RSS
piątek, 29 sierpnia 2014

mistrzostwa świata w siatkówce, Polska 2014

Przed reprezentacją misja poważniejsza niż godny występ na mistrzostwach świata, po klęsce na poprzednich – udowodnić, że w siatkówce stać nas na więcej niż podsunięcie efektownej sceny, na której zabawiają się inni.

Powiedzieć, że do turnieju reklamowanego jak najważniejszy w historii dyscypliny kibice przystąpią z poszarpanymi nerwami i skołowani kaskadą niezwykłych zwrotów akcji, to nic nie powiedzieć.

Jeszcze kilkanaście dni temu nikt by nie wymyślił, że trener Stéphane Antiga zrezygnuje z najznakomitszego i najpopularniejszego gracza minionych lat – Bartosza Kurka, bohatera zwycięskiej Ligi Światowej i innych medalowych imprez. (Ewentualnie – że niesubordynowany Kurek nie pozostawi selekcjonerowi alternatywy. Calusieńkiej prawdy nie znamy, na pewno wiadomo tylko, że obu podzielił konflikt).

Jeszcze kilka tygodni temu nikt nie umiałby sobie wyobrazić, że Polsat ukryje transmisje przed telewidzami nie będącymi abonentami jego platformy cyfrowej – siatkówka była zawsze dostępna w otwartych kanałach, reprezentacyjna przyciągała wielomilionową widownię.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie uwierzyłby w powołanie na mundial Rafała Buszka, debiutującego w wielkiej siatkówce w wieku 27 lat.

A kilkanaście miesięcy temu nikt nie wyfantazjowałby, że drużynę narodową – dowodzoną ostatnio przez trenerów bardzo doświadczonych – oddamy w ręce kompletnego żółtodzioba, który ledwie sam zszedł z boiska.

Trzęsienie ziemi za trzęsieniem ziemi. Dla kibica dezorientujące mogą być już same przerwy w trakcie meczów, które rozbrzmiewają wszystkimi językami świata – francuski trener używa i angielskiego, i włoskiego, i polskiego.

A ponieważ trzęsie się cała światowa siatkówka, wyjątkowo trudno przewidzieć, jak będzie przebiegał turniej i na ile stać Polaków. Minęły czasy, gdy w półfinałach głównych imprez prężyły się stale te same potęgi. Czołówka się rozszerza, przybywa krajów aspirujących, czwarte miejsce Iranu w LŚ to w siatkówce niemal kopernikański przewrót. Supermocarstwa się natomiast chwieją – złota na wszystkich mundialach XXI wieku Brazylia wygląda na najuboższą w talent od lat, mistrzów olimpijskich Rosjan ostro poraniły kontuzje. A zostaje jeszcze horrendalna formuła rozgrywek – o ile 32-drużynowy mundial piłkarski składa się z 64 meczów, o tyle ledwie 24-drużynowy mundial siatkarski został rozdęty do 103 meczów.

Gdzie w hierarchii leży Polska? Bukmacherzy umieszczają ją zaraz pod oboma głównymi faworytami, jakby ulegali raczej urokowi bycia gospodarzem, niż analizowali najbliższą przeszłość i teraźniejszość. Od przegranych igrzysk w Londynie występy beznadziejne przeplatają nasi ze średnimi, wciąż przyzwoite piąte miejsce w rankingu FIVB – choć i tak bliżej im do szóstej Serbii niż do czwartego USA – zawdzięczają głównie srebru Pucharu Świata z 2011 r., sukcesowi już bardzo odległemu. A w tegorocznej LŚ trenerzy skupiali się głównie na takim lawirowaniu między siatkarzami, by najlepsi zdołali odpocząć po sezonie klubowym. Przyjemny był tylko epilog Memoriału Wagnera – pobicie Rosji pomimo pecha Mariusza Włazłego, który wcześniej skręcił staw skokowy.

Zaniepokojeni rozstaniem z Kurkiem pocieszają się, że jedyne nowożytne złoto na imprezie rangi mistrzowskiej Polska zdobyła wtedy, gdy choroby skosiły pół szatni. Analogię z wrześniem 2009 r. można znaleźć jeszcze jedną – obecni selekcjonerzy, tak jak Daniel Castellani, specjalną uwagę przykładają do gry defensywnej, zresztą francuska siatkówka z tej tradycji słynie. A debiutanta Antigę wspiera rodak wybitnie doświadczony reprezentacyjnie – Philippe Blain przez 12 lat przeprowadził rodaków przez 23 turnieje.

Ich zadania są klarowne. Wyraził je prezes PZPS, gdy zastrzegł, że wielomilionowe premie – obiecał hojność, szczegółów nie ujawnił – wypłaci siatkarzom jedynie za medal. Alternatywy nie ma, bo nasza siatkówka coraz częściej prowokuje do westchnienia, że jest bogata we wszystko poza tym, co w sporcie najcenniejsze, czyli zdolnością do uczepienia się podium prestiżowych imprez na stałe. Medale, owszem, bierze, ale wciąż od święta. Ostatnie igrzyska tradycyjnie już skończyła na ćwierćfinale, przegrywając m.in. z Australią. Ostatnie MŚ – na miejscach 13-18. Ostatnie mistrzostwa Europy – na pozycji dziewiątej. Ostatnią LŚ – na siódmej.

Największa obok Euro 2012 organizowana przez nas impreza sportowa rozpocznie się od rekordu świata, który padnie na Stadionie Narodowym – podczas meczu Polaków z Serbią. Na trybunach usiądzie 62 tys. kibiców. To o 7 tys. więcej niż oficjalna pojemność obiektu, bowiem krzesełka zostały rozstawione również na murawie. Choćby zbliżonej frekwencji nie miał żaden mecz w historii siatkówki – gry halowej.

Na tak spektakularny i ekstrawagancki zarazem pomysł mogli wpaść tylko Polacy. Siatkówka to jedyna dyscyplina sportu, w której jesteśmy dla reszty świata niedoścignionym wzorem. To my wyznaczamy standardy organizacji meczu, który bardziej niż widowisko sportowe przypomina u nas muzyczno-taneczny festyn i przyciąga nieproporcjonalnie dużo kobiet. To my pierwsi wprowadzamy innowacje technologiczne – jak analizy wideo spornych sytuacji – na których innych nie stać. To my najczęściej rwiemy się do przyjmowania turniejów. I tylko my jesteśmy w stanie zapełnić z powodu siatkówki trybuny wielkiego stadionu piłkarskiego. Kibicowskiego entuzjazmu dla tej dyscypliny zazdroszczą nam wszędzie, porównywalny mają chyba tylko Kubańczycy.

Siatkarze, jak wspomniałem, odwdzięczają się nieregularnie, więc nad światem panujemy tylko organizacyjnie. I komercyjnie. Medaliści polskiego mundialu w trzy tygodnie rozegrają aż 13 meczów. Turniej jest rozciągnięty do maksimum, by maksymalizować zyski (na samych biletach Polski Związek Piłki Światowej zarobił 18 mln złotych). I o tyle nietypowy, że za prawo do jego organizacji zapłacił Polsat, który rozczarowany wpływami z reklam postanowił zakodować wszystkie mecze poza inauguracją. Bez dodatkowych opłat obejrzą MŚ tylko abonenci jego cyfrowej platformy, wszyscy inni muszą wykupić pakiety za 80-100 zł.

Nie wiedziały o tym samorządy miast, gdy przekazywały PZPS ponad 30 mln zł na promocję imprezy. Nie spodziewali się też tego rozjuszeni kibice – tu nie chodzi tylko o siatkówkę, to w ogóle pierwsza tak prestiżowa impreza sportowa, z której transmisje zostaną ukryte w zamkniętym kanale.

Przybywa zatem tylko organizowanych u nas turniejów. Cel na mundial – udowodnić światu, że Polskę stać więcej niż zaszczyt bycia potulnym gospodarzem, który podsuwa parkiet i zamawia orkiestrę, żeby potańczyli sobie inni.

Tagi: siatkówka
14:38, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
środa, 27 sierpnia 2014

Athletic Bilbao, Liga Mistrzów

Wrócili do Ligi Mistrzów! Klub, który wciąż trzyma się zasady wpuszczania do szatni tylko piłkarzy jednej narodowości. Niesamowity dzień. Nie umiałem się oprzeć ochocie na przypomnienie swojego reportażu z Bilbao sprzed 2,5 roku. Chciałem włożyć link na Twitter, ale internetowa wersja tekstu już nie istnieje, więc wyjęty z archiwum tekst przeklejam tutaj.

_________________________

 

TAM, GDZIE WOLĄ SPAŚĆ Z LIGI, NIŻ ZAPRZEDAĆ DUSZĘ

Obcym wstęp wzbroniony. Zanim pozwolą ci grać, sprawdzą, czy jesteś Baskiem, choć drzewa genealogicznego nie lustrują. Oto Athletic Bilbao, fenomen w futbolu absolutnie unikalny. Witamy we śnie narodowca na jawie.

Choć bardziej przypomina sen wariata, który nie zdaje sobie sprawy, że jeśli spełnią się jego marzenia, będzie skazany na klęskę.

W futbolu nie istnieją już żadne granice, każdy chce czerpać z jak największej puli genów. Kiedy Inter Mediolan wygrywał przed dwoma laty Ligę Mistrzów, w podstawowej jedenastce na finał nie upchnął ani jednego Włocha, podobnie zresztą jak we wcześniejszych rundach. Drużynę pozbawioną rodzimych graczy wystawiały londyńskie Arsenal oraz Chelsea, angielski Bolton, niemieckie Energie Cottbus, portugalskie Benfica czy Braga. Piłkarskie szatnie mieszczą wieże Babel, o jakich autorom Biblii się nie śniło. Czym byłaby Barcelona bez Argentyńczyka Messiego? Real Madryt bez Portugalczyka Ronaldo? Bayern bez Holendra Robbena? Milan bez Szweda Ibrahimovicia? Kto odcinałby się od jakiegoś regionu świata, zwyczajnie zmniejszałby swoje szanse na zwycięstwo.

Przynajmniej teoretycznie. W Bilbao nie spoglądają nie tylko za granicę, ale nawet na resztę Hiszpanii. Interesują ich wyłącznie Baskowie, po obu stronach Pirenejów populacja w porywach trzymilionowa. Tak działali niemal od zawsze - klub założyli u schyłku XIX wieku, zamknęli go w 1912 roku. Akademię dla dzieci otworzyli, zanim ktokolwiek w świecie pomyślał, że wychowywanie młodzieży może stać się fundamentem strategii zabezpieczania przyszłości drużyny. Kluby kosmopolityzmem stoją od dekad, wcale nie umiędzynarodowiły się dopiero w erze globalizacji. Kiedy przed ponad półwieczem powstawał Puchar Europy, triumfy w pięciu inauguracyjnych edycjach Real Madryt zawdzięczał w sporej mierze wirtuozerii Argentyńczyka Di Stefano, Węgra Puskasa czy Francuza Kopy.

A jednak osamotnieni Baskowie nie błąkają się po obrzeżach futbolu. Przeciwnie, jako jedyni - obok Realu Madryt i Barcelony - nigdy nie spadli do drugiej ligi hiszpańskiej, są najbardziej po obu supermocarstwach utytułowani w kraju, długo dostarczali najwięcej piłkarzy do hiszpańskiej drużyny narodowej, potrafili zabawiać się w Lidze Mistrzów i dotrzeć do finału Pucharu UEFA (w 1977 roku). Ostatnio - za sprawą trenerskiego maga Marcelo Bielsy - znów rozkwitli, stając się jedną z najbardziej fascynujących drużyn na kontynencie. Na drodze do ćwierćfinału Ligi Europejskiej dwukrotnie przetoczyli się po Manchesterze United, w majowym finale Pucharu Hiszpanii rzucą wyzwanie Barcelonie, której oparli się już w Primera Division. Faworyci ocalili remis w ostatniej minucie.

* * *

Biorąc pod uwagę ograniczenia, jakie narzucają sobie w Athleticu, sukcesy osiągają zdumiewające. Gdyby Legia Warszawa postanowiła polegać wyłącznie na mieszkańcach województwa mazowieckiego, czerpałaby z populacji niemal dwukrotnie liczniejszej.

Kiedy odwiedziłem klubowy ośrodek treningowy w Lezamie, wiosce oddalonej o 15 km od Bilbao, zagadnąłem oglądających ćwiczącą drużynę fanów, czy nie zadają sobie niekiedy pytania, ile można by osiągnąć, gdyby z narodowościowej jednolitości kadry zrezygnować.

Więcej zrozumienia zyskałbym, gdybym zapytał, czy nie myśleli o wystawieniu w ataku basajauna - buszującego w Pirenejach lokalnego odpowiednika yeti. „Jeśli wpuścilibyśmy obcych, powstałby zupełnie inny klub, naszego Athleticu już by nie było”. „Wygrywa mnóstwo drużyn, a my jesteśmy unikalni, jedyni na świecie”. „Zdradzilibyśmy samych siebie. I tych, którzy byli przed nami”. Tego samego dnia wieczorem w barze w centrum miasta, w którym zbierają się kibice, usłyszałem, że w przeprowadzonym przed kilkoma laty sondażu 75 proc. ankietowanych zadeklarowało, że wolałoby degradację do drugiej ligi, niż otwarcie się na inne nacje. Tubylcy wyjaśnili mi też, że to oddaje opinię 75 proc. mieszkańców miasta, bo w Bilbao jest tylko jeden klub. I oczywiście kibicują mu wszyscy.

- Wybacz, ale twoje pytanie brzmi bezsensownie - skomentował mój dylemat José Maria Amorrortu, który przedstawił się jako sportowy menedżer centrum w Lezamie i zgodził opowiedzieć o fenomenie Athleticu. - My sobie go nie zadajemy, bo Athletic istnieje, dopóki istnieją nasza tradycja i tożsamość. Najpierw jest filozofia, a dopiero potem wynik. Czujemy dumę ze swojej odrębności, chcemy być wyjątkowi. Nie oddamy tego za żadną cenę. Ja sobie nie umiem nawet wyobrazić, że ściągamy tu np. Brazylijczyków, mój umysł takiej wizji nie przyjmuje. Poza tym nie wiadomo, czy na zróżnicowaniu drużyny pewnych atutów byśmy nie stracili. Teraz tworzą ją ludzie, którzy doskonale się rozumieją, czują ducha tego miejsca, walczą o coś więcej niż sportowy sukces. Nawet ci, których ściągamy z innych klubów regionu, szybko chwytają, o co chodzi. A wychowanków dopingują rodziny, sąsiedzi, znajomi. Stąd się bierze niesamowita atmosfera na trybunach San Mames. Tam jest najwyższe stężenie baskijskiej pasji, dzięki której piłkarze znajdują w sobie tyle sił do walki, że rywale patrzą na nich zdumieni - mówi Bask.

Istotnie, trener Alex Ferguson po porażce w Bilbao oświadczył, że piłkarze Athleticu biegali szybciej i więcej niż jakikolwiek przeciwnik Manchesteru w bieżącym sezonie. Istotnie, nazywany Katedrą stadion - najstarszy (1913) w Hiszpanii, rozlatujący się, niedługo ustąpi wznoszonemu obok pięciogwiazdkowemu cacku - pulsuje emocjami od pierwszego do ostatniego gwizdka i uchodzi za najgorętszy w całym kraju.

Teoria o błogosławionym wpływie na zespół jego narodowej jednolitości też brzmi wiarygodnie, jeśli spojrzeć na doświadczenia Realu Sociedad. Kiedy klub z nieodległego San Sebastian zrezygnował w 1989 roku z zasady zatrudniania wyłącznie Basków, miał za sobą dekadę pełną sukcesów (dwa tytuły mistrza i dwa wicemistrza kraju), by po otwarciu się na świat zsunąć się w przeciętność. Od tamtej pory podpisał kontrakty z kilkudziesięcioma obcokrajowcami, ale zazwyczaj tkwił w dolnej połowie tabeli. Aż spadł na trzy sezony do drugiej ligi. Po 40 latach spędzonych w najwyższej!

* * *

Amorrortu o lokalnych rywalach mówi niechętnie. Na pytanie, dlaczego umiędzynarodowili szatnię, wzrusza ramionami i bąka, że to ich sprawa, Athletic swoich ideałów nie zdradzi nigdy. Gdyby zachował pełną szczerość, musiałby przyznać, że jak reszta świata widzi w jego klubie zjawisko uwodzicielsko romantyczne, tak sąsiedzi oskarżają go o wykradanie najzdolniejszych wychowanków, cynizm i hipokryzję. Działacze z Bilbao deklarują bowiem niezachwianą wiarę we własną canterę (futbolową szkółkę dla młodzieży), lecz bez skrupułów wykorzystują mocarstwową pozycję w regionie i na potęgę podbierają cudzych absolwentów. Oburzenie wywołali przed dwoma laty, gdy do wszystkich szkół regionu rozesłali zaproszenie do swego muzeum, przekonując uczniów, że „wszyscy należą do szkółki Athleticu”.

Phil Ball - pochodzący z Kanady, lecz osiadły w San Sebastian brytyjski autor historii hiszpańskiego futbolu - wspomina, że kiedy w 1989 roku zapytał dyrektora generalnego Realu Sociedad, co skłoniło klub do zmiany polityki personalnej, Javier Esposito polecił mu poprosić o wyjaśnienia w Lezamie. Finansowo oraz wizerunkowo Athletic w Kraju Basków niezagrożenie dominuje, więc wiosną 2011 roku przeżył dzień, którym wolał się nie chwalić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by nie wystawił w meczu ligowym ani jednego piłkarza reprezentującego Vizcayę, czyli prowincję, której Bilbao jest stolicą. A tamtego wieczoru nie pochodził z niej nikt z podstawowej jedenastki ani rezerwowych posłanych na boisko w trakcie gry.

I przedtem, i potem wielokrotnie zdarzało się, że Athletic miał na murawie mniej wyuczonych przez siebie graczy niż Sociedad. Nawet jeśli drużyna Sociedad masowo importowała już obcokrajowców. Stąd brały się podejrzenia - a także wprost formułowane zarzuty - że działacze z Bilbao kierują się logiką fanatycznego narodowca, który najchętniej klasyfikowałby ludzi wedle ich usytuowania na drzewie genealogicznym. Bixente Lizarazu - reprezentant Francji, lecz wywodzący się z baskijskich terenów z północnej strony Pirenejów - wyznał swego czasu, że nie ma pewności, czy pod koniec kariery podpisał umowę z Athletikiem dzięki swojej klasie sportowej, czy ze względów ideologicznych.

Ścisłych związków klubu z polityką podważyć nie sposób. Stadion San Mames, podobnie jak barcelońskie Camp Nou, w czasach frankistowskiego reżimu był jedynym miejscem, w którym swobodnie powiewały lokalne flagi. Piłkarz José Antonio Aguirre, gorący orędownik stworzenia pierwszej baskijskiej reprezentacji, został w 1936 r. szefem pierwszego baskijskiego rządu. Od tamtej pory prezesami Athleticu zostawali wyłącznie członkowie Nacjonalistycznej Partii Basków (PNV), której lider w latach 90., Xabier Arzalluz, przedstawił precyzyjną teorię narodowościową, podpierając ją oryginalną tezą antropologiczną. Dzieci imigrantów z innych części kraju (podróżujących w poszukiwaniu pracy) sklasyfikował jako rodaków drugiej generacji i przedstawił im prawdziwych Basków wyróżniających się dodatkową kością z tyłu czaszki. Jeszcze raz oddajmy głos Philowi Ballowi: „Zwykli Hiszpanie zostali zdefiniowani jako kundle, mieszańcy Cyganów i północnych Afrykanów, przez całe swoje bezwartościowe życia niezasłużenie wygrzewający się w promieniach andaluzyjskiego słońca”.

Znamiennie przebiegały zresztą również personalne manewry szefów Realu Sociedad. Bohaterem rewolucyjnie przełomowego transferu ze wspomnianego schyłku lat 80. był Irlandczyk John Aldridge; potem nadciągnęli następni obcokrajowcy; dopiero w 2001 roku w San Sebastian zjawił się Hiszpan. Tę ostatnią barierę przeskoczyć było najtrudniej.

* * *

Baskowie to rzeczywiście lud osobny. Najczęściej wśród Europejczyków mają krew grupy 0, ich język nie przypomina żadnego europejskiego - specjaliści szukają jego źródeł na Kaukazie, ale do pełnej zgody nigdy nie doszli, sprawa wygląda tak tajemniczo, że nie wiadomo, czy jutro nie okaże się, że Atlantyda to nie legenda i potomkowie jej mieszkańców do dziś żyją pośród nas.

Jak zdefiniować Baska? - Mogę tylko powiedzieć, kogo jesteśmy gotowi wziąć do drużyny, ale nawet to nie będzie sztywne - odpowiada José Maria Amorrortu. - Podstawowe kryteria to miejsce urodzenia, pochodzenie rodziców, miejsce futbolowej edukacji. Nikogo nie wykluczamy, najbardziej cenimy prawdziwą baskijską tożsamość, którą wyraża również styl gry, mentalność, charakter. Ją można nabyć. Od naszych graczy żądamy kreatywności, siły, skłonności do szaleńczej pracy i pogodnego radzenia sobie z przeciwnościami losu, walki do zatracenia, wiary w zwycięstwo po ostatnią chwilę niezależnie od okoliczności. Wszyscy dziennikarze świata chcą tego samego. Chcą zrozumieć, jak to się dzieje, że z niewielkiej grupy ludzi umiemy złożyć drużynę zdolną zawsze utrzymywać się w lidze hiszpańskiej, a czasami pokonać Manchester United. Przykro mi, nie zrozumiecie tego. To, co czyni nas Athletikiem, można tylko poczuć. Niczego nie wyjaśnię, bo nie znajdę odpowiednich słów.

Pytam, czy to prawda, że w przeszłości chciał grać dla nich Diego Forlan, jeden z najwybitniejszych snajperów minionych lat, Urugwajczyk, który miał Baska wśród dziadków. Mój rozmówca tylko macha ręką. - Ani on nie miał szans, ani nie ma szans Gonzalo Higuain [znakomity argentyński napastnik Realu Madryt, właściciel klasycznie baskijskiego nazwiska odziedziczonego po ojcu]. Nam nie chodzi tylko o pochodzenie, zaakceptujemy np. piłkarza z innej części Hiszpanii, który przyjechał tutaj jako chłopiec z rodzicami i został wychowany w naszej okolicy. Byle rodzice przyjechali, żeby pomiędzy nami mieszkać, a nie przywieźli ukształtowanego już syna piłkarza i osiedlili się dla jego kariery. W żyłach Forlana i Higuaina płynie baskijska krew, ale oni nie są Baskami, nie mają z naszą kulturą nic wspólnego.

Te słowa, oddalające podejrzenia o skłonności bliskie nacjonalizmowi, potwierdza historia najnowsza. Choć szefom Athleticu zarzucano rasizm, jesienią w drużynie pojawił się pierwszy gracz czarnoskóry - Jonas Ramalho, syn Angolańczyka i Baskijki, wychowywany w Lezamie od dziesiątego roku życia. Choć Fernando Amorebieta urodził się w Wenezueli i współtworzy defensywę jej reprezentacji (wcześniej kopał w młodzieżówce hiszpańskiej), to jego obecność z obronie klubu z Bilbao nie wywołuje kontrowersji - rodzice wyemigrowali z Vizcai za chlebem, a z Ameryki Południowej wrócili, gdy chłopiec miał osiem lat. I grać nauczył się w Athleticu.

* * *

Jeśli wdamy się w rozmowę z co bardziej szczerymi mieszkańcami Bilbao, poznamy wiele przypadków, w których ich ukochany klub swoje święte zasady naginał. Tyle że szedł na kompromisy skromne - zwłaszcza w skali całej Europy - jego unikalności nienaruszające.

Athletic jako jedyny - obok madryckiego Realu, Barcelony i Osasuny Pampeluna - nie jest regularną firmą, lecz należy do fanów (tzw. socios), którzy płacą składki i wybierają jego władze. Pozycja właścicieli drużyny z Bilbao jest jednak w tym elitarnym gronie wyjątkowa. Nie tylko dlatego, że tylko w tym klubie władze wybierają w głosowaniu wszyscy socios (jest ich obecnie około 30 tys.).

Kiedy odwiedzałem treningowe posiadłości „Dumy Katalonii”, pilnujący ich bram cerber nieufnie łypnął, kilkakrotnie upewniał się, kim jestem, sprawdzał telefonicznie, czy istotnie zostałem zaakceptowany jako gość przez najwyższe czynniki. Gdyby usłyszał, że nie zostałem, barcelońskich płotów bym nie sforsował. W Athleticu barier nie ma. Ćwiczebne boiska leżą - niczym nieogrodzone - między willami mieszkańców Lezamy, podczas treningów na okalających je nasypach pojawiają się setki ludzi, piłkarze przeciskają się przez ciżbę gapiów. - Możemy tutaj być każdego dnia - mówi mi z dumą jeden z nich. - W Barcelonie żądają za oglądanie treningów opłat, my bierzemy w nich udział za darmo.

Gwiazdorzy różnych Barcelon i Reali, których od świata odgradza zazwyczaj kordon ochroniarzy, zbaranieliby tutaj już na parkingu. Choć piłkarze Athleticu też pobierają rocznie pensje siedmiocyfrowe i kupują samochody wysokiej klasy, próżno tutaj szukać ekstrawagancji o kształtach ferrari. To planeta, której mieszkańcy żyją w innej, mniejszej skali.

Stoję razem z nimi w przeddzień meczu z MU, głowię się nad zawiłościami taktycznych wprawek trenera Marcelo Bielsy i pytam José Marię Amorrortu, czy do meczu tak prestiżowego piłkarze nie powinni przygotowywać się jednak z dala od kibicowskiego zgiełku. - Nie pytaj mnie, tylko tych ludzi - wzrusza ramionami - To ich klub, oni są właścicielami tego interesu, oni decydują. Nie możemy stwierdzić, że ich nie wpuszczamy, bo tworzą ten klub. I rządzą.

W Bilbao rzuca się w oczy, że tubylcy mają totalnego futbolowego fioła. Fioła, z jakim nie zetknąłem się nigdzie indziej. Już w dni poprzedzające rewanż z MU z balkonów zwisały tysiące klubowych i baskijskch flagi - historyczne centrum było wręcz w nie owinięte, najdłuższe ciągnęły się od kamienicy do kamienicy na dystansie kilkudziesięciu metrów. A w dniu meczu w mieście, o którym znawcy mówią, że „pachnie futbolem jak żadne inne w Hiszpanii”, trudno było spotkać kogokolwiek, komu strzeliłoby do głowy wyjść do ludzi w stroju całkiem cywilnym - najbardziej wstrzemięźliwi w manifestowaniu przywiązania do barw obwiązywali szyje czerwono-białymi chustami, inni wystroili się w ulubione kolory od stóp do głów. Nawet kelnerzy pozakładali uniformy z klubowym godłem, najwyraźniej przygotowane specjalnie na futbolowe święta.

* * *

- Pospaceruj po Bilbao i uważnie się rozejrzyj, a zobaczysz, jak gorącym uczuciem ludzie darzą swoją drużynę. Może wtedy choć trochę zrozumiesz, dlaczego trudno jest przyjechać tutaj z daleka i nabyć baskijski charakter. Ducha tego miejsca trzeba chłonąć latami - przemawia Amorrortu. I tłumaczy, że młodych piłkarzy spoza miasta klub nie zamyka w internacie, lecz umieszcza w jednym z trzech zaprzyjaźnionych domów, w których opiekują się nimi lokalne rodziny.

Dyrektor z Lezamy zapewnia mnie też, że ani on, ani inni szefowie Athleticu nie są utopijnie zapatrzeni w przeszłość. Przeciwnie, chcą godzić szacunek dla tradycji z modernizacją klubu. Jako przykład wskazuje decyzję z 2008 roku, by po raz pierwszy w historii wpuścić na koszulki logo sponsora. Kontrowersje wywołała ogromne, wiele firm nie zgłosiło zainteresowania ze strachu przed bojkotem. Podpisać umowę - za 2 mln euro rocznie - odważył się dopiero naftowy Petronar, co jeszcze wzmogło wściekłość najbardziej bezkompromisowych fanów. Wbrew obietnicom święte barwy zostały bowiem splamione logo niewystarczająco baskijskim. A zaledwie kilka lat wcześniej ci sami działacze próbowali pozbyć się ze strojów nawet znaczka ich producenta...

Piłkarze z Bilbao przeżywają właśnie najznakomitszy okres od wielu sezonów. Zawdzięczają go charyzmie i kompetencjom Bielsy, trenera o tyle odpowiedniego, że również uchodzi za oryginała, wręcz ekscentryka, który wszędzie usiłuje zaszczepić własną, osobną wizję futbolu. I pieniądze nie są dla niego najważniejsze. Minionego lata odrzucił atrakcyjniejszą propozycję z Interu Mediolan, bo wcześniej obiecał przyjście oferującemu niższą pensję prezesowi Athleticu.

Jego projekt dynamicznie się rozwija, choć w pewnym momencie Argentyńczyk może zderzyć się ze ścianą - gdy okaże się, że wycisnął z graczy maksimum i następny krok naprzód wymagałby transferów spoza poletka baskijskiego. On nie prowadzi reprezentacji kraju, ale nie ma komfortu selekcjonera Franciszka Smudy, który w razie potrzeby rozdaje paszporty wychowankom Francuzów lub Niemców. Nie ma tego komfortu, choć sztywna definicja Baska nie istnieje, jego tożsamości nie poświadcza żaden dokument, a zasady rygorystycznej polityki personalnej nigdy nie zostały spisane.

Gdy opuszczam Lezamę, pytam mojego gospodarza, czy brał pod uwagę scenariusz, w którym trener oświadcza, iż z samymi Baskami wyżej już nie zajdzie. Amorrortu rozkłada ręce. - Marcelo Bielsa wiedział, gdzie przybywa. To wielki, naprawdę wyjątkowy fachowiec. Nie sądzę, by kiedykolwiek uznał, że z nami nie da się już więcej osiągnąć. My nie stawiamy sobie żadnych granic.

22:38, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014

O Azerbejdżanie w Madrycie, czipsach w ustach hipokryty Messiego, hazardzie wokół futbolu etc. Mój felieton z dzisiejszej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Nie fetyszyzuję stabilizacji w szatni, przeciwnie, za bohaterem mojego wczorajszego tekstu uważam, że czasami trzeba siać ferment dla samego siania fermentu, by drużyna nie przysnęła, nie lubię też komunału o „zwycięskim składzie, którego się nie zmienia” - oczywiście się zmienia, zwłaszcza po triumfie wyjątkowo doniosłym, gdy pojawia się zagrożenie, że triumfatorzy przejedli się sukcesem i będą biegać ociężale. Ale wykopywanie Ángela Di Maríi z Realu Madryt - skuteczne, zaraz przeniesie się do Manchesteru United - śledziłem z przykrością, to dla mnie transfer w najgorszym gatunku, kolejny brzydki odprysk pędzącej komercjalizacji futbolu.

Czy piłkarz grał dobrze? Tak, właściwie to grał wręcz świetnie, miniony sezon miał fantastyczny, choć musiał się ponownie przepoczwarzyć ze skrzydłowego w środkowego pomocnika.

Czy chciał zostać w Realu? Tak, chciał, choć słusznie domagał się podwyżki - zarabiał haniebne jak na swoją klasę sportową i markę klubu 3,5 mln euro, w podstawowej jedenastce niżej opłacani byli tylko Diego López i Daniel Carvajal.

Czy trener chciał go zatrzymać? Tak, chciał.

Czy koledzy z szatni chcieli, by został? Tak, di Maria nie jest materiałem toksycznym, trującym atmosferę w szatni.

Cztery raz „tak”. Cztery razy bezdyskusyjne „tak”. Wedle wszystkich kryteriów, które powinny wpływać na decyzję o transferze, Argentyńczyk powinien pozostać graczem Realu Madryt. Powinien, ale prezes Florentino Pérez obejrzał mundial, zauważył, że James Rodríguez został jego królem strzelców i generalnie spopularniał, więc nie mógł się powstrzymać - musiał wydać na niego pierdylion euro. Wiem, upraszczam, ale i polityka transferowa madryckiego zarządcy jest dość prosta.

Jest też skuteczna, właśnie przyniosła Realowi dziesiąty Puchar Europy, więc zdaję sobie sprawę, że mojego blogowego żołądkowania się nie ma co traktować poważnie. Ale ten transfer - wymiana Ángela na Jamesa - to transfer najpodlejszego gatunku, przeprowadzony wyłącznie po to, interes się kręcił. Szmal ma płynąć, a ty, trenerze Carletto, główkuj, żeby nasze wiercenie nie przewierciło drużyny na wylot i żeby nie ośmieliła się zająć niższego miejsca niż pierwsze. Jedną z naczelnych cech nowoczesnego futbolu jest intensywny handel na samych szczytach - jeszcze nigdy największe kluby nie kupowały tak wielu piłkarzy od innych wielkich klubów.

00:08, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Hubert Wagner, biografia

Za tydzień ukazuje się biografia Huberta Wagnera, jesienią minie 40 lat od zdobytego przez jego siatkarzy mistrzostwa świata. Ja napisałem o nim do dzisiejszego magazynu GW – o człowieku, który rozprawił się z polskimi kompleksami, bałaganiarstwem, minimalizmem. I wyniósł Polskę na światowy szczyt. Tekst i rozmowę z synem Wagnera Grzegorzem przeczytacie tutaj.

Tagi: siatkówka
18:15, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 sierpnia 2014

Bartosz Kurek, reprezentacja Polski siatkarzy, mistrzostwa świata w siatkówce

Szokująca decyzja, by zrezygnować przed mundialem z Bartosza Kurka, przypomina, że w obu reprezentacjach siatkarskich – męskiej i żeńskiej – od lat szaleje zaraza. Atakująca głowy jednostek najwybitniejszych.

Kibice i fachowcy – także zagraniczni – zbaranieli, ale jeśli Stephane Antiga wykopał największego gwiazdora ostatnich lat – on, trenerski debiutant – to znaczy, że znalazł cholernie ważne powody. Nawiasem mówiąc, ostatecznie rozwiewając wątpliwości z czasu nominacji, czy dla byłych partnerów ze Skry Bełchatów nie będzie bardziej kumplem niż szefem.

Zrozumieć się tego wszystkiego nijak nie da. W idealnym, a może tylko normalnym świecie selekcjonerowi powinno ponad wszystko zależeć na graczu tak unikalnym jak Kurek. Przyjmujący o gabarytach środkowego. W zbiciu zahaczający dłonią o sufit, a zarazem zdolny schylić się, by odebrać serwis znad podłogi. Na świecie jest ledwie kilka podobnie dorodnych okazów. Nic dziwnego, że nasz uwijał się już i dla bajecznie bogatego klubu rosyjskiego, i dla najlepszego klubu włoskiego. I był bohaterem kilku turniejów reprezentacyjnych.

Kurkowi też powinno – nie w idealnym, lecz normalnym świecie – ponad wszystko zależeć, by zasłużyć na mistrzostwa świata. Gruby szmal zarabiasz w klubie, ale nieśmiertelną sławę i sportowy dorobek wypracowujesz w reprezentacji – przeciętny Polak nigdy nie słyszał o Lube Banca Macerata, z którą nasz siatkarz zdobył wiosną mistrzostwo Włoch, i nigdy o niej nie usłyszy. A mundial w Polsce to fenomen, który się już podczas kariery Kurka nie powtórzy. Ba, może się nie powtórzyć za jego całego życia.

Dlatego drugorzędne wydaje mi się to, dlaczego Antiga uznał, że z gwiazdora musi zrezygnować. Nieważne, kto się na kogo bardziej obraził, w jakim stopniu decyzję sprowokowała kiepska forma sportowa Kurka, a w jakim zwyczajnie nie dało się dłużej tolerować zawodnika, który stroi fochy, bo przestał być pępkiem reprezentacyjnego świata, i sabotuje treningi. Ważne, że od zakończenia sezonu klubowego upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Kurek pozaleczał wszystko, co miał do zaleczenia, i urósł – przy wsparciu trenera – do Kurka w najwyższej formie. Czyli atlety, któremu przepowiadano status pierwszego siatkarza świata.

Ale zadanie nie zostało wykonane. Sylwetka Kurka majaczyła się nam gdzieś w rezerwie, aż całkiem zniknęła. Biorąc pod uwagę, ile mocy mógłby dodać reprezentacji, gdyby odzyskał pełną albo prawie pełną, Polacy ponieśli gigantyczną stratę.

Nie pierwszy raz. Czy raczej – jak zwykle. To niesłychane, jak silny w naszej siatkówce – na mapie polskich gier drużynowych krainie szczęśliwości obwieszonej medalami – jest gen autodestrukcji. Jeśli zanalizować ostatnie kilkadziesiąt imprez rangi mistrzowskiej z udziałem Polaków lub Polek, to okaże się, że co piąty albo wręcz co dziesiąty turniej udaje się rozegrać w pełnym składzie. W pełnym rozumianym jako skład możliwie najmocniejszy, co najwyżej z ubytkami uzasadnionymi realnymi kontuzjami.

Co więcej, dezerterują – albo „nie dostają powołań” – najlepsi i najlepsze. Gwiazdy nie krajowej, lecz światowej siatkówki. Zanim odcięliśmy się od Kurka, latami zbijaliśmy bez Mariusza Wlazłego, bezapelacyjnie najznakomitszego atakującego w Polsce. A kadrę siatkarek to już w ogóle kleciliśmy głównie ze swobodnie traktujących swoje obowiązki, kapryśnych solistek. Małgorzata Glinka i Dorota Świeniewicz rezygnowały i wracały. Annę Barańską szantażem zmuszał do gry PZPS. Katarzyna Skowrońska ostrzegała, że nie wie, czy zagra dla Polski, że „trzeba ustalić pewne kwestie”, choć wydawałoby się, że selekcjoner powinien po prostu rozsyłać powołania do kadry, niczego wcześniej nie ustalając.

Jeszcze raz prześledźmy listę nazwisk – tworzą ją wyłącznie jednostki najwybitniejsze. Nie ma chyba innej dyscypliny sportu, w której tak wiele tak wielkich polskich gwiazd sugerowałoby, że reprezentacja znaczy dla nich nie aż tak wiele. Rutynowo to piłkarzy przywołuje się – i przeciwstawia przedstawicielom innych dyscyplin – jako zdemoralizowanych skandalicznie tłustymi kontraktami gwiazdorów, ale czy ktokolwiek sobie wyobraża, że przed każdym meczem kibice się zastanawiają, czy powołanie przyjmie – lub czy je otrzyma – Lewandowski albo Błaszczykowski?

Oczywiście nad naszą siatką, choć jest notorycznie dziurawa, rozbłyskuje mnóstwo medali. Ba, paradoks męskiej reprezentacji polega na tym, że jedyne współczesne złoto – mistrzostw Europy w 2009 r. – zdobyła drużyna poszatkowana przez kontuzje, a najboleśniejszą ostatnio klęskę – miejsce 13-18 na mundialu w 2010 r. – poniosła drużyna kompletna, gdy akurat udało się zwołać wszystkich. Czy jednak nie mamy prawa podejrzewać, że sukcesów wyskakalibyśmy jeszcze więcej, gdybyśmy dezintegrujących grupę konfliktów i konflikcików nie unikali wyłącznie od święta?

Teraz też nie wiemy, co będzie na MŚ. Ale już wiadomo, że nie cała energia popłynęła we właściwym kierunku, nie było pełnej mobilizacji wszystkich, znów nie zrobiliśmy wszystkiego, co było do zrobienia. Nawet przed imprezą promowaną jako najważniejsza w historii polskiej siatkówki.

Tagi: siatkówka
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po trzech miesiącach przerwy – usprawiedliwonej zwolnieniem lekarskim – do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” i Sport.pl Ekstra wraca rubryka „A jednak się kręci”. Przynajmniej na chwilę. W wydaniu niepapierowym znajdziecie ją tutaj.

środa, 13 sierpnia 2014

Jego najnowsze misje – zostać najlepszym środkowym napastnikiem świata, wygrać z Bayernem Ligę Mistrzów. Gdyby się powiodły, byłby naturalnym kandydatem do Złotej Piłki.

To wciąż brzmi zbyt fantastycznie, ale Robert Lewandowski nie przybył do Monachium, klubu pełnego triumfatorów Champions League oraz mundialu, jako czeladnik, który spróbuje schować się gdzieś w tłumie mistrzów. On ma lśnić blaskiem megagwiazdy. Na promocyjnych plakatach Bayernu z ostatnich tygodni wdzięczy się na pierwszym planie, przed Franckiem Riberym czy Philippem Lahmem.

Nawet najsłynniejszy polski piłkarz Zbigniew Boniek, w dniu wylotu do Juventusu, nie miał aż takiej europejskiej renomy i nie zapraszała go aż tak renomowana marka.

Lewandowski od lat mknie wyżej i wyżej, a polscy fani – zniechęceni codzienną tandetą naszej piłki – nadal wątpili. Czy popisy w Lechu Poznań oznaczają, że wybije się w Borussii z fotela rezerwowych? A potem – czy utrzyma pozycję w podstawowym składzie? Następnie – czy aby nie rozbłysnął, jak to u naszych emigrantów bywa, na ledwie parę chwil? Czy podoła również wyzwaniom Ligi Mistrzów? Aż wreszcie – czy nie przelęknie się największych futbolowych firm?

Dziś to już on straszy. Kto wie, czy na wyciągnięcie go z Dortmundu nie nalegali także obrońcy Bayernu, których wielokrotnie ostro poturbował – i jeszcze sprawiał, że byli notorycznie karani kartkami. Królem strzelców zostawał i w drugiej, i w pierwszej, i w najwyższej polskiej lidze, w minionym sezonie spotężniał na najlepszego snajpera Bundesligi. Nazdobywał główne trofea w Polsce i Niemczech, przegrany finał dzielił go od triumfu w Champions League. Jego kariera ma pęd wystrzelonej rakiety. Nigdy się w rozwoju nie cofnął, nie zatrzymał, ba, nawet nie zwolnił. Jeśli się nie wywróci, na długo przed zejściem z boiska urośnie do najbardziej utytułowanego polskiego gracza w historii.

Najpierw musi uwieść Pepa Guardiolę. Najwybitniejszego trenerskiego debiutanta, niestrudzonego innowatora, który chce, by jego podwładni nieustannie wymyślali futbol na nowo, co oznacza tylko i aż tyle, że stale poszukują detali, które jeszcze poprawią ich grę bez piłki. Przesunięcie się o kilka centymetrów wte lub wewte, decyzja podjęta ułamek sekundy wcześniej, może sprawić, że monachijczycy jeszcze lepiej zapanują nad przestrzenią – dlatego na boisku trzeba myśleć, i to analizować dane piekielnie szybko. Polerować perfekcję. Guardiola to bezwzględny tępiciel środkowych napastników, bez względu na ich klasę. Z Barcelony wykopał Samuela Eto’o oraz importowanego za gigantyczne pieniądze Zlatana Ibrahimovicia, z Bayernu wypchnął właśnie Mario Mandžukicia, zatem uznał, że wystarczy mu zaledwie jeden rezerwowy snajper, dla którego środowiskiem naturalnym jest pole karne – 36-letni już Claudio Pizarro.

Jeśli sądzić po wakacyjnych gierkach, Lewandowski osiąga najwyższy stopień wtajemniczenia. Nie dlatego, że w pięciu sparingach wbił pięć goli, ale że wbijał je w najrozmaitszych okolicznościach, demonstrując przy okazji geniusz natchnionego solisty – w meczu z Borussią Mönchengladbach dwoma piruetami zawrócił w głowach aż czterem obrońcom, by następnie przerzucić ich subtelnym lobem. Takie arcydzieła są już przywilejem najwybitniejszych.

Wśród snajperów królują dziś skrzydłowy (Cristiano Ronaldo) oraz były skrzydłowy, który biega, gdzie sobie wyfantazjuje (Leo Messi). To wirtuozi z innego wymiaru, ale Polak ma wszystko, by zostać najlepszym środkowym napastnikiem świata. Rzucić wyzwanie Zlatanowi Ibrahimoviciowi, Luisowi Suárezowi (odsiaduje wyrok za ugryzienie rywala), Radamelowi Falcao (wraca po ciężkim urazie) oraz Robinowi van Persiemu. Rywalom albo wyraźnie starszym, albo często pauzującym z powodu niesubordynacji, albo kontuzjogennym.

Lewandowski, który atletycznie rośnie w oczach, nie choruje właściwie nigdy. I jeśli także w Bayernie, jak w każdym swoim dotychczasowym klubie, zdoła strzelać najintensywniej, a Bayern za rok czy dwa znów podbije LM, to być może będziemy mieli pierwszego w historii Polaka lansowanego na naturalnego faworyta Złotej Piłki.

Wątpicie? Pewnie tak. Ale to już dla Lewandowskiego normalka.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Czy jest w ogóle sens zestawiać zwycięzcę Ligi Mistrzów z klubem, który do najbliższej edycji nawet nie awansował, ba, nie wepchnął się do drugorzędnej Ligi Europejskiej, grzęznąc na zawstydzającej ósmej pozycji w słabnącej przecież włoskiej Serie A? Pewnie bym uznał, że nie ma sensu, gdybym od zawsze obu firm nie kojarzył ze sobą jako najbardziej utytułowanych na kontynencie – i w perspektywie historycznej, i za mojego życia, podczas którego Milan wziął pięć Pucharów Europy, a Real Madryt cztery. I gdybym nie zwracał już blogowo uwagi na dwa trendy. Otóż ci pierwsi, przyduszeni bezprecedensową w erze Silvio Berlusconiego zapaścią finansową, wyspecjalizowali się w wystrajaniu szatni w sklepach z odzieżą mocno używaną, za którą nie płacą niemal wcale, ustanawiają w tej konkurencji nieprawdopodobne rekordy. Drudzy natomiast, ponownie zarządzani przez Florentino Pereza, brzydzą się wszystkimi piłkarzami, za których nie trzeba dać tyle złota, ile ważą, i też ustanawiają w tej konkurencji nieprawdopodobne rekordy.

Oba trendy właśnie się nasiliły.

Miarą nędzy potentata włoskiego jest euforia, w jaką mnie, fana rossonerich, wpędziło pogonienie z klubu Kevina Constanta (każdy jego kontakt z piłką był hańba dla drużyny, w której na lewej obronie biegał Paolo Maldini) oraz Robinho (w drużynie znacząco podniesie się średni iloraz inteligencji), ale najbardziej uderza, jak sprawnie Milan wyłuskuje z różnych zakątków świata piłkarzy dostępnych za darmo. I to zazwyczaj piłkarzy zatrudnianych w bardzo renomowanych firmach. Gdyby lato transferowe kończyło się dziś, to podstawową jedenastkę być może współtworzyłoby aż siedmiu graczy wziętych za darmo (w nawiasach ceny piłkarzy w mln euro)...

... zatem cała kosztowałaby ledwie 42,75 mln euro. To w wielkim futbolu taniocha już właściwie niespotykana, w lidze angielskiej tak biednie ubierają się jedynie pomniejsze Burnley, Leicester czy Crystal Palace, mistrzowski Manchester City wydaje więcej na pojedynczego obrońcę (Mangala kosztował 54 mln), średniak Southampton w jedno lato zdołał zarobić na wyprzedaży piłkarzy 115 mln. A przecież łatwo wyobrazić sobie, że do mediolańskiej jedenastki z różnych powodów wchodzą Mexes (za Ramiego), Honda (za El Shaarawy’ego) oraz Pazzini (za Balotellego). I wtedy jedenastka Milanu zeszłaby do niewiarygodnego kosztu 16 mln, z zaledwie dwoma (!) piłkarzami, na których trzeba wyłożyć jakiekolwiek pieniądze:

I wcale nie musimy tu naciągać rzeczywistości, to zestawienie wygląda całkiem realnie. Milan uprawia politykę transferową tak ekstremalną, że właściwie nie wiadomo, czy można od niego czegokolwiek wymagać. Owszem, wciąż utrzymuje imponujący budżet płacowy (około 100 mln euro rocznie, ustępuje tylko Juventusowi), a sukces w futbolu silniej niż z wydatkami transferowymi jest skorelowany właśnie z wydatkami na pensje. Zsuwa się jednak sportowo z sezonu na sezon (mistrzostwo → wicemistrzostwo → trzecie miejsce → ósme miejsce), szatnię znów powierzył trenerskiemu debiutantowi, przed chwilą stracił przychody z udziału w Lidze Mistrzów, nie ma żadnych perspektyw na dynamiczny rozwój biznesowy, który pozwalałby wierzyć, że w przewidywalnej przyszłości wróci na europejski szczyt.

Jeszcze kilka lat temu unosił się tam razem z Realem Madryt. To były dwie potężne globalne marki – równorzędne, o zbliżonych aspiracjach sportowych, zbliżonym potencjale marketingowym, zbliżonych możliwościach finansowych. W 2006 roku królewscy wypracowali 292 mln euro przychodu, a mediolańczycy – 239 mln. Teraz dzieli ich otchłań. Real – 519 mln, Milan – 263 mln.

Madrycki klub też uprawia politykę transferową ekstremalną, o kosztach nie mających precedensu w historii futbolu. Graczy wziętych za darmo nie ma w podstawowym składzie wcale, nawet jedynego wychowanka musiał odkupywać od Bayeru Leverkusen. Między słupki wpuściłem Keylora Navasa, bo zakładam, że bramkarz, który zawalił w Lidze Mistrzów, na mundialu i w letnim sparingu z Manchesterem Utd, nie odzyska z dnia na dzień formy:

Kiedy przed dwoma laty blogowałem o madryckim rekordzie wszech czasów, José Mourinho wystawiał jedenastkę za 351 mln. Teraz mkniemy ku dniu, w którym pęknie pół miliarda. Ba, nawet aktualna jedenastka rezerwowa pochłonęła majątek – 142 mln (!) to aż 3,5 raza więcej niż podstawowa mediolańska:

Real, który bezskutecznie usiłuje pozbyć się Di Marii oraz Khediry, ma więc kadrę za ponad 600 mln. To rekord absolutny, tyle na urządzanie szatni nie przeznaczyły nawet sponsorowane przez obrzydliwie bogatych wschodnich bonzów Chelsea (około 445 mln) czy Manchester City (415 mln). Madrytczycy muszą już kupować dla samego kupowania, by nieustannie rozszerzać zasięg swego panowania – dziś nie wystarczy zwyciężać na boisku, dziś trzeba bez wytchnienia kręcić medialną machiną, przyciągać uwagę konsumentów (tfu, kibiców) także w międzysezonowych przerwach, wywoływać wrażenie, że luksusowe transfery są tak wzniosłe jak wielkie triumfy.

I końca obłędnej licytacji nie widać. Wystarczy policzyć, ile Manchester United będzie niebawem zarabiał na samych koszulkach – od produkującego je Adidasa wyciągnie 94 mln euro, od reklamującego się na strojach meczowych Chevroleta 64 mln, od reklamującego się na strojach treningowych AON 21 mln. To daje w sumie 179 mln. Rocznie.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Tak, Celtic zachowałby się wspaniale, gdyby zrezygnował z awansu do następnej rundy, uznając, że przegrał z Legią sportową walkę. Podoba mi się, że regulamin to umożliwia. I szkoda, że nikogo w futbolowym biznesie na szlachetne gesty nie stać.

Ale Legii zwyczajnie nie wypada publicznie się tego domagać – i to jeszcze w formie moralnego szantażu, odwołując się do „honoru i uczciwości”. Niech właściciel warszawskiego klubu walczy o swoje na drodze prawnej, zamiast pisać histeryczne listy i sugerować, że jeśli Celtic nie spełni żądania, to „zniszczy piękne klubowe tradycje”.

Przepraszam, ale to jeszcze bardziej zawstydzające niż wpadka z Bereszyńskim. Liga Mistrzów jest grą dla dorosłych, opisaną regulaminem, którego należy przestrzegać. Legia popełniła błąd, więc ponosi konsekwencje. I to jej szefowie zachowują się niehonorowo – oraz infantylnie – jeśli nie potrafią tego zaakceptować.

20:28, rafal.stec
Link Komentarze (58) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi