RSS
sobota, 29 sierpnia 2009

Dotąd były tylko przygrywki, prawdziwe na serio futbolowy sezon klubowy zaczyna się w ten weekend. A wraz z nim moje blogowanie na żywo. Dzisiejszą kaskadę hiciorów już tutaj zapowiadałem, a przecież jutro poprawiny - ocalałej po kolejnych wstrząsach Valencii starcie z Sevillą widzi mi się pasjonująco, mecze Romy z Juve oraz Marsylii z Bordeaux - co najmniej bardzo ciekawie. Gotowi, żeby się przeżreć?

16.57. Zanim przejdę do kopania na serio, słówko o lidze polskiej. Zerkam właśnie na Wisłę z Jagiellonią i tak sobie myślę - mając  w świeżej pamięci, co odstawiają Legia z Lechem - że tym razem piłkarze nie tylko nas zamęczą poziomem, ale i zanudzą. Jeszcze miesiąc lub dwa i krakowianie obronią tytuł, co utwierdzi ich w wygodnym przekonaniu, że porażka z Levadią była czystym przypadkiem.

17.08. Chelsea już rozjechała Burnley, zaraz Manchester sprawdzi rozbujany Arsenal. Ja wiem, że uwielbiacie - uwielbiamy - przede wszystkim piłkarzy, ale dla mnie to są jednak pojedynki trenerskie. Drugiej takiej pary antagonistów nie ma, obaj istnieć bez siebie nie mogą, inne Benitezy jeszcze muszą popracować, żeby doskoczyć do ich pułapu. Ferguson i Wenger są jak Real i Barcelona, Yin i Yang, Człowiek, Który Chce Zawładnąć Światem i James Bond. Jak jeden odejdzie, drugi poczuje pustkę, też mu się odechce, przeszłość już zawsze będzie smaczniejsza niż teraźniejszość. Co uderzające, w publicznych wypowiedziach coraz mniej między nimi jadu - choć obowiązkową wrogość rzecz jasna pozorują - zwycięża raczej wzajemny szacunek i respekt.

17.27. No dobra, a na kogo się na Old Trafford gapić? W MU chwilowo na nikogo, ta drużyna dopiero szuka tożsamości po odejściu C. Ronaldo. Wenger porównał ten moment do sytuacji Arsenalu po utracie Thierry'ego Henry'ego, również płodnego snajpersko i rozstrzygającego o wynikach. Mnie na razie u obrońców tytułu nikt nie porywa. Natomiast w Arsenalu chcę się gapić na Arszawina. Na europejskie wyżyny wdryblował późno (rocznik 1981), ale moim zdaniem to bezsprzecznie najcudowniej utalentowany piłkarsko okaz z plemion poradzieckich od czasów - tych szczytowych - Andrija Szewczenki.

17.41. Ferguson wzywa swoich ludzi, by poprawili bilans w meczach z potęgami. Pamiętacie poprzedni sezon? MU został mistrzem dzięki uporczywemu - długimi okresami to była istna mordęgą i dla graczy, i dla oglądaczy - ciułaniu punktów. W szlagierach fajerwerków nie było, z sześciu meczów przeciw Arsenalowi, Chelsea i Liverpoolowi wygrały "Czerwone Diabły" zaledwie jeden.

 17.56. Najbardziej intryguje Real. Potentatów angielskich, niemieckich i włoskich znamy, niezależnie od wyników zaskoczyć mogą nas tylko do pewnego stopnia. A tworu madryckiego w boju o stawkę nikt nie widział, nie pamiętam, by jakakolwiek drużyna ze ścisłej europejskiej czołówki - o ile Los Merengues po serii chudych lat w Lidze Mistrzów można jeszcze za takową uznać - wymieniła latem trenera i siedmiu graczy z podstawowego składu. Szczerze? Nie mieści mi się w głowie, że z tych doskonałych podzespołów trener Pellegrini z dnia na dzień złoży rakietę dolatującą w 90 minut do innej - zupełnie nowej, dopiero odkrytej - galaktyki. Faworytem musi znów być Barcelona, choć 120 niełatwych minut to tylko zwiastun maratonu, który czeka każdego zwycięzcę LM.

18.01. Są składy pierwszego hitu. MU: Foster, O'Shea, Brown, Vidic, Evra, Valencia, Fletcher, Carrick, Nani, Giggs, Rooney. Arsenal: Almunia, Sagna, Gallas, Vermaelen, Clichy, Eboue, Denilson, Song Billong, Diaby, Arshavin, van Persie.

18.07. Centralna postać Realu? Xabi Alonso. W każdym sensie. Będzie truchtał w środku boiska, powinien czuwać nad organizacją całości. Ma swojego Xaviego Barca, musi mieć i Real. To ma być kluczowa postać planu na nową drużynę. Jeśli zawiedzie, zamiast drużynę możemy znów zobaczyć zbieraninę. Przypomnijcie sobie, kogo mieli za plecami Kaka i CR w poprzednich klubach.

18.08. Rywal Realu teoretycznie na początek idealny. Zbiedniałe Depor pewnie się utrzyma. I tyle będą kibice z tego sezonu mieli.

18.12. Sorry, wtręt siatkarski. Michał Winiarski znów w Skrze Bełchatów! Wrócił z ligi włoskiej. I dobrze, o jego zdrowie można tylko drżeć, a znajome italiańce donoszą, że trener w Trento potrafiłby zarżnąć każdego byka.

18.15. A co przed derbami Mediolanu? W Milanie status quo, tam trener wielkiego wyboru nie ma, wszystko wisi na duecie Ronaldinho - Pato. W Interze kolejne kombinacje chemika Mourinho - wedle zapowiedzi w pomocy obrońca Santon, za napastnikami raczej defensywny Muntari. Tego ostatniego ocaliła fatwa egipskich dygnitarzy muzułmańskich - dali zawodowym piłkarzom dyspensę, więc mimo ramadanu piłkarz z Ghany mógł dziś spożywać po świcie i nie zacznie meczu o suchym pysku.

18.56. Bloksa nie znoszę od dawna, ale nawalić w takim momencie to już niesłychany skandal. Stąd przerwa w nadawaniu. Ale na OT trzęsienia murawy też nie było. Przed nacierającym facetem z piłką jest zazwyczaj jeden ewentualnie dwóch kolegów, więc obaj bramkarze raczej zrelaksowani. Nie przesadzają z tym respektem nasi trenerscy giganci? Mam wrażenie, że jeśli padnie gol, to po stracie piłki przez którąś drużynę na własnej połowie.

19.00. I co pisać, skoro już napisałem przed meczem - patrzcie na Arszawina? 1:0 dla Arsenalu. Znów mam skojarzenia z Szewczenką - ileż ten napadzior, ponoć król pola karnego, załadował superważnych goli petardami odpalonymi zza pola karnego...

19.14. Mecz mnie rozczarowuje - dużo ganiania, mało grania. Trzy pytania mam. Kiedy ostatnio MU przez 45 minut nie oddał celnego strzału na OT? Czy Ben Foster nie mógł zareagować lepiej? I pytanie najbardziej ryzykowne, po blogowemu pochopne - czy poszukiwania następcy van der Sara będą trwały tak długo, jak poszukiwania następcy Schmeichela?

19.44. 2:1 dla MU! To się nazywa mieć gen autodestrukcji. Silny gen. Trzeba być Arsenalem, Tottenhamem, Valencią albo Wisłą (Wisłą w pucharach), żeby tak pokazowo zrobić sobie krzywdę. Gospodarze wciąż nie umieli celnie uderzyć, ba, składnie zaatakować, aż prezent zrobił im Manuel Almunia, który sfaulował Rooneya i dał mu rzut karny. A potem kompletnie głowę stracił Diaby. I, niestety dla niego, od tej głowy odbiła się piłka. Manchester obejmuje w prowadzenie kilkanaście sekund po strzale rywali w poprzeczkę. W meczu, w którym grał o klasę słabiej...

20.11. Koniec na Old Trafford. 2:1. Sezon MU do dziś: tradycyjne narzekanie i wybrzydzanie połączone z szukaniem dziury w całym, ale do lidera tylko trzy punkty straty. Sezon Arsenalu da dziś: 400 minut z okładem świetnej gry, a potem wystarczają dwa kiksy - popełnione w mgnieniu oka - i mamy wrażenie, że robi się jak zwykle. Czyli przerost formy nad treścią. Optymista powie, że na OT każdy może przegrać. Pesymista - że jeśli dziś Arsenal przegrał, to co będzie, kiedy rywale zagrają dobrze?

20.12. Real w poprawionej wersji perezowej też rozpoczyna od przerostu formy nad treścią - prezes efekciarz zaprosił Usaina Bolta, żeby ten uświetnił inaugurację kopnięciem piłki swoją gepardzią stopą. A potem CR huknął na ostatnie piętro Santiago Bernabeu.

20.30. Real z Depor w porównaniu z wyspiarskimi szybkobiegaczami pykają sobie wolniuteńko, ale piłkarsko wygląda to znacznie smaczniej. Już 1:0, po golu Raula Gonzaleza. Na razie w całej Europie rządzi stary Real: w Bayernie szaleje kupiony wczoraj Robben (dwie bramki z Wolfsburgiem), a w Mediolanie trener Mourinho wystawia w podstawowej jedenastce kupionego wczoraj Sneijdera.

20.32. Już 1:1 w Madrycie. Oj, chyba mam kłopot z blogowaniem i oglądaniem 17 meczów na raz. Zwalniam, zaraz pełna koncentracja na derbach (również z racji obowiązków zawodowych - do gazety będę o tym pisał).

20.45. Już myślałem, że derby Mediolan rozpoczną się z oboma kapitanami w rezerwie, ale Zanetti wbrew zapowiedziom na boisku. Rozegra 108. ligowy mecz z rzędu, ostatnio opuścił Inter jesienią 2006. Muntari i Santon jednak na ławie - oj, się naraża wielki Jose dziennikarzom włoskim, oni nie znoszą, jak się ich oszukuje ze składem:-) Dla Realu karnego strzela CR, faworyt prowadzi 2:1.

21.03. Jak wspominałem, stary Real rządzi w Europie. Najlepszy moment Interu to bomba z dystansu Sneijdera, znakomicie wybroniona przez Storariego, czwartego ostatnio bramkarza Milanu (po Didzie, Kalacu, Abbiatim). Najciekawszy moment Milanu: Flamini w nowej, niezwykłej roli - dynamicznego skrzydłowego. Minął samego Maicona!

21.19. Piękna, szybka kombinacja, w finale Milito do Motty i gol. 1:0 dla Interu. Jeśli tak ma wyglądać życie bez Ibrahimovicia, nerazzuri będą w siódmym niebie. W poprzedniej wersji podobne arcydziełka pracy zespołowej im się nie zdarzały. Ktoś na forum opowie, co się dzieje w Madrycie? Przeczytam w przerwie:-)

21.33. Samobójcę Diaby'ego przebił Gattuso. To był szokujący pakiet nieszczęść: sprowokował IGG karnego; poprosił o zmianę (nawet on nie zawsze wytrwa 90 minut z urazem); musiał czekać, aż Seedorf się oporządzi; rozjuszony popełnił bezmyślny faul w środku na boiska, dostał czerwoną kartkę. Do przerwy 0:3, sprawa rozstrzygnięta. Pamiętacie 2001 rok i Inter - Milan 0:6? Będzie rewanż?

Dla Kaya oficjalne podziękowania za relację z Madrytu. Dla dawidu za ligę cypryjską:-)

21.43. Odpowiedź na pytanie, czy Gattuso zagrał jakiś dobry mecz po kontuzji - nie zagrał. Ten był jego 401. w Milanie. Typuję, że najgorszym.

21.53. Komentator Canal+ mówi, że wszystko, co najgorsze, już Milan spotkało. Nie zgadzam się. A konieczność wyjścia na drugą połowę?

22.14. Trwa obijanie Milanu, tym razem cios o obezwładniająco perfekcyjnej trajektorii wyprowadził Stankovic. 0:4.

W związku z brakiem innych znaczących wydarzeń na San Siro, chciałbym oficjalnie podtrzymać swoją prognozę, że najfajniejszy mecz weekendu rozpocznie się jutro o 19 w Valencii. Od tego sezonu w La Liga chciałbym przede wszystkim tego, żeby ktoś spróbował podgryzać wielką dwójkę i przestało być tak nudno w samym czubie. (W poszukiwaniu atrakcji z nadzieją spoglądam też na moje ulubione maleństwo Villarreal).

22.38. To były najszczęśliwsze derby dla Interu od 1974 roku. To były najsmutniejsze derby dla Gennaro Gattuso w życiu.

Przepaść między lokalnymi rywalami jeszcze się powiększa, jeśli zajrzymy poza boisko. Inter to bardzo szeroka kadra, pełna arcymocnych zmienników na każdej pozycji - kto dziś pamiętał o nieobecnym Cambiasso? (Zimą ma przyjść na dokładkę Pandev z Lazio). Milan rezerwy ma wątłe i jego kłopoty mogą zacząć się dopiero, gdy kilku piłkarzy skoszą kontuzje. Rozwiązywał będzie je Leonardo, który pędził na ekspresowe kursy dokształcające, żeby na ławce usiąść z jakimkolwiek papierkiem...

16:59, rafal.stec
Link Komentarze (153) »
piątek, 28 sierpnia 2009

Już jutro. W Anglii Manchester podejmuje rozpędzony Arsenal, w Niemczech Bayern gra z mistrzem Wolfsburgiem, w Hiszpanii debiutuje odnowiony za ćwierć miliarda euro Real Madryt, Włochów rozpalają derby Mediolanu. To pierwsza pękająca od hitów sobota sezonu.

Wieczór rozpocznie się o 18.15 na stadionie Old Trafford. Premier League ledwie ruszyła, ale obrońcy tytułu zdążyli się już nasłuchać, że popadli w kryzys. Wystarczyła jedna porażka, by zgodnie z duchem naszych czasów ogłosiła go prasa. Choć beniaminkowie często zaczynają sezon z determinacją i sprawiają niespodzianki - a Manchester United przegrał z Burnley, które wróciło do Premier League po 33 latach - to natychmiast rozgorzała debata, czy istnieje życie po sprzedanym Cristiano Ronaldo. Były nawet radykalne wnioski - że nie istnieje.

Piłkarze MU błyskawicznie udowodnili, że bez zjawiskowego portugalskiego skrzydłowego też umieją strzelać gole. Drużynie Wigan wbili ich aż pięć, i to nogami graczy najbardziej ofensywnych, którzy mieli się podzielić snajperskimi obowiązkami po odejściu nadludzko skutecznego Ronaldo - Wayne’a Rooney’a, Berbatowa, Owena, Naniego.

Bój z Arsenalem będzie oczywiście wyzwaniem nieporównanie poważniejszym. Rozpędzeni Londyńczycy zmiatają z murawy rywali i w kraju, i za granicą, znów uwodzą bajecznym stylem gry, łatwo zapomnieli o kolejnych utraconych gwiazdach (Adebayor, Kolo Toure). W minionym sezonie słono płacili za błędy młodości, teraz zdaniem trenera Arsene’a Wengera dojrzeli, by znów bić się o tytuł. Dojrzeli także metrykalnie (średnią wieku nie ustępują już MU), a wspiera ich manipulujący po brazylijsku stopą Rosjanin Andriej Arszawin, kupiony wiosną za 15 mln funtów i typowany przez wielu ekspertów na gwiazdę sezonu w lidze. W Arsenalu zabraknie jednak przywódcy drugiej linii - wyleczyć nie zdążył się Cesc Fabregas.

O 18.30 gra Bayern. Monachijczycy w zapaści rzeczywiście się znajdują. Permanentnie. Klub, którego finansowa przewaga nad konkurencją teoretycznie skazuje także na hegemonię sportową (podobną do hegemonii Lyonu, który zostawał mistrzem Francji siedem razy z rzędu) znów zaczął sezon słabiutko. Po trzech kolejkach pozostaje bez zwycięstwa. Jutro sprawdzi się z Wolfsburgiem, z którym wiosną przegrał walkę o tytuł. Na razie odniósł kolejny sukces transferowy - podpisał kontrakt z błyskotliwym skrzydłowym Arjenem Robbenem.

Robbena nie chciał Real, który latem pozbył się także 11 innych piłkarzy, by zrobić miejsce dla tłumu megagwiazd sprowadzonych za 250 mln euro. Szaleństwa prezesa Florentino Pereza skupiły uwagę całego świata Madrycie i uczyniły wspaniałe triumfy Barcelony najszybciej zapomnianymi wielkimi sukcesami w dziejach piłki nożnej. Liczyły się tylko bulimiczne zakupy Realu.

Dziś liczy się już wynik. Rusza liga hiszpańska, o godz. 20 z Deportivo La Coruna mają zagrać m.in. - wymieniając od najdroższego do najtańszego - C. Ronaldo, Kaka, Karim Benzema, Xabi Alonso, Raul Albiol i Alvaro Arbeloa. Czy nowy trener Manuel Pellegrini, którego osobą mało kto się w trakcie wakacji zajmował, z dnia na dzień skleci z nich drużynę wielką, zdolną stawić czoła Barcelonie?

Wesleya Sneijdera wziął z Realu Inter. Ten transfer miał zamknąć przebudowywanie drużyny przez Jose Mourinho, któremu brakowało właśnie rozgrywającego i który rozpoczął sezon kiepsko. Jego piłkarze przegrali z Lazio w Superpucharze Włoch i zremisowali z Bari w ligowej inauguracji. Trener manifestował umiarkowane zadowolenie z poziomu gry (choć nie ze skuteczności), ale prasa zarzuca mu niecierpliwość w reagowaniu na przebieg meczu. Mourinho bowiem w razie kłopotów lubi szybko wprowadzić zmiany i mieć na boisku nawet czterech graczy wybitnie ofensywnych.

Mistrz Włoch zmierzy się o 20.45 z Milanem. Lokalni rywale wypadali fatalnie w letnich sparingach, by udanie zacząć ligę. Co więcej, jednym z bohaterów zwycięskiego wieczoru w Sienie był poddany zmasowanej krytyce Ronaldinho, którego premier Silvio Berlusconi pociesza i promuje na następcę Kaki w roli lidera drużyny. Jesienią ubiegłego roku to on rozstrzygnął derby Mediolanu.

Niestety, nie da się skonsumować wszystkich tych delicji. Dlatego mój plan na przyssanie się do telewizora wygląda tak: łykam Manchester z Arsenalem, potem pierwszą połowę Real z Deportivo, by w przerwie madryckiej uczty zacząć chłonąć derby Mediolanu. Wcześniej, od popołudnia i podczas rzucania okiem na Wisłę Kraków i Jagiellonię, pobloguję na żywo o wszystkim po trochu - oczywiście w trakcie szlagierowych transmisji z umiarkowaną intensywnością, nad pisanie przedkładam jednak oglądanie:-)

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (27) »

W europejskich pucharach w wersji biało-czerwonej znów zrobiło się bezprecedensowo, wszystkie nasze kluby - mimo niewątpliwej waleczności, nieustępliwości oraz szlachetnych intencji piłkarzy - zostały z nich wyproszone przed końcem wakacji, 27 sierpnia. Tego jeszcze nie było. Lech utrzymał reputację o tyle, że znów dał nam sporo emocji (nieuznane gole, dogrywka, karne etc), ale przez 210 minut walki sprawiał wrażenie bezwzględnie słabszego od Club Brugge.

Teraz wypada spojrzeć w przyszłość. Ile są w stanie osiągnąć w Lidze Europejskiej piłkarze Club Brugge? Odpowiedzi na niezbyt fundamentalne dla przyszłości belgijskiego futbolu pytanie poszukajmy metodą naukową. Metodą naukową, czyli poprzez analizę dokonań innych drużyn, które w tym sezonie pobili naszych zuchów.

Polonię Warszawa wyeliminowali piłkarze NAC Breda. W następnej rundzie przyjęli od Villarrealu dziewięć goli i odpadli.

Legię Warszawa wyeliminowali piłkarze Broendby. W następnej rundzie pozwolili Hercie Berlin zdobyć trzy bramki w 10 minut i odpadli.

Wisłę Kraków - to już w Lidze Mistrzów - wyeliminowali dzielni piłkarze Levadii. W następnej rundzie ulegli naszym bratankom z Debreczyna i odpadli. Wtedy zostali relegowani do Ligi Europejskiej, w której Galatasaray przyładowało im 5:0 w Stambule. I odpadli.

Słowem, pogromcy Polaków ostatnią rundę eliminacji do LE zakończyli z niezbyt satysfakcjonującym bilansem bramkowym 6-19. I w komplecie odpadli.

Niech się Club Brugge po szczęśliwym wyeliminowaniu Lecha boi. Niech się naszych boją wszyscy w Europie. Wylosowałeś mistrzów nadwiślańskiej Ekstraklasy? Szykuj się, w kolejnej rundzie - już po zbiciu Pola(cz)ków - zbierzesz ciężko po łbie.

00:38, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
czwartek, 27 sierpnia 2009

Notkę tworzę dzięki czujności Łukasza Anczyka, który pod poprzednią zamieścił link do kolejnego arcydziełka Władysława George’a Engela. Arcydziełko zainspirowane środą w Lidze Mistrzów przeklejam w całości, zachowując oryginalną pisownię, od siebie dodając wyłącznie podkreślenia:

W ubiegłym roku zespół Anorthosis Famagusta z Łukaszem Sosinem w składzie, reprezentował w Lidze Mistrzów klubowy futbol z wyspy Afrodyty. Obecnie kolejny zespół cypryjski Apoel Nicosia awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. To szczególny powód do zadowolenia dla polskich zawodników. Wypada przypomnieć, że na jakość marki Apoelu Nicosia od wielu lat pracowali również polscy trenerzy i piłkarze. Jacek Gmoch zdobył Mistrzostwo Cypru a mnie udało się zdobyć z tym klubem przed trzema laty Puchar Cypru z grającymi w składzie zespołu Jarosławem Popielą i Andrzejem Krzyształowiczem. Znakomicie zapisał się również w tym klubie nasz piłkarz Wojciech Kowalczyk a obecnie świetnie sobie radzą Kamil Kosowski, Marcin Żewłakow i Adrian Sikora, którzy właśnie świętują największy sukces w historii tego klubu. Cypryjski futbol od wielu lat powoli, mozolnie buduje swoją rangę na międzynarodowej arenie. Zaczęto od infrastruktury. Piękne stadiony w każdym większym mieście a w niektórych po kilka, znakomite miejsca treningowe, z których korzystają w okresie przygotowawczym również polskie zespoły. Budżety klubowe wciąż zdecydowanie większe aniżeli w Polsce, ciekawi piłkarze ściągani z całego świata. Sezon trwa cały rok bez przerwy zimowej a więc zupełnie inny sposób przygotowań do sezonu aniżeli w Polsce. Pamiętam, kiedy mówiłem o mojej pracy z cypryjskimi zespołami i moje przewidywania że w niedalekiej przyszłości trudno nam będzie z nimi rywalizować większość moich przyjaciół przyjmowała to z pobłażliwym uśmiechem. Najważniejsze, że będzie komu kibicować w fazie grupowej bo i sympatycznemu zespołowi grającemu w żółto-niebieskich barwach i naszym zawodnikom, którzy mają swój wielki udział w tym sukcesie.

Jaki Engel jest, każdy widzi, nie będę tutaj znów sławił jego analitycznych talentów oraz onieśmielającej głębi przemyśleń. Cytuję go, bo choć wy - jak napisaliście w komentarzach - uważacie jego komentarz za przewidywalny, to mnie jednak, słowo honoru, on znów nie mieści się we łbie; bo to jednak wciąż wpływowy człowiek w naszej piłce; bo kompletnie nie umiem wymyśleć, co musi się dziać w mózgowych zwojach ważnej pezetpeenowskiej persony, żeby z awansu Apoelu Nikozja do Ligi Mistrzów wyciągnąć akurat te wnioski. Czy nasz eksselekcjoner naprawdę siedział, patrzył na gola Kosowskiego i przyjemnie mu się na duszy robiło, że wspaniale zasłużył się dla nikozyjskiej marki? Rozmyślał, jak to pięknie bywało z Popielą i Krzyształowiczem? Mówił sobie w duchu, że „najważniejsze, że będzie komu kibicować”?

Właściwie to chciałem zaproponować wspólne przeprowadzenie zdalnej tomografii albo EEG engelowego mózgu. W ostateczności zadowoliłaby mnie nawet prosta psychoanaliza. Do meczu Lecha w Brugii trochę czasu jeszcze zostało, może rzucicie ciekawą hipotezę?

19:10, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
środa, 26 sierpnia 2009

Eliminacje zakończone, znamy już wszystkich uczestników najważniejszych klubowych rozgrywek w Europie.

Liga Mistrzów z punktu widzenia najbogatszych: status quo. Prezes UEFA Michel Platini odtrąbił regulaminowy przełom, który miał ich hegemonię naruszyć. Nie naruszył, zgodnie z moimi - nie chwaląc się - przewidywaniami, spisanymi tutaj. Anglicy, Hiszpanie i Włosi wciąż posyłają po czterech swoich przedstawicieli do fazy grupowej, a Niemcy i Francuzi po trzech. Nawiasem mówiąc, ścisła czołówka rankingu UEFA nie drgnęła od 1999 roku, w którym, nie zgadniecie, wszechpotężna Premier League tkwiła pod ligą holenderską. Ostatnią sensacją w najściślejszym tego słowa znaczeniu, rozumianą jako triumf zahukanych prowincjuszy nad tytanami, pozostaje wyeliminowanie przez Helsingborg mediolańskiego Interu. Minęło od tamtego cudu (Recoba nie strzelił karnego w ostatnich sekundach) już dziewięć lat.

Liga Mistrzów z punktu widzenia średniaków: klops. Celtic Glasgow, Sporting Lizbona czy Anderlecht Bruksela - to oni słono zapłacili za rewolucję Platniego, która paradoksalnie najbogatszych wzmocni, bo osłabi ich najpoważniejszą konkurencję. Powiększy się przepaść między najbogatszymi a bogatymi średniakami.

Liga Mistrzów z punktu widzenia biedaków: mikroskopijna poprawa. W zeszłym roku udało się awansować białoruskiemu BATE Borysow (budżet na poziomie Odry Wodzisław), w tym roku - węgierskiemu Debreczynowi (specjalne ukłony powinni nasi bratankowie złożyć Wiśle Kraków). W euforii są piłkarze Maccabi Hajfa i FC Zurich - to ich ofiarą padły Celtiki i Sportingi. Biedni odebrali średniakom, nie bogatym. Drugi z rzędu awans Cypryjczyków zasługuje ze zrozumiałych względów na osobną notkę. Nie wiem, czy ją popełnię, mogę nie wytrzymac psychicznie.

Liga Mistrzów z punktu widzenia Polaków: jesteśmy na wymarciu. Łowcom sensacji nasza Wisła sprawiła pewnie mnóstwo przyjemności, bo jej porażka - oczywiście przypadkowa, chyba nikt nie ma wątpliwości - z Levadią była porażką mistrza ligi sklasyfikowanej na 26. miejscu w Europie z mistrzem ligi sklasyfikowanej na miejscu 42. Przebili krakowian prażanie, najbardziej nieoczekiwanym rozstrzygnięciem było chyba wyeliminowanie Slavii (czeska liga plasująca się na pozycji 18.) przez mołdawski Sheriff Tiraspol (pozycja 37.).

Inne niespodzianki po polsku? W rewanżowym meczu Apoelu Nikozja z FC Kopenhagą wystąpiła trójka naszych rodaków na szpicy (wszyscy razem grali przez 10 minut) - Kamilem Kosowskim, Marcinem Żewłakowem i Adrianem Sikorą. Takiego dziwa w LM jeszcze nie było. Mamy zatem dwóch polskich bliźniaków w najważniejszych klubowych rozgrywkach i nie są to, o dziwo, bracia Brożkowie. O dziwo i o zgrozo. Dzięki sukcesowi Apoelu nie padł kolejny ponury rekord. Gdyby bowiem mistrzowie Cypru nie awansowali, w rundzie grupowej mielibyśmy zaledwie dwóch Polaków z realnymi szansami na grę - Michała Żewłakowa (mocna pozycja w Olympiakosie) oraz Rafała Murawskiego (żywimy nadzieję, że się przebije w Rubiniu Kazań). A tak nasi idą na podbój Europy ławą.

Dlaczego mimo wszystko piszę, że nasi wymierają? Polscy bramkarze wciąż ślęczą na ławkach rezerwowych lub na trybunach (36-letni Jerzy Dudek, 27-letni Tomasz Kuszczak, 24-letni Łukasz Fabiański), natomiast ich koledzy z pola pędzą ku schyłkom karier - bracia Żewłakowowie skończyli 33 lata, Kosowski ma 32, Sikora - 29, a Murawski 28 lat. Skąd brać następców, skoro wypychanego z Wisły Pawła Brożka - naszej niekwestionowanej gwiazdy, podwójnego króla strzelców ekstraklasy - nie chce ani średnie Fulham, ani żaden inny w miarę poważny europejski klub?

23:55, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
wtorek, 25 sierpnia 2009

Jose Mourinho tym razem rozgniewał Mohameda Nour Dachana, przywódcę włoskiej unii skupiającej organizacje islamskie. Po meczu z Bari, w którym już po pół godzinie zdjął z boiska Sulleya Muntariego, trener Interu Mediolan stwierdził, że słabsza dyspozycja pochodzącego z Ghany piłkarza jest związana z ramadanem, i zasugerował, że wobec panujących upałów nie powinien on pościć.

Ramadan to dziewiąty - święty - miesiąc kalendarza muzułmańskiego. Pobożny muzułmanin w jego trakcie nie je, nie pije, nie pali ani nie uprawia seksu między wschodem i zachodem słońca. Wyczynowi sportowcy miewają kłopoty, brakuje im i kalorii, i odpowiedniego nawodnienia organizmu, które chroni przed kontuzjami. Napić się „na zapas”, przed świtem, nie ma sensu, bo człowiek szybko pozbywa się nadwyżki płynów. Co gorsza, pozbywa się więcej niż musi.

Włoska prasa cytuje dietetyków pracujących ze sportowcami, według których jednoprocentowy spadek nawodnienia może wywoływać nawet 20-procentowy spadek wytrzymałości.

W tym roku początek ramadanu przypadł na 22 sierpnia. - Nie jest to idealny moment dla piłkarza - skomentował Mourinho. Wspomniany islamski przywódca w odpowiedzi dał do zrozumienia, że portugalski trener stracił dobrą okazję, żeby pomilczeć.

Muntari problemy miał również po meczu. Wylosowano go do kontroli antydopingowej, ale z oczywistych względów nie potrafił wycisnąć z siebie próbki moczu. Napić się nie chciał. Ostatniego łyka zrobił ponad 12 godzin przed ligową inauguracją z Bari. I tak zrobił tego dnia wyjątek. Po południu skubnął trochę makaronu z sosem pomidorowym i parmezanem.

Problem niegdyś w europejskim futbolu niemal nieznany dotyka coraz więcej klubów. We Włoszech ściśle postu przestrzega także marokański pomocnik Houssine Kharja, którego trener Genoi postanowił w niedzielę na wszelki wypadek przetrzymać na ławce rezerwowych. Real Madryt zatrudnia aż trzech muzułmanów, więc lekarze przygotowali specjalny program dla Karima Benzemy, Lassa Diarry i Mahamadou Diarry, by zapobiec odwodnieniu ich organizmów i przeciwdziałać skutkom nagłej utraty kilogramów. Dla Allaha poświęca się też Frederic Kanoute z Sevilli - ten sam, który biegał w innej koszulce niż koledzy z drużyny, bo nie chciał reklamować sponsorującej klub firmy bukmacherskiej. Islam nie toleruje hazardu.

Egipski futbol postanowiły ratować tamtejsze autorytety religijne. Dali dyspensę członkom młodzieżowej reprezentacji, która kilka dni po zakończeniu ramadanu wystąpi w mistrzostwach świata. W dodatku jest gospodarzem turnieju. - Wykonujący trudną pracę i zagrożeni osłabienieniem organizmu mogą przerwać post - brzmiało oświadczenie organizacji Dar al-Ifta. Piłkarze odmówili.

Nie wszyscy muzułmańscy gracze dochowują religijnych powinności. Eric Abidal, Seydou Keita i Yaya Toure z Barcelony ponoć opóźnią post, by dobrze wypełniać swoje obowiązki wobec klubu. Algierski napastnik Sieny Abdelkader Ghezzal twierdzi, że pości tylko w dniach, w których nie gra i nie trenuje. - Musiałem zmienić przyzwyczajenia w pierwszym roku zawodowego uprawiania futbolu. Byłem w trzecioligowym Crotone, po dwóch tygodniach rozchorowałem się, więc zacząłem jeść - opowiada piłkarz, który w sobotę strzelił gola Milanowi. Identycznie zachowuje się Gokhan Inler, szwajcarski pomocnik o tureckich korzeniach. On też zagrał w Udinese pełne 90 minut.

FIFA poprosiła - i ją uzyskała - dwa kluby z Algierii o zgodę na badanie piłkarzy przed, w trakcie i po ramadanie, by zbadać wpływu postu na ich zdrowie.

Poszukiwanie „rozwiązania dla sprawy Muntariego” zapowiedział też Mourinho. W sobotę derby Mediolanu. Na szczęście pierwszy hit ligowego sezonu rozpocznie się później niż mecz z Bari, po o 20.45. Słońce zajdzie o 20.40, więc energetycznego batonika jego piłkarz być może zdąży przegryźć. No i się napije.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Mieliśmy rarytas, polski piłkarz debiutował w mocnej zagranicznej lidze - włoskiej Serie A. Młody, ledwie 21-letni. Jak na nasz futbol niesłychana historia. Debiutował obrońca Błażej Augustyn po cichutku, w skromniutkiej sycylijskiej Catanii, w żadnym razie nie przygniatała go zaciekawionym wzrokiem cała planeta.

Przed przerwą meczu z Sampdorią zostaje Augustyn upomniany żółtą kartką. Nie umie też zapobiec dośrodkowaniu rywali, po którym pada gol.

Do końca zostaje kwadrans, kiedy Polak popełnia faul na Antonio Cassano. Bezsensowny, w środku boiska. Zachowuje się głupio, choć wie, że jest zagrożony czerwoną kartką. Sędzia wyrzuca go z boiska.

Catania, dotąd remisująca, traci gola i przegrywa 1:2.

Polski obrońca, 191-centymetrowy chłop na schwał, dostaje od "La Gazzetta dello Sport" notę 4. Beznadziejną.

W inauguracyjny weekend we włoskiej Serie A wystąpiło 278 piłkarzy. Tylko jeden, Gennaro Sardo, otrzymał identyczną notę. Nikt nie został przez najważniejszy dziennik oceniony niżej.

"La Gazzetta" notę dla Augustyna opatrzyła - jak każdą inną - komentarzem. "Koszmar za każdym razem, gdy piłka była w jego pobliżu."

Nie chcę sugerować, że Catania przegrała przez Augustyna. Tego nie wiem, widziałem tylko skrót, Włosi zresztą też tak nie napisali.

Na pierwszoligowych boiskach włoskich zagrali wczoraj m.in. Japończyk i Kenijczyk, Słoweniec i Słowak, Austriak i Australijczyk, Grecy i Litwini, Paragwajczyk i Honduranin, Białorusin i Bośniak, Albańczyk i Czarnogórzec. Wszyscy wypadli lepiej niż Polak.

Pewnie Augustyn miał pecha, jeszcze się odkuje. O ile dostanie szansę, żeby się odkuć. Za tydzień pauzuje z musu, odsiedzi dyskwalifikację.

Spisuję tę notkę z tzw. kronikarskiego obowiązku. Uparłem się, żeby tutaj futbolowe eskapady rodaków dokumentować.

W ogóle to nie lubię bazgrać o polskich piłkarzach porywających się na kariery zagraniczne. Nie znoszę sprawdzać, jak im poszło. Nienawidzę oglądać na własne oczy, jak im idzie.

Budzę się potem zlany lodowatym potem, jak po seansie teksańskiej masakry piłką mechaniczną, przeprowadzonej nocą żywych trupów w poszukiwaniu ósmego pasażera Nostromo, który sprzymierzył się przeciw mnie z Predatorem uzbrojonym w najgroźniejszą mutację świńskiej grypy.

Dlaczego wszyscy nasi kopacze, poza kilkoma piłkołapami, muszą zawsze wypadać jak niedożywione chudopachołki, kanciate łamagi, co to w większym świecie zginą niechybnie i nikt nawet po nich nie zapłacze?

Jeszcze raz przepraszam, słabą psychikę mam, przecież to tylko jeden nieważny mecz, pierwsze śliwki robaczywki, Augustyn na pewno się jeszcze odkuje.

23:36, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Zapraszam do mojego cotygodniowego felietonu, który ukazuje się w poniedziałkowej "Gazecie Sport", tym razem zainspirowanego awanturą wokół złotej biegaczki Caster Semenyi. Kto ciekawy, niech kliknie tutaj.

23:03, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
sobota, 22 sierpnia 2009

Podupadła arystokracja futbolu wiosną rozpaczała po klęsce w europejskich pucharach, a latem straciła największe gwiazdy - Zlatana Ibrahimovicia oraz Kakę. Na rynku transferowym poszalał Juventus, który chce zdetronizować przechodzący totalną rekonstrukcję Inter.

Kiedyś Serie A samozwańczo - i słusznie - reklamowała się sloganem o "najpiękniejszej lidze świata", teraz sama obwieściła, że tłuste lata minęły. Włosi uczą się skromności i pokory, nie mierzą już w obalanie panujących w Europie Hiszpanów oraz Anglików, lecz modlą się, by w rankingu UEFA nie wyprzedzili ich Niemcy i nie odebrali im jednego miejsca w Lidze Mistrzów. Po rejteradach Ibrahimovicia (do Barcelony) oraz Kaki (do Realu Madryt) Serie A nie zatrudnia już nikogo z czołowej "15" prestiżowego plebiscytu magazynu "France Football" na najlepszego gracza roku w Europie, co nie zdarzyło się od połowy lat 70.

W czołówce żadnych zauważalnych strat nie poniósł tylko

rozpędzający się Juventus,

który jako jedyny obok Napoli obficie inwestował i zaciągnął obiecującego rekruta do każdej formacji. W obronie 36-letni, lecz wciąż ubóstwiany w Italii Fabio Cannavaro stworzy duet ze swoim następcą w reprezentacji Giorgio Chiellinim. Zanim rywal do nich dotrze, będzie musiał sforsować zaporę w osobie pozyskanego z Fiorentiny Felipe Melo, natomiast napastników wesprze kupiony od Werderu Brema ofensywny rozgrywający Diego (każdy z Brazylijczyków kosztował blisko 25 mln euro). Ten ostatni z miejsca stał się głównym kandydatem na czołowego wirtuoza ligi. Choć latem głównie się kurował, w obu rozegranych sparingach strzelał gole i zachwycił błyskotliwymi podaniami. To typ, jak mawiają Włosi, "fantasisty". Koledzy natychmiast zaakceptowali go w roli przywódcy, wiedziona nieuleczalną skłonnością do przesady prasa jęła porównywać go do wielkich rozgrywających z przeszłości - Michela Platiniego i Zinedine'a Zidane'a.

Drużyną pokieruje Ciro Ferrara. Do zaufania trenerom bez doświadczenia zainspirowały turyńczyków - i nie tylko ich w Serie A - sukcesy Barcelony, którą w jej najlepszym sezonie w historii kierował debiutujący w samodzielnej pracy Josep Guardiola. Juventus też mierzy wysoko, po raz pierwszy od karnej degradacji po aferze Calciopoli otwarcie mówiący o mistrzostwie.

Jeśli mu się powiedzie, Inter nie przejdzie do historii i nie zostanie pierwszą od zdominowanych przez Torino czasów tużpowojennych drużyną, która zdobywała tytuł pięć razy z rzędu. Na razie wiadomo tylko, że trener Jose

Mourinho stał się bezkonkurencyjny

jako gwiazdorska osobowość numer jeden w klubie. Dotąd ściągał uwagę na przemian z czarodziejem Ibrahimoviciem - nadającym rys szaleństwa i artyzmu monotonnemu ciułaniu punktów przez zespół pancerny, niesamowicie silny fizycznie, lecz pozbawiony polotu. Teraz mediolańczycy magików już nie mają, co jednak wcale nie czyni ich słabszymi. Przeciwnie, zebrali kadrę kompletną i bardzo szeroką, o imponującym bogactwie wariantów zwłaszcza w defensywie.

Przybyli na San Siro gracze wybitni i bardzo dobrzy - brazylijski obrońca Lucio, jego rodak (z podwójnym paszportem, chcący grać dla Włoch) Thiago Motta, a także napastnicy Diego Milito (wicekról strzelców poprzedniego sezonu) oraz Samuel Eto'o, czyli człowiek o najgłośniejszym nazwisku spośród sprowadzonych do Serie A. Dwukrotnie zdobył Puchar Europy, uwielbia wielkie wyzwania, jako jedyny obok Raula Gonzaleza zdobywał bramki w dwóch finałach Ligi Mistrzów. Utrzymuje oszałamiającą regularność, w minionych pięciu sezonach uzbierał w hiszpańskiej Primera Division 107 goli, więcej niż jakikolwiek piłkarz we czołowych ligach Europy. Gdyby przemnożyć jego statystyki przez rangę meczów, które rozstrzygał swoimi kopnięciami, żaden snajper nie ośmieliłby się z nim choćby porównywać.

Eto'o potrzebuje asyst, dlatego Mourinho od tygodni pracuje nad ostatnim transferem - kreatywnego ofensywnego pomocnika. Zostanie nim w najbliższych dniach Wesley Sneijder lub Julio Baptista (mnie ten wybór zaskakuje), a właściciel Interu Massimo Moratti przestanie być wyrozumiały wobec ewentualnych niepowodzeń portugalskiego trenera. Drużyna wreszcie jest jego autorskim projektem, więc nawet obroną tytułu nikogo nie zadowoli. Ma spełnić marzenie pracodawcy i osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów. Najlepiej zdobyć puchar, którego piłkarze Interu nie wznieśli od 1965 roku. Dotąd mało kogo rzucił na kolana - brylował przed kamerami, umiejętnie prowokował i skandalizował, ale drużyna grała bezbarwnie.

Latem Mourinho się oczywiście nie wyciszył. Kłapiącego najszerszą paszczą w Serie A trenera rozgniewał Marcello Lippi, który ośmielił się wskazać Juventus jako głównego jego zdaniem kandydata do tytułu. Oburzony Mourinho argumentuje, że selekcjoner reprezentacji Włoch pełni funkcję oficjalną, wymagającą dyplomacji i neutralności, a za wzór podaje prowadzących Hiszpanię Vicente del Bosque i Anglię Fabio Capello, unikających wskazywania faworytów Primera Division i Premier League. Lippi próbował nawet przepraszać ("po prostu typowałem"), ale sprowokował tylko kolejne słowne erupcje kolegi po fachu. O co chodzi Mourinho? O to, co zwykle. Szuka wroga. Potężnego wroga. Po odejściu Ancelottiego z Milanu i Ranieriego z Juventusu utracił godnych siebie przeciwników, bo wymienionych zastąpili kompletni nowicjusze.

Juventus z Interem mają się wedle powszechnej opinii ścigać o mistrzostwo, bossowie ich największego konkurenta zaklinają rzeczywistość i uspokajają przerażonych kibiców. Milan przeżył bowiem właśnie

najsmutniejsze lato w erze Berlusconiego,

właściciela klubu, który w kryzysie nie chce epatować rodaków luksusowymi zakupami. Inter zrekompensował sobie odejście największej gwiazdy, pieniądze ze sprzedaży Kaki poszły na łatanie dziury budżetowej wywołanej sezonem bez Ligi Mistrzów. W negocjacjach transferowych działacze Milanu wykłócali się o każde euro - Klaasa-Jana Huntelaara wzięli, bo Real wypędził go za 15 mln euro (na preferowanych przez trenera Edina Dzeko i Luisa Fabiano nie było ich stać), a obrońcę Oguchi Onyewu i bramkarza Flavio Romę wyszukali pośród zawodników dostępnych za darmo. Innych chcieli wypożyczać.

Tymczasem rossoneri stracili więcej postaci wybitnych - trenera Carlo Ancelottiego zastąpił żółtodziób Leonardo, karierę zakończył Paolo Maldini. Dlatego klub znów ogłosił wielki plan odrestaurowania Ronaldinho. Plan poznaliśmy szczegółowo - kiedy Brazylijczyk odbuduje się (psycho)fizycznie, jak ciężko będzie dla pełnej odbudowy harował, ile schudnie, na którą kolejkę odzyska dawną dynamikę etc. W kampanię zaangażował się sam Berlusconi, który ostatnio wpadał do Milanello głównie po to, by się jeszcze trochę odmłodzić. Zwołał piłkarzy do sali kominkowej, usadził ich na kanapach, po czym rozkazał Ronaldinho, by ten wgramolił się na stół i stamtąd złożył przysięgę. Brazylijczyk ślubował, że "przez cały sezon będzie zachowywał się jak profesjonalista".

Kilka tygodni potem kibice wypraszali piłkarza o 1.30 w nocy z mediolańskiej knajpy. Drużyna w sparingach wypadała beznadziejnie, w ostatnich dziesięciu meczach remisowała bądź przegrywała. I wygląda na to, że jej los leży w nogach 19-letniego Alexandre Pato, wokół którego biegać - dreptać? - będą piłkarze uchodzący za tyleż podstarzałych, co wypalonych. Świeżej krwi zabraknie nawet na ławce rezerwowych. Bezdyskusyjnym wzmocnieniem ma być tylko para stoperów - Brazylijczyk Thiago Silva i ponoć wreszcie wyleczony Alessandro Nesta.

By Milan zagroził faworytom, drugą młodość musieliby przeżyć - poza Ronaldinho - Andrea Pirlo, Clarence Seedorf, a także Gianluca Zambrotta i Marek Jankulovski, bo w koncepcji trenera Leonardo znaczącą rolę odgrywają boczni obrońcy. Bardziej prawdopodobne, że mediolańczycy wezmą udział w zaciętej bitwie o miejsca trzecie i czwarte - dające awans do LM. Należący do wyższej klasy średniej konkurenci również zaciskali pasa. Zarobić na transferach postanowiła Fiorentina, bohaterowie poprzedniego sezonu opuścili Genoę (wspomniani Motta i Milito), zbliżony do zera budżet na transfery dostał trener Luciano Spalletti, choć za wyeksportowanego Alberto Aquilaniego Roma zainkasowała 20 mln euro. Całą nadzieję połowa Rzymu tradycyjnie pokłada we Francesco Tottim, graczu schorowanym i już 33-letnim. Wobec kłopotów rywali urosły ambicje Napoli, które zbroiło się na potęgę - do obiecujących Marka Hamsika i Ezequiela Lavezziego (zbyt często niesubordynowanego) dołączyli m.in. Luca Cigarini (gwiazdka włoskiej młodzieżówki), Fabio Quagliarella, Juan Zuniga i Morgan de Sanctis. Neapolitańczyków najśmielsi typerzy umieszczają na podium, kierując się głównie uznanymi nazwiskami - także trenera Roberto Donadoniego. Tym klubem zbyt często jednak wstrząsają afery, aferki i porywczość bossów oraz kibiców, które pogrążają go w permanentnym stanie wyjątkowym.

Włosi rozmyślają nad strategicznymi zmianami, by odzyskać prymat. Chcą naśladować angielską Premier League - unowocześnić stadiony, zwalczać chuligaństwo, więcej zarabiać w dniu meczu, rozbudować marketing. To zadanie na lata, na razie dzięki odpływowi gwiazd z zagranicy mają rozbłysnąć gwiazdy rodzime. Młode, zdolne wskoczyć do reprezentacji - również podstarzałą - jeszcze przed mundialem. Kryzys nie kryzys, Włosi bronią za rok mistrzostwa świata.

Polacy w Serie A

Wciąż ich nie ma. Albo inaczej - statystują pochowani w głębokich rezerwach. 20-letni bramkarz Michał Miśkiewicz - kiedy byłem w Milanello, odniosłem wrażenie, że nie bardzo w niego wierzą - został wypożyczony do Chievo i jutro nie zmieści się nawet na ławce rezerwowych. Podobnie jak 21-letni Błażej Augustyn, za którego Catania zapłaciła 0,5 mln euro. O awans do pierwszej ligi znów biją się 23-letni Adam Kokoszka (przesiedział wczorajszy mecz Empoli na ławce) i 18-letni Bartosz Salamon (Brescia, wszedł na pół godziny).

12:39, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
piątek, 21 sierpnia 2009

Błyskawica i Usain Bolt

Czy huczne ogłaszanie, że zbliżyliśmy się do granic ludzkich możliwości, nie wynikało z naszej pychy, z przeświadczenia, że pozjadaliśmy już wszystkie rozumy i jeśli nawet wylądują u nas kosmici, to wydźwigniemy ich cywilizację na wyższy poziom? Najbardziej wyśrubowane lekkoatletyczne rekordy miały ponoć zacząć dzielić się na dwie grupy - te, które przez wieczność ani drgną, oraz te, które będziemy poprawiać niemal w wymiarze nanosekund albo nanometrów.

Aż przybiegł Usain Bolt.

Jamajczyk jest oczywiście zjawiskiem szokującym - choćby biegł w tłumniejszym niż ośmioosobowy finale, to idę o zakład, że też nikt nie zająłby za nim drugiego ani trzeciego miejsca. Gdyby w sporcie istniała cząstkowa choćby sprawiedliwość, Bolt w Berlinie zająłby szpagatem wszystkie stopnie podium. Wielu mądrych ludzi diagnozuje, że jest wybrykiem natury absolutnie unikalnym, że okaże się następnym Bobem Beamonem wyprzedzającym swoją epokę, że w żadnym razie nie zwiastuje trendu częstszego pokonywania kolejnych barier. Właśnie dlatego, że według naukowców homo sapiens nie miał prawa przemknąć 100 metrów w 9,58 przez rokiem 2030.

Nie wierzę. Wyznaję to szeptem i z pewną taką nieśmiałością, ale nie wierzę. Wierzę tylko w ograniczenia naszej wyobraźni.

Nauka też mknie jak oszalała, a pól do popisu dla jajogłowych jest mnóstwo. Dietę już optymalną jeszcze zoptymalizujemy. Trening już optymalny jeszcze zoptymalizujemy, wyselekcjonujemy z dokładnością do jednego włókienka mięśnie niezbędne do idealnego biegania, którym warto poświęcić najwięcej pracy. Położymy inną bieżnię - wydajniej zwracającą energię włożoną w bieg, być może leżącą na osobnym torze, np. na środku stadionu, by sprinterzy deptali co innego niż długodystansowcy. Będziemy szukać wśród innych kandydatów na szybkobiegaczy - dotąd zbyt wysokim młodym odmawiano naturalnych predyspozycji do bicia rekordów, bo miało im rzekomo brakować sprzyjającej sprinterom struktury mięśniowej i zdolności do błyskawicznego wyjścia z bloków, teraz znienacka dla wszystkich stało się oczywiste, że wygodniej przemierzać dystans 41 krokami - jak dwumetrowy Bolt - niż 45 lub więcej kroczkami.

Odkryjemy wreszcie jeszcze doskonalszą, efektywniejszą mechanikę ruchu biegnącego homo sapiens. Pamiętacie, jak niejaki Bokloev ze Szwecji - postać tragiczna, niewystarczająco doceniona przed końcem kariery - mimowolnie zrewolucjonizował skoki narciarskie, bo zaczął fruwać kompletnie inaczej niż się przyjęło? W sprincie aż tak spektakularnej, radykalnej zmiany pewnie nie przeżyjemy, nikt nie będzie biegał do tyłu lub na czworakach, ale modyfikacje mogą być znaczne. Dlaczego niby stwór boltopodobny nie miałby jeszcze wyraźniej wyprzedzać słonia, bydlę przecież wyjątkowo niegramotne, które osiąga nawet 40 km/h? Już widzę roje matematycznych modeli, które postawią na głowie nasze wyobrażenie o właściwym dwunożnym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce.

No dobra, ja też nie wierzę, że jamajski jajcarz naprawdę wybiegał te 9,58 i 19,19. To gruby błąd w Matriksie, elektronika za karę nam siadła, nad ranem nastąpi koniec świata. W urodziny Bolta, żeby było symboliczniej.

00:58, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi