RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o byłym kapitanie reprezentacji – z użyciem kluczowych słów „Figo” i „Giggs” – przeczytacie tutaj.

A tutaj jest obszerny wywiad z selekcjonerem naszych siatkarzy Stephane’em Antigą, które przepytałem o Polskę, bycie trenerem i takie tam. Bez spraw bieżących.

PS Konkurs dotyczący Barcelony i Realu Madryt rozstrzygamy na forum właściwej notki, by tutaj nie robić zamieszania.

piątek, 28 sierpnia 2015

Nie wylosowali wicemistrzowie Polski szczęśliwie, ale wylosowali intrygująco. W Napoli i FC Midtjylland znajdą przeciwników reprezentujących wyższą piłkarską inżynierię. W sensie ścisłym.

Kiedy Henning Berg wypuszcza Legię na europejskie sceny, zachowuje się, jakby chciał potwierdzić wszystkie istniejące stereotypy o Skandynawach – chłodnych, rozważnych, analizujących, metodycznych. Oglądaliśmy w XXI wieku już kilka polskich klubów, które potrafiły utrzymać się w pucharach miesiącami, jednak żaden z nich próbował osiągać celu środkami stosowanymi przez drużynę norweskiego trenera.

Legia uprawia futbol powściągliwy, nikomu nie pozwala wciągnąć się w wariacką wymianę ciosów, lubi rozgrywać mecze ubogie w podbramkowe spięcia. To wymaga od piłkarzy samoświadomości, samokontroli, a także nadzwyczajnego skupienia – na tyłach, ale także w ataku, by nie marnować nielicznych okazji do strzelenia gola. Dlatego w aż dziewięciu z 20 europejskich meczów Berga padł tylko jeden. Dlatego aż 12 z nich legioniści przetrwali z czystym kontem. Dlatego przez 900 minut gry na wyjazdach, gdzie ich ostrożność graniczy już z minimalizmem, pozwolili się trafić tylko trzykrotnie. Dlatego ponieśli ledwie jedną porażkę wyższą niż jednobramkowa (z Ajaxem Amsterdam).

Sami natomiast mnóstwo goli zawdzięczają nie tyle zawiłym kombinacjom ofensywnym, ile rzutom rożnym lub wolnym. Tak pokonali Zorię Ługańsk na jej stadionie, tak zadali jej pierwszy cios w Warszawie. Zresztą przed tygodniem w Kijowie zagrażali rywalom właściwie zawsze, gdy kopali piłkę ze stałego fragmentu gry. Znać, że są bogaci w warianty ich wykonywania, a te warianty są przemyślane i wyćwiczone, co także czyni Legię przypadkiem w naszym futbolu unikalnym. Z namiętności do dłubania w drobiazgach to my raczej nie słyniemy.

Efekty osiąga Berg znakomite. On nie tylko wygrał z Legią 16 z 20 meczów w europejskich pucharach, on także żadnego, wyjąwszy nieszczęsny rewanż z Ajaxem, spektakularnie nie przerżnął. A przed nim cztery – z wylosowanymi właśnie Napoli i FC Midtjylland – wybitnie intrygujące dlatego, że Legia zmierzy z przeciwnikami, u których główka również intensywnie pracuje. Chcącymi reprezentować wyższą piłkarską inżynierię.

O Maurizio Sarrim, zarządzającym szatnią Napoli, pisałem niedawno w przewodniku po lidze włoskiej. To kolejny przedstawiciel coraz popularniejszego gatunku trenerów, którzy nigdy nie uprawiali profesjonalnie futbolu. Jajogłowy pracoholik przekonany, że mecz wygrywa ten, kto przeanalizuje każdy ułamek sekundy gry przeciwnika i precyzyjnie zaplanuje każdy gest każdego ze swoich piłkarzy. Uważaliście Rafę Beniteza, dotychczasowego szkoleniowca neapolitańczyków, za nawiedzonego taktyka? To wiedzcie, że zastąpił go oszołom, który w szóstoligowym Sansvino wpoił podwładnym 33 sposoby rozegrania rzutu wolnego. I jeszcze narzekał, że w meczu udawało się skorzystać jedynie z kilku...

Kiedy Sarri debiutował jako trener w tamtym amatorskim toskańskim klubiku, studiował ekonomię i pracował w banku. Powiedział sobie wówczas: „Jeśli nie wygram ligi, na zawsze rzucam futbol”. Wygrał i potem najmował się w kolejnych niskoligowych klubach, aż awansował do Serie B – z Arezzo z niej spadł, ale Empoli wyniósł jeszcze wyżej. I w minionym sezonie w Serie A się utrzymał, a jego piłkarze jeszcze przykuwali uwagę stylem gry. Teraz dostał szansę w klubie wielkim, gdzie zabrał nawet kluczowego w poprzednim zespole gracza – 29-letniego Mirko Valdifioriego, krążącego w centrum boiska cofniętego rozgrywającego, którego można nazwać wariacją na temat Andrei Pirlo. Obok niego biegać mają Allan (wzięty z Udinese, dla mnie od dawna jeden z najbardziej utalentowanych defensywnych pomocników w Europie) oraz głęboko cofnięty Marek Hamsik. Ten tercet, a także wąsko ustawieni przed nim Insigne, Mertens i Higuain, uzmysławiają skalę zmian w Napoli, dotąd drużynie silnie rozskrzydlonej. I utrudniają oszacowanie jej aktualnej siły – na inaugurację Serie A rozczarowała, przegrywając w Sassuolo.

FC Midtjylland to przypadek jeszcze bardziej niezwykły. Można go nazwać klubem, a można – laboratorium, w którym trwają permanentne badania naukowe. Należy do niejakiego Matthew Benhama, byłego zarządcy funduszu hedgingowego i zawodowego hazardzisty, który zarobił fortunę na wykorzystywaniu modeli matematycznych do przewidywania wyników piłkarskich. I jest ten klub jedną wielką burzą mózgów. Mózgów oczywiście zasilanych algorytmami, w Midtjylland pracują wyłącznie ludzie pochyleni nad monitorami – jedni analizują gigantyczną bazę danych, by dokonywać właściwych wyborów transferowych; inni śledzą statystyki w trakcie gry, by trener reagował na bieżąco i wiedział, jak przemówić w przerwie; nawet piłkarze dostają po treningu USB z zadaniem domowym do wykonania. Kto zna legendę o „Moneyball”, ten wie, o co chodzi.

Szefowie klubu mówią, że chcą uczynić go najbardziej innowacyjnym w Europie, zatrudniają nawet specjalistę – zresztą Polaka – od kopania nieruchomej piłki, którego zadania sprowadzają się nauki techniki strzału. Obsesyjna drobiazgowość daje wspaniałe skutki, w ubiegłym sezonie niemal połowę goli FC Midtjylland zawdzięcza stałym fragmentom gry. I pomimo ledwie czwartego budżetu w kraju, zdobył mistrzostwo Danii. A do Ligi Europejskiej – też tam lubi niskie wyniki, jak Legia – wszedł po trupie angielskiego Southampton.

środa, 26 sierpnia 2015

No i znamy pełen skład Ligi Mistrzów w sezonie 2015/16. Tym razem jako debiutanci pobawią się w niej Kazachowie, awansowali też piłkarze Malmoe. A my jak zwykle znaleźliśmy dobry powód, żeby się nie udało. Tym razem pojęczeliśmy, że losowanie było pechowe.

Kiedy przed kilkoma laty do LM wepchnęła się Żilina – słowacki klubik z budżetem na poziomie średniaka naszej ligi – kombinowałem zdesperowany, co by się stało, gdyby prezes Legii – przecież bogatszy wykupił ją wcześniej w całości. Wykupił i przeniósł do Warszawy. Znaczy najpierw wylał z roboty wszystkich zatrudnionych u siebie w drużynie seniorów i przy niej, a następnie zastąpił ich piłkarzami z Żyliny (całą kadrą, od pierwszego do 25. nazwiska), jej trenerem, jego asystentami, specjalistami od przygotowania fizycznego, masażystami, może nawet lekarzami etc. Byle pozbyć się ostatnich złogów nadwiślańskich, cynicznie wykorzystując nielubianą zasadę, że sukces w futbolu zwyczajnie się kupuje.

Dopadlibyśmy wówczas wreszcie tej przeklętej LM? A może byłoby jak zwykle, może panoszy się tu niewykryty wirus, który kładzie każdego, kto usiłuje wleźć do elity pod polskim szyldem?

Jak wiadomo, udaje się już prawie wszystkim. A nawet jeśli się nie udaje, to nie udaje się w ładniejszym stylu niż Polakom. Dzisiaj bramę Champions League wyważyli Kazachowie, do ostatniej rundy dobijali się do niej Albańczycy, a także nasi byli ligowcy, którzy uszli na Cypr – Semir Stilić (takiego gola załadował) oraz za słaby na Legię Inaki Astiz. Nasi odpadają wcześniej, choć teoretycznie dysponujemy wszystkim, co niezbędne – ludnością rozmnożoną do ponad 38 mln obywateli oraz jej miłością do futbolu, gwarantującą klubom okazałe przychody. Jeśli nawet nasi kopacze czy trenerzy nieodwracalnie i beznadziejnie nie umieją, to prezesi mogą teoretycznie sukces kupić gdzie indziej. Wystarczy się schylić.

Reforma Michela Platiniego, która miała naszym klubom skrócić drogę do Champions League, paradoksalnie obnażyła ich rozpaczliwą nieudolność. Skompromitowała strategię obronną polegającą na lamentowaniu, że pieniędzy mało. I drogę do elity wręcz wydłużyła – odkąd istnieje nowa formuła eliminacji, mistrzowie Polski ledwie dwukrotnie przetrwali do ostatniej rundy. Na siedem prób.

A ja od lat aktualizuję mapę z zamalowanymi na biało krajami z naszego kontynentu, których mistrzowie awansowali do LM od czasów Widzewa Łódź, naszego ostatniego tam przedstawiciela (następnego lata będziemy obchodzić 20. rocznicę). Mapę oskarżenie. Mapę, na której wzdłuż Wisły zieje gigantyczna czarna dziura.

Wiem, że wielkością populacji nie wygrywa się meczów, ale poniższa lista działa na wyobraźnię. I skłania do refleksji. Oto 30 najludniejszych państw Europy (zrzeszonych w UEFA), a wśród nich wyróżnione pogrubioną czcionką te, które od 1996 roku Ligę Mistrzów też znają wyłącznie z telewizji. Są takie trzy:

Ludność, kraje w Europie, Liga Mistrzów

23:17, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
wtorek, 25 sierpnia 2015

 Barcelona, Real Madryt

Ukazała się jedna z najlepszych moim zdaniem książek piłkarskich, które zostały przełożone na język polski. Wartościowa edukacyjnie, demaskująca bzdury krążące jako obiegowe święte prawdy, momentami demitologizująca, choć czasami może nazbyt przeładowana faktami bez znaczenia. Idealna dla członków nadwiślańskich plemion prokatalońskich i promadryckich, którzy tak okładają się słowami, że nie zauważają najważniejszego. Otóż OBA kluby przeżywają właśnie złotą erę. A dzieło Alfredo Relaño może obu stronom jeszcze uświadomić, że wbrew propagandzie Barcelona i Real właściwie niczym się od siebie nie różnią...

Rzecz jest naprawdę bardzo dobra, więc z przyjemnością dołożyłem od siebie posłowie. I z przyjemnością ogłaszam mały konkurs, którego pięciu zwycięzców otrzyma egzemplarz „Wrogów, którzy nie mogą bez siebie żyć”.

Najpierw wymyśliłem, że kibiców Barcelony poproszę o przyznanie się na forum, co najbardziej w Realu lubią, co szczególnie w Realu szanują, czego najbardziej Realowi zazdroszczą etc. A kibiców Realu – by wykonali podobną pracę umysłowo-pisarską w kwestii Barcelony. Wybrałbym pięć najciekawszych odpowiedzi i rozesłał nagrody. Rozmyśliłem się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie chcę ograniczać konkursu do fanów obu klubów. Po drugie, nie zdołam zweryfikować, czy autorzy podający się za kibiców Katalończyków lub madrytczyków rzeczywiście nimi są.

Dlatego pytanie, owszem, zostawiam, ale dla odpowiadających przeznaczam tylko jeden egzemplarz książki – mam nadzieję, że nie będzie ściemy, znaczy fani Barcy nie będą sławić Barcy, a fani Realu oszczędzą sobie wypisanie, czego zazdroszczą Realowi. Wyczuję fałsz, to zdyskwalifikuję.

Pozostałe książki otrzymają ci, którzy najlepiej uporają się z tradycyjnym na moim blogu konkursem na jasnowidzenie.

Pytania główne:

1) Jaki będzie wynik meczu drugiej kolejki ligi hiszpańskiej, Barcelona - Malaga?

2) Jaki będzie wynik meczu Real Madryt - Betis Sevilla?

Jeśli powyższe pytania wyłonią czterech zwycięzców, te zamieszczone poniżej nie będą miały znaczenia. Jeśli jednak powyższe zwycięzców nie wyłonią (bo np. tłum czytelników trafi idealnie albo nikt nie trafi żadnego z wyników, więc będzie remis), zdecyduje liczba poprawnych odpowiedzi na pytania dodatkowe (dlatego odpowiadajcie na wszystkie):

A) Czy Barcelona wygra w sobotę co najmniej dwoma golami?

B) Czy Real wygra co najmniej dwoma golami?

C) Czy gola strzeli w sobotę Leo Messi?

D) Czy gola strzeli Cristiano Ronaldo?

E) Czy gola strzeli Luis Suarez?

F) Czy gola Gareth Bale?

G) Czy w meczu w Barcelonie piłkarze Malagi otrzymają co najmniej trzy żółte kartki?

H) Czy w meczu w Madrycie piłkarze Betisu otrzymają co najmniej trzy żółte kartki?

I) Czy po sobotnich meczach Barcelona wciąż będzie wyżej w tabeli niż Real?

Uwaga: wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki sprawdzę, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił. Odpowiedzi przyjmuję do godz. 23.59 w piątek (decyduje czas opublikowania komentarza), a podliczone wyniki do 23.59 w niedzielę. Do dzieła!

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Znalazłem je w szpargałach i przepisałem do mojego coponiedziałkowego felietonu z „Gazety Sport.pl Ekstra”. Przeczytacie go tutaj. A ta infografika nada się na ilustrację:

Premier League

10:51, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
sobota, 22 sierpnia 2015

Jeśli ktoś zainteresowany przegapił, to część pierwszą znajdzie tutaj. Nie mogłem wkleić tego w jednym flaku, bo szanowny Blox odrzucił – jako pisaninę zbyt rozległą.

Mediolan niebiesko-czarny: tłum solistów

Rozedrganie, które jest dla Interu niemal stanem naturalnym – sytuację uspokoił na pewien czas tylko José Mourinho – ładnie ilustrują losy Mateo Kovacicia, sprzedanego właśnie do Realu. Otóż madrytczycy chcieliby wiedzieć o nowym piłkarzu możliwie najwięcej, tymczasem niełatwo ustalić nawet podstawy: mianowicie kim on właściwie jest. Mediolańczycy rzucali Chorwatem, gdzie popadnie, więc grywał wszędzie, właściwie w każdym poza formacją obronną rejonie boiska, i najtężsi znawcy wahają się, jak najadekwatniej wykorzystać jego walory. Forma też falowała, choć nawet z ewidentnie nieudanych meczów Kovacicia łatwo było wyłowić zagrania perły, sugerujące, że drzemie w nim ponadprzeciętny talent.

W kadrze Interu generalnie widać było w tych ciężkich czasach więcej jakości niż w kadrze Milanu, ale też cierpi on znacznie dłużej, w sensie ścisłym chronicznie, na wewnętrzną niespójność, przejawiającą się w transferowym ADHD (najnowsze porażki to Podolski i Shaqiri), kompulsywnym żonglowaniu trenerami (po odejściu w 2010 r. Mourinho zatrudniał siedmiu!), a ostatnio także gorączkowym – i jak dotąd nieskutecznym – poszukiwaniu tożsamości drużyny ponownie przejętej przez Roberto Manciniego. To szkoleniowiec kompletnie nieprzystający do wizerunku włoskiego technokraty i kiedy w minionym sezonie manipulował ustawieniem jedenastki, sprawiał wrażenie eksperymentatora raczej zagubionego niż dążącego do precyzyjnie obranego celu. Czy zdoła przywrócić ład do drużyny tak bezkształtnej? W klubie, który nawet przy finalizowaniu głównego letniego transferu – Geoffreya Kondogbii z Monaco, kandydata na monumentalnego króla środka pola – zachowywał się, jakby nie tyle realizował własne plany, ile w ostatniej chwili podbierał piłkarza negocjującego z Milanem?

Jeśli mam typować: Nie, prawdopodobnie mu się nie powiedzie. I nie dotrwa na stanowisku do końca sezonu, choć dysponuje grupą obiecującą, pełną nie tylko doświadczenia (sprawdzeni w ogniu walki Miranda, Gary Medel czy Hernanes), ale także bogatą w młodość, na pierwszym planie reprezentowaną przez Mauro Icardiego (22-letniego króla strzelców Serie A, który ze względu na kontrowersyjną pozaboiskową aktywność zasługuje na osobną opowieść), Assane Gnoukouriego (niespełna 19-latek z Wybrzeża Kości Słoniowej, debiutował w derbach) czy dopiero pozyskanego Murillo (23-letni obrońca reprezentancji Kolumbii). Zebrał wreszcie Inter sporo ludzi po przejściach lub gdzie indziej niedocenianych, mających wiele do udowodnienia, by wymienić tylko Stevana Joveticia, Davide Santona czy Martina Montoyę. Im bardziej się w nich wszystkich wpatruję, tym bardziej widzę solistów o niebanalnych umiejętnościach, którzy jednak wywodzą się z tak odmiennych kultur i przeszli tak odmienne drogi życiowe, że potrzebują stonowanego, metodycznie pracującego dyrygenta, by dało się skomponować z nich harmonijnie współpracującą orkiestrę. A może Mancini mnie zaskoczy?

Inwazja obcych trwa

Żadnego z mediolańskich klubów po raz pierwszy w historii nie zobaczymy w europejskich pucharach – przed pięcioma laty wzięły mistrzostwo i wicemistrzostwo! – oba też po raz pierwszy należą (całkiem lub w sporej części) do obcokrajowców, i to bardzo egzotycznych.

Do Indonezyjczyka Ericka Thohira w Interze już przywykliśmy (choć Massimo Moratti usiłował werbować grupę lokalnych biznesmenów, by odzyskać akcje i władzę), intencje Bee Taechaubola, który wykupił 48 proc. udziałów w Milanie, dopiero poznamy. Transakcja wywołała zdumienie ekonomistów, bowiem pochodzący z Tajlandii biznesmen wyłożył aż pół miliarda euro, czyli znacznie powyżej rynkowej wyceny klubu, co z kolei sprowokowało spekulacje, że inwestor ubił z Silvio Berlusconim grubszy interes – dostał obietnicę rychłego przejęcia kontroli nad klubem. Inaczej przepłacanie nie miałoby sensu. Pytanie o zamiary Taechaubola jest o tyle zasadne, że dał się poznać przede wszystkim jako biznesmen operujący finansami, lubiący dobrze kupić i dobrze sprzedać. I nie ma pewności, kogo właściwie reprezentuje. Po jego przybyciu przybywa też pytań o to, jak Milan będzie zarządzany, skoro już wcześniej kompetencjami na szczytach podzielili się skłóceni Adriano Galliani (sprawy sportowe) oraz córka właściciela Barbara Berlusconi (sprawy biznesowe). Teraz mamy już triumwirat.

Tak czy owak Serie A, którą tradycyjnie tworzyły kluby będące rodzinnymi interesami, też coraz prędzej wyprzedaje się obcym. Inter jest w 70 procentach indonezyjski, Milan – w 48 procentach tajski, Roma – w całości amerykańska, a wracająca do najwyższej ligi Bologna należy do konsorcjum, któremu przewodzą Amerykanin Joe Tacopina (znany jako prawnik baseballowej gwiazdy Alexa Rodrigueza) oraz Kanadyjczyk Joey Saputo (właściciel piłkarskiego Montreal Impact). To wszystko kluby ze ścisłej czołówki najbardziej utytułowanych w Italii, a nie tylko one planują marketingową ekspansję, ze szczególnym naciskiem na Azję. Mecz o Superpuchar Włoch znów rozegrano w Chinach (tym razem w Szanghaju), a piłkarze i kibice przy okazji przekonali się, że oddawanie calcio w obce, niesprawdzone ręce miewa bardzo przykre skutki uboczne. Juventus i Lazio rywalizowały na fatalnej murawie, a przygotowana przez gospodarzy transmisja była telewizyjnym kuriozum – zawodników filmowano z oddalenia, powtórki nadawno w trakcie rozgrywania kolejnej groźnej akcji, na ekranie po strzale turyńczyka pojawiała się twarz rzymianina, w tle komentarza włoskiego było słychać chiński etc. Zdesperowani działacze z Italii dzwonili w przerwie do Chin, ale wiele nie wskórali. Komentator telewizji RAI mógł tylko przepraszać widzów w trakcie transmisji...

Biedny farciarz

To jedno z przezwisk Mauriziego Sarriego, zarządzającego szatnią Napoli kolejnego przedstawiciela coraz popularniejszego gatunku trenerów, którzy nigdy nie uprawiali profesjonalnie futbolu. Jajogłowego pracoholika przekonanego, że mecz wygrywa ten, kto przeanalizuje każdy ułamek sekundy gry przeciwnika i precyzyjnie zaplanuje każdy gest każdego ze swoich piłkarzy. Uważacie Rafę Beniteza, dotychczasowego szkoleniowca neapolitańczyków, za nawiedzonego taktyka? To weźcie pod uwagę, że zastąpił go oszołom, który w szóstoligowym Sansvino wpoił podwładnym 33 sposoby rozegrania rzutu wolnego. I jeszcze narzekał, że w meczu udawało się skorzystać jedynie z kilku...

Kiedy Sarri debiutował jako trener w tamtym amatorskim toskańskim klubiku, studiował ekonomię i pracował w banku. Powiedział sobie wówczas: „Jeśli nie wygram ligi, na zawsze rzucam futbol”. Wygrał i potem najmował się w kolejnych niskoligowych klubach, aż awansował do Serie B – z Arezzo z niej spadł, ale Empoli wyniósł jeszcze wyżej. I w minionym sezonie w Serie A się utrzymał, a jego piłkarze jeszcze przykuwali uwagę stylem gry. Teraz dostał szansę w klubie mierzącym w Ligę Mistrzów, gdzie zabrał nawet kluczowego w poprzednim zespole gracza – 29-letniego Mirko Valdifioriego, krążącego w centrum boiska cofniętego rozgrywającego, którego można nazwać wariacją na temat Andrei Pirlo. Obok niego biegać będą Allan (wzięty z Udinese, dla mnie od dawna jeden z najbardziej utalentowanych defensywnych pomocników w Europie) oraz głęboko cofnięty Marek Hamsik. Ten tercet, a także wąsko ustawieni przed nim Insigne, Mertens i Higuain, uzmysławiają skalę zmian w Napoli, dotąd drużynie silnie rozskrzydlonej. I czynią cały projekt być może najbardziej intrygującym w całej Serie A sezonu 2015/16. Zresztą że właściciel Napoli, malowniczy producent filmowy Aurelio de Laurentis, wie, że ryzykuje. Podpisał z nowym trenerem kontrakt na jeden sezon.

Jeszcze raz: Sarri ma 55 lat, reputację wytrawnego organizatora gry obronnej, za sobą ledwie sezon w najwyższej lidze. W ubiegłym roku pobierał w niej najniższą pensję na jego stanowisku – 300 tys. euro. Na pytanie, czy to mu nie ubliża, odpowiadał: „Bez żartów. Płacą mi za coś, co chętnie robiłbym za darmo po pracy. Jestem farciarzem”.

Wielcy nieobecni

Wiem, zapowiadam to, co będzie, ale nie mogłem się powstrzymać. Ofiara zbiorowa to Parma – jej gehennę na blogu relacjonowałem i mógłbym relacjonować nadal, po bankructwie oraz zesłaniu do czwartej ligi zrobiło się tak tragicznie, że ten zasłużony klub wystawił na aukcję zdobyte trofea. I krajowe, i międzynarodowe – europejskie puchary! – na co teoretycznie musi wyrazić zgodę UEFA, która handlu przyznanymi przez siebie nagrodami zabrania. Cholernie ponura historia, oby Parma odbudowała się jak niedawno odbudowali się inni bankruci lub prawie bankruci – od Fiorentiny po Napoli.

Ofierze losu pojedynczej na imię Mario, a na nazwisko Balotelli. Jego agent wciskał klienta, gdzie tylko się dało, ale nikt nie okazał zainteresowania, zwłaszcza że włoskiego napastnika trzyma w Liverpoolu sułtańska pensja. Gdyby jednak miał wrócić do kraju, to widziałbym go w Sampdorii ­– tylko tamtejszy właściciel Massimo Ferrero to wariat wystarczająco zwariowany. Niejakiego Cassano już zaprosił. Wnerwiło go 0:4 z Vojvodiną w eliminacjach Ligi Europejskiej, czyli wynik akurat odwrotny od tego, który przewidywał.

Maleństwa

We Włoszech też wyciekają nagrania prywatnych rozmów, stąd wiemy, że właściciel Lazio niechętnie przyjmował doniesienia, że do Serie A awansowali debiutanci z wygwizdowa – 70-tysięcznego Carpi oraz 46-tysięcznego Frosinone. Kibice lubią bajki o miasteczkach lub wręcz wsiach (patrz: Nieciecza i klub o poetyckiej nazwie Termalica Bruk-Bet) wkradających się na salony, tymczasem Claudio Lotito wścieka się, że w ten sposób spada marketingowa wartość ligi, że trudno będzie uzyskać przyzwoitą zapłatę za prawa telewizyjne, że przez „drużyny o gównianej wartości”, o których „istnieniu nikt nie słyszał”, włoski futbol zostanie niebawem bez lira w ręku (młodszych czytelników informuję, że to dawna włoska waluta).

Obaj debiutanci w Serie A – dołączyli do innego niedawnego beniaminka znikąd, uroczo ubarwiającego rozgrywki Sassuolo – to rzeczywiście rozczulająco maleńkie maleństwa. Stawiały niemal wyłącznie na rodzimych graczy (tymczasem włoski futbol konsekwentnie się kosmopolityzuje), na płace wydawały mikroskopijny ułamek budżetu pierwszoligowców (trzy miliony rocznie, to mniej niż połowa pensji Daniele De Rossiego z Romy), na trybuny niewielkich stadioników ściągali średnio 2,9 tys. (Carpi) oraz 5 tys. (Frosinone) widzów. Ale nie ukrywam, że we mnie ich kariery wywołują wątpliwości. Kiedy słyszę, że Carpi w sześć lat wzbiło się z piątego do najwyższego poziomu rozgrywek, a Frosinone weszło do Serie A natychmiast po wejściu do Serie B, to przypominam sobie, że nie tylko u nas powinien powstać blog „Piłkarska mafia”. Że tam korupcyjna afera goni aferę, a umoczeni są w miażdżącej większości uczestniczy rozgrywek niskoligowych. I coraz nowszych sfałszowanych meczów stale przybywa, my jednak odwołujemy się do okresu minionego.

Niezręcznie o tym pisać, gdy oba miasteczka celebrują historyczne chwile, ale nie umiem w ich kontekście nie myśleć o patologii toczącej włoskie murawy. W każdym razie Lotito może mieć nadzieję. W zgodnej opinii komentatorów i bukmacherów wszyscy trzej beniaminkowie są mocnymi kandydatami do natychmiastowego spadku z ligi. Co poniekąd zrozumiałe, ale o tyle podszyte niepewnością, że gdyby policzyć domniemane zmiany w podstawowych jedenastkach, to lato transferowe w największym stopniu odmieniło właśnie składy Carpi, Frosinone oraz Bolonii.

Imigracja polska

Nadwiślańskie media trąbiły o najbogatszych europejskich firmach zabijających się o Kamila Glika (padały nawet nazwy Bayernu Monachium i Manchesteru City), ale wydarzenia transferowe powinny nauczyć nas bardziej powściągliwego myślenia o rynkowej pozycji kapitana Torino. On ostatecznie w klubie pozostał, chociaż dowiedzieliśmy się, że włoski średniak może wylansować piłkarza na miarę potentata, i to zdolnego natychmiast wskoczyć do podstawowej jedenastki – Matteo Darmian poleciał do Manchesteru United, zajął tam miejsce na prawej obronie, zbiera pochlebne recenzje. W dodatku kosztował 18 mln euro, czyli 500 tys. mniej niż rekordowo drogo sprzedany Ciro Immobile.

Osobiście nie narzekam. Po pierwsze, Glik mówił prawdę, gdy zapewniał, że jeśli odejdzie, to tylko dla bezdyskusyjnego awansu sportowego. Po drugie, nie ma żadnego niebezpieczeństwa, że Polak nie zdoła się zaaklimatyzować w nowym świecie i walcząca o udział w Euro 2016 reprezentacja straci lidera defensywy. Po trzecie, jego losy uważam za jedną z najpiękniejszych opowieści o naszym piłkarzu w zagranicznym klubie w XXI wieku, którą zresztą obszernie opisywałem w tym reportażu z Turynu. Il Capitano też pewnie zdaje sobie sprawę, że przed nim ładne cele – w minionym sezonie strzelił w Serie A siedem goli, dzięki czemu został najskuteczniejszym obrońcą w ligach europejskich, a sam opowiadał, że pragnie wyrównać rekord Materazziego, jedynego w bieżącym stuleciu obrońcy we Włoszech, który potrafił zdobywać w sezonie dwucyfrową liczbę bramek. Nie lada wyzwanie!

Wojciech Szczęsny ostatecznie stanął między słupkami Romy w inauguracyjnej kolejce, ale wcześniej trener Garcia ogłosił, że na razie pozycja pierwszego bramkarza u niego nie istnieje, więc możemy się spodziewać, że w Lidze Mistrzów i Pucharze Włoch ustąpi miejsca Morganowi de Sanctisowi. To coraz popularniejsze rozwiązanie w dzisiejszym futbolu, utrzymywać dwóch bramkarzy w stanie najwyższej gotowości chcą niekiedy nawet trenerzy z pułapu Barcelony czy Realu Madryt. A 38-letni Włoch na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, aż 16-krotnie utrzymał czyste konto (ustąpił pod tym względem jedynie Buffonowi), a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. W pierwszej kolejce (1:1 w Weronie) Szczęsny bronił dobrze, w pewnym momencie w kilka sekund dwukrotnie ocalił Romę doskonałymi paradami, ale z kopaniem piłki miewał kłopoty. A to właśnie o kiepską grę nogami mieli tam pretensje Łukasza Skorupskiego, wypożyczonego do Empoli.

Ten ostatni rozpoczyna sezon jako podstawowy bramkarz i staje przed szansą, by ratować karierę. Tak, to niekoniecznie zbyt mocne słowo – jeśli 24-latek przez dwa sezony wystąpił w ledwie pięciu meczach ligowych, to groziło mu kompletne odzwyczajenie się od presji prawdziwego grania, o stawkę.

Inni? Najbardziej wierzę w Piotra Zielińskiego (ma zacząć w podstawowym składzie Empoli), dla mnie pierwszego od lat prawdziwego kandydata na rozgrywającego z Polski. Sytuacja Kamila Wilczka oddaje na razie miejsce tzw. w ekstraklasy w europejskiej hierarchii. Oto jej król strzelców (i piłkarz ukształtowany, już 27-letni) wylatuje do najbiedniejszego, skazywanego na prędką degradację klubiku Serie A, by ustąpić tam pola napastnikowi ponadlokalnie kompletnie anonimowemu – 23-letniemu Nigeryjczykowi Jerry’emu Mbakogu, doświadczonemu wyłącznie w niższych ligach. Polak musi walczyć i uczyć się włoskiego, jako rezerwowy na pewno dostanie niejedną szansę. Jego pozycja wyjściowa jest na pewno lepsza niż sytuacja jego rodaków z Sampdorii, z którą w niedzielę zagra Capri. Paweł Wszołek próbuje zyskać znaczenie już dwa lata, ale gra coraz rzadziej. A Bartosz Salamon jak dotąd wytrzymuje tylko wymagania Serie B. Wyżej nie może w ogóle dopchać do boiska, w sumie uciułał tylko 76 minut. Wczoraj był bohaterem transferu do Milanu, jutro może okazać się rozczarowaniem totalnym.

Tagi: serie a
23:00, rafal.stec
Link Komentarze (4) »

Gdybym napisał, że Włosi wpadli w euforię, trochę bym przesadził, ale bez wątpienia znów żyją nadzieją. Ich liga staczała się od lat, podczas każdych wakacji żegnali gwiazdorów uciekających do bogatszej konkurencji, by zastępować ich piłkarzami gdzie indziej niechcianymi, piłkarzami na sportowo-życiowym zakręcie, piłkarzami do wzięcia okazyjnie lub za darmo. Aż nastało poprzedzone turyńskim udziałem w finale Ligi Mistrzów (oraz udziałem pięciu reprezentantów Serie A w 1/8 finału Ligi Europejskiej) lato 2015, które wielu komentatorów obwołało najpomyślniejszym pod względem transferowym od dekady. Choć Włosi nadal nie mają szans konkurować z najbardziej renomowanymi firmami hiszpańskimi, nawet średnimi angielskimi, a także Bayernem Monachium czy Paris Saint-Germain, to kluby są z mercato – jak się mówi w Italii – zadowolone lub więcej niż zadowolone. I gazety obwieściły już ostateczny koniec zaciskania pasa.

Juventus. Zupełnie nowe życie

Drużyna, która podarowała fanom jeden z najpiękniejszych sezonów w dziejach klubu, już nie istnieje. A w każdym razie nie istnieje połowa odpowiedzialna za kreowanie gry. Do Buenos Aires odfrunął Carlos Tevez – nie tylko zabójczo skuteczny jako wykańczający akcje środkowy napastnik (50 goli w 95 meczach Juve), ale także głęboko cofający się, ruchliwy rozgrywający, drapieżnik zajadły w pressingu i w ogóle wszędobylski, naładowany energią buldog. W Nowym Jorku truchta do schyłku kariery 36-letni Andrea Pirlo – jego przedstawiać nie wypada, bezcenny bywał nawet w ostatnich miesiącach, już niezbyt okazałych, gdy zwłaszcza w Champions League było niekiedy widać, że przestaje nadążać za tym, co dzieje się w środku pola na szczytach współczesnego futbolu. Wreszcie do Monachium udał się Arturo Vidal – niezmordowany wojownik, dla którego boisko zawsze zdaje się za małe. Straty są niezmierzone. Rozciągają się aż po techniczne detale, które potrafią rozstrzygać o wyniku, wszak w dwóch ostatnich piłkarzach turyńczycy pożegnali jednego z najwybitniejszych specjalistów od rzutów wolnych i jednego z najwybitniejszych specjalistów od rzutów karnych. Drobiazgi, ale to drobiazgi oddzielają zwycięzców od pokonanych.

W każdym razie turyńczycy potrzebują zasadniczego przeprojektowania drużyny. Trenerowi Massimiliano Allegriemu mogło mignąć przed oczami lato 2011, podczas którego pozbył się z Milanu Pirlo, co okazało się posunięciem pochopnym i dla najnowszej historii Serie A przełomowym. Mistrzowski wówczas klub z San Siro jął się staczać, a turyński – odzyskiwać władzę. Odebrał rywalom tytuł, potem trzykrotnie go obronił i jeśli zdoła powtórzyć sukces jeszcze raz, wydłuży panowanie do pięciu sezonów, czyli najdłuższego okresu po wojnie, od czasów legendarnego Grande Torino (w archiwach widać podobną serię Interu, ale mediolańczycy zawdzięczają jeden triumf administracyjnej decyzji po aferze Calciopoli). Teraz jednak Allegri działa w skrajnie odmiennych okolicznościach. Tamten Milan zaczął gwałtowną wyprzedaż, obecne Juve błyskawicznie ubytki wypełniło. I optymizmem miał prawo natchnąć już pekiński Superpuchar Włoch z Lazio – pewnie wygrany 2:0, choć przeciwnicy, zmuszeni do udziału w eliminacjach LM, przygotowywali się do sezonu 10 dni dłużej.

Mecz miał idealny scenariusz, bo wspaniale zadebiutowali (i strzelili po golu!) bohaterowie obu głównych transferów – Paulo Dybala (32 mln euro, wzięty z Palermo, dziadek Bolesław pochodził z Kraśniowa) oraz Mario Mandżukić (19 mln, dawał radę w klubach tak różnych, jak Bayern i Atlético). Argentyńczyk wszedł z rezerwy, właściwie od pierwszego dotknięcia piłki rozruszał atak i przypomniał, dlaczego widzi się nim następne wcielenie Teveza – nieustępliwy, niewysoki, lecz silny i trudny do przewrócenia dzięki nisko osadzonemu punktowi ciężkości, zastraszający obrońców przyspieszeniem i umiejętnością lawirowania w gęstym tłoku, w dryblingu nawet zręczniejszy od rodaka (w minionym sezonie próbował go średnio 12 razy na mecz, w połowie przypadków skutecznie). Natomiast Chorwat ujął wszystkich charakterem, pracowitością, wytrwałością w roli najdalej odsuniętego od swojej bramki obrońcy. Świetnie wypadł też Paul Pogba, który ma wpływać na grę jeszcze silniej niż dotychczas. Być może nie nadaje się na ustawionego za napastnikami trequartistę, jak sobie wyśnili turyńczycy, ale wigoru wystarcza mu i na ofensywę, i na defensywę. We wspomnianym meczu z Lazio był rozgorączkowanym wirtuozem wielozadaniowości, choć wciąż zdarza mu się przesadnie wierzyć w siebie i porywać na niewykonalne. To wokół niego powinien kręcić się nowy Juventus, o czym przypomina numer 10 na koszulce, przejęty od Teveza.

Na Samiego Khedirę (wyjęty z Realu Madryt za darmo!) turyńczycy poczekają, niemiecki mistrz świat w sparingu zerwał mięsień uda. Na tyłach niemal bez zmian, oddanego do West Hamu rezerwowego obrońcę Angelo Ogbonnę zastąpi wracający z wypożyczenia w Empoli, rewelacyjny w poprzedniej edycji rozgrywek Daniele Rugani. Biorąc pod uwagę staż Gianluigiego Buffona (w klubie od 2001 roku), Giorgio Chielliniego (2005), Leonardo Bonucciego (2010), Andrei Barzaglego (2011) czy Stephana Lichtsteinera (2011), bramki Juve wciąż strzec będzie zatem najbardziej stabilna zapora w europejskiej czołówce. Przynajmniej tyle spokoju ma trener Allegri, który z uporem maniaka przestrzega, że nadciąga sezon, w którym o utrzymanie władzy będzie trudniej niż dotychczas. Wtóruje mu zresztą wielu piłkarzy z innych klubów, a także komentatorów, chyba znużonych bezceremonialnością turyńczyków, którzy z każdym rokiem traktowali rywali okrutniej – najpierw zwyciężyli z przewagą 4 punktów, następnie powiększyli ją do 9, by w ostatnich sezonach uciekać wicemistrzom na 15. Aż się prosi o interwencję urzędu antymonopolowego.

Kto nastrzela najwięcej

W Hiszpanii, Niemczech czy Anglii głównych faworytów wyścigu snajperskiego wskazać stosunkowo łatwo (wiadomy duet masowego rażenia – Lewandowski lub Müller – Agüero), we Włoszech to zagadka m.in. dlatego, że w tym królestwie napastników wiecznie zielonych lubią dokazywać piękni trzydziestokilkuletni, których gdzie indziej spychano by z boisk jako stetryczałych. Kiedyś koronę zakładali 35-letni Dario Hübner (mimo że odpalał papierosa od papierosa), 34-letni Alessandro Del Piero czy jego rówieśnik Antonio Di Natale, w minionym sezonie wszystkich przebił Luca Toni – 38-letni kapitan Verony został najstarszym królem strzelców w historii czołowych lig europejskich. Tam nigdy nie wiadomo, kiedy i kto spośród weteranów postanowi wyciąć numer najjaśniejszym gwiazdom.

W najbliższym sezonie w polach karnych wciąż grasować będą obaj wspomniani reprezentanci rocznika ’77 (Di Natale i Toni), z boiska ani myśli schodzić też rok starszy symbol Romy (Francesco Totti coraz częściej odgrywa rólki epizodyczne, przynajmniej w tym sensie, że rzadziej przebywa na ekranie), ale typowanie utrudnia nade wszystko najazd uznanych napastników z zagranicy na czołowe kluby – Mandżukicia z Atlético, Carlosa Bakki z Sevilli czy Edina Dżeko z Manchesteru City. Adaptacja w Serie A do łatwych nie należy, więc ich losy mogą potoczyć się rozmaicie, a przecież są jeszcze wypadki losowe – przed dwoma laty wróżyłem, że rewelacją wśród snajperów będzie Mario Gomez (75 goli w 115 meczach Bayernu!), tymczasem reprezentant Niemiec głównie się w Fiorentinie leczył, odpalał jedynie incydentalnie, aż po uciułaniu ledwie 29 występów w Serie A został wydalony do Besiktasu Stambuł.

W tym roku stawiam na Gonzalo Higuaina. Gdzieniegdzie wyszydzanego za zdolność do spektakularnego partaczenia sytuacji podbramkowych, których partaczenie teoretycznie wymaga nadprzyrodzonych zdolności (wspomnijcie ostatnie Copa America), ale zarazem znakomicie umiejącego do nich dochodzić. Odkąd Argentyńczyk przyleciał z Madrytu, zawsze czai się w czołówce rankingu strzelców, a tym razem mu się powiedzie. Jeśli natomiast miałbym zaglądać do mniejszych klubików, to wierzyłbym w dalsze postępy Domenico Berardiego. Ten 21-letni napastnik Sassuolo, znany m.in. ze znęcania się nad upadłymi potentatami mediolańskimi, wbił 31 goli w 61 meczach rozgrywek Serie A, czyli utrzymuje zbliżone tempo do rzeczonego Higuaina (35/69). W tym miejscu powinienem znów nawiązać do monopolistycznych zapędów Juve, ponieważ Berardi podbijał Italię jako napastnik należący w połowie do turyńczyków. To się skończyło wraz ze zmianą przepisów (współwłaścicielstwo piłkarzy, wynalazek specyficznie włoski, zostało zlikwidowane), jednak mistrzowie Włoch zagwarantowali sobie prawo pierwokupu. Potencjalna cena: 18 mln euro.

Rzym wystawny

Naturalna kandydatura we wszelkich przedsezonowych dyskusjach, które mają wyłonić drużynę zdolną rzucić wyzwanie Juventusowi – nie tylko dlatego, że od dwóch sezonów bierze wicemistrzostwo. Czy jednak wolno przesadnie wierzyć w grupę kierowaną przez kogoś, kto sam ogłasza, że niezbyt wierzy? Trener Rudi Garcia miniony sezon żegnał wygłaszaniem ponurego memento o Juventusie jeszcze potężniejszym i jeszcze powiększającym miażdżącą przewagę nad konkurencją, bo do niedostępnych dla innych zysków z jedynego w Serie A prywatnego stadionu dołoży niedostępne dla innych zyski ze wspaniałego popisu w Lidze Mistrzów? A należy jeszcze podkreślić, że mowa tu o szkoleniowcu wcześniej stale uśmiechniętym i usiłującym zarażać otoczenie swoim entuzjazmem, bo przekonanym, że piłkarskie środowisko ze stolicy Włoch jest przesycone pesymizmem, defetyzmem, odruchowym zwątpieniem.

Moi znajomi rzymianie objaśniają mi, że Francuz był załamany, że przemawiała przez niego frustracja trenera, który boleśnie przekonuje się, iż znacznie łatwiej wynieść średniaka do rangi rewelacji sezonu, niż potem uczynić kolejny skok, już na sam szczyt. Jakże popularny to motyw w całym sporcie! Gdy Garcia wylądował w Rzymie latem 2013 r., prędko tubylców uwiódł – jego natchniona drużyna rozpoczęła sezon od rekordowych 10 zwycięstw z rzędu, a on wdzięczył się jeszcze na konferencjach prasowych, błyszcząc elokwencją i podszczypując sąsiadów z Lazio. Gdy jednak rok później jego piłkarze zostali wysmagani przez Bayern w LM (1:7 i 0:3), ewidentnie stracili rezon i wkrótce zaserwowali kibicom osobliwą passę, na ich poziomie niemal niespotykaną – wytrzymali13 kolejek Serie A bez porażki, ale w aż 10 przypadkach remisowali. Remisowali niezależnie od tego, czy zderzali się z zespołem arcymocnym (Juventus, Lazio), czy byle jakim (Parma, Chievo). I remisowali zazwyczaj niskobramkowo, z każdym meczem widzieliśmy wyraźniej, że choć utrzymują porządek wokół własnego pola karnego, to nie umieją spowodować bałaganu w szeregach obronnych. Zwłaszcza jałowe poszukiwanie środkowego napastnika rozrosło się już na długą opowieść. O obiecującym początkowo Mattii Destro najlepiej świadczy to, że po fatalnym epizodzie na wypożyczeniu w Milanie właśnie został wtrącony do beniaminka z Bolonii, ściągany zimą w trybie alarmowym Seydou Doumbia wydusił z siebie dwa gole w 13 spotkaniach, Totti nie udźwignie już na barkach zbyt wiele – i tak był najskuteczniejszy w drużynie, co uzmysławia nie tylko jego klasę, ale i skalę dramatu. W końcu przebywał na boisku ledwie 1751 minut, krócej od 11 kolegów z szatni...

Potężną kadrową wyrwę ma wypełnić potężna sylwetka Edina Dżeko, po transferze z Manchesteru City witanego na lotnisku Fiumicino jak imperator, a po klubie oprowadzanego przez Miralema Pjanicia – rodaka i przyjaciela. Jednak rewitalizowanie ofensywy objęło znacznie większą przestrzeń, od tego sezonu piłkę w pobliże bośniackiego drągala mają dostarczać skrzydłowi Mohamed Salah (po niepowodzeniu w Chelsea pięknie i w zawrotnym pędzie zmartwychwstał we Florencji) i Iago Falque (obiecujący w sparingach). Wigor odzyskał też trener, który nawet w negatywnych wynikach w wakacyjnych gierek towarzyskich widział wyłącznie efekt świadomej strategii – dobrania rywali możliwie najmocniejszych, w dodatku bardziej zaawansowanych w przygotowaniach do sezonu. Doprawdy, Wojciech Szczęsny pożyje w bardzo ciekawych czasach, Roma to na pewno nie mniej inspirujący futbolowo adres niż Arsenal.

Rzym skromny

Zasada numer jeden: nigdy, przenigdy nie warto bawić się w futurologa. Zasada numer dwa: decyzja, który dziś cię krzywdzi, jutro może okazać się przełomowa dla twojej kariery. Zasada numer trzy: mniej często znaczy więcej.

Nikt wszystkich przywołanych wyżej reguł, opisujących paradoksalność piłkarskiego świata, nie ucieleśnia lepiej niż Stefano Pioli. Na początku ubiegłego roku był trenerskiem szarakiem, cenionym wyłącznie na poziomie drugoligowym i zatrudnianym wyłącznie na prowincji, którego właśnie wylała z pracy Bologna, zagrożona degradacją do Serie B. Bologna i tak spadła, natomiast przepędzony Pioli podpisał latem kontrakt z Lazio (najznaczniejszą firmą w karierze), by w inauguracyjnym sezonie wygrać z nim 58 proc. meczów (najlepszy bilans w karierze, wcześniej nie osiągnął nawet 45 proc.), sensacyjnie skończyć na podium, zadebiutować w eliminacjach Ligi Mistrzów. Nadmiaru pieniędzy nie miał – Claudio Lotito to pierwszy dusigrosz wśród właścicieli klubów Serie A – więc nie musiał pierwszy raz w życiu układać sobie życia z gwiazdorami, potwierdził za to międzynarodową famę o wysokim średnim wykształceniu trenera z Italii, który świetnie organizuje grę, jest elastyczny taktycznie i zręcznie manipuluje ustawieniem, nie wywołując przy tym dezorientacji piłkarzy. Drużynę obwołaną rewelacją sezonu stworzyli ludzie wręcz nieprzyzwoicie tani, wszyscy najważniejsi kosztowali maksymalnie kilka milionów euro. Od Stefana de Vrija, być może wręcz najlepszego obrońcy Serie A minionego sezonu, przez wyjętego z bankrutującej Parmy pomocnika Marco Parolo, po turbopiłkarza Felipe Andersona, którego sławiłem już jako zjawisko budzące momentami silne skojarzenia z Cristiano Ronaldo. Słowo „momentami” jest tutaj, niestety, kluczowe – Brazylijczyk zniechęca olbrzymim rozziewem między swoimi meczami najlepszymi, a najsłabszymi, a trener reprezentacji Dunga nie powoływał go, zarzucając rodakowi, że nie wytrzymuje presji dużych gier. To jedno z najbardziej intrygujących pytań przed sezonem: czy Felipe Anderson rozbłyśnie na klejnot, który za rok będą sobie wyrywać największe firmy, gotowe wyłożyć zań kilkadziesiąt milionów euro?

Pytań jest więcej, bo niniejszy przewodnik powstaje przed arcyważnym rewanżowym meczem z Bayerem Leverkusen o LM (w Rzymie gospodarze wygrali 1:0). Dzisiaj miałbym ochotę przewidywać (łamię zasadę numer jeden), że Lazio nie utrzyma formy w ubiegłego sezonu, ponieważ znalazło się w tej samej sytuacji, w której przed rokiem była sąsiadka Roma, a kupowało znów skromnie i podstawowa jedenastka pozostaje niezmieniona, z coraz starszym Miroslavem Klose (37 lat, w środę naderwał mięsień w udzie i czeka go kilka tygodni leczenia) na środku ataku. Nie wiemy jednak, czy ewentualne przejście Bayeru i związane z nim przychody nie skłonią właściciela do dodatkowych inwestycji w transfery. Nie wiemy też, jak trener Pioli zniesie skok na kolejny poziom, czyli łączenie wyzwań krajowych z międzynarodowymi (jeśli odpadnie z LM, zostanie przeniesiony do Ligi Europejskiej). Na razie jest fachowcem wyjątkowo wydajnym. Tylko czterech trenerów Serie A w minionym sezonie zarabiało mniej od niego (600 tys. euro), a pracował w klubie z siódmym budżetem płacowym, który dysponuje ledwie jednym zawodnikiem pozyskanym za kwotę ośmiocyfrową (Antonio Candreva, kosztował 10,7 mln) i w teraz też wyłapywał niedrogich młodzieńców (Sergej Milinković-Savić, serbski złoty medalista mundialu 20-latków). To nie jest pułap Champions League.

Serie A jako spektakl

Jestem ostatnim, który szukałby potwierdzenia atrakcyjności rozgrywek w obfitości padających goli, ale przedstawienia poniższej tabeli w krótkim przewodniku po Serie A nie umiałem sobie odmówić. Tak, wiem, wszyscy, którzy patrzą na jej boiska okiem w miarę przytomnym, doskonale wiedzą, że nikt tam nie barykaduje się w polu karnym – przeciwnie, sztuka defensywna podupadła, ostatnio skandalicznie nieporadnie broniło nawet Napoli prowadzone przez Rafę Beniteza, jakże skrupulatnego w przygotowywaniu zasieków. Jednak stereotyp o niestrawnym zerozeryzmie i nudnych, wlokących się jak spaghetti włoskich meczach jest wiecznie żywy. Spójrzmy więc na klasyfikację najsilniejszych lig europejskich (ranking UEFA) według średniej liczby bramek na 90 minut gry w poprzednim sezonie:

Serie A, gole

Mediolan czerwono-czarny: rewolucja kulturalna

Jak kibic Milanu wymagania mam skromne. Chcę znów widzieć, że ktoś piłkarzy trenuje. I znów widzieć, że on i jego zwierzchnicy realizują strategię – znaczy: wiedzą, dokąd zmierzają.

Gdybyśmy chcieli być złośliwi, w zatrudnieniu Siniszy Mihajlovicia dostrzeglibyśmy kolejny przejaw panującego na San Siro rozgardiaszu – dyrektorstwo najpierw chełpi się, że zamierza wynajmować wyłącznie trenerów z DNA Milan, wieloletnio związanych z klubem, by następnie zaprzedać się byłemu piłkarzowi Interu, który na domiar złego przysięgał przed laty, że z szacunku dla kibiców nigdy będzie służył lokalnemu wrogowi. Jeśli jednak skupimy się na kwestiach merytorycznych, decyzja okaże się bardzo rozsądna. Oto po trenerskich żółtodziobach Clarensie Seedorfie i Filippo Inzaghim, którzy do zawodu przyuczali się w czasach zarazy, do zdeprawowanej szatni wszedł fachowiec wciąż stosunkowo młody, lecz już doświadczony, znany z twardej ręki, narzucający piłkarzom morderczy treningowy reżim. Efekty ci ostatni poczuli ponoć błyskawicznie, ludzie znający klubowe realia twierdzą, że w Milanello ćwiczy się najintensywniej od czasów Fabio Capello. Czyli, bagatela, od dwóch dekad.

Z jego personalnych wyborów też wynika, że dobrze wie, czego chce. W poprzednim klubie (Sampdorii Genua) wpadł mu w oko środkowy wypożyczony z Romy obrońca Alessio Romagnoli, więc tego lata nie spoczął, dopóki go nie dostał. Nie chciał słyszeć o żadnych opcjach rezerwowych, choć wicemistrzowie kraju żądali szaleńczych pieniędzy, choć jego też irytował ich negocjacyjny upór („Lubię truskawki, ale nie powinny kosztować tyle, ile ostrygi”), choć ostatecznie trzeba było wyłożyć 25 mln. A ponieważ w Milanello zastał Mihajlović innego młodzieńca, który wpadł mu w oko – Rodrigo Ely, jeszcze mniej doświadczony, ostatnio terminujący w drugoligowym Avellino – to w otwierającym sezon pucharowym meczu z Perugią ujrzeliśmy zjawisko niespotykane na San Siro od wieczności. Oto w centrum defensywy stanęli 20- i 21-latek, a na prawej flance biegał 22-letni Mattia de Sciglio. Istna rewolucja kulturalna w klubie, który odmładzał drużynę głównie w deklaracjach. I w którym jego ostatni wybitni stoperzy, Alessandro Nesta oraz Thiago Silva, debiutowali po 25. urodzinach.

Przeciwnik był mierny, co czyni bezsensownym ocenianie występu obu chłopców, w każdym razie serbski trener upiera się, że będzie ich promował i proponował im również poważniejsze wyzwania. A ja zamierzam się im przyglądać ze specjalną uwagą, ponieważ to nade wszystko wyczyny defensywy Milanu (zważcie na tradycje!) odbierałem w ostatnich latach jako haniebne. Degrengolada miała nawet swoją twarz, twarz przewlekle patałachowatego Daniele Bonery, który niedawno wreszcie został wykopany – błogosławmy tamten dzień, był jednym z najważniejszych roku 2015. Owszem, mediolańczycy odgruzowywali ruiny w każdej części boiska, np. transfery Bakki oraz Luiza Adriano to głęboka rekonstrukcja ataku, ale jeśli Mihajlović chce osiągnąć swoje cele, musi najpierw wylać solidne fundamenty na tyłach. Zwłaszcza, że cele ma piekielnie ambitne, odmawia nawet wygłoszenia brawurowego przecież zamiaru walki o podium: Nie, on lubi wygrywać wszystko i plany minimum go nie interesują, między wierszami sugeruje wręcz, że chce bić się o tytuł. Co pozostaje kibicowi, który nie wie nawet, czy lata nie podsumuje jeszcze jeden efektowny transfer? Trzymać trenera za słowo.

Tak jak wypada trzymać za słowo lewonożnego Romagnolego, gdy opowiada, że za młodu śnił o pozycji rozgrywającego, wpatrywał się z rozdziawionymi ustami w Zinedine’a Zidane’a, chciał od idola nauczyć się jego niepowtarzalnego sposobu dotykania piłki. Pewnie neutralizujący rywali obrońca z umiejętnością inicjowania akcji zaczepnych – oto marzenie kibica Milanu.

PS Odcinek drugi przewodnika zaraz wrzucam, znajdziecie go tutaj. W jednym kawałku się nie zmieścił - Blox go odrzucił.

Tagi: serie a
22:57, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Chelsea, Jose Mourinho, transfery

Ani jednego zwycięstwa w letnich sparingach. Ani jednego zwycięstwa w meczu o stawkę. Ani jednego znaczącego transferu. Co się dzieje z mistrzami Anglii?

Trwa lato dla Chelsea wyjątkowe. Odkąd została przejęta przez Romana Abramowicza, nie zdarzyło się, by rozpoczęła ligowy sezon od dwóch kolejek bez zwycięstwa. Nie zdarzyło się też, by biernie obserwowała szaleństwa konkurentów na rynku transferowym.

Owszem, właśnie rzuciła 25 mln euro na Babę Rahmana z Augsburga, ale to zaledwie wypełnienie rezerwowym lewym obrońcą pustki po innym rezerwowym lewym obrońcy zwróconym Atlético Madryt Filipe Luísie. Tak jak wypożyczony Radamel Falcao zastąpił rezerwowego napastnika Didiera Drogbę, a Asmir Begović wyręcza rezerwowego bramkarza Petra Čecha. Nie wzięła Chelsea nikogo, kto nadałby drużynie nowy wymiar. Skutek widzieliśmy już w inauguracyjnej kolejce: tylko Jose Mourinho wystawił jedenastkę z minionego sezonu, bez drobnego choćby retuszu. Taki bezruch na szczytach futbolu niemal się nie zdarza.

Dla trenera londyńczyków też trwa lato bezprecedensowe. Ściślej: bezprecedensowo ponure. Dotąd mu się nie zdarzyło, by jego drużyna nie wygrała siedmiu meczów z rzędu – a teraz Chelsea najpierw nie uporała się towarzysko z New York Red Bulls, Barceloną, Paris Saint-Germain i Fiorentiną, potem uległa Arsenalowi i zremisowała ze Swansea, aż w niedzielę oberwała 0:3 od Manchesteru City. Nie zdarzyło mu się też wcześniej przegrać z Arsene’em Wengerem, choć mierzył się z nim 13 razy. Nie zdarzyło się wreszcie Mourinho – odkąd krąży po wielkich firmach – wytrzymać lata bez wydania dziesiątek milionów na transfery.

Nawet blisko 35-letni John Terry, który w futbolu przeżył więcej niż wszystko, doświadczył czegoś nowego. Oto kapitan i wielbiony przez kibiców wychowanek klubu, w ubiegłym sezonie obecny na boisku przez pełne 3420 minuty sezonu ligowego, nie wyszedł w niedzielę na drugą połowę. Trener wyjaśnił, że w oczekiwaniu na kontrataki Manchesteru City wymienił obrońcę najwolniejszego na najszybszego (Kurt Zouma), ale jego decyzja pozostała zdumiewająca. Terry’ego prowadził w 176 meczach i nigdy wcześniej nie zdjął z boiska nawet na chwilę, w dodatku obok najlepszego obrońcy ligi w poprzednim sezonie biegał Gary Cahill – teoretycznie lepszy kandydat do zmiany, która uchodzi za gest radykalny, świadczący o skrajnym braku zaufania, niekiedy odbierany jako poniżenie. Czyżby zatem Mourinho spektakularnie demonstrował zwierzchnikom potrzebę wzmożonej aktywności transferowej, co sugerują niektórzy angielscy komentatorzy?

Zaskakująca była też decyzja, by piłkarze Chelsea – dostali dłuższe wakacje, na razie nie są w perfekcyjnej dyspozycji atletycznej – poszli z rozpędzonym, jak przekonaliśmy się w pierwszej kolejce, Manchesterem City na otwartą wymianę ciosów. Mourinho dał się już jednak poznać jako trener, który potrafi tak dobrać taktykę na mecz, żeby przesłać komunikat szefom. Piłkarzy Realu pchnął swego czasu do frontalnego ataku na zjawiskową Barcelonę Pepa Guardioli. A gdy Barcelona ukarała ich śmiałość pięcioma golami, udowodniła tym samym, że wbrew preferencjom pięknoduchów z Madrytu należy z nią grać defensywnie i zachowawczo.

Mourinho obiecuje, że londyńczycy wkrótce ożyją, ich słabszą formę tłumaczy właśnie opóźnionymi przygotowaniami do sezonu. Jego słowa odzwierciedlają obrazki z boiska – Eden Hazard porusza się jak na swoje standardy wprost ślamazarnie, Cesc Fabregas na długie minuty wręcz znika, Branislav Ivanović wirował wokół własnej osi w pojedynkach i z Jeffersonem Montero, i z Raheemem Sterlingiem. Pytanie, czy poniesione straty Chelsea zdąży nadrobić. Straty wielorakie: punktowe, psychologiczne (pomyślcie, jak natchnie niedzielny triumf piłkarzy City!), a także wynikające z bierności transferowej. Kupować można wprawdzie jeszcze dwa tygodnie, ale lepiej to robić wcześniej, instalowanie piłkarzy w nowej drużynie też trwa. W ubiegłym roku kluczowe transfery Mourinho finalizował w połowie lipca (Fabregas) lub wręcz w połowie czerwca (Diego Costa). Ostatniego dnia lata dołożył jedynie Loica Rémy’ego, któremu zamierzał przeznaczyć rólkę trzeciego w hierarchii napastnika.

Kiedy szefowie klubu cierpią na transferowe ADHD, mówi się, że drużynie brakuje stabilizacji – niezbędnej, by piłkarze mogli się poznać, wypolerować na połysk schematy gry, wyuczyć się bezsłownej współpracy na boisku i poza nim. Jednak równie groźna bywa druga skrajność, czyli nadmierna stabilizacja. Jeśli do szatni nie dopływa świeża krew, drużynie nie tylko zaczyna brakować inspiracji, ale także zdolności do zaskakiwania przeciwnika. Jej gra staje się przewidywalna, nie zmusza rywali do rozwiązywania nowych problemów, lecz podsuwa im te, z którymi już się zetknęli.

To zagrożenie dla Chelsea, która staje się jednowymiarowa. Żyje z bardzo mocnej podstawowej jedenastki, pozbawionej jednak w rezerwie kogokolwiek zdolnego odmienić jej styl. Co więcej, w środku ataku aż trzęsie się od niepewności – do przewlekle schorowanego Costy (w ubiegłym sezonie wytrzymał tylko 60 proc. czasu gry) dołączył Falcao, inny piłkarz zagadka, który od roku bezskutecznie wraca po zerwaniu więzadeł. Brawurowy pomysł, nietypowy zwłaszcza dla Mourinho, który ryzyka nienawidzi.

Paradoks polega na tym, że londyńczycy od lat dysponują najbogatszymi zasobami ludzkimi w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Podpisują mnóstwo kontraktów, wypożyczają młodych, mają nawet w lidze holenderskiej przechowalnię – Vitesse – w której zdolni mają dojrzewać. Zarazem jednak wydłuża się lista nazwisk w Chelsea skreślonych, a piękniejących gdzie indziej, jak Kevin De Bruyne, Romelu Lukaku, Juan Mata, André Schürrle czy Mohamed Salah. I niewykluczone, że ich los podzieli kolejny gracz ofensywny – Juan Cuadrado. Odkąd Mourinho wrócił do Chelsea, nie wylansował na europejską gwiazdę nikogo (może poza Nemanją Maticiem) – polega na ludziach ukształtowanych w innych klubach (Thibaut Courtois, Fabregas, Costa) oraz tych, których zastał (od Terry’ego po Hazarda). On nigdy nie był wychowawcą w typie Wengera, działał raczej jak dowódca sił specjalnych, który werbuje wyłącznie wyczynowców. Jeśli zatem Abramowicz nie sypnie milionami, Mourinho czekają wyzwania, jakich jeszcze nie miał.

22:56, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
niedziela, 16 sierpnia 2015

Trener Chelsea, który ma chyba najbardziej fanatyczne grupy wyznawców i wrogów wśród wszystkich przedstawicieli zawodu, przeżywa właśnie najczarniejsze lato w karierze. Nie dość, że wiedzie mu się beznadziejnie pod względem sportowym, to jeszcze spadają na niego oskarżenia najpotężniejszego kalibru, który dotąd nie słyszał nawet on, arcyłotr współczesnego futbolu. Mój felieton o José Mourinho do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

piątek, 14 sierpnia 2015

Premier League, liga angielska

Tytułowe pytanie może zabrzmieć absurdalnie, na kontynencie od kilku lat panują Barcelona, Real Madryt czy Bayern, a liga angielska osuwa się w rankingu UEFA – jeśli mierzyć jej siłę osiągnięciami w europejskich pucharach, popadła raczej w kryzys. Ale to pytanie postawić zdecydowanie warto.

Stałych czytelników bloga „A jednak się kręci” zaskoczy, że zadaję je akurat ja, czyli autor nieustannie podkreślający wyższość hiszpańskiej Primera Division i dostrzegający ją nie tylko w wynikach, lecz najzwyczajniej na boisku. W poprzednim sezonie niemal wszystkie hiszpańskie hity mnie porwały (natężeniem emocji, intensywnością gry, jakością techniczną etc), natomiast niemal wszystkie angielskie hity – wynudziły. I na razie nie ma śladowych wątpliwości, że tam, gdzie rozkwitają drużyny o uroku Atlético Madryt czy Sevilli, grają w piłkę najlepiej na świecie.

Kiedy jednak w ubiegły weekend w barwach Crystal Palace zobaczyłem Yohana Cabaye’a, po raz pierwszy pomyślałem, że miażdżąca – i wciąż rosnąca! – przewaga finansowa ligi angielskiej nad resztą świata musi wreszcie zamienić się w przewagę sportową. Może nie aż tak miażdżącą, ale przewagę. A potem jeszcze się w swoim podejrzeniu utwierdziłem. Gdy ujrzałem, jak rozdryblowany ekwadorski skrzydłowy Jefferson Montero wkręca w murawę Branislava Ivanovicia. Gdy podziwiałem całą Swansea, z rządzącym w środku pola Jonjo Shelveyem czy niezmordowanym napastnikiem Bafétimbim Gomisem, przeciwstawiającą się Chelsea. I gdy jeszcze raz zrekapitulowałem sobie, co dzieje się na rynku transferowym.

Na przykład sprawa wspomnianego Cabaye’a – piłkarz Paris Saint Germain, hegemona we Francji i stałego uczestnika wiosennych rund LM, podpisuje kontrakt z dziesiątym  klubem Premier League, który gwarantuje mu 100 tys. funtów tygodniowo, czyli około 7 mln euro. We włoskiej Serie A byłaby to dziś najwyższa pensja, tyle nie zarabia nikt nawet w Juventusie, finaliście ostatniej edycji Champions League.

André Ayew ucieka z Olympique Marsylia – w lidze francuskiej również potentata – do Swansea, czyli ósmej drużyny Premier League.

Dimitri Payet ucieka z tejże Marsylii do West Ham, czyli dwunastej drużyny Premier League, w której wylądował właśnie Angelo Ogbonna – reprezentant Włoch, dotąd broniący barw Juventusu Turyn.

Georginio Wijnaldum – reprezentant Holandii, brązowej medalistki ostatnich mundialu – zamienia PSV Eindhoven, czyli mistrza kraju i uczestnika Champions League, na ledwie piętnaste (!) w minionym sezonie ligi angielskiej Newcastle. Koszt: 20 mln euro.

A Xherdan Shaqiri, który właśnie wylądował w Stoke? Owszem, nie wyszło mu w Bayernie Monachium ani Interze Mediolan, ale czy to gracz niedorastający do poziomu europejskich pucharów?! On, który w Basel zdawał się talentem wprost zjawiskowym?

Słowem, z każdym tygodniem przybywa piłkarzy, którzy powinni kopać w Lidze Mistrzów lub jej przyległościach, lecz dobrowolnie skazują się na wygnanie w rozgrywkach wyłącznie lokalnych. Ba, niektórzy skończą nieopodal strefy spadkowej lub jeszcze niżej – ktoś spaść przecież musi. Przeżył to już m.in. Gary Medel, chilijski mistrz Ameryki Południowej, który dwa lata temu zamienił Sevillę na Cardiff i zajął w lidze angielskiej... ostatnie miejsce.

Paradoks polega na tym, że wraz z rosnącym poziomem całych rozgrywek wcale nie muszą poprawić się wyniki w LM – niewykluczone, że wyspiarscy potentaci wciąż nie będą w stanie rywalizować na rynku transferowym z Barceloną czy Realem. Tyle że poważna pod względem finansowym konkurencja sprowadza się do kilku plamek na mapie, poza Katalonią i Madrytem znajdziemy ją co najwyżej w Monachium czy skąpanym w katarskiej mamonie Paryżu. A gargantuiczna biznesowa przewaga Anglików nadal pęcznieje w nieprawdopodobnym tempie. W 2001 roku Premier League wzięła za prawa do transmisji telewizyjnych (sprzedawane w trzysezonowych pakietach) 1,7 mld euro, w 2010 r. - 2,5 mld, a w 2015 r. - 7,4 mld. Podejrzewam zresztą, że jej globalną popularność napędza nie tylko skuteczny marketing i poziom rozgrywek, ale także naturalna przewaga języka angielskiego – im intensywniej możesz śledzić codzienne życie klubu, tym bardziej się wciągasz, a żeby śledzić, trzeba rozumieć. Dlatego już teraz zdegradowane z ligi angielskiej, ostatnie w tabeli Queens Park Rangers wyciągnęło z transmisji więcej (91,5 mln euro) niż najpotężniejszy w Bundeslidze Bayern (74 mln).

Skutki widzimy w corocznych publikacjach agencji Deloitte, klasyfikującej najbogatsze kluby na kontynencie. Przedstawiciele ligi angielskiej zagarnęły już 14 z 30 miejsc w rankingu Football Money League. Tuż pod Juventusem, czyli absolutnym hegemonem we włoskiej Serie A, skrada się w tabeli Tottenham, który ledwie raz w historii potrafił awansować do LM. Tuż pod fenomenalnym od kilku lat Atlético Madryt jest Newcastle, które w rozgrywkach krajowych finiszowało ostatnio na miejscach 15., 10 i 16. W elicie bogaczy mieści się nawet przeraźliwie przeciętny Sunderland, który do europejskich pucharów zajrzał tylko raz (40 lat temu), a odkąd osiem lat temu awansował do najwyższej ligi, zajmował w rozgrywkach pozycje 16., 14., 17., 13., 10., 13., 16. oraz 15. Wypracowuje tyle dochodów ile Benfica, ostatnio dwukrotna z rzędu mistrzyni Portugalii i dwukrotna finalistka Ligi Europejskiej. Co zwiastuje dylematy kolejnych klasowych piłkarzy: zostać w Lizbonie, walczyć tam o trofea i czerpać satysfakcję z występów w pucharach, czy za wyższą pensję leżeć w dołach tabeli Premier League.

Wiem, masę pieniędzy można wydać głupio – wyspiarze niejednokrotnie tego dowiedli. Wiem, od nich żąda się więcej, dlatego Augsburg wyłudzi od Chelsea ponad 25-30 mln euro za Babę Rahmana, czyli przebije dziesięciokrotnie (!) swój dotychczasowy rekordowy zysk z transferu. Wiem, inflację napędza wewnętrzna szarpanina o wąską grupkę angielskich piłkarzy na przyzwoitym poziomie, popyt znacznie przewyższa tu podaż. Jeśli jednak przyjmiemy niezbyt ryzykowne założenie, że piłkarze – a także trenerzy, specjaliści od przygotowania fizycznego etc – przy wyborze pracodawcy kierują się zasadniczo wysokością kontraktu (u nas obowiązuje eufemizm o „korzystniejszych warunkach”), to drenaż innych lig z pracowników o najwyższych kompetencjach będzie postępował. A jeśli tak, to dlaczego miałby się nie przełożyć na poziom rozgrywek? Przez klimat w Anglii? Niesprzyjające położenie geograficzne? Wrogie knowania reptilian albo Latającego Potwora Spaghetti?

Polscy kibice pasjami wykłócają się o wyższość jednej ligi zagranicznej nad drugą, zjawisko doskonale znam choćby z forum swojego bloga. I zwolennicy angielskiej od dawna argumentują, że jest ona najbardziej wymagająca i wyniszczająca dla organizmu, więc jej przedstawicielom brakuje wiosną pary, by wytrzymać jeszcze rywalizację w Lidze Mistrzów. Ewentualnie jej przedstawiciele międzynarodowe rozgrywki ignorują – gdy uczestniczą w mniej prestiżowej Lidze Europejskiej. Teza nieweryfikowalna, więc nigdy nie traktowałem jej poważnie, ale nadciąga moment, w którym stanie się przynajmniej warta namysłu. Jeśli za zajęcie 17., najniższego dającego utrzymanie miejsca w Premier League, jej władze wypłaciły przed chwilą Aston Villi 96 mln euro, a UEFA za triumf w LE oferuje 14 mln – powtarzam, ta różnica się jeszcze zwiększy! – to priorytety przestają być oczywiste. Zwłaszcza we współczesnym futbolu, zdominowanym przez myślenie biznesowe. Zwyciężanie w Lidze Mistrzów wciąż daje prestiż i sportową chwałę, to fetysz prezesów, trenerów i piłkarzy. Ale jej brzydsza siostra?

Sojusznika w nierównej walce z Anglikami – czy raczej „Anglikami”, wyspiarze importują już nawet murawę – rywale z kontynentu mogą znaleźć na razie tylko w samych Anglikach, którzy chcą zmusić swoje kluby do wytężonego szkolenia młodzieży, więc wciskają im do szatni coraz więcej wychowanków. Niebawem każdy ligowiec będzie miał ich co najmniej 12 w 25-osobowej kadrze. To chyba największa (jedyna?) nadzieja konkurentów z innych krajów, korzystających z bardziej liberalnych przepisów – im bardziej wyspiarze są mistrzami świata w zarabianiu, tym słabszych edukują piłkarzy.

19:51, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi