RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012

 polski sport, lato 2012

Gdy przed kilkoma tygodniami wstukiwałem felieton o najczarniejszym lecie polskiego sportu, do łba mi nie strzeliło, że wtedy niebo nad naszymi atletami zaledwie szarzało, że mrocznie jak w katakumbach dopiero się zrobi.

Reprezentacyjni siatkarze obrywają na igrzyskach od Australijczyków, którzy skaczą niewiele wyżej niż kangury. Reprezentacyjni piłkarze, tuż po wyrżnięciu o dno słabiutkiej grupy na Euro 2012, obrywają od Estończyków, którzy są zbyt słabi, by znaleźć pracę nawet w naszej tzw. ekstraklasie. Reprezentacyjni koszykarze obrywają od Belgów (dziś się zrewanżowali), którzy nawet własnych Gortatów się nie dochowali, i niewiele znaczniejszych Finów. Agnieszka Radwańska odpada z turnieju olimpijskiego w pierwszej rundzie i ostentacyjnie się klęską nie przejmuje. Na igrzyskach w ogóle upadają wszyscy, wyjąwszy Majewskiego, nasi najwięksi bohaterowie, nawet absolutny faworyt nad faworytami, sztangista Dołęga.

Na szczyty bylejakości znów wleźli jednak nasi piłkarze klubowi. Mistrzowie to brzmi dumnie Polski, czyli Śląsk Wrocław, rozstają się z pucharami po serii czterech porażek, w których przyjęli 16 goli (na moją intuicję rekord w historii europejskich występów naszych drużyn). Wicemistrzowie to brzmi dumnie Polski, czyli Ruch Chorzów, zostają wywaleni z europucharów po dwumeczowym 0-7 z Viktorią Pilzno, a ekstraklasę rozpoczynają od dwukolejkowego 0-6. Wreszcie piłkarze Legii Warszawa - wyprężeni, pohukujący, że tylko oni umieją podokazywać międzynarodowo - dają się wykołować przeciętnemu Rosenborgowi (pomimo prowadzenia w obu spotkaniach), udowadniając, że w ataku polegają wyłącznie na pewnym 34-letnim Serbie. Można rzec, że nasi kopacze znów udali się na emigrację wewnętrzną, będą się już tłuc tylko między sobą. A w futbolu może niebawem zrobić się jeszcze posępniej, ja tam w wybrańcach Fornalika faworytów meczu z Czarnogórą nie widzę.

Nie bójcie się, nie będę odstawiał tutaj samospalenia ani bardziej radykalnych akcji protestacyjnych, nie będę apelował o ostateczną likwidację naszego sportu, nie zaproponuję nawet rozwiązania umiarkowanego - zdecydowanej interwencji ministra spraw zagranicznych i natychmiastowego wycofania Polaków z wszelkich rozgrywek międzynarodowych. Zajrzałem, bo chciałem pooglądać się przeszłość i zapytać blogowych czytelników, kiedy ostatnio nasz sport przeżywał tak podły czas. I ze względu na natłok klęsk, i ze względu na tychże klęsk okoliczności. Ja sobie w ogóle niczego podobnego nie przypominam, ale nie wykluczam, że się mylę. Pomożecie?

23:01, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
środa, 29 sierpnia 2012

Jacek Żakowski

Sławny Publicysta Od Wszystkiego postawił w „Polityce” banalnie oczywistą tezę, że państwo powinno inwestować w sport nie wyczynowy, lecz masowy, ubierając ją w formę tak napuszoną, jakby odkrywał, że Ziemi nie dźwiga żółw, więc żółwie nogi wcale nie wyznaczają czterech stron świata.

Przy okazji Jacek Żakowski szpanuje bezbrzeżną pogardą dla wyczynowców. Chełpi się, że nigdy nie mógł pojąć, dlaczego ma być ważne, kto „miota stalową kulką dalej albo bliżej”. Miażdży dowcipem inne konkurencje: „A te kobiety z dzidą? Po diabła to im i nam? W XXI w. kobieta z dzidą wygląda groteskowo. Mężczyzna też. Także kiedy nazwie się dzidę oszczepem”. Z intelektualnych wyżyn, na które wdrapuje się po plecach brytyjskiego filozofa żądającego likwidacji piłki nożnej, poetyzuje o „stękających obywatelach w dziwnych ubrankach”, którym jego zdaniem „poprawia się samopoczucie, gdy stękną i dźwigną”. Całość opisu wybrzmiewa doniosłym posłaniem - jeśli chcesz dowieść skrajnego umysłowego upośledzenia, zostań olimpijczykiem.

Metodę ośmieszania proponuje publicysta atrakcyjną, bo łatwiutką w użyciu. Też umiem ją zastosować. Co robią szachiści, być może mylnie podejrzewający, że oddają się rozrywce klasycznie szlachetnej? Przesuwają drewniane figurki, a przecież przesuwanie drewnianych figurek wygląda groteskowo także wtedy, gdy nazwie się figurki hetmanem albo królem. Himalaiści? Dyszący obywatele w dziwnych grubych kubrakach, którym poprawia się samopoczucie, jak sobie podyszą i wlezą na wysoką górę, niekiedy odmrażając kończyny albo spadając w przepaść. Abstrakcyjni malarze? Zachlapują płótno albo pokreślą je chaotycznymi esami-floresami, toż bezsensowniej mazać się nie da. Właściwie każda aktywność pozbawiona ewidentnego utylitarnego celu to zbiór absurdalnych gestów.

Absurdalnych oczywiście wyłącznie dla ignorantów. By docenić kakofonię kolorów Kandinsky’ego albo geometryczne kombinacje Mondriana, trzeba wiedzy, wrażliwości, doświadczenia. Tak jak niezbędna jest kompetencja, by czerpać przyjemność - również estetyczną - z meczu piłki nożnej.

Żakowski czasu na naukę nie traci, wszak dla dobra Polski zniża się do dziedziny poniżej swej godności. Z beztroskim lekceważeniem faktów zmyśla, że Szwedzi uprawiają sport masowo, lecz ich wyczynowcy wyglądają słabiej niż polscy - akurat wpadła mu w oka klasyfikacja medalowa igrzysk letnich, więc skąd ma wiedzieć, że Skandynawowie wygrywają na igrzyskach zimowych, i to pomimo skromnych zasobów ludnościowych? Wyczytał nasz czołowy POW, że niektóre dyscypliny mogą człowieka okaleczyć, ale nie wysilił się, by poszperać i doznać iluminacji - otóż zawodnicy generalnie żyją dłużej i w lepszym zdrowiu niż reszta społeczeństwa. Fantazjuje autor „Polityki” bez umiaru, by w najkuriozalniejszym fragmencie zgwałcić elementarną logikę: „Sport wyczynowy ma się tak do sportu, jak do demokracji miała się demokracja ludowa”. Dlaczego Justyna Kowalczyk, Adam Małysz czy Bartosz Kurek ucieleśniają zaprzeczenie sportu (jak demokracja ludowa jest zaprzeczeniem demokracji), uzasadnić nie raczył. Dlaczego „futbol jako społeczne opium wydaje mu się istotnie groźniejszy od marihuany”, też nie wyjaśnił. Generalnie miesza Żakowski wszystko ze wszystkim. Nie obejmuje korzyści z ludzkiej skłonności - jakże widocznej w sporcie - do współzawodnictwa, przekraczania samego siebie i szukania granic, kwestionuje nawet oczywistość, że w większości krajów - uprawiające masową hodowlę sportowców Chiny stanowią wyjątek - sukcesy wyczynowców odzwierciedlają społeczne namiętności.

Jeszcze raz - też uważam (pisaliśmy o tym w „Gazecie” z Radkiem Leniarskim), że państwo ma obowiązek dbać przede wszystkim o sport powszechny. Ale potrzebni są idole, którzy zainspirują młodych, by ci nadmiar energii, agresji i wolnego czasu topili w wysiłku fizycznym, a nie chuliganieniu i tanim winie. Zbędni są natomiast bezrefleksyjni myśliciele w typie Żakowskiego. Ba, oni szkodzą – czytelnicy opiniotwórczej „Politykę” właśnie dowiedzieli się, że lekkoatletki głupio wyglądają. Znów utwierdzili się w przeświadczeniu, że wyczynowy sport to zabawa dla półgłówków. Niech lepiej córka przyklei się do klawiatury, z dzidą w dłoni na cywilizowanych ludzi na pewno nie wyjdzie. Żakowski niby chce społeczeństwo usportowić, ale zarazem wyrokuje, że sportowcy osiągający poziom olimpijski robią z siebie bałwanów.

Nie będę go namawiał, by zamiast szydzić ze spraw, o których nie ma bladego pojęcia, zaapelował np. o ożywienie sportu studenckiego i zorganizowanie na Wiśle corocznych wioślarskich wyścigów Uniwersytetu Jagiellońskiego z Warszawskim, na wzór rywalizacji Cambridge z Oxfordem. Boję się, pewnie bym od intelektualisty dostał ostro po głowie. Przecież trzeba mieć w niej nie po kolei, żeby w czasach motorówek pocić się od wpychania w wodę drewnianych łopat.

21:33, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
wtorek, 28 sierpnia 2012

Liga Mistrzów, BATE Borisov

Wkraść się do Champions League incydentalnie, a potem już trzymać od niej z dala, zdarza się niemal każdemu, nawet Żylinie, Unirei czy innemu Debreczynowi. (Chroniczną nieśmiałość drużyn polskich pogodnie przemilczmy). Wyższa sztuka to startować z peryferiów wielkiej piłki i jeszcze dysponować szczątkowymi środkami finansowymi, a jednak wtarabaniać się na salony regularnie.

Wyższą sztukę wspaniale opanowali piłkarze BATE Borysów, najskuteczniejszego wśród małych klubów na kontynencie. Niespodzianki sprawiają seryjnie, by nie powiedzieć - nałogowo.

Do Ligi Mistrzów awansowali dziś po raz trzeci w pięciu minionych edycjach. Nikomu w krajach tworzących niegdyś blok radziecki nie udawało się to od 2008 roku częściej, choć w transfery inwestują bez opamiętania oligarchowie z Rosji i Ukrainy. Ba, jeśli BATE nie dopycha się do Champions League, pociesza się udziałem w fazie grupowej Ligi Europejskiej. Od pięciu lat nieprzerwanie zabawia się w międzynarodowych rozgrywkach pucharowych co najmniej do późnej jesieni. Czasem wyeliminuje Anderlecht Bruksela, Levskiego Sofia, Liteks Łowecz, Sturm Graz lub portugalskie Maritimo, czasem pokona Everton, AZ Alkmaar lub AEK Ateny, czasem zremisuje z Milanem, Juventusem, Zenitem St. Petersburg lub Dynamem Kijów, czasem minimalnie (0:1) ulegnie Realowi Madryt lub da się rozbić Barcelonie. Ewentualnie odpadnie - wiosną! - po dwóch remisach z Paris Saint Germain. Kibice mają frajdy co nie miara.

Trenowani od 2007 roku przez młodziutkiego Wiktara Hanczarenkę mistrzowie Białorusi opowiadają historię o tyle zaskakującą, że przypominają, jak niewiele trzeba, by awansować do rozgrywek rzekomo ekskluzywnych, dla biedoty niedostępnych, u nas niemal mitycznych. Pensje oferują niższe niż w lidze polskiej, a piłkarzy niemal nie importują. Polegają na rodzimych, którzy w reprezentacji kraju szału nie robią - do awansu na mundial lub mistrzostwa kontynentu ani się nie zbliżyli, w eliminacjach do Euro 2012 wznieśli się tylko ponad Albanię i Luksemburg. Szaraki. Choć popisują się jak mogą, większe zagraniczne firmy ani nie spojrzą. To z Borysowa Lech Poznań wyjął swego czasu Siergieja Kriwca, zawodnika jak nasze standardy niezłego, ale nie znakomitego. To tam wyjechał przed chwilą z Jagiellonii brazylijski napastnik Maycon, który w Białymstoku goli nie strzelał. U nas jako tako dawał radę tylko w Piaście Gliwice, w lidze białoruskiej zaszalał już na miarę tytułu króla strzelców.

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Serie A, AC Milan

Włosi wrócili na stadiony (inauguracyjna kolejka bardzo mi się podobała), które znów drastycznie zubożały w gwiazdy. Zubożał zwłaszcza Milan, po wyprzedaży pozbawiony charyzmatycznych liderów i w ogóle polegający na kadrze pędzącej ku nieuchronnej katastrofie. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 25 sierpnia 2012

Eden Hazard, Vincent Kompany, Thomas Vermaelen, Marouane Fellaini. Belgia

Coraz łapczywiej zagarniają coraz większe połacie boisk. Eden Hazard (21 lat) wyczarowuje niemal wszystkie gole Chelsea; Vincent Kompany (26) wypotężniał w Manchesterze City na czołowego środkowego obrońcę na świecie; Thomas Vermaelen (27) został pasowany na kapitana Arsenalu; rozsadzany energią Marouane Fellaini (25) panuje w rewelacyjnie rozpoczynającym sezon Evertonie; rozszalały w lidze belgijskiej już jako dziecię Romelu Lukaku (19) dojrzewa w West Bromwich, przebywa tam na wypożyczeniu z Chelsea; kwestią czasu pozostaje zapewne transfer do wielkiej firmy Axela Witsela (23), obecnie służącego Benfice Lizbona; Moussa Dembélé (25) pięknie rozkwita w Fulham, w dzisiejszym meczu z Manchesterem United pomylił się w jednym ledwie z 50 wykonanych podań, a dryblował z powodzeniem częściej niż wszyscy rywale razem wzięci. Jeszcze wam mało znakomitych Belgów? To zajrzyjcie do bramki Atletico Madryt, tam skacze wspaniale zdolny, wypożyczony z Chelsea Thibaut Courtois (20), który zdążył już wygrać Ligę Europejską. Zerknijcie, jak w defensywie Zenitu St. Petersburg rządzi Nicolas Lombaerts (27). Poczekajcie, aż w Tottenhamie pewnie poczuje się dzisiejszy debiutant Jan Vertonghen - były kapitan Ajaksu Amsterdam, przykuwający uwagę m.in. Barcelony, Realu Madryt i Manchesteru Utd.

Wszyscy wyróżnieni znajdują się dopiero przed szczytem kariery, wszyscy ćwiczyli się w rywalizacji z dorosłymi jeszcze jako niepełnoletni, wszyscy błyskawicznie stali się osobowościami, wszyscy albo już biegają dla sławnych barw, albo niechybnie zaczną biegać. A wcale nie podałem wszystkich wartych zapamiętania nazwisk. W kraju, którego reprezentacja nie awansowała do mistrzostw Europy od 1984 roku, a ostatnio przestała też dosięgać MŚ, narodziła się generacja fantastycznie zdolna, potencjalnie na miarę najwyższych futbolowych zaszczytów. Selekcjonerowi Marcowi Wilmotsowi wystarczy teoretycznie nie popsuć darów, które spadły z nieba, by dostać się na następny mundial i potem bez umiaru na brazylijskim turnieju podokazywać.

Kiedy rośnie wielka drużyna albo kraj wyrasta na futbolową potęgę (ewentualnie status mocarstwa odzyskuje), odruchowo szukamy konkretnych przyczyn, z podziwem drogę do sukcesu opisujemy, analizujemy ją i staramy się wyciągnąć z analiz ogólne wnioski. Powstają romantyczne opowieści o La Masii, raporty o francuskiej sieci akademii dla młodzieży lub niemieckiej strategii wymuszenia na klubach inwestycji w szkolenie, korespondencje o agresywnym wejściu w rosyjską ligę tamtejszych oligarchów. Kłopot z Belgami polega na tym, że choć wyraźnie widzimy, iż nagle, po latach bylejakości, wyeksportowali całą masę niesamowitych talentów, to nie wiadomo, skąd się one wzięły. Tamtejsza federacja nie zaordynowała przełomowego planu uzdrawiania krajowego futbolu, czerpie z ledwie 11-milionowej populacji, niewiele wyjaśniają śmielsze inwestycje w wychowywanie juniorów Standardu Liege (stamtąd wywodzą się Witsel, Fellaini i Steven Defour z FC Porto), kluby nie ufają rodzimym trenerom i hurtowo zatrudniają holenderskich.

Gdybyśmy koniecznie chcieli zrozumieć, skąd Belgia wykopała swoje klejnoty - a taka już nasza, ludzka przypadłość, że chcemy - musielibyśmy znów pocmokać nad zglobalizowanym światem, w którym znikają granice, a rasy mieszają się ze sobą intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki temu Hazard zbiegł z małego AFC Tubize do francuskiego Lille, gdy miał 16 lat; Vertonghen i Vermaelen dojrzewali w Ajaksie Amsterdam; Kompany, Lukaku, Dembélé oraz Fellaini wnieśli do belgijskiego futbolu geny kongijskie, malijskie oraz marokańskie (jeśli oczywiście przyznamy genom narodowość); Witsel powstał z ojca mającego korzenie na karaibskiej Martynice.

Z dobrodziejstw migrującego do zatracenia świata korzysta jednak wiele krajów, biografie piłkarzy i ich rodzin fenomenu nie wyjaśniają, opisują co najwyżej okoliczności. A dzięki pomyślnemu zbiegowi tychże okoliczności belgijscy kibice mają dziś sporo frajdy z oglądania lig zagranicznych, a jutro być może nacieszą się także zwycięską reprezentacją. Zagadka pozostaje nierozwiązana, zresztą 17-latka zdobywającego tytuł ligowego króla strzelców (Lukaku) da się zaklasyfikować wyłącznie jako cudowny wybryk natury, w żadną ogólną regułę go nie wpiszecie.

Słowem, genialne pokolenie trafiło się Belgom prawdopodobnie przez przypadek. Zdarza się. Sami pamiętacie tamten kraj, w którym znienacka obrodziło wybitnymi piłkarzami i który na dziesięć lat wtargnął do światowej czołówki - Polskę.

Przypadek, Belgia

czwartek, 23 sierpnia 2012

AS Monaco

Ośmiocyfrowe ekscesy transferowe spowszedniały, więc 16 milionów euro przelane kilka dni temu za argentyńskiego nastolatka czołówek światowej prasy sportowej nie zdominowało. A przecież padł rekord wszech czasów - na Lucasa Ocamposa wykosztowało się AS Monaco, klub drugoligowy. To na tym pułapie inwestycja absolutnie bez precedensu.

Sfinansował ją Dimitrij Rybołowlew, kolejny wschodni oligarcha w piłce nożnej. Właściciel majątku szacowanego na dziewięć miliardów dolarów dojrzewał biznesowo w warunkach typowych dla rosyjskiej prywatyzacji lat 90. - przygotowywano zamachy na jego życie, rodzinę w trosce o jej bezpieczeństwo wywiózł do Szwajcarii, blisko rok spędził w areszcie, oskarżony (przez gangstera) o morderstwo. Przeżył, stał się najbogatszym człowiekiem w okręgu permskim, nazywanym „królem nawozów”.

Monaco przejął w grudniu, gdy piłkarze leżeli na dnie drugiej ligi francuskiej. Niżej nie spadli, a dziś zajmują pozycję lidera. Rządzi nimi Claudio Ranieri (moda na włoskich trenerów nie słabnie), wybitny specjalista od awansów i w ogóle przygotowywania fundamentów pod wielkie drużyny. Powrót do najwyższej klasy ma być tylko wstępem do rzucenia wyzwania Paris Saint Germain, którego arabscy właściciele przez rok wydali na transfery 257 mln euro.

Nie blogowałbym o kolejnym agresywnym kapitaliście, który jeszcze napędzi i tak już rozszalałą inflację w futbolu, gdyby nie wybrane przez niego miejsce. Książę Albert II panuje w mikroskopijnym powierzchniowo raju dla obrzydliwie bogatych - z najwyższą w świecie, sięgającą 90 lat spodziewaną długością życia, z najniższą stopą bezrobocia (okrągłe zero), z największym odsetkiem milionerów i miliarderów. Nade wszystko jednak w Monaco nie płaci się podatków. Osoby fizyczne nie płacą ich wcale, firmy płacą - drobne - tylko wtedy, jeśli sporą część zysków wypracowują za granicą.

Przywileje nie obejmują Francuzów, ale któż wznosi futbolową potęgę na Francuzach? W podstawowej jedenastce Paris Saint Germain zaraz nie zmieści się ani jeden, trenerzy i dyrektorzy też zostali importowani.

Klub operujący w raju podatkowym może zyskać niezwykłą przewagę nad konkurencją. Zwłaszcza nad konkurencją francuską. Tamtejsze firmy futbolowe od dawna toczą nierówną walkę z Anglikami, Hiszpanami, Niemcami czy Włochami, bowiem przyduszają ich obciążenia fiskalne. Wkrótce być może jeszcze dotkliwsze - jeśli prezydent Francois Hollande przeforsuje obłożenie milionerów 75-procentowym podatkiem, to trzyletnie utrzymanie zarabiającego 14 mln za sezon Zlatana Ibrahimovicia będzie szejków PSG kosztowało, wliczając wszystkie składki, 237 mln euro. A to ledwie jeden gracz...

Wyjąwszy bezgotówkowe transfery młodzieży, po przybyciu Rybołowlewa Monaco zatrudniło: Argentyńczyka, dwóch Greków, dwóch Włochów, Urugwajczyka, Szweda, Kongijczyka, Duńczyka, Chorwata, Niemca, Węgra, Holendra i Marokańczyka. Przypadek, że wyłącznie obcokrajowców?

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Jose Mourinho, Real Madryt

Portugalskiemu trenerowi (zdjęcie Daniela Ochoy de Olzy z agencji AP) wystarczy wytrwać na posadzie w Madrycie jeszcze tylko miesiąc, by w Realu pracować dłużej niż w Porto i Interze, a do wyrównania trzech sezonów z Chelsea brakuje mu roku. Jak trwanie w tym związku zniosą piłkarze? Felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj. 

niedziela, 19 sierpnia 2012

...od ostatniego gola polskiego piłkarza w lidze angielskiej. 19 sierpnia 1992 roku Robert Warzycha, zatrudniony wówczas w Evertonie, załadował go Manchesterowi United - na stadionie Old Trafford, w meczu wygranym 3:0.

Wyszkolonym u nas graczom nie idzie też w hiszpańskiej Primera Division (tam jako ostatni bramkę zdobył Cezary Kucharski, w grudniu 1997 roku) oraz włoskiej Serie A (w minionych 14 latach dopchał się do siatki tylko Radosław Matusiak, niestety, był to jednorazowy wyskok), ale to właśnie na Wyspach mieliby dorobek historycznie najuboższy, gdyby nie bramkarze - ich się tam ceni, Dudek, Fabiański, Kuszczak i Szczęsny dostawali kontrakty w poważnych firmach.

Dawno, dawno temu zdarzało się, że Polacy się na angielskich trawach nie przyjmowali z powodów przynoszących wręcz chlubę. Opisywałem kiedyś (tutaj), że sami wyspiarze uniewinnili Kazimierza Deynę, konstatując, że nasz rozgrywający uprawia futbol zbyt wyrafinowany, by rozkwitnąć w ojczyźnie osławionego „kick and rush”. Kiedy jednak poczciwą First Division zastąpiła rozbuchana marketingowo Premier League, kiedy jej rozgrywki stawały się coraz bardziej eklektyczne (ze względu na style gry i zapraszane narodowości) i coraz bogatsze, milczenie Polaków zaczęło wynikać z ich sportowej nędzy. Chcieli tam grać wszyscy lub prawie wszyscy, bo prezesi płacili tam najwięcej lub prawie najwięcej, ale kopacze nadwiślańscy przebić się nie umieli. Szansę dostawali nieliczni. W tym stuleciu: Grzegorz Rasiak pomiotał się w Tottenhamie ledwie kilka chwil, bo nie bardzo nadążał nad przebiegiem wypadków; Jarosław Fojut zagrał w Boltonie raz; Piotra Świerczewskiego w Birmingham też wpuścili na boisko w jednym ligowym meczu, a on tłumaczył, że się ma jego wizjonerstwie nie poznali (Olisadebe i Smolarka pomijam, ich wychowywali inni, też zresztą z mizernym skutkiem).

Sprawdziłem, jaką nację jeszcze Anglicy dyskryminują. Wyszło, że wśród 28 najludniejszych krajów kontynentu swojego gola przed dwie dekady nie strzelił u nich jedynie nasz. Zszedłem w badaniach niżej, zlustrowałem wszystkie europejskie państwa z co najmniej milionem mieszkańców. Ani jednej bramki przez 20 lat nie zdobyli piłkarze z Polski (38,3 mln), Mołdawii (3,5 mln), Litwy (3,3 mln), Albanii (3,2 mln) i Estonii (1,3 mln).

Przeżyjmy to zatem jeszcze raz. Najpierw (na 1:0) Robert Warzycha daje bardzo ładną asystę Peterowi Beardslayowi, a potem (na 2:0) wkręca w murawę niejakiego Gary’ego Pallistera, by strzelić obok Petera Schmeichela:

 

piątek, 17 sierpnia 2012

Los Ches, Valencia, Primera Division

Tytułu broni Valencia, panująca już od trzech sezonów. To przypadek unikalny - w żadnym z najmocniejszych futbolowo krajów na kontynencie nie znajdziemy mistrza utrzymującego władzę równie długo, a przecież ze stadionu Mestalla sezon w sezon odlatują gwiazdy. 2009 - Raul Albiol, 2010 - David Villa, David Silva, Carlos Marchena, 2011 - Juan Mata, 2012 - Jordi Alba. Uciekli z Valencii jej wszyscy mistrzowie świata, zniknął jedyny mistrz Europy. Teoretycznie nędza, że aż piszczy.

A jednak pozostaje Valencia głównym faworytem rozgrywek. Rozgrywek zbyt rozchwianych, lubiących wyniki dobierane wręcz losowo i wyładowanych drużynami namiętnie podróżującymi między niebem a piekłem, żeby nie dostrzec w obrońcach tytułu - ostatecznie również chimerycznych - królestwa błogiej stabilności. Prześledźcie te nieudolne próby zamachu stanu - najpierw wicemistrzem została Sevilla (popychana przez trzecią w tabeli Mallorcę, następnie Villarreal (popychany przez Sevillę), wreszcie Malaga (popychana przez Atletico Madryt). Za liderem nieustannie się kotłuje, nikt nie umie zaatakować zdecydowanie i w swoich zamiarach wytrwać dłużej, sukcesiki zazwyczaj zwiastują niechybną degrengoladę. Mallorca zaraz po wdrapaniu się na podium omal nie wyzionęła ducha, wicemistrzowski przed chwilą Villarreal stoczył się do drugiej ligi i jego bohaterowie rozjechali się po świecie. Poważniejszym zagrożeniem zdawała się dopiero Malaga - jako jedyna naciskała lidera niemal do końca, idylliczną przyszłość obiecywali jej kolejni szejkowie, którzy mieli galonami dolewać do europejskiego futbolu petrodolary. Niestety, po wstrzyknięciu w transfery 50 mln euro i jeszcze paru kropel zakręcili kurek. Pozwolili odpłynąć znakomitemu Cazorli, a także napastnikowi Rondonowi, w żaden sposób strat sobie nie rekompensując. Ba, śniący o potędze fani odetchnęli z ulgą, że Malaga nie zatonęła. Im też zajrzał w oczy los Villarrealu, czyli nagłe zejście z pułapów wicemistrzowskich na drugoligowe - choć z innych, bo finansowych powodów.

Gdzie nie spojrzeć, tam nastroje kryzysowe, nieliczne trzymilionowe wydatki zdają się luksusowe, w świat uchodzą kolejne gwiazdki. Na tle zabiedzonej konkurencji Valencia latem zaszalała - za wykupienie Sergio Canalesa i dołożenie doń Fernando Gago przelała Realowi Madryt aż 11 mln euro. Co więcej, ogół jej manewrów transferowych - wzięcie nadpobudliwego bocznego obrońcy Joao Pereiry, skrzydłowego Andresa Guardado, mediapunta Jonathana Viery etc - obiecuje paradę atrakcji, bo szatnię będzie rozsadzało od skłonności ofensywnych. Mauricio Pellegrino ma wszystko, by rozpocząć samodzielną trenerską karierę z rozmachem.

Być może też Valencia wreszcie spróbuje podbić Ligę Europejską, oczywiście po ewentualnym przeniesieniu się do niej po jesieni spędzonej w Champions League (tam z trudem tolerują pariasów niezdolnych do kupowania błyskotek po kilkadziesiąt milionów za sztukę). W kraju rozstawia wszystkich po kątach, ale na kontynencie zabawiają się lokalni rywale - w czasie jej panowania w Primera Division Atletico Madryt dwukrotnie zdobyło trofeum, a Athletic Bilbao dochrapało się finału. Co przypomina, ile futbolowej jakości mają w nogach i głowach gracze ligi hiszpańskiej. Międzynarodowo błyszczą, choć ich prezesi zarządzają niekompetentnie, skandalicznie często na granicy działalności na szkodę spółki.

Sezon Valencia rozpocznie od towarzyskiego hitu w Madrycie. Podobnie jak w latach minionych, wszystkie drużyny rozegrają bowiem pokazowe dwumecze z Realem oraz Barceloną. Zdobyte w nich ewentualnie punkty nadal będą doliczane do ligowej tabeli.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Arsenal

Czy futbolowego handlu żywym towarem również nie powinno się uprawiać humanitarnie? Czy nie zbliżamy się do momentu, w którym fanów Arsenalu specjalną ochroną powinny objąć organizacje broniące praw człowieka? Dlaczego krezusi znęcają się akurat nad londyńczykami? Ze skóry obdzierają ich każdego lata - a to skubną Henry’ego lub Cole’a, a to podbiorą Adebayora lub Vieirę, a to wydrapią Nasriego, Touré, Fàbregasa, van Persiego (ma zadebiutować w MU już w poniedziałek). Zaciągają do siebie gwiazdy w pełnym blasku, w kwiecie wieku, w szczycie przydatności dla drużyny. Często kapitanów.

Szatnie klubów mniej zamożnych wszędzie rozkupują kluby bardziej zamożne, a jednak odnosimy wrażenie, że wśród drużyn chcących wskoczyć na sam szczyt Arsenal jest wyjątkowo pokrzywdzony, że to Arsenal rywale demontują z bezlitosną regularnością i bezprzykładnym, odmierzanym sezon w sezon okrucieństwem.

Winny jest oczywiście trener. Ale nie tylko dlatego, że nie umie - o czym już wspominałem - przekonać piłkarzy, że pod jego przywództwem osiągną sukces. Przypisałbym mu jeszcze inne trzy grzechy główne, które świadczą zarazem o jego trenerskiej wielkości.

Po pierwsze, Arsène Wenger perfekcyjnie realizuje strategię masowego rekrutowania gwiazd jutra. Nie stać go na finansowe zapasy z Manchesterami, lecz ma wystarczająco ciężki budżet, by importować młodych nie tyle „obiecujących”, co niemal „gwarantujących”, że zostaną gwiazdami - w przyszłości skazanych na oferty największych firm. Znów - nie wielkich firm, ale największych. Jak Barcelona uchodzi za najwydajniejszą fabrykę talentów na miarę najpotężniejszych klubów, tak Arsenal stał się najwydajniejszym dystrybutorem talentów na miarę najpotężniejszych klubów.

Po drugie, Wenger z wyczuciem nie tylko wyławia, ale i fantastycznie edukuje. Znów - nie świetnie, lecz fantastycznie. Pod jego okiem rosną giganci najlepsi lub prawie najlepsi na swoich pozycjach na świecie, więc ciągną ich do siebie nie Liverpoole lub Tottenhamy, z którymi da się finansowo konkurować, lecz Barcelona, Chelsea, Manchester City, Manchester United. Trzy ostatnie firmy, tworzące finansową elitę Premier League, wyrwały w ostatnich latach z Arsenalu sześciu ludzi. Nie znajdziecie na świecie klubu, w którym zostawili więcej pieniędzy. Popatrzcie też, jak maniacko absolwentom uniwersytetu Wengera ufa korporacja katalońska - wzięła już Henry’ego, Hleba, Fàbregasa (jego odzyskała, ale chłop doroślał jednak w Londynie), zaraz weźmie jeszcze Songa. Muszę dać tę frazę jeszcze raz - nie znajdziecie niehiszpańskiego klubu, w którym Barcelona kupuje chętniej.

Po trzecie wreszcie, Arsenal wciąż stosunkowo często zwycięża. Rozbiórka trwa permanentnie, walą się fundamenty, Wenger po erze „Niezwyciężonych” już nigdy drużyny nie zbudował, ale prowizorka i ciągłe drżenie o jutro nie przeszkadza w utrzymywaniu się na pułapie Ligi Mistrzów. Albo wręcz na pułapie podium. Komentatorzy co sezon wieszczą londyńczykom zjazd w stany średnie, a ci ani myślą komentatorów słuchać. Słuchają profesora Wengera, wychowawcy piłkarskich wyczynowców genialnego.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi