RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Florentino Perez utrzymuje obrany kurs, także tego lata dokonał transferu galaktycznego,  wywołując nim trzęsienie murawy - kiedy Real Madryt wychodził z szatni na inauguracyjny ligowy mecz, żaden fotoreporter nie zainteresował się jego piłkarzami, wszyscy wycelowali swoje lufy w Jose Mourinho. To chyba pierwszy trener idol w historii, hiszpańskie gazety publikowały nawet plakaty z jego wizerunkiem, by młodsi czytelnicy mieli czym obkleić ściany.

Zanim Real bezbramkowo zremisował z Mallorką  - grając szkaradnie i każdą pokraczną akcją przypominając, że to drużyna co chwilę budowana od zera - napisałem do wczorajszej „Gazety” felieton o Mourinho. Znajdziecie go tutaj.

10:30, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
sobota, 28 sierpnia 2010

Po bezprecedensowej mundialowej traumie - obrońcy tytułu nie wygramolili się z pierwszej rundy - Włosi zaordynowali porządki totalne.

Selekcjonerem seniorów został uchodzący za świetnego wychowawcę młodzieży Cesare Prandelli, który już inauguracyjnymi powołaniami radykalnie obniżył średnią wieku w reprezentacji. Jego nadzorcą - i nadzorcą drużyn narodowych we wszystkich kategoriach wiekowych - mianowano Arrigo Sacchiego, niegdyś wybitnego trenera, ostatnio surowego krytyka współczesnego calcio, przeczuwającego jego zapaść od pewnego czasu. Reformą zaniedbanego systemu szkolenia zajmą się inne żywe pomniki, dawni czarodzieje boiska Gianni Rivera oraz Roberto Baggio. Klubom zezwolono na zatrudnianie tylko jednego piłkarza spoza Unii rocznie, choć prezesi chcieli ruchu w przeciwnym kierunku - zwiększenia limitu z dwóch do trzech. Federacja będzie im płacić za graczy wysyłanych do kadr juniorskich. Wesprzeć walkę ze stadionowym chuligaństwem ma specjalna kibicowska legitymacja, bez której nie można kupić całosezonowych karnetów, dopingować piłkarzy na wyjazdach ani oglądać z trybun meczów wysokiego ryzyka.

Rewolucyjną decyzję podjęła nawet publiczna telewizja RAI, która rezygnuje z drobiazgowego analizowania każdej decyzji sędziowskiej mogącej uchodzić za kontrowersyjną, co zazwyczaj przeradza się w awantury wyzwalające u fanów najniższe instynkty. Stacja chce opowiadać o futbolu z punktu widzenia taktyki i techniki, by wznieść na wyższy poziom

podupadłą we Włoszech kulturę

sportową. O kryzysie debatuje się już bez przerwy, w katastrofie na mundialu nikt nie widzi nieszczęśliwego splotu okoliczności, lecz klęskę - tyleż boleśniejszą od porażek klubów, że angażującą cały kraj - podsumowującą stan rozkładu. Wakacje ran nie zaleczyły, raczej je rozdrapały. Na juniorskich mistrzostwach kontynentu Włosi nie strzelili gola i zajęli ostatnie miejsce w grupie; odnowiona reprezentacja seniorów przegrała sparing z Wybrzeżem Kości Słoniowej; Sampdorii do Ligi Mistrzów nie dopuścił Werder Brema; Inter w kiepskim stylu oddał Superpuchar Europy piłkarzom Atletico Madryt.

Fanów nie ożywiły też transfery. Włoskich zakupów nie ma wśród 15 najkosztowniejszych tego lata na świecie, obficiej inwestowały w nowych piłkarzy m.in. ligi rosyjska i turecka, choć kluby Serie A obłowiły się jak nigdy dotąd na sprzedaży praw do transmisji - dostały 900 mln euro.

Wstrzemięźliwość właścicieli i prezesów to kolejny przejaw głębokich przemian w calcio. Massimo Moratti, niegdyś czołowy zakupoholik w Europie, wyszydzany za łapanie wszystkiego, co się napatoczy, uczynił właśnie swój Inter jedyną obok Bayernu potężną futbolową korporacją, która nie pozyskała ani jednego kandydata do podstawowej jedenastki. Dopiero teraz ponownie zainteresował się Diego Forlanem, wcześniej niby zabiegał o Javiera Mascherano i Dirka Kuyta, ale specjalnej determinacji nie wykazywał. Na transferach zarobił, wydalając za 30 mln euro niereformowalnego hultaja Mario Balotellego.

