RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012

 polski sport, lato 2012

Gdy przed kilkoma tygodniami wstukiwałem felieton o najczarniejszym lecie polskiego sportu, do łba mi nie strzeliło, że wtedy niebo nad naszymi atletami zaledwie szarzało, że mrocznie jak w katakumbach dopiero się zrobi.

Reprezentacyjni siatkarze obrywają na igrzyskach od Australijczyków, którzy skaczą niewiele wyżej niż kangury. Reprezentacyjni piłkarze, tuż po wyrżnięciu o dno słabiutkiej grupy na Euro 2012, obrywają od Estończyków, którzy są zbyt słabi, by znaleźć pracę nawet w naszej tzw. ekstraklasie. Reprezentacyjni koszykarze obrywają od Belgów (dziś się zrewanżowali), którzy nawet własnych Gortatów się nie dochowali, i niewiele znaczniejszych Finów. Agnieszka Radwańska odpada z turnieju olimpijskiego w pierwszej rundzie i ostentacyjnie się klęską nie przejmuje. Na igrzyskach w ogóle upadają wszyscy, wyjąwszy Majewskiego, nasi najwięksi bohaterowie, nawet absolutny faworyt nad faworytami, sztangista Dołęga.

Na szczyty bylejakości znów wleźli jednak nasi piłkarze klubowi. Mistrzowie to brzmi dumnie Polski, czyli Śląsk Wrocław, rozstają się z pucharami po serii czterech porażek, w których przyjęli 16 goli (na moją intuicję rekord w historii europejskich występów naszych drużyn). Wicemistrzowie to brzmi dumnie Polski, czyli Ruch Chorzów, zostają wywaleni z europucharów po dwumeczowym 0-7 z Viktorią Pilzno, a ekstraklasę rozpoczynają od dwukolejkowego 0-6. Wreszcie piłkarze Legii Warszawa - wyprężeni, pohukujący, że tylko oni umieją podokazywać międzynarodowo - dają się wykołować przeciętnemu Rosenborgowi (pomimo prowadzenia w obu spotkaniach), udowadniając, że w ataku polegają wyłącznie na pewnym 34-letnim Serbie. Można rzec, że nasi kopacze znów udali się na emigrację wewnętrzną, będą się już tłuc tylko między sobą. A w futbolu może niebawem zrobić się jeszcze posępniej, ja tam w wybrańcach Fornalika faworytów meczu z Czarnogórą nie widzę.

Nie bójcie się, nie będę odstawiał tutaj samospalenia ani bardziej radykalnych akcji protestacyjnych, nie będę apelował o ostateczną likwidację naszego sportu, nie zaproponuję nawet rozwiązania umiarkowanego - zdecydowanej interwencji ministra spraw zagranicznych i natychmiastowego wycofania Polaków z wszelkich rozgrywek międzynarodowych. Zajrzałem, bo chciałem pooglądać się przeszłość i zapytać blogowych czytelników, kiedy ostatnio nasz sport przeżywał tak podły czas. I ze względu na natłok klęsk, i ze względu na tychże klęsk okoliczności. Ja sobie w ogóle niczego podobnego nie przypominam, ale nie wykluczam, że się mylę. Pomożecie?

23:01, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
środa, 29 sierpnia 2012

Jacek Żakowski

Sławny Publicysta Od Wszystkiego postawił w „Polityce” banalnie oczywistą tezę, że państwo powinno inwestować w sport nie wyczynowy, lecz masowy, ubierając ją w formę tak napuszoną, jakby odkrywał, że Ziemi nie dźwiga żółw, więc żółwie nogi wcale nie wyznaczają czterech stron świata.

Przy okazji Jacek Żakowski szpanuje bezbrzeżną pogardą dla wyczynowców. Chełpi się, że nigdy nie mógł pojąć, dlaczego ma być ważne, kto „miota stalową kulką dalej albo bliżej”. Miażdży dowcipem inne konkurencje: „A te kobiety z dzidą? Po diabła to im i nam? W XXI w. kobieta z dzidą wygląda groteskowo. Mężczyzna też. Także kiedy nazwie się dzidę oszczepem”. Z intelektualnych wyżyn, na które wdrapuje się po plecach brytyjskiego filozofa żądającego likwidacji piłki nożnej, poetyzuje o „stękających obywatelach w dziwnych ubrankach”, którym jego zdaniem „poprawia się samopoczucie, gdy stękną i dźwigną”. Całość opisu wybrzmiewa doniosłym posłaniem - jeśli chcesz dowieść skrajnego umysłowego upośledzenia, zostań olimpijczykiem.

Metodę ośmieszania proponuje publicysta atrakcyjną, bo łatwiutką w użyciu. Też umiem ją zastosować. Co robią szachiści, być może mylnie podejrzewający, że oddają się rozrywce klasycznie szlachetnej? Przesuwają drewniane figurki, a przecież przesuwanie drewnianych figurek wygląda groteskowo także wtedy, gdy nazwie się figurki hetmanem albo królem. Himalaiści? Dyszący obywatele w dziwnych grubych kubrakach, którym poprawia się samopoczucie, jak sobie podyszą i wlezą na wysoką górę, niekiedy odmrażając kończyny albo spadając w przepaść. Abstrakcyjni malarze? Zachlapują płótno albo pokreślą je chaotycznymi esami-floresami, toż bezsensowniej mazać się nie da. Właściwie każda aktywność pozbawiona ewidentnego utylitarnego celu to zbiór absurdalnych gestów.

Absurdalnych oczywiście wyłącznie dla ignorantów. By docenić kakofonię kolorów Kandinsky’ego albo geometryczne kombinacje Mondriana, trzeba wiedzy, wrażliwości, doświadczenia. Tak jak niezbędna jest kompetencja, by czerpać przyjemność - również estetyczną - z meczu piłki nożnej.

Żakowski czasu na naukę nie traci, wszak dla dobra Polski zniża się do dziedziny poniżej swej godności. Z beztroskim lekceważeniem faktów zmyśla, że Szwedzi uprawiają sport masowo, lecz ich wyczynowcy wyglądają słabiej niż polscy - akurat wpadła mu w oka klasyfikacja medalowa igrzysk letnich, więc skąd ma wiedzieć, że Skandynawowie wygrywają na igrzyskach zimowych, i to pomimo skromnych zasobów ludnościowych? Wyczytał nasz czołowy POW, że niektóre dyscypliny mogą człowieka okaleczyć, ale nie wysilił się, by poszperać i doznać iluminacji - otóż zawodnicy generalnie żyją dłużej i w lepszym zdrowiu niż reszta społeczeństwa. Fantazjuje autor „Polityki” bez umiaru, by w najkuriozalniejszym fragmencie zgwałcić elementarną logikę: „Sport wyczynowy ma się tak do sportu, jak do demokracji miała się demokracja ludowa”. Dlaczego Justyna Kowalczyk, Adam Małysz czy Bartosz Kurek ucieleśniają zaprzeczenie sportu (jak demokracja ludowa jest zaprzeczeniem demokracji), uzasadnić nie raczył. Dlaczego „futbol jako społeczne opium wydaje mu się istotnie groźniejszy od marihuany”, też nie wyjaśnił. Generalnie miesza Żakowski wszystko ze wszystkim. Nie obejmuje korzyści z ludzkiej skłonności - jakże widocznej w sporcie - do współzawodnictwa, przekraczania samego siebie i szukania granic, kwestionuje nawet oczywistość, że w większości krajów - uprawiające masową hodowlę sportowców Chiny stanowią wyjątek - sukcesy wyczynowców odzwierciedlają społeczne namiętności.

Jeszcze raz - też uważam (pisaliśmy o tym w „Gazecie” z Radkiem Leniarskim), że państwo ma obowiązek dbać przede wszystkim o sport powszechny. Ale potrzebni są idole, którzy zainspirują młodych, by ci nadmiar energii, agresji i wolnego czasu topili w wysiłku fizycznym, a nie chuliganieniu i tanim winie. Zbędni są natomiast bezrefleksyjni myśliciele w typie Żakowskiego. Ba, oni szkodzą – czytelnicy opiniotwórczej „Politykę” właśnie dowiedzieli się, że lekkoatletki głupio wyglądają. Znów utwierdzili się w przeświadczeniu, że wyczynowy sport to zabawa dla półgłówków. Niech lepiej córka przyklei się do klawiatury, z dzidą w dłoni na cywilizowanych ludzi na pewno nie wyjdzie. Żakowski niby chce społeczeństwo usportowić, ale zarazem wyrokuje, że sportowcy osiągający poziom olimpijski robią z siebie bałwanów.

Nie będę go namawiał, by zamiast szydzić ze spraw, o których nie ma bladego pojęcia, zaapelował np. o ożywienie sportu studenckiego i zorganizowanie na Wiśle corocznych wioślarskich wyścigów Uniwersytetu Jagiellońskiego z Warszawskim, na wzór rywalizacji Cambridge z Oxfordem. Boję się, pewnie bym od intelektualisty dostał ostro po głowie. Przecież trzeba mieć w niej nie po kolei, żeby w czasach motorówek pocić się od wpychania w wodę drewnianych łopat.

21:33, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
wtorek, 28 sierpnia 2012

Liga Mistrzów, BATE Borisov

Wkraść się do Champions League incydentalnie, a potem już trzymać od niej z dala, zdarza się niemal każdemu, nawet Żylinie, Unirei czy innemu Debreczynowi. (Chroniczną nieśmiałość drużyn polskich pogodnie przemilczmy). Wyższa sztuka to startować z peryferiów wielkiej piłki i jeszcze dysponować szczątkowymi środkami finansowymi, a jednak wtarabaniać się na salony regularnie.

Wyższą sztukę wspaniale opanowali piłkarze BATE Borysów, najskuteczniejszego wśród małych klubów na kontynencie. Niespodzianki sprawiają seryjnie, by nie powiedzieć - nałogowo.

Do Ligi Mistrzów awansowali dziś po raz trzeci w pięciu minionych edycjach. Nikomu w krajach tworzących niegdyś blok radziecki nie udawało się to od 2008 roku częściej, choć w transfery inwestują bez opamiętania oligarchowie z Rosji i Ukrainy. Ba, jeśli BATE nie dopycha się do Champions League, pociesza się udziałem w fazie grupowej Ligi Europejskiej. Od pięciu lat nieprzerwanie zabawia się w międzynarodowych rozgrywkach pucharowych co najmniej do późnej jesieni. Czasem wyeliminuje Anderlecht Bruksela, Levskiego Sofia, Liteks Łowecz, Sturm Graz lub portugalskie Maritimo, czasem pokona Everton, AZ Alkmaar lub AEK Ateny, czasem zremisuje z Milanem, Juventusem, Zenitem St. Petersburg lub Dynamem Kijów, czasem minimalnie (0:1) ulegnie Realowi Madryt lub da się rozbić Barcelonie. Ewentualnie odpadnie - wiosną! - po dwóch remisach z Paris Saint Germain. Kibice mają frajdy co nie miara.

Trenowani od 2007 roku przez młodziutkiego Wiktara Hanczarenkę mistrzowie Białorusi opowiadają historię o tyle zaskakującą, że przypominają, jak niewiele trzeba, by awansować do rozgrywek rzekomo ekskluzywnych, dla biedoty niedostępnych, u nas niemal mitycznych. Pensje oferują niższe niż w lidze polskiej, a piłkarzy niemal nie importują. Polegają na rodzimych, którzy w reprezentacji kraju szału nie robią - do awansu na mundial lub mistrzostwa kontynentu ani się nie zbliżyli, w eliminacjach do Euro 2012 wznieśli się tylko ponad Albanię i Luksemburg. Szaraki. Choć popisują się jak mogą, większe zagraniczne firmy ani nie spojrzą. To z Borysowa Lech Poznań wyjął swego czasu Siergieja Kriwca, zawodnika jak nasze standardy niezłego, ale nie znakomitego. To tam wyjechał przed chwilą z Jagiellonii brazylijski napastnik Maycon, który w Białymstoku goli nie strzelał. U nas jako tako dawał radę tylko w Piaście Gliwice, w lidze białoruskiej zaszalał już na miarę tytułu króla strzelców.

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Serie A, AC Milan

Włosi wrócili na stadiony (inauguracyjna kolejka bardzo mi się podobała), które znów drastycznie zubożały w gwiazdy. Zubożał zwłaszcza Milan, po wyprzedaży pozbawiony charyzmatycznych liderów i w ogóle polegający na kadrze pędzącej ku nieuchronnej katastrofie. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 25 sierpnia 2012

Eden Hazard, Vincent Kompany, Thomas Vermaelen, Marouane Fellaini. Belgia

Coraz łapczywiej zagarniają coraz większe połacie boisk. Eden Hazard (21 lat) wyczarowuje niemal wszystkie gole Chelsea; Vincent Kompany (26) wypotężniał w Manchesterze City na czołowego środkowego obrońcę na świecie; Thomas Vermaelen (27) został pasowany na kapitana Arsenalu; rozsadzany energią Marouane Fellaini (25) panuje w rewelacyjnie rozpoczynającym sezon Evertonie; rozszalały w lidze belgijskiej już jako dziecię Romelu Lukaku (19) dojrzewa w West Bromwich, przebywa tam na wypożyczeniu z Chelsea; kwestią czasu pozostaje zapewne transfer do wielkiej firmy Axela Witsela (23), obecnie służącego Benfice Lizbona; Moussa Dembélé (25) pięknie rozkwita w Fulham, w dzisiejszym meczu z Manchesterem United pomylił się w jednym ledwie z 50 wykonanych podań, a dryblował z powodzeniem częściej niż wszyscy rywale razem wzięci. Jeszcze wam mało znakomitych Belgów? To zajrzyjcie do bramki Atletico Madryt, tam skacze wspaniale zdolny, wypożyczony z Chelsea Thibaut Courtois (20), który zdążył już wygrać Ligę Europejską. Zerknijcie, jak w defensywie Zenitu St. Petersburg rządzi Nicolas Lombaerts (27). Poczekajcie, aż w Tottenhamie pewnie poczuje się dzisiejszy debiutant Jan Vertonghen - były kapitan Ajaksu Amsterdam, przykuwający uwagę m.in. Barcelony, Realu Madryt i Manchesteru Utd.

Wszyscy wyróżnieni znajdują się dopiero przed szczytem kariery, wszyscy ćwiczyli się w rywalizacji z dorosłymi jeszcze jako niepełnoletni, wszyscy błyskawicznie stali się osobowościami, wszyscy albo już biegają dla sławnych barw, albo niechybnie zaczną biegać. A wcale nie podałem wszystkich wartych zapamiętania nazwisk. W kraju, którego reprezentacja nie awansowała do mistrzostw Europy od 1984 roku, a ostatnio przestała też dosięgać MŚ, narodziła się generacja fantastycznie zdolna, potencjalnie na miarę najwyższych futbolowych zaszczytów. Selekcjonerowi Marcowi Wilmotsowi wystarczy teoretycznie nie popsuć darów, które spadły z nieba, by dostać się na następny mundial i potem bez umiaru na brazylijskim turnieju podokazywać.

Kiedy rośnie wielka drużyna albo kraj wyrasta na futbolową potęgę (ewentualnie status mocarstwa odzyskuje), odruchowo szukamy konkretnych przyczyn, z podziwem drogę do sukcesu opisujemy, analizujemy ją i staramy się wyciągnąć z analiz ogólne wnioski. Powstają romantyczne opowieści o La Masii, raporty o francuskiej sieci akademii dla młodzieży lub niemieckiej strategii wymuszenia na klubach inwestycji w szkolenie, korespondencje o agresywnym wejściu w rosyjską ligę tamtejszych oligarchów. Kłopot z Belgami polega na tym, że choć wyraźnie widzimy, iż nagle, po latach bylejakości, wyeksportowali całą masę niesamowitych talentów, to nie wiadomo, skąd się one wzięły. Tamtejsza federacja nie zaordynowała przełomowego planu uzdrawiania krajowego futbolu, czerpie z ledwie 11-milionowej populacji, niewiele wyjaśniają śmielsze inwestycje w wychowywanie juniorów Standardu Liege (stamtąd wywodzą się Witsel, Fellaini i Steven Defour z FC Porto), kluby nie ufają rodzimym trenerom i hurtowo zatrudniają holenderskich.

Gdybyśmy koniecznie chcieli zrozumieć, skąd Belgia wykopała swoje klejnoty - a taka już nasza, ludzka przypadłość, że chcemy - musielibyśmy znów pocmokać nad zglobalizowanym światem, w którym znikają granice, a rasy mieszają się ze sobą intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki temu Hazard zbiegł z małego AFC Tubize do francuskiego Lille, gdy miał 16 lat; Vertonghen i Vermaelen dojrzewali w Ajaksie Amsterdam; Kompany, Lukaku, Dembélé oraz Fellaini wnieśli do belgijskiego futbolu geny kongijskie, malijskie oraz marokańskie (jeśli oczywiście przyznamy genom narodowość); Witsel powstał z ojca mającego korzenie na karaibskiej Martynice.

Z dobrodziejstw migrującego do zatracenia świata korzysta jednak wiele krajów, biografie piłkarzy i ich rodzin fenomenu nie wyjaśniają, opisują co najwyżej okoliczności. A dzięki pomyślnemu zbiegowi tychże okoliczności belgijscy kibice mają dziś sporo frajdy z oglądania lig zagranicznych, a jutro być może nacieszą się także zwycięską reprezentacją. Zagadka pozostaje nierozwiązana, zresztą 17-latka zdobywającego tytuł ligowego króla strzelców (Lukaku) da się zaklasyfikować wyłącznie jako cudowny wybryk natury, w żadną ogólną regułę go nie wpiszecie.

Słowem, genialne pokolenie trafiło się Belgom prawdopodobnie przez przypadek. Zdarza się. Sami pamiętacie tamten kraj, w którym znienacka obrodziło wybitnymi piłkarzami i który na dziesięć lat wtargnął do światowej czołówki - Polskę.

Przypadek, Belgia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi