się, jak przed dekadą zacząłem nieco śmielej przyznawać się do pomysłu, żeby zlikwidować polską piłkę nożną. Nabrałem odwagi, bo odkryłem istnienie Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości.

Szczegóły swojej wizji podałem wówczas w felietonie. Na amatorskie gierki delikwentów szczególnie opornych oczywiście przymknąłbym oko. Nie chciałem totalnego zakazu, myślałem raczej o finezyjnym eksperymencie inżynierii społecznej - szeroko zakrojonym zohydzaniu uprawiania futbolu przy równoczesnym zachwalaniu innych sportów, co z czasem wsparlibyśmy ustawą o rozwiązaniu klubów, rozbiórce stadionów, przymusowej reedukacji relacjonujących kopaninę dziennikarzy etc. Skosić równo z trawą, byle ostrożnie i stopniowo, bez uwieszania u portfeli podatników setek tysięcy bezrobotnych, którym nie wystarczyłoby kompetencji - od menedżerskich po etyczne - na zarządzanie jarzyniakiem. Aktywistami Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości kieruje przekonanie, że ludzie uświniają planetę i bez nich wyglądałaby ona ładniej. Mną kierowało silne przekonanie, że ludzie polskiej piłki uświniają polski sport i bez nich wyglądałby on ładniej.

Od tamtej pory (nie)wiele się zmieniło, a ja zmieniłem zdanie. Skoro nadwiślańskie plemiona tę tandetę utrzymują swoimi portfelami, to znaczy, że piłka nożna jest sensem ich życia. A sensu życia nie wolno nikomu odbierać. Kombinuję więc, jak nam wszystkim pomóc.

I tak sobie myślę, że gdyby nie zasada, że na szczurach wolno przeprowadzać eksperymenty, a na piłkarzach tzw. ekstraklasy nie wolno, być może stosunkowo łatwo udałoby się nam doprowadzić do letnich sukcesów polskich klubów w europejskich pucharach. Wtedy potrzebowalibyśmy jeszcze tylko móc umieścić ligowców w warunkach laboratoryjnych.

Wyjaśnię to na przykładzie. Oto firmy farmaceutyczne, które stale wykorzystują szczury jako obiekty doświadczalne przy opracowywaniu nowych antydepresantów, w jednej z popularnych procedur umieszczają setkę osobników (każdego osobno, aż tyle ze względu na wiarygodność statystyczną) w szklanych rurach wypełnionych wodą. Zwierzęta podejmują wciąż na nowo rozpaczliwe i daremne próby wspięcia się po ściankach i wyjścia z naczynia, ale po 15 minutach większość się poddaje i nieruchomieje. Unoszą się po prostu na powierzchni, zobojętniałe na to, co je otacza.

Wtedy bierze się kolejną setkę szczurów, umieszcza się je w rurach, ale wyławia się je po 14 minutach, tuż przed, nim poddadzą się rozpaczy. Suszy się je, karmi, pozwala nieco wypocząć - po czym znów wrzuca się je do rur. I tym razem większość szczurów szamocze się przez 20 minut i dopiero wtedy rezygnuje. Skąd te dodatkowe 6 minut? Ponieważ pamięć sukcesu z przeszłości powoduje wydzielenie w mózgu jakiejś substancji biochemicznej, która daje sierściuchom nadzieję i spowalnia nadejście rozpaczy.

Eksperyment trwa dalej, a ja nie zamierzam tłumaczyć, o co chodzi, ponieważ interesuje mnie tylko do tego etapu.

Wyobraźmy sobie teraz piłkarzy z tzw. ekstraklasy wrzuconych w środku lata do europejskich pucharów - wyglądają i reagują jak szczury w rurach, najpierw szamotanina, a następnie bezruch i zobojętnienie. Legia wytrzymała dzisiaj w remisie zbliżoną ilość minut, Luksemburczycy zasunęli jej decydującego gola w 61. minucie.

Teraz wyobraźmy sobie, że wyjmujemy ich z europejskich pucharów tuż przed zbadanym uprzednio momentem krytycznym i postępujemy jak ze szczurami - suszymy, karmimy, dajemy nieco odpocząć, po czym znów wrzucamy na boisko. Skoro wytrwałość szczurów zwiększa się o około 37 proc., to dlaczego wytrwałość naszych ligowców miałaby się nie zwiększyć o tyle damo? Może ci, którzy wytrzymaliby w wysiłkach do 61. minuty, teraz wytrwaliby do 84.? To byłby ładny początek budowania lepszego jutra.

23:04, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
sobota, 04 sierpnia 2018

Na momencik tylko wpadam - bo kiedy przyjmowałem dzisiaj najnowsze dzieło Asghara Farhadiego, w rytmie leniwie wakacyjnym i intensywnie festiwalowym zarazem, Łukasz Piszczek ogłaszał, że rzuca reprezentację Polski. Duże wydarzenie.

Utożsamia Piszczek mroczną niejednoznaczność naszego futbolu ostatnich (a może wszystkich?) dekad - umoczony w korupcję, uczestniczący w łapówkarskim procederze aktywniej niżbyśmy chcieli, skazany na trzy lata więzienia w zawieszeniu. W wielu krajach powoływanie go do kadry narodowej wywoływałoby większe kontrowersje niż w Polsce, traktującej handlowanie punktów jak pogodę. Jest jak jest, trzeba przywyknąć.

Ucieleśnia Piszczek też doniosłą rolę przypadku, rządzącego nie tylko sportem. Wyedukowany na napastnika i długo spychany w nieuniknioną bylejakość nadwiślańskiego kopacza ożył dzięki spotkaniu właściwym ludzi (trenerów), którzy wymyślili go na nowo. Ze szczególnym uwzględnieniem Jurgena Kloppa, czyli bodaj najsłynniejszego specjalisty od lansowania piłkarzy znikąd na finalistów Ligi Mistrzów.

Przede wszystkim pozostaje jednak Piszczek naszym najlepszym bocznym obrońcą, jakiego oglądałem w życiu. Żaden inny tak nie dośrodkowywał - dośrodkowuje? - w pełnym biegu, mało kto miewał zbliżoną wydolność, on wraz z Jakubem Błaszczykowskim tworzył, nie tylko w reprezentacji, mój ulubiony duet polskich piłkarzy. Zdarzało mu się być na swojej pozycji numerem jeden w Bundeslidze, zdarzało mu się należeć do ścisłej czołówki w Europie. Gdybyśmy sporządzali hierarchię naszych najwybitniejszych graczy w XXI wieku, ustępowałby tylko Robertowi Lewandowskiemu. Zatęsknimy.

17:49, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
Archiwum
Tagi