Ci, którzy próbowali w minionym sezonie sprostać Interowi, jak zwykle szukali promocji. Roma przejęła za darmo Fabio Simplicio oraz Adriano - przed laty typowanego na megagwiazdę, potem zionącego na treningach alkoholem, zapowiadającego koniec kariery, ostatnio dźwigającego 10-kilogramową nadwagę. Po powrocie z ligi brazylijskiej chudł zbyt szybko, właśnie doznał urazu, na murawę wróci za miesiąc.

Milan znów wziął natomiast piłkarza odrzuconego przez ligę hiszpańską (do Ronaldinho dołączy Zlatan Ibrahimovic, szczegóły transakcji poznamy prawdopodobnie wieczorem), a wcześniej uprawiał coraz popularniejszą w Serie A transferową ekwilibrystykę z pogranicza finansowej inżynierii, która zmniejsza ryzyko i pozwala ukryć dziury w budżecie. To Genoa ściągnęła z Portsmouth Kevina-Prince’a Boatenga, ale ten być może nigdy nie założy jej koszulki - został natychmiast wypożyczony na San Siro, rossoneri mają też prawo pierwokupu. Zrzekną się go, jeśli reprezentant Ghany rozczaruje.

O ile medaliści poprzedniego sezonu stąpają ostrożnie, o tyle największy przegrany - Juventus - zareagował nadpobudliwie i do dziś utrzymuje zespół na permanentnym zakręcie, serwując kibicom zwrot za zwrotem. Napastnika Fabio Quagliarellę kupił wczoraj, a już jutro wystawi prawdopodobnie w podstawowej jedenastce. Jej skład zmienił się radykalnie, na drugą szansę nie zasłużył nawet brazylijski rozgrywający Diego (odesłany z powrotem do Bundesligi), choć klub zdołał odzyskać ledwie 15 z 25 mln wydanych nań przed rokiem. Pomimo przedłużających się, prawdopodobnie wywołujących wątpliwości testów medycznych turyńczycy wypożyczyli za to kruchego Alberto Aquilaniego, a całość ich manewrów znów prowokuje pytanie, czy aby na pewno przestaną być najgorzej zarządzaną - w sensie sportowym - słynną europejską firmą.

Juventus postawił niemal wyłącznie na Włochów, ale Serie A ustanowiła właśnie rekord, bo zatrudnia

już 247 obcokrajowców.

I to oni są raczej kandydatami na nowych i/lub młodych bohaterów. Kiedy Inter zdobywał wiosną Puchar Europy, w finale jako pierwszy w historii miał w jedenastce wyłącznie piłkarzy zza granicy, a teraz marzy mu się, że szybko rozkwitnie talent 18-letniego Coutinho. Milan patrzy z nadzieją na teoretycznie fenomenalny tercet Pato-Ibrahimovic-Ronaldinho. Mierzące w awans do Ligi Mistrzów Palermo - na Urugwajczyka Abela Hernandeza oraz Argentyńczyka Javiera Pastore; równie ambitna, od lat rewelacyjnie operująca na rynku transferowym Genoa - na Portugalczyków Eduardo i Miguela Veloso, Lazio - na Brazylijczyka Hernanesa i Argentyńczyka Mauro Zarate; Napoli - na Słowaka MarkaHamsika, Urugwajczyka Edinsona Cavaniego, Argentyńczyka Ezequiela Lavezziego, Udinese - na Chilijczyka Alexisa Sancheza... (Szkoda, że Fiorentina na wiele miesięcy straciła fantastycznego Joveticia). Włoskich kandydatów na gwiazdy znajdziemy tylko wśród postaci, które podziwiamy od dawna, najczęściej z trzydziestką na karku. Nawet Sebastian Giovinco skończy w styczniu 24 lata, a przecież między dorosłymi na dobrą sprawę kariery nadal nie rozpoczął.

Opłacający aż 25 obcokrajowców Inter pożąda szóstego tytułu z rzędu - nie dokonał tego jeszcze nikt. Czy rzeczywiście jest absolutnym faworytem, skoro wiosną Roma opierała mu się do ostatniej kolejki? Czy Rafael Benitez nie przeżyje koszmaru trenerów, którzy zastąpili Jose Mourinho w Porto i Chelsea, żeby prędko przekonać się, że poprzednik wywarł zbyt silne piętno na piłkarzach, by łatwo zaakceptowali innego szefa? Kogo stać, by rzucić hegemonowi poważne wyzwanie?

Atutem stołecznego klubu jest stabilizacja - jako jedyny wśród potentatów zatrzymał trenera, a niespełnionego Claudio Ranieriego napędza palące pragnienie, by wreszcie zdobyć mistrzostwo czegokolwiek. Inni wielcy bawią się w linoskoczków. W Milanie niedoświadczony Massimo Allegri musi zyskać autorytet w grupie starych mistrzów, którzy wygrali już w futbolu wszystko, oraz zapanować nad trudnymi do okiełznania Ibrahimoviciem oraz Ronaldinho. W poszukującym kompletnie nowej tożsamości Juventusie władzę objął Luigi Delneri, który dotąd sprawiał niespodzianki z klubami o mniejszych aspiracjach (Chievo, Sampdoria), lecz tam, gdzie pracuje się pod presją, nie wytrzymywał. Z FC Porto i Romy wypędzano go, zanim zdążył zapamiętać drogę na trening. Teraz wiemy tylko tyle, że turyńczycy jako jedni z nielicznych w lidze postawią na ulubiony przez nowego trenera system 4-4-2 i nacisk na grę skrzydłami (roztańczyć ma się Serb Milos Krasić).

Mnie najbardziej intrygują florenckie losy trenerskiego żółtodzioba Siniszy Mihajlovicia, który ocalił przed utonięciem Catanię. Najznakomitsi włoscy fachowcy (Capello, Ancelotti, Trapattoni, Spalletti, Mancini) uciekli, Serie A nie zatrudnia obecnie ani jednego z tytułem mistrzowskim w dorobku. Benitez osiągnął więcej niż wszyscy konkurenci razem wzięci...

18:14, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
piątek, 27 sierpnia 2010

Statycznego, ośmielającego się głównie na trzymetrowe minipodania Sergio Busquetsa wypchnie z podstawowej jedenastki Javier Mascherano, który kopie zręczniej i obiecuje jeszcze większą nieprzywidywalność w organizowaniu ataku tuż po przejęciu piłki. Wykopywanego do Milanu Zlatana Ibrahimovcia wraz z jego wiecznym grymasem nierozumianego artysty zastąpi w ofensywie David Villa, snajper bez ustanku wirujący, każdym obrotem napraszający się, by nie zsyłać go do Premier League (jeszcze by go tam zadeptali), lecz wypuścić na Camp Nou.

Ubędzie katalońskiej trupie za to centymetrów.

Ostatnio wydawało się, że Barcelona - choć nadal na tle rywali maleńka - usiłuje nadać drużynie nowy wymiar i pomiędzy swoich sławnych kurdupli powtykać kilku dryblasów, którzy lubią kucnąć, zanim zaczną wykręcać żarówkę. Teraz jej manewry sprawiają wrażenie, jakby chciała proces miniaturyzacji doprowadzić do ekstremum. Tak, wiem, w kadrze ostali się jeszcze wspomniany Busquets, Keita czy Hleb (również niechciany), wiem, że trener będzie układał drużynę w różnych konfiguracjach. Ale też zanosi się, że w wielu ważnych - może wręcz najważniejszych - meczach wypuści Xaviego (170 cm), Mascherano (174), Iniestę (169) oraz Pedro (169), Messiego (169) i Villę (175).

Niesamowity sekstet. Niesamowity w czasach, gdy linię obronną coraz częściej wznoszą wielkoludy o gabarytach z NBA. A przecież z ławki do gry będzie się wyrywać jeszcze 170 cm Bojana Krkicia oraz 175 cm Jeffrena Suareza. Nawet gdyby Katalończykom znienacka odbiło, by zreformować styl gry, nie mieliby szans - piłka oderwie się od ziemi, to zniknie im z oczu.

Chwyćcie zresztą za lupy i zerknijcie na całość: Victor Valdes (185) - Dani Alves (173), Pique (195), Puyol (178), Adriano (172, choć tutaj może wleźć Maxwell albo Abidal) - Xavi (170), Mascherano (174), Iniesta (169) - Pedro (169), Messi (169), Villa (175). Ledwie dwóch ludzi powyżej metra osiemdziesiąt... W całym sporcie - i w ogóle całej populacji, zwłaszcza europejskiej - przyspiesza gigantyzacja, a Katalończycy wciąż miniaturyzują. Za rok spróbują podebrać kolejnego skrzata - Cesca Fabregasa (174). Kto wie, może to czyni obecną Barcę unikalną w większym stopniu niż własnoręczne rzeźbienie drużyny w La Masii.

Nie namawiam, żebyście szukali zbliżonego ewenementu w nowoczesnym futbolu. Poszukajcie go we wszystkich grach zespołowych...

12:15, rafal.stec
Link Komentarze (66) »
środa, 25 sierpnia 2010

Sevilla przegrała z Bragą (dwukrotnie!) i nie awansowała do Ligi Mistrzów, więc odcięła się od obfitego źródła finansowania, które pozwoliłoby jej choć częściowo nadążać ekonomicznie nad kolosami zasłaniającymi całą resztę ligi hiszpańskiej. Jej wpadka - ach, ten koszmarny wieczór Andresa Palopa - to przygnębiająca wiadomość dla wszystkich, którzy wyżej uszu mają oglądania co weekend, jak krajowi rywale klękają na sam widok piłkarzy Barcelony i Realu Madryt, a ci wychodzą z kolejnych zwycięskich sparingów bez drobnych choćby zadraśnięć.

Tego lata mistrz Hiszpanii wziął już wyborowego snajpera Davida Villę, a zaraz weźmie wybitnego defensywnego pomocnika Javiera Mascherano. Wicemistrz wziął natomiast tłumek arcyzdolnych młodzieńców i oddał ich w ręce Jose Mourinho, trenera, który nigdzie nie przegrał - kolekcjonował trofea i w Portugalii, i w Anglii, i we Włoszech.

A konkurenci?

Trzecia w minionym sezonie Valencia oderżnęła sobie obie najwartościowsze pary nóg - oddając wspomnianego Villę oraz Davida Silvę. Czwarta Sevilla odetchnie z ulgą, jeśli zatrzyma Luisa Fabiano, o wzmocnieniach nie ma mowy, aktualną formę właśnie zaprezentowała. Piąta Mallorca, której utrzymywanie się przy życiu jest jedną z największych zagadek europejskiego futbolu, ze względu na zrujnowane finanse została wyproszona z europejskich pucharów. Z szóstego, uwodzącego stylem Getafe też zbiegli lokalni superbohaterowie - Pedro Leon oraz Roberto Soldado. Właściciel siódmego Villarrealu dawno temu uświadomił kibiców, że w czasach kryzysu trzeba prowadzić się skromniej. Mowę pogrzebową można by ciągnąć, pośród drużyn z ambicjami tylko Atletico Madryt nie wypuściło liderów drużyny, podbierając w dodatku rywalom świetnego obrońcę Diego Godina.

Zdaję sobie sprawę, że z przesunięć transferowych nie wywróżymy przebiegu całego sezonu, że wycenieni na dziesiątki milionów euro niekiedy zawodzą, że wyrwana z rezerw młodzież może rozkwitnąć szybciej niż się spodziewamy. Ale na razie wciąż przybywa powodów, by przeczuwać, że ekstremalność rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii jeszcze się pogłębi. W wielu krajach - Holandia, Rumunia, Turcja, Portugalia, Rosja etc - sensacyjne wyniki osiągają ostatnio kluby z prowincji. Primera Division nadal zmierza w przeciwnym kierunku. Choć po jej boiskach biegają tabuny wirtuozów techniki (dlatego nawet mecze słabych oferują mnóstwo wrażeń), to wyścig po tytuł, który powinien wywoływać najwięcej emocji, znów grozi nam przeraźliwą nudą.

Nie tylko nam. Fanom na Camp Nou i Santiago chętnie się wyrzuca, że kiedy już przycupną na stadionowym krzesełku, nieruchomieją, niemal nie otwierają paszcz, kontemplują zamiast przeżywać. Paradoks: wraz z dokupywaniem gwiazd zjawisko może narastać. Skoro niepokój o wynik ożywia kibiców raz na pół roku...

00:33, rafal.stec
Link Komentarze (212) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Spędziłem dłuższą chwilę z selekcjonerem, dzięki czemu powstał dwukolumnowy wywiad do dzisiejszej „Gazety” i dotarło do mnie, jak bardzo Franciszek Smuda przywiązany jest do swojej wizji futbolu. A że ją w ogóle ma, to już czyni go przedstawicielem gatunku w polskim trenerstwie rzadkiego. Rozmowę znajdziecie tutaj. Przekonał Was selekcjoner? Po lekturze jeszcze bardziej się cieszycie czy jeszcze bardziej się martwicie, że to akurat on przygotowuje piłkarzy do Euro 2012?

09:53, rafal.stec
Link Komentarze (73) »
sobota, 21 sierpnia 2010

Przejście Roberta Lewandowskiego do Borussii Dortmund bardzo ceniony przeze mnie magazyn „World Soccer” umieścił wśród sześciu szczególnie obiecujących transferów tego lata (wyróżnił też Azpilicuetę w Marsylii, Bajramiego w Twente Enschede, Eduardo w Genoi, Topala w Valencii oraz Gaitana w Benfice). Wybór podparł opinią trenera Jurgena Kloppa. Cytuję: „[Lewandowski] to wspaniała mieszanina wzrostu, techniki, atletyczności i pozbawionej egoizmu skłonności do gry zespołowej. Naturalny talent, najbardziej ekscytujący gracz, jakiego widziałem w ostatnich 10-15 latach”. Brzmi zbyt dobrze, powinniśmy podejrzewać, że Klopp świadomie przesadza? Teoretycznie powinniśmy, trener musi pomagać nowemu podwładnemu na wszelkie sposoby, tyle że słowa mógł dobrać zupełnie inne - ostrożniejsze - by efekt również osiągnąć. A Niemiec odśpiewał wręcz odę do Lewandowskiego, wznioślej sławić go chyba by się nie dało.

Kiedy już wynurzyłem się z entuzjastycznych strof o byłym lechicie, odebrałem sygnał z nimi sprzeczny - oto w czwartkowym meczu Ligi Europejskiej z Agdamem Karabach zszedł on z ławki rezerwowych dopiero w 70. minucie i nie dokonał na murawie niczego, co zapada w pamięć. Wcześniej po dwa gole strzelili natomiast jego dwaj konkurenci - napastnik Lucas Barrios oraz ofensywny pomocnik Shinji Kagawa. Ten ostatni jest młodszy od Lewandowskiego (rocznik 1989), kosztował wielokrotnie mniej (drobne 350 tys.), na japońskich boiskach jego snajperska wydajność rosła z każdym sezonem. Trybuny w Dortmundzie rozżarzył już ruchami wstępnymi, przed jutrzejszym startem Bundesligi śmiało obiecuje więcej.

Co bardziej niecierpliwi fani rozpoznają już zapewne zarys fabuły tak przygnębiającej, jak doskonale znanej. Wysyłamy między ludzi piłkarza, który na naszych ligowych wertepach zdawał się czarodziejem, a ten na wychodźstwie natychmiast traci wszystkie moce i przegrywa rywalizację z każdym, na kogo akurat w szatni się natknie. Tym razem padło na anonimowego Japończyka, teoretycznie skazanego na dłuższe męki aklimatyzacyjne - widziałem i Osakę, i Dortmund, i wiem, że przeprowadzka może - wręcz powinna - wywołać kulturowy szok.

Historia zaczyna się typowo, ale powodów, by markotnieć już teraz, nie ma. Lewandowski odróżnia się od kopiących piłkę rodaków i na boisku, i w opowieściach o samotnej pracy nad sobą, a zacumował w okolicach wyjątkowo przyjaznych. Tam, gdzie Polaków szanują, gdzie dadzą mu wsparcie Polacy z Bundesligą już zaznajomieni, gdzie rządzą ludzie chętnie oferujący młodym drugą szansę, gdzie troskliwie opiekują się nawet chronicznymi pacjentami, jak Kuba Błaszczykowski (w czwartek wytrwał 49 minut, znów zszedł z urazem, czeka go dwa tygodnie przerwy). I tam, gdzie pada mnóstwo goli, co dla poszukującego pewności siebie napastnika bezcenne.

Choć w Lewandowskiego wierzę bardziej niż w jakiegokolwiek polskiego piłkarza od dnia wylotu do Glasgow Macieja Żurawskiego, to nie oczekuję, że Lewandowski podbije Bundesligę zaraz. Zdaję sobie sprawę, iż nawet wspomniany Błaszczykowski - jak na nasze standardy gracz również niezwykły - gwiazdą niemieckich traw jest tylko na łamach polskiej prasy. W rzeczywistości rozwija się wolniutko (jeśli w ogóle), grając tym słabiej, im silniejszy przeciwnik wystawi go na próbę. Dlatego chciałbym, by były napastnik Lecha Poznań przynajmniej zeskakiwał z ławki rezerwowych w każdym meczu, strzelił 8-10 goli (we wszystkich rozgrywkach), utwierdził otoczenie w przekonaniu o swoim talencie, uniknął niszczących perturbacji w życiu prywatnym (patrz upadki obu naszych byłych bohaterów Celtiku), rozgościł się w europejskiej piłce.

Wszyscy, którzą liczą na cokolwiek dobrego podczas Euro 2012 roku, powinni dziś spoglądać na Dortmund. Borussia przygarnęła Łukasza Piszczka, chyba jedynego poważnego kandydata do gry na najmarniej obsadzonej pozycji w reprezentacji Polski - prawej obronie. To dla niej gra Błaszczykowski, nasz jedyny skrzydłowy podejrzewany o zdolność do gry z klasą europejską. To w niej wreszcie dojrzewał będzie Lewandowski, nasz jedyny napastnik z przyszłością. Losy żadnej innej drużyny zagranicznej nie powinny kibica naszej kadry interesować dziś bardziej.

14:18, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
środa, 18 sierpnia 2010

Madrycki dyrektor Jorge Valdano ogłosił, że Real zakończył letnią kampanię transferową. Powiedzieć, że udaną, nie wystarczy. Na razie wygląda na to, że nikt w Europie nie obłowił się bardziej.

15 mln euro za Mesuta Ozila? To za młodziutkiego bohatera Bundesligi i ostatniego mundialu nawet nie cena promocyjna, tyle kosztują zbędne graty na garażowych wyprzedażach. Dość powiedzieć, że Inter Mediolan oferował za Niemca dwa razy więcej. Co wiemy od ojca piłkarza, zwierzającego się tureckiej gazecie „Hurriyet” - Ozilowie spotkali się z prezesem Florentino Perezem i dali mu słowo, że jeśli Werder Brema nie puści go do Madrytu teraz, to za rok, po wygaśnięciu kontraktu, nie zarobi na oddaniu gwiazdora ani eurocenta.

Real w ogóle porzucił w tym roku kompulsywne kolekcjonowanie właścicieli najgłośniejszych nazwisk (słono za tę głośność dopłacał) i jął kupować bezwstydnie tanio. Za szóstkę wspaniale rokujących graczy rzucił drobne 75 mln, co daje ledwie 12,5 mln na głowę. A przecież każdy jego wybór zdaje się celny, oczywiście przed spróbowaniem. Ricardo Carvalho gwarantuje, że przyszły przywódca defensywy będzie się znakomicie rozumiał z trenerem - skoro Jose Mourinho miał go w Porto i Chelsea, a potem ciągnął za sobą do Interu, to znaczy, że adiutanta bardziej godnego zaufania i sprawniej wypełniającego rozkazy w karierze nie spotkał. Sami Khedira współtworzył na mundialu urzekającą reprezentację Niemiec, a najlepiej wypadł w półfinale z Hiszpanią, co dobrze wróży przed meczami z Barceloną. Angel di Maria to kolejny kandydat na ponaddźwiękowego skrzydłowego najszlachetniejszego argentyńskiego gatunku; Sergio Canales nie tylko rozstrzelał się w lidze hiszpańskiej jako nastolatek, ale jeszcze zdobywał bramki nagradzane za urodę; Ozil - wiadomo... Co nazwisko, to ogromne nadzieje, dlatego Pedro Leona zepchnijmy chwilowo na ławkę rezerwowych.

Mourinho pozbył się zarazem Gutiego (bo potrzebuje niezawodnych zawodowców, nie chimerycznych wyrośniętych dzieciaków) oraz Raula (trzeciorzędna rola skazałaby go na wieczną depresję, a delikwenci zdołowani nie są potrzebni w żadnej szatni). Ofiar prawdopodobnie jeszcze przybędzie, bo w Madrycie zrobiło się tłoczno, zresztą portugalski trener nigdy nie lubił zbyt szerokiej kadry, uważając ją za wybitnie szkodliwą dla morale podwładnych - z Santiago Bernabeu wyproszeni zostaną, jak przypuszczam, również Drenthe, van der Vaart i M. Diarra.

A wtedy okaże się, że dzięki sensownym handlowym ruchom Real odebrał Arsenalowi miano absolutnie najmłodszej drużyny w europejskiej czołówce. Teraz jego grupa - choć Kaki skreślać mimo wszystko chyba jeszcze nie wypada - wygląda mniej więcej tak: Casillas (29) - Sergio Ramos (24), Pepe (27) lub Albiol (24), R. Carvalho (32), Marcelo (22) lub Arbeloa (27) - Khedira (23) lub Lass Diarra (25) lub Gago (24), Xabi Alonso (28) - C.Ronaldo (25), Ozil (21) lub Canales (19), di Maria (22) - Higuain (22) lub Benzema (22). Nie wiem, czy Mourinho odniesie z nimi sukces (w pierwszym sezonie faworytem ligi pozostaje Barcelona), ale mam wrażenie, że wszędzie, gdzie już odnosił - w Porto, Chelsea oraz Interze - talentu miał w rękach jednak mniej.

23:46, rafal.stec
Link Komentarze (65) »
wtorek, 17 sierpnia 2010

Wciąż nie wierzę w pełne powodzenie projektu Wengera (choć Arsenal dorósł, dzieciaków w podstawowej jedenastce niemal nie uświadczysz i trener znów obwieścił, że czas wziąć tytuł); nie jestem też aż tak naiwny, by widzieć mistrzostwo Anglii w wydatkach szejka Mansoura; za faworytów uważam duet, który uciekł rywalom już w zeszłym sezonie Premier League. Ale nie o tym jest mój felieton do wczorajszej „Gazety”. Zapraszam do lektury tutaj.

09:39, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
piątek, 13 sierpnia 2010

Kiedy właściciel Polonii Warszawa zatrudniał Josego Bakero, dostrzegałem w jego ruchu głównie zaściankowość naszego futbolu. Ach, jaki sławny z Bakero piłkarz był, więc pokłońmy się, pozwólmy mu zabawić się w trenera, nieważne, że w ojczyźnie nikt go nie chciał, że doświadczeń wielkich na ławce nie zebrał, u nas na pewno sobie poradzi. W końcu to fachowiec ZAGRANICZNY. Nie było żadnych poważnych powodów, by przypuszczać, że odniesie sukces.

Kiedy przed obecnym sezonem właściciel Polonii zażądał od piłkarzy zdobycia mistrzostwa kraju, dostrzegałem w jego rozkazach głównie skrajną niekompetencję, szkodliwą zazwyczaj u szefa klubu porywczość, prymitywne przeświadczenie, że w sporcie zwycięstwo kupuje się z dnia na dzień. Wczoraj ledwie obronili się przed spadkiem, dziś biorą złoto? Nie, to w nawet na polskich trawach niemożliwe.

Wciąż nie zmieniłem zdania, ale czy dziś - po derbowym 3:0 z Legią - nie powinna mi wreszcie zajrzeć do łba myśl, że mogę się mylić? Że w tej naszej plątaninie dziwacznych ligowych kopów nie obowiązują normalne reguły gry, dlatego należy unikać kategorycznych sądów, nawet pozornie najbardziej logicznych?

Pytania rzucam, choć sam nadal nie dałem się przekonać, że opowieści niesamowite Józefa Wojciechowskiego mogą zamienić się w rzeczywistość. Triumfu nad Legią nie zamierzam przeceniać. Gospodarzom trafił się przeciwnik, który ostatnio dołował (przeżył najgorszy od lat sezon, dziś nie wygrał piątego ligowego meczu z rzędu); wziął nowego trenera, który już w zeszłym roku nie przygotował drużyny do gry z klasą od początku sezonu; wziął zgraję nowych obcokrajowców, których łączy tylko jedno - żadnego nigdy nie widzieliśmy w akcji, więc nie mieliśmy pojęcia, ile są warci.

Na razie są warci 0:3 w derbach, ale nie radzę ich skreślać, składanie porządnej drużyny musi potrwać dłużej niż kilka tygodni - także wtedy, gdy piłkarze spędzili akurat przyjemne, sprzyjające wytężonej pracy lato, podczas którego nikt im nie zawracał głów europejskimi pucharami. Poloniści mieli zresztą dziś jeszcze jedną przewagę - w środę Adrian Mierzejewski grał u Franciszka Smudy tylko pół godziny, tymczasem legionista Maciej Rybus biegać za Kameruńczykami musiał 45 minut i na pewno odczuwa już trudy sezonu.

Czy pewnego dnia selekcjoner powoła Smolarka? Piękny gol tego holenderskiego piłkarza - on akurat anonimowym obcokrajowcem nie jest, gdyby kierować się dotychczasowym dorobkiem, musielibyśmy nazwać go bezdyskusyjnie najjaśniejszą gwiazdą ligi - sprawił mi niewysłowioną przyjemność. To dopiero byłaby historia niesamowita, gdyby Smolarek, który jeszcze przed chwilą w najbardziej przerażających koszmarach nie widział siebie - siebie w sile wieku! - w polskiej lidze, właśnie w polskiej lidze sportowo zmartwychwstał...

23:38, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 12 sierpnia 2010

Tiago Manuel Dias Correa, na którego wołają zwyczajnie Bebe, jest sierotą, kawał dzieciństwa spędził na ulicy, reprezentował Portugalię na futbolowych mistrzostwach świata bezdomnych. Ostatnio grał w trzecioligowej Estrela da Amadora, w lipcu podpisał pięcioletni kontrakt z pierwszoligową Vitorią Guimaraes.

Nie zdążył zagrać dla niej żadnego meczu. Minął miesiąc i stał się piłkarzem Manchesteru, który za kompletnie anonimowego 20-latka zapłacił 7 lub wręcz 7,6 mln funtów (różne źródła podają rozbieżne dane). Wydał tyle, ile nakazywała wydać tzw. klauzula wykupu.

Też zbaranieliście? Pisałem już przed ubiegłorocznym finałem Ligi Mistrzów, że Alex Ferguson prowadzi wybitnie oryginalną politykę personalno-transferową. Nie przywiązuje się do żadnej nacji ani nawet kontynentu, do nikogo się też nie uprzedza, zagląda w najbardziej zaskakujące rejony świata, lubi mieć drużynę wielobarwną pod względem narodowościowym. Trzyma w szatni m.in. Polaka, Meksykanina, Ekwadorczyka, Koreańczyka i Bułgara, niedawno trzymał również wyłowionego znikąd Angolczyka - to nie jest koktajl na tym poziomie typowy. (To zróżnicowanie ma więcej poziomów, szczegóły w tamtej notce - „United Colors of Manchester").

Wczoraj Ferguson przebił wszystkie swoje dotychczasowe posunięcia. Choć musi oszczędzać i zapowiadał, że kupował tego lata już nie będzie, wydał sporo pieniędzy na dużego już chłopca, który nigdy nie rozegrał poważnego meczu. Napastnika polecił Carlos Queiroz - niegdyś drugi trener MU, ostatnio selekcjoner portugalskiej kadry. Ferguson widział go z bliska tylko raz, dzień przed sfinalizowaniem transakcji, a przecież podlotkiem zakochującym się od pierwszego załopotania rzęsami nie jest. Nawet jeśli urodził się Bebe nieziemsko utalentowany, to skąd wiadomo, czy mentalnie zniesie rywalizację na szczytach? Znacznie tańszych piłkarzy podgląda się znacznie dłużej, zanim zapadnie decyzja o zakupie.

Takiego interesu w wielkim futbolu nie pamiętam i szczerze się przyznam, że nie wierzę w podawaną wysokość kwoty odstępnego. Wynajdywanie Hernandezów i Bebe ma być odpowiedzią na kosztowne zbrojenia plującej dziesiątkami milionów drużyny City, która planuje pałacowy przewrót w mieście Manchester? Ależ wyzwanie przed Fergusonem...

11:56, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi