RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013

Liga Mistrzów, miliard w rozumie

Chciałem już pomilczeć o Legii, ale ulegam urokowi prezesa Bogusława Leśnodorskiego – któż mu nie ulega – którego dziennikarze „Przeglądu Sportowego” zapytali, dlaczego w jego klubie podjęto świadomą decyzję, by nie robić skoku na Ligę Mistrzów. „Uważaliśmy, że nie stać nas na wydanie na piłkarza 5 mln euro, bo taki ruch nie spowodowałby, że nasze szanse na awans radykalnie by wzrosły” – usłyszeli. I zaproponowali transfer za 7 mln. „Tyle nie mieliśmy” – padło w odpowiedzi.

Znów ta sama śpiewka. Znów to przeklęte redukowanie piłki nożnej do pieniędzy, podszyte błędnym przekonaniem, że hierarchia sportowa odzwierciedla hierarchię finansową. Aż strach pomyśleć, że gdyby szef Legii te 5 mln miał, to rzeczywiście wyrzuciłby je na piłkarza za 5 mln.

Panie prezesie, Ligi Mistrzów się nie kupuje, Ligę Mistrzów się wymyśla. Ligę Mistrzów się projektuje. Owszem, można wejść tam z brzękiem wielokaratowej biżuterii, ale wpuszczają też ubranych skromnie – byle schludnie, gustownie, bez łachmaniarstwa.

Dedykuję panu, panie prezesie, strój Viktorii Pilzno, która wczoraj awansowała do Champions League. ZNÓW awansowała do Champions League.

Awansowała atakiem uszytym z piłkarzy czeskich.

Z linią pomocy również uszytą z piłkarzy czeskich.

Z defensywą uszytą z piłkarzy czeskich i słowackich.

Ze Słowakiem między słupkami.

Z Czechami i Słowakiem w rezerwie.

Tak wygląda cała garderoba. Materiał czesko-słowacki, żadnych obcych naleciałości. Główny projektant? Pavel Vrba. Też wykształcony i doświadczony lokalnie. Nigdy nie wyjechał poza Czecho(słowację). Ani jako piłkarz, ani jako trener.

Victoria nie szyje nawet z rodzimego z materiału najwyższej jakości, czołowi reprezentanci Czech rozbiegli się po ligach zachodnich. Victoria za nikogo nie zapłaciła tyle, ile Legia wyrzuciła na Ivicę Vrdoljaka. Przeciwnie, jeszcze dwa lata temu żyła za budżet zbliżony do budżetu chorzowskiego Ruchu, który jesienią ubiegłego roku rozszarpała na strzępy (7:0 w dwumeczu).

W sezonie 2011/2012 za te psie pieniądze piłkarze z Pilzna nie tylko wprosili się do Ligi Mistrzów, ale jeszcze nie skulili się na ostatnim miejscu w grupie, lecz przeskoczyli z przedostatniego do Ligi Europejskiej. W sezonie 2012/2013 bawili się w Lidze Europejskiej do 1/8 finału – do ćwierćfinału nie wpuściło ich Fenerbahce, po zaciętej szarpaninie.

Obsesyjnie wracam ostatnio do szmalu w naszej piłce, bo rośnie we mnie przekonanie, że polskie kluby dopóty będą wyglądać byle jak w starciach z różnymi Steauami, dopóki ich szefowie nie pojmą, że liczy się nade wszystko spójny koncept. Dopóki nie nastąpi radykalna zmiana filozofii. I naszych zarządców nie oświeci – futbol to nie przedsięwzięcie wyłącznie biznesowe, nawet nie przede wszystkim biznesowe, biznes jest tutaj zaledwie jednym z poziomów działania. Champions League toleruje niewytworny styl, nie toleruje tylko niechlujstwa myślowego.

Skoro Victoria Pilzno nie potrzebuje piłkarzy za 5 mln ani nawet za 2 mln, to i Legia nie potrzebuje. Legia, której fundusze, nawiasem mówiąc, wytrzymałyby przejęcie całej garderoby z Pilzna, oczywiście razem w projektantem Vrbą – a nawet byłoby im, znaczy funduszom, lżej niż obecnie. Legia potrzebuje wyłącznie know-how. Trenera z klasą i wizją, pełnego zrozumienia przez działaczy jego planów i potrzeb, perfekcyjnego współdziałania z nim, może wręcz bezwarunkowego podporządkowania mu wszelkich swoich poczynań, zwłaszcza transferowych. Bez tego mityczny piłkarz za 5 mln wyglądałby jak złoty sygnet na dłoni z brudnymi paznokciami, których właściciel kąpieli zasadniczo nie zażywa.

17:18, rafal.stec
Link Komentarze (58) »
wtorek, 27 sierpnia 2013

Nasze kluby współżyją z Champions League w pełnej harmonii. Obniżają się wymagania w eliminacjach, to i obniża się proponowany przez mistrzów Polski poziom gry.

Kręci nas Liga Mistrzów niesłychanie, przed rewanżem ze Steauą odlecieli nawet ci, których nie odurza zapach kilkudziesięciu milionów złotych zysku za sam udział. Wszystko przez tę przeklętą niedostępność. Wślizgiwali się nasi w XXI wieku na mundiale, wpuszczali ich na mistrzostwa kontynentu, spędzali nieliczni szczęściarze z ekstraklasy jesień w Lidze Europejskiej. Tylko traw Champions League ­– tej nowoczesnej, cacka na 32 drużyny ­– stopa piłkarza polskiego klubu jeszcze nie dotknęła. Bezsilnie patrzyliśmy, jak zabawiają się tam Finowie, Słoweńcy czy Węgrzy, a zaraz popatrzymy pewnie, jak dołączą do nich Kazachowie. Polakom ciągle wstęp wzbroniony. Naprawdę trzeba coraz bardziej przysuwać się do mapy, by wypatrzeć kraiki na szczyty nie zapraszane, tylko nasz widać z wysoka, jak w miejskiej legendzie o Murze Chińskim jako jedynym obiekcie widocznym z kosmosu.

Wyrzucali naszych potentaci formatu Barcelony czy Realu, ale wyrzucali też maleńcy Estończycy i egzotyczny zaciąg cypryjski, tym razem w roli wykidajły wystąpiła Steaua Bukareszt. Każdy się nada, by skopać przybłędę znad Wisły.

Najsmutniejsze, że mistrzowie tzw. ekstraklasy niedomagają, pomimo że wymagania maleją. Najpierw najpotężniejszych przeciwników wymiotła z naszej ścieżki eliminacyjnej UEFA. Potem piłkarze Wisły mieli pecha odkryć w cypryjskim APOEL-u doskonale zorganizowaną, polerowaną od kilku lat maszynerię, która po awansie działała w Lidze Mistrzów aż do ćwierćfinałow. Teraz legionistom wystarczało już do awansu absolutne minimum – po uciułaniu trzech remisów z rzędu w rewanżu ze Steauą mógł promować ich czwarty (0:0 albo 1:1), co oznaczało, że do osiągnięcia celu potrzebowali pokonać ledwie jedną drużynę. Półamatorów w walijskim Wrexham.

Niżej z wymaganiami chyba już zejść nie sposób. To jednak Champions League, elita elit.

A na elitę elit nie zasługują piłkarze, którzy zgadzają się, by pooblegali ich pole karne nawet wspomniani półamatorzy. Nie zasługują zalęknieni minimaliści niezdolni do przejęcia inicjatywy na dłużej niż ćwierć chwili – podporządkowujący się, czekający, co im los przyniesie i co Kuciak złapie, i w Molde, i w Bukareszcie. Nie zasługuje drużyna trochę bezkształtna, bez rozpoznawalnych atutów poza tym uwijającym się w bramce. Czy Legia wyszła na wczorajszy mecz przygotowana słabiej niż na poprzednie? W żadnym razie. Wyglądała identycznie, tyle że tym razem Kuciak nie złapał. Przed meczem swoje nadzieje pokładałem w naturze gry w futbol, w której o wyniku rozstrzygają epizody, czasem zupełnie wyrwane z kontekstu, a nie suma wielu mikrozdarzeń, jak w siatkówce czy koszykówce, łatwiej obnażających różnice w indywidualnych umiejętnościach i wyrafinowaniu pracy grupowej. Déjà vu, identycznie czuję się przy oglądaniu reprezentacyjnego bałaganu według Fornalika. Niestety, tym razem wygrali lepsi.

Przywoływana wyżej Wisła według trenera Roberta Maaskanta, którą od LM dzieliły trzy minuty, przed ostateczną porażką w Nikozji zachęciła nas serią pięciu zwycięstw. I wyrazistą koncepcją gry osadzoną na rozgrywającym Meliksonie. Legia raczej nie zachęciła. Może i lepiej, że poćwiczy w Lidze Europejskiej. Może po ochłonięciu z euforii wywołanej wczołganiem się do wyższych sfer niełatwo byłoby przyzwyczaić się do ciężkich chłost. Dla pochodzących ze wschodniej Europy debiutantów lub uczestników Ligi Mistrzów przygodnych jej stali bywalcy często nie mają litości. Otelul Galati, MSK Żylina, Partizan Belgrad czy Debrecen przegrywały niedawno wszystkie grupowe mecze, piłkarze Dinama Zagrzeb poza zerowym dorobkiem punktowym musieli znieść poniżający bilans bramkowy 3-22. Tym bardziej nie pasowaliby do tamtego towarzystwa warszawiacy.

Nie ma sensu się nad Legią znęcać, miażdżyć piłkarzy – co u nas nierzadkie – z brutalnością proporcjonalną do przedmeczowego optymizmu, by zaleczyć własną frustrację. Plan zakładał wejście do LE – choć możliwości budżetowe klubu, owszem, zobowiązują do gry o więcej – i ten plan został wykonany. Niewykluczone, że w zderzeniu z przeciwnikami pomniejszymi łatwiej będzie obserwować, czy Jan Urban rokuje jako trener z najwyższej półki, godny jesieni w LM. Niech się jego drużyna spokojnie rozwija, niech spróbuje zacząć od totalnej dominacji w kraju, przy jej bogactwie obowiązkowej.

Szkoda tylko, że tyle to wspinanie się polskiej piłki na pułap przyzwoitości trwa. I aż tyle kosztuje. 100 milionów złotych budżetu... Po każdym wieczorze jak na Łazienkowskiej wraca do mnie refleksja, że ponosimy jedne najdroższych porażek w Europie

Półtorej lub dwie godziny cierpienia dzielą od Champions League Legię Warszawa, która idzie do celu inaczej niż wszyscy.

Jeśli legioniści zagrają na 0:0, które da im awans (1:1 też może dać), zostaną uczestnikiem najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych absolutnie unikalnym. Nikt dotąd nie wprosił się do Ligi Mistrzów czterema remisami.

Byłby to paradoks wprawiający w osłupienie - nasze kluby przez 17 lat przepadają w eliminacjach w najróżniejszych okolicznościach, aż nastaje niesamowite lato 2013 roku i Legii do sukcesu wystarcza pokonać walijskich półamatorów z New Saints.

Mistrzowie Polski nie oszałamiają jakością gry, przeciwnie, w każdym kolejnym meczu ich słabości kłują w oczy, każdy kolejny to udręka, w każdym najpierw oddychamy z ulgą, że ocaleli. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Nie stać nas na luksus wybrzydzania na niesatysfakcjonujący styl, gdy poprzednicy - Śląsk Wrocław - nie umieją dobrnąć nawet do decydującej rundy kwalifikacyjnej, i to pozwalają się skopać rywalom przeciętnym, którzy również do LM nie dochodzą - szwedzkiemu Helsingborgowi. Gdy w XXI wieku do Champions League zaglądają przedstawiciele wszystkich krajów UEFA z liczbą ludności powyżej dziesięciu milionów - poza Kazachstanem i Polską. Gdy nasi mistrzowie rok w rok kładą się przed przeciwnikami znacznie biedniejszymi, gdy wicemistrz Lech kładzie się w pucharach przed litewskim Żalgirisem, którego budżet - 12 mln zł - w polskiej ekstraklasie nie wystarcza czasem do utrzymania.

Niech legioniści awans wyszarpią, wybiegają, wyduszą. Wszystko jedno, byle awans był. Wreszcie.

Absurdalna reforma rozgrywek naszej ligi miała ponoć uczynić ją atrakcyjniejszą, a trochę przypadkiem, jak to w tradycyjnym chaosie naszej piłki, może przyczynić się do odzyskania miejsca w Champions League. W perspektywie wiosennego podziału uzbieranych punktów mecze jesienne gwałtownie tracą na znaczeniu, więc trener Legii rotuje składem intensywnie jak żaden z poprzedników, daje odpocząć dosłownie wszystkim piłkarzom zaangażowanym w walkę o Europę, po porażkach w kraju wzrusza ramionami, mówiąc, że - takie zdanie nie padło jeszcze chyba nigdy - "ma ważniejsze sprawy na głowie". Gdyby nie regulaminowy dziwoląg, na aż tak ostentacyjne ignorowanie krajowej ligi Jan Urban raczej by sobie nie pozwolił. Zbyt duże ryzyko, że przegrasz wszędzie.

Remisująca, cierpiąca w każdym meczu Legia przystępuje do gry w maksymalnym dostępnym na tym poziomie komforcie. Rozpocznie przy sprzyjającym wyniku, więc nie musi wyrywać pod bramkę Steauy. Na szczęście, nawet w kraju biedzi się z przyciśnięciem rywala uporczywym atakiem pozycyjnym, zresztą wspomnienie arcyważnych goli pędziwiatra Jakuba Koseckiego - strzelił także w Bukareszcie, działa jak talizman drużyny - uświadamia, że mistrzowie Polski wolą rozstrzygać o wynikach w kontratakach, przy zdezorganizowanej defensywie przeciwnika. A defensywa Rumunów pozbawionych rządzącego dotąd na tyłach Vlada Chiricheşa rozlatuje się nader łatwo, zwłaszcza zestresowana pressingiem na jej połowie.

No i nie musi Legia nawet wygrać. Abstrakcyjna zasada, że gole wbite na wyjeździe cenimy wyżej, uczyniła już mnóstwo cudów. Także na szczytach. W sezonie 1987/1988 piłkarze PSV Eindhoven, zanim zdobyli Puchar Europy, zakradali się jak Legia. 1:1 i 0:0 w ćwierćfinale, 1:1 i 0:0 w półfinale, 0:0, dogrywka i zwycięskie rzuty karne w finale. Do wzięcia najcenniejszego klubowego trofeum wystarczyło pokonać Galatasaray i Rapid Wiedeń, w pierwszej i drugiej rundzie.

Niewykluczone, że i warszawianie na samym końcu - oni swój finał rozgrywają dziś - podejdą do jedenastek. To też byłoby nieznane nam doświadczenie, polskie kluby jeszcze w ten sposób, najbardziej dramatyczny z dostępnych, boju o Ligę Mistrzów nie rozstrzygały, ba, przez 17 lat przegrywania ledwie raz zdołały wydłużyć nadzieje o dogrywkę. A Legii rzuty karne wydają się kulminacją logiczną, warszawski klub od dawna bramkarzami stoi - a to odda Celtikowi Glasgow bohatera w osobie Boruca, a to sprzeda Fabiańskiego do Arsenalu, a to na gwiazdę polskiej ligi rozbłyśnie Mucha, a to bohaterem wielogodzinnej mordęgi z Molde i Steauą zostanie Kuciak. Ten ostatni nawet w walijskiej inauguracji sezonu być może uchronił warszawian przed katastrofą, to dzięki niemu do przerwy przegrywali z amatorami w Wrexham tylko jedną bramką.

Przetrwali tam, przetrwali następne mecze, a my, latami przyzwyczajani do polskiego piłkarza jako zdechlaka notorycznie niewytrzymującego międzynarodowych starć także fizycznie, zobaczyliśmy legionistów, którzy w Bukareszcie wyglądali na tym silniejszych, im dłużej trwała walka ze stopniowo słabnącą Steauą. A jeśli tak, to nie powinniśmy się bać ani karnych, ani znoju rozciągniętego do 120 minut.

Legionistom w ogóle nie wypada się bać. Do przegrania nie zostało już nic (zesłanie do Ligi Europejskiej to całkiem znośna kara za porażkę), do wygrania jest wszystko. Wielomilionowe premie, które przytłoczą konkurencję w kraju. Perspektywa prawdziwych, a nie kupionych meczów z potęgami formatu Barcelony. I pozbycie się kompleksu jedynego dużego państwa na kontynencie, które na najbardziej wykwintne przyjęcia w klubowym futbolu nie ma prawa nawet zajrzeć.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dałem kawałek do dzisiejszej „Gazety” z okazji inauguracji futbolowej ligi włoskiej. Tekst za płatną ścianą, przeczytacie go tutaj.

Tagi: serie a
11:44, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 25 sierpnia 2013

Kilka sezonów temu, dokładnej daty nie pomnę, bodajże „Observer” irytował się – chyba nawet wściekał – że wielkie angielskie kluby przesadziły z obżarstwem, że 62-osobowa kadra Liverpoolu, wówczas najbardziej utuczona w Premier League, to już patologia. Przypomniałem sobie tamten chwilowy rejwach dziś, gdy Chelsea potwierdziła, że pomieści w szatni niesamowicie zdolnego Williana z Anży Machaczkała, klubu właśnie poddającego swój budżet drastycznej kuracji odchudzającej. Zapłaci zań około 38 mln euro.

Chelsea, która ma już wszystko. Na każdej pozycji bogato, w rezerwie bogato, kadra jak Rosja długa i szeroka, brakuje tylko chorągiewek z morskiego jedwabiu w narożnikach boiska i Schwarzeneggera z Kliczkami jako ochroniarzy przy stadionowej bramie.

W pakiecie z Willianem ma Chelsea wziąć Samuela Eto’o – jego już za cenę symboliczną, co nie znaczy, że tanio, Rosjanie zrzucają wraz z nim balast gigantycznej pensji. Eto’o wypełni zapewne w kadrze przestrzeń, którą mógłby wypełnić Wayne Rooney, również pożądany przez trenera londyńczyków, ale desperacko zatrzymywany w Manchesterze United. Obaj lubią robić za środkowych napastników, obaj umieją działać również nieco dalej od bramki – Eto’o z imponującą wydajnością harował kiedyś w innym klubie José Mourinho na lewym skrzydle, Rooney wirował już na Old Trafford wszędzie.

To oznacza, że na cztery najbardziej ofensywne pozycje w domyślnym ustawieniu 4-2-3-1 Chelsea zbierze eskadrę w składzie: Eto’o/Rooney, Willian (koszt 38 mln), Eden Hazard (40 mln), Juan Mata (27 mln), Oscar (32 mln), Marco van Ginkel (9,5 mln), Kevin de Bruyne (8 mln), Andre Schürrle (22 mln), Victor Moses (11,5 mln), Romelu Lukaku (22 mln), Demba Ba (8,5 mln), Fernando Torres (58 mln, wszystkie sumy z serwisu transfermakt.de).

Spośród wymienionych trener wybierze czterech do podstawowego składu. I maksymalnie czterech, których posadzi obok siebie w rezerwie – musi tam wepchnąć jeszcze bramkarza, przynajmniej jednego obrońcę, defensywnego pomocnika.

Ostatnich czterech obejrzy mecz z trybun. Aż strach typować nazwiska, zesłanie jakiegokolwiek poza skład na mecz to bluźnierstwo, zresztą i tutaj obowiązywać będzie słynna rotacja, ona obejmuje już nie tylko pierwszą, ale i ostatnią jedenastkę, o czym zbyt chętnie zapominamy. To co, wykopujemy poza kadrę Schürrle (22 mln), van Ginkela (9,5 mln), Demba Ba (8,5 mln) i Lukaku (22 mln)? A w następnej kolejce – nie czepiajcie się nazwisk, dość dowolnie nimi żongluję – Oscara (32 mln) lub Torresa (58 mln)?

Obroty na rynku transferowym rosły, coraz częściej widywaliśmy figurki za dziesiątki milionów, które nawet nie dotykają murawy, ani się spojrzeliśmy, jak zasoby ludzkie za sto i więcej milionów ślęczą wysoko na trybunach, na pojedyncze mecze kompletnie zbędne. I nie epatuję cenami dla samych cen, nadal zupełnie nie dostrzegam ich wzniosłości, dostrzegam przede wszystkim autentyczny talent, który albo pozostaje w ukryciu, albo rozkwita wolniuteńko, znacznie wolniej niż mógłby, gdyby Abramowicza i jego funfli nie było stać na dopłacanie do biletów na mecze kilkudziesięciu milionów – przecież to miejsce, które zajmie luksusowy podrezerwowy spoza kadry, można by sprzedać...

Jako entuzjasta talentu Lukaku chciałem, by w rozpoczętym sezonie zakasował wszystkich, teraz obawiam się, że będę go oglądał zbyt rzadko, a jeśli nawet Mourinho postanowi inaczej, to skandalicznie rzadko będę oglądał Demba Ba, napastnika, który w innych barwach mógłby zachwycać w każdy weekend. Tę karawanę piłkarzy wypadałoby ciągnąć, ktoś musi w Chelsea nie grać, by grać mógł ktoś, najokropniejsze, że nie o problemie Chelsea tu mówimy, za dzień lub dwa będę przecież blogował o kolejnym świecidełku, które trener niekoniecznie potrzebuje, w Madrycie już przyszykowali scenę, on już wylądował w okolicy, za momencik ludzie w USA czy Kanadach zapoznają się na pierwszych stronach gazet z fizjonomią Garetha Bale’a, może co przytomniejsi dostrzegą nawet, że uszy ma jak Puchar Europy, to wróży przed Ligą Mistrzów wspaniale.

Rozumiem – bez szerokiego składu ani rusz, wielość rozgrywek, kontuzje i nagłe spadki formy, rywale w wyścigu zbrojeń nie odpuszczają. Jest w tym jednak jakieś wynaturzenie, że hierarchia pieniądza burzy hierarchię sportu, że piłkarze słabsi grają, podczas gdy piłkarze wybitni siedzą, ba, coraz wybitniejsi siedzą, niestety, oni też bywają winni, gdy coraz częściej muszą – wodzeni na pokuszenie – wybierać między futbolem a szmalem i wybierają wbrew naturze, znaczy wbrew naturze sportu, natura ludzka lgnie chyba do posiadania, „mieć” wygrywa z „być” walkowerem.

Wyobrażacie, że próbujemy leczyć transferową bulimię podatkiem od luksusu? Np. od każdego transferu powyżej kwoty X lub pensji wyższej niż Y odpalasz odpowiedni procent do podziału dla ligowej konkurencji? Ja sobie nie wyobrażam, fantazjuję świadomy, że wyższe sfery chorują z rozkoszą, w dodatku trudno byłoby o ponadnarodowy konsensus, który zaakceptowaliby i w Anglii, i Hiszpanii, i Rosji. Dziwię się natomiast, że nie powstało jeszcze lobby forsujące znaczne rozbudowanie tzw. ławki rezerwowych i znaczne zwielokrotnienie liczby roszad dokonywanych w trakcie gry – może nie do standardów z hokeja, w którym odpoczywasz, wracasz na boisko odpoczywasz i tak w kółko, ale do dozwolonych sześciu, siedmiu czy nawet dziesięciu zmian. Większa elastyczność uprzyjemniłaby życie i trenerom, i piłkarzom, pozytywne skutki byłyby przynajmniej takie, że obowiązki zawodowe kilku milionerów wyraźniej wykroczyłyby poza trenowanie. Ale byłyby i negatywne – Chelsea i jej podobni potrzebowaliby osobnej trybuny na podrezerwowych za 30 baniek od pary nóg, a przepaść między klasą panującą a plebsem jeszcze by się pogłębiła.

środa, 21 sierpnia 2013

Steaua to powinien być żrący wyrzut sumienia polskiego futbolu. Wywodzi się z kraju jak na Unię zacofanego i z również toczonej wszechogarniającą korupcją, przesiąkniętej kryminałem ligi, ale konsekwentnie trzyma wysoki poziom sportowy, dzięki któremu od dziewięciu sezonów każdej jesieni zabawia się międzynarodowo – albo w Lidze Mistrzów, albo Lidze Europejskiej (wcześniej Pucharze UEFA). Pogoda sprzyja czy nie, do Bukaresztu zawsze przyjeżdżają renomowani rywale, i to niekoniecznie po to, by truchtem zwyciężyć – kilka miesięcy temu piłkarze Steauy wyeliminowali Ajax Amsterdam, a następnie ostro przeciwstawiali się Chelsea. To wszystko w czasie, gdy nasze drużyny miotają się po wertepach rund kwalifikacyjnych.

A potem jeszcze – skażeni hodowanym latami minimalizmem – je chwalimy, jeśli jakimś cudem się prześlizgną i bohatersko unikną kompromitacji. Jak Legię, choć ta na razie rozgrywa sezon przeciętnawy. W tzw. ekstraklasie terminarz wybitnie jej sprzyja, na początek dostała najsłabszych dostępnych rywali, a i tak zdołała już pogubić punkty. W europejskich pucharach natomiast trzy razy wypadła byle jak, by dopiero w rewanżu z Molde zademonstrować się w miarę przyzwoicie. Z ogromnym wysiłkiem, po dwóch remisach, przepchnęła rywala znacznie biedniejszego (żyjącego za połowę legijnego budżetu), którego nie stać na zatrudnianie piłkarzy o wymaganiach Arruabarreny, Ljuboi czy Hélio Pinto. Nie ma co, menedżerowie naszej piłki umieją wyciskać z pieniędzy minimum efektu.

Dlatego ewentualnych szans na wyeliminowanie Steauy musimy szukać w nadziei, że warszawiacy przystosują się do poziomu przeciwnika.

Gdyby im się powiodło, zarobiliby furę pieniędzy do przeputania, od słuchania o ośmiu milionach euro premii za awans do Ligi Mistrzów wszyscy mdlejemy już z wrażenia. Marniej mogłoby wyglądać ciułanie punktów do rankingu UEFA – łatwiej o nie z powodu niższej klasy rywali w mniej prestiżowej Lidze Europejskiej, a paradoks polega na tym, że zdobywane w obu rozgrywkach ważą tyle samo (i właściwie nie wiadomo, czy to regulaminowy absurd, czy świadome wyrównywanie szans).

Ale Legia zyskałaby jeszcze coś. Dla klubu dumnego ze swojej wychowującej młodzież akademii bezcennego. Wysłałaby do Europy dwie drużyny.

Dwa lata temu apelowałem w „Gazecie” do szefów polskich klubów, by zgłosili juniorów do NextGen Series, rozgrywek dla 19-latków. Skupiały one wówczas drużyny średnie – np. Molde – ale i wielkie firmy, jak Barcelona, Liverpool czy Inter Mediolan, w zamyśle miały maksymalnie upodobnić się do dorosłej Champions League. Uczestnicy opowiadali z zachwytem, że nie zetknęli się z lepszą metodą przygotowywania młodych do dużych wyzwań, nasi działacze nawet o niej wcześniej nie słyszeli. I wydawało się, że przegapili okazję – NextGen Series początkowo przyjmowała każdego chętnego, jednak chętni się rozmnożyli i dostęp dla mniej znanych firm przymknięto. To była prywatna inicjatywa, wyrosła poza systemem, więc organizatorzy mieli prawo zapraszać, kogo zechcą.

Zaniepokojona konkurencją UEFA już ją jednak przejęła, w tym sezonie inauguruje własną młodzieżową Youth League, w której zagrają juniorzy wszystkich klubów występujących w dorosłej Lidze Mistrzów. Jan Urban i jego ludzie mogą zatem podarować przyspieszony kurs dojrzewania nastolatkom z legijnej akademii, po likwidacji Młodej Ekstraklasy wtrąconym do czwartoligowych czeluści – ćwiczyliby się w walce z rówieśnikami z europejskiej czołówki, przyzwyczajali do dalekich podróży i gry na dużych stadionach, prawdopodobnie także przy sporym zainteresowaniu mediów. Poznawaliby życie zawodowca. I może jeszcze przed struciem się nadwiślańskim minimalizmem pojęli, że piłkę kopie się po to, by mieć frajdę z Ligi Mistrzów.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Najpierw na kupowanie Keisuke Hondy reagowałem normalnie, jak każdy kibic rozważałem, czy nadaje się do mojego Milanu, czy nie, imaginowałem go sobie w roli mobilnego trequartisty szusującego między nogami Mario Balotellego, ale te dylematy zajmowały mnie krótko, prędko zacząłem odczuwać wyłącznie zażenowanie. Szczegółów transferowej sagi przytaczać mi się nie chce, kibice rossonerich je znają, pozostali niech uwierzą, że miała – ma – wyjątkowo miałki scenariusz, przygnębiało mnie przede wszystkim to, że szefowie „najbardziej utytułowanego klubu świata” targują się jak przekupy o milion albo pół, że kiedy elita klubowego futbolu przerzuca rekordowe tony szmalu, oni awanturują się o bilon, ostatecznie skarpeta okazała się za chuda, satysfakcjonującej dla CSKA Moskwa oferty nie wyciągnęli. I właściwie już sam nie wiem, czy całkiem zrezygnowali i poczekają do stycznia, gdy wygaśnie kontrakt Japończyka.

Adema Ljajicia z Fiorentiny też nie wyjęli. Mało tego, w negocjacjach tak się narazili – znów: nie zanudzam detalami – że poirytowani florenccy rywale spróbują wpisać w kontrakt Serba klauzulę, która zapobiegnie przyszłemu oddaniu go na San Siro.

Nie przywołuję transferowych telenowel, by polamentować, że Milanowi przydałby się nowy ofensywny rozgrywający, bo Boatengowi brakuje reżyserskiego zmysłu, bo Montolivo stanie bliżej środka pola (i dobrze), bo jeszcze insza opcja nie istnieje, dawne rojenia o Emmanuelsonie potraktujmy jak czerstwy dowcip, którym kulturalnego towarzystwa karmić nie wypada. Nie, inną prywatę uprawiam – coming out już poza mną, więc mogę się ekshibicjonistycznie pozwierzać ze stanu świadomości kibica zdeklasowanego, może zadziała terapeutycznie, może będzie lżej.

Bo jest ciężko. Już rozumiem, co przeżywali tamci zubożali arystokraci, którzy jeszcze usiłują zadawać szyku, nadal organizują proszone obiady dla innych wysoko urodzonych, ale ich starania są coraz bardziej rozpaczliwe, beznadziejne nawet, każde wykwintne podanie do stołu poprzedza wyprzedaż domowych sreber. Powtarzam sobie, że z tego Andrei Polego mogą być ludzie, uspokaja mnie powrót de Jonga (przyda się tasak w środku pola, Muntari to przy Holendrze scyzoryk, Ambrosiniego zwolniliśmy, czyli skandal nadal goni skandal), próbuję wierzyć w cudowne umysłowe ozdrowienie Balotellego… A im głośniej sobie powtarzam, tym dotkliwiej doświadczam, jak trudno dokonać udanej operacji na własnej jaźni, po której szczerze uznasz, że sukcesem będzie pozycja na podium w lidze włoskiej, a potem ten sukces hucznie poświętujesz. Panie Figurski, pan nie masz na sushi, a my drżymy, że od pojedynczej kontuzji zawali się cała defensywa – w klubie, który obrońcami stał, tylko ich numery zastrzegał na wieczność, klubie Baresich i Maldinich, sami rozumiecie, jak nisko upadliśmy.

Milan pełzającą finansową katastrofą był od lat, ostatecznie skapitulował w wakacje roku 2012. Pozbył się Zlatana Ibrahimovicia, czyli najlepszego w Serie A gracza ofensywnego, oraz Thiago Silvy, czyli najlepszego gracza defensywnego, choć żaden z nich nie rwał się do odlotu. Utratę szwedzkiego napastnika jeszcze bym zniósł, to w końcu nienasycony finansowo globtroter, który nigdzie długo nie wysiedział, w utracie brazylijskiego obrońcy wyczytałem już ostateczne zrzeczenie się przez mój klub aspiracji europejskiego potentata – do dziś uważam go za stopera perfekcyjnego, bezapelacyjnie najznakomitszego wśród grających, wokół niego mogli na San Siro budować przyszłość, zwłaszcza że deklarował przywiązanie do barw i nie zagrażał budżetowi jako chciwiec co kolejkę jęczący o podwyżkę. Idealny kandydat na kapitana. Na następną klubową bandierę, jak mawiają Włosi.

Thiago nie tyle nie nalegał na transfer, ile chciał zostać. A jednak Milan go spieniężył, wykopał, to była data graniczna, porzuciłem wszelkie nadzieje, od tamtej pory próbuję przeorać swoją jaźń – mozolnie przyzwyczajam się do drastycznie niższej kibicowskiej stopy życiowej, gimnastykuję się mentalnie, by mniej cieszyło tak, jak kiedyś cieszyło więcej. Kiedy ujawniałem swoje kibicowskie barwy, opłakiwałem dramatyczny brak osobowości na miarę gigantów z supergrupy Ancelottiego, potem stopniowo przyznawałem się przed samym sobą, że robi się jeszcze smętniej, że Milan zszarzał na dłużej, skoro był gotowy pozbyć się też El Shaarawy’ego, to jest gotowy pozbyć się każdego, to nie hołduje już niepisanej zasadzie, że pewne transfery absolutnie wykluczasz, by nie ogłaszać światu, że się poddajesz.

Są i zyski. Emocje już w sierpniu. Autentyczne. Dwumeczu o Ligę Mistrzów się obawiam, do tych doznań trzeba się przyzwyczaić, mają oni tam ponoć w Eindhoven fajną dzieciarnię (w kraju wystawiają wygrywają jedenastką o średniej wieku 20 lat!), na szczęście zjawiskowy niepełnoletni Zakaria Bakkali, który karierę w Eredivisie zaczął przed chwilą od hat tricka, akurat zaniemógł. Plan na sezon 2013/2014 mam ambitny, ale wierzę w siebie: pogodzić się z rzeczywistością, akceptować słabości piłkarzy, wierzyć w przewagę nad rywalami spowodowaną stabilizacją składu, doceniać dzielną walkę o podium Serie A. I pamiętać, że czasy kryzysu służą również temu, by poczuć się fantastycznie, kiedy mijają.

18:14, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kiedy wszedłem do tego sklepu, spojrzałem na półkę i pojąłem, że FC Barcelona nie tylko bosko gra, ale także opóźnia efekty starzenia, musiałem napisać ten felieton. Napisałem. Jest za płatną ścianą, aż żałuję, bo chętnie bym poczytał na forum, jak Wasza wrażliwość to wszystko znosi, a przywykłem, że do Piano wchodzicie niechętnie. No ale trzeba próbować. Tekst przeczytacie tutaj.

FC Barcelona

piątek, 16 sierpnia 2013

Wokół angielskich muraw wreszcie zapanowała równość. Sir Alex Ferguson abdykował, Manchesteru United nie uprzywilejowuje już posiadanie brytyjskiego trenera wszech czasów, w walce z którym rywale byli w sytuacji beznadziejnej jak w starciu z siłami natury – im bardziej oparli się w pojedynczym sezonie, tym potężniejsza fala spadała na nich w następnym. Obrońcy tytułu to znów klub jak każdy, choć oczywiście nie możemy wykluczyć, że Fergusonowy duch będzie po Old Trafford krążył, że niektórzy sentymentalni sędziowie wydłużą doliczony czas do kwadransa, że piłkarze odruchowo stracą gola jako pierwsi, by rzucić się w efektowny pościg za zwycięstwem, najchętniej kończony grubo po 90. minucie. W końcu po klęsce żywiołowej życie też nie wraca do normy z dnia na dzień.

Przez czołówkę w ogóle przeszła zawierucha, po raz pierwszy w historii trenerów wymieniły wszystkie kluby z podium poprzedniego sezonu, ale pogodę w startującej jutro Premier League diabelnie trudno przewidywać przede wszystkim dlatego, że brakuje nam mnóstwa kluczowych, jak się zdaje, zmiennych.

Czy Gareth Bale, Wayne Rooney oraz Luis Suárez zmienią kluby? A jeśli tak, to zmienią je na zagraniczne czy angielskie? Wywołają lawinę transferów na szczytach? Jakich? Czy może jednak zostaną? A jeśli zostaną, to zatrują w powietrze w szatniach czy wzniosą się na wyżyny profesjonalizmu? Do 2 września, czyli zamknięcia okna transferowego, układ sił może się gwałtownie zmienić, zwłaszcza że bogatych wciąż parzą pieniądze, których chcieliby się pozbyć – to niesłychane, ale Arsenal nadal, w przededniu startu rozgrywek, nie wydał na zakupy ani eurocenta, natomiast Manchester Utd zdołał upłynnić drobne 1,54 mln funtów na Guillermo Varelę.

Do osławionej nieporadności transferowej Arsenalu przywykliśmy, więc raczej mało kto osłupiał, gdy londyńczycy w licytacji o Gonzalo Higuaína ulegli Napoli, a następnie, kiedy zasadzili się na Luiza Gustavo, ten uległ wdziękowi Wolfsburga. Niewykluczone, że do hurtowych zakupów znów, jak w minionym sezonie, rzucą się pięć minut przed zamknięciem sklepów. Inaczej z MU. Mistrzowie Anglii od wielu tygodni szukają środkowego pomocnika, ale nie dorwali ani Thiago Alcântary (poszedł za wujkiem Guardiolą, to był prawie rodzinny interes, jego agentem jest brat nowego trenera Bayernu), ani Marouane’a Fellainiego (klauzula wykupu z Evertonu straciła już ważność), ani Luki Modricia (choć tłum w środku pola Realu Madryt jeszcze zgęstniał), ani Cesca Fàbregasa (wciąż napierają na Barcelonę). I jeśli dysponują jeszcze inną opcją, skrzętnie to ukrywają. Sam umiałbym sobie wyobrazić rozwiązującą kłopot roszadę wewnętrzną – Rooneya już teraz wysyłamy tam, gdzie miał się przenieść za kilka lat, czyli bliżej linii środkowej. Co oczywiście podaję wyłącznie jako jałowe ćwiczenie intelektualne. Naburmuszony Anglik to generalnie typ narowisty, nawet zanim zapragnął rozstania z MU, operacja wymagałaby wybitnych zdolności perswazyjnych, tymczasem trener David Moyes zdążył już urazić jego miłość własną, publicznie ogłaszając, że widzi w napastniku ledwie opcję zapasową, niezbędną w razie kontuzji Robina van Persiego.

Arsenal, Liverpool, Manchester United, Tottenham. Cztery szatnie, które nawet kilkanaście dni po rozpoczęciu sezonu będą narażone na gwałtowne wstrząsy kadrowe. Przewaga Chelsea i Manchesteru City polega choćby na tym, że zaplanowane interesy ubiły przed tygodniami. I w przededniu sezonu u nich bezwietrznie.

Kiedy przeglądam kadry, głównego kandydata do mistrzostwa mam ochotę dostrzec w aktualnych wicemistrzach (a narodziny globalnej gwiazdy w moim ulubionym Stevanie Joveticiu, choć to drugie z drżeniem serca). I właściciele, i piłkarze Manchesteru City marzą jednak zapewne przede wszystkim o ładnym popisie w Lidze Mistrzów, w której jeszcze nie dożyli wiosny. Co więcej, wynajęli kompetentnego specjalistę od europejskich pucharów – kiedy Manuel Pellegrini Villarreal dociągał do półfinału a Málagę do ćwierćfinału LM, nie tylko radził sobie pomimo ograniczonych możliwości finansowych, ale jeszcze pracował z debiutantami w rozgrywkach. Żaden inny trener z debiutantami w Champions League takich wyników nie miał, po narwanym, niepoukładanym Roberto Mancinim drużynę City przejmuje fachowiec bardziej jajogłowy, umiejący drobiazgowo zaprojektować pojedyncze arcyważne mecze. Że nie zdołał zapanować nad Realem Madryt? A kto, przepraszam, zdołał?

Jeśli zebrać wszystkie okoliczności – City mierzy w Ligę Mistrzów, Pellegrini dopiero uczy się Anglii, inni potentaci niepewnie wyglądają jutra – na naturalnego faworyta wyrasta Chelsea. José Mourinho to trener najmniej nowy. I teoretycznie dający największe gwarancje sukcesu, jego „najgorszy sezon w karierze” składał się z półfinału LM oraz wicemistrzostwa Hiszpanii. Ligę angielską już poznał, ba, pokochał ją z wzajemnością i dwukrotnie wygrywał. Zna Stamford Bridge, zna wielu grających tam piłkarzy (też kocha ich z wzajemnością), zna uroki pracy pod Romanem Abramowiczem. Ma też powody zakładać, że rosyjski właściciel klubu nieco się uspokoił, odkąd dotknął obsesyjnie pożądanego Pucharu Europy. Bez wątpienia odetchnął po madryckiej wojnie na wyniszczenie, choć po jego rozstaniu z Realem zastanawiałem się, czy nie powinien wyciszyć się na wakacjach, jak Guardiola.

Mourinho zabezpiecza się, mówi, że szefuje dzieciakom. Przesadza. Jeśli przyjąć kryterium wieku, jego drużyna rozpaławia się na doświadczonych graczy obronnych – od Cecha, przez Ivanovicia, Terry’ego, Cahilla i Cole’a, po ustawionych przed tymi ostatnimi Essiena lub Lamparda – oraz miejscami nieprzyzwoicie młodą bandę ofensywną – od tercetu belgijskiego po Oscara, Matę, Schürrle czy van Ginkela. Proporcje zdaje się właściwe, różnorodność talentu niezmierzona. Osobiście bardzo liczę, że atakiem zawładnie Romelu Lukaku, za którym oglądam się od wielu lat. Gdyby stał się nowym wcieleniem swego idola z czasów chłopięcych Didiera Drogby, być może w niejednym meczu odbylibyśmy podróż do przeszłości – znów podziwiali jedenastkę opartą na osi złożonej z muskularnego środkowego napastnika o afrykańskich korzeniach, snajperskiego klubowego rekordzisty Franka Lamparda oraz kapitana Johna Terry’ego. Dla mnie to było najbardziej wyraziste trio ligi angielskiej początków XXI wieku. I współtworzące drużynę – tamtą długo niespełnioną w Lidze Mistrzów – którą za dekadę czy dwie prawdopodobnie będę pamiętał lepiej niż jakąkolwiek inną z tego okresu.

Cholernie ciekawe, czy Mourinho w drugiej próbie będzie stać na więcej.

19:22, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
środa, 14 sierpnia 2013

Uporczywie wpatrywałem się dzisiaj w Roberta Lewandowskiego, także wtedy, gdy piłka fruwała daleko od niego. Moim zdaniem się stara. Moim zdaniem długimi minutami jest cholernie sfrustrowany. Moim zdaniem niekiedy przesadza z mową ciała sugerującą, że nic mu się na boisku nie podoba (choć rozumiem, że mu się nie podoba). Moim zdaniem on, potencjalnie najważniejszy tryb w reprezentacyjnej maszynerii, wciąż wygląda w niej jak osobny, samodzielnie funkcjonujący - czy raczej: rzężący - element. Z gdańskiego wieczoru zapamiętam przede wszystkim jego zryw z pierwszej połowy. Po wielu minutach jałowego snucia się pomiędzy kompletnie znieruchomiałymi atakującymi nasz napastnik - nasz jedyny napastnik! - uciekł od pola karnego, dopadł piłki, sam zorganizował sobie szansę na gola.

Nie strzelił. Znów. Gdyby nie rzuty karne w meczu z San Marino, nie strzeliłby gola od inauguracji Euro 2012. Niewiarygodna historia - mamy gracza, który zdarza nam się raz na ćwierćwiecze, gracza chłostającego Real Madryt, gracza zapraszanego przez Bayern Monachium, czyli drużynę z reputacją skończonej, bliskiej doskonałości, mamy autentyczną europejską gwiazdę, ale nie mamy pojęcia, co z nią zrobić. Jeszcze raz: Lewandowski przez całą kadencję Waldemara Fornalika nie wydusił z siebie jednej bramki zdobytej z akcji. 14 meczów. 21 godzin. 1260 minut. Gdyby napastnicy bez strzelania goli tracili poczucie sensu życia, snajper Borussii po przekroczeniu polskiej granicy powinien być natychmiast przewożony do psychiatry.

Zapamiętam też z duńskiego sparingu żegnające dortmundzkiego gwiazdora gwizdy. Co nie bez znaczenia, na wszystkich, którzy schodzili po nim, spadały oklaski.

W Lewandowskim lubię widzieć typ cyborgowaty, w naszym futbolu niespotykany - atletę zaprogramowanego na sukces, precyzyjnie planującego karierę, niemal wyzutego z emocji i obojętnego na zewnętrzne okoliczności. Niebawem przekonamy się, czy rzeczywiście taki jest. Był świetnym napastnikiem, teraz stał się jeszcze piłkarzem kontrowersyjnym, wywołującym mnóstwo złych emocji. I w Borussii Dortmund (z innych względów), i w reprezentacji Polski. W takich okolicznościach każda wpadka kosztuje więcej. Dźwigasz na boisku świadomość, że obserwują cię ze zdwojoną uwagą. Jesteś permanentnie podejrzany.

Teraz, jak mawiają na szczytach sportu, wszystko rozegra się w głowie. Że Lewandowski dostanie pełne i kompetentne wsparcie w Dortmundzie, nie wątpię. Jak będzie w reprezentacji Polski, nie mam pojęcia.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi