RSS
środa, 31 sierpnia 2016

Zamyka się okno transferowe w Europie – okres aktywności na jednym z najdziwniejszych i najmniej przejrzystych rynków w światowej gospodarce. Tradycyjnie już rekordowy.

Wszystkich przelicytował Manchester United, który za Paula Pogbę rzucił 105 mln euro. Dotąd w XXI wieku transferowe rekordy bił wyłącznie Real Madryt, ale miażdżąca przewaga finansowa ligi angielskiej nad resztą świata stale rośnie. I kluby tych najpopularniejszych, najdrożej sprzedających prawa telewizyjne rozgrywek po raz pierwszy w historii wydały jednego lata ponad miliard funtów. A budżety płacowe pochłaniają rocznie już ponad dwa miliardy.

Dlatego Anglikom coraz trudniej pozbywać się piłkarzy zbędnych. Manchester City tylko dlatego mógł wypchnąć na wypożyczenie Joe Harta do Torino i Samira Nasriego do Sevilli, że będzie im płacił odpowiednio 35 i 70 proc. pensji. A sąsiedzi z United nie zdołali się rozstać z Bastianem Schweinsteigerem i jego wegetacja w rezerwach będzie ich kosztować 12,5 mln rocznie. Oba wymienione kluby są od pewnego czasu najbardziej rozrzutne na świecie (a efekt jest taki, że ligę skończyły na czwartym i piątym miejscu), jednak aberrację doskonalej ilustruje przypadek niejakiego Emmanuela Riviere – drugoligowe (!) Newcastle uważało go za balast, ale długo było bezradne, ponieważ przystało na gażę blisko 2,5 mln euro. Czyli dwa razy więcej, niż na kontynencie jest w stanie zaoferować ktokolwiek potrzebujący graczy na jego poziomie. I dopiero dzisiaj podrzuciło Francuza na rok Osasunie. Za co oczywiście samo zapłaci... Newcastle to w ogóle przykład bezprecedensowy, po degradacji z Premier League stać je na utrzymywanie trenerskiego zwycięzcy Ligi Mistrzów Rafaela Beniteza.

Przyzwyczailiśmy się, że od wyspiarskich klubów sprzedający żądają za transfery więcej, coraz częściej krzycząco nieproporcjonalnie do sportowej wartości piłkarzy (Sunderland daje 20 mln za Gabończyka Didiera Ndonga, który w 46 meczach Lorient strzelił dwa gole). Ale obyczaje ewoluują wszędzie. Tego lata bezkompromisowo działał nawet Juventus, czyli klub w ostatnich latach gospodarujący oszczędnie, prowadzący wzorową, w europejskiej czołówce chyba najbardziej przytomną politykę kadrową – za darmo lub prawie za darmo brał graczy klasy Andrei Pirlo, Pogby, Carlosa Téveza czy Samiego Khediry. I choć znów wygląda na wielkiego zwycięzcę letniego okna transferowego, to strategię radykalnie zmienił. Oprócz Daniego Alvesa (wygasł mu kontrakt z Barceloną) i Mehdiego Benatii (marne 5 mln dla Bayernu) za zyski z rekordowej sprzedaży Pogby wziął Gonzalo Higuaina (90 mln, najwyższa kwota w historii Serie A), Marko Pjacę (23 mln dla Dinama Zagrzeb, najdroższy młodzieżowiec ze wschodu Europy), Miralema Pjanicia (32 mln), dzisiaj finalizował też transfer Axela Witsela (Zenit St. Petersburg dostanie około 20 mln). Rozmach iście angielski. Turyńczycy uzmysławiają sobie, że jeśli poważnie myślą o triumfie w LM, to inaczej już się zwyczajnie nie da. Barcelona wydała właśnie przeszło 120 mln na samych rezerwowych.

Jakieś rekordy padają już bowiem co tydzień. I wbrew obiegowym opiniom najbogatsze kluby wcale nie płacą „absurdalnie” – koszty pozyskiwania gwiazd stanowią wręcz niższy odsetek przychodów niż kilkanaście lat temu. Piłka nożna na szczytowym poziomie staje się coraz bardziej dochodowym biznesem.

I coraz więcej pieniędzy spływa niżej, a tam kluby działają już niezbyt racjonalnie. Przynajmniej z perspektywy przedsiębiorstw z innych dziedzin, które nie prą – jeśli są właściwie zarządzane – ku personalnemu chaosowi. Kiedy Pogba zmienia barwy za pieniądze rzekomo absurdalne, to rozumiemy transakcję w wymiarze i finansowym, i sportowym. Wiemy, co Manchester Utd. zyskuje i dlaczego. Kiedy jednak przyglądamy się manewrom zasadniczej większości klubów, to na dłuższym dystansie czasu nie mają one żadnego merytorycznego sensu. O ile oczywiście celem ich istnienia nie jest wyłącznie to, by interes się kręcił.

Sampdoria, z którą kontrakt podpisał Karol Linetty, każdego roku wymienia nawet kilkunastu piłkarzy i rewolucjonizuje podstawową jedenastkę. Pobliska Genoa zachowuje się identycznie, Fiorentina uzbierała już w seniorskiej kadrze ponad 20 obcokrajowców. Działa to tak, że skrzydłowego za 3 mln wymienia się na innego skrzydłowego za 3 mln, który oferuje zbliżony poziom. Stopera za 2 mln zastępuje stoper za 2 mln – znów o podobnych kompetencjach. I zatrudnia się kolejnych dyrektorów sportowych, którzy „uzdrawiają” sytuację. Klub piłkarski to firma, w której trwają nieustające zmiany. I właściwie nie wiadomo po co. Wiadomo tylko, że z każdą zmianą ulatniają się pieniądze przeznaczane na prowizje pośredników.

Maniacko podróżują również piłkarze. Marco Borriello, napastnik powoływany nawet do reprezentacji Włoch, zmieniał pracę 17 razy, a w ostatnim roku zdążył się nająć w Genoi, Carpi, Atalancie i Cagliari. Nigdzie się nie sprawdza, ale zawsze znajdzie kogoś, kto pozwoli mu się nie sprawdzić. A obsługujące kariery zawodników agencje zarabiają coraz więcej. Najbardziej spektakularną i zarazem symptomatyczną kwotą wakacji było nie tyle 105 mln za Pogbę, ile 25 mln prowizji dla Mino Raioli. Potężnego menedżera, który głosi, że transfer można wymusić na każdym klubie, wystarczy tylko zasiać zamęt w szatni. Z przeprowadzki jednego klienta wyciągnął tylko trochę mniej niż roczny budżet Legii Warszawa. 

Tagi: transfery
20:42, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 28 sierpnia 2016

Piłkarze Adama Nawałki znów zjeżdżają na zgrupowanie w Warszawie, by w piątek polecieć do Kazachstanu i w niedzielę rozpocząć tam eliminacje do mistrzostw świata w 2018 r. Ale poza tym wszystko jest inaczej niż kiedykolwiek za mojego świadomego kibicowskiego życia. Powiedzieć, że reprezentację tworzą ludzie sukcesu, to nic nie powiedzieć. Mój tradycyjny felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Niewielu spośród polskich kibiców życzyło Legii rywali w Lidze Mistrzów możliwie najsłabszych, przeważali zwolennicy Barcelon, Reali i innych Bayernów. Co można uznać za przejaw zdrowego rozsądku – skoro nie ma szans, by z kimkolwiek wygrać, to chociaż popodziwiajmy z bliska wirtuozów, pozwólmy im pobłogosławić stopami nasze murawy. Ale można też wyczytać w zbiorowych reakcjach odruchowe poddaństwo, hodowany latami kompleks, który nie pozwala nam myśleć normalnymi kategoriami sportowymi. Nie pożądamy takich przeciwników, by Legia raczej podjęła walkę niż jej nie podjęła, lecz oczekujemy, że na jej stadionie przedefilują bożyszcza, a my powodzimy za nimi maślanymi oczyma.

To nie jest mentalność z Ligi Mistrzów. To jest mentalność okolicy, w której płacimy Barcelonie czy Realowi, by okazały łaskę, zajrzały do nas podczas wakacji i odbębniły lekkopółśredni sparing w niepodstawowym składzie. A potem jeszcze nasze media posłusznie potrąbiły o jakimś „Supermeczu”. Trener Legii wkomponowuje się w krajobraz idealnie – zamiast z koszyka rozstawionych chcieć CSKA Moskwa, głośno marzy o Realu.

W ogóle wszystko jest na tym obrazku spójne, bo w Madrycie też niechętnie zniżą się do latania do Warszawy. Współwłaściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski mówi w wywiadzie, że w Europie Legię „szanują”, tymczasem kontynentalna oligarchia od miesięcy radzi, jak zmienić formułę LM i odseparować się od Legii na zawsze. Oczywiście nie tylko od Legii, z przecieków wiemy, że jako rywala poniżej godności Realu jego przedstawiciele wymieniali podczas debat np. białoruskie BATE Borysów.

Podobnie kombinują w Barcelonie. W Bayernie. Nawet w Juventusie, który długo się przed ostateczną elitaryzacją futbolu klubowego wzbraniał. To jednak interes całej Serie A – skoro jej przedstawiciele niemal co sezon obrywają w kwalifikacjach Champions League i liga włoska wystawia w fazie grupowej ledwie dwie drużyny, to trzeba tak pogmerać w przepisach, żeby kwalifikacje wyminąć. I zawsze wystawiać cztery drużyny. Bez wychodzenia na boisko, bez udowodnienia, że jest się od kogokolwiek sportowo lepszym. Dotyczy to m.in. Milanu, który miał zapraszać Legię na sparing. Na sparing, owszem – ale w LM jej sobie nie życzy.

To się stanie już za chwilę. Rozanieleni popatrzymy jeszcze raz czy dwa, jak europejscy potentaci zgodzą się zaszczycić sobą polski stadion. A potem wielbione u nas Barcelona, Real czy Bayern do miejsc, których się brzydzą, wpadną ewentualnie co najwyżej za osobny hajs, po sezonie, na pokazową atrapę meczu piłkarskiego. Kibiców mają wszędzie, i tak przywita ich radosny pisk. Mentalnie jesteśmy gotowi.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Ależ to jest paradoks! Zdawało się, że kiedy polska drużyna wreszcie wepchnie się do Ligi Mistrzów, to zatrzęsie się ziemia i będzie magicznie, przecież okoliczności poprzedniego awansu – łódzkiego Widzewa sprzed 20 lat – wspominamy jako jeden z najsłynniejszych horrorów w dziejach naszej klubowej piłki nożnej. Tymczasem Legia wczołgała się do elity po tygodniach wręcz żałosnych, niegodnych firmy o jej statusie. I po wieczorze więcej niż zawstydzającym. Przez kilkadziesiąt minut żyliśmy w strachu, że jednak odpadnie i będzie największy obciach w historii naszej piłki klubowej.

Dobry moment miała Legia tego lata tylko jeden. W tamten piątek, gdy podczas losowania z nieba spadli jej irlandzcy półamatorzy, być może najsłabszy uczestnik ostatniej rundy eliminacji, odkąd istnieje LM w obecnym kształcie. Wygrana i remis ze Zrijnskim Mostarem, wydłubane 1:0 w dwumeczu z Trenczynem, wreszcie pokonanie piłkarzy Dundalk, którzy nie mają nawet pełnych etatów w klubie – jeszcze nigdy nie wystarczyło dokonać tak niewiele, by osiągnąć tak wiele.

Dlatego chyba wszyscy mamy, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Niby widzimy, że szefowie Legii realizują cel za celem – po zimowej ofensywie transferowej uświetnili stulecie klubu odzyskaniem tytułu w tzw. ekstraklasie oraz obroną Pucharu Polski, a teraz zadebiutują w LM. Niby znamy niesprawiedliwą sprzyjającą uprzywilejowanym (czytaj: bogatym) politykę UEFA – nasze drużyny rozpoczynają rywalizację coraz wcześniej, ostatnio już wręcz w pierwszej połowie lipca, czyli wtedy, gdy żadna drużyna nie jest w stanie grać dobrze. Zarazem jednak zdajemy sobie sprawę, że 130 mln rocznego budżetu daje Legii jeszcze większą przewagę nad krajowymi konkurentami niż przewaga Bayernu nad resztą Bundesligi. Dlatego jej strategia – podobnie jak wyniki – jest wręcz groteskowa. Zaczęło się od trenera Stanisława Czerczesowa, który niemal otwarcie poddał mecz z przedostatniej kolejki minionego sezonu z Lechią Gdańsk, żeby oszczędzić swoje „gwiazdy” na bój z Pogonią Szczecin, a teraz jego tradycje kontynuuje Besnik Hasi. W tym sezonie wpuścił już na boisko 29 piłkarzy, co może być nieoficjalnym rekordem Europy. I Legia za wyraźnym przyzwoleniem szefostwa czasem odpadnie z PP po porażce z drugoligowcem, czasem oberwie od Łęcznej, a czasem przyłoży kibicowi w twarz 1:3 z Arką Gdynia. Właściciel sezonowego karnetu ma prawo oglądać popisy piłkarzy w furiackim rozdygotaniu.

Ja oglądam je zażenowany, ale równocześnie trudno mi nie docenić doniosłości chwili. Kiedy poprzednio byliśmy mieliśmy swojego przedstawiciela w LM, był nim dzisiejszy czwartoligowiec, a reprezentację Polski prowadził Antoni Piechniczek. Epoka niemal antyczna. I niewykluczone, że gdyby Legia nie awansowała teraz, to nie awansowałaby już nigdy, bo UEFA za chwilę zatwierdzi nową formułę rozgrywek, jeszcze szczelniej zamykającej wstęp do nich wszystkim spoza oligarchii najbogatszych. Trwa więc hossa polskiej piłki. Nasza reprezentacja po wieczności turniejowych klęsk wybiła się na poziom ćwierćfinału Euro, nasze gwiazdy kosztują dziesiątki milionów euro, a nasz klub odzyskał prawo do gry z Barcelonami czy Realami na poważnie, a nie pokazowo, gdy potentatom za tę łaskę zapłacimy. Kilka lat temu polski futbol stoczył się na historyczne dno, dzisiaj przeżywamy najwspanialszy rok od trzech dekad.

Sportowo nie wolno nam wiele oczekiwać, boimy się raczej, że Legia podzieli los Maccabi Tel Awiw, które w poprzedniej edycji przegrało wszystkie grupowe mecze, strzelając ledwie jednego gola, a tracąc 16. Aż 17 razy zdarzało się, że uczestnik LM kończył ją bez punktu. Sukces jednak Legia odniosła i wymierny (finansowy), i symboliczny, jeszcze bardziej wzmacniający nasze wrażenie, że przestaliśmy leżeć na futbolowej prowincji. Nawet jeśli warszawscy piłkarze grają ostatnie przeraźliwie słabo i zwycięskie 0:1 w rewanżu z Dundalk byłoby logicznym podsumowaniem lata. A kolejny paradoks polega na tym, że tzw. ekstraklasę wpuszczają do elity akurat teraz, gdy wszystkie jej potęgi albo leżą na dnie tabeli (Wisła i Lech), albo dyndają tuż nad nim (Legia). Znów przekonaliśmy się, jak olbrzymią władzę ma w sporcie przypadek. Przecież awans do LM to także nieplanowany skutek uboczny osławionego dzielenia punktów, dzięki któremu Legia może jawnie odpuszczać mecze w kraju i zakładać, że wiosną odrobi stratę.

niedziela, 21 sierpnia 2016

A może nawet – ile znaczy Polska, w wokółolimpijskich dyskusjach słychać, że dotykamy kwestii dla nadwiślanina najdonioślejszych. Też zabrałem głos, w felietonie do poniedziałkowej „Wyborczej”, który przeczytacie tutaj.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi