RSS
środa, 31 sierpnia 2016

Zamyka się okno transferowe w Europie – okres aktywności na jednym z najdziwniejszych i najmniej przejrzystych rynków w światowej gospodarce. Tradycyjnie już rekordowy.

Wszystkich przelicytował Manchester United, który za Paula Pogbę rzucił 105 mln euro. Dotąd w XXI wieku transferowe rekordy bił wyłącznie Real Madryt, ale miażdżąca przewaga finansowa ligi angielskiej nad resztą świata stale rośnie. I kluby tych najpopularniejszych, najdrożej sprzedających prawa telewizyjne rozgrywek po raz pierwszy w historii wydały jednego lata ponad miliard funtów. A budżety płacowe pochłaniają rocznie już ponad dwa miliardy.

Dlatego Anglikom coraz trudniej pozbywać się piłkarzy zbędnych. Manchester City tylko dlatego mógł wypchnąć na wypożyczenie Joe Harta do Torino i Samira Nasriego do Sevilli, że będzie im płacił odpowiednio 35 i 70 proc. pensji. A sąsiedzi z United nie zdołali się rozstać z Bastianem Schweinsteigerem i jego wegetacja w rezerwach będzie ich kosztować 12,5 mln rocznie. Oba wymienione kluby są od pewnego czasu najbardziej rozrzutne na świecie (a efekt jest taki, że ligę skończyły na czwartym i piątym miejscu), jednak aberrację doskonalej ilustruje przypadek niejakiego Emmanuela Riviere – drugoligowe (!) Newcastle uważało go za balast, ale długo było bezradne, ponieważ przystało na gażę blisko 2,5 mln euro. Czyli dwa razy więcej, niż na kontynencie jest w stanie zaoferować ktokolwiek potrzebujący graczy na jego poziomie. I dopiero dzisiaj podrzuciło Francuza na rok Osasunie. Za co oczywiście samo zapłaci... Newcastle to w ogóle przykład bezprecedensowy, po degradacji z Premier League stać je na utrzymywanie trenerskiego zwycięzcy Ligi Mistrzów Rafaela Beniteza.

Przyzwyczailiśmy się, że od wyspiarskich klubów sprzedający żądają za transfery więcej, coraz częściej krzycząco nieproporcjonalnie do sportowej wartości piłkarzy (Sunderland daje 20 mln za Gabończyka Didiera Ndonga, który w 46 meczach Lorient strzelił dwa gole). Ale obyczaje ewoluują wszędzie. Tego lata bezkompromisowo działał nawet Juventus, czyli klub w ostatnich latach gospodarujący oszczędnie, prowadzący wzorową, w europejskiej czołówce chyba najbardziej przytomną politykę kadrową – za darmo lub prawie za darmo brał graczy klasy Andrei Pirlo, Pogby, Carlosa Téveza czy Samiego Khediry. I choć znów wygląda na wielkiego zwycięzcę letniego okna transferowego, to strategię radykalnie zmienił. Oprócz Daniego Alvesa (wygasł mu kontrakt z Barceloną) i Mehdiego Benatii (marne 5 mln dla Bayernu) za zyski z rekordowej sprzedaży Pogby wziął Gonzalo Higuaina (90 mln, najwyższa kwota w historii Serie A), Marko Pjacę (23 mln dla Dinama Zagrzeb, najdroższy młodzieżowiec ze wschodu Europy), Miralema Pjanicia (32 mln), dzisiaj finalizował też transfer Axela Witsela (Zenit St. Petersburg dostanie około 20 mln). Rozmach iście angielski. Turyńczycy uzmysławiają sobie, że jeśli poważnie myślą o triumfie w LM, to inaczej już się zwyczajnie nie da. Barcelona wydała właśnie przeszło 120 mln na samych rezerwowych.

Jakieś rekordy padają już bowiem co tydzień. I wbrew obiegowym opiniom najbogatsze kluby wcale nie płacą „absurdalnie” – koszty pozyskiwania gwiazd stanowią wręcz niższy odsetek przychodów niż kilkanaście lat temu. Piłka nożna na szczytowym poziomie staje się coraz bardziej dochodowym biznesem.

I coraz więcej pieniędzy spływa niżej, a tam kluby działają już niezbyt racjonalnie. Przynajmniej z perspektywy przedsiębiorstw z innych dziedzin, które nie prą – jeśli są właściwie zarządzane – ku personalnemu chaosowi. Kiedy Pogba zmienia barwy za pieniądze rzekomo absurdalne, to rozumiemy transakcję w wymiarze i finansowym, i sportowym. Wiemy, co Manchester Utd. zyskuje i dlaczego. Kiedy jednak przyglądamy się manewrom zasadniczej większości klubów, to na dłuższym dystansie czasu nie mają one żadnego merytorycznego sensu. O ile oczywiście celem ich istnienia nie jest wyłącznie to, by interes się kręcił.

Sampdoria, z którą kontrakt podpisał Karol Linetty, każdego roku wymienia nawet kilkunastu piłkarzy i rewolucjonizuje podstawową jedenastkę. Pobliska Genoa zachowuje się identycznie, Fiorentina uzbierała już w seniorskiej kadrze ponad 20 obcokrajowców. Działa to tak, że skrzydłowego za 3 mln wymienia się na innego skrzydłowego za 3 mln, który oferuje zbliżony poziom. Stopera za 2 mln zastępuje stoper za 2 mln – znów o podobnych kompetencjach. I zatrudnia się kolejnych dyrektorów sportowych, którzy „uzdrawiają” sytuację. Klub piłkarski to firma, w której trwają nieustające zmiany. I właściwie nie wiadomo po co. Wiadomo tylko, że z każdą zmianą ulatniają się pieniądze przeznaczane na prowizje pośredników.

Maniacko podróżują również piłkarze. Marco Borriello, napastnik powoływany nawet do reprezentacji Włoch, zmieniał pracę 17 razy, a w ostatnim roku zdążył się nająć w Genoi, Carpi, Atalancie i Cagliari. Nigdzie się nie sprawdza, ale zawsze znajdzie kogoś, kto pozwoli mu się nie sprawdzić. A obsługujące kariery zawodników agencje zarabiają coraz więcej. Najbardziej spektakularną i zarazem symptomatyczną kwotą wakacji było nie tyle 105 mln za Pogbę, ile 25 mln prowizji dla Mino Raioli. Potężnego menedżera, który głosi, że transfer można wymusić na każdym klubie, wystarczy tylko zasiać zamęt w szatni. Z przeprowadzki jednego klienta wyciągnął tylko trochę mniej niż roczny budżet Legii Warszawa. 

Tagi: transfery
20:42, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 28 sierpnia 2016

Piłkarze Adama Nawałki znów zjeżdżają na zgrupowanie w Warszawie, by w piątek polecieć do Kazachstanu i w niedzielę rozpocząć tam eliminacje do mistrzostw świata w 2018 r. Ale poza tym wszystko jest inaczej niż kiedykolwiek za mojego świadomego kibicowskiego życia. Powiedzieć, że reprezentację tworzą ludzie sukcesu, to nic nie powiedzieć. Mój tradycyjny felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Niewielu spośród polskich kibiców życzyło Legii rywali w Lidze Mistrzów możliwie najsłabszych, przeważali zwolennicy Barcelon, Reali i innych Bayernów. Co można uznać za przejaw zdrowego rozsądku – skoro nie ma szans, by z kimkolwiek wygrać, to chociaż popodziwiajmy z bliska wirtuozów, pozwólmy im pobłogosławić stopami nasze murawy. Ale można też wyczytać w zbiorowych reakcjach odruchowe poddaństwo, hodowany latami kompleks, który nie pozwala nam myśleć normalnymi kategoriami sportowymi. Nie pożądamy takich przeciwników, by Legia raczej podjęła walkę niż jej nie podjęła, lecz oczekujemy, że na jej stadionie przedefilują bożyszcza, a my powodzimy za nimi maślanymi oczyma.

To nie jest mentalność z Ligi Mistrzów. To jest mentalność okolicy, w której płacimy Barcelonie czy Realowi, by okazały łaskę, zajrzały do nas podczas wakacji i odbębniły lekkopółśredni sparing w niepodstawowym składzie. A potem jeszcze nasze media posłusznie potrąbiły o jakimś „Supermeczu”. Trener Legii wkomponowuje się w krajobraz idealnie – zamiast z koszyka rozstawionych chcieć CSKA Moskwa, głośno marzy o Realu.

W ogóle wszystko jest na tym obrazku spójne, bo w Madrycie też niechętnie zniżą się do latania do Warszawy. Współwłaściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski mówi w wywiadzie, że w Europie Legię „szanują”, tymczasem kontynentalna oligarchia od miesięcy radzi, jak zmienić formułę LM i odseparować się od Legii na zawsze. Oczywiście nie tylko od Legii, z przecieków wiemy, że jako rywala poniżej godności Realu jego przedstawiciele wymieniali podczas debat np. białoruskie BATE Borysów.

Podobnie kombinują w Barcelonie. W Bayernie. Nawet w Juventusie, który długo się przed ostateczną elitaryzacją futbolu klubowego wzbraniał. To jednak interes całej Serie A – skoro jej przedstawiciele niemal co sezon obrywają w kwalifikacjach Champions League i liga włoska wystawia w fazie grupowej ledwie dwie drużyny, to trzeba tak pogmerać w przepisach, żeby kwalifikacje wyminąć. I zawsze wystawiać cztery drużyny. Bez wychodzenia na boisko, bez udowodnienia, że jest się od kogokolwiek sportowo lepszym. Dotyczy to m.in. Milanu, który miał zapraszać Legię na sparing. Na sparing, owszem – ale w LM jej sobie nie życzy.

To się stanie już za chwilę. Rozanieleni popatrzymy jeszcze raz czy dwa, jak europejscy potentaci zgodzą się zaszczycić sobą polski stadion. A potem wielbione u nas Barcelona, Real czy Bayern do miejsc, których się brzydzą, wpadną ewentualnie co najwyżej za osobny hajs, po sezonie, na pokazową atrapę meczu piłkarskiego. Kibiców mają wszędzie, i tak przywita ich radosny pisk. Mentalnie jesteśmy gotowi.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Ależ to jest paradoks! Zdawało się, że kiedy polska drużyna wreszcie wepchnie się do Ligi Mistrzów, to zatrzęsie się ziemia i będzie magicznie, przecież okoliczności poprzedniego awansu – łódzkiego Widzewa sprzed 20 lat – wspominamy jako jeden z najsłynniejszych horrorów w dziejach naszej klubowej piłki nożnej. Tymczasem Legia wczołgała się do elity po tygodniach wręcz żałosnych, niegodnych firmy o jej statusie. I po wieczorze więcej niż zawstydzającym. Przez kilkadziesiąt minut żyliśmy w strachu, że jednak odpadnie i będzie największy obciach w historii naszej piłki klubowej.

Dobry moment miała Legia tego lata tylko jeden. W tamten piątek, gdy podczas losowania z nieba spadli jej irlandzcy półamatorzy, być może najsłabszy uczestnik ostatniej rundy eliminacji, odkąd istnieje LM w obecnym kształcie. Wygrana i remis ze Zrijnskim Mostarem, wydłubane 1:0 w dwumeczu z Trenczynem, wreszcie pokonanie piłkarzy Dundalk, którzy nie mają nawet pełnych etatów w klubie – jeszcze nigdy nie wystarczyło dokonać tak niewiele, by osiągnąć tak wiele.

Dlatego chyba wszyscy mamy, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Niby widzimy, że szefowie Legii realizują cel za celem – po zimowej ofensywie transferowej uświetnili stulecie klubu odzyskaniem tytułu w tzw. ekstraklasie oraz obroną Pucharu Polski, a teraz zadebiutują w LM. Niby znamy niesprawiedliwą sprzyjającą uprzywilejowanym (czytaj: bogatym) politykę UEFA – nasze drużyny rozpoczynają rywalizację coraz wcześniej, ostatnio już wręcz w pierwszej połowie lipca, czyli wtedy, gdy żadna drużyna nie jest w stanie grać dobrze. Zarazem jednak zdajemy sobie sprawę, że 130 mln rocznego budżetu daje Legii jeszcze większą przewagę nad krajowymi konkurentami niż przewaga Bayernu nad resztą Bundesligi. Dlatego jej strategia – podobnie jak wyniki – jest wręcz groteskowa. Zaczęło się od trenera Stanisława Czerczesowa, który niemal otwarcie poddał mecz z przedostatniej kolejki minionego sezonu z Lechią Gdańsk, żeby oszczędzić swoje „gwiazdy” na bój z Pogonią Szczecin, a teraz jego tradycje kontynuuje Besnik Hasi. W tym sezonie wpuścił już na boisko 29 piłkarzy, co może być nieoficjalnym rekordem Europy. I Legia za wyraźnym przyzwoleniem szefostwa czasem odpadnie z PP po porażce z drugoligowcem, czasem oberwie od Łęcznej, a czasem przyłoży kibicowi w twarz 1:3 z Arką Gdynia. Właściciel sezonowego karnetu ma prawo oglądać popisy piłkarzy w furiackim rozdygotaniu.

Ja oglądam je zażenowany, ale równocześnie trudno mi nie docenić doniosłości chwili. Kiedy poprzednio byliśmy mieliśmy swojego przedstawiciela w LM, był nim dzisiejszy czwartoligowiec, a reprezentację Polski prowadził Antoni Piechniczek. Epoka niemal antyczna. I niewykluczone, że gdyby Legia nie awansowała teraz, to nie awansowałaby już nigdy, bo UEFA za chwilę zatwierdzi nową formułę rozgrywek, jeszcze szczelniej zamykającej wstęp do nich wszystkim spoza oligarchii najbogatszych. Trwa więc hossa polskiej piłki. Nasza reprezentacja po wieczności turniejowych klęsk wybiła się na poziom ćwierćfinału Euro, nasze gwiazdy kosztują dziesiątki milionów euro, a nasz klub odzyskał prawo do gry z Barcelonami czy Realami na poważnie, a nie pokazowo, gdy potentatom za tę łaskę zapłacimy. Kilka lat temu polski futbol stoczył się na historyczne dno, dzisiaj przeżywamy najwspanialszy rok od trzech dekad.

Sportowo nie wolno nam wiele oczekiwać, boimy się raczej, że Legia podzieli los Maccabi Tel Awiw, które w poprzedniej edycji przegrało wszystkie grupowe mecze, strzelając ledwie jednego gola, a tracąc 16. Aż 17 razy zdarzało się, że uczestnik LM kończył ją bez punktu. Sukces jednak Legia odniosła i wymierny (finansowy), i symboliczny, jeszcze bardziej wzmacniający nasze wrażenie, że przestaliśmy leżeć na futbolowej prowincji. Nawet jeśli warszawscy piłkarze grają ostatnie przeraźliwie słabo i zwycięskie 0:1 w rewanżu z Dundalk byłoby logicznym podsumowaniem lata. A kolejny paradoks polega na tym, że tzw. ekstraklasę wpuszczają do elity akurat teraz, gdy wszystkie jej potęgi albo leżą na dnie tabeli (Wisła i Lech), albo dyndają tuż nad nim (Legia). Znów przekonaliśmy się, jak olbrzymią władzę ma w sporcie przypadek. Przecież awans do LM to także nieplanowany skutek uboczny osławionego dzielenia punktów, dzięki któremu Legia może jawnie odpuszczać mecze w kraju i zakładać, że wiosną odrobi stratę.

niedziela, 21 sierpnia 2016

A może nawet – ile znaczy Polska, w wokółolimpijskich dyskusjach słychać, że dotykamy kwestii dla nadwiślanina najdonioślejszych. Też zabrałem głos, w felietonie do poniedziałkowej „Wyborczej”, który przeczytacie tutaj.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Obwieszoną medalami dekadę męskiej reprezentacji psują występy olimpijskie. Dotkliwie przeciętne, zawsze na miarę ćwierćfinału. Niepokojące jest to, że ten w Rio nawet nie zaskakuje.

Kulminację przeżyliśmy na złotym mundialu przed dwoma laty, podczas którego w szatni spotkali się najwybitniejsi przedstawiciele obu generacji juniorskich mistrzów świata – Michał Winiarski, Mariusz Wlazły (rocznik 1983) oraz Paweł Zagumny (1977). Brakowało w tej supergrupie jedynie Piotra Gruszki (1977). On nie zdążył, z oczywistych względów wszedł w schyłek kariery wcześniej niż rówieśnik z pozycji rozgrywającego.

Kiedy weterani – absolutnie kluczowi na tamtym niesamowitym turnieju – zrezygnowali z gry dla kraju, stało się jasne, że złota reprezentacja przestaje istnieć. I spodziewaliśmy się, że będziemy musieli swoje odcierpieć, jak każda drużyna przechodząca przemianę pokoleniową. Nie spodziewaliśmy się jednak, że straty okażą się jeszcze większe.

Atakującego Wlazłego zaczął wyręczać Bartosz Kurek, który w Rio wyrastał ponad drużynę. Tu udało się utrzymać wysoki poziom.

Przyjmującego Winiarskiego zastąpił Michał Kubiak. Gracz klasowy, jednak nieporównywalny z poprzednikiem – najbardziej utytułowanym wśród współczesnych polskich siatkarzy, triumfatorem Ligi Mistrzów przez kilka lat współtworzącym w Trento najsilniejszą drużynę klubową świata. W dodatku w Rio Kubiak grał poniżej swoich możliwości. On, kapitan, który najśmielej powtarzał, że interesuje go tylko złoto.

Wreszcie w buty rozgrywającego Zagumnego miał wskoczyć Fabian Drzyzga. Właśnie tu ponieśliśmy stratę, której nie oczekiwaliśmy. Drzyzga w pewnym momencie właściwie zniknął. Zmalał w reprezentacji do rezerwowego. Najgłośniej było o nim wtedy, gdy wypływały informacje o jego trudnych relacjach z trenerem Stéphane’em Antigą. Okazało się, że abdykował nie jeden, lecz obaj mistrzowscy rozgrywający. I piłkę wystawia w kadrze Grzegorz Łomacz, przez całą karierę – w październiku skończy 29 lat – zawodnik na poziomie ligowym, któremu nikt nie wróżył skakania wokół podium imprez mistrzowskich. Jemu nie sposób niczego zarzucić. W Rio wypadł poprawnie, a momentami nawet lepiej niż poprawnie. Ale on daje głównie rzetelność i sumienne wykonywanie zaleceń taktycznych. Nie stać go na zaoferowanie czegoś ekstra, co charakteryzuje wystawiających ze światowego szczytu. Tu Polacy odstają od czołówki bodaj najbardziej, i to nie ze względu na ledwie 187 cm wzrostu Łomacza (choć przewagę atletyczną Amerykanie mieli w środę miażdżącą).

Reprezentacji Antigi drastycznie ubyło zatem jakości. I za bardziej zaskakujący niż ćwierćfinałowa porażka na igrzyskach powinniśmy właściwie uznać popis na ubiegłorocznym Pucharze Świata, podczas którego nasi siatkarze grali jak opętani. Po dziesięciu zwycięstwach z rzędu ulegli dopiero Włochom. Nowa drużyna miała się rodzić w bólach, a rozkwitła w mgnieniu oka.

Nie sposób jednak usprawiedliwić stylu, w jakim Polacy pozwolili się wypędzić z Rio. Nie sposób nie zauważyć najbardziej niepokojącego trendu z możliwych – otóż nowa reprezentacja po doskonałym starcie sprzeciętniała i już do świetnej formy nie wróciła. Szokująca porażka w ćwierćfinale mistrzostw Europy ze Słowenią, ledwie trzecie miejsce w europejskich kwalifikacjach olimpijskich (ocalała po horrorze z Niemcami), słabiuteńki występ w Lidze Światowej (piąte miejsce), wreszcie beznadzieja w Rio. To nie tak, że siatkarze rozczarowali nagle, akurat w najważniejszym momencie. Ich wynik to logiczne zwieńczenie całego sezonu.

Tak samo logiczne jest kwestionowanie – choć potrzeba tu analizy i fundamentalnych rozmów z selekcjonerem – pozycji Antigi, który wygląda na opuszczonego przez bardziej doświadczonego Philippe’a Blaina (dlaczego asystent nie uczestniczy już aktywnie w przerwach w grze, jak podczas mundialu?). Przybywa poszlak, by sądzić, że w reprezentacyjnej szatni zwyczajnie brakuje chemii.

Przyzwyczailiśmy się już, że największe triumfy wypalają Polaków. Że następujący po nich sezon bywa wręcz tragiczny. Po srebrze MŚ w 2006 r. (na jakikolwiek medal czekaliśmy ćwierć wieku) trener Raúl Lozano bezsilnie przyglądał się, jak jego podwładni przegrywają na ME z Belgią. Po złocie ME w 2009 r. (pierwszym w historii) Daniel Castellani podpisał swoim nazwiskiem miejsca 13-18 na mundialu. W podobne kłopoty wpadają właściwie wszyscy, może z wyjątkiem Brazylii. Amerykanie wygrali igrzyska w Pekinie, by na następnych dać ciała totalnie, jak Polska w Rio (wyskoczyli z grupy na pozycji lidera, w ćwierćfinale oberwali do zera od rozbitych Włochów), marnie wypadali też na mundialach (zresztą od dwóch dekad nie zdobyli na nich medalu). A Rosjanie – mistrzowie olimpijscy z Londynu – stoczyli się ostatnio prawie na swoje historyczne dno. Skaczą między piątymi a ósmymi miejscami.

Na te wahania wpływa też patologiczny system siatkarskich rozgrywek. Najbardziej rozbudowany w sportach zespołowych, sprawiający, że nie zdarzają się już imprezy, na których wszyscy faworyci są przygotowani perfekcyjnie lub prawie perfekcyjnie. W tej grze trwają permanentne igrzyska ludzi schorowanych, przemęczonych fizycznie i psychicznie. Przewidzieć przyszłość naszej reprezentacji jest trudniej niż kiedykolwiek w XXI w. dlatego, że przeżywa najbardziej gwałtowną przemianę kadrową, ale również dlatego, że w czołówce panuje bezprecedensowy zamęt.

Na ostatnim mundialu złoto wzięli Polacy, srebro – Brazylijczycy, brąz – Niemcy. Potem była LŚ, na której podium obsadziły Francja, Serbia i USA. Następnie w PŚ Amerykanie tylko lepszym stosunkiem setów wyprzedzili przebudzonych znienacka Włochów. Potem wicemistrzostwo Europy wyskakali Słoweńcy. LŚ wygrała Serbia, która na igrzyska się nawet nie zakwalifikowała. Aż w Rio totalną klęskę poniosła Francja, dla wielu główny faworyt turnieju... Za każdym razem wygrywa kto inny. Na siatkarskim podium jeszcze nigdy nie było tak niestabilnie. Coraz częściej rozstrzyga przypadek. A ponieważ chciwość działaczy nie zna granic, to meczów stale przybywa. Polacy rozegrali ich w sezonie przedolimpijskim 38. Chciałoby się napisać – rekord nie do pobicia, ale nie, bonzowie z FIVB na pewno coś wymyślą.

I w tych czasach zamętu wystarcza niekiedy drobiazg, by obalić hierarchię. Pogrążeni od lat w kryzysie Włosi wstali, gdy naturalizowali jednego zawodnika Osmany’ego Juantorenę. Zyskali ogromną siłę ognia. Co dla nas o tyle znaczące, że również czekamy na Kubańczyka, wygrywającego w Kazaniu Ligę Mistrzów – Wilfredo Leóna. Dzięki niemu również polska reprezentacja może znienacka nieprawdopodobnie urosnąć w ofensywie.

Tagi: siatkówka
18:08, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Nasi siatkarze muszą w ćwierćfinale pokonać USA, żeby wykonać ostatnią misję. W XXI wieku zdobywali medale wszędzie, tylko nie na igrzyskach.

Odkąd naszej męskiej siatkówce godność przywrócił Raúl Lozano, a potem jego dzieło kontynuowali – lub kontynuują – trenerzy Daniel Castellani, Andrea Anastasi i Stéphane Antiga, wskakiwaliśmy na podium wszelkich możliwych imprez. Mundial – dwa medale. Puchar Świata – dwa medale. Mistrzostwa Europy – dwa medale. Liga Światowa – dwa medale. Tylko na igrzyskach się nie udało.

Turniej olimpijski w siatkówce jest bardzo specyficzny. Nikt nie nazwie go najtrudniejszym, bo klucz geograficzny sprawia, że brakuje potęg. Na przykład Serbii, triumfatorki tegorocznej LŚ. Ale też najłatwiej się tu boleśnie pośliznąć. Bo faza grupowa to zazwyczaj jedynie rywalizacja o rozstawienie w ćwierćfinale (teraz było inaczej przez Amerykanów, którzy niespodziewanie ulegli Kanadzie), a ćwierćfinał oddziela strefę medalową od katastrofy. To pierwszy ważny mecz na turnieju. I jeśli drużyna z ambicjami go przegra, to czuje się, jakby na igrzyskach w ogóle jej nie było. Nikt nie pamięta, co się działo w grupie.

Polacy przeżyli ćwierćfinałowe rozczarowanie trzykrotnie. W 2004 r. ulegli Brazylii, która wzięła potem złoto. W 2008 r. ulegli – po horrorze, decydowały milimetry i sędziowskie pomyłki – Włochom. W 2012 r. ulegli Rosji, która też zdobyła potem złoto.

Czy tym razem są faworytami? Nie. Ale Amerykanie też nimi nie są. Z fazy grupowej nie wolno wyciągać żadnych wniosków, o czym przekonali się najbliżsi rywale Polaków – przed czterema laty wyskoczyli do ćwierćfinału z pozycji lidera, by oberwać od czwartych w grupie Włochów do zera. A generalnie czołówka w męskiej siatkówce tak się spłaszczyła, że właściwie nikt nie wyrasta ponad innych. Właściwie każdy turniej wygrywa kto inny.

Drużyna USA ma wszystko, by zagrozić każdemu. Wysokich, agresywnie atakujących skrzydłowych, na czele z doskonale znanym z Ligi Mistrzów, lubiącym znęcać się nad polskimi drużynami Matthew Andersonem. Zręcznego rozgrywającego dojrzewającego w lidze włoskiej. Doświadczonych środkowych. Wściekle niebezpieczny serwis. Wszechstronni, znakomici atletycznie gracze uprawiają bardzo dobrze zorganizowaną siatkówkę (od trzech sezonów grają praktycznie w tym samym składzie!). Kto wie, czy nie tworzą dzisiaj reprezentacji najbardziej kompletnej, o największym potencjale.

Owszem, w Rio zaczęli od sensacyjnej porażki 0:3 z Kanadą, a następnie nie sprostali Włochom. Od tamtej pory jednak zwyciężają, rosną z każdym meczem. Oni też nabierali rozpędu przed rozstrzygającą fazą pucharową – jak Polacy, trener Antiga zapowiadał przed turniejem, że jego ludzie moc mają poczuć 17 sierpnia, w dniu ćwierćfinału.

O naszych siatkarzy się niepokoimy. Widzimy ewidentne atuty – zbijającego jak opętany Bartosza Kurka, superrezerwowego Rafała Buszka, nieprzewidywalnie serwującego Mateusza Bieńka, wybijającą się na tle konkurencji asekurację i generalnie zdolność do gry inteligentnej, modyfikowanej w zależności od przeciwnika. Zarazem jednak dostrzegamy, że nie odpalił Mateusz Mika (chyba w zgodnej opinii niezbędny do dużej wygranej), że rozgrywający Grzegorz Łomacz raczej nie wzbije się ponad rzetelność i sumienność. I nie wiemy, jak traktować dotychczasowe zwycięstwa. Jedynemu przeciwnikowi o medalowych aspiracjach, czyli Rosji, Polacy nie dali rady. A w grupie, w której bili się Amerykanie, mecze wydawały się mieć wyższą intensywność. I być może nasi siatkarze dopiero w ćwierćfinale poczują, że aby dofrunąć do olimpijskiego podium, trzeba latać w zupełnie innym tempie.

Wątpliwości są nieuniknione, ale nadmierny optymizm lub pesymizm nie ma sensu. Kto dzisiaj „wie”, jak będzie, ten zmyśla. Z USA za kadencji Antigi Polacy mierzyli się siedem razy – dwa razy wygrali, pięć razy przegrali. Jednak w najważniejszym meczu minionego sezonu, w japońskim Pucharze Świata, to oni byli górą. Ba, triumfowali w imponującym stylu. Amerykanie wręcz im gratulowali jako najsilniejszemu przeciwnikowi, z którym zagrali.

Dzisiejsze starcie unieważni jednak wszystkie poprzednie z minionych lat. W siatkówce igrzyska są ponad wszystkim, o czym najlepiej wiedzą właśnie Amerykanie, którzy mogą krzywo odbijać piłkę przez cztery lata, by pod olimpijską flagą przeobrazić się w wirtuozów. Zwłaszcza wtedy, gdy poczują doniosłość chwili.

Polacy reagowali w minionych latach inaczej. A dzisiaj kibice wierzą w nich mniej niż w Londynie czy Pekinie. Co akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Przywykliśmy, że najsłabiej wypadają wtedy, gdy dekorujemy ich medalami jeszcze przed pierwszym meczem. A najlepiej – gdy nie spodziewamy się po nich niczego.

sobota, 13 sierpnia 2016

Kiedy Pep Guardiola i José Mourinho - żywe ikony, reprezentujące skrajnie odmienne myślenie o futbolu - rywalizowali przed laty jako trenerzy Barcelony i Realu Madryt, świat chętnie odwoływał się do metafory gwiezdnych wojen. Pierwszy miał walczyć w imię imperium dobra, drugi dla imperium zła. I kiedy Guardiola ogłaszał przerwę od futbolu, mówiło się, że wojna poturbowała go psychicznie, że od dążącego do bezpośredniej konfrontacji Mourinho wręcz ucieka. Choć na boisku to on częściej był górą.

Teraz, w startującej właśnie lidze angielskiej, obejrzymy kolejny odcinek tego widowiska. Antagoniści wylądowali nie tylko w tych samych rozgrywkach, ale i w tym samym mieście, w Manchesterze mieszkają o kilka kilometrów od siebie. I choć od tamtej pory nie powiększyli swoich kolekcji triumfów w Lidze Mistrzów, to skojarzenia z gwiezdnymi wojnami - pojęcie pochodzi z kina popularnego, ale również od politycznej doktryny Ronalda Reagana rzucającego wyzwanie komunizmowi - znajduje być może jeszcze większe uzasadnienie. Sąsiadujące kluby uczestniczą bowiem w bezprecedensowym wyścigu zbrojeń. City wydało tego lata na transfery już 175 mln euro, United - 180 mln (netto). To obu trenerów do siebie upodobniło, bo Guardiola na barcelońskim Camp Nou polegał głównie na wychowankach. I również dlatego miał reprezentować jasną stronę mocy, wielu kibiców wciąż brzydzi się masowym werbowaniem kosztujących fortunę „najemników”.

Liga angielska, tuczona rosnącymi w obłędnym tempie zyskami z praw telewizyjnych, innej metody jednak nie zna. A United oraz City przelicytowują wszystkich. Każdego lata rzucają na transfery od 100 do 200 mln, mają też najwyższe na świecie budżety płacowe - i to nie w piłce, lecz we wszystkich sportach zespołowych. Manchester stał się bezapelacyjnie najbogatszym futbolowym miastem w historii futbolu.

Tylko na boisku nędza, w minionej edycji Premier League zażartą rywalizację o czwarte miejsce City wygrało z United dzięki okazalszemu stosunkowi bramkowemu. I obaj nowi menedżerowie budują przyszłość od zera. Guardiola kupuje graczy o reputacji wyłącznie lokalnej, spoza Ligi Mistrzów - najwięcej wydał na Johna Stonesa (22-letni obrońca Evertonu), Leroya Sané (20-letni skrzydłowy Schalke) i Gabriela Jesusa (19-letni napastnik Palmeiras), większe doświadczenie biorąc jedynie w osobie Ilkaya Gündogana. Mourinho natomiast w swoim stylu szuka sprawdzonych wyczynowców - kluczowymi postaciami chce uczynić Zlatana Ibrahimovicia (11 tytułów mistrza kraju) oraz Paula Pogbę (wciąż kwestionowany, ale z Juventusem wygrywał Serie A czterokrotnie, wystąpił też w finale LM). I jak zwykle brutalnie postępuje z niechcianymi (Bastianem Schweinsteigerem oraz Juanem Matą), bywa wręcz oskarżany o mobbing.

Ile potrwa stwarzanie nowych światów i czy w ogóle się powiedzie, nie wiadomo. Mourinho, znany niegdyś jako „Wyjątkowy”, ostatnio zezwyczajniał i tracił posady w przykrych okolicznościach, a Guardiola to nawiedzony, wymagający od podwładnych ponadprzeciętnej boiskowej inteligencji filozof, który nie pracował jeszcze w lidze tak wyrównanej jak angielska. I przyjmowano go tam jak przedstawiciela wyższej cywilizacji, zamierzającego nie tyle podnieść poziom gry drużyny, ile wynaleźć piłkę nożną na nowo. W dodatku obaj sławni szkoleniowcy zderzą się z innymi charyzmatycznymi guru, którzy teoretycznie również mają wszystko, by wskoczyć na szczyt - bodaj głównym trenerskim bohaterem Euro Antonio Conte (wziął do Chelsea zdolnego patrolować całe boisko pracusia N’Golo Kante) oraz Jürgenem Kloppem (po przejęciu Liverpoolu natychmiast dociągnął go do finału Ligi Europejskiej). A Arsene Wenger (od dawna wyszydzany, jednak Arsenal urósł ostatnio na wicemistrza, nauczył się wygrywać szlagiery i znów zaczął zdobywać krajowe puchary) oraz Mauricio Pochettino z Tottenhamu mają tę przewagę, że nie zaczęli pracy wczoraj. I nawet jeśli nie wezmą tytułu - ten pierwszy znów boi się za kogokolwiek „przepłacić”, a to na angielskim rynku transferowym bywa zgubne - to w sprzyjającym momencie mogą skrzywdzić każdego rywala.

Ja w żadnym razie nie spuszczam Wengera poza strefę LM, choć mnóstwo komentatorów czyni to dzisiaj niemal odruchowo, prognozując mu najsłabszy rok w całej 20-letniej karierze w Premier League (inna sprawa, że londyńczycy mają bodaj najcięższy start). Zwłaszcza że w najbliższych tygodniach, może wręcz miesiącami spodziewam się rozgardiaszu – uczestnicy Euro 2016 długo byczyli się na wakacjach, nowi trenerzy zapoznawali się z drużynami w trakcie komercyjnych międzykontynentalnych podróży (i np. w USA grywali przy widowniach grubo ponadstutysięcznych, na naszych kontynentach niespotykanych), niektórym piłkarzom z bliska przyjrzą się dopiero w trakcie sezonu, transferowe szaleństwo jeszcze potrwa. Niewykluczone też, że na przytomność umysłu trenerów wpłyną ekstremalne oczekiwania – nawet gdyby właściciele, powiedzmy, pięciu najbardziej renomowanych trenerskich nazwisk pracowali perfekcyjnie, może nawet wspięli się na swój zawodowy szczyt, to ktoś będzie zajmował piąte miejsce. Piąte, czyli w powszechnym odbiorze haniebne.

Premier League zaczęła zatem stać luksusowymi szkoleniowcami, jakby prezesi gromadnie uznali, że wypada wreszcie wywoływać wrażenie nie tylko wydatkami. Anglia to wciąż okolica specyficzna, momentami zalatuje wręcz ciemnogrodem - i Guardiola, i Conte załamali się po wizycie na klubowych stołówkach, zarządzili ścisłą dietę, hucznie pozabraniali pochłaniania pizzy, słodkich napojów, keczupu, ciężkich sosów etc. Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by tłusto opłacanych zawodowców z angielskich muraw nie trzeba było pilnować jak przedszkolaków? Dlaczego gdzie indziej (mówię o krajach piłkarsko zaawansowanych) to się już właściwie nie zdarza, a za Kanałem La Manche zdarza się notorycznie?

Mimo wszystko nie sposób jednak ogłosić – kolejna chóralnie kolportowana teza – że Premier League pościągała najlepszych trenerów. Minione lata należą raczej do Diego Simeone czy Massimiliano Allegriego (niewyraźnie mówi, nieefekciarski i w ogóle mało medialny, to jego zasadnicza przywara), którzy od - odpowiednio - 2011 i 2010 r. wspaniale rozwijają autorskie projekty w Atlético Madryt oraz Juventusie Turyn, może także do Carlo Ancelottiego. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację, dodajmy, że w LM triumfują ostatnio trenerzy z doświadczeniem zerowym (Zinedine Zidane w Realu) lub niewielkim (Luis Enrique w Barcelonie), natomiast w Anglii sensację ponad wszystkie wyreżyserował w Leicester lekceważąco traktowany przez całą karierę Claudio Ranieri.

I to ich muszą dzisiaj ścigać Guardiola oraz Mourinho, chwilowo (?) zdegradowany do LE. Bo jeśli gigantom się nie powiedzie, manchesterscy burżuje ustanowią kolejny rekord - najbardziej spektakularnego marnotrawstwa w dziejach piłki nożnej.

piątek, 12 sierpnia 2016

Coraz bardziej uwierają mnie reakcje na dopingowy skandal w polskich ciężarach. Rozumiem potępienie dla Adriana i Tomasza Zielińskich, którzy się szprycowali, czyli oszukiwali, czyli popełnili sportową zbrodnię. Rozumiem też nawoływania, by z igrzysk czasowo usunąć wszystkich sztangistów – dopóki środowisko, przeżarte do cna, się nie oczyści.

Ale nie pojmuję współistnienia obu tych myśli w jednej głowie.

Jeśli chcemy moralnego linczu na zdemaskowanych Polakach, to musimy wierzyć, że ich konkurenci nie biorą. Przynajmniej niektórzy. Jeśli bowiem sądzimy, że ciężary dźwigają wyłącznie atleci naćpani, że przyjmowanie zakazanej farmakologii jest warunkiem koniecznym do uprawiania tego sportu – a panuje tu, odnoszę wrażenie, szeroki konsensus – to właściwie za co potępiamy Zielińskich? Albo trochę inaczej – za co AŻ TAK potępiamy Zielińskich?

Że zachowali się po frajersku, wpadając akurat przed igrzyskami – ma sens. Że narobili sobie obciachu, wciągając wyjątkowo prymitywny środek – też ma sens. Że wygłupili się żałosnymi, aroganckimi oskarżeniami o wymierzony w nich spisek – tym bardziej na sens. Gdzie jednak hańba i wieczna niesława oszustów, skoro Polacy po prostu przyjęli reguły gry, tyle że kłamali mniej sprytnie niż rywale? Może wręcz powinieneś im – jeśli wierzysz we wszechobecność ciężarowego dopingu – trochę współczuć, że im się nie poszczęściło, w przeciwieństwie do rywali?

Dla jasności: dopingiem się brzydzę, uważam go największą obok sprzedawania meczów (i nie tylko meczów) zarazę toczącą sport. I nie chcę niczego relatywizować ani nikogo uniewinniać. Powyższe wątpliwości mnie jednak prześladują, ponieważ czytam/słyszę, że czasami nawet ci komentatorzy, którzy uważają koks za podstawowy składnik kultury podnoszenia ciężarów, potrafią zarazem deptać naszych sztangistów jako najcięższych kryminalistów. W ogóle hipokryzją się zaraz zadławimy, wystarczy spojrzeć na oburzonego Szymona Kołeckiego, który przed dwoma laty, wypytywany przez mojego byłego redakcyjnego kolegę Jakuba Ciastonia o unikanie kontroli przez Adriana Zielińskiego w Osetii Płd., kluczył lub problem bagatelizował. Sam zresztą był w doping umoczony.

Afera ma wiele poziomów, przypomina choćby o kwestionowanej ostatnio oczywistości, że Polacy nie są wyłącznie narodem – uciśnionych bądź nie – niewiniątek, że też czasami postępują nagannie. I niewykluczone, że już za chwilę pojawią się kolejne dylematy, wrócą ambiwalentne odczucia i dysonanse poznawcze. Jak zareagujemy na bardzo realny medal Bartłomieja Bonka, który w wadze do 105 kg wystartuje w nocy z poniedziałek na wtorek? Euforią jak zwykle, choć przed chwilą wrzeszczeliśmy, żeby zdelegalizować całe podnoszenie ciężarów? A jeśli nie, to czy w ogóle mamy prawo publicznie podejrzewać kogoś, kogo nie przyłapano nigdy?

Tagi: doping
19:22, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
środa, 10 sierpnia 2016

AC Milan, Silvio Berlusconi

Najskuteczniejszy futbolowy zarządca rezygnuje. Milan, podobnie jak coraz więcej europejskich klubów, przechodzi na własność Chińskiej Republiki Ludowej.

720 mln euro przeleje konsorcjum biznesmenów 79-letniemu Silvio Berlusconiemu, który przez 30 lat włożył w drużynę 820 mln prywatnego majątku. Tyle kosztowało go zdobycie 28 trofeów.

Kiedy przejął drużynę w 1986 roku, przywitał się z fanami w scenerii podkradzionej – jak sam przyznał – z „Czasu apokalipsy”. Na wypełniony stadion San Siro przyleciał wojskowym helikopterem, wylądował na murawie, wysiadł wraz z piłkarzami wystrojonymi w garnitury, z głośników płynęły dźwięki wagnerowskiego „Cwału Walkirii”. Kombinacja ekstrawagancji, przepychu, patosu i kiczu, która otacza go przez całą karierę. I biznesową, i polityczną. Przesadą przytłacza ponoć nawet główny dom czy raczej pałac Berlusconiego – stojący w podmediolańskiej wiosce Arcore, wybudowany w XVIII wieku na fundamentach benedyktyńskiego klasztoru z XII wieku.

Ale wybujała forma przykrywa bardzo bogatą treść. Świat zna Włocha przede wszystkim z orgii bunga bunga oraz jako niebezpiecznego, wulgarnego politycznego populistę – trochę w typie Donalda Trumpa, choć nie ziejącego taką nienawiścią jak Amerykanin. Jednak Berlusconi był także innowatorem, chwilami wręcz wizjonerem, który odnosił sukces wszędzie, gdzie się pojawiał. A fortuny nie odziedziczył. Zaczynał od zera, w interesach ćwicząc się już w szkole – pomagał w lekcjach za cukierki bądź drobne kwoty.

Pogrążony w głębokim kryzysie i menedżerskim chaosie Milan w kilka lat wyniósł na światowy szczyt. Odkąd przejął go przed trzema dekadami, jeszcze tylko Real Madryt aż pięciokrotnie zdobywał najcenniejsze trofeum, przyznawane za triumf w Lidze Mistrzów. I pod jego rządami powstały na San Siro przynajmniej trzy drużyny wielkie, które przeszły do historii – trenerów Arrigo Sacchiego (Puchar Europy, odpowiednik dzisiejszej LM, wygrywany w latach 1989 i 1990), Fabio Capello (1994, ponadto cztery tytuły w lidze włoskiej) oraz Carlo Ancelottiego (2003, 2007). Spuściznę zostawia jednak Berlusconi dalece większą. Właśnie dlatego, że był rewolucjonistą.

Radykalnie, a zarazem skutecznie, działał wszędzie. Jako żółtodziób na rynku nieruchomości wymyślił satelickie osiedle będące w istocie miasteczkiem (Milano Due), do którego rzymskich inwestorów przekonał podstępem. Jako debiutant na rynku telewizyjnym rzucił wyzwanie mającemu zagwarantowany prawem monopol państwowemu RAI – i mu się powiodło, choć kosztem, jak słusznie mu się do dzisiaj wytyka, otępienia widowni, bo od początku schlebiał jej najniższym instynktom (opery mydlane, prymitywne show, roznegliżowane dziewczyny w każdym programie). A kiedy wszedł do polityki, wygrał wybory w kilka tygodni po założeniu partii Forza Italia, wciągając w kampanię marketingowców ze swojego biznesowego imperium. I choć władzę prędko stracił, to potem ją odzyskiwał, w sumie okazał się najdłużej rządzącym włoskim premierem po wojnie.

Futbol wprowadził w nowoczesność. Milanello zmienił w pierwowzór ultranowoczesnego centrum treningowego, którym dzisiaj dysponuje każdy z najpotężniejszych klubów – realizował autorski projekt, decydując tam o wystroju wnętrz, urządzając salę bilardową, dobierając kwiaty do ogrodów, nie zapominając nawet o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Otworzył laboratorium MilanLab, również pionierskie, będące być może echem jednego z nielicznych nieudanych przedsięwzięć – zamkniętego w latach 70. z powodu śmierci wspólnika ośrodka badań nad nieśmiertelnością. Bił transferowe rekordy świata, na Ruuda Gullita wydając odpowiednik współczesnych 12 mln euro, na Jeana-Pierre’a Papina – 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego – 19 mln. Konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce wspomnianego Sacchiego, trenerskiego nowicjusza, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. Ostatniej, która zdołała obronić Puchar Europy.

Chciał Berlusconi obalać wszelkie granice. Skutecznie walczył z limitami w zatrudnianiu obcokrajowców, intensywnie lobbował za utworzeniem Ligi Mistrzów, sklep z klubowymi pamiątkami (nikt jeszcze na nich nie zarabiał fortuny) wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Jako pierwszy wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu, a genialne pokolenia piłkarzy oblepiał efektownymi metkami. Ludzie Sacchiego to byli Immortali (Nieśmiertelni), ludzie Capello – Invincibili (Niepokonani), ludzie Ancelottiego – Meravigliosi (Cudowni). Prekursor. Prekursor, który prawdopodobnie notorycznie balansował na granicy prawa lub je łamał, mnóstwo Włochów jest przekonanych, że zagranicznym gwiazdom boiska już w latach 80. najwięcej płacił pod stołem.

Jego odejście ma siłę symbolu, zamykającego jedną epokę i otwierającego drugą. To Berlusconi inspirował totalną kosmopolityzację futbolu, ale sam należał do klasycznego włoskiego gatunku piłkarskich posiadaczy – związanych z miastem, emocjonalnie związanych z drużyną (na San Siro chadzał w dzieciństwie z ojcem, choć krążyły plotki, że za młodu trzymał z Interem). A teraz sprzedał klub biznesmenom z innego kontynentu. Postąpił podobnie jak Massimo Moratti, były właściciel sąsiedniego Interu, który też odziedziczył pasję po ojcu – przedsiębiorcy finansującemu zespół w latach 60. – i też przekazał akcje egzotycznym inwestorom. Należały do Indonezyjczyka, ostatnio pakiet większościowy przejęli Chińczycy.

Sprzedawanie Milanu ciągnęło się od grudnia 2014 r. Berlusconi postanowił rozstać się z klubem, gdy pojął, że nie zdoła konkurować z nową futbolową oligarchią – ufundowaną właśnie na azjatyckich fortunach oraz rosnących zyskach z praw telewizyjnych do ligi angielskiej. Sam zbiedniał, włoska Serie A też przeżywa zapaść. Szukał jednak nabywcy, który zagwarantuje inwestowanie w drużynę. Znalazł po 20 miesiącach starań – grupa kapitałowa Sino-Europe Sports Investments Management Changxing zobowiązała się przez trzy lata przeznaczyć na transfery 350 mln euro, choć pierwszą transzę (100 mln) przeleje dopiero w styczniu, po formalnym sfinalizowaniu całej transakcji, więc mediolańczycy tego lata znów nie mają pieniędzy na piłkarzy. A trofeum nie zdobyli od czterech lat, co wcześniej nie zdarzyło się przez całą erę Berlusconiego. I w ostatnich sezonach kończyli ligę na siódmym, dziesiątym i ósmym. Przeraźliwa przeciętność.

Niełatwo ustalić, kto właściwie odkupił od Finnivestu 99,93 proc. akcji Milanu i jaką obierze strategię. Wiadomo tylko, że wśród mnóstwa tworzących konsorcjum podmiotów istotną pozycję zajmują spółki państwowe oraz przedsiębiorcy działający na polecenie państwa – w Chinach wielkim biznesem opiekuje się zasadniczo Partia, a decyzję o agresywnym inwestowaniu w futbol podjął przewodniczący Xi Jinping. I tamtejsi bogacze zalewają gigantycznymi pieniędzmi zarówno ligę krajową, jak i ligi europejskie. Ich kolekcja rozciąga się już od Manchesteru City (13 proc. udziałów), Aston Villi, Birmingham, West Bromwich, Wolverhamptonu (pakiety większościowe), przez Atletico Madryt (20 proc. udziałów), Espanyol Barcelona (45 proc.), Granadę oraz holenderski Den Haag, Slavię Praga, Nice i Sochaux (pełna kontrola nad klubami), po oba kluby mediolańskie. 14 europejskich firm, w większości z najsilniejszych piłkarsko krajów.

Chińczycy nie bombardują naszego kontynentu mamoną w tempie katarskim (w budżety bez dna wyposażają drużyny z rodzimej ligi) i ich zamiary pozostają na dobrą sprawę nieznane. Wiemy jedynie, że podglądają i importują know-how, wiemy też, że w ich naturze leży cierpliwość, powolne wywieranie wpływu oraz myślenie długofalowe o skali rozłożonej na wiele lat, w naszej kulturze występujące rzadko. Dlatego przyszłość Milanu też jest zagadką, zresztą kiedy właścicieli zmienił Inter, to tradycyjny bałagan z klubu nie wyparował, czego najlepszy dowód mieliśmy w niedawnym rozstaniu ­– w sierpniu! – z trenerem Roberto Mancinim.

W każdym razie liga włoska zaczyna zmierzać w kierunku angielskim, w Serie A ubywa czołowych firm będących interesem opartym na szczerych, związanych z pochodzeniem właściciela emocjach. Rodzina Sensich sprzedała (Amerykanom) Romę, rodzina Morattich pozbyła się Interu, rodzina Berlusconich postanowiła oddać Milan. Ale na szczycie utrzymuje się – i prosperuje fantastycznie! – Juventus, nad którym czuwa rodzina Agnellich.

Chciałoby się rzec, że turyńscy przedsiębiorcy klubu nie sprzedadzą nigdy, że to zwyczajnie niewyobrażalne. Tylko kto pięć lat temu wymyśliłby, że cały piłkarski Mediolan stanie się własnością Chińskiej Republiki Ludowej?

Tagi: AC Milan
20:33, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi