RSS
piątek, 26 sierpnia 2011

Zaskakująco ładny całokształt międzynarodowych występów polskich klubów poplamili tylko piłkarze Jagiellonii, którzy najedli się wstydu w kazachskim Pawłodarze. Przegrali z przeciwnikiem egzotycznym, uprawiającym futbol odstręczająco niechlujny i tak słabym, że w kolejnej rundzie obili go Gruzini, a białostoczanie pozostali jedyną drużyną, którą kiedykolwiek wyeliminował z europejskich pucharów.

Nie mam śladowych wątpliwości, że Jagiellonia była i jest drużyną od Irtyszu silniejszą. Jeśli nie udowodniła tego na boisku, to w sporej mierze dlatego, że dwumecz rozgrywała o barbarzyńskiej porze - 30 czerwca i 7 lipca, czyli w czasie dla wyczynowych piłkarzy europejskich mocno wakacyjnym. Była zwyczajnie nieprzygotowana do kopania o stawkę.

Haniebnie wcześnie rozpoczynają sezon tylko reprezentanci lig najsłabszych (stąd konieczność podróży do Azji). Wśród nich polskiej, sklasyfikowanej przed losowaniem na 24. miejscu w rankingu UEFA.

By grania czerwcowego uniknąć, musimy podźwignąć naszą ekstraklasę na pozycję 21. Wówczas klub, który skończy polską ligę na najniższym stopniu podium, rozpocznie rywalizację w Lidze Europejskiej dopiero w połowie lipca.

Dziś, po uciułaniu okazałej liczby punktów przez Wisłę, Legię i Śląsk, nasza ekstraklasa awansowała na 23. miejsce. Oto interesujący nas fragment klasyfikacji:

19. Czechy                   19,100

20. Chorwacja              18,874

21. Białoruś                  17,708

22. Rumunia                 16,657

23. Polska                     16,166

Jeśli zatem polska liga wyprzedzi dwie leżące nad nią, nikt nie będzie ryzykował czerwcowych wypraw na Kaukaz. Rumunów raczej nie zdystansujemy, dla nich punkty zbierają aż cztery kluby - jeden w Lidze Mistrzów i trzy w Lidze Europejskiej. Ale Białorusinów, Chorwatów i Czechów można śmiało ścigać - oni utrzymali w pucharach tylko po jednym przedstawicielu, w dodatku BATE Borysów, Dinamo Zagrzeb oraz Viktoria Pilzno zabawiają się w Champions League, gdzie o punkty piekielnie ciężko.

Dlatego piłkarze Wisły oraz Legii stoją przed szansą, by już w tym sezonie wypchnąć naszą ligę na pozycję, której w rankingu nie zajmowała od 2005 roku, i uchronić nasze kluby - niewykluczone, że także samych siebie - przed zagrożeniem klęskami poniesionymi w pełni sezonu urlopowego, gdy poważni gracze jeszcze byczą się na plażach. Powinno się udać, jeśli choć jeden z polskich reprezentantów w LE błyśnie występem na poziomie zeszłorocznego Lecha Poznań, a drugi dorzuci jeszcze trochę punktów, niekoniecznie wychodząc z grupy.

To byłby maleńki krok, ale takimi maleńkimi krokami możemy znacząco przyspieszyć przywracanie naszemu klubowemu futbolowi poziomu przyzwoitości. Powtórzę: dam głowę, że gdyby Tomasz Frankowski i reszta ferajny dostali Kazachów kilka tygodni później, to zdmuchnęliby ich z boiska bez konieczności wzięcia głębszego oddechu.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Że Tomaszowi Kuszczakowi raczej nie powiedzie się w między słupkami Manchesteru United, widzieliśmy w oczach i gestach uwijających się przed nim obrońców. To nie on rugał ich, lecz oni jego, Rio Ferdinand czy Nemanja Vidić spoglądali nań niekiedy wręcz z rezygnacją, jak na przybłędę niegodnego arystokratycznych szat z Old Trafford, manifestując swoją obawę, czy podoła, skoro jego mowa ciała wyraża głównie niepewność. Z Polakiem za plecami nie czuli się bezpiecznie.

Wojtek Szczęsny czuł się w arsenalskim polu karnym jak na swoim podwórku właściwie od pierwszego meczu. Kiedy angielscy komentatorzy nie chwalą go za umiejętności, zwracają uwagę właśnie na jego zuchwałość, ostro kontrastującą i z chłopięcym wyglądem, i z wiekiem. Na Twitterze wspominali wczoraj mecz osiemnastolatków, przed którym nasz rodak rzucił do sędziego, by ten nie sprawdzał jego siatki, bo piłka i tak do niej nigdy nie doleci. Na boisku też rzuca się w oczy, że Szczęsny ustawia i krzyczy na kolegów - zazwyczaj starszych - jak stary kapral, który przećwiczył już niejednego kota. Nie dał po sobie poznać, że odczuwa tremę, kiedy debiutował w reprezentacji Polski jako najmłodszy bramkarz w jej powojennej historii, kiedy ligi angielskiej po raz pierwszy próbował akurat w szlagierze z Manchesterem United, kiedy wiosną, na dwa miesiące przed 21. urodzinami - w wieku na tej pozycji niemowlęcym - musiał w Champions League bronić londyńskiej bramki przed ostrzałem Barcelony, obwoływanej najlepszą lub co najmniej jedną z najlepszych drużyn w historii. Ba, dziś Polak coraz częściej wygląda na najbardziej dojrzałego gracza Arsenalu.

Jak trudno gołowąsowi wskoczyć między słupki wielkiej firmy, przekonuje się właśnie David De Gea. Rówieśnik Szczęsnego, który w Atletico Madryt zbierał doświadczenia przez blisko setkę meczów ligowych i pucharowych, a wśród bramkarzy jest tańszy tylko od Gianluigiego Buffona (kosztował 21 mln euro), trzęsie się na razie w każdym meczu Manchesteru United.

Szczęsny się nie trzęsie. Najpierw grał solidnie, wczoraj został bohaterem. Arsenalowi groziło wypadnięcie z Ligi Mistrzów i zsunięcie się w jeszcze głębszy kryzys, ale Polak fenomenalnie zatrzymał rzut karny, wykonywany przez dwukrotnego króla strzelców ligi włoskiej Antonia di Natale. Tom Williams z AFP tak się rozekscytował, że ćwierknął o „najlepszej obronie jedenastki widzianej przez niego w życiu”. A polski bramkarz opowiadał po meczu, że di Natalemu coś prowokującego przed rzutem karnym powiedział, ale powtórzyć tego nie może, bo nie wypada. Kilka miesięcy temu tak samo deprymował Wayne’a Rooneya - też podziałało, tyle że napastnik MU chybił.

Wyspiarze już oszaleli z zachwytu, ja trochę spokojniej wciąż z największą nadzieją patrzę na mentalną moc Szczęsnego. Polskim piłkarzom uciekającym za granicę brakuje umiejętności, ale brakuje im też bezczelności, charyzmy, niezachwianego przekonania o własnej wartości. W świat jadą w roli nieśmiałych petentów, wchodzą do szatni bezgłośnie i ze spuszczonym wzrokiem, nie przybierają min ludzi gotowych przejąć przywództwo albo przynajmniej wyrwać, co im się należy.

Chyba ostatnim wybitnie utalentowanym facetem, który poleciał na Zachód bez kompleksu niższości i zdecydowany, by wejść doń razem z drzwiami, podporządkować go sobie i wszystkich porozstawiać po kątach, był Zbigniew Boniek. Miał też inną cechę niezbędną sportowcom ze szczytu - nie truchlał przed wyzwaniami, im bardziej rosła stawka, tym efektowniej grał. Włosi nazywali go „Bello di notte”, czyli pięknością nocy, bo najchętniej zachwycał wieczorami w europejskich pucharach.

Szczęsny też wie, kiedy dawać show. Właśnie przeżyliśmy pierwszy moment od czasu stambulskich tańców Jerzego Dudka, w którym polski piłkarz stał się pępkiem Ligi Mistrzów.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Gdyby piłkarze Wisły wskutek nieprawdopodobnych zawirowań cypryjskiego powietrza dzisiaj przetrwali i awansowali do Ligi Mistrzów, znów mielibyśmy opowieść o okrucieństwie futbolu. Rozgnietli ich przecież rywale oferujący grę o znacząco wyższej jakości (mniej wyraźnie widać było to już tydzień temu), a krakowianie w rewanżu nawet nie zasugerowali, że realizują jakiś plan zbliżający ich do celu. Apoel zasłużył, by uświetnić wieczór pięcioma-sześcioma golami, mistrzowie Polski zasłużyli, by ciężkie razy zebrać.

Aż boję się pomyśleć, jak wiślacy wyglądaliby w Champions League, skoro już na finiszu eliminacji na tle elegancko poruszających się nikozyjczyków wyglądali na obdartusów. Tam wpadliby - losowani z ostatniego koszyka - na przeciwników od mistrzów Cypru jeszcze mocniejszych, a faworyci w tych rozgrywkach nie znają litości. Co sezon oglądamy, jak znęcają się nad słabszymi. W poprzednim Olympique Marsylia nastrzelała siedem goli w Żylinie, Arsenal wrzucił sześć Bradze, a Valencia tyle samo Bursasporowi. Wcześniej Fiorentina skopała pięcioma Debreczyn, Villarreal - sześcioma duński Aalborg, Liverpool - ośmioma Besiktas, Arsenal - siedmioma Slavię Praga. Po dzisiejszej klapie zacząłem się zastanawiać, czy kibicowska euforia po awansie do elity prędko nie ustąpiłaby litowaniu się nad piłkarzami, którzy są na razie kompletnie nieprzygotowani do walki na szczytach futbolu.

Dlatego poza ewidentnymi stratami - prestiż, hitowe mecze z największymi europejskimi firmami, miliony euro nagród - polski futbol oraz sama Wisła coś dzisiaj zyskały. Zyskały szansę, by powoli piąć się w górę rankingu UEFA i ułatwić sobie zadanie w następnych edycjach europejskich pucharów. W Champions League o jakiekolwiek punkty byłoby trudno. W Lidze Europejskiej można je ciułać nawet w starciach z faworytami, niekoniecznie serio zaangażowanymi w walkę o mniej pożądane trofeum. A UEFA zwycięstwo oraz remis w obu rozgrywkach wycenia identycznie. Co wiemy m.in. dzięki Lechowi Poznań, który po zeszłorocznych popisach w meczach z Juventusem i Manchesterem City miałby teraz - gdyby uczestniczył w losowaniu - szansę  wylądować nie w czwartym, lecz trzecim koszyku przed fazą grupową LM.

Wisła jeszcze przed chwilą przegrywała z Estończykami i Kazachami, Robert Maaskant i Stan Valckx składali drużynę od zera. Dlatego mimo wszystko wypadła w pucharowym serialu co najmniej przyzwoicie. Teraz może sobie obrać kolejny ładny cel - wyjść z grupy, a potem spróbować wygrać europejski dwumecz wiosną. Na zwycięstwo o tej porze roku czekamy dłużej niż na Ligę Mistrzów. 18 lat.

Od niezapomnianego zwycięstwa Legii Warszawa nad Sampdorią polskie kluby nie wyeliminowały wiosną nikogo. Poszukałem kiedyś innego należącego do UEFA kraju z liczbą ludności powyżej dziesięciu milionów, któremu również się to nie udało. Znalazłem, choć nie w Europie. Kazachstan.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

W felietonie do dzisiejszej „Gazety Sport.pl” wracam do chryi po środowym meczu Barcelony z Realem Madryt w Superpucharze Hiszpanii. Przeczytacie go tutaj.

piątek, 19 sierpnia 2011

Trochę wstyd, że potrzeba nam tak niewiele, by ekstatycznie pojękiwać nad pucharowymi figurami naszych klubów, ale realia są brutalne: jeśli w poprzednich sezonach futboliści katowali nas klęskami z rywalami nadbałtyckimi albo nadkaspijskimi, to teraz przebrnięcie byle rundy powoduje wystrzał endorfin do kibicowskich mózgów. I nie mówię nawet o pięciomeczowej passie Wisły, spójrzcie choćby na Legię, tę rozmemłaną wiosną zbieraninę półpiłkarzy z oklapniętymi uszkami - wreszcie je podnieśli, nastroszyli się, gola w Lidze Europejskiej stracili dopiero po 232 minutach, najpierw obronili się przed najazdem Turków z Gaziantepsporu, potem nie dali się wgnieść w murawę samemu Spartakowi Moskwa, jeszcze przed chwilą zapraszanemu do Champions League. 2:2 dużych nadziei na awans nie daje, ale z perspektywy ostatnich osiągnięć naszych kopaczy jest wynikiem rewelacyjnym. Jeszcze raz: rewelacyjnym.

W ubiegłym sezonie ekstraklasy odnosiłem wrażenie, że przybyło w niej klasowych graczy (zagranicznych), ale nie przybyło klasowych drużyn. Trenerzy nie panowali nad swoimi podwładnymi, nikt nie utrzymywał stabilnej formy, w absurdalnie wyrównanej stawce każdy przeżywał swoje pięć minut i przez co najmniej tyleż minut czuł szansę na medal, każdy po wzlocie natychmiast upadał. Chaos.

Minęły wakacje i piłkarze zrośli się w drużyny. I Wisła, i Śląsk, i Legia, i Lech, i Polonia poruszają się po boisku według wyraźnie widocznego planu. Nie twierdzę, że wszystkie zawsze grają dobrze. Ale widzę w ich manewrach logikę.

Tłumaczę to sobie banalnie - niespotykaną u nas stabilizacją. Żaden z wymienionych klubów, które bez większego ryzyka wolno obwołać klubami z największymi aspiracjami, nie zwolnił po sezonie trenera, żaden nie zaordynował totalnej kadrowej rewolucji. Spore straty ofensywne musiała uzupełniać Polonia, jej rywale poprzestali na ostrożnej transferowej kosmetyce. I sprowadzili wielu piłkarzy doświadczonych, szybko adaptujących się do nowych okoliczności przyrody - Ljuboja (33 lata), Żewłakow (35), Lamey (32), Illiew (32), Baszczyński (34), Jeż (30), Pietrasiak (31).

Nie w każdym przypadku decyzja o zatrzymaniu trenera wydawała się sensowna, żonglujący głową Skorży szefowie Legii wręcz się ośmieszyli. Ale nawet oni wyszli na swoje, bo mimowolnie (?) wsparli go charyzmatycznym adiutantem. Michał Żewłakow to na murawie istny wicetrener, bez przerwy przemawiający do młodszych kolegów i chętnie przez nich słuchany. Dyryguje, organizuje, tłumaczy, ruga. Choć sam miewa wstydliwe wpadki, to wielu partnerów z drużyny czyni wyraźnie lepszymi piłkarzami. Można się spodziewać, że nawet jeśli pewnego dnia kontrolę nad sytuacją w swoim stylu straci Skorża, zapanuje nad nią Żewłakow. To transfer bezcenny, tak samo jak bezcenna w ataku jest inteligencja i pazerność na udział w każdej akcji Danijela Ljuboji. Z tymi dwoma wieżami na obu końcach boiska ewentualna niesubordynacja generała stojącego przy linii bocznej stała się zagrożeniem dla jego ludzi nieco mniejszym.

Było jasne, że wraz z puchnięciem klubowych finansów i inwazją klasowych obcokrajowców poziom ligi się podniesie. Fajnie, że podnosi się tak szybko.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Nie minął kwadrans środowego meczu w Krakowie, a już biło po oczach, że trener Ivan Jovanović lepił swoją drużynę znacząco dłużej - konkretnie: przeszło trzy razy dłużej - niż trener Robert Maaskant. Piłkarze Apoelu Nikozja przewyższali Wiślaków przede wszystkim organizacją pracy zbiorowej: synchronizacją ruchów; zagraniami nie poprzedzonymi ułamkiem sekundy namysłu, sprawiającymi wręcz wrażenie odruchowych; wynikającą z powyższego szybkością rozwijania natarć. Tego wypadało się spodziewać, choć Polskę po losowaniu rozanieliła tradycyjna już euforia: pychy u nas pod dostatkiem, bilibyśmy się w tej konkurencji o mistrzostwo galaktyki, żadne przypadkowe klęski z rywalami estońskimi czy azerskimi naszego ducha nie złamią. Kto by tam poważnie traktował Cypryjczyków, nawet jeśli Cypryjczycy pobawili się niedawno w fazie grupowej Ligi Mistrzów i wcale nie są Cypryjczykami, bo potęgę klubu budują na imporcie. Naród polski zbyt dumny, by klękać przed jakąś przyafrykańską egzotyką.

Mistrzowie Cypru robili zatem lepsze wrażenie. Ale wygrali mistrzowie Polski. Wygrali, dodajmy, niespodziewanie. W ogóle cała ich europejska kampania przebiega niespodziewanie.

Nie będę nikomu wmawiał, że styl Wisły porywa, skoro nie porywa. Nie będę wmawiał, że przed rewanżem wyrosła na faworyta, skoro nie wyrosła. Nie, cieszę się skromnie - Wisłę podziwiamy w eliminacjach Champions League perfekcyjną. Perfekcyjną w tym sensie, że wykorzystuje swoje możliwości i szanse do maksimum.

Dotąd stuprocentową, w futbolu niemal niespotykaną wydajnością imponował nam dyrektor sportowy Stan Valckx, który nie wykonał żadnego fałszywego ruchu transferowego. Teraz stuprocentową wydajność dorzuca trener Maaskant, który w kwalifikacjach LM popchnął piłkarzy do pięciu zwycięstw w pięciu meczach.

Poszukajcie takiej serii polskiego klubu w międzynarodowych pucharach, a prędko nie znajdziecie. O ile w ogóle znajdziecie. Krakowianie modelowo rozkładają też siły - poziom gry dostosowują do klasy przeciwnika, rosną z każdą rundą, wraz z narastaniem wyzwań. I modelowo reagują na sukcesiki - jeśli wierzyć ich szefowi, wczorajszy przyjęli z umiarkowanym zadowoleniem, świadomi, że ostateczną batalię stoczą w cypryjskim ukropie.

Z beatyfikacją Maaskanta się wstrzymajmy, nie wiemy przecież, czy Wisła nie skończy jak Lech - „tylko” w Lidze Europejskiej, a tam jej gracze powalczą z taką pasją, że w lidze polskiej będą się z mozołem wlekli od kolejki do kolejki. Na razie nieskazitelnie wygląda wyłącznie strategia trenera na operację Liga Mistrzów i mamy powody przypuszczać, iż nawet po ewentualnym niepowodzeniu krakowianie zostawią wrażenie, że wykorzystali wszystkie szanse. Bezcenne, bo też u nas niespotykane. Nawet w udanym minionym sezonie, kiedy oklaskiwaliśmy Lecha dokazującego w meczach z Juventusem czy Manchesterem City, z tyłu głowy kołatało się pytanie, czy poznaniacy nie mogliby zamachnąć się na rundę grupową LM, gdyby nie spóźnili się z transferem Artioma Rudniewa, a ich trener umiał przygotować ich do lepszej gry już w sierpniu.

Wisła, powtórzmy, wyciska z pucharów maksimum, co istotne także dla pozycji całej naszej Ekstraklasy w europejskim rankingu UEFA. Wyciska z niej maksimum Maaskant, choć okoliczności pozwalałyby wiele mu wybaczyć - w środę rzucił na niecypryjskich Cypryjczyków aż 10 piłkarzy, o których przed rokiem w Krakowie nikt jeszcze nie słyszał. A oni mogli niewiele słyszeć o Krakowie.

Biorąc pod uwagę pułap, z jakiego oddana holenderskiemu duetowi Wisła startowała - porażka z Karabachem Agdam przed rokiem, porażka z Levadią Tallin przed dwoma laty - jej awans do LM byłby niesłychaną sensacją. A przegrana walka o awans nadal uzasadniałaby tezę, że buduje europejską firmę - która to już próba? - w tempie ponaddźwiękowym, również sensacyjnym. Maaskant z Valcksem zarządzili totalną czystkę w szatni, werbowali nowych ludzi z różnych piłkarskich kultur, ale nie potrzebowali nawet jednego sezonu przejściowego, poświęconego na stawianie fundamentów pod lepsze jutro. Niejako przy okazji krakowianie wzięli tytuł w kraju, mkną od triumfu do triumfu w Europie, w meczu z Apoelem mieli luksus przetrzymania na ławce graczy klasy Kirma i Bitona, nie cierpieli przesadnie z powodu nieobecności kontuzjowanego Lameya. Jeszcze chwilę, a poznamy pierwszą na naszych murawach klubową kadrę, w której trwa autentyczna, permanentna walka o podstawowy skład. I to na każdej pozycji.

Jeszcze raz: nasze umizgi do elity wciąż mogą skończyć się jak zwykle od 15 lat, czyli wyproszeniem mistrza Polski usiłującego wejść na najbardziej ekskluzywne party w klubowym futbolu. Ale wreszcie nie poczujemy, że wyrzucają nas na zbity pysk, jak namolnego, cuchnącego włóczęgę, lecz wycofamy się z przeświadczeniem, że wystarczy dopracować detale, by następnym razem się udało.

czwartek, 11 sierpnia 2011

I oto nastały czasy, gdy Roman Abramowicz wydaje się gołodupcem, właścicielem zachodnioeuropejskiego klubu piłkarskiego wcale nie egzotycznym, możemy już chyba wręcz nazwać go swojskim. Spoczciwiał, bo teraz rozpanoszyło się u nas - na razie na rynku transferowym - jaśniepaństwo o majątku zmierzającym ku nieskończoności, które nawet w kolekcjonowaniu imion, nazwisk i tytułów nie zna umiaru, więc nasze proste europejskie mózgi nie są w stanie spamiętać, gdzie urzęduje Nasser Ghanim Al Khelaifi, gdzie Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan, a gdzie Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani, nie mamy też i długo mieć nie będziemy pewności, ilu wśród nich jest szejków, ilu emirów, a ilu królewiczów. Przeczuwamy tylko, że obcy raczej nie planują prędko wrócić na swoje planety, skoro nikt na kontynencie nie wydaje więcej na wyposażenie wnętrz niż przejęte przez nich firmy.

Paris Saint Germain zaciągnął tego lata do swojej szatni piłkarzy za 86 mln euro, Manchester City - piłkarzy za 62,5 mln, Malaga - piłkarzy za 58 mln. Objęci arabskim protektoratem nuworysze przebili w wydatkach wszystkich potentatów, podpisując kontrakty z gwiazdami skazywanymi na grę właśnie u aktualnych potentatów - Javierem Pastore, Sergio Aguero oraz Santim Cazorlą, znanym m.in. z odrzucenia swego czasu zalotów samego Realu Madryt. Ich szefowie zgodnie twierdzą, że zamierzają przypuścić atak na sam szczyt, czyli po zaszczyty w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że będą gwizdać sobie na hucznie anonsowane przez UEFA Finansowe Fair Play - zezwalające chcącemu grać w europejskich pucharach klubowi inwestować tyle, ile sam zarabia (na biletach, reklamach, prawach telewizyjnych, gadżetach etc), a nie tyle, ile podaruje rozrzutny właściciel. By spełnić te warunki, PSG, City i Malaga musiałyby z anielską cierpliwością wzmacniać swoje marki i rosnąć marketingowo, budować drużyny powoli, stopniowo zwiększać przychody i dopiero w odleglejszej przyszłości rozsypywać dziesiątki milionów na transferowe hity. Czyli czekać do świętego nigdy, zapewne co najmniej dekadę z okładem. Niemożliwe, takiego poniżenia nie zniósłby prawdopodobnie żaden utuczony na ropie biznesmen, który postanawia zabawić się piłką nożną.

A gdyby popadł w obłęd i zechciał poniżenia znosić, nie miałby szans, Barcelona z Manchesterem United i kilkoma innymi globalnymi korporacjami panowałyby na boiskach aż do zgaśnięcia Słońca, ewentualnie jeszcze dłużej - do końca istnienia futbolu. Kto chce wtargnąć dziś do czołówki na stałe, musi wymodlić zniebazstąpienie mesjasza gotowego płacić milion za każdego gola. Jak wspomniany Abramowicz, który w Chelsea sflaczałego bankruta niemal z dnia na dzień nadmuchał do supermocarstwa - regularnie uczestniczącego w półfinale Ligi Mistrzów, zdolnego przyciągać najwybitniejszych graczy, wymienianego w wąskiej elicie elit, choć nadal niewystarczająco silnego, by zdobyć Puchar Europy.

Jego następcy ze wschodu poczekają dłużej. W Manchesterze City, przejętym przez bliskowschodnich bonzów trzy lata temu, nadal króluje bałagan - styl gry nie przekonuje i wydaje się pozbawiony głównego wątku albo wręcz scenariusza, trener Roberto Mancini się miota, ofensywę destabilizują nadmiar transferów i zachowanie nadpobudliwych awanturników Balotellego oraz Teveza. Przejęta przed rokiem Malaga rywalizuje w lidze opanowanej przez gigantów - Barcelonę oraz Real - których w przewidywalnej przyszłości doścignąć się nie da. Wreszcie Paris Saint Germain wpadł w arabskie ręce dopiero przed chwilą i kadrową rewolucję ledwie rozpoczął.

Żaden z wymienionych klubów nigdy nie zajrzał nawet do finału najważniejszych europejskich rozgrywek, obecni właściciele dalekosiężnie myślą wręcz o finałowym triumfie. Chcą obalić oligopol czołowych futbolowych korporacji, których szefowie poczuli się poważnie zagrożeni.

I poprosili o ratunek Michela Platiniego. Szef FIFA przyznał ostatnio, że Finansowe Fair Play powstało m.in. wskutek apeli Romana Abramowicza (właściciel Chelsea), Silvio Berlusconiego (Milan) i Massimo Morattiego (Inter), zmęczonych przyspieszającym bez ustanku wyścigiem transferowych zbrojeń. Najpierw sami wyścig z zapałem napędzali, a kiedy stracili ochotę na dalsze inwestycje lub/i przestraszyli się potężniejszej, egzotycznej konkurencji, usiłują nakazać hamować wszystkim. Najnowsze trendy źle wróżą zwłaszcza stale ubożejącym Włochom - Milan od kilku lat kupuje głównie po cenach okazyjnych, Inter jest chyba gotowy na wyprzedaż najcenniejszych sreber, skoro nie wyklucza wyeksportowania obu najjaśniejszych gwiazd, Samuela Eto’o i Wesleya Sneijdera. Co groziłoby sportową katastrofą.

Choć Finansowe Fair Play, jeśli zadziała, może ocalić wiele rządzonych nieodpowiedzialnie, żyjących na kredyt klubów, to jest w tej historii jeszcze jeden interesujący paradoks - pozujący na adwokata futbolowej biedoty Michel Platini ratuje obrzydliwie bogatych, którzy poczuli się bezbronni, bo do rezydencji w sąsiedztwie wprowadzili się jeszcze obrzydliwiej bogaci.

środa, 10 sierpnia 2011

To będzie najbardziej szokujący transfer we współczesnym futbolu. Różne dziwa już widzieliśmy - w wąziutkiej elicie najlepiej zarabiających piłkarzy świata jest Argentyńczyk Dario Conca, któremu chińskie Guangzhou Evergrande (!) płaci 10,4 mln dolarów rocznie; złoty medalista mundialu Luis Felipe Scolari za niewiele lżejszy szmal zgodził się panować w lidze uzbeckiej jako trener Bunyodkoru Taszkient; zdobywca Złotej Piłki Fabio Cannavaro kończył karierę na rozpalonych trawach katarskich. Tyle że Dario Conca nie kopie najlepiej na planecie. Tyle że Scolari poniósł przed eskapadą do Azji bolesną klęskę w Chelsea. Tyle że Cannavaro dospacerowywał w Katarze do emerytury jako 36-latek.

Samuel Eto’o to przypadek zupełnie innego kalibru. Jest w kwiecie wieku i świetnej formie, nie tylko ja uważam go za drapieżnika wśród grających obecnie napastników najbardziej niebezpiecznego, gdyby wyjechał np. do ligi angielskiej, bez wątpienia nastrzelałby tam kilkadziesiąt goli w sezonie, tak jak strzelał je na boiskach hiszpańskich i włoskich. A jednak zaakceptował propozycję Anży Machaczkała. Klubu, który stał się niedawno niewyobrażalnie bogaty (właściciel Sulejman Kerimow dysponuje majątkiem zbliżonym do majątku Silvio Berlusconiego), ale sportowo odstaje na razie nawet od europejskiej klasy średniej. Eto’o udaje się na dobrowolne wygnanie za gigantyczną pensję - 20 mln euro rocznie, teraz porozumieć się muszą tylko kluby. I prawdopodobnie im się uda, Inter Mediolan zaakceptuje oferowane przez dagestańskich parweniuszy 30 mln.

Anży sprowadziło już Brazylijczyków Roberto Carlosa, Jucileia i Diego Tardellego, z PSV Eindhoven wyjęło węgierskiego pomocnika Balázsa Dzsudzsáka, od Chelsea odkupiło Jurija Żyrkowa, Milanowi próbowało podebrać Gennaro Gattuso, teraz zabiega o Elano z Santosu. Na Eto’o wyda - sumując koszt trzyletniego kontraktu, podatki i zapłatę dla Włochów - około 110 mln euro. Jeśli wziąć pod uwagę aktualną pozycję tego klubu w futbolowej hierarchii - w zeszłym sezonie jako beniaminek ligi rosyjskiej zajęło 11. miejsce, trzy punkty nad strefą spadkową - zbroi się on w tempie kosmicznym, znacznie szybszym niż inni szczęśliwcy, którym znienacka spadła z nieba fortuna - od Chelsea i Manchesteru City przez Paris Saint Germain po Malagę. I jest osobliwością pod wieloma względami. Ze względów bezpieczeństwa (czytaj: zagrożenie terrorystyczne) piłkarze trenują w Moskwie, a do położonej nad Morzem Kaspijskim Machaczkały latają tylko, by rozgrywać mecze u siebie, na niewielkim, 16-tysięcznym stadionie. Czyli nigdzie. Zwłaszcza z perspektywy najlepszego napastnika na świecie.

czwartek, 04 sierpnia 2011

Następne transfery Wisły Kraków powinny wreszcie być nieudane. To, co dotąd wyprawia jej dyrektor sportowy, nie mieści się w żadnych futbolowych standardach - na całym świecie pomyłkami okazuje się większość zakupów (zwłaszcza tanich), 50-procentową skuteczność należy już chwalić, przecież zawsze zdarzy się, że ktoś sprowadzony złamie nogę, ktoś inny się nieszczęśliwie zakocha, a jeszcze inny nie polubi nowego miasta. Tymczasem Stan Valckx trafia każdym strzałem. Albo wynajduje kandydata na lokalną megagwiazdę (Melikson), albo lokalne gwiazdki, albo piłkarzy przynajmniej solidnych, natychmiast instalowanych przez trenera w podstawowej jedenastce. I jeszcze szczęśliwie debiutujących. Wzięty za darmo Michael Lamey przez rok nie grał niemal wcale, a po wskoczeniu do Wisły natychmiast sprezentował jej dwa kluczowe gole w wyjazdowych meczach kwalifikacji Ligi Mistrzów.

Celuje holenderski kadrowy Valckx bezbłędnie, choć grzebie w lumpeksach, odzieży mocno używanej, ewentualnie wystawianej w sklepach dalekich od ekskluzywnych. Przebiera w graczach o pozycji rynkowej zbyt lichej, by wymagać, żeby choć co drugi okazywał się przydatny.

Trener Robert Maaskant błyskawicznie zszył z podrzuconych skrawków drużynę, która odzyskała panowanie w kraju i rozpoczęła eliminacje Ligi Mistrzów od czterech kolejnych zwycięstw. Stylem gry nas nie porwała, ale pamiętajmy, że o tej porze roku polskie kluby, pełne pracowników wycieńczonych wakacjami, zazwyczaj biedzą się z przetrwaniem nawałnicy estońskiej, azerskiej czy kazachskiej. Nawet Lech Poznań, zanim w minionym sezonie pięknie podokazywał z Lidze Europejskiej, ledwie się do niej doczołgał.

Wiślacy do niej wtargnęli. Jeśli zajrzą jeszcze do Champions League, spektakularnie udowodnią stawianą w „Gazecie” od dawna tezę, że nasz futbol - wbrew postękiwaniom nieudacznych prezesów i trenerów - nigdy nie niedomagał finansowo. Pieniędzy miał ponad stan, brakowało tylko know-how. Dlatego w europejskiej elicie bawiły się biedniejsze BATE Borysów, Żylina, Artmedia Petrżałka czy Debreczyn.

Valckx swoje 11 transferów sfinansował ze sprzedaży braci Brożków, oddanych Trabzonsporowi za 2,5 mln euro. To być może najmądrzej wydane pieniądze we współczesnej historii naszej ligi. A Wisła na stanowisku dyrektora sportowego wypracowała największą przewagę nad krajową konkurencją. Melikson nie przewyższa o tyle innych graczy, a Maaskant - innych trenerów, o ile Valckx przewyższa całą resztę ludzi odpowiedzialnych u nas za import piłkarzy. Jak świetnie orientuje się na rynku, wiemy także stąd, że Wisła - w przeciwieństwie np. do Legii - nie sprasza już na testy dziesiątek kopaczy znikąd.

Po zwycięskim meczu w Łoweczu usłyszałem od kolegi po fachu, że jeśli krakowianie dopłyną do Ligi Mistrzów, to Valckx będzie w ogóle najszczęśliwszym zagranicznym transferem do naszej piłki po 1989 roku. Przesada, ostatecznie bez Emmanuela Olisadebe nie byłoby powrotu na mundial po 16 latach, a bez Leo Beenhakkera debiutu na mistrzostwach Europy. W tych nazwiskach pobrzmiewa zresztą przestroga, obaj w polskiej reprezentacji tak szybko rozbłysnęli jak zgaśli.

Valckx jest bezpieczniejszy - nie zniedołężnieje od kontuzji (Olisadebe), nie musi też polegać na przepłacanych polskich kopaczach (Beenhakker). Szkoda, że Wisła nie wynajęła fachowca jego klasy lata temu, gdy właściciel Bogusław Cupiał chciał jeszcze w klub obficie inwestować...

Archiwum
Tagi